Fight Club

Późna jesień była kapryśna. Jednego dnia świeciło słońce, drugiego wiał już porywisty wiatr, a z nieba woda lała się niczym z wiader. Tego dnia było pogodnie. Emily osłoniła dłonią oczy przed rażącym światłem słońca. Budynek przed którym stała, trzymając w ręce powycieraną walizkę, nie wyglądał przyjaźnie, a jednak to miał być jej nowy dom, surowy i błagający o remont. Po śmierci ojca została jej tylko ciotka – bogata, ekscentryczna i samotna. Wychowanie bratanicy uznała za swój święty obowiązek, ale nie zamierzała jej wcale widzieć. Zaraz po pogrzebie zatrudniła pełnomocnika i wysłała ją tutaj – do szkoły, z internatem, o bardzo surowej dyscyplinie i ku ogromnemu zaskoczeniu Emily, również koedukacyjnej. Drzwi otworzyła pulchna służąca, która natychmiast zaprowadziła ich przed oblicze dyrektorki – smukłej kobiety o haczykowatym nosie i w szarej sukni, która wyglądała jakby połknęła kij od szczotki. Przedstawiła się jako panna Snow i zaczęła wykład na temat przyjmowania uczniów w trakcie semestru, informując jak wielkie to dla niej poświęcenie i kłopot. Pełnomocnik, dżentelmen w garniturze i o znudzonej minie, który milcząco towarzyszył Emily, jedynie przytakiwał co jakiś czas. Dziewczyna dowiedziała się również, że w szkole wraz z nią jest sześćdziesięciu czterech innych uczniów w wieku od czterech, do osiemnastu lat, że niewolno jej samej wychodzi, a za brak posłuszeństwa grożą kary. Poczuła się jak w więzieniu. To nie było dobre miejsce. W ślad za panną Snow wspięła się najpierw po szerokich, a potem po węższych schodach, aż na samo poddasze. Kobieta z dumą otworzyła pomalowane na biało drzwi. Pełnomocnik pokiwał głową.

– Tak, to idealne warunki dla młodej damy – stwierdził, nawet nie rzuciwszy okiem w głąb pokoju.

Emily była innego zdania. W pokoju na poddaszu stały cztery wąskie łóżka o metalowych ramach. Trzy z nich, pod ukośnymi ścianami, wyglądały na zajęte. Czwarte, najwyraźniej przygotowane dla niej, stało tuż pod nieszczelnym oknem, przez szpary w którym było słychać donośny wiatr. Poza tym w pokoju przy drzwiach znajdowała się duża, biała szafa, a koło każdego łóżka stała niewielka nocna szafeczka. To wszystko co tutaj było. Niepewnie weszła do środka.

– Panienka się rozpakuje – odezwała się panna Snow – a my dopełnimy formalności.

Mężczyzna pokiwał głową, tak energicznie, jakby właśnie zrzucił ze swoich barków jakiś straszliwy ciężar. I tak właśnie czuła się Emily po śmierci ojca. Jak ciężar. Dla wszystkich. Niepotrzebny balast. Nie rozpakowując walizki rzuciła się na metalowe łóżko. Był piątek, więc w pokoju była sama. Jej współlokatorki zapewne powyjeżdżały do domu na weekend i wrócą dopiero w niedzielę. One miały rodziny, ludzi, którzy chcieli je widzieć. Emily nie. Tego dnia nie zeszła na kolację, tłumacząc się trudami podróży. Leżała wpatrując się w sufit, tak długo, aż w końcu usnęła, starając się nie myśleć o tym, jak przykre będzie od tej pory jej życie.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Była sobota. Emily wstała z myślą, że cokolwiek by się nie działo, ona będzie się uśmiechała. Nic jednak nie było po jej stronie. Nawet pogoda. Na zewnątrz wiał porywisty wiatr, a słońce skryło się za chmurami. Dziewczyna, mimo grubej kołdry, obudziła się przemarznięta. Dopiero następnego dnia miała poznać swoje współlokatorki. Jednocześnie bała się nadejścia tej chwili, a z drugiej strony przerażała ją kolejna noc, którą miała spędzić samotnie, w niewielkim pokoju na poddaszu. Szary mundurek, który miała na sobie był bezkształtny i nieprzyjemny w dotyku. Jasne włosy splotła na karku w luźny warkocz, a potem przewiązała go czarną aksamitką. Jedyny znak żałoby, którego nikt jej nie zabroni. Zamyślona schodziła po schodach. Nagle pod jej nogami, niczym spod ziemi, wyrósł kot. Olbrzymi, rudy, z płaskim nosem i oczami rozkapryszonego zbójnika. Potknęła się o niego i upadła na podłogę, przewracając stojący tuż przy schodach ruchomy stolik z czystymi naczyniami. Porcelana rozsypała się po podłodze, tłukąc na setki kawałków. Emily jęknęła, próbując wstać. Ujrzała nad sobą wiosennie zielone oczy. Ktoś stał przy schodach. Wysoki chłopak. Pierwszym co przyszło jej na myśl była zazdrość. Nie miała pojęcia jakim cudem to szare paskudztwo, które miała na sobie, w męskiej wersji na nim wygląda tak dobrze. Patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Usłyszała w korytarzu kroki. Nieznajomy zaklął brzydko, wcale nie przejmując się manierami.

– Schowaj się, pod schodami i nie waż się stamtąd wychodzić – rozkazał cichym głosem, dotykając dłonią jej ramienia i popychając dziewczynę we wskazanym kierunku.

Jego dotyk niemal parzył. Miał miły, miękki głos, który jednak mąciła ostra, stanowcza nuta. Oszołomiona Emily posłuchała bez sprzeciwu. Chwilę później w korytarzu pojawiła się dyrektorka i dwoje nauczycieli. Pan Thomson i Ruben, których poznała poprzedniego dnia i jak wszystko tutaj, nie wywarli na niej pozytywnego wrażenia.

– Co tu się stało? – zapytał surowym głosem jeden z nich.

Chłopak odważnie spojrzał mu w oczy.

– Przewróciłem się, upadłem na stolik i potłukły się naczynia – stwierdził rzeczowo.

Jeden z mężczyzn poczerwieniał na twarzy, ale drugi wyglądał, jakby z trudem ukrywał uśmiech. Był tęgi, a na czubku głowy lekko łysawy. Nie sprawiał przyjaznego wrażenia.

– Na dziedziniec – oznajmił delektując się słowami – i stój tam na baczność dopóki po ciebie nie przyjdę. Dzisiaj nie dostaniesz nic do jedzenia.

Nieznajomy skinął tylko głową i ruszył w kierunku drzwi, nie oglądając się za siebie. Emily odważyła się opuścić swoją kryjówkę dopiero kilkanaście minut po tym, jak służąca pozbierała resztki porcelany. Spóźniła się na śniadanie i wiedziała, że już nic nie dostanie, ale właściwie teraz w ogóle nie była głodna. Kiedy weszła do wspólnego salonu, jej wzrok natychmiast skierował się ku oknom. Chłopak stał na środku dziedzińca, a porywisty wiatr rozwiewał jego nieco przydługie, brązowe włosy.

– Nie wygląda źle, prawda? – przysunęła się do niej ruda, piegowata dziewczyna, o dwóch grubych warkoczach. – Ale uwierz mi, nie chciałabyś być na jego miejscu. Takie stanie na zimnym wietrze przez kilka godzin, to nic przyjemnego. – Wzdrygnęła się. – Najgorzej jest zimą albo latem przy palącym słońcu.

Emily zadrżała. Taka kara za nieumyślne stłuczenie naczyń? Nie miała pojęcia, dlaczego zdecydował się ją zastąpić, ale była mu za to naprawdę wdzięczna. Była pewna, że sama nie wytrzymałaby na placu nawet godziny.

– Oczywiście jest też chłosta – stwierdziła złowieszczo – dlatego lepiej nie podpadać. – Jestem Lissa Frost – przedstawiła się – a ty to zapewne Emily Morrington? Ta nowa, o której tak głośno, bo przysłała ją ciotka w środku semestru?

Dziewczyna skrzywiła się nieco, ale skinęła głową. Nie podobało jej się bycie „tą nową”. Nienawidziła znajdować się w centrum uwagi.

– A on? – zapytała cicho, wykorzystując to, że tamta najwyraźniej ma ochotę rozmawiać.

Nie wpuszczała wzroku ze stojącego na placu chłopaka. Lissa uśmiechnęła się lekko rozmarzonym uśmiechem, ale potem twardo wróciła na ziemię.

– Nawet o tym nie myśl – oznajmiła z przestrogą. – To Lucas Davies, jego nie interesują dziewczyny, mimo że prawie każda skrycie o nim marzy. Taki mroczny, tajemniczy typ. Do tego to cud, że jeszcze nie wyleciał ze szkoły. Karany jest niemal codziennie. Nauczyciele go nienawidzą. Ciekawa jestem co zrobił tym razem.

Emily postanowiła nie odpowiadać. Może dlatego właśnie obrywał… pomagał innym, tak jak jej dzisiaj. Usiadła na stojącej pod oknem kanapie, słuchając trajkotania Lissy, jednocześnie co chwilę z troską zerkając w kierunku stojącego na placu Lucasa.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

To było okrutne. Kazali mu tam stać, na zimnym wietrze, przez kilka godzin. Emily nie mieściło się to w głowie. Ona sama, dziewczyna wątłego zdrowia, zapewne zemdlałaby jeszcze przed końcem pierwszej. Czy ją czekałoby to samo? Jednak po tym, co mówiła panna Snow, nie miała wątpliwości, że tak pewnie by było. Postanowiła zaczepić go, kiedy szedł na górę po schodach. Chłopców było mniej i zajmowali pierwsze piętro. Dziewczęta rozlokowane były na drugim, a te biedniejsze, jak ona sama, na poddaszu. Chciała mu podziękować i coś dla niego zrobić… W płóciennej torbie ściskała ukradzione z kolacji, zapakowane w serwetki bułki.

– Zaczekaj! – zawołała cicho za Lucasem.

Zatrzymał się. Spojrzał na nią chłodno.

– Daj mi spokój – warknął, a potem ruszył ponownie przed siebie.

Emily nie zamierzała się poddać. Pobiegła za nim, by po chwili stanąć mu na drodze.

– Chciałam… – zaczęła cicho.

Brutalnie chwycił ją za rękę, odsuwając sobie z drogi. Był wysoki i silny, ona natomiast drobna i słaba. Nie sięgała mu nawet do ramienia.

– Czy mówię niewyraźnie? – spytał zirytowany. – Posłuchaj mnie dziewczynko, pomogłem ci, ale nie zrobiłem tego dla ciebie. I tak znaleźliby coś, za co można mnie ukarać, a ja wolałem to od chłosty. Nie jestem twoim bohaterem, więc odczep się ode mnie i zejdź mi z drogi!

Znowu ruszył przed siebie, a Emily przez chwilę wpatrywała się w jego plecy. Potem znowu podbiegła.

– Zaczekaj! – poprosiła.

– Czego chcesz?! – syknął.

Nie tracąc rezonu włożyła mu do ręki pakunek z bułkami.

– To dla ciebie, z kolacji – wyjaśniła nieśmiało.

Jego zielone oczy na moment złagodniały, ale chwilę potem znów stały się lodowate.

– Nigdy więcej tego nie rób! – wzdrygnęła się słysząc wściekłość w jego głosie. – Za kradzież jedzenia czekałaby cię chłosta, gdyby tylko się wydało – zniżył głos do cichego szeptu.

Niepewnie skinęła głową. Wyglądało na to, że Lucas chce coś jeszcze powiedzieć, ale po chwili jakby zrezygnował. Oddalił się korytarzem, mimo wszystko, ściskając w rękach ukradzione przez nią bułki.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Nadeszła niedziela i Emily poznała swoje współlokatorki. Rudowłosa Rena miała szesnaście lat i była od niej o kilka miesięcy starsza, natomiast dwie pozostałe, siedmioletnia Lotta z mysimi warkoczykami i pięcioletnia Dominika o najbardziej niebieskich oczach na świecie były zatrwożonymi dzieciakami. Wszystkie trzy podchodziły do nowej współlokatorki bardzo nieufnie. Dlaczego, Emily zrozumiała dopiero po kolacji, we wspólnym salonie, kiedy już wszyscy uczniowie wrócili z domów. Nie tylko nauczyciele ich szykanowali. Uczniowie z zamożniejszych rodzin trzymali się razem. Łatwo było ich rozpoznać, ponieważ nawet ich mundurki, mimo, że szare, na tle szarości wyróżniały się od pozostałych. Zamiast szorstkiej, nieprzyjemnej tkaniny, utkane były z miękkiej wełny. Skrojone również były znacznie lepiej. Do tego, mimo, że również surowy, stosunek nauczycieli do tej grupy wydawał się znacznie lepszy. Dziewczyna w tym towarzystwie czuła się bardzo nieswojo, a najwyraźniej przebywanie w niedzielne wieczory, we wspólnym salonie było obowiązkowe. Gdy jednak weszła do środka, rozglądając się niezbyt pewnie, natychmiast złapała ją Lissa, trajkocząc wesoło. Emily nie miała nic przeciwko temu, że najwyraźniej dziewczyna postanowiła zrobić sobie z niej towarzyszkę. Była odważna i miła, a jej paplanina nie specjalnie przeszkadzała Emily, zwłaszcza, że najwyraźniej nie wymagała od niej brania udziału w tej jednostronnej dyskusji. Wzrok dziewczyny bez przerwy błądził po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jednej tylko osoby, kiedy natomiast nie wypatrzyła go w tłumie, nie mogła powstrzymać się od zerkania ku otwartym drzwiom. Jednak przez całe dwie godziny wieczornej rekreacji Lucas się nie pojawił, a ona czuła jak coś nieprzyjemnego coraz bardziej ściska w środku jej żołądek. Bała się, że chłopak znowu został jakoś nieprzyjemnie ukarany, a to, od kiedy jej pomógł, stało się dla dziewczyny poważnym powodem do zmartwień.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

W poniedziałek, po śniadaniu, została wyczytana lista przewinień i wyznaczonych za nie kar. Czterech chłopaków, ukarano za nie pojawienie się poprzedniego dnia we wspólnym salonie, w tym, ku zdziwieniu Emily, tylko dwóch z nich chłostą. Jednym był Lucas, a drugim siedzący obok niego, potężnie zbudowany Eric. Dziewczyna natychmiast dostrzegła, że tych lżej ukaranych, odróżnia od Lucasa i Erica jakość uszycia mundurków szkolnych. Jeżeli tak miała wyglądać sprawiedliwość w tej szkole… to było piekło. Wszyscy uczniowie zostali wyprowadzeni na plac, a chłopcom kazano zdjąć koszule. Obserwując karę, Emily nie potrafiła powstrzymać własnego drżenia. Ich spojrzenia były pełne determinacji i żaden z nich nawet raz nie krzyknął. Oprócz nowych, czerwonych kresek, zauważyła na ich plecach starsze, cienkie, różowe i białe linie. To zdecydowanie nie był pierwszy raz. Dla żadnego z nich. Kiedy widowisko się skończyło zostało im jeszcze pół godziny. Emily pędem puściła się do swojego pokoju, chwyciła płócienną torbę i wypadła z niego jak opętana, wiedząc, że jeżeli choć na chwilę się zatrzyma, to już się nie odważy na to, co chciała zrobić. Dopisało jej szczęście. Z góry zobaczyła wchodzącego na schody Lucasa. Był sam. Po cichu zeszła na dół, a kiedy otworzył drzwi do jednego ze znajdujących się po lewej stronie pokoi, bezszelestnie wśliznęła się za nim, zamykając je za sobą. Spojrzał na nią zaskoczony, ale jego zdziwienie już po chwili zastąpiła irytacja.

– Czego tu chcesz? – zapytał nieprzyjaźnie.

Wyciągnęła przed siebie w obronnym geście torbę.

– Pomóc.

– Niby w czym i jak? – zapytał teraz nieco rozbawiony.

– Mój ojciec jest… był farmaceutą – wyjaśniła cicho. – Pozwolisz mi pomóc? – Kiedy nie odpowiedział, uznała to za zgodę. – Położysz się? – poprosiła.

Wzruszając ramionami zrobił to co mu kazała. Podeszła bliżej. Nikt nie kaleczył uczniów nieodwracalnie, ale Lucasa bili tak mocno, że w niektórych miejscach skóra popękała i widać było sączącą się krew. Rozpakowała płócienną torbę i zabrała się do pracy, przemywając drobne ranki, a później na całe plecy nakładając przezroczystą maść. Chłopak sapnął ze zdziwienia. Wiedziała, że przyniosła mu natychmiastową ulgę. Większość ludzi nie miała nawet pojęcia o istnieniu środków, którymi ona dysponowała i, co najważniejsze, potrafiła je sporządzić.

– Możesz mi zostawić to coś? – spytał bez przekonania, jakby nie wierząc, że może się zgodzić. – Dla Erica – wyjaśnił. – Odpłacę ci jakoś.

Obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem, spakowała torbę, zostawiając słoiczek maści na szafce.

– Dziękuję, czarodziejko – mruknął siadając – a teraz znikaj, bo spóźnisz się na zajęcia.

Emily nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyjrzała na korytarz, żeby sprawdzić czy na pewno jest pusty, a potem błyskawicznie zniknęła za drzwiami.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

W tej szkole było gorzej niż w więzieniu. Karano dosłownie za wszystko, na lekcjach panowała złowroga cisza, a uczniowie poddawani byli surowej dyscyplinie. Do tego Emily czuła się po prostu samotna. Nie dziwiła się już temu, że koleżanki z biedniejszych rodzin podchodzą do niej nieufnie. Po drwinach i niesmacznych żartach, jakie usłyszała z ust tych, których rodzice dofinansowywali szkołę oraz po różnicy, którą dostrzegła w traktowaniu takich osób, zrozumiała swoją sytuację. Spacerowała wolniutko po znajdującym się na terenie szkoły, niewielkim parczku. Nagle przystanęła, a oczy same otworzyły się jej ze zdumienia. Zobaczyła potężnie zbudowanego Erica, który napastował jakiegoś mniejszego chłopca. Tamten, pobladły na twarzy, wyglądał na szczerze przerażonego. Po cichu zaczęła się wycofywać. Wtedy zauważył jej obecność. Spojrzał na nią wrogo. Ich oczy się spotkały. Emily odwróciła się i zerwała do biegu. Po chwili znalazła się w budynku szkoły. Pisnęła zaskoczona, zatrzymując się, kiedy na jej drodze stanął Eric. Poczuła dziwny, irracjonalny strach, gdy chłopak zagrodził jej przejście. Prześliznęła się obok niego i ponownie zerwała do biegu. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego.

– Zaczekaj! – usłyszała z tyłu głos Lucasa, to była prośba, nie rozkaz.

Przystanęła. Natychmiast się odprężyła. Nie wiedziała dlaczego, ale sama jego obecność starczała, żeby poczuła się spokojnie i bezpiecznie.

– Chciałem tylko z tobą porozmawiać – mruknął Eric, czerwieniąc się na twarzy.

Lucas położył mu rękę na ramieniu.

– Chcieliśmy zapytać – odezwał się patrząc bezpośrednio na Emily – czy posiadasz jeszcze jakieś specjalne umiejętności. Przydałaby nam się twoja pomoc.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Chłopak miał nieodgadniony wyraz twarzy. Wszystko jednak było lepsze niż rozmowa o tym, że widziała, jak Eric kogoś dręczy.

– Co masz na myśli? – spytała nie rozumiejąc.

– Wiesz co zrobić, kiedy komuś coś się stanie, prawda? – bąknął Eric.

Teraz swój wzrok przeniosła na niego.

– Masz na myśli pierwszą pomoc? Trochę na ten temat wiem – przyznała, kiedy skinęli głowami. – Bardziej jednak znam się na ziołach – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Wystarczy, o ile oczywiście zechcesz nam pomóc – stwierdził Lucas.

Dziewczyna przecząco pokręciła głową, cofając się odrobinę. Nie zamierzała się mieszać do niczego, co może przynieść dodatkowe kłopoty. Miała dość własnych. Eric boleśnie chwycił ją za ramię. Spojrzała na niego, znowu przestraszona. Była pewna, że nie zawaha się przed uderzeniem dziewczyny. Widziała to w jego oczach.

– Nie dotykaj jej! – warknął ostro Lucas, a tamten natychmiast puścił. – To jej decyzja – dodał łagodniej chłopak, patrząc, jak uwolniona Emily znika w korytarzu.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Nie szukała kłopotów, ale one najwyraźniej znajdowały ją same. Emily starała się trzymać blisko Lissy i właściwie unikała jakichkolwiek innych kontaktów. Siedziały na kanapie we wspólnym salonie, układając ozdobione kwiatami domino. Emily spojrzała pytająco, kiedy jej nowa koleżanka nagle niespodziewanie umilkła. To było dziwne. Przyzwyczaiła się już do tego, że Lissa bezustannie coś mówi.

– Witaj Emily – stanęła nad nimi dziewczyna o kręconych blond włosach i minie znudzonej gwiazdy. – Nazywam się Lavinia Laurence, mój ojciec jest właścicielem sieci hoteli – nie omieszkała dodać. – Znalazłaś sobie złe towarzystwo – wymownie spojrzała na rumieniącą się mocno Lissę. – Może przyłączysz się do nas?

Emily poczuła zaskoczenie, a potem ogarnął ją gniew. Nie podobało jej się to, że tak protekcjonalnie traktowała ją i Lissę.

– Nie, dziękuję, dobrze mi tu gdzie jestem – odparła patrząc blondynce w oczy.

Oczy Lavini zwęziły się i zaczęły wyglądać tak, jakby mogły ciskać błyskawice. Prychnęła i odeszła. Lissa cały czas wstrzymywała oddech.

– Kompletnie brakuje ci instynktu samozachowawczego – stwierdziła cicho, kiedy odzyskała głos. Sprawiała wrażenie przestraszonej. – Narobiłaś sobie kłopotów, Em.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, zdając sobie sprawę, że Lissa ma rację. Nie miała jednak zamiaru udawać, ani przed nikim się płaszczyć. Nie sądziła również, żeby z jakiegokolwiek powodu mogło jej być gorzej niż jest. Dopiero następnego dnia rano uświadomiła sobie, że się myliła. Lavinia i dwie towarzyszące jej niczym cienie dziewczęta, zatrzymały ją przed wejściem do sali. Korytarz jak na zawołanie opustoszał. Spróbowała się wyrwać, ale wepchnęły ją do jakiejś klasy. Służąca, która właśnie przekładała z wiadra do pieca węgiel, spojrzała na nie spłoszonym wzrokiem.

– Wynoś się stąd, kocmołuchu – rozkazała Lavinia, a dziewczyna, mniej więcej w ich wieku, zerwała się i uciekła.

Zostały same.

– Dalej czujesz się taka ważna? – spytała rozbawionym głosem jedna z towarzyszek blondynki, kiedy Emily odsunęła się pod samo okno.

– Czego ode mnie chcecie? – spytała starając się by nie zadrżał jej głos.

Roześmiały się.

– Och, zupełnie niczego – odezwała się słodkim głosem Lavinia.

Skinęła głową na koleżankę, z mysimi ogonkami i czerwonymi wstążkami we włosach. Tamta chwyciła wiadro i resztkami zgarniętego z kominka popiołu obsypała Emily. Dziewczyna zaczęła kaszleć, a tamte ze śmiechem wybiegły z pomieszczenia.

– Do zobaczenia wkrótce – zagroziła znikając za drzwiami Lavinia.

Dziewczyna strząsnęła z siebie popiół. Miała go wszędzie. We włosach, na ubraniu. Najgorsze było to, że nie miała nic w co mogłaby się przebrać. Poza tym nie wiedziała co gorsze, przyjść do klasy w takim stanie czy spóźnić się na lekcje. Nie próbowała się nawet zastanawiać, jaka czeka ją za to kara. Nieszczęśliwa wyjrzała na korytarz, tylko po to, by zaraz schować się z powrotem. Idealnie wymierzyła czas, by spotkać się wzrokiem, ze skręcającym ku lekcyjnej sali Lucasem. Poczuła jak płoną jej policzki. Była mocno zażenowana, kiedy chwilę później chłopak zamykał za sobą drzwi pomieszczenia, w którym się ukrywała.

– Nie pytaj – mruknęła, uprzedzając jego słowa.

Spojrzał na nią poważnie.

– Dobrze, nie będę, ale nie możesz tak się pokazać na lekcjach.

Emily przygryzła wargę.

– Wiem – odpowiedziała spuszczając wzrok.  – Tyle, że i tak nie mam w co się przebrać.

– Chodź – rozkazał chwytając jej nadgarstek i nie czekając na jakąkolwiek reakcję.

Posłusznie poszła za nim. Znów ogarnęło ją to miłe uczucie bezpieczeństwa, jakby przy nim, nie mogło jej się stać nic złego. Zostawił ją w łazience i obiecał przynieść czysty mundurek. Ku jej zdumieniu, kiedy skończyła płukać włosy z szarego pyłu, cały komplet, z miękkiej wełny, leżał na szafce. Co dziwniejsze ubrania na nią pasowały niemal idealnie. Lucas czekał na nią na korytarzu. Patrzył na nią dość ponuro.

– Jesteś tutaj tydzień – stwierdził – a już trzeci raz coś się z tobą dzieje. Może spróbuj ograniczyć liczbę kłopotów, w które wpadasz, chociaż do jednej nieprzyjemnej sytuacji na tydzień – zaproponował ironicznie.

Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie.

– Dlaczego mi pomagasz? – spytała, kiedy ponownie schodzili na dół.

Zamiast odpowiedzieć, popchnął ją na ścianę. Jęknęła, kiedy boleśnie uderzyła ramieniem o krawędź regału. W jednej chwili znalazł się przy niej. Chwycił jej nadgarstki, przytrzymując przy ścianie. Spanikowana spróbowała się wyrwać.

– Mnie się nie odmawia! – warknął dość głośno.

Emily zadrżała. Przerażenie odebrało jej głos, ale wtedy zdała sobie sprawę, że ktoś ich obserwuje. Poczuła na sobie czyjś wzrok. To było przedstawienie. Scena na użytek dyrektor Snow. Przysunął się jeszcze bliżej. Jego ciepły oddech wywołał przyjemne mrowienie na jej karku.

– Przypominasz mi siostrę – szepnął Emily do ucha.

– Co tu się dzieje?! – usłyszeli ostry głos nauczyciela.

Wzrok panny Snow był zimny i bezlitosny. Pan Thomas odciągnął Lucasa w tył. Dyrektorka mocno chwyciła Emily za łokieć, ciągnąc drżącą dziewczynę za sobą.

– Nie zrobił ci krzywdy? – zapytała tylko, kiedy stanęły pod klasą. Emily przecząco pokręciła głową. Nawet nie musiała udawać przerażenia. – Dobrze. Oczywiście zostanie przykładnie ukarany. Takie zachowanie w mojej szkole nie będzie tolerowane.

Otworzyła drzwi, wpychając dziewczynę do środka. Przeprosiła za przerwanie zajęć i kazała jej usiąść. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Wilgotne włosy, nowy mundurek i przyprowadzenie do klasy przez dyrektorkę musiało wywołać sensację. Emily zajęła swoje miejsce. Było jej wszystko jedno. W tej chwili martwiła się tylko o Lucasa.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Gdyby tylko miała jakikolwiek wybór już dawno by jej tutaj nie było. Czy jednak ktokolwiek z nich miał? Dokąd mogłaby pójść? Sprzeciwiając się ciotce najprawdopodobniej wylądowałaby na ulicy, a jako szesnastolatka nie mogła liczyć na żadną rozsądną pracę. Prawdopodobnie umarłaby z głodu, ponieważ o innych ewentualnościach nie chciała nawet myśleć. Wolnym krokiem podeszła do leżącego na trawie, wśród spadających z drzew liści, chłopaka. Leżał na plecach, wpatrując się w zasnuwające niebo chmury.

– Nie zimno ci? – zapytała.

Wzruszył ramionami, nie odwracając się ku niej. Lekko przygryzła dolną wargę. Była zdecydowana. W końcu, mimo wszystko, okazał się jedną z najbardziej skorych do pomocy osób. Bezinteresownej pomocy.

– Słuchaj, nie wiem o co chodzi, ale zrobię to, czego ode mnie chcecie – odezwała się pewnym głosem.

Dopiero wtedy na nią spojrzał, nie ruszając się jednak z miejsca.

– Nie – oznajmił. – To był zły pomysł.

Zamrugała zaskoczona. Z determinacją zacisnęła dłonie. Usiadła przy nim na piętach, ignorując chłód. Mocniejszy podmuch wiatru sprawił, że opadające liście zawirowały, sfruwając w barwnym tańcu na ich sylwetki.

– Dlaczego?

– Nie przemyślałem tego po prostu. Nie powinniśmy cię w ogóle prosić. Zapomnij o tym – jego ton był ponury i pełen rezygnacji.

Emily spojrzała na niego twardo.

– Jeżeli powiesz mi o co chodzi, to pomogę. Chcę wam pomóc – wyjaśniła wpatrując się w niego intensywnie. – Ty nie wahałeś się ani chwili.

Nie była pewna czy jej się tylko wydawało czy też przez twarz chłopaka przemknął cień uśmiechu. Nawet jeśli tak było, to błyskawicznie na powrót spoważniał.

– Nie – powtórzył. – To niebezpieczne.

Dziewczyna zaczęła wstawać.

– Doskonale. W takim razie porozmawiam o tym z Ericem – oznajmiła buntowniczo.

Chwycił ją za rękę.

– Ani mi się waż! – warknął.

– Lucas – spróbowała jeszcze raz – skoro mnie potrzebujecie, to chcę wam pomóc. Jeżeli tylko będę potrafiła…

Westchnął, ale widziała, że się poddał.

– Potrzebujemy – przyznał ponurym, cichym głosem. – Jak cholera.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily wymknęła się z drżącym sercem. Wszystko mogło pójść nie tak – dosłownie wszystko. Ktoś mógł ją przyłapać na ucieczce, jej współlokatorki, które w dalszym ciągu traktowały dziewczynę jak obcą osobę mogły na nią naskarżyć, Lucas mógł na nią nie czekać… On jednak tam był. Dokładnie w miejscu, w którym się umówili. Chyba po cichu liczyła na to, że chłopak nie przyjdzie. Na jego widok serce podskoczyło jej do gardła i zaczęła bać się jeszcze bardziej.

– Chodź – wyszeptał w mrok.

Nie zawahał się nawet przez chwilę, prowadząc ją w stronę artystycznie kutego ogrodzenia. Z gracją wspiął się na zakończony ostrymi kolcami, wysoki płot. Emily spojrzała na swoją czarną, sięgającą kostek sukienkę, ciążyła jej przewieszona przez ramię torba. Czy on wymagał od niej, żeby tam weszła? Okazało się, że jego pomysł był gorszy. Dużym wysiłkiem woli powstrzymała się przed krzyknięciem, kiedy otoczyły ją niewidoczne ramiona i podniosły do góry. Lucas chwycił ją ze swojego miejsca na płocie i postawił obok siebie, a chwilę później dołączył do nich Eric. Z łatwością, jakby ćwiczyli to codziennie, zeszli na chodnik, pomagając również Emily. Zaniepokojona zerknęła na okna otaczających szkołę kamienic. Pozostawały jednak ciemne i uśpione. Ku zdumieniu dziewczyny za rogiem ulicy czekał powóz. Okna zasłonięte miał czarnym materiałem. Bez słowa wprowadzili ją do środka, a on po prostu ruszył. W nocnej ciszy słychać było jedynie stukot podkutych kopyt, stykających się z brukiem. Droga zajęła im ponad kwadrans i upłynęła w milczeniu. Doskonale wiedziała, że to ona jest jego powodem.

– Nie bój się i rób co mówię, to wszystko będzie dobrze – usłyszała cichy głos Lucasa, kiedy podawał jej rękę, by pomóc Emily wyjść z powozu.

Skinęła głową, nie wiedząc na co się zgadza. Gazowe latarnie płonęły stłumionymi, pomarańczowymi płomieniami. Otaczające ich budynki wyglądały obskurnie i nieprzyjaźnie. Chłopcy pewnie ruszyli przed siebie. To była jakaś fabryka. Silny wiatr przeszywał chłodem. Emily szczelniej otuliła się narzuconym na sukienkę płaszczem. Obeszli dookoła ogromny, zbudowany z czerwonej cegły gmach. Eric zastukał do metalowych drzwi, które po chwili otworzyły się z głuchym zgrzytem. Ogolony na łyso, niechlujnie wyglądający mężczyzna spojrzał na nich groźnie, ale odsunął się, wpuszczając do środka. Emily bezwiednie chwyciła rękę Lucasa. Nie odtrącił jej, przyciągając bliżej do siebie.

– Nie bój się – powtórzył szeptem – nikt cię tutaj nie skrzywdzi – zapewnił.

Zobaczyła powątpiewające spojrzenie Erica, ale chłopak miał na tyle taktu, żeby swoje uwagi zachować dla siebie. Po wędrówce długim, pustym korytarzem, dotarł do nich gwar  i jasne światło. Weszli do dużego, hałaśliwego pomieszczenia, przypominającego jakiś klub. Lucas i Eric co chwila z kimś się witali, wymieniając pozdrowienia. Emily nic nie rozumiała z ich rozmów i była wdzięczna chłopakowi, że trzyma ja blisko siebie, w dalszym ciągu nie puszczając jej dłoni. Pewnym krokiem przedzierał się przez pomieszczenie w wybranym kierunku, a ona posłusznie szła za nim.

– Cześć Kate – przystanął przed ładną, wyzywająco ubraną dziewczyną, która niosła ze sobą pełna szklanek tacę.

– Bierzesz dzisiaj udział? – zapytała, jakby z góry znała odpowiedź. Kiedy skinął głową, brunetka pytająco spojrzała na Emily. – Kto to? Nie pasuje tutaj.

– To moja prośba do ciebie, Kate – łagodnym gestem pchnął w jej kierunku dziewczynę. – Zaopiekuj się nią, to dla mnie bardzo ważne. Nie chcę, żeby stało jej się coś złego.

Brunetka skrzywiła się, nie kryjąc niezadowolenia.

– Wisisz mi potężną przysługę Luck – stwierdziła jednak, zaciskając dłoń na ramieniu Emily i ciągnąc przestraszoną, milczącą dziewczynę w głąb pomieszczenia.

– Co tylko zechcesz! – zawołał za nią, przekrzykując hałas, a Emily dostrzegła szelmowski uśmiech na twarzy odwróconej do niego plecami Kate.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily stała w niewielkim pokoiku, szeroko ze zdumienia i niedowierzania otwierając oczy. Dlaczego on zostawił ją z tą wariatką? Przed nią, na łóżku, leżały skórzane, obcisłe, czarne spodnie i zwiewna bluzka w kolorze wytrawnego wina.

– Żartujesz, prawda? – zapytała, nie wierząc, że ma to na siebie włożyć.

Kate spojrzała na nią z wyższością.

– Wybór jest prosty, dziewczynko – oznajmiła drwiąco. – Albo to i będziesz wyglądała jak tutejsza, albo wyzywająca suknia, która będzie zapraszała do ciebie mężczyzn. W tym w czym jesteś nie możesz się pokazać.

Emily westchnęła, w jednym przyznając Kate rację, spodnie były lepsze, nawet takie. Zresztą, mimo, że kobietom nie wypadało tego robić, w domu często jeździła konno w bryczesach. Dziewczyna pomogła jej się przebrać, a potem jasne włosy Emily zaczesała w, ciasno pleciony od czubka głowy, warkocz. Czarnym tuszem ozdobiła jej rzęsy, a pudrem i różem delikatnie dotknęła bladych policzków, potem srebrnym cieniem otoczyła jej oczy. Efekt był piorunujący. Kiedy Emily stanęła przed lustrem, nie poznawała sama siebie. Nie czuła się też sobą. Z pewnością przestała wyglądać jak grzeczna dziewczynka. Przerzuciła przez ramię szmacianą torbę, wytrzymując spojrzenie Kate, kiedy ta spiorunowała ją wzrokiem. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i poprowadziła Emily z powrotem do gwarnego pomieszczenia. W skórzanych spodniach i tej zwiewnej bluzeczce czuła się dość nieswojo, ale pocieszała się myślą, że widziała już kilka ubranych w podobnym stylu dziewczyn. Zaobserwowała również, że Kate jej nie okłamała. Panienki w wydekoltowanych sukienkach, mimo, że zgodnych z obyczajami, to jednak odsłaniających zdecydowanie zbyt dużo, zawzięcie flirtowały z mężczyznami w różnym wieku. Kiedy jednak jeden z nich klepnął w pupę przechodzącą obok dziewczynę w kowbojskich spodniach z frędzlami, natychmiast koło jego drugiej, leżącej na stole dłoni wbił się nóż. To do razu ostudziło jego zapał, a dziewczyna nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem.

– Skoro jesteś tu pierwszy raz, to musisz wszystko zobaczyć – oznajmiła Kate podnieconym głosem, pewnie prowadząc Emily przez pomieszczenie.

– Hej, Kate, masz nową koleżankę? Nie przedstawisz nas? – usłyszały dobiegające od baru wołanie.

Kate przewróciła oczami, ale zmieniła kierunek w którym podążała.

– To zajmie chwilę – mruknęła – a jeżeli tam nie podejdziemy, to nie da mi spokoju.

Wołający okazał się blondynem z zawadiacko opadającą na oczy grzywką. Był dobrze zbudowany, ale nie tak potężnie jak Eric, za to z pewnością był od niego o głowę wyższy.

– Emily, to mój brat Alec, Alec to Emily, przyjaciółka Luca – przedstawiła pobieżnie Kate. – Zadowolony? Możemy już iść?

Chłopak skrzywił się na dźwięk imienia Lucasa, ale potem znowu się rozpromienił, uśmiechając się czarująco.

– Gdzie tak ci się spieszy? – zapytał siostry nie spuszczając jednak z Emily wzroku.

– Idziemy obejrzeć walkę – oznajmiła, co brzmiało w jej ustach jak zaczepka.

Alec pochwycił z baru wypełnioną bursztynowym płynem szklankę, a potem wychylił ją do dna.

– Świetnie, w takim razie idę z wami – oznajmił zadowolony, obejmując je od niechcenia ramionami.

Kate odepchnęła go z całej siły.

– Ani mi się waż – syknęła przez zaciśnięte zęby.

Roześmiał się, ale już więcej nie próbował dotykać Emily, spokojnie idąc tuż za nimi.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Stanęli pod ścianą w pełnym ludzi pomieszczeniu. Mężczyźni w garniturach, kobiety w pięknych, bogatych sukniach. Sala była duża i nie było tu właściwie niczego, poza ustawioną na środku, zamykaną niczym klatka, areną. Emily nie była pewna na co patrzy. Na wszelki wypadek przysunęła się nieco bliżej Kate, która czuła się tutaj zupełnie na miejscu. Usłyszała, że ludzie zakładają się o to, kto wygra. Z rąk do rąk przechodziły pieniądze. Po niedługim czasie wszyscy ucichli, wpatrując się wyczekująco w arenę. Chwilę później pojawili się tam młodzi mężczyźni, a odziany w drogi garnitur speaker przedstawił ich i zapowiedział walkę. W ciemnych spodniach i bez żadnej góry obydwaj prezentowali się okazale. Kobiety szeptały pomiędzy sobą entuzjastycznie. Rozpoczęło się coś, w czym Emily nie dostrzegała żadnych zasad. Wyglądało po prostu na brutalną, zawziętą bójkę. Jeden z walczących bardzo szybko zaczął zyskiwać przewagę, przy radosnym aplauzie widowni. Po kwadransie jego przeciwnik nie był w stanie wstać o własnych siłach i dopiero wtedy ogłoszony został koniec walki. Tłum wyglądał na bardzo rozentuzjazmowany. Emily wzdrygnęła się na myśl, że to dla nich dobra zabawa. Po krótkiej przerwie i kilku wrednych dowcipach speakera, pojawili się nowi zawodnicy. Dziewczyna zamarła, w jednym z nich rozpoznając Lucasa. Cofnęła się, wpadając na Aleca. Wiedziała, że powinna się tego domyślić, ale wbrew wszelkim poszlakom, nie była na to przygotowana i aż do tej pory nie dopuszczała do siebie takiej możliwości. Chłopak uspokajająco położył jej rękę na ramieniu, ale nic nie powiedział. Kate wyglądała natomiast na bardzo podekscytowaną i jakby zachwyconą. Przerażona Emily przypatrywała się rozpoczynającej się właśnie walce. Silne ciosy, uniki i kopnięcia. Walka była dynamiczna i znacznie bardziej widowiskowa od poprzedniej. Lucas dość szybko zyskał przewagę nad przeciwnikiem. Widzowie szaleli z radości. Podczas całej, około dwudziestominutowej rundy, chłopak otrzymał zaledwie kilka mocniejszych ciosów, ale to wystarczyło, żeby na jego torsie pojawiły się siniaki. Z jego rozciętej wargi sączyła się stróżka krwi.

– Chodź – Kate zaczęła ciągnąć ją w róg pomieszczenia, przepychając się przez zafascynowanych widzów.

Dziewczyna skinęła głową pilnującemu wąskich drzwi, potężnie zbudowanemu mężczyźnie, a potem przeszła przez nie niepokojona. Alec nie szedł za nimi. Kate zaprowadziła Emily do niewielkiego, skromnie umeblowanego pomieszczenia, z umywalką w rogu i wąską pryczą pod ścianą. Nie było w nim okien, a naftowa lampa dawała niewiele, stłumionego światła. Chwilę później pojawił się Lucas, od razu, ciężko siadając na łóżku i opróżniając stojącą na szafce szklankę wody.

– Dzięki Kate, że się nią zaopiekowałaś, jestem ci winien przysługę – stwierdził. – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcielibyśmy przez chwilę zostać sami. Musimy porozmawiać.

Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Wyglądała na wściekłą. Skinęła jednak głową i posłusznie wyszła z pokoju. Lucas odetchnął, zupełnie osuwając się na łóżko. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale teraz wyraźnie zauważyła, jak wiele blizn i siniaków pokrywa tułów chłopaka.

– Teraz, kiedy rozumiesz czemu tak cię potrzebujemy, w dalszym ciągu chcesz nam pomóc? – spytał cicho, wpatrując się w sufit.

Emily przez chwilę stała na środku pomieszczenia, nie będąc pewną, co ze sobą zrobić, potem odwróciła się i ruszyła ku drzwiom, chcąc dogonić Kate. Była pewna, że jeżeli zostanie tu chwilę dłużej, to wybuchnie, a nie do końca wiedziała, jak Lucas na jej wyrzuty zareaguje. W każdym razie nie miała zamiaru tego sprawdzać. Chłopak natychmiast zerwał się z miejsca i zagrodził jej drogę do drzwi. Wyzywająco spojrzała mu w oczy.

– Puść mnie! – syknęła.

– Dokąd chcesz pójść? – zapytał spokojnie.

– Byle dalej! – odwarknęła. – Jesteś kompletnym idiotą! Czemu bierzesz udział w czymś takim?! – strach, a potem ulga, że nic mu nie jest, zwyciężyły, teraz dając o sobie znać, w wybuchu złości.

Emily odskoczyła, kiedy za plecami Lucasa otworzyły się drzwi. Do środka wszedł Eric, obrzucając ją protekcjonalnym spojrzeniem.

– Bo nie ma wyjścia, tak jak niemal każdy z nas – odpowiedział zamiast przyjaciela.

– Eric – Lucas z naciskiem wypowiedział jego imię.

– Musi z czegoś utrzymać matkę i brata – kontynuował niewzruszenie chłopak.

– Eric! – tym razem z ust Lucasa wydobyło się warknięcie.

Tamten tylko wzruszył ramionami, wyminął go i usiadł okrakiem na drewnianym krześle. Emily stała ciągle w tym samym miejscu, wbijając wzrok w podłogę.

– Chcę stąd iść – odezwała się przerywając nieprzyjemną ciszę.

– Odprowadzimy cię bezpiecznie do szkoły – obiecał cicho Lucas. – Daj mi tylko chwilę.

Wyszedł na korytarz, a zaraz za nim poszedł wyglądający na rozgniewanego, Eric. Emily usłyszała ostrą wymianę zdań, a potem, po kwadransie, wrócił tylko Lucas. Był kompletnie ubrany i miał ze sobą rzeczy dziewczyny. W milczeniu wyprowadził ją z budynku. Tym razem szli na piechotę, choć do szkoły wcale nie było blisko.

– Przepraszam, że cię tam przyprowadziłem – Lucas przerwał niezręczną ciszę. – Nie powinienem był tego robić. Nie wiem co sobie myślałem.

– Nie – odezwała się Emily, uporczywie wpatrując się w i tak ledwo widoczną w półmroku, wyłożoną kocimi łbami, drogę. – Dobrze zrobiłeś – wydusiła z siebie cicho. – Pomogę wam, w miarę swoich możliwości, ale nie spodziewaj się cudów.

– Nie musisz… – zaczął nie patrząc na nią.

Emily z całej siły zacisnęła pięści. Nie mogła go tak zostawić.

– Nie, nie muszę – powtórzyła jego słowa – ale zrobię to – oznajmiła stanowczo.

Lucas nie odpowiedział. Znowu zapadła cisza. Zdziwiła się, kiedy ją przerwał odzywając się, kiedy myślała, że już nic więcej nie powie.

– Dziękuję – mruknął po prostu, kiedy w oddali zamajaczył przed nimi budynek szkoły.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Nocne wypady szybko stały się dla Emily codziennością. Ponieważ budynek zdobiła wysoka pergola, dziewczyna nauczyła się wychodzić znajdującym się w korytarzu na ostatnim piętrze oknem, wracała również tą samą drogą. Jej grono przyjaciół w szkole było niewielkie, a właściwie zaliczała się do nich jedynie wiecznie rozgadana Lissa. Natomiast Lucas udawał, że jej nie zna, a ona doskonale rozumiała dlaczego. Opiekował się nią jednak w inny sposób, zawsze w pobliżu, a sama jego obecność wystarczyła, by uchronić Emily przed nieprzyjemnymi sytuacjami. Natomiast udało jej się zaprzyjaźnić z Kate, która imponowała dziewczynie swoją odwagą i niezależnością. Po dwóch tygodniach znajomości rozumiały się bez słów. Polubiła również zachowującego się zawsze dość wrednie i arogancko, ale jednocześnie wesołego i traktującego ją ciepło Aleca. Teraz najbardziej martwiło ją to, że zarówno Lucasowi, jak i Ericowi okazała się naprawdę potrzebna. Czasami zdarzało się, że porządnie obrywali na arenie, a do tego dochodziły nieprzyjemne i niesprawiedliwe kary w szkole. Szybko skończyły jej się zioła, którymi dysponowała.

– Czym się tak martwisz? – usłyszała głos stojącego za jej plecami Aleca.

Miał rację. Siedziała przy biurku w pokoju Kate i próbowała przepisywać francuski. Nie zanotowała nawet jednego zdania. Przez chwilę zastanawiała się czy powinna mu odpowiedzieć, a potem zaryzykowała.

– Muszę wybrać się do lasu, na łąkę, a jestem cały dzień uwięziona w szkole – mruknęła niechętnie. – Potrzebuję ziół…

O nic nie pytał. Popatrzył na nią poważnie i chyba po raz pierwszy od kiedy go poznała nie ujrzała w niebieskich oczach kpiny.

– To może o świcie? – zasugerował. – Zanim wzejdzie słońce, będzie już dostatecznie jasno.

– Nie wiem – odpowiedziała zamykając zeszyt. – To zajmie zbyt wiele czasu…

– Jeździsz konno? – przerwał pytaniem jej obiekcje.

Niepewnie skinęła głową. Obdarzył ją czarującym uśmiechem.

– Doskonale, w takim razie jesteśmy umówieni. Jutro, o czwartej rano, będę pod twoim więzieniem – oznajmił puszczając do niej oko.

Nie zamierzał dać jej czasu do namysłu. Nie czekał na odpowiedź. Po prostu wyszedł z pokoju siostry, zostawiając Emily samą.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Lucas ze złości zacisnął pięści. Nie podobało mu się to, że Emily spotyka się z Alecem, ale jednocześnie wiedział, że nie może jej tego przecież zabronić. Nie była jego własnością. Teraz niechętnie przyglądał się, jak dziewczyna wymyka się ze szkoły. To był już czwarty raz, kiedy tak robiła. Patrzył z pewnego oddalenia, jak Emily sprawnie wspina się na płot, by zeskoczyć z niego prosto w objęcia Aleca. Złapał ją ze śmiechem, okręcił dookoła, a potem razem zniknęli na pokrążonej w półmroku ulicy. Przez te kilka tygodni dziewczyna bardzo się zmieniła. Lucas wiedział, że to przez niego, nie miał tylko pewności czy to jego zasługa czy może raczej wina. Przestała być zagubiona i płochliwa. Stała się odważniejsza, sprawniejsza fizycznie. I zdecydowanie zbyt wiele czasu spędzała w towarzystwie Aleca! Po cichu, kryjąc się w mroku, ruszył za nimi. Mimo, że sprawiało mu to ból, czuł wewnętrzną potrzebę upewnienia się, że Emily jest bezpieczna.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Dochodziła północ. Emily obrzuciła Aleca podejrzliwym spojrzeniem. Wiele by dała, żeby się dowiedzieć co mu chodzi po głowie. Chłopak był nieprzewidywalny i wiecznie ją zaskakiwał. Starszy brat Kate miał dziewiętnaście lat, podczas gdy nowa przyjaciółka była jej rówieśniczką. Nie miała pojęcia czym tak naprawdę zajmuje się Alec, była jednak przekonana, że ma to związek z oszukiwaniem ludzi. Był chuliganem i urwisem, a mimo to naprawdę i szczerze go lubiła.

– Więc? – zapytała zaciekawiona. – Czemu chciałeś, żebym dzisiaj była tak wcześnie? I dokąd idziemy? – dodała zauważając, że zamiast tak jak zwykle, ku obrzeżom miasta i czekającym tam koniom, kierują się ku centrum metropolii.

Alec bez skrępowania objął ją ramieniem. Takie zachowanie było nie do przyjęcia, ale Emily nie zwróciła na nie najmniejszej uwagi. Przyzwyczaiła się już do tego, że chłopak nie należał do grona dobrze wychowanych mężczyzn, których w życiu poznawała. Był z zupełnie innej bajki. Zachowywał się frywolnie i nieodpowiednio, a jej to, ku własnemu zdumieniu, nie sprawiało najmniejszej różnicy. Jego obecność była czymś zupełnie nowym, intrygującym i fascynującym. Pozwalała oderwać myśli od szarej rzeczywistości.

– Nie bądź taka ciekawska – mruknął, udając urazę – popsujesz całą niespodziankę!

– Niespodziankę? – zapytała, ale w tym momencie do jej uszu dotarły dźwięki odległej, tanecznej muzyki.

Z każdym krokiem melodia stawała się coraz głośniejsza. Oczom Emily ukazały się ciepłe światła i korowód barwnych tancerzy. W mieście najwyraźniej odbywał się jakiś festyn. Tańczące cyganki, akrobaci, żonglerzy, późno w nocy otwarte barwne kramy. Noc była chłodna, ale bezwietrzna i najwyraźniej zima nikomu nie przeszkadzała w zabawie.

– Chodź – Alec pociągnął ją za rękę i wmieszali się w tłum sprawiających nieludzkie wrażenie postaci.

Emily w jednej chwili znalazła się w innym świecie. Dookoła niej to pojawiały się to znikały maski i różnobarwne sukienki oraz chusty. Jakiś mężczyzna żonglował płonącymi patykami, ktoś inny, stojący w pobliżu płonącego na placu ogromnego ogniska, opowiadał coś, co wywoływało salwy śmiechu wśród otaczających go osób. Alec porwał dziewczynę do dzikiego tańca, a ona nie protestowała. Wkrótce zabrakło jej tchu, miała zaróżowione policzki, ale w jej oczach pojawiły się radosne iskierki. Tu nie musiała niczego udawać, przed nikim się kryć. Mogła po prostu być sobą, a to sprawiało jej prawdziwą radość. Alec zostawił ją na chwilę samą, a po minucie wrócił, z nadzianymi na długie patyki jabłkami. Stanęli razem z innymi uczestnikami zabawy przy ognisku, piekąc owoce. Płomienie strzelały wysoko w górę, a w ich pobliżu było ciepło i przyjemnie. Ludzie śmiali się i tańczyli, a zabawa miała trwać do białego rana.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Zaczynało świtać. Służba musiała być już na nogach, a to nie wróżyło niczego dobrego. Kiedy Emily wsunęła się przez okno, od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Niemal zachłysnęła się powietrzem, gdy dostrzegła, że w środku czeka na nią nauczyciel. Pan Thomson miał kamienny wyraz twarzy. Chwycił dziewczynę za łokieć i bezceremonialnie wyprowadził na podwórze, po drodze zabierając cienki pejcz, przy pomocy którego karano uczniów chłostą. W szkole kazał jej zostawić płaszcz, więc teraz stała w samej czarnej sukience. Drżała, kiedy postawił ją pod ścianą. Przerażona, nie próbowała nawet nic powiedzieć na swoje usprawiedliwienie.

– Za taką niesubordynację powinna panna zostać wydalona ze szkoły – oznajmił z chłodnym okrucieństwem nauczyciel. – Chłosta to nie wystarczająca kara i z pewnością przyjdzie mi do głowy coś jeszcze.

Służąca, która towarzyszyła im z przerażonym wyrazem twarzy, na skinienie głowy nauczyciela, wsunęła ręce Emily w skórzane paski i mocno zacisnęła klamry, uniemożliwiając dziewczynie poruszanie się. Emily jęknęła, kiedy bat ze świstem przeciął powietrze, lądując na jej plecach. Nie była w stanie złapać tchu, kiedy nadeszło następne uderzenie, a po nim kolejne. Łzy gęsto spływały jej po policzkach. Thomson był bezlitosny, po piątym uderzeniu zapowiedział jej jeszcze dwadzieścia. Emily wiedziała, że nie wytrzyma tylu. Czuła się jak w koszmarze. Znowu usłyszała przecinający powietrze pejcz, ale tym razem, ku jej zdumieniu, nie uderzył w jej ciało. Gdy odważyła się spojrzeć, zobaczyła stojącego między sobą, a nauczycielem Lucasa. Chłopak wyrwał Thomsonowi z ręki pejcz.

– Jak śmiesz?! – warknął nauczyciel, wystarczyło jednak by przez chwilę przyjrzał się wściekłemu wyrazowi twarzy Lucasa, by zamilkł.

– Zostaw ją w spokoju – wycedził przez zęby chłopak najwyraźniej ledwo nad sobą panując. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale Lucas przecząco pokręcił głową. – Zgodzę się na twoje warunki, jeżeli zostawisz ją w spokoju – odezwał się znacznie ciszej.

Nauczyciel przez chwilę przyglądał mu się podejrzliwie, ale potem z niechęcią skinął głową.

– Masz kwadrans – oznajmił lodowatym tonem – potem chcę widzieć cię u mnie w gabinecie.

Potem odszedł, zabierając ze sobą służącą. Emily nie rozumiała co się właśnie wydarzyło. Z zimna i strachu uginały się pod nią kolana. Chłopak nie tracił czasu. Natychmiast uwolnił jej nadgarstki. Gdyby jej nie przytrzymał, upadła by na ziemię. Lucas bez namysłu wziął ją na ręce, przytulając do siebie. Emily przylgnęła do niego, nie mogąc powstrzymać płynących po policzkach łez. Zaniósł ją do siebie do pokoju. Pomieszczenie było puste. Delikatnie ułożył dziewczynę na łóżku. Przytrzymała jego rękę, kiedy chciał się odsunąć. Jej niebieskie oczy były duże i czaił się w nich strach.

– Luck, w co ty się wpakowałeś? – szepnęła cicho, kuląc się na boku.

– Nie przejmuj się – odpowiedział głosem odartym z wszelkich emocji – prześpij się. Nikt dzisiaj nie będzie cię niepokoił.

Uwolnił się od jej dłoni, a potem wyszedł z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę wpatrywała się w ciemne drewno, a potem zamknęła oczy. Czuła się podle. Lucas kolejny raz stanął w jej obronie, a ona przez nieuwagę i głupotę wpakowała go w kłopoty. Nie powinien był jej pomagać… a jednocześnie nie miała pojęcia, co stałoby się, gdyby tego nie zrobił.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Przespała właściwie cały dzień. Nikt się w tym czasie nie pojawił. Wieczorem, po cichu, wymknęła się na swoje piętro. Dziewczyny, z którymi dzieliła pokój, musiały być jeszcze we wspólnym salonie. Umyła się i ubrała, z myślą o tym, żeby zejść na dół i ponieść konsekwencje przespania całego dnia, jakiekolwiek by nie były. W połowie schodów jednak minęły ją wracające współlokatorki, po chwili zauważyła również Lucasa. Miał dość ponury wyraz twarzy i sprawiał wrażenie zrezygnowanego. Z ulgą jednak przyjęła, że nic mu nie jest.

– To dla ciebie – mruknął Lucas, wciskając Emily do ręki dużą, papierową torbę, a potem odszedł nie czekając na jej reakcję.

Zaskoczona dziewczyna wróciła do pokoju. Zajrzała do środka i aż pisnęła z zachwytu, całą zawartość wysypując na łóżko. Czekolada, pomarańcze, kolorowe, lukrowane ciasteczka, lukrecja i wszystko to o czym od zawsze mogła jedynie pomarzyć. Podchwyciła zazdrosne spojrzenia mieszkających z nią dziewcząt. Uśmiechnęła się do nich ciepło.

– Częstujcie się – zaproponowała, na co Lotta i Dominika z piskiem rzuciły się w kierunku jej łóżka i już po chwili opychały się ciasteczkami oraz czekoladą.

Rena wahała się chwilę dłużej, ale w końcu chęć spróbowania słodyczy zwyciężyła. Usiadła przy nich, gdy Emily obrała pomarańczę, dzieląc ją bez wahania na cztery części. Po całym dniu spania była zbyt głodna, żeby zastanawiać się skąd Lucas to ma. Uśmiechała się jednak wesoło, ponieważ to był pierwszy raz, kiedy swobodnie rozmawiała z mieszkającymi z nią dziewczętami.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Jesień chyliła się ku końcowi i nadchodziła zima. Zbliżała się Gwiazdka. Lucas oznajmił Emily, że nie jest już im potrzebna i nie będą jej więcej zabierali ze sobą, więc od ponad dwóch tygodni nie była w klubie. Wtedy odeszła bez słowa, teraz żałowała, że nie postawiła się chłopakowi. Tęskniła za Kate i Alecem, z którym nie umówiła się na kolejne spotkanie, bo była pewna, że niedługo się zobaczą. Nie rozumiała też tego co działo się w szkole. Nauczyciele traktowali ją pobłażliwie i byli dla niej mili, co samo w sobie było dziwne, ale najbardziej zaskoczyła ją zmiana zachowania Lucasa i ponure spojrzenia, które rzucał mu Eric. Wyglądało na to, że chłopak stał się nową gwiazdą i duszą towarzystwa, a ona nie wiedziała dlaczego. Dotąd milczący i tajemniczy, teraz był w centrum uwagi i najwyraźniej mu to jak najbardziej odpowiadało. Ona sama natomiast grono przyjaciół zawęziła do czterech osób, Lissy, Reny i dwóch młodszych dziewczynek, które zaczęły traktować ją jak ukochaną, starszą siostrę. Teraz siedziała na kanapie, we wspólnym salonie, nawet nie udając, że słucha rozmowy toczonej przez przyjaciółki. Patrzyła tylko w jedno miejsce i nic innego dla niej nie istniało. Stojący przy kominku Lucas rozmawiał z Lavinią Laurence, która poufałym gestem, przesuwała dłonią po jego przedramieniu, śmiejąc się dźwięcznie z tego, co powiedział chłopak. Emily nie była pewna, jakie właściwie uczucia wywołuje w niej ich widok. Było jej przykro, to na pewno, ale zamiast złości czy smutku, czuła po prostu jakieś dziwne otępienie w środku. Z ulgą przyjęła chwilę, kiedy wreszcie wolno było im stamtąd wyjść.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

W niedzielę przed południem wszystkich uczniów, którzy zostawali w szkole, czekało obowiązkowe wyjście do kościoła. Tym razem Rena nie odwiedzała rodziców, więc jak to w ostatnim czasie miała w zwyczaju, przez cały czas towarzyszyła Emily. Kiedy wróciły, postanowiły, mimo mrozu, pospacerować jeszcze po szkolnym parku. Dziewczyna, która zawsze marzła, wróciła do budynku po gruby szal. Kiedy pojawiła się z powrotem, Rena stała w grupie nerwowo rozchichotanych dziewcząt. Emily podeszła do nich, patrząc pytająco na przyjaciółkę, z nadzieją, że ta wyjaśni jej o co chodzi. Rena jednak tylko wskazała jej kierunek, w którym wszystkie co jakiś czas zerkały. Patrzyły z zachwytem na odgarniającego śnieg chłopaka. Wyglądał nieźle, ale dziewczyna i tak nie rozumiała tej dziwnej fascynacji. Kiedy jednak przyjrzała mu się uważniej, zamarła zaskoczona. Nawet z tej odległości rozpoznała w nim Aleca. Co on tu robił?! Nie mogła uwierzyć, że tu był, tak blisko, na terenie jej szkoły. Poczuła jakieś dziwne podniecenie na myśl, że może pojawił się tu dla niej, szybko jednak odegnała od siebie tą myśl, po prostu w nią nie wierząc. Mimo to chciała mu się chociaż pokazać, nie miało znaczenia co robił w tym miejscu. Ważne, że był. Ruszyła przed siebie parkową alejką, czując na plecach pełne dezaprobaty i niedowierzania spojrzenia koleżanek. Zignorowała je, przechodząc w pobliżu Aleca. Podniósł na nią wzrok, ani na chwilę nie przerywając swojej pracy. Zobaczyła jego zawadiacki uśmiech, za którym tak bardzo tęskniła. Błękitne oczy wskazywały w kierunku szopy na narzędzia. Rozumieli się bez słów. Już po chwili dziewczyna zniknęła za niewielkim, drewnianym budynkiem. Nie czekała długo, żeby i on się tam pojawił. Chwycił ją za rękę i wciągnął do środka, zamykając za sobą drzwi. W jego spojrzeniu widziała łobuzerskie iskierki.

– Co tu robisz? – spytała zdezorientowana.

– Pracuję – wyjaśnił swoim zwyczajowym aroganckim, pełnym wyższości i rozbawienia tonem.

Nie uwierzyła mu.

– A tak naprawdę?

Pomieszczenie było niewielkie, a Alec zbliżył się do niej jeszcze bardziej, tak, że teraz dzieliło ich od siebie ledwie kilka centymetrów.

– Naprawdę tu pracuję – zamruczał. Roześmiał się, gdy spojrzała na niego pełnym dezaprobaty wzrokiem. – Nie pojawiałaś się u nas, więc się tutaj zatrudniłem, bo nie miałem lepszego pomysłu, jak się z tobą spotkać – wyjaśnił z lekkim wyrzutem, odpowiadając na niezadane pytanie. – Tęskniłem – oznajmił miękkim, zmysłowym głosem, przysuwając się jeszcze bliżej.

Emily na chwilę przestała oddychać. Zamknęła oczy, ponieważ była pewna, że Alec ją pocałuje. Nie miała nic przeciwko, żeby to zrobił. Poczuła na swojej talii jego dłoń. Jego usta niemal dotknęły jej ust, ale wtedy przerwał im dochodzący od strony drzwi, zduszony jęk. Emily odskoczyła od chłopaka jak oparzona. Spojrzała w rozszerzone ze zdumienia oczy Reny. Była przekonana, że niemiłosiernie się teraz rumieni. Alec natomiast wyglądał jednocześnie na skonsternowanego i rozbawionego. Dziewczyna wzięła się w garść.

– Rena, to jest Alec – przedstawiła przyjaciółce chłopaka. – Znamy się… jakiś czas – dodała niepewnie.

– Miło mi cię poznać – Alec uśmiechnął się do niej ujmująco.

Tym razem to Reny policzki zapłonęły.

– Powinnyśmy już wracać – wydusiła z siebie w końcu. – Nie tylko ja cię szukałam, Emily…

Jej wzrok był wbity w ziemię i ani przez chwilę nie odważyła się spojrzeć na Aleca.

– Idź – powiedział łagodnie chłopak, na chwilę przyciągając do siebie Emily, żeby ją szybko przytulić, a potem puszczając i odsuwając się od niej. Jego ton był obojętny. Jedynie jego oczy wyrażały zawód. – Nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. Zobaczymy się później. Postaram się o to – mrugnął do niej.

– Cieszę się, że tu jesteś, Alec. Ja również za tobą tęskniłam – odezwała się Emily, biorąc pod rękę Renę i wyprowadzając ją z szopy.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Tego wieczora, przyciszonymi głosami, rozmawiały do późna. Rena nie mogła przestać wypytywać o Aleca i z zapałem chłonęła każde wypowiedziane przez Emily słowo. Chłopak natomiast nie żartował. Naprawdę zaczął pracować w ich szkole. Odgarniał śnieg, wykonywał drobne prace remontowe, nosił ciężkie przedmioty. Na myśl, że teraz mogła spotykać się z nim bez wymykania się w nocy, ogarniało ją przyjemne ciepło. W budynku były setki miejsc, w których mogli się ukryć, by spokojnie porozmawiać. W dalszym ciągu nie miała pojęcia co on tu właściwie robi, ale postanowiła się tym nie przejmować. Stał się jej przyjacielem i miała nadzieję, że nic tego nie będzie w stanie zmienić.

Następnego ranka Emily zeszła na zajęcia w bardzo dobrym humorze, mimo że tak naprawdę nie czuła się najlepiej. Była osłabiona i niemal nie tknęła śniadania. Kiedy jednak ponownie zobaczyła Lucasa w towarzystwie dzieciaków, których rodzice mieli pieniądze i wpływy, a przede wszystkim tuż obok Lavinii, cały pogodny nastrój prysnął jak bańka mydlana. Nie wiedziała czy większą ma ochotę na to by uciec, czy na to by się rozpłakać. Najgorsze było to, że usłyszała, jak żartują z Reny. Usiadła w ławce, starając się nie zwracać na nich uwagi. Rozpoczęła się lekcja francuskiego. Czytali fragmenty tekstu. Z trudem wstała, kiedy przyszła jej kolej. Mocno oparła dłonie o ławkę, żeby powstrzymać ich drżenie i słabym, cichym głosem, zaczęła czytać swój kawałek.

Lucas z niepokojem obserwował bladą twarz dziewczyny. Wyglądała na niezwykle kruchą i bezbronną, teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek do tej pory. Czuł przemożną potrzebę, żeby się nią zaopiekować, ale czy właśnie tego nie robił? Wiedział, że Emily, dzięki niemu, żyje się teraz w szkole znacznie lepiej. Kiedy jednak dziewczyna na chwilę przymknęła powieki, tym samym gubiąc się w czytanym tekście, a w pomieszczeniu rozległ się nieprzyjemny śmiech Lavinii, której natychmiast zawtórowały koleżanki, wiedział, że miarka się przebrała.

Emily poczuła, jak kręci jej się w głowie. Jakby z oddali dochodził do niej śmiech. Zachwiała się niebezpiecznie. Z pewnością osunęłaby się na podłogę, gdyby nie to, że przytrzymały ją czyjeś silne ramiona. Uniosła powieki, które ważyły teraz zdecydowanie zbyt wiele, by napotkać zaniepokojone spojrzenie zielonych oczu.

– Nic ci nie jest? Dobrze się czujesz? – zapytał cichym, zatroskanym głosem Lucas, podczas gdy wszystkie śmiechy ucichły, a klasa złowieszczo zamilkła.

Emily przecząco pokręciła głową, chciała się od niego odsunąć, ale zadrżały pod nią nogi. Chłopak wziął ją na ręce. Nauczyciel patrzył z dezaprobatą, ale ku zdumieniu wszystkich, nie protestował. Poczuła się dziwnie przyjemnie na myśl, że noszenie jej już weszło mu w nawyk. Po schodach zaniósł ją na górę, do jej pokoju i położył na łóżku. Zapadła krępująca cisza, bo on, najwyraźniej nie zamierzał tak od razu wyjść. Emily odwróciła się do niego plecami. Nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Czuła się oszukana i zdradzona, nawet mimo tego, że teraz wyraźnie się o nią troszczył.

– O co chodzi? – zapytał cicho, przerywając nieprzyjemną, krępującą ciszę. – Gniewasz się na mnie za coś?

– Nie – skłamała po chwili milczenia, tuląc do siebie poduszkę.

– Przecież widzę, że tak – westchnął, siadając obok niej na łóżku.

– Nie ważne – mruknęła nie odwracając się.

– Emily, wiem, że ostatnio nie byłem dla ciebie miły i powiedziałem, że nie chcemy cię ze sobą zabierać, ale to dlatego, że napędziłaś mi prawdziwego stracha, wymykając się bez nas… beze mnie – dokończył jakby mniej śmiało. – A teraz jeszcze źle się czujesz, a zapewne lekarz przyjdzie do ciebie dopiero po południu. Martwię się o ciebie i nie chcę, żebyś się narażała.

– Nie o to chodzi – westchnęła smętnie dziewczyna. – Zachowałam się głupio, że dałam się przyłapać. Powinnam była być ostrożniejsza – tym razem spojrzała na niego – wrócić wcześniej, ja…

Delikatnie odgarnął z jej twarzy jasny kosmyk włosów. Zareagowała instynktownie, prychając jak kotka. Cofnęła się gwałtownie. Spojrzał na nią zaskoczony.

– Nie dotykaj mnie! – rozkazała.

– Emily… – zaczął lekko zbity z tropu.

– Nie! Nie wtedy, kiedy ona… kiedy ty z nią… – nie potrafiła dokończyć własnej myśli, a w gardle poczuła nieprzyjemny uścisk.

Spojrzał na nią nieco zakłopotany, a potem do niego dotarło.

– Jesteś zazdrosna? O Lavinię? – upewnił się, jakby niedowierzając. – Głuptasie – mruknął, kiedy niechętnie potwierdziła – jedynym powodem dla którego spędzam czas z tą rozkapryszoną pannicą, jesteś ty – wyznał. – Chwilowo nie znalazłem lepszego sposobu na to, żeby przestała ci dokuczać.

Emily zamrugała, zbyt zaskoczona tym stwierdzeniem, żeby od razu zareagować. Czy on mówił poważnie? Lavinia owszem, bywała nieprzyjemna, ale to co on robił, było dla dziewczyny znacznie gorsze.

– Więc tego nie rób, proszę – szepnęła na próżno kryjąc drżenie głosu. – Nie obchodzi mnie to, że się wstydzisz znajomości ze mną, ale to, że przebywasz akurat z nią… – Emily ponownie nie potrafiła przekazać własnych myśli.

– Wstydzę? – Lucas spojrzał na nią naprawdę zaskoczony. – Przecież wiesz, dlaczego nie rozmawialiśmy – stwierdził, a jego głos brzmiał na zaniepokojony. – Nauczyciele mnie nienawidzili i na pewno znaleźliby sposób, by odegrać się również na tobie.

– Teraz to się zmieniło… – wyszeptała.

– Tak – przyznał chłopak, niczego nie wyjaśniając. – Nie wiadomo tylko ile czasu ta sytuacja potrwa…

– Lucas – przerwała mu patrząc prosto w zielone oczy chłopaka. – To mnie nie obchodzi. Naprawdę. Albo jesteśmy przyjaciółmi, albo nie – oznajmiła poważnie.

Uśmiechnął się do niej, tym razem tylko odrobinę ponuro.

– Jesteśmy – odpowiedział, wyciągając dłoń, by łagodnie dotknąć jej policzka, a ona tym razem się nie odsunęła. Spojrzał na nią zaniepokojony, rękę przesuwając na czoło Emily. – Czarodziejko, ty jesteś cała rozpalona – wyszeptał, zrywając się z łóżka. Otulił dziewczynę kołdrą. – Niedługo wrócę – obiecał. – Idę zobaczyć co da się zrobić w sprawie przyspieszenia wizyty lekarza – wyjaśnił, a potem wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi, a Emily, której na przemian było to zimno, to gorąco, została zupełnie sama.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Gdy gorączka minęła, Emily czuła się całkiem dobrze, a właściwie normalnie, bo perfekcyjnie nie czuła się prawie nigdy. Zmartwione spojrzenia Reny, Lissy i Lucasa zbywała wzruszeniem ramionami. Ku jej zaskoczeniu, chłopak od rana zachowywał się zupełnie inaczej niż zwykle. Zanim zniknął gdzieś z Ericem, na oczach wszystkich uczniów, podszedł by przywitać się z Emily i jej przyjaciółkami. Później, mimo skrępowania Lissy i Reny, które nie wiedziały o co chodzi i nie miały pojęcia, dlaczego on nagle z nimi rozmawia, pojawiał się co jakiś czas, by zamienić z dziewczynami kilka słów. Lavinia wyglądała na zdecydowanie niezadowoloną i nie zamierzała się powstrzymywać przed wyrażaniem własnej opinii.

– Dlaczego marnujesz czas na to pospólstwo? – spytała Lucasa dość głośno, żeby i one ją usłyszały.

–  Czas marnowałem wcześniej – wyjaśnił z prostotą chłopak, próbując ją wyminąć, ale nie dawała za wygraną, mimo, że jej oczy płonęły wściekłym blaskiem.

Przysunęła się do niego zdecydowanie zbyt blisko.

– Luck, zastanów się nad tym co mówisz – zaczęła słodkim, uwodzicielskim głosem, poufałym gestem dotykając palcami jego ust.

Błyskawicznie chwycił ją za rękę, a potem odepchnął od siebie.

– Nie dotykaj mnie – rozkazał chłodno. – Nigdy więcej  – dodał cedząc przez zęby, a potem wyszedł z pomieszczenia.

Kiedy Emily napotkała wrogie spojrzenie Lavinii, nie była już przekonana czy to aby na pewno był taki genialny pomysł.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Święta Bożego Narodzenia spędzała w szkole i nie spodziewała się z tej okazji żadnych prezentów – a jednak, on i tym razem ją zaskoczył. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. To była lalka. Przepiękna, z porcelanową twarzą, w ciemnozielonej, aksamitnej sukni, płaszczyku o jeszcze wyraźniejszym tonie i złotych lokach okrytych kapeluszem, przewiązanym wstążką.

– Wiem, że nie jesteś już dzieckiem – zaczął zakłopotany Lucas – ale pomyślałem, że…

Emily ostrożnie odłożyła lalkę i rzuciła mu się na szyję, przerywając wypowiedź chłopaka.

– Jest cudowna – zamruczała niczym zadowolony kociak.

Lucas przyciągnął ją do siebie łagodnie, oplatając ramionami.

– Naprawdę ci się podoba? – spytał cicho.

Dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej.

– Jest cudowna! – zachwyciła się szczerze.

Zawstydziła się, że ona sama nie myślała o tak trywialnych rzeczach, jak prezenty. Dla nikogo. Odsunęła się nieco zmieszana, zdając sobie sprawę, że ciągle przytula się do Lucasa.

– Muszę już iść – mruknął niechętnie chłopak, nie patrząc na nią.

– Będziesz się dzisiaj bił? – spytała jak zwykle z tego powodu niezadowolona.

W odpowiedzi tylko skinął głową, ale w jego spojrzeniu było coś takiego, co mówiło jej, że on również jest zaniepokojony. Nagle jego twarz pociemniała, a oczy zapłonęły. Emily podążyła za jego wzrokiem, by napotkać spojrzeniem stojącego w drzwiach, niedbale opartego o framugę Aleca.

– Co ty tutaj robisz? – warknął Lucas.

Alec wzruszył ramionami.

– Pracuję – odpowiedział ze stoickim spokojem, mrugając do Emily.

Lucas rzucił się na niego z pięściami. Alec nie wyglądał na zaskoczonego, ale również nie próbował się bronić, po prostu starał się odsunąć. Z krtani Emily wydarł się cichy krzyk. Była przerażona. Alec miał rozciętą wargę, po jego podbródku spływała krew, a Lucas, w napadzie niekontrolowanej, niewytłumaczalnej furii, nie przestawał go bić. W końcu, kiedy zaskoczenie minęło, rzuciła się między nich.

– Zostaw go! – rozkazała rozpaczliwie Lucasowi, nie sądząc, żeby posłuchał. – Co on ci zrobił?!

Chłopak odsunął ją z drogi.

– Nie waż się do niej zbliżać! – syknął.

Emily poczuła jak ogarnia ją fala złości. Widziała wielokrotnie, jak Lucas się bił, ale tamte walki były zupełnie czymś innym, dotyczyły osób, które same się na nie pisały, ale to… od tej strony zupełnie go nie znała.

– Od kiedy to ty o tym decydujesz? – spytała wściekłym głosem. – Zostaw go w spokoju i wynoś się stąd! – dodała.

Zobaczyła jak gniewnie zacisnął pięści. Przez chwilę myślała, że ją również uderzy, ale on po prostu odwrócił się i odszedł bez słowa.

– Nic ci nie jest? – natychmiast przyskoczyła do Aleca.

Chłopak przecząco pokręcił głową. Wierzchem dłoni otarł krew z twarzy. Jasne włosy zawadiacko opadły mu na oczy. Emily, pod wpływem impulsu, przylgnęła do niego, wtulając się w tors chłopaka.

– Co za idiota! – mruknęła w jego koszulę. – Czemu on się na ciebie rzucił?

– Nie przepadamy za sobą – wyjaśnił cicho Alec, a ponieważ Emily wtulała twarz w jego koszulę, nie mogła zobaczyć, jak drapieżnie i tryumfalnie się uśmiecha.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Kiedy Alec zaproponował wyjście, w pierwszej chwili myślała, że żartuje, chłopak jednak namawiał dalej, twierdząc, że nie widział, żeby ktoś w czasie świąt zbyt czujnie pilnował szkoły. W końcu przekonał Emily stwierdzeniem, że Kate bardzo za nią tęskni. Ona sama również tęskniła za przyjaciółką. Tym razem, zamiast przez okno, wymknęli się z budynku wejściem dla służby. Podróż piechotą przez miasto była znacznie dłuższa niż ta dorożką, do której przyzwyczajona była dziewczyna, ale w towarzystwie Aleca czas mijał przyjemnie, a ona czuła się bezpieczna. Kiedy dotarli do klubu, większość gości z ekscytacją oglądała toczące się na arenie walki. Emily, ku wielkiemu zdumieniu, kątem oka dostrzegła czerwoną twarz pana Thomsona. Schowała się za Alecem, żeby przypadkiem nauczyciel jej nie zauważył.

– Nie przejmuj się – mruknął chłopak – jest tutaj tak samo nielegalnie, jak ty – wyjaśnił, podsuwając jej wypełnioną bursztynowym płynem szklankę.

Przecząco pokręciła głową. Nie miała zamiaru pić alkoholu. Wzruszył ramionami i sam wychylił szklankę do dna. Od tyłu objął ją rękoma, a ona nie zaprotestowała, opierając się ufnie o niego. Chwilę później podeszła do nich Kate. Wbrew temu, czego oczekiwała Emily, jej twarz była purpurowa z wściekłości. Ignorując obecność dziewczyny, zwróciła wściekłe spojrzenie karmelowych oczu na brata.

– Czemu ją tu dzisiaj przyprowadziłeś?! – warknęła.

– Sądziłem, że lubisz Emily – odezwał się wyzywająco Alec.

– Ty bezlitosny dupku! – fuknęła na niego Kate. – Chodź ze mną – chwyciła zmieszaną dziewczynę za rękę, ale Alec przytrzymał ją stanowczo.

– Nigdzie z tobą nie pójdzie – powiedział cichym, a jednocześnie władczym i pełnym pewności siebie głosem.

Emily spojrzała na niego pytająco, nie mając pojęcia co właściwie się między nimi dzieje. Kate wyglądała na naprawdę wkurzoną. Na chwilę oddzieliła ich od siebie nowa fala, napływających do pomieszczenia, w którym robiło się coraz tłoczniej i gwarniej, ludzi. Alec pochylił się tak, że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.

– Jest o ciebie zazdrosna – szepnął. – Zaplanowała sobie na dzisiejszy wieczór wielką randkę z Lucasem i uważa, że twoja obecność wszystko posuje. Teraz jest na mnie taka wściekła, bo na śmierć o tym zapomniałem.

Dziewczyna poczuła jak coś nieprzyjemnego przemieszcza się w jej przełyku. Mimowolnie zadrżała. Po kilkudziesięciu sekundach Kate udało się do nich dostać z powrotem.

– No, rusz się Em – tym razem, to ona rozkazywała.

– Nie – odpowiedziała Emily, starając się, żeby głos jej nie drżał. – Zostanę z Alecem. Nie musisz się mną przejmować. Nie zamierzam ci w niczym przeszkadzać.

Zobaczyła zacięty wyraz twarzy tamtej, wściekłe spojrzenie, którym ich obrzuciła. Nie powiedziała jednak już niczego więcej, ponieważ w tym momencie na zakratowanym ringu, pojawił się Lucas.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

W sposobie, w jaki poruszał się, walczył, było coś dziwnego. Jakby świadomie zyskał przewagę, a potem na własne życzenie ją utracił. Emily patrzyła z przerażeniem w oczach, jak przeciwnik posyła Lucasowi kilka silnych ciosów, po których chłopak pada na ziemię. Tłum wył niezadowolony. Przestraszona rzuciła się w stronę ringu, ale Alec przytrzymał ją przy sobie stanowczo.

– Zadepczą cię – oznajmił jej cicho – a i tak w niczym nie pomożesz.

Miał rację. Emily wiedziała, że ma. Przestała się wyrywać i pozwoliła chłopakowi pociągnąć się w przeciwną stronę, ku wyjściu z klubu. Kate nigdzie nie było.

– Moja siostra się nim zajmie – obiecał, a dziewczyna znowu poczuła się bardzo nieprzyjemnie. – Może powinniśmy wrócić do szkoły…

Niechętnie skinęła głową, nie mogąc pozbyć się tego dziwnego uczucia. Alec opiekuńczo objął ją ramieniem. To trochę pomogło, a kiedy razem wracali przez pogrążone w zimowym mroku miasto, chłopakowi udało się ją nawet rozbawić.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily poczuła plaśnięcie śniegu na swoim szarym płaszczu. Świeciło słońce, a biały krajobraz parku był cudowny. Alec miał rację. W święta nikt nie zwracał na uczniów specjalnej uwagi. Niedoczekanie jego! Chowając się za drzewem, z rumianymi od mrozu policzkami, ulepiła własną kulę i celnie nią rzuciła. Alec znowu się zrewanżował, aż w końcu po prostu zaczęła przed nim uciekać. Myślała, że uda jej się schować, kiedy umknęła za szopę z narzędziami, ale chłopak dopadł ją przewracając na śnieg. Śmiała się, czując na skórze szczypiący chłód białego puchu. On również się śmiał. To było cudowne uczucie. Pozwalało nie myśleć o niczym innym. Zatopić się w tej jednej, przyjemnej chwili. Twarz leżącego nad nią Aleca znalazła się tuż przy jej twarzy, usta przy jej ustach. Emily przez chwilę pragnęła tylko tego, żeby ją pocałował, a potem zobaczyła idących odśnieżoną alejką Lucasa i Erica. Zawstydzona chciała wstać ze śniegu, ale Alec, ignorując ich obecność, i tak ją pocałował. Przestał dopiero, kiedy został z niej brutalnie zepchnięty. Zobaczyła brzydkiego siniaka na twarzy Lucasa. Od jego przegranej walki minęły już dwa dni, podczas których unikali się nawzajem. Teraz wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc jak się zachować.

– Czego chcecie? – warknął Alec. – Zostawcie nas w spokoju! – zażądał.

Lucas wpatrywał się w Emily tak samo intensywnie, jak ona patrzyła na niego. Zupełnie jakby nie było przy nich Erica i Aleca. W końcu to dziewczyna spuściła wzrok, a on kwaśno spojrzał na jej towarzysza.

– Musimy porozmawiać. Teraz – oznajmił mu ponuro.

– Nie zamierzam z wami dyskutować – syknął Alec.

– Nie z nami – wyjaśnił spokojnie Lucas. – Ze mną. I raczej nie masz wyjścia. Eric zostanie z Emily i odprowadzi ją do szkoły.

Alec spojrzał na niego wściekle, ale skapitulował. Wziął dziewczynę za rękę, pomagając jej wstać.

– Niedługo wrócę – szepnął, na chwilę przytulając policzek do jej rozwichrzonych włosów, a potem posłusznie oddalił się z Lucasem.

Patrzyła za nimi, aż zniknęli między drzewami. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, ze wściekłego spojrzenia, jakim obdarzał ją Eric.

– Czemu poszłaś wczoraj do klubu?! Aż tak go nienawidzisz? – warknął na nią. – Czy nie dał ci wystarczająco jasno do zrozumienia, że nie chce, żebyś tam była?

Emily spojrzała na niego odważnie.

– To nie twoja sprawa gdzie chodzę – odpowiedziała coraz bardziej poirytowana ich zachowaniem. – Ani twoja, ani Lucasa.

Pchnął ją, a ona  z powrotem upadła na śnieg.

– To twoja wina głupia smarkulo! Robi to dla ciebie! Nie rozumiesz?

Emily spojrzała na niego pytająco.

– Co dla mnie robi? – spytała cicho, zupełnie już zbita z tropu.

Eric zacisnął szczękę i pięści.

– Ty naprawdę tego nie widzisz idiotko?! Podkłada się w walkach na życzenie Thomsona. To dzięki temu jest teraz w szkole lepiej. Zawarł tą umowę po to, żebyś uniknęła kary, ale to wystarczyło, żeby zabrnąć za daleko. Teraz nie ma jak się wycofać. To jak pułapka – mówił rozgorączkowany chłopak. – A ty traktujesz go w ten sposób. Jesteś podła!

– Nie prosiłam go o to – prychnęła dziewczyna wstając i otrzepując swój znoszony płaszcz.

– Oczywiście, że nie – pokręcił głową Eric, a w jego głosie pobrzmiewała podła, sarkastyczna nuta. – Ty go o nic nie prosisz, prawda? Zupełnie tak jak Aleca?

Obrzucił dziewczynę pogardliwym spojrzeniem, a potem odwrócił się i odszedł, zostawiając ją samą, drżącą z zimna, w coraz mniej przyjaznym, zimowym parku.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily leżała w łóżku nie mogąc zasnąć. W pokoju była sama, ponieważ jej współlokatorki powyjeżdżały do domów na święta. Niemo towarzyszyła jej jedynie śliczna, porcelanowa lalka, którą dostała w prezencie od Lucasa. Za oknem szalała burza śnieżna. Ogień w kominku już prawie wygasł i teraz węgle ledwo się żarzyły. Dziewczyna jeszcze bardziej skuliła się pod kołdrą. Było jej zimno, a sen nie chciał nadejść. Nagle cicho zaskrzypiały drzwi. Z przerażenia wstrzymała oddech.

– Nie bój się, to tylko ja – usłyszała dochodzący z mroku głos Aleca.

Nie widziała go od momentu, kiedy zniknął z Lucasem, więc teraz była bardziej niż zaskoczona obecnością chłopaka. Alec bezceremonialnie podszedł do jej wąskiego łóżka, a ona, naturalnym gestem przesunęła się robiąc mu miejsce. Wśliznął się pod kołdrę, kładąc obok niej. Natychmiast przyciągnął ją do siebie, a ona wreszcie przestała drżeć. Przy nim nie czuła się ani tak pewna siebie, ani bezpieczna, jak z Lucasem. Właściwie nie była pewna czy bardziej ma ochotę się do niego przytulić czy może zepchnąć go z łóżka. Wreszcie było jej ciepło i wygodnie, więc wybrała tą pierwszą opcję. Leżała na jego ręce, wtulona plecami w tors chłopaka. Milczeli. W pewnym momencie poczuła na włosach jego usta. Ciepłe wargi chłopaka wędrowały po jej uchu, szczęce, szyi, a ona była zbyt oszołomiona, żeby w jakikolwiek sposób zareagować. Zamruczał jej do ucha, cichym, kuszącym, gardłowym dźwiękiem. Jego dłoń, z jej biodra, przesunęła się niżej, podwijając koszulę nocną i zaczęła wędrować po nodze dziewczyny w górę. Emily się ocknęła.

– Przestań! – rozkazała, odsuwając się od niego gwałtownie, na tyle, na ile pozwalało wąskie łóżko i odległość dzieląca ją od, pomalowanej na odcień écru, ściany.

– Daj spokój, Em – zamruczał, przysuwając się bliżej i przygważdżając ją do pościeli swoim ciałem.

Przez jedną, straszną chwilę, poczuła przerażenie, ale potem przypomniała sobie, że to przecież Alec. Nie skrzywdziłby jej. Nie mógłby.

– Proszę Alec – szepnęła. – Nie chcę posuwać się dalej.

Westchnął, ale posłusznie odsunął się od niej, jednocześnie przewracając się na plecy. Po chwili wahania położyła głowę na jego ramieniu, na powrót wtulając się w chłopaka. Objął ją jedną ręką, przytulając do siebie.

– Same pocałunki nie wystarczą – mruknął po chwili ciszy – wiesz? Przynajmniej nie każdemu.

Emily poczuła złość i irytację.

– Nie, nie wiem – odpowiedziała, starając się by nie zadrżał jej głos. – Nie mam porównania, a dzisiaj całowałam się po raz pierwszy.

W bladym świetle odbijających się od powierzchni śniegu księżyca i gwiazd zobaczyła jego zaskoczoną twarz.

– Jak to? Nie całowałaś się nigdy dotąd? – zapytał głupio.

– Nie – potwierdziła dziewczyna.

– Nawet z Lucasem?

Tym pytaniem zupełnie ją zaskoczył.

– Dlaczego miałabym się z nim całować? – spytała zbita z tropu.

Poczuła jak chłopak wypuszcza długo wstrzymywane powietrze. Z jego ust wydobyło się dziwne westchnienie, coś pomiędzy zadowoleniem, a ulga. Gwałtownie przyciągnął ją do siebie. Przetoczył dziewczynę na plecy. Pochylił się nad nią i pocałował, łapczywie, zachłannie. Bezwiednie, lekko rozchyliła usta. Objęła go, wplatając palce w jasne włosy chłopaka. Niebieskie oczy wpatrywały się w nią intensywnie, aż w końcu zaczęła odwzajemniać namiętny pocałunek. Nie miała pojęcia ile to trwało, ale kiedy Alec odsunął się od niej, z trudem łapała oddech. Wtuliła się w jego ramiona, twarz chowając w koszuli chłopaka. Słyszała, jak szybko bije jego serce. Niczego więcej nie próbował. Po prostu ją do siebie przytulał. Nie wiedziała czy jest zawiedziona czy wdzięczna. W końcu, zamknięta w swojej własnej, niewielkiej kropelce szczęścia, zamknęła oczy i usnęła, otoczona silnymi ramionami, wdychając jego znajomy zapach.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily poczuła rozczarowanie, gdy obudziła się zupełnie sama. Alec zniknął, jakby go nigdy przy niej nie było. Nie zdążyła się jednak nawet ubrać, gdy do pokoju wpadła wesoło roześmiana Lotta, przytulając się do niej na powitanie. Jej oczy natychmiast rozbłysły na widok porcelanowej lalki. Emily wiedziała już, że przepadła.

– Jeżeli chcesz, możesz się z nią pobawić – pozwoliła zrezygnowana.

– Naprawdę? Mogę? Jak ma na imię? – szczebiotała wesoło dziewczynka.

Emily nigdy nie przyszło do głowy, że lalka powinna mieć jakieś imię. Przez chwilę myślała, czy nie pozwolić Lottcie jej nazwać, ale nagle coś ją tknęło i zmieniła zdanie. Wspomnienia z przeszłości zawirowały w jej głowie, zarówno te smutne jak i takie zupełnie przyjemne.

– Karen – oznajmiła. – Ma na imię Karen.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Po świętach uczniowie zaczęli wracać, a w budynku szkoły znowu zrobiło się tłoczno i gwarnie. Zaniepokojona Emily szukała wzrokiem Aleca, ale nigdzie go nie było. Nie widziała go już od dwóch dni. Martwiła się również o Lucasa, który unikał wszystkich i był jak burzowa chmura. W końcu, dostatecznie zdeterminowana, postanowiła, że rozwiąże dwa problemy za jednym zamachem. Wymknęła się zaraz po zajęciach i niepostrzeżenie wśliznęła do pokoju chłopaków. W końcu musiał tu kiedyś przyjść… I rzeczywiście. Nie czekała specjalnie długo. Lucas stanął w drzwiach, obrzucając pytającym spojrzeniem siedzącą na jego łóżku dziewczynę.

– Cześć – uśmiechnęła się do niego niepewnie.

– Co tutaj robisz? – zapytał bez zbędnych wstępów.

– Czekam na ciebie – wyjaśniła. – Gdzie jest Alec? – zadała pierwsze z wielu pytań.

Lucas skrzywił się nieznacznie.

– Zrezygnował z pracy tutaj i wrócił do siebie. Emily, to nie jest dobre towarzystwo – westchnął. – Nie mogę zabronić ci się z nim widywać, ale znam go i uwierz mi…

– Masz rację, nie możesz – przerwała mu dziewczyna – i to zupełnie nie twoja sprawa – oznajmiła patrząc mu prosto w oczy.

Był zaskoczony zarówno chłodem jak i determinacją w jej głosie, dlatego przestał drążyć ten temat. Usiadł przy niej na skraju łóżka, pierwszy raz czując w obecności dziewczyny skrępowanie.

– Tylko po to przyszłaś? – zapytał ponuro.

– Nie – odpowiedziała stanowczo. – Chciałam wiedzieć czy to co usłyszałam od Erica jest prawdą. Czy podkładasz się w walkach dla Thomsona?

– Tak – odpowiedział nie patrząc na nią i nie dodając żadnego komentarza.

Emily przysunęła się do niego bliżej.

– Wiem, że masz powód, żeby walczyć, ale to… Teraz rozumiem, dlaczego unikasz wszystkich. Ty się po prostu tego wstydzisz – szepnęła.

Lucas zacisnął pięści, tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie.

– I jeszcze Alec cię tam wtedy przyprowadził – westchnął. – Zrobił to specjalnie, tylko po to, żeby mi dokopać.

Dziewczyna w pierwszej chwili chciała zaprotestować, powiedzieć, że on nie jest taki, ale coś ją powstrzymało. Nie miała zamiaru sama siebie okłamywać. Alec był taki i jak najbardziej był do tego zdolny.

– Więc on o tym wiedział? – zapytała zamiast tego. – Kate również? To dlatego nie chciałeś, żebym z wami w dalszym ciągu chodziła do klubu?

– Tak – z jego ust ponownie padła prosta odpowiedź.

– Lucas… nie rób tego – poprosiła. – Poradzimy sobie w szkole.

Chłopak przecząco pokręcił głową.

– Nie rozumiesz – westchnął. – Długo się przed tym broniłem. On nas zniszczy.

Emily uśmiechnęła się wesoło. Położyła głowę na ramieniu Lucasa, a on otoczył jej plecy ręką.

– Chyba, że to my pierwsi zniszczymy jego – oznajmiła, układając w głowie, już od dawna kiełkujący plan.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Napisany starannym, pozbawionym jakichkolwiek ozdobników, pismem list, ciążył Emily w dłoni. Znała jego treść niemal na pamięć, a teraz chciała podzielić się nią z Lucasem. Bez wahania weszła do pokoju chłopaków. Eric spojrzał na nią potępiająco, ale ona uśmiechnęła się do niego promiennie.

– Pomoże nam! Pomoże! – niemal podskoczyła z radości.

Chłopakowi od razu udzielił się jej entuzjazm. Kwadrans później pojawił się Luck, który nieco zgasił ich radość, nie wierząc w to, że będzie tak prosto. Emily napisała do prawnika, przyjaciela swojego ojca. Obiecał sprawdzić szkołę i pana Thomsona. Dziewczyna ufała mu całkowicie i była pewna, że tak doskonały prawnik, za jakiego uchodził Martin Crane, coś znajdzie. Lucas w skuteczność takich działań wierzył znacznie mniej. Kiedy wychodziła, nastrój miała znacznie gorszy, ale w jej sercu ani trochę nie umarła nadzieja. W końcu co innego im pozostało? Zatrzymała się jeszcze na chwilę w drzwiach.

– Luck, co z Alecem?

Chłopak skrzywił się nieznacznie i maskując to wzruszył ramionami.

– Obiecałeś – przypomniała mu nieco chłodno.

Westchnął.

– Przykro mi, Emily. Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, ile chciała powiedzieć mi Kate. Prawie nie bywa w domu, a jak już się pojawia to tylko pijany. Zapomnij o nim – poprosił.

Wiedziała, że tego, nawet gdyby chciała, nie może mu obiecać.

– Dziękuję, Luck – odezwała się znikając za drzwiami.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Obserwowali wraz z resztą uczniów, jak dwóch policjantów wyprowadza pana Thomsona, skutego kajdankami. Przyjaciel ojca Emily spisał się lepiej niż oczekiwali. Dyrektor Snow  rozpaczała głośno nad dobrym imieniem swojej szkoły. W dalszym ciągu nie mogli uwierzyć, że udało się od niego uwolnić, ale to była prawda. Jeszcze tego samego wieczora Lucas wygrał ustawioną walkę. Cieszyli się i świętowali, bo naprawdę mieli co świętować. Ona, Kate, Lucas i Eric, brakowało jej tylko Aleca.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Następnego dnia, w zimowych płaszczach, Emily, Lissa i Rena spacerowały po szkolnym parku. Rozmawiały pogodnie o błahych sprawach. To właśnie wtedy go zobaczyła. Jej serce gwałtownie podskoczyło, a potem zaczęło pędzić w dzikim galopie. Aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniła. Stał tuż przy płocie, oparty o szeroki pień pozbawionego liści drzewa i palił papierosa. Jasne włosy niesfornie opadały mu na oczy, a skórzana kurtka nadawała zawadiacki wygląd. Obserwował je, nie wykonując żadnego ruchu. Emily zapragnęła znaleźć się w jego ramionach. Kiedy upewnił się, że na niego patrzy, ruchem głowy wskazał tył parku, gdzie była wąska, ogrodnicza furtka. Postanowiła zignorować podekscytowane spojrzenie Reny i zaniepokojoną twarz Lissy.

– Kryjcie mnie – poprosiła, z trudem powstrzymując się, żeby nie pobiec w jego stronę.

Na powitanie Alec uśmiechnął się do niej psotnym, chłopięcym uśmiechem.

– Chodź ze mną – zamruczał, biorąc ją za rękę.

Emily nie wiedziała gdzie chłopak chce ją zaprowadzić, ale nie protestowała. Tak bardzo za nim tęskniła i teraz, gdy wreszcie czuła jego bliskość, cały świat przestał istnieć.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Nie wypytywała Aleca gdzie był i co robił, ponieważ miała nadzieję, że sam jej opowie. Zresztą była pewna, że pytaniami nic nie wskóra. Najważniejsze, że teraz był tutaj, przy niej. Żartował wesoło, prowadząc ją zaśnieżonymi ulicami miasta. W końcu zatrzymali się przed pomalowaną na pistacjowo kamienicą, znajdującą się w okolicy fabryki i podziemnego klubu. Ku zaskoczeniu Emily, Alec pchnął drzwi i gestem zaprosił ją do środka. Po chwili znaleźli się w dużym, zadymionym pomieszczeniu. Jacyś ludzie, przy okrągłym stoliku, grali w karty.

– To ona – odezwał się Alec lodowato-zimnym głosem, popychając ją w stronę czekających mężczyzn.

Emily spojrzała na niego pytająco, ale w tym samym czasie jeden z nich wstał, uśmiechając się chłodnym, wyrachowanym uśmiechem.

– Doskonale – stwierdził taksując dziewczynę wzrokiem. – Dobrze się spisałeś – odezwał się do Aleca. Jeremy – zwrócił się do jednego z młodszych graczy – pomóż koledze zaprowadzić panienkę do jej nowych pokoi.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Oszołomiona nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji. Czuła na ramieniu mocno zaciśniętą rękę Aleca. To nie był przyjemny dotyk. Chłopak sprawiał jej ból i zdawało jej się, że robi to umyślnie. Schodzili po wąskich, kamiennych schodach. Drugi mężczyzna trzymał się z tyłu. Wyglądał na znudzonego sytuacją.

– Alec, co się dzieje? – zebrała się na odwagę, żeby zapytać.

– Cicho siedź – warknął na nią, nawet nie odwracając w jej stronę wzroku.

Zaprowadzili ją do niewielkiego pomieszczenia o niskim suficie. Chłopak ledwo mieścił się tam wyprostowany. Przerażenie ściskało jej żołądek. Ten, którego nazywali Jeremym, został na zewnątrz.

– Alec… – zaczęła znowu, przysuwając się do niego bliżej.

Odepchnął ją od siebie brutalnie, na tyle mocno, że, żeby nie upaść, podparła się dłonią o kamienną ścianę.

– Alec, błagam… – jęknęła cicho. – Ja… – chciała mu powiedzieć, że go kocha, prosić, żeby jej nie zostawiał, ale w tym momencie nic co przychodziło jej do głowy nie miało sensu, dlatego zamilkła.

– Naprawdę uważasz, że mogłaby mnie interesować taka mała, zagubiona dziewczynka, jak ty? – spytał drwiąco. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. – Jesteś bardzo naiwna, jeżeli sądzisz, że przejmowałbym się tobą, gdybym nie miał w tym żadnego interesu.

Przecząco pokręciła głową, jakby ten gest mógł wszystko zmienić.

– Nie – wyszeptała, myśląc tylko o tym, jak cudownie się czuła, tamtej nocy, kiedy ją całował.

Roześmiał się nieprzyjemnym, aroganckim śmiechem. Podszedł bliżej do dziewczyny, przypierając ją swoim ciałem do ściany.

– Nie mam pojęcia, co Lucas w tobie widzi, ale może to zaraz sprawdzę – zamruczał, przesuwając dłonią najpierw po jej policzku, a potem kładąc ręce na biodrach dziewczyny i przyciągając ją do siebie, tak, że teraz przylegała do niego całym ciałem.

Oddech Emily gwałtownie przyspieszył. Jej żołądek zaczął fikać koziołki. Dalej nie mogła uwierzyć w to co się dzieje, a jednak… to był Alec i to jego teraz się tak panicznie bała.

– Widzisz, najpierw chciałem po prostu mu dogryźć – kontynuował sarkastycznym tonem, a jego przystojną twarz zdobił leniwy, arogancki uśmieszek. – Nie było to zbyt trudne. Potem jednak okazało się, że możesz mi przynieść zupełnie inne, ciekawsze korzyści.

Płaszcz został na górze i teraz Emily była tylko w wełnianej, szarej sukience od mundurka. Jego ręka powędrowała w dół, podwijając spódnicę. Drugą odgarnął dziewczynie z twarzy wymykające się z warkocza włosy.

– Teraz odbiorę sobie to, czego nie chciałaś dać mi w nocy – wypowiedział groźbę kuszącym, aksamitnym tonem.

Emily poczuła jak robi jej się niedobrze. Dotyk Aleca parzył. Szarpnęła się. Spróbowała go kopnąć, ale pomiędzy ścianą, a jego ciałem miała zbyt niewiele pola do manewru. Ugryzła go w rękę. Poskutkowało. Odepchnął ją od siebie. Spojrzał na dziewczynę wrogo, a potem uśmiechnął się drwiąco.

– Słodkich snów, mała – mruknął wychodząc z piwnicy i gasząc światło.

Została zupełnie sama. W ciemności, za grubymi, zamkniętymi drzwiami. Osunęła się po ścianie na kamienną podłogę, cicho płacząc. Piwnica była ciemna i wilgotna. Emily drżała z zimna. W dalszym ciągu nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nie Alec, on nigdy by nie mógł… a jednak mógł i właśnie to zrobił. Lucas miał co do niego rację i to ona się myliła. Ból był nie do zniesienia. Najgorsze jednak było to, że w dalszym ciągu go kochała.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Lucas uderzył pięścią w ścianę. Jak mógł być takim głupcem? Dlaczego w ogóle próbował uwierzyć, że mogło im się udać? Najpierw odnalazły go zaniepokojone koleżanki Emily, mówiąc, że poszła dokądś z przystojnym blondynem i nie wraca już od kilku godzin. Rena znała imię, imię które prześladowało Lucasa niczym koszmar: Alec. Potem było już tylko gorzej. Przysłali posłańca, który krótko wyjaśniał, że to dla nich pracował pan Thomson i że chłopak ma do wyboru – wznowić umowę, albo pożegnać się z przyjaciółką. Wiedział, że z takimi ludźmi nie ma żartów i doświadczył tego niejednokrotnie. Tak bardzo bał się o matkę i ośmioletniego braciszka, że w ogóle nie pomyślał, że cokolwiek może grozić również Emily. Teraz natomiast ponosił tego konsekwencje.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Alec zaciągnął się papierosowym dymem i wyłożył na stół karty. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wolno mu wygrać. Był jednym z nich, tak długo, dopóki nikogo nie zdenerwuje. Współpraca z takimi ludźmi była prosta i krucha, natomiast konsekwencje porażki były przerażające. Alec był zbyt dobrym graczem, żeby tego nie wiedzieć. Teraz jednak co innego zaprzątało jego myśli i jakby się nie starał, nie potrafił wyrzucić z umysłu jej przerażonej twarzy i dużych, szeroko otwartych, niebieskich oczu.

– Co zrobicie z dziewczyną, kiedy będzie po wszystkim? – odważył się zadać pytanie.

Mężczyzna, poprawiając tkwiącą w kaburze broń, wzruszył ramionami, nie poświęcając Alecowi więcej uwagi niż dotychczas.

– Jeżeli to przeżyje, sprzedamy ją do burdelu na obrzeżach miasta – wyjaśnił spokojnie. – Jest ładniutka, można będzie dostać za nią całkiem niezłą cenę.

Alec z trudem przełknął ślinę. Jak mógł być aż takim idiotą, żeby sądzić, że ją po prostu wypuszczą? O nie, zrujnował życie nie tylko Lucasa, ale i Emily. Jednak jaka to różnica? Przecież była nikim, nic dla niego nie znaczyła. Stanowiła jedynie środek do osiągnięcia celu. Wyłożył ostatnią kartę i wychylając do końca bursztynową zawartość szklanki, wstał od stołu. Właściwie nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robi, znalazł się w kuchni. Pomieszczenie, mimo, że zrujnowane, nie było przynajmniej tak zadymione jak duży pokój. Miał ochotę pić dalej i wiedział, że z pewnością właśnie to będzie tej nocy robił. Niewiele myśląc zaparzył czarną, angielską herbatę, przelał ją do termosu i zszedł do piwnicy. Kiedy wszedł do środka i zapalił światło, zobaczył skuloną w rogu pomieszczenia, drżącą postać. Kiedy uniosła wzrok, zauważył, że na policzkach miała brudne smugi. Najwyraźniej próbowała otrzeć płynące z oczu łzy. Coś ścisnęło mu serce, ale szybko się opanował. To nie jego sprawa! Ta dziewczyna nic dla niego nie znaczy. Jest nikim. Kolejna robota i tyle, a że przy okazji udało mu się dopiec Lucasowi…

– Alec – szepnęła, a on miał ochotę uciec, byle dalej.

Zdał sobie sprawę, że Emily trzęsie się nie tylko ze strachu, ale i z zimna. Mimowolnie podszedł do niej, zsuwając z ramion skórzaną kurtkę. Otulił nią dziewczynę. Obok niej postawił termos z gorącą herbatą. Nie mógł znieść widoku jej przybrudzonej twarzy, ani tym bardziej tych wielkich, zapłakanych, niebieskich oczu. Odwrócił się do drzwi. Uciekał. Jak tchórz.

– Alec –  ponownie wymówiła jego imię, które tym razem miało taką siłę, by wmurować go w ziemię. Nie był w stanie zrobić ani jednego kroku. – Nie zostawiaj mnie samej – odezwała się błagalnie. – Proszę…

Chciał zawrócić, przytulić ją, najlepiej w ogóle stamtąd zabrać. W tym momencie nienawidził samego siebie za to, co jej zrobił.

– Długo jeszcze? – usłyszał zadane po drugiej stronie drzwi, szorstkim tonem, pytanie.

To dało mu pretekst przed samym sobą i siłę potrzebną by zignorować błaganie dziewczyny. Wyszedł z pomieszczenia, jednak tym razem nie potrafił się zdobyć na zgaszenie światła.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Lucas ledwo nad sobą panował. Dobijała go własna bezsilność. Dwaj postawni mężczyźni stali nad nim, niczym ochroniarze, ale to i tak nie miało większego znaczenia, bo przecież większość z obecnych w pomieszczeniu ludzi miała broń. Poczuł się jak w pułapce. Był w sytuacji bez wyjścia, ale przecież nie miał wyboru i musiał przyjść. Wtedy zobaczył wyłaniającego się z wąskich drzwi Aleca. To był dramatyczny koniec jego opanowania. Mężczyźni nie zdążyli w żaden sposób zareagować, gdy się na niego rzucił.

– Ty skurwielu! – warknął rozeźlony.

Niewiele to dało, ponieważ już po chwili został odciągnięty do tyłu i obezwładniony, ale przynajmniej Alec miał podbite oko, a Lucasowi choć trochę udało się opanować złość. Spojrzał wrogo w kierunku chłopaka i zaskoczony zdał sobie sprawę, że w jego oczach nie było zwyczajowej, chłodnej satysfakcji. Było w nich coś niedostrzegalnego i zdecydowanie bardziej ludzkiego, tylko, że Lucas nie miał pojęcia co.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Skulona Emily otworzyła oczy, przez chwilę zastanawiając się gdzie jest. Musiała przysnąć. Znajdowała się w piwnicy. Nikłe światło padało na puste, kamienne ściany. Ciaśniej otuliła się sztywną, skórzaną kurtką Aleca. Pachniała dymem papierosowym i nim… Strach zagłuszyła wściekłość i okrutne poczucie bezradności. Była głupia i naiwna, ale dopiero teraz sobie to w pełni uświadomiła. Znowu zamknęła oczy, nawet nie starając się myśleć, co się z nią stanie, a tym bardziej co zrobią Lucasowi. Kiedy je otworzyła, ktoś był w pomieszczeniu.

– Alec? – zapytała niepewnie, rozespanym głosem, ale to nie był on.

Mężczyzna się odwrócił i rozpoznała złośliwie uśmiechniętą twarz Jeremyego.

– Och nie, teraz moja kolej, chyba nie masz nic przeciwko? – zapytał rozbawiony własnym żartem.

Dziewczyna zadrżała, wtulając się jeszcze bardziej w ścianę. Niewielkie pomieszczenie pokonał w dwóch krokach. Chwycił Emily za łokieć i podniósł z podłogi. Przerażona zamknęła oczy, ale po chwili uchwyt zelżał. Nieprzytomny mężczyzna leżał na podłodze. Ujrzała nad sobą znajomą twarz i tym razem był to Alec. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. Bała się głośniej odetchnąć, nie wiedząc co chłopak zamierza.

– Chodź! – usłyszała cichy rozkaz.

Wziął ją za rękę i oszołomioną pociągnął za sobą. Minęli jakieś schody, a potem znaleźli się w niewielkiej, zrujnowanej kuchni. Alec chodził cicho, niczym kot, wyraźnie nasłuchując. Nagle usłyszeli odgłos tłuczonego szkła. Szyba w niewielkim oknie została wybita. Z ust chłopaka posypała się wiązanka przekleństw. Pociągnął ją do ukrytego za spiżarnią przedsionka, w którym mieściły się wąskie, tylne drzwi. Otworzył zasuwę i wyciągnął dziewczynę na ukrytą w mroku ulicę. W zaułku zauważyła dwie, ciemne sylwetki. Jedna z nich się odwróciła i natychmiast rozpoznała Lucasa. Alec najwyraźniej również, bo przez chwilę mierzyli się wrogimi spojrzeniami. Potem jednak chłopak puścił chłodną dłoń Emily i popchnął ją w kierunku Lucasa. Natychmiast wpadła mu w ramiona, a on przytulił ją do siebie opiekuńczo.

– Zabierz z klubu moją siostrę – odezwał się chłodno Alec, a kiedy Lucas nieznacznie skinął głową, ponownie zniknął w środku.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Mieszkanie na poddaszu, w którym się znaleźli, było bardzo małe. Nie miało nawet własnego, kaflowego pieca. Wygódka w starym stylu znajdowała się w tyle podwórza, tak jak i najwyraźniej zamarznięta pompa. Mimo to, było tu dość przytulnie, a podłoga była ciepła, nagrzana od pieca, w którym palili sąsiedzi z dołu. Kate opiekuńczo obejmowała ramieniem siedzącą obok niej na podłodze Emily. Dziewczynę nieco irytowało, że wszyscy, w tym wypadku nawet nieprzepadający za nią Eric, starają się nią opiekować. Milczała jednak, bo wcale nie czuła się dobrze. Po kilkudziesięciu minutach, do mieszkania weszła kobieta, z uczepionym jej szarego płaszcza chłopczykiem. Mimo zmęczonego wzroku i starego ubrania, na jej twarzy wyraźnie widać było dawną urodę. Brązowe włosy, zarówno jej, jak i te chłopca, wyglądały zupełnie tak samo jak u Lucasa. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciaśniej, ale kobieta najwyraźniej nie miała nic przeciwko niezapowiedzianym gościom. Przyniosła im herbaty, nie zadając żadnych pytań. Wyglądało na to, że zarówno Erica, jak i Kate już znała. Tylko Emily zaczęła się dziwnie przyglądać. Dziewczyna również podniosła na nią wzrok, zastanawiając się gdzie ją wcześniej widziała.

– To Emily Morrington – przedstawił ją matce Lucas.

Kobieta krzyknęła, wypuszczając z ręki wyszczerbioną filiżankę i rozlewając po podłodze pomarańczowo-czerwony płyn.

– Mamo? – zaniepokoił się chłopak, ale ona już zbierała z podłogi odłamki i wycierała plamę.

– Mój mąż przyjaźnił się z twoim ojcem, Adrianem – wyjaśniła, jeszcze uważniej przyglądając się Emily. – Po śmierci Laury, zabrał cię do Francji i już was więcej nie widzieliśmy. Mówiłaś do mnie…

– Ciociu Maggie – dokończyła dziewczyna, w głowie której wreszcie elementy układanki trafiły na swoje miejsce.

Teraz już wiedziała dlaczego Lucas wydał jej się taki znajomy. Spędzili razem ponad połowę dzieciństwa. Impulsywnie rzuciła się kobiecie na szyję, zapominając o jakichkolwiek manierach. W oczach obydwu błyszczały łzy wzruszenia. Wyjechali, kiedy Emily miała osiem lat. Braciszka Lucasa jeszcze nie było na świecie, a jego siostra stawiała pierwsze kroki. Karen była naprawdę uroczym maluchem. Właśnie! Dlaczego nie było z nimi Karen? I co stało się z ojcem Lucasa? Był przecież kapitanem, służył razem z jej tatą… Miliony pytań kłębiły się w jej głowie. Teraz jednak poczuła się zbyt słabo. Przed oczami zobaczyła ciemne plamy, a potem nieprzytomna osunęła się na podłogę.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Lucas siedział przy jej łóżku. Uśmiechał się, ale w jego oczach widać było troskę. Wyglądał na szczerze zaniepokojonego. Emily wcale nie podobało się to, że jest w szpitalu, ale pocieszał ją fakt, że przerzucali się z chłopakiem wspomnieniami z dzieciństwa. Wcześniej opowiedział jej wszystko, nie ukrywając przed dziewczyną żadnych smutnych tajemnic, a to chyba przyniosło mu ulgę. Kapitan Brenton Davies, ojciec Lucasa, zginął na misji w Afryce. Wtedy zostali sami, on, jego matka i młodsze rodzeństwo. Na dodatek cały majątek przepadł na rzecz armii. Potem zachorowała jego siostrzyczka, nie było ich stać na lekarza i to wtedy zaczął walczyć. Umarła, ale on postanowił, że to samo nigdy nie spotka małego Jonatana. To była cała jego smutna historia. Emily również opowiedziała mu swoją. Była równie krótka. Po śmierci jej mamy, ojciec musiał zmienić otoczenie. Wyjechali. Żyli szczęśliwie, we dwójkę. Miała francuską guwernantkę i uczyła się w domu. A teraz on również był martwy, a ona znalazła się pod opieką ciotki, samotnej starej panny, Anastazji Morrington, której nie widziała od śmierci mamy. Dziewczyna nie miała pojęcia, jakim cudem, po wymianie takich informacji, potrafili się śmiać, ale właśnie to robili – śmiali się, pocieszając nawzajem.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Do jej szpitalnego pokoju wszedł starszy mężczyzna w garniturze. Gdy go rozpoznała, zaskoczenie zastąpiła ciekawość. Siwe włosy, ostre rysy twarzy i jasne, żywe oczy – Martin Crane, prawnik i najbliższy przyjaciel jej zmarłego ojca. Nie miała pojęcia co tu robił.

– Dzień dobry, można? – przywitał się uprzejmie.

Skinęła głową, zaciekawiona co u niej robił, a przede wszystkim skąd wiedział, że tu jest. Przysunął sobie drewniane krzesło, na którym usiadł, odstawiając na podłogę skórzaną walizkę.

– Jak się czujesz, Emily? – zapytał łagodnie, z troską.

– Dobrze – odpowiedziała, mając nadzieję, że może jakimś cudem uda mu się ją stąd zabrać. – Już wszystko w porządku.

Westchnął.

– To samo zawsze mówiła twoja mama – stwierdził z żalem.

Emily zarumieniła się odrobinę. Jej stan zdrowia nigdy nie należał do najlepszych i doskonale wiedziała, po kim to odziedziczyła.

– Czy po to pan przyszedł? – zapytała, żeby zmienić temat.

– Nie – przyznał spokojnie. – Kiedy napisałaś do mnie, skontaktowałem się z twoją ciotką – wyjaśnił – i to ona mnie teraz wynajęła.

– Świetnie – westchnęła zrezygnowana dziewczyna. – W jakim celu? – zapytała kwaśno, tracąc cały entuzjazm i radość, które przyniosła jej niespodziewana wizyta przyjaciela ojca.

– Emily, gdybym oceniał ją źle, nie zgodziłbym się dla niej pracować, przecież wiesz – spojrzał na nią poważnie. – Twoja ciotka nie miała pojęcia, gdzie cię posyła. Pełnomocnik przedstawił jej twoją szkołę, a właściwie chyba powinienem powiedzieć byłą szkołę – dodał z naciskiem – jako bardzo dobre miejsce, na wysokim poziomie. Sprawdziłem wszystko osobiście. Podał jej bardzo wysokie koszty utrzymania i resztę pieniędzy, które przechodziły przez jego ręce, zwyczajnie defraudował. Podejrzewam, że w tym momencie już tłumaczy się policji.

– Co za różnica? – odezwała się dziewczyna, starając się ukryć zaskoczenie. – I tak nie chce mnie nawet widzieć.

Prawnik pokręcił głową. Uśmiechnął się smutno.

– Nie mogę się wypowiadać na ten temat zamiast panny Morrington, ale z tego co zrozumiałem, po prostu bała się z tobą spotkać. Najpierw straciła twoją matkę, która była jej przyjaciółką, a potem brata. Teraz boi się, że straci i ciebie, a od tego za wszelką cenę chciała się odgrodzić.

– Chciała? – zapytała Emily. – W czasie przeszłym?

– Tak. Chciała. Ponieważ teraz jej życzeniem jest, żebyś zamieszkała razem z nią. Wybór jednak należy do ciebie.

– To ja mam jakieś inne wyjście? – spytała jeszcze bardziej zaskoczona dziewczyn, próbując uwierzyć w słowa przyjaciela jej ojca.

Podniósł walizkę i wyjął z niej plik dokumentów.

– Owszem, masz – wyjaśnił podając jej kartki. Spojrzała na niego pytająco. – To fundusz powierniczy, który założył dla ciebie ojciec. W normalnych warunkach miałabyś do niego dostęp, gdy skończysz osiemnaście lat. Teraz zarządza nim twoja ciotka, ale wyraziła życzenie, byś to ty decydowała o tych środkach, a ona na wszystkie twoje działania wyrazi zgodę.

Emily patrzyła niedowierzająco to na niego, to na kartki. Nie znała swojej ciotki, nie widziała jej od śmierci matki, ale z miejsca uznała, że skoro nie chce jej nawet widzieć, to znaczy, że jest oschła i zimna. Co jednak, jeżeli naprawdę miała jakąś rodzinę? Tym właśnie gestem najwyraźniej Anastazja Morrington, starała się to udowodnić.

 – To nie wszystko – dodał prawnik. – Mam jeszcze jedną sprawę, która właściwie cię nie dotyczy, ale na pewno chciałabyś o niej wiedzieć. – Tym razem uśmiechnął się naprawdę wesoło i szczerze. – Dokonałaś czegoś, czego z twoim ojcem nie potrafiliśmy zrobić przez prawie siedem lat. Odnalazłaś Lucasa Davisa. Cała jego rodzina po tragicznej śmierci kapitana Brentona, po prostu zniknęła nam z oczu. Przy mojej pomocy kapitan zabezpieczył przyszłość rodziny. Lucas dysponuje podobnym funduszem co ty, a jego matka odziedziczyła posiadłość we Francji, która leży na terenach zarządzanych przez twoją ciotkę.

To była cudowna wiadomość, lepsza niż by się mogła spodziewać. Wszystko nagle zaczęło się układać. No, prawie wszystko…

– Więc jak, Emily. Spotkasz się z ciotką? To zależy tylko i wyłącznie od ciebie – dodał.

– Tak, ale najpierw chciałabym prosić pana o jeszcze jedną przysługę – niemalże wyszeptała.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Klub, w którym toczyły się nielegalne walki, przestał istnieć, a przynajmniej Alec miał taką nadzieję. Wierzył również, że jego siostra jest bezpieczna, bo komu innemu mógłby zaufać, jeśli nie największemu wrogowi? W dalszym ciągu uważał to za niezłą ironię losu. Nie zrobił wiele, a właściwie prawie nic, ale to wystarczyło by spowodować lawinę wydarzeń. Kiedy Emily, Lucas i Eric zniknęli mu z oczu, zwyczajnie zawiadomił policję i… prasę. Wyżej postawieni komisarze byli przekupieni, ale ci zwykli funkcjonariusze… cóż, po tym jak przybyli na miejsce zgraną ekipą, nikt ze Scotland Yardu nie mógł już nic zrobić, a ich wysokie łapówki diabli wzięli. Opinia publiczna była silniejsza od jakiejkolwiek władzy, a rozgłos stawał się najlepszym zabezpieczeniem. Alec uśmiechnął się do siebie. To zdecydowanie było fair, a cała akcja była tego warta, nawet pomimo tego, że on sam również siedział w więzieniu. Skoro przetrwał w tym miejscu tydzień, przeżyje i resztę. Tak myślał, do momentu, kiedy jeden ze strażników, obojętnym głosem oznajmił mu, że jego prawnik wpłacił za niego kaucję.

– Co? To nie możliwe – odpowiedział uznając, że tamten robi sobie z niego żarty.

Nie miał ani prawnika, ani nikogo, kto mógłby za niego cokolwiek zapłacić. Mężczyzna wzruszył ramionami. Jemu było wszystko jedno.

– Sam się przekonaj. Miejsce w celi zawsze się dla ciebie znajdzie, jeżeli to pomyłka – tym razem przez jego obojętne oblicze przemknął cień szyderczego uśmiechu.

Osobą, która za niego zapłaciła, okazał się starszy, elegancko ubrany mężczyzna, ale najbardziej zaskoczyło go to, że stał tam w towarzystwie Emily. Tyle, że to była zupełnie inna dziewczyna. Bledsza niż zwykle, dalej tak samo krucha, ale nie to go zaskoczyło. To były jej oczy i zacięty wyraz twarzy. Patrzyła na niego chłodno i z niechęcią. Alec sam przed sobą nie chciał się przyznać, jak bardzo go to zabolało.

– Wpłaciłam za ciebie kaucję – zaczęła bez zbędnych wstępów, patrząc mu prosto w oczy – ale nie myśl sobie, że to jakaś darowizna. Odpracujesz to u mojej ciotki, posiada całkiem spory folwark. Albo to, albo więzienie, mnie jest wszystko jedno. Pan Crane – wskazała na mężczyznę – przedstawi ci szczegóły.

Potem, nie czekając na jego reakcję, odwróciła się i odeszła, a on jeszcze tylko zdążył zobaczyć, jak wychodzi z budynku, objęta opiekuńczym ramieniem Lucasa. Jeszcze przez długą chwilę po tym, jak zniknęła mu z oczu, nie był w stanie przestać za nią patrzeć.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Wraz z nadchodzącą wiosną wszystko zaczynało żyć. Emily i Kate, jedynie w lekkich płaszczach, siedziały na kamiennym murku. Zawsze zatrzymywały się tutaj po drodze ze szkoły. Wiejskie powietrze dobrze działało na Emily, czuła się znacznie lepiej niż w mieście i przeszkadzało jej, że wszyscy nad nią skaczą. Gospodarstwo Anastazji Morrington było naprawdę ogromne. Mieścił się tu cały folwark, stadnina koni, pola uprawne, dom zarządcy, kilka mniejszych, mieszkalnych zabudowań, a w pięknym parku, stał elegancki dworek. Dom zarządcy należał teraz do rodziny Lucasa, w ten właśnie sposób, poprzez umowę zawartą z panną Morrington, kapitan Davies potajemnie zabezpieczył przyszłość rodziny. Ciotka Emily okazała się osobą, której zawsze brakowało towarzystwa, wręcz namawiała bratanicę by zapraszała do niej swoje przyjaciółki. W ten sposób Rena, Lissa, Lotta i Dominika spędziły u niej ferie zimowe, a zaproszone były również na wakacje. Kate natomiast po prostu zamieszkała z nimi na stałe. Dziewczyna pojechała z nimi, bo nie miała co ze sobą zrobić. Chciała pracować, ale panna Morrington stanowczo odmówiła jej tego przywileju, ostatecznym argumentem było to, że ktoś musi się opiekować Emily w szkole. I robili to, zarówno ona, jak i Lucas.

– Jak długo jeszcze zamierzasz go dręczyć? – spytała patrząc na przerzucającego siano przed stajniami brata.

Kate nie dotyczyły żadne konwenanse. Jak zwykle mówiła po prostu to co myśli. Emily spojrzała na nią pytająco. Co było dziwne, Alec naprawdę pracował, bez żadnych wykrętów, a na dodatek przykładał się do tego co robi. Kate na początku była zdumiona, a potem stwierdziła, że jak ma zajęcie, to przynajmniej nie będzie pił i pakował się w kłopoty. Nigdy jednak nie rozmawiały na temat Emily i Aleca. Właściwie przez te dwa miesiące, dziewczyna po prostu starała się go unikać.

– Robi to dla ciebie – wyjaśniła obojętnie Kate – to chyba jego sposób na powiedzenie przepraszam. Wiesz, jemu naprawdę na tobie zależy, Em.

– Jasne – mruknęła Emily, wskazując przyjaciółce idącą w kierunku Aleca, jasnowłosą mleczarkę.

Miała dosyć. Kate definitywnie udało się popsuć jej humor. Ześliznęła się z murku i ruszyła  w kierunku dworku. Przyjaciółka chwyciła ją za rękę.

– Zaczekaj! – rozkazała stanowczo. – Patrz.

Alec zamienił kilka słów z blondynką, a potem ona po prostu uciekła. Mimo, że dzieląca ich odległość była zbyt duża i nie mogły tego zobaczyć, Emily była przekonana, że dziewczyna płacze.

– Dupek – skwitowała całe zajście, ale jednocześnie poczuła jakąś dziwną ulgę.

– On tak się ostatnio zachowuje w stosunku do każdego, Em. Jest wściekły, ale chyba pierwszy raz w życiu na siebie. I nie wybaczy sobie, dopóki ty mu nie wybaczysz pierwsza.

Dziewczyna westchnęła. Musiała przyznać przed samą sobą, że tęskni za Alecem.

– Dobrze, już dobrze – mruknęła tylko i ruszyła, tym razem, w jego kierunku.

Mniej więcej w połowie drogi, wdepnęła w błotnistą kałużę i pośliznęła się, przewracając w mokrą trawę. Przymknęła oczy i chciała wstać, ale kiedy je otworzyła, zobaczyła klękającego przy jej boku Aleca. W jego niebieskich oczach widziała prawdziwe przerażenie.

– Nic mi nie jest – westchnęła siadając.

– Myślałem, że znowu zemdlałaś – przyznał nieco zaniepokojonym tonem.

Wpatrywał się w nią intensywnie, z jakąś dziwną tęsknotą, a ona bezwiednie odwzajemniała to spojrzenie.

– Odsuń się od niej – usłyszeli nad sobą głos Lucasa, który zeskoczył tuż obok nich z siodła i teraz stał, trzymając konia za uzdę. Najwyraźniej też musiał zobaczyć, jak upadała. – Ona nie chce cię widzieć, w dalszym ciągu do ciebie to nie dotarło?

Emily spojrzała na niego wrogo, ale Alec, ku jej zdumieniu, posłusznie wstał. On naprawdę wierzył Lucasowi, dotarło do niej. Uważał, że ona nie chce go widzieć.

– Luck – Kate również znalazła się przy nich. – Odpuść, to nie twoja sprawa. Pozwól im załatwić to między sobą.

Kiedy położyła mu rękę na ramieniu, chłopak nieco złagodniał, a potem posłusznie, ciągle trzymając konia, poszedł za nią. Nawet, kiedy zostali sami, Emily nie wiedziała co powiedzieć. Alec najwyraźniej też nie.

– Przepraszam, pójdę już – mruknął, a ona pozwoliła mu odejść.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Pierwszy dzień wiosny. Tańce, ogniska, zabawa. Mimo tego, że wszyscy się dobrze bawili, Lucas był wściekły. No może prawie wszyscy… Kate przedstawiła mu bardzo dobitnie swój punkt widzenia po czym oznajmiła, że może go zaakceptować lub spadać. Wybrał tą drugą opcję, a teraz tego żałował. Wiedział, że miała rację, tylko po prostu nie chciał tego przyznać. Aleca i Emily coś naprawę łączyło i nie była to tylko sadystyczna zabawa chłopaka. Teraz obydwoje, z daleka od siebie, byli po prostu nieszczęśliwi. Powiedziała wyraźnie, że nic mu do tego i może się wkurzać ile chce, byleby tylko im nie przeszkadzał. Lucas był nieszczęśliwy, bo nie chciał, żeby Emily cierpiała. Była jego przyjaciółką i za punkt honoru postawił sobie to, by zawsze się nią opiekować. Zdawał sobie jednak sprawę, że to samo stara się robić Kate. W tym wypadku miała zaufanie do swojego brata, więc może i on powinien go choć trochę mieć. Zdecydowanym ruchem pchnął drzwi do szopy i wszedł na stryszek. Alec leżał rozwalony na sianie. Spojrzał na intruza obojętnie.

– Czego chcesz?

– Pytanie powinno brzmieć czego nie chcę – warknął Lucas, bo nie potrafił inaczej zachowywać się w jego obecności.

Alec westchnął cierpiętniczo.

– Dobrze, więc czego nie chcesz?

– Nie chcę, żeby Emily płakała.

Chłopak gwałtownie usiadł.

– Płakała? – zapytał głupio.

Lucas po raz pierwszy przestał żałować, że tu przyszedł.

– Znajdziesz ją przy nowym źrebaku – oznajmił prosto – jeżeli jesteś zainteresowany.

Alec minął go bez słowa i wyszedł na dwór. Lucas odetchnął. Reszta już nie zależała od niego.

~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

Emily siedziała na sianie, w pustym boksie. Lubiła przebywać wśród koni, ale tego dnia nic nie sprawiało jej przyjemności, mimo, że wszyscy jej wmawiali, że powinna się dobrze bawić.

– Hej – usłyszała nad sobą znajomy głos. Jej serce zabiło znacznie szybciej, kiedy Alec, bez pytania, wszedł do środka i usiadł przy niej na sianie. – Jak się bawisz? – zapytał chłopak.

– Teraz już trochę lepiej – zdobyła się na szczerość, za co została nagrodzona szerokim uśmiechem.

– Czy kiedyś mi wreszcie wybaczysz? – zapytał znowu poważniejąc.

– Już ci wybaczyłam – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Naprawdę? – zapytał, a gdyby nie jego spojrzenie, uznałaby to pytanie za drwinę.

Skinęła głową. Przyspieszony oddech, łomotanie serca, ulga i namiętność. Emily nie miała pojęcia jak to się stało, że leży na sianie i dlaczego oplata szyję Aleca ramionami. Po chwili położył się obok, przyciągając ją do siebie. Wtulił twarz w jej włosy i przymknął oczy łapiąc oddech. Ona też ledwo oddychała. Wczepiła palce w jego koszulę, przestraszona, że mógłby w każdej chwili odejść.

– Przepraszam – szepnął. – Za wszystko. Czy możemy zacząć od nowa?

– Tak – mruknęła nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Myślę, że możemy.

Później wspólnie dołączyli do zabawy. Emily cieszyła się tańcem, dopóki nie usłyszała, jak Alec klnie.

– Co się stało? – zapytała zrezygnowana.

– Chyba wreszcie zrozumiałem Lucasa – westchnął, przyciągając ją do siebie bliżej. – I ani trochę mi się to uczucie nie podoba. Choć przynajmniej wreszcie mam pewność, że myliłem się i nie jest w tobie zakochany.

Kiedy podążyła za jego wzrokiem, zobaczyła stojącą pod rozłożystym dębem, ukrytą w półmroku parę, która całowała się zachłannie. Natychmiast rozpoznała sylwetki Kate i Lucasa. Roześmiała się uszczęśliwiona. Potem dotarły do niej ostatnie słowa Aleca.

– Więc byłeś o mnie zazdrosny? – zapytała niewinnie.

Westchnął.

– Cały czas jestem – odpowiedział wtulając policzek w jej pachnące bzem włosy.

– I dobrze – odpowiedziała ze śmiechem – przynajmniej będziesz mnie pilnował.

– Oj tak – zamruczał w odpowiedzi. – Pod tym względem obiecuję zamienić twoje życie w koszmar.

Wieczór był piękny, a niebo bezchmurne i usiane gwiazdami. Dopiero teraz, nareszcie, Emily poczuła, że potrafi być naprawdę szczęśliwa.

The End


Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS