Mroczna Natura

Rozdział I

Na monitorze stojącego na sosnowym biurku komputera, Rijav widział aż nazbyt wyraźny obraz z kamery cyfrowej. Z głośników słyszał cichutki, przyspieszony oddech. Na ekranie była ukazana dziewczyna. Znajdowała się w dużym, pustym pomieszczeniu. Musiało być gdzieś pod samym dachem, ponieważ miało ukośne ściany. Nie było tam okien. Ręce miała związane wysoko nad głową, a przez więzy przechodziła lina przytwierdzona do znajdującej się pod sufitem, stropowej belki. Jej ciało było wyprężone. Z trudem stała na palcach. Nie mógł zapomnieć momentu, w którym się ocknęła, taka przerażona i bezradna, a on nie mógł kompletnie nic zrobić, żeby jej pomóc. Bezczynnie siedział czekając na rozwój wydarzeń. Chciało mu się wyć. Miał ochotę coś rozwalić. Jego ręce zaciskały się w pięści w bezsilnym gniewie. Wiedział, że to jego wina, a on kompletnie nic nie może na to poradzić.

Dziewczyna była zupełnie naga. Oprócz krępujących nadgarstki więzów, miała zasłonięte czarnym materiałem oczy i taką samą tkaniną zakneblowane usta. Jej długie jasne włosy opadały na plecy i ramiona bezładną kaskadą. Ciało dziewczyny było szczupłe i zgrabne, raczej drobnej budowy, a jednak naprawdę piękne. Kształtne piersi, gładka skóra, dyskretny cień włosów łonowych. Mimo, że była już młodą kobietą, w dalszym ciągu miała w sobie coś niewinnego i urokliwego, coś z małej dziewczynki. Rijav wiedział, że pod czarną opaską kryją się, teraz na pewno wypełnione łzami, bystre, chabrowe oczy.

Dziewczyna po raz kolejny szarpnęła się w więzach, i tym razem nie przyniosło to jednak żadnego rezultatu. Przymknął oczy, nie chciał na to patrzeć! Otworzył je znowu, wiedział, że musi, bo w każdej chwili może pojawić się wskazówka, gdzie ją odnajdzie. Musi ją stamtąd zabrać! Pragnął teraz jedynie tulić ją w swoich ramionach, chciał, żeby była bezpieczna. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że sytuacja w której się znalazła, jest tylko i wyłącznie jego winą. Nigdy nie powinien pozwolić jej się do siebie zbliżyć. Nikt nie powinien wiedzieć ile dla niego znaczyła.

Do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna. Ubrany był jedynie w grafitowe spodnie, przy których pasku wisiała pochwa, ze sporej wielkości nożem. Jego ramiona i plecy zdobiły cienkie, misternie wykonane, czarne tatuaże. Był wysoki i dobrze zbudowany, miał ciemną karnację i hebanowo czarne włosy. W stalowoszarych, zimnych oczach widać było cień okrucieństwa. Uśmiechnął się drwiąco do kamery. Rjiav wbił paznokcie w swoją dłoń tak mocno, że pokazały się strużki krwi. Nie zwrócił na to uwagi. Wszystko aż gotowało się w nim w środku. Całym sobą nienawidził tego człowieka.

Mężczyzna podszedł do powieszonej na jednej z drewnianych belek dziewczyny. Wzdrygnęła się, kiedy przesunął dłonią po jej nagim, naprężonym brzuchu. Mruknął wyraźnie zadowolony z jej reakcji. Przesunął rękę wyżej na jej sterczące, niewielkie piersi. Dziewczyna drżała. Do oczu Rjiava napłynęły łzy bezsilności i wściekłości. Czarnowłosy błądził dłońmi po ciele wijącej się, próbującej uciec przed jego dotykiem dziewczyny. Rozwiązał kneblujący jej usta materiał i odrzucił go na podłogę. Łapczywie zaczęła chwytać powietrze. Stanął za nią oplatając ją od tyłu ramionami. Dłonie położył na piersiach dziewczyny. Z jej krtani wydobył się cichy, stłumiony jęk, kiedy mocno ścisnął między palcami jej sterczącego sutka.

– Proszę, zostaw mnie – szepnęła błagalnie. – Co ja ci zrobiłam? – Jej głos drżał, tak samo jak cała reszta drobnej postaci. – Co chcesz ze mną zrobić? Dlaczego?

Mężczyzna roześmiał się, w jego śmiechu nie było nawet cienia wesołości. Przysunął się do niej jeszcze bliżej. Otarł się sztywnym, schowanym za grafitowym materiałem spodni, członkiem o nagie pośladki dziewczyny.

– Widzisz kociaku – powiedział beznamiętnym tonem, prosto do jej ucha – tu w żadnym razie nie chodzi o ciebie. Jesteś tylko zabawką w grze, którą prowadzimy z twoim „chłopakiem” – oznajmił drwiąco, jakby ostatnie słowo było czymś naprawdę zabawnym.

Rjiav zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Tak bardzo bał się o to, co tamten może zrobić dziewczynie!

– Błagam cię, wypuść mnie – spróbowała ponownie niepewnym głosem.

– Wszystko w swoim czasie – odpowiedział tamten, znów przesuwając dłońmi po jej nagim ciele, tym razem siłą rozsuwając jej nogi i wkładając między nie rękę. Krzyknęła jeszcze bardziej przerażona. Szarpnęła się. Przytrzymał ją, przyciągając do siebie drugą ręką. – Na twoim miejscu nawet bym nie próbował – oznajmił z sarkazmem. – Potrafię być bardzo nieprzyjemny. Jeżeli jednak będziesz grzeczna nie sprawię ci dużego bólu, to jego chcę ukarać nie ciebie.

Czarny materiał, zasłaniający jej oczy, był teraz zupełnie mokry od łez. Mężczyzna wyjął wiszący w pochwie przy pasie nóż. Przeciął linę, przechodzącą pod krępującymi nadgarstki dziewczyny więzami. Nogi się pod nią ugięły i osunęła się na podłogę. Jej ręce były nadal związane, więc nawet nie miała czym się podeprzeć. Czarnowłosy podniósł ją brutalnie, zostawiając na ramieniu dziewczyny fioletowego siniaka. Zmusił ją, żeby przeszła kilkanaście kroków, po czym pchnął na rozłożony w pustym pomieszczeniu materac. Rozpiął rozporek. Po chwili już znalazł się przy niej. Zmusił ją, żeby uklękła. Spróbowała się wyrwać, chwycił ją mocno za włosy. Zdjął z jej oczu przemoczoną, czarna opaskę. Po policzkach dziewczyny spływały łzy. Sztywnym członkiem musnął jej policzek. Podsunął go jej do ust.

– Nie, proszę – szepnęła rozpaczliwie.

Rijav drżał z wściekłości. Zawinił, a tamten postanowił go za to ukarać. Tylko dlaczego w taki właśnie sposób? Czarnowłosy mężczyzna był okrutny i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. Rijav wiedział o tym aż za dobrze. Przypomniał sobie blizny, na swoim własnym ciele. Dlaczego to musiała być akurat ona?! Każdy, tylko nie ona… Po twarzy Rijava spływały wielkie, gorzkie łzy.

– O co prosisz? – zadrwił mężczyzna w odpowiedzi. – Nawet nie próbuj gryźć, bo będziesz tego bardzo, bardzo żałowała.

Wsunął jej członka do ust. Próbowała odwrócić głowę, ale trzymająca ją za włosy ręka nie zostawiła dziewczynie zbyt wiele pola do manewru. Zakrztusiła się jego sporych rozmiarów męskością, on jednak sobie nic z tego nie robił. Przysunął się bliżej wchodząc niemal w całości do jej ust. W pewnym momencie odepchnął ją od siebie, uderzył w twarz.

– Uprzedzałem – warknął niemal zwierzęcym głosem.

Przewrócił szamoczącą się dziewczynę na brzuch. Próbowała uciec. Przyciągnął ją do siebie, unosząc jej pupę do góry. Spojrzała na niego pełnym przerażenia wzrokiem. Na jej policzku wykwitł nieprzyjemny, bordowy siniak. Mężczyzna brutalnie rozsunął jej nogi. Jedną ręką trzymał dziewczynę za związane ręce, żeby nie mogła się odsunąć, a drugą dotykał jej intymnego miejsca. Płakała teraz już otwarcie, błagając go, żeby przestał. Śmiał się. Po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność chwilach, wilgotną od przezroczystego, śliskiego płynu rękę, położył na pupie dziewczyny. Dłonią rozsunął jej pośladki, a potem gwałtownie, bez ostrzeżenia, wsunął w nią swojego ciągle sztywnego członka. Zachłysnęła się powietrzem. Puścił jej ręce, a ona opadła na materac, jak bezwładna, szmaciana lalka. Dłońmi objął jej biodra wchodząc w nią mocno i głęboko. Przestała w ogóle w jakikolwiek sposób reagować. Jedyną oznaką jej przerażenia i bólu był nierówny, płytki oddech, oraz spływające po policzkach, słone łzy.

Rjiav błagał w duchu, żeby ten koszmar wreszcie się skończył. Przeklinał swoją bezsilność. Zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko móc temu zapobiec. Otępiałym wzrokiem wpatrywał się w znienawidzony, komputerowy monitor.

Czarnowłosy mężczyzna przewrócił dziewczynę na plecy. Jego dłoń zawędrowała na jej piersi. Odwróciła głowę na bok, żeby tylko na niego nie patrzeć. Zamknęła oczy. Nie reagowała na jego dotyk. Znów zaczął się w niej poruszać. Wreszcie, po czasie, który Rijav uważał za nieskończoność, mężczyzna wyszedł z dziewczyny, zalewając jej brzuch i piersi białawą, lepką cieczą. Podniosła powieki i spojrzała na niego dużymi, chabrowymi oczami. Nie było w nich nienawiści ani złości, a jedynie przeogromny, bezgraniczny smutek i żal.

Mężczyzna podniósł dziewczynę z materaca i z powrotem przyprowadził do zwisającej ze stropowej belki liny. Przywiązał ją tak, że palcami ledwo dotykała podłogi. Jej ciało konwulsyjnie drżało. Czarnowłosy wyjął z kieszeni czarnego markera. Uśmiechnął się kocim uśmiechem. Napisał coś na ciele dziewczyny, ale tak, że Rijav nie był w stanie tego zobaczyć pod tym kątem.

– Pozdrów ode mnie swojego chłopaka – mruknął pogardliwie mężczyzna i niespiesznie, z nieopuszczającym kącików ust drwiącym uśmiechem wyszedł z pomieszczenia.

Dziewczyna odwróciła się odrobinę. Rjiav widział teraz dokładnie jej zapłakaną, pobladłą twarz, drżące, różowe usta i paskudną, siną plamę na policzku, ale przede wszystkim widział też napisane na jej ciele słowa. „Wood Avenue 14” głosiły czarne litery. Potem kamera zaczęła śnieżyć, aż obraz zupełnie zniknął. Rjiav zerwał się z miejsca. Wybiegł z mieszkania jak szalony, nie patrząc zupełnie na nic. Wsiadł do zaparkowanego przed kamienicą, terenowego samochodu. Dojazd z centrum miasta na Wood Avenue zajął mu prawie czterdzieści minut, mimo, że po drodze łamał wszelakie możliwe przepisy. Wreszcie jednak znalazł się na miejscu. Numer 14 był starym, drewnianym, walącym się domem jednorodzinnym. Rjiav wpadł do niego jak burza. Trzeszczącymi schodami wbiegł na samą górę. Wyłamał zamknięte, drewniane drzwi. Wtedy ją zobaczył. Spojrzała na niego wielkimi chabrowymi oczami, w których w dalszym ciągu lśniły łzy. Scyzorykiem przeciął krępujące ją więzy. Nadgarstki dziewczyny znaczyły nieprzyjemnie wyglądające, czerwone pręgi. Zachwiała się na nogach, ale nie pozwolił jej upaść. Opadł na kolana, tuląc ją w swoich ramionach. Całe jej ciało drżało. Płakała.

– Przepraszam – wyszeptał nie wypuszczając jej z objęć. – Tak cholernie przepraszam.

Rozdział II

Effie siedziała na ciemnozielonej kanapie, w niewielkim, ale przytulnie urządzonym salonie. Wodziła smutnym wzrokiem za chodzącym niespokojnie po pokoju chłopakiem. W jej chabrowych oczach lśniły łzy.

– Rjiav, proszę, nie możesz mnie zostawić – wyszeptała bezradnie w przestrzeń.

Patrzyła błagalnie na jego smukłą sylwetkę, jasne włosy w kolorze złocistego piasku i zmartwione, żywo zielone oczy. Na dźwięk jej głosu przystanął. Ukucnął tuż naprzeciwko niej.

– Eff, czy ty dalej niczego nie rozumiesz? To nie twój świat! Nie musisz w nim żyć! – oznajmił stanowczo. – Jestem skończonym głupcem – westchnął, odwracając od dziewczyny wzrok. – Nigdy nie powinienem był cię narażać. Myślałem, że jestem od niego sprytniejszy, ale w głębi duszy wiedziałem, że mnie prędzej czy później odnajdzie… Eff proszę… Zostawię ci mieszkanie i kartę kredytową. Na koncie jest jeszcze trochę oszczędności, poradzisz sobie…

– Rjiav – weszła mu w słowo gwałtownie wstając z kanapy – tu nie chodzi o żadne pieprzone pieniądze! Kocham cię, dlatego z tobą jestem, nie dlatego, że chcę, żebyś mnie utrzymywał!

Podniósł się z podłogi. Stanął tak, że znajdował się tuż naprzeciwko dziewczyny. Był od niej znacznie wyższy, więc musiała podnieść głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy.

– Wiem Effie – wyszeptał – wiem. Przyciągnął ją do siebie mocno, oplatając dziewczynę ramionami. Przylgnęła do niego całą sobą, wtulając twarz w jego brązowy, rozciągnięty sweter. – Kocham cię maleńka i dlatego właśnie musisz pozwolić mi odejść. On zrobi wszystko, żeby mnie ukarać za moją ucieczkę. Skrzywdził cię, bo wiedział, że to sprawi mi ból. Proszę, Eff…

Dziewczyna mimowolnie dotknęła dłonią, wyblakłego już siniaka, który nieprzyjemnie szpecił jej policzek. Pomimo, że minęły już prawie dwa tygodnie, dalej żywo pamiętała ten koszmar. Nie miała pojęcia do czego może być zdolny mężczyzna, który porwał i zgwałcił ją tylko dlatego, żeby dręczyć jej chłopaka. Nie miało to jednak znaczenia. Rjiav był dla niej wszystkim i zamierzała o niego wytrwale walczyć, jeżeli będzie trzeba, to do samego końca.

– Zostanę z tobą – oznajmiła cichym, ale pewnym i stanowczym głosem. – Zapłacę za to każdą cenę. To moja ostateczna decyzja.

Rozdział III

Dzień był ponury i pochmurny. Niepewne promienie zachodzącego słońca przebijały się nieśmiało przez zasłonę z chmur, zupełnie jakby czymś wystraszone. To jednak stanowiło w Londynie szarą codzienność. Effie przygotowała obiad już ponad godzinę temu, a teraz, otulona szarą za dużą bluzą, siedziała zwinięta w kłębek na kanapie i czytała książkę. Litery jednak nie chciały przed jej oczami układać się w całe, sensownie zdania. Martwiła się i nie potrafiła skupić na niczym innym. Nie należała do niecierpliwych osób, ale Rjiav nie wracał stanowczo zbyt długo, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, kiedy był dla niej zwyczajnie nadopiekuńczy i traktował ją jak jajko. Tym razem nie tylko nie przyszedł wcześniej, ale na dodatek był już ponad godzinę spóźniony.

Dziewczyna przypomniała sobie jak prawie dwa lata temu poznała Rjiava. To było na jednej z wakacyjnych imprez. Spodobał jej się od samego początku, on jednak wyraźnie unikał jej towarzystwa. Tamtego roku Effie zaczynała studia. Okazało się, że Rjiav jest na tym samym kierunku, obydwoje wybrali filologie angielską. Chłopak wyraźnie ją ignorował, więc Effie postanowiła dać sobie z nim spokój, nie należała do nachalnych, wpychających się komuś z butami w życie, osób. Cisza przed burzą trwała do tego feralnego dnia, kiedy skuszeni niesamowitymi opowieściami, w piątkę postanowili nocować w starej latarni morskiej. Problem polegał na tym, że znajdowała się ona na małej skalnej wysepce, oddalonej od stałego lądu na zasięg wzroku, musieli więc dopłynąć tam łodzią. Effie kochała morze. Chętnie więc przystała na propozycję Andre, żeby popływać nocą, w świetle księżyca. Stało się jednak coś, czego żadne z nich nie było w stanie przewidzieć. Rozpętała się burza. Szalejące morskie fale i porywisty wiatr wepchnęły niewielką łódź na skalne ściany, roztrzaskując ją na kawałki. Wiry wodne i ogromne morskie bałwany wciągały w odmęty, próbującą się przebić ze wszystkich sił ku powierzchni, dziewczynę. Effie doskonale pływała, w walce z takim żywiołem nie miała jednak najmniejszych szans. Ani ona, ani Andre nie powinni byli przeżyć. Coś się jednak wydarzyło… Na granicy świadomości, kaszląca wodą, znalazła się na piaszczystej plaży. Kawałek dalej leżał nieprzytomny Andre. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła wpatrujące się w siebie, zatroskane, zielone oczy Rjiava. To tego dnia poznała jego mroczną, skrywaną przed wszystkimi tajemnicę.

Serce Effie zabiło szybciej, kiedy usłyszała hałas otwierających się drzwi. Wstała z zielonej kanapy i pobiegła radośnie do wyłożonego drewnianymi panelami przedpokoju. W korytarzu zamarła jednak przerażona. Do mieszkania nie wszedł Rjiav. Rozpoznała tego mężczyznę, aż nazbyt dobrze zapamiętała jego twarz i te szare, lodowato-zimne oczy. W jej umyśle pojawiła się panika. Cofnęła się do pokoju. Chwyciła leżący na jednym z wypełnionych książkami regałów telefon. Pospiesznie wybrała numer. W jednej chwili mężczyzna znalazł się tuż przy niej. To nie było możliwe, nikt nie poruszał się tak szybko! Wyrwał jej z ręki komórkę, podniósł ją do ucha. Stała pod ścianą drżąc ze strachu i niepewności. Wpatrywała się w niego spłoszonym, sarnim wzrokiem nie będąc w stanie opanować ogarniającej ją paniki.

– Rjiav – odezwał się czarnowłosy do słuchawki telefonu, niemalże uprzejmym, ale jednak pełnym drwiny tonem – mam nadzieję, że zmieniłeś plany. Na Florydzie o tej porze roku nie jest zbyt przyjemnie. W każdym razie czekam na ciebie w mieszkaniu i myślę, że twoja przyjaciółka umili mi ten czas.

Rozłączył się, po czym, jak gdyby nigdy nic, oddał przerażonej dziewczynie telefon. Przeciągnął się i leniwie opadł na obitą ciemnozielonym materiałem kanapę. Miał na sobie niczym nie wyróżniające się ciemne spodnie i czarną, bawełnianą koszulę. Zabłocone buty i skórzaną kurtkę musiał zostawić w przedpokoju.

Effie jakby oprzytomniała. Pobiegła w kierunku drzwi. Mężczyzny w jednej chwili nie było już na kanapie, teraz stał w drzwiach, zagradzając jej drogę. Spojrzał na nią, a w kącikach jego ust błąkał się ironiczny, koci uśmieszek. Nieco przydługie czarne włosy, zawadiacko opadały mu na oczy. Dziewczyna cofnęła się o kilka kroków. Znowu, jakby znikąd znalazł się tuż za nią.

– Nie radzę – wyszeptał tuż przy jej uchu. – Myślę, że powrót zajmie mu ładnych kilka godzin, nie ma sensu spędzać ich w ten sposób, chyba, że tak bardzo lubisz bawić się w kotka i myszkę.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytała odważnie, odwracając się ku niemu z nienawiścią w oczach.

Roześmiał się.

– Już ci mówiłem, że od ciebie nie chcę niczego – odpowiedział rozbawiony. – Zresztą ty i tak jesteś już martwa, ten głupiec wydał na ciebie wyrok, w momencie, w którym zdradził ci kim jest.

Effie pokręciła głową. Odsunęła się od mężczyzny. Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, zdecydowanie z większą siłą niż było to konieczne. Spojrzał w jej przerażone, wilgotne od powstrzymywanych łez, chabrowe oczy. Prychnął rozbawiony. Odepchnął dziewczynę. Upadła na ozdobioną popielatym dywanikiem, drewnianą podłogę. Mężczyzna z powrotem rozsiadł się wygodnie na kanapie. Effie skuliła się na podłodze, nie widziała sensu, żeby wstawać. Siedzieli w milczeniu przez dłuższą chwilę, czarnowłosy zainteresował się zostawioną na kanapie książką.

– Lubisz horrory? – zapytał odwracając się w jej stronę, wskazując na okładkę „Mgły” Stephena Kinga. Zaskoczona dziewczyna niepewnie skinęła głową. – Kto by pomyślał, że sama znajdziesz się w jednym z nich… – powiedział z drwiną w głosie.

– Co zrobił ci Rjiav? – zapytała ośmielona, uznając, że właściwie to i tak nie ma nic do stracenia. – Dlaczego tak go nienawidzisz?

– Nie powiedział ci? – zdziwił się czarnowłosy. – Ciekawe co jeszcze postanowił przemilczeć. Rjiav jest moim… – zamyślił się przez chwilę – nazwijmy to podopiecznym, kimś w rodzaju ucznia. Nie zostało nas zbyt wielu i robimy wszystko, żeby przeżyć. W każdym razie jest najwyraźniej dosyć „kochliwy”. Zauroczyła go jakaś panienka, uciekli razem. Zabiłem ją – powiedział beznamiętnym tonem – ale jemu udało się zwiać. Dlatego właśnie sądzę, że tym razem wróci, żeby to samo nie spotkało ciebie. On jest głupcem, a ty i tak już jesteś martwa.

Effie przełknęła ślinę. Szczerze żałowała, że w ogóle zadała mu jakiekolwiek pytanie. Nie była też pewna, dlaczego w ogóle fatygował się, żeby jej odpowiedzieć.

– Zabijesz mnie? – zapytała, sama naprawdę zaskoczona spokojnym tonem swojego głosu.

– Możliwe – przyznał rozbawiony – ale jeszcze nie teraz. Na razie jesteś moją kartą przetargową. Zresztą łatwiej ukarać kogoś, jeżeli ma coś do stracenia.

Dziewczyna usiadła, opierając się plecami o kredens. Podkuliła nogi, oplatając je ramionami. Milczała przez chwilę, rozglądając się po prosto umeblowanym pokoju, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Wyglądało na to, że kiedy przestała się odzywać, czarnowłosy stracił nią jakiekolwiek zainteresowanie. Teraz stanął przy hojnie zastawionym książkami regale, najwyraźniej w poszukiwaniu czegoś co mógłby przeczytać dla zabicia czasu. Kiedy wrócił na podniszczoną, ale wygodną ciemnozieloną kanapę, Effie ponownie zebrała się na odwagę, żeby przerwać pełną oczekiwania na rozwój wydarzeń ciszę.

– Rjiav… on naprawdę uciekł? Chciał mnie zostawić? – zapytała cicho, właściwie nie licząc na to, że mężczyzna odpowie.

Jemu jednak najwyraźniej dręczenie jej dawało jakąś satysfakcję i sprawiało sadystyczną przyjemność.

– Nie tylko chciał, ale nawet to zrobił – prychnął czarnowłosy. – Dzisiaj, koło południa wsiadł do lecącego na Florydę samolotu. Nie wyglądało to raczej na planowane wakacje…

Effie skuliła się jeszcze bardziej. Poczuła w środku, w sobie jakąś pustkę. Więc mimo ich rozmowy i tak postawił na swoim, nie licząc się z jej zdaniem. Próbowała sobie tłumaczyć, że chłopak chciał ją chronić. Rozmowa z czarnowłosym zasiała w niej jednak jakieś ziarno niepewności. Jak bardzo Rjiavowi na niej zależało? Czy chodziło tu o nią czy jedynie o jego własną skórę? Dlaczego nigdy nic nie mówił jej o swojej przeszłości? Wygnała z umysłu ponure, czarne myśli. Jej sytuacja w tej chwili była beznadziejna, ale przecież nawet czarnowłosy był szczerze przekonany, że Rjiav z jej powodu wróci.

Rozdział IV

Bezpośredni lot do Stanów Zjednoczonych z Londyńskiego lotniska wystartował kilka minut po dwunastej w południe. Zamyślony Rjiav siedział w samolocie, bez specjalnego zainteresowania przyglądając się białym, postrzępionym obłokom przelatującym za niewielkim, okrągłym okienkiem. Miał nadzieję, że postępuje słusznie. Wiedział, że Effie przez niego, przez jego słabość i tak już dość wycierpiała.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Nie wyłączył go, łamiąc wszelkie możliwe przepisy, zdziwił się jednak, że urządzenie wyłapuje jakikolwiek sygnał. Dzwoniła Effie. No tak, czego innego mógł się spodziewać. Już miał się rozłączyć, kiedy nawiedziło go naprawdę złe przeczucie. Po prostu musiał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Kiedy odebrał, zamiast zmartwionego, melodyjnego głosiku Effie, usłyszał drwiący męski głos. Pobladł na twarzy. Zbyt dobrze znał jego brzmienie!

– Proszę pana – odezwała się głośniej stewardessa, która wyraźnie już od jakiegoś czasu starała się zwrócić jego uwagę. – W samolocie nie wolno używać telefonów. Proszę wyłączyć komórkę.

Rjiav zerwał się z fotela, zupełnie ignorując stojącą nad nim kobietę. Przepchnął się obok niej i pobiegł przed siebie korytarzem. Ludzie patrzyli na niego jak na wariata. Podniosły się przerażone szepty. Stewardessa chwyciła słuchawkę najbliższego, przymocowanego do ściany latającej maszyny telefonu, wzywając pomoc. Rjiav na nic nie zwracał uwagi, po prostu przepchnął się między blokującymi mu przejście ludźmi. Odpychał ich na boki, jakby byli szmacianymi lalkami. Czuł się zupełnie jak ktoś uwięziony w koszmarnym śnie. Przed oczami stał mu jedynie obraz Effie… sam na sam z nim! Rjiav doskonale zdawał sobie sprawę, że ten mężczyzna nie miał żadnych skrupułów. Był socjopatą. Zrobi wszystko, dla własnej, chorej rozrywki. Nikt i nic nie miało dla niego znaczenia.

Chłopak dobiegł korytarzem do zamkniętego włazu ładowni. Po prawej stronie zobaczył elektroniczną tabliczkę z numerami. Cholerne przejście było zabezpieczone kodem! Nie miał czasu na takie zabawy. Wiedział, że nikt nie uwierzy w taki nadludzki „przypływ adrenaliny”, to jednak nie miało teraz znaczenia. Z całej siły przekręcił zabezpieczającą drzwi wajchę. Właz puścił z niechętnym stęknięciem. Rjiav odrzucił na bok wyłamaną pokrywę i zsunął się po wąskich schodach na dół, do ładowni.

Rozejrzał się dookoła. Nie zamierzał błądzić po całym, wcale nie małym, samolocie. W końcu znalazł to czego szukał – duża czerwona dźwignia. Podbiegł do niej, ścigany wołaniem ludzkich głosów. Miał nadzieję, że nie zdążą zejść za nim na dół, ale tak naprawdę ich życie nie miało dla chłopaka specjalnego znaczenia. Pociągnął za czerwoną dźwignię, otwierając prowadzącą na zewnątrz, bagażową śluzę samolotu. Lecieli wysoko nad oceanem. Niesamowity pęd zimnego powietrza rozwiał pszenicznie jasne włosy Rjiava. Potem chłopak po prostu wyskoczył.

Rozdział V

Czas płynął bardzo powoli. Dla Effie zdecydowanie zbyt wolno. Minuty zamieniały się w godziny w zbyt ślamazarnym tempie. Dziewczyna bała się tego co nastąpi, kiedy pojawi się Rjiav, ale jeszcze bardziej przerażało ją samo oczekiwanie. Siedziała skulona na podłodze, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić. Czarnowłosy mężczyzna półleżał na kanapie, czytając jeden z jej horrorów Kinga. Był wyraźnie rozluźniony, jemu nie przeszkadzało czekanie. Przyjrzała mu się uważnie. Niechętnie przyznała przed samą sobą, że należał do wyjątkowo przystojnych mężczyzn. „Jest piękny, zimny i okrutny”, przyszedł jej na myśl cytat z książki. Ciemne włosy niesfornie opadały mu na czoło, a okolone czarnymi rzęsami oczy… Oczy były w nim najdziwniejsze i najbardziej niesamowite. Effie ze zdumieniem zaobserwowała, że w zależności od nastroju mężczyzny zmieniają barwę, z zimnych, stalowoszarych na zupełnie czarne jak najgłębsza, najciemniejsza noc. Był jednocześnie tajemniczy, uwodzicielski i przerażający. Dziewczyna zadrżała na wspomnienie tego, co jej zrobił. W tym momencie była pewna tylko jednego, wolałaby go nigdy w życiu nie spotkać.

Drzwi otworzyły się ze złowieszczym hukiem, zupełnie nagle przerywając panującą w mieszkaniu ciszę. Rjiav wpadł jak burza, do niewielkiego, skąpo umeblowanego pomieszczenia. Jego twarz wyrażała prawdziwą ulgę, kiedy zobaczył siedzącą na podłodze Effie. Jednym susem przemierzył dzielącą go od dziewczyny odległość i porwał ją w swoje ramiona. Wtuliła się w niego całą swoją drobną postacią.

Czarnowłosy wstał z kanapy uśmiechając się drwiąco. Rjiav natychmiast zasłonił sobą drżącą w jego objęciach Effie. Mężczyznę wyraźnie rozbawił ten gest.

– Byłem przekonany, że lecisz na Florydę – oznajmił ironicznie – a ta mała to pożegnalny prezent dla mnie.

– Nie dotykaj jej – syknął Rjiav, a w jego jasnych, zielonych oczach płonął prawdziwy ogień.

– Już ją „dotknąłem” – prychnął czarnowłosy, a potem jakby spoważniał – a ty chyba zapomniałeś jak należy się do mnie zwracać – dodał z groźbą w głosie.

W jednej chwili znalazł się przy stojącej blisko siebie parze. Odepchnął spłoszoną Effie, która zacisnęła kurczowo ręce na sportowej, szarej bluzie Rjiava. Potem po prostu uderzył chłopaka, ale zrobił to z taką siłą, że tamtego odrzuciło w tył, tak, że upadł na regał roztrzaskując plecami półki. Książki z wielkim łomotem posypały się na podłogę. Czarnowłosy podszedł do leżącego na ziemi chłopaka. Podniósł go trzymając za bluzę i uderzył nim o ścianę, potem pchnął go na podłogę, zupełnie jakby Rjiav był szmacianą lalką. Chłopak nawet nie próbował się bronić. Skulił się odsuwając jak najdalej od czarnowłosego mężczyzny.

Effie zwinnym ruchem podniosła się z podłogi, na którą wcześniej upadła. W jednej chwili znalazła się między nimi. Z nienawiścią spojrzała na drwiąco uśmiechniętego mężczyznę.

– Czego chcesz? – warknął na nią nieprzyjaźnie. Potem przyciągnął do siebie dziewczynę, wyginając jej do tyłu rękę, tak mocno jak się dało, żeby jej nie złamać. Pisnęła z bólu. – Popatrz Rjiav, jak kolejna twoja panienka umiera – zadrwił oplatając szyję szamoczącej się dziewczyny ramieniem. – Znajdziesz sobie jeszcze jedną?

Rjiav chwiejnie podniósł się z podłogi. W jego zielonych oczach malowała się panika. Potem jakby podjął jakąś decyzję. Spuścił wzrok, wbijając go w ziemię.

– Nie zabijaj jej, Ian – powiedział pełnym prośby i pokory głosem. – Zostanie twoją kartą przetargową. Wykonam każde twoje polecenie, dopóki ona będzie bezpieczna.

Czarnowłosy niechętnie puścił Effie. Dziewczyna odskoczyła od niego pod samą ścianę, masując obolałe ramię. W jej oczach stały łzy bólu.

– Świetnie – oznajmił po dłuższej chwili milczenia. – Zostaniemy tu przez jakiś czas, generał wyznaczył nam kilka specjalnych zadań. Twoja „zabaweczka” może mieszkać z nami, tak długo, jak długo będzie do czegoś przydatna.

– Dopilnuję tego – powiedział cicho Rjiav, nie podnosząc wbitego w ziemię wzroku.

Rozdział VI

Mieszkanie przy Finchley Road składało się z połączonego z salonem i kuchnią korytarza, oraz prowadzących na poddasze spiralnych, drewnianych schodów. Na górze znajdowały się dwie niewielkie sypialnie i całkiem spora, komfortowo urządzona łazienka. Nic specjalnego, ale nie było też na co narzekać. Ian jednak był w na tyle złym humorze, że tego dnia przeszkadzało mu dosłownie wszystko. Już poprzedniego dnia przywłaszczył sobie jedną ze znajdujących się na poddaszu sypialni, teraz wszedł tam i rzucił się na przykryte grafitową narzutą łóżko. Ze złością zauważył wiszący na ukośnej ścianie plakat z czarnobiałą wieżą Eiffla. Zeskoczył z łóżka i zerwał go jednym płynnym ruchem. Przedarł na pół kredowy papier. Oba kawałki zgniótł w rękach i wrzucił do stojącego przy drzwiach śmietnika. Z powrotem walnął się na łóżko.

To zdecydowanie nie był dobry dzień. Ci głupcy wyznaczyli mu zadania, których nie był w stanie wykonać w pojedynkę, a doskonale wiedział, jak niepewnym kompanem był Rjiav. Gdyby nie to, że cała odpowiedzialność spadnie na niego, już dawno przestałby interesować się tym koszmarnym dzieciakiem. Od początku były z nim same problemy. Rjiav nie do końca był jednym z nich. Z urodzenia był półczłowiekiem, więc co jakiś czas targały nim ludzkie uczucia. Do tego był naiwny i łatwowierny. Ian był przekonany, że nie mógł trafić na gorszego ucznia. Gdyby tylko miał pewność, że sam nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, już dawno postawiłby Rjiava przed sądem. Co prawda jego rasa nie skazywała swoich na śmierć, ale zdradzenie tajemnicy ich istnienia ludziom było tak dużym wykroczeniem, że na długie lata miałby spokój od nieznośnego chłopaka.

Jego wyczulony słuch wyłapał hałas otwierających się na dole drzwi. Usłyszał podniesione głosy.

– Zostawiłeś mnie! Jak mogłeś mnie tak po prostu zostawić?! – powiedziała głośno dziewczyna, a w tonie jej głosu, nie było gniewu a jedynie zawód i rozpacz.

Ian uśmiechnął się do siebie. Może nie będzie tak źle, skoro ta dwójka postanowiła mu dostarczyć rozrywki. Uwielbiał różnego rodzaju gierki.

– Uznałem, że tak będzie najlepiej – warknął Rjiav, najwyraźniej powtarzali ten dialog już któryś raz z kolei, bo w głosie chłopaka słychać było prawdziwą irytację. – Sądziłem, że Ian pójdzie za mną, a ciebie zostawi w spokoju. Popełniłem błąd.

Czyżby? – pomyślał rozbawiony mężczyzna. Był przekonany, że Rjiav uciekł, zostawiając dziewczynę na pastwę losu, byleby tylko ratować własną skórę. Nie wierzył w istnienie takiego uczucia jak miłość. Za to wiedział, że na wpół ludzkiego chłopaka musiało dręczyć sumienie. Nie potrafił tak po prostu, z zimną krwią skazać niewinnej dziewczyny na śmierć. Za to Ian bez mrugnięcia okiem skręciłby jej kark i poszedł dalej. Tak, to właśnie tak bardzo odróżniało go od Rjiava. Roześmiał się cicho. Nigdy nie powiedział chłopakowi, że jego poprzednia „ukochana” była testem i gdyby jej nie zabił, zostawiłby dowód na to, że Rjiav zdradził swoją rasę. Teraz takim chodzącym dowodem była urocza Effie. Wszystko jednak miało swój czas. Chwilowo dziewczyna była bardziej użyteczna żywa, a on sam naprawdę potrzebował współpracy Rjiava.

– I co teraz? Czego on ode mnie chce? – zapytała dziewczyna gorzko.

– Nie wiem – westchnął chłopak. – Jest znacznie silniejszy ode mnie, ale z jakiejś przyczyny mnie potrzebuje. Inaczej nie wahałby się ani chwili.

– Powiedział mi, że i tak jestem już martwa – westchnęła zrezygnowana Effie. – Cokolwiek nie zrobisz i tak mnie zabije.

– Nie on – odezwał się odrobinę spokojniej Rjiav – tak stanowi nasze prawo. To dlatego starałem się trzymać od ciebie z daleka – przyznał. – W momencie kiedy dowiedziałaś się kim jestem, zaczęło ci grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Jeżeli się dowiedzą, ciebie zabiją, a mnie wrzucą do więzienia. Przepraszam Effie – wyszeptał. – Pod tym względem Ian ma rację, jestem skończonym głupcem.

– Gdybyś mnie wtedy nie uratował i tak byłabym już trupem – powiedziała cicho dziewczyna.

– Zrobię wszystko co tylko będę w stanie, żeby nikt cię nie skrzywdził z mojego powodu, Effie – wyszeptał cicho chłopak.

Ian uśmiechnął się pod nosem. Humor mu się znacznie poprawił. To było lepsze od jakiejkolwiek opery mydlanej. Wreszcie zobaczył szansę na to, żeby rozwiać odrobinę zasłonę egzystencjonalnej nudy. Czekała go z tą dwójką wesoła zabawa. Ciekawe czy uda mu się sprawić, żeby słodka Effie z własnej woli zaproponowała mu, że będzie należała do niego. Dla zabawy miał ochotę zniszczyć tą dziewczynę.

Rozdział VII

Dni mijały nieubłaganie jeden po drugim. Rjiav przestał chodzić na uczelnię, za to na całe dnie lub noce znikał gdzieś z Ianem. Często z takich wypraw wracał pobity lub w inny sposób poharatany, w odróżnieniu od mrocznego Iana, który zawsze wyglądał nieskazitelnie. Effie z każdym dniem martwiła się coraz bardziej. Najgorsze jednak było to, że chłopak ciągle chodził zły i rozdrażniony. Coraz częściej dochodziło między nimi do bezsensownych kłótni. Sprawiał wrażenie naprawdę nieszczęśliwego. Effie z ulgą przyjęła fakt, że póki co przynajmniej Ian postanowił ją zupełnie zignorować.

W sobotę wieczorem Rjiav chodził po pokoju napięty jak dobrze naciągnięta struna. Przez ostatnie tygodnie robił rzeczy na które w najmniejszym stopniu nie miał ochoty. Czy tak właśnie miało wyglądać jego dalsze życie? Kiedy tylko do pomieszczenia weszła Effie, natychmiast na nią nadskoczył, mimo, że nie zdawał sobie sprawy, podświadomie uważał, że to była wyłącznie jej wina. Gdyby nie była taką idiotką i nie wepchnęła się tej piekielnej nocy na tą cholerną łódź!

– Pakuj się – warknął. – Rozmawiałem z Ianem, ja zostanę, a tobie pozwoli odejść.

Spojrzała na niego pytająco. W jej chabrowych oczach zalśniły łzy. Znowu wydawała się taka smutna, zagubiona i nieporadna, że Rjiava aż coś ścisnęło w środku.

– Chcę zostać z tobą – wyszeptała spuszczając wzrok. – Potrzebujesz mnie…

– Niby do czego? – warknął rozwścieczony chłopak.

Przerwali dyskusję, kiedy otworzyły się prowadzące do mieszkania drzwi. Spojrzeli w ich stronę, obydwoje równie zaskoczeni. Do środka wszedł Ian, jego twarz nie wyrażała kompletnie niczego. Towarzyszyło mu dwóch postawnej budowy mężczyzn. Effie w oczach Rjiava ujrzała strach i niepokój. Natomiast nowoprzybyli uśmiechali się paskudnie, wyraźnie z czegoś zadowoleni. Jeden z nich spojrzał pytająco na Iana, a tamten skinął mu głową.

– Rjiavie Davies – odezwał się ostro – jesteś aresztowany za nieposłuszeństwo względem swojego mentora i zdradę naszej rasy.

– Ty sukinsynu! – warknął chłopak – Tylko dlatego się zgodziłeś na ten układ! Przez cały czas to planowałeś!

Ian uśmiechnął się drapieżnie. Mężczyźni powalili szamoczącego się i próbującego walczyć Rjiava na podłogę. Effie chciała mu pomóc, nie zdążyła jednak. Czarnowłosy w jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Brutalnie wykręcił do tyłu rękę dziewczyny. Pisnęła z bólu, w jej oczach zalśniły łzy. Dużą, twardą dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła się odezwać.

– Co z dziewczyną? – zapytał jeden z trzymających Rjiava mężczyzn.

– Nie zawracajcie sobie nią głowy, sam się nią zajmę – stwierdził chłodnym tonem Ian.

Mężczyzna uśmiechnął się paskudnie, obrzucił Effie pożądliwym wzrokiem. Spojrzał ze zrozumieniem na czarnowłosego.

– Pamiętaj tylko, że ona jest chodzącym trupem. Nie baw się nią zbyt długo – powiedział uradowany.

– Zajmę się nią – powtórzył spokojnie Ian, a przerażona toczoną rozmową Effie, znowu zaczęła się szamotać.

Czarnowłosy puścił dziewczynę, dopiero kiedy mężczyźni wywlekli Rjiava z mieszkania. Odskoczyła od niego, odsuwając się pod samą ścianę. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Serce trzepotało się w piersi jak szalone. Nie wiedziała co Ian uważa za „zabawę” ale nie sądziła, żeby mogło się jej to w jakikolwiek sposób spodobać.

– Co chcesz ze mną zrobić? – spytała najspokojniej jak potrafiła, mimo to jej głos był cichy i drżący.

Ian wzdychając opadł na kanapę. Spojrzał na dziewczynę obojętnie.

– Nic – odpowiedział.

– Czyli po prostu mnie zabijesz? – zapytała sucho, ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że ta perspektywa znacznie mniej ją przeraża.

– Nie – odpowiedział po prostu. – Masz pół godziny, żeby się stąd wynieść – odparł szorstko. – Jeżeli potem kiedykolwiek spotkam cię na swojej drodze, to z pewnością nie zawaham się przed skręceniem ci karku.

Effie nie wierzyła własnemu szczęściu. Nie była pewna co powoduje Ianem, ale to nie miało znaczenia. Jedyne czego teraz się obawiała, to to, że mężczyzna zmieni zdanie zanim ona stąd zniknie. Nie patrząc więcej na niego wbiegła po kręconych schodach do swojej i Rjiava sypialni. Ściągnęła z szafy sportową torbę podróżną i zaczęła do niej chaotycznie wrzucać swoje rzeczy. Potem zbiegła na dół. Dopiero kiedy zaczęła nakładać buty, coś ją tknęło. Ręce same zacisnęły jej się w pięści. Przymknęła oczy. Nie mogła go tak po prostu zostawić! Wypełniło ją uczucie determinacji. Zbierając w sobie całą odwagę, na jaką było ją stać, z podniesioną głową weszła do salonu.

Ian leżał na kanapie, podparty na łokciu. Wydawał się nad czymś zastanawiać. Spojrzał zaskoczony, kiedy podeszła bliżej. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie.

– Co tu jeszcze robisz? – warknął.

– Co oni zrobią Rjiavowi? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Wzruszył ramionami. Wyraźnie nic go to nie obchodziło.

– Pewnie to na co sobie zasłużył łamaniem prawa – oznajmił chłodno.

– Możesz mu jakoś pomóc, prawda? – zapytała cicho, z nadzieją w głosie.

– Niby czemu miałbym to zrobić? Nic na tym nie zyskam – prychnął chłopak, wyraźnie rozbawiła go sugestia Effie. – I tak tylko same z nim problemy.

– Ian – powiedziała błagalnie, pierwszy raz bez nienawiści wymawiając imię mężczyzny – proszę, nie możesz go tak zostawić.

W jej dużych, chabrowych oczach po raz kolejny pojawiły się łzy. Smukłe dłonie tak mocno zacisnęła w pięści, że aż pobielały jej kłykcie.

– Nie mogę? – spytał teraz już naprawdę rozbawiony. – Oczywiście, że mogę i właśnie to robię. Na tym świecie nie ma nic za darmo. Znikaj stąd, zanim zmienię zdanie. Nie przepadam za niedotrzymywaniem obietnic, a przyrzekłem mu za pomoc właśnie twoje bezpieczeństwo.

Effie zdała sobie sprawę, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Postanowiła zmienić taktykę. Postawiła wszystko na jedną kartę, nie będąc do końca pewną jak dobrze poznała przez te kilka tygodni Iana.

– W takim razie proponuję ci układ – powiedziała cichym, poważnym głosem.

– Niby co możesz mi zaoferować? – zainteresował się czarnowłosy.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że dopóki wzbudza w nim ciekawość, ma jakieś szanse. Przypomniała sobie, jak Rjiav mówił, że Ian uwielbia różnego rodzaju gry.

– Siebie – odpowiedziała po prostu, patrząc bezpośrednio, w jego, w tym momencie czarne jak bezgwiezdna noc oczy.

Roześmiał się. Effie poczuła jak jej ciało się unosi, a potem uderza mocno, o coś miękkiego. Leżała teraz na kanapie, Ian był nad nią, trzymał jej nadgarstki jedną ręką tuż nad głową dziewczyny. Jego uścisk był stalowy. Wiedziała, ze nie ma szans się z niego wyswobodzić.

– Gdybym cię chciał – powiedział cichym głosem, w którym brzmiała wyraźna groźba – to bym sobie po prostu wziął. Skoro tego nie zrobiłem, widocznie znaczy, że nie jestem zainteresowany – oznajmił podnosząc się do pozycji siedzącej i puszczając dziewczynę.

Usiadła przy nim na kanapie. Podwinęła pod siebie nogi.

– Nie zrozumiałeś mnie – oznajmiła odważnie. – Nie mówiłam o seksie. Już dawno przedstawiłeś mi swój punkt widzenia na ten temat – stwierdziła gorzko. – Proponuję ci innego rodzaju układ, grę. Będę twoja. Moje ciało, moje myśli, moje życie, wszystko będzie należało do ciebie. Zrobię wszystko co zechcesz, spełnię każde twoje życzenie, a on o tym nie będzie wiedział. To wszystko będzie działo się za jego plecami. W zamian ty będziesz się nim opiekował. Nie znam waszego świata, ale zdaje sobie sprawę, że jest śmiertelnie niebezpieczny, a ty jesteś od Rjiava znacznie silniejszy.

Ian uśmiechnął się, pełnym drwiny uśmiechem. Tym razem wyglądał jednak na zainteresowanego ofertą dziewczyny.

– Prościej mówiąc proponujesz mi rozrywkę? – zapytał dalej rozbawiony.

Skinęła głową.

– Tak, można to tak ująć – odpowiedziała cicho.

– Udowodnij, na co cię stać – oznajmił rozpierając się wygodnie na kanapie.

– Co mam zrobić? – spytała pełnym determinacji głosem.

– Rozbierz się – rozkazał.

– Co? – jęknęła.

– To co słyszałaś – uśmiechnął się wrednie. – Sama powiedziałaś, że wszystko.

– Pomożesz mu? – upewniła się dziewczyna. Rozbawiony skinął głową. Jego znowu spokojne, szare oczy oceniały ją wzrokiem. – Obiecujesz?

– Pomogę – odpowiedział spokojnie – jeżeli uznam, że warto. Masz swoją szansę, czy nie o to ci właśnie chodziło?

Nie odpowiedziała. Z wdziękiem wstała z kanapy. Powoli, pełnymi gracji ruchami, zaczęła rozpinać kraciastą koszulę. Była zwinna i zgrabna, niczym młoda sarenka. Jej przedstawienie wprawiłoby w zachwyt niejednego mężczyznę. Ian patrzył na nią beznamiętnie, jedyną oznaką podniecenia chłopaka były oczy, które pociemniały i z szarych, zwyczajnych i lodowato zimnych stały się teraz upiornie czarne. Effie odrzuciła w tył swoje jedwabiste jasne włosy. Przestała się krępować, przecież i tak widział ją już nagą, a sama wiele razy rozbierała się w ten sposób dla Rjiava. Kiedy zsunęła z siebie niebieskie jeansy, przyszła pora na bieliznę. Rozpięła stanik, ukazując drobne, ale krągłe i ładne piersi. W kącikach ust Iana pojawił się drwiący uśmieszek. Effie zdjęła majtki i stanęła przed chłopakiem zupełnie naga, osłonięta jedynie wątpliwą, ażurową zasłonką z długich, złocistych włosów. Wstał z kanapy. Podszedł do niej. Był tak blisko, że czuła na sobie jego oddech, wzdrygnęła się, zwalczyła jednak w sobie pragnienie, żeby się od niego odsunąć.

– To niemal jak podpisać cyrograf z diabłem – roześmiał się Ian, po czym zniknął, jakby rozmywając się w powietrzu, a jedynym dowodem na to, że wyszedł, był hałas zatrzaskujących się za nim drzwi.

Rozdział VIII

Godzinę później Ian wrócił do mieszkania z na wpół przytomnym Rjiavem. Chłopak był mocno pobity, a jego ciało zdobiły czarne, dziwaczne wzory, jednak linie układały się zupełnie inaczej niż na tatuażach u Iana. Effie zajęła się chłopakiem nie zadając zbędnych pytań, kiedy jednak zasnął w sypialni, w swoim własnym łóżku, nie mogła zwalczyć ciekawości.

– Co to za wzory? – zapytała siedzącego na krześle przy drzwiach, obserwującego ich obojętnie Iana.

– Runy posłuszeństwa – odpowiedział wzruszając ramionami – to był ich główny warunek.

Effie wiedziała, że nie zamierza jej nic więcej na ten temat powiedzieć, zmieniła więc kierunek zadawanych pytań.

– Takie jak te twoje? – spytała z zainteresowaniem.

– Nie, moje znaczą zupełnie co innego – roześmiał się szczerze rozbawiony.

Rjiav spał ponad dobę, kiedy się obudził, wyglądał całkiem dobrze. Rany na jego ciele goiły się nadzwyczaj szybko. Ian oznajmił mu, że zmienił zdanie co do dziewczyny i Effie zostanie na jakiś czas z nimi. Tak długo, jak długo będzie konieczne, żeby przestało jej grozić niebezpieczeństwo. Rjiav przełknął to obwieszczenie gładko, ponieważ jedną z nielicznych pozytywnych cech Iana było to, że nigdy nie łamał złożonych wcześniej obietnic.

Po umowie, którą Effie zawarła z Ianem, jej życie zamieniło się w istne piekło. Bez przerwy próbowała sobie powtarzać, że robi to dla Rjiava, którego przecież kochała i któremu bądź co bądź zawdzięczała życie. Wbrew pozorom, jeżeli trzeba było, potrafiła być twarda. Stworzyła wokół siebie niewidzialną, mentalną tarczę, która chroniła ją chociaż trochę przed grą, jaką prowadził z nią Ian. Mężczyzna był praktycznie wszędzie. Dotykał jej, drażnił się z nią, brał do łóżka, kiedy tylko przyszła mu na to ochota, a wszystko to tuż pod nosem Rjiava, z którym Effie w dalszym ciągu była. Bywały takie noce, kiedy dziewczyna kładąc się spać, błagała, żeby już nigdy nie musieć się budzić.

Za to Ian ze swojej obietnicy wywiązywał się w stu procentach. Zostawił chłopaka w spokoju, ich wspólne wypady stały się znacznie rzadsze, a kiedy wracali do mieszkania, po Rjiavie nie było widać nawet śladu toczonych wspólnie walk. Wyglądało na to, że Ian roztoczył nad nim swoje opiekuńcze skrzydła.

Już po kilku pierwszych dniach, Effie zauważyła, że kiedy nie stara się niczego przed Ianem ukrywać, mężczyzna traktuje ją znacznie łagodniej, a w jego niesamowitych oczach nie widać tego przerażającego błysku okrucieństwa. Ona także musiała prowadzić swoja grę, toczyła się ona jednak o znacznie większą stawkę niż rozrywka. Chodziło tu o własną przyszłość jej i Rjiava. W jej głowie coraz wyraźniej formułował się skomplikowany plan. Zdawała sobie też sprawę, że ze wszystkich sił musi walczyć o to, żeby Ian nie stracił nią zainteresowania, a jego uwagi wcale nie było łatwo utrzymać.

Ian uwielbiał dominować. Wyraźną przyjemność sprawiało mu to, że Effie bez gadania spełniała jego rozkazy. Za to dziewczyna po kilku bolesnych lekcjach, przynajmniej częściowo nauczyła się jak zwalczać jego sadyzm. Tak długo, jak długo patrzyła na niego z zimną furią, odrazą i nienawiścią w oczach, tak długo on się nad nią znęcał zarówno fizycznie jak i psychicznie. Wszystko jednak robił z umiarem, tak, żeby Rjiav niczego nie zauważył. Należał do tego typu osób, które w każdej grze muszą być najlepsze, wygrywać.

Była burzliwa noc. Effie kuliła się na kanapie w salonie pod cienkim, brązowym kocem. Była sama. Ian z Rjiavem po raz kolejny zniknęli gdzieś na wiele godzin. Dziewczyna nie wiedziała już sama czy woli kiedy są w pobliżu i to co jej grozi jest znajome czy też takie niepewne oczekiwanie na coś, co może, ale wcale nie musi się wydarzyć. Od czasu do czasu udawało jej się, przy zapalonym świetle, zapaść w krótką, niespokojną drzemkę. Obudziła się, słysząc dochodzący z korytarza hałas. Ian wrócił do mieszkania ranny. Rjiav przyprowadził go i zamiast swojego nauczyciela udał się złożyć w „sztabie” raport. Effie natychmiast zajęła się krwawiącą obficie raną na brzuchu mężczyzny. Dotykała go delikatnie i z wprawą. W jej oczach zobaczył prawdziwą troskę. Tej nocy był łagodnym i czułym kochankiem. Wyraźną satysfakcje sprawiało mu dawanie Effie przyjemności, nie tylko takiej pomieszanej z upokorzeniem i bólem. Dziewczyna wyciągnęła z tego swoje własne wnioski. Jego logika była pokrętna, ale całkiem sensowna. Karał ją, ponieważ to ona nie dotrzymywała swojej części umowy. Zaczęła się bardziej starać. Traktowała go jak przyjaciela, chłopaka, kochanka. Rozmawiała z nim, tuliła się do niego, ukrywała całą swoją nienawiść, którą do niego żywiła. Ian, mimo, że dalej znęcał się nad nią psychicznie przestał zadawać dziewczynie fizyczny ból. Był jak chodząca łamigłówka, a ona stawała się nim coraz bardziej zafascynowana.

Rozdział IX

Pogoda w Londynie nikogo nie zaskoczyła. Dni były mżyste i nieprzyjemne. Tak było i teraz. Effie szła przez park w towarzystwie milczącego Iana, właściwie nie zastanawiając się nad tym gdzie jest i co robi. Jej myśli krążyły wokół zupełnie innych spraw. Każdy dzień stawał się dla niej coraz trudniejszy od poprzedniego. Żyła w ciągłym napięciu i stresie. Nigdy nie wiedziała co spotka ją za kwadrans czy za godzinę. Postępowanie Iana było nieprzewidywalne i nigdy nie brakowało mu nowych pomysłów na dręczenie jej. Traktował dziewczynę jakby była zabawką. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że oczekiwała tych chwil z równym strachem co i ciekawością. Nosiła w sobie jakąś straszliwą potrzebę, niezaspokojone pragnienie. Chłonęła całą sobą, każdą spędzoną z Ianem minutę, a jednocześnie nienawidziła go każdym, nawet najmniejszym nerwem swojego ciała. Wiedziała, że to Rjiava kocha, ale kiedy leżała wtulona w ramiona ukochanego, nie potrafiła się powstrzymać od wyobrażania sobie, że to właśnie Ian ją w ten sposób dotyka. To była gra, a ona w niej przegrywała. Boleśnie zdawała sobie sprawę, że kiedy osiągnie dno, będzie pod nim jeszcze sześć stóp mułu.

Od wyjścia z domu nie zamienili ani jednego słowa. Po prostu spacerowali w milczeniu. Rjiava miało nie być aż do wieczora, dlatego Ian zasugerował wyjście na wspólny spacer. Effie jak zwykle nie miała pojęcia co mu właściwie chodzi po głowie, szybko się jednak o tym przekonała. Ubranie, które kazał jej włożyć Ian przypominało to, jakie najczęściej noszą uczennice w animowanych pornosach japońskich, potocznie zwanych hentai. Już nawet nie zwracała uwagi na to, że marznie. Pod cienkim płaszczykiem, miała białą, krótką koszulę i mini spódniczkę w szkocką kratę. Jedynym odpowiednim ubraniem na taką pogodę były wysokie, skórzane oficerki na niskim obcasie, naprawdę wygodne i przede wszystkim nieprzemakalne buty. Włosy zaplotła w dwa długie, luźne warkocze. Czuła się trochę jak dziewczyna z reklamy telewizyjnej, takiej puszczanej dopiero po godzinie dziesiątej wieczorem.

Minęli stary budynek z czerwonej cegły, który teraz był opuszczony i cierpliwie oczekiwał na nadchodzący remont. Ian uśmiechnął się drapieżnie i kiedy przechodzili koło budowli, pociągnął ją w tamtą stronę. Serce Effie natychmiast podeszło do gardła. Mężczyzna przyparł dziewczynę do ściany. Wsunął ręce pod jej krótką, kraciastą spódniczkę. Pocałował ją w usta. Odwróciła głowę. Spróbowała się od niego odsunąć, jednak przytrzymał ją stanowczo.

– Ian, nie tutaj – jęknęła błagalnie.

Znów ją pocałował. Miękkimi wargami przesunął po jej karku. Jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.

– Czemu nie? – zapytał cicho. – Mnie się to miejsce podoba. Mam na ciebie ochotę.

– Ian… – zaczęła znowu wypowiadać swoją prośbę.

– Wszystko Eff – przerwał jej chłodnym tonem. – Powiedziałaś, że dasz mi wszystko, czego zapragnę, a ja chcę właśnie tego.

Dziewczyna przestała się wyrywać. Przymknęła oczy. Mężczyzna odwrócił ją tak, że teraz stała przodem do ściany. Zdjął z niej jasny płaszcz, odrzucając go na wilgotną trawę. Podwinął jej króciutką spódniczkę jeszcze wyżej. Chwycił jej ręce i położył tak, że teraz pochylona opierała się o kamienny mur, wypinając w jego stronę zgrabną pupę. Rozsunął jej nogi. Oddech dziewczyny przyspieszył, łzy spływały po jej bladych policzkach. Potrafiła jedynie błagać w myślach, żeby nikt tędy nie przechodził. Ian twardymi dłońmi przesuwał po jej napiętych pośladkach. Włożył rękę pod jej koszulkę i przesunął nią po jej wygiętych w łuk, wyprężonych plecach, potem brzuchu, aż wreszcie zawędrował dłonią na piersi dziewczyny. Drugą rękę wsunął między jej nogi, pieszcząc ją między nimi nadzwyczaj łagodnie i delikatnie. To przeraziło ją tylko jeszcze bardziej. Nie było rzeczą, jakiej mogłaby się po nim spodziewać. Coraz bardziej zastanawiała się co mu chodzi po głowie. Ian wsunął w nią palec, potem drugi i trzeci. Effie nie była w stanie powstrzymać cichych jęków. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego on tak na nią działał. Czemu zrobiła się cała mokra? Nienawidziła tego mężczyzny każdym skrawkiem swojego umysłu, a jednocześnie całe jej ciało pragnęło jego dotyku. Czy Ian miał rację i naprawdę była masochistką, jak oznajmił jej kiedyś podczas jednej z ich długich, dziwacznych rozmów?

Mężczyzna poruszył w niej jeszcze kilkakrotnie palcami, po czym wysunął je ostrożnie. Rozpiął rozporek. Gwałtownie wsunął w nią swój sztywny, czekający niecierpliwie członek. Boleśnie poczuła jego wielkość. Ręce położył na jej biodrach, przyciągając ją mocno do siebie. Trzymał ją tak, wchodząc gwałtownie w jej wnętrze. Jego ruchy były płynne, mocne i szybkie. Dziewczynę zalała kolejna fala podniecenia, pomieszana ze wstydem i upokorzeniem. Coraz bardziej bała się, że ktoś będzie przechodził, że jakaś obca osoba ich zobaczy.

Ian wysunął się z dziewczyny. Podniósł ją, opierając plecami o mur. Chcąc nie chcąc objęła go za szyję ramionami. Oplotła nogami w pasie. Ponownie nadział ją na swoją sterczącą, śliską od jej własnych soków, męskość. Jego ręce leżały na pośladkach Effie, unosząc ją w górę i w dół. Jego usta zawędrowały ku rozdartej, białej koszulce dziewczyny. Pocałował jej dekolt, potem pierś, delikatnie przygryzł sterczący sutek. Później jego usta znalazły się przy ustach dziewczyny. Bezmyślnie, niemal mechanicznie odwzajemniała jego namiętne, natarczywe pocałunki.

W pewnym momencie Ian zwolnił swoje ruchy. Wchodził teraz w Effie równie głęboko, ale wolniej, delikatniej. Dziewczyna jęknęła. Po krótkiej chwili zalała ją fala prawdziwej, niekłamanej rozkoszy. Mężczyzna znowu przyspieszył. Poczuła jak jego członek pulsuje. Jej wnętrze zalała ciepła, lepka ciecz. Ian wysunął się z niej po kilku ostatnich, końcowych ruchach. Postawił ją na ziemi. Zachwiała się. Oparła o chłodną, ceglaną ścianę. Zdziwiła się, kiedy zdjął z siebie czarną, skórzaną kurtkę. Narzucił ją na ramiona Effie, a kiedy włożyła ręce do rękawów, starannie zapiął. Objął ją ramieniem.

– Gdyby ktoś tędy przechodził – szepnął do jej ucha – zabiłbym go bez wahania. Nikt nie będzie bez pozwolenia oglądał mojej własności.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Wtuliła się w bok Iana. Wiedziała, że czarnowłosy mówi jak najbardziej poważnie.

Rozdział X

Przez całą, powrotną drogę do domu, Ian się więcej nie odezwał. Effie została sam na sam, z własnymi, ponurymi myślami. Dodatkowo nie mogła ścierpieć tego, że mężczyzna przez cały czas obejmował ją swoim ramieniem, jakby pokazując światu, że dziewczyna należy tylko do niego. Najgorsze było jednak to, jak cudownie się z tym faktem czuła.

Kiedy weszli do domu, Effie stanęła z szeroko otwartymi oczami, w drzwiach salonu. Drobne dłonie same zacisnęły jej się w pięści. W oczach pojawiły się łzy. Ian wszedł do pokoju tuż za dziewczyną. Na jego twarzy, na krótką chwilę, pojawiło się niekłamane zaskoczenie, później jednak stała się zwyczajową, nieprzeniknioną maską. Rjiav leżał na ciemnozielonej kanapie, a na nim siedziała zupełnie naga blondynka, z naprawdę dużymi, jędrnymi piersiami. Ręce chłopaka błądziły po jej bujnym biuście, a ona poruszała się na jego członku, głośno jęcząc.

Przerwali stosunek, zaskoczeni wtargnięciem do pokoju Effie i Iana. Rjiav zsunął z siebie blondynę, gwałtownie zrywając się z kanapy. Obrzucił stojących w drzwiach intruzów zaskoczonym spojrzeniem.

– Eff, to nie tak… – zaczął, ale dziewczyna nie słuchała.

Odwróciła się na pięcie i wbiegła po schodach na górę. Rjiav chciał pobiec za nią, ale Ian chwycił go za ramię, zatrzymując w pół kroku. Rozbawiony spojrzał w zielone oczy swojego podopiecznego. Chłopak szarpnął się wściekle, ale zyskał tym tylko to, że mężczyzna pchnął go z powrotem na kanapę, z której tak gwałtownie przed chwilą wstawał. Blondynka uśmiechnęła się uroczo, nawet nie próbując ukryć swojej nagości. Podeszła do czarnowłosego uwodzicielskim krokiem. Uśmiechnęła się lubieżnie.

– Witaj Ian, dawno się nie widzieliśmy – stanęła tuż przed mężczyzną, wyciągając ręce ku guzikom jego czarnej koszuli. – Może jednak zmieniłeś zdanie i masz na mnie ochotę? – zapytała rozpinając powoli najwyższy z nich.

Ian błyskawicznym ruchem chwycił jej rękę. Kobieta krzyknęła. Upadła na kolana. Mężczyzna odsunął się od niej z obrzydzeniem wyraźnie malującym się na przystojnej twarzy.

– To cię nauczy, żebyś nigdy więcej nie próbowała mnie dotykać dziwko – wycedził przez zęby.

Rjiav spojrzał na niego szeroko otwartymi ze zgrozy oczami.

– Złamałeś jej rękę – powiedział niedowierzająco.

Ian tylko skinął głową.

– Aha, dlatego na twoim miejscu zabrałbym ją teraz do szpitala – powiedział już zupełnie spokojnym, chłodnym tonem.

Uśmiechnął się drwiąco, a potem śladem Effie wspiął na prowadzące do sypialni schody. Zdziwił się, kiedy zastał dziewczynę siedzącą na podłodze w rogu jego własnego pokoju. Obejmowała ramionami nogi, chowając twarz w kolanach. Jej ramionami wstrząsało ciche łkanie. Ian minął ją obojętnie, kładąc się na plecach na grafitowej narzucie łóżka. Podparł się poduszkami, żeby móc przyglądać się płaczącej dziewczynie. Zdawał sobie sprawę, że powinien czuć satysfakcję, czemu więc tak nie było? W żaden sposób nie zareagowała na jego obecność. W końcu to on nie wytrzymał.

– Jeszcze się nie spakowałaś? – zadrwił.

Podniosła na niego zapłakane oczy.

– Czemu miałabym się pakować? – zapytała zaskoczona.

– Po tym co widziałaś, wnioskuję, że nasza umowa jest już nieaktualna – wzruszył ramionami.

Effie przecząco pokręciła głową.

– Nie, to nieprawda – powiedziała cicho, stłumionym przez łzy głosem. – W dalszym ciągu chcę, żebyś opiekował się Rjiavem.

Ian nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ta dziewczyna była zupełnie nielogiczna.

– Dlaczego? – zadał pierwsze pytanie jakie przyszło mu do głowy.

– Ponieważ go kocham – wyszeptała cicho – nawet jeżeli ty nigdy nie będziesz w stanie tego pojęcia zrozumieć.

– Pomimo tego co zrobił? – zapytał głupio mężczyzna.

– Mimo tego, co mógłby kiedykolwiek zrobić – westchnęła smętnie w odpowiedzi. – Poza tym uratował mi życie, jestem mu w dalszym ciągu coś winna.

– Więc nasza umowa jest dalej aktualna? – upewnił się Ian.

Effie pewnie skinęła głową.

– Dopóki się mną nie znudzisz – oznajmiła poprzez łzy – a ja postaram się, żeby nie prędko się to stało.

Ian odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu.

– Świetnie – stwierdził – w takim razie chodź tutaj – rozkazał pokazując puste miejsce obok siebie na łóżku.

Dziewczyna podeszła posłusznie kładąc się koło mężczyzny na wygniecionej narzucie łóżka. Spojrzała w jego, w tym momencie, czarne jak noc oczy. Ian po raz niewiadomo który opanował chęć przytulenia do siebie zapłakanej dziewczyny. Czemu do licha w ten sposób na niego działała? To nie było właściwie. Już dawno powinien był ją zabić. Leżeli tak wpatrując się w siebie przez dłuższą chwilę. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Pomimo tego, że Ian nie był odpowiednią osobą, kimś, z kim mogłaby o tym porozmawiać, musiała się odezwać.

– Nawet nie poszedł za mną na górę – westchnęła Effie przewracając się na plecy, wzrok wbiła w pomalowany na biało sufit.

– Wiesz dlaczego? – zapytał Ian.

– Nie zależy mu na mnie – westchnęła smętnie dziewczyna.

– Barbie-girl próbowała mnie dotykać. Złamałem rękę tej lafiryndzie – oznajmił spokojnie Ian. – Musiał odwieść ją do szpitala. Pewnie jak wróci będzie próbował się tłumaczyć ze swojego „skoku w bok”.

Effie odwróciła się w jego stronę, podniosła się na łokciu. Spojrzała w lodowato zimne oczy Iana.

– Co zrobiłeś? – spytała niedowierzająco.

– To co słyszałaś – prychnął.

– Jesteś psychopatą! – westchnęła opadając z powrotem na łóżko.

– A to dla ciebie jakaś nowość? – spytał spokojnie mężczyzna.

– Nie – wyszeptała smętnie Effie, odwracając się do niego plecami, żeby w ten sposób wtulić się w jego ciepłe, opiekuńcze ramiona. To było w tym wszystkim najdziwniejsze, jedyne pocieszenie i ochronę mogła znaleźć u osoby, której właśnie najbardziej się obawiała i której szczerze nienawidziła.

Rozdział XI

Rjiav nie patrzył na Effie, nie potrafił jej spojrzeć w oczy. Siedział na brzegu ciemnozielonej kanapy wpatrując się w swoje dłonie. Ogarniała go coraz większa złość. Podniósł wzrok na luzacko opartego o framugę drzwi Iana, który najwyraźniej świetnie się bawił zaistniałą sytuacją.

– Wyniesiesz się stąd wreszcie?! – warknął, na nim wyładowując swój gniew.

– Nie – odpowiedział czarnowłosy, coraz bardziej rozbawiony.

Rjiav chciał warknąć coś w odpowiedzi, ale zanim zdążył nabrać powietrza wtrąciła się Effie.

– Niech zostanie, jeżeli chce – powiedziała cicho.

– Eff, ja… – zaczął łamiącym się głosem.

– Kim była ta blondynka? – spytała beznamiętnym tonem dziewczyna, ponownie mu przerywając.

Policzki Rjiava zapłonęły żywym ogniem, ale postanowił nie pogarszać swojej sytuacji brakiem odpowiedzi na zadane pytanie.

– To Darla, jest naszą przyjaciółką i półkrwi…

Tym razem to Ian postanowił wejść w słowo speszonemu chłopakowi.

– Przyjaciółką? – prychnął. – Półkrwi? To tania dziwka, która uważa się za nietykalną, bo ma w sobie może kroplę naszej krwi. Nasze prawo zabrania nam zabijać się nawzajem – wyjaśnił widząc pytające spojrzenie Effie. – Udowodniłem jej dzisiaj, że jednak nie jest taka bezpieczna jak zawsze sądziła. W każdym razie mnie też naprawdę ciekawi co z nią właściwie robiłeś – zwrócił się do Rjiava z drwiącym uśmieszkiem zabłąkanym w kącikach ust.

– Ja… – zaczął niepewnie chłopak, ale Effie już wiedziała. Nie zamierzała słuchać jego beznadziejnych usprawiedliwień.

– To nie pierwszy raz, prawda? – spytała gorzko.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Skąd wiesz? – zapytał speszony.

– Czemu mnie po prostu nie zostawiłeś? – westchnęła.

– To nie tak – wyszeptał, ciągle nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy.

– Więc jak? – warknęła, zdając sobie sprawę, że jej cierpliwość była już na granicy.

Tym razem spojrzał na nią.

– Zależy mi na tobie Eff, chcę z tobą być, pragnę twojej bliskości, ale potrzebuję kontaktu fizycznego z „naszymi” kobietami – powiedział, jakby tłumaczył dziecku zawarte w elementarzu podstawy. – Zrozum mnie Eff, proszę.

Dziewczynę zmroziło w środku. Dla niego to było NORMALNE. Boleśnie dotarło do niej jak bardzo go kochała. Teraz jedyne czego chciała to zadać mu ból.

– Czy ty też potrzebujesz kontaktu fizycznego z „waszymi” kobietami? – spytała Iana wstając z kanapy.

Czarnowłosy roześmiał się.

– To zimne, wyrachowane suki – odpowiedział drwiąco. – Każda, co do jednej. Nigdy nie wiesz czy nie obudzisz się rano z nożem wbitym w plecy.

Effie zauważyła, że zna jej zamiary, nie wiedziała tylko czy podejmie grę. Podeszła do Iana oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta, kiedy objął ją w talii i przyciągnął do siebie zaborczo. Rjiav gwałtownie zerwał się z kanapy.

– Odsuń się od niej – warknął wściekle.

– O co ci chodzi? – zapytała zimno Effie, w jej błękitnych oczach był tylko lód. – Przecież jeszcze przed chwilą twierdziłeś, że popierasz poligamię.

– Eff, nie… nie z nim – wyszeptał błagalnie.

Roześmiała się, ale w jej śmiechu nie było ani cienia wesołości.

– A co jeżeli robiłam to z nim? – zapytała patrząc Rjiavowi w oczy. – Co jeżeli mi się podobało?

– Eff nie! Nie rozumiesz… – powiedział łamiącym się głosem, wyciągając do niej rękę, jakby chciał w ten sposób wszystko naprawić.

Dziewczyna prychnęła. Pokręciła głową, jakby z politowaniem, a potem dumnym krokiem wspięła się po spiralnych schodach na górę, do sypialni.

W zielonych oczach Rjiava zapłonął gniew.

– Jeżeli ją skrzywdzisz… – warknął.

– Jeżeli ją skrzywdzę, to co? – roześmiał się Ian. – Ona mówiła prawdę, miałem ją setki razy – oznajmił spokojnie patrząc, jak twarz chłopaka zmienia się z każdym jego kolejnym słowem w przepełnioną cierpieniem maskę – a wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Robiła to dla ciebie, w zamian za to, że będę cię chronił. Effie naprawdę cię kochała Rjiav. Głupia naiwna dziewczyna – rzucił jeszcze, żeby dobić chłopaka, po czym z satysfakcją malującą się na przystojnej twarzy i ironicznym uśmieszkiem na ustach, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Rjiav opadł z powrotem na kanapę. Schował twarz w trzęsących się dłoniach. Słowa Iana paliły go żywym ogniem. To co mówił mężczyzna zwyczajnie nie mogło być prawdą, nie mieściło mu się w głowie. Jego Effie… nie, nie mógł jej w ten sposób stracić na zawsze! Po prostu nie mógł sobie na to pozwolić.

Rozdział XII

Ian spojrzał na rozciągniętą na jego łóżku dziewczynę. Patrzyła w sufit, ale tym razem nie płakała. Uśmiechnął się do niej leniwym, aroganckim uśmiechem, kiedy zwróciła na niego spojrzenie swoich pięknych, błękitnych oczu. Na jej twarzy widać było jakieś zacięcie i determinację.

– I co teraz? – spytał rozbawionym głosem.

– Nic – odpowiedziała. – Będziemy grać dalej.

Iana zaskoczyła odpowiedź dziewczyny. W dalszym ciągu nie pojmował jej motywów, nie rozumiał jej zachowania, za to fascynowała go z każdą spędzoną wspólnie chwilą coraz bardziej.

Przez kilka kolejnych dni obserwował jak z premedytacją mści się na Rjiavie. Nigdy nie spodziewałby się po niej takiego typu zachowania. Ona po prostu się nim bawiła, jakby była łowcą, a on stanowił jej, nazbyt łatwą ofiarę. Umyślnie ignorowała chłopaka, paradując mu przed samym nosem, a to w delikatnej koszulce nocnej, której niechcący zsunęło się ramiączko, a to w topie, odsłaniającym połowę brzucha, raz nawet wesoło weszła do kuchni owinięta ręcznikiem kąpielowym, uznając, że koniecznie musi się napić mleka, kiedy Rjiav siedział tam jedząc śniadanie. Wyszła stamtąd z pełnym samozadowolenia uśmiechem, zostawiając chłopaka wgapiającego się w drzwi z otwartą buzią. Gorsze jednak było to jak odnosiła się przy Rjiavie w stosunku do Iana. Z premedytacją i pełnym okrucieństwem łasiła się do niego jak kotka w rui, ale tylko wówczas, kiedy mogła zrobić z tego przedstawienie na użytek chłopaka. Iana na początku to bawiło, ale później zaczęło go równie mocno irytować. Czuł irracjonalną zazdrość o zachowanie Effie, o to, że dziewczynie tak bardzo zależy, żeby ukarać Rjiava, a jednocześnie dalej twierdziła, że go kocha i w żadnym razie nie chciała rezygnować z ochrony dla chłopaka. Po prostu musiał to jakoś zakończyć.

Jeszcze tego samego dnia, po nieprzyjemnym incydencie z Darlą, Effie przeniosła wszystkie swoje rzeczy do sypialni Iana, nawet nie pytając go o zdanie. Zdał sobie sprawę, że jego groźby przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. O tak, bała się go nadal, po prostu ignorowała ten strach, ponieważ zupełnie przestało jej zależeć. To zastanawiało Iana tylko jeszcze bardziej. Musiał zrobić z tym porządek. Jak zwykle postanowił zabawić się na swój własny sposób. Poza tym szykowała się bitwa i, i tak, potrzebowali dodatkowej ochrony.

– Effie, jesteś wredną suką – powiedział, kiedy przekroczyła próg, jego, a właściwie teraz ich wspólnej sypialni.

– Uczę się od mistrza – zamruczała podchodząc do niego bliżej.

Co się stało z tą cichą, uroczą blondyneczką? – przeszło przez myśl Ianowi, kiedy całkiem zadowolony z siebie, zdał sobie sprawę, że to on stworzył tego małego, sadystycznego potwora.

Dziewczyna była tuż przy nim. Oplotła ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta. Spojrzała w jego czarne, pełne żaru oczy. Uśmiechnął się do niej drwiącym, leniwym uśmiechem.

– Świetnie, a więc będziemy grać po twojemu, kociaku – oznajmił niebezpiecznie cichym głosem.

Rzucił dziewczynę na łóżko. Zdarł z niej ubranie, co przy jego niesamowitej sile wcale nie było trudne. Effie nie wyczuła ostrzeżenia w jego głosie, nie znała go aż tak dobrze. Mruknęła tylko, odwzajemniając namiętne pocałunki i pieszczoty podnieconego mężczyzny. Odwrócił ją na brzuch, przodem do drzwi. Podniósł jej pupę do góry. Wsunął dłoń pomiędzy nogi dziewczyny. Tak szybko robiła się przy nim mokra… O tak, to nawet bardziej niż odpowiadało Ianowi. Nieśpiesznie zdjął z siebie spodnie. Spojrzała na niego wyczekująco. Uśmiechnął się ironicznie na myśl ile się przez ten czas między nimi zmieniło. Wiedział, że Effie go pragnie przynajmniej tak samo mocno, jak on jej. Był też przekonany, że jest to czysto fizyczne pragnienie i nie wiążą się z nim żadne cieplejsze uczucia. Wszedł w wilgotne, ciepłe wnętrze. Zaczął się w niej poruszać, niespiesznie i delikatnie. Ręce położył na jej zgrabnych pośladkach, przyciągając dziewczynę jak najbliżej siebie.

Potem w życie wprowadził dalszą część swojego planu. Za pomocą więzi, która łączyła go z uczniem, wysłał krótki, ostry rozkaz w kierunku Rjiava. Chwilę później chłopak stał w drzwiach sypialni z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Jego twarz wykrzywił grymas bólu i niedowierzenia. Ian uśmiechnął się ironicznie. Wiedzieć o czymś, a zobaczyć na własne oczy, to dwie zupełnie różne rzeczy.

Effie spojrzała przerażona na Rjiava. Chciała się wyszarpnąć Ianowi i nakryć kołdrą swoje nagie, kształtne ciało. Mężczyzna trzymał ją jednak zbyt mocno. Nie przestawał poruszać się w jej wnętrzu. Pociągnął ją za włosy, zmuszając w ten sposób, żeby spojrzała na stojącego w drzwiach chłopaka. Rjiav oprzytomniał. Chciał wyjść.

– Nigdzie nie idziesz – powiedział ociekającym słodyczą tonem Ian. – Zostaniesz tutaj do końca „przedstawienia” – zakpił cicho.

Rjiav natychmiast zobaczył „to coś” w czarnych jak noc oczach mężczyzny. Niepewnie, z pobladłą twarzą wszedł do środka i stanął pod ścianą. W oczach Effie pojawiły się łzy. Schowała twarz w pościeli. Tym razem Ian pozwolił jej na to. Przyspieszył swoje ruchy. Po kilku, wlokących się niemal w nieskończoność minutach, wysunął z dziewczyny swojego członka, i skończył brudząc ciepłym płynem jej pośladki i plecy.

– Masz swoją zemstę, czy nie tego właśnie chciałaś? – mruknął cicho do dziewczyny.

Wstał, podciągnął spodnie i zapiął rozporek, po czym wyszedł z sypialni zostawiając Effie sam na sam z Rjiavem. Na jego twarzy gościł okrutny, pełen satysfakcji uśmiech drapieżnika.

Rozdział XIII

Na szklanym blacie stołu stała porcelanowa miseczka z czarnym proszkiem, obok niej kolejna, odrobinę większa z wodą, a na słomianej macie leżał delikatny, cienki pędzelek. Rjiav pobladł na twarzy zobaczywszy te, na pozór niewinnie wyglądające rzeczy. Stanął w drzwiach salonu nie wiedząc czy wejść do środka czy raczej się wycofać. Najwyraźniej jednak rozmyślał zbyt długo, ponieważ za jego plecami pojawił się Ian. Wepchnął chłopaka do pokoju. Rjiav z trudem przełknął ślinę. Przeczesał palcami swoje jasne włosy, w kolorze złocistego piasku plaży. Nie potrafił ukryć swojego zdenerwowania. Ian uśmiechnął się drwiąco na widok zdenerwowania chłopaka.

– To nie dla ciebie – powiedział, a Rjiava ogarnęła wyraźna ulga. – To dla Effie.

Twarz chłopaka natychmiast stężała. Cofnął się o krok.

– Nie – warknął – nie możesz jej tego zrobić.

Ian uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.

– Oczywiście, że mogę i zrobię – odpowiedział powoli. – Przyprowadź ją tutaj – rozkazał.

– Nie – zaprotestował ponownie Rjiav.

Cios padł tak szybko, że nawet nie zauważył kiedy nadszedł. Ian uderzył go, chłopak upadł na podłogę. Z trudem podniósł się z ziemi. Po schodach zbiegła Effie, zaalarmowana hałasem. Stanęła w drzwiach salonu patrząc na nich pytająco.

– Nie ważne, już nie musisz – uśmiechnął się drwiąco Ian. – Chodź do mnie kociaku – powiedział stanowczo.

Effie zrobiła niepewny krok w stronę mężczyzny. Rjiav stanął między nimi, blokując jej drogę.

– Zrób to mi, jeżeli musisz, ale nie jej – syknął.

– O co chodzi? – spytała zaniepokojona dziewczyna.

Ian spojrzał jej w oczy.

– To co ci zrobię będzie bolesne, bardzo bolesne – oznajmił kładąc nacisk na ostatnie słowa. – Nie skrzywdzi cię jednak w żaden fizyczny sposób.

Effie nie spuściła wzroku. Skinęła głową. Wyminęła trzęsącego się ze złości Rjiava i podeszła do kanapy.

– Czego ode mnie oczekujesz? – spytała cicho.

W jej głosie słychać było drżenie, widać było, że dziewczyna się boi, całą sobą jednak przeciwstawiała się temu uczuciu.

– Zdejmij bluzę – rozkazał spokojnie, ale stanowczo Ian. – Już cię nie potrzebuję – zwrócił się z drwiącym uśmiechem do Rjiava.

– Zostanę – powiedział chłopak zagryzając zęby.

– Świetnie – oznajmił mężczyzna, patrząc jak Effie spokojnie wykonuje jego polecenie i zdejmuje z siebie granatową, dresową bluzę, odsłaniając czarny, koronkowy stanik. – W takim razie przydasz się na coś i będziesz ją trzymał. Jeżeli się poruszy, jest szansa, że zrobię jej krzywdę.

Rjiav skinął głową w milczącym potwierdzeniu. Znał rytuał. Wzdrygnął się na myśl o czarnych malunkach zdobiących jego własne ciało. Aż nazbyt dobrze go znał. Usiadł na kanapie sadzając przed sobą Effie, objął ją ramionami i przycisnął do siebie, tak żeby nie mogła się poruszyć. Odwróciła głowę i spojrzała na niego pytająco. Nie potrafił się zdobyć na to, żeby odpowiedzieć na nieme pytanie. Odwrócił wzrok.

Ian spokojnie rozmieszał czarny proszek z odrobiną wody, tak, że powstała maź konsystencji gęstej śmietany. Podszedł do kanapy. Stanął przy nich wyczekująco. Rjiav odwrócił dziewczynę tak, że siedziała teraz bokiem. Objął ją ramieniem, przytulając do siebie, jednocześnie zasłaniając jej usta dłonią. Był przekonany, że będzie próbowała krzyczeć. Nogami przygniótł jej nogi, drugą ręką przytrzymał jej ręce. Była teraz zupełnie unieruchomiona.

Kiedy Ian zanurzył pędzelek w roztworze, w szarych oczach mężczyzny był tylko lód. Dziewczyna szarpnęła się z całej siły, gdy tylko pierwsza kreska dotknęła jej odsłoniętej skóry. Rjiav przytrzymał ją mocno, skupiając się tylko na tym, żeby niechcący nie złamać jej ręki. Znał ten okropny ból, kiedy czarna farba wżerała się w ciało. Runy paliły żywym ogniem, człowiek czuł jakby spalał się żywcem, a jednocześnie, jakby coś wżerało się w jego ciało. Najgorsze było to, że magia nie pozwalała na utratę przytomności. Kiedy Ian skończył malować skomplikowany wzór na jej lewym ramieniu, całe ciało dziewczyny drżało, a ona płakała, nie potrafiąc powstrzymać łez.

– Odwróć ją – rozkazał mężczyzna chłodnym tonem.

W oczach Rjiava pojawiło się przerażenie. Jak to, to jeszcze nie koniec?

– Ian, wystarczy jej – szepnął błagalnie.

– Odwróć ją, żebym miał dostęp do drugiego ramienia – powiedział zbyt spokojnym głosem mężczyzna.

Kiedy tylko Rjiav zwolnił uścisk dziewczyna wysunęła się z jego objęć odskakując jak najdalej od nich. Ian złapał ją zanim dobiegła do drzwi. Pchnął w stronę chłopaka. Rjiav ponownie posadził ją sobie na kolanach, tym razem drugim bokiem na zewnątrz. Mężczyzna namalował na jej ramieniu skomplikowany rysunek, bliźniaczo podobny do drugiego.

– Zajmij się nią – powiedział spokojnie, zabierając ze sobą naczynia i wychodząc z pokoju, zostawiając łkającą dziewczynę sam na sam z Rjiavem.

Ian starannie oczyścił naczynia w kuchennym zlewie, zamykając resztę rozrobionego barwnika w małym szklanym pojemniczku. Bardzo starał się, żeby nie miał kontaktu ze skórą. Nie mógł go zostawić. Był zbyt rzadki i cenny, żeby go marnować. Zdziwił się, kiedy przez kuchenne drzwi weszła Effie. Z trudem stała o własnych siłach. Spojrzał na jej zapłakaną twarz i lśniące od łez, chabrowe oczy. Kiedy jednak odezwała się jej głos był drżący, ale nadzwyczaj spokojny, jakby dziewczyna zupełnie pogodziła się ze swoim losem.

– Za co tym razem mnie ukarałeś? – spytała cicho.

– Ukarałem? – warknął nie potrafiąc zapanować nad gniewem, który go ogarnął gdy wypowiedziała te słowa. W jednej chwili znalazł się przy dziewczynie. Brutalnie przycisnął ją do ściany. Spojrzał jej w oczy. – Ty mała idiotko – warknął – gdybym chciał cię ukarać, nie marnowałbym na to sproszkowanych nasion chantrieri i tak wystarczająco trudno je zdobyć.

Spojrzał w jej przestraszone oczy. Nie rozumiała. Dobrze. Nie chciał, żeby zrozumiała. Puścił ją. Wybiegła z kuchni. Ian przymknął oczy. Niedługo okaże się czy dobrze zrobił.

Rozdział XIV

Effie siedziała pod ścianą, tuliła trochę ponad roczną dziewczynkę w swoich ramionach. To było jak jakiś koszmarny sen. Przerażone dziecko wpadło w histerię i zanosiło się spazmatycznym płaczem. W żaden sposób nie potrafiła jej uspokoić. Dziewczynka płakała od prawie godziny, gdy Ian przyniósł ją do domu i bezceremonialnie wręczył dziewczynie. Kiedy zapytała co to za dziecko, odpowiedział tajemniczo, że to nie dziecko, a przedmiot szantażu. Na te słowa Effie zmroziło w środku. Nie miała pojęcia jak daleko jest w stanie posunąć się ten mężczyzna. W jaką grę tym razem postanowił grać?

– Uspokój wreszcie tego bachora – warknął Ian – nie słyszę własnych myśli jak tak wrzeszczy.

– Nie potrafię – szepnęła przerażona Effie, bała się, że czarnowłosy swoją złość postanowi wyładować na dziecku. Wiedziała, że ten mężczyzna nie miał żadnych ludzkich uczuć. Nikomu nie współczuł, z nikim nigdy się nie liczył. – Nie! – wyrwało jej się, kiedy podszedł i wyszarpnął płaczące dziecko z jej ramion.

– Zamknij się – warknął do niej. – Lepiej przydaj się na coś i przynieś jakieś jedzenie. Umieram z głodu.

Effie nie chciała go jeszcze bardziej denerwować, wiedziała z czym to się wiąże, a i tak nie był już w najlepszym humorze. Wstała ze swojego miejsca i zniknęła w niewielkiej, jasnej kuchni. W pośpiechu zaczęła odgrzewać jedzenie, ciągle bojąc się, że wkurzony Ian zrobi dziecku jakąś krzywdę. Najbardziej martwiło ją to, że nie słyszała już, dobiegającego z pokoju, histerycznego płaczu małej. Po wlekących się nieubłaganie, w nieskończoność chwilach stanęła z tacą w progu pokoju. Jej chabrowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Czarnowłosy młodzieniec podnosił dziewczynkę wysoko, podrzucając ją niemal pod sam sufit, potem łapał, sadzał na podłodze i znikał, żeby za chwilę pojawić się w jakimś zupełnie innym, nieoczekiwanym miejscu. Dziecko obracało się szukając go wzrokiem, a kiedy go znalazło, za każdym razem wybuchało radosnym śmiechem, wtedy podchodził do niej i znowu brał na ręce. Przerwał zabawę, dopiero kiedy zauważył stojącą w drzwiach Effie. Wziął od niej tacę i wręczył jej roześmianą dziewczynkę. Usiadł na ciemnozielonej kanapie i jak gdyby nigdy nic zaczął pochłaniać gorący obiad.

Effie przez dwie godziny opiekowała się dziewczynką. Bawiła się z nią na podłodze, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Wstała, biorąc małą na ręce i chciała otworzyć drzwi, ale siedzący do tej pory spokojnie Ian zatrzymał ją w drzwiach salonu.

– Ja otworzę, a ty się stąd nie ruszysz i będziesz siedziała cicho – oznajmił lodowato zimnym głosem.

Posłusznie wróciła do pokoju, siadając z dzieckiem na kanapie. Nie mogła się jednak powstrzymać od zaciekawionego spojrzenia, które utkwiła w prowadzących na korytarz, uchylonych drzwiach salonu.

Ian wpuścił do mieszkania mężczyznę. Był szczupły, jakby zagłodzony, a jego twarz była niezdrowo blada. Zaciśnięte w pięści dłonie drżały.

– Oddaj mi moje dziecko – powiedział drżącym od hamowanych emocji głosem, w jego brązowych, łagodnych oczach była taka nienawiść, jakiej Effie sama nigdy nie potrafiłaby wyrazić.

Ian uśmiechnął się aroganckim, drapieżnym uśmiechem. Bawiło go to, co działo się z tym mężczyzną! Jego to naprawdę bawiło! – uświadomiła sobie z przerażeniem dziewczyna.

– Oczywiście – powiedział spokojnym, cichym głosem – jak tylko dobrowolnie zgłosisz się, żeby stanąć przed sądem.

Mężczyzna pobladł jeszcze bardziej.

– Oni je zabiją – powiedział przerażony – zabiją je obie!

– Możliwe – z twarzy Iana nie schodził drwiący, arogancki uśmiech. – Tyle, że trzeba było o tym myśleć, zanim postanowiłeś zdradzić swoją rasę.

– Nie zdradziłem swojej rasy – odwarknął tamten, a jego wzrok w tym momencie spoczął na Effie i dziecku siedzącym na jej kolanach.

Mężczyzna zawył wściekle i rzucił się w kierunku dziewczyny. Ian był od niego szybszy, wyrwał jej dziecko, i odsunął się z nim pod ścianę, zostawiając tamtemu wolny dostęp do patrzącej szeroko otwartymi oczami Effie. Mężczyzna podniósł ją z kanapy, chwycił za gardło.

– Zabiję ją, jeżeli nie oddasz mi mojego dziecka – warknął wściekle, mocniej zaciskając rękę na szyi dziewczyny.

W oczach Iana był tylko lód.

– Nie żałuj sobie – odpowiedział lodowato zimnym tonem – a potem porozmawiamy o twoim stawieniu się na procesie.

Mężczyzna wiedział już, że to nic nie da, mimo to zacisnął rękę z zamiarem uduszenia dziewczyny. Nagle Effie poczuła jak otacza ją ciemność. Czarna jak noc mgła zaczęła unosić się z jej ciała. Mężczyzna krzyknął. Coś go od niej odepchnęło. Upadł na podłogę, konwulsyjnie starając się zaczerpnąć powietrza. Zaczął rzęzić i charczeć. Przerażona dziewczyna spojrzała na Iana. Czarnowłosy nie ruszył się z miejsca. Jego szare oczy obojętnie patrzyły na wijącego się w agonii mężczyznę. Wreszcie, po kilku długich, wlokących się w nieskończoność minutach tamten znieruchomiał.

– Co mu zrobiłeś? – szepnęła przerażona Effie.

Ian uśmiechnął się do niej drwiąco.

– Ja nic mu nie zrobiłem, to twoje runy tak działają. Jak odbicie lustrzane. Planował zrobić z tobą dokładnie to samo – odpowiedział wyraźnie zadowolony ze swojego dzieła.

Effie spojrzała na martwego mężczyznę. Zadrżała. Nie chciała wiedzieć, musiała jednak zapytać.

– Co zrobisz z dzieckiem? – zadała pytanie nie patrząc na niego.

Wzruszył ramionami.

– Ty zdecyduj – oznajmił.

Popatrzyła na Iana, żeby upewnić się czy mówił poważnie. Wykorzystał tego mężczyznę, żeby wypróbować swoje dzieło! Oh, nie wątpiła w to, że dostał zadanie, żeby go schwytać, postanowił jednak wykorzystać to do swoich własnych celów, tak jak wszystko inne. Dla niego całe życie było grą.

– Czy jej matka żyje? – zapytała cicho.

– Tak – odpowiedział obserwując ją z zainteresowaniem.

– Więc oddaj jej dziecko – powiedziała cichym głosem, w którym było więcej prośby niż czegokolwiek innego.

– Świetnie, mieszka przy Baker street 14/9, samo centrum. – Podszedł do niej i włożył małą w jej drżące ręce. – Sama ją oddasz. Ja zajmę się ciałem.

– Nie skrzywdzisz ich? – upewniła się dziewczyna.

– Nie, ja ich nie skrzywdzę – powiedział tak, że ciarki przeszły jej po plecach na samą myśl o wieloznaczności tej odpowiedzi.

Włożyła buty i pospiesznie wyszła z domu. Błagała w duchu, żeby Ian przypadkiem nie zmienił zdania. Jak na Londyn, był to wyjątkowo pogodny i słoneczny dzień. W pośpiechu, nie patrząc dokąd idzie, wpadła na kogoś, kiedy wychodziła przed budynek w którym znajdowało się ich mieszkanie. Podniosła wzrok i odetchnęła z ulgą.

– Co tu robisz? – warknął gniewny głos Rjiava, potem jego spojrzenie przeniosło się z twarzy dziewczyny na tuloną przez nią w ramionach dziewczynkę. – Co to za dzieciak?

Effie przełknęła ślinę. Postanowiła zaryzykować.

– Podwieziesz mnie do centrum? – poprosiła cicho.

Rjiav spojrzał w jej poważne, błagalnie patrzące na niego oczy. To mu wystarczyło. Skinął głową. Chwilę później siedzieli już w samochodzie chłopaka. Wspólnie odwieźli dziewczynkę przerażonej matce, którą zastali w takcie pakowania swoich rzeczy. Effie uznała, że to najlepsze co może zrobić ta kobieta. Tylko dlaczego Ian ją tutaj wysłał? No cóż, nie będzie zadawała pytań. Wystarczy jej to, że przynajmniej matka i jej córeczka, ciągle były żywe.

Rozdział XV

Effie leżała na szerokim łóżku, wtulona w ramiona Iana. Przed chwilą się kochali, a on nie robił tego, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby, on zaspakajał ją. Byli w jego sypialni, która teraz stała się ich wspólną sypialnią. Dziewczyna zastanawiała się nad tym dlaczego tu jeszcze jest. Sama nie wiedziała co nią kierowało, ale po prostu musiała zostać, nie mogła pozwolić… no właśnie sama nie wiedziała na co tak naprawdę nie mogła pozwolić, do czego tak tragicznie nie chciała dopuścić. To było jak jakiś wewnętrzny przymus, a przecież tak naprawdę nic jej tutaj dłużej nie trzymało. Przypomniała sobie czarną mgłę, która zaczęła unosić się ze skomplikowanych linii wymalowanych na jej ramionach. Więc to naprawdę nie była kara, tylko dlaczego Ian chciał ją chronić? Czy on naprawdę mógł coś do niej czuć?

– O czym myślisz? – spytał mężczyzna, odwracając się na bok, żeby na nią popatrzeć.

Kiedy się poruszył, włosy zawadiacko opadły mu na czoło. Jego oczy były czarne, jak bezgwiezdna noc. Niemal fizycznie mogła wyczuć jego podniecenie. Obrzuciła wzrokiem jego smukłe, gibkie ciało. Był tak cholernie przystojny! Pragnęła go przynajmniej równie mocno, co on jej.

– Myślę, że zaczęło ci na mnie zależeć – wyszeptała cicho Effie.

Dziewczyna po niewczasie zdała sobie sprawę, że te szczere słowa były poważnym błędem.

– Naprawdę tak sądzisz? – syknął Ian. Jego oczy z czarnych stały się stalowoszare i niesamowicie zimne. – Więc chyba najwyższy czas, żebym ci udowodnił, że jesteś dla mnie tylko nic nie wartą dziwką!

Powoli, z pozbawioną emocji twarzą wstał z łóżka i włożył spodnie.

– Za pięć minut masz być na dole – rozkazał nazbyt cichym i przyjemnym głosem, a potem zniknął za drzwiami.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Pospiesznie wciągnęła na siebie porozrzucane po podłodze części garderoby. Za bardzo się bała, żeby go nie posłuchać. Po chwili już była na dole. Ian wyprowadził ją z mieszkania i wsadził do samochodu. Pół godziny później wysiedli w wąskiej uliczce na obrzeżach miasta. Dziewczyna była zbyt przestraszona, żeby się odezwać. Ian także milczał. Wszedł do paskudnie wyglądającego, obdrapanego budynku. Poprowadził ją starymi, drewnianymi schodami na drugie piętro. Otworzył mocno podrapane, zielone drzwi. Weszli do środka. W mieszkaniu było dwóch mężczyzn. Spojrzeli pytająco na Iana. Czarnowłosy pchnął Effie na podłogę.

– Mam dla was zabaweczkę, chłopaki – uśmiechnął się ponuro.

Tamci wyszczerzyli zęby w szerokich uśmiechach. Przypadli do leżącej na poplamionym dywanie dziewczyny. Poczuła ich ręce na swoim delikatnym ciele. Brutalnie zaczęli zdzierać z niej ubranie. Czarnowłosy stał przy drzwiach przypatrując się temu beznamiętnym wzrokiem. Jego twarz była jak maska, nie wyrażała kompletnie niczego.

– Ian, proszę, przerwij to – jęknęła błagalnie dziewczyna.

Po jej alabastrowych policzkach ściekały strumienie słonych łez. Jeden z mężczyzn, z którymi się szamotała wymierzył jej mocny policzek.

– Zamknij się dziwko – warknął.

– Ian… – spróbowała po raz kolejny dziewczyna, ale poczuła na swoich ustach twardą, męską dłoń.

Guziki z koszuli Effie rozsypały się po podłodze. Oczom mężczyzn ukazał się delikatny, koronkowy stanik. Spojrzała mokrymi od łez oczami w lodowato zimne, szare oczy Iana. Czarnowłosy przypatrywał się niewzruszenie całej dziejącej się w pokoju scenie. Dziewczyna czuła na swoim ciele brutalnie obmacujące ją ręce. Ich dotyk niemal parzył, kiedy darli na strzępy jej wygniecione ubranie. Gorzkie łzy ściekały po policzkach Effie. Co oni z nią zrobią? Oczami wyobraźni widziała dokładnie i ze szczegółami, co. Próbowała się wyrwać, walczyć z nimi. Drapała i gryzła, ale jedyne co osiągnęła w ten sposób to jeszcze większy ból spowodowany przed brutalne uderzenia mężczyzn. Jeden z nich siłą rozsunął jej nogi. Zaczął rozpinać rozporek dziewczyny.

Nie, nie, nie – błagała w myślach Effie. Wiedziała, że popełniła błąd, ale nie mogła uwierzyć, że Ian w ten sposób się za niego mści. A jednak, to co się działo było rzeczywistością.

Zaskoczona podniosła wzrok. Ian w jednej chwili znalazł się przy nich i odepchnął od dziewczyny macających ją mężczyzn. Gwałtownie zaprotestowali. Czarnowłosy zignorował ich i podniósł dziewczynę z podłogi, otulając jej podartą koszulę własną.

– Dlaczego ją zabierasz szefie? – zaprotestował jeden z lubieżnie gapiących się na Effie mężczyzn.

– Ona dostała już nauczkę, a ja nie widzę powodu, żeby sprawiać wam przyjemność – warknął Ian. – To moja własność i nigdy nie zamierzałem się nią dzielić. Macie jeszcze jakieś „ale”? – zapytał złowróżbnie.

Mężczyźni z nieszczęśliwymi minami przecząco pokręcili głowami. Ian chwycił mocno Effie za ramię i zapłakaną, ciągle drżącą, wyprowadził z mieszkania.

Kiedy znaleźli się w domu Ian natychmiast zaprowadził Effie do łazienki. Rozebrał ją do naga. Dziewczyna patrzyła w podłogę, nie reagując w żaden sposób na to co z nią robi. Mężczyzna nalał do wanny ciepłej wody. Delikatnie wziął nieprotestującą Effie na ręce i posadził w wannie. Skuliła się oplatając ramionami swoje kolana. Zmusił ją, żeby na niego spojrzała.

– Czy teraz sytuacja jest dla ciebie bardziej jasna? – spytał trzymając jej brodę tak, że musiała patrzeć mu prosto w oczy. W jego zimne, szare oczy.

– Tak – szepnęła, a on dopiero wtedy ją puścił.

Łzy nie chciały dłużej płynąć. Nie czuła już nawet bólu spowodowanego przez siniaki, które miała na całym ciele. Pozostały tylko otępienie, brak czucia oraz apatia i mimo, że Ian nie pozwolił mężczyznom nawet na to, żeby ściągnęli z niej spodnie, miała wrażenie, że wszędzie na sobie czuje brutalny dotyk ich rąk.

Rozdział XVI

Ian chodził niespokojnie po wysoko sklepionej piwnicy w której urządzili z Rjiavem salę do ćwiczeń. Była tu różnego rodzaju broń biała, pod ścianami leżały materace i poustawiane były specjalnie wzmocnione kukły treningowe. Na suficie wisiały osłonięte kratami lampy, wystarczająco jasne by przy nich ćwiczyć, ale nie tak jasne żeby razić w oczy.

Co z tą cholerną dziewczyną było nie tak?

Setki, tysiące myśli na minutę przebiegały po głowie Iana, a każda z nich była bardziej niepewna i ponura. Zdawał sobie sprawę dlaczego tak się zdenerwował, kiedy powiedziała, że myśli, iż mu na niej zależy. Ogarnął go gniew, ponieważ dziewczyna mówiła prawdę. To nie było normalne. To nie było w porządku. To nigdy nie powinno się zdarzyć, nie jemu. Wcześniej na różne sposoby tłumaczył sobie dlaczego jej nie zabił, czemu na jej ramionach namalował ochronne runy, ale to co wydarzyło się poprzedniego dnia… nie, tego w żaden sposób nie potrafił przed sobą usprawiedliwić. W jednej chwili był gotowy pokazać jak niewiele dla niego znaczy, a już w następnej ogarnęła go dzika furia, że ktoś śmie dotykać JEGO Effie. Przymknął oczy. Nie mógł znieść jej łez, jej błagalnego spojrzenia, nie potrafił zignorować wołania o pomoc. Z całą wściekłością jaką w sobie dusił uderzył w worek treningowy, który rozkołysał się do granic możliwości. Cały jego świat zakołysał się w podstawach, zupełnie jak ten głupi worek.

Z ponurej zadumy wyrwał go hałas otwierających się drzwi. Do piwnicy wszedł Rjiav. Ręce trzymał w kieszeniach. Patrzył ponuro na swojego nauczyciela.

– Dokończyłem za ciebie „sprawę” – powiedział cierpko.

Ian spojrzał na niego pytająco.

– Jaką sprawę? – spytał ukrywając zaskoczenie.

– Tą, którą przekazałeś mi przez Effie – oznajmił spuszczając wzrok.

Twarz czarnowłosego stężała.

– Chcesz powiedzieć, że…

Rjiav podniósł na niego wzrok. Miał mocno umęczony wyraz twarzy. W jego zwykle bystrym spojrzeniu malowała się jakaś dziwna, głęboka pustka.

– Zabiłem kobietę i dziecko – oznajmił cicho.

Gniew w oczach Iana zmienił się w zimną, wyrachowaną, morderczą furię. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. Oczy zasnuła mu czerwona mgła. Jedyne na czym starał się teraz skupić to, to, żeby nie zamordować na miejscu jasnowłosego chłopaka.

Rozdział XVII

Popołudnie było deszczowe i chłodne. Effie wracała z zajęć na uczelni, jedynej ostoi normalności w jej nowym życiu. Była cała przemoczona i przemarznięta, a mimo to nie znajdowała ukojenia w myśli, że już za chwilę znajdzie się w ciepłym, suchym mieszkaniu. Nie chciała spotkać ani Rjiava, ani tym bardziej Iana, a mimo to nie mogła od nich odejść. Nie potrafiła tego zrobić. Trzymała ją przy nich jakaś dziwna, tajemnicza siła. Mimo to dalej była zdolna do nienawiści i czuła ją, do nich obydwu. Odejdzie, ucieknie od tego życia, ale jeszcze nie teraz. Nie nadszedł na to właściwy czas.

Odetchnęła głęboko, kiedy znalazła się pod drzwiami mieszkania. Niechętnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Z trudem powstrzymała się od krzyku. Podłoga w korytarzu tonęła we krwi, zdobione drobnymi, zielonymi listkami ściany wcale nie wyglądały dużo lepiej. Opanowała się jednak natychmiast, kiedy zobaczyła leżącego pod ścianą chłopaka. Odrzuciła w kąt swoją sztruksową torbę i uklęknęła przy nim. Rjiav wyglądał tragicznie. Jego krzywo przycięte, przydługie włosy posklejane były zaschniętą krwią. Ubranie miał poprzedzierane w wielu miejscach, a twarz opuchniętą. Nie był jednak nieprzytomny, kiedy łagodnie wypowiedziała jego imię, spojrzał na nią mętnym wzrokiem.

– Uciekaj Eff- wychrypiał ledwo słyszalnym głosem – błagam cię, uciekaj.

Spojrzała na niego nie rozumiejąc.

– Co ci się stało? – spytała starając się, żeby nie dosłyszał drżenia w jej głosie. – Jak mogę ci pomóc?

Gdy zobaczyła śmiertelny strach w jego oczach, było już zdecydowanie za późno. Odwróciła się by zobaczyć stojącego nad sobą Iana. Mężczyzna podniósł ją brutalnie z podłogi i wepchnął do salonu, zostawiając cierpiącego Rjiava samego na korytarzu.

– Nasz układ jest już nie aktualny – warknął, gdy pchnął ją, zdecydowanie zbyt mocno, na ciemnozieloną kanapę. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. – Masz ostatnią szansę, żeby stąd odejść żywa – oznajmił chłodno. – Teraz.

– Spakuję się – powiedziała cicho, coraz bardziej przerażona Effie.

– Nie – oznajmił spokojnie Ian uśmiechając się zimno. – Wyniesiesz się w tej chwili albo wcale.

– Ale… – dziewczyna podniosła na niego wzrok i natychmiast zaprzestała wszelkich protestów.

Mężczyzna nie blefował. Effie zerwała się z kanapy i szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Chwyciła swoją sztruksową torbę, obrzuciła Rjiava ostatnim, pełnym bólu spojrzeniem i wybiegła z mieszkania.

Rozdział XVIII

Paskudne popołudnie zmieniło się w równie nieprzyjemny, ponury i wilgotny wieczór. Przemarznięta Effie nie wiedziała co ze sobą zrobić. Nie miała dokąd pójść. Miała niewiele pieniędzy, nie stać jej było na hotelowy pokój, a nie chciała się całą noc błąkać po tonących w deszczu ulicach Londynu. W końcu, z braku lepszych pomysłów wsiadła do metra i już kilkanaście minut później pytała recepcjonistę o wolny pokój w akademiku.

Pokój był malutki, ale jasny i przytulny. Pod ścianami stały dwa wąskie drewniane lóżka, przy nich dwa biurka i niewielka, prosta szafa. Łazienka i kuchnia do przyrządzania własnych posiłków mieściły się w korytarzu. Gdy tylko recepcjonista, starszy, poczciwy mężczyzna oprowadził ją po akademiku i w końcu zostawił, Effie padła na łóżko, wtulając twarz w poduszkę. Zbyt zrozpaczona i wyczerpana na cokolwiek innego.

Wreszcie, kiedy nie była w stanie już dłużej płakać, zaczęła przeglądać zawartość swojej torby. Miała ze sobą tylko to, co zabrała rano na uczelnie. Całe jej życie było w tej głupiej, małej torbie. Zaskoczona wyciągnęła z niej zapakowanego w czarne etui, płaskiego netbooka.

Co on tu do cholery robi? Czyje to?

Otworzyła komputer kładąc go sobie na kolanach. Już po chwili pokazała się czarna tapeta z czerwonym jabłkiem i napisem Death Note. Pulpit był starannie wyczyszczony, poza kilkoma plikami w formacie PDF. Otworzyła jeden z nich. W dokumencie były nazwy banków, numery skrytek i hasła do nich. W kolejnym były mapy państw w całej Europie, a na nich pozaznaczane punkty i adresy domów. Effie nie rozumiała, ale kładła się do łóżka z myślą o tym, żeby zaryzykować. Nie miała już nic do stracenia.

Rozdział XIX

Do mieszkania przy Finchley Road wpadło kilka ciemno odzianych postaci. Ktoś doniósł im, że była tu ludzka kobieta, znająca tajemnicę ich rasy. Potrzebowali na to dowodów. Jedna z osób zatrzymała się w korytarzu. Przykucnęła przy leżącym pod ścianą chłopaku.

– Żyje – oznajmiła kobieta, patrzącemu na nią pytająco mężczyźnie – to jeden z naszych.

Mężczyzna skinął głową. Przywołał gestem dwóch swoich towarzyszy.

– Opatrzcie go – powiedział głosem świadczącym o tym, że to właśnie on tu rządzi.

Zostawił rannego ze swoimi ludźmi, a potem powoli, ostrożnie, przygotowany na każdy niespodziewany atak, wszedł do pokoju. Przystanął zaskoczony jeszcze w progu. Na ciemnozielonej kanapie siedział wygodnie rozparty mężczyzna. Wyglądał na zupełnie rozluźnionego. Miał znudzony, obojętny wyraz twarzy. Ciemne włosy zawadiacko opadały mu na oczy, czarna koszula była niechlujnie rozpięta.

– Ian – warknął, a słowo to w jego ustach brzmiało jak najgorsze możliwe przekleństwo. – Co ty tu robisz?

Czarnowłosy uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.

– To samo pytanie mógłbym zadać tobie, Gregory – powiedział niebezpiecznie cichym i spokojnym głosem.

– Dostaliśmy informację, że nasi żyją tu z ludzką kobietą – niemal syknął tamten, a w jego oczach pojawił się błysk nadziei.

– Masz dobre informacje – uśmiechnął się pogardliwie Ian. – Zabawiałem się tu z dziewczyną.

– Gdzie jest teraz? – zapytał Gregory, ledwo trzymając na wodzy swoją niechęć od której aż kipiał. – Chcę ją zobaczyć – to nie była prośba, tylko oficjalny rozkaz.

– Jak sobie życzysz – odpowiedział czarnowłosy z gracją drapieżnika wstając z kanapy. – Możesz zobaczyć… – przerwał na moment jakby się zastanawiając nad odpowiednimi słowami – to co z niej zostało.

Wskazał mężczyźnie spiralne schody, a sam stanął przy poręczy zupełnie rozluźniony, jakby podejmował gości, którzy są w stanie wybaczyć mu każdy faux pas. Gregory zawahał się przez chwilę, a potem rozkazał wejść po spiralnych schodach jednej z towarzyszących mu niewiast. Po krótkiej chwili martwej ciszy rozległ się przeszywający powietrze krzyk, a potem kobieta wybiegła z sypialni, prawie spadając z drewnianych schodów.

– Ty sadysto! – warknęła w stronę Iana, który obdarzył ją czarującym, pełnym satysfakcji uśmiechem.

Minęła go i zniknęła w drzwiach kuchni. Gregory nie poszedł za nią. Spojrzał pytająco na czarnowłosego mężczyznę. Ian wzruszył ramionami.

– Miło, że się tu pofatygowaliście – odpowiedział zimno – ale jak widzisz potrafię sam załatwiać swoje sprawy.

Gregory z trudem przełknął ślinę. Mimo doświadczenia i swojej rangi kapitana, nigdy otwarcie nie zdecydowałby się stanąć do walki z Ianem, zwłaszcza, jeżeli nie miałby dostatecznego, popartego prawem powodu. Wiedział, że słowa mężczyzny w żadnym wypadku nie były jednoznaczne.

Kobieta, która wyszła z sypialni z pobladłą twarzą wymiotowała teraz nad kuchennym zlewem.

– To sadysta i psychopata – syknęła wściekle druga, chodząca niespokojnie po kuchni, ze zdenerwowania zawijając na palcu rude loki.

– I tak byśmy ją zabili – odpowiedziała z trudem ta stojąca nad zlewem.

Ruda zatrzymała się w pół kroku.

– Z pewnością – odpowiedziała cicho – ale miałaby szybką śmierć, nie musiałaby cierpieć w taki sposób.

Obie natychmiast zamilkły, kiedy w kuchni pojawili się mężczyźni.

– Co z chłopakiem? – w końcu odważyła się zadać pytanie jedna z nich.

– Kwestionujesz moje metody nauczania? – zawarczał natychmiast w odpowiedzi Ian.

– Nie, ja tylko… – zaczęła przestraszona, ale Gregory nie pozwolił jej dokończyć.

– Chodźmy stąd – powiedział cichym, rozkazującym tonem. – Nie mamy tu już czego szukać.

Jeszcze raz, z nienawiścią spojrzał na Iana, a potem wyprowadził obie kobiety z kuchni. W korytarzu czekali już pozostali mężczyźni. Z żalem spojrzał na chłopaka, którego umyli, opatrzyli, a potem ułożyli na ciemnozielonej kanapie. Miał pecha trafić na takiego właśnie nauczyciela, ale to już nie leżało w jego gestii. W ponurym milczeniu, niczym cienie, wyszli z tonącego w krwi mieszkania przy Finchley Road, a Gregory miał szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał tam wrócić.

Rozdział XX

Kiedy Ian upewnił się, że wyszli z budynku, wyczerpany osunął się na kolana. Podtrzymywanie tak mocnej iluzji, żeby oszukała kapitana kosztowało go naprawdę wiele wysiłku. Musiał coś zjeść i odpocząć, to były teraz jego priorytety, potem pomyśli co dalej, ale najpierw… tak na to znajdzie w sobie jeszcze dość siły. Wstał starając się nie chwiać na nogach, ściągnął z wieszaka swoją skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami.

W przeciągu kilku minut znalazł się na obrzeżach miasta. Wszedł do jednego ze zniszczonych, starych domów. Otworzył zielone, obdrapane drzwi i wśliznął się cicho, niczym cień do zaniedbanego mieszkania. Co prawda nie mógł zabijać, ale były inne, równie skuteczne sposoby…

Zaskoczeni mężczyźni zauważyli jego obecność dopiero, gdy było już za późno. Był teraz katem, mrocznym i niewzruszonym. To oni go zdradzili i musieli za to zapłacić, a on tylko ustalał cenę.

Wrócił do domu jeszcze bardziej zmęczony niż przedtem. Był teraz łatwym celem, ale postanowił o tym nie myśleć. Sam nie mógł uwierzyć jak wiele rzeczy przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wszedł do salonu. Rjiav spał na kanapie. „Policja” zakpił w myślach Ian dobrze się nim zajęła. Chłopak zaczął nadawać się do życia mimo niedawnego zetknięcia z jego morderczą furią. Dobrze. Wszystko układało się po jego myśli.

– Obudź się – warknął stając nad nim.

Rjiav jęknął. Obrzucił Iana na wpół przytomnym spojrzeniem. Potem zagryzł zęby.

– Co jej zrobiłeś? – syknął.

– Wiesz, że są inne sposoby na rozładowanie energii niż seks? – spytał przywdziewając na twarz maskę drwiącego, ironicznego uśmiechu.

Chłopak spojrzał na niego z prawdziwą nienawiścią.

– Gdzie ona jest?! – zerwał się z kanapy przypominając sobie urywki zdarzeń z tego jak był na wpół przytomny. – Ty sukinsynu! Zabiłeś ją!

Chciał rzucić się na Iana, ale nie zdołał nawet do niego podejść. Ból niezaleczonych obrażeń powalił go na podłogę. Był zbyt słaby, żeby samodzielnie się znowu podnieść. Czarnowłosy wyglądał na usatysfakcjonowanego. Rzucił na podłogę obok Rjiava dysk USB i niespiesznym krokiem wyszedł z pokoju.

Rozdział XXI

Rok później, Francja, Lazurowe Wybrzeże

W klubie było tłoczno i nieprzyjemnie. Nawet przy barze gęstym rzędem siedzieli ludzie. Był to podrzędny lokal, ale właściciel sporo dorabiał sprzedając alkohol nieletnim. Ian nienawidził takich miejsc, jednak wszedł do środka, ponieważ zobaczył coś co go bardzo zainteresowało. Miał szczerą nadzieję, że się myli.

Przedarł się przez tańczące na parkiecie pary. W środku dla wrażliwego słuchu mężczyzny było zdecydowanie nazbyt głośno. Wszędzie migały kolorowe światła. Raz w życiu chciał nie mieć racji i się stamtąd czym prędzej wynieść. Z każdą chwilą ogarniał go coraz większy, coraz bardziej lodowaty gniew. Przyjrzał się tańczącemu z jakąś małolatą blondynowi. Dziewczyna robiła wszystko, poza rozebraniem się na parkiecie, żeby zaciągnąć mężczyznę do łóżka. Ian niepostrzeżenie stanął za blondynem. Z przyjemnością zauważył jak tamtemu zjeżyły się włoski na odsłoniętych ramionach, kiedy usłyszał jego głos.

– Musimy porozmawiać – powiedział cichym, ale stanowczym tonem.

Tamten tylko skinął głową. Wyszeptał coś do ucha swojej partnerki, a potem przepchnęli się do wyjścia z lokalu.

– Ian, co tu robisz? – zapytał lekko drżącym głosem, kiedy stanęli pod ceglaną ścianą budynku w którym mieścił się klub.

– O to samo właśnie chciałem zapytać ciebie, Rjiav – uśmiechnął się mężczyzna, nie było jednak w tym uśmiechu nic wesołego. – Jak się ma nasza mała Effie? – zadał kolejne pytanie, starając się by jego głos ociekał obojętnością.

Blondyn odwrócił wzrok. Bał się spojrzeć mężczyźnie w oczy.

– Kiedy ją ostatnio widziałem była w Bułgarii – powiedział niepewnym tonem.

– Kiedy to było? – warknął Ian, który przestał panować nad tonem swojego głosu.

– Rok temu – wyszeptał Rjiav jeszcze bardziej spuszczając wzrok.

Mężczyzna tylko skinął głową. Na jego przystojną twarz wróciła nieprzenikniona maska.

– Dlaczego? – zapytał spokojnie, jakby stracił zainteresowanie całą sprawą. Blondyn milczał. Ian nie wytrzymał. Chwycił go i przycisnął do ściany. Budziły się w nim te wszystkie uczucia, które próbował stłumić przez cały, długi rok. – Dlaczego? – powtórzył ostrzej pytanie.

– Nosiła w sobie dziecko – jęknął Rjiav. – Nie chciała usunąć ciąży…

– I to był powód dla którego ją… – zaczął Ian, a potem dopiero do niego dotarło.

– To było twoje dziecko – szepnął Rjiav zbolałym głosem, jakby na potwierdzenie jego własnych domysłów.

Puścił go. Blondyn spojrzał na pociemniałą twarz mężczyzny, na jego czarne oczy, a potem po prostu usunął mu się z drogi, znikając za rogiem budynku. Ian usiadł na ulicy, opierając się plecami o ścianę. Schował twarz w dłoniach. Cały jego starannie budowany od nowa świat znów się zawalił.

Rozdział XXII

Następnej nocy, Bułgaria, góry Strandża

Effie tuliła w ramionach niemowlę. To był jej syn. Miał czarne włosy ojca i jej jasne, niebieskie oczy. Przyglądała się dziecku z miłością. Wiedziała, że Rjiav nie miał racji, że chłopiec nie będzie zły. Kiedy zasnął, ostrożnie włożyła go do małego, drewnianego łóżeczka. Otworzyła okno, żeby odetchnąć świeżym, górskim powietrzem. Specjalnie wybrała to miejsce, ten właśnie dom. Na wsi, na skraju lasu. Tu mały Martin będzie mógł spokojnie dorastać i nikt nie zauważy, że dzieje się coś dziwnego, jeżeli przypadkiem odziedziczył po ojcu jakieś nadprzyrodzone zdolności. Tak, to było dla nich dobre miejsce.

Firanki w oknie poruszyły się, zawiał silniejszy wiatr. Effie poczuła na sobie czyjś wzrok. Rzuciła się w stronę dziecięcego łóżeczka. Wyjęła chłopca i przytuliła do siebie w obronnym geście. Nic więcej nie zdążyła zrobić. W pokoju stał czarnowłosy mężczyzna. Obserwował ją. Skuliła się w roku. Nie poruszył się ani o milimetr, tylko patrzył. Effie przymknęła oczy tuląc do siebie dziecko. Czy właśnie spełniał się jej największy, prześladujący ją od prawie roku koszmar?

Ian walczył ze sobą. Chciał tylko popatrzeć. Nie zamierzał wchodzić do środka, ale kiedy ich zobaczył… To było silniejsze od niego. Czuł strach dziewczyny. Zdziwił się jak bardzo go to tym razem zabolało. Zdawał sobie jednak sprawę, że niczego innego nie mógł się przecież po niej spodziewać.

– Po co przyszedłeś? – spytała w końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać pełnej napięcia i strachu ciszy.

Uśmiechnął się gorzko.

– Chciałem zobaczyć swojego syna – powiedział spokojnie. – Dziecko, o którego istnieniu dowiedziałem się wczoraj.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Podniosła na Iana swoje duże, chabrowe oczy. Było w nich błaganie.

– Proszę, nie zabieraj mi go – szepnęła niemal niedosłyszalnym głosem.

Nie zabieraj? – pomyślał Ian, nie potrafił powstrzymać cisnącego się na usta, ironicznego uśmiechu. Spodziewał się bardziej czegoś w stylu „nie zabijaj”, a ona martwiła się tylko o to, że rozdzieli ją z synem.

– Czemu zabrałaś pieniądze tylko z jednej skrytki? – spytał jednocześnie z nurtującej go od roku ciekawości jak i po to, żeby zmienić temat.

Dziewczyna spojrzała na niego jakby nie rozumiejąc pytania.

– Przecież nie potrzebowałam więcej…

Ian roześmiał się. Spodziewał się czegokolwiek, ale na pewno nie takiej odpowiedzi. Dziecko obudziło się, zaczęło płakać. Effie minęła Iana i usiadła na stojącej pod ścianą, kremowej kanapie. Zaczęła karmić niemowlę, które na powrót zasnęło, ssąc jej pierś. Mężczyzna usiadł przy niej. Przez chwilę wpatrywał się w swojego syna.

– Wie co dobre – mruknął. Effie uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Po raz pierwszy od kiedy się pojawił z jej oczu zniknął lęk. – Dasz mi go potrzymać? – spytał.

Zdziwił się, kiedy dziewczyna bez protestów skinęła głową. Wziął od niej delikatnie dziecko. Ułożył je w zgięciu swojej ręki. Patrzył z zainteresowaniem na śpiącego malucha.

– Nazwałam go Martin – odezwała się cicho Effie, żeby nie zbudzić niemowlęcia. – Martin Ian Murray.

– Martin Ian Davies – poprawił ją bez zastanowienia.

Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Spojrzała mu w oczy. Zabrała od niego chłopca i na powrót włożyła go do łóżeczka. Usiadła na kanapie. Ian słyszał jej przyspieszone tętno, wyczuwał wahanie.

– Co zamierzasz zrobić? – odważyła się w końcu zadać pytanie.

Wzruszył ramionami. Sam tego nie wiedział. W końcu przyszedł tu tylko po to, żeby popatrzeć… Uświadomił sobie, że nie może ich zostawić samych. Effie nie poradzi sobie z małym Martinem, chłopiec nie był przecież człowiekiem… Będzie znacznie szybszy, znacznie silniejszy, znacznie… Do tego jeżeli ktoś ich odkryje, zabiją dziewczynę, a dziecko zabiorą na szkolenie. Ogarnęła go zimna furia na samą myśl o tym, co może się z nimi stać. Nie, nie mógł, nie chciał – poprawił się w myślach – na to pozwolić.

– Zostanę z wami – powiedział po prostu, przygotowany na gorące protesty dziewczyny.

Ona jednak zaskoczyła go i tym razem. Przysunęła się do niego bliżej. Wtuliła mu się pod ramię, opierając głowę na jego torsie. Przymknęła oczy.

– Na jak długo? – zapytała cichym, stłumionym przez jego koszulę głosikiem.

Objął ją ramionami, czule przytulając do siebie. Wdychał cudowny zapach jej włosów. Boleśnie zdał sobie sprawę jak bardzo za nią tęsknił. Uświadomił sobie, że cholernie potrzebował w swoim życiu tej właśnie dziewczyny. Przy niej potrafił być zwyczajnie szczęśliwy.

– Myślę, że na zawsze – odpowiedział cicho, tuląc ją do siebie mocniej. Nigdy już nie chciał wypuszczać jej z objęć.

Oddech Effie zwolnił, uspokoił się. Tu właśnie było jej miejsce. Nareszcie nie musiała się o nic martwić. W ramionach Iana czuła się kochana i paradoksalnie bezpieczna.

The End

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

25 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Kamm.

    28 grudnia 2010

    Ah, ah, nawet nie masz pojęcia, jak się ucieszyłam, widząc nowe opowiadanie!
    Jestem ciekawa jak dalej się rozwinie. 😉

    • Odpowiedz

      Miye

      3 stycznia 2011

      Mam już nawet sporo dalej, tyle, że fragmentami i trochę zajmuje mi łączenie ich w jednolitą, sensowną całość.

  2. Odpowiedz

    Kamm.

    3 stycznia 2011

    Dalej chcę, dalej jeszcze… ;< Mało!

    • Odpowiedz

      Miye

      6 stycznia 2011

      Każdego dnia w sumie pojawia się coś dalej tutaj ;). Powiedzmy, że mnie wciągnęło.

      • Odpowiedz

        Kamm.

        7 stycznia 2011

        To, że tutaj codziennie, widzę, bo czytam codziennie *__*
        Ale to fajne, łoja. A Rjiav tak się zgadza na to wszystko czy nie zauważa?

  3. Odpowiedz

    Miye

    12 stycznia 2011

    No to masz XI rozdział i w nim odpowiedź na pytanie ;).

    • Odpowiedz

      Kamm.

      12 stycznia 2011

      Łiii. *____*

  4. Odpowiedz

    CórkaDemona

    17 stycznia 2011

    Super opowiadania przeczytałam wszystkie i nie mogę się doczekać następnych rozdziałów i następnych opowiadań jesteś niesamowita !!

  5. Odpowiedz

    IRRESA

    3 lutego 2011

    No to biorę się za ten „opieprz” o który mnie na nastku prosiłaś! 😉

    Tak więc… Zacznę od minusów! Oto one :

    – W pierwszych rozdziałach odrobinę raziło mnie to, że często używałaś zwrotu „szmaciana lalka” Za dużo tego było!
    – I znowu to samo. Coby się nie działo w opowiadaniu, bohaterka i tak zawsze będzie drobną blondynką o smukłej budowie ciała z wielkimi, chabrowymi oczami. No cóż… Co Ty tak sobie Vicky tak te blondynki upodobałaś, co?! Ach te pisarki! 😉
    – Ta historia strasznie szybko się rozwinęła. To eis raczej piszę na minimalny ( tak tyci, tyci :)) minusik, bo trochę mi zajęło za nim się we wszystkim połapałam!

    A teraz plusy! Jest ich więcej niż minusów, tego jestem pewna. :

    + Nareszcie bohaterowie mają inne imiona niż Matt, Eliza, Gabriela. To Ci się piszę na ogromny plus, bo tamte imiona sprawiały, że opowiadanie było monotonne.
    + Mam też wrażenie ( ale to może tylko ja ;)), że bohaterowie mają inne osobowości niż w innych historiach! BRAWO!
    + Jak zwykle czyta się lekko, prosto przyjemnie, a to przez twój niepowtarzalny styl pisania!
    + Wszystko jest ciekawe, nie trzeba się zmuszać do skończenia. A to jest w końcu najważniejsze!

    To tyle ode mnie. 😉 Wszystkie szczere uwagi i pochwały przelałam w ten komentarz.
    Zadowolona?! Nareszcie nie są same „mało konstruktywne pochwały”!!! 🙂

    • Odpowiedz

      Rozprówacz

      26 czerwca 2011

      upodobanie do blondynek to zapewne kontynuacja myśli Hitchcocka… jego zdaniem blondynki nadawały się bardziej do roli ofiar niż kobiety o innym kolorycie włosia

  6. Odpowiedz

    FilleNoire

    14 maja 2011

    Opowiadanie super;) jak zwykle jestem pod wrażeniem;) świetna robota:D

  7. Odpowiedz

    Miye

    15 maja 2011

    Dziękuję! Nie ma to jak napisać niedobrego pornosa od czasu do czasu! *smile*

  8. Odpowiedz

    RinV

    9 czerwca 2011

    Oceniono na PWN!
    Pozdrawiam

    • Odpowiedz

      Miye

      10 czerwca 2011

      Dziękuję *smile*

      Irresko, musisz to przeczytać, uwielbiam krytykę, jeżeli jest rzeczowa, a nie „nie podoba mi się bo nie i już”

      No cóż, w niektórych punktach się zupełnie z RinVem nie zgadzam, ale inne są słuszne i naukowe (ponieważ moim zdaniem, pornosy dla blondynek powinny pisać właśnie blondynki, żeby tym pozostałym dobrze się czytało). Niezmierniem ciekawa, co (złego) powie na moje 4Światy *smile*.

      Chyba mam do tego dość specyficzne podejście, skoro ostra krytyka sprawia mi tyle radości.

  9. Odpowiedz

    Corvidae

    10 czerwca 2011

    To po prostu maniakalna chęć doskonalenia się 😉

  10. Odpowiedz

    Rozprówacz

    15 czerwca 2011

    stanowczo za krótkie, kończy się w miejscu gdzie akcja powinna się dopiero zacząć

  11. Odpowiedz

    Rozprówacz

    15 czerwca 2011

    za krótkie!

    • Odpowiedz

      Miye

      15 czerwca 2011

      Nie jest za krótkie! Według „znormalizowanego maszynopisu” ma w wordzie ponad 50 stron… Gdybym tego nie skończyła szybko, to zapewne nie miałoby zakończenia wcale… Czasami jednak wracam do starych bohaterów i wówczas powstają tak zwane „drugie części”. Zależy od nastroju, ale jakaś taka mała furteczka jest zawsze dobrą rzeczą.

      Jeżeli chce Ci się i bardzo się nie zraziłeś, to przeczytaj „Kropla Łez” (pornos, nie fantasy) lub coś z mojej subiektywnie widzianej fantastyki (tym razem bez scen erotycznych) byleby miało na końcu podpis „The End” bo te z „cdn.” są jeszcze niepokończone (i nie wiadomo kiedy będą miały zakończenia).

      • Odpowiedz

        Rozprówacz

        15 czerwca 2011

        i tak mam niedosyt

  12. Odpowiedz

    Miye

    15 czerwca 2011

    Wiesz, właściwie to miło to słyszeć. Bo jakby było Twoim zdaniem takie straszne, nie do czytania i w ogóle, to na pewno byś go nie miał.

  13. Odpowiedz

    IRRESA

    26 czerwca 2011

    A ja… nie wiem co chciałam powiedzieć! *uśmiech*

  14. Odpowiedz

    2pac ♥

    19 czerwca 2012

    Matko , ty masz talent ! Nigdy jeszcze ni czytałam tak ciekawych dla mnie opowiadań .. Dzięki tobie , jak czytam te wszystkie opowiadania , mam taką wyobraźnie .. Poprostu zakochałam sie w tych twoich opowiadaniach .. Powinnaś zostać pisarką.. ! Dla mnie już nią jesteś ! ;d

    Pozdrawiam Serdecznie ;d

  15. Odpowiedz

    Mommo

    22 stycznia 2013

    hmmm no mi się podobało i naprawdę cieszę się, że te postacie są trochę inne niż w sporej większości twoich opowiadań *smile* tu masz u mnie ogromy +.
    No i jeszcze mam wielką nadzieję, że kiedyś napiszesz część 2 😀

  16. Odpowiedz

    cassiesx

    15 lutego 2014

    Bedziesz jeszcze cos pisac z kategori erotyka?

    • Odpowiedz

      Vicky

      26 lutego 2014

      Bardzo bym chciała coś w ogóle znowu zacząć pisać – cokolwiek, bo ostatnio są to tylko recenzje cudzej twórczości.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS