Słodycz Piekła

Pierwsze spotkanie

Zauroczenie. Zachwyt. Euforia. Gdy ją ujrzał, to było jak wybuch supernowej. Tak rodzą się gwiazdy. Z trudem nad sobą zapanował. Chciał ją tulić w ramionach. Całować. Dotykać. Kiedy zobaczył jej towarzysza, to było jak kubeł zimnej wody. Trzymali się za ręce. Nie! Nie! Nie!

– Sebastianie? – Mathias położył mu rękę na ramieniu.

Chłopak spojrzał na niego błędnym wzrokiem.

– Słucham? – zapytał nieobecnie.

– Coś się stało? Stoisz jak słup soli – zganił go mężczyzna.

Sebastian z trudem przełknął ślinę.

– To ona. Znalazłem ją.

Spojrzenie Mathiasa natychmiast się ożywiło. Podążył za wzrokiem chłopaka.

– Blondynka? Ta z tym lalusiem? – upewnił się. Chłopak potwierdził skinieniem głowy. – Weź ich stolik, musi cię zobaczyć – zarządził Mathias, a Sebastian, który nagle zdobył nowy cel w życiu, natychmiast zabrał się do pracy.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

To była ekskluzywna, bardzo popularna i bardzo droga restauracja. Jedna z tych, które Lisanna lubiła najmniej. Mimo to przyszła tutaj, bo tego oczekiwał od niej Patrick. Wiedziała również dlaczego ją tu zaprosił. Chciał się jej oświadczyć. Zrobi to, a ona powie tak. Było jej z nim dobrze. Wygodnie. Kochała go. Chyba. Miała zaledwie dwadzieścia jeden lat. Nie chciała jeszcze brać ślubu. On jednak był znacznie starszy. W czerwcu skończy dwadzieścia siedem. Rozumiała, że dla niego to odpowiednia pora. Wiele rzeczy była w stanie zrozumieć i zaakceptować, zwłaszcza, że nie widziała dla siebie żadnej innej opcji. Patrick miał dobrą pracę, założą rodzinę, będą mieli domek za miastem, dzieci i psa. To o czym marzą wszystkie kobiety. No prawie wszystkie. Bo na pewno nie ona. Za to w ten sposób spełni marzenia swojej matki… Tak, to właśnie powinna zrobić.

– Kochanie, zamyśliłaś się – przerwał jej rozważania Patrick.

– Tak, przepraszam – odpowiedziała jak zwykle, gdy on krytycznie pokręcił głową.

Podszedł do nich kelner. Rozłożył przed nimi karty. Lisi przyjęła swoją, dziękując mu uprzejmie, ale nie podnosząc wzroku. Kiedy wybrali, wrócił do nich, by przyjąć zamówienie. Odbierając od niej kartę, niechcący musnął jej dłoń. Zadrżała. To było coś… niesamowitego. Spojrzała na niego zaskoczona. Niemal zachłysnęła się powietrzem. Z trudem zapanowała nad własnym oddechem. W jej brzuchu harcowało stado wściekłych motyli. Kiedy kelner odszedł, niemalże zerwała się z miejsca.

– Przepraszam, muszę do toalety – usprawiedliwiła się Patrickowi i z trudem powstrzymując się przed wybiegnięciem, szybkim krokiem wyszła na dwór.

Był piękny majowy wieczór. Z radością wdychała chłodne, wiosenne powietrze. Lisi zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem nie zwariowała. Nie miała pojęcia co to było, wydawało się jednak zupełnie nierealne. Zauroczenie? Miłość od pierwszego wejrzenia? Coś takiego zwyczajnie nie istniało. Chłopak owszem, był przystojny. Miał odrobinę potargane, brązowe włosy, w kolorze o ton ciemniejszym od gorzkiej czekolady i niezwykłe, orzechowe oczy. Dodatkowo był szczupły i nieco szerszy w ramionach. Miał przyjemne rysy twarzy i był gładko ogolony. Przymknęła oczy, zdając sobie sprawę, jak dużo zapamiętała. Wiedziała nawet jakie miał na sobie buty.

– Śliczny wieczór, prawda? – niemal podskoczyła, słysząc za sobą czyjś głos.

Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że to on. To co działo się z jej żołądkiem, to jak bardzo pragnęła do niego podejść, samo starczało za odpowiedź.

– Tak, bardzo ładny – wydusiła z siebie.

– Mam na imię Sebastian – przedstawił się, ku jej wielkiemu zdumieniu – a ty wyglądasz, jakbyś wcale nie chciała tam być – wskazał wnętrze restauracji.

Zarumieniła się. Czy aż tak bardzo było to widać?

– Jestem Lisi – odpowiedziała mu grzecznie – i nie masz racji. Chodzi o to, że mój chłopak chce mi się dzisiaj oświadczyć. Denerwuję się, to wszystko.

Skinął głową, jakby okazując zrozumienie.

– Zgodzisz się? – zapytał.

Tak, powinna powiedzieć. Nie! Krzyczało w niej wszystko.

– Nie wiem – szepnęła niezdecydowana.

Nagle znalazł się bliżej niej. Blisko. Zdecydowanie zbyt blisko. Zanim zdążyła się zorientować, składał na jej ustach miękki, delikatny pocałunek. Wszystko wokół zamarło. Jej własne serce przestało bić. Spod jej stóp osunęła się ziemia. Wszystko to trwało może pięć sekund, ale ona czuła się, jakby całowali się setki lat.

– Zastanów się nad tym – zamruczał tuż przy jej uchu, a potem, bez żadnych wyjaśnień zniknął w budynku restauracji.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Sebastian ledwo nad sobą panował. Za mąż! Wychodziła za mąż! Emocje brały górę nad rozsądkiem. Gdyby nie Masthias… Mężczyzna obserwował go w spokoju. Do czasu.

– Zabiję sukinsyna! Zabiję go! – zagroził.

Mathias westchnął.

– Nie zrobisz tego – oznajmił chłodno.

– Dlaczego?! – zapytał zbuntowanym głosem Sebastian.

– Bo wtedy ona cię znienawidzi i tyle będziesz z tego miał. Poczekaj. Wszystko się ułoży. Potrzebuje czasu, żeby się z tym oswoić.

– Nie mam czasu! – wybuchnął chłopak.

– Masz. Tyle ile będzie potrzeba.

– Jeżeli ona mu nie odmówi, to nie ręczę za siebie!

– I co zrobisz? – zapytał spokojnym, niemal znudzonym głosem mężczyzna. – Zamkniesz ją w klatce? Przywiążesz do łóżka? Sama musi do ciebie przyjść. Jeżeli to rzeczywiście ona… – dodał powątpiewająco.

– Przyjdzie – odpowiedział zdecydowanym głosem Sebastian.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Zrobiła to! Naprawdę! Nie przyjęła jego oświadczyn! Choć może na tyle nie miała odwagi… Odpowiedziała mu, że musi to jeszcze przemyśleć. Wiedziała, że jak na nią, jest to duży sukces. Przyjęłaby oświadczyny, gdyby nie ten chłopak… Sebastian… Gdyby nie jego pocałunek. To on pozwolił jej odmówić. Dał nadzieję, że gdzieś tam może być coś jeszcze. Kiedy wyszli z budynku restauracji padało. Patrick, jak przystało na dżentelmena, poszedł po samochód, który zostawili dwie ulice dalej. Gdy tak stała, czekając, on stanął obok niej.

– Nie zgodziłaś się? – upewnił się z jakimś dziwnym napięciem w głosie.

– Nie – przyznała cicho Lisi.

Uśmiechnął się szczerym, chłopięcym uśmiechem.

– To cudownie! – oznajmił radośnie, ku jej zaskoczeniu podnosząc ją z ziemi i okręcając dookoła.

Gdy ją postawił, przylgnęła do niego całą sobą. Chciała tak zostać. W jego ramionach. Na zawsze. Odskoczyła natychmiast, gdy tylko usłyszała warkot silnika. W jej wzroku było pytanie. Niema prośba, którą bała się wypowiedzieć nagłos.

– Szybciej niż myślisz – wyszeptał, gdy wsiadała do samochodu.

Drugie spotkanie

Na jarmarku było gwarno i kolorowo. Co chwila ktoś zaczepiał ją, proponując coraz to nowe towary. Lisanna szła powoli, uważając, żeby kogoś nie potrącić. Rozdzielili się z Patrickiem. Jak zawsze, gdy interesowało ich coś zupełnie innego. Oprócz gwaru słychać było również muzykę. Cudowną, czarującą. To właśnie w jej kierunku ciągnęło dziewczynę. Kiedy znalazła się niemal u jej źródła, zaczepił ją mężczyzna z długimi, związanymi w koński ogon włosami. Był wysoki i potężnie zbudowany. W dużych, mocno opalonych dłoniach prezentował drobne, czerwone korale.

– Panienko, ślicznie będą prezentowały się na twojej szyi – zapewniał.

Lisanna pokręciła głową, próbowała się odsunąć, ale był natarczywy. Nie przestawał jej namawiać.

– Ja nie… – zaczęła cichutko, ale nie dał jej dojść do słowa.

– To nie klientka – usłyszała za sobą czyjś głos, który nie wiedzieć czemu wydał jej się znajomy. – Ona jest ze mną.

Odwróciła się, niemal wpadając na smukłego, ciemnowłosego chłopaka. Zupełnie jak drugi mężczyzna, miał na sobie ciemne, obcisłe spodnie i luźną, lnianą koszulę. Jej oczy rozszerzyły się nieco ze zdumienia. Rozpoznała w nim kelnera, który towarzyszył im tydzień wcześniej w restauracji. Sebastian! Doskonale pamiętała jego imię. Imię i pocałunek. Poczuła ucisk w gardle. Jej serce natychmiast przyspieszyło. Przestała myśleć racjonalnie. Przestała w ogóle myśleć. Jego dotyku, choćby najlżejszego, potrzebowała jak powietrza. Ucieczka! Musiała się stąd wynieść jak najszybciej i jak najdalej. Sam jego widok był zbyt bolesny. Roznosił jej ciało tysiącami sprzecznych emocji. Drugi z mężczyzn się ukłonił.

– W takim razie nie będę wam przeszkadzał – oznajmił z szerokim, wieloznacznym uśmiechem.

Chłopak chwycił ją za rękę. Przeszył ją przyjemny dreszcz.

– Chodź – odezwał się łagodnie, ale też ponaglająco.

Jej dłoń w jego dłoni. Z trudem panowała nad oddechem, pozwalając mu torować drogę poprzez tłum. Jej dłoń w jego dłoni. Ścisnął jej rękę mocniej. Nie mogła myśleć o niczym innym. Nie docierały już do niej nawet przebłyski własnej świadomości. Jej dłoń w jego dłoni! Znaleźli się w wąskiej uliczce. Tu nikogo nie było. Szli dalej. Przed nimi, na końcu ślepego zaułka, pojawił się płot.

– Co my tu robimy? – zapytała, bezskutecznie próbując zebrać myśli.

– Zobaczysz – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.

Słabo zaprotestowała, kiedy ją podniósł, sadzając na płocie. Potem sam zwinnie się na niego podciągnął, zdejmując ją po drugiej stronie drewnianych szczebli. Byli w ogrodzie. Przepięknym, zapierającym dech w piersiach. Morze barwnych kwiatów zalewało ułożone w falujące linie grządki. Kwietniki były wszędzie. Rosły tu też krzewy, których liście miały rozmaite kształty i barwy. Chłopak znów wziął ją za rękę. Poprowadził do drewnianej altanki, stojącej na niewielkiej wysepce. Dziewczyna jednak nie rozglądała się wokół, kiedy szli kamiennym mostkiem. Wpatrywała się w jego plecy. Przystanął dopiero w altance. Teraz on patrzył na nią. Zbyt szybki oddech, galopujące serce. Lisanna nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Daleko temu było do racjonalności. Podszedł do niej, powoli. Stała pod ścianą dobrze osłoniętego, porośniętego bluszczem pawilonu i nawet gdyby chciała, nie miałaby dokąd uciekać, choć cała jej racjonalna strona krzyczała, że właśnie to powinna zrobić. Zamiast tego zafascynowana wpatrywała się w jego orzechowe oczy.

– Jesteś piękna – zamruczał głosem, od którego motyle w jej brzuchu zaczęły wirować w dzikim tańcu.

Teraz stał już zupełnie blisko, a ona nawet nie spostrzegła, kiedy jego usta zaczęły muskać jej szyję. Jego dłonie błądziły po jej ciele. Jej spragnione pocałunków wargi, same odnalazły najpierw jego podbródek, szczękę, potem policzek, aż wreszcie usta. To nie działo się naprawdę! Nie mogło! Było jak sen. Cudowny sen! Spełnienie marzeń. Lisi znalazła się w zupełnie innym świecie i wcale nie chciała z niego wracać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Zdyszani, wciąż spragnieni siebie nawzajem, leżeli na skąpanej w majowym słońcu trawie. Lisi wtulona w Sebastiana, Sebastian obejmujący ją ramieniem. Pasowali do siebie idealnie. Niczym dwa fragmenty tej samej układanki. Chłopak już dawno pozbył się koszuli, więc teraz mogła swobodnie przesuwać palcami po jego płaskim brzuchu. On wtulał twarz w jej włosy, od czasu do czasu całując je czule. Leniwym gestem przesunął obejmującą ją w talii dłoń.

– Co to takiego? – spytała, kiedy wyciągnął z kieszeni jakieś zawiniątko.

Uśmiechnął się tajemniczo w odpowiedzi.

– To dla ciebie – powiedział ujmując jej rękę i zapinając na nadgarstku splecioną z czarnego rzemienia bransoletkę, pomiędzy fragmentami którego znajdowały się misternie zrobione liście i kwiaty, przypominające lilie.

Srebro przeplatało się z kropelkami cudownie niebieskiego kamienia. Lisanna nie znała się na biżuterii, raczej jej nie nosiła, ale bransoletka wyjątkowo przypadła dziewczynie do gustu. Była naprawdę piękna.

– Dziękuję – powiedziała nieco speszona tym, że coś od niego dostaje.

– Podziękujesz mi nosząc ją – wyszeptał, leciutko przygryzając płatek jej ucha.

Ponownie zadrżała. Przesunął ją tak, że usiadła teraz na nim. Jęknęła cicho, gdy przesunął dłonie z jej bioder na piersi. Potem nie było już nic. Wszystko zlało się w jedno, cudowne morze przyjemności.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Zegar wybił dwunastą. Czar prysnął. Nie! Zabawiła tu już trzy godziny. Z Sebastianem! Oblała ją fala paniki. Zrobiła coś… coś złego. Tylko co? Wpatrywały się w nią orzechowe oczy. Błagalnie. Wyczekująco. Był ktoś! Ktoś na nią czekał. Nie mogła tylko sobie przypomnieć kto. Nie pamiętała jego imienia. Świtało jej gdzieś na granicy świadomości. Patrick! Gwałtownie się zerwała. Zdradziła go! Z zupełnie obcym mężczyzną. Ze wszystkich sił próbowała przywołać do siebie poczucie winy. Wyrzuty sumienia jednak nie chciały do niej przyjść. Orzechowe oczy. Cudowne oczy! Zrobiła by to jeszcze raz i milion następnych razy! Otrząsnęła się z tego. Dopiero teraz zauważyła, że ogród miał również furtkę. Podeszła do niej, wychodząc na znajdującą się wśród drzew i krzewów ścieżkę. Od tej strony z łatwością można ją było otworzyć po prostu przesuwając zasuwkę. W oddali majaczył targowy plac i fontanna pod którą umówiła się z Patrickiem. Sebastian podszedł do niej. Stanął za nią. Oplótł ją ramionami i pocałował w szyję.

– Muszę już iść – powiedziała, odsuwając się od niego.

Przyciągnął ją do siebie z powrotem. Ponownie pocałował, tym razem w usta.

– Nie idź – poprosił. – Zostań ze mną.

– Nie mogę – szepnęła, oswobadzając się z jego objęć.

Wyśliznęła się, kiedy próbował chwycić ją ponownie. Kiedy biegła, uciekając od niego, patrzył za nią tęsknym spojrzeniem. Nie odwróciła się. Nie spojrzała na niego ani razu. Z daleka, z bólem obserwował jak wita się z innym mężczyzną. Jak całuje go w usta. Przyglądał się jak rozmawiają. W dalszym ciągu nie spojrzała na niego. Zupełnie jakby nie istniał. Poczuł jak do oczu napływają mu łzy. Po raz pierwszy odkąd skończył pięć lat. To było upokarzające. Mógłby zrobić cokolwiek. Pobić się z nim – doskonale wiedział, że by wygrał. Mógłby go nawet zabić. Stał jednak w miejscu, sparaliżowany bólem. Nie mógł oderwać od nich wzroku. Odnalazł ją, nareszcie! Tylko dlaczego kiedy to się stało, ona miała już innego? Wziął zamach i z całej siły uderzył pięścią w drzewo. Potem kolejny raz i następny. Ból, który poczuł niewiele mu pomógł.

– Spokojnie – usłyszał łagodny głos górującego nad nim Mathiasa – ona potrzebuje tylko trochę czasu – dodał pocieszająco. – Przecież widzisz, że nie może ci się oprzeć.

– A jednak jest z nim, a nie ze mną – warknął w odpowiedzi Sebastian.

Mężczyzna przytaknął.

– Myśli zbyt racjonalnie. Walczy z własnymi uczuciami. Gwarantuje ci jednak, że z nimi nie wygra.

Chłopak stanął prosto. Masochistycznie obserwował jak Lisi, jego Lisi, i jasnowłosy mężczyzna odchodzą, przedzierając się przez największy, południowy tłum. Już niedługo ją odzyska, a ona… ona będzie tylko jego.

Trzecie spotkanie

Sebastian drżał. Stał na szerokiej gałęzi drzewa, na wysokości drugiego piętra. Obserwował sypialnię. Zaciskał szczękę i pięści, żeby nie krzyczeć ze złości. Lissi i on… ten mężczyzna.. razem… w łóżku. To było więcej niż był w stanie znieść. A jednak… Stał dalej i czekał. Wystarczyła sama nadzieja, że kiedy on zaśnie, ona wreszcie będzie w stanie skupić myśli na tyle, żeby usłyszeć jego wołanie. Dopiero po niemal godzinie jego cierpliwość została wynagrodzona. Patrick zasnął. Lissi odłożyła czytaną książkę, zgasiła światło i podeszła do okna, nie mając pojęcia co ją tam przyciąga. Podskoczyła na jego widok. Natychmiast otworzyła okno.

– Co tu robisz?! – zapytała szeptem.

Wyciągnął do niej rękę.

– Chodź ze mną – poprosił.

– W piżamie?!

– Jakiej piżamie? – zdziwił się chłopak.

Popatrzyła na siebie. Była kompletnie ubrana. Na nogach miała nawet długie, skórzane buty. Więc to tylko sen. A w snach wolno pozwolić sobie na marzenia… Podała mu dłoń. Przyciągnął ją do siebie. Pocałował na powitanie. Po całym jej ciele rozlało się przyjemne ciepło. Pomógł jej zejść z drzewa. Nie była pewna czy szli piechotą czy jechali autem. To nie miało znaczenia. Liczyła się tylko bliskość Sebastiana. Był przy niej, a jej ciało pragnęło znaleźć się jeszcze bliżej niego. Myśli straciły jakiekolwiek znaczenie, a zresztą i tak wszystkie wędrowały wokół niego. Był centrum jej wszechświata. Weszli do jakiegoś domu. Drogę pamiętała jak przez mgłę. Wiedziała, że było tam łóżko. I że nie ma na sobie ubrań. Ani ona, ani Sebastian. Kiedy odzyskała zmysły, naga leżała w jego ramionach. Tulił ją do siebie, od czasu do czasu całując jej włosy. Lissi przymknęła oczy. To był tylko sen. Jednak jeden z tych, które są marzeniami. Cudowny i bardzo realistyczny.

– Czemu nie nosisz bransoletki? – zmartwił się chłopak.

Lisanna z trudem przełknęła ślinę. Sięgnęła po leżące na podłodze spodnie. Z kieszeni wyciągnęła misterne zawiniątko.

– Muszę ci ją oddać – powiedziała z żalem. – Patrick uznał, że może być coś warta i dał ją do obejrzenia przyjacielowi, który zna się na rzeczy. Stwierdził, że to nie srebro, a białe złoto, a te kamienie to szafiry. – Nie patrzyła mu w oczy. – Jest zbyt droga. Nie mogę jej przyjąć.

Zabolało go już samo imię „Patrick”, ale reszta była nieważna.

– Oczywiście, że możesz – oznajmił siląc się na spokój. Wiedział, że musi ją przekonać. Inaczej nie zdoła jej ochronić. – Sam ją zrobiłem – powiedział zgodnie z prawdą. – Mój lud zajmuje się takimi wyrobami od wieków. Proszę cię, zależy mi na tym, żebyś to właśnie ty ją miała.

Widział, jak Lisanna się waha. W końcu niepewnie skinęła głową. To tylko sen, powtarzała sobie w myślach.

– Sebastianie, ja…

– Cii… – przerwał jej nie chcąc słuchać niemiłych rzeczy. – To nie ważne. Teraz jesteśmy razem i tylko to się liczy.

Lissi przymknęła oczy. Gdy ją pocałował, odwzajemniła jego pocałunek. Poczuła nieprzyjemny żal w środku na myśl, że będzie musiała się kiedyś obudzić.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Lisannę obudził cudowny aromat kawy. Usiadła przecierając oczy. Kiedy senność opadła, pojawiło się przerażenie. Nie była u siebie. To miejsce… Nagle powróciły wspomnienia z poprzedniej nocy. Nie! Była tutaj… z… z Sebastianem! Nie czekała długo. Już po chwili pojawił się w pokoju. Miał na sobie tylko spodnie, a w ręku trzymał parujący kubek. Spojrzała na jego odsłonięty tors. Wyglądał bosko, jak marzenie. Zapragnęła mieć go przy sobie w łóżku. Teraz, natychmiast. Uśmiechał się nieco rozmarzonym uśmiechem.

– Obudziłaś się – stwierdził zadowolony.

Podał jej kubek. Upiła powoli łyk, głównie po to, żeby nie musieć na niego patrzeć. Kawa. Ze śmietanką, bez cukru. Tak jak lubiła. Skąd on wiedział?

– Która godzina? – spytała jednocześnie ze wszystkich sił starając się nie rumienić.

Przynajmniej miała na sobie koszulkę. Tyle, że to chyba była jego koszulka…

– Dochodzi południe, wykończyliśmy się wczoraj nawzajem – dodał z wyraźną dumą.

Nie! Patrick… uczelnia… Odstawiła kubek, wstała i zaczęła zbierać swoje ubrania.

– Co robisz? – zapytał nagle zaniepokojony.

– Jest tu gdzieś łazienka? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Wskazał jej odpowiednie drzwi. Zamknęła się w niej, oddychając zbyt szybko. Czuła się przerażona. Nie miała pojęcia jak do tego doszło. Próbowała zebrać myśli, ale kiedy tylko pozwoliła sobie na choćby chwilę nieuwagi, one natrętnie wracały do Sebastiana. Stado wściekłych motyli również nie dawało jej spokoju. Czy on jej coś podał? Nie, to niemożliwe. Jak przez mgłę pamiętała, jak się tu znalazła. A potem… potem w jego łóżku znalazła się sama. Z własnej woli. Przecież ledwie go znała… Ubrała się i wyszła z łazienki. Chciała wymknąć się po cichu, ale czekał na nią.

– Muszę już iść – oznajmiła starając się by jej głos brzmiał wystarczająco pewnie.

W jednej chwili znalazł się przy niej. Jego bliskość zagłuszała zdrowy rozsądek.

– Dokąd? – chciał wiedzieć.

– Do domu i na uczelnię.

– Mieszkać możesz tutaj, później przeniesiemy twoje rzeczy – oznajmił. To nie była prośba, raczej stwierdzenie faktu lub, co jeszcze bardziej przeraziło Lisannę, rozkaz – a o uczelnię się nie martw, widziałem twój plan zajęć. Zawiozę cię na ćwiczenia.

Gdyby nie ten ton… nie ten rozkazujący głos… zapewne by mu uległa. Teraz jednak spięła się w sobie.

– Nie zamierzam tu mieszkać! – warknęła. – W ogóle nie wiem co tu robię. Chcę wrócić do domu!

Kiedy chciała się odsunąć, chwycił ją za przedramię.

– Nigdzie nie pójdziesz! – warknął.

Przyspieszony oddech. Ukłucie strachu.

– Puść mnie! – wyrwała się, ale on znów zagrodził jej drogę.

Wziął ją w ramiona i pocałował. Była zbyt rozwścieczona i wystraszona zarazem, żeby zwrócić uwagę na to, jakie to cudowne uczucie. Odwróciła głowę. Podniosła rękę, a jej paznokcie przesunęły się po jego twarzy. Wyglądał na zaskoczonego. Pozwolił jej się odsunąć.

– Chcę wrócić do domu! – oznajmiła stanowczym głosem.

Patrzył na nią przez chwilę, a potem skinął głową.

– Odwiozę cię.

– Nie! – zaprotestowała natychmiast, mijając go w przejściu.

Pozwolił jej na to. Uznała, że się opamiętał. Patrzył na nią pełnym bólu wzrokiem.

– Lissi, zostań, proszę… – odezwał się tym razem błagalnie.

Włożyła buty. Potem cienką kurtkę. Czuła się, jakby uciekała. Odejście od niego sprawiało jej niemal fizyczny ból.

– Lissi – zaczął znowu.

– Nie! – niemal krzyknęła. – Nigdy więcej mnie nie szukaj! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!

Otworzyła drzwi. Czuła na sobie jego spojrzenie. Nieme błaganie. Przekroczenie progu było najtrudniejszą rzeczą, jaką do tej pory musiała zrobić w życiu. Kiedy nie poszedł za nią, nabrała przekonania, że serce może pęknąć z bólu, w jednej chwili rozbijając człowieka na drobne kawałki.

Czwarte spotkanie

Lisanna przemyła w łazience twarz zimną wodą. Wciąż nie mogła przestać myśleć o Sebastianie. Przesunęła w palcach bransoletkę. Nie była w stanie zmusić się, do tego, żeby ją zdjąć. Nie chciała. Pragnęła znów znaleźć się w jego ramionach. Pozbawiona jakichkolwiek chęci do życia wyszła z uczelni. Nie spieszyła się do domu. Nie była pewna czy będzie w stanie spojrzeć Patrickowi w oczy. Kiedy weszła do środka dom był jednak pusty. Westchnęła, zostawiła swoje rzeczy w korytarzu i zabrała się za robienie kawy. To było dziwne, Patrick zazwyczaj na nią czekał. Wracał z pracy zanim kończyła zajęcia. Czyżby zauważył, że zniknęła zanim wstał? Gniewał się o to? Z kubkiem gorącej kawy weszła po schodach na górę, z zamiarem włożenia domowych ubrań. Stanęła w drzwiach sypialni i zamarła. Kubek wypadł jej z ręki, roztrzaskując się o podłogę i wypluwając z siebie fontannę jasno brązowego płynu. Na łóżku, w białej pościeli, leżał Patrick, nagi i blady. Wszystko wokół poplamione było krwią. Dookoła ktoś groteskowo rozsypał płatki szkarłatnych róż. Gdzieniegdzie leżały również całe kwiaty o pokrytych kolcami łodygach. Na ciele mężczyzny widać było krwawe ślady po nożu, w tym jeden, wyjątkowo rzucający się w oczy – na poderżniętym gardle. Lisanna przestała oddychać. Powoli docierało do jej świadomości, że Patrick nie żył, że ktoś go w brutalny i groteskowy sposób zamordował.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Pojawiła się jej rodzina, rodzice Patricka i rzesze zupełnie obcych ludzi. Policjanci byli wszędzie. Bezskutecznie próbowali zasypywać ją gradem pytań. Lisanna po prostu się wyłączyła, starając się nie myśleć o tym co się wydarzyło. Śmierć Patricka była faktem, ale do niej jeszcze nie docierała. Cały świat znalazł się za mgłą. Wiedziała tylko jedno. Nie mogła tutaj zostać – nie w tym domu. Wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. Teren niewielkiego, jednorodzinnego budynku otoczony był teraz policyjną taśmą. Wokół kręcili się gapie. Przemknęła się na tył ogrodu, gdzie miała nadzieję, choć przez chwilę będzie mogła pobyć sama. Szybko jednak rozwiały się jej złudzenia.

– Przepraszam, musimy porozmawiać – zaczepił ją wysoki mężczyzna.

Miał kręcone, sięgające ramion, kasztanowe włosy i schludny, dobrze skrojony garnitur. Zapewne więc był jednym z detektywów kryminalnych. Być może nawet kimś ważniejszym.

– Nazywam się Rafael – odpowiedział na jej niezadane pytanie.

Niechętnie skinęła głową, mając cichą nadzieję, że może ktoś ją od niego odciągnie. Kiedy podszedł bliżej, Lisanna poczuła przyjemny spokój. Zmrużyła oczy. Mężczyznę otaczało niezwykłe, białe światło. Przez myśli przeszło jej, że to coś dziwnego, nienaturalnego, szybko jednak odgoniła od siebie wątpliwości. Było takie piękne…

– Musisz uciekać – jego pełen troski, jednocześnie rozkazujący i proszący ton, natychmiast przyciągnął jej uwagę.

– Przed czym? – zapytała rzeczowo.

– Zabił twojego ukochanego, uważasz, że powstrzyma się przed pomordowaniem innych twoich bliskich? – zapytał, jakby próbował do czegoś przekonać odrobinę zbyt uparte dziecko, jednocześnie nie wdając się w bezsensowne tłumaczenie.

Cofnęła się o krok, ponieważ obrazy, które układały się w jej głowie były teraz zbyt rzeczywiste. Nieznajomy jedynie skinął głową. Wyciągnął w jej kierunku niezbyt dużą torbę podróżną.

– Nie ma czasu. Kiedy znikniesz, to ciebie będzie ścigał. Innych zostawi w spokoju. To Ciebie pragnie zdobyć.

– Kim jesteś? O czym ty mówisz? – szepnęła, mimo że puzzle w jej wyobraźni trafiały idealnie na swoje miejsca.

Spojrzał na nią ze współczuciem. Odruchowo przyjęła torbę, którą jej podał. Przewiesiła ją przez ramię.

– Przykro mi, nic więcej nie mogę zrobić. To twoja walka. Na rogu ulicy czeka kierowca. Zawiezie cię na lotnisko. W środku są pieniądze – wskazał na torbę. – Kup bilet last minute, nikomu nie mów dokąd. Jeżeli uda ci się go zgubić, powinnaś przez jakiś czas być bezpieczna.

Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w niego oniemiała. Białe światło stało się jeszcze jaśniejsze. W wizjach, które pojawiły się w jej umyśle widziała krew – czerwone plamy na dłoniach Sebastiana. W końcu odwróciła się posłusznie. Przeszła kilka kroków. Wdrapała na ogrodzenie, a potem zwinnie z niego zeskoczyła.

– Lisanno! – zawołał za nią mężczyzna. Odwróciła się. Tylko na chwilę. Jego jednak już nie było. – Pamiętaj – odezwał się cichy głos w jej głowie – oni walczą jedynie o życie, twoja walka rozgrywa się również o twoją duszę.

 ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Stała na lotnisku, z torbą wypchaną pieniędzmi i dokumentami, rozglądając się wokół. Czuła się zagubiona. Dlaczego w ogóle zdecydowała się na ten krok? Gdyby nie przyszedł do niej ten mężczyzna… Rafael… Był przecież obcy. Widziała go pierwszy raz w życiu. Czy na pewno? Wydawał się jej dziwnie znajomy i ten spokój, który ją przy nim otaczał. Właściwie nic jej nie wyjaśnił, ale wystarczyły same obrazy, które ukazały się w jej myślach. Sebastian był mordercą i z jakiejś przyczyny to ją wybrał sobie na ofiarę. Czy to była jej wina? Gdyby mu nie odmówiła… nie uciekła od niego rano… Spojrzała na tablicę odlotów. Wielka Brytania wydawała się kusząca, ale na wyspach czułaby się jak w pułapce, Stany natomiast były za daleko. Neapol… to jest to. Stanęła w kolejce do kasy. Było miejsce. W pierwszej klasie. W tym momencie nie miało znaczenia czy powinna oszczędzać pieniądze. Kupiła bilet i ruszyła w kierunku odprawy. Ujrzała go dopiero gdy wjechała na sam szczyt dwupoziomowych, ruchomych schodów. Był na dole, on również ją zobaczył. Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem. Potem on rzucił się w jej kierunku.

– Lisi! – zawołał.

Zadrżała słysząc swoje imię. Całą sobą pragnęła zawrócić i znaleźć się w jego ramionach.

– Lisi! – powtórzył dopadając schodów.

Ogromnym wysiłkiem woli zmusiła się do tego, by się od niego odwrócić. Przypomniała sobie zakrwawione ciało Patricka. Upiorne płatki róż. Splamioną czerwienią pościel. Z ulgą zauważyła, że nie ma już kolejki. Była jedną z ostatnich pasażerów. Bez problemów przeszła przez bramkę. Ponownie usłyszała swoje imię. Z całej siły przygryzła dolną wargę. Nie mogła ulec temu uczuciu. Gdy pojawił się na górze, zaczęła biec. Pędem dopadła samolotu. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że zatrzymała go ochrona. Gdy była już w środku, minuty do odlotu dłużyły się niczym godziny. W końcu wystartowali, a jego nie było na pokładzie. Wiedziała jednak, że nie jest jeszcze bezpieczna. Sebastian wiedział dokąd poleciała.

Piąte spotkanie

Neapol, Rzym, Wenecja. Obce miasta zlewały się w jedno, wspólne wspomnienie. Wąskie, urokliwe uliczki, które w normalnej sytuacji wzbudzały by w niej zachwyt. Zabytkowe budynki, sklepy z pamiątkami. To wszystko nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Patrick nie żył, a była to jej wina. Jej i tego koszmarnego, paraliżującego zauroczenia. A jednak… gdy tylko pomyślała o Sebastianie czuła drżenie na całym ciele. Marzyła o tym by być blisko niego. Pragnęła znów znaleźć się w jego ramionach. Za każdym razem wypychała chłopaka ze swoich myśli makabrycznym obrazem zakrwawionego ciała, pokrytego płatkami róż. Jak mogła zakochać się w psychopacie? Jakim cudem w ogóle coś zmuszało ją do tego, by tak na niego reagować? Jakaś siła ukradła jej wolną wolę, a ona nic nie mogła na to poradzić. Musiała walczyć. Ze wszystkich sił!

Siedziała przy stoliku w ogrodzie ulokowanej w zacisznym zaułku kawiarni. Zatrzymała się w niewielkim hoteliku, dwie przecznice dalej. Kończyła właśnie pić mocne, czarne, włoskie espresso.

– Przepraszam, wydaje mi się, że pani to zgubiła – odezwał się nad nią obcy, męski głos.

Przestraszona podniosła na niego wzrok. Trzymał w dłoni jej zielony szal.

– Dziękuję – mruknęła, biorąc od niego materiał.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie mówił po włosku, tylko w jej ojczystym języku. Gdy przyjrzała mu się dokładniej, wstrzymała oddech. Czy już zupełnie odchodziła od zmysłów? Z sylwetką eleganckiego, starszego pana zlewało się w tle coś zupełnie innego. Niczym cień, jego dłonią towarzyszyły ogromne szpony, twarz miał wykrzywioną, poznaczoną bruzdami, ogromne zęby, łuszczące się skrzydła i ogon. Nie! To nie było możliwe! A jednak… widziała to aż nazbyt wyraźnie.

– Przepraszam… muszę iść – wybąkała wstając.

Minęła go, ale w tym samym momencie chwycił ją za ramię. Jego warknięcie przypominało odgłos, jaki mógłby wydać wściekły pies. Szarpnęła się, oswobadzając rękę i rzuciła się pędem w dół brukowanej uliczki. Świecące przez cały poranek słońce teraz nagle zniknęło. Niebo stało się szare. Pociemniało. Lisanna biegła przed siebie wpadając na ludzi. Niektórzy wydawali się być zupełnie normalni, ale za innymi również kryły się demoniczne potwory. Przekraczały wszystko co mogłaby pomieścić w sobie jej wyobraźnia. Stworów było coraz więcej, a ona zdała sobie sprawę, że niespiesznie, niemalże leniwie, podążają za nią. Pędem wpadła w jakiś zaułek. Nie było z niego wyjścia. Ledwo łapała oddech. Jej serce biło jak oszalałe. Było ich zbyt wiele. Były zbyt przerażające, a ona sama, była zamknięta w pułapce.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Sebastian nie panował nad sobą. Dlaczego tak bardzo go nienawidziła? W tym było coś jeszcze… Czuł jej strach. Wiedział dokąd poleciała i zdawał sobie sprawę, że nawet wbrew jej woli, będzie musiał podążyć za nią. Jego własne uczucia już nie miały znaczenia. Była w niebezpieczeństwie. Dowiedzieli się o niej, a on, będąc daleko, nic nie mógł na to poradzić. Wtedy go zobaczył i cała jego złość ukierunkowała się w jedno miejsce. Skupił się, a lotnisko w jednej chwili opustoszało. Mężczyzna w garniturze również go zauważył. Spojrzał na niego surowo. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a potem Sebastian skoczył. Zaatakował zwinnie i szybko, niczym polujący kot. Przeciwnik był jednak na to przygotowany. W jego dłoniach pojawił się ogromny, gorejący miecz. Nie był tak szybki i zwinny jak Sebastian, ale miał broń i z pewnością wiedział jaj jej używać. Walczył niczym rycerz z opowieści o księżniczkach i smokach. To było wyrównane starcie. Zbyt wyrównane. Żaden z walczących nie był w stanie zdobyć przewagi. Skoki i uniki Sebastiana były zbyt szybkie, by tamten mógł go trafić, on sam jednak również nie był w stanie przebić się przez obronę przeciwnika.

– Co jej zrobiłeś?! – warknął coraz bardziej rozwścieczony.

Na poważnej do tej pory twarzy mężczyzny pojawił się blady uśmiech satysfakcji.

– Powiedziałem jej prawdę – oznajmił, nie spuszczając z przeciwnika wzroku.

– Prawdę? – syknął Sebastian – a jak wygląda twoja prawda?

– Zamordowałeś jej narzeczonego, żeby się do niej dobrać.

– Nie miała narzeczonego, nie zgodziła się… – zaczął Sebastian, a potem nagle przerwał w pół zdania, uświadomiwszy sobie do końca co takiego właściwie usłyszał. – Patrick nie żyje? – spytał zaskoczony.

Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie. Przez chwilę milczeli, przypatrując się sobie nawzajem.

– Jeżeli nie ty, to kto? – zapytał w końcu. – Nie planowałeś pocieszyć biednej, zagubionej dziewczyny? To przecież robicie. Kradniecie ludzkie dusze – wyrzucił z siebie ze złością.

Sebastian musiał przyznać sam przed sobą, że był gotowy zabić Patricka. Za każdym razem ledwo się przed tym powstrzymywał. Nie zrobił tego jednak, bo wiedział, że to unieszczęśliwiłoby Lisannę. Dodatkowo najwyraźniej jego wróg nie zdawał sobie sprawy z jednego, niezwykle jednak istotnego szczegółu. Szczegółu, który musiał mu zdradzić, jeśli chciał jak najszybciej dostać się do Lisi.

– Ona nie jest człowiekiem – oznajmił niemal szeptem, tak jakby nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą. – Grozi jej niebezpieczeństwo. Jeśli dopadną ją, gdy będzie sama…

Tym razem to na twarzy mężczyzny odmalował się prawdziwy gniew.

– Nie wierzę! Chcesz powiedzieć, że zmarnowałem tyle czasu i środków, próbując pomóc jednemu z was?! – mówił zbyt głośno, z trudem panował nad własnym głosem. – Niczego takiego w niej nie wyczułem! – zaprzeczył stanowczo, jednocześnie mając pewność, że Sebastian go nie okłamał. Nikt nie był w stanie go okłamać.

Karmelowe oczy zalśniły, a potem chłopak spuścił wzrok. Złość zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Teraz pozostała jedynie desperacja. Najważniejsze było, żeby pomóc Lisi, a jeżeli jego wróg mógł się okazać użyteczny, musi powiedzieć mu wszystko. Powietrze zafalowało. Na lotnisku znów pojawiły się tłumy ludzi, a oni stali przy schodach, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi.

– Nie jest jedną z nas – mruknął ponuro – Jest jedną z was – niemal niedosłyszalnie wyszeptał, przez cały czas nie podnosząc wzroku.

Oczy mężczyzny zrobiły się niesamowicie wielkie. Przez chwilę patrzył na Sebastiana niedowierzająco, a potem, niemalże zginając się w pół, wybuchnął niepohamowanym, histerycznym śmiechem.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Skuliła się pod wysokim murem, łączącym ze sobą ściany dwóch domów. Nie miała już dokąd uciekać. Teraz nie widziała już ludzi. Zostały same upiory. Nie robiły jej krzywdy, przynajmniej nie fizycznie, Lisianna jednak czuła, że pogrąża się coraz bardziej. Rzeczywistość zlewała się z tym co nierealne, a ona sama traciła zmysły. Podniosła się chwiejnie. Czuła, jakby coś wysysało z niej wszystkie życiowe siły. Przeszła obok zdeformowanych, drapieżnych postaci, a one pozwoliły się wyminąć. Niczym w koszmarnym śnie dotarła do hotelu. Wykończona opadła na łóżko. Marzyła o tym by zasnąć, ale nie potrafiła. Otuliła się kołdrą, a mimo to drżała z zimna – zimna i strachu, którego nie mogła w żaden sposób przezwyciężyć. Leżała tak minuty, godziny, nie miała pojęcia. Słyszała jakieś głosy, ale zlewały się w jedno z upiornymi szeptami. Kiedy jednak ktoś położył się za jej plecami, obejmując ją czule, natychmiast wiedziała kto to jest, mimo że nie była przekonana czy jeszcze pamięta własne imię.

– Sebastian… – wyszeptała.

Powoli, stopniowo przestawała się trząść z zimna. Upiorna, otaczająca świat szarość zaczęła się rozmywać. Łzy ulgi zaczęły mimowolnie spływać po policzkach dziewczyny.

– Cii, jestem przy tobie – usłyszała jego cichy, aksamitny głos.

Wtuliła się mocniej w jego ramiona. Nie pamiętała, czemu wcześniej go przy niej nie było, ale nie miało to teraz znaczenia. Zniknęły koszmary, ucichły szepty, zaczęło jej być ciepło i przyjemnie. Przylgnęła do niego, przysuwając się jak najbliżej się dało. Zamknęła oczy i wyczerpana zapadła w głęboki, przyjemny sen w jego ramionach.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Sebastian starał się skupić na tym, by oddychać miarowo. Tulił w ramionach śpiącą Lisiannę i ostatnie czego by chciał, to obudzić wykończoną dziewczynę swoim napadem wściekłości. Była nienaturalnie blada, a jej dłonie, nawet przez sen, desperacko wczepiały się w jego koszulę. Nie wiedział przez co przeszła, miała jednak na sobie bransoletkę, którą dla niej zrobił. Przynajmniej częściowo była więc chroniona.

– Teraz, gdy na nią patrzę, nie wiem jak mogłem tego nie zauważyć – mruknął Rafael na tyle cicho, by nie obudzić śpiącej Lisi.

Siedział wyciągnięty w fotelu i przyglądał się leżącej na łóżku parze, jednocześnie odrobinę zmartwiony, jak i nieco rozbawiony. To była tak paradoksalna sytuacja… nigdy jeszcze nie zdarzyło się w całej historii, żeby… O tak, musiał przyznać przed samym sobą, że odczuwał współczucie dla Sebastiana. Nigdy nie pomyślałby, że będzie się litował nad wrogiem.

– To nie ma znaczenia – syknął obiekt niechcianego współczucia. – Potrafisz jej pomóc?

Rafael wzruszył ramionami.

– To nie powinno się wydarzyć, jej natura miała zostać obudzona, nie przebudzić się sama. Miała przez to przejść w kontrolowanych warunkach, pod okiem nauczyciela.

– Dlaczego sądziłeś, że jest człowiekiem? – spytał Sebastian, obserwując go uważnie.

– Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby nikt nie odkrył prawdy – przyznał niechętnie Rafael. – Od kiedy o tym wiesz?

Chłopak zmieszał się odrobinę. Westchnął jednak, wiedząc, że musi mu opowiedzieć. Dla dobra Lisi.

– Najpierw weszła ze mną do ukrytego ogrodu. Ucieszyłem się, gdy okazało się, że może to zrobić. Byłem przekonany, że płynie w niej nasza krew. Ludzie w ogóle nie są w stanie dostrzec, że coś tam jest. Potem jednak… za bardzo mi się opierała. Przez cały czas wiedziałem, że mnie pragnie, ale ona po prostu odpychała mnie od siebie. Uciekała.

– Zuch dziewczyna – ucieszył się Rafael. – Bez urazy – dodał szybko, widząc ponure spojrzenie Sebastiana.

– Pewności nabrałem dopiero, gdy naruszyła rzeczywistość, tworząc dla siebie ubrania. To wasza dziedzina, my tego nie potrafimy.

– To musiał być dla ciebie szok – stwierdził mężczyzna.

– Nie – Sebastian nie spuszczał z niego wzroku – gdy się zorientowałem już wtedy nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.

– Więc to naprawdę twoja partnerka? – upewnił się Rafael. – Gdy odnajdujecie siebie nawzajem, nic mnie to nie obchodzi – kontynuował, gdy chłopak w odpowiedzi na pytanie posłał mu jedynie kolejne, ponure spojrzenie. – Gdy niewolicie ludzi, staram się walczyć o ich wolną wolę. Kiedy jednak… – zaczął mocniej zaciskając szczękę – w tej sytuacji po prostu nie mam pojęcia jak się zachować ani co powinienem zrobić.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Jeżeli miał być szczery sam ze sobą, musiał przyznać, że Sebastian nie był zły. Stał po prostu po tej drugiej – oczywiście niewłaściwej – stronie. Kiedy jednak rzucił się na niego na lotnisku, pamiętał, żeby stworzyć barierę ochronną. Los ludzi nie był mu więc do końca obojętny. Natomiast Rafaelowi nie był obojętny los Lisianny. Gdy nie wiedział kim jest, był przekonany, że po prostu ratuje kolejną, bezbronną duszę. Teraz jednak, gdy dowiedział się, że należy do jego rasy… Nie miał pojęcia jak to w ogóle mogło się wydarzyć. Gdy pojawiali się na Ziemi, nie byli przecież bezbronnymi dziećmi. Mieli misję do spełnienia, a ona była najważniejsza. Zupełnie inaczej niż w wypadku Sebastiana… Rafaelem nie rządziły uczucia, instynkty i żądze. Nie miał czasu na takie bzdury. Poświęcał się ważniejszej sprawie, większemu dobru. Czy było jednak możliwe, że ktoś z jego rasy, zachował się tak nierozsądnie? Za bardzo zbliżył się do ludzi? Rafael nie potrafił do siebie dopuścić istnienia takiej możliwości. Lisianna jednak istniała. Była tuż przed nim, w tym samym pokoju, namacalna i zupełnie realna. Jak więc inaczej wytłumaczyć to co się stało? Nie miało to sensownego wyjaśnienia, a ona była żywym dowodem pogwałcenia prawa. Ktoś, jakiś posłaniec, zamiast toczyć walkę o ludzkie dusze i miłować każdego człowieka w jednakowy sposób obdarzył szczególnym uczuciem tylko jedną osobę, a owocem tej miłości było dziecko – Lisianna.

Szóste spotkanie

Obudziła się, nie miała jednak ochoty otwierać oczu. Śnił jej się przyjemny sen. Było ciepło i miło. Poleży tak sobie jeszcze tylko troszeczkę… Powoli zaczęły wracać wspomnienia. Koszmarny sen przez chwilę wydawał się bardzo blady, a potem nagle wrócił z pełną mocą. Gwałtownie usiadła. Rozejrzała się po hotelowym pokoju. Pastelowe barwy, kwiaty na stoliku przy drzwiach, fotel, szafa… wróciła do fotela. Napotkała spojrzenie ciepłych, karmelowych oczu. Z przerażenia przestała oddychać.

– Co ty tu robisz?! – spytała ostro. – Jak mnie znalazłeś?

Czyżby cała ta ucieczka, koszmary i wszystko inne poszło na marne? Zadrżała. Jedyne na co miała teraz ochotę, to wtulić się w jego ramiona i już w nich zostać. Najlepiej na zawsze. W dalszym ciągu otrzeźwiało ją jednak wspomnienie zamordowanego Patricka.

– Lisi, grozi ci niebezpieczeństwo – zaczął cicho, zaniepokojonym głosem.

– Mnie też planujesz zabić?! – warknęła, wściekłością próbując tłumić wszelkie inne emocje.

– Nikogo nie zabiłem! – odpowiedział stanowczo, wpatrując się w nią intensywnie.

– Wiedziałabyś, gdyby kłamał – wtrącił stojący w drzwiach mężczyzna.

Znała go. To on kazał jej uciekać. Tym razem również otaczało go jasne, ciepłe światło. Zamiast jednak garnituru miał teraz na sobie po prostu niebieskie dżinsy i białą koszulę. W rękach natomiast trzymał papierową tackę z kawą ze Starbucksa. To było dziwne. Zdała sobie sprawę, że to prawda. Nie miała pojęcia skąd, ale po prostu wiedziałaby gdyby ktoś kłamał. Gdyby robił to Sebastian… Westchnąwszy z powrotem opadła na poduszki. Ulga była tak ogromna, że odczuła ją niemal fizycznie. Utkwiła wzrok w pomalowanym na biało suficie. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili milczenia, speszona tym jak intensywnie i badawczo się w nią obydwaj wpatrują.

– Czy ktoś do licha powie mi o co w tym wszystkim chodzi?

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Gdy świadomie pozwoliła mu się objąć, Sebastiana ogarnęła taka ulga, że nie potrafiłby jej opisać. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że wcale nie musi zostać tak dobrze. Rewelacje, którymi częstowali ją wraz z Rafaelem były cóż… lekko mówiąc – nie do uwierzenia. Ich historia była długa. Na Ziemi pojawili się wraz z pierwszymi ludźmi. Gdy umierał człowiek, jego dusza wędrowała do jednego z królestw, ale tylko on sam był w stanie zdecydować – którego. Oni natomiast pomagali ludziom podjąć tą decyzję. Sebastian nie pamiętał tych czasów. Nie miał wtedy ciała. Nie fizycznie. Wraz ze swoim klanem żył dopiero dwadzieścia cztery lata. Gdyby nie głęboko zakorzenione instynkty, dzikość w sercu i kilka nadprzyrodzonych umiejętności, oraz historia wpajana mu przez plemię, sam mógłby być po prostu człowiekiem. Zupełnie tak jak Lisi, która przez cały czas żyła w przekonaniu, że nim jest.

– Musisz nauczyć się oddzielać normalną rzeczywistość od tej eterycznej, podróżować między nimi – kontynuował z naciskiem Rafael.

Lisianna niewiele z tego wszystkiego rozumiała, ale tej jednej rzeczy była pewna. Musiała się tego nauczyć. Nie chciała by kiedykolwiek znowu prześladowały ją te paskudne, wysysające z niej wszystkie siły życiowe, upiory. Była również pewna, że nie da się w to coś dziwnego wciągnąć. Siedziała wtulona w ramiona Sebastiana i nagle zapragnęła by razem z nim znaleźć się gdzieś daleko stąd. Skoro jednak dysponowali czymś w rodzaju magii, najpierw zdecydowana była dowiedzieć się kto i dlaczego zamordował Patricka. Potem niech świat radzi sobie bez niej, tak jak czynił to do tej pory.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Zmrużyła oczy, słońce świeciło zdecydowanie zbyt jasno. Czerwiec we Włoszech był upalnym miesiącem. Najczęściej, nawet w cieniu, temperatura osiągała zawrotne wysokości. Kiedy jednak oddalała się od Sebastiana lub Rafaela choćby na parę metrów, równie dobrze mogłaby znajdować się na którymś z biegunów. Temperatura otoczenia gwałtownie spadała, świat stawał się szary i zniszczony, a ją samą otaczały zniekształcone cienie. Nie pomagały żadne tłumaczenia czy wskazówki co powinna zrobić, żeby się od tego odciąć. Ta obca, nierealna rzeczywistość atakowała ją ze wszystkich stron, więżąc w stalowej klatce. Rafael najwyraźniej spodziewał się, że pójdzie im znacznie łatwiej, ale Lisianna okazała się być bardzo oporną uczennicą. Przez parę dni podróżowali po całym kraju, aż w końcu Rafael zdecydował, że na dłużej zostaną w Vernazzie. Niewielkie miasteczko liczyło sobie około tysiąca mieszkańców, miało maluteńką plażę i niesamowitą architekturę. Według Rafaela posiadało również bardzo stabilną granicę między światami, dzięki czemu Lisi miała bezpiecznie ćwiczyć. Nic z tego. Nawet w tym miejscu każde zetknięcie się z tą paskudną, alternatywną rzeczywistością prowadziło dziewczynę ku granicy szaleństwa. Dodatkowo Sebastian ani trochę nie ułatwiał tych ćwiczeń. Widząc jak wpływają na Lisi nie zamierzał odstępować jej nawet na krok i chronił ją własnymi umiejętnościami. Za każdym razem Rafael musiał toczyć z nimi zaciętą walkę.

– Nie chcę tam wracać – mruknęła Lisi, podpierając się na łokciu i intensywnie wpatrując w Sebastiana. – Czy nie da się od tego po prostu jakoś odciąć?

Leżeli na kocu, na jednej z wystających z wody, gładkich skał. To były przyjemne chwile, niemalże wakacyjne. Dziewczynie jednak daleko było w tej chwili do beztroski. Chłopak westchnął. Rozmawiali na ten temat przynajmniej kilkadziesiąt razy i nie potrafił jej udzielić żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. Bolało go to, że nie potrafi jej pomóc.

– Dla mnie to jak sen – odezwał się cicho. – Tylko, że mogę go kreować, tak jak mi się podoba. Nie walczę z nim, po prostu przez niego przepływam. Tyle, że ode mnie nie bije taki blask – uśmiechnął się do niej ponuro – i nie przyciągam tylu cieni co ty.

– Nie bije ode mnie żaden blask – nastroszyła się Lisi, chociaż w duchu musiała przyznać, że doskonale wie o czym on mówi. Przecież sama widziała to ciepłe światło, które otaczało Rafaela.

Leniwym ruchem wyciągnął rękę i przyciągnął ją do siebie, zmuszając, żeby znowu się położyła. Mimo panującego upału z przyjemnością się do niego przytuliła. To wydawało jej się takie naturalne. Tylko w ten sposób potrafiła odnaleźć w tym wszystkim choć odrobinę normalności i tylko przy nim czuła się choć odrobinę bezpieczna.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

To było miłe uczucie – być przy nim bez wrażenia, że robi coś złego. Całe jej życie przestało istnieć w momencie śmierci Patricka, a teraz, powolutku, kształtowało się na nowo.

– Dlaczego? – zadała pytanie wtulając się w jego ramiona.

– Dlaczego co? – odpowiedział jej sennym głosem.

– Dlaczego ja?

Przyciągnął ją do siebie mocniej.

– Nie wiem. Tak już po prostu jest. Kiedy cię zobaczyłem, wiedziałem, że to ty, tak samo jak ty wiedziałaś, że to ja.

Zaśmiała się cicho z jego pokrętnej logiki. Przecież nawet nie znali się zbyt dobrze… Musiała mu jednak przyznać rację. Wiedziała. Po prostu nie lubiła kiedy ją ktoś do czegoś zmuszał. Teraz tak jakby to był jej wybór, a przynajmniej będzie, kiedy wreszcie nauczy się odgradzać od tego dziwnego horroru. Umościła się wygodniej i zamknęła oczy. Nawet już jej nie dziwiło, że gdy patrzyła w przyszłość, widziała w niej Sebastiana.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Obudziła się. Przez chwilę leżała nie otwierając oczu, a potem wstała cicho, nie budząc wciąż śpiącego Sebastiana. W niemalże pogodnym nastroju umyła się i ubrała. Nigdy nie przepadała za sukienkami, ale tu, w tym upalnym słońcu, nic innego nie wydawało jej się bardziej na miejscu. W pokoju pensjonatu była klimatyzacja, na zewnątrz jednak można było się ugotować. Wyjrzała przez okno na patio. Rafael siedział przy jednym ze stolików i jadł śniadanie. Doskonale, najbardziej na świecie potrzebowała w tym momencie kawy, najlepiej mrożonej, a nie zamierzała przedzierać się po nią przez stado upiornych postaci rodem z krwawych horrorów. Zeszła na dół i przysiadła się do mężczyzny.

– Jakieś plany na dzisiaj? – zapytała niechętnie, po wymianie zdawkowego powitania.

– Nie – odpowiedział po prostu, nie podnosząc wzroku znad gazety, którą czytał.

– Nie? – spytała zaskoczona.

– Nie – powtórzył. – To nie ma sensu. Nie jestem w stanie cię niczego nauczyć.

Mimo panującego od rana upału Lisannę przeszył chłodny dreszcz. Wyrwała mu z rąk gazetę, zmuszając by na nią spojrzał.

– Więc się poddajesz? – przerażenie i rozpacz sprawiły, że prawie krzyknęła.

– Nie – odpowiedział, ledwo skrywając uśmiech.

– W takim razie co planujesz zrobić? – spytała z wyraźną irytacją.

– Zabieram cię do akademii – oznajmił pogodnie. – Czy mogę odzyskać swoją gazetę? – spojrzał na nią wyczekująco.

Lisanna speszyła się odrobinę własnym wybuchem. Wstrętny manipulant! Chciał wiedzieć jak bardzo jej zależy, a ona, tak po prostu, mu to pokazała. Pokornie zwróciła mu gazetę.

– Dziękuję – powiedział odbierając ją od dziewczyny. Gestem przywołał kelnera. – Zamówić coś dla ciebie? – zaproponował uprzejmie.

Skinęła głową, zastanawiając się na co się właśnie zgodziła.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Sebastian był naprawdę zirytowany. Nie. Zirytowana była ona. Jego roznosiła złość. Ona po prostu nie rozumiała o co mu chodzi.

– Akademia? Nie mówisz chyba poważnie?!

– Ale dlaczego? Co w tym pomyśle jest takiego złego? – dociekała Lisi.

– To – Sebastian niemalże warknął – że nie będę mógł tam z tobą być.

– Dlaczego nie? – spytała naprawdę zaskoczona.

Nie spodziewała się takiej reakcji. Gdy Rafael rano opowiedział jej o akademii i mieście Elora, w którym się znajdowała, wydawała się być całkiem miłym, przyjaznym miejscem. Prawdopodobnie była również jej jedyną nadzieją na ucieczkę od koszmarów. Chłopak zacisnął pięści, tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie.

– Czego nie zrozumiałaś w naszej historii? – wysyczał. – Posłańcy i Cienie są śmiertelnymi wrogami. Od zawsze. – Spojrzał jej proso w oczy. – Jeśli pojawię się w ich mieście to zginę. I zapewne nie będzie to przyjemna, spokojna śmierć.

Lisanna wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego szorstkiego policzka.

– Przecież ty i Rafael… – zaczęła, ale nie dał jej skończyć.

– Mnie i Rafaela połączył wspólny interes – wyjaśnił sucho. – Gdyby nie to, zapewne również próbowałby mnie zabić.

– Wypraszam sobie – oznajmił tamten, wchodząc do pokoju. Byli tak zajęci sobą, że nie potrafili stwierdzić ile czasu już się im przysłuchuje. – To ty zaatakowałeś mnie na lotnisku.

– A ty nie zrobiłbyś tego samego, gdybyś zobaczył mnie pierwszy? – warknął na niego Sebastian.

– Oczywiście, że bym zrobił – przyznał spokojnie Rafael. – Co nie zmienia faktu, że Lisi potrzebuje pomocy, której ja nie potrafię jej udzielić. Kto jest tu ważniejszy ty czy ona? – pozwolił by pytanie zawisło pomiędzy nimi w powietrzu.

– Wyjdź! – rozkazał Sebastian, przyciągając do siebie Lisannę opiekuńczym gestem.

Rafael wzruszył ramionami, ale posłuchał. Nawet uprzejmie zamknął za sobą drzwi. Chłopak odetchnął głęboko. Lissi stanęła przodem do niego, lekko wspinając się na palce. Pocałowała go w usta. Objął ją ramionami. Pisnęła, gdy uniósł ją w górę. Objęła go nogami w pasie, rękoma oplatając jego szyję. Przez chwilę całowali się, jakby świat przestał istnieć.

– Nie chcę, żebyś tam przebywała – wydyszał między pocałunkami.

– Ja też nie chcę być z dala od ciebie – przyznała szczerze, odwracając głowę na bok, żeby pozwolił jej cokolwiek powiedzieć.

Niezrażony zaczął całować jej szyję.

– Kocham cię – mruknął cicho, tuż przy jej uchu. – Zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna.

Cokolwiek ich łączyło dopiero teraz Lisi zdała sobie sprawę, że to nie jakaś szaleńcza burza hormonów. To było coś innego, coś więcej, coś wyjątkowego. Mimo tego, że tak krótko go znała, ona też była pewna, że kocha Sebastiana. I racjonalność nie miała tu nic do gadania.

Świat bez Sebastiana

Była rozdarta. Chciała zostać z Sebastianem. W niewielkim, nadmorskim miasteczku czuła się niemal szczęśliwa. Nie miała ochoty nigdzie podróżować, a już na pewno nie miała ochoty poznawać innych takich jak ona, jak to ujął Rafael.

– Jak długo to potrwa? – spytała natarczywie Lisanna.

– To zależy tylko od ciebie – wzruszył ramionami Rafael. – Zresztą nie sądzę, żebyś chciała wrócić. Elora to także twój dom. I jest tam naprawdę pięknie.

Spojrzała na niego niemal wrogo.

– Mój dom przestał istnieć i być może znajdę nowy, ale z pewnością nie będzie to Elora.

Na pewno nie, jeżeli nie będzie tam Sebastiana, dodała w myślach. Rafael zatrzymał się tuż przed nią. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco, otaczając ją swoim światłem. Ona również stanęła. Spojrzała na niego zdezorientowana. Rafael położył rękę na jej czole, jakby chciał sprawdzić, czy nie ma gorączki. Dziewczyna westchnęła cichutko. Poczuła dziwny, nienaturalny spokój. O czym wcześniej myślała? A tak… Jakkolwiek cudowne nie byłoby miejsce, w które chciał ją zabrać i tak nie stanie się jej domem. Nie bez Sebastiana.

– Wystarczy mi, jeśli nauczę się trzymać własnej rzeczywistości – oznajmiła ostro. – Potem chce wrócić do…

No właśnie, do kogo? Przecież Patrick nie żyje… Gdzieś na granicy świadomości tliło się jakieś ulotne wspomnienie, które jednak niemal natychmiast od niej uciekło.

– Myślę, że nauczysz się o wiele więcej – Rafael obdarzył ją ciepłym, kojącym uśmiechem.

Mgła, w której stali opadła, a oczom Lisanny ukazały się połacie zieleni oraz bystra, wijąca się srebrną wstęgą rzeka, a za nimi znajdowało się miasto. Lśniące w słońcu, strzeliste wieże z białego marmuru wznosiły się ku niebu. Dziewczyna jeszcze nigdy w życiu nie widziała nic równie pięknego. Nawet skaliste wybrzeże Vernazzie nie mogło konkurować ze baśniową wspaniałością Elory.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Miasto sprawiało wrażenie niezwykle przyjaznego. Owszem, było tu wiele straży, rodem ze średniowiecznych rycin, ale gdy Rafael z Lisanną u boku przeszli przez most, stojący przed bramą gwardziści pozdrowili ich uprzejmie, obdarzając dziewczynę ciepłymi uśmiechami. Do tego Lisi z przyjemnością zdała sobie sprawę, że strażnicy to nie tylko mężczyźni. Było wśród nich wiele niezwykłej urody, złotowłosych kobiet. Rafael poprowadził ją wąskimi uliczkami ku pełnemu zieleni placowi. Rozglądała się wokół z zachwytem, zdając sobie sprawę, że napotkane osoby obserwują ją z zaciekawieniem, ale bez nachalności. Tylko strażnicy mieli na sobie nadzwyczajne stroje. Mieszkańcy miasta ubrani byli niemalże normalnie. Niektórzy, tak jak oni, poruszali się pieszo, a inni… inni mieli konie, ale te konie nie były zwyczajne. One miały skrzydła! Ogromne, pokryte pierzem skrzydła! Lisi oczarowana patrzyła jak jeden z cudownych rumaków wzbija się ku niebu. Rafael zatrzymał się przy fontannie na środku placu.

– Co teraz? – zapytała oszołomiona Lisi, nie potrafiąc przestać się rozglądać.

– Teraz musimy chwilę poczekać – odpowiedział pogodnie.

– Na co czekamy? – spytała zaciekawiona.

Wyglądało na to, że Rafael ma tego dnia jakiś wyjątkowo dobry humor. Lisi nie pamiętała, żeby wcześniej aż tak pogodnie się zachowywał.

– Mam parę spraw do załatwienia i muszę przekazać cię w dobre ręce – wyjaśnił z uśmiechem.

Dziewczyna skrzywiła się nieco. Naprawdę nie tego się spodziewała. Była jednak zbyt oszołomiona, a Rafael sprawiał wrażenie zbyt zadowolonego z siebie, postanowiła więc nie protestować. Przysiedli na brzegu fontanny. Lisi w milczeniu rozglądała się po placu. Po kilku chwilach Rafael wskazał zbliżającego się jeźdźca.

– To mój wnuk, Maven – przedstawił chłopaka.

– Wnuk? – Lisanna nie mogła być w większym szoku.

Rafael wyglądał na najwyżej 35 lat, a ten chłopak był przynajmniej w jej wieku, jeżeli nie starszy. Mężczyzna wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.

– Pozory mogą mylić – oznajmił pogodnie.

– Jakim cudem?

Westchnął, a Lisi poczuła się jak niesforne dziecko, które zasypuje go irytującymi pytaniami na poziomie przedszkolaka. To zdenerwowało ją tylko jeszcze bardziej. Wbiła w niego wściekłe spojrzenie.

– Dobrze, już dobrze – wyglądał na rozbawionego, mimo że jej wcale nie było do śmiechu. – Możemy sobie wybrać wiek, w którym chcemy się zatrzymać – wyjaśnił. – Później już się nie starzejemy. Ty sama także możesz to zrobić,  a przynajmniej będziesz mogła, kiedy już się tego nauczysz.

– Więc ile masz lat – zapytała zgryźliwie.

– Tego nie chciałabyś się dowiedzieć – oznajmił.

– Więcej niż 100? – zażartowała.

Ku jej zdumieniu Rafael jedynie skinął głową. Miał rację. Nie chciała tego wiedzieć.

– A Maven? – spytała niepewnie.

– Maven żyje dopiero 22 lata i póki co nie zdecydował się zatrzymać. Jeszcze nawet nie ukończył akademii. Myślę, że będzie dla ciebie odpowiednim przewodnikiem.

Lisi obrzuciła taksującym spojrzeniem zbliżającego się chłopaka. Był przystojny. Właściwie to zbyt przystojny. Perfekcyjny. Niczym model z reklamy. Jasne, odrobinę przydługie włosy, sylwetka sportowca, a całości dopełniały niebieskie, nieco wytarte dżinsy i grafitowa, dopasowana koszulka. Kiedy zwinnie zeskoczył ze skrzydlatego konia i podszedł do nich okazało się, że jest również wysoki. Nieco wyższy od Rafaela, któremu sięgała do ramienia. Spojrzał na nią wyzywająco, oceniając ją wzrokiem. Lisi poczuła, że się rumieni. Mimo zapewnień Rafaela o tym jak sympatyczny jest Maven, wcale nie była taka pewna czy go polubi.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Siedziała na skrzydlatym koniu, co bardzo jej się podobało. Niestety, żeby nie spaść, musiała obejmować w pasie Mavena, co podobało jej się znacznie mniej. Chłopak milczał i jakby odetchnął z ulgą gdy wzbili się w powietrze i zniknęli z pola widzenia Rafaela. Zobaczyła rozciągające się w mieście połacie zieleni i pomyślała, że to otaczający akademię park. Po cichu liczyła na to, że dostanie swój pokój, w którym będzie mogła ukryć się przed wszystkim i przed wszystkimi. Liczyła również na to, że kiedy dotrze na miejsce już więcej nie będzie musiała przebywać w towarzystwie Mavena. Koń gwałtownie skręcił, przeleciał parędziesiąt metrów i wylądował między drzewami. Chłopak zwinnie zeskoczył z grzbietu zwierzęcia, a zaskoczona Lisi powoli ześliznęła się z siodła. Gdy stanęła na nogi znalazł się tuż na przeciwko niej. Spojrzał na nią z góry wściekłym wzrokiem.

– Naprawdę myślisz, że chcę tu być i cię niańczyć?! – warknął. – Gdyby nie pozycja mojego dziadka, z pewnością bym odmówił tej wątpliwej przyjemności.

Westchnęła zaskoczona. Przecież nic nie powiedziała. Nie na głos. Rafael powiedział przecież, że nie potrafią czytać w myślach… Maven wciąż mierzył ją gniewnym wzrokiem, teraz jednak speszył się odrobinę. Cofnęła się, gdy przysunął się jeszcze bliżej, wpadając na stojące za nią zwierzę. Koń odsunął się od nich o kilka kroków, spokojnie skubiąc trawę.

– Nie potrafię czytać w myślach, jestem empatą – oznajmił ostro.

To znaczy co? Czytał uczucia? Ale przecież dokładnie odpowiadał na wszystko co ona…

– Dość! – wrzasnął na nią.

Cofnęła się jeszcze o kilka kroków, aż drogę zagrodził jej szeroki pień drzewa. Maven nie odpuścił, znowu znalazł się bliżej. Ręce oparł na korze, po obu stronach jej ramion. Teraz naprawdę ją przerażał. Nagle wyraz jego twarzy się zmienił. Gniew się ulotnił. Wpatrywał się w nią intensywnie, ale już bez wściekłości.

– Maven? – spytała niepewnie dotykając dłonią jego ręki.

– Nie musisz się mnie bać – powiedział cicho, odsuwając się nieco, by zrobić jej więcej przestrzeni. Ręka na której trzymała dłoń, została tam gdzie była.

Lisi nie była pewna co ma teraz zrobić. Nie chciała się już w niego wpatrywać, więc odrobinę spuściła wzrok. Powoli zabrała swoją dłoń. Zauważyła, że chłopak odetchnął. Głęboko. Jakby do tej pory z jakiegoś powodu wstrzymywał powietrze.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Odetchnęła z ulgą, kiedy zamknęły się za nią drzwi pokoju, oddzielając ją od Mavena. Zaprowadził ją do akademii, a potem prosto, jak się okazało, do akademika dziewczyn. Oznajmił, że przyjdzie po nią rano i… uciekł. Tak, to zdecydowanie była ucieczka. Teraz jednak nie miała czasu się zastanawiać, gdyż pokój nie był pusty. Akademia była niemalże pałacem, a to… to była ogromna komnata, większa niż niejedno mieszkanie. W jej wnękach, tworzących jakby mniejsze pokoiki – każdy w innym stylu – stały łoża z baldachimami, ozdobne szafy, lustra i biurka. Na środku natomiast znajdowały się kawowy stolik, fotele i kanapa. Ten niewielki salon urządzony był w ciepłych, żółto-pomarańczowo-czerwonych barwach. Ledwo za Lisi zamknęły się drzwi, a już obskoczyły ją dwie dziewczyny, które sprawiały wrażenie jej rówieśniczek. Trzecia nie ruszyła się z fotela, ale również przyglądała się jej z ciekawością.

– Jak żyje się wśród ludzi? Koniecznie musisz nam opowiedzieć! – rzuciła się na nią brunetka o sarnich oczach. Miała najciemniejszy odcień włosów jakie do tej pory Lisi widziała w Elorze.

– Nie bądź idiotką, Amando – ofuknęła ją smukła blondynka. – Kogo obchodzą jacyś głupi ludzie? Lepiej niech opowie coś o Mavenie! Czy był uprzejmy? Co mówił? Leciałaś z nim na jednym pegazie! Jak to było znaleźć się w jego ramionach? Jest wspaniały, prawda? – rozpływała się dziewczyna, potok słów wyrzucając z siebie niemal jednym tchem.

Lisi parzyła na nie zdezorientowana i lekko spłoszona. Trzecia z nich przewróciła oczami i również wstała ze swojego miejsca. Zbliżyła się do nich z gracją.

– Mam na imię Rose – przedstawiła się uprzejmie – te rozgadane papużki to Amanda – wskazała na brunetkę – i Ewelije – zaprezentowała blondynkę.

– Jestem Lisi – odpowiedziała wdzięczna za ratunek dziewczyna.

– Tak, wiemy – machnęła ręką Rose. – Wszyscy o tobie mówią. Podobno w ogóle nie zdawałaś sobie sprawy z tego kim jesteś, kiedy odnalazł cię Rafael – spojrzała na nią niedowierzająco, ale już po chwili zbagatelizowała ten fakt. – Jesteśmy twoimi współlokatorkami – wyjaśniła, biorąc Lisi pod rękę i prowadząc w głąb pokoju, ku jednej z wnęk. – To twoja część pokoju.

Wnęka do której podeszły była… pusta. Dziewczyna spojrzała zaskoczona.

– Czy będę miała jakieś meble? – zapytała niepewnie.

 Trzy pary oczu spojrzały na nią niedowierzająco.

– No tak – odparła w końcu Amanda – takie jakie sobie przywołasz…

Lisi zamrugała.

– Co zrobię?

– O rany! To jakiś żart? – zdziwiła się Ewelije.

– Nigdy nie tworzyłaś przedmiotów? – zapytała niedowierzająco Rose. – Przecież to potrafi każdy przedszkolak…

Dziewczyna przecząco pokręciła głową, coraz bardziej zmieszana.

– Chętnie byśmy ci pomogły – odezwała się ponownie Rose – ale to twoja przestrzeń, jest do ciebie dostrojona i nie potrafimy w nią ingerować – wyjaśniła. – Jeśli ci się dzisiaj nie uda, pożyczymy ci jakieś poduszki i koc, żebyś mogła przespać się na kanapie… przykro mi, ale raczej nic więcej nie możemy tu zrobić.

Lisi poczuła się bardzo nieswojo. Pozwoliła się tutaj zaciągnąć Rafaelowi, żeby się czegoś nauczyć, ale przecież do licha nie miała tego robić zupełnie sama! Cały wieczór spędziła na próbach stworzenia… czegokolwiek. Mimo gorliwych rad dziewczyn jej wysiłki poszły jednak na marne. W końcu zrezygnowana, długo po ciszy nocnej, skorzystała z ich kosmetyków oraz pożyczonej koszulki nocnej i położyła się spać na kanapie.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Na dworze było jeszcze ciemno. Obudziło go uczucie pośpiechu i przerażenia. Nie były to jego uczucia. Ledwie zdążył usiąść na łóżku, gdy ktoś wpadł do pokoju.

– Wstawaj, szybko! Nie ma czasu! – polecił mu Jarved, jeden z jego nauczycieli.

– Co się stało? – spytał zaspanym głosem.

– Jakimś sposobem przedarły się przez barierę, Rafael potrzebuje twojej pomocy!

Maven zerwał się na równe nogi, nie zdążył przejść nawet kilku kroków, gdy pojawiło się na nim kompletne ubranie.

– Dokąd idziemy? – spytał rzeczowo.

– Żeński akademik – rzucił nerwowo Jarved.

Myśli chłopaka pędziły w dzikim galopie. Więc chodzi o tą irytującą smarkulę… Lisi… Dziewczynę, przy której nie potrafił zachować nerwów na wodzy, nie potrafił również przy niej jasno myśleć i nie spał z jej powodu przez większą część nocy. Oczywiście, że musiało o nią chodzić, zadrwił sam z siebie. Pędził korytarzami akademii zostawiając z tyłu Jarveda. Gdy tylko dopadł drzwi, gwałtownie je otworzył. Przerażone dziewczyny nie spały. Drżąca Lisi tuliła się do Rafaela. Czuł jej strach, rozpacz i niemoc. Mimo to wkurzyło go, że nawet nie podniosła na niego wzroku.

– Co się stało? – zapytał próbując zapanować nad własnym głosem. – Dlaczego mnie wezwałeś? – zwrócił się do Rafaela.

Jego dziadek wstał z kanapy, na której do tej pory siedział z dziewczyną.

– Nie wiem jak to zrobiła – wyjaśnił spokojnie – ale zgromadziła wokół siebie upiory. Zleciały się jak ćmy do światła. Przeraziły wszystkich w pobliżu, nie tylko ją. Ich fala była tak silna, że przedarły się przez tarczę otaczającą miasto.

Maven poczuł oszołomienie. Jak? Oczami dziewczyny ujrzał otaczające ją, przerażające postacie. Jej stłumiony przez obecność Rafaela strach ożył na nowo.

– Co mam zrobić? – spytał, żeby choć odrobinę odgrodzić się od tej fali niechcianych myśli i uczuć.

– Zostaniesz z nią. Będziesz ją chronił swoją mocą dopóki sama nie nauczy się stawiać bariery – oznajmił poważnym, cichym, ale nie znoszącym sprzeciwu głosem Rafael.

– Ale ja… – Maven chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedział co powiedzieć.

– Będziesz chodził za nią krok w krok, nawet jeżeli będzie chciała pójść do łazienki, ty pójdziesz tam za nią, czy wyraziłem się jasno?

Maven wiedział, że to nie jest ani prośba ani pytanie. To był bezpośredni rozkaz i nie mógł się mu sprzeciwić.

– Tak – niemalże warknął, przenosząc wzrok ze swojego dziadka na dziewczynę.

Nie, błagam, tylko nie on! Nie zostawiaj mnie z nim! Nie był pewien czy mówią to jej myśli czy wbite  w Rafaela spojrzenie, ale coś sprawiło, że pożałował swojego ostrego tonu.

– Świetnie – odpowiedział mężczyzna – w takim razie jutro działamy zgodnie z planem. Spróbujcie się jeszcze przespać – dodał. – Nie martw się, Maven się tobą zaopiekuje – łagodnie zwrócił się do Lisi, ojcowskim gestem pogładził ją po włosach, skinął im wszystkim głową, a potem wyszedł z pokoju.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Zrezygnowany chłopak usiadł na jednym z foteli. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wpatruje się w niego nie tylko siedząca na kanapie Lisanna, ale także pozostałe dziewczyny.

– Wracajcie spać – zwrócił się do nich wszystkich.

Niechętnie powędrowały do swoich łóżek, ale Lisi tylko szczelniej otuliła się kocem. Ze wszystkich sił starał się odgrodzić od emocji, które od nich czuł. Nie miał ochoty być obiektem pożądania i adoracji. Na pewno nie w tej chwili. Nie podobała mu się także płynąca od Lisi irytacja. To on miał prawo czuć się wkurzony, z pewnością nie ona!

– Może czegoś potrzebujesz? – spytała słodkim głosem jedna z pozostałych.

Tak, świętego spokoju, miał ochotę odwarknąć. Ciekawe czy wie, że nie musiałby spać w fotelum gdyby nie chciał, usłyszał ironiczną myśl Lisi. Racja. Tylko co ona sama do cholery robiła na kanapie?

– Nie, dziękuję – zmusił się do uprzejmej odpowiedzi. – Jutro nas wszystkich czeka ciężki dzień, więc proszę, spróbujcie zasnąć. Czemu nie jesteś w łóżku? – zwrócił się do Lisianny.

Wymownie spojrzała na pustą wnękę.

– Śpię tutaj – oznajmiła.

Bo nie potrafię sobie wyczarować pokoju, dodała w swojej głowie. Naprawdę ktoś mógł tego nie potrafić? To było przecież takie proste… Dziecięca zabawa. Najwyraźniej jednak nie dla niej, tak samo jak nie potrafiła postawić wokół siebie bariery.

– W takim razie idź, spać – westchnął tyko. – Dobranoc – oznajmił kategorycznie.

Jedna z dziewczyn klasnęła dwukrotnie i zgasło światło. Maven wyciągnął się w fotelu. To będzie długa noc, pomyślał. Dlaczego akurat on? pomyślała Lisi, układając się na kanapie. Czemu nie został ze mną Rafael? Chłopak z całej siły zacisnął pięści. Z jakiegoś nieznanego nawet sobie powodu zamierzał jej udowodnić, że przy nim również może czuć się bezpieczna.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Rankiem obudziło ją krzątanina. Usiadła ziewając i przeciągając się nieco. Maven wciąż tam był. Również nie spał. Przypatrywał się wszystkim zrezygnowanym wzrokiem. Ewelija usiadła przy niej, obejmując Lisi ramieniem.

– Możesz sobie pożyczyć ode mnie jakieś ubrania – oznajmiła pogodnie. – Moja szafa jest do twojej dyspozycji. Daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała.

Lisi skinęła głową.

– Dziękuję.

W końcu dziewczyny wyszły, rzucając Mavenowi tęskne spojrzenia. Lisi z przerażeniem zdała sobie sprawę, że zostali sami.

– Naprawdę jestem taki straszny? – spytał chłopak wciąż nie ruszając się z fotela.

Obrzuciła go poirytowanym spojrzeniem.

– Dlaczego czytasz mi w myślach? – spytała cicho.

– Nie mam zielonego pojęcia – westchnął. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło.

– Dlaczego nie powiesz Rafaelowi, że nie chcesz się mną zajmować? – rzuciła kolejne pytanie.

Skrzywił się nieco.

– Naprawdę sądzisz, że mam tutaj cokolwiek do gadania?

Nie, faktycznie nie sądziła. Tylko… co miała teraz zrobić? Chłopak wstał, przeciągając się leniwie. Podszedł do niej. Spojrzała na niego nieufnie.

– No chodź, pomogę ci – zachęcił.

– W czym?

Wymownie spojrzał na pustą przestrzeń w pokoju.

– W tym – odpowiedział gładko.

– Niby jak? – spytała zrezygnowana. – Próbowałam wczoraj przez parę godzin.

– Zaufaj mi – uśmiechnął się do niej aroganckim uśmiechem.

– Taaak, jasne…- mruknęła.

Posłusznie jednak odsunęła kołdrę i wstała. W końcu co niby miała do stracenia?

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Tym razem nie musiał nawet czytać w jej myślach. Jej uczucia doskonale potrafił poznać po tonie dziewczyny. Mimo wszystko jednak podeszła za nim. Była teraz taka bezbronna i słodka, w sięgającej kolan nocnej koszuli, z rozczochranymi po spaniu włosami, które całymi pasmami uciekały z warkocza. To zupełnie zbiło go z tropu. Dokładnie tak jak w nocy miał ochotę się nią zaopiekować, a jednocześnie tak go drażniła, że najchętniej zostawiłby ją bez osłony i niech sobie radzi jak chce. Bez niego. Stanęli po środku wnęki. Położył dłonie na jej ramionach i obrócił ją tyłem do siebie. Zmusił, żeby oparła się o niego plecami. Zesztywniała. Przez chwilę myślał, że dziewczyna zaraz się odsunie, albo spróbuje go odepchnąć. Przygotował się na to nieprzyjemne uczucie obrzydzenia w jej głowie, ale nic takiego się nie stało. Lisi… ona zadrżała z podniecenia. Kontakt z jego ciałem sprawił jej niekłamaną przyjemność i robiła sobie teraz z tego powodu wyrzuty. Uśmiechnął się sam do siebie. Postanowił tego nie komentować. Objął ją od tyłu ramionami.

– Wyobraź sobie teraz pokój – poprosił.

– To na nic – odpowiedziała starając się nie zabrzmieć na speszoną.

Nie tylko ona była zaskoczona i zmieszana. Zdziwiło go jak bardzo spodobało mu się trzymanie jej w ramionach.

– Zamknij oczy i go sobie wyobraź – powiedział łagodnie. – Niczego więcej od ciebie nie oczekuję.

Westchnęła, ale spełniła jego polecenie. Pokój o którym pomyślała Lisi był niewielką sypialnią. Łóżko, biurko, szafa, duże okno z szerokim parapetem na którym leżała sterta poduszek. W niczym nie przypominał komnaty księżniczki podobnej do pokojów pozostałych dziewcząt. To była łatwizna. Przelał w jej myśli nieco swojej mocy by ta przedostała się bezpośrednio przez nią. Idealnie.

– Maven, ja… – zaczęła po krótkiej chwili.

– Już możesz je otworzyć – przerwał jej rozbawiony.

Zaskoczenie. Wdzięczność. Strach. Nie. Już nie strach. Obawa.

– Jak to zrobiłeś?

– Ja tylko trochę ci pomogłem – wyjaśnił skromnie. – Ty to zrobiłaś. I nie mam pojęcia – wskazał na nakryty grafitową narzutą mebel – dlaczego wyobraziłaś sobie tylko jedno łóżko, skoro ja też mam tu spać, chyba że zamierzasz spać ze mną.

Odwróciła się do niego gwałtownie. Uderzyła go pięścią w tors. Wyglądała jak wściekły kotek. Tak było lepiej. Wtedy podobała mu się bardziej. Czy ona w ogóle mu się podoba? Tak, podoba… ale czy powinna mu się podobać? Poczuł jej urazę, irytację, ale przez głowę dziewczyny przeszła również myśl, że to wcale nie byłaby taka zła opcja. Roześmiał się, a potem już nie mógł przestać. Zaczął się gwałtownie i niepohamowanie śmiać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Była na poziomie przedszkola! … a może nawet i nie. Te dzieciaki wiele rzeczy robiły po prostu naturalnie. Ona tego nie potrafiła. W akademii była już od trzech tygodni i nie poczyniła żadnych, nawet najmniejszych postępów. No może niezupełnie. Jedyna umiejętność jaką udało jej się rozwinąć to coraz wyższy poziom w drażnieniu Mavena. W tym była wręcz perfekcyjna. Jak odepchnąć od siebie chłopaka, który wie, że ci się podoba, bo czyta w  twoich myślach? To było jak gra. Im bardziej starała się go od siebie odsunąć tym bliżej on się przysuwał. Nie była pewna jego intencji. Sprawiał wrażenie jakby drażnił go sam fakt, że musi jej pilnować, a jednocześnie jakby był z tego powodu szaleńczo szczęśliwy. Wiedział również, że jest ciekawa i… oczywiście uparcie ten fakt ignorował.

– Lisi, naprawdę życzę ci dobrze, ale za to, że codziennie z nim przebywasz najchętniej wydrapałabym ci oczy! – oznajmiła Ewelijie konspiracyjnym szeptem.

Siedziały na dworze, przy stoliku, w miejscu, które przypominało najzwyklejszą w świecie kawiarnię. To znaczy przypominałoby gdyby nie te dziwne, słodkie i gęste napoje, które tu podawali zamiast kawy, owoce, których nigdy nie widziała na oczy, brak obsługi i brak konieczności płacenia za cokolwiek. Rzeczy po prostu tu były i można było sobie je wziąć, a kiedy miało się ochotę na więcej to pojawiały się z powrotem. To było całkiem niezłe rozwiązanie i Lisi już zdążyła do niego przywyknąć. Maven rozmawiał z kimś po drugiej stronie ulicy, nie spuszczając z niej wzroku. Często się tak odsuwał by dać jej chociaż namiastkę prywatności.

– Przebywa? Ona z nim sypia – sprostowała Amanda.

– Ej, nieprawda! – speszyła się Lisi.

Amanda roześmiała się radośnie. Ona również lubiła jej dokuczać, ale było to zawsze przyjazne dokuczanie. Ewelija również starała się być miła, ale nigdy nawet nie próbowała ukryć swojej zazdrości. Rose widywały tylko wieczorami i wczesnym rankiem. Nawet dziewczyny nie miały pojęcia czemu tak bardzo i z jakiego powodu unika Lisanny.

– Jak to nie? W takim razie codziennie wieczorem mam chyba omamy – teatralnym gestem położyła rękę na czole, zanim wróciła do siorbania przez słomkę swojego napoju.

Lisi speszyła się nieco. Rzeczywiście można było stwierdzić, że sypia z Mavenem. Ostatecznie wypracowali z chłopakiem kompromis i duże łóżko przedzielili stertą wąskich poduszek. Ona spała po jednej stronie, on po drugiej. W ustach Amandy jednak wypowiedź brzmiała jakby aż kipiała od podtekstów. Lisi wpadła na iście diabelski pomysł. Ciekawe co by powiedziały, gdyby Maven pomógł jej stworzyć oddzielające ich mały pokój, grube zasłony? Była przekonana, że chłopakowi niezmiernie spodoba się ten plan.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Maven zazgrzytał zębami. Rozumiał motywację Rafaela, ale… cholernie nie podobał mu się ten pomysł. Tyle tylko, że on sam nic nie miał do gadania. Jego zdaniem rzucenie dziewczyny na  głęboką wodę wcale nie było dobrym pomysłem. Mogła się przecież utopić… a już na pewno mogła oszaleć.

– Dokąd idziemy? – spytała Lisi.

– Rafael uznał, że powinniśmy spróbować czegoś innego – ze wszystkich sił starał się ukryć swoją wściekłość, ale był pewien, że przebiła się w jego głosie.

Spojrzała na niego badawczo.

– Uraziłam cię czymś?

– Nie – niemalże warknął.

Lisi wzruszyła ramionami i szli dalej w milczeniu. Jej myśli płynęły ku niemu z zawrotną prędkością. Złościła się. Na niego. Dobrze. Postanowił niczego nie wyjaśniać. Może ta złość w jakiś sposób jej tego dnia pomoże.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Czuła, że atakują ją ze wszystkich stron. Znajdowała się na jednej z białych wież, ale jednocześnie wcale jej tam nie było. Wszystko otaczał mrok. Ściany zniknęły. Cienie były coraz bliżej. Tym razem upiorne sylwetki nie miały nawet ludzkich kształtów. Były kotłowaniną ogromnych kończyn, szponów i kłów. Ze wszystkich sił starała się wyobrazić sobie świetlistą tarczę przez którą nie będą potrafiły przejść, nic się jednak nie działo.  Podchodziły coraz bliżej. Otaczały ją. Krzyknęła. Krzyczała dopóki starczyło jej sił.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Rafael położył mu dłoń na ramieniu.

– Jeszcze nie, daj jej szansę.

Maven przyglądał się przerażonej dziewczynie. Był wściekły. Wściekły na swoją bezradność.

– Jak długo ma to trwać? – warknął.

Mężczyzna nie odpowiedział. Obserwował Lisi jakby była rzadkim okazem ptaka, szamoczącym się w klatce. Ostatecznie chłopak nie wytrzymał. Wyrwał ramię z jego uścisku i przesunął się kilka kroków do przodu. Rozciągnął swoją tarczę tak, żeby teraz osłaniała również dziewczynę. Lisi zachwiała się i upadłaby, gdyby jej nie przytrzymał.

– Dobrze – mruknął Rafael, pozbawionym emocji głosem. – Na dzisiaj wystarczy. Spróbujemy ponownie jutro.

Maven delikatnie podniósł nieprzytomną dziewczynę i wyniósł ją z wieży. Jak najdalej od jedynego nieobjętego ochroną miejsca w całej Elorze.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Drżała nawet gdy położył ją do łóżka i okrył dwiema kołdrami. Musiał przyznać, że wolałby towarzyszyć jej krok w krok przez najbliższe sto lat niż pozwolić na to, co robił z nią Rafael. Odetchnął swobodnie, dopiero gdy dziewczyna zasnęła. Położył się po swojej stronie łóżka, wpatrując się w sufit. Czemu nie potrafiła zrobić nawet najprostszych rzeczy? Czy tak wpłynęło na nią wychowanie wśród ludzi? A może w grę wchodziło coś zupełnie innego… Na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno. Słyszał jak wracają pozostałe dziewczyny i po cichu, żeby ich nie budzić, wślizgują się do swoich własnych łóżek. W pewnym momencie po jego ciele przebiegł przyjemny dreszcz. Jej dłoń pokonała barierę z poduszek i szukała jego dłoni. Maven, śpisz? pomyślała. Nie, nie spał. Wziął jej dłoń w swoją rękę i lekko ścisnął. Była taka zagubiona i przestraszona. Potrzebowała… sama nie wiedziała czego. Nie planował tego, ale jednak, już po chwili, dzielące ich poduszki znalazły się na podłodze. Czuł dziwne, wciąż rosnące napięcie. Przyciągnął ją do siebie i otoczył ramionami. Gdy wtuliła się plecami w jego tors napięcie opadło. Nie myślała o niczym. Było jej dobrze, wygodnie i ciepło. Koszmary i strach, który jeszcze przed chwilą wyczuwał gdzieś uleciały. Lisi westchnęła cichutko i już po chwili zasnęła. On sam jeszcze długo nie mógł zasnąć.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Rano Lisi obudził cudowny zapach kawy. Kawy! Prawdziwej kawy! Miała już dość gęstych i nazbyt słodkich napojów, jakie można było dostać w Elorze. Marzyła o gorzkim smaku kawy i normalnym, ludzkim jedzeniu. Usiadła w pościeli, zaskoczona wpatrując się w stojącego nad nią Mavena. Chłopak trzymał tacę. Były na niej croissanty, masło, twarożek i dżem truskawkowy, a także jej wymarzona kawa!

– To dla ciebie – odpowiedział na jej nieme pytanie.

Oparła się wygodnie o ramę łóżka, a on podał jej tacę. Jedzenie niebędące słodkimi owocami, które co prawda były przepyszne i bez trudu zaspokajały głód, ale miała ich już po dziurki w nosie. Jedzenie i kawa!

– Skąd to masz?! – musiała się dowiedzieć.

– Mam swoje sposoby – uśmiechnął się tajemniczo.

– Co prawda, ze sobą spaliśmy, ale nie uprawialiśmy seksu, więc czemu zawdzięczam śniadanie do łóżka? – zażartowała Lisi.

– Może chodzi mi po głowie mały rozejm – odpowiedział całkiem poważnym tonem chłopak.

Lisi prychnęła.

– Tylko rozejm?

– Może nie tylko… – obdarzył ją czarującym uśmiechem, a potem usiadł obok dziewczyny, wsuwając rękę za jej plecy.

Nie miała nic przeciwko, z pewnością nie kiedy przyniósł jej kawę i śniadanie. Tego ranka mogłaby mruczeć z rozkoszy. Maven zdecydowanie zapracował sobie na rozejm.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Tego dnia Rafael dał jej wolne po to, żeby mogła odpocząć. Był piękny dzień, spacerowali po przyległym do akademii parku, właściwie powinna czuć się zadowolona. Nic z tego! Uczuciem, które przebijało się przez wszystkie inne była irytacja. Głupia, nieuzasadniona i drażniąca. Maven przyglądał jej się z zainteresowaniem, ale jak do tej pory milczał. Ostatecznie usiedli na trawie, otoczeni przez grupy innych studentów. Lisi rozejrzała się dookoła. Wyglądali normalnie. Gdyby nagle się tu pojawiła, uznałaby, że to ludzie. Nazbyt urodziwi, ale jednak, w dalszym ciągu, niemalże zupełnie zwyczajni. Czy gdyby wróciła do swojego świata rzeczywiście potrafiłaby ich odróżnić? W pewnym momencie poczuła na sobie spojrzenie jakiejś blondynki. Było… wrogie. Lisi odwróciła wzrok. Oparła się na rękach, unosząc twarz ku słońcu. Jej irytacja przerodziła się w złość. Chłopak przysunął się do niej bliżej. Trącił ją ramieniem.

– Wyjaśnisz mi wreszcie o co chodzi? – zapytał cicho.

– Nie – niemalże warknęła.

– I tak się dowiem – mruknął odwracając się ku niej.

Westchnęła.

– Widzisz tą blondynkę? – spytała. Przytaknął. – Wygląda jakby chciała mnie zabić wzrokiem – oznajmiła. – Z kolei ta ruda – wskazała głową – od kiedy tu przyszliśmy nie oderwała od ciebie wzroku. Sądzę, że widziałam jak się ślini. I nie tylko ona. Zdaje mi się, że sporo dziewczyn ma co do ciebie daleko idące plany.

Uśmiechnął się kocim uśmiechem.

– Może ja mam inne plany? Takie, które dotyczą ciebie? – zapytał od niechcenia.

Przysunął swoją twarz do jej twarzy i… Pocałował ją. Naprawdę to zrobił. Tylko dlaczego? Maven nie silił się na tłumaczenia. Oderwał się na chwilę od jej warg, tylko po to by przyciągnąć ją do siebie jeszcze bliżej. Jego usta znów odnalazły jej usta. Tym razem pocałunek był pewniejszy, bardziej stanowczy, a ona była zbyt zszokowana by go od siebie odepchnąć lub chociażby odpowiedzieć.

– Nie wiem co ze mną zrobiłaś, ale oszalałem na twoim punkcie – wyszeptał do niej. – Mam gdzieś inne dziewczyny. Tylko ty się dla mnie liczysz.

Wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Nie tego się spodziewała. Irytacja minęła, jakby nigdy w ogóle jej nie było. Czy o to jej właśnie chodziło? Była o niego zazdrosna? Maven delikatnie przewrócił ją na trawę, a sam znalazł się nad nią. Całował ją do utraty tchu, a ona tym razem odwzajemniała jego pełne pasji pocałunki.

Świat bez Lisanny

Sebastian był zdeterminowany. Skoro chwilowo nie mógł być u boku swojej ukochanej, to przynajmniej coś dla niej zrobi. Liczył na to, że kiedy znów ją zobaczy, będzie już wiedział kto zamordował Patricka i być może nawet pomści jego śmierć. Teraz znalazł się w odpowiednim miejscu by się czegokolwiek dowiedzieć. Jednak dziewczyna, do której zwrócił się o pomoc nie chciała mu jej udzielić. Siedziała przy stoliku w kawiarni z zacięta miną. Obiecała mu pomóc, a potem nagle postanowiła milczeć.

– Nie utrudniaj mi życia Elore, po prostu chcę żebyś to zobaczyła – poprosił po raz kolejny.

– Widzisz, chodzi o to, że chyba wcale nie chcesz tego wiedzieć… – wyjaśniła przepraszająco.

– Więc już wiesz kto? – Dziewczyna milczała. Uderzył pięścią w stół. – Powiedz mi!

– Mathias – wyszeptała w końcu po dłuższej chwili milczenia.

Spojrzał na nią niedowierzająco. Nic co by powiedziała nie mogłoby sprawić, że byłby w większym szoku. Każdy, tylko nie jego mentor i do tej pory… najlepszy przyjaciel.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Wściekłość mieszała się z bólem zdrady. Jak on mógł mu to zrobić?! Dlaczego w ogóle próbował?

– Wiesz kim ona jest – oznajmił spokojnie Mathias. – Kiedy się domyśliłem miałem nadzieję, że uda mi się was rozdzielić. Zabicie tego człowieka w taki sposób, żeby myślała, że to ty wydało mi się całkiem dobrym rozwiązaniem.

– Nie obchodzi mnie kim ona jest! – warknął Sebastian – a ty doskonale o tym wiedziałeś!

Mężczyzna westchnął.

– Gdybyś ją tu przyprowadził… Starsi nigdy by jej nie zaakceptowali. Prawdopodobnie chcieliby ją zabić.

– Masz mnie za głupca? – chłopak spojrzał mu w oczy. – Nigdy nie zamierzałem jej tutaj zabierać. Są inne miejsca.

– Więc zamierzałeś nas opuścić? – spytał zgryźliwie tamten.

Sebastian nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Nie musiał. To było oczywiste. Zrobiłby dla Lisanny wszystko. Nie ważne kim była i co to by miało być.

– Ona nie wróci – odezwał się po chwili milczenia Mathias. – Pozwoliłeś ją zabrać jednemu z nich. Nigdy nie pozwolą jej odejść.

– Wiem o tym – z całą stanowczością odpowiedział Sebastian. – Ale ja i tak zrobię wszystko żeby ją odzyskać. I nikt mnie przed tym nie powstrzyma. Zwłaszcza Ty.

– Wszystko może nie wystarczyć – wyszeptał ponuro mężczyzna.

Siódme spotkanie

Nie! Nie! Nie! To nie działało i Lisanna nabrała przekonania, że nigdy w jej przypadku nie zadziała. Nie potrafiła stworzyć świetlistej tarczy i odepchnąć od siebie upiorów. Nie była również przekonana czy to na pewno dobre rozwiązanie. Zaraz… ktoś jej kiedyś powiedział, że to jak sen, sen, który można samemu kreować. Nie pamiętała kto i kiedy, ale stwierdziła, że znacznie bardziej przemawia do niej ten pomysł. Zdesperowana wyobraziła sobie, że jest niewidzialna, że jej światło gaśnie. W myślach otoczyła się płaszczem z cienia. Zbliżające się upiory wyglądały na zdezorientowane. Ten, który był najbliżej niej zawył z wściekłości i zawodu. Lisi wyobraziła sobie ciepłe światło, które pojawia się w oknie oddalonego od nich o paręnaście metrów, zrujnowanego budynku. Postacie odwróciły się w jego stronę, dezorientacja zniknęła, powoli, niemalże leniwie, popłynęły ku nowemu źródłu światła. Lisi poczuła przypływ triumfu. Po raz pierwszy, po setkach nieudanych prób, udało się jej odegnać upiory.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Rafael odsunął się od niej zaskoczony. Jak? To nie było możliwe! Nie mógł się tak cholernie pomylić! …a jednak. Widział to na własne oczy. Gdyby wiedział, nigdy by jej tutaj nie przyprowadził. …a teraz… z jego winy… dziewczyna była w niebezpieczeństwie. Gdy się odezwał jego głos był stanowczy i chłodny. Zupełnie jak gdyby nic się nie wydarzyło. Jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że Maven również to widział.

– Zabierz ją do akademika, niech odpocznie – rozkazał chłopakowi.

Maven wpatrywał się w niego przez chwilę, ale ostatecznie tylko skinął głową. Lisi otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do nich, ale jej uśmiech szybko zniknął, gdy patrząc na ich pobladłe twarze zorientowała się, że coś jest nie tak. Rafael jeszcze przez chwilę łudził się, że może nikt nie zauważył jej przemiany, ale jego nadzieje rozwiały się gdy usłyszał na schodach wieży ciężkie kroki regimentu strażników.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Sterylny pokój, białe ściany, białe łóżko z białą, sztywną pościelą. Lisi czuła się nie tyle jak w więzieniu, co raczej jakby trafiła do szpitala psychiatrycznego, a to było jeszcze gorsze. Nie zdając sobie z tego sprawy użyła mocy Cieni, ich najgorszych wrogów. Czuła się zagubiona i skonsternowana. Otaczający ją Posłańcy najwyraźniej też tak się czuli, a przynajmniej Rafael tak się czuł. Nie mieli pojęcia co z nią zrobić. Gdy prowadzili ją do tego dziwnego miejsca słyszała pełne nienawiści szepty. Najbardziej jednak zabolało ją gdy Maven odwrócił od niej wzrok. To zupełnie tak jakby uważali, że się nagle zmieniła, a przecież tak nie było. Zrobiła coś inaczej niż tego oczekiwali, ale w dalszym ciągu przecież pozostawała sobą. Gdy ktoś otworzył drzwi podniosła wzrok, ale nie wstała z łóżka na którym siedziała. Rafael wszedł do środka, starannie je za sobą zamykając. Zupełnie jakby mogła stąd uciec… W dalszym ciągu przecież nie wiedziała nawet gdzie leży Elora, a co dopiero to konkretne miejsce.

– Lisi, przepraszam – zaczął mężczyzna podchodząc do niej. – Gdybym wiedział, że jesteś jedną z nich, nigdy bym cię tutaj nie zabrał. Nie spodziewałem się…

– Co ze mną zrobią? – przerwała mu ani odrobinę nie chcąc słuchać jego tłumaczeń.

Rafael wzdrygnął się jakby zupełnie nie był przygotowany na to pytanie.

– Nie wiem – przyznał cicho – jeszcze nigdy nie zdarzyło się by pojawił się ktoś będący połączeniem obydwu ras. – W końcu podniósł na nią wzrok. – Prawdopodobnie zabiją cię, żeby zatuszować całą sprawę.

– Cudownie – mruknęła Lisi, odwracając się do niego plecami i kładąc na śnieżnobiałej pościeli twarzą do ściany.

Zrozumiał, że rozmowę uznała za skończoną, bo wyszedł po cichu zamykając za sobą drzwi. Została tylko cisza. Cisza, która w tym miejscu była gorsza niż nawet największy, najbardziej nieznośny na świecie hałas.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Musiała usnąć ponieważ obudziło ją ciche skrzypnięcie otwierających się drzwi. Spodziewała się oślepiającego światła, ale zamiast tego ujrzała jedynie przesuwający się ku niej cień. Drzwi pozostały otwarte. Półmrok rozświetlał sączący się z korytarza blask.

– Wstawaj, szybciej – ponaglił ją znajomy, pełen napięcia głos.

Wstała, ale odsunęła się od niego o kilka kroków.

– Co ty tu robisz? – spytała tak samo zaskoczona jak i przestraszona.

Teraz to on wyglądał na zdziwionego i nieco zasmuconego.

– Jak to co? Przyszedłem po ciebie… Chyba nie sądziłaś, że cię zostawię?

Spuściła wzrok. Właściwie tak właśnie sądziła.

– Przecież ty… ja…

Widziała jak odwracał od niej wzrok… Teraz tego w każdym razie nie zrobił. Delikatnie ujął jej brodę i zmusił by na niego spojrzała.

– Lisi, mówiłem poważnie. Kocham cię i nie obchodzi mnie kim jesteś ani jaka krew płynie w twoich żyłach. A teraz chodź, musimy się pospieszyć – ponaglił ją, chwytając za rękę i wyciągając na pusty korytarz przez wciąż uchylone drzwi.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Jej myśli i kompletny brak zaufania paliły go żywym ogniem. No cóż… przynajmniej pokazał dziewczynie jak bardzo się co do niego myliła. Teraz jednak najważniejsze było, żeby ją stąd wydostać. Promyk stał na obrzeżach miasta, tam gdzie go zostawił. Podsadził dziewczynę na siodło, a potem sam podciągnął się za nią. Ku jego zdziwieniu gwałtownie zaprotestowała.

– Maven, nie! Nie możesz tego zrobić! Jeżeli ze mną pójdziesz, nie będziesz miał tu powrotu.

Naprawdę myślała, że zostawi ją samą? Siedziała teraz bokiem, zwrócona ku niemu twarzą. Była zdecydowanie zbyt blisko niego. Za mocno na niego działała, a to nie był odpowiedni moment, żeby miał stracić nad sobą kontrolę.

– To nie ma znaczenia – odezwał się cicho. – Zresztą i tak pewnie się domyślą, że ci pomogłem – obdarzył ją szelmowskim uśmiechem, obejmując ramionami.

Bez ostrzeżenia zmusił konia by ten wzbił się w powietrze. Lisi pisnęła, a on uciszył ją zakrywając jej usta dłonią. Znaleźli się poza murami miasta. Tylko dlaczego Maven odnosił wrażenie, że to było zdecydowanie zbyt łatwe?

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Kiedy wylądowali Maven niechętnie wypuścił Promyka. Zdawał sobie sprawę, że nie może z nimi zostać. W świecie, w którzym żyli zwyczajni ludzie, wzbudziłby sensację. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę co tak bardzo go niepokoiło. Ulica, którą szli była okryta barierą ochronną. Na wszelki wypadek spróbował rozciągnąć tarczę nad sobą i dziewczyną. Nic się nie wydarzyło. Co do cholery?! Spróbował ponownie. Nic. Pustka. Otoczył Lisi ramieniem i przyciągnął do siebie. Wyczuwał, że ona również jest zdezorientowana i przestraszona.

– Coś jest bardzo nie tak – potwierdził jej przypuszczenia. – Musimy się stąd jak najszybciej wynieść.

Przysunęła się do niego jeszcze bliżej. Przylgnęła do niego mocniej. Skierował wzrok tam gdzie ona do tej pory patrzyła. Z zamglonej uliczki wyłoniły się jakieś postacie. Maven z trudem przełknął ślinę. Nie tego się spodziewał. To nie byli Posłańcy. Sylwetki, które wyłaniały się z mroku… Cienie! Było ich zbyt wielu. Skąd oni się tu w ogóle wzięli? Zupełnie jakby czekali właśnie na nich… Nie mieli dokąd uciec. Zostali otoczeni.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

Maven próbował ją zasłonić. Wiedziała, że nie ma szans, ale mimo to chłopak nie zamierzał się poddawać. Nie mogli ich rozdzielić! Tylko na tym jej w tej chwili zależało. Przerażała ją perspektywa nadchodzącej walki. W pewnym momencie ktoś odciągnął ją do tyłu. Otaczające ich postacie poruszały się zbyt szybko – niczym zamazane smugi. Nagle znalazła się zupełnie gdzie indziej. Zorientowała się, że ktoś wypchnął ją poza barierę. Było tu spokojnie i… zupełnie pusto. Wiał chłodny wiatr. Zmierzchało. Lisi spróbowała się wyrwać. Na próżno. Spojrzała na tego kto ją trzymał. Zamarła. Chłopak był obcy, ale jednocześnie jakoś dziwnie znajomy. Był szczupły w tali i szeroki w ramionach. Miał odrobinę potargane, brązowe włosy, w kolorze o ton ciemniejszym od gorzkiej czekolady i niezwykłe, orzechowe oczy. Był cudowny! Niesamowity! Przez chwilę wpatrywała się w jego usta pragnąc przekonać się jakby to było, gdyby mogła go pocałować. Poruszyła się, a on stanowczo przytrzymał ją w miejscu. Szarpnęła się ponownie, próbując jednocześnie otrząsnąć się z czaru, który nad nią roztoczył.

– Puść mnie! – zażądała.

– Lisi, proszę cię, musisz mi zaufać – odezwał się błagalnie, a ona z miejsca zakochała się w tembrze jego głosu.

Patrzył na nią z takim cierpieniem i tęsknotą, że aż zaparło jej dech. Zmusiła się by odwrócić od niego wzrok.

– Czego ode mnie chcesz? – spytała wojowniczo.

Wzdrygnął się.

– Więc Elore miała rację? Rzeczywiście mnie nie pamiętasz?

Teraz sprawiał wrażenie naprawdę zatroskanego. Lisi jednak przestała zwracać na niego uwagę. Na ulicy pojawiło się więcej postaci. Dwóch mężczyzn prowadziło między sobą Mavena, popychając go brutalnie do przodu. Na ten widok po raz kolejny spróbowała się wyrwać, ale on znów jej na to nie pozwolił.

– Co mu zrobią? – zapytała błagalnie. – Dokąd go zabierają?

Chłopak wzruszył ramionami.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział jej cicho. – Najważniejsze, że ty nareszcie jesteś bezpieczna.

Ósme spotkanie

Obudziła się. Śniły jej się koszmary. Usiadła na łóżku. Znajdowała się w urządzonej w szarej tonacji sypialni. Dopiero po chwili dotarło do niej gdzie jest i co się wydarzyło. Maven! Musiała go odnaleźć. Nie miała pojęcia dlaczego nią samą nikt się nie zainteresował. Niejasno zdawała sobie sprawę, że musiała to być zasługa chłopaka, który ją poprzedniego dnia schwytał i przyprowadził tutaj. Gdziekolwiek to „tutaj” by nie było…

– Nie śpisz już? – wpatrywały się w nią cudowne, orzechowe oczy.

Lisi z trudem przełknęła ślinę. Jakim cudem sam jego widok mógł tak mocno na nią działać?!

– Gdzie jesteśmy? – spytała zdezorientowana.

– W moim mieszkaniu – obdarzył ją ciepłym, przyjaznym uśmiechem, a Lisi poczuła jak się rozpływa.

Z całej siły wbiła paznokcie we własną dłoń. Skup się! Nakazała sobie surowo.

– Gdzie jest Maven? – pytanie zabrzmiało ostrzej niż zamierzała. Obawiała się, że w ten sposób kompletnie niczego nie osiągnie.

– Ten chłopak, który ci towarzyszył? – to zabrzmiało jakby nieznajomy był o niego… zazdrosny. – Zapomnij o nim. To nie twoja sprawa.

– To mój przyjaciel! – krzyknęła desperacko Lisi, zrywając się z łóżka i stając z nieznajomym twarzą w twarz. – Pomógł mi uciec! Uratował mnie! Proszę, zabierz mnie do niego…

Chłopak sprawiał wrażenie nieco zirytowanego, ale już po chwili jego spojrzenie złagodniało.

– Zobaczę co da się zrobić – obiecał.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

cdn.

17 lutego 2016

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

41 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Vicky

    20 listopada 2012

    Nowe, powstałe pod wpływem chwilowej weny, opowiadanko z serii tych dziwnych. 🙂

  2. Odpowiedz

    Agnieszka

    20 listopada 2012

    Zapowiada się ciekawe opowiadanie. 🙂

  3. Odpowiedz

    iiiinka

    21 listopada 2012

    nie moge sie doczekac dalszej czesci:)

  4. Odpowiedz

    Julka

    21 listopada 2012

    świetne 😉
    A tak pytanie z innej beczki: Będziesz robić kontynuację Shiro Tori ? 😉

  5. Odpowiedz

    Lexii

    22 listopada 2012

    Opowiadanie może troszkę dziwne,ale mam nadzieję,że potem dowiemy się o co chodzi.bardzo podoba mi się tytuł opowiadania,zaintrygował mnie 😉

  6. Odpowiedz

    Eris

    25 listopada 2012

    czekam a tu nic nowego… irytuję się:D:D:D

  7. Odpowiedz

    Gocha

    26 listopada 2012

    Uhuhu, so selfish.

  8. Odpowiedz

    lexii

    3 grudnia 2012

    hmmm…czekam ; P

  9. Odpowiedz

    kasia

    3 grudnia 2012

    BOOOOOŻE ŚWIĘTY. MATKO BOSKA. DZIEWCZYNO. ZAKOCHAŁAM SIE NO.
    czekam z niecierpliwością na kontynuację C:

  10. Odpowiedz

    Lexii

    16 grudnia 2012

    Tutaj tez nic,no kurde . . Jestem zła

  11. Odpowiedz

    iiiinka

    18 grudnia 2012

    ja tez zla…chce a raczej zadam zebys cos dodala:)

  12. Odpowiedz

    Lola

    18 grudnia 2012

    No troszkę dziwne to jest, ale jak bedą dalsze części to chyba sie dowiemy o co chodzi 🙂

  13. Odpowiedz

    JWoWW

    12 stycznia 2013

    mega!!!!!!!!!!!!! jestem strasznie ciekawa co dalej ! proszeee napisz cos !!! blagam !

  14. Odpowiedz

    Mommo

    12 stycznia 2013

    kiedy dodasz następny kawałek .?! Bardzo mnie ciekawi co będzie dalej 😀

  15. Odpowiedz

    Patt

    14 stycznia 2013

    tu tez nic nowego;/ jezzuuu ! no pisz dalejj noo !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  16. Odpowiedz

    Mommo

    18 stycznia 2013

    Kiedy napiszesz tu albo w wilczej naturze, no też bym się nie obraziła jakbyś coś dodała w czarnej magi 😀

    • Odpowiedz

      Vicky

      19 stycznia 2013

      Chwilowo tworzę „Niecodzienność” bo jakoś tak mnie na to wzięło. Reszta też zacznie pojawiać się niebawem.

  17. Odpowiedz

    JWoWW

    19 stycznia 2013

    Niecodzienność? czyli co ? opierdalasz sie i nic nie robisz na to wychodzi

    • Odpowiedz

      BrokenVision

      19 stycznia 2013

      Patrzcie, nadzorca się znalazł. „Opierdalać” to możesz się Ty,skoro masz czas na pisanie takich durnych komentarzy. Vicky nie czerpie jakoś specjalnie zysków z pisania opowiadań, robi to dla przyjemności i pisze, kiedy najdzie ją wena. Skoro nic się nie pojawia to zapewne na razie rozważa jak dalej ma potoczyć się akcja. Chyba nie chcesz czegoś napisanego tylko po to by było? Tak swoją drogą, porada na przyszłość- Masz oczywiście prawo wyrażać swoje zniecierpliwienie, ale może rób to w nieco mniej chamski sposób jeśli chcesz by ktoś wziął pod uwagę twoje zdanie? A, bym zapomniał. Niecodzienność to tytuł innego opowiadania na tej stronie.

  18. Odpowiedz

    JWoWW

    20 stycznia 2013

    dobra moze uzylam zlego slowa by opisac to jak bardzo mnie to irytuje ze musimy czekac by dodala nastepny kawalek tekstu ;/

    • Odpowiedz

      BrokenVision

      21 stycznia 2013

      Pff jeśli musisz już kogoś winić to możesz mnie. Jestem jedną z tych złych, wrednych osób które ciągną Wiki do grania, z dala od pisania ;]

  19. Odpowiedz

    lol

    22 stycznia 2013

    lol, jesli zobowiazala sie prowadzic taka strone internetowa gdzie pisze opowiadania to nie powinna sie teraz tak od tego wymigiwac. Pisanie to nie tylko przyjemnosc ale i obowiazek jesli ma sie stalych czytelnikow, viki pamietaj ze ludzie sa cierpliwi ale jesli kazesz im dlugo czekac w koncy sie tym znudza i odejda.

    • Odpowiedz

      Vicky

      23 stycznia 2013

      komentowała nie będę, ponieważ odpowiedź masz w profilu na stronie głównej ^^

      • Odpowiedz

        BrokenVision

        23 stycznia 2013

        Jak by ktoś miał problem z lokalizacją profilu, tu jest fragment o którym mowa: „… i irytuję otaczających mnie ludzi.” ;]

  20. Odpowiedz

    lol

    23 stycznia 2013

    to zaczyna byc irytujace, zaden argument nie jest dla ciebie dobry zebys zaczela pisac! ile ty masz lat ? (vicky)

  21. Odpowiedz

    patt

    23 stycznia 2013

    a co to jest niecodziennosc ? jesli mozna wiedziec ?

  22. Odpowiedz

    Vicky

    23 stycznia 2013

    Patt: opowiadanie, które teraz powstaje (http://miye.eu/inne/niecodziennosc/)

    Idąc dalej – opowiadań na stronie jest równo 64 (właśnie policzyłam) – powstały w przeciągu 3 lat, więc myślę, że naprawdę jest co czytać ;).

    Tri, jakiś Ty dzisiaj „uroczy”, naprawdę jestem taka paskudna i wredna w Twoich oczach? ^^

    … i nie… chodziło mi konkretnie o: „Po pierwsze: PISANIE MA SPRAWIAĆ PRZYJEMNOŚĆ.„ – więc nic na siłę – jak nie mam na coś pomysłu, to o tym nie piszę

    • Odpowiedz

      BrokenVision

      23 stycznia 2013

      Ja zawsze jestem uroczy … na swój sposób. I nie, nie jesteś. Nie w moich oczach. Z tego co patrzyłem to ty pisałaś te słowa, nie ja. ;] A fragment rzeczywiście też pasuje ^^

  23. Odpowiedz

    Lexii

    15 kwietnia 2013

    boże jak dziewczyna (Vicky) nie ma weny to chyba nie jej wina ; / xd . Oczywiście ja tez bym nie pogardzila nowym frag. ale bez przesady 😀

  24. Odpowiedz

    Vicky

    25 kwietnia 2013

    Po (niestety) bardzo długiej przerwie, kolejny fragment pojawia się tutaj.

    • Odpowiedz

      Vicky

      25 października 2013

      No cóż…. opowiadanie ma prawie rok, a ja dopiero teraz mam na nie jakąkolwiek wenę ;( Mam jednak nadzieję, że tym razem je szybko skończę.

  25. Odpowiedz

    basia

    29 października 2013

    Bardzo fajnie, że się coś nowego pojawiło w opowiadaniach. jestem ciekawa co będzie dalej,bo zrobiło się jeszcze ciekawiej niż było

  26. Odpowiedz

    Cam

    24 lipca 2014

    Czy jest jakaś nikła szansa na zakończenie tego opowiadania?? 🙂

  27. Odpowiedz

    Aneta

    31 stycznia 2015

    i co dalej… czekamy! 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      2 lutego 2015

      W chwili obecnej kończę pisać „Akademię”, ale na pozostałe opowiadania również przyjdzie pora 🙂

  28. Odpowiedz

    Aneta

    5 lutego 2015

    będę czekać cierpliwie 😉 mam nadzieję że kiedyś będę mogła kupić książkę Twojego autorstwa 😉 udało mi się przeczytać „kolor samoistności ” zanim go usunęłaś i na prawdę było super 😉 mam nadzieję że kiedyś je skończysz lub na prawdę coś większego z tego powstanie 😉 Pozdrawiam i życzę dużo weny ! 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      29 lutego 2016

      Bardzo bym chciała Kolor Samotności wydać w jakiejkolwiek wersji papierowej. Jak dla mnie mogłaby to być nawet wkładka do gazetki albo grubaśna ulotka *smile*

  29. Odpowiedz

    Paweł

    18 lutego 2016

    Jak dla mnie zapowiada się ciekawie.

  30. Odpowiedz

    Vicky

    29 lutego 2016

    Treść opowiadania nieco zmieniłam, głównie dlatego, że zaczęłam je pisać w 2012 roku i zupełnie uciekła mi jego koncepcja. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się zawiedziony, a także, że tym razem w niezbyt rozwlekłym czasie uda mi się je dokończyć.

  31. Odpowiedz

    Drusilla

    21 marca 2016

    Czytam na bieżąco, niestety najczęściej z telefonu, z którego ciężko mi komentować :/ Skończysz też Shiro Tori?

    • Odpowiedz

      Vicky

      21 marca 2016

      Na Ciebie zawsze można liczyć ^^ / Shiro Tori będzie w następnej kolejności.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS