Mroczna Natura

Date
gru, 28, 2010

Rozdział I

Na monitorze stojącego na sosnowym biurku komputera, Rijav widział aż nazbyt wyraźny obraz z kamery cyfrowej. Z głośników słyszał cichutki, przyspieszony oddech. Na ekranie była ukazana dziewczyna. Znajdowała się w dużym, pustym pomieszczeniu. Musiało być gdzieś pod samym dachem, ponieważ miało ukośne ściany. Nie było tam okien. Ręce miała związane wysoko nad głową, a przez więzy przechodziła lina przytwierdzona do znajdującej się pod sufitem, stropowej belki. Jej ciało było wyprężone. Z trudem stała na palcach. Nie mógł zapomnieć momentu, w którym się ocknęła, taka przerażona i bezradna, a on nie mógł kompletnie nic zrobić, żeby jej pomóc. Bezczynnie siedział czekając na rozwój wydarzeń. Chciało mu się wyć. Miał ochotę coś rozwalić. Jego ręce zaciskały się w pięści w bezsilnym gniewie. Wiedział, że to jego wina, a on kompletnie nic nie może na to poradzić.

Dziewczyna była zupełnie naga. Oprócz krępujących nadgarstki więzów, miała zasłonięte czarnym materiałem oczy i taką samą tkaniną zakneblowane usta. Jej długie jasne włosy opadały na plecy i ramiona bezładną kaskadą. Ciało dziewczyny było szczupłe i zgrabne, raczej drobnej budowy, a jednak naprawdę piękne. Kształtne piersi, gładka skóra, dyskretny cień włosów łonowych. Mimo, że była już młodą kobietą, w dalszym ciągu miała w sobie coś niewinnego i urokliwego, coś z małej dziewczynki. Rijav wiedział, że pod czarną opaską kryją się, teraz na pewno wypełnione łzami, bystre, chabrowe oczy.

Dziewczyna po raz kolejny szarpnęła się w więzach, i tym razem nie przyniosło to jednak żadnego rezultatu. Przymknął oczy, nie chciał na to patrzeć! Otworzył je znowu, wiedział, że musi, bo w każdej chwili może pojawić się wskazówka, gdzie ją odnajdzie. Musi ją stamtąd zabrać! Pragnął teraz jedynie tulić ją w swoich ramionach, chciał, żeby była bezpieczna. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że sytuacja w której się znalazła, jest tylko i wyłącznie jego winą. Nigdy nie powinien pozwolić jej się do siebie zbliżyć. Nikt nie powinien wiedzieć ile dla niego znaczyła.

Do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna. Ubrany był jedynie w grafitowe spodnie, przy których pasku wisiała pochwa, ze sporej wielkości nożem. Jego ramiona i plecy zdobiły cienkie, misternie wykonane, czarne tatuaże. Był wysoki i dobrze zbudowany, miał ciemną karnację i hebanowo czarne włosy. W stalowoszarych, zimnych oczach widać było cień okrucieństwa. Uśmiechnął się drwiąco do kamery. Rjiav wbił paznokcie w swoją dłoń tak mocno, że pokazały się strużki krwi. Nie zwrócił na to uwagi. Wszystko aż gotowało się w nim w środku. Całym sobą nienawidził tego człowieka.

Mężczyzna podszedł do powieszonej na jednej z drewnianych belek dziewczyny. Wzdrygnęła się, kiedy przesunął dłonią po jej nagim, naprężonym brzuchu. Mruknął wyraźnie zadowolony z jej reakcji. Przesunął rękę wyżej na jej sterczące, niewielkie piersi. Dziewczyna drżała. Do oczu Rjiava napłynęły łzy bezsilności i wściekłości. Czarnowłosy błądził dłońmi po ciele wijącej się, próbującej uciec przed jego dotykiem dziewczyny. Rozwiązał kneblujący jej usta materiał i odrzucił go na podłogę. Łapczywie zaczęła chwytać powietrze. Stanął za nią oplatając ją od tyłu ramionami. Dłonie położył na piersiach dziewczyny. Z jej krtani wydobył się cichy, stłumiony jęk, kiedy mocno ścisnął między palcami jej sterczącego sutka.

– Proszę, zostaw mnie – szepnęła błagalnie. – Co ja ci zrobiłam? – Jej głos drżał, tak samo jak cała reszta drobnej postaci. – Co chcesz ze mną zrobić? Dlaczego?

Mężczyzna roześmiał się, w jego śmiechu nie było nawet cienia wesołości. Przysunął się do niej jeszcze bliżej. Otarł się sztywnym, schowanym za grafitowym materiałem spodni, członkiem o nagie pośladki dziewczyny.

– Widzisz kociaku – powiedział beznamiętnym tonem, prosto do jej ucha – tu w żadnym razie nie chodzi o ciebie. Jesteś tylko zabawką w grze, którą prowadzimy z twoim „chłopakiem” – oznajmił drwiąco, jakby ostatnie słowo było czymś naprawdę zabawnym.

Rjiav zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Tak bardzo bał się o to, co tamten może zrobić dziewczynie!

– Błagam cię, wypuść mnie – spróbowała ponownie niepewnym głosem.

– Wszystko w swoim czasie – odpowiedział tamten, znów przesuwając dłońmi po jej nagim ciele, tym razem siłą rozsuwając jej nogi i wkładając między nie rękę. Krzyknęła jeszcze bardziej przerażona. Szarpnęła się. Przytrzymał ją, przyciągając do siebie drugą ręką. – Na twoim miejscu nawet bym nie próbował – oznajmił z sarkazmem. – Potrafię być bardzo nieprzyjemny. Jeżeli jednak będziesz grzeczna nie sprawię ci dużego bólu, to jego chcę ukarać nie ciebie.

Czarny materiał, zasłaniający jej oczy, był teraz zupełnie mokry od łez. Mężczyzna wyjął wiszący w pochwie przy pasie nóż. Przeciął linę, przechodzącą pod krępującymi nadgarstki dziewczyny więzami. Nogi się pod nią ugięły i osunęła się na podłogę. Jej ręce były nadal związane, więc nawet nie miała czym się podeprzeć. Czarnowłosy podniósł ją brutalnie, zostawiając na ramieniu dziewczyny fioletowego siniaka. Zmusił ją, żeby przeszła kilkanaście kroków, po czym pchnął na rozłożony w pustym pomieszczeniu materac. Rozpiął rozporek. Po chwili już znalazł się przy niej. Zmusił ją, żeby uklękła. Spróbowała się wyrwać, chwycił ją mocno za włosy. Zdjął z jej oczu przemoczoną, czarna opaskę. Po policzkach dziewczyny spływały łzy. Sztywnym członkiem musnął jej policzek. Podsunął go jej do ust.

– Nie, proszę – szepnęła rozpaczliwie.

Rijav drżał z wściekłości. Zawinił, a tamten postanowił go za to ukarać. Tylko dlaczego w taki właśnie sposób? Czarnowłosy mężczyzna był okrutny i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. Rijav wiedział o tym aż za dobrze. Przypomniał sobie blizny, na swoim własnym ciele. Dlaczego to musiała być akurat ona?! Każdy, tylko nie ona… Po twarzy Rijava spływały wielkie, gorzkie łzy.

– O co prosisz? – zadrwił mężczyzna w odpowiedzi. – Nawet nie próbuj gryźć, bo będziesz tego bardzo, bardzo żałowała.

Wsunął jej członka do ust. Próbowała odwrócić głowę, ale trzymająca ją za włosy ręka nie zostawiła dziewczynie zbyt wiele pola do manewru. Zakrztusiła się jego sporych rozmiarów męskością, on jednak sobie nic z tego nie robił. Przysunął się bliżej wchodząc niemal w całości do jej ust. W pewnym momencie odepchnął ją od siebie, uderzył w twarz.

– Uprzedzałem – warknął niemal zwierzęcym głosem.

Przewrócił szamoczącą się dziewczynę na brzuch. Próbowała uciec. Przyciągnął ją do siebie, unosząc jej pupę do góry. Spojrzała na niego pełnym przerażenia wzrokiem. Na jej policzku wykwitł nieprzyjemny, bordowy siniak. Mężczyzna brutalnie rozsunął jej nogi. Jedną ręką trzymał dziewczynę za związane ręce, żeby nie mogła się odsunąć, a drugą dotykał jej intymnego miejsca. Płakała teraz już otwarcie, błagając go, żeby przestał. Śmiał się. Po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność chwilach, wilgotną od przezroczystego, śliskiego płynu rękę, położył na pupie dziewczyny. Dłonią rozsunął jej pośladki, a potem gwałtownie, bez ostrzeżenia, wsunął w nią swojego ciągle sztywnego członka. Zachłysnęła się powietrzem. Puścił jej ręce, a ona opadła na materac, jak bezwładna, szmaciana lalka. Dłońmi objął jej biodra wchodząc w nią mocno i głęboko. Przestała w ogóle w jakikolwiek sposób reagować. Jedyną oznaką jej przerażenia i bólu był nierówny, płytki oddech, oraz spływające po policzkach, słone łzy.

Rjiav błagał w duchu, żeby ten koszmar wreszcie się skończył. Przeklinał swoją bezsilność. Zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko móc temu zapobiec. Otępiałym wzrokiem wpatrywał się w znienawidzony, komputerowy monitor.

Czarnowłosy mężczyzna przewrócił dziewczynę na plecy. Jego dłoń zawędrowała na jej piersi. Odwróciła głowę na bok, żeby tylko na niego nie patrzeć. Zamknęła oczy. Nie reagowała na jego dotyk. Znów zaczął się w niej poruszać. Wreszcie, po czasie, który Rijav uważał za nieskończoność, mężczyzna wyszedł z dziewczyny, zalewając jej brzuch i piersi białawą, lepką cieczą. Podniosła powieki i spojrzała na niego dużymi, chabrowymi oczami. Nie było w nich nienawiści ani złości, a jedynie przeogromny, bezgraniczny smutek i żal.

Mężczyzna podniósł dziewczynę z materaca i z powrotem przyprowadził do zwisającej ze stropowej belki liny. Przywiązał ją tak, że palcami ledwo dotykała podłogi. Jej ciało konwulsyjnie drżało. Czarnowłosy wyjął z kieszeni czarnego markera. Uśmiechnął się kocim uśmiechem. Napisał coś na ciele dziewczyny, ale tak, że Rijav nie był w stanie tego zobaczyć pod tym kątem.

– Pozdrów ode mnie swojego chłopaka – mruknął pogardliwie mężczyzna i niespiesznie, z nieopuszczającym kącików ust drwiącym uśmiechem wyszedł z pomieszczenia.

Dziewczyna odwróciła się odrobinę. Rjiav widział teraz dokładnie jej zapłakaną, pobladłą twarz, drżące, różowe usta i paskudną, siną plamę na policzku, ale przede wszystkim widział też napisane na jej ciele słowa. „Wood Avenue 14” głosiły czarne litery. Potem kamera zaczęła śnieżyć, aż obraz zupełnie zniknął. Rjiav zerwał się z miejsca. Wybiegł z mieszkania jak szalony, nie patrząc zupełnie na nic. Wsiadł do zaparkowanego przed kamienicą, terenowego samochodu. Dojazd z centrum miasta na Wood Avenue zajął mu prawie czterdzieści minut, mimo, że po drodze łamał wszelakie możliwe przepisy. Wreszcie jednak znalazł się na miejscu. Numer 14 był starym, drewnianym, walącym się domem jednorodzinnym. Rjiav wpadł do niego jak burza. Trzeszczącymi schodami wbiegł na samą górę. Wyłamał zamknięte, drewniane drzwi. Wtedy ją zobaczył. Spojrzała na niego wielkimi chabrowymi oczami, w których w dalszym ciągu lśniły łzy. Scyzorykiem przeciął krępujące ją więzy. Nadgarstki dziewczyny znaczyły nieprzyjemnie wyglądające, czerwone pręgi. Zachwiała się na nogach, ale nie pozwolił jej upaść. Opadł na kolana, tuląc ją w swoich ramionach. Całe jej ciało drżało. Płakała.

– Przepraszam – wyszeptał nie wypuszczając jej z objęć. – Tak cholernie przepraszam.

Rozdział II

Effie siedziała na ciemnozielonej kanapie, w niewielkim, ale przytulnie urządzonym salonie. Wodziła smutnym wzrokiem za chodzącym niespokojnie po pokoju chłopakiem. W jej chabrowych oczach lśniły łzy.

– Rjiav, proszę, nie możesz mnie zostawić – wyszeptała bezradnie w przestrzeń.

Patrzyła błagalnie na jego smukłą sylwetkę, jasne włosy w kolorze złocistego piasku i zmartwione, żywo zielone oczy. Na dźwięk jej głosu przystanął. Ukucnął tuż naprzeciwko niej.

– Eff, czy ty dalej niczego nie rozumiesz? To nie twój świat! Nie musisz w nim żyć! – oznajmił stanowczo. – Jestem skończonym głupcem – westchnął, odwracając od dziewczyny wzrok. – Nigdy nie powinienem był cię narażać. Myślałem, że jestem od niego sprytniejszy, ale w głębi duszy wiedziałem, że mnie prędzej czy później odnajdzie… Eff proszę… Zostawię ci mieszkanie i kartę kredytową. Na koncie jest jeszcze trochę oszczędności, poradzisz sobie…

– Rjiav – weszła mu w słowo gwałtownie wstając z kanapy – tu nie chodzi o żadne pieprzone pieniądze! Kocham cię, dlatego z tobą jestem, nie dlatego, że chcę, żebyś mnie utrzymywał!

Podniósł się z podłogi. Stanął tak, że znajdował się tuż naprzeciwko dziewczyny. Był od niej znacznie wyższy, więc musiała podnieść głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy.

– Wiem Effie – wyszeptał – wiem. Przyciągnął ją do siebie mocno, oplatając dziewczynę ramionami. Przylgnęła do niego całą sobą, wtulając twarz w jego brązowy, rozciągnięty sweter. – Kocham cię maleńka i dlatego właśnie musisz pozwolić mi odejść. On zrobi wszystko, żeby mnie ukarać za moją ucieczkę. Skrzywdził cię, bo wiedział, że to sprawi mi ból. Proszę, Eff…

Dziewczyna mimowolnie dotknęła dłonią, wyblakłego już siniaka, który nieprzyjemnie szpecił jej policzek. Pomimo, że minęły już prawie dwa tygodnie, dalej żywo pamiętała ten koszmar. Nie miała pojęcia do czego może być zdolny mężczyzna, który porwał i zgwałcił ją tylko dlatego, żeby dręczyć jej chłopaka. Nie miało to jednak znaczenia. Rjiav był dla niej wszystkim i zamierzała o niego wytrwale walczyć, jeżeli będzie trzeba, to do samego końca.

– Zostanę z tobą – oznajmiła cichym, ale pewnym i stanowczym głosem. – Zapłacę za to każdą cenę. To moja ostateczna decyzja.

Rozdział III

Dzień był ponury i pochmurny. Niepewne promienie zachodzącego słońca przebijały się nieśmiało przez zasłonę z chmur, zupełnie jakby czymś wystraszone. To jednak stanowiło w Londynie szarą codzienność. Effie przygotowała obiad już ponad godzinę temu, a teraz, otulona szarą za dużą bluzą, siedziała zwinięta w kłębek na kanapie i czytała książkę. Litery jednak nie chciały przed jej oczami układać się w całe, sensownie zdania. Martwiła się i nie potrafiła skupić na niczym innym. Nie należała do niecierpliwych osób, ale Rjiav nie wracał stanowczo zbyt długo, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, kiedy był dla niej zwyczajnie nadopiekuńczy i traktował ją jak jajko. Tym razem nie tylko nie przyszedł wcześniej, ale na dodatek był już ponad godzinę spóźniony.

Dziewczyna przypomniała sobie jak prawie dwa lata temu poznała Rjiava. To było na jednej z wakacyjnych imprez. Spodobał jej się od samego początku, on jednak wyraźnie unikał jej towarzystwa. Tamtego roku Effie zaczynała studia. Okazało się, że Rjiav jest na tym samym kierunku, obydwoje wybrali filologie angielską. Chłopak wyraźnie ją ignorował, więc Effie postanowiła dać sobie z nim spokój, nie należała do nachalnych, wpychających się komuś z butami w życie, osób. Cisza przed burzą trwała do tego feralnego dnia, kiedy skuszeni niesamowitymi opowieściami, w piątkę postanowili nocować w starej latarni morskiej. Problem polegał na tym, że znajdowała się ona na małej skalnej wysepce, oddalonej od stałego lądu na zasięg wzroku, musieli więc dopłynąć tam łodzią. Effie kochała morze. Chętnie więc przystała na propozycję Andre, żeby popływać nocą, w świetle księżyca. Stało się jednak coś, czego żadne z nich nie było w stanie przewidzieć. Rozpętała się burza. Szalejące morskie fale i porywisty wiatr wepchnęły niewielką łódź na skalne ściany, roztrzaskując ją na kawałki. Wiry wodne i ogromne morskie bałwany wciągały w odmęty, próbującą się przebić ze wszystkich sił ku powierzchni, dziewczynę. Effie doskonale pływała, w walce z takim żywiołem nie miała jednak najmniejszych szans. Ani ona, ani Andre nie powinni byli przeżyć. Coś się jednak wydarzyło… Na granicy świadomości, kaszląca wodą, znalazła się na piaszczystej plaży. Kawałek dalej leżał nieprzytomny Andre. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła wpatrujące się w siebie, zatroskane, zielone oczy Rjiava. To tego dnia poznała jego mroczną, skrywaną przed wszystkimi tajemnicę.

Serce Effie zabiło szybciej, kiedy usłyszała hałas otwierających się drzwi. Wstała z zielonej kanapy i pobiegła radośnie do wyłożonego drewnianymi panelami przedpokoju. W korytarzu zamarła jednak przerażona. Do mieszkania nie wszedł Rjiav. Rozpoznała tego mężczyznę, aż nazbyt dobrze zapamiętała jego twarz i te szare, lodowato-zimne oczy. W jej umyśle pojawiła się panika. Cofnęła się do pokoju. Chwyciła leżący na jednym z wypełnionych książkami regałów telefon. Pospiesznie wybrała numer. W jednej chwili mężczyzna znalazł się tuż przy niej. To nie było możliwe, nikt nie poruszał się tak szybko! Wyrwał jej z ręki komórkę, podniósł ją do ucha. Stała pod ścianą drżąc ze strachu i niepewności. Wpatrywała się w niego spłoszonym, sarnim wzrokiem nie będąc w stanie opanować ogarniającej ją paniki.

– Rjiav – odezwał się czarnowłosy do słuchawki telefonu, niemalże uprzejmym, ale jednak pełnym drwiny tonem – mam nadzieję, że zmieniłeś plany. Na Florydzie o tej porze roku nie jest zbyt przyjemnie. W każdym razie czekam na ciebie w mieszkaniu i myślę, że twoja przyjaciółka umili mi ten czas.

Rozłączył się, po czym, jak gdyby nigdy nic, oddał przerażonej dziewczynie telefon. Przeciągnął się i leniwie opadł na obitą ciemnozielonym materiałem kanapę. Miał na sobie niczym nie wyróżniające się ciemne spodnie i czarną, bawełnianą koszulę. Zabłocone buty i skórzaną kurtkę musiał zostawić w przedpokoju.

Effie jakby oprzytomniała. Pobiegła w kierunku drzwi. Mężczyzny w jednej chwili nie było już na kanapie, teraz stał w drzwiach, zagradzając jej drogę. Spojrzał na nią, a w kącikach jego ust błąkał się ironiczny, koci uśmieszek. Nieco przydługie czarne włosy, zawadiacko opadały mu na oczy. Dziewczyna cofnęła się o kilka kroków. Znowu, jakby znikąd znalazł się tuż za nią.

– Nie radzę – wyszeptał tuż przy jej uchu. – Myślę, że powrót zajmie mu ładnych kilka godzin, nie ma sensu spędzać ich w ten sposób, chyba, że tak bardzo lubisz bawić się w kotka i myszkę.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytała odważnie, odwracając się ku niemu z nienawiścią w oczach.

Roześmiał się.

– Już ci mówiłem, że od ciebie nie chcę niczego – odpowiedział rozbawiony. – Zresztą ty i tak jesteś już martwa, ten głupiec wydał na ciebie wyrok, w momencie, w którym zdradził ci kim jest.

Effie pokręciła głową. Odsunęła się od mężczyzny. Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, zdecydowanie z większą siłą niż było to konieczne. Spojrzał w jej przerażone, wilgotne od powstrzymywanych łez, chabrowe oczy. Prychnął rozbawiony. Odepchnął dziewczynę. Upadła na ozdobioną popielatym dywanikiem, drewnianą podłogę. Mężczyzna z powrotem rozsiadł się wygodnie na kanapie. Effie skuliła się na podłodze, nie widziała sensu, żeby wstawać. Siedzieli w milczeniu przez dłuższą chwilę, czarnowłosy zainteresował się zostawioną na kanapie książką.

– Lubisz horrory? – zapytał odwracając się w jej stronę, wskazując na okładkę „Mgły” Stephena Kinga. Zaskoczona dziewczyna niepewnie skinęła głową. – Kto by pomyślał, że sama znajdziesz się w jednym z nich… – powiedział z drwiną w głosie.

– Co zrobił ci Rjiav? – zapytała ośmielona, uznając, że właściwie to i tak nie ma nic do stracenia. – Dlaczego tak go nienawidzisz?

– Nie powiedział ci? – zdziwił się czarnowłosy. – Ciekawe co jeszcze postanowił przemilczeć. Rjiav jest moim… – zamyślił się przez chwilę – nazwijmy to podopiecznym, kimś w rodzaju ucznia. Nie zostało nas zbyt wielu i robimy wszystko, żeby przeżyć. W każdym razie jest najwyraźniej dosyć „kochliwy”. Zauroczyła go jakaś panienka, uciekli razem. Zabiłem ją – powiedział beznamiętnym tonem – ale jemu udało się zwiać. Dlatego właśnie sądzę, że tym razem wróci, żeby to samo nie spotkało ciebie. On jest głupcem, a ty i tak już jesteś martwa.

Effie przełknęła ślinę. Szczerze żałowała, że w ogóle zadała mu jakiekolwiek pytanie. Nie była też pewna, dlaczego w ogóle fatygował się, żeby jej odpowiedzieć.

– Zabijesz mnie? – zapytała, sama naprawdę zaskoczona spokojnym tonem swojego głosu.

– Możliwe – przyznał rozbawiony – ale jeszcze nie teraz. Na razie jesteś moją kartą przetargową. Zresztą łatwiej ukarać kogoś, jeżeli ma coś do stracenia.

Dziewczyna usiadła, opierając się plecami o kredens. Podkuliła nogi, oplatając je ramionami. Milczała przez chwilę, rozglądając się po prosto umeblowanym pokoju, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Wyglądało na to, że kiedy przestała się odzywać, czarnowłosy stracił nią jakiekolwiek zainteresowanie. Teraz stanął przy hojnie zastawionym książkami regale, najwyraźniej w poszukiwaniu czegoś co mógłby przeczytać dla zabicia czasu. Kiedy wrócił na podniszczoną, ale wygodną ciemnozieloną kanapę, Effie ponownie zebrała się na odwagę, żeby przerwać pełną oczekiwania na rozwój wydarzeń ciszę.

– Rjiav… on naprawdę uciekł? Chciał mnie zostawić? – zapytała cicho, właściwie nie licząc na to, że mężczyzna odpowie.

Jemu jednak najwyraźniej dręczenie jej dawało jakąś satysfakcję i sprawiało sadystyczną przyjemność.

– Nie tylko chciał, ale nawet to zrobił – prychnął czarnowłosy. – Dzisiaj, koło południa wsiadł do lecącego na Florydę samolotu. Nie wyglądało to raczej na planowane wakacje…

Effie skuliła się jeszcze bardziej. Poczuła w środku, w sobie jakąś pustkę. Więc mimo ich rozmowy i tak postawił na swoim, nie licząc się z jej zdaniem. Próbowała sobie tłumaczyć, że chłopak chciał ją chronić. Rozmowa z czarnowłosym zasiała w niej jednak jakieś ziarno niepewności. Jak bardzo Rjiavowi na niej zależało? Czy chodziło tu o nią czy jedynie o jego własną skórę? Dlaczego nigdy nic nie mówił jej o swojej przeszłości? Wygnała z umysłu ponure, czarne myśli. Jej sytuacja w tej chwili była beznadziejna, ale przecież nawet czarnowłosy był szczerze przekonany, że Rjiav z jej powodu wróci.

Rozdział IV

Bezpośredni lot do Stanów Zjednoczonych z Londyńskiego lotniska wystartował kilka minut po dwunastej w południe. Zamyślony Rjiav siedział w samolocie, bez specjalnego zainteresowania przyglądając się białym, postrzępionym obłokom przelatującym za niewielkim, okrągłym okienkiem. Miał nadzieję, że postępuje słusznie. Wiedział, że Effie przez niego, przez jego słabość i tak już dość wycierpiała.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Nie wyłączył go, łamiąc wszelkie możliwe przepisy, zdziwił się jednak, że urządzenie wyłapuje jakikolwiek sygnał. Dzwoniła Effie. No tak, czego innego mógł się spodziewać. Już miał się rozłączyć, kiedy nawiedziło go naprawdę złe przeczucie. Po prostu musiał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Kiedy odebrał, zamiast zmartwionego, melodyjnego głosiku Effie, usłyszał drwiący męski głos. Pobladł na twarzy. Zbyt dobrze znał jego brzmienie!

– Proszę pana – odezwała się głośniej stewardessa, która wyraźnie już od jakiegoś czasu starała się zwrócić jego uwagę. – W samolocie nie wolno używać telefonów. Proszę wyłączyć komórkę.

Rjiav zerwał się z fotela, zupełnie ignorując stojącą nad nim kobietę. Przepchnął się obok niej i pobiegł przed siebie korytarzem. Ludzie patrzyli na niego jak na wariata. Podniosły się przerażone szepty. Stewardessa chwyciła słuchawkę najbliższego, przymocowanego do ściany latającej maszyny telefonu, wzywając pomoc. Rjiav na nic nie zwracał uwagi, po prostu przepchnął się między blokującymi mu przejście ludźmi. Odpychał ich na boki, jakby byli szmacianymi lalkami. Czuł się zupełnie jak ktoś uwięziony w koszmarnym śnie. Przed oczami stał mu jedynie obraz Effie… sam na sam z nim! Rjiav doskonale zdawał sobie sprawę, że ten mężczyzna nie miał żadnych skrupułów. Był socjopatą. Zrobi wszystko, dla własnej, chorej rozrywki. Nikt i nic nie miało dla niego znaczenia.

Chłopak dobiegł korytarzem do zamkniętego włazu ładowni. Po prawej stronie zobaczył elektroniczną tabliczkę z numerami. Cholerne przejście było zabezpieczone kodem! Nie miał czasu na takie zabawy. Wiedział, że nikt nie uwierzy w taki nadludzki „przypływ adrenaliny”, to jednak nie miało teraz znaczenia. Z całej siły przekręcił zabezpieczającą drzwi wajchę. Właz puścił z niechętnym stęknięciem. Rjiav odrzucił na bok wyłamaną pokrywę i zsunął się po wąskich schodach na dół, do ładowni.

Rozejrzał się dookoła. Nie zamierzał błądzić po całym, wcale nie małym, samolocie. W końcu znalazł to czego szukał – duża czerwona dźwignia. Podbiegł do niej, ścigany wołaniem ludzkich głosów. Miał nadzieję, że nie zdążą zejść za nim na dół, ale tak naprawdę ich życie nie miało dla chłopaka specjalnego znaczenia. Pociągnął za czerwoną dźwignię, otwierając prowadzącą na zewnątrz, bagażową śluzę samolotu. Lecieli wysoko nad oceanem. Niesamowity pęd zimnego powietrza rozwiał pszenicznie jasne włosy Rjiava. Potem chłopak po prostu wyskoczył.

Rozdział V

Czas płynął bardzo powoli. Dla Effie zdecydowanie zbyt wolno. Minuty zamieniały się w godziny w zbyt ślamazarnym tempie. Dziewczyna bała się tego co nastąpi, kiedy pojawi się Rjiav, ale jeszcze bardziej przerażało ją samo oczekiwanie. Siedziała skulona na podłodze, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić. Czarnowłosy mężczyzna półleżał na kanapie, czytając jeden z jej horrorów Kinga. Był wyraźnie rozluźniony, jemu nie przeszkadzało czekanie. Przyjrzała mu się uważnie. Niechętnie przyznała przed samą sobą, że należał do wyjątkowo przystojnych mężczyzn. „Jest piękny, zimny i okrutny”, przyszedł jej na myśl cytat z książki. Ciemne włosy niesfornie opadały mu na czoło, a okolone czarnymi rzęsami oczy… Oczy były w nim najdziwniejsze i najbardziej niesamowite. Effie ze zdumieniem zaobserwowała, że w zależności od nastroju mężczyzny zmieniają barwę, z zimnych, stalowoszarych na zupełnie czarne jak najgłębsza, najciemniejsza noc. Był jednocześnie tajemniczy, uwodzicielski i przerażający. Dziewczyna zadrżała na wspomnienie tego, co jej zrobił. W tym momencie była pewna tylko jednego, wolałaby go nigdy w życiu nie spotkać.

Drzwi otworzyły się ze złowieszczym hukiem, zupełnie nagle przerywając panującą w mieszkaniu ciszę. Rjiav wpadł jak burza, do niewielkiego, skąpo umeblowanego pomieszczenia. Jego twarz wyrażała prawdziwą ulgę, kiedy zobaczył siedzącą na podłodze Effie. Jednym susem przemierzył dzielącą go od dziewczyny odległość i porwał ją w swoje ramiona. Wtuliła się w niego całą swoją drobną postacią.

Czarnowłosy wstał z kanapy uśmiechając się drwiąco. Rjiav natychmiast zasłonił sobą drżącą w jego objęciach Effie. Mężczyznę wyraźnie rozbawił ten gest.

– Byłem przekonany, że lecisz na Florydę – oznajmił ironicznie – a ta mała to pożegnalny prezent dla mnie.

– Nie dotykaj jej – syknął Rjiav, a w jego jasnych, zielonych oczach płonął prawdziwy ogień.

– Już ją „dotknąłem” – prychnął czarnowłosy, a potem jakby spoważniał – a ty chyba zapomniałeś jak należy się do mnie zwracać – dodał z groźbą w głosie.

W jednej chwili znalazł się przy stojącej blisko siebie parze. Odepchnął spłoszoną Effie, która zacisnęła kurczowo ręce na sportowej, szarej bluzie Rjiava. Potem po prostu uderzył chłopaka, ale zrobił to z taką siłą, że tamtego odrzuciło w tył, tak, że upadł na regał roztrzaskując plecami półki. Książki z wielkim łomotem posypały się na podłogę. Czarnowłosy podszedł do leżącego na ziemi chłopaka. Podniósł go trzymając za bluzę i uderzył nim o ścianę, potem pchnął go na podłogę, zupełnie jakby Rjiav był szmacianą lalką. Chłopak nawet nie próbował się bronić. Skulił się odsuwając jak najdalej od czarnowłosego mężczyzny.

Effie zwinnym ruchem podniosła się z podłogi, na którą wcześniej upadła. W jednej chwili znalazła się między nimi. Z nienawiścią spojrzała na drwiąco uśmiechniętego mężczyznę.

– Czego chcesz? – warknął na nią nieprzyjaźnie. Potem przyciągnął do siebie dziewczynę, wyginając jej do tyłu rękę, tak mocno jak się dało, żeby jej nie złamać. Pisnęła z bólu. – Popatrz Rjiav, jak kolejna twoja panienka umiera – zadrwił oplatając szyję szamoczącej się dziewczyny ramieniem. – Znajdziesz sobie jeszcze jedną?

Rjiav chwiejnie podniósł się z podłogi. W jego zielonych oczach malowała się panika. Potem jakby podjął jakąś decyzję. Spuścił wzrok, wbijając go w ziemię.

– Nie zabijaj jej, Ian – powiedział pełnym prośby i pokory głosem. – Zostanie twoją kartą przetargową. Wykonam każde twoje polecenie, dopóki ona będzie bezpieczna.

Czarnowłosy niechętnie puścił Effie. Dziewczyna odskoczyła od niego pod samą ścianę, masując obolałe ramię. W jej oczach stały łzy bólu.

– Świetnie – oznajmił po dłuższej chwili milczenia. – Zostaniemy tu przez jakiś czas, generał wyznaczył nam kilka specjalnych zadań. Twoja „zabaweczka” może mieszkać z nami, tak długo, jak długo będzie do czegoś przydatna.

– Dopilnuję tego – powiedział cicho Rjiav, nie podnosząc wbitego w ziemię wzroku.

Rozdział VI

Mieszkanie przy Finchley Road składało się z połączonego z salonem i kuchnią korytarza, oraz prowadzących na poddasze spiralnych, drewnianych schodów. Na górze znajdowały się dwie niewielkie sypialnie i całkiem spora, komfortowo urządzona łazienka. Nic specjalnego, ale nie było też na co narzekać. Ian jednak był w na tyle złym humorze, że tego dnia przeszkadzało mu dosłownie wszystko. Już poprzedniego dnia przywłaszczył sobie jedną ze znajdujących się na poddaszu sypialni, teraz wszedł tam i rzucił się na przykryte grafitową narzutą łóżko. Ze złością zauważył wiszący na ukośnej ścianie plakat z czarnobiałą wieżą Eiffla. Zeskoczył z łóżka i zerwał go jednym płynnym ruchem. Przedarł na pół kredowy papier. Oba kawałki zgniótł w rękach i wrzucił do stojącego przy drzwiach śmietnika. Z powrotem walnął się na łóżko.

To zdecydowanie nie był dobry dzień. Ci głupcy wyznaczyli mu zadania, których nie był w stanie wykonać w pojedynkę, a doskonale wiedział, jak niepewnym kompanem był Rjiav. Gdyby nie to, że cała odpowiedzialność spadnie na niego, już dawno przestałby interesować się tym koszmarnym dzieciakiem. Od początku były z nim same problemy. Rjiav nie do końca był jednym z nich. Z urodzenia był półczłowiekiem, więc co jakiś czas targały nim ludzkie uczucia. Do tego był naiwny i łatwowierny. Ian był przekonany, że nie mógł trafić na gorszego ucznia. Gdyby tylko miał pewność, że sam nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, już dawno postawiłby Rjiava przed sądem. Co prawda jego rasa nie skazywała swoich na śmierć, ale zdradzenie tajemnicy ich istnienia ludziom było tak dużym wykroczeniem, że na długie lata miałby spokój od nieznośnego chłopaka.

Jego wyczulony słuch wyłapał hałas otwierających się na dole drzwi. Usłyszał podniesione głosy.

– Zostawiłeś mnie! Jak mogłeś mnie tak po prostu zostawić?! – powiedziała głośno dziewczyna, a w tonie jej głosu, nie było gniewu a jedynie zawód i rozpacz.

Ian uśmiechnął się do siebie. Może nie będzie tak źle, skoro ta dwójka postanowiła mu dostarczyć rozrywki. Uwielbiał różnego rodzaju gierki.

– Uznałem, że tak będzie najlepiej – warknął Rjiav, najwyraźniej powtarzali ten dialog już któryś raz z kolei, bo w głosie chłopaka słychać było prawdziwą irytację. – Sądziłem, że Ian pójdzie za mną, a ciebie zostawi w spokoju. Popełniłem błąd.

Czyżby? – pomyślał rozbawiony mężczyzna. Był przekonany, że Rjiav uciekł, zostawiając dziewczynę na pastwę losu, byleby tylko ratować własną skórę. Nie wierzył w istnienie takiego uczucia jak miłość. Za to wiedział, że na wpół ludzkiego chłopaka musiało dręczyć sumienie. Nie potrafił tak po prostu, z zimną krwią skazać niewinnej dziewczyny na śmierć. Za to Ian bez mrugnięcia okiem skręciłby jej kark i poszedł dalej. Tak, to właśnie tak bardzo odróżniało go od Rjiava. Roześmiał się cicho. Nigdy nie powiedział chłopakowi, że jego poprzednia „ukochana” była testem i gdyby jej nie zabił, zostawiłby dowód na to, że Rjiav zdradził swoją rasę. Teraz takim chodzącym dowodem była urocza Effie. Wszystko jednak miało swój czas. Chwilowo dziewczyna była bardziej użyteczna żywa, a on sam naprawdę potrzebował współpracy Rjiava.

– I co teraz? Czego on ode mnie chce? – zapytała dziewczyna gorzko.

– Nie wiem – westchnął chłopak. – Jest znacznie silniejszy ode mnie, ale z jakiejś przyczyny mnie potrzebuje. Inaczej nie wahałby się ani chwili.

– Powiedział mi, że i tak jestem już martwa – westchnęła zrezygnowana Effie. – Cokolwiek nie zrobisz i tak mnie zabije.

– Nie on – odezwał się odrobinę spokojniej Rjiav – tak stanowi nasze prawo. To dlatego starałem się trzymać od ciebie z daleka – przyznał. – W momencie kiedy dowiedziałaś się kim jestem, zaczęło ci grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Jeżeli się dowiedzą, ciebie zabiją, a mnie wrzucą do więzienia. Przepraszam Effie – wyszeptał. – Pod tym względem Ian ma rację, jestem skończonym głupcem.

– Gdybyś mnie wtedy nie uratował i tak byłabym już trupem – powiedziała cicho dziewczyna.

– Zrobię wszystko co tylko będę w stanie, żeby nikt cię nie skrzywdził z mojego powodu, Effie – wyszeptał cicho chłopak.

Ian uśmiechnął się pod nosem. Humor mu się znacznie poprawił. To było lepsze od jakiejkolwiek opery mydlanej. Wreszcie zobaczył szansę na to, żeby rozwiać odrobinę zasłonę egzystencjonalnej nudy. Czekała go z tą dwójką wesoła zabawa. Ciekawe czy uda mu się sprawić, żeby słodka Effie z własnej woli zaproponowała mu, że będzie należała do niego. Dla zabawy miał ochotę zniszczyć tą dziewczynę.

Rozdział VII

Dni mijały nieubłaganie jeden po drugim. Rjiav przestał chodzić na uczelnię, za to na całe dnie lub noce znikał gdzieś z Ianem. Często z takich wypraw wracał pobity lub w inny sposób poharatany, w odróżnieniu od mrocznego Iana, który zawsze wyglądał nieskazitelnie. Effie z każdym dniem martwiła się coraz bardziej. Najgorsze jednak było to, że chłopak ciągle chodził zły i rozdrażniony. Coraz częściej dochodziło między nimi do bezsensownych kłótni. Sprawiał wrażenie naprawdę nieszczęśliwego. Effie z ulgą przyjęła fakt, że póki co przynajmniej Ian postanowił ją zupełnie zignorować.

W sobotę wieczorem Rjiav chodził po pokoju napięty jak dobrze naciągnięta struna. Przez ostatnie tygodnie robił rzeczy na które w najmniejszym stopniu nie miał ochoty. Czy tak właśnie miało wyglądać jego dalsze życie? Kiedy tylko do pomieszczenia weszła Effie, natychmiast na nią nadskoczył, mimo, że nie zdawał sobie sprawy, podświadomie uważał, że to była wyłącznie jej wina. Gdyby nie była taką idiotką i nie wepchnęła się tej piekielnej nocy na tą cholerną łódź!

– Pakuj się – warknął. – Rozmawiałem z Ianem, ja zostanę, a tobie pozwoli odejść.

Spojrzała na niego pytająco. W jej chabrowych oczach zalśniły łzy. Znowu wydawała się taka smutna, zagubiona i nieporadna, że Rjiava aż coś ścisnęło w środku.

– Chcę zostać z tobą – wyszeptała spuszczając wzrok. – Potrzebujesz mnie…

– Niby do czego? – warknął rozwścieczony chłopak.

Przerwali dyskusję, kiedy otworzyły się prowadzące do mieszkania drzwi. Spojrzeli w ich stronę, obydwoje równie zaskoczeni. Do środka wszedł Ian, jego twarz nie wyrażała kompletnie niczego. Towarzyszyło mu dwóch postawnej budowy mężczyzn. Effie w oczach Rjiava ujrzała strach i niepokój. Natomiast nowoprzybyli uśmiechali się paskudnie, wyraźnie z czegoś zadowoleni. Jeden z nich spojrzał pytająco na Iana, a tamten skinął mu głową.

– Rjiavie Davies – odezwał się ostro – jesteś aresztowany za nieposłuszeństwo względem swojego mentora i zdradę naszej rasy.

– Ty sukinsynu! – warknął chłopak – Tylko dlatego się zgodziłeś na ten układ! Przez cały czas to planowałeś!

Ian uśmiechnął się drapieżnie. Mężczyźni powalili szamoczącego się i próbującego walczyć Rjiava na podłogę. Effie chciała mu pomóc, nie zdążyła jednak. Czarnowłosy w jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Brutalnie wykręcił do tyłu rękę dziewczyny. Pisnęła z bólu, w jej oczach zalśniły łzy. Dużą, twardą dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła się odezwać.

– Co z dziewczyną? – zapytał jeden z trzymających Rjiava mężczyzn.

– Nie zawracajcie sobie nią głowy, sam się nią zajmę – stwierdził chłodnym tonem Ian.

Mężczyzna uśmiechnął się paskudnie, obrzucił Effie pożądliwym wzrokiem. Spojrzał ze zrozumieniem na czarnowłosego.

– Pamiętaj tylko, że ona jest chodzącym trupem. Nie baw się nią zbyt długo – powiedział uradowany.

– Zajmę się nią – powtórzył spokojnie Ian, a przerażona toczoną rozmową Effie, znowu zaczęła się szamotać.

Czarnowłosy puścił dziewczynę, dopiero kiedy mężczyźni wywlekli Rjiava z mieszkania. Odskoczyła od niego, odsuwając się pod samą ścianę. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Serce trzepotało się w piersi jak szalone. Nie wiedziała co Ian uważa za „zabawę” ale nie sądziła, żeby mogło się jej to w jakikolwiek sposób spodobać.

– Co chcesz ze mną zrobić? – spytała najspokojniej jak potrafiła, mimo to jej głos był cichy i drżący.

Ian wzdychając opadł na kanapę. Spojrzał na dziewczynę obojętnie.

– Nic – odpowiedział.

– Czyli po prostu mnie zabijesz? – zapytała sucho, ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że ta perspektywa znacznie mniej ją przeraża.

– Nie – odpowiedział po prostu. – Masz pół godziny, żeby się stąd wynieść – odparł szorstko. – Jeżeli potem kiedykolwiek spotkam cię na swojej drodze, to z pewnością nie zawaham się przed skręceniem ci karku.

Effie nie wierzyła własnemu szczęściu. Nie była pewna co powoduje Ianem, ale to nie miało znaczenia. Jedyne czego teraz się obawiała, to to, że mężczyzna zmieni zdanie zanim ona stąd zniknie. Nie patrząc więcej na niego wbiegła po kręconych schodach do swojej i Rjiava sypialni. Ściągnęła z szafy sportową torbę podróżną i zaczęła do niej chaotycznie wrzucać swoje rzeczy. Potem zbiegła na dół. Dopiero kiedy zaczęła nakładać buty, coś ją tknęło. Ręce same zacisnęły jej się w pięści. Przymknęła oczy. Nie mogła go tak po prostu zostawić! Wypełniło ją uczucie determinacji. Zbierając w sobie całą odwagę, na jaką było ją stać, z podniesioną głową weszła do salonu.

Ian leżał na kanapie, podparty na łokciu. Wydawał się nad czymś zastanawiać. Spojrzał zaskoczony, kiedy podeszła bliżej. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie.

– Co tu jeszcze robisz? – warknął.

– Co oni zrobią Rjiavowi? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Wzruszył ramionami. Wyraźnie nic go to nie obchodziło.

– Pewnie to na co sobie zasłużył łamaniem prawa – oznajmił chłodno.

– Możesz mu jakoś pomóc, prawda? – zapytała cicho, z nadzieją w głosie.

– Niby czemu miałbym to zrobić? Nic na tym nie zyskam – prychnął chłopak, wyraźnie rozbawiła go sugestia Effie. – I tak tylko same z nim problemy.

– Ian – powiedziała błagalnie, pierwszy raz bez nienawiści wymawiając imię mężczyzny – proszę, nie możesz go tak zostawić.

W jej dużych, chabrowych oczach po raz kolejny pojawiły się łzy. Smukłe dłonie tak mocno zacisnęła w pięści, że aż pobielały jej kłykcie.

– Nie mogę? – spytał teraz już naprawdę rozbawiony. – Oczywiście, że mogę i właśnie to robię. Na tym świecie nie ma nic za darmo. Znikaj stąd, zanim zmienię zdanie. Nie przepadam za niedotrzymywaniem obietnic, a przyrzekłem mu za pomoc właśnie twoje bezpieczeństwo.

Effie zdała sobie sprawę, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Postanowiła zmienić taktykę. Postawiła wszystko na jedną kartę, nie będąc do końca pewną jak dobrze poznała przez te kilka tygodni Iana.

– W takim razie proponuję ci układ – powiedziała cichym, poważnym głosem.

– Niby co możesz mi zaoferować? – zainteresował się czarnowłosy.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że dopóki wzbudza w nim ciekawość, ma jakieś szanse. Przypomniała sobie, jak Rjiav mówił, że Ian uwielbia różnego rodzaju gry.

– Siebie – odpowiedziała po prostu, patrząc bezpośrednio, w jego, w tym momencie czarne jak bezgwiezdna noc oczy.

Roześmiał się. Effie poczuła jak jej ciało się unosi, a potem uderza mocno, o coś miękkiego. Leżała teraz na kanapie, Ian był nad nią, trzymał jej nadgarstki jedną ręką tuż nad głową dziewczyny. Jego uścisk był stalowy. Wiedziała, ze nie ma szans się z niego wyswobodzić.

– Gdybym cię chciał – powiedział cichym głosem, w którym brzmiała wyraźna groźba – to bym sobie po prostu wziął. Skoro tego nie zrobiłem, widocznie znaczy, że nie jestem zainteresowany – oznajmił podnosząc się do pozycji siedzącej i puszczając dziewczynę.

Usiadła przy nim na kanapie. Podwinęła pod siebie nogi.

– Nie zrozumiałeś mnie – oznajmiła odważnie. – Nie mówiłam o seksie. Już dawno przedstawiłeś mi swój punkt widzenia na ten temat – stwierdziła gorzko. – Proponuję ci innego rodzaju układ, grę. Będę twoja. Moje ciało, moje myśli, moje życie, wszystko będzie należało do ciebie. Zrobię wszystko co zechcesz, spełnię każde twoje życzenie, a on o tym nie będzie wiedział. To wszystko będzie działo się za jego plecami. W zamian ty będziesz się nim opiekował. Nie znam waszego świata, ale zdaje sobie sprawę, że jest śmiertelnie niebezpieczny, a ty jesteś od Rjiava znacznie silniejszy.

Ian uśmiechnął się, pełnym drwiny uśmiechem. Tym razem wyglądał jednak na zainteresowanego ofertą dziewczyny.

– Prościej mówiąc proponujesz mi rozrywkę? – zapytał dalej rozbawiony.

Skinęła głową.

– Tak, można to tak ująć – odpowiedziała cicho.

– Udowodnij, na co cię stać – oznajmił rozpierając się wygodnie na kanapie.

– Co mam zrobić? – spytała pełnym determinacji głosem.

– Rozbierz się – rozkazał.

– Co? – jęknęła.

– To co słyszałaś – uśmiechnął się wrednie. – Sama powiedziałaś, że wszystko.

– Pomożesz mu? – upewniła się dziewczyna. Rozbawiony skinął głową. Jego znowu spokojne, szare oczy oceniały ją wzrokiem. – Obiecujesz?

– Pomogę – odpowiedział spokojnie – jeżeli uznam, że warto. Masz swoją szansę, czy nie o to ci właśnie chodziło?

Nie odpowiedziała. Z wdziękiem wstała z kanapy. Powoli, pełnymi gracji ruchami, zaczęła rozpinać kraciastą koszulę. Była zwinna i zgrabna, niczym młoda sarenka. Jej przedstawienie wprawiłoby w zachwyt niejednego mężczyznę. Ian patrzył na nią beznamiętnie, jedyną oznaką podniecenia chłopaka były oczy, które pociemniały i z szarych, zwyczajnych i lodowato zimnych stały się teraz upiornie czarne. Effie odrzuciła w tył swoje jedwabiste jasne włosy. Przestała się krępować, przecież i tak widział ją już nagą, a sama wiele razy rozbierała się w ten sposób dla Rjiava. Kiedy zsunęła z siebie niebieskie jeansy, przyszła pora na bieliznę. Rozpięła stanik, ukazując drobne, ale krągłe i ładne piersi. W kącikach ust Iana pojawił się drwiący uśmieszek. Effie zdjęła majtki i stanęła przed chłopakiem zupełnie naga, osłonięta jedynie wątpliwą, ażurową zasłonką z długich, złocistych włosów. Wstał z kanapy. Podszedł do niej. Był tak blisko, że czuła na sobie jego oddech, wzdrygnęła się, zwalczyła jednak w sobie pragnienie, żeby się od niego odsunąć.

– To niemal jak podpisać cyrograf z diabłem – roześmiał się Ian, po czym zniknął, jakby rozmywając się w powietrzu, a jedynym dowodem na to, że wyszedł, był hałas zatrzaskujących się za nim drzwi.

Rozdział VIII

Godzinę później Ian wrócił do mieszkania z na wpół przytomnym Rjiavem. Chłopak był mocno pobity, a jego ciało zdobiły czarne, dziwaczne wzory, jednak linie układały się zupełnie inaczej niż na tatuażach u Iana. Effie zajęła się chłopakiem nie zadając zbędnych pytań, kiedy jednak zasnął w sypialni, w swoim własnym łóżku, nie mogła zwalczyć ciekawości.

– Co to za wzory? – zapytała siedzącego na krześle przy drzwiach, obserwującego ich obojętnie Iana.

– Runy posłuszeństwa – odpowiedział wzruszając ramionami – to był ich główny warunek.

Effie wiedziała, że nie zamierza jej nic więcej na ten temat powiedzieć, zmieniła więc kierunek zadawanych pytań.

– Takie jak te twoje? – spytała z zainteresowaniem.

– Nie, moje znaczą zupełnie co innego – roześmiał się szczerze rozbawiony.

Rjiav spał ponad dobę, kiedy się obudził, wyglądał całkiem dobrze. Rany na jego ciele goiły się nadzwyczaj szybko. Ian oznajmił mu, że zmienił zdanie co do dziewczyny i Effie zostanie na jakiś czas z nimi. Tak długo, jak długo będzie konieczne, żeby przestało jej grozić niebezpieczeństwo. Rjiav przełknął to obwieszczenie gładko, ponieważ jedną z nielicznych pozytywnych cech Iana było to, że nigdy nie łamał złożonych wcześniej obietnic.

Po umowie, którą Effie zawarła z Ianem, jej życie zamieniło się w istne piekło. Bez przerwy próbowała sobie powtarzać, że robi to dla Rjiava, którego przecież kochała i któremu bądź co bądź zawdzięczała życie. Wbrew pozorom, jeżeli trzeba było, potrafiła być twarda. Stworzyła wokół siebie niewidzialną, mentalną tarczę, która chroniła ją chociaż trochę przed grą, jaką prowadził z nią Ian. Mężczyzna był praktycznie wszędzie. Dotykał jej, drażnił się z nią, brał do łóżka, kiedy tylko przyszła mu na to ochota, a wszystko to tuż pod nosem Rjiava, z którym Effie w dalszym ciągu była. Bywały takie noce, kiedy dziewczyna kładąc się spać, błagała, żeby już nigdy nie musieć się budzić.

Za to Ian ze swojej obietnicy wywiązywał się w stu procentach. Zostawił chłopaka w spokoju, ich wspólne wypady stały się znacznie rzadsze, a kiedy wracali do mieszkania, po Rjiavie nie było widać nawet śladu toczonych wspólnie walk. Wyglądało na to, że Ian roztoczył nad nim swoje opiekuńcze skrzydła.

Już po kilku pierwszych dniach, Effie zauważyła, że kiedy nie stara się niczego przed Ianem ukrywać, mężczyzna traktuje ją znacznie łagodniej, a w jego niesamowitych oczach nie widać tego przerażającego błysku okrucieństwa. Ona także musiała prowadzić swoja grę, toczyła się ona jednak o znacznie większą stawkę niż rozrywka. Chodziło tu o własną przyszłość jej i Rjiava. W jej głowie coraz wyraźniej formułował się skomplikowany plan. Zdawała sobie też sprawę, że ze wszystkich sił musi walczyć o to, żeby Ian nie stracił nią zainteresowania, a jego uwagi wcale nie było łatwo utrzymać.

Ian uwielbiał dominować. Wyraźną przyjemność sprawiało mu to, że Effie bez gadania spełniała jego rozkazy. Za to dziewczyna po kilku bolesnych lekcjach, przynajmniej częściowo nauczyła się jak zwalczać jego sadyzm. Tak długo, jak długo patrzyła na niego z zimną furią, odrazą i nienawiścią w oczach, tak długo on się nad nią znęcał zarówno fizycznie jak i psychicznie. Wszystko jednak robił z umiarem, tak, żeby Rjiav niczego nie zauważył. Należał do tego typu osób, które w każdej grze muszą być najlepsze, wygrywać.

Była burzliwa noc. Effie kuliła się na kanapie w salonie pod cienkim, brązowym kocem. Była sama. Ian z Rjiavem po raz kolejny zniknęli gdzieś na wiele godzin. Dziewczyna nie wiedziała już sama czy woli kiedy są w pobliżu i to co jej grozi jest znajome czy też takie niepewne oczekiwanie na coś, co może, ale wcale nie musi się wydarzyć. Od czasu do czasu udawało jej się, przy zapalonym świetle, zapaść w krótką, niespokojną drzemkę. Obudziła się, słysząc dochodzący z korytarza hałas. Ian wrócił do mieszkania ranny. Rjiav przyprowadził go i zamiast swojego nauczyciela udał się złożyć w „sztabie” raport. Effie natychmiast zajęła się krwawiącą obficie raną na brzuchu mężczyzny. Dotykała go delikatnie i z wprawą. W jej oczach zobaczył prawdziwą troskę. Tej nocy był łagodnym i czułym kochankiem. Wyraźną satysfakcje sprawiało mu dawanie Effie przyjemności, nie tylko takiej pomieszanej z upokorzeniem i bólem. Dziewczyna wyciągnęła z tego swoje własne wnioski. Jego logika była pokrętna, ale całkiem sensowna. Karał ją, ponieważ to ona nie dotrzymywała swojej części umowy. Zaczęła się bardziej starać. Traktowała go jak przyjaciela, chłopaka, kochanka. Rozmawiała z nim, tuliła się do niego, ukrywała całą swoją nienawiść, którą do niego żywiła. Ian, mimo, że dalej znęcał się nad nią psychicznie przestał zadawać dziewczynie fizyczny ból. Był jak chodząca łamigłówka, a ona stawała się nim coraz bardziej zafascynowana.

Rozdział IX

Pogoda w Londynie nikogo nie zaskoczyła. Dni były mżyste i nieprzyjemne. Tak było i teraz. Effie szła przez park w towarzystwie milczącego Iana, właściwie nie zastanawiając się nad tym gdzie jest i co robi. Jej myśli krążyły wokół zupełnie innych spraw. Każdy dzień stawał się dla niej coraz trudniejszy od poprzedniego. Żyła w ciągłym napięciu i stresie. Nigdy nie wiedziała co spotka ją za kwadrans czy za godzinę. Postępowanie Iana było nieprzewidywalne i nigdy nie brakowało mu nowych pomysłów na dręczenie jej. Traktował dziewczynę jakby była zabawką. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że oczekiwała tych chwil z równym strachem co i ciekawością. Nosiła w sobie jakąś straszliwą potrzebę, niezaspokojone pragnienie. Chłonęła całą sobą, każdą spędzoną z Ianem minutę, a jednocześnie nienawidziła go każdym, nawet najmniejszym nerwem swojego ciała. Wiedziała, że to Rjiava kocha, ale kiedy leżała wtulona w ramiona ukochanego, nie potrafiła się powstrzymać od wyobrażania sobie, że to właśnie Ian ją w ten sposób dotyka. To była gra, a ona w niej przegrywała. Boleśnie zdawała sobie sprawę, że kiedy osiągnie dno, będzie pod nim jeszcze sześć stóp mułu.

Od wyjścia z domu nie zamienili ani jednego słowa. Po prostu spacerowali w milczeniu. Rjiava miało nie być aż do wieczora, dlatego Ian zasugerował wyjście na wspólny spacer. Effie jak zwykle nie miała pojęcia co mu właściwie chodzi po głowie, szybko się jednak o tym przekonała. Ubranie, które kazał jej włożyć Ian przypominało to, jakie najczęściej noszą uczennice w animowanych pornosach japońskich, potocznie zwanych hentai. Już nawet nie zwracała uwagi na to, że marznie. Pod cienkim płaszczykiem, miała białą, krótką koszulę i mini spódniczkę w szkocką kratę. Jedynym odpowiednim ubraniem na taką pogodę były wysokie, skórzane oficerki na niskim obcasie, naprawdę wygodne i przede wszystkim nieprzemakalne buty. Włosy zaplotła w dwa długie, luźne warkocze. Czuła się trochę jak dziewczyna z reklamy telewizyjnej, takiej puszczanej dopiero po godzinie dziesiątej wieczorem.

Minęli stary budynek z czerwonej cegły, który teraz był opuszczony i cierpliwie oczekiwał na nadchodzący remont. Ian uśmiechnął się drapieżnie i kiedy przechodzili koło budowli, pociągnął ją w tamtą stronę. Serce Effie natychmiast podeszło do gardła. Mężczyzna przyparł dziewczynę do ściany. Wsunął ręce pod jej krótką, kraciastą spódniczkę. Pocałował ją w usta. Odwróciła głowę. Spróbowała się od niego odsunąć, jednak przytrzymał ją stanowczo.

– Ian, nie tutaj – jęknęła błagalnie.

Znów ją pocałował. Miękkimi wargami przesunął po jej karku. Jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.

– Czemu nie? – zapytał cicho. – Mnie się to miejsce podoba. Mam na ciebie ochotę.

– Ian… – zaczęła znowu wypowiadać swoją prośbę.

– Wszystko Eff – przerwał jej chłodnym tonem. – Powiedziałaś, że dasz mi wszystko, czego zapragnę, a ja chcę właśnie tego.

Dziewczyna przestała się wyrywać. Przymknęła oczy. Mężczyzna odwrócił ją tak, że teraz stała przodem do ściany. Zdjął z niej jasny płaszcz, odrzucając go na wilgotną trawę. Podwinął jej króciutką spódniczkę jeszcze wyżej. Chwycił jej ręce i położył tak, że teraz pochylona opierała się o kamienny mur, wypinając w jego stronę zgrabną pupę. Rozsunął jej nogi. Oddech dziewczyny przyspieszył, łzy spływały po jej bladych policzkach. Potrafiła jedynie błagać w myślach, żeby nikt tędy nie przechodził. Ian twardymi dłońmi przesuwał po jej napiętych pośladkach. Włożył rękę pod jej koszulkę i przesunął nią po jej wygiętych w łuk, wyprężonych plecach, potem brzuchu, aż wreszcie zawędrował dłonią na piersi dziewczyny. Drugą rękę wsunął między jej nogi, pieszcząc ją między nimi nadzwyczaj łagodnie i delikatnie. To przeraziło ją tylko jeszcze bardziej. Nie było rzeczą, jakiej mogłaby się po nim spodziewać. Coraz bardziej zastanawiała się co mu chodzi po głowie. Ian wsunął w nią palec, potem drugi i trzeci. Effie nie była w stanie powstrzymać cichych jęków. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego on tak na nią działał. Czemu zrobiła się cała mokra? Nienawidziła tego mężczyzny każdym skrawkiem swojego umysłu, a jednocześnie całe jej ciało pragnęło jego dotyku. Czy Ian miał rację i naprawdę była masochistką, jak oznajmił jej kiedyś podczas jednej z ich długich, dziwacznych rozmów?

Mężczyzna poruszył w niej jeszcze kilkakrotnie palcami, po czym wysunął je ostrożnie. Rozpiął rozporek. Gwałtownie wsunął w nią swój sztywny, czekający niecierpliwie członek. Boleśnie poczuła jego wielkość. Ręce położył na jej biodrach, przyciągając ją mocno do siebie. Trzymał ją tak, wchodząc gwałtownie w jej wnętrze. Jego ruchy były płynne, mocne i szybkie. Dziewczynę zalała kolejna fala podniecenia, pomieszana ze wstydem i upokorzeniem. Coraz bardziej bała się, że ktoś będzie przechodził, że jakaś obca osoba ich zobaczy.

Ian wysunął się z dziewczyny. Podniósł ją, opierając plecami o mur. Chcąc nie chcąc objęła go za szyję ramionami. Oplotła nogami w pasie. Ponownie nadział ją na swoją sterczącą, śliską od jej własnych soków, męskość. Jego ręce leżały na pośladkach Effie, unosząc ją w górę i w dół. Jego usta zawędrowały ku rozdartej, białej koszulce dziewczyny. Pocałował jej dekolt, potem pierś, delikatnie przygryzł sterczący sutek. Później jego usta znalazły się przy ustach dziewczyny. Bezmyślnie, niemal mechanicznie odwzajemniała jego namiętne, natarczywe pocałunki.

W pewnym momencie Ian zwolnił swoje ruchy. Wchodził teraz w Effie równie głęboko, ale wolniej, delikatniej. Dziewczyna jęknęła. Po krótkiej chwili zalała ją fala prawdziwej, niekłamanej rozkoszy. Mężczyzna znowu przyspieszył. Poczuła jak jego członek pulsuje. Jej wnętrze zalała ciepła, lepka ciecz. Ian wysunął się z niej po kilku ostatnich, końcowych ruchach. Postawił ją na ziemi. Zachwiała się. Oparła o chłodną, ceglaną ścianę. Zdziwiła się, kiedy zdjął z siebie czarną, skórzaną kurtkę. Narzucił ją na ramiona Effie, a kiedy włożyła ręce do rękawów, starannie zapiął. Objął ją ramieniem.

– Gdyby ktoś tędy przechodził – szepnął do jej ucha – zabiłbym go bez wahania. Nikt nie będzie bez pozwolenia oglądał mojej własności.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Wtuliła się w bok Iana. Wiedziała, że czarnowłosy mówi jak najbardziej poważnie.

Rozdział X

Przez całą, powrotną drogę do domu, Ian się więcej nie odezwał. Effie została sam na sam, z własnymi, ponurymi myślami. Dodatkowo nie mogła ścierpieć tego, że mężczyzna przez cały czas obejmował ją swoim ramieniem, jakby pokazując światu, że dziewczyna należy tylko do niego. Najgorsze było jednak to, jak cudownie się z tym faktem czuła.

Kiedy weszli do domu, Effie stanęła z szeroko otwartymi oczami, w drzwiach salonu. Drobne dłonie same zacisnęły jej się w pięści. W oczach pojawiły się łzy. Ian wszedł do pokoju tuż za dziewczyną. Na jego twarzy, na krótką chwilę, pojawiło się niekłamane zaskoczenie, później jednak stała się zwyczajową, nieprzeniknioną maską. Rjiav leżał na ciemnozielonej kanapie, a na nim siedziała zupełnie naga blondynka, z naprawdę dużymi, jędrnymi piersiami. Ręce chłopaka błądziły po jej bujnym biuście, a ona poruszała się na jego członku, głośno jęcząc.

Przerwali stosunek, zaskoczeni wtargnięciem do pokoju Effie i Iana. Rjiav zsunął z siebie blondynę, gwałtownie zrywając się z kanapy. Obrzucił stojących w drzwiach intruzów zaskoczonym spojrzeniem.

– Eff, to nie tak… – zaczął, ale dziewczyna nie słuchała.

Odwróciła się na pięcie i wbiegła po schodach na górę. Rjiav chciał pobiec za nią, ale Ian chwycił go za ramię, zatrzymując w pół kroku. Rozbawiony spojrzał w zielone oczy swojego podopiecznego. Chłopak szarpnął się wściekle, ale zyskał tym tylko to, że mężczyzna pchnął go z powrotem na kanapę, z której tak gwałtownie przed chwilą wstawał. Blondynka uśmiechnęła się uroczo, nawet nie próbując ukryć swojej nagości. Podeszła do czarnowłosego uwodzicielskim krokiem. Uśmiechnęła się lubieżnie.

– Witaj Ian, dawno się nie widzieliśmy – stanęła tuż przed mężczyzną, wyciągając ręce ku guzikom jego czarnej koszuli. – Może jednak zmieniłeś zdanie i masz na mnie ochotę? – zapytała rozpinając powoli najwyższy z nich.

Ian błyskawicznym ruchem chwycił jej rękę. Kobieta krzyknęła. Upadła na kolana. Mężczyzna odsunął się od niej z obrzydzeniem wyraźnie malującym się na przystojnej twarzy.

– To cię nauczy, żebyś nigdy więcej nie próbowała mnie dotykać dziwko – wycedził przez zęby.

Rjiav spojrzał na niego szeroko otwartymi ze zgrozy oczami.

– Złamałeś jej rękę – powiedział niedowierzająco.

Ian tylko skinął głową.

– Aha, dlatego na twoim miejscu zabrałbym ją teraz do szpitala – powiedział już zupełnie spokojnym, chłodnym tonem.

Uśmiechnął się drwiąco, a potem śladem Effie wspiął na prowadzące do sypialni schody. Zdziwił się, kiedy zastał dziewczynę siedzącą na podłodze w rogu jego własnego pokoju. Obejmowała ramionami nogi, chowając twarz w kolanach. Jej ramionami wstrząsało ciche łkanie. Ian minął ją obojętnie, kładąc się na plecach na grafitowej narzucie łóżka. Podparł się poduszkami, żeby móc przyglądać się płaczącej dziewczynie. Zdawał sobie sprawę, że powinien czuć satysfakcję, czemu więc tak nie było? W żaden sposób nie zareagowała na jego obecność. W końcu to on nie wytrzymał.

– Jeszcze się nie spakowałaś? – zadrwił.

Podniosła na niego zapłakane oczy.

– Czemu miałabym się pakować? – zapytała zaskoczona.

– Po tym co widziałaś, wnioskuję, że nasza umowa jest już nieaktualna – wzruszył ramionami.

Effie przecząco pokręciła głową.

– Nie, to nieprawda – powiedziała cicho, stłumionym przez łzy głosem. – W dalszym ciągu chcę, żebyś opiekował się Rjiavem.

Ian nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ta dziewczyna była zupełnie nielogiczna.

– Dlaczego? – zadał pierwsze pytanie jakie przyszło mu do głowy.

– Ponieważ go kocham – wyszeptała cicho – nawet jeżeli ty nigdy nie będziesz w stanie tego pojęcia zrozumieć.

– Pomimo tego co zrobił? – zapytał głupio mężczyzna.

– Mimo tego, co mógłby kiedykolwiek zrobić – westchnęła smętnie w odpowiedzi. – Poza tym uratował mi życie, jestem mu w dalszym ciągu coś winna.

– Więc nasza umowa jest dalej aktualna? – upewnił się Ian.

Effie pewnie skinęła głową.

– Dopóki się mną nie znudzisz – oznajmiła poprzez łzy – a ja postaram się, żeby nie prędko się to stało.

Ian odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu.

– Świetnie – stwierdził – w takim razie chodź tutaj – rozkazał pokazując puste miejsce obok siebie na łóżku.

Dziewczyna podeszła posłusznie kładąc się koło mężczyzny na wygniecionej narzucie łóżka. Spojrzała w jego, w tym momencie, czarne jak noc oczy. Ian po raz niewiadomo który opanował chęć przytulenia do siebie zapłakanej dziewczyny. Czemu do licha w ten sposób na niego działała? To nie było właściwie. Już dawno powinien był ją zabić. Leżeli tak wpatrując się w siebie przez dłuższą chwilę. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Pomimo tego, że Ian nie był odpowiednią osobą, kimś, z kim mogłaby o tym porozmawiać, musiała się odezwać.

– Nawet nie poszedł za mną na górę – westchnęła Effie przewracając się na plecy, wzrok wbiła w pomalowany na biało sufit.

– Wiesz dlaczego? – zapytał Ian.

– Nie zależy mu na mnie – westchnęła smętnie dziewczyna.

– Barbie-girl próbowała mnie dotykać. Złamałem rękę tej lafiryndzie – oznajmił spokojnie Ian. – Musiał odwieść ją do szpitala. Pewnie jak wróci będzie próbował się tłumaczyć ze swojego „skoku w bok”.

Effie odwróciła się w jego stronę, podniosła się na łokciu. Spojrzała w lodowato zimne oczy Iana.

– Co zrobiłeś? – spytała niedowierzająco.

– To co słyszałaś – prychnął.

– Jesteś psychopatą! – westchnęła opadając z powrotem na łóżko.

– A to dla ciebie jakaś nowość? – spytał spokojnie mężczyzna.

– Nie – wyszeptała smętnie Effie, odwracając się do niego plecami, żeby w ten sposób wtulić się w jego ciepłe, opiekuńcze ramiona. To było w tym wszystkim najdziwniejsze, jedyne pocieszenie i ochronę mogła znaleźć u osoby, której właśnie najbardziej się obawiała i której szczerze nienawidziła.

Rozdział XI

Rjiav nie patrzył na Effie, nie potrafił jej spojrzeć w oczy. Siedział na brzegu ciemnozielonej kanapy wpatrując się w swoje dłonie. Ogarniała go coraz większa złość. Podniósł wzrok na luzacko opartego o framugę drzwi Iana, który najwyraźniej świetnie się bawił zaistniałą sytuacją.

– Wyniesiesz się stąd wreszcie?! – warknął, na nim wyładowując swój gniew.

– Nie – odpowiedział czarnowłosy, coraz bardziej rozbawiony.

Rjiav chciał warknąć coś w odpowiedzi, ale zanim zdążył nabrać powietrza wtrąciła się Effie.

– Niech zostanie, jeżeli chce – powiedziała cicho.

– Eff, ja… – zaczął łamiącym się głosem.

– Kim była ta blondynka? – spytała beznamiętnym tonem dziewczyna, ponownie mu przerywając.

Policzki Rjiava zapłonęły żywym ogniem, ale postanowił nie pogarszać swojej sytuacji brakiem odpowiedzi na zadane pytanie.

– To Darla, jest naszą przyjaciółką i półkrwi…

Tym razem to Ian postanowił wejść w słowo speszonemu chłopakowi.

– Przyjaciółką? – prychnął. – Półkrwi? To tania dziwka, która uważa się za nietykalną, bo ma w sobie może kroplę naszej krwi. Nasze prawo zabrania nam zabijać się nawzajem – wyjaśnił widząc pytające spojrzenie Effie. – Udowodniłem jej dzisiaj, że jednak nie jest taka bezpieczna jak zawsze sądziła. W każdym razie mnie też naprawdę ciekawi co z nią właściwie robiłeś – zwrócił się do Rjiava z drwiącym uśmieszkiem zabłąkanym w kącikach ust.

– Ja… – zaczął niepewnie chłopak, ale Effie już wiedziała. Nie zamierzała słuchać jego beznadziejnych usprawiedliwień.

– To nie pierwszy raz, prawda? – spytała gorzko.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Skąd wiesz? – zapytał speszony.

– Czemu mnie po prostu nie zostawiłeś? – westchnęła.

– To nie tak – wyszeptał, ciągle nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy.

– Więc jak? – warknęła, zdając sobie sprawę, że jej cierpliwość była już na granicy.

Tym razem spojrzał na nią.

– Zależy mi na tobie Eff, chcę z tobą być, pragnę twojej bliskości, ale potrzebuję kontaktu fizycznego z „naszymi” kobietami – powiedział, jakby tłumaczył dziecku zawarte w elementarzu podstawy. – Zrozum mnie Eff, proszę.

Dziewczynę zmroziło w środku. Dla niego to było NORMALNE. Boleśnie dotarło do niej jak bardzo go kochała. Teraz jedyne czego chciała to zadać mu ból.

– Czy ty też potrzebujesz kontaktu fizycznego z „waszymi” kobietami? – spytała Iana wstając z kanapy.

Czarnowłosy roześmiał się.

– To zimne, wyrachowane suki – odpowiedział drwiąco. – Każda, co do jednej. Nigdy nie wiesz czy nie obudzisz się rano z nożem wbitym w plecy.

Effie zauważyła, że zna jej zamiary, nie wiedziała tylko czy podejmie grę. Podeszła do Iana oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta, kiedy objął ją w talii i przyciągnął do siebie zaborczo. Rjiav gwałtownie zerwał się z kanapy.

– Odsuń się od niej – warknął wściekle.

– O co ci chodzi? – zapytała zimno Effie, w jej błękitnych oczach był tylko lód. – Przecież jeszcze przed chwilą twierdziłeś, że popierasz poligamię.

– Eff, nie… nie z nim – wyszeptał błagalnie.

Roześmiała się, ale w jej śmiechu nie było ani cienia wesołości.

– A co jeżeli robiłam to z nim? – zapytała patrząc Rjiavowi w oczy. – Co jeżeli mi się podobało?

– Eff nie! Nie rozumiesz… – powiedział łamiącym się głosem, wyciągając do niej rękę, jakby chciał w ten sposób wszystko naprawić.

Dziewczyna prychnęła. Pokręciła głową, jakby z politowaniem, a potem dumnym krokiem wspięła się po spiralnych schodach na górę, do sypialni.

W zielonych oczach Rjiava zapłonął gniew.

– Jeżeli ją skrzywdzisz… – warknął.

– Jeżeli ją skrzywdzę, to co? – roześmiał się Ian. – Ona mówiła prawdę, miałem ją setki razy – oznajmił spokojnie patrząc, jak twarz chłopaka zmienia się z każdym jego kolejnym słowem w przepełnioną cierpieniem maskę – a wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Robiła to dla ciebie, w zamian za to, że będę cię chronił. Effie naprawdę cię kochała Rjiav. Głupia naiwna dziewczyna – rzucił jeszcze, żeby dobić chłopaka, po czym z satysfakcją malującą się na przystojnej twarzy i ironicznym uśmieszkiem na ustach, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Rjiav opadł z powrotem na kanapę. Schował twarz w trzęsących się dłoniach. Słowa Iana paliły go żywym ogniem. To co mówił mężczyzna zwyczajnie nie mogło być prawdą, nie mieściło mu się w głowie. Jego Effie… nie, nie mógł jej w ten sposób stracić na zawsze! Po prostu nie mógł sobie na to pozwolić.

Rozdział XII

Ian spojrzał na rozciągniętą na jego łóżku dziewczynę. Patrzyła w sufit, ale tym razem nie płakała. Uśmiechnął się do niej leniwym, aroganckim uśmiechem, kiedy zwróciła na niego spojrzenie swoich pięknych, błękitnych oczu. Na jej twarzy widać było jakieś zacięcie i determinację.

– I co teraz? – spytał rozbawionym głosem.

– Nic – odpowiedziała. – Będziemy grać dalej.

Iana zaskoczyła odpowiedź dziewczyny. W dalszym ciągu nie pojmował jej motywów, nie rozumiał jej zachowania, za to fascynowała go z każdą spędzoną wspólnie chwilą coraz bardziej.

Przez kilka kolejnych dni obserwował jak z premedytacją mści się na Rjiavie. Nigdy nie spodziewałby się po niej takiego typu zachowania. Ona po prostu się nim bawiła, jakby była łowcą, a on stanowił jej, nazbyt łatwą ofiarę. Umyślnie ignorowała chłopaka, paradując mu przed samym nosem, a to w delikatnej koszulce nocnej, której niechcący zsunęło się ramiączko, a to w topie, odsłaniającym połowę brzucha, raz nawet wesoło weszła do kuchni owinięta ręcznikiem kąpielowym, uznając, że koniecznie musi się napić mleka, kiedy Rjiav siedział tam jedząc śniadanie. Wyszła stamtąd z pełnym samozadowolenia uśmiechem, zostawiając chłopaka wgapiającego się w drzwi z otwartą buzią. Gorsze jednak było to jak odnosiła się przy Rjiavie w stosunku do Iana. Z premedytacją i pełnym okrucieństwem łasiła się do niego jak kotka w rui, ale tylko wówczas, kiedy mogła zrobić z tego przedstawienie na użytek chłopaka. Iana na początku to bawiło, ale później zaczęło go równie mocno irytować. Czuł irracjonalną zazdrość o zachowanie Effie, o to, że dziewczynie tak bardzo zależy, żeby ukarać Rjiava, a jednocześnie dalej twierdziła, że go kocha i w żadnym razie nie chciała rezygnować z ochrony dla chłopaka. Po prostu musiał to jakoś zakończyć.

Jeszcze tego samego dnia, po nieprzyjemnym incydencie z Darlą, Effie przeniosła wszystkie swoje rzeczy do sypialni Iana, nawet nie pytając go o zdanie. Zdał sobie sprawę, że jego groźby przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. O tak, bała się go nadal, po prostu ignorowała ten strach, ponieważ zupełnie przestało jej zależeć. To zastanawiało Iana tylko jeszcze bardziej. Musiał zrobić z tym porządek. Jak zwykle postanowił zabawić się na swój własny sposób. Poza tym szykowała się bitwa i, i tak, potrzebowali dodatkowej ochrony.

– Effie, jesteś wredną suką – powiedział, kiedy przekroczyła próg, jego, a właściwie teraz ich wspólnej sypialni.

– Uczę się od mistrza – zamruczała podchodząc do niego bliżej.

Co się stało z tą cichą, uroczą blondyneczką? – przeszło przez myśl Ianowi, kiedy całkiem zadowolony z siebie, zdał sobie sprawę, że to on stworzył tego małego, sadystycznego potwora.

Dziewczyna była tuż przy nim. Oplotła ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta. Spojrzała w jego czarne, pełne żaru oczy. Uśmiechnął się do niej drwiącym, leniwym uśmiechem.

– Świetnie, a więc będziemy grać po twojemu, kociaku – oznajmił niebezpiecznie cichym głosem.

Rzucił dziewczynę na łóżko. Zdarł z niej ubranie, co przy jego niesamowitej sile wcale nie było trudne. Effie nie wyczuła ostrzeżenia w jego głosie, nie znała go aż tak dobrze. Mruknęła tylko, odwzajemniając namiętne pocałunki i pieszczoty podnieconego mężczyzny. Odwrócił ją na brzuch, przodem do drzwi. Podniósł jej pupę do góry. Wsunął dłoń pomiędzy nogi dziewczyny. Tak szybko robiła się przy nim mokra… O tak, to nawet bardziej niż odpowiadało Ianowi. Nieśpiesznie zdjął z siebie spodnie. Spojrzała na niego wyczekująco. Uśmiechnął się ironicznie na myśl ile się przez ten czas między nimi zmieniło. Wiedział, że Effie go pragnie przynajmniej tak samo mocno, jak on jej. Był też przekonany, że jest to czysto fizyczne pragnienie i nie wiążą się z nim żadne cieplejsze uczucia. Wszedł w wilgotne, ciepłe wnętrze. Zaczął się w niej poruszać, niespiesznie i delikatnie. Ręce położył na jej zgrabnych pośladkach, przyciągając dziewczynę jak najbliżej siebie.

Potem w życie wprowadził dalszą część swojego planu. Za pomocą więzi, która łączyła go z uczniem, wysłał krótki, ostry rozkaz w kierunku Rjiava. Chwilę później chłopak stał w drzwiach sypialni z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Jego twarz wykrzywił grymas bólu i niedowierzenia. Ian uśmiechnął się ironicznie. Wiedzieć o czymś, a zobaczyć na własne oczy, to dwie zupełnie różne rzeczy.

Effie spojrzała przerażona na Rjiava. Chciała się wyszarpnąć Ianowi i nakryć kołdrą swoje nagie, kształtne ciało. Mężczyzna trzymał ją jednak zbyt mocno. Nie przestawał poruszać się w jej wnętrzu. Pociągnął ją za włosy, zmuszając w ten sposób, żeby spojrzała na stojącego w drzwiach chłopaka. Rjiav oprzytomniał. Chciał wyjść.

– Nigdzie nie idziesz – powiedział ociekającym słodyczą tonem Ian. – Zostaniesz tutaj do końca „przedstawienia” – zakpił cicho.

Rjiav natychmiast zobaczył „to coś” w czarnych jak noc oczach mężczyzny. Niepewnie, z pobladłą twarzą wszedł do środka i stanął pod ścianą. W oczach Effie pojawiły się łzy. Schowała twarz w pościeli. Tym razem Ian pozwolił jej na to. Przyspieszył swoje ruchy. Po kilku, wlokących się niemal w nieskończoność minutach, wysunął z dziewczyny swojego członka, i skończył brudząc ciepłym płynem jej pośladki i plecy.

– Masz swoją zemstę, czy nie tego właśnie chciałaś? – mruknął cicho do dziewczyny.

Wstał, podciągnął spodnie i zapiął rozporek, po czym wyszedł z sypialni zostawiając Effie sam na sam z Rjiavem. Na jego twarzy gościł okrutny, pełen satysfakcji uśmiech drapieżnika.

Rozdział XIII

Na szklanym blacie stołu stała porcelanowa miseczka z czarnym proszkiem, obok niej kolejna, odrobinę większa z wodą, a na słomianej macie leżał delikatny, cienki pędzelek. Rjiav pobladł na twarzy zobaczywszy te, na pozór niewinnie wyglądające rzeczy. Stanął w drzwiach salonu nie wiedząc czy wejść do środka czy raczej się wycofać. Najwyraźniej jednak rozmyślał zbyt długo, ponieważ za jego plecami pojawił się Ian. Wepchnął chłopaka do pokoju. Rjiav z trudem przełknął ślinę. Przeczesał palcami swoje jasne włosy, w kolorze złocistego piasku plaży. Nie potrafił ukryć swojego zdenerwowania. Ian uśmiechnął się drwiąco na widok zdenerwowania chłopaka.

– To nie dla ciebie – powiedział, a Rjiava ogarnęła wyraźna ulga. – To dla Effie.

Twarz chłopaka natychmiast stężała. Cofnął się o krok.

– Nie – warknął – nie możesz jej tego zrobić.

Ian uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.

– Oczywiście, że mogę i zrobię – odpowiedział powoli. – Przyprowadź ją tutaj – rozkazał.

– Nie – zaprotestował ponownie Rjiav.

Cios padł tak szybko, że nawet nie zauważył kiedy nadszedł. Ian uderzył go, chłopak upadł na podłogę. Z trudem podniósł się z ziemi. Po schodach zbiegła Effie, zaalarmowana hałasem. Stanęła w drzwiach salonu patrząc na nich pytająco.

– Nie ważne, już nie musisz – uśmiechnął się drwiąco Ian. – Chodź do mnie kociaku – powiedział stanowczo.

Effie zrobiła niepewny krok w stronę mężczyzny. Rjiav stanął między nimi, blokując jej drogę.

– Zrób to mi, jeżeli musisz, ale nie jej – syknął.

– O co chodzi? – spytała zaniepokojona dziewczyna.

Ian spojrzał jej w oczy.

– To co ci zrobię będzie bolesne, bardzo bolesne – oznajmił kładąc nacisk na ostatnie słowa. – Nie skrzywdzi cię jednak w żaden fizyczny sposób.

Effie nie spuściła wzroku. Skinęła głową. Wyminęła trzęsącego się ze złości Rjiava i podeszła do kanapy.

– Czego ode mnie oczekujesz? – spytała cicho.

W jej głosie słychać było drżenie, widać było, że dziewczyna się boi, całą sobą jednak przeciwstawiała się temu uczuciu.

– Zdejmij bluzę – rozkazał spokojnie, ale stanowczo Ian. – Już cię nie potrzebuję – zwrócił się z drwiącym uśmiechem do Rjiava.

– Zostanę – powiedział chłopak zagryzając zęby.

– Świetnie – oznajmił mężczyzna, patrząc jak Effie spokojnie wykonuje jego polecenie i zdejmuje z siebie granatową, dresową bluzę, odsłaniając czarny, koronkowy stanik. – W takim razie przydasz się na coś i będziesz ją trzymał. Jeżeli się poruszy, jest szansa, że zrobię jej krzywdę.

Rjiav skinął głową w milczącym potwierdzeniu. Znał rytuał. Wzdrygnął się na myśl o czarnych malunkach zdobiących jego własne ciało. Aż nazbyt dobrze go znał. Usiadł na kanapie sadzając przed sobą Effie, objął ją ramionami i przycisnął do siebie, tak żeby nie mogła się poruszyć. Odwróciła głowę i spojrzała na niego pytająco. Nie potrafił się zdobyć na to, żeby odpowiedzieć na nieme pytanie. Odwrócił wzrok.

Ian spokojnie rozmieszał czarny proszek z odrobiną wody, tak, że powstała maź konsystencji gęstej śmietany. Podszedł do kanapy. Stanął przy nich wyczekująco. Rjiav odwrócił dziewczynę tak, że siedziała teraz bokiem. Objął ją ramieniem, przytulając do siebie, jednocześnie zasłaniając jej usta dłonią. Był przekonany, że będzie próbowała krzyczeć. Nogami przygniótł jej nogi, drugą ręką przytrzymał jej ręce. Była teraz zupełnie unieruchomiona.

Kiedy Ian zanurzył pędzelek w roztworze, w szarych oczach mężczyzny był tylko lód. Dziewczyna szarpnęła się z całej siły, gdy tylko pierwsza kreska dotknęła jej odsłoniętej skóry. Rjiav przytrzymał ją mocno, skupiając się tylko na tym, żeby niechcący nie złamać jej ręki. Znał ten okropny ból, kiedy czarna farba wżerała się w ciało. Runy paliły żywym ogniem, człowiek czuł jakby spalał się żywcem, a jednocześnie, jakby coś wżerało się w jego ciało. Najgorsze było to, że magia nie pozwalała na utratę przytomności. Kiedy Ian skończył malować skomplikowany wzór na jej lewym ramieniu, całe ciało dziewczyny drżało, a ona płakała, nie potrafiąc powstrzymać łez.

– Odwróć ją – rozkazał mężczyzna chłodnym tonem.

W oczach Rjiava pojawiło się przerażenie. Jak to, to jeszcze nie koniec?

– Ian, wystarczy jej – szepnął błagalnie.

– Odwróć ją, żebym miał dostęp do drugiego ramienia – powiedział zbyt spokojnym głosem mężczyzna.

Kiedy tylko Rjiav zwolnił uścisk dziewczyna wysunęła się z jego objęć odskakując jak najdalej od nich. Ian złapał ją zanim dobiegła do drzwi. Pchnął w stronę chłopaka. Rjiav ponownie posadził ją sobie na kolanach, tym razem drugim bokiem na zewnątrz. Mężczyzna namalował na jej ramieniu skomplikowany rysunek, bliźniaczo podobny do drugiego.

– Zajmij się nią – powiedział spokojnie, zabierając ze sobą naczynia i wychodząc z pokoju, zostawiając łkającą dziewczynę sam na sam z Rjiavem.

Ian starannie oczyścił naczynia w kuchennym zlewie, zamykając resztę rozrobionego barwnika w małym szklanym pojemniczku. Bardzo starał się, żeby nie miał kontaktu ze skórą. Nie mógł go zostawić. Był zbyt rzadki i cenny, żeby go marnować. Zdziwił się, kiedy przez kuchenne drzwi weszła Effie. Z trudem stała o własnych siłach. Spojrzał na jej zapłakaną twarz i lśniące od łez, chabrowe oczy. Kiedy jednak odezwała się jej głos był drżący, ale nadzwyczaj spokojny, jakby dziewczyna zupełnie pogodziła się ze swoim losem.

– Za co tym razem mnie ukarałeś? – spytała cicho.

– Ukarałem? – warknął nie potrafiąc zapanować nad gniewem, który go ogarnął gdy wypowiedziała te słowa. W jednej chwili znalazł się przy dziewczynie. Brutalnie przycisnął ją do ściany. Spojrzał jej w oczy. – Ty mała idiotko – warknął – gdybym chciał cię ukarać, nie marnowałbym na to sproszkowanych nasion chantrieri i tak wystarczająco trudno je zdobyć.

Spojrzał w jej przestraszone oczy. Nie rozumiała. Dobrze. Nie chciał, żeby zrozumiała. Puścił ją. Wybiegła z kuchni. Ian przymknął oczy. Niedługo okaże się czy dobrze zrobił.

Rozdział XIV

Effie siedziała pod ścianą, tuliła trochę ponad roczną dziewczynkę w swoich ramionach. To było jak jakiś koszmarny sen. Przerażone dziecko wpadło w histerię i zanosiło się spazmatycznym płaczem. W żaden sposób nie potrafiła jej uspokoić. Dziewczynka płakała od prawie godziny, gdy Ian przyniósł ją do domu i bezceremonialnie wręczył dziewczynie. Kiedy zapytała co to za dziecko, odpowiedział tajemniczo, że to nie dziecko, a przedmiot szantażu. Na te słowa Effie zmroziło w środku. Nie miała pojęcia jak daleko jest w stanie posunąć się ten mężczyzna. W jaką grę tym razem postanowił grać?

– Uspokój wreszcie tego bachora – warknął Ian – nie słyszę własnych myśli jak tak wrzeszczy.

– Nie potrafię – szepnęła przerażona Effie, bała się, że czarnowłosy swoją złość postanowi wyładować na dziecku. Wiedziała, że ten mężczyzna nie miał żadnych ludzkich uczuć. Nikomu nie współczuł, z nikim nigdy się nie liczył. – Nie! – wyrwało jej się, kiedy podszedł i wyszarpnął płaczące dziecko z jej ramion.

– Zamknij się – warknął do niej. – Lepiej przydaj się na coś i przynieś jakieś jedzenie. Umieram z głodu.

Effie nie chciała go jeszcze bardziej denerwować, wiedziała z czym to się wiąże, a i tak nie był już w najlepszym humorze. Wstała ze swojego miejsca i zniknęła w niewielkiej, jasnej kuchni. W pośpiechu zaczęła odgrzewać jedzenie, ciągle bojąc się, że wkurzony Ian zrobi dziecku jakąś krzywdę. Najbardziej martwiło ją to, że nie słyszała już, dobiegającego z pokoju, histerycznego płaczu małej. Po wlekących się nieubłaganie, w nieskończoność chwilach stanęła z tacą w progu pokoju. Jej chabrowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Czarnowłosy młodzieniec podnosił dziewczynkę wysoko, podrzucając ją niemal pod sam sufit, potem łapał, sadzał na podłodze i znikał, żeby za chwilę pojawić się w jakimś zupełnie innym, nieoczekiwanym miejscu. Dziecko obracało się szukając go wzrokiem, a kiedy go znalazło, za każdym razem wybuchało radosnym śmiechem, wtedy podchodził do niej i znowu brał na ręce. Przerwał zabawę, dopiero kiedy zauważył stojącą w drzwiach Effie. Wziął od niej tacę i wręczył jej roześmianą dziewczynkę. Usiadł na ciemnozielonej kanapie i jak gdyby nigdy nic zaczął pochłaniać gorący obiad.

Effie przez dwie godziny opiekowała się dziewczynką. Bawiła się z nią na podłodze, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Wstała, biorąc małą na ręce i chciała otworzyć drzwi, ale siedzący do tej pory spokojnie Ian zatrzymał ją w drzwiach salonu.

– Ja otworzę, a ty się stąd nie ruszysz i będziesz siedziała cicho – oznajmił lodowato zimnym głosem.

Posłusznie wróciła do pokoju, siadając z dzieckiem na kanapie. Nie mogła się jednak powstrzymać od zaciekawionego spojrzenia, które utkwiła w prowadzących na korytarz, uchylonych drzwiach salonu.

Ian wpuścił do mieszkania mężczyznę. Był szczupły, jakby zagłodzony, a jego twarz była niezdrowo blada. Zaciśnięte w pięści dłonie drżały.

– Oddaj mi moje dziecko – powiedział drżącym od hamowanych emocji głosem, w jego brązowych, łagodnych oczach była taka nienawiść, jakiej Effie sama nigdy nie potrafiłaby wyrazić.

Ian uśmiechnął się aroganckim, drapieżnym uśmiechem. Bawiło go to, co działo się z tym mężczyzną! Jego to naprawdę bawiło! – uświadomiła sobie z przerażeniem dziewczyna.

– Oczywiście – powiedział spokojnym, cichym głosem – jak tylko dobrowolnie zgłosisz się, żeby stanąć przed sądem.

Mężczyzna pobladł jeszcze bardziej.

– Oni je zabiją – powiedział przerażony – zabiją je obie!

– Możliwe – z twarzy Iana nie schodził drwiący, arogancki uśmiech. – Tyle, że trzeba było o tym myśleć, zanim postanowiłeś zdradzić swoją rasę.

– Nie zdradziłem swojej rasy – odwarknął tamten, a jego wzrok w tym momencie spoczął na Effie i dziecku siedzącym na jej kolanach.

Mężczyzna zawył wściekle i rzucił się w kierunku dziewczyny. Ian był od niego szybszy, wyrwał jej dziecko, i odsunął się z nim pod ścianę, zostawiając tamtemu wolny dostęp do patrzącej szeroko otwartymi oczami Effie. Mężczyzna podniósł ją z kanapy, chwycił za gardło.

– Zabiję ją, jeżeli nie oddasz mi mojego dziecka – warknął wściekle, mocniej zaciskając rękę na szyi dziewczyny.

W oczach Iana był tylko lód.

– Nie żałuj sobie – odpowiedział lodowato zimnym tonem – a potem porozmawiamy o twoim stawieniu się na procesie.

Mężczyzna wiedział już, że to nic nie da, mimo to zacisnął rękę z zamiarem uduszenia dziewczyny. Nagle Effie poczuła jak otacza ją ciemność. Czarna jak noc mgła zaczęła unosić się z jej ciała. Mężczyzna krzyknął. Coś go od niej odepchnęło. Upadł na podłogę, konwulsyjnie starając się zaczerpnąć powietrza. Zaczął rzęzić i charczeć. Przerażona dziewczyna spojrzała na Iana. Czarnowłosy nie ruszył się z miejsca. Jego szare oczy obojętnie patrzyły na wijącego się w agonii mężczyznę. Wreszcie, po kilku długich, wlokących się w nieskończoność minutach tamten znieruchomiał.

– Co mu zrobiłeś? – szepnęła przerażona Effie.

Ian uśmiechnął się do niej drwiąco.

– Ja nic mu nie zrobiłem, to twoje runy tak działają. Jak odbicie lustrzane. Planował zrobić z tobą dokładnie to samo – odpowiedział wyraźnie zadowolony ze swojego dzieła.

Effie spojrzała na martwego mężczyznę. Zadrżała. Nie chciała wiedzieć, musiała jednak zapytać.

– Co zrobisz z dzieckiem? – zadała pytanie nie patrząc na niego.

Wzruszył ramionami.

– Ty zdecyduj – oznajmił.

Popatrzyła na Iana, żeby upewnić się czy mówił poważnie. Wykorzystał tego mężczyznę, żeby wypróbować swoje dzieło! Oh, nie wątpiła w to, że dostał zadanie, żeby go schwytać, postanowił jednak wykorzystać to do swoich własnych celów, tak jak wszystko inne. Dla niego całe życie było grą.

– Czy jej matka żyje? – zapytała cicho.

– Tak – odpowiedział obserwując ją z zainteresowaniem.

– Więc oddaj jej dziecko – powiedziała cichym głosem, w którym było więcej prośby niż czegokolwiek innego.

– Świetnie, mieszka przy Baker street 14/9, samo centrum. – Podszedł do niej i włożył małą w jej drżące ręce. – Sama ją oddasz. Ja zajmę się ciałem.

– Nie skrzywdzisz ich? – upewniła się dziewczyna.

– Nie, ja ich nie skrzywdzę – powiedział tak, że ciarki przeszły jej po plecach na samą myśl o wieloznaczności tej odpowiedzi.

Włożyła buty i pospiesznie wyszła z domu. Błagała w duchu, żeby Ian przypadkiem nie zmienił zdania. Jak na Londyn, był to wyjątkowo pogodny i słoneczny dzień. W pośpiechu, nie patrząc dokąd idzie, wpadła na kogoś, kiedy wychodziła przed budynek w którym znajdowało się ich mieszkanie. Podniosła wzrok i odetchnęła z ulgą.

– Co tu robisz? – warknął gniewny głos Rjiava, potem jego spojrzenie przeniosło się z twarzy dziewczyny na tuloną przez nią w ramionach dziewczynkę. – Co to za dzieciak?

Effie przełknęła ślinę. Postanowiła zaryzykować.

– Podwieziesz mnie do centrum? – poprosiła cicho.

Rjiav spojrzał w jej poważne, błagalnie patrzące na niego oczy. To mu wystarczyło. Skinął głową. Chwilę później siedzieli już w samochodzie chłopaka. Wspólnie odwieźli dziewczynkę przerażonej matce, którą zastali w takcie pakowania swoich rzeczy. Effie uznała, że to najlepsze co może zrobić ta kobieta. Tylko dlaczego Ian ją tutaj wysłał? No cóż, nie będzie zadawała pytań. Wystarczy jej to, że przynajmniej matka i jej córeczka, ciągle były żywe.

Rozdział XV

Effie leżała na szerokim łóżku, wtulona w ramiona Iana. Przed chwilą się kochali, a on nie robił tego, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby, on zaspakajał ją. Byli w jego sypialni, która teraz stała się ich wspólną sypialnią. Dziewczyna zastanawiała się nad tym dlaczego tu jeszcze jest. Sama nie wiedziała co nią kierowało, ale po prostu musiała zostać, nie mogła pozwolić… no właśnie sama nie wiedziała na co tak naprawdę nie mogła pozwolić, do czego tak tragicznie nie chciała dopuścić. To było jak jakiś wewnętrzny przymus, a przecież tak naprawdę nic jej tutaj dłużej nie trzymało. Przypomniała sobie czarną mgłę, która zaczęła unosić się ze skomplikowanych linii wymalowanych na jej ramionach. Więc to naprawdę nie była kara, tylko dlaczego Ian chciał ją chronić? Czy on naprawdę mógł coś do niej czuć?

– O czym myślisz? – spytał mężczyzna, odwracając się na bok, żeby na nią popatrzeć.

Kiedy się poruszył, włosy zawadiacko opadły mu na czoło. Jego oczy były czarne, jak bezgwiezdna noc. Niemal fizycznie mogła wyczuć jego podniecenie. Obrzuciła wzrokiem jego smukłe, gibkie ciało. Był tak cholernie przystojny! Pragnęła go przynajmniej równie mocno, co on jej.

– Myślę, że zaczęło ci na mnie zależeć – wyszeptała cicho Effie.

Dziewczyna po niewczasie zdała sobie sprawę, że te szczere słowa były poważnym błędem.

– Naprawdę tak sądzisz? – syknął Ian. Jego oczy z czarnych stały się stalowoszare i niesamowicie zimne. – Więc chyba najwyższy czas, żebym ci udowodnił, że jesteś dla mnie tylko nic nie wartą dziwką!

Powoli, z pozbawioną emocji twarzą wstał z łóżka i włożył spodnie.

– Za pięć minut masz być na dole – rozkazał nazbyt cichym i przyjemnym głosem, a potem zniknął za drzwiami.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Pospiesznie wciągnęła na siebie porozrzucane po podłodze części garderoby. Za bardzo się bała, żeby go nie posłuchać. Po chwili już była na dole. Ian wyprowadził ją z mieszkania i wsadził do samochodu. Pół godziny później wysiedli w wąskiej uliczce na obrzeżach miasta. Dziewczyna była zbyt przestraszona, żeby się odezwać. Ian także milczał. Wszedł do paskudnie wyglądającego, obdrapanego budynku. Poprowadził ją starymi, drewnianymi schodami na drugie piętro. Otworzył mocno podrapane, zielone drzwi. Weszli do środka. W mieszkaniu było dwóch mężczyzn. Spojrzeli pytająco na Iana. Czarnowłosy pchnął Effie na podłogę.

– Mam dla was zabaweczkę, chłopaki – uśmiechnął się ponuro.

Tamci wyszczerzyli zęby w szerokich uśmiechach. Przypadli do leżącej na poplamionym dywanie dziewczyny. Poczuła ich ręce na swoim delikatnym ciele. Brutalnie zaczęli zdzierać z niej ubranie. Czarnowłosy stał przy drzwiach przypatrując się temu beznamiętnym wzrokiem. Jego twarz była jak maska, nie wyrażała kompletnie niczego.

– Ian, proszę, przerwij to – jęknęła błagalnie dziewczyna.

Po jej alabastrowych policzkach ściekały strumienie słonych łez. Jeden z mężczyzn, z którymi się szamotała wymierzył jej mocny policzek.

– Zamknij się dziwko – warknął.

– Ian… – spróbowała po raz kolejny dziewczyna, ale poczuła na swoich ustach twardą, męską dłoń.

Guziki z koszuli Effie rozsypały się po podłodze. Oczom mężczyzn ukazał się delikatny, koronkowy stanik. Spojrzała mokrymi od łez oczami w lodowato zimne, szare oczy Iana. Czarnowłosy przypatrywał się niewzruszenie całej dziejącej się w pokoju scenie. Dziewczyna czuła na swoim ciele brutalnie obmacujące ją ręce. Ich dotyk niemal parzył, kiedy darli na strzępy jej wygniecione ubranie. Gorzkie łzy ściekały po policzkach Effie. Co oni z nią zrobią? Oczami wyobraźni widziała dokładnie i ze szczegółami, co. Próbowała się wyrwać, walczyć z nimi. Drapała i gryzła, ale jedyne co osiągnęła w ten sposób to jeszcze większy ból spowodowany przed brutalne uderzenia mężczyzn. Jeden z nich siłą rozsunął jej nogi. Zaczął rozpinać rozporek dziewczyny.

Nie, nie, nie – błagała w myślach Effie. Wiedziała, że popełniła błąd, ale nie mogła uwierzyć, że Ian w ten sposób się za niego mści. A jednak, to co się działo było rzeczywistością.

Zaskoczona podniosła wzrok. Ian w jednej chwili znalazł się przy nich i odepchnął od dziewczyny macających ją mężczyzn. Gwałtownie zaprotestowali. Czarnowłosy zignorował ich i podniósł dziewczynę z podłogi, otulając jej podartą koszulę własną.

– Dlaczego ją zabierasz szefie? – zaprotestował jeden z lubieżnie gapiących się na Effie mężczyzn.

– Ona dostała już nauczkę, a ja nie widzę powodu, żeby sprawiać wam przyjemność – warknął Ian. – To moja własność i nigdy nie zamierzałem się nią dzielić. Macie jeszcze jakieś „ale”? – zapytał złowróżbnie.

Mężczyźni z nieszczęśliwymi minami przecząco pokręcili głowami. Ian chwycił mocno Effie za ramię i zapłakaną, ciągle drżącą, wyprowadził z mieszkania.

Kiedy znaleźli się w domu Ian natychmiast zaprowadził Effie do łazienki. Rozebrał ją do naga. Dziewczyna patrzyła w podłogę, nie reagując w żaden sposób na to co z nią robi. Mężczyzna nalał do wanny ciepłej wody. Delikatnie wziął nieprotestującą Effie na ręce i posadził w wannie. Skuliła się oplatając ramionami swoje kolana. Zmusił ją, żeby na niego spojrzała.

– Czy teraz sytuacja jest dla ciebie bardziej jasna? – spytał trzymając jej brodę tak, że musiała patrzeć mu prosto w oczy. W jego zimne, szare oczy.

– Tak – szepnęła, a on dopiero wtedy ją puścił.

Łzy nie chciały dłużej płynąć. Nie czuła już nawet bólu spowodowanego przez siniaki, które miała na całym ciele. Pozostały tylko otępienie, brak czucia oraz apatia i mimo, że Ian nie pozwolił mężczyznom nawet na to, żeby ściągnęli z niej spodnie, miała wrażenie, że wszędzie na sobie czuje brutalny dotyk ich rąk.

Rozdział XVI

Ian chodził niespokojnie po wysoko sklepionej piwnicy w której urządzili z Rjiavem salę do ćwiczeń. Była tu różnego rodzaju broń biała, pod ścianami leżały materace i poustawiane były specjalnie wzmocnione kukły treningowe. Na suficie wisiały osłonięte kratami lampy, wystarczająco jasne by przy nich ćwiczyć, ale nie tak jasne żeby razić w oczy.

Co z tą cholerną dziewczyną było nie tak?

Setki, tysiące myśli na minutę przebiegały po głowie Iana, a każda z nich była bardziej niepewna i ponura. Zdawał sobie sprawę dlaczego tak się zdenerwował, kiedy powiedziała, że myśli, iż mu na niej zależy. Ogarnął go gniew, ponieważ dziewczyna mówiła prawdę. To nie było normalne. To nie było w porządku. To nigdy nie powinno się zdarzyć, nie jemu. Wcześniej na różne sposoby tłumaczył sobie dlaczego jej nie zabił, czemu na jej ramionach namalował ochronne runy, ale to co wydarzyło się poprzedniego dnia… nie, tego w żaden sposób nie potrafił przed sobą usprawiedliwić. W jednej chwili był gotowy pokazać jak niewiele dla niego znaczy, a już w następnej ogarnęła go dzika furia, że ktoś śmie dotykać JEGO Effie. Przymknął oczy. Nie mógł znieść jej łez, jej błagalnego spojrzenia, nie potrafił zignorować wołania o pomoc. Z całą wściekłością jaką w sobie dusił uderzył w worek treningowy, który rozkołysał się do granic możliwości. Cały jego świat zakołysał się w podstawach, zupełnie jak ten głupi worek.

Z ponurej zadumy wyrwał go hałas otwierających się drzwi. Do piwnicy wszedł Rjiav. Ręce trzymał w kieszeniach. Patrzył ponuro na swojego nauczyciela.

– Dokończyłem za ciebie „sprawę” – powiedział cierpko.

Ian spojrzał na niego pytająco.

– Jaką sprawę? – spytał ukrywając zaskoczenie.

– Tą, którą przekazałeś mi przez Effie – oznajmił spuszczając wzrok.

Twarz czarnowłosego stężała.

– Chcesz powiedzieć, że…

Rjiav podniósł na niego wzrok. Miał mocno umęczony wyraz twarzy. W jego zwykle bystrym spojrzeniu malowała się jakaś dziwna, głęboka pustka.

– Zabiłem kobietę i dziecko – oznajmił cicho.

Gniew w oczach Iana zmienił się w zimną, wyrachowaną, morderczą furię. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. Oczy zasnuła mu czerwona mgła. Jedyne na czym starał się teraz skupić to, to, żeby nie zamordować na miejscu jasnowłosego chłopaka.

Rozdział XVII

Popołudnie było deszczowe i chłodne. Effie wracała z zajęć na uczelni, jedynej ostoi normalności w jej nowym życiu. Była cała przemoczona i przemarznięta, a mimo to nie znajdowała ukojenia w myśli, że już za chwilę znajdzie się w ciepłym, suchym mieszkaniu. Nie chciała spotkać ani Rjiava, ani tym bardziej Iana, a mimo to nie mogła od nich odejść. Nie potrafiła tego zrobić. Trzymała ją przy nich jakaś dziwna, tajemnicza siła. Mimo to dalej była zdolna do nienawiści i czuła ją, do nich obydwu. Odejdzie, ucieknie od tego życia, ale jeszcze nie teraz. Nie nadszedł na to właściwy czas.

Odetchnęła głęboko, kiedy znalazła się pod drzwiami mieszkania. Niechętnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Z trudem powstrzymała się od krzyku. Podłoga w korytarzu tonęła we krwi, zdobione drobnymi, zielonymi listkami ściany wcale nie wyglądały dużo lepiej. Opanowała się jednak natychmiast, kiedy zobaczyła leżącego pod ścianą chłopaka. Odrzuciła w kąt swoją sztruksową torbę i uklęknęła przy nim. Rjiav wyglądał tragicznie. Jego krzywo przycięte, przydługie włosy posklejane były zaschniętą krwią. Ubranie miał poprzedzierane w wielu miejscach, a twarz opuchniętą. Nie był jednak nieprzytomny, kiedy łagodnie wypowiedziała jego imię, spojrzał na nią mętnym wzrokiem.

– Uciekaj Eff- wychrypiał ledwo słyszalnym głosem – błagam cię, uciekaj.

Spojrzała na niego nie rozumiejąc.

– Co ci się stało? – spytała starając się, żeby nie dosłyszał drżenia w jej głosie. – Jak mogę ci pomóc?

Gdy zobaczyła śmiertelny strach w jego oczach, było już zdecydowanie za późno. Odwróciła się by zobaczyć stojącego nad sobą Iana. Mężczyzna podniósł ją brutalnie z podłogi i wepchnął do salonu, zostawiając cierpiącego Rjiava samego na korytarzu.

– Nasz układ jest już nie aktualny – warknął, gdy pchnął ją, zdecydowanie zbyt mocno, na ciemnozieloną kanapę. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. – Masz ostatnią szansę, żeby stąd odejść żywa – oznajmił chłodno. – Teraz.

– Spakuję się – powiedziała cicho, coraz bardziej przerażona Effie.

– Nie – oznajmił spokojnie Ian uśmiechając się zimno. – Wyniesiesz się w tej chwili albo wcale.

– Ale… – dziewczyna podniosła na niego wzrok i natychmiast zaprzestała wszelkich protestów.

Mężczyzna nie blefował. Effie zerwała się z kanapy i szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Chwyciła swoją sztruksową torbę, obrzuciła Rjiava ostatnim, pełnym bólu spojrzeniem i wybiegła z mieszkania.

Rozdział XVIII

Paskudne popołudnie zmieniło się w równie nieprzyjemny, ponury i wilgotny wieczór. Przemarznięta Effie nie wiedziała co ze sobą zrobić. Nie miała dokąd pójść. Miała niewiele pieniędzy, nie stać jej było na hotelowy pokój, a nie chciała się całą noc błąkać po tonących w deszczu ulicach Londynu. W końcu, z braku lepszych pomysłów wsiadła do metra i już kilkanaście minut później pytała recepcjonistę o wolny pokój w akademiku.

Pokój był malutki, ale jasny i przytulny. Pod ścianami stały dwa wąskie drewniane lóżka, przy nich dwa biurka i niewielka, prosta szafa. Łazienka i kuchnia do przyrządzania własnych posiłków mieściły się w korytarzu. Gdy tylko recepcjonista, starszy, poczciwy mężczyzna oprowadził ją po akademiku i w końcu zostawił, Effie padła na łóżko, wtulając twarz w poduszkę. Zbyt zrozpaczona i wyczerpana na cokolwiek innego.

Wreszcie, kiedy nie była w stanie już dłużej płakać, zaczęła przeglądać zawartość swojej torby. Miała ze sobą tylko to, co zabrała rano na uczelnie. Całe jej życie było w tej głupiej, małej torbie. Zaskoczona wyciągnęła z niej zapakowanego w czarne etui, płaskiego netbooka.

Co on tu do cholery robi? Czyje to?

Otworzyła komputer kładąc go sobie na kolanach. Już po chwili pokazała się czarna tapeta z czerwonym jabłkiem i napisem Death Note. Pulpit był starannie wyczyszczony, poza kilkoma plikami w formacie PDF. Otworzyła jeden z nich. W dokumencie były nazwy banków, numery skrytek i hasła do nich. W kolejnym były mapy państw w całej Europie, a na nich pozaznaczane punkty i adresy domów. Effie nie rozumiała, ale kładła się do łóżka z myślą o tym, żeby zaryzykować. Nie miała już nic do stracenia.

Rozdział XIX

Do mieszkania przy Finchley Road wpadło kilka ciemno odzianych postaci. Ktoś doniósł im, że była tu ludzka kobieta, znająca tajemnicę ich rasy. Potrzebowali na to dowodów. Jedna z osób zatrzymała się w korytarzu. Przykucnęła przy leżącym pod ścianą chłopaku.

– Żyje – oznajmiła kobieta, patrzącemu na nią pytająco mężczyźnie – to jeden z naszych.

Mężczyzna skinął głową. Przywołał gestem dwóch swoich towarzyszy.

– Opatrzcie go – powiedział głosem świadczącym o tym, że to właśnie on tu rządzi.

Zostawił rannego ze swoimi ludźmi, a potem powoli, ostrożnie, przygotowany na każdy niespodziewany atak, wszedł do pokoju. Przystanął zaskoczony jeszcze w progu. Na ciemnozielonej kanapie siedział wygodnie rozparty mężczyzna. Wyglądał na zupełnie rozluźnionego. Miał znudzony, obojętny wyraz twarzy. Ciemne włosy zawadiacko opadały mu na oczy, czarna koszula była niechlujnie rozpięta.

– Ian – warknął, a słowo to w jego ustach brzmiało jak najgorsze możliwe przekleństwo. – Co ty tu robisz?

Czarnowłosy uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.

– To samo pytanie mógłbym zadać tobie, Gregory – powiedział niebezpiecznie cichym i spokojnym głosem.

– Dostaliśmy informację, że nasi żyją tu z ludzką kobietą – niemal syknął tamten, a w jego oczach pojawił się błysk nadziei.

– Masz dobre informacje – uśmiechnął się pogardliwie Ian. – Zabawiałem się tu z dziewczyną.

– Gdzie jest teraz? – zapytał Gregory, ledwo trzymając na wodzy swoją niechęć od której aż kipiał. – Chcę ją zobaczyć – to nie była prośba, tylko oficjalny rozkaz.

– Jak sobie życzysz – odpowiedział czarnowłosy z gracją drapieżnika wstając z kanapy. – Możesz zobaczyć… – przerwał na moment jakby się zastanawiając nad odpowiednimi słowami – to co z niej zostało.

Wskazał mężczyźnie spiralne schody, a sam stanął przy poręczy zupełnie rozluźniony, jakby podejmował gości, którzy są w stanie wybaczyć mu każdy faux pas. Gregory zawahał się przez chwilę, a potem rozkazał wejść po spiralnych schodach jednej z towarzyszących mu niewiast. Po krótkiej chwili martwej ciszy rozległ się przeszywający powietrze krzyk, a potem kobieta wybiegła z sypialni, prawie spadając z drewnianych schodów.

– Ty sadysto! – warknęła w stronę Iana, który obdarzył ją czarującym, pełnym satysfakcji uśmiechem.

Minęła go i zniknęła w drzwiach kuchni. Gregory nie poszedł za nią. Spojrzał pytająco na czarnowłosego mężczyznę. Ian wzruszył ramionami.

– Miło, że się tu pofatygowaliście – odpowiedział zimno – ale jak widzisz potrafię sam załatwiać swoje sprawy.

Gregory z trudem przełknął ślinę. Mimo doświadczenia i swojej rangi kapitana, nigdy otwarcie nie zdecydowałby się stanąć do walki z Ianem, zwłaszcza, jeżeli nie miałby dostatecznego, popartego prawem powodu. Wiedział, że słowa mężczyzny w żadnym wypadku nie były jednoznaczne.

Kobieta, która wyszła z sypialni z pobladłą twarzą wymiotowała teraz nad kuchennym zlewem.

– To sadysta i psychopata – syknęła wściekle druga, chodząca niespokojnie po kuchni, ze zdenerwowania zawijając na palcu rude loki.

– I tak byśmy ją zabili – odpowiedziała z trudem ta stojąca nad zlewem.

Ruda zatrzymała się w pół kroku.

– Z pewnością – odpowiedziała cicho – ale miałaby szybką śmierć, nie musiałaby cierpieć w taki sposób.

Obie natychmiast zamilkły, kiedy w kuchni pojawili się mężczyźni.

– Co z chłopakiem? – w końcu odważyła się zadać pytanie jedna z nich.

– Kwestionujesz moje metody nauczania? – zawarczał natychmiast w odpowiedzi Ian.

– Nie, ja tylko… – zaczęła przestraszona, ale Gregory nie pozwolił jej dokończyć.

– Chodźmy stąd – powiedział cichym, rozkazującym tonem. – Nie mamy tu już czego szukać.

Jeszcze raz, z nienawiścią spojrzał na Iana, a potem wyprowadził obie kobiety z kuchni. W korytarzu czekali już pozostali mężczyźni. Z żalem spojrzał na chłopaka, którego umyli, opatrzyli, a potem ułożyli na ciemnozielonej kanapie. Miał pecha trafić na takiego właśnie nauczyciela, ale to już nie leżało w jego gestii. W ponurym milczeniu, niczym cienie, wyszli z tonącego w krwi mieszkania przy Finchley Road, a Gregory miał szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał tam wrócić.

Rozdział XX

Kiedy Ian upewnił się, że wyszli z budynku, wyczerpany osunął się na kolana. Podtrzymywanie tak mocnej iluzji, żeby oszukała kapitana kosztowało go naprawdę wiele wysiłku. Musiał coś zjeść i odpocząć, to były teraz jego priorytety, potem pomyśli co dalej, ale najpierw… tak na to znajdzie w sobie jeszcze dość siły. Wstał starając się nie chwiać na nogach, ściągnął z wieszaka swoją skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami.

W przeciągu kilku minut znalazł się na obrzeżach miasta. Wszedł do jednego ze zniszczonych, starych domów. Otworzył zielone, obdrapane drzwi i wśliznął się cicho, niczym cień do zaniedbanego mieszkania. Co prawda nie mógł zabijać, ale były inne, równie skuteczne sposoby…

Zaskoczeni mężczyźni zauważyli jego obecność dopiero, gdy było już za późno. Był teraz katem, mrocznym i niewzruszonym. To oni go zdradzili i musieli za to zapłacić, a on tylko ustalał cenę.

Wrócił do domu jeszcze bardziej zmęczony niż przedtem. Był teraz łatwym celem, ale postanowił o tym nie myśleć. Sam nie mógł uwierzyć jak wiele rzeczy przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wszedł do salonu. Rjiav spał na kanapie. „Policja” zakpił w myślach Ian dobrze się nim zajęła. Chłopak zaczął nadawać się do życia mimo niedawnego zetknięcia z jego morderczą furią. Dobrze. Wszystko układało się po jego myśli.

– Obudź się – warknął stając nad nim.

Rjiav jęknął. Obrzucił Iana na wpół przytomnym spojrzeniem. Potem zagryzł zęby.

– Co jej zrobiłeś? – syknął.

– Wiesz, że są inne sposoby na rozładowanie energii niż seks? – spytał przywdziewając na twarz maskę drwiącego, ironicznego uśmiechu.

Chłopak spojrzał na niego z prawdziwą nienawiścią.

– Gdzie ona jest?! – zerwał się z kanapy przypominając sobie urywki zdarzeń z tego jak był na wpół przytomny. – Ty sukinsynu! Zabiłeś ją!

Chciał rzucić się na Iana, ale nie zdołał nawet do niego podejść. Ból niezaleczonych obrażeń powalił go na podłogę. Był zbyt słaby, żeby samodzielnie się znowu podnieść. Czarnowłosy wyglądał na usatysfakcjonowanego. Rzucił na podłogę obok Rjiava dysk USB i niespiesznym krokiem wyszedł z pokoju.

Rozdział XXI

Rok później, Francja, Lazurowe Wybrzeże

W klubie było tłoczno i nieprzyjemnie. Nawet przy barze gęstym rzędem siedzieli ludzie. Był to podrzędny lokal, ale właściciel sporo dorabiał sprzedając alkohol nieletnim. Ian nienawidził takich miejsc, jednak wszedł do środka, ponieważ zobaczył coś co go bardzo zainteresowało. Miał szczerą nadzieję, że się myli.

Przedarł się przez tańczące na parkiecie pary. W środku dla wrażliwego słuchu mężczyzny było zdecydowanie nazbyt głośno. Wszędzie migały kolorowe światła. Raz w życiu chciał nie mieć racji i się stamtąd czym prędzej wynieść. Z każdą chwilą ogarniał go coraz większy, coraz bardziej lodowaty gniew. Przyjrzał się tańczącemu z jakąś małolatą blondynowi. Dziewczyna robiła wszystko, poza rozebraniem się na parkiecie, żeby zaciągnąć mężczyznę do łóżka. Ian niepostrzeżenie stanął za blondynem. Z przyjemnością zauważył jak tamtemu zjeżyły się włoski na odsłoniętych ramionach, kiedy usłyszał jego głos.

– Musimy porozmawiać – powiedział cichym, ale stanowczym tonem.

Tamten tylko skinął głową. Wyszeptał coś do ucha swojej partnerki, a potem przepchnęli się do wyjścia z lokalu.

– Ian, co tu robisz? – zapytał lekko drżącym głosem, kiedy stanęli pod ceglaną ścianą budynku w którym mieścił się klub.

– O to samo właśnie chciałem zapytać ciebie, Rjiav – uśmiechnął się mężczyzna, nie było jednak w tym uśmiechu nic wesołego. – Jak się ma nasza mała Effie? – zadał kolejne pytanie, starając się by jego głos ociekał obojętnością.

Blondyn odwrócił wzrok. Bał się spojrzeć mężczyźnie w oczy.

– Kiedy ją ostatnio widziałem była w Bułgarii – powiedział niepewnym tonem.

– Kiedy to było? – warknął Ian, który przestał panować nad tonem swojego głosu.

– Rok temu – wyszeptał Rjiav jeszcze bardziej spuszczając wzrok.

Mężczyzna tylko skinął głową. Na jego przystojną twarz wróciła nieprzenikniona maska.

– Dlaczego? – zapytał spokojnie, jakby stracił zainteresowanie całą sprawą. Blondyn milczał. Ian nie wytrzymał. Chwycił go i przycisnął do ściany. Budziły się w nim te wszystkie uczucia, które próbował stłumić przez cały, długi rok. – Dlaczego? – powtórzył ostrzej pytanie.

– Nosiła w sobie dziecko – jęknął Rjiav. – Nie chciała usunąć ciąży…

– I to był powód dla którego ją… – zaczął Ian, a potem dopiero do niego dotarło.

– To było twoje dziecko – szepnął Rjiav zbolałym głosem, jakby na potwierdzenie jego własnych domysłów.

Puścił go. Blondyn spojrzał na pociemniałą twarz mężczyzny, na jego czarne oczy, a potem po prostu usunął mu się z drogi, znikając za rogiem budynku. Ian usiadł na ulicy, opierając się plecami o ścianę. Schował twarz w dłoniach. Cały jego starannie budowany od nowa świat znów się zawalił.

Rozdział XXII

Następnej nocy, Bułgaria, góry Strandża

Effie tuliła w ramionach niemowlę. To był jej syn. Miał czarne włosy ojca i jej jasne, niebieskie oczy. Przyglądała się dziecku z miłością. Wiedziała, że Rjiav nie miał racji, że chłopiec nie będzie zły. Kiedy zasnął, ostrożnie włożyła go do małego, drewnianego łóżeczka. Otworzyła okno, żeby odetchnąć świeżym, górskim powietrzem. Specjalnie wybrała to miejsce, ten właśnie dom. Na wsi, na skraju lasu. Tu mały Martin będzie mógł spokojnie dorastać i nikt nie zauważy, że dzieje się coś dziwnego, jeżeli przypadkiem odziedziczył po ojcu jakieś nadprzyrodzone zdolności. Tak, to było dla nich dobre miejsce.

Firanki w oknie poruszyły się, zawiał silniejszy wiatr. Effie poczuła na sobie czyjś wzrok. Rzuciła się w stronę dziecięcego łóżeczka. Wyjęła chłopca i przytuliła do siebie w obronnym geście. Nic więcej nie zdążyła zrobić. W pokoju stał czarnowłosy mężczyzna. Obserwował ją. Skuliła się w roku. Nie poruszył się ani o milimetr, tylko patrzył. Effie przymknęła oczy tuląc do siebie dziecko. Czy właśnie spełniał się jej największy, prześladujący ją od prawie roku koszmar?

Ian walczył ze sobą. Chciał tylko popatrzeć. Nie zamierzał wchodzić do środka, ale kiedy ich zobaczył… To było silniejsze od niego. Czuł strach dziewczyny. Zdziwił się jak bardzo go to tym razem zabolało. Zdawał sobie jednak sprawę, że niczego innego nie mógł się przecież po niej spodziewać.

– Po co przyszedłeś? – spytała w końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać pełnej napięcia i strachu ciszy.

Uśmiechnął się gorzko.

– Chciałem zobaczyć swojego syna – powiedział spokojnie. – Dziecko, o którego istnieniu dowiedziałem się wczoraj.

Effie z trudem przełknęła ślinę. Podniosła na Iana swoje duże, chabrowe oczy. Było w nich błaganie.

– Proszę, nie zabieraj mi go – szepnęła niemal niedosłyszalnym głosem.

Nie zabieraj? – pomyślał Ian, nie potrafił powstrzymać cisnącego się na usta, ironicznego uśmiechu. Spodziewał się bardziej czegoś w stylu „nie zabijaj”, a ona martwiła się tylko o to, że rozdzieli ją z synem.

– Czemu zabrałaś pieniądze tylko z jednej skrytki? – spytał jednocześnie z nurtującej go od roku ciekawości jak i po to, żeby zmienić temat.

Dziewczyna spojrzała na niego jakby nie rozumiejąc pytania.

– Przecież nie potrzebowałam więcej…

Ian roześmiał się. Spodziewał się czegokolwiek, ale na pewno nie takiej odpowiedzi. Dziecko obudziło się, zaczęło płakać. Effie minęła Iana i usiadła na stojącej pod ścianą, kremowej kanapie. Zaczęła karmić niemowlę, które na powrót zasnęło, ssąc jej pierś. Mężczyzna usiadł przy niej. Przez chwilę wpatrywał się w swojego syna.

– Wie co dobre – mruknął. Effie uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Po raz pierwszy od kiedy się pojawił z jej oczu zniknął lęk. – Dasz mi go potrzymać? – spytał.

Zdziwił się, kiedy dziewczyna bez protestów skinęła głową. Wziął od niej delikatnie dziecko. Ułożył je w zgięciu swojej ręki. Patrzył z zainteresowaniem na śpiącego malucha.

– Nazwałam go Martin – odezwała się cicho Effie, żeby nie zbudzić niemowlęcia. – Martin Ian Murray.

– Martin Ian Davies – poprawił ją bez zastanowienia.

Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Spojrzała mu w oczy. Zabrała od niego chłopca i na powrót włożyła go do łóżeczka. Usiadła na kanapie. Ian słyszał jej przyspieszone tętno, wyczuwał wahanie.

– Co zamierzasz zrobić? – odważyła się w końcu zadać pytanie.

Wzruszył ramionami. Sam tego nie wiedział. W końcu przyszedł tu tylko po to, żeby popatrzeć… Uświadomił sobie, że nie może ich zostawić samych. Effie nie poradzi sobie z małym Martinem, chłopiec nie był przecież człowiekiem… Będzie znacznie szybszy, znacznie silniejszy, znacznie… Do tego jeżeli ktoś ich odkryje, zabiją dziewczynę, a dziecko zabiorą na szkolenie. Ogarnęła go zimna furia na samą myśl o tym, co może się z nimi stać. Nie, nie mógł, nie chciał – poprawił się w myślach – na to pozwolić.

– Zostanę z wami – powiedział po prostu, przygotowany na gorące protesty dziewczyny.

Ona jednak zaskoczyła go i tym razem. Przysunęła się do niego bliżej. Wtuliła mu się pod ramię, opierając głowę na jego torsie. Przymknęła oczy.

– Na jak długo? – zapytała cichym, stłumionym przez jego koszulę głosikiem.

Objął ją ramionami, czule przytulając do siebie. Wdychał cudowny zapach jej włosów. Boleśnie zdał sobie sprawę jak bardzo za nią tęsknił. Uświadomił sobie, że cholernie potrzebował w swoim życiu tej właśnie dziewczyny. Przy niej potrafił być zwyczajnie szczęśliwy.

– Myślę, że na zawsze – odpowiedział cicho, tuląc ją do siebie mocniej. Nigdy już nie chciał wypuszczać jej z objęć.

Oddech Effie zwolnił, uspokoił się. Tu właśnie było jej miejsce. Nareszcie nie musiała się o nic martwić. W ramionach Iana czuła się kochana i paradoksalnie bezpieczna.

The End

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

26 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Kamm.

    28 grudnia 2010

    Ah, ah, nawet nie masz pojęcia, jak się ucieszyłam, widząc nowe opowiadanie!
    Jestem ciekawa jak dalej się rozwinie. 😉

    • Odpowiedz

      Miye

      3 stycznia 2011

      Mam już nawet sporo dalej, tyle, że fragmentami i trochę zajmuje mi łączenie ich w jednolitą, sensowną całość.

  2. Odpowiedz

    Kamm.

    3 stycznia 2011

    Dalej chcę, dalej jeszcze… ;< Mało!

    • Odpowiedz

      Miye

      6 stycznia 2011

      Każdego dnia w sumie pojawia się coś dalej tutaj ;). Powiedzmy, że mnie wciągnęło.

      • Odpowiedz

        Kamm.

        7 stycznia 2011

        To, że tutaj codziennie, widzę, bo czytam codziennie *__*
        Ale to fajne, łoja. A Rjiav tak się zgadza na to wszystko czy nie zauważa?

  3. Odpowiedz

    Miye

    12 stycznia 2011

    No to masz XI rozdział i w nim odpowiedź na pytanie ;).

    • Odpowiedz

      Kamm.

      12 stycznia 2011

      Łiii. *____*

  4. Odpowiedz

    CórkaDemona

    17 stycznia 2011

    Super opowiadania przeczytałam wszystkie i nie mogę się doczekać następnych rozdziałów i następnych opowiadań jesteś niesamowita !!

  5. Odpowiedz

    IRRESA

    3 lutego 2011

    No to biorę się za ten “opieprz” o który mnie na nastku prosiłaś! 😉

    Tak więc… Zacznę od minusów! Oto one :

    – W pierwszych rozdziałach odrobinę raziło mnie to, że często używałaś zwrotu “szmaciana lalka” Za dużo tego było!
    – I znowu to samo. Coby się nie działo w opowiadaniu, bohaterka i tak zawsze będzie drobną blondynką o smukłej budowie ciała z wielkimi, chabrowymi oczami. No cóż… Co Ty tak sobie Vicky tak te blondynki upodobałaś, co?! Ach te pisarki! 😉
    – Ta historia strasznie szybko się rozwinęła. To eis raczej piszę na minimalny ( tak tyci, tyci :)) minusik, bo trochę mi zajęło za nim się we wszystkim połapałam!

    A teraz plusy! Jest ich więcej niż minusów, tego jestem pewna. :

    + Nareszcie bohaterowie mają inne imiona niż Matt, Eliza, Gabriela. To Ci się piszę na ogromny plus, bo tamte imiona sprawiały, że opowiadanie było monotonne.
    + Mam też wrażenie ( ale to może tylko ja ;)), że bohaterowie mają inne osobowości niż w innych historiach! BRAWO!
    + Jak zwykle czyta się lekko, prosto przyjemnie, a to przez twój niepowtarzalny styl pisania!
    + Wszystko jest ciekawe, nie trzeba się zmuszać do skończenia. A to jest w końcu najważniejsze!

    To tyle ode mnie. 😉 Wszystkie szczere uwagi i pochwały przelałam w ten komentarz.
    Zadowolona?! Nareszcie nie są same “mało konstruktywne pochwały”!!! 🙂

    • Odpowiedz

      Rozprówacz

      26 czerwca 2011

      upodobanie do blondynek to zapewne kontynuacja myśli Hitchcocka… jego zdaniem blondynki nadawały się bardziej do roli ofiar niż kobiety o innym kolorycie włosia

  6. Odpowiedz

    FilleNoire

    14 maja 2011

    Opowiadanie super;) jak zwykle jestem pod wrażeniem;) świetna robota:D

  7. Odpowiedz

    Miye

    15 maja 2011

    Dziękuję! Nie ma to jak napisać niedobrego pornosa od czasu do czasu! *smile*

  8. Odpowiedz

    RinV

    9 czerwca 2011

    Oceniono na PWN!
    Pozdrawiam

    • Odpowiedz

      Miye

      10 czerwca 2011

      Dziękuję *smile*

      Irresko, musisz to przeczytać, uwielbiam krytykę, jeżeli jest rzeczowa, a nie “nie podoba mi się bo nie i już”

      No cóż, w niektórych punktach się zupełnie z RinVem nie zgadzam, ale inne są słuszne i naukowe (ponieważ moim zdaniem, pornosy dla blondynek powinny pisać właśnie blondynki, żeby tym pozostałym dobrze się czytało). Niezmierniem ciekawa, co (złego) powie na moje 4Światy *smile*.

      Chyba mam do tego dość specyficzne podejście, skoro ostra krytyka sprawia mi tyle radości.

  9. Odpowiedz

    Corvidae

    10 czerwca 2011

    To po prostu maniakalna chęć doskonalenia się 😉

  10. Odpowiedz

    Rozprówacz

    15 czerwca 2011

    stanowczo za krótkie, kończy się w miejscu gdzie akcja powinna się dopiero zacząć

  11. Odpowiedz

    Rozprówacz

    15 czerwca 2011

    za krótkie!

    • Odpowiedz

      Miye

      15 czerwca 2011

      Nie jest za krótkie! Według “znormalizowanego maszynopisu” ma w wordzie ponad 50 stron… Gdybym tego nie skończyła szybko, to zapewne nie miałoby zakończenia wcale… Czasami jednak wracam do starych bohaterów i wówczas powstają tak zwane “drugie części”. Zależy od nastroju, ale jakaś taka mała furteczka jest zawsze dobrą rzeczą.

      Jeżeli chce Ci się i bardzo się nie zraziłeś, to przeczytaj “Kropla Łez” (pornos, nie fantasy) lub coś z mojej subiektywnie widzianej fantastyki (tym razem bez scen erotycznych) byleby miało na końcu podpis “The End” bo te z “cdn.” są jeszcze niepokończone (i nie wiadomo kiedy będą miały zakończenia).

      • Odpowiedz

        Rozprówacz

        15 czerwca 2011

        i tak mam niedosyt

  12. Odpowiedz

    Miye

    15 czerwca 2011

    Wiesz, właściwie to miło to słyszeć. Bo jakby było Twoim zdaniem takie straszne, nie do czytania i w ogóle, to na pewno byś go nie miał.

  13. Odpowiedz

    IRRESA

    26 czerwca 2011

    A ja… nie wiem co chciałam powiedzieć! *uśmiech*

  14. Odpowiedz

    2pac ♥

    19 czerwca 2012

    Matko , ty masz talent ! Nigdy jeszcze ni czytałam tak ciekawych dla mnie opowiadań .. Dzięki tobie , jak czytam te wszystkie opowiadania , mam taką wyobraźnie .. Poprostu zakochałam sie w tych twoich opowiadaniach .. Powinnaś zostać pisarką.. ! Dla mnie już nią jesteś ! ;d

    Pozdrawiam Serdecznie ;d

  15. Odpowiedz

    Mommo

    22 stycznia 2013

    hmmm no mi się podobało i naprawdę cieszę się, że te postacie są trochę inne niż w sporej większości twoich opowiadań *smile* tu masz u mnie ogromy +.
    No i jeszcze mam wielką nadzieję, że kiedyś napiszesz część 2 😀

  16. Odpowiedz

    cassiesx

    15 lutego 2014

    Bedziesz jeszcze cos pisac z kategori erotyka?

    • Odpowiedz

      Vicky

      26 lutego 2014

      Bardzo bym chciała coś w ogóle znowu zacząć pisać – cokolwiek, bo ostatnio są to tylko recenzje cudzej twórczości.

  17. Odpowiedz

    Inna

    17 października 2019

    Awsome blog! I am loving it!! Will be back later to read some more. I am bookmarking your feeds also

Leave a comment

Najnowsze Patronaty


  • Wiedzmy-Kijowa
  • lonely-heart
  • nastepca-tronu

Ostatnie Recenzje

  • Ogromne okno

Najpopularniejsze Opowiadania


Córka Demona
Córka DemonaGabriela nie bawiła się dobrze. Wieczór okazał się kompletną porażką. Jarek z którym tutaj przyszła pewnie teraz wymiotował gdzieś w kącie. Czemu właściwie się z nim umawiała? No tak, nie chciała znowu zostać sama. Stała teraz opierając się o ścianę dyskotekowej sali, podczas gdy inni, w większości mocno już podpici, doskonale się bawili. Nawet tutaj, w tłumie roześmianych ludzi była taka samotna. Jej uwagę przyciągnął wysoki ciemnowłosy chłopak. Stał po przeciwnej stronie pomieszczenia i patrzył prosto na nią. Przez chwilę ich spojrzenia wyraźnie się spotkały i Gabrielę przeszył dziwny dreszcz. Zaczął iść w jej stronę, a ona nie była w stanie się poruszyć. Znalazł się przy niej nadspodziewanie szybko. Miał w sobie grację polującej pantery. Błyskawicznym ruchem chwycił ją za nadgarstki i przytrzymał jej ręce przy ścianie, a potem, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic zbliżył usta do jej ust i pocałował dziewczynę. W pierwszej chwili nie była w stanie zareagować w żaden sposób, a później, wbrew sobie, odwzajemniła gorący pocałunek. Jęknęła kiedy po paru minutach odsunął się od niej. Wcale nie miała ochoty przerywać. Z trudem łapała oddech. – Zatańczysz? – zapytał cicho, z ustami tuż przy jej uchu. Była w stanie tylko skinąć głową. Z głośników leciała teraz jakaś całkiem przyjemna, wolna muzyka. Wtuliła twarz w ramię chłopaka i pozwoliła mu prowadzić. Czuła otaczające ją silne ramiona, jego dłonie obejmujące ją w talii. Zapragnęła, żeby ten taniec trwał wiecznie. Nigdy dotąd nie czuła się tak cudownie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela mieszkała w akademiku. Szczerze nienawidziła tego miejsca. Tylu ludzi naokoło, tak głośno. Źle się tu czuła. Nie potrafiła odnaleźć się w tłumie. Uczelni też nienawidziła. Wychowana w malowniczym miasteczku, rodem ze średniowiecza – Kilkenny w Irlandii – nie mogła się przyzwyczaić do ponurego Szczecina, a przecież sama nalegała na przyjazd do Polski, rodzinnego kraju jej matki. Długo przekonywała rodziców, że to właśnie tutaj powinna się uczyć. Ku jej wielkiemu zdziwieniu w końcu się zgodzili. Mama zawsze była zdania, że samodzielnie powinna podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje, ale tata… no cóż na pewno jakoś go przekonała, zawsze potrafiła postawić na swoim, a Gabriela najwyraźniej odziedziczyła to po niej. Tak więc teraz mieszkała w Szczecinie i chyba nigdy niczego w życiu nie żałowała bardziej. Mały pokoik w akademiku, który dzieliła z dwiema innymi dziewczynami w niczym nie mógł się równać z jej jasnym przestronnym pokojem w pięknej wiktoriańskiej willi na obrzeżach miasta. Nie miała tutaj przyjaciół. Większość koleżanek z roku, przynajmniej tych, które nie zatruwały jej życia – bo te znała aż za dobrze – nigdy nie zamieniły z nią więcej niż dwa, trzy słowa. Była samotnikiem. Oh nie, nie z wyboru. W Irlandii zostawiła kilka przyjaciółek i cała rzeszę znajomych. Pisała do nich maile, w miarę możliwości dzwoniła, ale to nie było to samo. Tutaj, w Polsce wiele razy próbowała się z kimś zaprzyjaźnić, ale dziewczyny nie zwracały na nią uwagi lub co zdarzało się częściej, po prostu wyraźnie jej nie lubiły. Była bardzo ładna, miała długie jasne włosy i niesamowite zielone oczy. Nigdy nie czuła potrzeby, żeby się malować czy stroić, wystarczała jej własna, naturalna uroda. To budziło zazdrość wśród rówieśniczek, które nawet nie próbowały poznać jej lepiej. Na dodatek przyjechała zza granicy. Nie była jedną z nich. Z chłopakami wcale nie było łatwiej. Chętnie się z nią umawiali na randki, pokazywali w towarzystwie ładnej dziewczyny, ale żaden nie oferował jej przyjaźni. Nie spotkała też nigdy takiego, w którym by się zakochała. Miała dziewiętnaście lat, jak chyba każda dziewczyna w tym wieku, marzyła o wielkiej, romantycznej miłości. Tego dnia wracała z uczelni w złym humorze. Wiedziała, że w pokoju czeka ją jakaś niemiła niespodzianka.  Było tak prawie codziennie. Kaśka i Monika, dziewczyny z którymi dzieliła pokój w akademiku, zawsze starały się uprzykrzyć jej życie na wszelkie możliwe sposoby. Bardzo pragnęła się stamtąd wynieść, ale nie chciała się przyznać do błędu przed rodzicami. Była na to zbyt dumna i uparta. Na domiar złego umówiła się w pubie z Jarkiem. Chodziła z nim od jakiegoś czasu. Jej zdaniem był zadufanym w sobie palantem, ale spotykanie się z nim, było lepsze od samotności. Pomyślała o chłopaku, który tydzień temu pojawił się w tak nieoczekiwany sposób. Całowała się z nim i tańczyła, a potem on po prostu zniknął, jakby był wytworem jej wyobraźni, jakby tak naprawdę nigdy nie istniał. Pójdzie do tego cholernego pubu, będzie pić piwo i dobrze się bawić. Zapomni o tym, że było jej smutno. Zapomni o nieznajomym, który najwyraźniej stracił nią zainteresowanie. Może gdyby stąd wyjechała… wróciła do domu… Nie! Tego nie może zrobić. Nie przyzna się do błędu, sama będzie ponosiła konsekwencje swojej decyzji. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obserwował ją od jakiegoś czasu. Wiedział, że to ona. Przemknęło mu przez myśl, że może powinien o niej zapomnieć. To była niebezpieczna gra. Sam nigdy nie mógłby jej skrzywdzić, zbyt wiele dla niego znaczyła, ale inni… Odrzucił od siebie tą myśl. Nie może o niej zapomnieć, nie potrafi. Należała do niego, a on należał do niej. Mimo, że toczył w sobie wewnętrzną walkę, był tego pewien. Cokolwiek by się nie wydarzyło. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tej nocy Gabriela znowu śniła. Tak bardzo nie chciała się budzić! Od kiedy sięgała pamięcią On zawsze jej się śnił. Był jej przyjacielem, opiekunem, starszym bratem, jedyną miłością. Wszystkim czego potrzebowała. Od zawsze byli razem. Mogła mu ufać, wiedziała, że będzie kiedy ona go potrzebuje. Należeli do siebie. Rozumieli się bez słów. Księżyc świecił jasno, rozświetlał niesamowitej urody polanę, odbijał się w czarnej, aksamitnej tafli jeziora. Gabriela zsunęła z siebie delikatną białą suknię i stanęła nad brzegiem. Powoli zaczęła wchodzić do chłodnej wody. Czuła się bezpieczna. Wiedziała, że On ją obserwuje. Nie dostrzegłaby go rozglądając się po gęstych krzakach i ciemnych pniach drzew, ale była pewna, że tam jest. Nigdy się co do tego nie myliła. Potrafiła wyczuć jego obecność. Pływała mącąc wodę powolnymi ruchami ramion. Szczęście wypełniało ją całą. Jezioro było niewielkie, ale bardzo urokliwe. Po prawej stronie, wśród skał, płynął niewielki wodospad. Woda w nim była lodowato-zimna, idealna na taki gorący letni wieczór. Dziewczyna wspięła się na skałę i pozwoliła by czysty górski strumień spływał po jej włosach i ramionach. Chłopak pojawił się na brzegu, tak jak się tego spodziewała. Specjalnie go kusiła. Chciała, żeby do niej dołączył. Wskoczyła z powrotem do wody i podpłynęła do niego. Pierwszy raz wyraźnie widziała jego twarz. Wyglądał teraz zupełnie jak młodzieniec, którego poznała tydzień temu na dyskotece. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela siedziała w zadymionym pubie. Udawała, ze słucha, co mówią siedzący wokół niej ludzie. Nie musiała skupiać się na nudnej rozmowie, bo wiedziała, że i tak nikt nie odezwie się bezpośrednio do niej. Tak rzadko tu przychodziła… Pub był niewielkim, za to dwupoziomowym pomieszczeniem na Starym Mieście. Wchodziło się do niego z tarasu, przy którym mieściło się wiele innych firm i sklepów, oczywiście o tej porze dawno już zamkniętych. Na górnym poziomie, naprzeciwko baru, znajdowała się długa kanapa i dwa mniejsze stoliki. Tam właśnie rozsiadła się grupa Gabrieli. Dalej były schody, do bardziej kameralnej sali piętro niżej, a tuż za nimi, schowana w cieniu niewielka powlekana czarną skórą ekologiczną kanapa i fotel. Dziewczyna siedziała tak, że widziała wszystkie osoby wchodzące i wychodzące z pubu oraz te, zamawiające coś przy barze. Gabriela sączyła swoje piwo, jak zwykle czując się wyobcowana i bardzo samotna. Myślała o swoich fantastycznych opowiadaniach i snach. Śmiech dziewczyn siedzących obok wyrwał ją z zamyślenia. Najwyraźniej ktoś opowiedział jakiś dowcip. Drzwi do pubu się otworzyły, od niechcenia spojrzała w ich kierunku. Zamarła. Do pubu wszedł chłopak, może kilka lat starszy od niej. Nie tylko ona go zauważyła, Karolina szturchnęła Kaśkę i obie zachichotały. Owszem był bardzo przystojny, ale nie to wstrząsnęło Gabrielą. Doskonale znała tą szczupłą sylwetkę, te roztrzepane w nieładzie, opadające na oczy czarne włosy. Wiedziała o jego ciemnych niesamowitych oczach zanim jeszcze zdążył się odwrócić. To właśnie o nim śniła ubiegłej nocy. Chłopak przeszedł obok ich stolika rozglądając się na boki jakby kogoś szukał. Jego wzrok przez chwilę zatrzymał się na Gabrieli. Ich oczy się spotkały. – Tutaj Cahir – usłyszała wołanie, a kiedy odwróciła głowę w stronę skąd nadeszło, zobaczyła wysokiego blondyna w typie macho machającego z kąta do przybysza. On też się odwrócił i ruszył w stronę machającego, nie patrząc więcej na Gabrielę. Najwyraźniej usiadł z kolegami na kanapie w rogu, ponieważ zniknął w cieniu. Poczuła ucisk w gardle, łzy napłynęły jej do oczu, z trudem powstrzymywała się od wybuchnięcia płaczem. Czuła się jakby właśnie wszystko utraciła, sama nie wiedziała czemu, nic przecież tak naprawdę nie miała. Docierały do niej fragmenty rozmowy. Dziewczyny zastanawiały się jak zagadać do chłopaków siedzących w kącie. Najwyraźniej nie tylko nowo przybyły wydał im się interesujący, ale dwaj pozostali również. Gabriela poczuła, że jeżeli zostanie jeszcze chwile dłużej, wybuchnie płaczem. Wstała. – Przepraszam – powiedziała do dziewczyny blokującej przejście – zaraz wrócę. Przeszła obok. Szara mgiełka zasnuwała jej oczy. Na szczęście drzwi były blisko. Wyszła na dwór w chłodne wiosenne powietrze. Nawet nie pomyślała o tym, żeby zabrać z pubu kurtkę. Odeszła kawałek dalej, tak, żeby nikt nie widział jej łez. Była przekonana, że i tak, żadna z koleżanek nie zainteresuje się dlaczego właściwie wyszła. Gabriela poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się i przystanęła zaskoczona. Tajemniczy chłopak był tuż za nią. Dzieliło ich zaledwie kilka kroków. Stała i patrzyła oniemiała, nie wiedząc jak się zachować. On natomiast wydawał się wiedzieć to doskonale. Podszedł do niej szybkim krokiem. Nagle dziewczyna znalazła się przy ścianie najbliższej kamienicy. Jego palce były w jej włosach, jego usta dotykały jej ust. Była zbyt oniemiała, żeby zareagować w jakikolwiek sposób. Po prostu pozwoliła mu działać. Całował ją z pasją, namiętnie, a jednocześnie tak delikatnie jakby była pisklakiem. Zadrżała z rozkoszy. Chłopak najwyraźniej źle odczytał ten znak i odsunął się od niej. Chciała zaprotestować, ale znów zabrakło jej odwagi. – Przepraszam – wyszeptał nie patrząc na nią – ja nie powinienem… Gabriela wreszcie zdobyła się na odwagę. Nie chciała, żeby ten sen tak szybko się skończył. – Cahir – weszła mu w słowo. Odwrócił się, najwyraźniej zaskoczony dźwiękiem swojego imienia. – Skąd wiesz jak się nazywam? – spytał cicho. Wzruszyła ramionami. – Słyszałam jak cię woła tamten chłopak w pubie. Przypomniała sobie gdzie jest i zadrżała z zimna. Bez zastanowienia zdjął kurtkę i narzucił jej na ramiona. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. – Przejdziemy się? – zapytał. – Dobrze – odpowiedziała po prostu. Kiedy zeszli ze schodków przysunęła się do niego, chciała być jak najbliżej, po za tym bała się, że znowu tak po prostu zniknie. On najwyraźniej też pragnął jej bliskości, bo delikatnie objął ją ramieniem. Doszli nad rzekę oddzielającą Stare Miasto od peryferii i zgodnie się zatrzymali. Nie oddalili się za bardzo od pubu, a jednocześnie na tyle, żeby nikt ich nie niepokoił. Gabriela przysunęła się do chłopaka i oparła głowę na jego piersi. Niech się dzieje co chce, pomyślała. Przytulił ją do siebie czułym gestem. Wtulił twarz w jej włosy. Dziewczyna wczepiła się palcami w jego koszulę, dalej bała się, że za chwilę odejdzie. Był wysoki, znacznie wyższy niż ona. Miał smukłą sylwetkę, ale nie był chudy, przynajmniej nie w ramionach. Gabriela dokładnie wiedziała, co w nim widzą jej koleżanki. Dziewczynie jednak było wszystko jedno jak wyglądał, ważniejsze było jak się przy nim czuła. Stali tak wtuleni w siebie przez dłuższą chwilę, aż w końcu chłopak odsunął ją od siebie, tak, żeby móc na nią spojrzeć, nie wypuścił jej jednak z ramion. – To naprawdę jesteś ty – powiedział zagadkowo, tym swoim aksamitnym głosem, którego mogłaby słuchać wiecznie. Gabriela wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła go po twarzy. – Ciągle boję się, że znowu znikniesz – powiedziała. – Nie tym razem – odpowiedział stanowczo. Obdarzyła go delikatnym uśmiechem po czym znowu wtuliła się w jego ramiona. Tak bardzo pragnęła jego bliskości. Przez chwilę ją obejmował po czym znów delikatnie odsunął. – Wracajmy – powiedział. – Musimy? – zapytała Gabriela, co zabrzmiało trochę żałośnie. – Tak, mam tam coś do załatwienia, a ty mi tu zaraz zamarzniesz – odpowiedział stanowczo. – Obiecuję, że zaraz potem zabiorę cię gdzieś, gdzie będziemy sami. Wrócili do pubu. Chłopak przestał ją obejmować dopiero przed samym wejściem. – Usiądź ze mną – poprosił otwierając przed nią drzwi. Gabriela skinęła głową. Kiedy weszli, zamiast wrócić do koleżanek, poszła w ślad za chłopakiem. Miała nadzieję, że może jej nie zauważą. Kiedy doszli do schowanego za rogiem kącika puścił ją przodem. – Oto i moja Gabriela – przedstawił ją kolegom. Nie pamiętała, żeby podawała mu swoje imię, ale najwyraźniej musiała to zrobić. Spodobało jej się, że nazwał ją „swoją”. Siedzący na kanapie chłopak przesunął się, żeby zrobić jej miejsce. – To jest Eryk – Cahir wskazał go skinieniem głowy. Eryk wyglądał zupełnie jak książę z bajki, żywcem wyjęty z filmu Disneya. Złote włosy w lokach opadały mu na ramiona, był szczupły i wysoki. Biała, elegancka koszula, podkreślała bladość jego skóry. Tylko niebieskie jeansy psuły cały efekt i nadawały mu bardziej realny, codzienny wygląd. Uznała, że jest rówieśnikiem Cahira. Uśmiechnął się i skinął głową do Gabrieli. – A ten rozparty w fotelu to Daniel. – kontynuował prezentację. Tak jak Gabriela z miejsca poczuła nić sympatii do bladego Eryka, tak od pierwszego spojrzenia znienawidziła Daniela. Przechodziły ją ciarki kiedy patrzyła na jego drwiący uśmiech i spojrzenie mówiące „mogę mieć każdą”. Był z nich najstarszy, wyglądał na dwadzieścia osiem, może dwadzieścia dziewięć lat, na pewno jeszcze nie przekroczył trzydziestki. To prawda, był cholernie przystojny, ale za to nie lubiła go jeszcze bardziej. Nie ufała takim jak on. Teraz patrzył na dziewczynę oceniając ją wzrokiem. To on wcześniej wołał Cahira. Gabriela nie spuściła wzroku. Przyglądała mu się tak samo obcesowo i niegrzecznie jak on jej. Kiedy coś ją zdenerwowało potrafiła być bardzo odważna. Daniel miał włosy ułożone w artystyczny nieład. Wcześniej myślała, że są blond, ale teraz, będąc bliżej, zauważyła, że wpadają w odcień miedzi. Był trochę niższy od Cahira, ale równie dobrze zbudowany. Miał na sobie t-shirta bez rękawów odsłaniającego jego umięśnione ramiona. Gabriela powstrzymała chęć kopnięcia go w piszczel lub oblania piwem. Denerwował ją samym faktem swojej obecności. Opanowała się i wcisnęła na miejsce obok Eryka. Chłopak usiadł tuż przy niej. Ich dłonie naturalnie spotkały się i złączyły. – Załatwmy to jak najszybciej, chcielibyśmy stąd wyjść – odezwał się. Daniel uśmiechnął się krzywo. – Dalej uważam, że to zły pomysł – stwierdził. Cahir prychnął pogardliwie. – To bardzo dobry pomysł, a przynajmniej jedyny jaki mamy. – Cahir – wtrącił się Eryk – nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale zgadzam się z Danielem. To bardzo zły i niebezpieczny pomysł. Chłopak zmrużył swoje niesamowite czarne oczy, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo do ich stolika podeszła Karolina. Przy boku miała z jednej strony Kaśkę, a z drugiej Monikę. Natalia, jedyna z nich, która przynajmniej tolerowała Gabrielę czaiła się tuż za nimi. – Gabriela! Gdzieś ty była? Wszędzie cię szukałyśmy! Widzę, że masz nowych kolegów, przedstawisz nas? – odezwała się Karolika umiejętnie wykorzystując okazję. Gabriela zesztywniała. Cahir wyczuwając to opiekuńczo objął ją ramieniem, poczuła jak bardzo jest jej potrzebny i jak straszliwie jej go brakowało. Karolina była naprawdę piękna. Szczupła, wysoka o egzotycznej urodzie, z powodzeniem mogłaby być modelką. Długie brązowe włosy nosiła wysoko upięte. Ubrana była w krótki top w kolorze głębokiej czerwieni i obcisłe czarne spodnie, na twarzy miała wyraźny, drapieżny makijaż. Jak zawsze zachowywała się wyzywająco. Gabriela poczuła falę zazdrości, kiedy tamta uśmiechnęła się zalotnie i uwodzicielskim wzrokiem omiotła Cahira. Najwyraźniej wybrała już swoją ofiarę. Dziewczynie zrobiło się bardzo przykro, była przekonana, że nie może się z nią równać. Ubrana była jak zwykle, w niebieskie jeansy i czarną koszulkę na ramiączkach przykrytą cienkim sweterkiem. Nigdy się nie malowała więc i teraz nie miała na sobie makijażu. Zapadła się głębiej w kanapę. – To Cahir, Eryk i Daniel – przedstawiła swoich towarzyszy tłumiąc narastające złość i żal, była przekonana, ze straci to co nawet się jeszcze na dobre nie zaczęło – moje koleżanki z roku, Karolina i Natalia oraz współlokatorki Monika i Kasia. Natalia była cichym i uprzejmym stworzeniem. Kasztanowo – rude włosy miała krótko ścięte i postrzępione. Jej uroda była przeciętna, a do tego miała drobne problemy z nadwagą, dlatego Karolina tak lubiła się z nią pokazywać. Na tle tej pospolitej dziewczyny zawsze wyglądała jak gwiazda. Obie miały po dwadzieścia lat i studiowały z nią na roku dziennikarstwo. Monika i Kaśka były natomiast odrobinę starsze. Studiowały prawo na trzecim roku. Uśmiechały się teraz jak słodkie idiotki. Kiedy tylko mogły, korzystały z okazji by dokuczyć Gabrieli, z jakiegoś powodu od początku bardzo jej nie lubiły. Tego dnia wprosiły się na spotkanie z jej grupą i przeganiały w rzucaniu kąśliwych uwag na jej temat, żeby upokorzyć ją publicznie. Obie były naprawdę ładne, nie tak piękne jak Karolina, ale niczego im nie brakowało. Po za tym były szczerze przekonane o własnej atrakcyjności i nie wstydziły się tego demonstrować. – Miło was poznać, prawda dziewczyny? – odezwała się Karolina, a trzy pozostale przytaknęły ochoczo. – Możemy się do was dosiąść? Nie czekając na odpowiedź zajęła miejsce na poręczy kanapy, tuż obok Cahira. Natalia usiadła na wolnym fotelu, Monika na jego poręczy, a Kasia przysunęła sobie pufę, którą zabrała od sąsiedniego stolika. Dziewczyny znalazły się w swoim żywiole, flirtowały uśmiechając się kokieteryjnie. Daniel puszył się jak paw, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. Eryk rozmawiał z nimi uprzejmie, bez specjalnego entuzjazmu. One oczywiście uprzejmość uznawały za przyzwolenie. Gabriela czuła się bardzo nieswojo. Karolina przysunęła się do Cahira, prawie się na nim kładąc. Szeptała mu coś do ucha. Mimo, że nie przestawał jej obejmować, dziewczyna poczuła się bardzo nieszczęśliwa i niepewna. Nie chciała z nimi dalej siedzieć, przeprosiła i wyszła do toalety. Płomyczek nadziei, że może Cahir pójdzie za nią i będą mogli się stąd wyrwać szybko zgasł. Kiedy wróciła do stolika, Karolina siedziała na jej miejscu praktycznie przyklejona do tajemniczego chłopaka. Monika już zdążyła zająć kolana demona, a Kaśka nie odpuszczała Erykowi. Gabriela była przekonana, że podzieliły się nimi, zanim jeszcze podeszły. – Skąd się znacie? – usłyszała pytanie Natalii skierowane do Daniela. Palił spokojnie papierosa i nie zwracał najmniejszej uwagi na dziewczynę na swoich kolanach, która ramionami oplatała mu szyję. Drugą ręką od niechcenia obejmował ją w talii. – Ja i Cahir jesteśmy praktycznie rodziną – nie mogła uwierzyć w usłyszaną odpowiedź, tak bardzo się przecież różnili – jeżeli zaś chodzi o Eryka, to przyjaźnimy się od bardzo dawna. Dziewczyna westchnęła i postanowiła przyciągnąć sobie wzorem Kaśki pufę. Nie miała zamiaru zajmować poręczy wzorem tamtych. Najchętniej by uciekła, ale jej duma nigdy by na to nie pozwoliła. Odwróciła się z zamiarem przyniesienia sobie czegoś do siedzenia. – Gabi, nie wygłupiaj się – zdziwiło ją, że użył akurat tego skrótu, było to jej przezwisko z dzieciństwa, rodzice zresztą dalej zwracali się do niej w ten sposób – chodź do mnie. – Tak, usiądź koło nas – odezwała się Karolina. Próbując ratować swoją sytuację wskazała dziewczynie poręcz. Cahir zmierzył ją wściekłym wzrokiem, ale się nie odezwał. Zrezygnowana Gabriela podeszła do kanapy jak na szafot. Usiądzie na tej cholernej poręczy i będzie znosiła mizdrzącą się do jej tajemniczego nieznajomego Karolinę. Nie z takimi rzeczami sobie radziła. Wielkim wysiłkiem powstrzymywała się od łez. Nie będzie płakała, może potem, w akademiku, ale na pewno nie tutaj. Jednak kiedy tylko znalazła się bliżej Cahir wyciągnął ręce, chwycił dziewczynę i posadził na swoich kolanach. Serce zabiło jej szybciej. Wtuliła się w niego niepewnie, starając się nie dotykać plecami Karoliny. Żałowała, że nie może zobaczyć jej miny. Tamta jednak nie poddawała się tak łatwo. – Nie ma dzisiaj z tobą Jarka? – zwróciła się do pleców Gabrieli. Dziewczyna miała ochotę ją udusić. Do tej pory nawet nie pamiętała o istnieniu swojego potencjalnego chłopaka macho – idioty. – Jarka? – Cahir dał się podpuścić wstrętnej wiedźmie. – No tak, chłopaka Gabrieli. Nie wspomniała o nim? – Karolina zrobiła niewinna, wielce zdziwioną minkę. Gabriela nie była pewna co powinna powiedzieć ani jak zareagować. Jarek nic dla niej nie znaczył. Był sposobem na ucieczkę od samotności, ale tak naprawdę, równie dobrze mógłby nie istnieć. Pomoc przyszła z bardzo nieoczekiwanej strony. – Chciałaś powiedzieć ex-chłopaka – zwrócił się do Karoliny Eryk – teraz chłopakiem Gabrieli jest Cahir. Musisz mieć jakieś przestarzałe informacje. Karolinę zatkało. Dziewczyna uśmiechnęła się do złotowłosego księcia z wdzięcznością. Odetchnęła z ulga, kiedy Cahir przytulił ją mocniej do siebie. Przesiedzieli w pubie dwie długie, męczące godziny. Było koło pierwszej kiedy Daniel wstał stawiając Monikę na ziemi. – Na nas już czas – spojrzał znacząco na Cahira. – Odprowadzę cię – zwrócił się tamten do Gabrieli. Nie miała ochoty się z nim tak szybko rozstawać. Bała się, że to kolejny sen, który skończy się tak szybko i niespodziewanie jak się zaczął. Uśmiechnęła się do niego odrobinę ponuro. Wszyscy wstali i razem wyszli z kącika. Dziewczyny niechętnie zajęły swoje poprzednie miejsca przy długim stole, gdzie zostało jeszcze kilka osób. Nie przegapiły oczywiście okazji, do zostawienia chłopakom swoim numerów. Gabriela chwyciła swoją kurtkę, nie miała zamiaru tu zostawać. Kiedy wychodzili, Eryk umyślnie ignorując Kaśkę podszedł do Natalii. Niewiadomo skąd w jego ręku pojawiła się blado-różowa gerbera. – Piękno dla piękności – skłonił się z gracją przed dziewczyna podając jej kwiat. Natalka przyjęła go rumieniąc się po same uszy. W wykonaniu każdego mogłoby wyglądać to śmiesznie lub idiotycznie, ale nie w wykonaniu Eryka. Gabriela jeszcze nigdy nie widziała nic bardziej uroczego i romantycznego. Książę, bo tak go w myślach nazwała, zbierał u niej same plusy, na dodatek jeszcze cytował jej ulubioną autorkę. No i skąd do licha wytrzasnął ten kwiatek? Była bardzo ciekawa czy to przypadkowy wybór, bo o ile wiedziała gerbera w języku kwiatów oznacza ni mniej ni więcej tylko „Doceniam Cię”. W każdym razie Natalce z pewnością poprawił nastrój. Dziewczyna długo nie zapomni tego dnia. We czwórkę wyszli z pubu. Cahir natychmiast znalazł się przy Gabrieli obejmując ją delikatnie. – Tylko się pospiesz – upomniał go Daniel – nie będziemy na ciebie czekali całą noc. Gabriela znienawidziła go jeszcze bardziej. Co jeżeli ona właśnie miała ochotę spędzić z Cahirem całą noc? Chłopak skinął głową, pomachał im ręką i poprowadził ją w kierunku akademika. Kiedy stanęli przed wejściem dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem jak u kota ze Shreka, doskonalonym przez lata na ojcu. – Nie patrz tak na mnie – jęknął błagalnie – naprawdę muszę iść, twoje koleżanki przeszkodziły mi w załatwieniu mojej sprawy. To ważne. Chciał ją przytulić, ale odsunęła się od niego. – Zobaczymy się jeszcze? – spytała. Spojrzał na nią bardzo zdziwiony pytaniem. – Jasne, że tak. Właściwie najchętniej to nie odstępował bym cię na krok. Przyjdę jutro po ciebie na uczelnię, jeżeli nie masz nic przeciwko. Serce Gabrieli zatrzepotało. – Może być – zmusiła się do powiedzenia tego zwyczajnym tonem. – Teraz już naprawdę powinienem iść, Daniel mnie zamorduje jeżeli będzie musiał za długo czekać. Masz może jakiś telefon? Skinęła głową. Wymienili się numerami. Wspięła się na palce, pocałowała go delikatnie i weszła do akademika. Kiedy spojrzała przez oszklone drzwi, chłopaka już nie było. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Przestań wreszcie do cholery pisać te smsy – warknął Daniel. – Trzymałeś się od niej z daleka przez prawie czternaście lat, nie możesz poczekać jeszcze jednego dnia? – Nie – odburknął Cahir nawet nie podnosząc głowy znad telefonu. Siedzieli na lekko ukośnym dachu przy Alei Bohaterów Warszawy i przynajmniej jeden z nich intensywnie wpatrywał się w zaułek pod nimi. Z mrocznej uliczki wyłonił się Eryk. Szedł powoli, sztywno, nie oglądając się za siebie. Za nim podążały dwa duże cienie skradając się cicho. Wyraźnie nie miały przyjaznych zamiarów. Kiedy postacie minęły miejsce, nad którym przyczaili się Cahir z Danielem tamci miękko, z gracją dzikich kotów, zeskoczyli z dachu tuż za ich plecami. Eryk zniknął za rogiem. Napastnicy odwrócili się zaskoczeni. Obydwaj byli postawnymi mężczyznami w średnim wieku. Wyglądali jak dwudrzwiowe szafy, wielcy i wyjątkowo silni. Przywodzili na myśl wiejskich osiłków szukających zwady po barach. Zanim zdarzyli się otrząsnąć i sięgnąć po długie noże Cahir z Danielem zaatakowali. Byli idealnie zgraną parą. Nie walczyli w żadnym konkretnym stylu, ale ich ruchy były płynne, pełne gracji i niesamowicie szybkie. Przeciwnicy nie mieli szans. Po kilku chwilach było już po wszystkim. Jeden z nich leżał na ziemi martwy, z własnym nożem wbitym w plecy, a drugi, najwyraźniej ze złamaną nogą czołgał się w kierunku pustej ściany bez okien. Specjalnie wybrali takie miejsce, żeby nikt nic nie zauważył. Najwyraźniej dla tamtej dwójki też było bardzo kuszące, bo tak łatwo dali się wciągnąć w prostą pułapkę. Nagle leżący na ziemi mężczyzna chwycił nóż, wstał chwiejnie i rzucił się na Cahira. Daniel zareagował błyskawicznie. Chwycił rękę napastnika, wykręcił ją, wyrwał mu nóż i jednym płynnym ruchem poderżnął gardło. – Co robisz? – syknął Cahir odrobinę po fakcie. – Zabiłeś go! Potrzebny nam był żywy. Daniel pozwolił ciału osunąć się bezwładnie na ziemię. – Przepraszam, chyba trochę mnie poniosło. Kopnął trupa i splunął na ziemię. Zza rogu wyszedł Eryk. Trzymał za kark szamoczącego się nastolatka. Był o głowę niższy od Eryka i przeraźliwie chudy. Mógł mieć najwyżej piętnaście lat. Proste jasne włosy opadały mu na czoło, szare oczy miał mocno rozszerzone, wypełniał je strach. Eryk pobieżnie omiótł spojrzeniem dwa trupy. – Czy wy nigdy nie potraficie nad sobą zapanować? – spojrzał na nich z politowaniem – wasze szczęście, że wzięli młodego. Inaczej zostalibyście z niczym. To mówiąc pchnął dzieciaka w ich stronę. Ten, uwolniony, natychmiast rzucił się do ucieczki. Uliczka była wąska. Z jednej strony drogę blokował mu Eryk, a z drugiej Cahir i Daniel. Chłopiec nie miał szans. Nawet nie patrzył przed siebie. W panice wpadł prosto na Cahira. Tamten chwycił go za ramiona i przygwoździł do ściany. Dzieciak krzyknął z bólu, kiedy uderzył plecami o twardą cegłę. Cahir, nie puszczając go, spojrzał na jego twarz. – Patrz na mnie – rozkazał. Chłopiec mimowolnie spojrzał mu w oczy. Czarne, niesamowite oczy. Jego twarz wykrzywił grymas przemożnego bólu. Nieprzytomny osunął się na ziemię. – No i po kłopocie – uśmiechnął się Daniel. – Parszywy kundel. Cahir wcale nie wyglądał na zadowolonego. – Na waszym miejscu bym go stąd szybko zabrał – rzucił praktyczną uwagę Eryk. – Czy to już wszystko czego ode mnie chcieliście? Spojrzeli po sobie i zgodnie skinęli głowami. Na horyzoncie zaczynało już świtać. – To na razie – powiedział i zaczął odchodzić. – Eryk! – zawołał za nim Cahir. Tamten odwrócił się z pytającym spojrzeniem. – Dzięki, za wszystko. Młodzieniec uśmiechnął się do niego blado i zniknął w mroku. Daniel bez trudu podniósł dzieciaka i zaniósł do zaparkowanego tuż za rogiem kombi. Wepchnęli go do bagażnika po czym wsiedli do samochodu i odjechali. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy Gabriela wyszła z uczelni Cahir już na nią czekał. Budynek wydziału politologii był starą budowlą z czerwonej cegły. Na terenie uniwersytetu rosło wiele drzew, gdzieniegdzie ustawione były także ławki. Jej tajemniczy nieznajomy siedział właśnie wygodnie rozparty na jednej z nich. Znajdowała się na uboczu, a jednocześnie na tyle blisko, żeby mógł obserwować drzwi. Gabriela uśmiechnęła się na jego widok. Czy on ma na sobie skórzaną kurtkę i motocyklowe buty? Spojrzała na niego ciekawie. Zdała sobie sprawę, ze tak właściwie niewiele o nim wie. Nie była nawet pewna czy Cahir to jego prawdziwe imię czy może jakiś przybrany nick. Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, bo w Irlandii by jej to w ogóle nie zdziwiło, ale teraz przecież była w Polsce, a Cahir zdecydowanie nie było tutejszym imieniem. Wstał i podszedł do niej. Był cholernie przystojny a do tego mroczny i tajemniczy. Bardzo jej się to podobało. Przytulił ją na powitanie i delikatnie pocałował. Jak cudownie, że wreszcie mogła być blisko niego! – Ej, ty! Co robisz z moją dziewczyną? – usłyszała za plecami gniewny głos Jarka. Jęknęła w duchu. Miała mu dzisiaj powiedzieć, że z nim zrywa, ale zupełnie wyleciało jej to z głowy. Myślała tylko o Cahirze. No to będą kłopoty… Jarek był potężnie zbudowanym blondynem z ego znacznie większym niż rozum. Była przekonana, że będzie chciał się o nią bić, zwłaszcza, że towarzyszyli mu dwaj najlepsi kumple – Jacek i Kamil. Dlaczego właściwie się z nim umawiała? – Twoją dziewczyną? – Cahir spojrzał na niego jakby tamten postradał rozum. Przesunął się tak, by zasłonić sobą Gabrielę. – Powiedz mu Gabryśka. Jak ona nienawidziła takiej formy dla swojego imienia! – On mówi prawdę – cicho odezwała się do Cahira – nie zdążyłam z nim zerwać… pojawiłeś się tak nagle… miała to zrobić dzisiaj, ale zupełnie wyleciało mi z głowy. Wiedziała, że tłumaczy się jak idiotka, ale co innego miała powiedzieć niż prawdę? – No to teraz masz okazję – odezwał się do niej tłumiąc złość. Nie chciała tego robić przy świadkach. Nie miała zamiaru ośmieszyć Jarka na oczach kolegów, stałby się zapewne obiektem podłych żartów. Nigdy nie życzyła mu źle, jej zdaniem był kretynem, ale traktował ją dobrze, nigdy nie wyrządził jej żadnej krzywdy. – Przejdziesz się ze mną? – spytała podchodząc do niego. Zesztywniała gdy objął ją ramieniem, ale nie protestowała. Kiedy mijali Kamila i Jacka dał im ręką jakiś niezrozumiały dla Gabrieli znak. Weszli z powrotem do wnętrza budynku, tam było teraz spokojnie i cicho. Odwróciła się i stanęła przed nim. – Przykro mi, ale już nie jestem twoją dziewczyną – powiedziała stanowczo, wiedziała, że jakiekolwiek przenośnie i łagodne zdania po prostu do niego nie dotrą. – Zrywam z tobą. Przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem, potem w jego oczach pojawił się gniew. – To przez tego gościa? Jak długo mnie z nim zdradzasz? Kiedy planowałaś mi powiedzieć? – Uspokój się – powiedziała – przecież nic między nami nie ma. Czy ty w ogóle mnie lubisz? – spytała powątpiewająco. – Co do niego to pierwszy raz widziałam go tydzień temu na dyskotece, ale tak naprawdę poznałam go dopiero wczoraj. – Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach. – Przykro mi, naprawdę. Wyszła przed budynek. Nie próbował jej zatrzymać, ale szedł za nią. Cahir z rękoma skrzyżowanymi na piersi stał oparty o drzewo. Kilka metrów dalej nerwowo dreptał w miejscu Kamil ze świeżo podbitym okiem i zupełnie pobladły Jacek. Rzucali w kierunku Cahira zatrwożone spojrzenia. Gabriela przeklęła się w myślach za niepomyślenie o tym, że Jarek może ich nasłać na chłopaka, kiedy będą rozmawiali. Na szczęście najwyraźniej umiał sam sobie radzić. Podeszła do niego, nie uśmiechała się, było jej przykro. – Załatwiłaś swoje sprawy – spytał spokojnie. – Tak, możemy iść, o ile jeszcze masz ochotę – dodała niepewnie. Uśmiechnął się szelmowsko. Najwyraźniej złość już mu przeszła. – Tak łatwo z ciebie nie zrezygnuję – odparł. Zaprowadził ją na parking przed kompleksem uczelni. Gabriela spojrzała nieufnie. On naprawdę miał motor! Na dodatek najwyraźniej był to pomalowany czarnym lakierem ścigacz. Podał jej kask. – Zwiń włosy, bo ci się poplączą – poradził – masz ochotę na pizzę? Była upiornie głodna. – Tak, jasne. Założyła kask starannie chowając włosy do środka. Usiadła za chłopakiem obejmując go w pasie. Ruszyli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela cieszyła się, że jest piątek. Następnego dnia nie będzie zajęć, a ona może spędzić z Cahirem tyle czasu ile tylko zechce, o ile ten oczywiście znowu gdzieś nie ucieknie. Martwiło ją to. Coraz bardziej też dręczyło ją to, że tak niewiele wie na jego temat. Siedzieli na plaży w Trzebieży. Słońce zbliżało się ku zachodowi. Wtulała się w niego plecami, a on obejmował ją czule. Było najwyraźniej zbyt cudownie. Nie wytrzymała, musiała się odezwać. – Cahir… – Tak, Gabi? – Co ty właściwie o mnie wiesz? – postanowiła zacząć w ten sposób. – Powiedziałbym, że całkiem sporo – delikatnie pocałował jej włosy. – Nazywasz się Gabriela Cuttbert, przyjechałaś z Irlandii, dwadzieścia lat skończysz czternastego sierpnia. Do tego jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Roześmiała się, mimo, że poczuła się odrobinę zaniepokojona. Tyle wiedział na jej temat, a ona o nim kompletnie nic. – Ja nawet dokładnie nie wiem jak się nazywasz – poskarżyła się. Chłopak westchnął, ale postanowił jej odpowiedzieć. – Jestem Cahir Maes – zawahał się przy nazwisku tylko odrobinę, dziewczyna nawet tego nie zauważyła, zbyt pochłonięta tym, że słyszy chociaż jakiekolwiek strzępki informacji na jego temat. – Wychowałem się w Wielkiej Brytanii, tak jak ty, tyle, że ja większość dzieciństwa spędziłem w Londynie. Mam dwadzieścia dwa lata – tutaj też mówił niezbyt pewnie, jakby się zastanawiał co i ile powinien jej powiedzieć. – Co chciałabyś wiedzieć jeszcze? – Co robisz w Polsce? – zapytała. – Mamy tu z Danielem interesy do załatwienia. – Kim on jest dla ciebie? To znaczy Daniel. Cahir myślał nad tym dłuższą chwilę. Wzruszył ramionami. Nie bardzo wiedział jak to wytłumaczyć. – Od zawsze się mną opiekował, mieszkamy razem, nosimy to samo nazwisko, ale nie jesteśmy spokrewnieni. – To gdzie są twoi rodzicie? – spytała mało taktownie. – Nie mam rodziców – zdecydował się odpowiedzieć. Gabriela poczuła się głupio. Postanowiła na razie skończyć z pytaniami. Jak na jeden dzień wystarczy. Wtuliła się w chłopaka jeszcze bardziej. Położyła swoją dłoń na jego dłoni, drugą ręką gładząc jego ramię. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Jak masz na imię? – spytał Cahir chłopaka skulonego w rogu niskiego, wilgotnego pomieszczenia. Przebywali aktualnie w piwnicy posiadłości Daniela. Był to duży jednorodzinny dom na Pogodnie. Przytulnie umeblowany, z wygodnym salonem, łazienką na każdym piętrze i sporą kuchnią, oraz oczywiście przestronną piwnicą w której były również pomieszczenia takie jak to – małe, puste i bez okien. Dzieciak skulił się jeszcze bardziej. Patrzył w podłogę, bał się podnieść wzrok. Cahir westchnął. Wcale nie podobało mu się to co robili, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Podszedł do chłopca i podniósł go z podłogi. Zmusił do patrzenia sobie w oczy. – Jak masz na imię? – powtórzył pytanie. – Emil – odpowiedział tamten słabym głosem, po chwili wahania. – Gdzie ma kryjówkę twoje stado Emilu? Chłopak zamilkł. Cahir bez ostrzeżenia kopnął go kolanem w brzuch, po czym puścił. Dzieciak upadł na podłogę jęcząc z bólu. Daniel przyglądał się niewzruszenie. – Ten kundel nic ci nie powie. Na pewno mu zabronili. Zmuś go, żeby się zmienił, wtedy będzie twój. Cahir znowu go podniósł ty razem mocno trzymając za włosy. – Zmienisz się – powiedział cichym groźnym głosem – wtedy ból zniknie. Spojrzał mu prosto w oczy. Tamten krzyknął, drżał na całym ciele. Gdy tylko Cahir go puścił, osunął się na twardą, kamienną podłogę. Zwinął się w pozycję embrionalną. Płakał i wymiotował krwią. Przez kilka minut obserwowali go beznamiętnie, potem dzieciak stracił przytomność. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela uśmiechnęła się do Cahira siedzącego na brzegu jej łóżka. Poprzedni dzień spędzony wspólnie był cudowny, a ten wcale nie zapowiadał się gorzej. Chodzili ze sobą dopiero od dwóch tygodni, ale spotykali się codziennie, jedno nie mogło wytrzymać bez drugiego. Gabriela czuła się jak w niebie. Szła spać szczęśliwa z myślą, że niedługo znowu go zobaczy. Tego dnia wybierali się na koncert rockowy. Dziewczyna była zachwycona. Nie tylko dlatego, że lubiła tego rodzaju muzykę, ale także ponieważ nie było szans na spotkanie tam Karoliny. Niedawno wrócili ze spaceru po lesie i teraz Gabriela próbowała doprowadzić się do porządku. Wyciągnęła z szafy swój ukochany czarny ażurowy sweterek i jęknęła ze zgrozy. Na plecach miał wypaloną dziurę, właściwie nie było już tyłu sweterka, była tylko dziura. – Co się stało? – spytał zaniepokojony jej zachowaniem Cahir. Rzuciła mu sweter i opadła obok na łóżko kładąc głowę na poduszce. Łzy cisnęły się jej do oczu. Była pewna, że jeżeli coś spróbuje powiedzieć, to się rozpłacze. Wstrętne wiedźmy! Czemu zawsze muszą jej dokuczać? Chłopak położył się obok, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Leżeli teraz razem, wtuleni w siebie. Coś w Gabrieli pękło, po jej policzkach zaczęły spływać łzy, cicho łkała. Czuła się strasznie głupio i dziecinnie. On tulił ją przez chwilę do siebie, a potem zaczął całować po twarzy, po łzach które zdobiły jej policzki. Przestała płakać, zaczęła odwzajemniać jego pocałunki. Wsunęła ręce pod jego koszulkę, przesunęła nimi po płaskim brzuchu chłopaka. Kiedy dotknęła jego skóry zaczął oddychać szybciej, przyciągnął ją jeszcze bliżej. Jego ręka znalazła się pod jej bluzą, gładziła plecy. Gabriela miała ochotę na więcej, znacznie więcej. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Monika. Gdyby Gabriela potrafiła zabijać myślą, tamta byłaby już martwa. – Ubiorę się i wyjdziemy – szepnęła Cahirowi do ucha i niechętnie wstała. Monika obserwowała ich ciekawie. Jej wzrok padł na zniszczony sweterek leżący na łóżku. Uśmiechnęła się pod nosem. Gabriela szybko rozczesała włosy i zmieniła bluzę. Był koniec kwietnia, miała nadzieję, że nie będzie zimno. Cahir wstał i podszedł do niej. Byli już prawie za drzwiami, kiedy odwrócił głowę. – Monika, z twojej torby unosi się dym. I rzeczywiście, brzydka czarna smuga ulatniała się z torebki dziewczyny. Pisnęła i rzuciła ją na podłogę. Torba ze sztucznego tworzywa w mgnieniu oka stałą się bezkształtną paćką. Cahir wzruszył ramionami, delikatnie wypchnął Gabrielę z pokoju i zamknął za nimi drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk siedział przy jednym z długich drewnianych stołów otoczony grupą rozbawionych ludzi. Kiedy spojrzał w ich kierunku Cahir pomachał do niego, ale nie ruszył się z miejsca. Złotowłosy książę coś powiedział do znajomych  po czym wstał. Podszedł do nich pewnym krokiem. Uśmiechnął się do Gabrieli. – Cześć Stokrotko, dobrze się bawisz? – Jasne, że tak. Impulsywnie zarzuciła Erykowi ręce na szyję, witając się jak ze starym znajomym. Najwyraźniej go tym zaskoczyła, bo nie bardzo wiedział jak się zachować. Po chwili przytulił ją delikatnie. Cahir rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nawet się nie poruszył. Gabriela uznała, że jest zazdrosny. Całkiem ją to ucieszyło. Sam podał rękę Erykowi, a tamten uścisnął ją serdecznie. – Dużo tu dzisiaj twoich znajomych? – spytał Cahir z nutką niepokoju w głosie, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Tylko kilku – wskazał głową w kierunku rozgadanej grupy – jeżeli nie macie nic przeciwko, to chętnie zostanę dzisiaj z wami. Cahir wyglądał jakby chciał zaprotestować, ale spojrzał na Eryka i zmienił zdanie. – Pewnie, będzie nam bardzo miło. Gabrieli to odpowiadało. Była bardzo zadowolona z towarzystwa księcia, naprawdę zdążyła go polubić. Stanęli pod sceną, Cahir był tuż za dziewczyną. Objął ją ramionami i przytulił się do jej pleców. Eryk przyniósł im piwo. Gabriela bawiła się doskonale. Muzyka jej odpowiadała, towarzystwo też, a najbardziej ze wszystkiego pasowała jej bliskość Cahira. Z pubu wyszli koło drugiej. – Odprowadzimy Eryka, a potem pójdziemy do mnie, będzie po drodze. Co ty na to? – zaproponował Cahir. Zgodziła się chętnie. Nie chciała wracać do akademika, no i jeszcze nigdy u niego nie była, a zżerała ją ciekawość jak mieszka. Zostawili księcia przed starą secesyjną willą na Pogodnie, pomachali mu i poszli. Cahir zatrzymał się kilka ulic dalej przed jednym z wielu ładnych domków jednorodzinnych. – Tutaj mieszkasz? – spytała. – Tak, to dom Daniela. Mieszkamy tutaj. Szczerze to mam nadzieję, że go nie ma. Uśmiechnął się do niej rozbrajającym uśmiechem. Weszli do środka. Rozejrzała się po eleganckim przestronnym salonie. Był umeblowany w starym, wiktoriańskim stylu. Na ścianach znajdowała się tapeta o typowej dla tego okresu kompozycji: na dole pasy, wyżej wzory nawiązujące do motywów klasycznych. Na środku pokoju stała sofa, wykonana z drzewa mahoniowego i ręcznie rzeźbiona, obita beżowym materiałem. Przy niej znajdowały się dwa fotele w podobnym stylu, a przed nią niewielki stolik. Pod ścianami umieszczono ciemne dębowe regały, po brzegi wypełnione książkami. Zaraz przy wejściu była brązowa skórzana kanapa. Wyglądała na bardzo miękką. Stała tak, że można z niej było wygodnie oglądać telewizję. Gabriela zostawiła w przedsionku buty i umościła się wygodnie na kanapie. Cahir szybko znalazł się przy niej. Pocałował ją. Z rozkoszą odwzajemniła ten pocałunek. Nie protestowała kiedy zdjął z niej bluzę, a potem koszulkę. Została w uroczym, błękitnym staniczku. Zsunęła mu z ramion czarną koszulę, a potem pomogła zdjąć t-shirta. Przesuwała dłońmi po jego silnych ramionach. Podniósł ją delikatnie i posadził okrakiem na swoich kolanach. Wpatrywała się w niego błyszczącymi zielonymi oczami. Jęknęła z rozkoszy kiedy zaczął całować jej dekolt. Tak bardzo go pragnęła! Podniosła głowę pozwalając opaść na plecy długim jasnym włosom. Nagle zorientowała się, że widzi jakiś ruch w głębi salonu. Krzyknęła. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko, czuła się jak we śnie. Cahir poderwał się błyskawicznie, jego płynne ruchy rozmazywały się, jakby był jakimś duchem. Rzucił Gabrielę na kanapę zasłaniając sobą. Spod ścian pokoju napływały do nich szare, bezkształtne cienie. Wyciągały długie macki przypominające kształtem kończyny. Było ich mnóstwo, dziesiątki, może setki. Napływało ich coraz więcej. Zbliżały się coraz szybciej. Otaczały ich. W rękach Cahira pojawiły się znikąd dwa krótkie, zakrzywione, czarne miecze. Chłopak nadludzko szybkimi, płynnymi ruchami zaczął przecinać mgliste postacie na pół. Każda w którą trafił zmieniała się w dym i znikała. Było ich jednak tak wiele, a ciągle napływały nowe. – Nie pozwól, żeby któryś cię dotkną – krzyknął ostrzegawczo. Cienie były wszędzie. Gabriela usiadła i starała się schować za jego plecami. Cahir systematycznie walczył ze zbliżającymi się przeciwnikami, jednak miejsce każdego zniszczonego cienia zajmował nowy. Jeden sięgnął czymś co wyglądało jak długa, mglista ręka po dziewczynę. Krzyknęła próbując się odsunąć. Nie była dość szybka, Cahir natomiast był. Zagrodził cieniowi drogę swoim ramieniem. Szara macka oplotła się wokół jego nadgarstka. Przeciął ją trzymanym w drugiej ręce mieczem. Mglista postać zmieniła się w dym. Po kilkunastu minutach walki w pokoju przestały pojawiać się nowe cienie. Chłopak szybko rozprawił się z obecnymi.  Kiedy ostatni zniknął, osunął się na podłogę. Przez jego nadgarstek przebiegała czarna smuga. Gabriela dostrzegła jak się powiększa, rozlewając na coraz większą powierzchnię ciała Cahira. Uklęknęła przy chłopaku. Skulił się przyciskając do siebie poczerniałą rękę. Była przerażona. Czy to jest jakiś koszmarny sen? Zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić. Przyszło jej na myśl, że może powinna wezwać pogotowie, ale zrezygnowała z tego szybko. Nie spodziewała się, żeby ktoś do tej pory wynalazł cudowne lekarstwo na dotyk cienia. – Przyprowadź Eryka – wyszeptał chłopak. Oddychał płytko, z wyraźnym trudem. Gabriela chwyciła swoją bluzę i buty, włożyła je i wybiegła z domu. Biegła całą drogę do miejsca w którym zostawili księcia. Ciągle mocno przerażona zadzwoniła do drzwi secesyjnej willi. Była prawie czwarta. Nie uważała za dobry pomysł dzwonienia o tej porze do drzwi obcego domu, ale nie wiedziała co innego mogłaby zrobić. Otworzyła jej jakaś dziewczyna. Była nieziemsko piękna. Pukle rudych loków opadały jej na ramiona. Miała bladą cerę, ale to tylko dodawało jej uroku. Otaczała ją niesamowita aura. Spojrzała na Gabrielę oceniając ją wzrokiem. – Kogo tam masz Selena? – usłyszała męski głos za plecami dziewczyny. Był gruby i z pewnością nie należał do Eryka. Przystojny mężczyzna z długimi, brązowymi, splecionymi z tyłu włosami stanął koło niej w drzwiach. – Przyszłaś się zabawić mała? – spytała ta nazwana wcześniej Seleną. Gabriela dopiero teraz zdała sobie sprawę z odgłosów imprezy docierających z wnętrza domu. – Szukam Eryka, to ważne. Zdała sobie sprawę, że nawet nie wie jak on ma na nazwisko i wcale nie była pewna czy naprawdę tu mieszka, czy tylko go tu odprowadzili. Poczuła się bardzo głupio – Jesteś Eryka? – spytał powątpiewająco brunet. – Musze go znaleźć, czy możecie mi pomóc? Brunet nagle znalazł się za nią. Pochylił się tak, że jego usta znajdowały się tuż przy jej uchu. – Myślę, że resztę nocy spędzisz ze mną – wyszeptał. – A ja sądzę, że się mylisz Set – to był głos Eryka – ona jest moja. Wracajcie do środka. Jego? Jaka jego? Gabriela nie bardzo rozumiała co się właściwie stało. Tamci byli wyraźnie niezadowoleni, ale posłuchali obydwoje. Eryk wyprowadził ją na dwór i zamknął drzwi. Chciał coś powiedzieć, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jej poważną twarz, żeby zmienił zdanie. – Co się stało? – zapytał tylko. – Zaatakowało nas coś, co wyglądało jak ludzie z mgły. Jeden dotknął Cahira – wyrzucała z siebie słowa, nie będąc nawet pewną czy on jej uwierzy, czy będzie wiedział co robić, czy to nie jest jakiś koszmarny sen, albo czy przypadkiem nie zwariowała. – Poczekaj tutaj – rozkazał. Wszedł do środka. Nie domknął drzwi, więc słyszała strzępy jakiejś dziwnej, burzliwej rozmowy. – Dosyć tego, wychodzę – Eryk mówił nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Nie możesz! Za pół godziny wzejdzie słońce! – protestował piskliwy i przerażony kobiecy głos. – Więc tym bardziej nie powinnaś mnie dłużej zatrzymywać. Podniósł się szmer protestów. On jednak wyszedł z domu i zatrzasnął za sobą drzwi. – Sam będę tam szybciej niż z tobą – zwrócił się do Gabrieli – poradzisz sobie? Nie zrozumiała go, ale skinęła głową. Chłopak po prostu zniknął. Oszołomiona wpatrywała się przez chwilę w miejsce na którym stał, a potem puściła się biegiem powrotem do domu Cahira. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Stanęła w drzwiach salonu z szeroko otwartymi oczami. Scena, którą ujrzała, była delikatnie mówiąc mocno nie codzienna. Cahir siedział na podłodze oparty o kanapę, a Eryk klęczał przy nim trzymając swój nadgarstek przy jego ustach. Po brodzie chłopaka spływały stróżki krwi. Gabriela cofnęła się o krok, potem odwróciła się i nie patrząc na nic wybiegła z domu. – Wystarczy. Złap ją – powiedział słabym głosem Cahir. – Ona o niczym nie wie. Grozi jej niebezpieczeństwo. Eryk skinął głową, wstał i pobiegł za dziewczyną. Wyprzedził ją zanim dobiegła do furtki. Przytrzymał delikatnie za ramiona. Reakcja dziewczyny kompletnie go zaskoczyła. Nie wyrywała się, nie próbowała uciekać, zamiast tego przysunęła się bliżej i przylgnęła do niego. Płakała. Przytulił ją do siebie niepewnie. – Chodź do środka – powiedział z prośbą w głosie – za kilka minut wzejdzie słońce, nie mogę tu zostać. Gabriela pozwoliła się zaprowadzić z powrotem do domu. Cahir leżał na kanapie. Wyglądał jakby resztkami sił walczył ze snem. Był bardzo blady, ale przynajmniej oddychał normalnie. – Gabi… – wyszeptał uśmiechając się smutno, kiedy ją zobaczył. – Śpij – powiedział do niego Eryk – zostanę z nią tutaj. I tak już nie zdążę wrócić. Cahir odetchnął głębiej. Zamknął oczy. – Przepraszam – wyszeptał. Potem nie powiedział już nic więcej. Zasnął. – Chodź – zwrócił się książę do Gabrieli. Wziął ją za rękę i poprowadził za sobą schodami w dół. Dopiero teraz zauważyła, że jest bledszy niż zwykle i tak naprawdę ledwo trzyma się na nogach. Znaleźli się w dużej piwnicy. Zaprowadził ją do niewielkiego pomieszczenia po prawej stronie. Nie miało żadnych okien, a żeby dojść do niego, musieli przejść przez dwa inne. Pomieszczenie oświetlała niewielka blada lampka powieszona naprzeciwko drzwi. Podłoga była pokryta grubym dywanem, a kamienne ściany wełnianymi zasłonami. Pod jedną z nich leżał szeroki materac. Eryk wprowadził ją do środka i zamknął ciężkie, nie przepuszczające nawet odrobiny światła drzwi. Poczuła się jakby była w jakimś schronie. Chłopak opadł na materac opierając się o ścianę. Gabriela usiadła po turecku, przodem do niego. Patrzyła wyczekująco. Westchnął. – Co chcesz wiedzieć najpierw? – zapytał bez przekonania. – Powiedziałabym, że wszystko – mówiła bez cienia strachu w głosie. Jeżeli spodziewał się histerii, to się bardzo pomylił. Dziewczyna już zdążyła ochłonąć i przetrawić nową dziwaczną sytuację. Teraz była po prostu ciekawa. – Wszystkiego jest bardzo dużo… – odparł. – Co się stało Cahirowi i czy nic mu nie będzie? – zapytała o to, co dręczyło ją w tej chwili najbardziej. Eryk uśmiechnął się do niej leciutko. Znów go zaskoczyła. – Jest silny, pił moją krew. Prześpi się kilka godzin i będzie zupełnie zdrowy. Na twarzy dziewczyny odmalowała się wyraźna ulga. Rozluźniła się teraz zupełnie. Usiadła obok Eryka opierając się o ścianę. Siedziała tak blisko, że stykali się ramionami. Chłopak nie był przyzwyczajony do tego typu bliskości. – Kim jesteś? – zapytała po chwili. Nie widziała teraz jego twarzy, ale była przekonana, że się uśmiecha. – Jeszcze się nie domyśliłaś? – Sądzę, że tak, ale wolałabym to usłyszeć od ciebie. Roześmiał się głośno. Miał miły śmiech. – Jestem wampirem. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na niego. – Nie wyglądasz na wampira. Znowu się roześmiał. – To jak według ciebie powinien wyglądać wampir? Siedziała tu sobie w mrocznej i piwnicy i rozmawiała o wampirach z prawdziwym przedstawicielem tej rasy? gatunku?, a niedawno przeżyła atak ludzi cieni. Nie była pewna, dlaczego jest taka spokojna i opanowana. Nie miała pojęcia dlaczego czuje się tak dobrze w towarzystwie w a m p i r a ?! Czemu się nie boi i nie ucieka w panice? Czemu to wszystko wydaje jej się takie… normalne? Może to jednak tylko sen? – Bo ja wiem? Chyba jakoś strasznie, a ty wyglądasz miło… Nie chciała powiedzieć jesteś przystojny, uroczy i cudowny. Wolała tę kwestię przemilczeć. – Nie jesteśmy straszni… wszystkie wampiry wyglądają „miło” – wymówił to słowo, jakby było najzabawniejszą rzeczą, jaką w życiu usłyszał. – W ten sposób właśnie polujemy. – Żywisz się krwią? – nie wytrzymała, po prostu musiała o to zapytać. – Tak. – Czy musisz zabijać tych z których pijesz? – spojrzała na niego lekko zaniepokojona. Pokręcił głową. – Czasem zdarzają się nieszczęśliwe wypadki, ale od kiedy wtrąciła się Rada, są coraz rzadsze. Gabriela nie miała pojęcia co to za rada, ale teraz nie miało to większego znaczenia. – Czym były te cienie? – Dokładnie nie jestem pewien. Sądzę, że rodzajem jakichś stworzeń ze świata umarłych. – Masz na myśli duchy? – Nigdy się nimi specjalnie nie interesowałem, ponieważ nie mogą mi nic zrobić. Widzisz, ich dotyk może skrzywdzić tylko żywą istotę, a ja tak naprawdę od dawna jestem martwy. – Czy Cahir też jest wampirem? – spytała machinalnie, nie zastanawiając się nad tym. Eryk nie wytrzymał, zwinął się w kłębek i zaczął niepohamowanie śmiać. Gabriela spojrzała na niego nieco urażona. – Nie, on nie jest wampirem – udało mu się wreszcie wydusić. Leżał teraz na plecach, rozciągnięty na materacu z rękoma pod głową. Patrzył na nią ciekawie. Zorientowała się, że wybuch śmiechu musiał go sporo kosztować. Wyglądał jeszcze gorzej, niż kiedy tu przyszli. – Więc czemu pił twoją krew? – spytała wyraźnie do czegoś dążąc. – Żeby się wyleczyć. Potrzebował jej do regeneracji. Skinęła głową. – Tobie to nie zaszkodziło? – spytała. Przyglądał jej się uważnie. – Nie, tylko trochę osłabiło. Po zachodzie słońca pójdę zapolować. Będzie dobrze. – A co jeżeli one wrócą? To znaczy cienie… Poradzisz sobie z nimi? – Nie wiem – odparł szczerze. – Potrzebuję krwi, a Cahir wypił naprawdę sporo. – Więc weź moją. – Nie – odparł stanowczo. – Dlaczego? – Ponieważ to nie jest bezpieczne. – Przecież przed chwilą powiedziałeś, że nie zabijacie… – Bo nie zabijamy. Nie o to chodzi. – Więc o co? Nie patrzył na nią. Przez dłuższą chwilę milczał. W końcu, kiedy już myślała, że nic nie powie, on jednak się zdecydował. – Pociągasz mnie fizycznie. Nie wiem, czy byłbym w stanie nad sobą zapanować. Tym razem to ona się roześmiała. – Eryku daj spokój. To wszystko jest cholernie dziwne, ale gdybyś miał mnie w jakikolwiek sposób skrzywdzić już dawno byś to zrobił. Ufam ci. W końcu dałam się zamknąć z wampirem w ciemnej piwnicy, prawda? Westchnął. – Nie – powiedział, ale już odrobinę mniej pewnie. Gabriela wiedziała, że wygrała. Jak zwykle. Popatrzyła na niego niewinnie, szeroko otwartymi oczami i wysunęła swój ostatni argument. – Boję się ich. Widziałam je. Co jeżeli wrócą? – ciarki przeszły ją na samą myśl o istotach z mgły. – Proszę… – dodała szeptem. Eryk przełknął ślinę. – Cahir mnie zabije – mruknął. Usiadł, przyciągnął dziewczynę do siebie tak, żeby opierała się o niego plecami. Objął ją delikatnie. Jego usta znalazły się tuż przy jej szyi. Poczuła ukłucie, a potem jej ciało zalała fala podniecenia i rozkoszy. Jęknęła, kiedy odsunął się od niej odrobinę. Odwróciła się i pocałowała go w usta. Czuła smak krwi, swojej krwi. Nie przeszkadzało jej to za bardzo. Rękoma oplotła jego szyję. Przyciągnął ją do siebie. Jego język znalazł się w jej ustach. Całował niesamowicie. Jego wargi były miękkie i ciepłe. Chciała więcej. Przewróciła go na materac nie przestając całować. Ręce Eryka znalazły się na jej plecach, a potem niżej, na pupie. Tak! Przymknęła oczy. Nagle poczuła się jakby ktoś chlusnął w nią wiadrem zimnej wody. Cahir! Ta myśl była tak wyraźna i rzeczywista, że gwałtownie odsunęła się od wampira. Spojrzał na nią najpierw pytająco, z niepokojem, a potem jakby oprzytomniał. Usiadł. – Przepraszam – szepnął – uprzedzałem cię. Już zupełnie spokojnie przysunęła się do niego powrotem, oparła mu głowę na ramieniu. – O tym, że ja też się tak poczuję nie uprzedzałeś. – Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze. – Nasze ofiary zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z tego co się dzieje, więc nie miałem okazji sprawdzić. Przyszło jej do głowy zabawne pytanie. – Ile ty właściwie masz lat? Zastanowił się chwilę nad odpowiedzią. – W tym roku skończę 116, ale fizycznie i hormonalnie zawsze będę miał dwadzieścia dwa. Przyjęła to do wiadomości. Ciekawość nie dawała jej spokoju. – Co to za Rada o której wspomniałeś wcześniej? Prychnął pogardliwie. – Rada demonów. Uznali, że mają dość wojen i postanowili się wtrącić do życia innych istot. Trzeba im przyznać, że najpierw zabrali się za swoją rasę. Przez kilkadziesiąt lat walczyli o utrzymanie porządku w swoich szeregach. Dopiero piętnaście lat temu wyznaczyli łowców i zabrali się za wampiry, wilkołaki i resztę magicznych stworzeń. – To chyba dobrze… – stwierdziła dziewczyna z wahaniem. – Nie do końca. Widzisz, im nie zależy na utrzymaniu pokoju, a tylko na przetrwaniu własnej rasy. Są okrutni, bezwzględni i rządni władzy. Dziewczynie przebiegło po głowie milion pytań naraz. – Kim są ci łowcy? – zdecydowała się zadać jedno z nich. Chwilowo fakt istnienia demonów, wampirów i wilkołaków w zupełności jej wystarczał. Nie chciała wiedzieć nic o innych magicznych stworzeniach. – To demony, które zajmują się pilnowaniem porządku. Jeżeli ktoś się im sprzeciwi po prostu go zabijają. Rada sporo im płaci, więc chętnych jest wielu, ale wybierają tylko najlepszych. Daniel jest jednym z nich. Gabrieli wcale się to nie spodobało. – Więc dlaczego siedzimy w jego domu? Gdzie jest twoje miejsce w tym wszystkim? Wolała nie pytać o swoje. – Polują na stado zbuntowanych wilkołaków. Poprosili – powiedział to słowo opryskliwym tonem, więc Gabriela pomyślała, że równie dobrze mogłoby brzmieć „zmusili” – mnie o pomoc. – Oni? – Daniel i Cahir. – Więc Cahir też jest łowcą? – to nie spodobało jej się jeszcze bardziej, z tym, że jest demonem mogłaby sobie jakoś poradzić, w końcu nie ma przecież rogów i (chyba?) ogona. Eryk pokręcił głową. Ziewnął. – Nie jest. Pomaga Danielowi tylko gdy uzna, że sprawa jest słuszna. Tamta banda napada na ludzi, zabijają z zimną krwią. – Nie lubisz ich – stwierdziła. – Czemu przyszedłeś pomóc Cahirowi? Uśmiechnął się sennie. – Nie pomagałem jemu, pomagałem tobie. Zaskoczyło ją to. Popatrzyła na sennego Eryka, poczuła, że sama też zaraz zaśnie na siedząco. Zmęczenie i utrata krwi dawały o sobie znać. Położyła się na materacu ciągnąc go za sobą. Posłusznie ułożył się koło niej na boku. Wtuliła się w jego ramię. Objął ją delikatnie. Po chwili obydwoje już spali. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela obudziła się wypoczęta. Nie miała pojęcia ile czasu spała. Spojrzała na Eryka, leżał koło niej i naprawdę wyglądał jak książę z bajki. Wstała cicho nie chcąc go obudzić. Nie miała zamiaru spędzić w piwnicy całego dnia. Otworzyła drzwi i wysunęła się przez nie. Zajrzała jeszcze raz do środka, żeby sprawdzić czy przypadkiem go nie obudziła. Spał spokojnie. Zamknęła drzwi. Całe szczęście, że nie pogasili rano świateł, nie była pewna jak poradziłaby sobie po ciemku. Wyciągnęła z kieszeni złożoną w kostkę bandankę. Nosiła ją od kiedy dowiedziała się, że Cahir jeździ na motorze, chroniła się przy jej pomocy przed kurzem z drogi. Teraz złożyła ją w trójkąt i zrolowała po czym zawiązała na szyi w formie apaszki. Była przekonana, że po ugryzieniu wampira zostają jakieś ślady, a przecież nie chciała narobić Erykowi problemów. Kiedy wychodziła z piwnicy usłyszała cichy jęk. Jak zwykle ciekawa wróciła na dół, rozejrzała się i wybrała kierunek z którego jej zdaniem dochodził. Po lewej stronie, przeciwnej do tej gdzie zostawiła Eryka znajdowały się metalowe drzwi. Był w nich niewielki zakratowany judasz. Podeszła i zajrzała do środka. Na podłodze w rogu pomieszczenia kuliła się jakaś mizernie wyglądająca postać. Dziewczynę przeszył zimny dreszcz. To był chłopiec, na oko może piętnastoletni. Miał na sobie podartą i pobrudzoną koszulkę, jego spodnie też były w opłakanym stanie, ale nie to było najgorsze. Nawet w tym nikłym świetle widziała krew na podłodze i jego chudych ramionach. Na ścianie naprzeciwko zobaczyła klucz, otworzyła drzwi i weszła do środka. Dzieciak spojrzał na nią zatrwożonym wzrokiem. Jego twarz był sina i opuchnięta. Co oni m zrobili? Nagle jakby rozluźnił się odrobinę, powietrze dookoła niego zawirowało, a tam gdzie przed chwilą leżał chłopiec, teraz siedział chudy, szary wilk. Warknął. Jednym susem pokonał pomieszczenie i rzucił się na dziewczynę. Przewrócił ją na ziemię. W tym momencie było szczęśliwa, że ojciec uczył ją podstaw Judo, bo inaczej niechybnie upadając rozbiłaby sobie głowę o beton. Wilk warknął, szczerząc kły tuż nad jej twarzą. Nagle do pomieszczenia wpadło drugie zwierzę. Było czarne jak noc i prawie dwa razy większe od pierwszego. Całym swoim ciężarem zepchnęło szarego wilka z dziewczyny. Natychmiast usiadła i cofnęła się pod ścianę. Kotłujące się zwierzęta blokowały jej dostęp do drzwi. Walka nie trwała długo. Po chwili ten szary z opuszczonym ogonem czołgał się na brzuchu i skamlał u stóp czarnego, potem położył się na grzbiecie odsłaniając delikatny brzuch i gardło. Łapy miał skierowane do ciała. Czarny stanął nad nim na sztywnych łapach odsłaniając zęby i warcząc. Futro miał zjeżone. Ogromny wilk spojrzał na Gabrielę. W powietrzu pojawiła się srebrna mgła, otoczyła oba wilki, a kiedy zniknęła, zamiast zwierząt w pomieszczeniu znajdował się Cahir i leżący u jego stóp chłopiec. Cahir podniósł chłopca z łatwością i rzucił nim o ścianę. Tamten osunął się na podłogę nieprzytomny. Gabriela spojrzała niedowierzająco. Jego twarz wykrzywiał wyraz gniewu. Czarne oczy miały bardzo zły wyraz. Zaczęła się go bać. Wstała niepewnie i przesunęła się w kierunku drzwi. Spojrzał prosto na nią. Rzuciła się biegiem w kierunku wyjścia. Wbiegła po schodach na górę. Chciała się znaleźć jak najdalej stąd. Pędem pokonała salon, była tuż przy drzwiach wyjściowych gdy coś zagrodziło jej drogę. Podniosła głowę i przekonała się, że nie jest to coś, tylko ktoś. Wpadła prosto na Daniela. Cofnęła się gwałtownie. Chciała uciec jakąś inną drogą, ale nie dał jej na to szansy. Jego zielone oczy patrzyły na nią gniewnie. Chwycił ją za ramię i brutalnie zaprowadził z powrotem do salonu. Popchnął na kanapę. – Siedź tu – warknął. Bała się poruszyć. Z piwnicy wyszedł Cahir. Jego bała się jeszcze bardziej. Spojrzał na Daniela, potem na nią. – Niech idzie – powiedział cichym głosem. – Nie, teraz zostanie – Daniel mówił wściekłym głosem. – Czemu ją w ogóle do cholery przyprowadziłeś tutaj? Co ty sobie myślałeś? Cahir wbijał wzrok w podłogę. – Wszystko było dobrze, dopóki nie pojawiły się cienie. – Cahir podniósł wzrok, spojrzał na Daniela – polują na mnie. – Nie bądź idiotą – syknął gniewnie tamten. – Gdyby polowały na ciebie już dawno by się pojawiły. – Spojrzał niepewnie na Gabrielę – polują na nią. Cahir zmarszczył brwi. Zaczął siarczyście przeklinać. Najwyraźniej wcześniej nawet nie rozważał takiej możliwości. Daniel przyjrzał mu się uważnie. Zobaczył pociemniały ślad na jego nadgarstku. – Pozwoliłeś im się dotknąć?! – jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania, zaczął przeklinać. – Piłeś jej krew? – to był bardziej wyrzut niż pytanie. – Nie pił mojej krwi – wtrąciła Gabriela, którą wkurzyło, że rozmawiali tak, jakby jej tu wcale nie było. – Pił krew Eryka. Daniel jęknął. – Ten krwiopijca też jest w to zamieszany? – najwyraźniej Daniel nie przepadał za wampirami. Cahir przytaknął. – Śpi na dole. Nie zdążył wrócić do siebie. Daniel usiadł ciężko na kanapie obok Gabrieli. Z jego oczu zniknął gniew. Teraz najwyraźniej był bardzo niezadowolony. – Dziewczyna zostanie tutaj, przynieś jej rzeczy – zwrócił się do Cahira. Tamten wyszedł nie zadając zbędnych pytań. Gdyby Gabriela potrafiła zabijać wzrokiem, Daniel byłby martwy. – Ja mam imię wiesz? – zwróciła się do niego wściekła – i nie zamierzam nigdzie zostawać, a już na pewno nie z wami. Spojrzał na nią uśmiechając się. Jego uśmiech wcale nie był miły. – Mnie też się ten pomysł nie podoba, ale obiecałem Elizie, że będę cię chronił. Zostaniesz tutaj z własnej woli, albo zamknę cię w piwnicy. – Znasz moją mamę? – dziewczyna była zbita z tropu. Daniel westchnął ciężko. – Kobiety w waszej rodzinie zdecydowanie są okropne. Może chociaż July wyrośnie na normalną, miłą osobę – powiedział z rezygnacją w głosie wspominając najmłodszą siostrzyczkę Gabrieli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Pokój, który dostała był naprawdę ładny. Właściwie, mimo dziwnej sytuacji, cieszyła się, że nie musi wracać do akademika. Czekała z niecierpliwością na przebudzenie Eryka. Daniel powiedział, że wampir będzie na nogach o zachodzie słońca. Leżała na swoim nowym łóżku i wpatrywała się w sufit. Wcześniej rozmawiała przez telefon z mamą. Ta prawie natychmiast poprosiła do słuchawki Daniela. Kiedy skończył z nią rozmawiać zrobił się potulny jak kociak. Mama poprosiła ją, żeby została w domu Daniela. Żadne z nich, jakby działając wspólnie, nie wspomniało jej o cieniach. Dziewczyna w dalszym ciągu unikała Cahira. Nie mogła zapomnieć furii w jego oczach, kiedy rzucił chłopcem o ścianę  w piwnicy. Postanowiła zejść na dół do salonu. Nie pozwoli Erykowi spotkać się z tymi dwoma samemu. Daniel był czymś bardzo rozbawiony. Cahir patrzył na niego złym wzrokiem. – Więc mówisz, ze problem, z którym walczyliśmy przez ponad dwa tygodnie, Gabriela rozwiązała w przeciągu kilku minut? – I omal nie przypłaciła tego życiem – syknął. – Ale wilk jest twój? Skinął głową. Daniel roześmiał się głośno. Nagle ją zauważył. – O, przyszła nasza bohaterka. Podeszła do nich i usiadła skulona na kanapie obok Daniela. Cahira nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem. – Co z nim zrobicie, to znaczy z wilkołakiem? – Obchodzi cię to? Próbował cię zabić. – syknął Cahir. – Tak obchodzi – odwarknęła – to jeszcze dzieciak. Daniel wzruszył ramionami. Jakoś nie miał ochoty jej denerwować. – Nic z nim nie zrobimy. Teraz należy do Cahira. Od kiedy zmienił się w wilka musi słuchać jego rozkazów. Zaprowadzi nas do swojego byłego stada. – Znowu się roześmiał, kiedy coś wpadło mu do głowy. – Cahir, teraz masz dwuosobowe stado. Jesteś samcem alfa. – Bardzo śmieszne – warknął tamten – nie jestem pieprzonym wilkołakiem. – Najwyraźniej to nie ma znaczenia, ważne, że jesteś od nich silniejszy i umiesz zmieniać się w wilka. Nie przestawał się śmiać. Gabriela mu zawtórowała. Jej też wydało się to bardzo zabawne. Po za tym cieszyła się, że nie skrzywdzą dzieciaka. Cahir wyglądał na mocno urażonego. W drzwiach pojawił się Eryk. Przeciągnął się. – Cześć Stokrotko – rzucił do Gabrieli, spodobało jej się to określenie – o Daniel, miło że wpadłeś – powiedział z nutką sarkazmu w głosie. – Brakowało nam cię wczoraj. – Wilk się zmienił – oznajmił Daniel wesołym głosem, puszczając ostatnią uwagę wampira mimo uszu. – Gabriela go zmusiła. Eryk spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem. Uśmiechnęła się do niego uroczo, nie próbując sprostować słów Daniela. Była zadowolona, ze nic mu z ich strony nie grozi, że przestaną się znęcać nad wilczym dzieciakiem i, że Daniel obiecał się nią opiekować. Ciągle go nie lubiła, ale ufała ocenie swojej matki. Uznała, że jest tutaj bezpieczna, a co najważniejsze nie musiała wracać do znienawidzonego akademika. Eryk doprowadził się do porządku, pożegnał i wyszedł przed dom. Pobiegła za nim. Chciała z nim porozmawiać przez chwilę sam na sam, ale teraz, zamiast się odezwać, zareagowała jak zwykle pod wpływem impulsu. Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego mocno. Tym razem nie był zaskoczony. Objął ją ramionami i przyciągnął do siebie delikatnie. – Następnym razem, zamiast tyle biegać, po prostu do mnie zadzwoń – powiedział cicho. Wampir używający telefonu komórkowego! Cóż za cudownie absurdalny pomysł! – Nie mam twojego numeru – odparła wydymając wargi. Roześmiał się. – Cahir ma, mogłaś użyć jego telefonu. – Nie wpadłam na to – przyznała szczerze. Wyjął telefon i poprosił o jej numer. Zadzwonił do niej, zostawiając jej w ten sposób swój. Pocałowała go w usta, odwróciła się i wbiegła powrotem do domu. Cahir stał przy oknie, był wściekły. Kiedy przechodziła obok niego chwycił ją brutalnie za ramiona. – Puść mnie – warknęła – to boli! – Co to niby miało być? – syknął. – Nie twoja sprawa – odgryzła się. – Myślałem… – zaczął. – To źle myślałeś – przerwała mu. W tym momencie naprawdę go nienawidziła. Chwycił ją mocniej, znalazła się przy ścianie. Przysunął się do niej bliżej, był bardzo blisko. Trzymał jej ręce. Próbowała się uwolnić, odepchnąć go. W ogóle nie zwrócił na to uwagi. W jego oczach było coś takiego, że znów zaczęła się go bać. Nie wiedziała do czego jest zdolny. W tym momencie pojawił się Daniel. Odciągnął od niej chłopaka, popchnął do tyłu. Jego oczy płonęły. – Czyś ty kompletnie zwariował?! – krzyknął na Cahira. Tamten popatrzył na niego spode łba groźnie mrużąc oczy. Gabriela korzystając z okazji wymknęła się i pobiegła na górę, do pokoju. Zamknęła drzwi. Serce biło jej jak oszalałe. Rzuciła się na łóżko, wtuliła twarz w poduszkę zalewając się łzami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Olbrzymi czarny wilk biegł nie zwracając uwagi na nic. Był późny wieczór, w lesie było ciemno. Przez gęste pokryte wiosenną zielenią gałęzie nie przedzierało się prawie żadne światło. Jemu to nie przeszkadzało. Doskonale widział, słyszał i czuł to co go otaczało. Był na wpół oszalały z bólu i wściekłości. Nie myślał jasno, w ogóle nie myślał. Zdał się na instynkt. Jego oczy zasnuwała czerwona mgła. Właściwie nie planował się tu znaleźć, sam nie wiedział co tu robi. Biegł przed siebie. Gdy coś stawało mu na przeszkodzie po prostu rozrywał to na strzępy i pędził dalej. Nie obchodziło go czy to krzewy jeżyn czy żywe istoty. Wszystko co stanęło mu na drodze po prostu miało pecha. Srebrny wilk, prawie tak samo wielki jak on, stał przez chwilę zdumiony wpatrując się w niespodziewanego przeciwnika. Zareagował dopiero kiedy bestia rzuciła mu się do gardła. Walczyli zaciekle. To była walka na śmierć i życie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ „ … nie, nie rozumiesz, boję się go, nie wiem co by się stało, gdyby Daniel mnie dzisiaj przed nim nie obronił” Po chwili znów usłyszała sygnał przychodzącej wiadomości. „ Jeżeli nie boisz się Daniela, Cahira też się nie bój. Jest jego uczniem, musi mu być posłuszny. Tak działa ich magia.” Siedziała na łóżku i pisała smsy. Wreszcie doszła do siebie. Nie miała się do kogo zwrócić. Nawet na rodziców była wściekła, że wiedzieli więcej niż się przyznawali, że znali ten dziwny, dla niej zupełnie nowy świat. Zdziwiła się, kiedy Eryk na jej wiadomość odpisał prawie natychmiast. Była mu za to bardzo wdzięczna. Teraz rozmawiali już od dobrej godziny. „Daniela się nie boję. Moja matka mu ufa, to mi wystarczy. Prosiła go, żeby się mną opiekował.” „Mnie też się nie boisz?” zapytał w kolejnym smsie. Uśmiechnęła się do siebie. Czyżby z nią flirtował? „Nie, ciebie też się nie boję, a powinnam?” „Więc spotkajmy się, chciałabyś?” Czy by chciała? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza teraz, kiedy był jedyną osobą z którą mogła szczerze porozmawiać. Eryk przynajmniej nie próbował jej okłamywać. „Kiedy?” „Jutro o 19:00 przed kinem Helios, może być?” „Dobrze. Teraz już pójdę spać. Dobranoc.” Czuła się bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy, a dochodziła już północ. „Słodkich snów Stokrotko” ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rano obudził ją jakiś hałas. Coś było bardzo nie tak. Zbiegła na dół w koszuli nocnej, nie fatygując się by chociaż założyć szlafrok. Otworzyła drzwi, o które coś się przed chwilą obiło. Na progu leżał wielki czarny wilk. Z ran na jego ciele sączyły się stróżki krwi. Był podrapany i pogryziony. W jednej chwili zapomniała o swoim strachu i niechęci do Cahira. Teraz zaczęła się bać o niego. – Cahir – wyszeptała – dasz radę wejść do środka? Wilk podniósł się z trudem i pokuśtykał do salonu. Wskoczył niezdarnie na kanapę. Tam się zmienił. Wyglądał bardzo blado. – Nic mi nie jest. Musze tylko coś zjeść. Większość tej krwi nie jest moja. Gabriela nie myśląc wiele uklęknęła przy nim. Przytuliła się do niego. Objął ją niezdarnie jedną ręką. Daniel stanął w drzwiach prowadzących do kuchni. – Widzę, że gołąbeczki znowu w zgodzie? – spojrzał na nich z rozbawioną miną. Właśnie coś jadł. W ręku trzymał talerz z kanapkami. Podszedł i podsunął go Cahirowi. Tamten usiadł niepewnie, wziął talerz i zaczął jeść. Jego zadrapania goiły się na oczach Gabrieli. – Tak już mamy, że ciężko nas zranić powiedział do niej Daniel widząc zaciekawione spojrzenie. – Co właściwie tak cię urządziło? – Wilki – odparł chłodno chłopak odstawiając na podłogę pusty talerz. Wyglądał zdecydowanie lepiej. – Jakie znowu wilki do cholery? – nagle jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia i niejakiego podziwu. – Poszedłeś sam walczyć z całym stadem? Cahir przytaknął. – Nie planowałem tego… samo tak jakoś wyszło… Daniel roześmiał się. – Zawsze byłeś kłopotliwym dzieciakiem. – Gabriela zdziwiła się, że tak zwraca się do Cahira, przecież na dobrą sprawę był od niego niewiele starszy. – Pewnie chcecie zostać sami – stwierdził. Omiótł ich jeszcze raz rozbawionym spojrzeniem i wyszedł z pokoju. – Czemu on tak do ciebie mówi? – spytała zaciekawiona. – Jak do mnie mówi? – Że „zawsze byłeś kłopotliwym dzieciakiem”, przecież nie może być dużo starszy od ciebie. Uśmiechnął się do niej. – Bycie demonem też ma swoje zalety. Możemy zatrzymać proces starzenia się kiedy tylko chcemy. – Więc ile on ma lat? – spytała zdumiona. – Dokładnie nie wiem, ale nie jest taki stary. Sądzę, że mniej niż pięćdziesiąt. Znacznie mniej niż twój ojciec. – Mój ojciec? – spytała zdumiona. – Dziewczyno, kiedy ty ostatnio widziałaś swoich rodziców? Uważasz, że w jaki sposób matka dziewiętnastolatki wygląda ciągle tak młodo? Bardziej nadawałaby się na twoją starszą siostrę. I czemu twój ojciec przez te wszystkie lata w ogóle się nie zmienił? – Moi rodzicie są demonami? – te rewelacje wytrąciły ją z równowagi. – Nie zupełnie, twój ojciec jest demonem czystej krwi, tak jak ja. Twoja matka o ile mi wiadomo jest człowiekiem. Nie starzeje się, ponieważ on ma moc zatrzymać ten proces również u niej. – Więc ile on ma lat? – bała się odpowiedzi na to pytanie. – Nie jestem pewien… coś koło dwustu czterdziestu. Patrzyła na niego niedowierzająco. – A ty, ile masz lat? Roześmiał się. – Ja oszukałem tylko trochę. Mam dwadzieścia siedem, ale postanowiłem na ciebie poczekać. Westchnęła, tu znowu wrócili do dręczącej ją kwestii. Była zła na rodziców, że nie powiedzieli jej prawdy, ale potrafiła to zrozumieć. Nie rozumiała natomiast Cahira. – W czym jeszcze mnie okłamałeś? – spytała cicho. – Nie nazywam się Maes – powiedział niepewnie – nazywam się Cuttbert, zmieniłem nazwisko, kiedy Eliza wyszła za Matta. Wytrzeszczyła na niego oczy. Była przerażona. – Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że jesteś moim bratem? Teraz on się speszył. – No tak, rzeczywiście zabrzmiało to głupio. Nie jestem twoim bratem, przynajmniej nie łączy nas pokrewieństwo. Demony czystej krwi nie mają rodziców, my się po prostu pojawiamy na świecie. Najczęściej z jakiegoś żywiołu. Eliza, twoja mama, zajmowała się mną od kiedy skończyłem trzy lata. Wychowywała mnie razem z Danielem. – Moja mama była z Danielem?! Gabriela miała zdecydowanie dość rewelacji jak na jeden dzień. Przyznała jednak w duchu, że to wiele wyjaśnia. Skinął głową. – Tak, ale to było zanim poznała twojego tatę. – Czemu nikt mi o niczym nie powiedział przez tyle lat? – To chyba moja wina – powiedział cicho, niepewnie. – Widzisz… jestem czystej krwi, powinienem być szkolony przez Radę, nie chciałem, Eliza mnie ukrywała, to nie było bezpieczne. Kiedy skończyłaś trzynaście lat, postanowiłem od was odejść, nie było sensu dłużej narażać twojej rodziny. Poprosiłem Daniela, żeby mnie zabrał, a on się zgodził. Wiesz… sądzę, że dalej kocha twoją mamę. Przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. – Czy skoro mój ojciec jest demonem, ja też nie powinnam nim być? – Nie wiem, wydaje mi się, że powinnaś, ale nie jesteś. July też nie jest. Tylko Mark. Mark był jej młodszym braciszkiem, miał teraz jakieś siedem lat, July miała trzy. Była dużo starsza od swojego rodzeństwa, nigdy jej to jednak nie dziwiło. Dopiero teraz zaczęła się nad tym zastanawiać, ale tak na to patrząc jej rodzice mieli czasu pod dostatkiem. Jej ojciec i brat byli demonami! Na świecie istniało coś takiego jak demony! Ciekawe o czym jeszcze nie wie? Jakiś mały atak niewidzialnych kosmitów? Może Godzilla też jest prawdziwa? Milczeli przez dłuższą chwilę. – Przepraszam – Cahir w końcu zdecydował się przerwać ciszę – nie wiem co wtedy we mnie wstąpiło – przyznał cicho. Usiadła koło niego. Wtuliła się w jego bok. – W ogóle cię nie znam – powiedziała – omal nie zabiłeś tego dzieciaka. Czy to co powiedział Daniel było prawdą, że już wtedy był twój? Niepewnie skinął głową. Wziął do ręki kosmyk jej włosów i zaczął się nim bawić. – Wpadłem w furię – przyznał – nie mogłem znieść myśli, że coś ci zagraża, a potem, kiedy zobaczyłem cię z Erykiem… – Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś mi prawdy? Czemu ciągle mnie okłamywałeś? – Uznaliśmy… uznałem, że w ten sposób będziesz bezpieczniejsza. Kocham cię Gabi – powiedział prawie niedosłyszalnym głosem, jakby te słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Przytuliła się do niego mocniej. – Nie możemy być razem – powiedziała spokojnie – nie po tym co widziałam, nie po tym jak mnie okłamywałeś. Milczał przez dłuższą chwilę. – To twoja decyzja – powiedział w końcu. – Pozwól mi po prostu cię chronić. Nic innego się nie liczy. Kocham cię i nie przestanę, ale to nie ma znaczenia, jeżeli ty nie odwzajemniasz moich uczuć – tym razem mówił znacznie pewniej. Nic mu nie odpowiedziała. Nie miała co mu odpowiedzieć. Też go kochała, ale przypomniała sobie strach, jaki poczuła w piwnicy, kiedy na nią spojrzał. Pomyślała o pobitym wilkołaczym dziecku i o furii w oczach Cahira. Nie potrafiła się z tym pogodzić, jeszcze nie teraz. Nie była pewna czy będzie mogła kiedykolwiek. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Spóźniłaś się – stwierdził Eryk, ale i tak uśmiechnął się do niej na powitanie. – Przepraszam, tramwaj mi uciekł. Gabriela zarzuciła chłopakowi ręce na szyję i pocałowała go delikatnie w usta. Roześmiał się i wziął ją w ramiona. – Chodźmy do pubu, zarezerwowałem stolik. Wypuścił dziewczynę z objęć i poprowadził ulicą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk musiał przyznać, że Gabriela coraz bardziej go fascynowała. Przede wszystkim wiedziała kim jest i to ze wszystkimi szczegółami, a w ogóle się go nie bała. Do tego zachowywała się czasami jak mała dziewczynka, impulsywnie, ufnie, bez żadnych zahamowań, a przy okazji wcale nie była głupia. Kiedy ją poznał to było jak powiew świeżości w jego nudnym, ponad stu letnim życiu. Po za tym była bardzo ładna, delikatna i krucha. Miał ochotę się nią opiekować, nie pozwolić żeby spotkało ją coś złego. Teraz roześmiani siedzieli przy stoliku, pili wino. Było im dobrze razem.  Właściwie to Eryk nie pamiętał kiedy tak dobrze się bawił, jak przy Gabrieli. Skrzywił się kiedy zobaczył wchodzącego do środka Daniela z trójką innych postawnych mężczyzn, zapewne również łowców. – Idą kłopoty – wyszeptał do dziewczyny. I rzeczywiście, cała czwórką wyglądała jakby szukali zaczepki. Daniel zamarł na chwilę gdy zobaczył Eryka z Gabrielą. Szybko ukrył swoje zaskoczenie i spróbował zaprowadzić kumpli do drugiej sali, nie było jednak na to szans. Oni również zdążyli już zauważyć wampira. – Cześć, możemy się przysiąść? – zapytał rudy, z cienką blizną na policzku i nie czekając na odpowiedź wśliznął się na miejsce obok Eryka. Daniel dyskretnie usiadł obok Gabrieli. Miał reputację Casanovy, więc nikogo to nie zdziwiło. Wampir w uspakajającym geście położył rękę na udzie dziewczyny, ale nic nie powiedział. „Nie odzywaj się” – wysłał jej błagalną myśl, miał nadzieje, że jest zdolna ją odczytać, nigdy wcześniej tego nie próbowali. – Co robi wampir w towarzystwie człowieka? – zapytał rudy cichym, groźnym głosem. – Ugryzłeś ją? – To nie byle jaki wampir – wtrącił się łowca siedzący naprzeciwko. – To jego Lordowska Mość we własnej osobie. Chyba nam się dzisiaj poszczęściło. – W takim razie przepraszam, ugryzłeś tą dziewczynę, w a s z a  w y s o k o ś ć? Eryk wiedział, że sam na sam łowca nie miałby z nim najmniejszych szans, ale gdy byli we czwórkę, to on stawał się ofiarą, a demony myśliwymi. Postanowił milczeć, miał nadzieję, że Daniel okaże chociaż na tyle rozsądku, żeby zabrać stąd Gabrielę. – Daniel, odsłoń jej włosy – zaproponował ten siedzący naprzeciwko. – Nie rób tego – wyszeptała Gabriela bardzo cicho, tak, że tylko on i Daniel mogli usłyszeć. – Nie bój się – tamten odpowiedział jej również szeptem. Delikatnym gestem odgarnął jej z karku pasmo włosów i zamarł zdumiony. Na szyi widniały wyraźnie dwie małe ranki. Daniel przełknął ślinę, nie tego się spodziewał. – To sprzed dwóch dni – powiedział niepewnie. – Dlatego się z nią dzisiaj spotkał, potrzebował znowu – odparł pewny siebie rudzielec. – Ugryzienie człowieka to łamanie postanowień Rady, wiesz co za to grozi wampirze? – uśmiechnął się paskudnie. – Wychodzimy – zarządził. – Zginiesz na miejscu, jeżeli będziesz próbował jakichś sztuczek. Co robimy z dziewczyną? – Ja się nią zajmę – zaproponował natychmiast Daniel. – O, nie wątpimy w to – roześmiał się jeden z łowców. Pozostali zawtórowali mu gromkim śmiechem. Eryk cieszył się, że tamten przynajmniej raz wykazał się refleksem. Trudno, pójdzie z nimi, a potem jakoś sobie poradzi. Ważne, że dziewczyna jest bezpieczna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Łowcy stanęli po obydwu stronach wampira i skierowali się do wyjścia. Gabriela chciała iść za nimi, ale Daniel ją powstrzymał. – Zostań tu – warknął. Teraz dopiero zaczynało być widać jaki był zły na zaistniałą sytuację. Kiedy dziewczyna nie posłuchała brutalnie przytrzymał jej ramię. Wywinęła się i drapnęła go w szyję. – Au! – chwycił również jej drugą rękę. – Puść mnie – syknęła. – Nie, wyjdziemy stąd razem. Gabriela wiedziała, że jest silniejszy i zdecydowanie daleko mu do dżentelmena. Tym razem musiała ustąpić. Powiedziałaby coś znacznie wcześniej, ale usłyszała błagalną myśl Eryka, żeby milczeć. Po kilku minutach ciszy Daniel wstał. – Chodź – powiedział ciągnąc za sobą dziewczynę do wyjścia. Puścił ją dopiero w zaułku za zakrętem, gdzie stał zaparkowany jego motocykl. – Czemu cię ugryzł? Dlaczego akurat w szyję? Czy on zwariował? – Daniel był naprawdę wściekły. – Jak już musiał pić twoją krew, mógł cię ugryźć w mniej widocznym miejscu, świetnie wie czym to grozi! – z jego ust wylał się potok niecenzuralnych słów. – To się stało po tym jak oddał swoją krew Cahirowi i w sumie to ja go do tego namówiłam. Mniejsza z tym. Co oni mu zrobią? Westchnął. – Pewnie zabawią się nim, a potem gdzieś zamkną na resztę nocy, żeby rano spłonął. – Co zrobimy? – zapytała dziewczyna rzeczowo. – My? Nic. Ty idziesz do domu. – Skoro nie chcesz mi pomóc, Cahir mi pomoże. Wzruszyła ramionami i zaczęła się odwracać. – Nie mieszaj go w to – warknął. – Jak się dowie to pewnie zabije tamtą trójkę i rozpęta się wojna. Sam to załatwię. – Jeżeli wyślesz mnie do domu, możesz być pewien, że go w to wmieszam. Gabrielę zdenerwowało, że próbę zabójstwa Eryka określa się mianem „to”. Daniel spojrzał na nią groźnie, ale widać było, że odpuścił. Spojrzał na nią, a potem niesamowicie szybko przytrzymał jej ręce i przygniótł ją do ściany. Nie zdążyła nawet zareagować. – Daniel… – zaczęła gniewnie, ale nie pozwolił jej dokończyć. Pocałował ją, na siłę rozchylając usta dziewczyny i wpychając do środka swój język. Tak ją trzymał, że nie mogła się poruszyć. Próbowała się wyrwać, ale nic to nie dało. Żołądek podjechał jej do gardła, nie wiedziała co się dzieje i dlaczego… Wreszcie Daniel puścił ją i się odsunął. Uderzyła go z całej siły w twarz, nie powstrzymał jej ręki, mimo, ze mógłby to zrobić z łatwością. Na policzku został mu czerwony ślad. – Nie rozumiem, co oni w niej widzą – wymruczał pod nosem. – Nawet nic nie poczułem. Łowca wsiadł na motor i sięgnął po zapasowy kask. – Jedziesz czy jednak się rozmyśliłaś? – zwrócił się tym razem do Gabrieli. Dziewczyna trzęsąc się ze złości wzięła kask, założyła i usiadła za nim, starała się to zrobić tak, żeby nie musieć go dotykać. Ona poczuła i to bardzo wiele, głównie wściekłość na Daniela i chęć mordu. Zawsze grał jej na nerwach, ale teraz znalazł się na samym czubku jej czarnej listy i to pisany dużymi, drukowanymi literami. Kiedy tylko usiadła Daniel ruszył. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Leżeli na płaskim dachu jednego ze starych, stoczniowych magazynów. Obserwowali znajdujący się naprzeciwko sporych rozmiarów budynek. Danielowi wcale się to nie podobało. Właściwie ostatnio nic mu się nie podobało. Czemu do cholery ma się zajmować ta głupią smarkulą? To nie jego sprawa! Zanim się nie pojawiła i Cahir nie zbzikował na jej punkcie żyło mu się całkiem dobrze. Do tej pory nie był pewien dlaczego zgodził się zająć chłopakiem, ale poza momentami, kiedy starał się dokonać jakichś heroicznych czynów, na przykład samotna walka ze stadem wilkołaków, to właściwie nie był upierdliwy, czasem nawet miał z niego pożytek. W duchu musiał przyznać, że od początku traktował Cahira jak syna, przynajmniej na swój pokręcony sposób. Natomiast Gabriela była upierdliwa. Doprowadzała go do białej gorączki. Tak bardzo przypominała matkę, a jednocześnie była jej zupełnym przeciwieństwem. Ładna, niewinnie wyglądająca blondyneczka, tyle, że jej płonące oczy w kolorze wiosennych liści, nie pasowały do niewinnej, dziewczęcej urody. Takie oczy mogłaby mieć czarownica, rusałka, albo syrena wiodąca na śmierć naiwnych głupich mężczyzn zaślepionych jej urokiem. Po za tym jej matka była dobrą, cichą dziewczyną, myślącą więcej o innych niż o sobie. Gabriela była natomiast wredna i egoistyczna. Był przekonany, że świetnie się bawi znęcając psychicznie nad chłopakiem. Niektóre rzeczy je też oczywiście łączyły, na przykład upór i odwaga. Musiał przyznać – dziewczyna była interesująca tyle, że mu żyło się całkiem dobrze z dala od tej cholernej rodziny i wiru wydarzeń, które się nierozłącznie z nią wiązały. Nie mógł sobie przypomnieć w jaki sposób Eliza namówiła go, żeby został pełnoetatową niańką. Przed budynkiem pojawili się łowcy. Mieli ze sobą Eryka. Daniel zauważył, że całkiem nieźle się bawili. Poczuł ukłucie żalu, że tego dnia on znalazł się w przeciwnej drużynie. Dziewczyna leżąca obok niego wydała zduszony jęk, kiedy jeden z nich, wyjątkowo brutalnie kopnął leżącego na ziemi wampira. Przysunął się do niej szybko, nie wydając nawet najcichszego dźwięku. Był zwinny jak drapieżny kot. Zatkał jej usta ręką. – Cicho bądź – syknął prosto do jej ucha – oni wszyscy mają doskonały słuch. Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Mniej więcej pół godziny przed wschodem słońca łowcy wrzucili związanego wampira do przeszklonego budynku, wsiedli na motocykle i odjechali. Daniel odczekał jeszcze chwilę, wziął Gabrielę na ręce i wraz z nią zeskoczył z dachu. Dziewczyna natychmiast pobiegła w stronę wampira. Bez trudu mógł ją wyprzedzić, nie zrobił tego jednak. Bawiła go. Kiedy przyszedł klęczała na podłodze z głową Eryka na swoich kolanach. Zza pasa wyciągnął ostry nóż, podał jej. Szybko przecięła więzy na nadgarstkach i kostkach wampira, a potem, czego Daniel nie mógł przewidzieć, podsunęła mu do ust swój nadgarstek. Rzucił się do przodu i odepchnął ją błyskawicznie. Eryk był przytomny, poturbowali go trochę, ale tak naprawdę, nie zrobili mu żadnej krzywdy, nie mieli przeciwko niemu dowodów, a nie mogli działać wbrew własnemu prawu, dlatego właśnie zostawili go tutaj, żeby sprawę za nich załatwiło słońce. Teraz oczy wampira zalśniły, śmiał się, rozbawiła go reakcja Daniela. Gabriela syknęła wściekle, podniosła się z podłogi. – Co ty do cholery wyprawiasz? – zwróciła się do Daniela. – Nie będzie pił twojej krwi – odparł tamten stanowczo. – Może niewiele wiem o waszym świecie, ale tyle, że wampir potrzebuje krwi, żeby się wyleczyć już zrozumiałam – odpowiedziała mu gniewnie, znowu próbując przysunąć się do Eryka. Odepchnął ją ponownie, zdecydowanie nie był delikatny. – Niech weźmie moją – zdecydował. Wampir wyglądał na naprawdę rozbawionego. Daniel zmierzył go wściekłym wzrokiem, ale zabrał dziewczynie swój czarny nóż, naciął sobie nadgarstek i uklęknął przy nim. Rany na ciele tamtego goiły się naprawdę szybko. Kiedy Daniel uznał, że wystarczy odsunął się od niego i spojrzał groźnie. Eryk wstał odrobinę chwiejnie, ale szybko dochodził do siebie. Gabriela przytuliła się do niego, a on delikatnie objął dziewczynę. – Już wszystko dobrze – szepnął do niej cicho. Daniel zobaczył coś dziwnego w oczach wampira, bardzo go to zaniepokoiło. Eryk nie był specjalnie starym wampirem, miał trochę ponad sto lat, ale to wystarczało, zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę jego powiązania krwi. No i jakby nie patrzeć był ponad dwa razy starszy od Daniela. Do tej pory był przekonany, że wampir bawi się dziewczyną, na przykład po to, żeby im dokuczyć, teraz nie był tego taki pewien. Krótko mówiąc Cahir będzie miał problem, a jeżeli zdecyduje się walczyć o Gabrielę, wszyscy będą mieli kłopoty. – Zamierzacie tu zostać i obejrzeć wschód słońca? – spytał opryskliwie. Popatrzyli na niego, jakby do tej pory nie zauważyli, że w ogóle tu jeszcze jest. Eryk spojrzał na Gabrielę. – Idź – powiedziała cicho. – Zobaczymy się później – odpowiedział miękko i zniknął. Daniel wiedział, że dzięki jego krwi wampir stał się teraz wyjątkowo silny. Może powinien jednak pozwolić dziewczynie oddać mu swoją? Nie był pewien właściwie dlaczego tak przeraził go ten pomysł. Gabriela podeszła do niego, stanęła tuż przy nim. W dłoni miała złożoną w długi prostokąt chustę. Wzięła go za rękę i obwiązała bandanką jego krwawiący nadgarstek. Przyjrzał jej się zaskoczony. Teraz jak nigdy dotąd przypominała mu Elizę, ale właśnie dlatego zdał sobie sprawę, że nią nie jest. Ona była po prostu sobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela obudziła się mocno niewyspana. Przez całą noc śniły jej się koszmary. Życie dziewczyny, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, przewróciło się do góry nogami. Niczego już nie była pewna. Przez chwilę rozglądała się po pokoju, zanim uświadomiła sobie gdzie właściwie jest. Zadrżała, gdy przypomniała sobie w jaki sposób znalazła się w domu Daniela. Nie, to wszystko co się wydarzyło nie było dziwacznym, koszmarnym snem. To była jej rzeczywistość. Gabriela boleśnie zdała sobie sprawę, że nie ma wyboru i będzie musiała się do niej przyzwyczaić. Przypomniała sobie o jeszcze jednym, dość istotnym fragmencie swojego życia, przecież teraz była studentką! Gwałtownie usiadła. Wzięła do ręki leżącą na nocnej szafce komórkę. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Dziewczyna zerwała się z łóżka. Była już spóźniona. Pobiegła do przylegającej do jej nowego pokoju, niewielkiej, ładnie urządzonej łazienki. Przynajmniej standardy mojego życia uległy zmianie na lepsze, pomyślała cierpko, pośpiesznie myjąc zęby, jednocześnie szykując czyste ubranie, szukając ręcznika i wykonując kilka innych porannych czynności. Po kwadransie zbiegała już po schodach w dół, a po pół godzinie wysiadała z zatrzymującego się przed uczelnią tramwaju. Przeklinała się w duchu, za to, że przegapiła wykład ze znienawidzonej socjologii. Była przekonana, że będzie miała z tego powodu jakieś problemy. Szybkim krokiem ruszyła przez park, prosto w kierunku uczelni. Nagle zatrzymała się w pół kroku. Przed nią, na wyłożonej kocimi łbami ścieżce, stał rudy wilk. Zagradzał jej drogę. W niczym nie przypominał wspaniałego zwierzęcia w jakie przemieniał się Cahir, nie zmieniało to jednak faktu, że dziewczynę ogarnął paniczny strach. Z krzaków po prawej stronie wyłonił się kolejny, odrobinę mniejszy i szarawy. Patrzył na nią złowrogo, żółtymi ślepiami. Dziewczyna, ignorując podszepty zdrowego rozsądku, wyminęła wilka i pędem puściła się ku budynkowi uczelni. Zatrzymała się dopiero w środku, z trudem łapiąc oddech. Jak nigdy dotąd, cieszyła się, że ma na sobie wygodne ubranie i adidasy. – Gabriela, gdzie byłaś? – usłyszała obok siebie głos Natalii. – Przegapiłaś socjologię, Chomik Vader zapowiedział nam kolokwium. – Dziewczyna wyciągnęła w jej kierunku plik kartek. – Trzymaj, skserowałam dla ciebie notatki. Gabriela lekko zaskoczona spojrzała na koleżankę. Wzięła od niej kserówki. Zawsze lubiła Natalkę, ale nie spodziewała się po niej aż takiej uprzejmości. Uśmiechnęła się na myśl o swoim wykładowcy, który został ochrzczony Chomikiem Vaderem, na cześć postaci z Lilo & Sticha. Tak, ta ksywka zdecydowanie oddawała jego osobowość. – Dzięki – powiedziała zupełnie szczerze, odganiając od siebie natrętne myśli o dziwnych wilkach i wszystkich innych nadnaturalnych rzeczach. W końcu nic się złego nie stało, a to było dla dziewczyny w tym momencie najważniejsze. Skupiła swoje myśli na problemach związanych ze studiami. – Chodź, bo spóźnimy się na lektorat – Natalka pociągnęła Gabrielę w kierunku sali w której miały odbywać się kolejne zajęcia. Dziewczyna wzruszyła ramionami i jak gdyby nigdy nic ruszyła za koleżanką. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Przed drzwiami sali, w której miały odbywać się zajęcia, kłębił się już spory tłumek. Pod jedną ze ścian stała ładna, wysoka, brunetka. Kiedy je zauważyła, przerwała rozmowę, którą podniesionym głosem prowadziła z koleżankami. – O! Natalka! Gdzieś ty się podziewała? Byłaś mi potrzebna! Przez ciebie nie mam kawy na zajęcia, w bufecie była taka straszna kolejka! Pulchna dziewczyna, o postrzępionych, rudawo-brązowych włosach spojrzała spłoszona na Karolinę. – Przepraszam, zaraz ci przyniosę – odezwała się potulnie. – No, mam nadzieję. Tylko pamiętaj, z mlekiem i bez cukru – odpowiedziała Karolina podchodząc do niej i wyjmując wpiętą we włosy dziewczyny spinkę. – Mówiłam ci, żebyś ich nie nosiła, wyglądasz jak byś była w przedszkolu, a nie na studiach. Natalia tylko potulnie skinęła głową. W Gabrieli aż się zagotowało. Naprawdę, nie wiedziała, czemu Natalka znosi takie zachowanie swojej pseudo przyjaciółki. Nic jednak nie powiedziała, zmierzyła Karolinę chłodnym wzrokiem i ruszyła za oddalającą się w kierunku bufetu koleżanką. – Czemu pozwalasz się jej traktować jak służącą? – zapytała prosto z mostu, kiedy dogoniła Natalię. Dziewczyna wzruszyła ramionami. Wpatrywała się w podłogę. Dłuższą chwilę milczała. – Lepsze to niż gdyby miała mi dokuczać. Nie jestem taka jak ty – odpowiedziała w końcu. – Nie wiem jakbym sobie wtedy poradziła… – Taka jak ja? – nie zrozumiała Gabriela. – Nie przejmujesz się tym, co mówią inni, prawda? Zawsze walczysz o swoje i zawsze wygrywasz… Chciałabym być taka jak ty – dodała smętnie – ale nie jestem. Nie mam na to dość odwagi. Gabriela spojrzała na koleżankę zaskoczona. Nigdy nie spodziewałaby się, że Natalia ma o niej takie właśnie zdanie. – To wszystko zależy tylko od ciebie – odpowiedziała najlepsze co jej przyszło do głowy. – Taak – westchnęła smętnie dziewczyna otwierając drzwi i wchodząc do już pustoszejącego bufetu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Po zajęciach Gabriela wyszła przed budynek uczelni zastanawiając się co ze sobą zrobić. Wcale nie miała ochoty wracać do domu Daniela. Na wieczór umówiła się z Erykiem, ale do zachodu słońca zostało jeszcze sporo czasu. Był ciepły, wiosenny, a właściwie już prawie letni, dzień. Usiadła na jednej ze znajdujących się na terenie uczelni, drewnianych, pomalowanych zieloną farbą, ławek. Wyciągnęła z plecaka książkę, uznając, że nie zaszkodzi się trochę pouczyć. Już po kilku minutach siedziała odcięta od świata, pogrążona w lekturze. – Hej, masz jakieś plany? – usłyszała nad sobą niepewny głos Natalki. – Yyy, właściwie to nie – odpowiedziała zaskoczona. – Czemu pytasz? – Pomyślałam, że może byśmy się przeszły na jakąś kawę czy coś – powiedziała cicho, speszona dziewczyna. Gabriela wstała z ławki chowając książkę. Założyła plecak uśmiechając się pogodnie do Natalki. – Pewnie, czemu nie – oznajmiła wesoło. – Gdzie idziemy? – Może Galaxy? – zaproponowała nieśmiało Natalia. – Ok. Uwielbiam kawę z Coffee Haven – powiedziała Gabriela, czując się zobowiązana do podtrzymania rozmowy, skoro to cicha i spokojna Natalka ośmieliła się na tyle, żeby podejść do niej i zaproponować wspólne wyjście. – Ja też – ożywiła się natychmiast dziewczyna. – No i mają boskie kanapki! – Aha – ucieszyła się Gabriela – mi smakują zwłaszcza te z białym serem i granatem. Fajny pomysł mieli. Natalia uśmiechnęła się uszczęśliwiona. Poszły na przystanek tramwajowy wesoło rozmawiając. Kiedy przechodziły przez park, Gabriela poczuła jedynie przelotny niepokój, ale szybko wygnała go ze swoich myśli. Była pewna, że tego dnia żadna przygoda rodem z kiepskiego horroru jej już nie spotka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ W centrum handlowym wypiły kawę, a potem poszły do kina. Gabriela zdziwiła się, że towarzystwo Natalii sprawia jej autentyczną przyjemność. Po seansie wyszły przed budynek Galaxy. Do zachodu słońca zostały jeszcze dwie godziny, a Gabriela w dalszym ciągu nie miała najmniejszej ochoty wracać do swojego tymczasowego domu. Żałowała, że nie może opowiedzieć o wszystkim Natalii, wiedziała jednak, że w najlepszym wypadku koleżanka uznałaby, że wymyśla sobie fantastyczne bajki. Zdecydowały się przespacerować na Wały. Szły przez park Żeromskiego, wesoło rozmawiając. W pobliżu nie było innych ludzi, to jednak nie zdziwiło w najmniejszym stopniu żadnej z dziewczyn. W tygodniu, o tej porze, większość mieszkańców miasta czas spędzała na zakupach lub po prostu w domach, odpoczywając po ciężkim dniu w pracy. – Gabriela… chodźmy inną drogą… – odezwała się nagle Natalia. Dziewczyna spojrzała pytająco na koleżankę. Tamta wskazała ręką przed siebie. Na wąskiej, pokrytej żwirem ścieżce siedział sporych rozmiarów rudy wilk. Gabriela wstrzymała oddech. – Myślę, że powinnyśmy wrócić – stwierdziła rozważając w myślach możliwości ucieczki. Natalka wyglądała na bardzo wystraszoną. Powoli zaczęły się cofać. Nie uszły jednak więcej niż kilka kroków, kiedy drogę zagrodziło im kolejne zwierzę. Wilk różnił się od poprzedniego jedynie barwą futra, która zamiast rudawej, była popielata. Z zarośli, po obu stronach drogi wyłoniły się dwa kolejne zwierzęta. Teraz wilków było już cztery. Gabriela jęknęła cicho, przypominając sobie to co wydarzyło się kilka dni wcześniej w piwnicy domu Daniela. Podejrzewała, że te stworzenia tutaj, wcale nie mają bardziej przyjaznych zamiarów. Stojąca obok Natalka zaczęła drżeć. Nagle, niczym jakieś leśne zwierzątko – spłoszona ofiara, rzuciła się do ucieczki. Rudy wilk natychmiast zerwał się i popędził za nią. Gabriela stała jak wmurowana w ziemię. Nie miała pojęcia co powinna zrobić, instynktownie jednak czuła, że bieg jest w tym wypadku najgorszym możliwym rozwiązaniem. – Czego ode mnie chcecie? – spytała najpewniejszym głosem, na jaki było ją stać w tej sytuacji. Wilki spojrzały po sobie jakby niepewnie. Potem ich wzrok skierował się z powrotem na dziewczynę. Zwierzęta powoli zaczęły przyjmować ludzkie kształty. Po chwili przed Gabrielą zamiast trzech wilków stało trzech speszonych, nastoletnich chłopaków. – My… – zaczął jeden, ale przerwał w pół słowa, ponieważ ścieżką nadchodził czwarty z nich. On także przybrał ludzką postać. Był młody, wyglądał jednak na kilka lat starszego od pozostałych. Niósł na rękach nieprzytomną Natalię. – Ja jej nawet nie dotknąłem – odpowiedział szybko na zaniepokojone spojrzenie Gabrieli – przysięgam! Sama zemdlała! Chyba się mnie przestraszyła… – dodał pełnym poczucia winy głosem. Gabriela westchnęła zrezygnowana, modląc się w duchu, żeby Natalii rzeczywiście nic się nie stało. Teraz, kiedy jej prześladowcy, zamiast atakować chcieli rozmawiać, ona sama przestała się bać. Poczuła natomiast gniew. – Kim jesteście, skąd się wzięliście i dlaczego za mną chodzicie? – zapytała spokojnie, z nutką irytacji w głosie. Stojąca na ścieżce przed dziewczyną trójka wyglądała na mocno zakłopotaną. Spojrzeli błagalnie na trzymającego w ramionach Natalię, kasztanowowłosego, szczupłego chłopaka o śniadej cerze. Młodzieniec głęboko zaczerpnął powietrza. – Jestem Maurycy Jaworski, to mój brat Wojtek – wskazał na ryżego szesnasto, może siedemnastolatka – Mirek Brzozowski i Kuba Michalski – przedstawił pokazując dalej. – Chodzimy za tobą – powiedział wahając się lekko – ponieważ bardzo potrzebujemy twojej pomocy… – I uważacie, że najlepszym sposobem proszenia o pomoc jest wystraszenie kogoś, ot tak, dla zabawy? – warknęła Gabriela nie zwracając uwagi na to, że ona jest sama a ich jest czterech, a na dodatek potrafili przemieniać się w wilki. Maurycy wyraźnie zmieszał się jeszcze bardziej. Spojrzał jednocześnie błagalnie i przepraszająco na Gabrielę. – My nie chcieliśmy… – powiedział łagodnie. – Nie mieliśmy pomysłu, na to jak do ciebie podejść… – A nie przyszło wam do głowy, że moglibyście zrobić to w ludzkiej postaci?! – zirytowała się jeszcze bardziej dziewczyna. Gabriela westchnęła uznając, że nie, ponieważ wszyscy nagle zainteresowali się swoimi butami. No właśnie, co działo się z ich cholernym ubraniem, kiedy zmieniali się w wilki? – Zastanowiła się dziewczyna. Postanowiła jednak, że zada to pytanie innym razem. Do tej pory nie przyszło jej do głowy, żeby zapytać o to Cahira. – Przepraszamy – odezwał się w końcu Maurycy po dłuższej chwili ciszy – nie pomyśleliśmy o tym… – Czego konkretnie ode mnie oczekujecie? – zapytała zupełnie zrezygnowanym głosem. Nagle zrobiło jej się żal młodych wilkołaków, którzy w tym momencie, wyraźnie wyglądali na zwyczajnie zagubionych. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Olbrzymi czarny wilk biegł przez las. Przepełniało go uczucie irytacji. Cahir miał serdecznie dosyć śledzących go od kilku dni cieni. Postanowił się ich pozbyć, dlatego właśnie przybrał postać wilka. Teraz pędził przez las, pełen poczucia, że jest znacznie szybszy od śledzących go postaci. Wrócił do miasta okrężną drogą i dopiero na jego obrzeżach przyjął ludzką postać. Tak jak się spodziewał, prześladowców nigdzie nie było. Udało mu się ich zgubić. Zadowolony z siebie wsiadł do jadącego w kierunku centrum autobusu. Kiedy wysiadł, przez dłuższą chwilę wahał się jaki wybrać kierunek. Miał wielką ochotę zobaczyć Gabrielę, wiedział jednak, że dziewczyna umyślnie go unika. Ze smętnym westchnieniem, niechętnie powlókł się w stronę stojącego w centrum miasta, przeszklonego apartamentowca. Wjechał windą na dwunaste piętro i otworzył grube, obite ciemną skórą drzwi. Pomieszczenie do którego wszedł było przestronne i jasne. Za wielkimi szybami rozciągała się panorama miasta. Było stąd widać nawet oddaloną o kilkanaście minut drogi piechotą Odrę. Lokal przypominał zarówno luksusowo urządzone mieszkanie, jak i gabinet. Na obitych czarną skórą fotelach siedzieli wygodnie rozparci mężczyźni. Rozmawiali od czasu do czasu wybuchając śmiechem. Zawyli zgodnie z uciechy na widok Cahira. – O przyszedł nasz bohater – odezwał się jeden z nich jednocześnie drwiącym i rozbawionym tonem, jak i z nutą podziwu w głosie. – Naprawdę sam poszedłeś walczyć z całym stadem, chłopie? Jakoś nie mogliśmy uwierzyć Danielowi… Cahir tylko skinął głową. Podszedł do mężczyzn i usiadł na brzegu czarnej kanapy. – Rozwiązałem wasz problem – oznajmił – teraz wy rozwiążcie mój. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel niespokojnie chodził po pokoju. Rozmyślał. Zdawał sobie sprawę, że jego kumple najchętniej załatwiliby wszystko za pomocą brutalnej siły. Sam nie mógł się sobie nadziwić, że to on był tym, który uspakaja resztę. Gdyby coś jednak się stało… nie mógł do tego dopuścić… zbyt wiele miał teraz do stracenia. W pomieszczeniu rozbrzmiewała ożywiona dyskusja, której Daniel przysłuchiwał się z uwagą. Cahir pokręcił głową. – Stado jest w rozsypce, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Nie mają żadnej organizacji. Nie powinni stanowić problemu. Postawny blondyn z blizną na lewym policzku spojrzał na chłopaka z politowaniem. – Właśnie dlatego teraz jest dobry moment, żeby się nimi zająć – powiedział spokojnie, znużonym tonem, jakby coś tłumaczył głupiemu dzieciakowi. Cahir obrzucił go ponurym spojrzeniem czarnych jak noc oczu. – To co proponujecie, to zwyczajna eksterminacja! – powiedział napiętym, pełnym złości głosem. –  Chcecie ich zgromadzić w jednym miejscu i pozabijać jednego po drugim. Jakby byli stadem szczurów! Tego właśnie spodziewał się Daniel. Wiedział, że Cahirowi ten pomysł nie przypadnie do gustu. Nie miał zamiaru pozwolić na to, żeby chłopak wdawał się w beznadziejne i daremne kłótnie z Łowcami. – Niech robią co chcą – oznajmił cicho, beznamiętnym tonem. – To już nie nasza sprawa. Kundle nie mają teraz przywódcy. Nikt nie wstawi się w ich imieniu. – Ale… – zaczął Cahir, chłodne spojrzenie przenosząc z mężczyzny z blizną na Daniela. – Nie! – odpowiedział stanowczo tamten. – Koniec dyskusji. Zabiłeś przywódcę stada, za co jesteśmy ci bardzo wdzięczni, ale z własnego wyboru nie jesteś jednym z nas. To nie twoja sprawa. Nie mieszaj się do tego. W czarnych oczach Cahira zapłonął żywy ogień. – Tak nie można, nie możesz na to pozwolić! – powiedział pełnym emocji głosem chłopak. – Daniel… – Powiedziałem, zamilcz! – warknął tamten. Cahir obrzucił go gniewnym, ponurym spojrzeniem, ale więcej się nie odezwał. Wstał z kanapy i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Dochodziła dziewiąta. Słońce chowało się za horyzontem. Cahir szedł szybkim krokiem przez opustoszałe o tej porze ulice Pogodna. Ręce same zaciskały mu się w pięści. Był wściekły na Daniela, był wściekły na Łowców, był wściekły na Gabrielę. Wszystko układało się nie tak jak powinno. Zatrzymał się dopiero przed samym domem. Nie miał ochoty wchodzić do środka. Zrezygnowany opadł na prowadzące na ganek niskie stopnie. Nie przychodziło mu do głowy nic sensownego, żadne rozwiązanie podłej sytuacji, w jakiej się znalazł. Czuł się koszmarnie. Wiedział, że masowe morderstwo, którego dopuszczą się Łowcy na tych głupich, słuchających rozkazów dzieciakach jest po części jego winą. Nagle chłopak stał się bardziej czujny. Z wnętrza domu dochodziły jakieś przyciszone głosy. Ktoś był w środku. Gwałtownie wstał. Cicho, niczym cień, otworzył frontowe drzwi i wśliznął się do środka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Oczy Gabrieli rozszerzyły się ze zdumienia. Wiedziała, że jej nowy świat jest dziwnym i brutalnym miejscem, ale nigdy przez myśl nie przeszło jej, że tak naprawdę żyje teraz w jakimś koszmarze. Siedzieli w wygodnych fotelach, w salonie domu Daniela. Ciągle nieprzytomna Natalia, leżała na kanapie, starannie okryta przez Gabriele wełnianym pledem. Mimo ładnej pogody, w zbudowanym z czerwonej cegły domu, było naprawdę chłodno. – Próbowaliśmy sami z nim porozmawiać, naprawdę – kontynuował przejętym głosem Maurycy – ale nie pozwolił nam na to. Jest od nas szybszy i silniejszy. Nie udało nam się nawet do niego zbliżyć. Potem na tobie wyczuliśmy jego zapach… wtedy zaczęliśmy cię śledzić… Pomożesz nam? – spytał z nadzieją w głosie. Gabriela popatrzyła po twarzach, siedzących w napięciu wilkołaków. Mimo, że wzrostem każdy z nich przewyższał ją przynajmniej o głowę, byli jeszcze nastolatkami, którym daleko do dorosłego życia. Dowiedziała się, że Wojtek i Mirek mają dopiero po czternaście lat, Kuba miał piętnaście, a najstarszy z nich Maurycy był jej rówieśnikiem. W tym momencie wyglądali jedynie na zagubione, nieporadne dzieci. Przywodzili jej na myśl bandę zaginionych chłopców z Piotrusia Pana. Po prostu nie mogła ich tak zostawić. – Jeżeli wszystko dobrze zrozumiałam – zaczęła dziewczyna patrząc Maurycemu w oczy – wasze stado liczyło siedemnastu członków… – Maurycy przytaknął, ale jej nie przerywał. – Cahir zabił waszego przywódcę… Wcześniej troje z was zaginęło… za to teraz starsi dla zabawy zabijają wszystko co się rusza, a wy nie wiecie co ze sobą zrobić, a na dodatek boicie się, że Łowcy rozpoczną na was polowanie? Maurycy ponownie przytaknął, tym razem jednak postanowił się odezwać. – Właściwie to zostało nas już tylko siedmioro – powiedział cicho. – A jeżeli tamta trójka też nie żyje, to tylko nas czworo. Wczoraj w nocy starsi za bardzo zaszaleli i do polowania na nas przyłączyły się także wampiry. Tak naprawdę, to żyjemy tylko dlatego, że nie było nas wtedy w legowisku… Gabriela westchnęła. Coraz mniej lubiła ten okrutny, fantastyczny świat, w którym przyszło jej się znaleźć. – I chcecie, żebym porozmawiała z Cahirem w waszym imieniu? Czego właściwie od niego oczekujecie? – zadała pytanie, na które jedynie mogła domyślać się odpowiedzi. – Zabił samca alfa, przywódcę stada… przynajmniej w teorii powinien zająć jego miejsce – westchnął smętnie chłopak. – Bez niego zwyczajnie nie mamy szans przeżyć. Przez prowadzące do salonu drzwi wsunął się wychudzony, szarawy wilk. Gabriela zupełnie zapomniała o jego obecności. Kiedy spostrzegli go pozostali, zaczęli szeptać między sobą podnieconymi głosami. Wilk wszedł do pomieszczenia, powoli, jakby nieśmiało. Powietrze wokół zwierzęcia zawirowało, a na miejscu zwierzęcia stanął szczupły, blady chłopak. Wilkołaki zgodnie zawyły z radości. Chłopcy zerwali się ze swoich miejsc i podbiegli do nowo przybyłego, tylko Maurycy zachował pozorny spokój, ale na jego twarzy również pojawił się szeroki uśmiech. – Emil! Ty żyjesz! – wykrzyknął rozpromieniony Mirek poklepując przyjaciela po plecach. We trójkę otoczyli chłopca na przemian to dusząc go w uściskach, to śmiejąc się wesoło. – Co się z tobą działo? – zapytał zaintrygowany Wojtek. – Gdzie ty do cholery byłeś? – pytał już w tym samym momencie Kuba. Wokół powstał chaotyczny, wesoły rozgardiasz. Maurycy wstał z fotela. – Spokój – wrzasnął, tak, że cała czwórka w jednej chwili zwróciła na niego uwagę. – Dajcie mu dojść do słowa i przestańcie go dusić – warknął na chłopaków, ale z jego twarzy w dalszym ciągu nie schodził wesoły, pełen nadziei uśmiech. Kiedy chłopacy odsunęli się od Emila, tamten niepewnie podszedł bliżej. Stanął kilka kroków od Maurycego. Zatrwożonym wzrokiem spojrzał w twarz, znacznie wyższego od siebie chłopaka. – Moi opiekunowie nie żyją – powiedział lekko drżącym głosem – zabili ich Illi’andinn, kiedy polowali na krwiopijcę. Nie należę już do stada, zdradziłem was – oznajmił spokojnie spuszczając wzrok. Maurycy westchnął. – Nie ma już żadnego stada – oznajmił. – Zostaliśmy tylko my. Przywódca nie żyje. Nie poczułeś tego? Emil przecząco pokręcił głową. – Widocznie już wtedy nie należałem to stada – stwierdził z wyraźnie słyszalnym w głosie żalem i smutkiem. Gabriela także wstała z fotela. Zaintrygowana rozmową wilkołaków stanęła u boku Maurycego. Oczy Emila rozszerzyły się na jej widok. Wyglądało na to, że chłopiec dopiero teraz zauważył jej obecność. Spojrzał na nią jadowicie, z prawdziwą nienawiścią. – To ona – warknął – to przez nią zdradziłem stado. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Powietrze zawirowało i Emil w jednej chwili znowu przemienił się w wilka. Z wyszczerzonymi kłami rzucił się w kierunku dziewczyny. Maurycy zareagował błyskawicznie. Momentalnie na miejscu chłopaka pojawił się pokaźnych rozmiarów, rudy drapieżnik. Skoczył, odpychając całym ciężarek ciała Emila, jednocześnie przewracając Gabrielę na podłogę. W tym momencie w drzwiach pojawiło się wspaniałe, czarne jak noc zwierzę. Z jego krtani wydobył się groźny, złowieszczy warkot. Jednym potężnym susem znalazł się tuż przy Maurycym. Chwycił zębami rudego wilka za gardło. Oszołomiona Gabriela podniosła się z podłogi. Przerażonym wzrokiem ogarnęła toczącą się w pokoju, brutalną walkę. Rudy wilk, skamląc, próbował się wyrwać znacznie potężniej zbudowanemu przeciwnikowi. Pozostali chłopacy, po chwili oszołomienia także przybrali swoje zwierzęce postacie i teraz doskakiwali na przemian do czarnego drapieżcy, starając się za wszelką cenę pomóc przyjacielowi wyrwać z jego śmiercionośnych zębów. Gabriela niejasno zdawała sobie sprawę, że jeszcze chwila, a czarny wilk, zmiażdży rudemu krtań. Niewiele myśląc rzuciła się pomiędzy walczące zwierzęta. – Cahir! Przestań! Zostaw go! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. Czarny wilk spojrzał na nią jednocześnie zaskoczonymi i pełnymi furii oczami, ale puścił gardło rudego. Odsunął się odrobinę, stając tak, żeby znaleźć się między dziewczyną, a drapieżnikami. Warknął groźnie. Wilki odsunęły się, podkulając ogony. Położyły się na brzuchach w geście poddaństwa. Emil cicho zaskamlał, przerażony tym, co planował zrobić. Tylko rude zwierzę leżało na podłodze, ciężko dysząc. Z rany na jego karku sączyła się ciemna, tętnicza krew. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wracał do domu w naprawdę podłym humorze. Ani trochę nie podobało mu się to, że ma pod opieką dwójkę smarkaczy, jak w myślach określał Gabrielę i Cahira. Jeszcze bardziej denerwował go fakt, że naprawdę się o nich martwił i nie potrafił się wyzbyć tych przytłaczających, ludzkich uczuć. To nie był on, nie tak powinno wyglądać jego życie. Szybkim krokiem minął Syrenie Stawy i znalazł się przy schronisku dla bezdomnych zwierząt. Z ciasnych boksów, jak zwykle słychać było rozpaczliwe, pełne tęsknoty szczekanie. Jednak tym razem czuły słuch Daniela wyłapał jeszcze inne dźwięki. Instynktownie wiedział, że coś jest nie tak. Wyczuwał zbliżające się zagrożenie. Teraz był pewien, że miał rację. Ktoś lub coś z jakiegoś powodu polowało na dziewczynę. Nie mógł bezsensownie tracić czasu. Szybkim ruchem zdjął przeszkadzającego mu w tym momencie, czarnego t-shirta i rozłożył olbrzymie, szare skrzydła, które w jednej chwili pojawiły się jakby z mgły otaczającej mężczyznę. Potem po prostu wzbił się w powietrze, wzlatując wysoko, w ciemne, wieczorne niebo. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk zaczynał się niepokoić. Coś było nie tak. Umówił się z Gabrielą na Starym Mieście, jednak czekał już dobre pół godziny, a dziewczyna wciąż się nie pojawiała. Gabriela po prostu nie miała w zwyczaju się spóźniać. Wyciągnął telefon. Dziewczyna nie odbierała. Wampir nie miał najmniejszej ochoty na ponowne spotkanie z Illi’andinn zdawał sobie jednak sprawę, że może nie mieć innego wyjścia. Nie był do końca pewien dlaczego w ogóle się tym przejmuje, ale już po chwili stał w miejscu, w którym wolałby się już nigdy więcej nie znaleźć,  przed domem jednego ze swoich najbardziej znienawidzonych i niebezpiecznych wrogów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir przybrał swoją ludzką postać. Nie był pewien w jakiej sytuacji się znalazł. Zaczął jednak odczuwać niepokój i wiedział, że to nie obecność tych głupich dzieciaków go wywołuje. – Nic ci nie jest? – zwrócił się zatroskany do Gabrieli. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Dopiero wtedy odwrócił się w stronę leżących na podłodze wilków. – Macie pięć sekund, żeby się przemienić – powiedział cichym, groźnym głosem. Wilkołaki wyraźnie przejęły się groźbą zawartą w głosie Cahira, bo już po chwili, zamiast zwierząt w pokoju znalazło się czterech rzucających zatrwożone spojrzenia chłopaków. Czarnooki młodzieniec omiótł ich niechętnym spojrzeniem. Potem jego wzrok spoczął na leżącym na środku pokoju rudym wilku. – Ty też – rozkazał. – Umrze, jeżeli to zrobi – ośmielił się odezwać Wojtek. Cahir obrzucił go wściekłym spojrzeniem. – Nie pytałem cię o zdanie – warknął. Gabriela wyminęła stojącego przed nią Cahira. Uklęknęła przy ciągle krwawiącym, rudym wilku. – Daj mu spokój – powiedziała pewnym głosem – gdyby nie on, to ja bym tu teraz leżała z przegryzionym gardłem. Emil słysząc te słowa schował się za stojącymi przy nim starszymi kolegami. W jego oczach czaił się strach. – Ale… – zaczął znacznie mniej pewnie Cahir. – Nie obchodzi mnie w tej chwili nic co masz do powiedzenia – przerwała mu gniewnie dziewczyna – chyba, że dotyczy to tego w jaki sposób można mu pomóc – powiedziała delikatnie dotykając dłonią rudej sierści wilka. Cahir ze zrezygnowanym westchnieniem podszedł do dziewczyny. Uklęknął na podłodze tuż przy niej. Położył rękę, na jej dotykającej wilczej sierści dłoni. Gabriela spojrzała na niego pytająco. Chłopak pokręcił tylko głową, gestem nakazując jej milczenie. Rudy wilk zaskowyczał z bólu. Szarpnął się gwałtownie, by po chwili znów znieruchomieć. Powietrze wokół niego zawirowało i tuż przy nich pojawił się Maurycy. Jego twarz była bardzo blada, z trudem łapał oddech, ale na jego ciele nie było widać nawet śladu krwi. Cahir wstał, niechętnie odsuwając się od dziewczyny. – Czy teraz ktoś łaskawie wytłumaczy mi o co tu chodzi? – spytał znużonym, pełnym rezygnacji głosem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir roześmiał się gorzko. Obrzucił znajdujących się wokół niego ludzi niedowierzającym spojrzeniem. Ich prośba była w jego mniemaniu po prostu irracjonalna. – Nie – powtórzył po raz niewiadomo który. – Nie możesz ich tak zostawić – powiedziała cicho, siedząca obok chłopaka Gabriela. Cahir spojrzał na dziewczynę zbolałym wzrokiem. Dlaczego do niej, do licha, nie docierały żadne logiczne i racjonalne argumenty?! – Nie jestem wilkołakiem – powiedział powoli, mimo zirytowania, najspokojniej jak tylko potrafił. – Nic nie mogę dla nich zrobić. – Owszem, możesz, tylko nie chcesz – syknęła Gabriela patrząc na Cahira bystrym, spojrzeniem wiosennie zielonych oczu. W jej wzroku było coś takiego… Cahir naprawdę miał ochotę spełnić jej życzenie, był jednak przekonany, że to, o co prosi zwyczajnie nie jest możliwe. Postanowił spróbować z innej strony. – Gabi… widziałaś co się stało, kiedy wziąłem odpowiedzialność za jednego z nich – tu znacząco spojrzał na skulonego w kącie Emila – wyraźnie może omijać moje rozkazy. Nie jestem wilkołakiem – powtórzył cierpko – nie nadaję się do tego. – Mylisz się – powiedział prawie niedosłyszalnym, drżącym głosem Emil. – Kazałeś mi zostać w domu – kontynuował cicho, kiedy wszyscy odwrócili się zaskoczeni w jego stronę. – Nie mogłem się stąd ruszyć. Próbowałem. – Więc dlaczego zaatakowałeś Gabrielę? – warknął na dzieciaka Cahir. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, ponieważ Gabriela zerwała się ze swojego miejsca i podbiegła do skulonej na kanapie Natalii, która musiała ocknąć się już jakiś czas temu i teraz siedziała z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się przerażonym wzrokiem w otaczających ją ludzi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wpadł do domu jak burza. Kiedy jednak znalazł się w salonie stanął w drzwiach jak wryty. Rozejrzał się z niedowierzaniem po pomieszczeniu. Na kanapie i fotelach siedział cały tłum dzieciaków. – Przepraszam, naprawdę nie chciałem cię wystraszyć – mówił uspokajającym głosem jakiś młody chłopak do siedzącej na kanapie, przeciętnej urody dziewczyny, która wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Gabriela siedziała tuż przy niej, z zaniepokojonym wyrazem twarzy, a obok niej z gradową miną przycupnął Cahir. Daniel zauważył też Emila, który przyciszonym głosem rozmawiał o czymś z dwoma młodymi chłopakami. Rozpoznał w nich wilkołaki z rozbitego stada. No cóż, to nie miało znaczenia. Oni wszyscy byli już martwi. Teraz musiał po prostu zabrać stamtąd córkę Elizy. To było w tej chwili najważniejsze. – Co to za zebranie? – spytał groźnie, wchodząc do własnego salonu. – Nie przypominam sobie, żebym zapraszał gości. Gabriela na jego widok natychmiast zerwała się z kanapy. – Ja ich zaprosiłam – powiedziała spokojnie, patrząc mu odważnie w oczy. – Świetnie – odpowiedział – to teraz ich wyproś, a potem wracasz do Irlandii. Dziewczyna spojrzała na niego niedowierzająco. W jej szmaragdowych oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. – Nie będziesz mi mówił co mam robić – warknęła – nie jesteś moim ojcem! – Świetnie – odpowiedział już na dobre rozgniewany – nawet nie wiesz jak się z tego powodu cieszę! Ale to w dalszym ciągu jest mój dom i oni mają się z niego wynieść, a ty tak czy siak wracasz do Irlandii. Cahir stanął u boku dziewczyny. W jego spojrzeniu nie było ani trochę mniej uporu i zawziętości niż u Gabrieli. – Jeżeli stąd wyjdą, to zginą – oznajmił cicho – dlatego tu zostaną. A Gabi nigdzie nie jedzie. Daniel nie miał najmniejszej ochoty spierać się z tą dwójką, nie chciał jednak też do niczego zmuszać Cahira, bo wiedział jakie niesie to ze sobą konsekwencje. – Oni i tak są już martwi – powiedział spokojnie obrzucając pogardliwym spojrzeniem przysłuchujące się uważnie wilkołaki. – Nie mają przywódcy, ich stado zostało wytępione. Przyjmij, że to naturalna selekcja przy której giną słabe, nieporadne jednostki. Łowcy już rozpoczęli polowanie. Te dzieciaki nie mają żadnych szans. Spojrzenie Cahira stwardniało. Jego twarz przybrała jeszcze bardziej zacięty wyraz. Widać było, że podjął właśnie jakąś ważną, wiele znaczącą decyzję. – To moje stado – oznajmił chłodnym, pewnym głosem – i będę go bronił jeżeli zajdzie taka potrzeba. Wilkołaki popatrzyły na czarnookiego młodzieńca z niedowierzaniem, a potem jak na komendę cała piątka zawyła z radości. Gabriela spojrzała na Cahira zaskoczona, a potem, impulsywnie przysunęła się do niego jeszcze bliżej i przytuliła do chłopaka całą swoją niewielką osobą. Objął ją delikatnie, gładząc jej złote włosy. Daniel już nawet nie próbował ukrywać swojej złości. – Świetnie, więc planujesz narażać siebie i Gabrielę dla bandy obcych dzieciaków? – warknął. Cahir przecząco pokręcił głową. – Nie. Odpuszczą, kiedy im to przekażesz. – Ja im przekażę?! – spytał coraz bardziej rozgniewany Daniel. – Tak – odpowiedział stanowczo chłopak. – Ciebie posłuchają. W tym momencie Daniel miał ochotę po prostu rozkazać Cahirowi pozabijać ich wszystkich, tak jak stoją. Wiedział, że chłopak nie miałby wyjścia, musiałby go posłuchać. Już zamierzał wypowiedzieć te słowa, kiedy napotkał błagalne spojrzenie zielonych oczu Gabrieli. Wtedy coś w nim pękło i zdał sobie sprawę, że nie chodzi tu już tylko o Elizę. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś powodu zależało mu na tym, żeby dziewczyna nie czuła do niego nienawiści. Zresztą nie mieli czasu na bezowocne kłótnie. – Zgoda – powiedział cicho, rozluźniając napięte do tej pory mięśnie. Cahir spojrzał niedowierzająco na swojego wieloletniego przyjaciela i opiekuna. Nie mógł uwierzyć, że tamten tak po prostu się zgodził.  – Ale pod jednym warunkiem – powiedział już zupełnie spokojnym, ciągle jednak śmiertelnie groźnym i poważnym tonem Daniel. – W tej chwili spakujesz rzeczy dziewczyny i wynosimy się stąd. Teraz – podkreślił dobitnie. Cahir skinął głową. Nabierał coraz większego przekonania, że zagrożenie które odczuwa jest rzeczywiste. Daniel tylko potwierdził jego obawy. Odsunął się niechętnie od Gabrieli i zniknął w prowadzącym do schodów na wyższe piętro korytarzu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Nie wracam do domu – oznajmiła stanowczo Gabriela, kiedy Cahir zniknął za drzwiami. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie – odpowiedział ponuro Daniel. W drzwiach salonu pojawił się Eryk. Gabriela jęknęła w duchu. Przez całą tę sprawę z wilkołakami, zupełnie zapomniała, że umówiła się tego dnia z wampirem. W jednej chwili znalazł się tuż przy dziewczynie. Przytulił ją do siebie, a ona przylgnęła do niego ufnie. Daniel spojrzał na nich z dezaprobatą, ale nic nie powiedział. – Nie możesz tu zostać – stwierdził spokojnie Eryk, delikatnie odsuwając od siebie Gabrielę. – Grozi ci niebezpieczeństwo. Ja też to czuję. Dziewczyna spojrzała w jego głębokie, błękitne oczy. – Nie wrócę do domu – powtórzyła tym razem cicho i spokojnie. – Dobrze – odpowiedział. – Nie musisz wracać do domu. Po prostu się stąd wynieśmy, potem pomyślimy co dalej. Zgoda? Niepewnie skinęła głową. Po krótkiej chwili do pokoju wrócił Cahir. Niósł ze sobą dwie torby podróżne. Jedną z nich oddał Danielowi. Kiedy jego wzrok spoczął na Eryku, przez twarz chłopaka przebiegł grymas bólu, nie odezwał się jednak ani słowem. Najważniejsze było teraz bezpieczeństwo Gabrieli. Jego uczucia nie miały w tym momencie najmniejszego znaczenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wieczór powoli przemieniał się w noc, gwiazdy świeciły jasno na ciemnym, bezchmurnym niebie. Nad miastem widać było bladą łunę stworzoną przez sztuczne światła domów i latarni. Grupka ludzi tłoczyła się przy czarnym, sportowym Alfa Romeo. – Nie ma mowy – wycedził Daniel przez zęby. – Oni z nami nie jadą! – Oczywiście, że jadą – powiedział zdecydowanym tonem Cahir. – Nie zostawimy ich znowu samych, poza tym mogą się przydać. – Niby do czego? – warknął blondyn. – Przecież to tylko banda głupich smarkaczy! Zresztą i tak się wszyscy nie zmieścimy w jednym samochodzie. Cahir wzruszył ramionami. – To nie ma znaczenia. Bez problemu mnie znajdą. – Nie chciałbym wam przeszkadzać – wtrącił się Eryk, cały czas obejmując ramieniem stojącą przy nim Gabrielę – ale naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. Moglibyście dokończyć waszą dyskusję później? Obydwaj obrzucili wampira wrogimi spojrzeniami, ale zgodnie zamilkli. – Świetnie – stwierdził w końcu Daniel patrząc pogardliwie w kierunku wilkołaków – skoro tak wysoko oceniasz ich umiejętności, to niech idą za nami. Jeżeli zgubią ślad, zostawimy ich samych sobie, jeżeli będą potrafili nas odnaleźć to istnieje dla nich jeszcze jakaś nadzieja. Cahir skinął głową. – Poradzicie sobie? – zwrócił się do Maurycego, który nie spuszczał wzroku z ciągle pobladłej na twarzy Natalii. – Znajdziemy cię – odpowiedział pewnie chłopak. – Więc załatwione – ucieszył się pełnym sarkazmu głosem Daniel. – Wsiadajcie, jedziemy. – Zrobię czego sobie życzycie – powiedziała złowieszczo Gabriela – ale najpierw odwieziecie do domu Natalkę. Daniel tylko przewrócił oczami, siadając za kierownicą sportowego wozu. Wyraźnie uznał, że kolejna kłótnia zwyczajnie nie ma sensu. Odwiozą do domu przerażoną smarkulę, a potem oddalą się jak najszybciej, byle dalej od tego parszywego, pełnego czarnej magii miasta. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy jechali przez miasto, już z daleka słychać było ryk syren strażackich. Nad domami unosiły się szare kłęby dymu. W poprzek ulicy, przy której znajdowała się kamienica Natalii, policjanci ustawili szlaban, nikomu nie pozwalając przejechać. Na chodnikach po obu stronach blokady stał tłum gapiów, przyglądając się z zainteresowaniem sprawnej, strażackiej akcji ratowniczej. Daniel zaparkował przy krawężniku i wysiadł by zorientować się w sytuacji, w miejscu zatrzymał go jednak paniczny krzyk Natalii. Próbowała wydostać się z samochodu, ale siedzący obok dziewczyny Eryk, skutecznie ją przytrzymał. – Puść mnie, to mój dom! – krzyczała dziewczyna. – Pali się mój dom! Wampir przytulił do siebie rozhisteryzowaną dziewczynę, która przestała krzyczeć, zamiast tego wylewając morze łez. Gabriela i Cahir wysiedli z samochodu. Cały szereg kamienic płonął nienaturalnym, czerwono-pomarańczowym ogniem. Obserwujący tragedię ludzie szeptali między sobą przerażeni, Gabriela słyszała urywki ich rozmów: „wybuch gazu”, „wszystko w środku się zawaliło”, „nikt nie przeżył”, „to się stało tak nagle! ogień od razu przeskoczył na sąsiednie domy!”. Nagle uwagę dziewczyny przyciągnęły czarne, lecące nad dachami domów cienie. Chwyciła rękaw stojącego obok niej Cahira, wskazując mu niebo. Daniel też je zauważył. Zaczął przeklinać. – Do samochodu, szybko – warknął. Ani Gabriela, ani Cahir tym razem nie zamierzali protestować. Wsiedli szybko, do zaparkowanego przy krawężniku Alfa Romeo. Kiedy tylko znaleźli się w środku, Daniel ruszył z piskiem opon. Wydostał się z miasta, najszybciej jak potrafił, kierując się ku niemieckiej granicy. Kiedy znaleźli się na prowadzącej do Kołbaskowa szosie, Daniel gwałtownie przyspieszył. – Zwariowałeś? – syknęła Gabriela, kiedy rzuciło nią na tylnym siedzeniu. – Śledzą nas – odpowiedział spokojnie blondyn. – Nie wiem dlaczego, ale za nami lecą. Dziewczyna wyjrzała przez tylną szybę. Rzeczywiście, leciało za nimi całe stado mrocznych cieni, zasłaniając co jakiś czas gwiazdy na bezchmurnym niebie. Wyglądały jak olbrzymie, przerażające nietoperze. Wkrótce minęli niemiecką granicę i wyjechali na autostradę. Daniel nie zatrzymywał się przez całą prawie noc. Natalia, zmęczona długim łkaniem usnęła z głową na ramieniu Eryka. Gabriela siedziała zamyślona, wpatrując się w okno. Powoli zaczynało świtać. – Mamy jakiś plan? – zapytał ziewając przeciągle Cahir. – Aha – oznajmił ponuro Daniel. – Jedziemy do Kale, a potem do Dover, stamtąd już niedaleko do Kilkenny, a tam smarkulą zaopiekuje się ojciec, a ja będę miał święty spokój. – Bardziej miałem na myśli to, że zbliża się świt, a mamy w samochodzie wampira – uśmiechnął się ponuro Cahir. Daniel wzruszył ramionami. – Zatrzymam się, to wysiądzie, dalej będzie sobie musiał radzić sam – oznajmił. – To nie najlepszy pomysł – powiedział cicho Cahir. – Te cienie… nie jesteśmy w stanie z nimi walczyć, ich dotyk zabija. Eryk już jest martwy, dla niego nie stanowią zagrożenia. Tylko on będzie mógł skutecznie bronić przed nimi Gabrielę. – Dlaczego uważasz, że miałby chcieć nam pomóc? – żachnął się Daniel. – Pomogę – powiedział spokojnie Eryk – ale nie wam, tylko Gabrieli. Zrobię co w mojej mocy, żeby nie stała się jej żadna krzywda. – Dobrze – westchnął zrezygnowany Daniel. – Zatrzymamy się w najbliższym motelu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zamiast zatrzymać się w motelu, przy prowadzącej do Berlina szosie, Daniel skręcił do oddalonego sto kilometrów od Drezna Tropical Island. Zatrzymał samochód na olbrzymim parkingu pod kompleksem. – Zwariowałeś? – warknął na niego Cahir. – Co my tu do cholery robimy? Blondyn zmierzył go chłodnym wzrokiem. Zanim jednak zdążył udzielić kąśliwej odpowiedzi, odezwał się Eryk. – To dobre miejsce – stwierdził. – Spędzimy dzień w tłumie ludzi, a do tego, w razie czego znacznie łatwiej ukryć się tutaj,  niż byłoby w motelu. Gabriela nie protestowała. Chciała po prostu jak najszybciej się stąd wynieść. Nie wiedziała co się stało i dlaczego akurat z domem Natalii, ale była przekonana, że to z jakiegoś powodu jej wina. Ktoś na nią polował, a ona nie miała pojęcia dlaczego. Natalia apatycznie, ale posłusznie wyszła z samochodu wraz ze wszystkimi. Jej postrzępione, nieuczesane, rudawe włosy, opadały na policzki i oczy ażurową kaskadą. Zgarbione plecy i skulone ramiona nie prezentowały się ani odrobinę lepiej. Dziewczyna przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Gabriela poważnie zaczynała się martwić o nową przyjaciółkę. Kiedy całą piątką podeszli pod przeszklone, obrotowe drzwi kompleksu przysunęła się do Natalii i wzięła ją pod ramię. Kiedy Daniel wykupił dla nich bilety i plażowe ubrania, obie zniknęły za drzwiami damskiej przebieralni. – Natalka, jak się czujesz? – zapytała cicho Gabriela, prowadząc przyjaciółkę w kierunku ich szafek. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno. Spojrzała na towarzyszkę lśniącymi od powstrzymywanych łez oczami. – Moje mieszkanie w kamienicy spłonęło, moja babcia nie żyje. Jak mam się czuć? – spytała, a Gabrieli zrobiło się upiornie głupio, że zadała tego typu pytanie. – Mieszkałaś tylko z babcią? – spytała nie mając pojęcia co może powiedzieć. – Tak… – odpowiedziała smętnie Natalka. W milczeniu zaczęły się przebierać w kostiumy kąpielowe. Potem narzuciły na siebie cienkie, plażowe sukienki. Gabrieli była słonecznie żółta, Natalii natomiast trawiaście zielona. Na nogi włożyły japonki w tych samych barwach. Gdyby nie podła, dziwaczna sytuacja, w której się znalazły, obie dziewczyny byłyby po prostu zachwycone. – Gabriela… – zaczęła niepewnie Natalia. – Powiedz mi co się dzieje? O co w tym wszystkim chodzi? Przed czym my właściwie uciekamy? Dlaczego są z nami ci chłopacy z pubu? – To dosyć długa historia… – westchnęła dziewczyna, ale kiedy spojrzała w szczenięce, szeroko otwarte oczy koleżanki, powoli, sama niezbyt pewna tego jak to wszystko absurdalnie i surrealistycznie zabrzmi, zaczęła opowiadać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zaniepokojony Cahir czekał pod drzwiami damskiej przebieralni. Dziewczyny nie wychodziły zdecydowanie zbyt długo. Wiedział jednak, że poczułby, gdyby Gabrieli stało się coś złego. Czuł się rozdarty. Nie miał ochoty wywoływać bezsensownego, niepotrzebnego zamieszania, ale jednocześnie bardzo chciał sprawdzić, co je na tak długo zatrzymało. W końcu jednak doczekał się ich wyjścia. Kiedy zobaczył ubraną w słonecznie żółtą, plażową sukienkę Gabrielę, coś boleśnie ścisnęło mu gardło. Czemu musiał tak wszystko schrzanić? Tyle czasu na nią czekał… Nigdy, w najgorszych koszmarach, nie przypuszczał, że dziewczyna może nie czekać na niego. Od zawsze żył w przekonaniu, że są sobie przeznaczeni. Teraz, zwyczajnie, nie mógł się pozbierać. Jeszcze większy ból i rezygnację poczuł, kiedy do Gabrieli podszedł Eryk. Dziewczyna wspięła się na palce, całując go delikatnie, a potem sama wśliznęła mu się pod rękę. Wampir drugie ramię podał Natalii i razem, z dwiema, z jakiejś przyczyny rozbawionymi dziewczynami, poszli zwiedzać kompleks. Cahir został sam, z niejasnym poczuciem, że to wszystko zupełnie nie tak miało wyglądać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obudziła się przestraszona. Rozejrzała się po znajomym, jasnym pokoju. Przetarła zaspane oczy. Bała się. Znowu miała sny, wizje. Dotyczyły jej dzieci. Tyle było w nich bólu i cierpienia. Była przerażona, ponieważ to, o czym śniła, zawsze się sprawdzało. Wstała z szerokiego, dębowego łóżka, narzuciła na ramiona cienki szlafrok i wyszła z sypialni. W klasycznym fotelu z wysokim oparciem siedział ciemnowłosy mężczyzna. Czytał książkę. Na jej widok odłożył lekturę i uśmiechnął się szeroko. Jego duże, pełne melancholii, brązowe oczy, błyszczały. Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, a on przytulił ją do siebie czule. Patrzył na nią jak na jakieś cudowne zjawisko. Byli razem od prawie dwudziestu lat, a jego zauroczenie nią, jego miłość, nie zmieniły się ani odrobinę. Wtuliła się mocno w mężczyznę, oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie pogładził jej włosy. – Znów miałaś sny? – spytał lekko zaniepokojony. – Tak – powiedziała cicho. – To były złe sny, jak ten pierwszy, o tobie. – O ile pamiętam, to dzięki tamtemu ciągle żyję – uśmiechnął się do niej figlarnie. Potem spoważniał. – Opowiedz mi o nich – poprosił. – Niektóre były niejasne, zamglone… inne zupełnie wyraźne. Czarny, ogarnięty furią wilk, biegnący przez las. Wydaje mi się, że to ona go w jakiś sposób skrzywdziła… nasza córka. – Pragnę ci przypomnieć, że zanim jednak postanowiłaś być ze mną, próbowałaś mnie zabić. Do tej pory mam bliznę. – Uśmiechnął się do niej, jakby właśnie opowiedział dobry żart. – Dzieciakom też się ułoży. Skinęła głową. Wtuliła się w niego bardziej. – Obyś miał rację. Widziałam też cienie, jakby ludzi z mgły. Wyraźnie nie o wszystkim chcieli nam powiedzieć. One są niebezpieczne. Oczy mężczyzny natychmiast spoważniały. – Ktoś, z jakiegoś powodu, używa magii zaświatów. To zakazane. Kogo atakowały? – Cahir bronił Gabrieli. Jeden z nich go dotknął. Matt, martwię się o nich – westchnęła kobieta. – Nie bój się, Gabi nie jest głupia, Cahir też nie. Nic mu nie będzie. Dotknięcie nie jest dla niego groźne, wystarczy, że napije się krwi. – To nie wszystko – powiedziała cicho. – To już się wydarzyło, wiem o tym. Ten kto nasłał cienie poluje na nich, nie wiem na które, możliwe, że na obydwoje. Brązowe oczy mężczyzny zapłonęły. – W takim razie my znajdziemy go pierwsi. Nikt nie będzie bezkarnie zadzierał z naszymi dziećmi – powiedział twardo. Eliza uśmiechnęła się do niego czule. Takiego go właśnie kochała. W pewnym momencie do pokoju weszła mała dziewczynka. Tarła rączką zaspane oczy. Podbiegła do nich. Kobieta podniosła ją i posadziła sobie na kolanach. Kto by pomyślał, że na jednym fotelu zmieszczą się trzy osoby, przyszła jej do głowy absurdalna myśl. – O co chodzi July? – łagodnie spytał dziewczynki Matt. – On ja ugryzł tato! Ugryzł Gabi! – Kochanie, kto ugryzł twoją siostrę? – spytała Eliza lekko zaniepokojonym głosem. Dziewczynka ześliznęła się z kolan matki i podbiegła do niskiej, białej półki. Po chwili wróciła z książeczką w dłoni. Jej tytuł brzmiał „Calineczka”. Otworzyła ją na ostatniej stronie i swoim małym paluszkiem wskazała złotowłosego księcia elfów. – To on ugryzł Gabi – odpowiedziała pełnym przekonania, dziecięcym tonem. Matt i Eliza popatrzyli po sobie zdziwionymi, zaniepokojonymi spojrzeniami. Działo się coś bardzo niebezpiecznego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Po rozmowie z Natalią humor Gabrieli się znacznie poprawił. Dziewczyna wykazała dużo więcej zrozumienia niż Gabriela mogłaby się kiedykolwiek spodziewać. Pod koniec rozmowy śmiały się już zupełnie wesoło, odkładając swoje troski i problemy na dalszy plan. Zwiedzać Tropical Island poszły już w zupełnie dobrych nastrojach, a ich wesołość potęgowała jeszcze obecność czarującego, jak zawsze, Eryka. Ku radości Gabrieli, nawet Daniel gdzieś zniknął. Dobry humor dziewczyny mącił jedynie snujący się za nimi jak cień, z ponurą, gradową miną, Cahir. Pół dnia spędzili łażąc bez celu po kompleksie. Eryk, ubrany w białą koszulę i niebieskie jeansy odmówił jakiegokolwiek pływania czy innych wodnych rozrywek, ale dziewczyny nic sobie z tego nie robiąc beztrosko pluskały się w słonej, niby-oceanicznej wodzie. Wampir siedział na złotej plaży, z zainteresowaniem przyglądając się ich spontanicznej, niewinnej radości. Cahir podszedł do niego, zrezygnowany, siadając na piasku. – Czego od niej chcesz? – zapytał ponuro przeszywając go chłodnym spojrzeniem swoich niesamowitych, czarnych oczu. – Dlaczego nie zostawisz jej w spokoju? Eryk nie odwrócił się w jego stronę. Wciąż wpatrywał się w rozbawione dziewczyny. – Fascynuje mnie – odpowiedział cicho wampir. – Z jakiegoś powodu uważasz ją za swoją własność. Czemu? Cahir skrzywił się. Słysząc słowa Eryka uświadomił sobie, że tak jest naprawdę. Gabriela była jego i nic innego nie miało znaczenia, ale czy rzeczywiście? Dziewczyna dokonywała własnych wyborów, niekoniecznie takich, jakie on sam by zaakceptował. Kochał ją, ale jego miłość była czysto egoistyczna. Uważał, że ponieważ darzy Gabrielę uczuciem, ona musi to uczucie odwzajemniać. Więc dlaczego tak się nie działo? – Nie wiem – przyznał szczerze, a w jego głosie słychać było rozpacz i gniew. – Ona jest tą jedyną, potrzebuje jej – dodał jakby na własne usprawiedliwienie. Eryk roześmiał się. Obrzucił chłopaka zagadkowym spojrzeniem. – A co jeżeli ona tego nie chce? Zmusisz ją? – zapytał. – Nigdy! – warknął Cahir, rozwścieczony sugestią wampira. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tropical Island opuścili dopiero kiedy zaszło słońce. Ku zdziwieniu wszystkich, na dworze czekały na nich pękające z dumy wilkołaki. Daniel kompletnie zignorował chłopaków i wsiadł do samochodu, Eryk także. Cahir i Gabriela jednak przywitali się z nimi przyjaźnie, a Natalia nieśmiało spoglądała na Maurycego zza ramienia nowej przyjaciółki. Chłopak wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, a ona oblała się szkarłatnym rumieńcem. Nagle Cahir pchnął Gabrielę na ziemię, zasłaniając ją sobą. Maurycy, już jako rudy wilk, odepchnął na bok Natalię. Nad ich głowami przeleciała kula żywego ognia. Z powietrza, w ich stronę zbliżały się niewyraźne sylwetki. Każda z nich miała rozłożyste, ciemne skrzydła. Wyglądały jak anioły, anioły ciemności. Cahir podniósł się z ziemi, pomagając wstać Gabrieli. – Illi’andinn – syknął. – Czego oni tu chcą?! Stanął tak, żeby zasłaniać sobą dziewczynę, stado wilków stanęło tuż za ich plecami. Zielone oczy Gabrieli wpatrywały się w przybyłe istoty, próbując przebić panujący na parkingu półmrok. Dookoła, poza nimi samymi, nie było żywego ducha. Dziewczyna czuła otaczającą ich magię, widziała zbliżające się tłumnie sylwetki. Byli odcięci od świata i otoczeni. Nagle po jej prawej stronie znalazł się Daniel. Położył jej rękę na ramieniu. – Nie waż się drgnąć – wyszeptał rozkazująco. – Nic nie mogą nam zrobić – dodał pewnym głosem. Kiedy postacie wylądowały na ziemi, stanęła przed nimi dystyngowanie wyglądająca kobieta. Kasztanowe włosy miała zaplecione w gruby, sięgający pasa warkocz. Gabriela spostrzegła w jej oczach niebezpieczne błyski. Widziała z jaką nienawiścią i pogardą patrzy na Daniela. Cahir stanął bezpośrednio przed nią, obrzucając ją ponurym spojrzeniem. Nikt inny się nie poruszył. – Co tu robi gwardia? – zapytał cichym, groźnym tonem. Kobieta roześmiała się. Była naprawdę rozbawiona. – A jak ci się wydaje, Synu Cienia? – zwróciła się do Cahira, w jej głosie jednak pobrzmiewał niejaki szacunek. – Widzę, że zrobiliście sobie dość dziwaczną wycieczkę. Macie – chrząknęła – ciekawe towarzystwo. Po drodze udało wam się złamać przynajmniej połowę postanowień paktu. Gestem dłoni przywołała jednego z otaczających ich ścisłym kręgiem mężczyzn. Bez wahania podszedł do kobiety i stanął u jej boku. – Pani? – spytał, jakby celem jego życia było spełnianie jej poleceń. – Wilkołaki bez stada, wyrok śmierci – powiedziała tonem, jakby mówiła o tym, z czego zrobi na obiad sałatkę. Wyraźnie chciała mówić coś dalej, ale Cahir bez wahania wszedł jej w słowo. – Oni mają stado – powiedział uśmiechając się ponuro. – To moje wilkołaki. Nie słyszałem, żeby to było zakazane… Spojrzała na niego groźne. Chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją stojący koło niej mężczyzna. – Zrodzony z Cienia ma rację, pani – powiedział odrobinę niechętnie. – Nikt nigdy nie wymyślił takiego prawa, a to dlatego, że on jest pierwszym Illi’andinn, który potrafi przemieniać się w wilka… – Wiem to Juliuszu – syknęła nieprzyjaźnie. – Gdyby nie był taki wyjątkowy, Rada już dawno temu przestałaby tolerować jego wybryki. Tym razem mu nie odpuszczę! – Więc pewnie będziesz pierwszą osobą, która tu zginie, Dannie – wtrącił się nieoczekiwanie Daniel. – Chłopak czuje się odpowiedzialny za swoje stado i będzie ich bronił za wszelką cenę. Kobieta obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Wyraźnie nie tego się spodziewała. – Nie po to przybyłaś – odezwał się cicho Eryk, który dopiero teraz wyszedł z cienia. – Od pilnowania porządku są Łowcy. Po co tu jesteś pani kapitan? – zapytał spokojnym, grzecznym tonem. – Darujmy sobie niepotrzebne groźby i przejdźmy od razu do setna sprawy. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok Eryka. – Czemu mnie nie uprzedziłeś o jego obecności tutaj? – zapytała stojącego obok mężczyzny. – Mówiłem pani, że jest z nimi wampir – odpowiedział niepewnie. Pokręciła niedowierzająco głową. – Nie ważne, to nie ma znaczenia – westchnęła. – Masz rację, nie jestem tutaj po to, żeby załatwiać urzędowe sprawy czy dokonywać egzekucji na niższych formach życia – pogardliwym spojrzeniem obrzuciła wilkołaki. – Przybyłam tu po córkę Matta Cuttberta. Z wami rozmówię się później. – Czego chcesz od Gabrieli? – warknął coraz bardziej zirytowany Cahir. – To nie twoja sprawa – odpowiedziała mu wyniośle – wiedz jednak, że grozi jej niebezpieczeństwo. Jeżeli nie pójdzie z nami, umrze. – Zamierzacie ją chronić? Dziewczyna może i jest córką Illi’andinn, ale nie należy do naszej rasy – powiedział ponuro Daniel. – Czemu się nią przejmujecie? – Zrodzony z Cienia wie dlaczego, prawda Cahir? – zapytała jakby rozbawiona, a chłopak niechętnie skinął głową. – Zabieram dziewczynę, z resztą rozliczymy się później. – W takim razie ja też idę z wami – powiedział stanowczo Cahir. – Nie zostawię jej samej. – O nie mój drogi, sam podjąłeś się innego zadania – roześmiała się kobieta. – Zresztą nie jesteś nawet Łowcą, nie masz prawa iść z nami, Chłopak zacisnął dłonie w pięści, spojrzał na nią z nienawiścią. Daniel wzruszył ramionami. Uśmiechnął się do stojącej przed nimi kobiety naprawdę czarującym uśmiechem. – W takim razie ja pójdę – oznajmił pogodnie, a z jego łopatek w jednej chwili wyrosły olbrzymie, szare skrzydła. Kobieta spojrzała na niego niedowierzająco, jednak tylko skinęła głową. Daniel chwycił niczego niespodziewającą się Gabrielę w ramiona i wzbił się w powietrze, a wraz z nim, ku niebu wzleciały wszystkie otaczające ich kręgiem postacie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir bezradnie wpatrywał się w pociemniałe niebo. Jego dłonie same zacisnęły się w pięści. W czarnych oczach szalał ogień. Czuł jak jakaś niewidzialna dłoń nieprzyjemnie zaciska mu się na gardle. Zabrali od niego Gabrielę, a on kompletnie nic nie mógł na to poradzić. Może by nawet uszedł z życiem, gdyby próbował walczyć z całą armią, ale ucierpiały by na tym wilkołaki, Natalia i Daniel, a być może również Gabriela, którą za wszelką cenę pragnął chronić. Dannies, kapitan gwardii Illi’andinn, jedna z ważniejszych osób w Radzie, w jakiś sposób poznała tajemnicę dotyczącą dziewczyny. Cahir nie miał pojęcia jak się dowiedziała. Gabriela, jak jej matka i młodsza siostra, była jasnowidzącą. W swoich snach potrafiła zobaczyć rzeczywistość, zarówno to co dzieje się w danej chwili jak i to, co dopiero ma się wydarzyć. Cahir nie był do końca pewien czy dziewczyna sama zdaje sobie z tego sprawę. Zaczął się zastanawiać czy to z tego powodu groziło jej niebezpieczeństwo, szybko jednak odrzucił tą możliwość. Magia, którą wyczuwał w powietrzu była zbyt potężna. Wrogowie zbyt silni, żeby zainteresowała ich taka błahostka. Musiało chodzić o coś jeszcze. Chłopak odwrócił się do, ciągle stojących za jego plecami, wilkołaków. Maurycy stał, opiekuńczo obejmując ramieniem Natalię. Pozostali niepewnie rozglądali się na boki. Eryka nigdzie nie było widać. Cahir obrzucił ich wściekłym spojrzeniem, to właśnie przez nich musiał tu zostać. Starał się zapanować nad ogarniającym go gniewem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę, w najmniejszym stopniu nie jest to ich wina. – Co zrobimy? – po długich minutach ciszy ośmielił się zadać pytanie Maurycy. – Udamy się do Irlandii, tak jak planowaliśmy – oznajmił cicho Cahir, a w jego głosie słychać było jakąś dziwną, mroczną determinację – tylko, żeby było szybciej, polecimy z Berlina samolotem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela otworzyła oczy. Leżała na, stojącej w rogu dużego pokoju, krwistoczerwonej kanapie. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Pamiętała tylko, że była wściekła na Daniela, za to, że ją zabrał, a potem w jej umyśle była już tylko ciemność. Rozejrzała się dookoła. Ściany pomieszczenia, w którym się znajdowała, zbudowano z szarego kamienia, pozostawionego w całej swojej surowości. Ozdobione były jedynie w niektórych miejscach czerwonymi draperiami. Zupełnie jak w średniowiecznym zamku. Pod przeciwległą ścianą pokoju stał drewniany, długi stół, a przy nim kilka krzeseł. Podłogę wyścielał puchaty, brązowy dywan. Na jednym z krzeseł siedział wygodnie rozparty Daniel, który z drwiącym uśmiechem wpatrywał się w elegancko ubraną, chodzącą niespokojnie po pokoju, kobietę. – Czemu się w to wmieszałeś, Danielu Maes? – zapytała ponurym głosem nieznajoma – Myślałam, że teraz współpracujesz z Radą, zamiast działać na naszą niekorzyść. Jej gruby, brązowy warkocz podskakiwał w takt niespokojnych kroków. W jej oczach Gabriela widziała mieszaninę zadziwienia i urazy. – Nie przyszło ci do głowy, że miałem ochotę cię trochę podrażnić, Dannie? – zakpił blondyn. – Nie jestem aż taką idiotką, Danielu! – warknęła kobieta. – Do czego potrzebna ci dziewczyna? Dlaczego chcesz jej pilnować osobiście? Blondyn prychnął. Na jego twarzy zagościł nieprzyjemny, koci uśmiech. – Na twoim miejscu martwił bym się raczej czym innym – odpowiedział niemal pogodnie. – Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli spadnie jej włos z głowy, będziesz miała małą, prywatną wojnę z dwójką czysto krwistych? Nie sądzę, żebyś wtedy długo pożyła, Dannie. Nawet ty się przed nimi nie obronisz. Możesz pogrywać z Cahirem, ale nie z Mattem. Kobieta spojrzała na  niego wściekłym wzrokiem. – Już ci mówiłam, że dostałam polecenie, żeby ją chronić – syknęła nieprzyjemnie. – Nie wiem tylko, gdzie jest w tym wszystkim twoje miejsce, Danielu. Nienawidzisz jej ojca przynajmniej tak samo mocno jak ja. Czemu zależy ci na dziewczynie? – Niczego się ode mnie nie dowiesz, pani kapitan – roześmiał się blondyn. – Nie zamierzam zdradzać ci moich tajemnic. Nasza dyskusja dobiegła końca, Dannie. Żegnam. Gdyby ta, elegancko ubrana, kobieta potrafiła zabijać wzrokiem, Daniel z pewnością już by nie żył. – Zapłacisz mi za to Danielu – warknęła wściekle, po czym, trzęsąc się ze zdenerwowania, wyszła z pokoju. Blondyn roześmiał się w głos. Najwyraźniej igranie z tą kobietą dostarczało mu wiele przyjemności. Gabriela dopiero teraz odważyła się usiąść. Spojrzała oskarżycielsko na Daniela. – Gdzie my do cholery jesteśmy? – zapytała oskarżycielskim, nieprzyjemnym tonem. Mężczyzna spojrzał na nią, a w jego jadowicie zielonych oczach zobaczyła gniew. W jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Chwycił ją za nadgarstki i przycisnął jej ręce do oparcia kanapy. Gabriela poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Zaczęła odczuwać strach. Daniel był zbyt szybki, zbyt silny. Trzymał jej ręce tak, że zaczęła odczuwać ból. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak niebezpieczny może być ten mężczyzna, a tutaj, nikt jej przed nim nie obroni. – Nie będziesz się do mnie zwracała tym tonem – syknął. – Zrozumiałaś? – Daniel… – zaczęła cicho. Blondyn wykręcił jej rękę do tyłu, tak, że w oczach dziewczyny stanęły łzy. – To nie Cahira powinnaś się bać, tylko mnie – powiedział cichym, złowieszczym tonem. – Zrozumiałaś? – powtórzył pytanie. – Tak – jęknęła cicho, nie na żarty przestraszona Gabriela. – Świetnie – oznajmił puszczając jej ręce, a ona natychmiast odsunęła się jak najdalej od niego, na sam brzeg krwistoczerwonej kanapy. – Jesteśmy w Manhain, najlepiej strzeżonej z istniejących twierdz Illi’andinn. Gabrieli nic ta nazwa nie mówiła. Równie dobrze mogli znaleźć się w piekle, a jej nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Siedziała przez chwilę w milczeniu, trawiąc przedstawione jej rewelacje. W końcu jednak odważyła się zadać nasuwające się jej natrętnie pytanie. – Naprawdę nienawidzisz mojego ojca? – spytała cichym, ponurym głosem. – Jak nikogo na świecie – odpowiedział Daniel, nie patrząc na nią. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mimo późnej pory przez Berlińskie lotnisko przewijały się tłumy ludzi. Samolot do Dublina odlatywał o szóstej rano, jakimś cudem udało im się nabyć na niego bilety. Ze stolicy, do Kilkenny nie było już tak daleko, zwłaszcza jeżeli mieliby pobiec jako wilki, albo w wypadku Cahira, po prostu polecieć. W chłopaku wszystko się niemal gotowało. Był wściekły, a jednocześnie czuł się cholernie bezradny. Dziękował w duchu, że przynajmniej Gabriela nie została zupełnie sama, w końcu był z nią chociaż Daniel, jakkolwiek kiepskim towarzystwem by nie był. Kiedy tylko wysiedli z samolotu Cahir przekazał wilkołakom krótkie instrukcje, a sam nie czekając na nic, rozwinął czarne jak noc, olbrzymie, nietoperzowate skrzydła i niezauważony przez nikogo, wzbił się w powietrze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Na przedmieściach Kilkenny, średniowiecznego Irlandzkiego miasteczka, stała ładna, pomalowana na biało, wiktoriańska willa. Otoczona była ogrodem, w którym rosły głównie dzikie, pnące róże. Były tam też owocowe drzewa, krzewy i mały, skalny ogródek. Tył podwórka był zarośnięty chaszczami, sprawiając sobą dziwne wrażenie celowości, jakby ktoś specjalnie zostawił takie właśnie miejsce – raj do zabaw dla dzieci. Oczywiście była też huśtawka, taka z prawdziwego zdarzenia, drewniana, powieszona na gałęzi dorodnego włoskiego orzecha o rozłożystych konarach. Na drewnianym, prostym ganku stała ciemnobrązowa ławka, na której można było usiąść, żeby z tej perspektywy oglądać ogród i zachodzące nad domami słońce. Było koło godziny dziewiątej, kiedy drzwi willi uchyliły się, tylko na tyle, żeby wypuścić na dwór złotowłosą dziewczynę, a właściwie już kobietę. Tak naprawdę patrząc na nią, ciężko było określić jej wiek. Wyglądała na młodą, nie nosiła na sobie żadnego widocznego piętna starzenia się, ale jej oczy… Oczy w kolorze wiosennego nieba były głębokie i mądre. Każdy uważniejszy obserwator spostrzegłby, że kobieta jest zbyt młoda by w ten sposób patrzeć na świat. Postać wyszła, niemal wymknęła się z domu i usiadła na ławce okrywając się popielatym, polarowym kocem. Wyraźnie na coś czekała, pogrążona we własnych myślach, zbyt cierpliwa, żeby wstać i zacząć niespokojnie chodzić, jak na jej miejscu uczyniłoby większość oczekujących na jakieś wydarzenie ludzi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Był chłodny, ale słoneczny poranek. Cahir nie pamiętał już, kiedy ostatni raz latał. Teraz znów powróciło pragnienie tego niesamowitego uczucia rzeczywistej, niczym nie hamowanej wolności. Za bardzo jednak martwił się o Gabrielę, żeby tak po prostu, beztrosko móc się nim rozkoszować. Leciał prosto do jednego, ściśle sprecyzowanego celu – wiktoriańskiej, białej willi na przedmieściach Kilkenny. Kwadrans po godzinie dziewiątej wylądował przed domem, składając swoje ogromne, czarne jak noc skrzydła, które zniknęły jakby w otoczce srebrnej mgły nie zostawiając nawet śladu po swoim istnieniu. Natychmiast spostrzegł siedzącą na ganku kobietę, która zerwała się na jego widok. Stał, nie potrafiąc zrobić ani jednego kroku i po prostu patrzył na nią. Tak źle czuł się z tym, że ją… ich zostawił. Był przekonany o słuszności tego co zrobił, wiedział, że było to koniecznie, bał się jednak, że zobaczy wyrzut i potępienie w jej oczach. Podbiegła do niego, oplatając jego szyję ramionami. Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Po prostu przytulił ją mocno, czule obejmując ramionami. – Czekałaś na mnie? – spytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie ją od siebie odsuwając. Uśmiechnęła się radośnie, uśmiechem dla Cahira, tak boleśnie podobnym do uśmiechu Gabrieli. Skinęła głową. – Oczywiście, że czekałam – powiedziała cicho. – Dawno cię u nas nie było – westchnęła głosem, w którym jednak nie było wyrzutu, za to znacznie trudniejsze do zniesienia od nich, ból i tęsknota. – Wejdziesz do środka? – Tak – odpowiedział nie spuszczając z niej wzroku. – Muszę z nim porozmawiać, potrzebuję jego pomocy. – Coś się stało? – spytała zaniepokojona. – Nie wiem – odpowiedział cicho, utkwiwszy w ziemi spojrzenie niesamowicie czarnych oczu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedzieli przy drewnianym stole, w dużej, jasnej kuchni, kiedy do pomieszczenia wbiegł mały, ciemnowłosy chłopiec. Na oko mógł mieć może z siedem lat. Przystanął zaskoczony, wlepiając w Cahira dziecięce spojrzenie szaroniebieskich oczu. Zaraz za nim pojawił się młody mężczyzna z małą, złotowłosą dziewczynką na rękach. Uśmiechnął się ciepło do siedzącej przy stole kobiety, a Cahir zdziwił się, kiedy i jego obdarzył równie ciepłym, pogodnym uśmiechem. Kiedy tamten postawił córeczkę na podłodze wstał i uścisnęli sobie w przyjaznym geście dłonie. To był jego dom i chłopak boleśnie zdał sobie sprawę, jak dawno go w nim nie było. – Cahir, nie miałeś jeszcze okazji poznać naszych najmłodszych dzieci – uśmiechnęła się wesoło Eliza – To Julia – przedstawiła sadzając sobie patrzącą na nią wyczekująco dziewczynkę na kolanach – i Mark – wskazała nieufnie obserwującego Cahira chłopca. – Mamo, to on mieszka z wujkiem Danielem? – spytał niepewnie Mark, jakby chciał sobie wszystko poukładać w swojej małej, dziecięcej głowie. – Tak, kochanie, to właśnie on – odpowiedziała pogodnie dziewczyna, tuląc do siebie córeczkę. Cahir spojrzał zaskoczony na chłopca. Potem przeniósł spojrzenie na Elizę. – To Daniel tu bywa? – spytał zaciekawiony. – Jest u nas dość częstym gościem – skrzywił się Matt. Eliza przewróciła oczami maskując irytację wesołym śmiechem. Wstała od stołu oddając mężczyźnie dziewczynkę. Zaczęła krzątać się po kuchni przygotowując śniadanie. – Więc dlaczego Gabriela go nie znała? – spytał coraz bardziej zainteresowany tematem. – Mieliśmy ku temu powody – odparł Matt tonem znaczącym, że Cahir niczego więcej się na ten temat nie dowie. – A teraz może ty nam powiesz, co tu właściwie robisz? Chłopak wzdrygnął się na to pytanie. Do tej pory nie myślał o tym, w jaki sposób przekazać to co miał do opowiedzenia. Postanowił streścić wszystko jak najprościej. – Zatrzymała nas gwardia, pani kapitan miała ze sobą przynajmniej setkę Illi’andinn – powiedział gorzko. – Oznajmiła, że Gabrieli grozi niebezpieczeństwo, a potem zabrała ją ze sobą. Jest z nią Daniel, mnie nie pozwoliła pójść. Cahir podskoczył na odgłos tłukącej się porcelany. Eliza wypuściła na kremowe kafelki podłogi trzymany w rękach, pomalowany w drobne, niebieskie kwiatki talerz. Spojrzenie Matta stało się złowrogie i zimne. – Manhaim? – zapytał tylko, a kiedy Cahir potwierdził skinieniem głowy, wcisnął mu w ramiona lekko wystraszoną dziewczynkę, a sam natychmiast wyszedł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wykuta w skale twierdza była ponurym miejscem, stylizowanym na średniowieczny, warowny zamek, co zupełnie nie przypadło Gabrieli do gustu. Jeszcze bardziej irytowało ją, że Daniel chodził za nią jak cień. Naprawdę żałowała, że to nie Cahir przyleciał tu z nią. Całą sobą marzyła tylko o jednym – żeby znaleźć się w domu. Już nawet jej własny honor nie stał na przeszkodzie, żeby przyznać się rodzicom, jak wielkim błędem był wyjazd do Polski. W pewnym momencie ciało dziewczyny przeszyło przenikliwe zimno. Zadrżała. Spojrzała w zaniepokojoną twarz Daniela. Coś było nie tak i on także o tym wiedział. Chłód, który ogarnął Gabrielę przenikał jej ciało do kości, jakby ubranie, a nawet jej własna skóra nie stanowiły żadnej osłony. Wyrwana z zadumy podniosła głowę i zdała sobie sprawę, że na szybach szron namalował piękne zimowe wzory. To nie byłoby dziwne, byli przecież tak wysoko, a na dodatek w górach, tyle, że szronu jeszcze przed minutą tam nie było! Gabriela zaczęła dygotać. Przysunęła się do Daniela. W dłoniach mężczyzny uformowała się kula żywego, błękitnego ognia. Wypuścił ją z ręki, pozwalając jej unosić się nad ich głowami, rozjaśniając półmrok korytarza. Dziewczyna zdążyła zobaczyć jedynie wyraz zaskoczenia na jego twarzy, kiedy płomienie, nie gasnąc, zupełnie jakby były wodą, zamieniły się w sople lodu i roztrzaskały o posadzkę, w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stali. To samo stało się z wszystkimi, oświetlającymi korytarz płomieniami lamp. Gabriela nie miała jednak czasu do namysłu, ponieważ Daniel ciągnął ją za sobą, ukrytym w mroku korytarzem. Biegł tak szybko, że dziewczyna ledwo dotrzymywała mu kroku. Z trudem oddychała. Niezdrowy rumieniec pojawił się na jej i tak czerwonych z zimna policzkach. Potknęła się, ale Daniel nie pozwolił jej upaść, podniósł dziewczynę i zmusił do dalszego biegu. Zatrzymali się dopiero przed olbrzymim, prowadzącym na kamienne schody łukiem. Mężczyzna zaczął siarczyście przeklinać. Ich drogę zagradzała rozpięta w przejściu tafla lodu. Wykuszowe, obronne okna, były zbyt małe, żeby się przez nie przedostać. Zostali uwięzieni w lodowato zimnym korytarzu. Gabriela drżała. Temperatura obniżała się coraz bardziej. Daniel ściągnął z siebie sportową bluzę, okrywając nią dziewczynę, a potem przyciągnął ją do siebie. Przylgnęła do niego szczękając zębami. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że mężczyzna był gorący. Biło od niego jakieś dziwne ciepło. – Cholerna Dennies – warknął. – Zadufane w sobie demony uważają, że w Manhain jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, a w tej chwili nie mają tu chyba nawet żadnego czystokrwistego. – Więc nic dziwnego, że bała się mieć tutaj Cahira – westchnęła Gabriela, nie zdając sobie sprawy, jak trafną uwagę rzuciła. Daniel spojrzał na nią zaskoczony, ale jednocześnie w jego oczach pojawiło się coś na kształt uznania. – Tak – odpowiedział – podejrzewam, że to właśnie dlatego. Możliwe, że gdyby się naprawdę postarał i nie zwracał uwagi na konsekwencje, byłby w stanie roznieść to miejsce w pył. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir uderzył pięścią w kuchenny stół, roztrzaskując go na kawałki. Przestraszona July schowała się za nogami matki. Mark patrzył na swojego przyszywanego brata zbolałym wzrokiem siedmiolatka, który rozumie więcej niż powinien. W czarnych, jak najciemniejsza noc oczach Cahira czaiły się gniew, frustracja i ból. W końcu jakby powrócił do rzeczywistości. Zakłopotany spojrzał na Elizę, popatrzył po twarzach dzieci. – Przepraszam – powiedział cicho, tonem wyrażającym skruchę i znacznie więcej niż tylko zwykły żal. – Ja nie chciałem… Eliza uśmiechnęła się do niego zrezygnowana. – Trudno, zjemy w salonie – oznajmiła, jakby zniszczenie stołu było w tym domu rzeczą naturalną i na porządku dziennym. Zaniosła do salonu tacę z kanapkami. Cahir chcąc nie chcąc poszedł za nią. Dzieci usiadły i jak gdyby nigdy nic zaczęły jeść śniadanie. Zrezygnowany chłopak usiadł na ciemnozielonej kanapie z wysokim oparciem i poręczami. – Czemu mnie ze sobą nie zabrał?! – wybuchnął nie mogąc już dłużej wytrzymać, tym razem jednak starał się, żeby w jego głosie nie było słychać gniewu. Eliza usiadła przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Poczuł się jak głupiutkie, małe dziecko. – Na pewno miał swoje powody – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. – Martwisz się o nią, prawda? – Nie potrafię inaczej – westchnął cicho. – Wiesz, że ją kocham. Zawsze ją kochałem – oznajmił, jakby to miało wszystko wyjaśnić. – Szkoda tylko, że ona mnie nie – dodał po chwili smętnym, zmęczonym głosem. Eliza podniosła na niego swoje głębokie, chabrowe oczy. – Czemu tak sądzisz? – zapytała łagodnie. – Wydawało mi się, że jest z tobą szczęśliwa… – Nie ze mną – prychnął, przerywając wypowiedź w pół słowa, jakby nagle zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo. W oczach dziewczyny pojawiły się niebezpieczne błyski. Cahir doskonale znał to spojrzenie. Widział je już tyle razy… te oczy nigdy jednak wcześniej nie były skierowane na niego. – Nie z tobą? – zapytała zwodniczo cichym tonem. Postanowił poddać się bez walki, tak było rozsądniej. Mimo to uznał, że uda mu się ze swojej wpadki wyciągnąć jakąś drobną korzyść, choćby zaspokojenia własnej ciekawości. – Informacja za informację – oznajmił uśmiechając się szelmowsko. – Ty mi powiesz dlaczego nie chcieliście, żeby Gabriela poznała Daniela, a ja opowiem ci o jej „cudownym” chłopaku – prychnął pogardliwie wymawiając ostatnie dwa słowa. Eliza zadrżała, ale skinęła głową. – Myślę, że czeka nas interesująca rozmowa – stwierdziła wstając z kanapy. Zebrała puste talerze po dzieciach, a Cahirowi podała wszystkie niezjedzone kanapki. Poczuł jak burczy mu w brzuchu. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Podczas gdy dziewczyna zniknęła w kuchni, coraz bardziej zainteresowane jego osobą dzieci usiadły przy nim na kanapie. Wreszcie, przełamując barierę leku i wstydu, July zaczęła go z dziecięcą szczerością wypytywać o wszystko co tylko przyszło jej do głowy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Coś wisiało w powietrzu. Prawa natury i fizyki nie działały tak jak powinny. Matt rozłożył czarne jak noc skrzydła, żeby zawisnąć w powietrzu. W górach zawsze panował mróz, a na tej wysokości powietrze było rozrzedzone, ale od bijącego z kamiennej, górskiej twierdzy chłodu bez trudu wyczuć można było magię. On nie był niczym naturalnym. Musiał pomyśleć, jak się niepostrzeżenie dostać do środka, ale nie miał na to wiele czasu, gdzieś tam w środku była jego Gabriela i całym swoim sercem pragnął jej pomóc. Podświadomie wyczuł źródło magii. Podleciał w kierunku obronnego muru. Cała, wiekowa twierdza wyglądała na zupełnie wymarłą. To nie było rzeczą normalną. Zazwyczaj wszędzie dookoła porozstawiani byli strażnicy. Setki, a nawet tysiące strażników. Nawet gryzoni, które przecież musiały być w skalnym zamku nie potrafił wyczuć. Przez chwilę pożałował, że nie zabrał ze sobą Cahira. Działo się coś bardzo niepokojącego. Już po chwili usłyszał spowolnione magicznym mrozem bicie dwóch serc. Nie zamierzał się teraz bawić w żadne subtelności. Odsunął się kawałek, tak, żeby nie zrobić im krzywdy i przy pomocy kuli ognia po prostu wysadził ścianę kamiennego korytarza w powietrze. Zdziwił się jak wielki opór zaklęta w zamku magia stawiała jego ogniowi. Zamiast wielkiej wyrwy w ścianie powstał jedynie mały otwór, który prawie natychmiast pokryła gruba warstwa lodu. Był silny, silniejszy od jakiegokolwiek żyjącego Illi’andin. To nie było możliwe, a jednak. Działo się i to na jego oczach. Tak, zdecydowanie powinien zabrać Cahira, dzieciak mógłby się tutaj wykazać. Spróbował ponownie i tym razem, zanim ściana całkowicie zamarzła, zdążył wśliznąć się do środka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Bijące od Daniela ciepło powoli zaczęło przygasać. Robiło się wokół nich coraz zimniej. Mroczny korytarz przerażał dziewczynę coraz bardziej. Po głowie snuły się jej paniczne myśli.  Zdała sobie sprawę, że jeżeli nic nie zrobią, to po prostu tutaj zamarzną. Po policzkach zaczęły spływać jej słone łzy, które natychmiast zamieniały się w maleńkie, przezroczyste sopelki lodu. – Cicho bądź, to nam w niczym nie pomoże – warknął na nią Daniel. – Nienawidzę, kiedy dziewczyny płaczą – mruknął odrobinę ciszej. Spojrzała na niego bezradnie. Nie wytrzymał tego spojrzenia, za bardzo przypominało mu inne, wpatrujące się w niego chabrowe oczy. Przytulił ją do siebie mocniej, nie pozwalając jej więcej podnieść głowy ze swojego torsu. – Dobra, płacz sobie jeśli już musisz – westchnął. Łzy nie przestały lecieć, ale mimo ponurej wizji na przyszłość, roześmiała się cichutko. Daniel przymknął oczy. Nie miał pojęcia dlaczego się w ogóle tutaj znalazł. To nie była Eliza, a do tego była córką tego skurwiela… Nagle usłyszeli hałas, coś jakby wybuch. Podmuch ciepłego powietrza wleciał do wnętrza korytarza, a wraz z nim odłamki kamieni i gruz. W korytarzu miast ciemności, zapanował półmrok, widocznie na zewnątrz musiało być jaśniej niż w środku budowli. Kolejny wybuch, tym razem mocniejszy, a potem do środka wcisnął się jakiś cień. Gabriela wyrwała się z objęć Daniela. Wszędzie, pośród najgłębszej nocy rozpoznałaby tego wysokiego mężczyznę. Oplotła ramionami jego szyję, niczym mała dziewczynka. – Tato! – wykrzyknęła z niesamowitą radością i ulgą. Mężczyzna przytulił ją do siebie, delikatnie pogładził jej złote włosy. Teraz na dobre się rozpłakała. – Cii – wyszeptał Matt. Powietrze wokół niego było gorące jak podczas letnich upałów. – Wszystko będzie dobrze. Wynośmy się stąd. Kiedy wreszcie była w stanie oderwać się od ojca, dostrzegła gniewne, nienawistne spojrzenie, którym obrzucał go Daniel. Powiedział jej prawdę, wyraźnie całym sobą go nienawidził. Natomiast spojrzenie, którym obdarzył go Matt, było pełne smutku i rezygnacji. Jakby od lat wiedział już, że nic nie da się z tym zrobić. – Wydostaniesz nas stąd? – spytała cichutko Gabriela, pełnym zaufania i wiary głosem. Uśmiechnął się do niej łagodnie. – Zasłoń ją – zwrócił się rozkazującym tonem do Daniela. Dziewczynie do tej pory nie przeszło przez myśl, że ktoś bezkarnie może się w ten sposób do niego odezwać, ale blondyn jedynie skinął głową. Chwycił Gabrielę i osłonił swoim ciałem, podczas gdy Matt wysłał kolejną kulę ognia w kierunku upartej, zamarzniętej ściany. Po drugiej, ognistej kuli, podłoga w korytarzu zaczęła się usuwać spod ich stóp. Pod nimi pojawiła się ciemność. Pustka, w której nic nie było widać. Coś na kształt pochłaniającej wszelaką materię czarnej dziury. Gabriela krzyknęła. Coś zaczęło ciągnąć ją w dół z upiorną siłą. Wyrwało ją z ramiona Daniela, a potem puściło i dziewczyna zaczęła spać w nicość. Matt rzucił się do niej, jednak było już za późno. Podłoga pod ich stopami przestała być czarna i przezroczysta. Znów była z litego kamienia. W odgrodzonym taflą lodu przejściu ku schodom pojawiła się ciemność. Lód w jednej chwili stopniał, a w powietrzu zaczęły unosić się niesamowite dźwięki, jakby chóry aniołów zstąpiły na Ziemię by zaśpiewać tutaj swą pieśń. Wszędzie pojawiły się przypominające cienie, ludzkie sylwetki. Stały nieruchomo, wskazując przezroczystymi dłońmi w kierunku przejścia. Ciemność rozjaśniła się, a wśród niej pojawił się zamglony obraz. Nieprzytomna Gabriela leżała na kamiennym ołtarzu, wokół którego rosły czerwone jak krew, nigdzie niespotykane kwiaty. „To ofiara krwi, Zrodzony z Ognia” – rozbrzmiał w powietrzu drwiący kobiecy śmiech. – „Możesz się wymienić, jeżeli masz taki kaprys. Przez bramę może przejść tylko ktoś, w czyich żyłach płynie ta sama krew, wrócić jednak może tylko jedna osoba. Jest mi obojętne czy zginiesz ty, czy twoja śniąca córka.” Potem wszystko ucichło tak nagle jak się zaczęło. Niematerialne postacie rozwiały się w chmurach dymu, obraz leżącej na marmurowym ołtarzu dziewczyny zniknął, a jedynym śladem wydarzeń była ziejącą z przejścia ciemność. Matt nie wahał się ani przez moment. W jednej chwili znalazł się przy wyglądającym jak czarna dziura przejściu. Stanął przed nim, zatrzymał się, a potem zaczął siarczyście przeklinać. Zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. – Czyżbyś zmądrzał? – spytał ironicznie Daniel. – Nie rzucisz się jej na ratunek kosztem własnego życia? Mężczyzna spojrzał na niego, a w jego szarych oczach był lód, znacznie chłodniejszy od tego, z którym zmierzyli się jeszcze tak niedawno w mrocznym korytarzu. Potem jego tafla jakby pękła. Ramiona Matta opadły, pięści dalej zaciskał w bezsilnym gniewie. – Nie mogę przejść przez barierę – wyszeptał cicho. – Gabriela nie jest moją rodzoną córką. – Jak to? – spytał Daniel nie rozumiejąc, a potem jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia i przerażenia. – Nie! – zaprotestował stanowczo. – To niemożliwe! Matt spojrzał na niego błagalnie. – Jeżeli kiedykolwiek kochałeś Elizę… – zaczął cicho. – Zamknij się! – wrzasnął Daniel przerywając mu wpół słowa, a potem skoczył, by zniknąć w magicznej, sprawiającej wrażenie niemal namacalnej, ciemności. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wieczorem, kiedy Eliza położyła rozbrykane dzieciaki spać, usiedli razem w przytulnym salonie, wiktoriańskiego domu w Kilkenny. Dziewczyna nie mogła przestać uśmiechać się na widok Cahira. Tak bardzo za nim tęskniła! Zresztą zawsze traktowała go jakby był jej rodzonym synem, najstarszym z jej własnych dzieci. – Ty pierwszy – powiedziała do niego stanowczo, a on nie potrafił się nie roześmiać. – Właściwie to nie ma o czym opowiadać – mruknął rozpierając się wygodnie na kremowej kanapie. – Pomagałem Danielowi z rozbrykanym stadem wilkołaków i potrzebowaliśmy jakiejś przynęty. Współpracował z nami pewien wampir… Jakoś tak wyszło, że zaprzyjaźnili się z Gabrielą, a potem ona stwierdziła, że woli jego ode mnie i tak zostało. – Cahir! – powiedziała z naganą w głosie Eliza, a chłopak spojrzał na nią lekko speszony. – No dobrze – westchnął. – W międzyczasie się trochę pogniewałem, bo wilkołaczy dzieciak, którego złapaliśmy z Danielem rzucił się na Gabrielę, a potem jeszcze zdenerwowało mnie to, że go pocałowała… To znaczy wampira nie wilkołaka – zaczął dość mętne tłumaczenie. – W każdym razie teraz ona się mnie tak jakby boi… – spojrzał na Elizę przepraszająco. – Ja ją kocham i kompletnie nie wiem co mam z tym dalej zrobić. Dziewczyna pokręciła głową. Uśmiechnęła się do niego łagodnie. Chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, bo do środka, ze spuszczoną głową i zamyślonym wyrazem twarzy wszedł Matt, burząc panującą w środku radość i beztroskę. Był sam, nie było przy nim Gabrieli. Eliza natychmiast zerwała się z kanapy, rzucając się w ramiona męża. Przytulił ją do siebie, opiekuńczym, zaborczym gestem. – Co się stało? – zapytała cicho. – Gdzie Gabriela? – Nie mogłem za nią pójść – powiedział przepraszająco. – Próbowałem, ale nie mogłem. W jego smutnym spojrzeniu, szarych oczu był brak jakiejkolwiek logiki. Wyglądało to jakby myślał o czymś zupełnie innym i z trudem skupiał się na otoczeniu. – Matt, co się do cholery stało? – niemal warknęła na niego Eliza. Nie chciała na niego naciskać, ale za bardzo martwiła się o córkę. Westchnął. Puścił ją i poddając się zupełnie opadł na kanapę. Natychmiast usiadła, przytulając się do niego. Patrzyła wyczekująco. Cahir, wyraźnie spięty, także z niecierpliwością i obawą czekał na słowa mężczyzny. – Znacie bajki dla dzieci? – spytał ni stąd ni zowąd. – Na przykład te braci Grimm? -Przytaknęli mu obydwoje. Żadne z nich nie wiedziało do czego właściwie Matt dąży, ale nie chcieli mu przerywać. – Może nie wszystkie, ale niektóre z nich są jak najbardziej prawdziwe… na przykład ta o Jasiu i Małgosi – westchnął. – Matt, z całym szacunkiem – Cahir starał się pohamować swój gniew – ale nie mamy ochoty słuchać bajek! Gdzie jest Gabriela? Czy nic się jej nie stało? Mężczyzna spojrzał na niego chłodnym spojrzeniem, takim, jakiego chłopak jeszcze nigdy u niego nie widział. – Jako dziecko byłeś znacznie mądrzejszy – syknął. Cahir pierwszy odwrócił wzrok. Eliza, która znacznie lepiej znała swojego męża, pociągnęła go delikatnie za rękaw czarnej koszuli. – Mów – poprosiła cicho. Matt skinął głową. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie. – Jakiś czas temu popełniłem poważny błąd, za który najwyraźniej przyszło mi płacić do dzisiaj – zaczął mówić cichym, poważnym głosem. Przymknął oczy. – Dawno temu podróżowałem po lasach Ameryki Północnej, tych, które już w dzisiejszych czasach nie istnieją. Znalazłem samotny, doszczętnie spalony dom w zgliszczach którego stał jakimś cudem nietknięty, duży piec, w jego wnętrzu było niemal doszczętnie spalone ciało. Chciałem je pochować, ale… – kontynuował smutno. – Widziałem już czarny, jednak nie tak straszne, jak kobieta, która żyła mimo takiego stanu. Wyciągnąłem ją stamtąd. Mijały godziny. Staruszka powoli dochodziła do siebie. To było okropne. Nie sądziłem, że może być jeszcze gorzej. Mijały dni, bardzo powoli staruszka zaczęła odzyskiwać zrujnowane ciało. Wraz z upływem czasu stan kobiety się poprawiał i rozumiałem ją coraz lepiej. Nauczyła mnie które rośliny i grzyby są jadalne. Żyło się nam całkiem spokojnie, a już wtedy byłem wykończony różnymi okrutnymi i bezsensownymi działaniami mojej rasy. Miałem dość nienawiści, zabijania i krwawych wojen. Pragnąłem, prawdę mówiąc, żeby te chwile trwały jak najdłużej, obawiałem się jednak, że tak nie będzie. Kiedy już zupełnie doszła do siebie, opowiedziała mi swoją historię. – Obydwoje słuchali uważnie. Żadnemu z nich, do tej pory, Matt nigdy nie opowiadał niczego ze swojej przeszłości. – Urodziła się w plemieniu Mglistej Góry, siedem lat po tym jak z krainy cofnęły się lody. W czternastym roku życia stała się kobietom. Gdy pojawiły się pierwsze krwawienia miesięczne zaczęła mieć widzenia i przeczucia. Początkowo były słabe. Mogła powiedzieć, kiedy zacznie padać i kiedy przestanie. Często była w stanie przewidzieć, gdzie należy polować. Co jakiś czas potrafiła nawet przewidzieć, który z wojowników zginie albo odniesie rany na polowaniu. Jej dar był dla plemienia bezcenny. Wkrótce przeniesiono ją do chaty szamana. W tym pełnym przywilejów życiu, inni zbierali za nią jedzenie, a ona wykonywała dzieło. Była urocza i każdy to widział. Niedługo trwało, nim jej wzrok zaczął często spoczywać na synu wodza, Auracu. On też na nią spoglądał. Wiedziała, że będzie dla niego dobrą żoną. On też to wiedział i okazał jej to pewnej rozgwieżdżonej nocy. Parzyli się jak króliki w czasie rui – uśmiechnął się ponuro – na szczycie skały, o której mówiono, że zapewnia urodzenie chłopca po takim uniesieniu. Ale nadeszła katastrofa. Plemię Rwącej Rzeki przybyło z nizin by zająć ich kraj. Po kilku takich potyczkach ich wódz odsunął widmo wojny, wydając Auraca za córkę wodza Rwącej Rzeki. Przeraziła się co zrobiliby członkowie plemienia, gdyby dowiedzieli się, co rośnie w jej brzuchu. Aurac też to wiedział. By uchronić się przed wyrzuceniem z wioski, sprytny Aurac ją wydał. Oznajmił, że widział, jak w nocy oddawała się złym duchom i słyszał jak obiecywały jej straszliwe moce i dziecko-potwora. Nie mogła przeżyć sama, chyba, że udałoby się jej odkryć moce większe od tych, które dawała krew miesięczna. Postanowiła rozlać najbardziej niewinną krew – westchnął smutno Matt. – Gdy urodziła syna, natychmiast pchnęła go noże. I moc przyszła, ogromna. – Eliza patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami. Nie do końca docierało do niej to o czym opowiadał jej ukochany. Jak można zabić własne dziecko? Cahir słuchał ze skupieniem na pobladłej twarzy. – Z wielkiej odległości nakazała, by ciało jej ukochanego pokryły czyraki, wrzody, otwarte rany i wszelkiego rodzaju ohydne pryszcze – nie przerywał opowieści Matt. – Kradnąc i składając  ofierze jedno dziecko rocznie, zawsze miała moc. Poświęcając dwoje w roku przestała się starzeć. Mijały lata. Plemię Mglistej Góry przeminęło, cierpiąc każde upokorzenie, jakim tylko mogła je dotknąć. Mijały wieki, a ona się nie zmieniała. Z wyjątkiem tego, że stawała się coraz potężniejsza i bardziej przebiegła. Pomagała tym, którzy byli dla niej mili. Tych, którzy byli choć trochę niemili, karała. Zawsze też prowadziła osobistą wojnę z ładnymi, młodymi książętami i innymi możnymi dżentelmenami. Była to jej ulubiona rozrywka, której oddawała się często i w niezliczonych wariantach. W owych czasach nie była jednak w stanie, oprzeć się urokowi przystojnych młodzieńców, tak jak kiedyś nie mogła oprzeć się Auracowi. Młode ciało ogarniają czasem żądze… więc zaczęła się starzeć. Ciągle toczyła swą wojnę, ćwiczyła się w rzemiośle, rujnując życie tym, którzy ją zawiedli i darząc łaską tych którzy jej słuchali. Zawsze oddawała duchom ich doroczną daninę. W końcu zmęczyła się obcowaniem z ludźmi. Skryła się w chacie w samym sercu lasu. Raz albo dwa razy w roku przystrajała ją ciastkami i słodkościami by zwabić przypadkowe dzieci. Czasami do następnych takich odwiedzin upływał rok, wtedy jej moce słabły. Tak się właśnie stało i tamtym razem. Dwójka dzieci pokonała ją i wepchnęła do pieca. Właśnie rozpoczynała długą podróż powrotną z krainy umarłych, gdy ją odnalazłem. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uznać, że grozi mi niebezpieczeństwo. Opowiedziałem jej o Illi’andin. To był mój największy błąd – westchnął cicho. – Uznała, że moja krew da jej znacznie więcej niż krew dzieci. Tyle, że ona też się przeliczyła, bo nie byłem aż tak łatwą ofiarą jak jej się zdawało. – Podniósł wzrok, spojrzał na Elizę, a potem na Cahira. – Kiedy spróbowała mnie zabić, ponownie spłonęła żywcem. Dla pewności pogrzebałem ją we wnętrzu czynnego wulkanu. Najwyraźniej jednak jej magia była silniejsza niż myślałem, bo jakoś się stamtąd wydostała. Ma znacznie większą moc niż miała wtedy… Schwytała Gabrielę i uwięziła ją gdzieś w przejściu między światem żywych, a umarłych. Zostawiła otwartą bramę i powiedziała, że mogę po nią pójść, bo jej wszystko jedno czyją krew dostanie, ale wyjdzie stamtąd tylko jedno z nas. – Odwrócił od Cahira wzrok. – Nie mogłem przejść przez to pieprzone przejście, ponieważ Gabriela nie jest moja córką. – Zostawiłeś ją tam? – sapnął oskarżycielsko chłopak. Nie był w stanie dłużej powstrzymać swojego gniewu. Matt przecząco pokręcił głową. – Nic nie mogłem zrobić. Daniel po nią poszedł – wyszeptał cicho. – Mógł przejść przez bramę, ponieważ w ich żyłach płynie ta sama krew. – Daniel? – wyszeptał niedowierzająco Cahir. Mężczyzna siedział ze spuszczona głową, Eliza spojrzała na chłopaka przepraszająco. – Chcieliśmy ci powiedzieć, ale… – zaczęła cicho. – Ale nie powiedzieliście! – warknął, gwałtownie wstając z kanapy i niczym podmuch jesiennego wiatru wybiegł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wiał lekki wiatr. Pełne czerwonych kwiatów pole falowało łagodnie. Dolina wyglądała jak rajski ogród. Daniel osłonił oczy przed rażącym słońcem. W oddali widział kamienny ołtarz. Skierował się bezpośrednio ku niemu. Szedł szybkim krokiem, ale zamiast przybliżać, ciągle się oddalał. Zaklął szpetnie. Rozwinął olbrzymie, szare skrzydła i wzbił się w powietrze. Tu działo się to samo. Im szybciej leciał, tym dalej był. Jak miał dotrzeć do tego pieprzonego ołtarza? Starał się nie myśleć. W głowie miał nieprzyjemny mętlik. Tyle lat milczeli… Eliza nic mu nie powiedziała. Uśmiechnął się do siebie ponuro. Doskonale wiedział dlaczego. Był kim był, a oni nie chcieli go w swoim życiu. Teraz, kiedy Gabriela miała dziewiętnaście lat, on sam i tak, na nic nie miał już wpływu. Wzdrygnął się zawisając w powietrzu. Na jedno jednak miał wpływ. Spojrzał w kierunku ołtarza. Sterta kamieni była w tym momencie jedynie majaczącym w oddali punkcikiem. Opadł na ziemię. Zamknął oczy. Stał w miejscu. – Krew z krwi – powiedział cichym szeptem. Kiedy otworzył oczy, był przy samym ołtarzu. Gabriela miała na sobie białą, zwiewną szatę. Leżała na twardym kamieniu, a jej twarz była bardzo blada. Łagodnie dotknął ramienia nieprzytomnej dziewczyny. Było zimne jak lód. Jakby nie żyła. Ona jednak otworzyła oczy. Usiadła. Spojrzała na niego zaskoczona. – Gdzie ja jestem? – wyszeptała. – Na południe od nigdzie i na wschód od gdziekolwiek – zakpił. Wpatrywała się w niego nie rozumiejąc, a on zdał sobie sprawę, że dziewczyna go nie poznaje. Nie było teraz na to czasu. – Chodź – wyciągnął do niej rękę. – Musimy się stąd wydostać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie! To nie było możliwe, ona nie mogła być jego córką! Nie Daniela! Tyle, że Cahir doskonale wiedział, że to prawda. Zdawał sobie sprawę, co niegdyś łączyło jego przybraną matkę z Danielem. Czas również się zgadzał. Chłopak zagryzł zęby. Pięścią uderzył z całej siły w kamienny mur. To był błąd. Zapomniał o swojej sile. Ściana rozpadła się na kawałki. Syknął wściekle. Dlaczego mu nie powiedzieli?! Zawsze do tej pory myślał, że Gabriela jest córką Matta, że będzie taka jak on, jak Eliza, w żadnym wypadku nie jak Daniel! Jednak te jej wiosennie zielone, niesamowite oczy. Mógł się tego domyśleć. Powinien był. Zadał sobie dręczące go, od kiedy tylko usłyszał tą rewelację pytanie. Czy to znaczyło, że już jej nie kochał? Nie, doskonale, boleśnie wręcz zdawał sobie sprawę, że to w najmniejszym nawet stopniu nie zmienia uczuć, którymi darzył dziewczynę. Rozłożył czarne, jak noc skrzydła, które pojawiły się znikąd i wzbił się w powietrze. Noc była krótka, a on musiał odnaleźć swoje wilkołaki. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela czuła strach. Nie wiedziała gdzie jest ani co się dzieje. W głowie miała pustkę. Nie była nawet pewna kim sama jest. Spojrzała w zielone oczy mężczyzny. Takie same, jak jej własne oczy. Wydawało się, że dobrze ją zna. Instynktownie postanowiła mu zaufać. Teraz szła u jego boku przez pole czerwonych kwiatów. W powietrzu unosił się cudowny, kuszący zapach. W końcu, po prawie godzinnej wędrówce, stanęli przed wysokim, kamiennym łukiem. Mężczyzna zatrzymał się. Niechętnie spojrzał na bramę, przez którą widać było jedynie jeszcze więcej czerwonych kwiatów. Potem odwrócił wzrok ku dziewczynie. – Przejdziesz przez łuk i znajdziesz się w zupełnie innym miejscu – oznajmił spokojnie. – Niestety nie mam pojęcia gdzie. – Wyjął z kieszeni telefon komórkowy, podał wpatrującej się w niego dziewczynie. – Wybierzesz ten numer i zadzwonisz. Powiesz im, że niczego nie pamiętasz, a oni ci na pewno pomogą. Gabriela pokręciła głową, cofnęła się chowając ręce za plecami. – A ty? – zapytała cicho. – Nie idziesz? Daniel roześmiał się. – Jeżeli znajdę jakiś sposób, żeby stąd wyjść, na pewno to zrobię – oznajmił drwiącym tonem. Nie zrozumiała. – Dlaczego nie możemy pójść razem? Skrzywił się. – To magiczne miejsce i może stąd wyjść tylko jedno z nas – stwierdził wzruszając ramionami. – Więc czemu ty nie pójdziesz? – Bo przyszedłem tutaj po ciebie – warknął na nią poirytowany. Dziewczyna usiadła na trawie. Utkwiła w nim przenikliwe spojrzenie zielonych oczu. – Co robisz? – zapytał. – Zostaję – oznajmiła. – Co?! – Nigdzie nie idę bez ciebie – odpowiedziała spokojnie. Mężczyzna westchnął, opadając przy niej na trawę. To będzie trudniejsze niż się spodziewał. Żałował, że nie może jej po prostu wepchnąć przez bramę, magia jednak nie działała w ten sposób. Wiedział też, że nie da rady jej tutaj zostawić. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza otworzyła drzwi, wpuszczając do środka, wiktoriańskiej posiadłości, wilkołacze dzieci i Natalię. Usiedli przy drewnianym stole w kuchni, z wdzięcznością przyjmując zaproszenie na domowy obiad. Cahir stał w drzwiach, patrząc na nią wściekłym wzrokiem. Podeszła do niego. Spojrzała niepewnie. – Nie rozumiem! – wyrzucił z siebie. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?! Uśmiechnęła się do niego smutno. – Nie chciałam, żeby Daniel się dowiedział – przyznała cicho. – On nie mógł się dowiedzieć! Nie podobała mi się też myśl, że Gabriela będzie wiedziała. – Ale dlaczego ja nie mogłem wiedzieć? – Pomyśl – warknął na niego Matt, stając tuż za plecami żony. – Sam chciałeś wrócić do Daniela. Zastanów się jak dużą miał nad tobą władzę, jako twój mentor. – Rozumiesz, dlaczego on się nigdy o tym nie dowiedział? – westchnęła zrezygnowana Eliza. Cahir przytaknął. Doskonale rozumiał. Zdawał sobie sprawę jak Danielowi ciężko było odejść od ich rodziny. Gdyby jeszcze dowiedział się o tym, że ma córkę… Gdyby chciał ją zabrać… Matt z pewnością by na to nie pozwolił, a to, prawdopodobnie oznaczałoby śmierć Daniela. To jego Eliza chciała chronić. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Zaklął. – Ona go nie zostawi – powiedział niemal histerycznie. – Okłamie ją – wzruszył ramionami Matt. Cahir przecząco pokręcił głowa. – Nie pomyśli o tym. Zostaną tam obydwoje. Eliza spojrzała Cahirowi w oczy. – Daniel coś wymyśli – stwierdziła stanowczo. – On jej nie rozumie – zaprzeczył chłopak. W jego ciemnych, niemal czarnych oczach, zapłonął ogień. Wyszedł na zewnątrz. Rozwinął czarne, jak heban skrzydła i wzbił się w nocne powietrze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Leżeli na zielonej trawie, otoczeni morzem czerwonych kwiatów, podziwiając krajobraz jak z barwnego malowidła. Daniel nie miał już siły z nią dyskutować. Dziewczyna należała do tych upartych, to trzeba jej było przyznać. Nie przemawiały do niej żadne, logiczne argumenty. Po kilku godzinach niebo pociemniało, mimo, że tak naprawdę nigdy nie było na nim słońca. Wiedział, że nie zostało im wiele czasu. Był przekonany, że gdyby go pamiętała, nie zawahałaby się ani chwili. W ciągu tych kilku godzin zdążył się jednak przekonać, jak niewiele przypomina sobie Gabriela. Wiedziała jak ma na imię, znała podstawowe rzeczy, ale wszyscy dookoła byli dla niej obcy. To nie wróżyło niczego dobrego, ale to już nie jego problem. Do niego należało jedynie przekonanie jej, żeby przeszła przez tą cholerną bramę. Potem zostanie sobie tutaj na zawsze, a raczej dopóki wiedźma nie zorientuje się, że została oszukana i wcale nie ma tego, czego chce. Był pewien, że wówczas po prostu go zabije. Nagle zobaczył, że ktoś ku nim idzie. Podniósł się gwałtownie. Gabriela usiadła. Spojrzała na niego pytająco. Daniel wskazał na zbliżającą się postać. Zaskoczony rozpoznał smukłą sylwetkę Eryka. Co do cholery robił tutaj wampir?! Młodzieniec podszedł do nich. Uśmiechnął się do dziewczyny, która natychmiast schowała się za plecami Daniela. Eryk spojrzał na nią zaskoczony. – Co się stało? – zapytał zamiast wyjaśnić co właściwie w tym miejscu robi. – Nie ważne – warknął na niego mężczyzna – co tutaj robisz?! Jak się do tego miejsca dostałeś? Wampir roześmiał się. – Przyszedłem was zmienić – wyjaśnił. – Piłem zarówno twoją jak i jej krew. I tak jestem już martwy, więc przejście przez bramę jako ostatni raczej mnie nie zabije. Oczy Daniela rozszerzyły się ze zdumienia. Technicznie rzecz biorąc, Eryk miał rację. W każdym razie bez znaczenia było czy zabije go portal czy czarownica. Chwycił Gabrielę za rękę i pociągnął w stronę łuku. – Idź – rozkazał. Spojrzała na niego nieufnie, ale tym razem nie protestowała. Nie puszczając jego dłoni, przeszła przez bramę, a on podążył za nią. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie obejrzała swoją lekko przybrudzoną, białą sukienkę. Zaczęła zastanawiać się co tutaj właściwie robi. Przejrzała się w tafli jeziora. Jej niebieskie, duże oczy lśniły niczym dwa szmaragdy. Złote loczki okalały dziecięcą twarzyczkę. Wyglądała niemal jak porcelanowa lalka. Lalka! Jak ona marzyła o tym, żeby mieć własną lalkę! Taką prawdziwą, w sukience i płaszczyku. Głos jej to obiecał. Powiedział, że jeżeli wykona polecenia, które jej szeptał, to odnajdzie JEGO, a ON da jej nie tylko lalkę, ale i piękne sukienki, kotka i co tylko będzie chciała. Rosie musiała posłuchać głosu. To było jej przeznaczenie. Podniosła do góry swoje blade rączki. – No, musisz tam gdzieś być – wyszeptała ponaglająco. Potem jej drobną twarzyczkę rozjaśnił uśmiech triumfu. Znalazła! – Chodź do mnie – zamruczała. Przez jakiś czas nie działo się nic, a potem na zielonkawej tafli jeziora zaczęły pojawiać się zmarszczki. – Jeszcze tylko troszeczkę – mówiła do siebie dziewczynka, jakby dodając samej sobie sił. Na powierzchnię wody wyskoczył duży kawałek drewna, a potem zaczął płynąć ku brzegowi. Im bardziej się zbliżał, tym łatwiej można było w nim rozpoznać zarys trumny. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie miał pojęcia gdzie są. Była to sporych rozmiarów komnata, na której kamiennych ścianach, wisiały czerwone, podarte draperie. W pokoju stało trochę zniszczonych mebli. Uwagę mężczyzny przyciągnął kominek, w którym wesoło podskakiwały płomienie. Nieopodal ognia stał wysoki, skórzany fotel. Dopiero po chwili rozpoznał w półmroku siedzącą w nim, znajomą sylwetkę. Cahir zerwał się z miejsca, w ułamku sekundy podbiegając do nich. – Gabi! Nic ci nie jest? – zwrócił się pełnym troski głosem do złotowłosej dziewczyny. Gabriela zachowała się instynktownie, chowając za plecami Daniela. Mężczyzna westchnął cierpiętniczo. Smarkula w ogóle nie przypominała siebie. Teraz bardziej przypominała spłoszona wiewiórkę niż krnąbrną, rozkapryszoną dziewuchę, jaką była wcześniej. Tylko dlaczego wolał właśnie tamtą… – Nie bój się, to Cahir, nie zrobi ci krzywdy – wyjaśnił spokojnie, odwracając się ku dziewczynie. – To nasz przyjaciel. Czarnowłosy chłopak spojrzał na nich pytająco, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ w pomieszczeniu pojawił się Eryk. Uśmiechnął się szelmowsko, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów. – Żyjecie? – upewnił się na wszelki wypadek. Gabriela kurczowo chwyciła się ręki Daniela, a on zrezygnowany, otoczył ją ramieniem. – Ona nic nie pamięta – odpowiedział na nieme pytanie Cahira. – Nie wie kim jest, ani co się z nią działo. Gdzie my w ogóle do cholery jesteśmy? – sam zażądał wyjaśnień. Mimo tego, że ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Gabrieli, tym razem to Cahir się uśmiechnął. – Witaj w ruinach zamku Camelot, Sir Danielu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Ogród? Polana? A może cmentarz? Nie stanowiło żadnej różnicy, gdzie właściwie się znajdował. Ważne w tym momencie było jedynie symboliczne znaczenie tego miejsca, a stanowiło ono swego rodzaju odcięte od świata zewnętrznego sanktuarium. Matt stanął na zielonej trawie, niewielkiej polany, tuż przy linii drzew. Potem cierpliwie czekał. Mijały minuty i nic się nie działo, ale po chwili, w oświetlonym jasnym światłem księżyca, centrum polany, zaczęło coś się dziać. Jakby z tego właśnie białego światła, w powietrzu zaczął formować się przezroczysty kształt. W końcu stał się na tyle duży, by móc przybrać ludzką postać. Teraz, zamiast mgły, na polanie znajdowała się eteryczna, unosząca się lekko nad ziemią, skąpana w jasnej poświacie księżyca, przepięknej urody kobieta.  – Wieczna – mężczyzna skłonił się przed nią z szacunkiem. Obdarzyła go łagodnym, delikatnym uśmiechem. Jej głębokie oczy w kolorze rtęci, patrzyły na niego z czułością. Potem jednak spoważniała. – Przykro mi, wszyscy nie żyją. Z wściekłości zabiła całą Radę. Żaden z żołnierzy nie ocalał, a teraz chce dostać także i was. Matt z trudem panował nad własnym gniewem, z całej siły zacisnął pięści. Jeden po drugim, jak kwiaty, które zwiędły, umierała jego własna, ponadczasowa rasa. Mimo, że w wielu sprawach się z nimi nie zgadzał, nie popierał ich działań, to jednak… byli to jego ludzie! W szarych oczach mężczyzny było widać bezgraniczny smutek. – Czystokrwiści? – zapytał. Przecząco pokręciła głową. – Jest was teraz na świecie pięcioro – odpowiedziała zagadkowo – ale jedna istota jest niezwykła. – Bardziej niezwykła niż Cahir? – zaryzykował Matt. Mglista postać spojrzała na niego łagodnie. – Nie wyobrażasz sobie jak bardzo. – Czego ode mnie żądasz, Wieczna? – zapytał spokojnym już głosem. Kobieta znów obdarzyła go ciepłym, matczynym uśmiechem. – Ty już wykonałeś wszystkie swoje zadania Mattcie Cuttbert, od ciebie nie żądam niczego. – Nie będę stał z założonymi rękami, patrząc jak moja rasa ginie! – zaprotestował ostro mężczyzna. Poczuł jak to łagodne spojrzenie otacza go całego, niemal fizycznie czuł, jak wszystko w nim się uspakaja. Utonął w srebrnych, eterycznych oczach. – Widziałam widmo przyszłości. Skończył się czas Illi’andin, a nadszedł czas śniących. Jeżeli się wtrącisz, zginie cała twoja rodzina, a ty przeżyjesz, by mieć ich na sumieniu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir nie mógł tego znieść. Patrzył jak Gabriela śpi na starej, obitej wyblakłym materiałem sofie, zwinięta jak kociak, tuż przy siedzącym obok Danielu. Wbijał sobie do głowy, że jego mentor, właściwie przyjaciel… – chociaż takie myślenie od zawsze przychodziło mu z trudem – był przecież jej biologicznym ojcem. No tak, tylko, że przecież dziewczyna o tym nie wiedziała. W obecnej chwili nie zdawała sobie sprawy w ogóle z niczego… W progu pojawił się Eryk, wyraźnie w dobrym humorze z czego Cahir wywnioskował, że wampir uzupełnił zapas świeżej krwi. Gabriela otworzyła oczy, a blondyn podszedł do kanapy i uśmiechnął się do niej promiennie. – Dobrze spałaś? – zapytał przyjemnym, aksamitnym głosem. Cahir w tym momencie najchętniej przebiłby go kołkiem, uciął mu głowę czy coś w tym stylu. Zazdrość budziła się w nim za każdym razem na nowo, gdy tylko Eryk pojawiał się w pobliżu. To chyba była jedyna dobra strona tego, że Gabriela nic nie pamięta. Zapomniała również o wampirze. Musiał jednak przyznać, że prawdopodobnie to właśnie jemu dziewczyna zawdzięcza życie, bo jak bardzo chciałby temu zaprzeczyć, to jednak wiedział, że bez Eryka by sobie nie poradził. Gabriela ziewnęła. Przeciągnęła się rozkosznie. – Tak, dziękuję – odpowiedziała odwracając się ku Danielowi, jakby chciała sprawdzić, czy na pewno tam jest. W jej życiu był Eryk, w jej życiu był Daniel i tylko jego, Cahira, w życiu dziewczyny nie było. Nie mając pojęcia, jak długo jeszcze jest w stanie nad sobą panować, odwrócił się od sielankowego obrazka i wyszedł na wielki, prowadzący ku schodom do wewnętrznego, zamkowego ogrodu, balkon. Zamek Camelot… Legendarna siedziba Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu… Wybrał to miejsce specjalnie. Było zagubione, nikt go nie znał, nikt z żyjących o nim nie słyszał, poza tym leżało na wyspie, no i było magiczne… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Ogród, mimo, że zaniedbany, uważnego obserwatora przekonywał o swej dawnej wspaniałości. Pod pokruszonym murem wiły się krzewy róż, gdzieniegdzie rosły niespotykane gatunki karłowatych drzew, które wyglądały tak, jakby na wiosnę obsypane miały być powodzią kwiatów, przy obecnie porośniętej chwastami ścieżce, co jakiś czas poustawiane były stare, kamienne ławki. Gabriela szła przez to niesamowite miejsce, starając się nie wywoływać zbędnego hałasu. Zatrzymała się dopiero, gdy zobaczyła smukłą, siedzącą na ławce sylwetkę. Na jej widok chłopak podniósł głowę tak, że jego burza czarnych włosów zafalowała, opadając mu niesfornie na oczy. Obdarzył dziewczynę pytającym spojrzeniem. Uśmiechnęła się do niego blado. Usiadła przy nim. – Podobno to ty nas uratowałeś – odezwała się nieśmiało, kompletnie nie przypominając tonem głosu dawnej siebie. – Tak jakby – mruknął niechętnie Cahir. Gabriela podeszła i usiadła przy nim. – Daniel mówił, że się przyjaźniliśmy – wyznała zaniepokojona. Chłopak skinął głową, nie spuszczając wzroku z jej jadowicie wiosennych, zielonych oczu. Zobaczył, jak na jej twarzy pojawia się ulga. – Mam nadzieję, że nie przyjaźniliśmy, a przyjaźnimy dalej – przyjął dobrą minę, do złej gry Cahir. Uśmiechnęła się do niego promiennie, tak, że aż go to zabolało gdzieś w środku. Potem jednak jej twarz spochmurniała. – Bardzo chciałabym pamiętać – wyznała cicho. – Nie martw się, jakoś sobie z tym poradzimy – obiecał, nieświadomie dotykając leżącej na kamiennej ławce, ręki dziewczyny. Zdziwił się, kiedy wsunęła dłoń w jego palce i położyła mu głowę na ramieniu. – To było coś więcej niż przyjaźń, mam rację? – zapytała cichutko. – Daniel nie chciał mi niczego powiedzieć, ale ja to po prostu czułam! – nagle podniosła wzrok, jakby się czegoś wystraszyła. – Tylko nie mów mi, że jestem w tobie beznadziejnie i bez wzajemności zakochana! Cahir odwrócił wzrok. Tak bardzo chciał jej powiedzieć, że to co mówi, to prawda! Całym sobą pragnął znów trzymać ją w swoich ramionach, całować jej usta, ale zwyczajnie nie mógł jej okłamać. – Tak naprawdę, to wystraszyłaś się, zerwałaś ze mną, a potem umawiałaś się z Erykiem – wyznał niechętnie. – Z Erykiem? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Kiedy ja przy nim kompletnie niczego nie czuję! – oznajmiła pewnym głosem, a Cahir poczuł, jak jego serce gwałtownie przyspiesza. – To znaczy jest bardzo miły i w ogóle, ale to nie to… nie to samo co przy Tobie – wyjaśniła, dotykając jego policzka i zmuszając go, żeby na nią patrzył. – Poza tym czego się przestraszyłam? – zapytała mniej pewnie. – Mnie – wyznał szczerze, wbrew sobie, Cahir. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela nie była w stanie tego zrozumieć. Nikt nie chciał jej niczego wyjaśniać. Nie powiedzieli jej dlaczego mieszkają w tej starożytnej ruinie zamku, ani kim jest Maurycy, chłopak, który na jej oczach przemienił się z rudego wilka w człowieka. Nie zamierzali jej niczego tłumaczyć. Daniel im zabronił, a oni wszyscy słuchali go jak karne dzieci. Nawet Natalia, dziewczyna, która podobno była jej szkolną przyjaciółką, o niczym teraz nie chciała Gabrieli powiedzieć. Najgorszy ze wszystkiego był Cahir, który nie zaprzeczył, kiedy spytała otwarcie czy ją kocha, ale cały czas trzymał ją na dystans. W najmniejszym stopniu jej się to nie podobało. Irytował ją również zawsze pełen kurtuazji, nadskakujący jej przy wszystkim Eryk. Sprawiało jej przykrość pełne bólu spojrzenie Cahira. Kiedy miała swoje „ja”, swoją pamięć, czy naprawdę mogła być aż taka ślepa, by tego nie zauważyć? Nie zamierzała się poddawać. Dołączyła do stojącego przy jednym z ogromnych, skierowanych ku wzburzonej wodzie zatoki, okien, Cahira. Podeszła tak blisko, by mogli zetknąć się ramionami, nie odsunął się, ale niemal fizycznie czuła, jak chłopak toczy w sobie wewnętrzną walkę z chęcią, aby ją objąć. Nie rozumiała, dlaczego tego nie zrobi. – Czemu tu jesteśmy? – zapytała. – Ponieważ tu jest bezpiecznie – wyjaśnił spokojnie. – Przed czym się chowamy? – nie zrozumiała. – Kiedy dowiedziałem się, że Daniel jest twoim ojcem… – wypalił bez zastanowienia. Dziewczyna odsunęła się od niego, robiąc wielkie oczy, ze zdumienia. – Co?! Cahir lekko pobladł na twarzy. – Przepraszam, ja… – ale Gabriela nie dała mu dokończyć, bo kiedy te słowa unosiły się z jego krtani, ona już biegła przed siebie szerokim, zamkowym korytarzem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Szok wystarczył by przypomniała sobie wszystko. Teraz biegła jak opętana kierowana tylko jedną myślą – miała ochotę komuś przyłożyć, a w każdym razie przynajmniej wywrzeszczeć prosto w twarz, co o nim myśli. Jak oni mogli jej to zrobić?! Jeżeli Cahir mówił prawdę, a nie miała wątpliwości, że tak właśnie było to… Nie, taka sytuacja nie mieściła jej się w głowie. Okłamywali ją przez całe życie?! Zatrzymała się dopiero przed prowadzącymi do jednej z lepiej zachowanych komnat drzwiami. Tu się uspokoiła. Teraz rozumiała bezsens swoich niektórych zachowań. Czuła się jakby wydoroślała. Nie zamierzała popełnić kolejny raz tych samych błędów. Rodzice z pewnością mieli jakiś powód, ale on… Daniel go nie miał! Weszła do pomieszczenia spokojnym krokiem i stanęła za wysokim, skórzanym fotelem. Siedzący na nim mężczyzna podniósł znad książki pytające spojrzenie. – Czy jesteś moim biologicznym ojcem? – zapytała wielki wysiłek woli wkładając w to, żeby grać swoją rolę. – Kto ci to powiedział? – zapytał, a jego głos był jeszcze chłodniejszy niż zwykle. – Cahir, niechcący… – odezwała się próbując nadać głosowi drżenie, które, jak pamiętała przewijało się przez jej życie w ciągu kilku ostatnich dni. Daniel zazgrzytał zębami. – Zabiję smarkacza! – oznajmił wkurzony. – Więc to prawda? – Gabriela nie musiała udawać, że blednie. Mężczyzna spojrzał na nią wiosennie zielonymi oczami. Z niechęcią skinął głową. – Sądzę, że nigdy bym się o tym nie dowiedział – przyznał – ale do tej krainy, tam, gdzie byłaś, mogła wejść za tobą tylko osoba, w której żyłach płynie ta sama krew. No więc okazało się, że twój ojciec, ten prawdziwy, nie mógł tam za tobą wejść, mimo, że próbował – mruknął ponuro Daniel. Wzruszył ramionami. – Wtedy dowiedziałem się, że jesteś moją córką. Gabriela sama nie była pewna dlaczego, ale poczuła się lepiej z tym, że on nie wiedział. – Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę – westchnęła, a chęć mordu i cała złość przemieniła się w zalewającą ją powodziową falą, cichą melancholię. Odwróciła się i bez słowa wyszła z komnaty. Może i Daniel był jej biologicznym rodzicem, ale nigdy, przenigdy nie będzie jej ojcem, przynajmniej nie w tym znaczeniu tego słowa i doskonale o tym wiedziała. Jednak, mimo wszystko, poszedł po nią, nie zostawił jej tam samej. Przypomniała sobie, jak chciał, żeby wyniosła się stamtąd. Nie zwracał uwagi na to, że ceną prawdopodobnie było jego własne życie. Tak, Daniel był zagadką, a ona postanowiła pozwolić mu zachować swoje własne tajemnice. Uznała, że tak będzie najlepiej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir podszedł do niej. Usiadł tuż obok, na starej, marmurowej ławce. Ogród. Kiedyś musiało to być naprawdę piękne miejsce, ale teraz, mimo pozostałej tu magii, nie było ani przyjemne, ani wygodne. – Przejdziemy się? – zaproponował. Gabriela bez słowa wstała, obdarzając go bladym uśmiechem. Nie odzywając się do siebie wyszli na skąpaną w świetle księżyca plażę. Nagle Cahir zatrzymał się, chwytając za ramię dziewczynę. Przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie. Zacisnął palce na jej ręce, a ona poczuła, jak ogarnia ją cień. Zupełnie, jakby przestała należeć do tego świata. Spojrzała w kierunku, w którym patrzył chłopak. Nad brzegiem morza zobaczyła Eryka. Stał i rozmawiał z dwiema, smukłymi postaciami. Dziewczyna nie słyszała słów, zbyt cichych, a na dodatek zagłuszanych przez szum wiatru i hałas, rozbijających się o brzeg, morskich fal. Po chwili postacie rozmyły się, a on został sam. Postał jeszcze chwilę, wpatrując się w bezkresne morze, a potem odwrócił się i zaczął iść w kierunku zamkowych murów. Cahir nie ruszał się, do momentu, kiedy wampir zniknął z ich pola widzenia. Dopiero potem odetchnął, wyswabadzając ramię Gabrieli. – Co się stało? – zapytała zaciekawiona dziewczyna. – Nic – szepnął chłopak, ale brzmiało to tak, jakby mówił sam do siebie.  – Cahir – warknęła na niego – jeżeli w tym momencie mi nie powiesz, to przyrzekam, że… Nagle spojrzał na nią zupełnie inaczej. Uśmiechnął się szeroko. – Wróciłaś? – zapytał. Speszyła się odrobinę, skinęła głową. – Skoro już wiesz, to teraz możesz mnie wreszcie przytulić? – poprosiła, spuszczając wzrok. Roześmiał się. Podniósł ją z piasku i okręcił dookoła. Przylgnęła do niego najmocniej, jak potrafiła, a on chłonął cudowny zapach jej włosów. – Wracajmy – szepnął po długiej chwili milczenia – tu nie jest bezpiecznie. Dziewczyna odsunęła się odrobinę. Spojrzała mu w oczy. – O czym rozmawiały wampiry? – spytała rzeczowo. – Lepiej będzie, jeżeli ci tego nie powtórzę – westchnął. – Dlaczego? – znowu z trudem powstrzymała się przed warknięciem na niego. – Ponieważ jesteś dziewczyną Eryka – oznajmił gorzko. Spojrzała na niego zaskoczona. Potem uśmiechnęła się szelmowsko. – Lubię go, naprawdę – wyznała szczerze – ale właściwie, to jakbyś tego nie nazwał, byłam „jego dziewczyną” tylko po to, żeby cie wkurzyć – przyznała. – Teraz już nie chcesz? – spytał sarkastycznie Cahir. – Nie, teraz już nie chcę – oznajmiła zupełnie poważnie, wspinając się na palce i całując go w usta. Porwał ją w ramiona, przyciągając jak najbliżej siebie. Z pasją odwzajemnił pełen żaru pocałunek Gabrieli. Teraz dopiero poczuła, że to za tym tak bardzo tęskniła. To właśnie bliskości Cahira w jej życiu najbardziej brakowało. I nie miało znaczenia czy był wilkiem, demonem czy kimkolwiek innym. Po prostu go kochała. Za nic konkretnie i za wszystko. Całą sobą była mu wdzięczna za to, że jest. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedzieli we trójkę przy kominku, zajmując dwa, stare, obite skórą fotele, które już dawno powinny się rozsypać, a jednak, w dalszym ciągu trwały, tak jak to całe niepokojące miejsce. Gabriela skuliła się koło Cahira, a on obejmował ją ramieniem. Daniel zaniepokojonym wzrokiem patrzył to na jedno, to na drugie. – Więc te informacje są prawdziwe? Wampiry mówiły prawdę? – spytał cicho Cahir. – Zabiła setki Illi’andin? Daniel niechętnie skinął głową. – Nie ma już Rady, więc wszystkie stworzenia będą robiły to, co im się podoba. – Wzdrygnął się mimowolnie. – Co zapewne oznacza wojny wilkołaków i wampirów, a pewnie jeszcze gorzej. – Czy czarownica nie będzie ścigała również nas? – zaniepokoiła się Gabriela, którą pokrótce wtajemniczyli już w temat. – Będzie – odpowiedział jej ponuro Cahir – dlatego znaleźliśmy się właśnie tutaj. Zamek Camelot jest magicznym miejscem, do którego złe moce nie mają wstępu. – Nawet jeżeli to prawda i ona nie da rady się tutaj dostać, to przecież nie możemy siedzieć w tym miejscu wiecznie! – zirytowała się dziewczyna. – Na razie nie mamy wyjścia – odpowiedział jej spokojnie Daniel. – Poza tym pojawił się jeszcze jeden problem. Co zamierzasz zrobić z Erykiem? – Jak to co? – nie zrozumiała Gabriela. – Nie pozbędziesz się go tak łatwo. On nie jest człowiekiem – wyjaśnił. – Prawdopodobnie będzie rościł sobie do ciebie jakieś prawa. Może się zrobić bardzo, bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza teraz, kiedy nie ma nam kto pomóc. Zielone oczy dziewczyny zalśniły. – Nie wierzę ci! – oznajmiła stanowczo. – Nie Eryk! On jest… Cahir westchnął. Przytulił ją do siebie mocniej. – Obyś nie miała okazji przekonać się, dlaczego tak nienawidzimy wampirów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie miała tej głupiej kobiety szczerze dość! Przecież to miało być takie proste! Uwolnić ją z tej przeklętej trumny i zaprowadzić tam gdzie trzeba, ale nie… Ta idiotka musiała komplikować wszystkie jej plany. Dziewczynka ze wstrętem na porcelanowej twarzyczce przyglądała się, jak wampirzyca dopija resztę krwi z szyi kolejnej, omdlałej niewiasty. Zaczęła po dziecięcemu, niecierpliwie przestępować z nogi na nogę. – Anabello, czy możemy już iść? – poprosiła po raz kolejny. – Ktoś na nas czeka. Bursztynowe oczy tamtej zabłysły złowieszczo. – Nie będziesz mi rozkazywała, dziewczynko! – oznajmiła jakby zła, ale też odrobinę rozbawiona. No pięknie! Jeżeli tak dalej pójdzie, to nici z nowej lalki! No cóż, najwyraźniej nie miała wyboru… Anabella krzyknęła. Jej sięgające pasa, brązowe włosy zafalowały. Wampirzyca osunęła się na podłogę, zasłaniając rękami głowę. – Czy teraz możemy już iść? – spytała Rosie, uśmiechając się ponuro. Wampirzyca skinęła głową, patrząc na dziecko z nienawiścią. Teraz, nareszcie, wszystko szło zgodnie z planem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela stała w zrujnowanym, zarośniętym chwastami, a jednak ciągle pamiętającym o swej dawnej świetności ogrodzie i wpatrywała się w pogrążone w półmroku plecy Eryka. Coś było nie tak, ale nie mogła uwierzyć w to, że Cahir i Daniel naprawdę mogli mieć rację. W końcu się do niej odwrócił. – Jesteś tego pewna? – spytał cicho. Jego blada, przystojna twarz, była teraz nieprzeniknioną maską. Dziewczyna skinęła głową. Był jej przyjacielem. Nie chciała do siebie dopuścić myśli, że się myli. – Przepraszam, Eryku – mruknęła spuszczając wzrok. Podszedł do niej. Spojrzał jej w oczy. Jego smukła dłoń odnalazła jej rękę. Zbliżył się. Zobaczyła, jak wysuwają się jego białe, ostre zęby. Przez chwilę poczuła strach, a potem usłyszała groźne warczenie. Eryk cofnął się. Puścił jej rękę. – Porozmawiamy o tym później, bez publiczności – oznajmił, a potem jakby rozpłynął się w ciemności. – Co to miało być?! – warknęła rozeźlona Gabriela, na wysuwającego się z krzaków, rudego wilka. Maurycy przybrał swoją ludzką postać. Spojrzał na nią przepraszająco. – Wybacz, nie miałem pojęcia, co krwiopijca zamierza, a Cahir kazał mi ciebie pilnować i… Dziewczyna przewróciła oczami. Nie było sensu obwiniać tego chłopaka. Nie miał wyjścia i musiał wykonać każde polecenie, które wydał mu przywódca stada. Ona jednak nie musiała, a co więcej – wcale nie zamierzała. Obdarzyła Maurycego wymuszonym uśmiechem. – To nie twoja wina – westchnęła, jednak w jej wiosennie zielonych oczach pojawiła się groźba. – Za to z Cahirem z pewnością sobie porozmawiam. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Natalia wpatrywała się we wzburzone morskie fale. Minął już niemal tydzień od kiedy przybyli na tą wyspę, szaleńcza wyprawa, jej spalony dom, bestie rodem z horrorów, które na dodatek stały się jej przyjaciółmi. W dalszym ciągu nie potrafiła się pozbierać i poradzić sobie z całym, kamiennym murem, który się na nią zawalił. – Przepraszam… – niewielka postać pociągnęła ją za rękaw bluzy. Dziewczyna spojrzała na nią szczerze zaskoczona. Ta zapomniana przez ludzi i bogów wyspa podobno była miejscem tajemniczym i nikt nie miał do niej dostępu. Nawet ona sama czuła jej potężną, drzemiącą we wnętrzu ziemi, magię. Skąd więc wzięło się tutaj to dziecko i co najważniejsze, kim ta mała była? – Tak, kochanie? – spróbowała odezwać się w miarę spokojnym głosem. Dziewczynka obdarzyła ją pobłażliwym uśmiechem. – Zaprowadzisz mnie do zamku? – poprosiła. – Muszę z kimś porozmawiać. To bardzo ważne – dodała nagląco. O nie, z pewnością nie zachowywała się jak kilkuletnie dziecko, co do tego Natalia nie miała żadnych wątpliwości. Nie miała jednak pojęcia co robić, więc tylko skinęła głową. Dziewczynka ufnie chwyciła ją za rękę, a potem razem udały się w kierunku ruin zamku.  ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie miała już dość. Co oni sobie myśleli? Dlaczego traktowali ją w ten sposób? Z miejsca poczuła antypatię do kucającego przy niej wampira. Czystokrwisty również ją denerwował, najbardziej jednak tym wiecznym zmartwieniem i nieudolną chęcią pomocy. Co do Natalii, to była taka… taka nijaka! A co jeżeli głos się mylił? Co jeżeli jest nie tam gdzie trzeba? Rosie z całej siły zagryzła zęby, żeby się nie rozpłakać. To było po prostu nie fair! Ruina zamku w której się znalazła, jej zniszczona sukienka i te bezużyteczne osoby, które w niczym jej nie pomogą. – O co chodzi? – usłyszała zupełnie nowy głos. Do pomieszczenia wszedł wysoki, jasnowłosy mężczyzna. Towarzyszyła mu dziewczyna o włosach i oczach tej samej barwy co jego. Wyglądali na bardziej rozbawionych niż zaskoczonych czy zmartwionych. – Więc to ten wasz wielki problem? – zadrwiła blondynka, podchodząc do Rosie bez wahania. – Jak masz na imię? – spytała małej, jakby mówiła do rówieśniczki, a nie do małego dziecka. – Jestem Rosie – przedstawiła się dziewczynka, wpatrując się w wiosennie zielone oczy swojej rozmówczyni. – Ja mam na imię Gabriela – przedstawiła się tamta. – Nie podoba mi się twoja sukienka – stwierdziła lustrując ją wzrokiem. – Mi też nie – przyznała spokojnie mała. – Może pójdziemy coś na to poradzić, a oni niech sobie tutaj sami rozwiązują swoje problemy, co ty na to? – zaproponowała. Rosie ochoczo skinęła głową. Ciemnowłosy chłopak napiął się jak struna. Z jego niemal czarnych oczu wyczytała niepokój. – Idę z wami – oznajmił. Gabriela obrzuciła go chłodnym spojrzeniem. – Nie, nie pójdziesz – odezwała się z groźbą w głosie. Rosie spodobało się to zdecydowanie. Blondyn wzruszył ramionami, w dalszym ciągu wyglądał na rozbawionego. – W takim razie ja pójdę – odpowiedział obojętnie. Tym razem dziewczyna skinęła głową, w geście niemego  przyzwoleniu. Wzięła Rosie za rękę i we trójkę opuścili urządzoną w starym stylu komnatę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wzruszył ramionami. Było mu wszystko jedno kim jest ich mały gość, choć podejrzenia, które żywił, były przynajmniej ciekawe. Uśmiechnął się do siebie, patrząc, jak natarczywie Gabriela wypytuje dziecko. Mimo lekceważącego zachowania „na pokaz” sama musiała być przynajmniej równie ciekawa co reszta. On nie był. Przeciągnął się, leniwie opadając na zadaszone baldachimem łoże. Dziwna sprawa. Mimo, że sam zamek popadł w ruinę, nie było w nim ani odrobiny kurzu, śladów pajęczyn czy obecności szczurów. Zupełnie jakby właściciel wyjechał na weekend i już za chwilę miał wrócić. Daniel nie rozumiał i wcale nie chciał rozumieć takiej magii. – Co tutaj robisz, Rosie? – kontynuowała wiązankę pytań Gabriela. Dziewczynka nie wytrzymała. Spojrzała błagalnie na wyciągniętego na łóżku mężczyznę. – Czy to wszystko naprawdę aż takie ważne? – spytała, wygładzając fałdy zbyt długiego swetra, który miała teraz na sobie. Uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. – Właściwie to nie – stwierdził pogodnie – musisz jej wybaczyć. Ona po prostu jest ciekawa. Czy jest jakaś rzecz, o której powinniśmy wiedzieć? Rosie przez chwilę się zastanawiała, a potem skinęła głową. – Przyprowadziłam ze sobą rozwiązanie waszego problemu – oznajmiła zadowolona. Daniel i Gabriela spojrzeli na nią zaskoczeni. – Co masz na myśli? – nie dał się wyprowadzić z równowagi mężczyzna. – Chcesz ją poznać? – spytała niewinnie. Mężczyzna usiadł na łóżku i skinął głową. Dziewczynka podeszła i wzięła go za rękę. Daniel chcąc nie chcąc wstał i poszedł za nią. Gabriela bez wahania do nich dołączyła. Wspólnie wyszli z zamku, a potem udali się, tuż przy jego murach, to porośniętego chaszczami, niewielkiego budynku. Rosie zaprowadziła ich do piwnicy. – Zostawiłam ja gdzieś tutaj – wyjaśniła przepraszająco, odpowiadając na ich nieme pytania. Zeszli na dół po kamiennych, wąskich schodach. Nagle, bardziej wyczuli niż usłyszeli, jakieś poruszenie. Coś rzuciło się na nich. Daniel zareagował błyskawicznie. Stanął temu czemuś na drodze, zasłaniając sobą Gabrielę i Rosie. Z jego pleców w jednej chwili wyrosły olbrzymie, szare skrzydła. W dłoniach mężczyzny pojawił się miecz. W strugach padającego z dworu światła ujrzeli smukłą sylwetkę. To co ich zaatakowało było kobietą, a raczej mocno wygłodzoną wampirzycą. Teraz zbliżała się do Daniela sycząc, zawiedziona tym, że cel nie okazał się aż tak prostą zdobyczą, jak miała nadzieję. – Anabello, natychmiast przestań! – odezwał się rozkazujący głos Rosie, zza pleców Daniela. – Jestem głodna!- warknęła wampirzyca. Dziewczynka spojrzała na nią lodowatym wzrokiem, błękitnych oczu, a tamta odsunęła się w milczeniu. – To ukochana lorda Eryka – wyjaśniła, tym razem niepytana. – Była martwa i pochowana na dnie jeziora, a ja ją ożywiłam – oznajmiła spokojnie. – Eryk? – Anabella, która przed chwilą wyglądała na mocno obrażoną, nagle się ożywiła. – Jest tutaj? – zapytała pełnym nadziei głosem. Daniel sam nie wiedział dlaczego, odwrócił się do Rosie i podniósł ją z podłogi, wygodnie opierając ją sobie na biodrze. Dziewczynka nie protestowała. Jej oczy badawczo wpatrywały się w jego twarz. Uśmiechnął się do niej leniwie. – No mała, wygląda na to, że możesz się nam całkiem przydać. Rosie rozpromieniła się, zarzucając drobne ramionka na jego szyję. Gabriela roześmiała się, a kiedy wyszła z piwnicy nie mogła przestać się śmiać. – Co cię tak rozbawiło? – zapytał Daniel, stawiając Rosie na trawie. – Nie sądziłam, że tak szybko będę miała kolejną siostrzyczkę – wydusiła z siebie dziewczyna. Mężczyzna spojrzał na nią lekko skonsternowany i zaskoczony. – No co? – zapytała Gabriela. – Przecież to czystokrwista, prawda? Pojawiła się tak samo jak Cahir. – Czystokrwiści nie rodzą się dziewczynkami – odparował ostro Daniel. Gabriela przewróciła oczami. – Doskonale wiem, że zdajesz sobie sprawę kim ona jest – obstawała przy swoim dziewczyna. Mężczyzna już chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale nie dała mu dojść do słowa. – Nie powtórzę im swoich domysłów. Możesz być spokojny. Nie będą wiedzieli, jeżeli nie wpadną na to sami. Daniel zrezygnował. Jedynie skinął głową. Drobna dłoń Rosie, wcisnęła się w jego rękę. Zignorował to, nie odtrącając jednak dłoni dziewczynki. – Nie będą wiedzieli – mruknął ponuro. – Nie ma najmniejszych szans na to, żeby domyślili się sami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela stała na szczycie zamkowych murów, przyglądając się rozgrywającej się w dole scenie. Mimo odległości wyraźnie słyszała ich głosy. Eryk stał naprzeciwko Anabelli i wpatrywał się w nią pełnym niedowierzania, ale i uwielbienia wzrokiem. Nawet Rosie, która sprawiała wrażenie osóbki bardzo wścibskiej i nieczułej, zostawiła ich samych. – Myślałem, że nie żyjesz – odezwał się cicho wampir. – Bo tak było – przyznała patrząca na niego tęsknym wzrokiem kobieta. Gabriela odwróciła się, czując za plecami czyjąś obecność. Cahir wpatrywał się w spienione, morskie fale. – Jest ci przykro? – zapytał nie patrząc na nią. – Przykro? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Dlaczego miałoby być? – Eryk odnalazł swoją dawną miłość, a przecież ty i on… Nie dała mu dokończyć. Roześmiała się naprawdę rozbawiona. – Ja mam ciebie – przerwała chłopakowi Tym razem na nią spojrzał. – Więc już się nie gniewasz? – spytał z nadzieją. – Gniewam – odparła odwracając się z powrotem w stronę morza. – Ale to nie zmienia tego, co do ciebie czuję. Niemal fizycznie potrafiła wyczuć jego ulgę i radość. Oplótł ją od tyłu ramionami, a ona mu na to pozwoliła, opierając się wygodnie o jego tors. Czegokolwiek by nie myślała, jakkolwiek by się nie czuła w danej chwili, jak bardzo zła by na niego nie była, to i tak zawsze był właśnie on. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel siedział w wysokim, skórzanym fotelu, trzymając na kolanach drobną, złotowłosą dziewczynkę, w zdecydowanie za dużym, wyciągniętym swetrze, który otulał ją niczym sukienka. – Dostanę lalkę? – upewniła się po raz kolejny Rosie, której niebieskie oczy iskrzyły się niczym dwie gwiazdeczki. Mężczyzna przewrócił oczami, ale widać było, że przekomarzanie się z dzieckiem sprawiało mu wyraźną przyjemność. – Kiedy skończy się ten cały bałagan i wreszcie się stąd wyniesiemy, napadniemy na cały sklep z zabawkami – zaproponował poważnym głosem. – Zabijemy sprzedawcę, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz. Rosie roześmiała się cichutko, ale siedząca nieopodal Gabriela zgromiła go wzrokiem. – I uważasz, że planowane morderstwa są rzeczą bardzo wychowawczą? – spytała na pozór spokojnie. Daniel westchnął cierpiętniczo. – No dobrze, zmiana wersji – oznajmił. – Zwiążemy sprzedawcę na zapleczu, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz – poprawił ich niecny plan. Dziewczynka przemyślała to przez chwilę, a potem obrzuciła Gabrielę ponurym spojrzeniem. – No dobrze, jeżeli tak bardzo jej zależy – mruknęła, moszcząc się wygodniej, jak mały kotek. Milczący do tej pory, wyglądający przez wysokie okno Cahir, podszedł do nich z ponurym wyrazem twarzy. – Wszystko świetnie – odezwał się posępnym tonem – tylko byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy mieli pojęcie, co powinniśmy zrobić. – Nie możemy się ukrywać tutaj do końca życia – wtrąciła się cicho, skulona na kanapie, w pobliżu Maurycego i reszty stada Natalia. – Przecież nie musimy – odezwała się niespodziewanie, nagle ożywiona Rosie. Wataha, wampiry, Natalia, Daniel, Cahir i Gabriela – wszyscy zwrócili na nią zaciekawione spojrzenia. Dziewczynka skuliła się, jakby nagle spłoszona. – Co masz na myśli? – spytał podejrzliwie Cahir. – Illi’andin nie zagrażają czarownicy – wyjaśniła powoli – ponieważ są dziećmi Ziemi, której ona przeciwstawia się przy pomocy czarnej magii. To nie dotyczy jednak śniących, nie dotyczy Gabrieli. Ona nie ma takiej mocy, żeby ci przeszkodzić, jeżeli tylko byś chciała… – zwróciła się bezpośrednio do dziewczyny, niespecjalnie jednak cokolwiek wyjaśniając. – Problem w tym, że wszyscy musieliby się zaangażować, bo czarownica zebrała już całkiem sporą armię… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir był wściekły. Ani odrobinę nie podobał mu się plan, który tak otwarcie miał narażać Gabrielę na niebezpieczeństwo. Mimo, że dał się namówić na to, by wrócili do Kilkenny, by opuścili bezpieczne schronienie, nie zamierzał jej tak po prostu puścić – samej przeciwko władającej potężną, czarną magią wiedźmie. – Nawet jeżeli zbierzemy armię, to i tak nie mamy szansy z nią wygrać, będzie nas zbyt niewielu – oznajmił z trudem powstrzymując warknięcie. – Przecież nie mamy z nimi wygrać, a odwrócić ich uwagę – tłumaczył cierpliwie Daniel. – Więc planujesz po prostu masową rzeź? – spytał niedowierzająco Cahir. Chłopak skierował swój wzrok na siedzącego od początku w ponurym milczeniu Matta. – Pozwolisz mu na to? – syknął pretensją. Mężczyzna podniósł wzrok, jakby przebudzony z nieprzyjemnego snu. – Nie będę się wtrącał – oznajmił spokojnie. – To już nie moja walka. – Jak to nie… – zaczął oburzony Cahir, ale przerwała mu Eliza, która weszła do pokoju razem ze swoją córką i trzymającą się ich Rosie. – Kochanie, to nie twoja decyzja – oznajmiła stanowczo – i nie musisz jej rozumieć. Pięści chłopaka zacisnęły się tak, że aż pobielały mu kłykcie. Nie był jednak w stanie się z nią kłócić. Nie potrafił. Nie z kobietą, którą kochał i przez całe życie traktował jak rodzoną matkę. Odwrócił się i bez słowa wyszedł z pokoju, a Gabriela pobiegła za nim. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza odwróciła się w stronę Daniela. Spojrzała w jego zielone oczy. Byli sami, co nie zdarzało im się często, a właściwie niemal nigdy od prawie dwudziestu lat. – Zostawicie z nami dziewczynkę? – spytała. Mężczyzna przecząco pokręcił głową. – Zabrałaś mi już jedno dziecko – stwierdził, jednak w jego głosie nie było słychać wyrzutu, a tylko rezygnację. – Nie wystarczy? – Więc ty się nią zajmiesz? – westchnęła, podchodząc do niego bliżej. – Tak – oznajmił stanowczo. Zdziwił się, kiedy zamiast protestować, jak się spodziewał, obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Na krótką chwilę wtuliła się w jego ramiona, a on stał, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. – Powodzenia – szepnęła, odsuwając się i wychodząc z pokoju, a on mógł tylko patrzeć jak za drzwiami znika jej, mimo upływu lat, wciąż dziewczęca postać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie przyjrzała się uważnie leżącej w białej pościeli dziewczynie. Spojrzała na nią zaciekawiona. – Jesteś tego pewna? – spytała na wszelki wypadek, chociaż sama również uważała, że to właściwie najlepszy możliwy pomysł. – Tak – potwierdziła Gabriela, odgarniając z twarzy kosmyki jasnych włosów – zginęło już tylu Illi’andin… Jeżeli nie zadziałamy szybko, umrze znacznie więcej osób. Dziecko obdarzyło ją leciutkim uśmiechem, siadając przy niej na łóżku i wyciągając swoją bladą rękę. – Śpij – powiedziała łagodnie. – Nie będziesz sama – dodała pocieszająco – pójdę tam razem z tobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela otworzyła oczy. To było dziwne. Nie znała jeszcze takiego uczucia. Istniała, a jednocześnie miała pewność, że jej ciało znajduje się zupełnie gdzie indziej. Była czymś w rodzaju eterycznego bytu. Niepokojące było również to, że nie dotykały jej żadne głębsze uczucia. Zdawała sobie z nich sprawę, ale było tak, jakby jej nie dotyczyły. Jakby należały do kogoś zupełnie innego. A przecież pojawiła się w tym świecie wyłącznie po to, żeby ochronić przed niebezpieczeństwem swoją rodzinę, żeby nie narażać na nic kochającego ją Cahira… Czy to teraz miało jakiekolwiek znaczenie? Poczuła wślizgującą się w swoją rękę drobną dłoń. Spojrzała w szafirowe oczy stojącej obok niej dziewczynki. W ich głębi na powrót odnalazła siebie i dokładnie wiedziała już co musi zrobić. Śmiało przeszła kilka kroków niebytu, a przed nią nagle wyłonił się las – pełna splątanych, kolorowych nici dżungla. – Co to jest? – spytała, a jej głos wcale nie wydobywał się z ust. Rosie jednak najwyraźniej słyszała. – Las żywotów – wyjaśniła spokojnie. – Musisz znaleźć tą jedną, jedyną nić. Pamiętaj jednak, że kiedy przerwiesz jakąkolwiek inną, poświęcasz czyjeś życie. Jesteś gotowa zabijać siostrzyczko? – spytała niby się drocząc, na jej dziecięcej twarzyczce jednak była tylko chłodna powaga. Gabriela skinęła głową. Była gotowa. Dla Cahira. Zrobi to, co będzie musiała, ni mniej ni więcej. „Siostrzyczko” zabrzmiało absurdalnie w jej głowie, ale mała miała rację. Jeżeli zamierzała zostać z Danielem, to mimo iż brzmiało to jak podły żart, formalnie były teraz siostrami.  ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Nie! Ona się musi obudzić! – zaprotestował stanowczo, z rozpaczą w głosie Cahir. – To jej decyzja – odpowiedziała mu siedząca przy córce, na łóżku Eliza. – Nie pozwolę jej na to! – warknął chłopak, próbując się po raz kolejny przepchnąć pilnowanymi przez Matta drzwiami. – Zabierz go stąd – odezwała się z prośbą Eliza, do nadchodzącego korytarzem, przywołanego ich kłótnią Daniela. Mężczyzna skinął głową. – Nie możesz – zaprotestował Cahir, który wiedział, że z powodu magii Illi’andin nie będzie w stanie się sprzeciwić. – Gabriela jest w niebezpieczeństwie! Trzeba ją obudzić! – To jej własna decyzja, nie twoja – odpowiedział mu chłodno Daniel. – Nie, ona… – zaczął cicho chłopak. – Prawdopodobnie już nigdy stamtąd nie wróci – dokończył za niego chłodno mężczyzna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela szła srebrzystą, wąską ścieżką. Rosie trzymała się tuż obok, patrząc na dziewczynę nieufnie. – Na pewno wiesz dokąd idziesz? – spytała po dłużej chwili milczenia. – Tak – odpowiedziała tamta pewnie – dopóki widzę drogę, zamierzam się jej trzymać. Dziecko rozejrzało się dookoła. Wszędzie powiewały jedynie różnobarwne, splecione ze sobą, kolorowe wstążki. – Jaką drogę? – spytała w końcu. – Nie widzisz jej? – zdziwiła się Gabriela. Dziewczynka przecząco pokręciła głową, a jej towarzyszka jedynie wzruszyła ramionami. – W każdym razie wiem, że to dobry kierunek – oznajmiła spokojnie. Po godzinie marszu w dziwacznym, różnobarwnym labiryncie, dziewczyna się wreszcie zatrzymała, tak, że Rosie nieświadomie wpadła na jej plecy. Gabriela zupełnie ignorując dziecko, podeszła do grafitowo-szarej, wyjątkowo długiej i splątanej nici. Wyobraziła sobie niewielki, kryształowy sztylet, który znikąd pojawił się w jej dłoni. Przecięła wstęgę i w tym momencie cały świat – jej świat – przestał istnieć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Epilog Natalia uśmiechnęła się do babci, która cudownym zrządzeniem losu, podczas pożaru była u sąsiadki i obydwu udało się uciec z płonącego budynku. Jej dłoń wsunęła się w odrobinę spoconą ze zdenerwowania rękę Maurycego. Nie tylko ona pierwszy raz przedstawiała w domu chłopaka, ale również chłopak pierwszy raz był w domu swojej dziewczyny przedstawiany. Obydwoje mieli ogromną tremę i tylko babcia wydawała się być jak zawsze pogodna. Widmo wojny zostało zażegnane, świat wrócił do normy, jedynie pozostawiając po sobie nieprzyjemny ślad smutku i śmierci. Stado wilkołaków zamieszkało w położonej na skraju miasta willi Daniela, gotowe na to, by pomagać Illi’andin strzec ustalonego porządku. Ona sama natomiast od października zamierzała wrócić do szkoły i mimo wyrwanego kawałka duszy, po prostu żyć dalej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk uśmiechnął się czule do umazanej krwią Anabelli. Wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, będą musieli wynieść się z tego miasta… być może również i kraju. Nie miało to jednak większego znaczenia, tak długo, jak długo obydwoje byli bezpieczni. Ona była bezpieczna. – Nie musisz ich zabijać – wymruczał wampir. – Nie? – zapytała zmartwiona tą informacją dziewczyna. – Czasy się zmieniły i teraz zbyt łatwo to zauważyć – wyjaśnił cierpliwie. Anabella westchnęła. Podeszła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go, zostawiając na jego bladej twarzy smugi krwi. – Psujesz mi całą zabawę – mruknęła nadąsana. Przyciągnął ją do siebie bliżej i tym razem to on ją pocałował, a potem obydwoje zatonęli w smugach porannej mgły. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie przeglądając się w dużym, stojącym lustrze, zawiązała na czubku jasnych włosów błękitną kokardę. Rozejrzała się po swoim nowym pokoju. Miała wszystko to czego pragnęła. Półki pełne pięknie ubranych lalek i misiów, całą szafę sukienek, oraz kogoś, kto stał się tylko jej. Jedyne czego dziewczynce w tym momencie brakowało, to jej nowa, ale mimo wszystko ukochana siostrzyczka. Było jej naprawdę przykro, że nie mogła jej ze sobą zabrać, ale najwyraźniej Daniel to rozumiał. Wszyscy rozumieli, oprócz Cahira. Dziewczynka niespiesznie zeszła na dół. Stanęła przed wygodnie wyciągniętym na kanapie mężczyzną. – Jak wyglądam? – spytała. Tym razem na nią spojrzał. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że szybko się uczy. – Ślicznie – mruknął cierpiętniczo – jak mała królewna. Natychmiast wyczuła jego ponury nastrój. To rzadko się zdarzało, kiedy była w pobliżu. Przekomarzał się z nią – owszem, czasami jej dogryzał, ale zawsze był przy niej szczęśliwy. Kochała go, a on ją kochał. Nawet, jeżeli nigdy by się do tego nie przyznał. Natychmiast odgadła o co chodzi. – Był tutaj, prawda? – westchnęła. Daniel nie odpowiedział, nie musiał. Rosie usiadła podkulając pod siebie szczupłe nóżki. To czy jej siostra wróci, zależy już tylko od niego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza stała nad brzegiem strumienia, wraz z Julią puszczając na wodę wianki z kwiatów. Czuła wokół siebie czyjąś potężną obecność. Matt uśmiechnął się smutno, oplatając ukochaną ramieniem. Mark po raz pierwszy wyglądał tak poważnie i jak na swój młody wiek, wyjątkowo dorośle. Opłakiwali śmierć setek Illi’andin oraz tych wszystkich istnień, które dla wzmocnienia swojej magii, pozbawiła iskierki życia, wiedźma. – Ona żyje – odezwała się cicho Eliza – czuję to. Po prostu jest gdzieś tam, uwięziona w świecie snów… – szepnęła niemal niedosłyszalnie. – Wiem – odpowiedział poważnym równie cichym głosem Matt – i jestem pewien, że Cahir, zrobi co tylko będzie mógł, żeby ją odzyskać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Biegł przez las najszybciej, jak potrafił. Ten ból, który w sobie czuł, to coś, było zwyczajnie nie do zniesienia. Tak jak świat przestał istnieć dla niego, on chciał przestać istnieć dla świata. W końcu się zatrzymał. Nie miał już więcej sił. Czarny jak noc, olbrzymi wilk, przysiadł na tylnych łapach, by zmienić się z powrotem w człowieka. Nagle odwrócił się, poczuwszy na ramieniu czyjeś muśnięcie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nicość, a potem ją zobaczył. To była najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział. Nigdy jej do tej pory nie spotkał, ale wiedział kim była. Milczała. Przez chwilę po prostu tam była, a kiedy zniknęła, na Cahira nagle spłynęło olśnienie. Przecież naprawdę mógł to zrobić! Już wcześniej sprawiał, że miejsca ze snów, stawały się rzeczywiste. Teraz różnica polegała jedynie na tym, że to on chciał się tam znaleźć, zamiast kogoś w to miejsce wysłać. Jedyne co mu groziło, to to, że zabłądzi w eterycznym świecie na zawsze. Jakie to jednak miało znaczenie? Bez niej nic go nie miało. Zamknął oczy, wyobrażając sobie obraz, który pokazała mu Wieczna, a potem, tak po prostu, zapragnął tam się znaleźć. Po chwili jego oczom ukazała się szczupła, stojąca nad wodą sylwetka. Dziewczyna odwróciła się ku niemu, a w jej wiosennie zielonych oczach zalśniły łzy. Z cichym okrzykiem podbiegła ku niemu, by wpaść w jego wyciągnięte ramiona. Cahir ze wszystkich sił walczył z własną wolą i magią, która go tu sprowadziła. Wiedział, że jeżeli zostaną tu choćby jeszcze chwilę, przemieni się ona w wieczność. Otworzył oczy, nie wypuszczając Gabrieli z ramion. Las, przebijające się przez korony drzew, słabe światło. Promienie słońca tańczące w złotych włosach. – Gabi! – delikatnie podniósł leżącą obok niego na trawie dziewczynę. Niemal rozpłakał się z ulgi, kiedy otworzyła oczy. Przytulił ją do siebie stanowczo. Zamrugała. – Gdzie my jesteśmy? – spytała niepewnym głosem. – W lesie – podał niezbyt dokładną informację. – Tyle sama widzę – prychnęła dziewczyna, oplatając jego szyję ramionami. Wiedział, że coś zmieniło się w niej bezpowrotnie. Dorosła. Dojrzała. W dalszym ciągu, to jednak była jego Gabriela. Uśmiechnął się do niej szczerząc zęby. – Zabiorę cię do domu – oznajmił szczęśliwy, a z jego łopatek wyrosły olbrzymie, czarne skrzydła. – Nie mam pojęcia gdzie byłam, ale w tym miejscu nie płynął czas, wszystkie uczucia wyblakły, a moje myśli rozwiewał wiatr, ale mimo tego tęskniłam za tobą – przyznała cicho dziewczyna, wtulając się w jego tors i zamykając oczy. Wzbił się w powietrze, mocno tuląc ją w swoich ramionach. Czarownica już im nie zagrażała, widmo wojny zniknęło, a on odzyskał Gabrielę. Musiał przeprosić Rosie, Daniela i Matta. Trzeba było też dopilnować watahy. Tyle rzeczy powinien zrobić… Uśmiechnął się do swoich myśli, bo skoro się tym przejmował, znaczyło to, że jego życie znów odzyskało sens. The End [...] Read more...
Pieśń Księżyca
Pieśń KsiężycaRozdział I Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści. Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi. Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny. – Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej. Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko. Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi’andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić. – Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej. – Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie. – Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła. Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra. Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew. Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi’andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi’andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi. Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze. Rozdział II Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi’andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt. Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?! W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania… Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila. – Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?! Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech. – Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia? Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać. – I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość. Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie. – Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła. Irytowała go coraz bardziej. – I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. – Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś. Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy. – Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom. – Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem. Pokręciła głową. – Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie… – dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie… – Oprócz nas i naszych łowów? –  przerwał jej aroganckim tonem. Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku. Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi’andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia. Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów. – Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet. Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata. – Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj. – Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie. Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza. – Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata. Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać. – Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową. Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością. Rozdział III Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna. Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą. Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał. – Emi… – zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku. – Tak? – spojrzała na niego pytająco. – Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz. Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi’andin. Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło. Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem. – Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę. Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie. – Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom. W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi’andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć. Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona. – W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi’andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz. Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie. Młodzieńcy Illi’andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć. – Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos. Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła. – Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku – dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć. Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem. Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata. Rozdział IV Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi’andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi’andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Byli szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami. Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę. Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju. – Co to za zapach? – spytał zaciekawiony. – Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan. – To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien. – Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak. – Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy. Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła… właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi’andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy. – Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy. Rozdział V Był piękny, słoneczny ranek. Emi z prawdziwą radością wymknęła się z zamku. Dusiła się w czterech ścianach. Potrzebowała kontaktu z naturą, pragnęła wolności, jaką dawał jej tylko las. Szła ścieżką wsłuchując się w wiosenny śpiew ptaków. Rozpoznawała tu niemal wszystkie gatunki. Całą swoją duszą kochała ich trele. Skręciła z wytyczonego, bezpiecznego szlaku, zagłębiając się w gęsty, liściasty las. To była droga na jej ukochaną polanę. Zanim jeszcze wyszła z pomiędzy drzew, poczuła czyjąś obecność. Chwilę później zobaczyła znajomą sylwetkę, jej uwagę przyciągnęły czarne, potargane włosy. Chłopak stał bosymi stopami na miękkim mchu. Znów miał na sobie tylko spodnie. Najwyraźniej w ten sposób było wygodniej używać mu skrzydeł. – Cześć – powiedział, jak gdyby nigdy nic, kiedy tylko weszła na niewielką, pokrytą dywanem z niebieskich, drobnych kwiatków, polanę. Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Co on tu robił? Chciała podziękować za to, że ją wtedy zabrał z lasu, ale słowa uwięzły jej w gardle, na myśl o tym, jak został za to ukarany. Bez słowa podeszła do niego. Spojrzał na nią odrobinę zakłopotany. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Ominęła go, stanęła za nim. Ze zgrozą spojrzała na jego poranione od chłosty plecy. Musiały sprawiać mu ból. Nie chciała, żeby cierpiał. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę. Błyskawicznie odwrócił się ku niej. Złapał ją za nadgarstek. – Nie! – odezwał się stanowczym głosem. Zamrugała. Spojrzała na niego nie rozumiejąc. Przecież chciała go tylko uleczyć. – Dlaczego? – zapytała cichym, lekko zirytowanym głosem. – Złamałem zasady, spotkała mnie za to zasłużona kara – powiedział spokojnie. – Od początku wiedziałem co robię i byłem gotowy ponieść tego konsekwencje. – Zasłużona?! – warknęła na niego. – Zwariowałeś?! Przecież nie zrobiłeś nic złego. Przyjrzał jej się zaskoczony. Roześmiał się. Jej blade policzki zarumieniły się delikatnie. Zawstydzona odwróciła wzrok. – Przepraszam – mruknął,  z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. – Nie spodziewałem się, że ktoś się kiedyś tak przejmie moim losem – zakpił. – Pozwól mi – poprosiła cicho, kiedy puścił jej rękę. – Nie – odpowiedział łagodniej, ale ciągle stanowczym tonem. – Nie przejmuj się mną. To nie pierwszy raz. Jay doskonale pamiętał swoje pierwsze przewinienie. Wówczas uleczył go Damien. Nauczyciele szybko zorientowali się, że tylko on  mógł to zrobić. Chłopak wcale nie miał ochoty pamiętać, jak jego przyjaciel został za to ukarany. Illi’andin ze szlacheckich rodów nie karano chłostą. Mieli znacznie gorzej. Jay odgonił od siebie ponure wspomnienia. Przyrzekł sobie wtedy, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Emi wzruszyła ramionami. Nie była zadowolona, że nawet tego nie może zrobić, ale postanowiła odpuścić. Obeszła dookoła polanę. Wcześniej tego nie zauważyła, zbyt zaabsorbowana obecnością chłopaka, ale teraz wiedziała, że coś w tym miejscu było na niej nie tak. – Nie mogę tu zostać – jęknęła. Teraz czuła to wyraźnie. Jej ukochaną polanę znaczyło znamię śmierci. – Jakieś stworzenie niedawno tutaj umarło. Jay uśmiechnął się uśmiechem drapieżnika. Wzrok miał odrobinę rozmarzony. – Aha – mruknął. – Wczoraj upolowaliśmy tutaj sarnę. – Podszedł do jednego z młodych, wpraszających się na polanę klonów. – Dokładnie tutaj, są jeszcze ślady krwi – pochwalił się nie zwracając uwagi na pobladłą twarz dziewczyny. Emi z trudem przełknęła ślinę. Cofnęła się o krok. – Przepraszam! – wyrzuciła z siebie, a potem odwróciła się na pięcie i pobiegła przez gęsty las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay skonsternowany patrzył za znikającą między drzewami dziewczyną. Co on niby takiego powiedział?! Był dumny, ponieważ wczorajsze polowanie należało do naprawdę udanych. Może jednak nie powinien się chwalić? Wkurzony zacisnął pięści. Nie po to czekał tu na nią od kilku godzin, nie wiedząc właściwie czy w ogóle przyjdzie, żeby teraz tak po prostu mu zwiała. W ułamku sekundy przybrał postać szarego wilka i rzucił się w pogoń za dziewczyną. Nie było to trudne. Już po kilku minutach, warcząc, zagrodził jej drogę. Zatrzymała się opadając na kolana. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Towarzysząca Jayowi złość w jednej chwili opadła. Poczuł zakłopotanie. Przybrał swoją ludzką postać. Ukucnął przy dziewczynie. – Boisz się mnie? – spytał naprawdę zainteresowany jej odpowiedzią. Przecząco pokręciła głową. – Nie, to nie to – odpowiedziała poprzez łzy. – Wiem, że musisz polować. Po prostu… – przerwała nie wiedząc jak mu to wyjaśnić – nie potrafię być szczęśliwa w miejscu, w którym tak niedawno pojawiła się śmierć – dokończyła po chwili ciszy. Chłopak zastanawiał się przez chwilę. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Westchnął. Wstał zwinnie. – Jeżeli chcesz to pokażę ci inne, równie ładne – oznajmił spokojnie. – Nic tam ostatnio nie umierało, o ile się dobrze orientuję – dodał z ponurym uśmieszkiem. To była propozycja. Był ciekaw czy dziewczyna przyjmie ją czy odrzuci. Fascynowała go coraz bardziej. I ten jej kuszący zapach… Emi podniosła na niego lśniące od łez oczy. – Mógłbyś? – zapytała z nadzieją. – Jasne – odpowiedział, gotowy do lotu, rozkładając skrzydła. Przysunął się do dziewczyny, żeby ją unieść w powietrze. Nie była zbyt ciężka. Nie przeszkadzała mu w locie. Odsunęła się od niego. – Możemy iść piechotą? – spytała nieśmiało. – Nie podobało ci się latanie? – zapytał zawiedziony. – Nie o to chodzi – uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Jeżeli polecimy, to nie będę potem mogła tam sama trafić – wyjaśniła lekko zawstydzona. – Czy to bardzo daleko? Zawsze możemy wrócić powietrzem… – dodała niepewnie. Jay uznał, że to całkiem logiczny powód. Wzruszył ramionami. – Jakieś dwie godziny marszu – oznajmił. – Idziemy? Emi skinęła głową. Z jej oczu zupełnie zniknęły już łzy. Wstała z pokrytej liśćmi ściółki i ruszyła raźnym krokiem, za prowadzącym przez las chłopakiem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Miejsce do którego zaprowadził ją czarnowłosy Illi’andin wyglądało jak z obrazka. Zachwycona Emi rozejrzała się dookoła. Polana była znacznie większa od tej, na której tak lubiła przebywać. Na skraju lasu rozpościerało się całkiem spore jeziorko, do którego skalnym wodospadem spływał chłodny, górski strumyk. Nad wodą pochylały się wiekowe, płaczące wierzby. Barwne, wiosenne kwiaty, zdobiły skąpaną w promieniach południowego słońca łąkę. Dziewczyna pisnęła z zachwytu. Jak mała dziewczynka rzuciła się w kierunku krystalicznie czystego jeziora. Po drodze zdjęła z nóg wysokie buty i podwinęła nogawki spodni. Woda była wyjątkowo ciepła, jak na ta porę roku. Jay z rozbawieniem przyglądał się zachwytowi dziewczyny. Patrzył jak rozglądając się dookoła brodzi przy brzegu w sięgającej do kolan wodzie. Rozszerzył oczy ze zdumienia, kiedy wybiegła na brzeg i płynnym ruchem zsunęła z siebie spodnie, a potem delikatną, ciemnozieloną tunikę. W samej, śnieżnobiałej bieliźnie, weszła z powrotem do wody. Jej szczupła sylwetka i drobna postać, otoczona welonem z brązowych włosów, stanowiły całkiem przyjemny widok. Jay poczuł w środku nieprzyjemne ukłucie. Równie dobrze mógłby być częścią tego pieprzonego lasu, bo dokładnie tyle samo zwracała na niego uwagi. Ani trochę mu się to nie podobało, zwłaszcza, że uroczą sarenką z wielkimi oczami pewnie zainteresowałaby się bardziej. Zanim jednak w jego bursztynowych oczach zdążyły rozbłysnąć iskierki złości, Emi odwróciła się ku niemu. Pomachała mu ręką. – Nie idziesz? – zawołała wesoło. – Uwielbiam pływać – oznajmiła zanurzając się w wodzie po samą szyję. Potem na chwilę zanurkowała, a kiedy się wynurzyła, włosy opadały na jej twarz i ramiona wilgotną kaskadą. Jay wahał się krótką chwilę, a potem po prostu zrzucił z siebie spodnie i wszedł do wody w ślad za dziewczyną. Pływali przez dobrą godzinę. Emi z zachwytem przyglądała się co chłopak potrafi wyczyniać w wodzie dzięki skrzydłom. Unosiły go na wodzie niczym tratwa, a złożone wcale nie przeszkadzały w  szybkim pływaniu czy nurkowaniu. W końcu, posiniała z zimna dziewczyna, stwierdziła, że najwyższy czas wyjść z wcale nie najcieplejszej wody. Wciągnęła na mokre ciało ubrania i usiadła na samym środku polany, żeby wysuszyć się w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca. Jay włożył porzucone na trawie spodnie i usiadł przy niej. Jemu ani trochę nie było zimno. Ziewnął przeciągle, na brzuchu kładąc się w miękkiej trawie. Emi położyła się obok, z zainteresowaniem przyglądając się jego czarnym, opierzonym skrzydłom. Delikatnie dotknęła piór, przesuwając po nich palcami. – Coś ci się w nich nie podoba? – mruknął zrezygnowany. – Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu z leciutkim uśmiechem, błąkającym się na twarzy jak u porcelanowej lalki. – Uważam, że są wspaniałe. Tak bardzo zazdroszczę ci, że możesz latać, kiedy tylko zechcesz. Jaya znowu zaskoczyło stwierdzenie dziewczyny. Nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczał. Potem przyszło mu do głowy zupełnie inne zagadnienie. – Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał rozbawiony. – Jestem Jay Wairudo – przedstawił się dla porządku. – Emily Maria Morrington – przedstawiła się z promiennym uśmiechem dziewczyna – ale i tak od zawsze jestem Emi. – W takim razie miło mi cię poznać Emi – oznajmił zadowolony, że wreszcie poznał jej imię. Potem ziewnął przeciągle. Z bólu nie spał prawie przez całą noc. Przymknął oczy i nawet sam nie wiedząc kiedy, ogrzewany promieniami wiosennego słońca, odpłynął do krainy snów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy Jay otworzył oczy. Obudził się wypoczęty, ale równocześnie upiornie głodny. Przeciągnął się i usiadł. Rozejrzał się po skąpanej w półmroku polanie. Zaczął przeklinać się w duchu za nieostrożność. Spanie w Anduriańskiej puszczy nie mogło być dobrym pomysłem, chyba, że ktoś chciał się nigdy więcej nie obudzić. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy ujrzał kucającą na skraju polany Emi. Dziewczyna drapała po brzuchu jakieś stworzenie. Mimo doskonałego wzroku, Jay dopiero po chwili zorientował się, że jest to olbrzymi pająk. Na początku jego umysł zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Przeklął cicho. Momentalnie zmienił się w wilka i z groźnym warknięciem znalazł się tuż przy stworzeniu. Pająk był włochaty i czarny, dodatkowo swoją długością przewyższał wzrost dziewczyny, a Jay był przekonany, że jest to jedno z mniejszych stworzeń, które zwały ten las swoim domem. W odpowiedzi na warknięcie, pająk syknął wściekle. Wszystkie siedem par oczu zwróciły się w kierunku zagrożenia. Zanosiło się na walkę. Emi wstała z ziemi. – Jay, proszę, przestań – obrzuciła wilka błagalnym spojrzeniem. Bursztynowe oczy drapieżnika pociemniały. Przestać?! On miał przestać?! Przecież to nie on sprowadził podczas jej snu na polanę olbrzymiego pająka! Warknął jeszcze groźniej. Pająk zabulgotał, nastroszył się tak, że jego włochaty kadłub wyglądał teraz jak szczotka do czyszczenia butelek. Dziewczyna stanęła między nimi, tyłem do pająka. Potem uklęknęła między nimi, wyciągając dłoń, by dotknąć szarej sierści na pysku wilka. – Okazu, idź już – poprosiła cicho, najwyraźniej zwracając się do pająka. Czarna kula futra podniosła się na całą długość ośmiu cieniutkich nóg. Syknęła niezadowolona. Emi obróciła głowę i spojrzała na niego. Pająk obrzucił ją ostatnim, jakby tęsknym spojrzeniem i zniknął między drzewami, zupełnie tak, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna z powrotem utkwiła wzrok karmelowych oczu w wilku. Na jej porcelanowej, bladej twarzy wydawały się naprawdę wielkie, a w tym momencie także mocno zatroskane. – Gniewasz się na mnie za coś? – spytała łagodnie, przysuwając się bliżej wilka. Jay odskoczył jak oparzony. Poczuł się głupio. Z przykrością zdał sobie sprawę, że spośród dwóch drapieżników, to on był tym mniej oswojonym od głupiego pająka. Poza tym ogarnęło go niezrozumiałe uczucie zazdrości. Chciał mieć Emi tylko i wyłącznie dla siebie. Nie zamierzał się z nikim dzielić. Nawet z pająkiem. Z powrotem przybrał ludzką postać. – Nie – mruknął naburmuszony. – Po prostu jestem głodny. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Z płóciennej torby wyjęła zawiniątko. Usiadła na miękkiej trawie, sama otwierając drugie. Zaskoczony Jay niemal rzucił się na kanapkę. Uspokojony rozsiadł się wygodnie, tuż obok niej. Na niebie pojawił się już piąty z siedmiu księżyców. Chłopak westchnął. Zupełnie zaniedbał przygotowania do porannego treningu. Musiał poćwiczyć, jeżeli nie chciał na placu oberwać. Emi dostrzegła jego niepokój. – Wracamy? – zapytała cicho. Skinął głową. Skończyli jeść. Potem porwał ją w powietrze i zostawił tuż przed szkołą, na skraju lasu. Przez całą drogę zadowolony, ale jednocześnie lekko skonsternowany, obserwował jak bardzo dziewczyna zachwycona jest lotem. Kiedy postawił ją na ziemi, Emi uśmiechnęła się do niego promiennie. Wspięła się na palce, przytuliła się do niego. Stał niezdolny wykonać żadnego ruchu, gapiąc się na nią zaskoczony. – Dobranoc – powiedziała wesoło, odwróciła się i pobiegła w kierunku białego pałacu i jego majaczących w księżycowym świetle, pokrytych niebieską dachówką, wież. – Dobranoc – mruknął, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze, ale dziewczyna już nie była w stanie go usłyszeć. Rozdział VI To był pierwszy rok, który Emi spędzała w szkole, więc wszystko było dla niej zupełnie nowe i niesamowite. Przyzwyczaiła się już do większości rzeczy, ale dalej czuła się w tym miejscu wyobcowana. Zawsze też było coś, co potrafiło ją zaskoczyć. W szkole każdy ubierał się jak chciał, panowała w niej więc mieszanka mody praktycznie z całego świata. Były zarówno zgrzebne wełniane suknie, togi, jedwabie, różnobarwne chusty jak i zwykłe, bliskie śmiertelnikom jeansy czy mini spódniczki. Nikt tak naprawdę nie był w stanie się wyróżnić w kolorowym tłumie. Emi zazwyczaj wkładała to, w czym wygodnie było jej włóczyć się po lesie. Lubiła wyciągnięte swetry i długie tuniki w tonacjach brązu i zieleni. Właściwie nic specjalnego. Kiedy jednak rozpakowała przysłaną przez rodziców paczkę, wpadła w zachwyt jaki poczułaby każda dziewczyna w jej wieku. Mama wysłała jej przepiękną, liliową suknię, którą mogła założyć na bal z okazji Nocy Walpurgii oraz bardziej codzienną, jeansową spódniczkę podszytą warstwami białej koronki i niebieski, dobrany do kompletu sweterek. Emi po raz pierwszy od kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły poczuła się jak dorastająca dziewczyna, a nie spłoszony potworek, który dopiero co wybiegł z lasu. Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, zachwycona prezentem, włożyła nowe ubranie już następnego dnia rano. Jej pokój w zamku był niewielki, ale jasny i przytulny. Meble były w białym kolorze, zdobione malunkami kremowych kwiatów o przepięknych kielichach i jasnozielonych łodygach. Miała w nim łóżko, na którym trzymała całą piramidę mięciutkich poduszek, przestronną szafę, stolik z dwoma krzesłami i duże, wolnostojące lustro. Teraz przejrzała się w nim, z niesmakiem obserwując swoje potargane, brązowe włosy. Zaśmiała się sama z siebie. No tak, dzikim zwierzętom jej wygląd ani odrobinę nie przeszkadzał, dlatego tak rzadko do tego lustra zaglądała. Nic dziwnego, że wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę. Starannie rozczesała włosy drewnianą szczotką. Na boku zrobiła prościutki przedziałek. Nie spodobało jej się, więc z powrotem zaczesała je do tyłu. Teraz jednak znowu opadały na oczy i ramiona. Wyjęła z szuflady białą opaskę, którą dostała od Andre na szesnaste urodziny. Rzadko kiedy ją nosiła, ale do spódniczki i sweterka pasowała wręcz idealnie. Poza tym jej brat się ucieszy… o ile oczywiście w ogóle zauważy… Całości dopełniły białe rajstopy i wysokie, zamszowe buty. Emi z radosnym błyskiem w karmelowych oczach stwierdziła, że sama swojego odbicia nie poznaje w tym dużym, niezbyt często używanym lustrze. Ładnie ubrana i starannie uczesana, w świetnym humorze zeszła na śniadanie. Jak zwykle przyszła jako jedna z ostatnich. Po cichu zajęła swoje miejsce obok Andre. Brat spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Potem uśmiechnął się z przekąsem. – Nareszcie wyglądasz jak człowiek – stwierdził zadowolony. – Dzięki – burknęła Emi, wiedząc, że lepszego komplementu i tak nie mogła od niego usłyszeć. Przy śniadaniu jak zwykle dyrektorka, Hanna Rosenberg, monotonnym głosem zaczęła czytać ogłoszenia. Była to sroga, starsza kobieta, przywodząca na myśl jedynie pannę Minchin z „Małej Księżniczki” Francesa Burnetta. Emi czuła do niej niejaką nić sympatii. Kobieta należała do osób surowych, ale sprawiedliwych. W każdym sporze zawsze była gotowa wysłuchać obydwu stron. W pewnym momencie jej monotonny głos ożywił się odrobinę. – Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, za trzy tygodnie odbędzie się bal z okazji Nocy Walpurgii, święta złych duchów i wszystkich magicznych mocy. Doskonale wiemy, że magia tego święta to jedynie zabobon – napomknęła na wszelki wypadek srogim głosem – ale, tak jak przystało czarodziejskim rasom, będziemy kultywować starożytną tradycję i mam nadzieję, dobrze się przy tym bawić. Dzisiaj z tej okazji, dziewczęta z najmłodszych klas będą miały zajęcia łączone z uczniami z Czarnej Wieży – Emi zaczęła uważniej słuchać. Poczuła się jak głupiutka dziewczynka, mając irracjonalną nadzieję, na wspólną lekcję z Jayem. Miała olbrzymią ochotę na to, by znów go zobaczyć. – Illi’andin z arystokratycznych rodów będą wam towarzyszyć w nauce tańca – dziewczyna poczuła, że uchodzi z niej powietrze jak z pękniętego balonika. Sama nie wiedziała dlaczego poczuła taki zawód. Niewiele wiedziała o rasie demonów, jednego była jednak zupełnie pewna, Jay był wojownikiem, nie arystokratą. – Mam nadzieję dziewczynki, że będzie to dla was ciekawe doświadczenie i będziecie się dobrze dzisiaj bawiły – zakończyła ogłoszenia pani dyrektor. W sali rozległy się coraz głośniejsze szepty. Mimo odwiecznej nienawiści, czarodziejki zachłannie patrzyły na przystojnych, wysportowanych chłopców Illi’andin, zwłaszcza tych, którzy nie mieli skrzydeł, przez co wyglądali zupełnie jak ludzie. Teraz, w nowej epoce, stanowili naprawdę łakome kąski. Nie jedna marzyła o romantycznej miłości czy choćby balu spędzonym w ramionach księcia demonów. Illi’andin nie posiadali własnych kobiet. Od wieków mieli umowę zawartą z driadami. Wspólnie płodzili dzieci, w lesie nimf zostawały wszystkie dziewczynki, a oni do siebie zabierali chłopców. To była dobra umowa, jednak nie wystarczająca. Driad na świecie było coraz mniej, ponieważ umierały tak, jak przestawały istnieć, brutalnie wyniszczane przez ludzi, ich drzewa. Emi poczuła na ramieniu rękę brata. Spojrzała pytająco w karmelowe oczy Andre. – Będziesz na siebie uważała siostrzyczko? – poprosił. Dziewczynę złościło, że ciągle traktuje ją jak małe dziecko, nie potrafiła mu jednak mieć tego za złe. W końcu od zawsze się o nią troszczył. Zmusiła się do pogodnego uśmiechu. – Pewnie, że będę – odpowiedziała wstając od długiego stołu i własnego, niedojedzonego śniadania. Zupełnie straciła apetyt. – Idę się przejść – rzuciła cicho i nie niepokojona przez nikogo, wyszła z jadalnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ranek był pogodny i ciepły. Emi przed zajęciami chciała się chociaż trochę przewietrzyć. Kiedy wyszła z zamku, wbrew sobie, wiedziała już dokąd pójdzie. Po kilkunastu minutach spaceru siedziała już na szerokim, otaczającym chwilowo pustą arenę murze. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że wcale nie jest sama przy placu ćwiczeń. Przy szerokim murze zaczęły pojawiać się dziewczęta w różnym wieku. Otoczyły arenę wianuszkiem, co chwilę zerkając w dół. Chichotały i rozmawiały ze sobą zadowolone, pełnymi przejęcia i zachwytu głosami. Emi zauważyła z ciągle rosnącym zdumieniem, że w pewnym oddaleniu od czarodziejek stoją nawet pracujące w pałacu służące, tak samo niecierpliwie i z przejęciem zerkając na plac ćwiczebny. Po chwili na placu pojawili się Illi’andin. Dziewczyna z rozbawieniem zdała sobie sprawę, jak chłopcy udają, że nic nie robią sobie z obecności zachwyconych obserwatorek, jednocześnie popisując się przed nimi jak tylko mogli. Tak niewiele różnili się od dzieci czarodziei! Emi obserwowała ich równie uważnie, co pozostałe dziewczęta, jednak ona wypatrywała konkretnego celu. Czarodziejki rozpływały się nad ich gibkimi i smukłymi, ale w pełni wyćwiczonymi ciałami. Chłopcy byli nadzy od pasa w górę, co wzbudzało tylko jeszcze większy zachwyt. Opaleni byli równą, powstałą po długotrwałych ćwiczeniach na powietrzu, opalenizną. Zauważyła, że jedynie nieliczni młodzi wojownicy mają skrzydła, a do tego żadne nie przypominały skrzydeł Jaya. Wszystkie były pokryte błoną, jak u nietoperzy,  a kolor miały nie czarny, a szary lub błotniście brązowy. Większość Illi’andin wyglądała po prostu jak ludzie. Dobrali się w pary i pod okiem złowrogo wyglądającego wojownika, z podłużną blizną na policzku, rozpoczęli ćwiczenia. Dopiero wtedy zauważyła Jaya. Stał razem z czterema innymi chłopakami o czarnych jak noc, pokrytych piórami skrzydłach. Nie przyłączyli się do ćwiczeń. Dopiero po dłuższej chwili, do stojącej samotnie grupy podszedł odziany na czarno mężczyzna. Wówczas i oni zaczęli trening. Emi nie była w stanie dostrzec ich ruchów. Były zbyt szybkie, zamazywały się przed jej oczami. Po rozgrzewce dostali broń. Nie ćwiczebną, jak pozostali, a prawdziwą, ostrą stal. Dziewczyna obserwowała trening z zapartym tchem. To było coś niesamowitego. Wyglądało jak prawdziwa walka, taka na śmierć i życie. Unosili się w powietrzu, robili salta i uniki. W pewnym, burzliwym momencie Emi zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. Zachłannie zaczerpnęła powietrza. Walczący na arenie Jay odwrócił głowę, spojrzał na nią. Ich oczy na chwilę się spotkały. Jego przeciwnik natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi. Powalił chłopaka na ziemię. Jay z warknięciem poderwał się na nogi, ale wyraźnie nie potrafił się skupić na toczonej zawzięcie walce. Co jakiś czas zerkał w kierunku dziewczyny, za każdym razem obrywając za to bezlitośnie. Emi zdała sobie sprawę, że otaczające ją dziewczęta zaczynają się zbierać. Spojrzała na słońce. Nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie, dzielące śniadanie od zajęć godziny. Z żalem oderwała wzrok od kocich, pełnych gracji ruchów Jaya. Walka Illi’andin wyglądała jak taniec. Dziewczyna, z zachwytem, uświadomiła sobie, ze była prawdziwą sztuką. Niechętnie wstała, zsuwając się z muru i w ślad za innymi, powlekła się w kierunku szkolnych sal. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, Emi zawsze udawało się spóźniać. Nie robiła tego specjalnie, tak po prostu wychodziło, samo z siebie. Teraz, kiedy dotarła wreszcie na korytarz prowadzący ku wielkiej sali, na zajęcia z savoir vivre, oczywiście również była spóźniona. Zaskoczona stanęła w przejściu. Po obu stronach korytarza, pod ścianami ściskały się dziewczęta. Przez środek przejścia natomiast rozciągała się pulsująca błękitną poświatą bariera magiczna. Jak niby ona miała przecisnąć się przez ten tłum do wielkiej sali?! Zadanie zakrawało na niewykonalne. Czego one tu wszystkie chcą?! Kiedy zaczęła się przepychać pomiędzy warczącymi na nią czarodziejkami, odpowiedź przyszła sama. W ogrodzonym magiczną barierą przejściu pojawili się Illi’andin. Siedmioro młodych chłopaków i starszy, poważnie wyglądający, ale pełen gracji i dostojeństwa nauczyciel. Szli spokojnie, nie rozglądając się ma boki. Na ich twarzach malowała się obojętność. Emi wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami, jak reszta dziewczyn. Oni byli po prostu cudowni! Równie dobrze mogliby być aniołami, o dziwo brakowało im tylko skrzydeł. Mieli na sobie białe, idealnie skrojone mundurki, z drogiego materiału. Większość musiała być mniej więcej w wieku jej brata, ale dwóch było też wyraźnie młodszych. Nie można było jednak w żadnym razie powiedzieć, żeby wyglądali smarkato. Emi oderwała od nich wzrok. Rozejrzała się po twarzach oczarowanych dziewcząt. Wyglądało to tak, jakby tylko ona była w stanie zignorować ich urok. Miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie, musiała w jakiś sposób dotrzeć do wielkiej sali. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie będzie to łatwe. Bariera, która dzieliła korytarz na trzy części była jak szklana tafla akwarium, zupełnie nie do przebycia. Zaczęła przepychać się dalej, tworząc w ten sposób harmider i nieprzyjemne zamieszanie. Stojące do tej pory w miarę spokojnie dziewczyny, zaczęły się nawzajem popychać. Emi została przyciśnięta do niebieskiej poświaty bariery, jednak zamiast się na niej zatrzymać, poczuła jakby przechodziła pod strumieniem wody. Popchnięta przez którąś z czarodziejek, upadła na kamienną posadzkę na środku korytarza, tuż za przechodzącymi środkiem Illi’andin. Zaczęła przeklinać w duchu. W oczach stanęły jej łzy. Teraz już na pewno będzie pośmiewiskiem całej szkoły. Bariera najwyraźniej miała ją przepuścić, pewnie dlatego, że powinna być już dawno w wielkiej sali. Idący na samym końcu chłopak zatrzymał się. Odwrócił w jej stronę. Na jego obojętnej do tej pory twarzy pojawił się blady uśmiech. Świetnie, tylko tego jeszcze mi brakowało, pomyślała Emi, żeby dodatkowo oni się ze mnie nabijali. Zdziwiła się, kiedy podszedł do niej, podając jej rękę. Zaczerwieniła się wściekle, ale pozwoliła mu pomóc sobie wstać. Poczuła na plecach żar zazdrosnych spojrzeń. Usłyszała ciche westchnienia. Chłopak zachowywał się jakby świat za barierą nie istniał, postanowiła więc, że zrobi dokładnie to samo. – Dziękuję – odezwała się cicho, walcząc ze sobą, żeby nie wlepić w niego cielęcego wzroku. Był po prostu idealny. O głowę wyższy od niej, smukły i odrobinę blady, ale to tylko dodawało mu uroku. Złote kosmyki niesfornie opadały mu na czoło. Duże, niebieskie oczy miał okolone ciemnymi rzęsami. Wiedziała, że bez trudu, mogłaby utonąć w ich głębi. – Masz teraz z nami zajęcia? – spytał kiedy stanęła przy nim. Jego tenor był miękki i aksamitny. Brzmiał jak pieszczota. Chwilę zajęło zanim dotarł do niej sens jego słów. Onieśmielona skinęła głową. – Nazywam się Damien Nataniel Hayazaki – przedstawił się ponownie podając jej dłoń. – Emily Maria Morrington – odpowiedziała mechanicznie dziewczyna. – Miło mi cię poznać, Emily – obdarzył dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała. Kolana się pod nią ugięły, z trudem utrzymała się na nogach. Zagryzła zęby, nie miała zamiaru na oczach wszystkich zamienić się w galaretę. W miarę spokojna, poszła u jego boku, znikając z pola widzenia rozczarowanych czarodziejek w wielkiej, balowej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że w sali było ich tylko dwanaście. Ona i jej koleżanki z pierwszego roku. Kiedy tylko weszli do środka podeszła do nich, stając przy fortepianie w rogu olbrzymiej komnaty. Wszystkie wyglądały na bardzo podekscytowane. Zauważyła, że to same czarodziejki, ze starych, szanowanych rodów. Nie było wśród nich żadnych dziewcząt półkrwi. Ukłuło ją nieprzyjemne dotknięcie niesprawiedliwości. Więc te zajęcia miały być poczytywane jako swoistego rodzaju zaszczyt. No cóż, rozejrzała się po twarzach koleżanek, one na pewno tak to traktowały. Lekcję prowadziła pani dyrektor we własnej osobie. Przez chwilę rozmawiała przyciszonym głosem z nauczycielem Illi’andin. Emi rozbawiło, że obydwoje mają iście greckie, orle nosy, podczas gdy jednak twarzy mężczyzny dodawało to dostojeństwa i uroku, u starszej, eleganckiej kobiety, wyglądało to po prostu srogo. Nie dziwiła się, że wszyscy się jej naprawdę bali. Dziewczyny szturchały się nawzajem, cicho komentując stojących naprzeciwko chłopaków. Obojętność na ich twarzach zastąpiły aroganckie uśmiechy. Patrzyli na nie z góry, jakby były czymś gorszym. Emi była przekonana, że czarodziejki w ogóle nie zdają sobie sprawy z tych nieprzyjemnych spojrzeń. Mimowolnie spojrzała w kierunku Damiena. Zauważył jej wzrok. Uśmiechnął się do niej leniwie. Wyglądał na mocno znudzonego, ale w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Za to właśnie go polubiła. Po chwili narady między nauczycielami rozpoczęły się zajęcia. – Nazywam się Hanna Rosenberg – przedstawiła się pani dyrektor na użytek Illi’andin – jestem zwierzchniczką Białego Pałacu, a to – wskazała dostojnego mężczyznę, w średnim wieku – Robert Del’rante, nauczyciel manier i tańca z Czarnej Wieży. Dzisiejsze zajęcia będą wyjątkowe, ponieważ przygotowujemy się na bal, który stanowi połączenie dwóch kultur. Proszę, dobierzcie się w pary, będziemy ćwiczyć Wiedeńskiego Walca. Ponieważ chłopców jest mniej, dwie pary będą czysto damskie, a prowadziły będziecie na zmianę. Jest was nieparzysta liczba, więc jedna z dziewcząt tańczyła będzie ze mną. Ruszajcie się, szybko, nie mamy czasu – ponagliła nauczycielka zaskoczoną młodzież. Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, była przekonana, że to właśnie jej przypadnie taniec z dyrektorką. Illi’andin przez chwilę rozmawiali między sobą, a potem z kocimi uśmiechami podeszli wybierać dziewczyny. Zdziwiła się, kiedy Damien podszedł bezpośrednio do niej. – Zatańczysz? – spytał uprzejmie. Skinęła głową, ponieważ nie była pewna własnego głosu. Rozpoczęły się zajęcia, a Emi nic nie widziała wokół siebie. Umiała tańczyć, ale z pewnością nie tak jak on. Prowadził jednak tak genialnie, że niemal płynęła w jego ramionach. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Nie słyszała surowego głosu pani Hanny i cichych, ale stanowczych porad pana Roberta. Była tylko ona i tańczący z nią Damien. Wszystko działo się jak we śnie. Dwie godziny zajęć upłynęły zbyt szybko. Chłopak pożegnał się z nią grzecznie i odszedł razem z resztą swojej grupy. Przez cały dzień nie potrafiła skupić się na niczym innym. W umyśle widziała jedynie niebieskie, roziskrzone oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość. W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?! – Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby. Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi. – Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic. – Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany. Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu. – O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia? – Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem. Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona. – Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. – Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. – No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego. Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął. – Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie. – Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła. Spojrzał na nią. – Ty naprawdę nie wiesz? – Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób… nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi. Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył. – Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko. Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie. – Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie. – Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej. Rozdział VII Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział… odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej. Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka. Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi’andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del’rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba. Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle. – Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem. – O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie. – Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie. Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste. – Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej. – Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington. Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął. – To niewykonalne – powiedział niepewnie. – Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz… James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu. – Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał. – Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał. – Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa! Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno. – Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie. – Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?! – Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać. – Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre. – Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować? Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya. – Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona. – Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać. – Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi. Wzruszył ramionami. – Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz. Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej. – Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony. – Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona. Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć. – Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach. Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało. – Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem. Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem. – Dlaczego? – zapytał prostolinijnie. Emi miała ochotę go udusić. – Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś… – warknęła na chłopaka. – Świetnie, w takim razie teraz zapraszam – rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa. – Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej. Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości. – Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho. – Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy. – Dlaczego? – warknął na nią. – Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko. Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo. – Lubisz mnie? – zapytał. Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem. – Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością. – Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony. Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat. – Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko. Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła. – Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie! Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay… – Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili. Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego. – W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy. Rozdział VIII Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi’andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu. – Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami. – To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego. Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości. – Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową. – Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del’rante, nauczyciela manier i tańca Illi’andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?! – Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie. Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi’andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił. – Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del’rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem. – Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił. Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi’andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie? – Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie. Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie… to była jego zwykła codzienność. – Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi. Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs. – To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem. Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej. – Dlaczego? – zapytała spokojnie. – Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem. Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić. – Poznaliśmy się, na początku tygodnia… – stwierdziła wzruszając ramionami. – Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni… – westchnął cicho. Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać. – Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka. – Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze. Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule. – Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi… Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją. – Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności… ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą. Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem”. Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi’andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Gdy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy. Rozdział IX Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową” ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą. Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie… Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi’andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi’andin.  Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę. – Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem. – Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek. Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała… To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami. – Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu. Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka. – Damien, proszę… ja naprawdę muszę tam iść… Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona. – Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to? Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi’andin. Niechętnie skinęła głową. – Damien… – zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya. Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce. – Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to? Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że… Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu. – Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya. Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny. – W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki. Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę. Rozdział X Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu… Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że… Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał. – Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny. – Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia. Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek. – Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii… To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni. Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały. – Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę. Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść. – Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco. Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą. – Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze. – Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał. Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie. – Płoń – rozkazał stanowczo. Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona. – Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat? Chłopak roześmiał się. Magia Illi’andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy. – Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę. Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała  nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien. Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi’andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze. – No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych. – Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur. Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem”, ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi… Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi’andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani. – O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob. – Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu. Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem. Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko. – Nic ci nie jest? – zapytał z troską. Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał. – Chodź – mruknął. Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę. – Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne. – Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko. Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej. – I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł. Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło. – Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. – Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie. Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu. – Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien szedł przez Czarną Wieżę jak burza. Wszyscy schodzili z drogi na widok jego gradowej miny. Czuł strach, nie pamiętał kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Nie było go tylko przez godzinę, a ona w tym czasie zdążyła już zniknąć! To nie było bezpieczne, nie chciał nawet myśleć, co może się jej stać. Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi na szóstym piętrze i bez pukania wszedł do środka. Tylko tutaj mógł szukać pomocy. – Jay, potrzebuję… – zaczął, ale w jednej chwili zamilkł. Zamknął za sobą drzwi i stanął jak wryty. Na łóżku Jaya leżała Emi, a jego przyjaciel tulił ją w swoich objęciach. Więc posunąłeś się aż tak daleko, przyjacielu? Zdecydowanie zbyt daleko! Cokolwiek łączyło do tej pory tą dwójkę, dla ich własnego dobra, jak najszybciej będzie musiało zniknąć. Maska obojętności i leniwy, arogancki uśmiech natychmiast wpłynęły na twarz Damiena. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Oparł się o stojący pod ścianą stolik i czekał. Spojrzeli na niego zaskoczeni. Emi zaczerwieniła się uroczo, usiadła. Jay spojrzał z żalem na dziewczynę, która zwinnie wyplątała się z jego ramion. – Damien, przepraszam, że wyszłam – zaczęła cicho – musiałam… – ale Jay nie pozwolił jej dokończyć zdania. Gwałtownie zerwał się z łóżka. W jego bursztynowych oczach pojawiła się złość. – Więc to ty jesteś jej opiekunem?! – warknął na przyjaciela. Brutalnie złapał go za poły eleganckiej koszuli. – Jak mogłeś puścić ją samą?! Odwaliło ci?! Wyobrażasz sobie co mogło się stać?! Blondyn obrzucił swojego prześladowcę lodowatym spojrzeniem. Ogarnął go zimny gniew. Gdyby stał teraz przed nim ktokolwiek inny niż Jay, w ułamku sekundy pożegnałby się z życiem. – Nigdy nie pozwoliłem jej wyjść – odezwał się chłodno. – Zostałem wezwany przed radę. Była tylko przez chwilę sama i od razu mi zwiała. – Mogłeś pilnować jej lepiej – syknął Jay. – Jackob się właśnie do niej dobierał, kiedy ją znalazłem. Damien drgnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go słowa przyjaciela obeszły. Chciał cos powiedzieć, ale tym razem przerwała im Emi. Podeszła do nich. Swoimi drobnymi dłońmi odgięła, zaciśnięte kurczowo na eleganckiej koszuli, palce Jaya. Stanowczo odepchnęła chłopaka i stanęła między nimi. Damien patrzył na nią z pobladłą twarzą. Był przekonany, że żeby ją ochronić naprawdę będzie musiał skrzywdzić przyjaciela. Jay jednak posłusznie dał się odsunąć, zupełnie jak skarcony psiak. – Przestańcie, obydwaj – poprosiła dziewczyna, w jej głosie była jednak moc i stanowczość. – To moja wina, przepraszam was, że musieliście się o mnie martwić. Damien, przepraszam, że wyszłam. Mówiłam ci, że muszę iść do lasu, ale nie dałeś mi dokończyć, nie pozwoliłeś powiedzieć dlaczego – westchnęła. – To była jedyna okazja, kiedy mogłam znaleźć Jaya. Chciałam go przeprosić za to, że mnie nie było no i bałam się, że będzie się o mnie martwił. Damien w jednej chwili się opanował. Nie do końca był pewien co się tutaj dzieje, ale skoro Emi była bezpieczna, dalej toczyła się gra. – Bałem się o ciebie, nie strasz mnie w ten sposób nigdy więcej – powiedział łagodnie, obejmując ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego ufnie. Jay wytrzeszczył oczy. Warknął. Wtargnął między Emi, a Damiena, odpychając ich od siebie. Stanął zasłaniając sobą dziewczynę. – Nie dotykaj jej – syknął. Damien starał się powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech. Jay najwyraźniej nie miał bladego pojęcia jak się przy niej zachowywać. Na wszelki wypadek przygotował osłonę dla siebie i Emi. Nie zawiódł się na dziewczynie. Kopnęła chłopaka z całej siły w piszczel. W bursztynowych oczach Jaya mignęła złość. Damien nie mógł wyjść z podziwu, że jego przyjaciel mimo wszystko panuje nad sobą i nawet nie próbuje oddać dziewczynie. – Nie jestem twoją lalką! – wrzasnęła na niego. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie! Pomogłeś mi, za co jestem ci bardzo wdzięczna, ale to nie czyni mnie twoją pieprzoną własnością! Damien obserwował z rosnącym zdumieniem, jak gniew w oczach Jaya zamienia się w niezrozumienie, a potem rozgoryczenie i smutek. Skulił się w sobie, odsunął. – Masz rację – powiedział cicho, spuszczając głowę. Blondyn zagryzł zęby. Chciało mu się wyć. Dlaczego jego porywczy, impulsywny przyjaciel w ten sposób na nią reaguje?! Czemu zrobił jedyną rzecz, która mogła uratować tę sytuację?! Był dziki, drapieżny, jeżeli trzeba było, potrafił być okrutny i sadystyczny, a zachowywał się jak zbity psiak! Cała złość zniknęła z twarzy Emi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podeszła do Jaya. Dotknęła dłonią jego policzka. Odgarnęła mu z twarzy niesfornie opadające na oczy kosmyki. – Jay, przepraszam, ja nie chciałam… – szepnęła. – Po prostu strasznie nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. Nie gniewaj się na mnie, proszę. Tym razem to Damiena roznosiło w środku. Stał jednak spokojnie, masochistycznie przyglądając się sprawiającej mu ból scenie. Bursztynowe oczy spojrzały na Emi ponuro. Chłopak odsunął od siebie jej rękę. Nie skomentował. – Kiedy zdążyłeś zapisać się do programu? – zadał pytanie, zwracając się do Damiena, zupełnie jakby starał się zignorować obecność dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kwadrans później siedzieli w eleganckim salonie Damiena na siódmym piętrze Czarnej Wieży. Jay nosił w sobie jakieś bardzo nieprzyjemne, przykre uczucie.  Nie był tylko do końca pewien co to takiego. Emi siedziała skulona w jednym z obitych zielonym aksamitem foteli, Damien usiadł naprzeciwko niej, a on sam rozwalił się wygodnie na kanapie. Nie był do końca przekonany, czy ta rozmowa ma szansę mu się spodobać. Poza tym wolałby być bliżej Emi, ale nie pozwalała mu na to własna duma. – Znamy się z Emi od wczesnego dzieciństwa – kontynuował Damien – nie mogłem uwierzyć, kiedy poczułem na tobie jej zapach, ale ty oznajmiłeś mi, że to „nic takiego” – powiedział z wyrzutem. – W każdym razie, kiedy dowiedziałem się, że jej rodzice życzą sobie, żeby wzięła udział w wymianie, nie mogłem pozwolić, żeby trafiła do kogoś innego. Tyle. Teraz twoja kolej na opowiadanie – mruknął. Jay stwierdził, że to go odrobinę uspokoiło. Dalej gniewał się na Emi, ale przynajmniej nie zżerała go już z taką siłą zazdrość, a nawet zaczął się cieszyć, że Damiena i Emi łączy jakaś nić przyjaźni, bo wspólnie będzie łatwiej ją chronić. Nieprzyjemnie brzmiały mu tylko w głowie słowa dziewczyny sprzed kilku dni, kiedy oznajmiła mu „już jestem z kimś umówiona” gdy oznajmił jej, że idą razem na szkolny bal. Teraz był pewien, że tym kimś jest właśnie Damien. – Właściwie nie ma o czym – mruknął Jay. – Nie powiedziałem ci, że spotkałem Emi, bo wiem jak bardzo nienawidzisz ludzi. Przez twarz Damiena przemknął gniew, chłopak jednak szybko się opanował. Dziewczyna pojrzała zaskoczona. Jay zdał sobie sprawę, że powiedział coś nie tak. Wyglądało na to, że przyjaciel z jakiegoś powodu ukrywał przed nią ten fakt. – Wszyscy Illi’andin nienawidzą ludzi – odpowiedział na pytające spojrzenie Emi Damien. – Jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak naprawdę niewielu myśli inaczej. Zresztą ludzie, a zwłaszcza czarodzieje, też nas nienawidzą. Opowiadaj dalej Jay – powiedział z naciskiem. Chłopak nie wiedział, dlaczego Damien nie mówi Emi prawdy, nie miał jednak zamiaru narażać się na jego gniew, kontynuując tę dyskusję przy dziewczynie. Porozmawiają o tym później. – Szukałem dobrego terenu do polowań, bawiłem się w kotka i myszkę, z grupą magów, byłem nieuważny i wpadłem w sidła. Nie chciałem stracić ręki więc w nich siedziałem, nie mogąc się przemienić – Jay opowiadał jakby zdawał suchą, wojskową relację. – Pojawiła się Emi, uwolniła mnie. Następnego dnia natknąłem się na tą idiotkę – w tym miejscu pierwszy raz w głosie chłopaka pojawiły się jakiekolwiek emocje –  na wybranym na łowy obszarze. Zabrałem ją stamtąd. W sumie to wszystko. Jay nie miał ochoty zdradzać przyjacielowi, ani nikomu innemu żadnych więcej szczegółów. Emi uśmiechnęła się nieśmiało. – Skoro już to sobie wyjaśniliście, to może pójdziemy na zajęcia? – zapytała zwracając się do Damiena. – Ja zawsze się spóźniam, ale chyba nie wypada… Jay przeklął, zerwał się z kanapy. Dla niego kara za spóźnienie byłaby przykra, o tym co czekałoby Damiena wolał nawet nie myśleć. – To na co czekacie? – warknął na nich. – Odprowadzę was i odbiorę, tak na wszelki wypadek – mruknął patrząc ponuro na przyjaciela. Chłopak wstał. Przeczesał palcami jasne włosy. Po raz pierwszy tego dnia obdarzył Jaya bladym uśmiechem wdzięczności. Doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka za spóźnienie i nie był pewien czy jeżeli dostanie „karę” będzie w stanie zaopiekować się Emi. Od kiedy tylko obaj pojawili się w szkole, byli boleśnie uzależnieni od swojej bezwarunkowej przyjaźni. Rozdział XI Emi pierwszy raz od kiedy opuściła hol Czarnej Wieży miała okazję zobaczyć swoje koleżanki. Większość z nich wyglądała na mocno wystraszone. Potulnie słuchały swoich nowych opiekunów. Kilka jednak uśmiechało się promiennie, z dumą i nonszalancją. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że to te, które stoją obok chłopaków, z którymi mieli lekcję tańca. Arystokraci Illi’andin najwyraźniej traktowali je znacznie lepiej od wojowników. Emi była naprawdę wdzięczna losowi, że trafiła właśnie na opiekującego się nią Damiena. Wspólne zajęcia okazały się wyjątkowo nudne. Słuchali sztandarowych przemówień nauczyciela na temat polityki i nowożytnej historii. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Wyglądało to niemal tak, jakby opiekunowie chcieli sprawdzić, czy czarodziejki po dobie spędzonej w towarzystwie Illi’andin w dalszym ciągu żyją. Mężczyzna oschłym głosem zawiadomił ich, że następnego dnia po południu zaplanowana jest wycieczka do jednego z pobliskich miast, a potem kazał im się rozejść. – Hayazaki, ty i twoja podopieczna zostajecie – rozkazał na koniec. Emi niemal namacalnie mogła wyczuć niepokój Damiena, jego twarz była jednak nieprzeniknioną maską. Kiedy wszyscy wyszli, nauczyciel zwrócił się bezpośrednio do nich. – Złamaliście regulamin, poniesiecie tego konsekwencje. Za takie wykroczenie karą jest zielony. Podejdźcie tu, obydwoje – rozkazał obojętnie. Dziewczyna wstała, żeby wykonać polecenie nauczyciela, ale Damien zagrodził jej drogę. – Żartujesz, prawda? – zwrócił się niegrzecznie do nauczyciela. – Ona nie jest jedną z nas! – oznajmił stanowczo. – Nasze prawo jej nie dotyczy. – Teraz mieszka w Czarnej Wieży, więc jej także dotyczą nasze reguły – oznajmił sucho mężczyzna, był w średnim wieku i wyglądał raczej nijako niż dostojnie, jak większość Illi’andin. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. Najwyraźniej karanie uczniów sprawiało mu niekłamaną przyjemność. – Emi wyjdź – powiedział cicho Damien. – Jay czeka na zewnątrz. – Jak śmiesz! – zaczął mężczyzna, ale wystarczyło jedno spojrzenie w lodowato zimne oczy Damiena, żeby się zamknął. – Dobrze, niech dziewczyna wyjdzie – pozwolił niechętnie. Przestraszona, nie rozumiejąca co właściwie przed chwilą się stało, Emi wyszła z sali, wpadając prosto w ramiona czekającego na zewnątrz Jaya. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Emi zniknęła za drzwiami, Damien posłusznie podszedł do biurka nauczyciela. Mężczyzna trząsł się z nieskrywanej złości. Z szuflady wyciągnął drewnianą skrzynkę. Z nienawiścią spojrzał na chłopaka. – Za impertynencję twoja kara wzrosła do czerwonego – oznajmił uśmiechając się z satysfakcją. Chłopak stał spokojnie, wpatrując się w niego chłodnym wzrokiem. Obojętność i znudzenie na jego twarzy przyprawiały mężczyznę o gęsią skórkę. Otworzył pudełko, w którym na aksamitnym materiale, rzędem leżały pojemniki z kolorowymi płynami. Wyjął ten z czerwonym. Z drugiej szuflady wyciągnął strzykawkę, napełnił ją kolorową cieczą, założył igłę. Damien ze stoickim spokojem podwinął rękaw koszuli i podał mu rękę. Próbował już wszystkich i czerwony wcale nie był z nich najgorszy. Kiedyś, gdy uleczył plecy Jaya po chłoście, za karę podali mu czarny. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Nauczyciel z dużą wprawą wbił igłę w żyłę chłopaka. Damien czuł, jak płyn wsącza się w jego ciało paląc żyły żywym ogniem. Nie zmienił jednak obojętnego wyrazu twarzy. Nie zamierzał dawać temu mężczyźnie satysfakcji. – Czy to już wszystko? – zapytał, kiedy tamten skończył. Nauczyciel skinął głową, starannie zamykając drewnianą skrzynkę. – Tak, możesz już odejść – powiedział niechętnie. Damien odwrócił się i wyszedł, zaraz za drzwiami opierając się o zimną, kamienną ścianę. Bolało jak cholera, ale to nie to było karą. Pieczenie było jedynie efektem ubocznym. Wiedział, że czeka go naprawdę paskudna noc. Co gorsza, znaczyło to, że będzie musiał zostawić Emi sam na sam z Jayem, co ani odrobinę mu się nie uśmiechało. Odetchnął głęboko i ruszył przed siebie korytarzem. Zaskoczony przystanął, kiedy za rogiem, w jednej z wnęk, wyłożonego surowym kamieniem, korytarza zobaczył czekających na niego przyjaciół. Emi natychmiast przypadła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Dużo wysiłku woli kosztowało go, żeby się nie skrzywić. Całe jego ciało płonęło, dotyk dziewczyny sprawiał mu tylko dodatkowy ból. Przytulił ją do siebie delikatnie. Jay jednak wiedział. Podszedł i stanowczo odciągnął ją od przyjaciela. – Czerwony – odpowiedział niechętnie Damien na pytające spojrzenie przyjaciela. – Mogę spać dzisiaj u ciebie? – spytał niemal błagalnie. To było najlepsze co przychodziło mu w tym momencie do głowy. Nie był w stanie zbyt jasno myśleć. – Zgoda, gdzie mam ją zabrać? – zapytał Jay. – Do mnie – mruknął niechętnie Damien. – Nikt nie będzie wam przeszkadzał. Założyłem osłony. Emi chciała coś powiedzieć, ale Jay jej na to nie pozwolił. Obrzucił przyjaciela współczującym spojrzeniem i pociągnął protestującą dziewczynę w stronę kamiennych schodów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po kwadransie i zawziętej szarpaninie znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Dopiero kiedy zamknęły się za nimi solidne, drewniane drzwi, Jay zdecydował się puścić wkurzoną, wyrywającą się mu dziewczynę. Natychmiast się ku nim rzuciła. W ułamku sekundy zagrodził jej drogę. – Możemy się tak bawić przez całą noc – westchnął znużony. – Tylko czy naprawdę musimy? – Dlaczego nie chcesz mnie puścić do niego? – spytała łamiącym się głosem Emi. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co się dzieje, ale wiedziała, że jest to coś bardzo niedobrego. – Nie widzisz, że on sobie tego nie życzył? – warknął na nią. Dziewczyna odsunęła się od drzwi. Usiadła na dywanie pod kanapą. Skuliła się oplatając ramionami kolana. W jej oczach zalśniły łzy. – Co mu jest? – szepnęła cicho. Jay westchnął. Usiadł koło niej obejmując czarodziejkę ramieniem. Pozwoliła mu na to, potrzebowała tego. Wtuliła się w niego ufnie, jak mała dziewczynka. Chłopak wyraźnie zastanawiał się co i ile jej może powiedzieć. – Illi’andin dzielą się na trzy klasy społeczne – zaczął. – Są senshi, skrzydlaci i arystokracja. Wszyscy jesteśmy wojownikami, ale każdy walczy inaczej. Ponieważ nasza szkoła, to coś jakby koszary, panuje tutaj surowa dyscyplina i za każde przewinienie są kary. Są one jednak zależne od klasy do której się należy. Senshi od zwykłych ludzi różnią się tylko swoją siłą i szybkością. Dla nich podstawową karą są dodatkowe ćwiczenia fizyczne, za naprawdę ciężkie wykroczenie karani są chłostą. Skrzydlaci są sprawniejsi w walce, nasze rany szybciej się goją, każdy z nas ma swoje zwierzę, którego postać potrafi przybierać. Cokolwiek wbrew regulaminowi byśmy nie zrobili, dostajemy razy. Arystokraci mają najgorzej. Nie dorównują nam siłą ani kondycją fizyczną, dopóki nie zmienią się w swoją drugą postać. Za to władają magią, są więc najbardziej niebezpieczni. Nauczyciele się ich boją, najczęściej boją się ich również właśni ojcowie, tak jak w przypadku Damiena – uśmiechnął się smutno. – W każdym razie dyscyplinarnie karani są za wszystko, co tylko znalazło się choćby odrobinę za wyznaczoną przez regulamin linią. Gdyby dostawali chłostę, ich obrażenia goiłyby się tak samo wolno, co u ludzi. Dlatego powstał inny system. Podają im narkotyki o różnych właściwościach. System działa o tyle dobrze, że żaden z nich nie popełni z własnej woli najmniejszego nawet wykroczenia. Musiałby być naprawdę zdesperowany. Tak jak Damien dzisiaj, pomyślała Emi. Słuchała tego co mówił Jay z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie. – U nas, jeżeli ktoś coś przeskrobie, to zostaje po lekcjach – powiedziała cichutko. Niewiele mijało się to z prawdą, ponieważ kary w Białym Pałacu polegały zazwyczaj na pomocy wyznaczonym nauczycielom w wolnym od zajęć czasie. Jay prychnął, z trudem powstrzymał się od śmiechu. – Nie martw się, nic mu nie będzie – mruknął, a dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej. – Rano będzie z nim już wszystko w porządku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien dotarł do drzwi pokoju Jaya, w swoich żyłach czuł już tylko płynny ogień. Zdjął z siebie drażniące nadwrażliwą skórę ubranie. Z niemałym trudem położył się na twardym łóżku. Zwinął się w ciasny kłębek. Oddychał powoli, myśląc tylko o tym, żeby nie zasnąć. Wiedział, że wtedy będzie tylko jeszcze gorzej. W końcu jednak przegrał walkę z płynącym w jego żyłach narkotykiem i zapadł w krótki, niespokojny sen. Czerwony płyn był wyciągiem z liści narumi, rzadkiej rośliny spotykanej jedynie w północnych lasach Dareshi, połączonym z jadem mirwińskich jaszczurek. Oprócz bólu który powodował, przywoływał także senne koszmary. Damien obudził się z zupełnie zaschniętym gardłem, nie miał jednak siły wstać, żeby napić się wody. Drżał na całym ciele. W przerażającym, nazbyt realnym śnie, wielokrotnie widział jak zabija Jaya. Ból powrócił. W swoich żyłach znów poczuł płynny ogień. Po kilku, wlokących się w nieskończoność minutach, ponownie zapadł z niespokojny sen. Śnił mu się las. Skąpana w promieniach słońca polana. Emi uśmiechająca się do niego wdzięcznym, dziewczęcym uśmiechem. Zamek. Lecące nad wschodnią wieżą stado olbrzymich nietoperze. Ojciec, obserwujący z rozbawieniem jego reakcję na trzymany w rękach list. Zamknięta, niewielka skrzynia. Ciasnota. Brak powietrza. Strach. Jasna przestronna komnata. Emi, strach w jej oczach, gdy podchodzi do niej by wpuścić w jej żyły oszałamiający narkotyk. Więzienna cela. Jay patrzący przez kraty pełnym zawodu i nienawiści wzrokiem. Kamienny ołtarz. Zakrwawiony nóż w jego własnych rękach. Złożona ofiara. Różany ogród. Emi, ból i odraza w jej oczach. Strach i nienawiść. Damien obudził się zlany zimnym potem. Zaczynało świtać. W swoich żyłach czuł już tylko lekkie pieczenie. Działanie narkotyku ustawało. Ze wstydem zauważył, że zmoczył łóżko. Przynajmniej nie krzyczał, tak jak inni… Wstał, jeszcze odrobinę chwiejnie. Telepatycznie przywołał najbliższego służącego. Kazał mu posprzątać pokój. Sam zgarnął swoje wymięte ubranie z podłogi i wolnym krokiem, dochodząc do siebie, udał się do łaźni. Po ciepłej kąpieli, zupełnie już doszedł do siebie. W garderobie czekał na niego czysty, nowy strój. Doprowadził się do porządku, przeczesał palcami mokre włosy i niespiesznie ruszył do swoich komnat. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wszedł do sypialni, Jay i Emi jeszcze spali. Chłopak z trudem odgonił od siebie zimny gniew. To co ujrzał, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Jego przyjaciel tulił dziewczynę w swoich ramionach. Wyglądali razem tak naturalnie… Damien po cichu wyszedł z pokoju. Nie zamierzał ich budzić. Zacisnął wargi, tak, że uformowały się w cienką linię. Jak najszybciej będzie musiał coś z tym zrobić. To co było między nimi zaszło już stanowczo zbyt daleko, mimo, że nigdy nie powinno mieć miejsca. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy słońce w całości pojawiło się na niebie, Jay popędził na trening. Damien siedział na kanapie wpatrując się w przestrzeń. Emi skuliła się przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Jej bliskość wyrwała chłopaka z ponurej zadumy. Jak zwykle niespecjalnie dbała o swój wygląd i po wstaniu rano, wyglądała jak mały, nastroszony kociak. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. – Na pewno nic ci nie jest? – spytała cichutko, mimo zapewnień Jaya, wcale nie uważała, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się do niej odrobinę blado. Przytulił ją do siebie. – Nie martw się o mnie, u nas to jest ‘normalne’ i wcale nie zdarza się rzadko – mruknął. – Zjedzmy śniadanie – zaproponował. – Czeka nas dzisiaj paskudna wycieczka. Emi westchnęła. Zapewnienia Damiena także wcale jej nie uspokoiły. Skinęła jednak głową i razem przeszli do jadalni, w której już czekał suto zastawiony stół. Dziewczyna nie była w stanie prawie nic zjeść. Damien przyglądał się jej zaniepokojony. – Nie jesteś głodna? – spytał. – Nie mam ochoty – powiedziała cicho. – W takim razie co byś zjadła? – uśmiechnął się kusząco. Działanie narkotyków się ulotniło i znowu był zupełnie sobą. – Na przykład maliny – westchnęła Emi, tak bardzo nie mogła doczekać się lata! – Dobrze, niech będą maliny – stwierdził rozbawiony, a ona spojrzała na niego pytająco. Chłopak wysypał na talerz miskę płatków, a potem spojrzał na nie ponaglająco. – Rośnijcie – mruknął cicho, rozkazującym tonem. Leżące na talerzu, owsiane płatki zaczęły się powiększać i puchnąć, powoli zmieniając się w ciemnoróżowe owoce. One po prostu stały się malinami! Kiedy Damien skończył, podsunął zszokowanej dziewczynie pełne owoców naczynie. Spróbowała. Smakowały zupełnie jak dojrzewające w letnim słońcu maliny. Zamrugała. – Myślałam, że władasz ogniem – powiedziała oskarżycielskim tonem. Roześmiał się dźwięcznie. Pokręcił głową. – Nasza magia jest inna, mówiłem, że ci to później wytłumaczę. Jesteś czarodziejką – stwierdził. – Jaki jest twój talent? Dziewczyna spuściła wzrok. – Chwilowo żaden – mruknęła zasmucona. – Potrafię wiele rzeczy, ale niczego nie robię dobrze. Zaskoczył ją błysk zainteresowania w oczach Damiena. – Co na przykład możesz zrobić? – spytał starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Emi wzruszyła ramionami. – Kiedy przepowiadano nam talenty, dowiedziałam się tylko, że jestem czarodziejką natury, wieszczka nie powiedziała mi nic konkretnego. Umiem odrobinę leczyć, jeżeli naprawdę mi zależy, to moje roślinki szybko rosną no i porozumiewam się ze zwierzętami, co chyba jednak nie jest magią. – I nie próbowałaś innych rzeczy? – zapytał ponaglająco chłopak. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Nie miała pojęcia do czego on dąży. – Niby po co miałam próbować? – spytała skonsternowana. – Widzisz, my nie czerpiemy mocy z otoczenia, tak jak czarodzieje – powiedział uśmiechając się kapryśnie. – Nie mamy kontaktu z duchami, nie wykorzystujemy żywiołów, to co nazywacie czarami zależy po prostu od naszej siły woli. Emi nie rozumiała. Od zawsze uczono ją czego innego. Wpatrywała się pytająco w Damiena. Chłopak wstał od stołu. W ten sposób jej niczego nie wytłumaczy. Wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził do bawialni. Wskazał na jedną ze srebrnych, leżących na ciemnozielonej kanapie poduszek. – Wznieś się – mruknął, a przedmiot po chwili już lewitował w powietrzu. Moment później podleciał i znalazł się w jego dłoniach. – Spróbujesz? – zaproponował z uśmiechem. – Musisz skupić się na tym co chcesz zrobić, pomyśleć o tym, a potem ukierunkować swoje pragnienie jakimś słowem. To nic trudnego. Dzięki temu nie jesteśmy ograniczeni, tak jak czarodzieje, do jednego źródła. Możemy zrobić wszystko, na co starczy nam sił. – I naprawdę myślisz, że ja też tak potrafię? – spytała powątpiewająco. – A co szkodzi ci spróbować? – uśmiechnął się do niej uroczo. – Najwyżej się nie uda i już. – Położył poduszkę na podłodze. – Podnieś ją – zaproponował. Emi nie bardzo wierzyła w powodzenie takiej próby, nie chciała jednak sprawić patrzącemu wyczekująco chłopakowi przykrości. Spróbowała. Wyobraziła sobie latającą poduszkę. Z całego serca zapragnęła, żeby ta się ruszyła. – Wznieś się – powiedziała surowym tonem do srebrnego przedmiotu. To co stało się później przypominało tornado. Cały pokój zaczął wirować. W powietrzu zaczęły latać obite zielonym aksamitem fotele i kanapa. Z półek pospadały wszystkie książki i one też zaczęły unosić się w powietrzu, wirując w dzikim tańcu. To samo stało się ze stołem i krzesłami. Dywan uciekł spod ich stóp przewracając ich na podłogę. Damien rzucił się do przodu, zakrywając sobą leżącą dziewczynę. Postawił wokół nich najmocniejszą osłonę, na jaką go było stać. – Emi, przestań! – krzyknął rozpaczliwie. – Proszę cię przestań! Oszołomiona dziewczyna zamarła, przymknęła oczy, przestała oddychać. Przedmioty zaczęły spadać na podłogę, uderzając w rozciągniętą przez Damiena osłonę. Wszystko zwaliło się na bezładną kupę. Kiedy pokój się uspokoił chłopak wstał. Zaczął się śmiać. Emi była wyczerpana. Z trudem usiadła. Spojrzała na niego jak na wariata. – No co? – spytała zirytowana. Chłopak wskazał ręką na drewniany parkiet przed nimi. – Ruszyło się wszystko – powiedział pomiędzy wybuchami niekontrolowanego śmiechu – tylko nie ta cholerna poduszka! Rozdział XII Drżąca ze strachu Ana siedziała na twardym, drewnianym krześle. To był jakiś koszmar. Do tej pory bardzo entuzjastycznie podchodziła do wymiany uczniowskiej z Illi’andin, ale teraz, kiedy znalazła się w Czarnej Wieży doskonale zrozumiała dlaczego ludzie tak bardzo ich nienawidzą. Serce stanęło jej na moment, kiedy pomyślała o tym co mogłoby się stać, gdyby nie jej talent. Chłopak, który miał się nią opiekować, najzwyczajniej w świecie próbował ją zgwałcić. Nie wiedział jednak, że panowała nad dźwiękami, nie spodziewał się ataku. Potworny hałas ogłuszył go, a ona zdołała uciec. Kiedy jednak zgłosiła całe zajście pilnującemu ich wychowawcy, ten wzruszył ramionami, wyznaczył chłopakowi karę, a ją odesłał do innego, z listy rezerwowej. Nie było mowy o powrocie do Białego Pałacu. Teraz siedziała w niewielkim, przypominającym celę w koszarach pokoiku, zastanawiając się nad tym, czy może być jeszcze gorzej. Wzdrygnęła się, kiedy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chłopak. Jak oni wszyscy nie nosił koszulki, a jego tors zdobiły wyraźnie zarysowane pod opaloną skórą mięśnie. Z pleców chłopaka wyrastały ogromne, pokryte czarnymi piórami skrzydła. Przystanął zaskoczony jej widokiem. – Co tu robisz?! – warknął, a w jego miodowych oczach zobaczyła gniew. – Pan Del’rante mnie tu przysłał – odezwała się cicho. – Po pewnym „incydencie” – wstydziła się dokładnie opowiedzieć co się stało – zmienił mi opiekuna, a ty byłeś na liście rezerwowej. Chłopak syknął. Podskoczyła na krześle, kiedy uderzył pięścią w kamienną ścianę. Spojrzał na nią z obrzydzeniem, jakby była jakimś ohydnym robakiem. – Zostań tu – warknął, po czym trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł szerokim, kamiennym korytarzem. Był wściekły, Na śmierć zapomniał o tej piekielnej liście rezerwowej. Teraz jeszcze nauczyciel powiedział mu, że nic się nie da zrobić. Zależało mu na tym, owszem, ale dopóki nie dowiedział się, że Emi bezpiecznie mieszka z Damienem. Był zły, ale wiedział, że to tylko i wyłącznie jego własna wina. Za głupotę się płaci. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie potrafił coś na to poradzić. Nie zamierzał spędzić kolejnych dwóch tygodni na niańczeniu jakiejś głupiej dziewuchy, a potem jeszcze dwóch następnych w Białym Pałacu. Z rozmachem otworzył drzwi własnego pokoju. Dziewczyna siedziała tam gdzie ją zostawił. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. W Jayu aż się zagotowało. Obudziły się jego łowieckie instynkty. Czuł jej strach. Miał ochotę rozszarpać jej gardło. Zamiast tego brutalnie chwycił ją za ramię i wypchnął z pokoju. Zaczęła protestować. Zignorował to. Chwilę później wspinali się już po prowadzących na siódme piętro schodach. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drzwi, przez które wepchnął ją chłopak Illi’andin prowadziły do przestronnego, jasnego salonu. Rozejrzała się po nim oszołomiona. Na ciemnozielonej, pokrytej aksamitem kanapie siedziała czarodziejka, a obok niej elegancko ubrany blondyn. Obydwoje byli czymś bardzo rozbawieni. Ana musiała w duchu przyznać, że to najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziała. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Blondyn przeczesał palcami ułożone w artystyczny nieład, jasne włosy. Spojrzał pytająco na nieproszonych gości. Oczy miał tak niesamowicie niebieskie, że serce Any aż podskoczyło w środku. Poczuła niesamowitą zazdrość, o dziewczynę, która tak beztrosko siedziała na kanapie tuż obok niego. Czemu jej samej coś takiego nie mogło się trafić? Nie, ona zawsze musiała mieć pecha. Czarnoskrzydły wypchnął ją na środek pokoju. Spojrzał spode łba na siedzącą na kanapie dwójkę. – Zrób coś z tym – zażądał stanowczo. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Miał znudzony wyraz twarzy, uważny obserwator mógł jednak zauważyć, że cała sytuacja go niezmiernie bawi. – A kto to w ogóle jest? – zapytał. – Czarodziejka, nie widać? – warknął jej ciemiężyciel. Siedzący na kanapie chłopak zignorował jego gniewny ton. – Co ona tu robi? – zapytał aksamitnie brzmiącym tenorem. Czarnoskrzydły westchnął. Podszedł do siedzącej na kanapie pary. Usiadł obok brązowowłosej dziewczyny. – To mój przydział – mruknął niechętnie. – Byłem na liście rezerwowej. Damien, możesz to jakoś załatwić? – spytał, ale tym razem w jego głosie brzmiała prośba. Brunetka zerwała się z kanapy. Jej karmelowe oczy zalśniły złością. Obydwaj spojrzeli na nią pytająco. – Czy wyście obydwaj powariowali? Mówicie o niej jakby była jakąś rzeczą! – wrzasnęła na nich. – Jay, skoro nie chciałeś brać w tym udziału, to po jakie licho zapisałeś się na tą listę?! – Ana niedowierzająco patrzyła jak czarnoskrzydły spuszcza głowę, odwracając od drobnej, dziewczęcej postaci wzrok. – Damien, ani się waż z tym czegokolwiek robić. Na własnej skórze przekonałam się, jak traktujecie czarodziejki! Z Jayem chociaż będzie bezpieczna. – Chłopak chciał zaprotestować, ale zignorowała go podchodząc do zaskoczonej Any. – Jestem Emi – przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem, podając jej dłoń. – Ana – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, uścisnąwszy jej dłoń. Nie znała tej czarodziejki, więc prawdopodobnie była z młodszej, przybyłej w tym roku do Białego Pałacu, grupy. W każdym razie najwyraźniej dobrze się złożyło, że ją spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Złość Jaya ustąpiła miejsce niechęci i konsternacji. Dodatkowo co chwila, gdy tylko Emi znalazła się chociaż o centymetr bliżej Damiena niż jego, ogarniała go zazdrość z którą nie potrafił sobie poradzić. Dzień zapowiadał się paskudnie. Kilka dzielących ich od wycieczki godzin spędzili wspólnie we czwórkę. Damien wyglądał na znudzonego, usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać oprawioną w skórę książkę. Emi rozmawiała z Aną, która wyraźnie się ożywiła i przestała wyglądać jak zahukana sarenka. Śmiertelnie obrażony Jay wyciągnął się na kanapie, rozprostowując skrzydła i ignorując wszystkich dookoła. Przynajmniej dobre było to, że teraz jego też dotyczyły plany wycieczki do Morven, jednego z pobliskich miast Illi’andin, która nie koniecznie miała być dla czarodziejek bezpieczna. Po południu zebrali się do wyjścia. Emi pogoniła ich półgodziny wcześniej, wiedząc już co czeka chłopaków za jakiekolwiek naruszenie surowej dyscypliny panującej w Czarnej Wieży. Jay spojrzał zaskoczony, kiedy wychodząc z komnat, Emi złapała go za rękę, swoją drobną dłonią. – Jay, nie pozwól, żeby ktoś ją skrzywdził – poprosiła cicho. Chciał na nią wrzasnąć, wygarnąć jej, że to nie leży w jego interesie. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odmówić, nie mógłby znieść zawodu w tych karmelowych oczach. W odpowiedzi więc tylko niechętnie skinął głową. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem i pociągnęła za sobą korytarzem, by dogonić znikających za rogiem Damiena i Anę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu czarodziejek, miasto Illi’andin wyglądało aż nazbyt zwyczajnie. Pobielone domy, starannie kryte, równiutko ułożoną strzechą, stały rządkiem wzdłuż głównej ulicy. Sklepy przyciągały uwagę barwnymi wystawami. Drzewa i klomby kwiatów na skwerach wyglądały zachęcająco i dawały przyjemny cień. Jedyną cechą, która różniła Morven od ludzkich miast, była górująca nad osadą wieża garnizonu. Ulice były jednak puste, nikogo nie było na nich widać. Ana rozglądała się dookoła zaciekawiona. W pobliżu wesołej, roztrzepanej Emi, która święcie wierzyła w to, że w razie czego chłopcy Illi’andin je obronią, ona także przestała się bać. Jej serce zabiło jak oszalałe, kiedy zbliżył się do nich leniwie, arogancko uśmiechnięty Damien. Pozazdrościła nowo poznanej koleżance, że to właśnie ją od niechcenia, jak gdyby nigdy nic objął ramieniem. – To na pokaz – mruknął cicho, ale tak, żeby obie mogły go usłyszeć. – Tak naprawdę większość Illi’andin całe życie mieszka w koszarach. Nie potrzebujemy żadnych miast. Arystokraci dla odmiany mają zamki – dodał uśmiechając się ponuro. – Oczywiście warowne – dodał ironicznie. – Żyjemy po to by walczyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Popołudnie spędzili siedząc na trawie, ogrodzonego pastwiska i słuchając kolejnego propagandowego wykładu z historii ludzi i Illi’andin. Znudzona Emi rozglądała się dookoła. Obrażony na cały świat Jay siedział tuż przy jej boku milcząc, natomiast Damien cichym głosem tłumaczył coś zafascynowanej Anie. Po wysłuchaniu nauczyciela poszli obejrzeć garnizon, jednak tylko z zewnątrz. Uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie areny, podobne w budowie do tej w szkole, jednak znacznie mniejsze. Na jednej z nich coś zaczęło się dziać. Zaciekawiona Emi podeszła do otaczającego ją muru. Trzech rozbawionych mężczyzn wyszło na środek piaszczystego placu, mieli ze sobą długie włócznie. Przez inne drzwi wypuszczono rozszalałego, ogromnego niedźwiedzia. Rozpoczęła się walka, a raczej z tego co zauważyła dziewczyna, rzeź. W oczach stanęły jej łzy, kiedy pierwszy brutalny cios dosięgnął oszołomione, rozdrażnione zwierzę. Illi’andin poruszali się niesamowicie szybko. Umysł Emi wypełniła gorycz i złość. To była rozrywka, nie walka. Jak oni mogli? Dziewczyna skupiła całą swoją wolę. Wyobraziła sobie, że niedźwiedź rośnie, że się przekształca. Po niecałej minucie oniemiali mężczyźni uciekali przed ogromnym, ziejącym ogniem jaszczurem. Arenę otoczyła cała wycieczka. Ktoś coś krzyczał. Do dziewczyny nic nie docierało. Stała oszołomiona, wpatrując się w atakującego mężczyzn smoka. Nagle poczuła na ramieniu delikatny dotyk Damiena. – Emi, przestań, proszę – wyszeptał tuż do jej ucha. – Jak? – jęknęła, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co robi. – Wyobraź sobie, że to znowu niedźwiedź – poprosił. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy wpatrywali się w smoka. Dziewczyna zaczęła błagać w myślach, żeby ten piekielny smok zniknął. Z całych sił zaczęła w myślach przemieniać go z powrotem w niedźwiedzia. Nie mogła uwierzyć, kiedy podziałało. Zlani potem mężczyźni uciekli z areny, na której zwierzę zostało zamknięte. Jak w pułapce. – Oni go zabiją – wyszeptała ze łzami w oczach. Damien przymknął oczy. Westchnął. – Przenieś się – mruknął. Niedźwiedź jakby rozpłynął się w powietrzu. – Nic mu nie będzie – powiedział cicho do dziewczyny. Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa, poruszenie i harmider nie ustały. Przed grupą uczniów znaleźli się dwaj, pilnujący ich nauczyciele. Pojawił się także starszy, dostojnie wyglądający, czarnoskrzydły Illi’andin. – Który to zrobił? – zapytał surowym, ale wyjątkowo spokojnym głosem. – Jeżeli będę musiał użyć serum prawdy, kara będzie po stokroć gorsza – dodał cicho. Wśród uczniów zapanowało podniecenie. Podniesione szepty niosły się echem po pustym placu. Emi widziała, jak pobladły twarze wszystkich arystokratów. Tylko oni władali magią. Nikt nie spodziewał się, żeby była do tego zdolna którakolwiek z czarodziejek. Zadrżała. Damien stanął przednią. Hardo spojrzał w oczy czarnoskrzydłego. – Ja – powiedział pewnie, a na jego twarz wpełzł leniwy, arogancki uśmiech. – Jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna. – Damien Nataniel Hayazaki – odpowiedział bez cienia lęku chłopak. – Miałeś w tym jakiś konkretny cel? – kontynuował czarnoskrzydły. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Damiena. Zarówno Illi’andin jak i czarodziejki całą swoją uwagę skupiali właśnie na nim. Cała grupa patrzyła na chłopaka niedowierzająco, pełnymi trwogi spojrzeniami. Damien przeczesał palcami złociste włosy. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednak wzroku z ciemnych oczu mężczyzny. Z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmiech. – Nudziło mi się – odpowiedział hardo. Nauczyciele wyglądali na mocno zaskoczonych. Czarnoskrzydły przez chwilę coś rozważał, jednak to Jay wykonał pierwszy ruch. Od początku, kiedy tylko Damien przyznał się do winy, zaciśnięte w pięści dłonie chłopaka drżały. W jego oczach malowała się złość. Teraz podszedł, by stanąć jedynie o krok od przyjaciela. Był od niego niemal o głowę wyższy i znacznie szerszy w ramionach. Ogarnięty furią wyglądał naprawdę groźnie. – Ty idioto! – wrzasnął, chwytając Damiena za ramiona. – Co ci odwaliło?! Uważasz, że to świetny moment na popisywanie się?! Blondyn nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na Jaya. Czarnoskrzydły chłopak pchnął go na ziemię. Rzucił się na niego z pięściami. Natychmiast został odciągnięty przez stojących dookoła nich Illi’andin. Damien wstał, w dalszym ciągu go ignorując. Otrzepał starannie ubrudzoną piaskiem marynarkę. Wyczekująco spojrzał na mężczyznę, z którym wcześniej rozmawiał. Tamten też zignorował całe zajście. – Srebrny – oznajmił stanowczo, a potem nie powiedziawszy ani słowa więcej oddalił się w kierunku garnizonu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zamieszanie ucichło, ale wszyscy w dalszym ciągu wlepiali pełne podziwu, zalęknione spojrzenia w wyprostowaną, pełną wdzięku i arogancji sylwetkę Damiena. Kiedy tylko ruszyli w powrotną drogę do szkoły, Emi natychmiast przypadła do chłopaka. Wtuliła się w jego ramię. – Ja…- zaczęła cichutko, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć, ani jakimi słowami mogłaby mu podziękować. Z całego serca też pragnęła go przeprosić. – Cii – odezwał się do niej spokojnie. – To nie twoja wina – szepnął jakby czytając jej w myślach. – Możesz go uspokoić? – spytał wskazując głową idącego na końcu grupy, zaciskającego pięści Jaya. – Spróbuję – mruknęła, wiedząc, że będzie to nie lada wyzwanie. Niechętnie puściła rękę Damiena i poczekała aż wszyscy przejdą by zrównać krok z czarnoskrzydłym. – Jay… – zaczęła cicho. – Nie teraz! – warknął, nie patrząc na nią. – Jay, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę – powiedziała łagodnie. Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem bursztynowych oczu. – Widziałaś co zrobił, zamierzasz go broni? – zapytał rozdrażniony. – Jay, to nie on to zrobił, tylko ja – szepnęła cichutko, zawstydzona, jak to miała w zwyczaju, zasłaniając twarz długimi włosami. Twarz chłopaka z gniewnej zmieniła się w zaskoczoną. Potem śmiertelnie pobladł. Z trudem przełknął ślinę. Brutalnie chwycił jej ramię. Spojrzała na niego przestraszona. – Nigdy więcej nie waż się powtórzyć tego na głos – warknął na nią, cedząc słowa przez zęby. Popchnął ją przed siebie, ale zdążyła jeszcze zauważyć, jak cały drży. Gniew w jego oczach zastąpił strach, a ona wiedziała, że bał się właśnie o nią. Rozdział XIII Szli szerokim korytarzem Czarnej Wieży. Emi z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Przez swoją bezmyślność i nieświadomość narobiła Damienowi kłopotów. Usłyszała, jak idący za nią Illi’andin rozmawiają przyciszonymi głosami. Byli mocno podnieceni. – Jak zwykle nie brakuje mu tupetu i odwagi – stwierdził jeden, a dziewczyna była przekonana, że rozmawiają właśnie o Damienie. – Ja bym to raczej nazwał głupotą – mruknął jeden z arystokratów. – Srebrny jest jak ogień w żyłach. Ma za zadanie tylko i wyłącznie sprawiać ból. Nigdy nie chciałbym na niego zasłużyć. Emi przełknęła ślinę. Przyspieszyła kroku. Nie chciała słuchać tej rozmowy. Musiała coś zrobić! Nie miała tylko pojęcia co… Doszli na siódme piętro. Otworzyli drzwi komnat Damiena. Chłopacy rozmawiali o czymś cicho, wpuszczając do środka niczego nieświadomą Anę. Nikt w tym momencie nie zwracał na Emi uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać. Znała już narysowany przez Jaya plan Czarnej Wieży na pamięć. Wycofała się po cichu i zniknęła za zakrętem korytarza. Udało jej się przemknąć bez zwracania czyjejkolwiek uwagi i już chwilę później stała pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zauważyła idącą korytarzem grupkę chłopaków Illi’andin. Doskonale pamiętała co stało się ostatnio. Niewiele myśląc otworzyła drzwi gabinetu i zniknęła w środku. Niewielki wypoczynkowy salon był pusty, ale na zachodniej ścianie znajdował się szereg prostych, drewnianych drzwi. Jedne z nich były otwarte. Za drewnianym, prostym biurkiem siedział mężczyzna o szpakowatym nosie i łasicowatych oczkach. Emi nieśmiało weszła do jego pokoju. Zaskoczony podniósł na nią wzrok. – Czego tu szukasz? – warknął nieuprzejmie. Dziewczyna wiedziała, że zbliża się wieczór. Uznała, że to dlatego w pokoju jest pusto. Na późną porę zrzuciła też nieuprzejmy ton mężczyzny. – Ja chciałam porozmawiać o dzisiejszym „wypadku” w Morven – zaczęła cicho. – Damien Hayazaki tego nie zrobił… Oczy siedzącego za biurkiem, szczupłego Illi’andin pociemniały. – Jesteś podopieczną arystokraty? – spytał złowieszczo. Zdezorientowana Emi skinęła głową. Co to niby miało do rzeczy? – Wiesz jaka kara grozi za kłamstwo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem na ustach. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. O co mu chodziło? Czy z nimi w ogóle dało się normalnie porozmawiać? Emi spodziewała się raczej rozmowy zbliżonej do tej, jaką mogłaby odbyć z dyrektorką Białego Pałacu. Teraz była zupełnie zbita z tropu. – Podejdź tu – rozkazał, a ona posłuchała. Wyciągnął ampułkę z niebieskim płynem, napełnił nią strzykawkę. – Skoro mieszkacie u nas, powinny was dotyczyć takie same prawa jak uczniów Illi’andin. Za kłamstwo karą jest niebieski – oznajmił gwałtownie wstając zza biurka i przytrzymując jej rękę. Dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, nie zdążyła jednak się w porę odsunąć. Błyskawicznie podwinął jej rękaw i z prawą wbił igłę w żyłę pod zgięciem łokcia. Emi pisnęła. Gwałtownie otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego. Damien, z ogniem w błękitnych oczach, wszedł do pomieszczenia. Wyglądał jak sama śmierć. – Tnij – rozkazał lodowato zimnym głosem. Ręce mężczyzny, który trzymał Emi opadły na podłogę, równiutko oddzielone od ciała. Trysnęła krew. Dziewczyna krzyknęła. Po jej żyłach krążyła błękitna substancja. Poczuła przeraźliwy chłód. Osunęła się na podłogę drżąc. Okaleczony nauczyciel darł się w niebogłosy, ona jednak nie słyszała. Jedyne z czego zdawała sobie sprawę, to przenikający ją do szpiku kości chłód. W końcu mężczyzna stracił przytomność. Emi poczuła na sobie czyjś dotyk. Z trudem otworzyła oczy. – Jay – szepnęła. Chłopak wziął ją na ręce. Przytulił do siebie. Damien skinął mu głową i razem wyszli na korytarz. Dziewczyna czuła bijące od Jaya ciepło. Na całym ciele, wszędzie tam, gdzie jej nie dotykał, czuła przeraźliwe, wręcz namacalne zimno. Zamknęła oczy, wtulając się jak najbardziej potrafiła, w dające ciepło, przynoszące ukojenie ciało chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez korytarze Czarnej Wieży szli jak burza. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Niedługo później znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Blondyn obrzucił wrogim spojrzeniem skuloną w fotelu Anę. – Jeżeli spróbujesz przejść przez te drzwi – wskazał na wyjście z pokoju – moja osłona cię zabije. Jeżeli przez tamte – wskazał na sypialnie, w której zniknął niosący Emi na rękach czarnoskrzydły – prawdopodobnie zrobi to Jay. Tak więc na twoim miejscu bym się stąd nie ruszał, ale zrobisz jak zechcesz – dodał ponuro. Potem, ignorując przerażone spojrzenie Any, zniknął, w ślad za Jayem, za drzwiami sypialni. Zastał przyjaciela siedzącego na łóżku. Chłopak tulił do siebie drżącą, na wpół przytomną Emi. – Rozbierz ją – rozkazał, sam zrzucając na podłogę elegancką marynarkę. Potem zaczął rozpinać jedwabną koszulę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego Jay z obłędem w oczach. Przygarnął do siebie dziewczynę jeszcze bardziej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem. – Sam też mógłbyś zdjąć spodnie – dodał ponuro Damien ignorując oburzenie przyjaciela. – Tak będzie lepiej. Jay delikatnie ułożył Emi na pościeli. W jednej chwili znalazł się tuż przy blondynie. Odwrócił jednak od przyjaciela zagniewaną twarz, ponieważ leżąca na łóżku dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Spojrzał na nią bezradnym, pełnym bólu wzrokiem. – Jak jej pomóc? – zapytał cicho. – Dostała niebieski – mruknął niechętnie Damien. – Jej umysłowi wydaje się, że przez żyły płynie lód. Jedyne ciepło, jakie teraz do niej dotrze, to cudze. Jeżeli chcesz mi pomóc – dodał patrząc Jayowi w oczy – to ją rozbierz. Jeżeli nie, to wyjdź. Chłopak niechętnie wykonał polecenie blondyna. Posadził sobie Emi na kolanach. Była jak lalka. Posłusznie poddawała się wszystkiemu co z nią robił. Delikatnie zdjął z niej tunikę, a potem getry, zostawiając dziewczynę w samej bieliźnie. Śladem Damiena zsunął z siebie spodnie, zostając tylko w bokserkach. Blondyn odsunął jedwabną kołdrę. Jay położył Emi na łóżku, a potem sam ułożył się obok niej. Drżała, ale natychmiast się do niego przysunęła, wtulając twarz w jego tors. Dawał jej ciepło. Otulił ją ramionami, z całej siły starając się nie reagować na dotyk jej ciała. Damien położył się, wtulając w plecy dziewczyny. Przykrył ich kołdrą. Emi przestała drżeć, dalej jednak nie otwierała oczu. Zaczęła regularnie oddychać. Po chwili zapadła w niespokojny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżeli w ciemnej sypialni już od kilku godzin. Emi budziła się co jakiś czas, drżąc z narkotycznego zimna, a potem ponownie zasypiając. Damien z trudem odpędzał od siebie ogarniającą go senność. Wiedział, że nie może odpłynąć, bo wtedy otaczająca komnaty osłona po prostu zniknie, niczym rozwiana przez wiosenny wiatr. Spojrzał na przyjaciela. Ciemności dla Illi’andin nie stanowiły najmniejszego problemu, widzieli w nich równie dobrze jak w jasnym świetle dnia. Jay także nie spał. Zaniepokojony wpatrywał się w leżącą pomiędzy nimi Emi. – Mów coś do mnie – poprosił cicho Damien. Tym razem czarnoskrzydły nie protestował. Uśmiechnął się ponuro. – Oberwie nam się za to – mruknął. – Nie nam, tylko mi – westchnął blondyn. – Ty mnie chciałeś powstrzymać, zapamiętaj to sobie. – Jay chciał zaprotestować, ale Damien uciszył go niedbałym gestem. – Ktoś musi zostać, żeby pilnować Emi. Sam widzisz, że jeżeli tylko może w coś się wpakować, to to zrobi. Zawsze taka była – westchnął. – Damien – odezwał się cicho czarnoskrzydły, nie chciał obudzić śpiącej dziewczyny – zawsze myślałem, że nienawidzisz ludzi… Dlaczego się nią opiekujesz? – zadał nurtujące go od dłuższego czasu pytanie. – A ty? Co w niej widzisz? – zainteresował się blondyn. – W twoim świecie człowiek to ofiara, prawda? Obiekt polowań… Czym ona się różni? Jay uśmiechnął się leniwie. – Głównie zapachem – mruknął. Przyjaciel spojrzał na niego niedowierzająco. – Naprawdę tylko tyle? – Mhm – przytaknął Jay. – Poza tym mi pomogła, mimo, że nie chciałem. Ona jest inna. Zresztą ja nic do ludzi nie mam. Ani mnie ziębią ani grzeją, jak zresztą cała reszta leśnych stworzeń. Nie są wrogami, dopóki nie zaczną atakować – spojrzał twardo na przyjaciela. – Teraz ty mi odpowiedz. – Emi nie jest człowiekiem – oznajmił stanowczo Damien. Czarnoskrzydły spojrzał na niego pytająco. Jego bursztynowe oczy zalśniły w skąpym, przedostającym się przez grubą kotarę, świetle siedmiu księżyców. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ wtulona w jego ramiona dziewczyna zadrżała. Otworzyła oczy. – Jay? – zapytała cichutko. – Jestem przy tobie – mruknął łagodnie, wtulając twarz w jej rozczochrane, brązowe włosy. Damien wstał. Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale niewiele widziała w zalewającym sypialnię mroku. – Zostańcie tutaj, przynajmniej do wschodu słońca – poprosił. – Idę załatwić „pewne sprawy” – westchnął wkładając na siebie pospiesznie, rozrzucone po podłodze ubranie i wychodząc z pokoju. Kiedy Damien zamknął za sobą drzwi, Emi z powrotem odwróciła się do Jaya. Przylgnęła do niego całą sobą. W jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła cicho płakać. Chłopak mocniej otulił ją ramionami, czule przytulając do siebie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu pozwolił jej się wypłakać. Rozdział XIV Chcąc nie chcąc, Jay zabrał Emi i Anę na poranne ćwiczenia. Bał się zostawić je same, a nie miał pojęcia, kiedy wróci Damien. Tego ranka naprawdę porządnie oberwał. Przeklinał się w duchu za własne słabości. Po nocy spędzonej tak blisko Emi, jego uwaga rozpraszała się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie mógł oderwać wzroku od jej drobnej postaci. Boleśnie przypomniał sobie moment, kiedy powiedziała, że nie należy do niego. Poczuł jak ogarnia go ogromna fala zazdrości. Nawet na pieprzony bal szła nie z nim, tylko właśnie z Damienem. Tylko jak niby miał walczyć o dziewczynę z najlepszym przyjacielem? Po treningu zjedli późne śniadanie w salonie Damiena. Coraz bardziej zaniepokojony Jay czekał na pojawienie się gospodarza. Chłopak wrócił jednak dopiero pod wieczór. Był dziwnie markotny i przygnębiony, za wszelką cenę starał się jednak to ukryć. Wyglądało na to, że robi dobrą minę do złej gry. Ana niczego nie zauważyła, ale Emi była tak samo zaniepokojona, co Jay. Po krótkiej, wspólnej rozmowie, Damien odciągnął czarnoskrzydłego na bok. – Zabierz stąd Anę i zniknijcie na noc – zażyczył sobie na tyle cicho, żeby tylko przyjaciel mógł go usłyszeć. W Jayu zagotowało się z zazdrości. Spojrzał na niego z wyrzutem. Więc jednak chodziło o Emi? Do tej pory łudził się, że to nieprawda i że łączy ich tylko przyjaźń, ale Damien na każdym kroku upewniał go, że jest inaczej. – Każesz mi wyjść? – spytał buntowniczo. – Jeżeli będę musiał – odpowiedział ponuro Damien, a jego twarz stała się nieprzeniknioną maską. Dłonie Jaya same zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok od przyjaciela. Na Emi też wolał nie patrzeć, bo nie był pewien co zrobi. Poszedł prosto ku drzwiom. Zaniepokojona Ana spojrzała na niego pytająco. – Idziemy – warknął, ponieważ nie potrafił już panować nad swoją złością, i nie czekając na dziewczynę wyszedł z komnaty. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko znalazł się we własnym pokoju, buntowniczo rzucił się na łóżko. Nie chciało mu się nawet zdejmować butów. Odwrócił się przodem do ściany. Ana stanęła przy drzwiach. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. – Gdzie ja mam spać? – zapytała niepewnie. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się drwiąco. Przynajmniej na niej mógł rozładować swoją złość. – Mam to gdzieś – prychnął wyraźnie akcentując słowa. W oczach dziewczyny pojawił się strach. Jay poczuł jak Ana ponownie staje się zwierzyną. Wyglądała teraz jak przestraszona łania. Napawał się tym uczuciem do czasu, aż dziewczyna nie otworzyła drzwi. – Gdzie idziesz? – spytał obcesowo. Nie obchodziło go co się z nią stanie, ale przecież obiecał Emi… Nie chciał łamać danej jej obietnicy, nawet jeżeli ona wolała Damiena. – Wracam na górę – oznajmiła, wyraźnie starając się, żeby jej głos stał się wyzywający, ale wyszedł jedynie drżący i odrobinę piskliwy. Jay roześmiał się. Pokręcił głową. Spojrzał na nią z politowaniem. – Nawet jeżeli nikt nie zaczepi cię po drodze, co zakrawałoby na cud, to i tak nie przejdziesz przez osłony Damiena. Zaplanował sobie dzisiaj „ciekawą” noc – mruknął cicho, a kiedy dotarły do niego własne słowa, poczuł w środku przeszywający ból i pustkę. Takie, jakich jeszcze nigdy nie poznał. Rzucił w nią poduszką, potem na podłogę powędrowała też kołdra. Ponownie odwrócił się do ściany. – Dobranoc – powiedział sucho i zamknął oczy, starając się nie myśleć co w tej chwili robią Damien i Emi. Całym sobą żałował, że nic nie może na tą sytuację poradzić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi wstała z pokrytej zielonym aksamitem kanapy. Zamrugała. Podeszła do wpatrującego się w zamknięte drzwi Damiena. – O co chodzi? – spytała cicho. – Dlaczego on poszedł? Co się stało? – Nic – powiedział siląc się na obojętny ton. – Obiecałaś mi dwa tygodnie, pamiętasz? Jaya nie było w planach. Chłopak usiadł na jednym z wysokich foteli. Przeczesał palcami jasne włosy. – Damien, to nie jest… – zaczęła cicho, ale chłopak jej natychmiast przerwał. – Bali się wymierzyć mi jakąkolwiek karę, rozumiesz? Oni się mnie bali – roześmiał się gorzko. – Wezwali mojego ojca. Zawarłem z nim pewien układ. Nie był ani trochę przyjemny. Emi, naprawdę cię teraz potrzebuję – szepnął błagalnie. Dziewczyna podeszła do niego. Usiadła na dywanie, kładąc głowę na jego kolanach. Przymknął oczy, wplatając palce w jej rozwichrzone, brązowe włosy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że są wiecznie rozczochrane. Tak, zdecydowanie wiele trzeba będzie w niej zmienić. Gdyby tylko potrafił trzymać Jaya przez jakiś czas z daleka… Da im jeszcze tę jedną noc, a resztę załatwi po balu… – Damien, czemu tu jesteś? – zapytała cicho dziewczyna. – Sam mówisz, że się ciebie boją… a mnie wydaje się, że po prostu nienawidzisz tego miejsca. Dlaczego nie odejdziesz? Leniwy uśmiech na twarzy chłopaka zmienił się w niechętny grymas. – Nie domyślasz się? – spytał. Emi podniosła głowę z jego kolan. Spojrzała na niego zaciekawiona. – Nie – przyznała. – Cała arystokracja Illi’andin, wszyscy jesteśmy posłuszni, nikt się nie buntuje, mimo, że każdy z nas prawdopodobnie mógłby znieść jakiś oddział z powierzchni ziemi – powiedział drwiąco. – Gdybym mógł już dawno zabiłbym swojego ojca – stwierdził zimno. Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. Nie mieściło jej się w głowie to o czym mówił Damien. – Wcale tak nie myślisz – szepnęła. Roześmiał się. W jego oczach w kolorze wiosennego nieba tańczyły jednak niebezpieczne płomienie. – Narkotyki, Emi. Podają nam różne środki, od których jesteśmy uzależnieni. Tylko nasi ojcowie wiedzą co dostajemy – powiedział gorzko. – W ten sposób nie muszą czuć się przez nas zagrożeni, a my musimy ich słuchać. Prosty układ, nie sądzisz? – uśmiechnął się leniwie do zszokowanej dziewczyny. – Buntowałem się, uciekałem z domu, kilka razy zdarzyło się, że byłem na głodzie i uwierz mi, nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. Dlatego właśnie robię wszystko co on mi każe. Dziewczyna podniosła się z podłogi. Spojrzała na niego buntowniczo, a on zauważył, że w jej karmelowych oczach zalśniły łzy. Potem wcisnęła się do niego na fotel i przywarła do chłopaka całą sobą. Położyła mu głowę na ramieniu, oplatając rękoma jego szyję. Damien przymknął oczy. Odetchnął głęboko. Spodziewał się wszystkiego z jej strony, ale na pewno nie tego. Nie wymagał od niej współczucia, po prostu chciał, żeby zrozumiała. Wiedział, że dostał znacznie więcej niż to na co liczył. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi obudziła się wypoczęta. Leżała w jedwabnej pościeli wielkiego, wygodnego łoża Damiena. Usiadła przecierając oczy. Uśmiechnęła się do leżącego przy jej nogach, olbrzymiego śnieżnego kota. Drapieżnik przyglądał się jej uważnie. Przeciągnął się leniwie, ziewając. Przypomniała sobie jak wieczorem było jej zimno i jak ucieszyła się, kiedy przyszedł ją ogrzać. Jej pogodny uśmiech stał się jeszcze szerszy. Dotknęła sztywnej sierści na karku zwierzęcia. Pochyliła się by przytulić policzek do jego głowy. Mruknął usatysfakcjonowany. Kiedy się od niego odsunęła, płynnym ruchem zeskoczył z łóżka i zmienił postać. Jego eleganckie ubranie było w nienagannym stanie. Delikatnie przydługie włosy, układały się w artystyczny nieład. Jak zwykle wyglądał idealnie. Za to Emi wyglądała jak niesforny kociak. Przeciągnęła się. Ziewnęła. Zsunęła się bosymi stopami na pokrywający całą podłogę, puchaty, drogi dywan. Damien skrzywił się nieznacznie, kiedy wyszła do łazienki, zupełnie omijając po drodze lustro. Tak, zdecydowanie musiał nad nią popracować, najpierw jednak chciał pozbyć się Jaya. Miał cichą nadzieję, że wystarczy zapach, który zostawił na niej dzisiejszej nocy. Jeżeli jednak nie, będzie musiał sięgnąć po znacznie bardziej radykalne środki. Kiedy jednak wyszła z łazienki jeszcze bardziej potargana niż bezpośrednio po spaniu, zwyczajnie nie wytrzymał. – Protestuję! – oznajmił. – Przeciwko czemu? – zdziwiła się Emi. – Jesteś dziewczyną, a wyglądasz gorzej niż Jay – mruknął. Spojrzała na niego rozbawiona. – Jakoś będziesz musiał z tym żyć – stwierdziła w ogóle nie wzruszona. – Nie ma mowy – powiedział uśmiechając się leniwie. – Siadaj – rozkazał wskazując na stojące przy wysokim lustrze krzesło. Zrezygnowana Emi posłusznie usiadła. Damien z jednej z szuflad zdobionej, dębowej komody wyciągnął szczotkę ze sztywnego włosia. Delikatnie zaczął rozczesywać włosy dziewczyny. W międzyczasie wysłał telepatyczne żądanie do jednego z jaszczuro-podobnych służących. Zamierzał postawić na swoim. Kiedy skończył, w salonie już czekały na czarodziejkę nowe ubrania. Zamiast ukochanych spodni Emi, były tam modne spódniczki i sukienki. – Damien – jęknęła błagalnie. Dla jego satysfakcji była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie wszystko. – Myślałem, że masz ochotę na kolejne lekcje „naszej” magii – mruknął kusząco, szantażując dziewczynę – ale jeżeli nie… Zamrugała. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. – Jesteś podły! – stwierdziła. – Dlaczego akurat sukienki?! – Bo mam taki kaprys – uśmiechnął się do niej czarująco. Warknęła na niego, a potem, z ponurą miną, wzięła pierwszą lepszą kreację i zniknęła z nią w sypialni, żeby, ku wielkiemu zadowoleniu Damiena, niechętnie ją na siebie włożyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay stanął w drzwiach komnaty. Z trudem przełknął ślinę. Jego Emi, zwykle rozczochrana, wściekła kotka, tym razem wyglądała olśniewająco. Miała na sobie niebieską, długą suknię. Jej włosy były delikatnie spięte i jednocześnie puszczone tak, że spływały kaskadą po lewym ramieniu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie. Jej oczy zalśniły. Chłopak zapragnął ją do siebie przytulić, ale w tym momencie pojawił się Damien. Objął Emi ramieniem, wyzywająco patrząc na przyjaciela. Jay podszedł do nich, teraz naprawdę spięty. Wszystko w nim krzyczało. Z trudem zachowywał spokój. – Mamy jakieś święto? – zapytał drwiącym tonem, walcząc z sobą, żeby nie powiedzieć dziewczynie jak ślicznie wygląda. – I tak byś nie zauważył – mruknął Damien uśmiechając się arogancko. Jay boleśnie zdał sobie sprawę, że wszystkie jego najgorsze obawy się jednak ziściły. Wszędzie dookoła dzikiego, kuszącego zapachu Emi unosił się słodkawy, intensywny zapach Damiena. Żeby był tak trwały, musieli spędzić w swoich objęciach przynajmniej całą noc. Jay zagryzł zęby z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na przyjaciela z pięściami. „Nie jestem twoją lalką! Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie!” – przypomniał sobie raniące słowa dziewczyny. Jeżeli spędziła z Damienem noc, był to tylko i wyłącznie jej wybór. To zabolało Jaya jeszcze bardziej. Właściwie czemu miałaby chcieć właśnie jego? Nie był ani tak olśniewająco przystojny jak on, ani nie władał magią, nie był też księciem. Wybór był więc prosty, a on się tylko idiotycznie łudził. Zdał sobie sprawę, że jak głupi gapi się na dziewczynę. Gwałtownie odwrócił wzrok. – Zostawiam wam Anę – mruknął ignorując kąśliwą uwagę przyjaciela. – Muszę trochę potrenować – rzucił pierwszą wymówkę jaka przyszła mu do głowy. Zobaczymy się później. Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem Emi ruszył w kierunku drzwi. Na zewnątrz puścił się pędem przed siebie. Przystanął dopiero w swoim pokoju. Uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się krew. To nie miało znaczenia… a jednak, przynosiło chociaż złudną ulgę. Poczuł, że musi się na czymś wyżyć, bo inaczej te wszystkie, kotłujące się w nim uczucia, po prostu rozerwą go od środka. Całym wysiłkiem woli, skupił się na tym, żeby wyrzucić z umysłu obraz Emi, stojącej przed nim w błękitnej sukni. Jego Emi, w ramionach Damiena. Rozdział XV Wiosenne dni mijały niezwykle szybko. Emi robiła duże postępy w nauce korzystania z magicznego talentu, postanowili jednak z Damienem, że jej niezwykłe zdolności lepiej będzie zachować w tajemnicy, przynajmniej przez jakiś czas. Dziewczyna martwiła się o Jaya. Chłopak jak mógł, unikał ich towarzystwa. Zastanawiało ją na co mógł się tak bardzo obrazić. Nie była pewna czy zły jest na nią czy na Damiena. Naprawdę bardzo za nim tęskniła. Martwił ją także brak leśnych wycieczek. Zbyt długo przebywała z dala od swoich przyjaciół z puszczy. Za nimi także tęskniła. Najbardziej jednak niepokoiła ją zbliżająca się Noc Walpurgii, święto złych duchów i ofiara, którą musiała złożyć. Wiedziała, że będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, żeby się na to zdobyć. Nie mogła jednak postąpić inaczej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez cały tydzień Jay zwyczajnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Trenował znacznie intensywniej niż zwykle, a pod wieczór zmęczony padał na łóżko. Te krótkie chwile w których widział Emi, sprawiały mu niemal fizyczny ból. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek może mu się coś takiego przydarzyć. Do tego cierpiał z powodu zbliżającego się balu. Wiedział, że będzie musiał na niego iść. Dla Illi’andin to był po prostu kolejny obowiązek, nie forma rozrywki. Nie wiedział jak spojrzy Damienowi w oczy. Rano na treningu wpadł na prosty pomysł. Uznał, że dzięki niemu poczuje się choć odrobinę lepiej. Arenę jak zwykle obserwował zza wysokiego muru tłum czarodziejek. Uśmiechnął się szelmowsko. Podszedł do Any, którą zostawił na trybunach. Spojrzała na niego zaskoczona. Zazwyczaj, poza wydawaniem prostych poleceń, w ogóle się do niej nie odzywał. – Widzisz tą blondynkę? – zapytał wskazując kierunek głową. Ana skinęła głową, nie będąc pewna do czego chłopak dąży. – Wiesz jak ma na imię? – uśmiechnął się do niej kocim uśmiechem. – To Kathrin – stwierdziła obojętnie przecząc iskierkom zazdrości, które zatańczyły w jej brązowych oczach. – Dzięki – mruknął Jay i nie czekając na odpowiedź wzbił się w powietrze. Stojące za murem dziewczyny zamarły, na widok podlatującego do nich, czarnoskrzydłego Illi’andin. Chłopak poczuł dziwną satysfakcję, kiedy zauważył jak zachłannie wlepiają wzrok w jego wyćwiczone, opalone ciało. Podleciał bezpośrednio do upatrzonej wcześniej blondynki. Była naprawdę ładna. Nie bała się. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, spod długich czarnych rzęs. – Hej – zaczął uśmiechając się leniwie – masz na imię Kathrin, prawda? Stojące wokół niej czarodziejki wstrzymały powietrze. Zazdrośnie zerkały na koleżankę. W napięciu czekały na rozwój sytuacji. – Tak – odpowiedziała dziewczyna, trzepocząc rzęsami. – A ty? – Jestem Jay – przedstawił się uprzejmie. – Chciałem zapytać, Kathrin, czy poszłabyś ze mną na bal? – Z miłą chęcią – odpowiedziała zaintrygowana dziewczyna uśmiechając się do niego uroczo. – Doskonale – stwierdził – w takim razie jesteśmy umówieni. Do zobaczenia przed balem Kathrin. Obdarzył ja na pożegnanie szelmowskim uśmiechem, a potem pikując wrócił na dół. Oddalając się słyszał jeszcze podniecone szepty i porady jak dziewczyna powinna spławić Terrego, z którym już wcześniej była umówiona. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Minęły dwa tygodnie po których Emi, z żalem musiała wrócić do Białego Pałacu. Pocieszała ją tylko myśl, że znowu całe dnie będzie mogła spędzać w  Anduriańskiej Puszczy, a za trzy dni, Damien przez dwa tygodnie będzie mieszkał u niej. Żałowała tylko, że nie zobaczy chłopaka na balu z okazji Nocy Walpurgii, tłumaczył jednak, że właśnie wtedy będzie coś załatwiał w domu. Jakąś niezwykle dla niego ważną sprawę. Emi nie naciskała więcej. Andre czekał na nią tuż na granicy terenu pomiędzy Czarną Wieżą, a Białym Pałacem. Zdziwiło ją, że był sam. Przyzwyczaiła się, że zawsze towarzyszą mu kumple lub wianuszek wiernych fanek. Niespokojnie chodził w miejscu. Kiedy się pojawiła, w pierwszej chwili spojrzał na nią jakby zobaczył ducha, szybko jednak się otrząsnął i wziął ją w ramiona. – Martwiłem się o ciebie – westchnął tuląc do siebie siostrę. Uniósł ją w powietrze, okręcił dookoła. Był naprawdę szczęśliwi, że ją widzi, a przede wszystkim, że jest cała i zdrowa. Uśmiechnęła się do niego promiennie. – Nie było tak źle – oznajmiła. Przyjrzał jej się uważniej. Miała na sobie zieloną, idealnie skrojoną sukienkę, a jej zwykle niesforne włosy, teraz były gładko uczesane i to w taki sposób, że jej twarz z dziecięcej, stała się kobieca, a duże, karmelowe oczy, zamiast nadawać dziewczynie spłoszony wygląd, kusząco przyciągały uwagę. – Wyglądasz inaczej – mruknął. – To dlatego, że nie podobały mu się moje spodnie – westchnęła cierpiętniczo. – Nie mówmy o tym, dobrze? – Mu? – spytał brat, starając się nie zabrzmieć groźnie. – Nigdy nie zgadniesz, kogo dostałam w przydziale – uśmiechnęła się do niego, wiedząc, że jak mu powie, to wtedy dopiero Andre naprawdę się zdenerwuje. Czasami lubiła podrażnić brata, zwłaszcza kiedy jej zdaniem zachowywał się bez sensu. Cała jej rodzina naprawdę bała się o ich kochaną Emi spędzającą długie godziny w towarzystwie „kotka”. – Mów – rozkazał ponuro. – Mieszkałam z Damianem Hayazaki – jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. – Niewiele się przez te kilka lat zmienił. Twarz Andre stała się kredowo biała. Nie tego spodziewała się Emi. – Nie – szepnął chłopak, odsuwając ją delikatnie od siebie. Spojrzał jej w oczy. – Nie! Przyciągnął ją z powrotem i szczelnie zamknął w swoich ramionach. – Andre, przestań! Udusisz mnie – pisnęła Emi, ale on nie zwracał na to uwagi. Przytulał ją do siebie, jakby to miało ochronić jego młodszą siostrę, przed całym, okrutnym światem. Rozdział XVI Bal z okazji Nocy Walpurgii był w szkole wielkim wydarzeniem. Cały Biały Pałac był na tą okazję uroczyście przystrojony. Dziewczęta chwaliły się przed sobą nawzajem przepięknymi sukniami i nawet wszyscy chłopcy wyglądali wyjątkowo wytwornie. Emi jeszcze raz obróciła się dookoła własnej osi, patrząc jak wiruje jej śliczna, liliowa sukienka. Za wszelką cenę starała się odgonić od siebie myśli o tym, co będzie musiała zrobić tej nocy. Przynajmniej do tego czasu postanowiła się dobrze bawić. Kiedy wyszła, przed drzwiami jej pokoju czekał zdenerwowany Jasper z bukietem margaretek. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wdzięcznie przyjęła kwiaty i wzięła chłopaka pod ramię. Wesoło pomachała do obejmującego w pasie ładną blondynkę brata. Andre odwzajemnił jej uśmiech, zadowolony, że jego mała siostrzyczka nie idzie na bal sama. W Sali balowej było prawie tylu samo Illi’andin co i ludzi. Prawie każdy z nich był w parze z jakąś czarodziejką. Emi słyszała nieprzyjemne szepty czarodziejów na temat tego, że zabierają im dziewczyny. Nauczyciele, zarówno ci z Białego Pałacu jak i z Czarnej Wieży, bardzo spięci pilnowali wielkiego pomieszczenia. Na takim mieszanym, integracyjnym balu, mogło wydarzyć się niemal wszystko. Emi postanowiła się niczym nie przejmować. Miała ochotę potańczyć, Jasper był jednak wyjątkowo niezdarnym partnerem, szybko więc z tego zrezygnowała. Nie chcąc urazić chłopaka, usiadła razem z nim pod ścianą. Rozmawiali w pogodnej atmosferze. Po pewnym czasie dziewczyna wstała, żeby przynieść im coś do picia. Wolała nie wyobrażać sobie co mogłoby się wydarzyć, gdyby to Jasper miał iść po napoje. Nie miała zamiaru się z niego naśmiewać, ale nie zaprzeczała też faktom, że był jaki był i nie pokładała w jego grację i wyczucie równowagi zbyt wielkiego zaufania. Kiedy odchodziła od stołu jej wzrok przyciągnęły czarne skrzydła. Rozpoznała wysoką, wytrenowaną sylwetkę Jaya. Chłopak miał na sobie czarną koszulę, szytą tak, żeby miała wycięcia na skrzydła. Emi uznała, że wygląda to naprawdę interesująco. Przyglądała mu się uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Dopiero po chwili zorientowała się, że Jay rozmawia z bardzo ładną, złotowłosą dziewczyną. Śmiała się perliście, najwyraźniej z czegoś, co chłopak przed chwilą powiedział. Emi poczuła jak coś ściska ją w środku. Blondynka wzięła Jaya za rękę i poprowadziła na parkiet, dumnie pusząc się przed patrzącymi zazdrośnie koleżankami. Emi zauważyła, że wszystkie czarodziejki, które przyszły na bal z którymś z chłopców Illi’andin przyciągają takie właśnie spojrzenia. Tylko dlaczego ona sama też czuła się tak cholernie zazdrosna? Wróciła do Jaspera z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Czego ona się niby spodziewała? Sama odmówiła mu pójścia na bal.. Miał nie przyjść wcale czy może przyjść sam? Tylko dlaczego czuła się tak cholernie paskudnie? A na dodatek dalej nie wiedziała za co właściwie Jay się na nią gniewa. Starała się wrócić do radosnego nastroju, ale rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z Illi’andin. Uśmiechnął się arogancko. Bez pytania chwycił Emi za rękę i postawił na nogi. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem i zamarła. Pamiętała spojrzenie szarych oczu i ostrzyżone tuż przy skórze włosy. Kojarzyła pokryte błoną, brązowe skrzydła. – Cieszę się, że znowu cię widzę – powiedział zadowolonym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna groźba. – Tym razem nikt nam nie przerwie – zapowiedział. – Puść mnie! – syknęła wściekle. – O nie – odpowiedział spokojnie. – Najpierw ze mną zatańczysz, a potem zobaczymy co dalej… – w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek. Emi spróbowała się wyrwać, ale przytrzymał ją mocno. Był zdecydowanie silniejszy. Stanął za nią obejmując dziewczynę ramionami. – Puszczaj! – niemal wrzasnęła przestraszona Emi, mimo, że bardzo nie chciała zwracać na siebie uwagi. – Jeżeli jeszcze raz krzykniesz – powiedział cicho, tuż przy jej uchu – to skręcę twojemu koledze kark – oznajmił wskazując na pobladłego, wpatrującego się w nich przerażonym wzrokiem Jaspera. Dziewczyna przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia co może zrobić. Chłopak Illi’andin stanowczo wypchnął ją na parkiet. Przysunął się do niej. Jego ręce znalazły się na talii dziewczyny, zaczęły schodzić niżej. Emi spojrzała jak kredowobiały na twarzy Jasper wymyka się z sali. Błagała w duchu, żeby się przynajmniej po drodze nie przewrócił. – Czemu to robisz? – spytała Emi, patrząc na skrzydlatego z rozpaczą. – Mieszkałaś u nas dwa tygodnie i jeszcze nie nauczyłaś się, że robimy to na co mamy ochotę? – roześmiał się. – Jesteśmy silniejsi, takie nasze prawo. Emi poczuła jego dotyk. Nad strachem zapanowała wściekłość. Z całej siły ugryzła natarczywego chłopaka. Nie zamierzała być tą słabszą. Odsunął się od niej gwałtownie. – Ty mała! – warknął. – Ja ci pokażę! – Co pokażesz, Jackob? – spytał Jay, pojawiając się jakby znikąd i stając pomiędzy nimi. – Nie twoja sprawa! – warknął tamten. – Odpierdol się! – Chcesz się ze mną zmierzyć? – spytał drwiąco czarnoskrzydły. Ostrzyżony na jeża chłopak syknął. Spojrzał wyzywająco na Jaya. – Zamierzasz bić się o dziewczynę? – spytał niedowierzająco. – Jeżeli będę musiał… – odpowiedział Jay wzruszając ramionami. – Zresztą każdy powód jest dobry – oznajmił z leniwym, aroganckim uśmiechem. Jackob nie odpowiedział. Obrzucił chłopaka nienawistnym spojrzeniem i zniknął w tłumie. Jay wziął Emi za rękę i zaskoczoną pociągnął za sobą w stronę rozległego tarasu, który kończył się prowadzącymi do ogrodów schodami. Zaprowadził ją w pusty, zaciemniony róg. – Gdzie Damien?! – warknął na nią. – Powinien się tobą opiekować! – Damien? – spojrzała na niego zaskoczona. – Przecież to z nim przyszłaś, prawda? – zapytał coraz bardziej rozeźlony. Emi pokręciła głową. – Mówiłam ci, że już z kimś idę – westchnęła. – Uznałeś, że cię okłamałam? – Jeżeli nie z nim, to z kim? – Jay wyglądał na naprawdę zaskoczonego. – Zaprosił mnie kolega z klasy – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Co w tym złego? Jeżeli chodzi o Damiena, to też mnie zapraszał i jemu także odmówiłam. W rezultacie w ogóle nie przyszedł. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia w domu. Chłopak patrzył na nią niedowierzająco. W jego bursztynowych oczach czaiła się dziwna niepewność. – Myślałem, że jesteś z Damienem – mruknął skonsternowany. – To znaczy, że jesteście parą. Emi zamrugała. Teraz to ona wyglądała na zagubioną. Czy to było to o co Jay się na nią gniewał? – Skąd taki wniosek? – zapytała oszołomiona. – Spędziłaś z nim noc – powiedział odwracając wzrok. – Czułem na tobie jego zapach. Wszędzie go czułem… Dziewczyna nie zrozumiała. – I co w tym złego? O ile pamiętam z tobą też spędziłam i to nie jedną – mruknęła. – Było mi zimno, Damien przyszedł mnie ogrzać… Pod postacią kota – dodała na wszelki wypadek – często tak sypialiśmy w dzieciństwie. Jay ze złości zacisnął pięści, przeklinając się w duchu za to jak łatwo dał się oszukać. Tyle niepotrzebnie zmarnowanego czasu… Jednocześnie jakaś niesamowita ulga i lekkość rozlały się po całym wnętrzu chłopaka. – Więc ty i Damien, nie jesteście… – zaczął. – Nie! – oznajmiła stanowczo dziewczyna. – Jest moim przyjacielem, to wszystko – powiedziała pewnie. Za plecami Jaya zobaczyła czerwoną sukienkę, mignęły jej złote loki. Dziewczyna, z którą przyszedł tutaj czarnoskrzydły, najwyraźniej szukała go niespokojnie. – Jay… dziękuję, że go ode mnie odgoniłeś – powiedziała cicho. – Teraz już sobie poradzę, idź do swojej partnerki, na pewno się niecierpliwi. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Przez chwilę jakby zastanawiał się czego ona od niego wymaga. Potem na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmieszek, który cechował większość dumnych chłopców Illi’andin. – Mam ją gdzieś – mruknął przyciągając Emi bliżej do siebie. Dziewczyna wstrzymała oddech, a potem jej serce załomotało jak szalone. Jay oplótł ją ramionami, pochylił się, a potem po prostu ją pocałował. Przymknęła oczy. Otoczyła rękami jego szyję. Wplotła palce w lekko przydługie, rozwichrzone, czarne włosy. Chłopak całował delikatnie, ale stanowczo. Jego usta rozchyliły się, jakby pragnąc coraz więcej. Emi czuła, że się rozpływa. Tak bardzo tego chciała! Tyle czasu o tym śniła! Jej marzenia spełniły się w dniu, kiedy poznała Jaya, ale teraz… teraz było po prostu idealnie! Od początku wiedziała, że chłopak jest jej bratnią duszą. To był jej pierwszy w życiu pocałunek i była szczęśliwa, że całuje się właśnie z nim. Całym swoim szesnastoletnim, dziewczęcym sercem, wiedziała, że go kocha. W końcu Jay odsunął się od niej odrobinę, przestając całować. Emi spojrzała na niego z żalem. Wcale nie chciała, żeby przerwał! Zamierzała coś powiedzieć, ale podeszła do nich dziewczyna w czerwonej sukni. Obrzuciła przytuloną parę oburzonym spojrzeniem. Jay na wszelki wypadek stanął tak, by zasłonić sobą Emi. Uśmiechnął się arogancko. – Co to ma być?! – wydarła się blondynka. – Cześć Kathrin – powiedział leniwym głosem. – Znudziłaś mi się – oznajmił spokojnie – więc znalazłem sobie „ciekawsze” zajęcie. Twarz dziewczyny przybrała barwę jej sukni. Drżała z wściekłości. – Ale ona… – zaczęła obrzucając Emi pogardliwym spojrzeniem – dlaczego z nią?! Kathrin uznała, że to poniżej jej godności, nie dość, że traci swoją randkę to jeszcze na rzecz jakiejś szarej myszy. Potem przyjrzała się uważniej czarodziejce, którą zasłaniał sobą Jay. Znała ją jako cichutką siostrę przystojnego Andre, ale wyraźnie coś się w dziewczynie zmieniło. Było niemal nieuchwytne, ale jednak w niej tkwiło. Nie była jakąś niesamowitą pięknością, za to przyciągała wzrok nietypową urodą, wielkimi karmelowymi oczami i jeszcze czymś innym, czymś zupełnie niezwykłym. – Ładniej od ciebie pachnie – stwierdził Jay z rozbawionym błyskiem w oczach, po czym odwrócił się do blondynki plecami, uznając rozmowę za skończoną. Dziewczyna wydała z siebie wściekłe, nieprzystojące damie warknięcie. Rzuciła się na chłopaka z pięściami. Zwinne złapał ją za ręce. Odepchnął od siebie. Zawirowała czerwona suknia. Kathrin straciła równowagę i klapnęła pupą na kremowe kafelki tarasu. – Robisz z siebie pośmiewisko – oznajmił spokojnie Jay. – Miej trochę godności – dodał rozbawiony. Wziął Emi za rękę i, omijając dużym łukiem purpurową na twarzy blondynkę, pociągnął za sobą w stronę pałacowego ogrodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zatrzymali się dopiero pod rozłożystym drzewem, którego obsypane białymi kwiatkami gałęzie sięgały niemal ziemi. Słońca na niego już dawno nie było, ale nawet Emi doskonale widziała w jasnej poświacie siedmiu księżyców. Jay zbliżył się do Emi, na powrót chcąc ją przytulić. Spojrzał w pełne tłumionej wściekłości oczy dziewczyny. Zamarł zaskoczony. Nie tego się w nich spodziewał. – Dlaczego ją tak potraktowałeś?! – warknęła na niego. – Co ona ci zrobiła?! Jay zamrugał. – Nie lubię jej – powiedział cicho – to wszystko. – Więc po co ją zapraszałeś? – spytała z trudem panując na swoim rozgniewanym głosem. – Jest ładna, a ja potrzebowałem akurat ładnej dziewczyny – mruknął chłopak nie patrząc na Emi. – Byłem przekonany, że przyjdziesz z Damienem, a to cholernie bolało – westchnął. – To nie daje ci prawda do takiego traktowania… – Emi – przerwał jej – miałem tej dziewuchy serdecznie dość. Powinna trafić na Jackoba, byłby nią zachwycony. Nawet nie wiesz ilu sprośnych propozycji się dzisiaj nasłuchałem. Gdybym był miły, w życiu by się ode mnie nie odczepiła. A ja naprawdę chciałbym być tylko z tobą… Dziewczyna westchnęła. Czuła jaką trudność sprawia Jayowi mówienie o tym. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że ona i Damien… zwłaszcza, że Damien był… no cóż Jay najwyraźniej tego nie wiedział i nie od niej się dowie. Przemknęło jej przez myśl, że na początku, dopóki nie wiedziała kim jest rzeczywiście ją fizycznie pociągał. To nie miało jednak znaczenia, bo wiedziała, że jak przystojny by nie był i tak nie poczułaby do niego niczego więcej. Na pewno nie mogłaby o nim myśleć, w ten sam sposób w jaki myślała o Jayu. Damien był przyjacielem. Kochała go jak brata i, mimo różnych żartów, do których wymiany dochodziło między nimi, była pewna, że chłopak czuje do niej dokładnie to samo. – Nie zachowuj się tak więcej – poprosiła podchodząc do niego bliżej. – Wiesz co? – zapytała. – Miałam dzisiaj straszną ochotę zatańczyć i ani razu mi się nie udało. Przytuliła się do chłopaka. Oplótł ją ramionami. Byli zdecydowanie bliżej siebie niż pozwalały na to zasady kurtuazji, ale odeszli na tyle daleko, żeby nikogo w pobliżu nie było. Od strony Białego Pałacu dolatywały ciche dźwięki, wolnej, przyjemnej dla ucha, muzyki. Emi kołysała się w tańcu, wtulona całą swoją postacią w Jaya. Zamknęła oczy rozkoszując się jego bliskością. Przytulił ją mocniej. Zdawało jej się, że płynie. W pewnej chwili zorientowała się, że unoszą się w powietrzu. Wtuliła twarz w jego ramię. Niedotykanie stopami ziemi było naprawdę cudownym uczuciem. – Emi… – odezwał się cicho, czule całując jej włosy. Wydawał się być odrobinę zaniepokojony. – Czy tym razem też muszę o coś pytać? To znaczy, nie chciałbym, żeby wyszło tak jak z tym balem… Nie do końca znam wasze zasady… Dziewczyna nie potrafiła się nie roześmiać. Jej oczy zalśniły. Wspięła się na palce całując go w usta. Obdarzyła go promiennym uśmiechem. – Nie, Jay – powiedziała łagodnie – tym razem nie musisz. – Więc to znaczy, że jednak chcesz być trochę moja? – dalej drążył temat, wyraźnie się upewniając. – Myślę, że będziemy musieli odbyć dłuższą rozmowę na temat zwyczajów naszych ras – mruknęła rozbawiona – ale chwilowo możemy przyjąć, że bardzo chcę. – To dobrze – westchnął uspokojony. W oświetlającym ich srebrnym świetle księżyców odpłynęli w upojny, powolny taniec, rozkoszując się nawzajem swoją bliskością. Ta noc, ta chwila, to wszystko było tylko dla nich. Cały świat przestał istnieć, czas stanął w miejscu, istnieli tylko oni. Zaklęta w tańcu para i jasne światło księżyców. Rozdział XVII Emi zupełnie straciła poczucie czasu. Tak dobrze czuła się w ramionach Jaya! Niemal przegapiła północ, a musiała wszystko załatwić zanim zacznie świtać. Niechętnie uwolniła się z objęć chłopaka i odrobinę odsunęła od niego. Spojrzał na nią pytająco. Wcale nie chciał jej puszczać. – Jay, muszę iść – powiedziała cicho. – Zobaczymy się jutro? Chłopak nie zamierzał tak łatwo dać się zbyć. – Dokąd idziesz? – zapytał. – Muszę coś załatwić – westchnęła smętnie i od razu poczuła, że smutny ton był jej poważnym błędem. W oczach czarnoskrzydłego pojawił się niepokój. – Świetnie, cokolwiek by to nie było idę z tobą – warknął nieprzyjaźnie. – Ale Jay… – zaczęła i przerwała widząc jego stanowczą, zaciętą twarz. – Nie jestem pewna czy chcesz przy tym być – mruknęła. – Przekonajmy się – powiedział wojowniczo. – Spotkamy się tam gdzie zwykle, dobrze? – zaproponowała Emi. – Potrzebuję z pałacu kilku rzeczy. Jay tylko skinął głową. Nie skomentował. Dziewczyna pobiegła z powrotem w stronę balowej sali, by po chwili zniknąć w tłumie barwnych, tańczących par. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Noc była naprawdę piękna. Upojny zapach lasu unosił się w ciepłym, wiosennym powietrzu. Było na tyle ciemno, że Emi widziała jedynie drogę przed sobą i smukłe sylwetki najbliższych drzew. Trzymała za rękę idącego tuż obok niej Jaya, to pomagało, chociaż trochę. Dodawało jej otuchy. Bała się jednak, że po tym, co chłopak zobaczy, nie będzie jej już więcej chciał. Była pewna, że w jego bursztynowych oczach pojawi się gorycz i obrzydzenie. Nie miała jednak zamiaru go okłamywać. To była jego decyzja. Między innymi dlatego bez większych protestów zgodziła się, żeby z nią poszedł. Był zresztą dzieckiem lasu, tak jak i ona. To dotyczyło także i jego. – Wytłumaczysz mi wreszcie co tu robimy? – zapytał skonsternowany Jay. Emi westchnęła. Nie była pewna ile powinna mu powiedzieć. Lepiej niech sam zobaczy. – Jak pewnie wiesz, mamy Noc Walpurgii. To czas złych duchów. Święto Nordyckiej Bogini śmierci Hel – mówiąc dziewczyna uparcie wpatrywała się w ziemię. – Czarodzieje nie wierzą w moc tej nocy, ale ona jest prawdziwa – stwierdziła z przekonaniem. – Widziałam na to namacalne dowody – wzdrygnęła się. – Złe duchy co roku porywają dusze dzieci, więżąc je poza czasem. Trzeba im złożyć ofiarę, żeby od tego odstąpiły. Dzięki mocy Hel, jeżeli zechce pomóc śmiertelnym duszom, jest szansa, że wyswobodzą te, które już mają. Dopiero teraz Emi spojrzała na idącego obok niej chłopaka. Zaskoczyło ją to, że się z niej nie śmieje. On zupełnie poważnie myślał nad tym, co powiedziała. – Jaka to ofiara? – spytał rzeczowo. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. – Zobaczysz – mruknęła niechętnie, a Jay jedynie skinął głową. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Dotarli na jedną z niewielkich, osłoniętych gęstą ścianą lasu, polan. Jay był zaniepokojony smutkiem w głosie i oczach Emi. Miał nadzieję, że nie wymyśliła nic specjalnie głupiego. Z trudem wmówił sobie, że powinien jej zaufać. Udało mu się to tylko dlatego, iż wiedział, że jeżeli będzie się działo coś złego, on będzie w pobliżu, żeby ją obronić. – Zostań tutaj i nie wychodź na polanę, choćby nie wiem co – poprosiła cicho dziewczyna. Jay niechętnie posłuchał. Stanął oparty o gruby pień drzewa, rosnącego tuż przy obrębie polany. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać. Emi, już bez balowej sukni, ubrana w swoją ukochaną, zieloną tunikę i obcisłe, brązowe spodnie, usiadła na usianej leśnymi, wiosennymi kwiatami trawie. Na kolanach położyła swoją szmacianą torbę. Jay zwalczył w sobie potrzebę, żeby do niej podejść, przytulić ją do siebie. W biały świetle księżyca wyglądała zupełnie jak nimfa leśna, dzika i niedostępna. Dziewczyna nie robiła nic konkretnego, ale wyczuł w niej wyraźną zmianę. Jej zapach z kuszącego i drapieżnego stał się słodki i delikatny. Dalej uwodził, ale w zupełnie inny sposób. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Potem, na skąpaną w delikatnym, księżycowym świetle polanę, powoli, nieśmiało wyszła młodziutka sarna. Jay ani drgnął. Przyglądał się zaintrygowany. Łania podeszła do dziewczyny, trącając ją nosem. Emi w milczeniu, łagodnie dotknęła jej pyska. Nagle chłopak poczuł się jak we śnie. Cały świat zaczął się rozpływać, wszystko widział jakby przez gęstą mgłę. Jego łagodna, niewinna Emi, płynnym ruchem wyciągnęła z torby myśliwski nóż. Potem, z zimną krwią, ufnie trącającemu ją nosem zwierzęciu wbiła w krtań jego ostrze. Z tętnicy szyjnej trysnęła krew. Dziewczyna chciała zabić, a wyraźnie nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Usłyszał jak cicho wymawia jakieś słowa w nieznanym mu języku. Cała jej drobna postać umazana była w ciemnej, tętniczej krwi. Jeszcze przed chwilą elegancko upięte włosy, teraz opadały niesfornie wyślizgując się ze spinki, zasłaniając dziewczynie większość twarzy. Jay zobaczył w jej karmelowych oczach łzy. Chciał podejść, ale zdał sobie sprawę, że nie może się nawet poruszyć. Co tam się do cholery działo? Młoda sarna leżała przed dziewczyną, wijąc się w ostatnich, konwulsyjnych drgawkach. Emi wyjęła z torby jakieś naczynie. Przyłożyła je do otwartej rany na ciele zwierzęcia. Napełniło się krwią. Uniosła je do ust i po wyszeptaniu kilku słów zaczęła pić. Krew, czerwoną strugą spływała jej po brodzie. Składała ofiarę leśnym duchom, a sama była jednym z nich. Jay próbował się szarpać w niewidzialnych więzach, ale nic z tego. Chciał krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Powiał silny wiatr. Na zamglonej polanie pojawiły się jakieś cienie. Otoczyły dziewczynę ciasnym kręgiem. Powiał od nich nieprzyjemny, przenikliwy chłód. Chłopak zauważył też coś innego. W cieniu drzew, po drugiej stronie polany, kryły się niewielkie postacie. Były zamglone i przezroczyste. Jay wiedział kim są. To duchy dzieci, o których mówiła Emi. Bystry wzrok Illi’andin pozwolił mu, mimo panującej w lesie ciemności, zobaczyć wszystko ze szczegółami. To wcale nie był przyjemny widok. Dzieci, wszystkie co do jednego, nosiły ślady przeróżnych obrażeń. Od wbitych w ich serca noży po sine pręgi od szubienicy. One nie umarły same. Wszystkie, z premedytacją, zostały oddane w ofierze złym duchom. Porywy wiatru ustały. Polanę rozświetliło jasne, srebrzyste światło niewiadomego pochodzenia. Otaczające Emi postacie zawyły. Dzieci pojedynczo lub parami wychodziły spomiędzy drzew. Kiedy tylko ich niewielkie, zmasakrowane, eteryczne ciała dotknęły światła, rozpływały się w srebrzystą mgłę i odlatywały ku niebu. Jay nie wiedział ile czasu minęło, ale jemu wydawało się, że upłynęła cała wieczność. W końcu otaczające dziewczynę cienie zaczęły się rozpływać, a po chwili Emi na polanie została sama, z martwą sarną u swych stóp. Chłopak zobaczył rozpacz w jej karmelowych oczach, ściekające po bladych policzkach łzy. Przypomniał sobie, jak nie mogła przebywać w miejscu, w którym wyczuwała śmierć. Jak wiele, to co zrobiła, musiało ją kosztować? Uwolniony z magicznych więzów natychmiast rzucił się ku dziewczynie. Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem. Uklęknął przy niej. Otoczył ją ramionami. Dopiero wtedy się rozpłakała. Całował jej włosy, policzki po których spływały słone łzy, nie zwracając uwagi na to, że brudzi się krwią martwego zwierzęcia. Tuliła się do niego, jak mała dziewczynka. Jej ciało drżało. Całym sobą pragnął coś dla niej zrobić, nie miał tylko pojęcia co. Przez to, że myślał tylko o Emi, stracił swoją zwyczajową czujność. Płonące w mroku oczy, zobaczył dopiero, kiedy były tuż przy nich. To był olbrzymi pająk! Dziewczyna w jego ramionach nawet nie drgnęła więc i on się nie poruszył. Do pająka dołączył drapieżny, drzewny kot. Po chwili pojawiły się też niedźwiedź i lis. Nie atakowały, nie wykonywały żadnych agresywnych ruchów. Wpatrywały się w martwą, leżącą na polanie sarnę. Zwierząt przychodziło coraz więcej, aż w końcu cała polana zapełniła się drapieżnymi stworzeniami, które w żadnym wypadku nie powinny ze sobą koegzystować. Lis podszedł do martwej sarny i zaczął ostrymi zębami wydzierać kawałki mięsa, nie zjadał ich jednak, tylko porzucał na trawie. Po kolei podchodziły do nich inne drapieżniki. Jay zrozumiał. W ten sposób ofiara dziewczyny nie szła na marne. Niechętnie wypuścił ją z objęć, a sam przemienił się w wilka. On też chciał wziąć w tej ceremonii udział. Drapieżne stworzenia zjadały, każdy swoją porcję mięsa, a potem odchodziły w mrok. Na koniec na polanie zostali jedynie Emi, wielki szary wilk i olbrzymi pają. Włochaty stwór podszedł do dziewczyny, a ona delikatnie dotknęła jego skłębionego futra. – Dziękuję – wyszeptała cicho, a potem i on się oddalił, zabierając ze sobą to co zostało z martwej sarny. Jay na powrót przybrał swoją ludzką postać. Podniósł czarodziejkę z trawy delikatnie tuląc w ramionach i wzbił się w powietrze. Wylądował nad ich wspólnym, leśnym jeziorem. Posadził dziewczynę na trawie. Zdjął z siebie zakrwawione ubranie, a potem ją zaczął rozbierać. Nie protestowała. Patrzyła przed siebie, jakby nic nie widziała, jakby nic jej już dłużej nie obchodziło. Jay zaniósł ja do ciepłej wody i obmył z krwi. Przylgnęła do niego mocno, wtulając twarz w jego ramię. – Już po wszystkim, wystarczy tego rozpaczania – mruknął. Dziewczyna podniosła na niego swoje karmelowe, lśniące od łez, pełne smutku oczy. – Gdybym chociaż wiedziała, czy mi się udało – szepnęła cicho. Jaya zamurowało. Był tam i widział co się działo. Jak ona mogła pomyśleć, że nie wyszło? Czyżby… – Emi – powiedział łagodnie – nie widziałaś otaczających cię duchów? Dziewczyna zamrugała. – Jakich duchów? – spytała zaintrygowana. – Co się według ciebie wydarzyło na polanie? – zaczął dociekać patrząc jej w oczy. – Przywabiłam do siebie sarnę – powiedziała niechętnie, chciała spuścić wzrok, ale on jej na to nie pozwolił. – Potem ją zabiłam i odprawiłam rytuał. A potem pojawiłeś się ty i moi przyjaciele. No i zabrałeś mnie tutaj. To wszystko. – W takim razie nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cała reszta imprezy cię ominęła – mruknął tuląc ją do siebie czule. Zabrał ją z wody. Posadził na trawie, otulając najpierw swoją, w miarę czystą koszulą, a potem silnymi ramionami. Oparła się o jego tors, zamykając oczy. – Opowiesz mi? – poprosiła. – Dookoła ciebie było pełno cieni – powiedział cicho – otaczały cię, a ja nie mogłem się nawet poruszyć. Potem pojawiły się duchy dzieci i jasne, zalewające całą polanę światło. One szły do tego światła, a potem rozpływały się we mgle i ulatywały ku niebu – Jay postanowił, że oszczędzi jej nieprzyjemnych szczegółów. – To było coś niesamowitego, Emi. Dziewczyna spojrzała na niego zaniepokojona. Nie była pewna, jak zachowałaby się, gdyby ona sama to wszystko mogła dostrzec. – Więc udało mi się zrobić, to co trzeba – wyszeptała, uśmiechając się smutno. – Jay, nauczysz mnie zabijać? – poprosiła cicho. Chłopak zakrztusił się własną śliną. To było coś, czego nigdy nie spodziewał się od niej usłyszeć. – Od zabijania masz mnie – warknął. Pokręciła głową. – Nie, nie rozumiesz – powiedziała drżącym głosem. – Gdybym wiedziała jak się do tego zabrać, nie musiałabym jej dzisiaj zadawać tyle bólu – szepnęła. – Jay, błagam… Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będę musiała coś takiego zrobić, to wolę być przygotowana. Pokażesz mi jak to się robi? Proszę… Czarnoskrzydły westchnął. Na twarz przywołał leniwy, arogancki uśmiech. – Nauczę cię – powiedział spokojnie – ale jeżeli jeszcze raz czegoś takiego spróbujesz, to osobiście przyłożę ci w tyłek – zagroził. – Od zabijania masz mnie – powtórzył stanowczo. Uśmiechnęła się do niego. Pocałowała go delikatnie. Położył się na trawie, tuląc ją w swoich ramionach. Po krótkiej chwili jej oddech zwolnił, stał się rytmiczny i spokojny. Usnęła w jego objęciach. Jay jeszcze długo wpatrywał się w śpiącą przy nim dziewczynę wdychając jej cudowny, upojny zapach. Spanie w Anduriańskiej Puszczy nie było dobrym pomysłem, a on, za jej bezpieczeństwo był gotowy zapłacić każdą cenę. W końcu jednak i jego po ciężkim dniu, zmorzył lekki, ale pokrzepiający sen. Rozdział XVIII Obudzili się dopiero koło południa. Niechętnie rozstali się na skraju lasu, wiedząc, że spotkają się za kilka godzin, na wymianie międzyszkolnej, tym razem, w Białym Pałacu. Emi miała szczerą nadzieję, że ich nauczyciele zaplanowali coś ciekawszego od historycznej propagandy. Nie lubiła się nudzić. Jeszcze zanim zdążyła wejść do siebie do pokoju, w korytarzu dopadł ją Andre. Chwycił ją mocno za ramiona, stanowczo zatrzymując w miejscu. W jego karmelowych oczach aż gotowało się z wściekłości, zobaczyła w nich jednak też strach i to kazało jej milczeć. – Gdzieś ty była?! – warknął na nią obrzucając ją od góry do dołu wrogim spojrzeniem. Miała na sobie ciasne, brązowe, pobrudzone krwią spodnie i czarną, za dużą na nią koszulę Jaya. Nie miała pojęcia jak wytłumaczy to bratu. – W lesie – mruknęła cicho. – Przez całą noc?! – spytał niedowierzająco wściekłym głosem. – Tak – odpowiedziała szeptem. – Z kim?! – syknął na nią. – To bez znaczenia – westchnęła. Wiedziała, że cokolwiek mu powie i tak będzie miała kłopoty, nie miała jednak zamiaru narobić problemów także Jayowi. Andre zazgrzytał zębami. – W trakcie balu przybiegł do mnie panicznie przerażony Jasper, mówiąc, że groził ci jeden z tych psów! Potem zniknęłaś. Nigdzie nie mogłem cię znaleźć! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałem – krzyczał chłopak. – A ty mi teraz mówisz, że „to bez znaczenia”?! – Przepraszam – szepnęła, spuszczając wzrok. Nawet nie pomyślała o tym, że może zaniepokoić brata. – Rzeczywiście przyczepił się do mnie jeden chłopak Illi’andin, ale mój przyjaciel go odgonił. Potem musiałam załatwić pewną sprawę – westchnęła. – W puszczy?! – wydarł się na nią. – Andre, uspokój się – poprosiła. – Nie rób przedstawienia dla całej szkoły… Syknął wściekle, ale posłuchał. Zaprowadził ją do jej pokoju, nie odstępując siostry na krok. Stanął przy drzwiach, podczas gdy ona zaczęła przebierać swoje rzeczy w poszukiwaniu czystego ubrania. – Nie wiem co robiłaś i nie chcę wiedzieć – powiedział siląc się na obojętny ton. – Ale nigdy więcej nie pójdziesz już do tego pieprzonego lasu, a po zakończeniu wymiany, nigdy nie będziesz miała już kontaktu z żadnym, przeklętym Illi’andin i ja tego dopilnuję. Wojna z bratem, tylko tego mi brakowało, pomyślała Emi. Nie miała jednak pojęcia w jaki sposób przekonać go do swoich racji, a z wycieczek do puszczy i kontaktu z Jayem i Damienem, na pewno nie zamierzała zrezygnować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Tym razem Jay także nałożył koszulę. Nie chciał, żeby Emi zobaczyła ślady po razach, które dostał za to, że nie przyszedł na trening. Był pewien, że dziewczyna zacznie się o to obwiniać. Stał razem z Damienem i grupą innych Illi’andin w jednej z sal Białego Pałacu, słuchając przemówienia pani dyrektor. W pomieszczeniu, poza Aną, nie było żadnej innej dziewczyny, która towarzyszyła w Czarnej Wieży któremuś z wojowników Illi’andin. Jay doskonale wiedział dlaczego. Zastąpiły je nowe, niczego nieświadome czarodziejki. Tu dalej trwała, mniejsza, ale równie okrutna wojna. Kiedy pani Rosenberg, starsza, surowo wyglądająca kobieta, o lekko szpiczastym nosie, skończyła przemówienie, Emi podeszła do nich z radosnym uśmiechem. Miała na sobie kraciastą mini spódniczkę i czarny, opięty top. Jak, od kiedy tylko wszedł do sali, nie mógł oderwać od niej wzroku. Teraz, zawstydzony, zdał sobie sprawę, że po prostu się na nią gapi. Dla niego, po prostu mogły nie istnieć żadne inne dziewczyny. – Damien, czy teraz jesteś usatysfakcjonowany moim strojem? – spytała rozbawiona, na powitanie. Blondyn przyjrzał się jej uważnie. Uśmiechnął się drwiąco. – Mnie się podoba, ale myślę, że powinien być odrobinę mniej wyzywający, bo Jay zaraz będzie zbierał szczękę z podłogi – mruknął mściwie. Czarnoskrzydły zagotował się w środku, ale wiedział, że jego przyjaciel mówił prawdę. Do tego czuł piekielną zazdrość, że to nie dla niego tak się ubrała. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo dyrektorka rozesłała ich do pokoi i chcąc nie chcąc, zupełnie nieszczęśliwy, powędrował za Aną. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pokój Emi był niewielki, ale bardzo przytulny. Białe meble były pomalowane w niebieskie kwiaty, a łóżko przykryte podobnie zdobioną narzutą. Pod jedną ze ścian stała szafa i duże lustro, pod drugą natomiast zgrabne biureczko i wygodne krzesło z wysokim oparciem. Nie były to przestronne, bogate komnaty Damiena, ale Emi bardzo lubiła swój maleńki pokój. Usiadła na łóżku tuż obok chłopaka, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Przywiozłem coś dla ciebie – mruknął uśmiechając się do niej leniwie. Odgarnął dziewczynie włosy i delikatnie zapiął na jej szyi cieniutki łańcuszek z misternie wykonanym wisiorkiem w kształcie liścia. Emi przyjrzała się pięknemu przedmiotowi. Jej oczy zalśniły. – Damien, jest śliczny – szepnęła wzruszona. – Dziękuję. Położyła chłopakowi głowę na ramieniu, tuląc się do niego. Blondyn wplótł palce w jej włosy, przyciągnął do siebie dziewczynę i delikatnie pocałował. Odskoczyła od niego gwałtownie, szeroko otwierając z przerażenia oczy. – Wiedziałem, że to nie będzie takie proste – westchnął, kładąc się bokiem na łóżku. Głowę oparł na łokciu, przyglądał się skulonej postaci Emi. – Damien, ja nie mogę… – zaczęła cicho –  poza tym, przecież ty… – Dla ciebie zrobię wyjątek – mruknął wpatrując się w nią uważnie. – Nie kochasz mnie? – spytał. – Jesteś moim przyjacielem – jęknęła. – Kocham cię jak brata. Nic więcej nas nie łączy… Jay… Damien, on jest… – zdziwiła się jak trudno jej to powiedzieć. – To jego… Gwałtownie usiadł. Przyciągnął ją do siebie. Położył rękę na jej ustach. – Nic więcej już nie mów – rozkazał stanowczo. – Próbowałem, za wszelką cenę próbowałem – szepnął gorączkowo, tuląc ją do siebie. – Naprawdę, uwierz mi, ja też kocham Jaya, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić! – w jego głosie pojawiła się nutka bólu i wściekłości. Zabrał rękę z twarzy zdumionej dziewczyny. Wyjął z kieszeni złożoną starannie kartkę. Podał jej. Nosiła na sobie ślady wielokrotnego czytania. Odsunął się od niej i położył oparty na łokciu, obserwując ją uważnie. Jego twarz stała się obojętną maską, ale w oczach miał niemalże nieuchwytny, tajemniczy smutek. Emi rozłożyła kartkę. Już po pierwszej linijce rozpoznała charakterystyczne pismo własnego ojca. Wyraz zdumienia na jej twarz zastąpiły ciekawość i konsternacja. Z każdą przeczytaną linijką jej oczy powiększały się coraz bardziej. Nie rozumiała. To był układ, pomiędzy jej rodzicami, a ojcem Damiena. Traktat pokojowy miał wiele warunków, a to o czym oni pisali, było właśnie jednym z nich. Emi spojrzała zszokowana na blondyna. List wypadł jej z ręki. – Nie! – wyszeptała. – Wiem, mnie też się to nie podoba – mruknął przewracając się na plecy. – Miałem nadzieję, że się we mnie zakochasz, wtedy nigdy nie musiałabyś o tym wiedzieć. – Damien, ale jak? Dlaczego? – spytała niepewnie, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. – Chodź do mnie – westchnął, a ona położyła się przy nim. Objął ją ramieniem. – Widzisz, to bardzo proste… Niezbyt obiecująca, młoda czarodziejka, kompletnie bez talentu. – Jego słowa sprawiły jej przykrość. Spojrzała w jego głębokie, niebieskie oczy. – Nie patrz tak na mnie – mruknął – mówię ci jak oni to widzą, tylko my wiemy, że jest inaczej – uśmiechnął się do niej smutno. – W każdym razie niepotrzebna nikomu do niczego córka i nieposłuszny, krnąbrny syn, nad którym nie da się zapanować. Wymyślili idealny sposób, żeby się nas pozbyć, a na dodatek staliśmy się dzięki temu „przydatni”. – Na kiedy zaplanowali nasz ślub? – zapytała cichutko, tuląc się do niego mocniej. – Ma odbyć się pod koniec lata – odpowiedział niechętnie. – Doskonale, więc mamy przynajmniej cztery miesiące, żeby cos z tym zrobić – odezwała się buntowniczo. Rozdział XIX Damien był zły, ponieważ Emi nie rozumiała. Nie miała pojęcia jak wielką krzywdę robi Jayowi. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela. Gdyby dziewczyna po prostu go olała, nie byłoby z nim tak źle, ale jeżeli dowie się, że Emi zwyczajnie nie ma wyjścia i sama jest nieszczęśliwa… Damien nawet nie chciał myśleć o tym, jak będzie czuł się Jay. Nie zamierzał, po prostu nie mógł tego tak zostawić, nawet jeżeli Emi będzie miała go za to znienawidzić. Chłopak podszedł do okna, przeciągnął się leniwie. Dziwnie było mieszkać w pałacu, w którym nie ma służby i wszystko trzeba robić samemu. Jeszcze bardziej niezwykłą rzeczą był fakt, że miał jeść we wspólnej jadalni, razem ze wszystkimi. Uśmiechnął się wyglądając na zewnątrz. Mimo zmiany otoczenia, Illi’andin nie porzucili swoich treningów. Walczyli teraz na placu, obserwowani przez stadko zachwyconych czarodziejek. Nie zdziwił się wcale, że to Jay wydaje rozkazy. Wychwycił też niechętne spojrzenia stojących pod zadaszoną częścią placu magów. Dla nich ciągle byli wrogami. Damien wiedział, że to, tak naprawdę jedyne słuszne podejście, zdawał sobie też jednak sprawę, że sojusz był i jest konieczny, dla obu ras. Usiadł na łóżku, przy ciągle śpiącej Emi. Jej brązowe włosy rozsypały się po błękitnej poduszce, do której się przytulała. Wyglądała uroczo, jak mały, roztrzepany kociak. Mimo wszystko cieszył się, że to właśnie na nią wypadło. Nie był wcale pewien, jak długo inna dziewczyna pożyłaby w jego obecności. Gdyby tylko nie Jay… Czarodziejka otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego na powitanie. Naprawdę lubił ten jej dziecięcy, promienny uśmiech. – Wyspałaś się? – zapytał uprzejmie, starając się by jego wypracowany głos brzmiał jednocześnie niedbale i uwodzicielsko. – Aha – mruknęła przeciągając się i siadając. Zerknęła za okno. Spostrzegła trening Illi’andin. – Skoro nie chce, żebym była przy ich ćwiczeniach, to po jakie licho robi je pod moim oknem – westchnęła rozbrajająco. – Zero konsekwencji – roześmiał się Damien. – Czemu Jay nie chciał, żebyś oglądała treningi? – Stwierdził, że go rozpraszam – powiedziała skonsternowanym tonem dziewczyna, zawstydzona spuszczając wzrok. – Podobno przeze mnie obrywa… Blondyn przełknął ślinę. Poczuł palącą zazdrość. Szybko przywołał na twarz wyuczony, leniwy, arogancki uśmiech. – Czasem należało by mu się lanie – odpowiedział wesoło. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pierwsze śniadanie Illi’andin w Białym Pałacu było wielkim wydarzeniem. Przyciągali uwagę całej szkoły. Emi zauważyła, że niektórzy czarodzieje patrzą na chłopaków z nieskrywaną nienawiścią. Jednym z nich był jej starszy brat Andre. W pewnym momencie napotkał wzrok Damiena. Zdziwiła się, gdy jego harde, odważne spojrzenie, natychmiast uciekło w inną stronę, jakby się czymś spłoszył. Blondyn uśmiechnął się z satysfakcją. Emi nie miała pojęcia, co jest pomiędzy nim, a jej bratem, ale miała zamiar się tego jak najszybciej dowiedzieć. Dziewczyna siedziała jak na szpilkach. Tego ranka, tak naprawdę, czekała tylko na jedną osobę, a jego jak na złość nie było. W końcu pojawił się w sali jadalnej, kłócąc się o coś zażarcie z Aną. Emi, dużym wysiłkiem woli, odgoniła od siebie uczucie zazdrości. Bolało ją, że to właśnie Ana, a nie ona sama, spędzi z nim w Białym Pałacu, każdą wolną chwilę. Jay usiadł koło niej uśmiechając się szelmowsko. Miała ochotę go pocałować. Wiedziała, że nie może. Nie tutaj, nie na oczach brata. Poczuła przyjemny dreszcz, kiedy ich ramiona na chwilę się zetknęły. Tak bardzo potrzebowała jego bliskości! Szczerze liczyła na to, że uda im się wspólnie wymknąć do lasu. Chciała, choć przez chwilę, być sam na sam z Jayem. – Jay, czemu nie chcesz się zgodzić? – zapytała płaczliwie, siedząca naprzeciwko Ana. – Bo to bez sensu! – warknął na nią. – Nie i już! – Na co nie chcesz się zgodzić? – zainteresowała się Emi. – Ta idiotka wymyśliła, że będziemy trenować razem z „chętnymi” czarodziejami, pokazując im naszą sztukę walki – syknął wściekle. – Wcale nie ja to wymyśliłam! – oznajmiła zdenerwowanym głosem Ana. – To chłopaki o to poprosili! – Czemu uważasz, że to głupie, Jay? – zapytała cicho Emi. Jego twardy wzrok odrobinę złagodniał, kiedy spojrzał na nią. – Są za słabi, dostaną niezłego łupnia, a nam się za to oberwie – mruknął. – Poza tym nie powinno się zdradzać swoich technik przed wrogiem. Ana spojrzała na niego zmieszana. Najwyraźniej ona nie usłyszała od niego takiego rzeczowego i prostego wyjaśnienia. Emi wzruszyła ramionami. – W takim razie uprzedźcie ich na co się piszą – uśmiechnęła się do niego – i zróbcie to za zgodą któregoś z nauczycieli. W najgorszym wypadku to wy będziecie mieli rozrywkę. Jay zazgrzytał zębami. Obrzucił teraz i ją wściekłym wzrokiem. – Pomyślę nad tym – mruknął niezadowolony, że nie przyjęła jego strony. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po śniadaniu rozpoczęły się zajęcia. Znacznie ciekawsze niż te w Czarnej Wieży. Opowiadali sobie nawzajem o swoich zwyczajach i kulturze, pokazywali co potrafią, a potem Illi’andin zwyczajnie uczestniczyli w zajęciach czarodziei. Po południu Emi wymknęła się do lasu. Jay już tam czekał. Uśmiechnął się do niej na powitanie, a ona po prostu wpadła mu w ramiona. Natychmiast ją od siebie odsunął. Spojrzała na niego pytająco. – Nie lubię, kiedy tak pachniesz – powiedział cierpko. – Jak? – nie zrozumiała dziewczyna. – Nim – odpowiedział prosto. – Nawet nie wiesz jak jestem piekielnie zazdrosny – westchnął, przyciągając ją do siebie z powrotem. Rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze, tuląc dziewczynę w swoich ramionach. Po cudownym, jak na gust Emi, zdecydowanie zbyt krótkim, locie, znaleźli się na swojej polanie. Kiedy tylko ich stopy stanęły na miękkiej trawie, dziewczyna oplotła ramionami szyję Jaya. Pocałowała go w usta. Zachłannie odwzajemnił jej pocałunek. Zaborczym gestem przyciągnął czarodziejkę bliżej. Nie potrafili się od siebie oderwać. Nie chcieli. Przez krótką chwilę, wbrew temu, co ustalili z Damienem, Emi zamierzała mu o wszystkim powiedzieć. Jednak, kiedy tylko spojrzała w jego bursztynowe oczy, zmieniła zdanie. Załatwią to sami, nie ma potrzeby go niepokoić. Poza tym nie była pewna w jaki sposób mógłby zareagować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre wpadł do pokoju swojej siostry jak oszalały. Był sam. Na wpół leżący na łóżku Damien obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Czarodziej spurpurowiał na twarzy. Jego karmelowe oczy płonęły. – Gdzie ona jest?! – warknął. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. – Jeżeli mówisz o Emi, to nie mam pojęcia – mruknął zupełnie spokojnie. Jego głos był aksamitny i miękki. Brzmiał jak pieszczota. – Widziałem jak wychodziła z tym, z tym… – Andre trząsł się ze złości. – Pewnie masz na myśli mojego przyjaciela – Damien specjalnie podkreślił ostatnie słowo – Jaya? W takim razie na pewno są w lesie – stwierdził obojętnie. – W puszczy?! – karmelowe oczy Andre się rozszerzyły. – Czemu ona tam ciągle chodzi? – spytał wzdychając. – Czy nie wie jakie to niebezpieczne?! Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Usiadł przy biurku Emi. Pochylił głowę wpatrując się we własne dłonie. – Nie martw się o nią – mruknął ciągle beznamiętnym głosem Damien, odkładając na pościel, grzbietem do góry, czytaną właśnie książkę. – Z Jayem jej tam nic nie grozi, nie sądzę, żeby w tym lesie był groźniejszy drapieżnik niż on. – To też mnie niepokoi – westchnął cierpiętniczo Andre. – Czy nie mógłbyś jej… – Nie – uciął stanowczo blondyn. – Tak myślałem, ale warto było spróbować – mruknął Andre, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. – Jesteś pewien tego swojego „przyjaciela”? – zapytał z obrzydzeniem niemal wypluwając ostatnie słowo. Damien prychnął. Z trudem powstrzymał się od gorzkiego śmiechu. – Jestem – oznajmił tylko w odpowiedzi. Dopiero teraz Andre podniósł wzrok. Wstał. Spojrzał pełnymi bólu oczami na podpartego na łokciu chłopaka. – Więc mam nadzieję, że się nie mylisz – powiedział sucho, odrobinę łamiącym się głosem, a potem gwałtownie otwierając drzwi, wyszedł z pokoju ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pływali w jeziorze, tulili się do siebie, rozmawiali. Do późnej nocy leżeli na trawie wpatrując się w gwiazdy. Jay był absolutnie szczęśliwy. Niczego więcej w życiu nie potrzebował. Żałował, że nie mogą na stałe zamieszkać w lesie. Tylko on i Emi. Ta dziewczyna była spełnieniem jego marzeń. Jedyną osobą, poza Damienem, która znaczyła coś więcej dla chłopaka. Nie tylko ją kochał, ale czuł także, że łączy ich jakaś niesamowita, tajemnicza więź. Odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu. Czuł nieodpartą potrzebę popatrzenia na Emi. Wolał ją właśnie taką, w wybrudzonej trawą tunice, z potarganymi przez wiatr włosami. Nie lubił kiedy stroiła się dla Damiena. Wydawało mu się wtedy, że przyjaciel chce z niej zrobić bezwolną lalkę. Nigdy nie mógłby na to pozwolić. On sam chciał ją po prostu taką, jaka była. Teraz wyglądała na zamyśloną. – Jay… – zaczęła nieśmiało – tak się zastanawiam… nie wiesz skąd można wziąć próbkę narkotyków które podają Damienowi? Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. – Po co ci to? – spytał ostro. – Jestem w tym dobra – szepnęła nie patrząc na niego. – Gdybym znała skład, może mogłabym jakoś zneutralizować ich działanie… W pałacowej szklarni, mamy sadzonki wszystkich ciekawych roślin z Dareshii i wiele więcej… – Dobrze, przyniosę ci – oznajmił poważnie, odprężając się lekko. – W każdym razie warto spróbować – uśmiechnął się do niej łagodnie. Spojrzała z czułością w jego bursztynowe oczy. Była pewna, że już zawsze będzie mogła na niego liczyć. Chłopak przygarnął ją do siebie, wtulając twarz w jej ciemnobrązowe włosy, a ona zasnęła, czując się zupełnie spokojna i bezpieczna, w jego ramionach. Rozdział XX Damiena coraz bardziej irytowało to, że Emi z Jayem każdego wieczora znikają w lesie. Do tego chłopak, jego zdaniem, zachowywał się jak wierny psiak. Chodził za czarodziejką dosłownie wszędzie, a na dodatek bez gadania spełniał jej życzenia. Z niesmakiem spojrzał na odbywający się na palcu trening. Illi’andin ćwiczący ramię w ramię z kilkoma odważniejszymi czarodziejami. To nie było normalne. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że w całym tym żenującym przedstawieniu bierze udział Andre. Tego nigdy by się nie spodziewał. Emi podeszła do okna przy którym stał. Damien przybrał na twarz zwyczajową maskę, ukrywając swoją irytację. Objął dziewczynę ramieniem. Trudno, będzie ją sobie musiał wychować. Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem. Był pewien, że Emi może stać się idealna. – Idziemy popatrzeć na dwór? – zapytał aksamitnym, kuszącym głosem. – Obiecałam mu, pamiętasz? – obrzuciła go nieszczęśliwym spojrzeniem dziewczyna. – Aha, ale to na oficjalnych treningach… ten tutaj zdecydowanie do takich nie należy – mruknął. – Nie chcesz zobaczyć co wyczynia twój brat? – spytał wskazując biegającą razem z innymi sylwetkę. Emi bardzo chciała. W końcu dała się namówić Damienowi i razem wyszli na zamkowy plac, który teraz służył Illi’andin za miejsce do ćwiczeń. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Trening był bardzo forsowny, zarówno Illi’andin jak i czarodzieje dawali z siebie wszystko, ponieważ jedni chcieli popisać się przed drugimi. Andre należał do wysportowanych osób, ale nie mógł się równać, z codziennie trenującymi chłopakami Illi’andin. Zaciekle jednak walczył o swoją pozycję. Kątem oka zauważył swoją siostrę. Zazgrzytał zębami. Jak zwykle była w towarzystwie Damiena. Obejmował ją. Chciało mu się wyć. Czarnoskrzydły z którym walczył, też się na nich zagapił. Więc to był on… Andre postanowił wykorzystać swoją szansę, by choć raz drasnąć ćwiczebną bronią znacznie lepszego przeciwnika. Zdziwił się, jak łatwo mu się to udało. Illi’andin warknął. Ponownie skupił całą uwagę na swoim przeciwniku, nie dając już się więcej podejść. Po forsownym treningu udali się na śniadanie. Andre bolały wszystkie mięśnie. Uznał, że ćwiczenia to okropnie zły pomysł, ale teraz już nie mógł się z nich wycofać. Był na to zbyt dumny. Poza tym nie zamierzał ośmieszyć się w oczach swojej siostry… i przede wszystkim w oczach Damiena. Po drodze spotkał Roberta. Chłopak był tak samo zmarnowany jak on, miał jednak znacznie lepszy humor. Dołączyli do nich jeszcze trzej koledzy, którzy nie brali udziały w treningu. Zaczęli radośnie zachwalać odwagę przyjaciół. Nagle Andre przystanął, jak wmurowany w ziemię. Na korytarzu, samotnie, pod jedną ze ścian stał Damien. Blondyn nie zwracał na nich uwagi. Uporczywie wpatrywał się w okno. Robert trącił przyjaciela w ramię. – Świetna okazja, żeby pokazać kto tu rządzi – mruknął z paskudnym uśmieszkiem. Koledzy roześmieli się. Podeszli do samotnie stojącego przy oknie chłopaka Illi’andin. Dopiero wtedy odwrócił się. Spojrzał na nich obojętnie. – Czego chcecie? – zapytał znudzony. Andre dobrze znał tę wystudiowaną minę. Zbyt dobrze. W błękitnym oczach Damiena czaił się jednak niepokój. Zdawał sobie sprawę, że chłopak, jak dobry by w swojej sztuce nie był, z całą piątką nie ma najmniejszych szans. – Oh, mamy zamiar się zabawić – oznajmił zadowolony z siebie Robert. Blondyn przeczesał palcami przydługie włosy. Popatrzył na nich zimnym, niechętnym wzrokiem, który na chwilę dłużej zatrzymał się na karmelowych oczach Andre. Potem nagle wykonał ruch, zaczął wypowiadać słowa. Nie był jednak wojownikiem. Brakowało mu szybkości i siły walczących Illi’andin. Wyższy od niego i masywniejszy Robert przygniótł go do ściany. Zatkał mu dłonią usta. Dookoła chłopaka zaczęły pojawiać się czarne cienie, domena czarodzieja nocy. Reszta chłopaków podeszła bliżej. Na ich twarzach gościły drwiące, zadowolone z siebie uśmiechy. Andre wreszcie zdołał się poruszyć. Zacisnął pięści. – Zostawcie go – powiedział rozkazującym głosem – jestem zmęczony i głodny. Idziemy na śniadanie. – Wymiękasz? – zadrwił Robert. – Jeszcze nawet dobrze nie zaczęliśmy. Skinął głową. Jeden ze stojących obok chłopaków kopnął trzymanego przez niego Damiena kolanem w brzuch. Blondyn zgiął się w pół. Robert przytrzymał go brutalnie nie pozwalając mu upaść. Nagle między nimi stanęła ściana ognia. Robert, chcąc nie chcąc, puścił chłopaka. Syknął z bólu odskakując. Ogien ogarnął Damiena, ale najwyraźniej go nie parzył. Koledzy spojrzeli niedowierzająco na Andre. Karmelowe oczy płonęły. Nie spojrzał na nich. Nie spojrzał też na blondyna. Odwrócił się i zaczął iść korytarzem. – Ruszcie się – rzucił zza pleców. – Powiedziałem, że jestem głodny. Zaskoczeni, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszyli za Andre w stronę jadalni. Dopiero kiedy zniknęli za rogiem, trawiący korytarz, magiczny ogień, zgasł. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien oparł się plecami o zimną ścianę, osuwając na podłogę. Z trudem oddychał. Bolał go brzuch, jego ciało nie przywykło do przemocy fizycznej. Do tego zdziwiło go zachowanie Andre. Po tym co mu zrobił… kto mógłby się spodziewać…  Po dłuższej chwili wstał. Wyjrzał przez okno. Jaya i Emi już tam nie było. Zacisnął wargi w wąską, białą linię, na samo wspomnienie o tym, jak się obściskiwali, schowani w cieniu rozłożystego orzecha. Stracił cały apetyt. Powoli, z dumnie uniesioną głową, wrócił do pokoju. Położył się na łóżku dziewczyny. W powietrzu, jego własny zapach mieszał się z zapachem Emi i Jaya. Była to dziwna, pobudzająca zmysły mieszanka. Westchnął. Dłużej już nie mógł czekać. Musiał zrobić coś, żeby to wszystko się skończyło i wiedział, że zrobi to dzisiaj. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ana z ponurą miną wracała z zajęć. Co ta dziewczyna w sobie takiego ma? Dlaczego wszyscy się tak bardzo nią interesują? Proste brązowe włosy miała zawsze w nieładzie, karmelowe oczy były zbyt duże, a jej twarz była niemal twarzą dziecka. Dlaczego ona? Ana całą sobą nienawidziła Emi. Była o nią tak cholernie zazdrosna! Jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia, bo przecież dziewczyna nigdy nic złego jej nie zrobiła, a wręcz przeciwnie, mimo, że trochę dziwna, zawsze była dla niej miła i pomocna. Teraz, kolejny wieczór z rzędu, zniknęła zaraz po zajęciach, w towarzystwie Jaya. Chłopak był w nią zapatrzony jakby była gwiazdą. Dla Any, to że ją tak traktował, było nie do zniesienia. No i jeszcze Damien… Cudowny, przystojny, o głębokich niebieskich oczach i jasnych, układających się w coś, co można było określić jedynie mianem artystycznego nieładu, włosach. On także wydawał się biegać za Emi. Może nie aż tak jawnie i w nachalny sposób, jak Jay, ale jednak… Czy ta dziewczyna nie mogła między nimi wybrać?! Musiała mieć ich obu? – Cześć – usłyszała tuż za plecami, miękki, aksamitny tenor. Ten głos… w jej głowie rozbrzmiewał jak najczulsza pieszczota. – Jesteś zajęta? – spytał delikatnie. – Nie, czemu pytasz? – nawet gdyby była, nigdy w życiu by się do tego nie przyznała, nie w takiej chwili. Ana nie była jakąś niesamowitą pięknością, ale niczego jej nie brakowało. Głęboko też wierzyła we własną urodę i osobowość. Uważała się za niepowtarzalną i wyjątkową. Dziwne więc było dla niej, kiedy jakiś chłopak uparcie jej nie chciał, a nie w momencie kiedy wyraził zainteresowanie. Podszedł bliżej. Niewinnym gestem dotknął jej ramienia. Przez całe ciało dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz. Poczuła jak jej oddech przyspiesza. – Nudzę się – mruknął uśmiechając się do niej kusząco. – Może spędzimy trochę czasu razem? Dziewczyna zatrzepotała długimi rzęsami, oszołomiona jego uwodzicielskim uśmiechem. Niedbale objął ją ramieniem. – Chodźmy do mojego pokoju – zaproponowała odrobinę zbyt szybko, bojąc się, że to tylko sen i, że zaraz się z niego obudzi. On jednak najwyraźniej tego nie zauważył, albo udawał, że nie widzi. – Prowadź – mruknął. Wydawał się być z jej propozycji naprawdę zadowolony. Przeszli długim korytarzem Białego Pałacu, do sypialni czarodziejek. Ana otworzyła pomalowane na biało drzwi i zaprosiła chłopaka do środka. Usiadł na gładko zaścielonym łóżku. Przeczesał palcami jasne włosy. Spojrzał na nią uśmiechając się leniwie. Dziewczyna pragnęła zatonąć w tych głębokich, niebieskich oczach. – Na co masz ochotę? – zapytała błagając  w duchu o jakiś genialny pomysł, ostatnim czego chciała, to okazać się nudną. – Jeszcze nie wiem – mruknął. – Może koło mnie usiądziesz? – zaproponował. Ana posłuchała. Jej serce biło jak oszalałe. Delikatnie odgarnął z policzka włosy dziewczyny. Przysunęła się do niego bliżej. Jego twarz znalazła się przy jej twarzy, usta przy jego ustach. Pocałował ją, a ona poczuła, że się rozpływa. Nigdy jeszcze nie przeżyła niczego tak cudownego! Delikatnie zaczął zsuwać z jej ramion obcisłą bluzeczkę. Nie protestowała. Chciała, żeby ją rozebrał. Pragnęła być jego. Dalej nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Całował ją delikatnie i leniwie. Usiadła mu na kolanach. Ramionami oplotła szyję chłopaka. Tak! Wszystko w niej chciało śpiewać. Położył ją na łóżku, na idealnie wygładzonej, fiołkowej narzucie. Pochylił się nad nią i znów zaczął całować. Dłońmi sięgnęła do jego eleganckiej koszuli. Zaczęła rozpinać guziki. Podniósł się odrobinę, powoli od niej odsunął. Nie potrafiła powstrzymać cichego jęknięcia. Wracaj tutaj! – miała ochotę wykrzyczeć rozkazująco. – To chcesz dzisiaj robić? – spytał przyglądając się jej uważnie. – Tak – powiedziała, a zabrzmiało to natarczywie, błagalnie. – Ja chyba mam inne plany – mruknął uśmiechając się arogancko. – Giń – rozkazał cicho, wyobrażając sobie w myślach, jak czyjeś silne ręce, bez trudu przetrącają kark bezbronnej dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien z niechęcią pochylił się nad ciałem martwej czarodziejki. Rozerwał zsuniętą z jej ramiona bluzkę. Potem zabrał się za resztę ubrania, dokańczając dzieła zniszczenia. Przy pomocy magii usunął z komnaty swój specyficzny zapach. Skorzystał z przylegającej do pokoju łazienki, żeby starannie umyć ręce. Dotykanie tej dziewczyny napawało go obrzydzeniem, starał się jednak wmówić sobie, że było naprawdę konieczne. Jeszcze tylko kilka drobnych szczegółów i może spokojnie czekać na efekty swojego przedsięwzięcia. Póki co, wszystko szło zgodnie z planem. Rozdział XXI W powietrzu czuć było zbliżające się lato. Poranek zapowiadał piękny, ciepły dzień. Emi uśmiechnięta wracała z lasu. Chwilami było tak cudownie! Żałowała, że niedługo miną te dwa tygodnie, które chłopcy Illi’andin spędzali w Białym Pałacu. Jay popędził wcześniej, bo nie mógł znieść widoku „swojej dziewczyny” bawiącej się z wielkim, włochatym pająkiem, jakby był małym psiakiem. Czarnoskrzydły dotrzymał danej jej obietnicy i kilka dni wcześniej, wykradł z Czarnej Wieży podawane w ramach kary narkotyki. Emi męczyła się po zajęciach, w tajemnicy przed wszystkimi rozpracowując ich skład. Po jednej z lekcji zielarstwa, przyłapała ją Annani, starsza, przygarbiona nauczycielka, o łagodnych oczach dobrej babci. Zamiast przegonić natrętną dziewczynę zaproponowała jej pomoc. Teraz praca szła znacznie szybciej i czarodziejka była pewna, że sobie z nią poradzi. Na dzielących Czarną Wieżę i Biały Pałac błoniach panowało straszne zamieszanie. Emi przystanęła zaskoczona. Nie miała pojęcia co się dzieje. Czarodzieje rozmawiali przyciszonymi głosami. Illi’andin rzucali złowrogie spojrzenia w kierunku ludzi. Panowała złowieszcza, nieprzyjazna atmosfera. Dziewczyna wzrokiem odnalazła brata. Podeszła do niego szybkim krokiem. W pewnym jednak momencie zatrzymała się jak wmurowana. Andre rozmawiał z Damienem, a raczej wyglądało, że na niego wrzeszczał. – To mogła być Emi! On mógł to zrobić mojej siostrze! – krzyczał patrząc oskarżycielsko na szczupłą sylwetkę arystokraty. – Nie, nie mógł – odpowiedział spokojnie blondyn. – Emi nic nigdy z jego strony nie groziło. – Skąd masz pewność?! – warknął Andre. – Najwyraźniej niewiele widziałeś na temat swojego „przyjaciela”! – wypluł ostatnie słowo. – Zgwałcił ją, zanim przetrącił jej kark! Rozumiesz to?! Zgwałcił ją! – O co chodzi? – spytała Emi podchodząc do nich wolno. Obydwaj spuścili wzrok. Patrzyli w ziemię. Żaden z nich nie chciał jej odpowiedzieć. – Ana nie żyje – mruknął w końcu cicho Damien. – Co?! – wykrzyknęła czarodziejka niedowierzająco. – Jak to? – Zabił ją twój czarnoskrzydły, z którym włóczysz się po nocach – syknął na nią wściekłym głosem Andre. Emi odsunęła się od niego. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć przerażającym, obłudnym słowom brata. – Nie! – wyszeptała. – Damien, on nie mówi poważnie, prawda? – zwróciła się do blondyna, patrząc na niego błagalnie. – Co to za dziwna gra? Nie chcę brać w niej udziału! – Emi – powiedział cicho chłopak, podchodząc do niej. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył jej w oczy. – Jedynym zapachem zarówno w pokoju jak i na jej ciele był zapach Jaya… Sama wiesz, jaki bywa porywczy, kiedy się zdenerwuje. Ciągle się o coś kłócili z Aną… Poza tym może czegoś potrzebował… Czegoś, czego nie chciałaś mu dać… Mógł się bać, że nie wytrzyma i zrobi ci krzywdę… Dziewczyna spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Odsunęła się. – Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz – szepnęła. – Damien, on nie… Andre znalazł się przy niej. Zmusił siostrę, żeby popatrzyła w jego stronę. – Ten chłopak cię okłamywał, Emi, we wszystkim! – powiedział stanowczo. – Dodatkowo zabił niewinną dziewczynę, bo taki miał kaprys. Zostanie odpowiednio ukarany, zapomnij o nim. Tak będzie lepiej. – Ukarany? – spytała niepewnie dziewczyna. Damien także spojrzał pytająco na Andre. W świecie Illi’andin nie było kar za spowodowanie śmierci. Jedyne co mogło, co powinno, grozić Jayowi, to chłosta za nieposłuszeństwo. – Hanna Rosenberg osobiście stawiła się w Czarnej Wieży, żądając sprawiedliwości. Ogłoszono, że publicznie dostanie 50 razów, a potem przez czterdzieści osiem godzin będzie dostawał narkotyk, taki sam jakim każą arystokrację – tu wymownie spojrzał na Damiena. – Kiedy będzie już po wszystkim, czarnoskrzydły nie zostanie dłużej w szkole, odeślą go na dalsze szkolenie, do jednego z odleglejszych garnizonów. Blondyn zachwiał się na nogach. Przecząco pokręcił głową. – To niemożliwe! – jęknął, jakby jego słowa mogły cokolwiek zmienić. Emi wpatrywała się w brata rozszerzonymi ze zdumienia i strachu oczami. Nie Jay! Tylko nie Jay! To nie działo się naprawdę! To musiał być jakiś koszmarny, aż nazbyt realny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre nie odstępował Emi na krok, w przeciwieństwie do Damiena, który po ich rozmowie, natychmiast gdzieś zniknął. Dla dziewczyny cały świat jakby przestał istnieć. Czy Jay naprawdę mógł to zrobić? Wszystkie dowody wskazywały na to, że tak… Ale dlaczego, przecież on… Nie wątpiła w to, że potrafiłby zabić człowieka, był jak każdy inny drapieżnik, do tej pory, szczerze jednak wierzyła, że nigdy nie mógłby zrobić tego bez powodu. Do tego, to co zrobiono z ciałem Any, przekraczało wszelkie granice. Koło południa Emi poszła na arenę. Wyglądało na to, że na błonia wylała się tego dnia cała szkoła. Andre stanął za nią, gotowy walczyć z każdym kto śmiałby zaczepić jego siostrę. Obawiał się, że będą ją kojarzyć z czarnoskrzydłym, z mordercą i gwałcicielem. Dziewczyna stała przy murze, przypatrując się otępiała, jak Jaya wyprowadzają na plac. Chłopak stał spokojnie, jednak Emi dostrzegła, że ma zaciekły wyraz twarzy. Jego oczy płonęły, wargi zacisnął w wąską, białą linię. Coś go wyraźnie złościło. W pewnym momencie podniósł głowę, spojrzał na nią. Ich oczy się spotkały. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jay wyrwał się strażnikom Illi’andin. Wzbił się w powietrze. W jednej chwili znalazł się przed nią. Stanął na ziemi. Złożył skrzydła. Emi spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem. W oczach chłopaka była bezdenna rozpacz. – Emi, nie zrobiłem tego – powiedział cicho, błagalnie. – Proszę, uwierz mi. Nic innego nie ma znaczenia, tylko to, żebyś ty mi uwierzyła. – Jay… – zaczęła cicho, ale zasłonił ją sobą Andre. Wyzywająco patrzył w bursztynowe oczy chłopaka. – Odczep się od mojej siostry – wycedził słowa przez zęby. Czarnoskrzydły nic więcej nie zdążył powiedzieć. Pochwycili go strażnicy. Poddał się bez żadnej walki. Emi bezradnie patrzyła jak zabierają go z powrotem na arenę, jak przywiązują do pręgierza. Jak wymierzają bolesne razy. Całą sobą zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Nie mogła zapomnieć nocy spędzonej w lesie. Tak jak każdej poprzedniej, spędzonej u boku Jaya. Rozdział XXII W pokoju panował półmrok. Zaszło już słońce, a on nie zamierzał się pofatygować, o to, żeby zapalić światło. Dlaczego był takim idiotą? Czemu nie wziął tego pod uwagę? Siedział skulony na podłodze, pod ścianą. Tym razem nie obchodziło go nawet to, że brudzi i gniecie ubranie. Jay… Co oni mu zrobią? To wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a ten fakt przerażał go jeszcze bardziej. Ktoś wszedł do pokoju. Damien nawet nie podniósł głowy, ale i tak wszędzie rozpoznałby ten kuszący, przyjemny zapach. Emi nic nie powiedziała. Podeszła do niego wolniutko. Usiadła przy chłopaku, kładąc mu głowę na ramieniu. Damien bez zastanowienia objął dziewczynę. W jej karmelowych oczach błyszczały łzy. Według planu, Jay miał zostać odwołany z Białego Pałacu i umieszczony na powrót w Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a on sam planował ją pocieszać. W najgorszych nawet myślach, nie spodziewał się, że to dziewczyna, będzie musiała pocieszać jego. – Damien, nic mu nie będzie, prawda? – spytała cichutko. Zaskoczony podniósł wzrok. Nie spodziewał się, że ona martwi się o to samo co on. Nie takie były jego założenia. Teraz jednak nie potrafił nad sobą zapanować. – Oni podali mu czarny, Emi! Czarny, rozumiesz? Chcą mu go podawać przed dwie doby! Wiesz co on robi? – dziewczyna przecząco pokręciła głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, karmelowymi oczami. – Dostałem go raz i nigdy więcej nie chcę! Sprawia, że ciało wszystko odczuwa tysiące razy bardziej – odpowiedział ponuro. – Zimno, gorąco, najlżejszy szept jest wtedy dla ciebie jak krzyk, a ból… Emi, po tych razach dzisiaj na placu, on tego zwyczajnie nie przeżyje! Dziewczyna cała się trzęsła. Łzy spływały po jej bladych, porcelanowych policzkach. Spojrzała Damienowi w oczy. – Musimy coś zrobić – oznajmiła gorączkowo. – Pomóż mi, proszę… Blondyn roześmiał się gorzko odrzucając głowę do tyłu. – Co niby mamy zrobić?! – warknął na nią, nie panując nad sobą. – Nawet jeżeli udałoby mi się go stamtąd zabrać, on umrze, jeżeli znajdzie się na zewnątrz. Narkotyk go zwyczajnie zabije! Nic się nie da zrobić! Po prostu nic, to już koniec, Emi. Dziewczyna wstała. Drobne dłonie zacisnęła z całej siły w pięści, tak, że aż zbielały jej kłykcie. W karmelowych oczach płonął ogień. – A co, gdyby nie działał? Zabrałbyś go stamtąd? – zapytała cicho, poważnym głosem. – Gdybym widział jakąkolwiek szansę, spróbowałbym – oznajmił twardo Damien. – Nawet, gdyby znaczyło to, że sam przy tym zginę. – Doskonale – powiedziała podchodząc do drzwi. – W takim razie spotkamy się za godzinę pod szkołą. Przygotuję antidotum – oznajmiła niemal wybiegając na korytarz. Blondyn wpatrywał się w zamykające się za dziewczyną drzwi. Skąd? Jak? To co mówiła nie miało najmniejszego sensu, ale w zamarzniętym do tej pory sercu Damiena, pojawiła się cicha, rozpaczliwa nutka nadziei. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżała się północ. Emi siedziała po środku, rozjaśnionej światłem księżyców polany, skupiając się na tym, żeby utrzymać magiczne połączenie pomiędzy sobą, a Damienem. Plan był prosty. Chłopak miał dotrzeć do Jaya, podać mu antidotum, a potem przetransportować go tutaj. Problem leżał w tym, że milion rzeczy mogło się nie udać. Emi nawet nie chciała myśleć o tym, co wtedy się stanie. Powietrze zadrżało. Poczuła jak stworzony ich wspólnymi siłami portal uchyla się lekko. Chwilę później na trawie, kilka metrów przy niej leżał nieprzytomny Jay. Obok czarnoskrzydłego klęczał na wpół przytomny ze zmęczenia Damien. – Co się stało? – spytała zaniepokojona dziewczyna. – Musiałem uleczyć jego plecy – mruknął. – To wyczerpało moje siły. Dobrze, że byłaś ze mną – westchnął. Emi przysunęła się do leżącego na trawie Jaya. Położyła sobie jego głowę na kolanach. Delikatnie odgarnęła mu z czoła posklejane włosy. Nawet nie chciała myśleć, przez co musiał przejść czarnoskrzydły. – Wszystko z nim w porządku? – zapytała cichutko Damiena. – Nie wiem – westchnął blondyn podchodząc do nich. – Zobaczymy jak się obudzi. Nie mam tylko pojęcia co dalej – mruknął cicho. – Wiesz, że muszę tam wrócić… Emi niechętnie skinęła głową. Nie odrywała wzroku od pobladłej, zmarnowanej twarzy Jaya. – Wrócimy – powiedziała cichutko. – Obydwoje. Potem ułożymy jakiś plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien chodził niespokojnie w kółko, podczas gdy Emi siedziała na trawie, delikatnie głaszcząc włosy Jaya. Z nadzieją i trwogą czekali, aż chłopak się obudzi. W końcu, po prawie godzinie, otworzył bursztynowe oczy. Odbijało się w nich jasne światło księżyca, ale było tam coś jeszcze… coś przerażającego. Czarnoskrzydły jednym, płynnym ruchem zerwał się z ziemi. Ostrzegawczo warkną na wpatrującą się w niego dziewczynę. Emi ani drgnęła. Jay z niesamowitą prędkością znalazł się przy Damienie. Powalił go na trawę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego blondyn. Czarnoskrzydły rzucił mu się do gardła. Chłopak z trudem trzymał go z daleka od siebie. Gdyby Jay myślał logicznie, Damien nie miałby z nim w fizycznej walce, najmniejszych nawet szans. – Jay, przestań – jęknęła błagalnie Emi. Czarnoskrzydły odwrócił wzrok. Spojrzał na nią wrogo. – Chodź do mnie – poprosiła łagodnym tonem, wyciągając do niego ręce. Z ust chłopaka wydobył się zwierzęcy warkot. Patrzył to na nią to na Damiena. Wyraźnie się wahał. – Jay… – poprosiła cicho. Chłopak wstał, niechętnie, jak skarcony uczniak, podszedł do niej. – Damien podejdź do linii drzew, tylko powoli – poprosiła cicho, tym samym łagodnym tonem. – To jego terytorium. On działa instynktownie. Blondyn niechętnie posłuchał. Stanął na skraju lasu. – Świetnie – mruknął Damien, obrzucając ponurym spojrzeniem Jaya, który przykucnął w gotowej do ataku pozycji, zasłaniając sobą Emi. – Dlaczego ty możesz tam być, a ja nie? – zapytał cierpkim tonem. – Chyba uznał, że jesteś jego rywalem – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Spojrzała błagalnie na chłopaka. – Damien co się z nim dzieje? On nie zdaje sobie sprawy kim jest, czuję w nim tylko drapieżnika… – Emi… – westchnął blondyn, pokręcił głową, odganiając od siebie ponure myśli – ten narkotyk… wydaje mi się, że jego umysł nie potrafił sobie poradzić z takim bólem… Dziewczyna poruszyła się odrobinę. Czujne oczy Jaya natychmiast spojrzały na nią. Wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego odsłoniętego ramienia. Potem pogładziła go po szorstkim policzku. Zamruczał. Przysunął się do niej bliżej. – Musimy coś zrobić – szepnęła. – Nie mam pojęcia co – powiedział Damien stanowczo, zagryzając zęby – ale coś wymyślę. Emi skinęła głową. W jej oczach zalśniły łzy. Oplotła ramionami szyję Jaya, przytulając się do niego mocno. Zaskoczony wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem przygarnął do siebie opiekuńczym gestem. – Wróć do mnie proszę – wyszeptała cichutko, załamującym się głosem. – Kocham cię Jay, nie możesz mnie tak zostawić. Błagam cię, wróć. Rozdział XXIII Damien szedł szybkim krokiem, szerokim korytarzem Białego Pałacu. Musiał tu wrócić. Potrzebował kolejnej dawki narkotyku i wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez następnych. Niechętnie zostawił Emi i Jaya samych w lesie. Piekielnie się o nich bał. O to, że jego przyjaciel może nieświadomie skrzywdzić dziewczynę, o to, że jakieś stworzenie może skrzywdzić jego, ale przede wszystkim obawiał się tropicieli, którzy z pewnością zostaną wysłani na poszukiwanie czarnoskrzydłego. Ktoś zagrodził mu drogę. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył górującą nad sobą postać Andre. Brat Emi patrzył na niego wściekłym wzrokiem. – On uciekł i nie uwierzę, że nie miałeś z tym nic wspólnego! – warknął. – Gdzie ona jest?! Gdzie moja siostra?! – pytał rozgniewanym głosem. Damien próbował go zignorować, po prostu wymijając, Andre jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Chwycił chłopaka za ramiona i popchnął go na ścianę. Blondyn syknął z bólu. Potem, na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmiech. – No dalej, pokaż na co cię stać – mruknął uwodzicielskim, aksamitnym głosem. Andre odskoczył jak oparzony. Niechętnie, z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na Damiena. Potem, jakby uszło z niego powietrze. – Gdzie jest Emi? – zapytał cicho, niemal błagalnie. – Czy nic jej nie jest? Illi’andin westchnął. Spojrzenie jego błękitnych oczu spotkało się z karmelowymi tęczówkami Andre. – Nie tutaj – powiedział stanowczo. – Jeżeli chcesz porozmawiać, to chodźmy gdzieś indziej. W bardziej odosobnione miejsce – zaznaczył. Brat Emi rozejrzał się po korytarzu. Byli na nim sami. Niechętnie skinął głową i ruszył w kierunku własnego pokoju, a Damien, z bardzo mieszanymi uczuciami powlókł się za nim. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien półleżał rozwalony na wygodnym, drewnianym łóżku. Znudzonym wzrokiem wodził za chodzącym niespokojnie, po własnym pokoju, Andre. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez spędzone z ojcem lata wyćwiczył to w sobie do perfekcji, w środku jednak wszystko się w nim kotłowało. – Chcesz powiedzieć, że zostawiłeś moją siostrę sam na sam z mordercą?! – wrzasnął na niego Andre. – On tego nie zrobił – powiedział cichym, spokojnym głosem Damien. – Nie zabił jej? – syknął brunet. – Skąd masz pewność? Wszystkie dowody wskazują przeciwko niemu! To, że to twój „kochaś” raczej do mnie nie przemawia… Może mu się znudziłeś i chciał spróbować dziewczyny, tylko trochę go poniosło? Damien prychnął rozbawiony. Do tej pory sam chciał, żeby Andre tak właśnie myślał, ale teraz, przytłoczył go czarny humor zaistniałej sytuacji. Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę. Nie obchodziło go co myśli o nim Andre, poza tym był przekonany, że chłopak nigdy w życiu nie skrzywdzi swojej siostry. – Jay to stuprocentowy hetero – oznajmił przypatrując się uważnie reakcji czarodzieja – który na domiar złego kocha twoją siostrę. – Przecież mówiłeś, że jest twoim przyjacielem… – zawahał się Andre. – Bo jest – odparł z prostotą Damien – ale nie koniecznie musi o mnie wszystko wiedzieć – westchnął. – Tak czy inaczej to nie daje mu żadnego alibi! Co jeżeli skrzywdzi Emi? – zapytał czarodziej odwracając wzrok od blondyna. Nerwowo splótł przed sobą ręce. Wyjrzał przez okno. Wyglądało na to, że robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na wyciągniętego na jego łóżku Illi’andin. – Nie skrzywdzi – powiedział uspokajająco Damien. – I to nie on zabił Anę. – Skoro nie on, to kto?! – warknął Andre, gwałtownie odwracając się od okna. Blondyn spojrzał mu prosto w oczy. Jego twarz była nieprzeniknioną maską. Po chwili milczenia, uśmiechnął się drapieżnym, aroganckim uśmiechem. – Ja – oznajmił ze stoickim spokojem, nie spuszczając wzroku z karmelowych oczu Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zaczynało świtać. Emi leżała na wilgotnym od rosy kocu. Tuż obok niej spał Jay. Czarnoskrzydły oddychał spokojnie i miarowo, ale dziewczyna była pewna, że zbudziłby się na nawet najcichszy, niepokojący odgłos. Obiecała Damienowi, że rankiem wróci do szkoły, ale nie chciała jeszcze wstawać. Poza tym nie była pewna, jak na jej odejście zareaguje Jay. Rozczesała palcami jego splątane, nieco przydługie włosy. Przytuliła się do pleców chłopaka. Była przekonana, że on wiedziałby co zrobić w tej sytuacji. Spędziła dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w niego. Nie był taki cudownie, oszałamiająco przystojny jak Damien. Było w nim raczej coś dzikiego, groźnego, ale jednocześnie przyciągającego uwagę Emi. Pochyliła się nad nim, Dłonią musnęła policzek chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. Otworzył oczy, spojrzał na nią. Czarodziejce przez chwilę wydawało się, że widzi błysk zrozumienia w bursztynowych oczach, ale potem czarnoskrzydły wstał, ziewnął leniwie odsuwając ją od siebie, rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze zapewne, aby zapolować. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała na kocu, a potem, niechętnie ruszyła w kierunku szkoły, ufając, że czary których użył na Jayu, Damien nie pozwolą chłopakowi podążyć za nią. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zakręciło się w głowie od zasłyszanych informacji. Śmierć czarodziejki, to, że ją zamordowano, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ogarnął go jeszcze większy strach. Teraz nie bał się już tylko o Emi, ale także o to, co stanie się z Damienem, jeżeli o jego czynie dowie się ktokolwiek z zewnątrz. Całą duszą, wszystkimi myślami, pragnął nienawidzić Damiena i całym sobą zwyczajnie nie potrafił. Poczuł jak zalewa go fala złości. – Idiota! Kretyn! – rzucił się na łóżko, potrząsając leżącym na nim chłopakiem. – Czemu to zrobiłeś?! Miałeś przynajmniej jakiś motyw czy była to po prostu kolejna z twoich chorych zabaw?! – Przestań – rozkazał Damien, odsuwając się od niego. – Zabić Anę, tak, żeby wszyscy myśleli, że zrobił to Jay, wydawało mi się doskonałym pomysłem. W każdym razie najlepszym jaki przyszedł mi do głowy – oznajmił. – Jay miał zostać odwołany do Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a Ana i tak była już martwa, ponieważ z tego co wiem, na wrzesień zaplanowano jej ślub z Jonathanem Brownem, a każdy wie, że to sadysta. Długo by charakteru tej dziewczyny nie wytrzymał. – Damien na chwilę przymknął oczy. – Nie przewidziałem tylko konsekwencji. Nie sądziłem, że w ten sposób go potraktują. Schrzaniłem sprawę, a sam problem w żaden sposób się nie rozwiązał. Andre opadł na łóżko, wpatrując się w sufit. Wyglądał na zrezygnowanego. – Skoro Jay to hetero, czemu aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby ich rozdzielić? – spytał niechętnie. – Ponieważ miałem dosyć tej chorej sytuacji – mruknął Damien. – Nasi rodzice postanowili, że pod koniec lata mam wziąć ślub z Emily. Jay od zawsze miał zostać kapitanem straży w moim domu. Nie chciałem patrzeć jak z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. On naprawdę ją kocha – westchnął cicho – a ja kocham jego – dodał prawie niedosłyszalnym szeptem. – Ale jak to? – spytał niedowierzająco Andre. – Przecież twój ojciec wie o twojej orientacji… Jak mógł zaplanować twój ślub z Emi? Damien popatrzył na niego delikatnie rozbawiony. – Tym większą sprawiło mu to przyjemność – powiedział, jakby wyjaśniał oczywistą rzecz dziecku – a ja, jak zawsze, nie mam możliwości się nie zgodzić. Rozdział XXIV Kiedy Emi wracała do szkoły, zobaczyła jak las przeszukują po prostu całe oddziały. Widziała latających nad drzewami Illi’andin. Zadrżała. Błagała w myślach, żeby ich czary zadziałały. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co zrobią z chłopakiem, jeżeli go znajdą. Wiedziała, że pomogłaby mu nawet, jeżeli to on zamordował Anę, chociaż szczerze nie chciała w to wierzyć. Gdyby Jay chciał fizycznych zbliżeń, tak jak mówił Damien, po prostu poderwałby sobie jakąś ślicznotkę, udowodnił już, że potrafi. Takie bezsensowne zabójstwo kompletnie nie miało sensu, nie pasowało do niego, za czym idzie, ktoś chciał go wrobić. Tylko dlaczego? Dziewczyna przeszła przez lśniący bielą, kamienny most. Wróciła do szkoły, tak jak obiecała Damienowi, ale wiedziała, że nie zostanie tu długo. Musieli uciekać. Przebywanie w puszczy, tak blisko szkoły, było dla Jaya zbyt niebezpieczne. Rozumiała dlaczego Damien musi zostać. Wiedziała, że jeżeli go zmuszą, to prędzej czy później opowie co się z nią stało, jednak miała nadzieję, że ona i Jay, dotrą już w tym czasie wystarczająco daleko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien podniósł wzrok znad czytanej książki, gdy tylko Emi weszła do pokoju. Jego leniwie wyciągnięta na łóżku postać stała się spięta i nerwowa. – Co z nim? – zapytał bez zbędnych wstępów. Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Wyspał się, a potem poleciał polować – mruknęła. – Zostawiłam go tam i wróciłam do pałacu. Martwię się – westchnęła siadając przy chłopaku. Blondyn usiadł. Objął ją ramieniem. – Wszystko będzie dobrze – powiedział, jakby starał się sam siebie o tym przekonać. Emi uśmiechnęła się leciutko. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak tylko wrócić do lasu, tam gdzie był Jay. Wiedziała, że nic nie będzie w porządku, dopóki go nie zobaczy. – Damien, ja nie mogę tu zostać – powiedziała cicho. – On też nie może. Szukają go całe oddziały. Chłopak skinął głową. – Jay nie może, ale ty zostaniesz – powiedział chłodno. – Zabiorę go do zamku w Dorfen, mój ojciec się nim zajmie. Rada się na to zgodzi, ponieważ nie będzie miała wyjścia, a Jay dostanie narkotyki, tak na wszelki wypadek. Karmelowe oczy Emi rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania. – Damien, ty chcesz mu zrobić to co oni zrobili tobie? – zapytała przerażona. – Chcesz go uwiązać jak psa na łańcuchu? – Lepiej to, niż żeby go zabili – warknął rozeźlony jej słowami chłopak. Emi wstała. Przecząco pokręciła głową. – Sądzę, że Jay wolałby zginąć, niż się na to zgodzić – powiedziała odwracając się od Damiena i wybiegając z pokoju. Chłopak z powrotem opadł na łóżku. Nikt nie powiedział, że życie będzie usłane różami i łatwe. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko Damien opuścił jej pokój, Emi wróciła, żeby się spakować. Wrzuciła trochę rzeczy do płóciennego plecaka i przewiesiła przez ramię sztruksową torbę. Będzie musiało wystarczyć. Jeżeli nie mogła liczyć na Damiena, trudno, poradzi sobie sama. Jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiej determinacji, jak w tym momencie. Jeszcze w korytarzu dziewczynę zatrzymał Andre. Siłą zaciągnął ją do swojego pokoju. Zaskoczona spojrzała na siedzącego na łóżku brata, Damiena. Co on tu robił? – Miałeś rację – przyznał niechętnie brunet, starannie zamykając za nimi drzwi. W jego karmelowych oczach było zniechęcenie i smutek. – Emi postanowiła nas bez słowa opuścić. – Wcale nie bez słowa – zaprotestowała dziewczyna. – Napisałam do ciebie list – dodała usprawiedliwiająco. Andre z trudem powstrzymał się przed warknięciem. – Nigdzie nie idziesz – powiedział ostro, z całej siły ściskając jej ramiona. – Nie zamierzam stracić siostry przez jakiegoś przeklętego Illi’andin! Damien, możesz zdjąć rozciągnięte w lesie osłony – zwrócił się do siedzącego spokojnie, z ponurą miną, blondyna. – Nie! – krzyknęła Emi rozpaczliwie. – Nie możesz mu tego zrobić! Damien uśmiechnął się z przekąsem. – Już ci mówiłem, jaki mam plan – mruknął. – Nic mu nie będzie. Dziewczyna nie wierzyła. Jakkolwiek nie ułożyliby się z Damienem, Emi była przekonana, że go skrzywdzą, być może nawet zabiją, w imię swoich dziwnych, niepisanych zasad. – Nie rób tego – poprosiła cicho. – Pozwól mi z nim odejść. – I co potem? – zapytał wkurzony Andre. – Dokąd pójdziecie? Co zrobicie? Dareshia to dosyć mała planeta. Nie zdołacie się tu na dłużej ukryć. Emi spojrzała na niego zaskoczona. – Kto powiedział, że planuję tutaj zostać? Przez Anduriańską Puszczę dotrzemy do portali, a potem… potem rozpocznie się nowe życie. Damien roześmiał się gorzko. Wstał i podszedł do dziewczyny. Teraz obydwaj nad nią stali. – Zwariowałaś – skwitował jej pomysł. Dziewczyna popatrzyła na nich skonsternowana. Przez dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na Damienie, a potem zrozumiała. Wiedziała już co może, co potrafi zrobić. – Chodź ze mną – zaproponowała patrząc mu w oczy. Znów się roześmiał. – Czy nie wytłumaczyłem ci dosyć jasno, co mnie tu trzyma? – zapytał. – Naprawdę uważasz, że nie próbowałem się od tego uwolnić? Nie jestem dość silny, żeby wytrzymać bycie na głodzie. – Więc zawsze już będziesz więźniem swojego ojca? Niewolnikiem rady? – zapytała ostro. – Damien, zawsze byłeś sam – powiedziała cicho – próbowałeś, ale wtedy nikt cię nie wspierał. Teraz będziesz miał mnie i Jaya. Pomyśl o tym, błagam. – Nie dam rady – odpowiedział jej gorzko Damien. – I nie masz racji, nie byłem sam. Przy wcześniejszych próbach był ze mną Andre. Rozdział XXV Mimo, że dzień był jasny i słoneczny, pod gęsto rosnącymi drzewami Anduriańskiej Puszczy panował półmrok. Szary wilk, z dumą, niósł w pysku, upolowaną przez siebie zdobycz. Była to niewielkich rozmiarów sarna. Na tyle stara, by nie być już koźlęciem, a jednocześnie na tyle młoda, by nie móc stać się jeszcze matką. To była dobra zdobycz. Skonsternowany przystanął tuż na krawędzi drzew. Polana, na której powinna czekać jego partnerka, była pusta. Rzucił sarnę na trawę. Rozejrzał się dookoła. Wyczuł jej słodki, kuszący zapach. Mimo to, dziewczyny już tutaj nie było. Zaniepokojony ruszył jej tropem. Po kilkunastu minutach, zaskoczony, wrócił w dokładnie to samo miejsce. Warknął wściekle, a potem spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. Pusta, pełna uroku, polana. Po kilkunastu kolejnych podejściach, przybrał swoją ludzką postać. Rozłożył czarne, jak noc, pokryte piórami skrzydła i wzbił się w powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała we własnym łóżku, wtulając twarz w błękitną poduszkę. Spakowany plecak stał oparty o ścianę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. Damien zdjął magiczne osłony, więc to, kiedy znajdą Jaya, było jedynie kwestią czasu. Przez cały dzień pilnowali jej na zmianę z Andre, więc ona sama nic nie była w stanie zrobić. Schwytają go, a potem na zawsze stanie się ich niewolnikiem. Była przekonana, że tak naprawdę, Jay wybrałby raczej śmierć. I całkiem możliwe, że dostanie taki właśnie wybór. Jej brat siedział przy biurku, czytając książkę i coś z niej zawzięcie przepisując. Emi zaczęła się zastanawiać, który z nich będzie dla niej łatwiejszym przeciwnikiem, Damien czy Andre. Jedno wiedziała na pewno – musiała stąd jakoś uciec. Nie zostawi Jaya samego, nawet jeżeli to on zamordował Anę. W pewnym momencie poczuła coś, jakby silniejszy podmuch wiatru. Duże, wychodzące na dziedziniec okno, się uchyliło, a nieprzytomny Andre osunął się na podłogę. Szeroko otwartymi, karmelowymi oczami, wpatrywała się w stojącego nad jej bratem Jaya. Czarnoskrzydły w rękach miał myśliwski nóż. Uklęknął przy nieprzytomnym chłopaku, odwracając go tak, by łatwiej było poderżnąć mu gardło. – Nie! – wyrwało się z ust przerażonej dziewczyny, kiedy rzuciła się w stronę klęczącego Jaya. – Proszę, nie – jęknęła błagalnie, kiedy spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem. Chwyciła go za rękę i odciągnęła na bok. Warknął na nią, ale z ulgą przyjęła, że pozwolił jej na to. Podniosła z podłogi swój spakowany plecak. Ledwo zdążyła zarzucić go na plecy, kiedy Jay porwał ją w ramiona i wyskakując przez okno, wzbili się w powietrze. Wylądował dopiero na ich wspólnej polanie. Postawił dziewczynę na ziemi. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie zauważyli ich żadni, przeszukujący teren Illi’andin, jakoś się jednak udało i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wtuliła się na powrót, w odsłonięty tors Jaya, a on niezbyt pewnie, objął ją ramionami. – Jak dobrze, że nic ci nie jest – wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy ulgi. Rozejrzała się po polanie. – Nie możemy tu zostać, musimy uciekać. Oni chcą cię złapać i uwięzić – odezwała się gorączkowo. Jay najwyraźniej zrozumiał, ponieważ warknął gardłowo, a potem rozprostował, czarne jak noc, pokryte sztywnymi piórami, skrzydła. – Nie, nie w ten sposób – zaprotestowała dziewczyna. – Tak będzie znacznie łatwiej nas wypatrzyć. Pójdziemy piechotą – powiedziała stanowczo i biorąc Jaya za rękę, zagłębiła się w gęstwinę Anduriańskiej puszczy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Mimo, że nie było to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie, szli przez całą noc. Emi nie bała się niczego co żyło w lesie, bała się natomiast polujących na Jaya Illi’andin. Chłopak przez cały czas szedł spięty, gotowy odeprzeć jakikolwiek atak. Dziewczyna wyraźnie czuła jego napięte mięśnie. Widziała też, że jego ręka bez przerwy błądzi przy pochwie od myśliwskiego noża. Wzdrygnęła się na myśl, że bez wahania gotowy był, z zimną krwią, zamordować jej nieprzytomnego brata. Może naprawdę mógł zabić Anę? Próbowała odegnać od siebie mroczne myśli, ale zmęczenie i strach, robiły swoje, rozbudzając od środka jej umysł. Nie! Powiedziała sobie stanowczo, mógłby, ale tego nie zrobił! Zatrzymali się dopiero, kiedy nie była w stanie już dalej iść. Nigdy jeszcze nie odchodziła aż tak daleko, więc nie znała tej części puszczy. Wiedziała, że od tej pory, będzie musiała zawierzyć swojemu i Jaya instynktowi. Kiedy tylko opadła pod rozłożystym drzewem, na miękki mech, chłopak przybrał postać wilka. Natychmiast się poderwała. Szedł polować. – Jay, nie – zatrzymała go pełnym prośby głosem. – Zabrałam ze sobą jedzenie, zostań ze mną, proszę. Odetchnęła z ulgą, kiedy posłuchał. Przemienił się z powrotem i usiadł przy niej na trawie. Bez wahania przyjął od niej jedną z wyjętych z plecaka kanapek. Zjedli w milczeniu. Przysunęła się do niego, zwijając się przy nim w jak najciaśniejszy kłębek. Przymknęła oczy. Poczuła jak chłopak układa się na mchu, tuż za jej plecami. Niczego w tej chwili tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby wrócił. Chciała, żeby znowu był sobą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze w pokoju leżał nieprzytomny Andre. Emi nigdzie nie było. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi, ale kiedy szok minął, natychmiast wyczuł w komnacie specyficzny zapach Jaya. Na chwilę przymknął oczy. To nie wyglądało dobrze. Jeżeli Illi’andin znajdą ich razem, po prostu ją zabiją. Uklęknął przy chłopaku. Nie miał czasu na subtelności. Skupił się na odnalezieniu umysłu Andre, a potem siłą woli, brutalnie go przebudził. Karmelowe oczy otworzyły się, chłopak cicho jęknął. Z trudem usiadł. – Co się stało? – zapytał ciągle odrobinę nieprzytomny. – Był tu Jay, zabrał Emi i uciekli – wyjaśnił gorzko Damien. – To nie wróży nic dobrego. Andre zaczął przeklinać, na czym świat stoi. Gwałtownie wstał. Zakręciło mu się w głowie, ale chwycił oparcie krzesła. Jego karmelowe oczy, w których mogłaby zatonąć żeńska połowa szkoły, rozbłysły. Pojawiły się w nich groźne iskierki. – W takim razie musimy ją znaleźć – oznajmił stanowczo. Damien nie potrafił się nie uśmiechnąć. Był pewien, że to właśnie ten ogień płonął kilka lat wcześniej w Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po trzech dniach mozolnej, uciążliwej wędrówki, nareszcie osiągnęli cel. Przez całą drogę Jay działał czysto instynktownie, a Emi wyczuwała w nim jedynie drapieżnika, jakby coś bardzo głęboko w umyśle zakopało jego własne „ja”. Opiekował się nią, był blisko, ale to nie był do końca on. Tak bardzo pragnęła, żeby do niej wrócił! Teraz, kiedy wreszcie dotarli do jaskini, w której znajdowały się magiczne portale, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób będzie mogła mu pomóc. Wiedziała, że po prostu musi coś z tym zrobić. Kiedy tylko minęli linię drzew, wychodząc na porośniętą trawą i purpurową koniczyną polanę, Jay zatrzymał się w miejscu. Warknął ostrzegawczo, ale było już za późno. Dookoła nich pojawili się uzbrojeni w miecze i topory Illi’andin. To była zasadzka, a oni nieświadomie w nią wpadli. – Zabić dziewczynę! Chłopaka wziąć żywcem! – czarnoskrzydły mężczyzna po czterdziestce wydał rozkaz, a składający się z siedmiu, skrzydlatych Illi’andin oddział, z wyjętą, gotową do ataku bronią, ruszył w ich stronę. Jay warknął. Zasłonił sobą Emi, mimo, że kompletnie nie miał z nimi szans. Coś ścisnęło ją w środku. Była przekonana, że chłopak będzie walczył i zginie tu razem z nią. Nie mogła do tego dopuścić. Skupiła się i całą siłą woli wyobraziła sobie otaczającą ich mydlaną bańkę, taką, której w żaden sposób nie da się przebić. – Tarcza – wyszeptała rozciągając w myślach przezroczystą materię. Zaskoczeni żołnierze odbili się od niewidzialnej bariery. Jay spojrzał na nich zdezorientowany. Emi uśmiechała się przez chwilę, a potem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie swojej tarczy w żaden sposób poruszyć. Byli w pułapce. Illi’andin spróbowali się przebić jeszcze kilka razy, a potem zrezygnowani stanęli w gotowości bojowej. Po jakimś kwadransie dziewczyna poczuła, że szybko się męczy. Usiadła na trawie, a Jay przykucnął tuż przy niej. Wyraźnie już oswoił się z nową sytuacją. Czuła, że po prostu w ten sposób odwleka własną śmierć. Musiała coś wymyślić i to naprawdę szybko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Biały tygrys obserwował z krzaków znudzony, ale ciągle czujny i gotowy do ataku oddział brązowoskrzydłych Illi’andin. Cieszył się, że tyle czasu poświęcili na rozwijanie magicznego talentu Emi. Tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Gdyby nie to, byłoby już za późno. Wycofał się po cichu, wracając do miejsca, w którym zostawił zaniepokojonego Andre. Przyjął swoją ludzką postać. – Nic im nie jest, zdolna dziewczyna – stwierdził. – Rozciągnęła nad sobą i Jayem tarczę. Żołnierze nie mogą się przez nią przebić. Brat Emi spojrzał na niego niedowierzająco. – Ona? Tarczę? Przecież ona nie ma żadnego talentu… – Ma większy niż myślisz – uśmiechnął się Damien. – Nie udawaj, przecież świetnie wiesz kim był jej ojciec. – Wiem – syknął Andre z nienawiścią w głosie. – Był potworem, który zgwałcił moją matkę. Emi to jednak nie dotyczy. Ona nie jest nim! – W każdym razie to po nim odziedziczyła naszą magię. Jest naprawdę silna – mruknął z uznaniem – tylko jeszcze nie do końca potrafi nad tym panować. Zresztą sam zobaczysz, teraz nie mamy czasu na omawianie tego, co twoja siostra potrafi zrobić. Andre tylko skinął głową, nie komentując. Obydwoje, skradając się, podeszli do linii drzew. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają szans z całym oddziałem. Jedyną nadzieją, było odwrócenie ich uwagi i szybka ucieczka, ku znajdującym się w jaskini portalom. W pewnym momencie całą trawę ogarnął ogień, rozdmuchiwany przez coraz silniejszy wiatr. Wojownicy wznieśli się w powietrze. Na to tylko czekał Andre. Rozpętał się istny huragan. Damien, pod postacią białego tygrysa, podkradł się tuż pod otaczającą Emi i Jaya przezroczystą bańkę. Otaczające go płomienie w żaden sposób nie robiły mu krzywdy. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, Jay zawarczał groźnie. Damien przybrał swoją ludzką postać. – Nie mamy czasu – powiedział cicho – uspokój go, błagam! Jedyna szansa, że wyjdziemy z tego żywi, to portale. Emi skinęła głową. Bańka pękła, a ona chwyciła Jaya za rękę i zaczęli biec. Damien dotrzymywał im kroku. Przed samą jaskinią dołączył do nich Andre. Wojownicy wylądowali tuż za ich plecami. Wejście do groty ogarnęły płomienie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie powstrzymają ich na długo. Illi’andin popełnili podstawowy błąd i nie doceniając przeciwnika, nie zabrali ze sobą żadnego czarodzieja. Wiedzieli, że tak naprawdę, tylko dzięki temu udało im się przeżyć. Teraz stali w oświetlonej dziwnym, różnobarwnym światłem grocie a przed nimi znajdowało się siedem, emanujących kolorowym blaskiem portali. – Który? – spytał rzeczowo Damien, zwracając się do Emi. – Nie mam pojęcia – jęknęła dziewczyna. – Szybciej! – ponaglił ich Andre – zaraz tu będą! Damien przewrócił oczami i skoczył w pierwszy z brzegu, a cała trójka podążyła za nim. Rozdział XXVI Miejsce w którym się znaleźli, wyglądało jak Raj na Ziemi. Otoczona zielonymi wzgórzami dolina tętniła życiem. Na wschodzie widać było barwną tęczę. Kolorowe kwiaty bujnie porastały zieloną trawę. Krzewy owocowały setkami przeróżnych jagód, a drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Emi westchnęła z zachwytu. – Jak tu pięknie! – odezwała się zauroczona. – I pewnie równie niebezpiecznie – zdusił jej entuzjazm brat. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i postąpiła kilka kroków do przodu. Jay warknął. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, a w tym samym momencie, z bujnej trawy wyłoniły się jakieś stworzenia. Chowały się tam, zupełnie niewidoczne dla ich oczu. Bestie były olbrzymie, włochate, o nieco krowich pyskach. To nie były jednak zwierzęta, o czym świadczyły zgrabnie przycięte kawałki ubrań i pozaplatane na długiej sierści warkoczyki. Mieli też broń i teraz, w ich kierunku zwracały się złowrogo długie włócznie. – Jak śmiecie bezcześcić naszą ziemię? – odezwał się gromkim głosem, w zrozumiałych dla nich języku, jeden z nich. Wyglądał na starszego, ponieważ jego zwierzęca twarz była przyprószona siwizną. Skórzana toga, którą miał na sobie, przywodziła na myśl rzeźnicki fartuch. W dłoniach, zamiast drzewca włóczni, trzymał gruby, naznaczony sękami, kij. Emi poczuła, jak wszystkie mięśnie ciągle trzymającego ją Jaya, napinają się do walki. Do przodu wystąpił jednak Andre. – Nazywam się Andre Lucas Morrington, wraz z siostrą i dwójką przyjaciół przechodziliśmy przez portale i trafiliśmy tutaj przypadkiem – wyjaśnił pewnym głosem. Tamten lekko zmrużył zamglone oczy. Po chwili, jakby namysłu skinął głową. – Jeżeli nie macie nic na sumieniu, przejdźcie granicę kręgu – odezwał się stanowczo, wskazując porośnięty barwnymi kwiatami i niewielkimi, kolorowymi grzybkami obszar, w którego centrum stali. – Pojedynczo. Inaczej magia was zabije. Andre wzruszył ramionami, powtarzając wcześniejszy gest swojej siostry, a potem ruszył w kierunku postaci, które rozstąpiły się, robiąc mu przejście. Kiedy stanął między nimi, owłosione bestie opuściły broń. – Witaj w naszej krainie, Andre Lucasie Morringtonie, teraz jesteś naszym gościem, nie wrogiem – odezwał się jeden z wojowników. – Idź Jay – szepnęła cicho Emi, wiedząc, że i tak nie mają dużego wyboru, a nie wyczuwała wrogości od tych stworzeń, co dziwniejsze nawet, zdawała sobie sprawę, że są roślinożerne. Popchnęła go leciutko w kierunku Andre. Warknął na nią, ale posłuchał i po chwili stał już obok jej brata. Damien przewrócił oczami i ruszył w ślad za nim. Minął granicę grzybów, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jakby go nigdy tam nie było. Emi przerażonym wzrokiem spojrzała w smutne, zamglone oczy bestii z drewnianą laską, na zaskoczone oblicze Andre, a potem rzuciła się do miejsca, w którym zniknął Damien, by sama nigdy nie pojawić się po drugiej stronie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien rozejrzał się, a potem zaczął przeklinać. No cóż, tego właśnie przecież mógł się spodziewać. Zdawał sobie sprawę, że powinien o tym wiedzieć. To było w zakresie teorii, którą mu od dziecka wpajano. Gdyby tylko przykładał do niej odrobinę większą wagę… Cholerni szamani i ich magiczne kręgi! Wzdrygnął się na myśl o przypominających krowy na dwóch nogach, owłosionych bestiach. Zabił z zimną krwią niewinną istotę i to go tutaj ściągnęło, samego, z dala od przyjaciół. Stał na twardej, zabarwionej czerwienią skale, a dookoła niego rozciągało się zamglone pustkowie. Ani jedna roślina nie przebijała się przez twardy grunt. Nie żyło tu żadne zwierzę, a on sam, również pojawił się w tym miejscu, by go zabiło. Nagle, pojawiając się znikąd, upadł przy nim jakiś kształt. – Co do cholery?! – zapytał ni to siebie, ni to dziwnego pustkowia, a potem rozpoznał Emi. Natychmiast przypadł do dziewczyny, pomagając jej wstać. – Co ty tu robisz? – szepnął niedowierzająco. Dziewczyna pozbierała się z ziemi i rozejrzała dookoła, ignorując jego pytanie. – Gdzie my jesteśmy? – zadała swoje własne. – Pojęcia nie mam – przyznał niechętnie, z nienawiścią patrząc na czerwone, płaskie skały i niemal w tej samej barwie niebo. – Dlaczego nas rozdzielili? – spytała ponownie. Damien przecząco pokręcił głową. – To nie oni, to magia ich krainy – westchnął. Potem spojrzał na nią z zainteresowaniem. – Ja wiem czemu tu jestem, ale dlaczego ty się ze mną w tym miejscu znalazłaś? Żeby krąg cię nie przepuścił, trzeba kogoś z zimną krwią zabić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jednym, szybkim ruchem, Jay rzucił się ku miejscu, w którym zniknęła Emi. Zdezorientowany uchwycił tylko powietrze. Andre, z pobladłą twarzą wpatrywał się w przestrzeń. Nieświadomie sprawił, że na jego wyciągniętych dłoniach pojawiły się płomienie. – Co zrobiliście z moją siostrą? – spytał oskarżycielsko odzianego w skórę szamana. – My nic – odpowiedział mu smutnym głosem olbrzymich rozmiarów stwór – to magiczny krąg – wskazał na otaczające trawę grzyby – przepuszcza tylko istoty niewinne, które nie mają na sumieniu cudzej śmierci. – Emi nie skrzywdziłaby nawet muchy! – oznajmił Andre wściekłym głosem. – Gdzie ona jest?! – W miejscu, z którego nikt jeszcze nie wrócił, żeby móc o nim opowiedzieć – odparł ze szczerym żalem i współczuciem tamten. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Włóczyli się już od kilku godzin po skalistym, zabarwionym na czerwono, pustkowiu. Nie znaleźli nic, ani śladu czegokolwiek, dzięki czemu mogliby się z tego miejsca wydostać. Kiedy zaszło krwiste, niesamowite słońce, a niebo pociemniało, przybierając jeszcze groźniejszą barwę, powietrze ogarnął nieprzyjemny chłód. – Co robimy? – zapytała zrezygnowana Emi. – Nie mam pojęcia – przyznał szczerze Damien, rozważając czy powiedzieć dziewczynie, co w tym momencie bardziej go dręczy od faktu, że znaleźli się w jakiejś dziwnej, magicznej pułapce. Ostatecznie jednak zrezygnował. – Może odpoczniemy przez chwilę? – spytał siląc się na obojętny ton. – Przybiorę swoją drugą postać, to będzie wygodniej i cieplej – westchnął. Emi przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważając propozycję chłopaka, a potem po prostu skinęła głową, zbyt zmęczona, by odpowiadać. Postać Damiena zaczęła się rozmywać i przez krótki moment, w tym samym miejscu znaleźli się jasnowłosy młodzieniec i olbrzymi, biały tygrys. Później drapieżny kot podszedł do dziewczyny, w milczeniu układając się tuż przy jej nogach. Emi usiadła, opierając się plecami o śnieżnobiałą sierść. Zamknęła oczy, by niedługo potem zapaść w nieprzyjemny, przerywany sen.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To nie było normalne. Przecież on jest, on jest! Andre zabrakło nie tylko słów, ale i myśli. Siedział na niskim, drewnianym zydlu, ze stoickim spokojem przyglądając się wściekle warczącemu, chodzącemu w tę i z powrotem, po ciasnej chacie, Jayowi. – Naprawdę aż tak cię to obchodzi? – zapytał z zainteresowaniem. Wściekły wzrok czarnoskrzydłego po raz pierwszy zatrzymał się bezpośrednio na nim. Około godziny wcześniej, szamani z plemienia Quem di Dilligunt, tytułujący siebie „Wybrańcami Bogów”, zirytowani przemieszanym z ognistą furią, paniczny strachem chłopaka lli’andin sprawili, że Jay odzyskał swoją pamięć i zmysły. To jednak było poważnym błędem z ich strony. Rozszalały chłopak, zamiast się uspokoić, odzyskawszy swoje ja, wpadł tylko w jeszcze większą furię, niszcząc wszystko co spotkał na swojej drodze. Żeby go uspokoić, siły musieli połączyć wszyscy szamani, wojownicy i magowie, z tak naprawdę, pokojowo nastawionego plemienia. Teraz siedzieli tu, zamknięci i zapieczętowani magią, w drewnianej chacie, czekając na decyzję starszyzny tych pokrytych sierścią, o twarzach przypominających krowie, istot. – A ciebie nie? – syknął wściekle Jay. – Rozumiem, że możesz nas nienawidzić, ale to przecież twoja siostra! Jak możesz być taki spokojny?! Bursztynowe oczy błyszczały gniewnie. Obydwaj wiedzieli, że do walki między nimi jak dotąd nie doszło tylko z jednego, prostego powodu – Emi. – Wcale nie jestem spokojny – przyznał niemal obojętnie Andre. – Po prostu uważam, że siedząc tutaj, w żaden sposób im nie pomożemy. – Im? – zadrwił Jay, ale nie zdążył nic więcej odpowiedzieć, ponieważ drewniane, niezbyt wysokie drzwi, otworzyły się z wielkim hukiem, wpuszczając do pomieszczenia świeże, pachnące trawą powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien czuł, jak całe jego wnętrze płonie. Wpatrywał się uporczywie we wtuloną w jego śnieżną sierść dziewczynę. Nadal spała. Może to i lepiej… Teraz był pewien, że jeszcze trochę, może kilka godzin, a może nawet cały dzień, ale prędzej czy później zdradziłby swoich przyjaciół, byleby zaspokoić ten upiorny, palący wnętrzności głód. Co za ironia losu. Teraz, jak wielkie nie byłoby jego pragnienie, i tak nie miał pojęcia jak się stąd wydostać by móc je zaspokoić. Emi otworzyła karmelowe oczy. Przeciągnęła się. Ziewnęła. – Hej – przywitała się leciutko uśmiechając. – Mamy jakiś plan? – spytała ufnie. Odsunęła się od Damiena, a chłopak na powrót przybrał swoją ludzką postać. Zaniepokojona spojrzała w jego pobladłe oblicze. – Coś się stało? – spytała. – Nic – mruknął odwracając wzrok. – Chodźmy – rzucił pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, by odwrócić uwagę dziewczyny. Wstał z ziemi, a Emi niechętnie podążyła za jego przykładem. Szli przed siebie w milczeniu przez prawie godzinę. Damien czuł jak trawi go gorączka. Ignorował zmartwione, pytające spojrzenia dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że przyznanie się do tego co mu jest, oznaczało klęskę. To by było tak, jakby się poddał. Palące, czerwone promienie słońca, zaczęły rozmazywać się przed jego oczami. Zamiast twardych skał, zaczął widzieć jedynie zamglone światło. To co czuł, było nie do wytrzymania. Wiedział, że zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko zaspokoić ten okropny, rozrywający go na strzępy od środka, głód. Musiał iść, po prostu iść przed siebie. W końcu nie wytrzymał. Potknął się o jeden z leżących na szkarłatnym piasku, luźny odłamek skały. Przewrócił się i już nie miał siły wstać. Zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, walcząc z samym sobą, by z bezsilności, nie zrobić krzywdy, towarzyszącej mu Emi. Rozdział XXVII Jaskinia zalana była złowieszczym, zielonkawym światłem, a do tego te oczy… Były wszędzie. Płonęły w mroku obłędnym szkarłatem. Damien zaczął zastanawiać się czy umarł i znalazł się w otchłani. Ale nie, coś było nie tak. Pragnienie i ból sprawiały, że nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak właściwie się w tym miejscu znalazł. – Zjedzzzzmy go, na pewno będzie sssssmaczny – usłyszał chłodny, syczący głos. – Ani się waż! – warknął na niego młodszy, niemal dziecięcy głosik. – To ja ich znalazłem i są moi! – Taak? – zadrwił jeszcze inny. – A co z nimi zrobisz? Teraz dopiero w bladym, zielonym świetle, Damien zauważył leżące na skałach, zbielałe kości. Zmrużył oczy, z nadzieją, że zobaczy należące do tajemniczych głosów postacie, w dalszym ciągu widział jednak tylko płonący szkarłat. Nigdzie, w zasięgu wzroku, nie było również Emi. – Ona ładnie pachnie – przyznał ten brzmiący najmłodziej, jakby nieco zawstydzony. – Dosssssskonale, niech więcccc tutajjjj zosssssstanie. A jjjjjego mmmożemy zjjjjeść – odpowiedział syczący, stanowczo, jakby właśnie rozwiązał cały problem. – Kiedy ona nie chce – mruknął niechętnie jego rozmówca. Dwaj pozostali warknęli na niego nieprzyjaźnie, ale w tym momencie do nozdrzy Damiena dotarł kuszący, przyjemny zapach. Więc jednak tu była, pomyślał z uczuciem ulgi. W takim razie Jay go nie zabije, przyszło mu bez składnie do głowy, a potem ponownie stracił przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi przykucnęła przy leżącym bezwładnie, na dnie groty, chłopaku. Palcami przeczesała jego jasne włosy. Łagodnie dotknęła czoła by stwierdzić, że ma gorączkę. – Co się stało twojemu towarzyszowi? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem olbrzymi, włochaty pająk, podchodząc odrobinę bliżej. Dziewczyna westchnęła. Jakby bezwiednie zmierzwiła czarne, matowe i rozkudłane futro, porastające osadzony na ośmiu, długich nogach korpus. – Sądzę, że to substancje, które zażywał tak z nim robią – wyjaśniła smutno. – Teraz, kiedy mu ich brakuje, jego organizm domaga się więcej. Pająk spojrzał na nią zagadkowo. – Po tym jak wpuściłem mu swój jad, nie powinien niczego czuć – stwierdził. – A jednak on nawet się budzi. Co z nim nie tak? – Nnnnawet nnnie nnnadaje ssssssię do jjjjedzenia – syknął z mroku jaskini obrażony głos. – Mmmmoże, gddddyby udało ssssię oczyśccccić mu krew… – rozmarzył się na moment. Emi gwałtownie wstała. Spojrzała w ciemność. Jej karmelowe oczy spotkały się z wielkimi, błyszczącymi, szafirowymi ślepiami. – Mógłbyś to zrobić? – zapytała z nadzieją. – Nnnnie! – warknął stanowczo głos. – Wwwwasza mmmowa mnie mm męczy – syknął. – Mammmm dddość! Odwrócił się, a dziewczyna w nikłym, zielonym blasku, ujrzała długi, pokryty łuskami ogon. Potem na kamiennej posadzce zadudniły głuche kroki, wielkich łap. Emi nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim. Dogoniła go dopiero, po trzech zakrętach, wysokiego korytarza, z którego ściany porastał fosforyzujący, wydzielający zielone światło mech. – Zaczekaj, proszę! – spróbowała dotknąć olbrzymiego ogona, ale on zniknął w ciemnościach. Pobiegła znowu. Po chwili, za kolejnym zakrętem, oślepiło ja zbyt jasne, zabarwione czerwienią światło. Wybiegła na zawieszoną kilkaset metrów nad rozpadliną, skalną półkę. Nie spodziewając się tego i nie widząc krawędzi, zbyt późno zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. Nie zdążyła wyhamować. Strach ścisnął jej gardło. Zamknęła oczy, szykując się na niosący śmierć upadek. Poczuła na nadgarstku silny uścisk, a potem ktoś wciągnął ją z powrotem. Uniosła powieki, by spojrzeć prosto w rozgniewane, szafirowe oczy. Trzymająca ją dłoń boleśnie zaciskała się na jej ręce. – Powiedziałem nie! – warknął wściekle wysoki, ciemnowłosy chłopak. – Proszę… – szepnęła błagalnie Emi, próbując zignorować ból. Wreszcie ją puścił. Z brutalną siłą odepchnął w głąb jaskini. – Tutaj nie trafia się przypadkiem – syknął. – Nie znaleźliście się w tym miejscu bez przyczyny, więc nie widzę powodu, żeby wam pomagać – oznajmił drwiącym tonem. – Więc dlaczego ty tu jesteś? – spytała ponownie podchodząc do niego. – Hikaru, proszę… Roześmiał się. Tym razem już nie większe od jej własnych, szafirowe oczy zalśniły. Błysnęły w nich psotne iskierki. – Zbyt wiele tego, żebym miał wymieniać – oznajmił z zadowoleniem. – Poza tym to nie ja jestem tutaj uwięziony, tylko wy jesteście. Emi spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc. Spędzili niemal dwa dni bezładnie włócząc się po skalistej, pustej krainie. Nie było tu kompletnie niczego. Dopiero potem odnalazły ich pająki. Dziewczyna była przekonana, że gdyby nie doświadczenie z jej przyjacielem, Okazu, już dawno by nie żyła. Poza tym te stworzenia były zupełnie inne. Potrafiły rozmawiać, znały ludzki język. To nie były tylko zwierzęta. Poznała też mieszkającego z nimi Hikaru. Musiała przyznać, że olbrzymi, pokryty czarną, pochłaniającą światło łuską, smok, wywarł na niej piorunujące wrażenie. Z pewnością jednak diametralnie inne od tego, jakiego się spodziewał. – Chcesz powiedzieć, że wiesz jak stąd wyjść? – upewniła się wpatrując się w niego intensywnie. – Oczywiście, że tak – uśmiechnął się przekornie chłopak. – Pomóż mojemu przyjacielowi – poprosiła, ponownie zmieniając temat. Chłopak odwrócił się do niej plecami i usiadł na samym brzegu skalnej półki, spuszczając nogi, tak, że obute w wysokie, skórzane buty stopy, zwisały beztrosko nad przepaścią. – Niby dlaczego bym miał? – zapytał nie patrząc na nią. – A dlaczego nie? – spytała, stając tuż za jego plecami. Starała się mówić spokojnie, ale Hikaru irytował ją coraz bardziej. Nie potrafiła rozgryźć jego motywów, więc nie miała pojęcia, jak mogłaby go przekonać. Wiedziała tylko jedno, nie poradzą sobie bez jego pomocy. – Nudzę się – oznajmił rozbrajająco. – Jeżeli stąd odejdziecie, na pewno nie zrobi się ciekawiej. A w ten sposób twój przyjaciel umrze, a ty zostaniesz ze mną. – Zostanę z tobą – powzięła decyzję Emi – zrobię, co będziesz chciał, tylko najpierw nam pomóż. Hikaru się odwrócił. Jego szafirowe oczy rozbłysły. Dziewczyna słyszała o jego gatunku przeróżne opowieści. Fakty zgadzały się lub nie, jedno jednak pozostawało niezmienne. Umowa ze smokiem nigdy nie wróżyła niczego dobrego. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył oczy. Wpatrywały się w niego czerwone ślepia, należące do… Chłopak gwałtownie usiadł, co przypłacił zawrotem głowy. Całym sobą nienawidził pająków, a to co nad nim stało, było olbrzymie! Monstrualne! Stworzenie fuknęło, szczerząc swoje ostre, jadowe kły. Mimo palącego go wewnątrz głodu, Illi’andin zaczął zbierać w sobie całą dostępną mu jeszcze magię. – Fukkura, przestań straszyć mojego przyjaciela – Damien usłyszał ganiący głos Emi. Pająk posłusznie, jakby odrobinę zawstydzony, wycofał się, żeby przepuścić dziewczynę. Emi przykucnęła, odgarniając mu z czoła jasne włosy, ale on kompletnie nie zwracał już na nią uwagi. Wpatrywał się niedowierzająco, w to co było za nią. Wiedział, że to nie możliwe i musi mieć spowodowane głodem narkotykowym halucynacje. Za plecami dziewczyny stał z założonymi rękoma i ze znudzonym wyrazem twarzy, najprawdziwszy w świecie smok. Mimo, że przybrał ludzką postać, szafirowe, długowieczne oczy mówiły same za siebie. Damien nie wiedział czy śmiać się czy płakać, a był już taki pewien, że nie może przydarzyć się im nic gorszego… Ciemnowłosy chłopak podszedł do niego bliżej. Ubrany był praktycznie, w skórzany, myśliwski strój. Włosy, dla wygody, ścięte miał niemal przy samej skórze. Był wysoki i szczupły, a cerę miał porcelanowo wręcz bladą, prawie tak jak Emi. Damien mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądał w swojej prawdziwej postaci. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Ukucnął przy Emi. Położył dłoń, na jej, dotykającej Damiena dłoni. – To cię będzie drogo kosztować – mruknął z satysfakcją, a potem Damien nie usłyszał już niczego więcej, ponieważ ponownie odpłynął w ciemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ból, który czuł, był nieporównywalny z niczym innym. Całe jego ciało, każda nawet najdrobniejsza komórka, paliły. Przestał oddychać, przestał mieć możliwość oddychania. Gdyby nie ten piekielny, płomienny ból, byłby pewien, że umarł. Świat przestał istnieć, a potem w jednym momencie wszystko wróciło. Puls, oddech, własne ciało. Damien był pewny, że ktoś go ukarał, każąc mu dalej żyć. – Coś ty mu do cholery zrobił?! – wrzasnęła histerycznie, pełnym pretensji głosem Emi. Hikaru roześmiał się podłym śmiechem. – To czego sobie życzyłaś – odpowiedział rozbawiony. – Teraz jest czysty, zupełnie jakby nigdy niczego nie zażywał. Na chwilę zabrałem mu krew i wymieniłem na nową – sprostował. Karmelowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia i zgrozy. – Przecież to powinno go zabić – westchnęła. – Istniała taka możliwość – przyznał lekkim tonem. – Przecież nie twierdziłem, że potrafię to zrobić, tylko, że może mi się udać. – Ty draniu! – warknęła na niego Emi, rzucając się na chłopaka z pięściami. Brutalnie chwycił jej ręce, łapiąc je w nadgarstkach i unieruchamiając. Znowu się śmiał. – Udało się, więc o co ci chodzi? – zapytał odrobinę poważniejąc. Syknęła, próbując się wyrwać z jego uścisku. – Jesteś coraz zabawniejsza – zamruczał. Powietrze między nimi przecięła błękitna błyskawica. Zaskoczony Hikaru odskoczył od dziewczyny. Szafirowe oczy zapłonęły gniewem, kiedy zorientował się skąd przyszedł ten nagły atak. Jednym susem przyskoczył do chwiejnie wstającego z podłogi Damiena. – Nie, Hikaru! Obiecałeś! – zaprotestowała Emi. Chłopak cofnął się. Zasyczał. – Jeżeli jeszcze raz się wtrąci, to przyrzekam, że go zabiję – warknął do dziewczyny, a potem nie odwracając się za siebie, opuścił grotę. Rozdział XXVIII Andre już od pierwszej minuty nienawidził tego lasu. Teraz, kiedy musiał czołgać się na brzuchu, pod nisko zwisającymi gałęziami młodych świerków, nie cierpiał go jeszcze bardziej. Czuł się jak w koszmarze. Do tego nie mógł znieść towarzystwa tego przeklętego Illi’andin. Ba! Nie tolerowałby go nawet, gdyby tamten był człowiekiem, bo w zupełności wystarczyłby sam fakt, że jest chłopakiem jego młodszej siostry, z czym Andre naprawdę nie potrafił się pogodzić. No i jeszcze pozostawała kwestia Damiena… Nieprzyjemne uczucie zazdrości pojawiło się w myślach chłopaka, uczucie, które ze wszystkich sił próbował w sobie zgasić. Leżący obok, na ściółce leśnej Jay, klepnął go w ramię, nakazując milczenie. Dopiero po chwili Andre usłyszał ciche kroki wprawnych łowców. Uciekli przy pomocy wywołanego magią żywiołów zamieszania, ale najwyraźniej po rozróbie, którą urządził im Illi’andin, plemię istot o krowich pyskach nie zamierzało odpuścić. Mimo, że patrzyli na siebie nawzajem z wrogością i nienawiścią, byli sprzymierzeńcami, łączył ich jeden, wspólny cel – odnaleźć Emi i Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ W jaskini było chłodno, a zielonkawa poświata mchu, zaczynała przyprawiać o mdłości. Dziewczyna była bardzo blada i marzyła teraz tylko o tym, żeby znów zobaczyć księżyc i słońce. Zniechęcona usiadła na przygotowanym dla niej przez Fukkurę, miękkim sienniku. Damien wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał przejrzeć dziewczynę na wylot. – Umowa Emi, jaką zawarłaś z nim umowę? – To bez znaczenia – odpowiedziała cicho, uciekając przed jego wzrokiem. – To ma znaczenie! Piekielnie duże znaczenie! – warknął na nią. – On jest pieprzonym smokiem, a ty stałaś się jego zabawką! Brązowe, lekko rozczochrane włosy zakrywały teraz Emi niemal całą twarz. Obdarzyła przyjaciela bladym uśmiechem. – Gdyby nam nie pomógł, to byś tu umarł – stwierdziła stanowczo. – Nie miałam wyboru. – I tak jestem już martwy – powiedział ze złością. – Jay mnie zabije, kiedy się o tym dowie! W końcu przestał chodzić w kółko i usiadł obok niej na ułożonym z miękkiego, suchego mchu, sienniku. Emi przytuliła się do niego, oplatając się jego ramieniem. – On nam pomoże się stąd wydostać – mruknęła cicho. – Obiecał. – Och, w to nie wątpię… Tylko za jaką cenę… – westchnął zbolałym głosem Damien. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czujny, niespokojny sen, przyniósł Jayowi niewiele odpoczynku. Tak bardzo tęsknił za Emi! Nie mógł znieść myśli, że coś mogło jej się stać. Do tego ten sen… Chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Jego Emi, jego roztrzepana kotka, w objęciach kogoś zupełnie innego. Stała, opierając się plecami, o szczupłego, wysokiego chłopaka o szafirowych oczach, a on oplatał ją swoimi ramionami. Ta wizja była dla Jaya zwyczajnie nie do zniesienia. Jednak w jego śnie było coś jeszcze. Jakby wiadomość. Srebrna, ulotna poświata i szmaragdowe jezioro. Chłopak usiadł, otrząsając się z resztek nieprzyjemnego snu. Andre, który pełnił ostatnią wartę, obdarzył go niechętnym spojrzeniem. Jay spochmurniał jeszcze bardziej. – Śniła mi się Emi – mruknął zdawkowo. Andre zamrugał. Teraz jego spojrzenie było naprawdę zaniepokojone. – Mi też – przyznał. – Była tam moja siostra i jakiś nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że chcą, żebyśmy odnaleźli jezioro. Jay z trudem powstrzymał warknięcie. Więc jednak jego wizja była realna, a koszmar stawał się rzeczywistością. To jednak w tej chwili nie miało znaczenia. Najpierw musiał ją odnaleźć i upewnić się, że jest bezpieczna. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała, ufnie oparta plecami o Hikaru. Teraz odsunęła się od niego, wpatrując się w intensywnie szafirowe oczy chłopaka. Damien nie miał racji. Może i Hikaru był smokiem, ale na pewno nie zamierzał jej oszukać. Nie znała jego pobudek, jednak jak do tej pory, zrobił znacznie więcej niż jej obiecał. Mimo, że bardzo irytowało ją zachowanie chłopaka, powoli zaczynała mu ufać. – Myślisz, że zadziałało? – spytała z nadzieją. Skinął głową, z lekko rozbawionym wyrazem twarzy. – O tak, możesz być tego pewna. – Więc zabierzesz nas do nich? Ponownie przytaknął. – Jeżeli tylko twoim przyjaciołom uda się dotrzeć do jeziora, to i my tam będziemy – oznajmił z kąśliwym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust. – Później zastanowimy się, co zrobić z wami dalej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ten lot był niesamowity! Zupełnie inny niż w objęciach Jaya. Szczelnie otulona skórzaną, myśliwską kurtką Emi, siedziała na pokrytym czarnymi łuskami grzbiecie. Tuż za nią, z pobladłą, niemal zieloną twarzą, znajdował się Damien. Chłopak kurczowo obejmował ją w pasie i widać było po nim, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Rozmiary Hikaru, pod postacią smoka były ogromne, a do tego był wspaniały, dostojny i piękny. Czarne, lśniące łuski, masa wyrobionych mięśni i olbrzymi, pełen niebezpiecznych zębów pysk. Zarówno Emi, jaki Damien zdawali sobie sprawę, że smok byłby w stanie zabić ich jednym machnięciem ogromnego ogona, kiedy jednak ujrzeli go na tle czerwonego nieba, żadne z nich nie mogło oderwać od jego postaci wzroku. Szafirowe oczy hipnotyzowały, porywając w swoją kuszącą głębię. Dziewczyna widziała jego sylwetkę już wcześniej, ale w mętnym, wydzielanym przez mech, zielonym świetle, nie była aż tak imponująca jak na zewnątrz. Teraz, swojego zachwytu, nie potrafiłaby opisać zwykłymi słowami. Ten lot, to, że ich ze sobą zabrał, zdaniem Emi było po prostu cudowne. Pragnęła rozkoszować się każdą, wspaniałą chwilą. Po prawie trzech godzinach, wreszcie dotarli do celu, a był nim niewielki, czarny punkt, unoszący się wysoko pod czerwonym niebem – jedyne wyjście z tej pustynnej krainy. Dziewczyna zadrżała, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gdyby nie pomoc pająków i Hikaru, prawdopodobnie nigdy by stamtąd nie wyszli. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Szmaragdowe jezioro, na którego brzegu się znaleźli, było naprawdę piękne. Woda w nim była tak przejrzysta, że bez trudu można było ujrzeć piaszczyste dno. Jaya jednak nie interesował wspaniały widok, ani ten, ani żaden inny. Właściwie niewiele go teraz interesowało. Stał, z całej siły zaciskając pięści i z trudem panując nad własnym gniewem. Mimo, że zarówno on jak i Andre, w jakiś tajemniczy sposób, podświadomie wiedzieli, którędy iść, to trafienie nad jezioro, wcale nie okazało się rzeczą łatwą. Co chwila musieli wymijać stworzone przez istoty z krowimi pyskami patrole, które zostały wysłane zapewne po to, by w ich poszukiwaniu przeczesać las. W końcu jednak dotarli. Byli tutaj, a teraz… nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Czarnoskrzydły z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w dziejącą się nad jeziorem, sielankową scenę. Emi, w czymś białym, co pod wpływem wody zrobiło się niemal przezroczyste, z piskiem uciekała przed ochlapującym ją wodą, wysokim chłopakiem. Tym samym, którego widział w swoim śnie. Rozciągnięty na trawie Damien przyglądał im się z nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Lekko zdyszany Andre, któremu wreszcie udało się dogonić gnającego niczym wicher Jaya, wypadł na polanę. On również przystanął nieco zaskoczony, ale już po chwili otrząsnął się i zaczął wołać imię swojej siostry. Rozchichotana dziewczyna podniosła głowę, a kiedy ich tylko zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w ich stronę, brodząc po kostki w szmaragdowej wodzie. Wpadła z impetem w wyciągnięte ramiona brata, a Andre przytulił ją do siebie opiekuńczo. – Nic ci nie jest? – zapytał jej na wszelki wypadek. Emi przecząco pokręciła głową, wyplatając się z jego uścisku. Teraz stanęła naprzeciwko Jaya, który w tym momencie nie był zdolny zrobić ani jednego kroku. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć, ale wtedy za jej plecami pojawił się Damien, wraz z nieznajomym. Chłopak stanął tuż za nią, a wtedy Jay instynktownie się cofnął. Emi opuściła dłoń. Miała zmartwiony wyraz twarzy. – To Hikaru – przedstawiła swojego towarzysza, nie dodając niczego więcej. – Poznaj mojego brata Andre i przyjaciela Jaya. Chłopak skinął im na powitanie głową, jakby pozostając w bezpiecznej odległości, wciąż za plecami Emi. Słowo „przyjaciel” zabolało Jaya do żywego. Było jak zimny prysznic. Do tej pory był przekonany, że są kimś więcej niż przyjaciółmi, kimś znacznie więcej. Wściekłość i zazdrość mieszały się w jego umyśle w jedno, próbując wydostać się rwącą, niebezpieczną rzeką. Chciał coś powiedzieć, ale zobaczył panikę w oczach Damiena. Zbyt długo i zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, żeby zignorować tak wyraźny sygnał, więc z trudem się powstrzymał, zmuszając do milczenia. – Czy to już wszyscy? – zapytał Hikaru, jakby się upewniając. – Tak – odpowiedziała mu spokojnie Emi. – Doskonale – mruknął w odpowiedzi, a jego przystojną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek. – W takim razie wynośmy się stąd. Potem cała ziemia zawirowała, uciekając Jayowi spod stóp. Uderzył go silny pęd powietrza. Zaniepokojony rzucił się w kierunku Emi, ale dziewczyny już tam nie było. Właściwie, to nie było tutaj niczego. Miejsce, w którym się znalazł, unosiło się, w zabarwionej fioletowymi cieniami, pustce. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Unosili się w powietrzu, a jednocześnie stali na twardym gruncie. Hikaru usiadł po turecku, w zabarwionym fioletowymi cieniami powietrzu. Emi spojrzała po zaniepokojonych twarzach przyjaciół, a potem wzruszyła ramionami i śladem chłopaka usiadła, podkulając pod siebie nogi i oplatając je ramionami. Nie miała pojęcia co to za miejsce, ale była pewna jednego – jest tutaj bezpiecznie, inaczej Hikaru by go przecież nie wybrał. Niepokoiła się tylko o to, co stało się z Jayem, ale cieszyło ją, że najwyraźniej był już sobą, szkoda tylko, że z jakiejś przyczyny bardzo niezadowolonym sobą. Damien niechętnie dołączył do nich, a ślad za nim podążyli nieco zdezorientowani Andre i Jay, z czego ten pierwszy, bez ustanku wodził zaniepokojonym spojrzeniem karmelowych oczu za Damienem. – Gdzie my jesteśmy? – zapytał chłodno brat Emi. – W miejscu poza czasem – wzruszył ramionami najwyraźniej świetnie się bawiący Hikaru. – Czemu tu jesteśmy? – drążył dalej ostrym głosem Andre. – Ponieważ nas tu przeniosłem – uśmiechnął się leniwie smok. – Dlaczego… – zaczął znowu czarodziej, a jego karmelowe oczy błyszczały z irytacji i niepokoju. – Przestańcie! – przerwała im Emi. – Jesteśmy tutaj, ponieważ Hikaru chce nam pomóc. Przedstawiłam mu naszą sytuację. – Niby dlaczego miałby chcieć nam pomagać? – zainteresował się Jay, starannie omijając Emi wzrokiem. Coś było nie tak, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu, ani co z tym zrobić. Błagalnie spojrzała na Jaya, który zupełnie ją zignorował. – Bo mu się nudziło – wtrącił się do rozmowy ponurym głosem Damien. – Co się w ogóle z wami działo? Gdzie byliście? Po waszym zniknięciu Jay rozpętał prawdziwe piekło i do tej pory nas ścigają ci krowio-ludzie – zaznaczył pełnym pretensji tonem Andre. – Bardzo też chciałbym się dowiedzieć, kogo zabiła z zimną krwią moja siostra, żeby się tam znaleźć, o ile to co słyszeliśmy było prawdą – mruknął pełnym nagany głosem starszego brata. Emi skuliła się jeszcze bardziej, a brązowe, lekko rozczochrane i przybrudzone włosy, zasłoniły jej niemal całą twarz. Wpatrywała się teraz w tańczące w pustce, fioletowe cienie. – Wolałabym o tym nie mówić – szepnęła błagalnie. Hikaru przyglądał im się z zainteresowaniem. Jego spojrzenie leniwie wodziło po ich twarzach, w kącikach ust chłopaka pojawił się ironiczny, drwiący uśmiech. – Obserwowanie was było ciekawe… z początku… ale teraz robicie się już nudni – stwierdził rozbawiony – dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam kilka spraw. Magia nie jest doskonała – zaczął, wyciągając przed siebie nogi i podpierając się rękami o nieistniejące podłoże. – Czasami traktuje rzeczy zbyt dosłownie i nawet takie spłoszone, pełne dobrych intencji coś, jak twoja siostra obrywa – zwrócił się do Andre. – Hej! – zaprotestowała Emi. Chłopak roześmiał się, a ona doskonale wiedziała, jak bardzo polubił ją irytować. – No co? Czyżbym nie miał racji? – zwrócił się do niej w dalszym ciągu rozbawiony. – Nie zabiłaś w dobrej intencji? Szkarłatna planeta to miejsce zesłania dla wszelkiej maści przestępców i czarnych charakterów, nie znalazłaś się tam bez powodu. – Więc czemu magia mnie również tam nie zabrała? – warknął Jay, jakby stając w obronie dziewczyny. – Poluję niemal od zawsze, zabijam, a to ona, z powodu zabicia głupiej sarny, się tam znalazła! Dlaczego nie ja?!  Hikaru przewrócił oczami, spojrzał na Jaya jakby był małym dzieckiem, a raczej, konkretniej rzecz ujmując, kłopotliwym, przygłupim smarkaczem. – To proste. Jesteś Illi’andin. Polujesz, żeby przeżyć. Nie robisz tego dla zabawy. Nigdy, nikogo, ani niczego nie zabiłeś bez powodu, z zimną krwią – wyjaśnił cierpliwie. – Ona musiała to zrobić. – Miała powód – oznajmił ostro czarnoskrzydły. – Uratowała setki niewinnych dusz, poświęcając za nie jedno życie! Coraz bardziej zainteresowani Andre i Damien spojrzeli na niego zaskoczeni, przenosząc swoje spojrzenia na bladą twarz Emi. – Nikt nie powiedział, że magia będzie sprawiedliwa – stwierdził pojednawczym głosem Hikaru. – Co do niego natomiast – wskazał podbródkiem w kierunku Damiena – to zwykły morderca i gdyby Emi mnie tak ślicznie nie prosiła – uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem do dziewczyny – w życiu bym mu nie pomógł. W każdym razie – kontynuował ignorując to, że zarówno spojrzenie Emi, jak i Jaya, pytająco zwróciło się w kierunku Damiena i tylko Andre, z całej siły, starał się odwrócić wzrok – nie jesteśmy tu po to, żeby opowiadać sobie mrożące krew w żyłach historie. Obiecałem, że wam pomogę i zamierzam dotrzymać słowa. Nie będzie to jednak zabawa w ucieczkę i ukrywanie się przed światem po wszeczasy – stwierdził szczerząc zęby w uśmiechu. – Mam pewien plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zerwał się z miejsca. Plan nieznajomego był czystym wariactwem i pod żadnym pozorem nie mógł być brany pod uwagę! Ani teraz, ani nigdy. – To niedorzeczne! – oznajmił rozgniewany. – Tracimy czas – dodał ostro. – Usiądź – mruknął uspakajająco Damien. – Właściwie, moim zdaniem to mogłoby się udać. Mimo, że sam pomysł jest dość szalony, to zawiera w sobie nieco logiki. – Logiki? – burknął Andre. – Niby gdzie?! On proponuje frontalny atak i podporządkowanie sobie całej szkoły! – wykrzyknął. – Widzisz jakiś inny sposób, na to, żebyśmy mogli tam wrócić? – spytał ponuro Damien. – Bo ja nie. Zresztą mamy pewną przewagę i asa w rękawie – uśmiechnął się gorzko. – Róbcie co chcecie, ja zabieram moją siostrę i wracam do szkoły – zagroził chłopak. – Nie pozwolę ci na to – odezwał się chłodnym głosem, milczący do tej pory Jay. – Zabiją ją, jeżeli się tam pojawi. Damien poruszył się. Spojrzał prosto w karmelowe oczy Andre. – Nie zastanowiło cię, dlaczego jeszcze nie jestem na głodzie narkotykowym? – spytał prosto z mostu. Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, jakby do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Damien uśmiechnął się ponuro. – Hikaru znalazł sposób, żeby oczyścić moją krew – wyjaśnił. – Jeżeli zgodzi się pomóc arystokratom, będziemy mieli ośmiu silnych sprzymierzeńców. Nie wydaje mi się też, żeby innym podobał się obecny stan rzeczy. Jestem pewien, że z przyjemnością się zbuntują. – A co z czarodziejami? – spytał nieco mniej pewnie brat Emi. – W tym już będzie twoja rola – uśmiechnął się odrobinę mniej ponuro Damien. – Hikaru – zwrócił się do rozpartego wygodnie, w pełnej fioletowych cieni pustce, smoka – pokaż mu, co ich przekona. Rozdział XXIX Jeffrey niespokojnym krokiem chodził po bogato zdobionym pokoju. Jego nienaganne zwykle ubranie było teraz wygniecione i nieco brudne, a jasne pukle włosów, zamiast układać się w drobne loki, sterczały na wszystkie strony. To przez tego cholernego głupca teraz cierpiał. Konsekwencje ucieczki Damiena Hayazaki ponosili oni wszyscy. Gdyby tylko potrafił udzielić odpowiedzi na zadawane mu pytania… Zrobiłby to bez najmniejszego wahania! Ale jak miał zdradzić coś, czego zwyczajnie nie wiedział?! Nagle odwrócił się w stronę wielkiego, zajmującego niemal całą ścianę okna. Katem oka dostrzegł prześlizgujący się za grubą zasłoną cień. Wstrzymując powietrze, zaczął zbierać w sobie magię. Wystarczyłoby jedno jego słowo… Nie zdążył. Coś gwałtownie spadło na niego, przewracając go na ziemię i przygniatając jego twarz do grubego, jasnego dywanu. Potem ucisk zelżał, jakby napastnik nagle gwałtownie stracił na wadze. Jeffrey z trudem odwrócił głowę. Zamrugał niedowierzająco. – Damien? – zapytał zaskoczony. – Teraz będziesz milczał i posłuchasz co mam do powiedzenia – wyjaśnił siedzący na nim chłopak, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Potem jego błękitne oczy rozbłysły. – Jeżeli jednak w międzyczasie odezwiesz się chociaż słowem… – zamruczał, z premedytacją pokazując Jeffreyowi niedwuznaczny gest. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było czyste szaleństwo, a oni to doskonale rozumieli. Rozumieli i… godzili się na to! Tylko właściwie jaki mieli wybór? Lepsza była wieczna niewola czy śmierć? Plan, który przedstawił im Damien Hayazaki dawał to, czego w życiu potrzebowali najbardziej – nadzieję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać współpracowanie z ludźmi. Zresztą magowie wcale nie byli w lepszej sytuacji. Ich siostry, przyjaciółki, dziewczyny, wszystkie one były zagrożone poprzez nieprzemyślane działanie sojuszu. Zmuszanie młodych czarodziejek do zaplanowanych przez rodziny małżeństw z chłopcami Ili’andin było wystarczającym powodem do buntu. Było cienką nicią, która mogła zmusić ich do współpracy. Teraz, na skraju lasu, na polanie nad jeziorem, pojawili się wszyscy, bez wyjątku. Stała tu cała ósemka, uczęszczających do szkoły w czarnej wieży, arystokratów Illi’andin. Z nienawiścią i rezygnacją obserwowali stojącego w blasku trzech księżyców Damiena, ale w ich spojrzeniach było jednocześnie coś innego. Na wymęczonych tygodniami podawania serum prawdy i różnych innych narkotyków twarzach, malowała się nadzieja. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wykończony Hikaru opadł na trawę. Nie chciał, żeby którekolwiek z nich wiedziało, jak wiele własnej siły kosztowało go oczyszczenie krwi arystokratów. Czuł się wśród nich dziwnie nie na miejscu i to co miało być rozrywką, zmieniało się w niechętny przymus. W powietrzu zaczął się unosić przyjemny, lekki zapach. Nawet nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto znalazł się w pobliżu. – Ilu z nich przeżyło? – spytała siadając na trawie. – Pięciu – odpowiedział smok – a to i tak nieźle. Mieli szczęście. Dziewczyna skinęła głową, co bardziej wyczuł niż zobaczył. Wiedział też, że jest smutna, ale zdeterminowana. Poczuł ukłucie dziwnej przykrości, na myśl, że za chwilę zgasi cały jej zapał. – Wracam do domu – oznajmił siadając. Emi spojrzała na niego zdezorientowana. Zamrugała, przez co jej duże, karmelowe oczy stały się jeszcze większe. – Nie możesz! Przecież obiecałeś! – wyjaśniła niczym ufne, małe dziecko. Chłopak zawahał się przez chwilę. – Najpierw zabiorę was tam, dokąd będziecie chcieli – oznajmił niezbyt chętnie. – I nie martw się, skoro to ja rezygnuję, nasza umowa jest nieważna. Dziewczyna gwałtownie zerwała się z trawy. – To ty rozpocząłeś naszą wojnę, ale z tobą, czy bez ciebie – odezwała się gorączkowo – my ją dokończymy! Potem odwróciła się i po prostu uciekła, znikając między drzewami, niczym rusałka. Hikaru z westchnieniem opadł na trawę. To, co kłębiło się w jego wnętrzu, to było coś zupełnie nowego. Innego, niż znał do tej pory. Na dodatek wcale, a wcale mu się to nie podobało. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drogi Pamiętniku, tego dnia rozpętała się wielka bitwa. Magowie walczyli ramię w ramię z Illi’andin. Nie chcieliśmy takiego losu, nikt nie chciał, ale każde z nas rozumiało, że nie mamy innego wyjścia. Naszym założeniem było pokojowe przeprowadzenie do portali wszystkich tych, którzy nie popierali naszych idei. To jednak się nie udało. Nauczyciele z czarnej wieży wezwali na pomoc garnizon z Morven. Umierali zarówno czarodzieje, jak i Illi’andin, a ja drżałam ze strachu o życie najbliższych. Wszystko wskazywało na to, że przegramy, a oni, mściwie pozabijają nas wszystkich. Wtedy jednak okazało się, że Hikaru został. Do tej pory zadaję sobie pytanie, co nim kierowało. Ze smokiem nawet wojownicy Illi’andin nie mieli szans. Szalę zwycięstwa na naszą stronę ostatecznie przechyliły leśne zwierzęta, które tłumnie zebrały się na skraju Anduriańskiej Puszczy, by nas wspomóc. Ostatecznie wszyscy nauczyciele i niechętni nam uczniowie Białego Pałacu, zostali wygnani z Dareshii, a prowadzące do zewnętrznego świata portale, zostały zniszczone. Żaden Illi’andin nie odważył się opuścić niewielkiej planety. Dla nich nie było odwrotu. Każdego z nich czekałaby śmierć.  Siedząca, pod rozłożystym dębem, Emi podniosła głowę znad trzymanego na kolanach zeszytu. Spojrzała w bursztynowe oczy stojącego nad nią Jaya. – Uspokoili się? – spytała posępnie, z góry przewidując odpowiedź. Chłopak prychnął. – Nie ma na to najmniejszych szans. Illi’andin i ludzie zawarli sojusz. Łączy nas wspólny wróg, ale nie ta dwójka – mruknął cierpiętniczo. – Damien i Andre prędzej się pozabijają niż którykolwiek z nich odpuści. – Doskonale – Emi przewróciła oczami. – W takim razie ja walnę w łeb mojego głupiego brata, a ty zajmiesz się Damienem. Jay uśmiechnął się do dziewczyny, ale jego uśmiech natychmiast zrzedł, bo właśnie tuż przy nim, spomiędzy drzew, wysunęła się szczupła sylwetka Hikaru. Smok zupełnie zignorował chłopaka. – Skoro już po wszystkim, to się zbieramy – oznajmił rozkazującym tonem, zwracając się do Emi. – Chcę wracać do domu. Dziewczyna przepraszająco spojrzała na Jaya, a potem powoli wstała ze swojego miejsca pod drzewem. Obietnica to obietnica, a ona wiedziała, jak niebezpiecznym by było nie dotrzymanie swojej. W końcu Hikaru wywiązał się ze swojej części umowy, został i im pomógł. Czarne skrzydła Jaya rozpostarły się w niemym proteście. – Zbieramy? Idziesz z nim? – spytał zaskoczony i rozczarowany. Emi spuściła głowę, tak, że długie, brązowe włosy, zasłoniły kurtyną jej twarz i karmelowe oczy. – Taką mieliśmy umowę – przyznała cicho. – Więc ty i on nie… – zaczął Jay, którego umysł jakby się przebudził ze snu i otępienia, a uczucia i nadzieja wydostały się spod gęstej, zasnuwającej je mgły. Jakoś dopiero teraz do niego dotarło, że to przecież jego Emi i ona nigdy by… Stojący podpierając się pod boki Hikaru, ziewnął przeciągle. Wyglądał na mocno znudzonego. – Chciałem, żebyś tak myślał – wyjaśnił spokojnie – to ułatwiało sprawę. No cóż, może w ten sposób będzie zabawniej. Emi, zabieraj swoje rzeczy i idziemy – zwrócił się rozkazująco do dziewczyny. Jay bez chwili wahania chwycił miecz, który bez przerwy nosił w pochwie, przy pasie, od czasu rozpoczęcia się walk. – Przestań! Odłóż to! – zażądała dziewczyna, ale on kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Hikaru roześmiał się, bez trudu unikając pierwszego, szybkiego ciosu. Potem się przemienił. Olbrzymie, czarne cielsko smoka, ledwo mieściło się na polanie, między pojedynczymi drzewami. – Nie! Przestańcie! – ponownie zaprotestowała dziewczyna. Wielki, twardy, ciemny ogon powalił ją na ziemię. Czarnoskrzydły wzbił się w powietrze, próbując zaatakować z wysokości, ale zaraz za nim wzleciał ku niebu, coraz mniej rozbawiony, a bardziej wkurzony smok. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To co rozpętało się w powietrzu, było niesamowite. Przyglądająca się z trawy Emi, widziała na niebie tylko czarne, zamazane smugi. Nie mogła zrozumieć jakim cudem, olbrzymich rozmiarów smok, potrafił poruszać się z taką prędkością?! Po chwili otępiałego zaskoczenia, jej umysł zaczął pracować aż nazbyt sprawnie. Wielką falą zaczęła zalewać ją panika. Jay! Przecież Hikaru go zabije! Może i czarnoskrzydły był wojownikiem, ale ze smokiem z pewnością nie miał szans. „Damien! Damien!” – zaczęła rozpaczliwie wołać w myślach, próbując odnaleźć wyblakłą nić połączenia, które kiedyś, gdy wspólnie ratowali Jaya, pomiędzy nimi powstało. O dziwo zadziałało, bo już po chwili, na niewielką polanę, wpadł śnieżnobiały tygrys. Przybrał swoją ludzką postać, bez zbędnych pytań, sam orientując się w sytuacji. – Cholera! Czy oni powariowali?! – zapytał z ciągle uniesioną ku niebu głową. – Hikaru jakoś wpłynął na umysł Jaya i Jay się wkurzył – wyjaśniła pokrótce Emi, również nie odrywając wzroku od toczącej się w górze bitwy. – Do tego nie chciał pozwolić, żebym z nim poszła – dodała nieco ciszej. – Musimy to przerwać, on go zabije – zdecydował zupełnie już spokojnym głosem, zrezygnowany Damien. Chłopak podszedł ku podnoszącej się z trawy dziewczynie. Spojrzała na niego pytająco. – Jak chcesz to zrobić? Wzruszył ramionami. – Nie mam jeszcze do końca pojęcia, ale potrzebny nam drugi smok… – wytłumaczył niezbyt jasno. – Pomożesz mi? Emi skinęła głową. – Co mam robić? – Pożycz mi swoją magię, sam nie dam rady – mruknął. – Tak jak robiliśmy to już wcześniej. Dziewczyna bez zastanowienia wsunęła drobną dłoń w jego rękę. – W takim razie zaczynajmy. Damien splótł swoje palce z jej palcami, a potem cały świat jakby zwolnił. Tocząca się w przerażającym tempie walka, była teraz bitwą dwóch ślimaków. Emi wyraźnie widziała płynne ruchy Jaya i zakończone niepowodzeniem próby Hikaru, żeby czarnoskrzydłego czymkolwiek uderzyć. Jay również nie trafiał, ale dziewczynę przerażała różnica w konsekwencjach tego, co jeden może zrobić drugiemu. Gdyby to smok uderzył czarnoskrzydłego, zapewne po prostu by go zabił, natomiast trafienie Jaya, nawet zaostrzonym, połyskującym w słońcu mieczem, mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej Hikaru wkurzyć. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Sylwetka Jaya rosła. Zmieniał się w obarczonego czarnymi skrzydłami wilka. Emi czuła, jak Damien wysysa z niej całą moc i energię. – Co robisz? – spytała zaniepokojona. – Zaufaj mi, to najlepsze co jestem w stanie wymyśleć – odezwał się z wysiłkiem. – Gdybyśmy zmienili go w smoka, nie miałby pojęcia, jak w tej postaci walczyć. Ogromnych rozmiarów zwierzę rosło coraz bardziej, wkrótce już dorównując rozmiarami zdumionemu, czarnemu smokowi. Jay wyjątkowo szybko odnalazł się w nowej, dziwacznej sytuacji. Nie miał co prawda miecza, ale dysponował teraz pazurami i rzędem ostrych zębów. Błyskawicznym ruchem rzucił się do szyi smoka. Hikaru syknął wściekle i sparował atak, odrzucając zwierzę do tyłu, na jego odsłoniętej w tym miejscu skórze, pojawiła się jednak ciemna krew. Dalej toczyła się zacięta walka. Szala zwycięstwa tym razem zaczęła przechylać się na stronę Jaya. Wilk kąsał w każde, możliwe, nie pokryte sztywnymi łuskami miejsce, w błyskawicznym tempie odskakując za każdym razem do tyłu. Smok, nie przyzwyczajony do walki z równym przeciwnikiem, broczył krwią z coraz większej ilości niewielkich ran i skaleczeń. W końcu, wycieńczony, opadł na ziemię. Jay przygotował się do skoku, wyraźnie planując zakończyć tą walkę śmiercią przeciwnika. Emi przymknęła oczy, z wysiłkiem utrzymując się na nogach. – Jay, nie zabijaj go! – wrzasnęła resztkami sił. – Jeżeli go zabijesz, nigdy w życiu się już do ciebie nie odezwę! – dodała pierwszy argument, który przyszedł jej do głowy. Wilk warknął nieprzyjaźnie, ale ustąpił. Stanął nad przeciwnikiem, jeżąc sierść i czekał. Pierwszy swoją ludzką postać przybrał Hikaru, dopiero potem zrobił to on sam. Emi osunęła się na trawę, Damien, z pobladłą twarzą oparł się o drzewo. To kosztowało ich zbyt wiele. Smok usiadł, podtrzymując się na rękach. Jego twarz była teraz pełną wściekłości maską. – Jak śmiesz się wtrącać? – syknął rozeźlony bezpośrednio do Damiena. – Mam takie samo prawo zabijać jak ty! – Nie moich przyjaciół – odpowiedział mu z trudem blondyn. – Taaak? – zadrwił Hikaru. – To może opowiedz im o dziewczynie, którą zamordowałeś z zimną krwią? Bo ona chyba była ich przyjaciółką – odezwał się z podłą satysfakcją w głosie. – Z twojego umysłu wyczytałem nawet jej imię. Nazywała się Ana – rzucił z czającym się w spojrzeniu okrucieństwem, wpatrując się bezpośrednio, w błękitne oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było dziwne uczucie, taka pustka, kiedy wie się, że się przegrało. Damien ze stoickim spokojem obserwował pytające, niedowierzające twarze Emi i Jaya. – Zabiłeś ją? – z ust dziewczyny padło cichutkie, nieuniknione pytanie. Damien poczuł się teraz bardziej zmęczony niż kiedykolwiek dotąd. Niechętnie skinął głową. – Dlaczego? – nie mogła zrozumieć Emi. To jednak nie miało znaczenia, jej żal, jej łzy w oczach, nie mogły konkurować ze wściekłym spojrzeniem Jaya. – Ty padalcu! – warknął czarnoskrzydły. – Przez cały ten czas miałem cię za przyjaciela, a ty… ty chciałeś mojej śmierci! – Nie, to nie tak… – spróbował bez przekonania Damien, ale nigdy nie dane było mu dokończyć. Szary wilk o bursztynowych oczach, rzucił się na niego, przygważdżając blondyna do ziemi. Damien nie zamierzał się bronić, bo to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Leżał rozciągnięty pod drzewem, na trawie i czekał na zbliżającą się śmierć. Nagle wilk zaskowyczał. Stanął w płomieniach. Sturlał się z chłopaka i zaczął tarzać w trawie. – Andre, przestań! Przestań! – krzyczała już Emi, do wyłaniającego się z lasu brata. Ogień zgasł, a wilk zerwał się z trawy wściekle warcząc. Hikaru, mimo, że brudny i podrapany, a na twarzy jeszcze bledszy niż zwykle, wyraźnie bawił się zaistniałą sytuacją. – On nie chciał skrzywdzić Jaya – wyjaśnił Andre, patrząc tylko na swoją siostrę. – Wymyślił po prostu durny sposób na to, żeby go chronić. – Bo przecież on tak baaaardzooo go kocha – dodał rozbawionym głosem smok. – No cóż, pech chciał, że czarnoskrzydły woli dziewczyny – roześmiał się mrużąc szmaragdowe oczy. Jay przybrał swoją ludzką postać i gapił się jak ogłuszony na przyjaciela. Kiedy tamten spojrzał mu w oczy, wzdrygnął się mimowolnie. Damien poczuł jak wszystko w nim drży. Na twarz starał się przybrać wyćwiczoną przez lata, obojętną maskę, ale zwyczajnie nie potrafił. Zaczął żałować, że Jay nie rzucił mu się od razu do gardła, bo gdyby to zrobił, on teraz byłby martwy, a oprócz śmierci, pragnął jedynie zapaść się pod ziemię. Emi, odrobinę chwiejnie wstając z trawy, podeszła do czarnoskrzydłego, wplatając mu się pod ramię. Jay natychmiast zignorował całe otoczenie, po prostu przytulając ją do siebie, jakby wszystko inne nie istniało. Damien nie potrafił tego dłużej wytrzymać. Przybrał postać białego tygrysa i nie zwracając na nic więcej uwagi, popędził przez las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Znajdowali się w jednej z nieużywanych, pałacowych komnat. Jay niespokojnie chodził po pokoju. Emi skonsternowana wpatrywała się w niego już od dłuższego czasu. – Przestań wreszcie – zażądała, nie mogąc już dłużej wytrzymać. Chłopak zatrzymał się, spojrzał na nią, a potem jakby opadł z sił. – Nienawidzę go – oznajmił. – Nienawidzę! – Wcale nie – stwierdziła dziewczyna podchodząc do niego bliżej. Przytulił ją mocno do siebie. – Jest twoim przyjacielem – wyjaśniła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwił, kiedy dowiedział się, w jaki sposób cię ukarano. Chyba spodziewał się, że zabijając Anę i zrzucając na ciebie odpowiedzialność za jej morderstwo, po prostu nas rozdzieli. – Dlaczego w ogóle chciał to zrobić? – bursztynowe oczy Jaya płonęły. Emi spuściła wzrok. – Nasi rodzice zaplanowali nasz ślub – mruknęła cichutko. – Wszystko wskazywało na to, że w żaden sposób nie damy rady go uniknąć. Jay warknął nieprzyjaźnie. – Widziałem, że jest zazdrosny, ale przez cały czas myślałem, że ten skurwiel zakochany jest w tobie! Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. – We mnie? – nie mogła powstrzymać się od leciutkiego uśmiechu. – To ty nie wiedziałeś, że Damien jest gejem? – Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze Jay. Westchnęła, a on przytulił ją do siebie jeszcze mocniej. – Co nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię mu tego wybaczyć. – Ja też nie – niechętnie przytaknął jej Jay. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Robert Lander, do tej pory najlepszy przyjaciel Andre, nienawidził teraz czarodzieja z całego serca. Och, udawał, że jest zadowolony z przebiegu wydarzeń, bo co innego mu pozostawało? Wielka bitwa, współpraca z Illi’andin, przejęcie szkoły. Tylko dlaczego, skoro po swojej stronie mięli smoka, nie pozabijali od razu tych wszystkich przeklętych szumowin? No tak, Andre wytłumaczył mu ich szansę, tą samą, którą wraz z Damienem Hayazakim przedstawił przed Illi’andin. Jego mała, spłoszona siostrzyczka – najchętniej wyplułby to słowo – wcale nie była człowiekiem. I mimo, że jej matką była czarodziejką, zgwałconą przez jedną z tych bestii, ona sama pozostawała w jakiś sposób, żeńską wersją arystokratów Illi’andin. Najzabawniejsze było to, że teraz wszyscy o tym wiedzieli – wszyscy, tylko nie ona sama. Teraz, kiedy zobaczył przeklętą dziewuchę, kiedy samotnie zmierzała w kierunku lasu, bez zastanowienia postanowił udać się za nią, w nadziei, że znajdzie jakiś sposób, żeby się jej pozbyć, raz na zawszę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała nad krawędzią głębokiego, skalistego wąwozu, w którym spalono wszystkie ciała, składając hołd umarłym. Zastanawiała się czy było to lepsze od praw, jakimi rządził się sojusz. Zmuszanie młodych dziewcząt do małżeństw, z rozbestwionymi, pozwalającymi sobie na wszystko chłopakami, nie było niczym dobrym, tak samo jak narkotyki, które podawano Illi’andin, ale czy równoważyło tą całą śmierć? Nie potrafiła jednak tak szczerze, do końca żałować, bo dzięki bitwie, dzięki zdobyciu szkoły, właśnie dzięki tej całej śmierci, żył Jay. Był tutaj i nikt, nigdy więcej, nie zabroni im bycia razem. W pewnym momencie coś poruszyło się między szarymi cieniami drzew. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, w samą porę, by zobaczyć błysk stali. Poczuła jak chłód rozlewa się po całym jej ciele, kiedy w jej brzuch wbił się wąski sztylet. – Giń suko! – usłyszała znajomy, ale tym razem pełen nienawiści, głos Roberta. Chłopak jednak nie zdążył wyciągnąć sztyletu, żeby pchnąć jeszcze raz, bo w tym właśnie momencie, rzucił się w jego kierunku, olbrzymi, biały cień. Tygrys przewrócił czarodzieja na trawę, a potem obaj stoczyli się z krawędzi wąwozu. Emi poczuła jak odpływa. Ból był nie do zniesienia. Osunęła się na trawę, by po chwili stracić przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ – Nic jej nie będzie? – spanikowanym głosem dopytywał się Andre. – Zamknij się, albo wyjdź – usłyszała ostry głos czarnoskrzydłego. Z trudem uniosła powieki. Poczuła szorstką rękę Jaya, która łagodnym gestem odgarnęła jej włosy ze spoconego czoła. Zobaczyła ulgę w jego bursztynowych oczach. – Jay… – wyszeptała cicho, a potem nagle coś sobie przypomniała. – Damien, co z Damienem? Gdyby nie on, pewnie już bym nie żyła… Czarnoskrzydły skrzywił się odrobinę, ale nic nie odpowiedział. Andre podszedł i usiadł po drugiej stronie siostry. – Razem z Robertem wpadł do wąwozu – wyjaśnił. – Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie twój smok. Otworzył jakiś portal, do którego obydwaj wpadli. Potem sam w niego zanurkował i wrócił razem z Damienem. Roberta więcej nie widzieliśmy. I dobrze, bo inaczej sam bym go zabił – powiedział poważnym głosem. – O ile zdążyłbyś zrobić to przede mną – warknął ponuro Jay. – Więc gdzie oni są teraz? – spytała odsłaniając kołdrę i patrząc na swój zupełnie zdrowy, nawet nie zadraśnięty brzuch. Jay i Andre wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, jakby bali się reakcji dziewczyny. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się jej brat.  – Hikaru odpoczywa w twoim pokoju. Wyleczenie twojej rany mocno go wyczerpało – wyjaśnił. – A Damien? – nie zamierzała przestać się dopytywać. – Damiena nie ma – oznajmił twardo Jay. – Zostawił list. – List? – nie zrozumiała dziewczyna. – Uznał, że lepiej będzie, jeżeli na jakiś czas się usunie – wyjaśnił niechętnie Andre. – Uciekł jak tchórz – sprecyzował czarnoskrzydły. Andre zmierzył go nieprzyjemnym wzrokiem, ale to przemilczał. Nagle Emi coś jeszcze przyszło do głowy. – Dlaczego Robert próbował mnie zabić? Co by mu to dało? – spytała niespokojnie. Znowu odpowiedziało jej ponure milczenie. Tym razem przerwał je Jay. – Ponieważ jesteś jedną z nas – odezwał się patrząc jej w oczy. – Jesteś Illi’andin. Stwierdzenie to wydało się Emi tak absurdalne, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Oni się jednak nie śmiali. Mówili całkiem poważnie. A potem było już tylko gorzej. Andre opowiedział siostrze historię, jak jeden z arystokratów zgwałcił jej matkę. Opowiedział też o tym, jak dla dobra sojuszu, zatuszowano całą sprawę. Dziewczyna tak mocno zacisnęła usta, że stały się teraz wąską, białą linią. – Wiedziałeś o tym? – spytała Andre. – Obydwaj wiedzieliście? Jej brat przecząco pokręcił głową. – Ja wiedziałem, ale Jay dowiedział się dopiero dzisiaj, ponieważ Damien wspomniał o tym w liście. – Czy moglibyście wyjść? – poprosiła, nie zwracając uwagi na to, że znajdowali się w pokoju Andre. – Chciałabym zostać sama. Niechętnie skinęli głowami. – Kocham cię – szepnął na pożegnanie Jay, pochylając się i całując skroń dziewczyny. – Nie obchodzi mnie kim jesteś. Kimkolwiek byś nie była, ja i tak zawsze będę cię kochał. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wypchany plecak ciążył Andre coraz bardziej. Ciążyło mu również to, że stąd odchodzi. Po cichu i ukradkiem, jak włamywacz. – Znajdziesz go? – podskoczył zaskoczony, na dźwięk znajomego głosu. Odwrócił się, by stanąć twarzą twarz, z opartym o pień drzewa Jayem. – Nie wiem ile zajmie mi to czasu, ale znajdę, a potem wrócimy tutaj. Razem. Czarnoskrzydły skinął głową. Uśmiechnął się ponuro. – Mam nadzieję, że szybko go przekonasz. Jest moim przyjacielem. Cokolwiek by myślał czy zrobił. Poza tym uratował Emi. To dzięki niemu żyje. Przekonaj go, żeby wrócił. – Przekonam – oświadczył Andre, któremu zrobiło się trochę lepiej. – Powiedz jej, że ją kocham. – Przekażę – mruknął czarnoskrzydły. Potem, kiedy nie było już nic do powiedzenia, Andre odwrócił się i odszedł, a Jay stał jeszcze chwilę, wpatrując się w jego, oddalającą się, samotną sylwetkę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała na trawie, wtulając się w ramiona Jaya. Milczeli, skupieni na własnych myślach. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Oparła się na łokciu, pochylając nad chłopakiem, by miękko pocałować go w usta. – Co teraz będzie się działo? – spytała. – Nic – oznajmił. – My zachowany swoje treningi, a wy powinniście zachować lekcje magii. Jeżeli chcemy dalej walczyć o swoje, mogą się nam wkrótce przydać. – Czy myślisz, że kiedyś ludzie oswoją się z Illi’andin? Będziemy potrafili żyć w pokoju? Jay spojrzał jej prosto w oczy. – Jeżeli kiedykolwiek się to uda, to jestem pewien, że stanie się to w tej właśnie szkole. Dziewczyna westchnęła. Z powrotem opadła na trawę. – Kocham cię – mruknęła cicho, wtulając się mocno w jego ramię. – No widzisz? – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, jego bursztynowe oczy błyszczały. – Jeżeli nam się udało, to czemu miałoby się nie udać innym? – Jay! – powiedziała z nutką nagany w głosie. Roześmiał się. – Ja też cię kocham – przyznał, wiedząc, że to właśnie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżał w białej pościeli, wpatrując się w ozdobione niebieskimi kwiatami, drewniane meble i zastanawiał się co on właściwie tu robi? Bitwa się zakończyła, a oni wygrali, na Dareshii nie został już ani jeden dorosły czarodziej czy Illi’andin. Wszyscy ci, którzy złożyli broń, zostali pokojowo przeprowadzeni przez portale. Reszta po prostu zginęła, a ich ciała spalono w leśnym wąwozie. Co prawda w szkole na nowo utworzyły się dwa obozy – czarna wieża dla Illi’andin i biały pałac dla czarodziejów, a młodzi ludzie podchodzili do siebie nawzajem jak pies do jeża, ale wyraźnie widać było wzajemny podziw obu stron, dla wykazanej podczas bitwy odwagi i nieśmiałe próby kontaktów, zwłaszcza między czarodziejkami, a chłopakami Illi’andin. Z pewnością go już nie potrzebowali, więc dlaczego tu jeszcze był? Hikaru przeciągnął się, a potem syknął z bólu. Pierwszy raz w życiu odczuwał negatywne skutki walki i wyczerpania leczeniem. Zazwyczaj po prostu nikt nie miał z nim szans, a pomagać nie miał komu, bo nie litował się nad innymi. Więc co się zmieniło? Może to, że tak naprawdę nie chciał tego sukinsyna zabić… może bał się ujrzeć nienawiść w karmelowych oczach… a może… Jego rozważania przerwał hałas otwierających się drzwi. – Cześć – Emi wśliznęła się do środka i usiadła obok niego na łóżku. W dłoniach trzymała parujący kubek. – Przyniosłam ci kakao – uśmiechnęła się łagodnie – pamiętam twój rozmarzony wyraz twarzy, kiedy wspominałeś o słodyczach – wyjaśniła. Smok usiadł, dziwiąc się w jakim stopniu może kogoś boleć jego własne ciało. Pieprzony wilk! Czemu dał mu się tak pogryźć? – Dzięki – mruknął, zastanawiając się czy w ogóle powinien coś powiedzieć. Dziewczyna podciągnęła nogi, opierając się tuż przy nim o ścianę, w końcu to było jej własne łóżko… – Namieszałeś – westchnęła zasmucona. – Wiem – przyznał czując się dziwnie skonsternowany. Nie tego się po niej spodziewał. Powinna powiedzieć, że go nienawidzi, robić mu wyrzuty, rzucić się na niego z pięściami czy cokolwiek takiego, ale nie. Ona siedziała tutaj, wpatrując się w swoje kolana i czekała na jego wyjaśnienia. Wyjaśnienia, których nie było. Chciał ją zabrać na czerwoną planetę, albo gdziekolwiek indziej, w końcu była mu to winna. Nienawidziłaby go, a on by się dobrze bawił, robiąc jej na złość. Coś go jednak powstrzymywało i na to „coś” był bardziej wkurzony niż na całą tą głupią planetę, czarodziejów, rasę Illi’andin i samego siebie. – Co teraz zrobisz? – zapytała. – Będę tak samo nieznośny jak do tej pory – odpowiedział szczerze. Coś w nim drgnęło, kiedy obdarzyła go promiennym uśmiechem. – To znaczy, że z nami zostajesz? Mimo, że wcześniej nie miał jasno sprecyzowanych planów, to teraz wiedział, że tak. Przecież tych głupich dzieciaków trzeba było pilnować, bo inaczej gotowi pozabijać się nawzajem. Nie będąc pewnym własnego głosu, po prostu skinął głową. Emi pisnęła. Oplotła ramionami jego szyję, delikatnie pocałowała go w policzek. Potem jednak odsunęła się gwałtownie. – Obiecaj, że nawet nie spróbujesz zabić któregokolwiek z moich przyjaciół – zażądała. Smok prychnął, ale ponownie skinął głowa. – Obiecuję – westchnął, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało jego nowe, ciekawsze życie. The End   Słowniczek: Wairudo – dziki Hayazaki – wczesny kwiat Senshi – żołnierz Hikaru – zbyt jasny Fukkura – puszek [...] Read more...
Deja Vu
Deja VuRozdział I Czuł jej strach. Wiedział, że to jego się bała. Dobrze. Tak właśnie powinno być. Siedziała na otomanie, w białej, sięgającej ziemi, koszuli nocnej. Długie, kasztanowe włosy splecione miała w luźny warkocz. Piękna, cudowna i tylko jego. Jej przyspieszony oddech, szybsze bicie serca… to wszystko sprawiało, że ledwo nad sobą panował. Podniosła na niego okolone długimi rzęsami, orzechowe oczy. Lśniły w nich łzy. Już dawno przestała go błagać. Zrozumiała, że nie ma to sensu, ale on, w dalszym ciągu, lubił sprawdzać granice jej wytrzymałości. Usiadł tuż obok niej. Zaczął powoli, delikatnie. Przyciągnął ją do siebie, objął ramionami. Jego usta znalazły się przy jej szyi. Całował jej włosy, kark. Powoli zaczął zsuwać z ramion jej staromodną koszulę. Z ust dziewczyny wydobył się cichy ni to jęk, ni westchnienie, gdy kciukiem musnął jej wciąż zasłoniętą pierś. Jej ciało reagowało na jego dotyk, nawet wbrew jej własnej woli. To cieszyło go jeszcze bardziej. Czuł jej napięcie. Czekała na ten moment, kiedy przestanie być łagodny. On jednak nie zamierzał się spieszyć. Posadził ją sobie na kolanach, odgarniając rozłożysty materiał. Jego dłoń powędrowała po jej gładkiej, zgrabnej nodze. Zamarła, gdy dotknął palcami jej intymnego miejsca. Gładził jej łono, powoli wsuwając się do środka. Koszula już zupełnie zsunęła się z jej ramion. Drugą ręką dotykał jej biustu, od czasu do czasu mocniej ściskając między palcami sutki. – Jesteś taka piękna – zamruczał jej do ucha, przesuwając się tak, by móc dotknąć jej piersi językiem. Zachłysnęła się powietrzem, gdy wargami objął jej sutek. Ssał go, jednocześnie poruszając w jej wnętrzu palcami. Gdy uznał, że wystarczy, posadził ją na kanapie, a sam zsunął się niżej. Podwinął spódnicę koszuli, zupełnie odsłaniając łono i brzuch dziewczyny. Jego ręce rozsunęły jej nogi. Językiem zaczął przesuwać po jej podbrzuszu, a potem schodził niżej i niżej. Jego palce znów znalazły się w środku. Była wilgotna, nawet bardzo. Zaczął zagłębiać się w nią mocniej. Nie przestawał lizać. Kilka cichych westchnień. Ciało dziewczyny zaczęło drżeć. Na to właśnie czekał. Podniósł się, znów siadając obok niej. Pocałował ją – mocno, niemalże brutalnie. Na sobie miał jedynie spodnie, których teraz szybko się pozbył. Pchnął ją na stertę leżących z boku poduszek. Schowała w nich twarz. Uniósł jej biodra, zupełnie zsuwając z dziewczyny koszulę. Uniósł dłoń, a ta po chwili opadła na jej wypięte pośladki. Następny klaps był mocniejszy, a po nich jeszcze kilka. Słyszał jak tłumi łkanie. Objął jej biodra dłońmi, klękając tuż za nią. Jego członek otarł się o jej nagą pupę. Kolanami rozsunął jej nogi, po czym wbił się do środka. Mocne, szybkie pchnięcia, przeradzały się czasami, zupełnie niespodziewanie, w jeszcze mocniejsze, a każde jęknięcie, które wydawała, przynosiło mu satysfakcję. Z bioder dziewczyny przełożył dłonie na jej pośladki. Rozsunął je palcami, a potem wsunął jeden do środka, poruszając nim w rytmie swoich własnych ruchów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy usłyszał jak gwałtownie wciągnęła powietrze. Przyspieszył. Kilkanaście minut, to nie było zbyt długo, ale jej ciało działało na niego jak czerwona płachta na byka. Gdy poczuł, że dochodzi, wysunął się z jej wnętrza, opryskując pośladki i plecy dziewczyny lepką, przezroczystobiałą cieczą. Skuliła się na poduszkach. Obrócił ją ku sobie, by znów ją pocałować. Była niczym lalka. Mógł z nią zrobić wszystko co chciał. Wstał i założył spodnie. – Słodkich snów, Bella – zamruczał, wypełniony satysfakcją, opuszczając jej pokój. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Obudził się zlany potem. Gwałtownie usiadł. Znów o niej śnił. Dziewczyna, śliczna jak marzenie, delikatna niczym motyl, a on… on każdej nocy ją krzywdził. Nigdy nie podejrzewał siebie o skłonności sadystyczne. Te sny jednak były tak realne, tak prawdziwe… Czyżby o tym właśnie marzyła jego podświadomość? Christopher nie mógł zapomnieć jej mokrej od łez twarzy. Całym sobą zapragnął ją przytulić, pocieszyć. obiecać, że już nigdy więcej tego nie zrobi. Tylko, że ona przecież nie istniała. Bella była wytworem jego – najwyraźniej chorej – wyobraźni. Spojrzał na stojący przy łóżku budzik. Dochodziła szósta. I tak za chwilę musiałby wstawać. Niechętnie wyśliznął się z pościeli. Wykonał serię porannych ćwiczeń. Wziął szybki prysznic. Wciąż nie mógł przestać o niej myśleć. Z trudem przełknął przygotowane dla niego przez gosposię śniadanie. Rodziców już nie było w domu, choć w ich przypadku, całkiem możliwe było, że jeszcze. Nie pamiętał kiedy ostatnio widział ich dłużej niż kwadrans. Gdy Jack, jego najlepszy kumpel, zatrąbił klaksonem swojego sportowego auta, Christopher był już gotowy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Musiała być bardzo głodna. Od kilku dni jadła jedynie niewielkie ilości wodnistej zupy. To była kara za to, że próbowała się zabić. Chciał, żeby zapamiętała, że nie tylko ona sama, ale także jej życie należy do niego. W przezroczystym, srebrnym skrawku materiału, który zdawał sie nie być ani bluzką, ani sukienką, a raczej przypominał mgłę, klęczała na podłodze, przy jego krześle. Wpatrywała się w swoje splecione na podołku dłonie, by nie patrzeć na to, jak on je. Od czasu do czasu karmił dziewczynę winogronami, wsuwając jej je bezpośrednio do ust. Podniósł ze stołu wypełniony winem kielich i podsunął jej do spragnionych warg. Kropelki czerwonego płynu spłynęły z kącików jej ust. Uznał, że widok ten jest niezwykle podniecający. To mu wystarczyło, by gwałtownie jej zapragnąć. Rozpiął, w obecnej chwili, zbyt ciasne spodnie. – Chodź tutaj – polecił. Przysunęła się bliżej. Wiedziała czego od niej oczekuje. Oswobodziła zupełnie jego nabrzmiałą męskość. Przytrzymując drobną dłonią, powoli zaczęła lizać sam czubek. Położył rękę na jej włosach, zmuszając ją, by znalazła się jeszcze bliżej. Znalazł się w jej ustach. Posłusznie ssała go, w rytmie, który jej wyznaczył. Czuł, jak przesuwa po nim językiem. Nie był w stanie pozostać biernym i sam zaczął się poruszać. Silną dłonią przytrzymywał ją przy sobie. Puścił dopiero, kiedy sperma wypełniła jej usta. Pozwolił dziewczynie się odsunąć. Teraz już w ogóle nie podnosiła wzroku, uparcie wpatrując się w wyłożoną drewnianym parkietem podłogę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Samochód się zatrzymał, a Christopher ocknął się gwałtownie. Do tej pory nie miewał snów na jawie. Czyżby wariował? Może powinien znaleźć sobie jakąś ładną dziewczynę, żeby zaspokoiła jego potrzeby? Tyle, że on nie chciał żadnej dziewczyny i boleśnie zdawał sobie z tego sprawę. Pragnął Belli – tylko i wyłącznie Belli, ale ona przecież nawet nie istniała. – Hej, co z tobą? – zawołał Jack, wysiadając z samochodu. – Nie ważne – odburknął Chris – po prostu się nie wyspałem. Kiedy weszli do klasy, większość już tam była. Nikt, nigdy nie spóźniał się na angielski, chyba, że chciał zostać drugi rok w tej samej klasie. Tym razem to jednak nauczyciel przyszedł kilka minut po dzwonku. Do tego nie był sam. U boku pana Graves’a stała szczupła, blada dziewczyna. Wyglądała jak porcelanowa lalka. Niebieskie dżinsy i biała bluzka w różowe, drobne kwiatki zupełnie do niej nie pasowały. Powinna nosić sukienki. – Dzień dobry wszystkim – zaczął nauczyciel. – Przywitajcie nową uczennicę. To Isabella Evans, która przyjechała do nas z Francji. Od dzisiaj będzie uczyła się w naszej szkole. Proszę, zajmij wolne miejsce – polecił dziewczynie. Christopher wpatrywał się w nią oniemiały. To była Bella! Dziewczyna z jego snów! Długie, kasztanowe włosy, opadały jej na ramiona i twarz, zasłaniając oczy. Sprawiała wrażenie spłoszonej. Kiedy jednak podniosła wzrok, ich spojrzenia natychmiast się spotkały. Zaskoczenie, panika – niemal fizycznie poczuł jej strach. Zdał sobie sprawę, jakby irracjonalne to nie było, że ona również musiała go w jakiś sposób rozpoznać. Spuściła głowę, wbijając wzrok we własne, znoszone trampki, a potem posłusznie ruszyła przez klasę, by zająć wskazane jej przez nauczyciela miejsce. Rozdział II Związane ręce miała wysoko uniesione nad głową. Krępujący je sznur zwisał z podwieszonej pod sufitem belki. Był na tyle krótki, że dziewczyna z trudem stała na palcach. Oczy miała zasłonięte czarną przepaską – niczym skazaniec. Poza tym była zupełnie naga. Kasztanowe włosy niesfornie opadały na jej ramiona i plecy, odrobinę przysłaniając również kształtne piersi. Kiedy podszedł i przesunął po nich dłonią, jej oddech przyspieszył, ale się nie poruszyła. Nie szarpała się, nie marnowała energii na bezowocne próby uwolnienia się. Paraliżował ją strach. Czekała na jego ruch. Uniósł trzymany w dłoniach bat. Krzyknęła, gdy uderzył ją po raz pierwszy. Gdy wymierzał kolejne razy, jedyną reakcją dziewczyny było ciche łkanie. Rzemień owijał się wokół jej ciała, brutalnie pieszcząc uda, pośladki i plecy. Kiedy wreszcie przestał, jej ciało poznaczone było cienkimi, różowymi smugami. Nożem przeciął krępujące ją więzy, a ona osunęła się na podłogę. Wziął ją na ręce. Na dzisiaj to mu wystarczyło. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie wiedział czy to on, czy ona, ale któreś z nich uwięzione było w koszmarze. Gdy tylko dzwonek oznajmił koniec lekcji, natychmiast zebrał swoje rzeczy. Gdy Bella wyszła na korytarz, on już tam na nią czekał. – Hej… – zaczął nie za bardzo wiedząc, co chce powiedzieć. Zatrzymała się, jakby oszołomiona. Spojrzała na niego dużymi, orzechowymi oczami, w których tliło się nieskrywane przerażenie. Z jej ramienia zsunęła się sztruksowa, srebrnoszara torba. Dziewczyna cofnęła się kilka kroków, nie spuszczając z niego wzroku. – Nie… nie możesz tu być – wyszeptała cicho, a potem odwróciła się i rzuciła pędem przed siebie, zwinnie przemykając pomiędzy wychodzącymi z klas uczniami. Nie było sensu za nią biec. Nie mógł jednak przestać wpatrywać się w korytarz, w którym zniknęła. Ocknął się dopiero, gdy w ramię trącił go Jack. – Niezła ta nowa, co nie? – zaczął po swojemu. – Chociaż trochę jakaś dziwna. Christopher jedynie przytaknął. W tym momencie nie miał ochoty rozmawiać, a już na pewno nie na temat Belli. Podniósł upuszczoną przez dziewczynę torbę. Gdy jej ją zwróci, będzie musiała z nim chociaż przez chwilę porozmawiać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Leżała na białym obrusie. Jej ciało ozdobione zostało bitą śmietaną, w której tkwiły artystycznie ułożone owoce – truskawki, maliny, jeżyny, czarne jagody. Lekko rozchylone nogi posłusznie się nie poruszały. Zadowolony przyglądał się swojemu dziełu, w dłoni trzymając kieliszek czerwonego wina. Podszedł, dotknął jej ramienia, by powoli zacząć przesuwać palce wzdłuż jej nagiego ciała. Ze wszystkich sił starała się nie drżeć. Kiedy jednak jego ręka znalazła się między jej nogami, to przestało być wykonalne. Przez dłuższą chwilę droczył się z dziewczyną, delikatnie przesuwając palcami po jej łonie. Kiedy uznał, że jest dostatecznie wilgotna, sięgnął po stojącą obok butelkę z winem. Uzupełnił swój kieliszek, a potem oblał ją resztą trunku. Pisnęła, gdy zimne wino dotknęło jej nagiej skóry. Gdy butelka była pusta, jej szyjkę wsunął między nogi dziewczyny. Pieszcząc ją palcami drugiej ręki, sprawiał, że szkło wędrowało głębiej i głębiej. Jej ciało mimowolnie wygięło się w łuk. Popatrzył jej w oczy. Spojrzeniem błagała, żeby przestał. Jednocześnie wcale tego nie chciała, bo zdawała sobie sprawę, że będzie to oznaczało jego kolej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher niecierpliwił się coraz bardziej. Nie było innego wyjścia ze szkoły, tylko ta piekielna brama, a jej wciąż tutaj nie było. Czekał od niemalże godziny. Już dawno skończyła się ostatnia lekcja. Może zerwała się wcześniej? Nie, to nie było możliwe. Widział jak wchodzi i wychodzi z coraz to kolejnych klas. Nie opuszczała zajęć. Nie pierwszego dnia. W końcu się pojawiła. Niepewnym krokiem opuściła budynek szkoły. Podeszła do niego, spuszczając wzrok. Sprawiała wrażenie osoby, która się poddała. – Co zaplanowałeś? – zapytała cichym, lekko drżącym głosem, kiedy oddał jej torbę. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Jak to zaplanował? Przecież on niczego nie planował! Po prostu… Właściwie czemu nie? Jego rodziców i tak nie będzie, dom będzie stał pusty, wiec będą mogli spokojnie porozmawiać. Zwłaszcza, że Jack zmył się od razu po zajęciach, zostawiając mu auto. Z miasta miał wrócić z kumplami. – Zaproszę cię do siebie na obiad – oznajmił stanowczo. – O ile oczywiście przyjmiesz zaproszenie… – dodał nieco bardziej zakłopotany. Skinęła głową, a potem posłusznie poszła za nim do auta. Przez całą drogę żadne nie odezwało się ani słowem. Christopher w duchu błogosławił istnienie starych, rockowych kawałków. Gdyby nie one, chyba by zwariował. W domu obiad jak zawsze czekał gotowy. Wystarczyło tylko go podać. Kotlety z kurczaka, tłuczone ziemniaki, mizeria. Mogli trafić gorzej. Bella siedziała na wysokim stołku, powoli dłubiąc w swoim talerzu. Kroiła wszystko na drobne kawałeczki. Kotlet i ziemniaki były już sieczką. Chłopak próbował na nią nie patrzeć. Wszystkie myśli starał się skupić na swoim jedzeniu. W końcu nie wytrzymał. – Bella, zjedz coś wreszcie – poprosił. Wzdrygnęła się, słysząc jego głos. Posłusznie wsunęła widelec do ust. Potem nabrała następną porcję i jeszcze kolejną. Pobladła jeszcze bardziej. Zerwała sie z miejsca. Po kilku krokach opadła na podłogę, podpierając się rękami. Klęcząc zwymiotowała. Natychmiast do niej podszedł. – Co się stało? – spytał zaniepokojony, pochylając się nad nią. – Ja… nie jem mięsa… Muszę… do łazienki – jęknęła. Wstała i pobiegła przez dom. Westchnął. Posprzątał, a potem cierpliwie czekał. Dziewczyna jednak nie wracała. W końcu, zniecierpliwiony, również udał się do łazienki. – Bella? -zawołał. – Wszystko w porządku? Odpowiedziała mu cisza. Pchnął drzwi i wszedł do środka. Stanął jak wryty. Siedziała na podłodze, w kałuży krwi, niczym bezwładny manekin. Obok niej leżały kawałki szkła. Miała pokaleczone ręce. Chyba… poprzecinane wzdłuż żyły. Wyciągnął z kieszeni komórkę. Wybrał numer pogotowia, jednocześnie przyskakując do niej z czystym ręcznikiem. Przełączył telefon na głośnik, odkładając go na bok. Spanikowanym głosem podał dystrybutorce adres i posłusznie zaczął wykonywać jej polecenia. Sam nie był w stanie logicznie myśleć. Paraliżował go zimny, dławiący strach. Rozdział III Karetka pogotowia przyjechała wyjątkowo szybko. Dwóch młodych mężczyzn i jeden znacznie starszy, wszyscy w granatowych kombinezonach, z wprawą zaczęło zajmować się dziewczyną, odsuwając Christophera na bok. Przyglądał się przerażony. – Nic jej nie będzie? – domagał się potwierdzenia swoich słów. – Jej stan wydaje się być stabilny, ale to się okaże w szpitalu – odparł najstarszy z ekipy. – Czy mogę z nią jechać? – zapytał zdławionym głosem, gdy znaleźli się już przy drzwiach. Chłopak z chaotyczną plątaniną ciemnoblond loków, niewiele starszy od niego, za to znacznie potężniej zbudowany, zatrzymał się i odwrócił. Nienawiść w jego szarozielonych oczach płonęła żywym ogniem. Pięść chłopaka wystrzeliła do przodu, przewracając Christophera na podłogę. Zaskoczony i oszołomiony nie zdążył nawet wstać, kiedy za tamtym zatrzasnęły się wejściowe drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bezradność. To właśnie teraz czuł. Coś się stało, a jego tam nie było. Nie było go przy niej! Leżała w czystej, białej, szpitalnej pościeli, ubrana w idiotyczną, zieloną, jednorazową piżamę. Potrzebowała zarówno kroplówki jak i transfuzji krwi, ale na szczęście nic poważniejszego sobie nie zrobiła. – Andre? – zapytała cichutko, odwracając ku niemu głowę. Uśmiechnął się do niej blado, nie potrafiąc zdobyć się na więcej. – Jestem – mruknął, siadając obok niej na łóżku. Wyciągnął rękę, by pogładzić jej miękkie włosy. Zdjął górę od swojego służbowego uniformu, ale mocne, sztywne spodnie nie do końca były wygodne. – To dobrze – westchnęła uspokojona. Zagryzł zęby, walcząc z sobą o zadanie jej tego pytania. Wiedział, że musi je zadać. Zdawał sobie jednak również sprawę, że na nowo obudzi w nim złość. – Skrzywdził cię? – ze wszystkich sił starał się nie warczeć ani nie podnosić głosu. – Ten chłopak. Zrobił ci coś złego? Bella odwróciła wzrok, nie odpowiedziała. Krew Andreasa zawrzała. Niech on tylko dorwie tego gnojka! Z korytarza usłyszeli wołanie. Przeklęta zmiana! Nie miał zamiaru… nie chciał jej teraz samej zostawiać! Dziewczyna dotknęła delikatnie swoją pokaleczoną dłonią jego ręki. – Musisz już iść – uśmiechnęła się do niego bladym uśmiechem. – Nie! – niemalże warknął na nią. – Dam sobie radę – szepnęła uspokajająco. – Ktoś inny cię teraz potrzebuje. Przyjdziesz do mnie jak skończysz zmianę. Gdy jego kolega z ekipy ratowniczej zajrzał do środka przez uchylone drzwi, natarczywie go ponaglając, Andreas boleśnie zdał sobie sprawę, że Bella ma rację. Musiał wracać do pracy i musiał ją tu zostawić. Bo jeśli ktoś przez jego opieszałość tego dnia umrze, dziewczyna nigdy mu tego nie wybaczy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Drewniana belka nie była zbyt szeroka i dziewczyna czuła, jak boleśnie wbija się w jej plecy. Jej związane za głową ręce były unieruchomione w taki sposób, że oplatały drewno od spodu. Nogi miała szeroko rozsunięte, a jej pośladki odrobinę wystawały. Nagą skórę drażnił nieprzyjemny chłód. – Bella mia – zamruczał stojący nad nią chłopak, przesuwając dłońmi po jej alabastrowych udach. W tym wypadku słowa te miały podwójne znaczenie. Dotknął jej brzucha, piersi, sterczących sutków, lekko rozchylonych warg. Była jego. Należała do niego. Mógł z nią zrobić co tylko chciał. Jej oczy zrobiły się wielkie z przerażenia, gdy sięgnął po stojący na stole, potrójny świecznik. – Nie, proszę… – jęknęła błagalnie. Uśmiechnął się do niej chłodno. Jedną ze zgaszonych świeczek powoli wsunął między jej nogi. Kolejną wetknął w pupę, rozsuwając pośladki Belli. Ignorował jej przyspieszony oddech, to jak przymknęła oczy. Zignorował również drżenie jej ciała i łzy. Trzecią z nich zapalił, odstawiając z powrotem świecznik na stół. Zbliżył się z nią i przechylił nad ciałem dziewczyny. Krzyknęła, gdy pierwsza kropla gorącego wosku skapnęła na jej brzuch. Następne pojawiały się coraz gęściej. Brzuch, piersi, łono. Dziewczyna cicho łkała, a on czuł jak narasta w nim coraz większe podniecenie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bolała go nadwyrężona szczęka. Czemu do cholery ten dupek mu przywalił? Czy uznał, że to on coś zrobił Belli? Był wściekły na niego, wściekły na nią, wściekły na cały świat, a przede wszystkim na samego siebie. Nie powinien był jej zostawiać samej. Mógł z nią od razu porozmawiać. Mógł jej pilnować. Mógł cokolwiek… choć w dalszym ciągu nie miał pojęcia co. Czy ona również śniła te same sny? Coraz mocniej zaczynał w to wierzyć, bo jeśli nie, to czemu by się w ten sposób zachowywała? Żałował teraz, że nie ma auta. Oczywiście rodzice kupili mu samochód. Kupowali mu wszystko co chciał, chyba głównie po to by zagłuszyć wyrzuty sumienia spowodowane tym, że ciągle ich nie ma. Choć może wcale takich wyrzutów nie mieli, a kupowali po prostu dlatego, że było ich na to stać. Christopherowi było wszystko jedno. Nie miał auta, bo sam je rozbił i zrobił to specjalnie. Chciał zwrócić na siebie uwagę. Teraz bardzo tego żałował. Zwłaszcza, że idiotyczny wyczyn poszedł na marne, a ojciec kazał mu po prostu wybrać nowe, na które teraz czekał. Szybko wybrał numer Jacka i z ulgą upewnił się, że jego kumpel ciągle bawi się w mieście, więc jeszcze nie chce zabierać swojego samochodu. Niemalże wybiegł z domu, by jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Gdy podał portierce swoje nazwisko, dostanie się do Belli okazało się wcale nie takie trudne i nie ważne było co mówiły przepisy. Wystarczyło jak oznajmił, że to jego przyjaciółka i bardzo mu na tym zależy. Gorzej zaczęło być dopiero, gdy już znalazł się w jej pokoju. Leżała blada w białej pościeli, która jeszcze tą bladość pogłębiała. Gdy otworzyła oczy i zobaczyła go, stojącego w progu, natychmiast odwróciła wzrok. – Hej… – zaczął niezbyt przekonany, zbliżając się do niej o kilka kroków. – Dobrze się czujesz? – zapytał głupio. Skinęła głową. Spojrzała na niego. Tym razem strach w jej oczach zastąpiła rezygnacja. – Co ze mną zrobisz? – zapytała cicho. Bezwiednie usiadł obok niej na łóżku. Instynktownie dotknął jej białej, lezącej na kołdrze dłoni. To było silniejsze od niego. Była taka delikatna… – Chcę tylko porozmawiać – odezwał się łagodnie. Prychnęła. Niczym kotek. Nawet to było urocze. – Dlaczego się mnie boisz? – próbował kontynuować rozmowę. Spojrzała na niego niedowierzająco. – To jakiś test? – zapytała. Mocniej chwycił jej rękę. – Bella, nie skrzywdzę cię, przyrzekam – zapewnił gorączkowo. – Nigdy nie mógłbym zrobić ci nic złego. Roześmiała się smutnym, dźwięcznym śmiechem. – Chyba nie uda ci się wymyślić nic gorszego niż to co już zrobiłeś – oznajmiła, odwracając się na bok, tak, by być odwrócona do niego plecami. – Bella… – ona jednak nie zareagowała już na żadne jego słowa. W końcu, któryś już raz z kolei wypraszany przez pielęgniarkę, poddał się i postanowił tego dnia dać jej już spokój. Jej słowa dźwięczały mu w głowie aż nazbyt wyraźnie. Nie wiedział jeszcze jak jej to wytłumaczy ani o co powinien zapytać, zdawał sobie jednak sprawę, że nie da rady tak tego zostawić. Za wszelką cenę będzie musiał sprawić, by jednak chciała z nim, choć jeszcze przez krótką chwilę, porozmawiać. Rozdział IV Krzyknęła. Gwałtownie usiadła. Jej serce uderzało w dzikim rytmie. Drżała. Teraz, gdy wiedziała, że był to tylko sen – złe wspomnienie – próbowała uspokoić oddech. Na próżno i ani odrobinę nie pomagała w tym szarość za oknem. Uchyliły się drzwi do jej pokoju. – Koszmarny sen? – zapytał stojący w progu chłopak, który miał na sobie jedynie luźne spodnie od piżamy. Uczucie ulgi, wywołane tym, że przyszedł z sąsiedniego pokoju pomogło jej się odrobinę uspokoić. Nieśmiało skinęła głową. – Zostać z tobą? – zapytał, podchodząc do jej łóżka. Spojrzała na niego z nadzieją i znów leciutko przytaknęła. Położyła się, a on wsunął się obok niej pod kołdrę. Przytulił się do jej pleców, wkładając rękę pod jej głowę, a drugą obejmując dziewczynę w pasie. Wtuliła się w niego niczym mały kotek. Zamknęła oczy, z nadzieją, że jeżeli uda jej się zasnąć, to tym razem nie będzie już śniła żadnych, głupich koszmarów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Andreas nie mógł przestać się martwić. Przez parę dni Bella nie chodziła do szkoły. W domu, a właściwie niewielkim mieszkanku, dziewczyna prawie nie opuszczała swojego pokoju. Już od kilku miesięcy mieszkała razem z nim i jego matką. do której zwracała się ciociu, choć tak naprawdę nie była jej ciocią. Znaczyła jednak znacznie więcej niż czasem mogłaby znaczyć rodzina. To była dziwna historia, a Bella właściwie pojawiła się znikąd. Ann była kobietą w późnym, średnim wieku. Od wielu lat pracowała w szpitalu jako salowa i naprawdę lubiła swoją pracę, choć ta niekiedy bywała bardzo męcząca. To tam pewnego dnia przywieziono dziewczynę, z którą nikt nie miał pojęcia co należy zrobić. Była wygłodzona i pobita, ktoś się nad nią fizycznie znęcał. Nie odzywała się ani słowem. Nosiła ślady po samobójczych próbach. Nie zgłosili się po nią żadni krewni. Gdy w końcu ktoś w jakiś magiczny sposób odnalazł jej metrykę, uzyskano informację, że matka dziewczyny nie żyje, a ojciec jest nieznany. Ona sama natomiast mieszkała do tej pory we Francji. Okazało się również, że jest jeszcze niepełnoletnia, ale już na tyle dorosła i po takich przejściach, że znalezienie dla niej rodziny zastępczej graniczyłoby z cudem. Najlepszym wyborem wydawał się być szpital psychiatryczny. To przed nim uratowali ją Ann i jej syn, Andreas. Nie chodziło o to, że Ann była po prostu sympatyczną kobietą. Coś, jakaś siła wyższa, zaczęło ją przyciągać do ciągle milczącej Belli. Za swój święty obowiązek uznała zaopiekowanie sie skrzywdzoną przez los dziewczyną. Każdego dnia rozmawiała z nią, nie uzyskując odpowiedzi. Przynosiła jej ciastka i jabłka. Potem, zaciekawiony historią matki, pojawił sie Andreas. To do niego pierwszego odezwała się Bella. Później, cały personel szpitala odetchnął z ulgą, gdy Ann poprosiła o opiekę tymczasową i zabrała dziewczynę do siebie do domu. Jej samej wydawało się to zdarzenie dość surrealistycznym, a jednak wiedziała, że nie potrafiłaby postąpić inaczej. Od tego czasu ani razu nie pożałowała swojej decyzji. Bella niewiele jadła i prawie cały czas spała. Andres nie potrafił namówić jej na wyjście z pokoju, a co dopiero z domu. Wcześniej dziewczyna robiła wszystko by nie być dla Ann ciężarem. Sprzątała, prała, prasowała, próbowała gotować, co nie zawsze dobrze jej wychodziło. Teraz nie robiła kompletnie nic i wyglądało na to, że znów stara się zamknąć w sobie. On jednak nie zamierzał jej na to pozwolić. – Musisz iść do szkoły – nalegał – będę cię odwoził, a potem przyjeżdżał po ciebie. Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził. – Nie dam rady – szepnęła, nie wstając z łóżka. Odwróciła się do niego bokiem. – Jeszcze nie teraz. – Jeśli nie teraz, to kiedy? – usiadł obok dziewczyny, odgarniając delikatnym gestem kasztanowe kosmyki z jej twarzy. Przytuliła się policzkiem do jego dłoni. Była jak odtrącony psiak, który potrzebował bliskości. – Nie wiem – przyznała. – Bella, jesteś silniejsza niż myślisz – oznajmił z pełnym przekonaniem. – Musisz wrócić do normalnego życia. Nie podniosła na niego wzroku, ukryła twarz jeszcze bardziej w poduszce. – Wrócę, tylko nie każ mi tego robić już teraz – wyszeptała błagalnie. Westchnął i spróbował wstać, ale ona nie puściła jego ręki. Uśmiechnął się smutno i położył za jej plecami, przytulając dziewczynę do siebie. Powinien wychodzić, ale chwilę jeszcze mógł z nią zostać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher snuł się bez celu. Bella po weekendzie nie przyszła do szkoły. Następnego dnia również nie. Za każdym razem, gdy widział kasztanowe włosy, serce podskakiwało mu do gardła, a chwilę później nadzieja pryskała niczym bańka mydlana. Sny nie minęły, a tylko nasiliły się jeszcze bardziej. Urywki, fragmenty tego co działo się z dziewczyną, a raczej tego co robił jej on sam. To było nie do zniesienia. Tym bardziej, że teraz nabrał irracjonalnej pewności, że ona dzieli te same sny. Świruska, wariatka, próbowała sie zabić – szepty po korytarzach rozchodziły się same. Jak to w niewielkich miasteczkach bywa każdy każdego znał przynajmniej z widzenia. Christopher miał ochotę komuś przyłożyć. Co stanie się jeżeli nie zaakceptują Belli, gdy wróci do szkoły? Jak zareaguje na to zbyt delikatna i nadmiernie wrażliwa dziewczyna? Na horyzoncie pojawił się wiecznie wesoły, rozgadany Jack. To jego w tym momencie najmniej chciał widzieć, ale również i jego właśnie potrzebował. – Słyszałeś już o Isabelli? No wiesz, tej nowej… – zaczął entuzjastycznie dzielić się informacjami. – Podobno próbowała się zabić. Trafiła do szpitala… – Jack! – Christopher przerwał mu stanowczo, odciągając go na bok. Przyjaciel spojrzał na niego pytająco. – To stało się u mnie… u mnie w domu – dodał na tyle cicho, żeby nikt inny nie usłyszał. – Co ona robiła u ciebie w domu? – oczy tamtego szeroko otworzyły się ze zdumienia. – Lubię ją. Zaprosiłem ją na obiad – rzucił półprawdę Chris. – Jeżeli ta sprawa wyjdzie na jaw… Załatwisz to? – spytał patrząc prosto na przyjaciela. Jack zrozumiał. Nigdy niczego nie trzeba było mu powtarzać dwa razy. Plotki to była jego specjalność. Choć nie rozprzestrzeniał ich sam, zawsze potrafił w cudowny sposób zmanipulować robiące to dziewczyny. – Jasna sprawa, ale będziesz mi winny naprawdę potężną przysługę – zapowiedział. – Co tylko sobie zażyczysz – westchnął, uwolniony od przynajmniej jednego problemu, Chris. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W lesie panował półmrok. On jednak coraz bardziej zagłębiał się między drzewa. W dłoni trzymał skórzaną smycz, w drugiej ręce natomiast miał podłużne opakowanie. W końcu uznał, że wystarczy. Zatrzymał się. Gdy spojrzał na idącą za nim na czworaka dziewczynę, ta natychmiast uciekła wzrokiem. Poza zapiętą na szyi obrożą, była zupełnie naga. – Nie ruszaj się – polecił, a ona posłusznie zatrzymała się w miejscu. Ukucnął. Przesunął dłonią po jej wciąż zaczerwienionych od chłosty pośladkach. Wyczuł, że ze wszystkich sił stara się nie wzdrygnąć ani nie odsunąć. Jęknęła, gdy jego dłoń powędrowała między jej nogi, a on gwałtownie włożył w nią palce. Przez chwilę nimi poruszał, a potem podsunął dziewczynie do oblizania. – Zobacz, jaka jesteś słodka – zamruczał, gdy posłusznie wzięła je do ust. Odsunął dłoń i otworzył pudełko, z którego wyjął związane razem zimne ognie. Końcówki wcisnął w jej, odrobinę teraz wilgotną, szparkę. Drugą, sterczącą ku górze, niczym ogon, stronę podpalił. Drżała. W jej oczach widział przerażenie. Zimne ognie zaczęły sypać iskrami. Coraz gęściej i coraz bardziej widowiskowo. Lodowate, naelektryzowane iskry opadały na jej plecy, nogi i pośladki, nieprzyjemnie szczypiąc, a ona bała się poruszyć. Poczekał aż się zupełnie wypalą i dopiero wtedy wyjął z niej poczerniałe, bezużyteczne już patyki. – Rozepnij mi spodnie – rozkazał lekko zachrypniętym z podniecenia głosem. Posłuchała. Uklęknęła przed nim. Rozpięła mu rozporek, uwalniając sterczącego, gotowego do akcji członka. – Zrób mi loda – wydał kolejne polecenie. Widział, jak dziewczyna walczy sama ze sobą. W dalszym ciągu się jeszcze nie poddała. To tylko podnieciło go jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Wzięła do ręki jego męskość. Najpierw zaczęła lizać samą główkę, potem przesuwała językiem od nasady aż po czubek. Wreszcie wsunęła go sobie do ust. Wszedł niemal do połowy. Zaczęła poruszać głową, jednocześnie pieszcząc czubek językiem. Przytrzymał jej włosy i nadał własne tempo. Po pewnym czasie chwycił mocniej, unieruchamiając głowę dziewczyny przy swoich lędźwiach. Skończył pozostawiając w jej ustach słodkawo-słony płyn. Z trudem przełknęła, a on dopiero wtedy ją puścił. Odsunął się od niej, schował ciągle jeszcze sterczący członek i zapiął spodnie. Niezbyt mocno pociągnął za smycz. – Grzeczna dziewczynka – zamruczał, głaszcząc jej włosy, a potem ruszył w powrotną drogę, prowadząc ją za sobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Prawie cały dzień spędziła sama, więc gdy tylko otworzyły się drzwi wejściowe, z entuzjazmem podbiegła by przywitać się z Andre. Zamarła w pół kroku. Chłopak, który przeszedł przez próg wyglądał strasznie. Pogniecione, podarte ubranie, zadrapania, kilka szwów. – Co się stało? – zapytała przerażona. – Nic specjalnego – mruknął wyraźnie niechętny by o tym mówić. Zdjął buty i ciężko opadł na stojącą w niewielkim salonie, wytartą, ciemnozieloną kanapę. Otrząsnęła się z pierwszego szoku i natychmiast usiadła obok niego, oplatając ramionami jego szyję. Przytuliła się do niego mocno, ale natychmiast odskoczyła, gdy syknął z bólu. Uśmiechnął się do niej ponuro. – Wybacz – westchnął przyciągając ją do siebie z powrotem. Tym razem była znacznie delikatniejsza i tylko oparła głowę na jego ramieniu, kuląc się obok. – Co ci się stało? – powtórzyła cichutko swoje pytanie. Przez dłuższą chwilę milczał, ale wiedziała, że jej powie. Jeśli wymagał od niej by dzieliła się z nim swoimi problemami, nie mógł przed nią ukrywać własnych. – W sumie, to sam nie wiem – przyznał niechętnie, jakby zawstydzony. – Kiedy wychodziłem z pracy, szło za mną kilku podejrzanie wyglądających typów. Dopadli mnie i zrobili to co widzisz… – kontynuował z coraz większą niechęcią. – Powiedzieli, że to ostrzeżenie, tylko nie mam pojęcia przed czym i za co… Potem wróciłem do szpitala, Karl mnie opatrzył i odwiózł do domu. Bella zapomniała, że trzeba oddychać. Ona była pewna, że wie o co chodzi. Więc nie tylko ją odszukał, nawet i tutaj… Znalazł również sposób by znów była jego. – Wiesz, miałeś rację – szepnęła cichutko. – Chyba nie mogę wiecznie się ukrywać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Odetchnął z ulgą, gdy pojawiła się w szkole. Nie wiedział co wymyślił Jack, ale zadziałało. Rówieśnicy nie drwili z dziewczyny, nie szeptali po kątach. Zamiast tego pojawiły się współczujące spojrzenia i grono przymilnych koleżanek. Co prawda Bella sprawiała wrażenie jakby chciała od nich uciec, ale i tak było to lepsze od wytykania palcami. Gdy rozważał co zrobić, by móc porozmawiać z nią sam na sam, jednocześnie nie płosząc dziewczyny, ona sama do niego podeszła. Orzechowe oczy płonęły. Niemalże wepchnęła go do pustej klasy. Zbyt zaskoczony by jakkolwiek zareagować, z wrażenia oparł się plecami o jedną z ławek. – Nigdy więcej tego nie rób! – odezwała się pewnie, rozkazująco, co zupełnie nie pasowało do roztaczanego przez nią wizerunku spłoszonej, nieśmiałej osóbki. Zamrugał. Pytająco spojrzał na dziewczynę. Zdał sobie sprawę, że jej chwilowa pewność siebie była jedynie maską. Wpatrywała się w niego ze strachem, jakby przerażona tym co przed chwilą powiedziała. – Czego mam nie robić? – zapytał łagodnie. – Zostaw Andre w spokoju – to już nie był rozkaz, a raczej rozpaczliwe błaganie. – Zrobię wszystko co zechcesz, tylko go do tego nie mieszaj. Christophera zamurowało jeszcze bardziej. Czego ona od niego chciała i kim do cholery był Andre? Milczenie okazało się błędem. Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Podeszła do niego bliżej. Ramionami oplotła jego szyję. Normalnie sięgała mu ledwie do ramienia, teraz jednak gdy opierał się tyłem o ławkę, ich twarze znalazły się na równej wysokości. Ich usta dzieliły od siebie centymetry. – Proszę – wyszeptała, znajdując się tak blisko. Jej ciało dotykało jego ciała, jej usta znalazły się przy jego ustach, a on poczuł jak płonie. Nie było myśli, nie było świata, nie było niczego poza nią. Gdy go pocałowała, przyciągnął ją do siebie stanowczo. Namiętnie, gorliwie odwzajemnił pocałunek. Smakowała tak słodko. Upojnie… Gdy wreszcie się od siebie odsunęli, z trudem łapał oddech. Poczuł jak niewygodnie zrobiły się, zbyt ciasne w tym momencie, dżinsowe spodnie. Bella opadła na podłogę, klękając przed nim. Drobnymi dłońmi, o smukłych palcach, sięgnęła do jego rozporka. Oprzytomniał. – Zwariowałaś?! – niemalże warknął, chwytając ją za ramiona i podnosząc do góry. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem. – Zrobiłam coś nie tak? – zapytała niepewnie. Miał ochotę walić głową o ścianę. Był pewien, że jeżeli zaraz nie ochlapie się zimną wodą, to jej na to pozwoli. Budziła w nim tak silne uczucia… I to piekielne, palące pragnienie. Przyciągnął ją do siebie. Przytulił, głaszcząc jej włosy. Ze wszystkich sił starał się zebrać w sobie i w jakiś sposób uspokoić. Rozdział V Chciała się z nim spotkać. Po szkole. Było jej wszystko jedno gdzie. Skąd ta nagła zmiana? Wcześniej próbowała go unikać. Zdawało mu się, że panicznie się go boi, a teraz… zachowywała się tak, jakby była jego dziewczyną. Na korytarzu odnalazła jego rękę i wsunęła w nią swoją drobną dłoń. Na każdej przerwie, gdy mieli oddzielne lekcje, przybiegała pod drzwi jego klasy. Chodziła za nim niczym cień. Christopher już się zdążył kompletnie pogubić i po prostu jej na to wszystko pozwalał. Umówili się na wieczór w kawiarni, ale on miał nieco większe plany. Nareszcie dostał nowy samochód, mógł więc zaprosić Bellę na przejażdżkę za miasto. Wycieczkę, na której wreszcie będzie mógł z nią spokojnie porozmawiać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Znów na chwilę udało jej się przysnąć. Mimo skrajnego wyczerpania te drzemki jednak nie trwały zbyt długo. Męczyła się tak przez całą noc. Ręce miała wyciągnięte nad głową, związane w nadgarstkach i przymocowane do ramy szerokiego łóżka. Na początku zdrętwienie było tylko uporczywe, teraz jednak po prostu koszmarnie ją bolało. Na nagim ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie było zimno, ale chłód poranka był wystarczająco nieprzyjemny. Między złączonymi nogami czuła twardość sztucznego członka. Pragnęła się go pozbyć, skulić się otulając własnymi ramionami. Teraz jednak pozostawało jej tylko czekać. Cierpliwie wytrzymać do czasu, aż leżący obok niej chłopak się obudzi. Gdy wreszcie otworzył oczy, znów powrócił strach. Na jej widok uśmiechnął sie aroganckim, leniwym uśmiechem. Wysunął spod kołdry dłoń, a ta zaczęła błądzić po jej naprężonym ciele. – Bonjorno, Bella – przywitał się uprzejmym, zmysłowym głosem. – Dobrze spałaś? Nie odpowiedziała, a on się tym nie przejmował. Odrzucił na bok kołdrę, przesunął się nieco w górę i rozwiązał jej ręce. Nie potrafiła powstrzymać westchnienia ulgi. Jego usta znalazły się na jej szyi. Całował dekolt dziewczyny, później powędrował niżej, ku jej piersiom, które jednocześnie pieścił dłońmi. Był delikatny, niemalże łagodny. Posłusznie leżała, poddając się jego pieszczotom. Zadrżała, gdy jedna z jego rąk przesunęła się jeszcze niżej, gładząc znajdujące się między jej nogami, wrażliwe miejsce. Powoli zaczął z niej wysuwać drażniącą jej wnętrze zabawkę. Odłożył ją na bok, a sam zsunął się niżej, leniwie całując jej podbrzusze, a potem łono. Językiem zaczął pieścić najbardziej intymne miejsca. Wbrew sobie poczuła podniecenie. Kiedy zaczęła myśleć, że zaraz oszaleje, on nagle przestał. Przetoczył się na plecy, splatając pod głową ręce. Zaprezentował swoją sterczącą w całej okazałości męskość. – Chcę, żebyś na mnie usiadła – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. Posłuchała. Strach przed tym, co mogłoby się stać, gdyby nie wykonała jego rozkazu, dławił ją w gardle. Wpatrywał się w nią intensywnie, wyraźnie zadowolony. Powoli zaczęła się poruszać. Oswobodził dłonie, by położyć je na jej biodrach i nadać ruchom dziewczyny odpowiedni rytm. Czuła go w sobie aż nazbyt mocno. Wypełniał ją całą, a jej zdradzieckie mięśnie same zaciskały się na jego członku jeszcze bardziej. Rozkosz mieszała się z bólem, ale posłusznie nie przestawała się poruszać. Jedna z jego rąk powędrowała ku jej piersi. Przymknęła oczy. Straciła poczucie rzeczywistości. Czas nie miał znaczenia. Przez jej umysł przestały płynąć jakiegokolwiek myśli. W pewnym momencie przyciągnął ją do siebie, oplatając ramionami, tak, że się na nim położyła. Teraz to on zaczął się poruszać, coraz szybciej i mocniej wsuwając się w jej wnętrze. Wtuliła twarz w jego szyję. Zadrżała pod wpływem tego cudownego uczucia, którego wcale nie chciała przy nim czuć. Oddech chłopaka przyspieszył. Poczuła, że on również kończy. Jeszcze kilka mocnych pchnięć i powoli się z niej wysunął. Zamknął ją w stalowym uścisku swoich ramion, a ona wtuliła się w niego niczym mała dziewczynka. Przez chwilę wydawało jej się, że jest zupełnie tak jak kiedyś. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, jak szybko on rozwieje te złudne, naiwne marzenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kurczowo zaciskała dłonie. Tak bardzo bała się spóźnić, że w rezultacie przyszła pół godziny za wcześnie. Teraz siedziała nad kubkiem, w tym momencie juz zupełnie zimnego, waniliowego latte. Gdy w drzwiach ujrzała zarys jego smukłej sylwetki, natychmiast poczuła paniczny strach. Starała się wolno i głęboko oddychać. Nie zrobi jej krzywdy. Nie ośmieli się. Nie tutaj. Zobaczył ją. Jego przystojną twarz rozjaśnił przyjazny uśmiech. To był on, ale wyglądał zupełnie jak nie on. To znaczy… jego ciemne włosy w dalszym ciągu pozostawały krótko ścięte, oczy miały tą samą, szaroniebieską – niemalże srebrzystą barwę, szerokie ramiona zasłonięte były czarną koszulką. Na nogach miał grafitowe dżinsy i adidasy w podobnej kolorystyce. To wszystko było dokładnie takie samo. Tylko to jego niepewne spojrzenie zupełnie Belli nie pasowało. Ani jaśniejące na jej widok oczy i łagodność, którą w nich odnalazła. Christopher Sariel jakiego znała był podły, zimny i wyrachowany, natomiast ten chłopak… Nie! To jakaś podła sztuczka. Znów stała się jego zabawką, ale tym razem się nie podda. Może ją mieć, zrobić z nią co zechce, ale nie zniszczy jej psychicznie. Nie po tym, gdy z tak wielkim trudem to wszystko w sobie odbudowała. – Hej, długo na mnie czekasz? – zapytał z brzmiącym w głosie poczuciem winy, jakby przeszkadzało mu to, że to nie on pojawił się pierwszy. – Nie – skłamała, starając się oderwać od niego wzrok. – Przynieść ci coś? – zaproponował uprzejmie. Przecząco pokręciła głową, a potem przyszło jej na myśl, że być może to go urazi. – Właściwie to… – patrzyła na niego niezdecydowana, bojąc się, że udzieli złej odpowiedzi. Christopher westchnął. – Nie pogniewasz się, jeśli sam coś wybiorę? – znów obdarzył ją tym swoim ciepłym, czarującym uśmiechem. – Zanotowałem już sobie w pamięci, że nie jadasz mięsa. Przyrzekam. – Dobrze – przytaknęła mu z ulgą, nie mogąc zrozumieć jego zachowania. Wyglądało to zupełnie tak, jak gdyby się o nią martwił… Gdy odszedł od stolika, z całej siły wbiła paznokcie w wierzch własnej dłoni. Musi być dzielna. Musi wszystko wytrzymać. Nie może pozwolić na to, by przez nią ktokolwiek skrzywdził osoby, które pokochała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Jej strach urósł do gigantycznych rozmiarów w momencie gdy Christopher zaproponował wycieczkę. Myślała – była przekonana, że udało jej się uciec, a teraz koszmar zaczynał się od początku. W samochodzie siedziała spięta, milcząca. W tle grała cicha muzyka z radia. Chłopak również się nie odzywał. Po półgodzinnej drodze zatrzymał się na niepozornym, leśnym parkingu. Bella wysiadając z auta starała się nie drżeć. Zauważył to, mimo jej starań. – Zimno ci? – zapytał z troską. Tego wieczoru starała się wyglądać ładnie. Miała na sobie niebieską, sięgającą kolan sukienkę i białe zakolanówki ozdobione kokardkami w nieco jaśniejszym odcieniu błękitu. Na ramiona narzuciła mięciutki, cienki, srebrzysty sweterek, ale nie – nie było jej zimno. To strach sprawiał, że drżała. Przecząco pokręciła głową, gdy uporczywie nie spuszczał z niej wzroku. Wziął ją za rękę. To było takie naturalne. Wolnym krokiem ruszyli przez las, by chwilę później znaleźć się nad jeziorem. Christopher zatrzymał się na pomoście. Wiosna była w tym roku wyjątkowo ciepła, a wieczór pogodny. Usiedli na drewnianych, pachnących żywicą deskach. Wciąż nie spuszczał z niej wzroku, a ona, o ile to tylko możliwe, bała się coraz bardziej. Wyglądało na to, że chłopak nad czymś się zastanawia. – Czy będziesz odpowiadała na moje pytania? – zaczął po dłuższej chwili milczenia. – Tak – zgodziła się automatycznie. Siedzieli po turecku naprzeciwko siebie. Schował jej drobne dłonie w swoich rękach. – Skąd mnie znasz? Spotkaliśmy się kiedyś? Kim według ciebie jestem? Dlaczego się mnie boisz? – wyrzucił z siebie. Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę chciał, żeby mu odpowiedziała? To jakaś nowa gra? Test? Co jej zrobi jeśli nie odpowie? Głęboko zaczerpnęła powietrza. – Nazywasz się Christopher Sariel i przez ostatnie dwa lata mieszkałeś we Francji, ale z pochodzenia jesteś Włochem – zaczęła cicho, a on jej nie przerywał. – Nasi rodzice się przyjaźnili, a konkretniej moja mama z twoimi rodzicami. Chyba od zawsze. My również – dodała nieco mniej pewnie. – Potem moja mama zachorowała i umarła, a wy zabraliście mnie do siebie. Kiedy pojechałeś do Francji, wyjechałam razem z tobą, a wujek i ciocia zostali na Sycylii. Zakochałam się w tobie, a ty chyba we mnie – do oczu napłynęły jej łzy. Postanowiła skrócić historię do jednego zdania, ponieważ mówienie o tym sprawiało jej zbyt duży ból. Miała nadzieję, że nie będzie wymagał niczego więcej. – Przez rok byłam szczęśliwa, a potem wszystko się zmieniło. Ty się zmieniłeś. Twoja rodzina ma posiadłość na Lazurowym Wybrzeżu. Tam właśnie mieszkaliśmy. Odprawiłeś prawie całą służbę. A potem… – mimo że do tej pory patrzyła bezpośrednio na niego, teraz spuściła wzrok i wbiła go w deski pomostu. – Potem zacząłeś robić te wszystkie rzeczy. Uciekłam – dodała jeszcze ciszej – ale ty mnie i tak znalazłeś. Jest dokładnie tak jak mówiłeś. Przed tobą nie da się uciec. Nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Gdy znów na niego spojrzała, Christopher wyglądał jakby opadła mu szczęka. Coś było nie tak, ale ona nie miała pojęcia co to takiego. – Większość tych rzeczy się zgadza – odezwał się w końcu. – To znaczy rzeczywiście nazywam się Christopher Sariel i dwa lata temu przeprowadziłem się z Sycylii. Tylko, że razem z rodzicami. Do Stanów. Do Kaliforni. Do Fresno. Natomiast ciebie od roku widzę w moich snach – skończył niezbyt pewnie. – Nigdy cię wcześniej nie spotkałem. Bella nie rozumiała zasad tej gry. O co mu tym razem chodziło? Czemu to robił? – Mhm – przytaknęła na wszelki wypadek. – Bella, popatrz na mnie – poprosił, a ona spełniła polecenie. Nieco mocniej ścisnął jej dłonie. – Nie jestem osobą, która cię skrzywdziła. Nigdy bym nie zrobił niczego wbrew twojej woli. Nigdy nie mógłbym zrobić ci nic złego. Rozumiesz? Jego głos był natarczywy, pełen pasji. Jakby to co mówił było bardzo ważne. Sytuacja wydała jej się surrealistyczna. Gdyby tak się nie bała, zapewne wybuchłaby śmiechem. Teraz jednak po prostu to przemilczała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Odwiózł ją do domu, w jej głowie pozostawiając mieszaninę szybko wirujących myśli. Nie wierzyła mu. Ani przez chwilę. Tylko, że całym swoim sercem pragnęła mu uwierzyć. Może coś się stało? Może stracił pamięć? Może teraz był kimś zupełnie innym? Nie! To tylko podła gra, kolejny pomysł na to, by ją skrzywdzić. Wiedziała, powtarzała sobie w duchu, że tych właśnie myśli musi się trzymać, inaczej uda mu się kompletnie ją zniszczyć. Otworzyła drzwi i nie podnosząc wzroku weszła do mieszkania. – Gdzie byłaś?! – ulga w głosie czekającego na nią Andre mieszała się z naganą i pretensją. Nie zdążyła jeszcze dobrze wejść do środka, gdy chłopak chwycił ją w ramiona i przyciągnął do siebie. Wtuliła się w niego niczym mała dziewczynka, pozwalając mu na to, by dłuższą chwilę obejmował ją ramionami. – Nie martw się o mnie – uśmiechnęła się do niego blado, patrząc mu w oczy, gdy odrobinę ją od siebie odsunął. – Niby jak mam się nie martwić? – zapytał zirytowany. – Odebrałem cię ze szkoły i przywiozłem tutaj, potem poszedłem do pracy, a ty w międzyczasie zniknęłaś. Bałem się o ciebie – przyznał już nieco ciszej. – Przepraszam, umówiłam się z przyjacielem – Bella mimowolnie zastanowiła się jak często teraz będzie musiała kłamać. Spojrzał na nią podejrzliwie, ale w żaden sposób tego nie skomentował. – Informuj mnie o swoich planach, proszę – jego głos brzmiał w taki sposób, że nie była pewna czy to rozkaz czy błaganie. – Dobrze, spróbuję – obiecała, wcale nie mając pewności na ile będzie w stanie dotrzymać danej mu obietnicy. Rozdział VI Nigdy nie myślała o Andre w ten sposób, to znaczy nie, że jest przystojny. Opiekował się nią, martwił. Był jej aniołem stróżem. Przyjacielem. Bratnią duszą. To było coś w rodzaju olśnienia. Głupiego i bardzo niechcianego. Do tego spłynęło na nią w najgorszym, możliwym momencie. Zabrał ją na plażę, nad morzę. Siedziała skulona na kocu podczas gdy on brodził w wodzie. Z koleżankami. Z wpatrzoną w niego Jane. Złotowłosą, opaloną i naprawdę śliczną. Od czasu do czasu było słychać ich wesoły śmiech. Miał na sobie szorty. Szerokie plecy chłopaka osłaniała ciemnoniebieska koszulka. Skrzywiła się na myśl, że zakrywa całkiem świeże, nieprzyjemne siniaki. W wyobraźni widziała jego roziskrzone, szarozielone oczy. Dlaczego to przy niej nigdy nie mógł się w ten sposób śmiać? Wiedziała dlaczego. Przynosiła ze sobą same problemy, kłopoty, zmartwienia. Ona sama prawie nigdy się nie śmiała, więc dlaczego ktokolwiek miałby to robić przy niej. Patykiem rysowała na pisku zawiłe wzory. Idiotka. Głupia, głupia, głupia idiotka. Ma przecież większe problemy niż jakaś tam durna zazdrość. A Andre… nie chciała o nim myśleć. Nie teraz. Nie miała zamiaru płakać przy jego przyjaciołach, a do oczu cisnęły się jej niechciane łzy. – Bella? – podbiegł do niej, kucając przed dziewczyną. Boleśnie zdała sobie sprawę, że uśmiech zupełnie zniknął z jego twarzy. – Nie jest ci zimno? – zapytał zatroskany. Chciała zaprzeczyć, ale on już podnosił swoją, leżącą obok niej na kocu, bluzę. Okrył nią odsłonięte ramiona dziewczyny. Dopiero teraz zauważyła, że pojawiła się na nich gęsia skórka. Przeklęła w duchu swoją delikatność. Nie chciała być taka. Wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę, albo lalkę. Marzyła o tym, by być taka… podniosła wzrok by napotkać rozbawione spojrzenie opierającej się dłonią o ramię Andre złotowłosej dziewczyny… chciała być taka jak Jane. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella wyglądała jakby sama nie wiedziała czy czuje się bardziej zadowolona czy winna. Spojrzała zachłannie na gofra z polewą toffi, którego dla niej kupił. Jego przyjaciele poszli zwiedzać nadmorskie jaskinie, a on nie miał zamiaru ciągnąć tam zmarzniętej dziewczyny. Dlatego się rozdzielili, a Belli najwyraźniej to odpowiadało. Jemu zresztą także. Dziewczyna jadła tak, jakby za chwilę ktoś miał jej tego gofra zabrać. Wcale nie jak dobrze ułożona, schludna panienka, na którą zazwyczaj wyglądała. Nie mógł powstrzymać śmiechu gdy nieco słodkiego sosu skapnęło na jej podbródek. – No co? – spytała zirytowana, próbując się oblizać. – Teraz będziesz słodka – Andre nie przestawał się śmiać. – Ja zawsze jestem słodka – mruknęła w odpowiedzi wkładając do buzi resztę ciasta. Zaczęła szukać w plecaku chusteczek, ale on ją uprzedził. Przysunął się bliżej i oblizał miejsce, w którym pojawiła się plamka z toffi. – Ej! – wydała z siebie okrzyk zaskoczenia. Andre się zmieszał. To był impuls. Nie planował tego. Po prostu zawsze była tak blisko… taka śliczna i pełna uroku… Tylko, że nie powinien był. Na chwilę zapomniał o tym przez co Bella przeszła i że z założenia miał być jej przyjacielem i… nikim więcej. – Tak? – roześmiał się nieszczerym śmiechem, odsuwając nieco. – Jesteś nie tylko słodka, ale również naprawdę smaczna – oznajmił, za wszelką cenę starając się obrócić to niefortunne zajście w żart. Przeklinał się w duchu, błagając by dziewczyna znów nie zamknęła się w sobie. Nie przy nim. Bella westchnęła, a jej orzechowe oczy nieco przygasły. Andre z trudem przełknął ślinę. Już chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć się, przeprosić, ale wtedy ona wstała. Wzięła go za rękę. – Przejdziemy się brzegiem? – poprosiła cicho. Z ulgą dołączył do dziewczyny, która najwyraźniej nie miała mu za złego tego co zrobił. Wiedział, że będzie się musiał bardziej pilnować. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby zrobił jej jakąkolwiek krzywdę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Dręczyło ją poczucie winy. Jane dawała tak wyraźne sygnały zainteresowania Andre, że nawet ślepy by zauważył. Kiedy jednak zaproponowała mu wspólne wyjście, on po prostu odmówił, choć doskonale się przy niej bawił. Zrobił to, ponieważ czuł się w obowiązku nią opiekować, a ona… ona tego nie chciała. Gdy już wreszcie udało jej się zasnąć, znów obudziła się z krzykiem. Koszmarne sny chyba już nigdy nie przestaną być jej towarzyszami. Andre, odrobinę zaspany, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i tym razem pojawił się w jej pokoju. Położył się tuż za jej plecami, przyciągając do siebie roztrzęsioną dziewczynę. Odgarnął z jej twarzy włosy, które niesfornie wysunęły się z luźnego warkocza. – Spróbuj zasnąć – poprosił, przytulając do jej głowy szorstki policzek. – Nie chcę spać – odpowiedziała mu ciągle jeszcze lekko drżącym głosem Bella. – Więc co byś chciała? – zapytał lekko sennym mruknięciem. Bella boleśnie zdawała sobie sprawę jak jest jej teraz dobrze, bezpiecznie, wygodnie i ciepło. Uwielbiała bliskość Andre. Potrzebowała jej teraz jak powietrza. To on pilnował dla niej tej cienkiej granicy między utratą zmysłów, a rzeczywistością. – Nie musisz być przy mnie cały czas – jej słowa były idealnym zaprzeczeniem tego, czego naprawdę by chciała. – To znaczy – wyjaśniła zakłopotana – przykro mi, że z mojego powodu zrezygnowałeś z randki. – Randki? – zdziwił się Andre. – Spotkania na które zapraszała cię Jane – westchnęła cicho dziewczyna. Chłopak roześmiał się dźwięcznie. – Przepraszam, że tak to odebrałaś – mruknął. – Po prostu uznałem, że jesteś dobrą wymówką. Nie chciałem się z nią spotykać. – Nie chciałeś? Dlaczego nie chciałeś? – zaskoczenie Belli było tak wielkie, że nie zdążyła ugryźć się w język. – Nie jestem nią zainteresowany – oznajmił stanowczo. – Więc kim jesteś? – zdziwiła się sama sobie jak bardzo jest przy nim odważna, jak mocno się otwiera. Znów się roześmiał, ale nie udzielił jej odpowiedzi. Przylgnęła do niego jeszcze bardziej i wtedy właśnie to poczuła. Jego twardy członek otarł się o jej wypięta pupę. Cienkie, luźne spodnie od piżamy nie zdołały ukryć wypukłości. Zorientował się, że zauważyła. – Cholera, Bella, ja przepraszam… – mruknął, odsuwając się od niej nieznacznie. Skrzywił się gdy na niego spojrzała. – Zawsze kładłem między nami kołdrę… – usprawiedliwił się zawstydzony. Patrzyła na niego niedowierzająco, a potem to ona się roześmiała. Z dziwną ulgą i nietypową dla niej wesołością. – Wiesz, nie jestem małą dziewczynką – oznajmiła mu buntowniczo. – Nie jestem też porcelanową lalką. – Wiem – przyznał niepewnie, nie mając pojęcia do czego ona zmierza – ale i tak jesteś ode mnie sporo młodsza. – Sporo? – ponownie się roześmiała. – Andre, ledwo co skończyłeś college. Dzielą nas może jakieś cztery lata. Szczupłymi palcami dotknęła jego policzka. Chwycił jej dłoń w swoją. – Bella, nie rób tego – poprosił nieco zachrypniętym głosem. – Dlaczego? – zapytała niewinnie, obserwując jak topnieje jego opór. Przynajmniej tyle mogła mu dać. Był to idealny sposób na to, by mu się odwdzięczyć za wszystko co dla niej zrobił. Otarła się o niego delikatnie. Nogą dotknęła jego nogi. Nie musiała nic więcej robić. To on ją pocałował. Nachylił się nad nią i pocałował. Delikatnie, ciepło. Oplotła ramionami jego szyję. Przyciągnęła go do siebie. Pogłębił pocałunek. Teraz stał się pełen pasji, namiętny. Poczuła w ustach jego język. Przymknęła oczy, mimowolnie porównując go do Christophera. To było zupełnie coś innego. Czystsze, wspanialsze. To napięcie w powietrzu, motyle w brzuchu, drżenie… Całą sobą czuła jak bardzo Andre na niej zależy. Po raz pierwszy odkryła, że nie tylko ona go potrzebuje – potrzebują siebie nawzajem. Jego ręka znalazła się pod jej piżamą, zaczęła błądzić po odsłoniętym brzuchu. Coś jednak było nie tak. Przerwał pocałunek. Spojrzał na nią. W jego wzroku ujrzała obawę i troskę. – Naprawdę tego chcesz? – zapytał zdecydowanie zbyt szybko oddychając. Czy on naprawdę musiał o to pytać? I psuć taki moment? Nie była niegrzeczną dziewczynką, ale dla niego… dla niego mogła być. W odpowiedzi oplotła nogami jego tułów, na powrót go do siebie przyciągając. Zadrżał. Tym razem już nie miał oporów by błądzić ręką pod jej piżamą. Jęknęła cicho gdy dotknął jej piersi. Tak czule… delikatnie… to było właśnie to, czego tak bardzo pragnęła. Jego usta delikatnie dotkały jej ust, by na moment oderwać się, znaleźć na jej szyi, przy uchu, a za chwilę znowu do nich powrócić. Jego dłonie zaczynały błądzić po jej ciele z coraz większa pewnością, a ona po prostu poddała się delikatnym pieszczotom. Powoli zdjął z niej piżamę, odrzucając ją na podłogę. Zsunął również swoje spodnie. Oplotła go ramionami. Całowała z równą pasją i gorliwością, z jaką on ją całował. Poczuła na brzuchu jego sztywny członek. Zadrżała z podniecenia. W tej chwili była już w stanie myśleć wyłącznie o nim. Jego usta znalazły się na jej piersiach. Palcami dotykał twardych sutków. Andre nie przestawał być delikatny i czuły, mimo że powstrzymywanie się musiało go kosztować wiele wysiłku. Przesunął dłoń na jej łono, jakby sprawdzając czy jest wilgotna. W końcu podniósł się tak, żeby być nad nią. W stłumionym świetle znajdujących się za oknem latarni widziała jego błyszczące, szarozielone oczy. Nie pamiętała o żadnych złych rzeczach, które jej się przydarzyły. Była tylko ona i on. Pragnienie. Ogień. Andre. – Jesteś piękna – wymruczał jej do ucha, powoli wsuwając się do środka. Ponownie oplotła go nogami. Przymknęła oczy, żeby nie czuć zażenowania, patrząc na niego. Przyglądał jej się z takim niesamowitym, niekłamanym zachwytem! Zaczął poruszać się coraz szybciej. Drżała, znajdując się pod nim. Mimowolnie wbiła paznokcie w jego szerokie ramiona. Nie zwrócił na to uwagi, ani na moment nie zwolnił. Wchodził coraz głębiej, silnymi, mocnymi pchnięciami, zupełnie jakby pragnął tego od dawna. Czuła coraz większą rozkosz. Nigdy wcześniej jej ciało tak na nikogo nie reagowało. Do tej pory nie spotkała się z tak silnymi odczuciami, z takim kompletnym zatraceniem. Nawet na początku z Christopherem nie było tak cudownie. Nawet dopóki nie zaczął… Nie chciała o tym teraz myśleć. Nie była w stanie myśleć. Pragnęła by istniał tylko Andre. I wtedy rozlało się po jej ciele to ciepłe uczucie, a świat się na chwilę zatrzymał. On jednak nie przestawał. Pragnął więcej. Otworzyła oczy i napotkała jego zachłanny wzrok. Z trudem powstrzymywała się od coraz głośniejszych jęków. Poczuła jak ciało chłopaka drży, jak z trudem łapie oddech. W końcu położył się obok, przyciągając stanowczo do siebie jej nagie ciało. Leżała w jego ramionach wsłuchana w przyspieszone bicie dwojga serc. – Kocham cię – wyszeptał tuż przy jej uchu. To było cudowne. Zarówno to co powiedział jak i to co się stało. Jego oddech sie wyrównał i zapadł w sen. Ona jednak nie mogła zasnąć. Leżała wtulona w jego ramiona, wpatrując się w panujący w pokoju mrok. Rozdział VII Wsunęła dłoń w jego rękę. Zaskoczony odwrócił się ku niej. Podeszła tak cicho, że w ogóle jej nie usłyszał. Właściwie to chyba nie było trudne. Stał zamyślony, a wokół panował zwyczajowy hałas i rozgardiasz. Ucieszył się z jej obecności. Ostatni raz widział ją gdy spotkali się w piątek po szkole, potem bez śladu przepadła na cały weekend. A teraz… teraz stała tu obok, po prostu, jak gdyby nigdy nic. Postanowił pozwolić, by to ona przerwała dzielące ich milczenie. Zrobiła to, gdy odruchowo splótł palce z jej palcami. – Co dzisiaj będziemy robić? – zapytała pogodnym głosem. Skrzywił sie nieznacznie. Jack planował na resztę dnia wagary. Było ciepło, mieli jechać nad jezioro, tyle, że w tym momencie on sam nade wszystko pragnął zostać w szkole. Z podążającą za nim wszędzie, niczym szczeniak, Bellą. Nie zdążył nic odpowiedzieć, bo jego drugiego ramienia znienacka uczepiła się kolejna dziewczyna. – Chodźcie, zwiewamy – zawołała wesoło. – O, Isabell też z nami jedzie? – tuż przy nich pojawił się Jack. – Fantastycznie, że udało ci się ją namówić. Spłoszona Bella mocniej ścisnęła jego dłoń. Opiekuńczo objął ją ramieniem, przytulił do siebie. – To Emily i Jack – przedstawił przyjaciół. – Planowaliśmy jechać nad jezioro – wyjaśnił – ale jeśli nie chcesz… – Nie, w porządku – uśmiechnęła się do niego leciutko. – Chętnie z wami pojadę. – No to spadamy – ponagliła ich Emily, chwytając za rękę Jacka i we czwórkę ruszyli na szkolny parking. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher westchnął. Jack i Emily dość szybko zajęli sie sobą, wiec on i Bella zostali sami. Naprawdę bardzo chciał zrozumieć, ale nie rozumiał. Ani tego co sobie wyjaśnili, ani tym bardziej własnych snów. Natomiast ona… ona zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Jakby znali się od lat. Jakby byli ze sobą. I oczywiście jakby się go panicznie bała. Choć w tym momencie Bella była radosna jak skowronek. Zachowywała się jak mała dziewczynka. Jakby na świecie nie istniały żadne problemy, a z pewnością nic złego nie mogłoby dotyczyć jej samej. – Zobacz jakie piękne! – roześmiała się, pokazując mu zebrane naręcze polnych kwiatów. Chwilę później usiadła na trawie, splatając z nich wianek. W wytartych dżinsach, które nosiła do szkoły, niebieskiej, krótkiej bluzeczce i z wplecionymi we włosy kwiatami wyglądała dość niecodziennie, a jednocześnie jej zachowanie i drobna postać były pełne uroku. Siedział oparty o pień zwalonego drzewa, przyglądając się jej z ciekawością. Była jak nimfa leśna. Kusząca i niedostępna. Tej nocy znów o niej śnił. Sen był tak niesamowicie realistyczny… Christopher nie mógł uwierzyć, że to co się w nim wydarzyło nie działo się naprawdę. Jednocześnie nigdy nie chciałby dopuścić do tego, żeby to co robił w tych snach Belli naprawdę się wydarzyło. Na chwilę przymknął oczy, a gdy je otworzył, ona była tuż obok niego. Uklęknęła przy nim. Dłonią dotknęła jego policzka, potem przesunęła nią po jego ciemnych włosach. Pochyliła się by go pocałować. Z trudem przełknął ślinę i zmusił się, by ją powstrzymać. – Chris, co to za gra? – w jej oczach zalśniły łzy. – Ja nie chcę w nią grać – szepnęła rozpaczliwie. – Proszę cię, powiedz mi co mam zrobić, żebyś mnie chciał… Przysunęła się bliżej, tak że teraz siedziała między jego rozstawionymi nogami. Była zbyt blisko, a na niego miało to zgubny wpływ. – Nie chcę cię skrzywdzić – odezwał się cicho, wiedząc, że jeżeli ona się nie odsunie, to on nie wytrzyma. Sama jej obecność działała na niego jak czerwona płachta na byka. Właściwie to nie potrzebował nawet obecności… wystarczyła sama myśl na jej temat. Teraz jednak, gdy była tak blisko, gdy go dotykała… czuł, że zaraz straci nad sobą kontrolę. – Pragnę cię – wyszeptała mu do ucha, obsypując jego twarz pocałunkami. Gdy odnalazła jego usta, przyciągnął ją do siebie stanowczym gestem. Przytulał ją, całował, dotykał. Nie zaprotestowała, gdy wsunął ręce pod jej bluzkę, zamiast tego odwdzięczyła się tym samym. Szczupłe dłonie dotykały jego brzucha, pleców, a potem zaczęły rozbierać go z longsleeva. Rozpiął jej koronkowy stanik, a ona zdjęła go, odrzucając na trawę. Palcami delikatnie przesunął po jej piersiach. Dotknął twardych, sterczących sutków. Niemalże fizycznie wyczuwał jej podniecenie. Całowała go bez opamiętania. Nie zwrócił nawet uwagi na to, kiedy zdążyła rozpiąć jego spodnie. Położył się na miękkim mchu, a ona usiadła na nim. Pozbyła się zarówno jego jak i swoich dżinsów. Christopherowi przemknęło przez myśl, że ktoś ich może zobaczyć, ale już po chwili zupełnie o tym zapomniał. Cały świat przestał istnieć. Jego rzeczywistością była teraz Bella. Dziewczyna o orzechowych oczach, w których płonął ogień. Był podniecony do granic możliwości. Gdy ujęła w rękę jego sterczący członek, pomyślał, że za chwilę zwariuje. Uniosła się odrobinę, a potem powoli na nim usiadła. Nie był w stanie tego wytrzymać, mimowolnie zaczął poruszać biodrami. Poczuł na skórze lepką wilgoć jej wnętrza. Był w niej i było to cudowne uczucie. Pasowali do siebie idealnie. Ona była jego częścią. – Bella – wyszeptał jej imię, dłońmi przesuwając po perfekcyjnym ciele dziewczyny. Na chwilę położyła się na nim, delikatnie przygryzając płatek jego ucha. Pocałowała go w usta, a potem znowu usiadła. Uśmiechnęła się, z rozmarzeniem wpatrując się w jego oczy. Przesunął dłonie na jej uda, wzdychając. Poruszała lekko biodrami, ale on czuł, że to zbyt wolno. Chciał… pragnął… musiał mieć więcej! Jego ciało krzyczało z rozpaczliwego pożądania. Dłonie, którymi do tej pory pieścił jej uda i pośladki, przesunął na biodra dziewczyny. Dostosował jej rytm do swojego, nie mogąc powstrzymać się od własnych ruchów. Jej duże oczy zrobiły się jeszcze większe i bardziej zamglone. Nie była w stanie powstrzymać cichych jęków i westchnień. Położyła się na nim, jedynie delikatnie unosząc głowę, tak by jej twarz była naprzeciwko jego twarzy, a on jej na to pozwolił, nie przestając się w niej poruszać. – Śniłem o tobie, śniłem o tym – wpatrywał się w jej rozanielone oczy i dopiero teraz nabrał całkowitej pewności, że do niczego dziewczyny nie zmusza. Christopher przytulił ją do siebie jedną ręką, drugą dotykając jej piersi. Teraz poruszali się we wspólnym rytmie, który idealnie odpowiadał im obydwojgu. W pewnym momencie Bella jęknęła gardłowo, prężąc się przez chwilę, a potem przytulając do niego jeszcze bardziej. Uniósł ją delikatnie i położył na plecach, by sam móc znaleźć się nad nią. Wchodził w nią mocnymi, szybkimi pchnięciami, a ona przesuwała dłońmi po jego plecach. Jeszcze chwilę trwało zanim doszedł z kilkoma, głośnymi westchnięciami. Przymknął oczy oddychając ciężko. Położył się na trawie, przyciągając ją do siebie stanowczo. Objął ją ramionami i powoli, leniwie zaczął całować, a ona odwzajemniała jego pocałunki. Nagle zerwała się gwałtownie, słysząc szelest liści i łamane gałązki. Pospiesznie zaczęła wciągać spodnie. – Świetne wyczucie czasu – mruknął niezadowolony, ale nie tracąc czasu dołączył do niej. Bella, oprócz kwiatów, we włosach teraz miała także liście. Nie było czasu doprowadzić się do porządku. Między drzewami pojawił się Jack i tak samo roztrzepana jak Bella, Emily. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. – Nie traciliście czasu – skomentował sytuację rozbawiony Jack. Ku zdumieniu Christophera, Bella roześmiała się srebrzyście i wsunęła pod jego ramię. Przytulił ją do siebie zaborczym gestem. Wolną ręką wyciągnął z jej włosów kilka listków, a potem pocałował dziewczynę w czubek głowy. Była jego i czuł się, jakby to było spełnienie wszystkich marzeń. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella nie rozumiała jak to się mogło wydarzyć. Powoli, z dnia na dzień, zakochiwała się w Christopherze na nowo. Tak naprawdę nigdy nie przestała go kochać. Czegokolwiek by nie robił. Teraz jednak czuła się zupełnie jakby ostatni rok nigdy nie istniał. Mimowolnie, ale nieubłaganie zaczęła wierzyć w historię chłopaka. Przecież mogło stać się tyle rzeczy… Mógł na przykład częściowo stracić pamięć. W dalszym ciągu jednak czuła przed nim strach. Bała się przede wszystkim tego, że to z jego strony zupełnie nowa, najbardziej podła ze wszystkich, gra. Być może postanowił oddać jej, jej ukochanego Christophera tylko po to, by za chwilę brutalnie jej go pozbawić. Kiedy jednak była przy nim, to nie miało żadnego znaczenia. Czuła się jak we śnie. Właściwie, to pierwszy raz od bardzo dawna mogła powiedzieć, że jest szczęśliwa. Z jednej strony otaczali ją opiekuńcza Ann, która traktowała ją jak własną córkę i kochany, będący przy niej zawsze gdy go potrzebowała, Andre. Z drugiej natomiast Chris, taki sam jak we Włoszech, taki sam jak wtedy gdy była mała. Polubiła nawet wiecznie czymś rozbawionego, sprośnie żartującego Jacka i Emily, z którymi dość często się spotykali. Wszystko układało się zbyt dobrze, żeby mogło być prawdą, a trwało już niemal trzy tygodnie. Siedziała na jego łóżku, przeglądając zabrany z biurka szkicownik. Początek był śliczny. Na rysunkach była ona – w zwiewnych sukienkach, między kwiatami. Później jednak, ze strony na stronę, robiło się coraz gorzej. Koszmar powracał. Związane ręce, smagane batem plecy, upokorzenie i ból. W tej chwili przekonanie, że zachowanie Christophera to jedynie podła gra, powróciło do Belli ze wzmożoną siłą. Nawet nie zauważyła, kiedy wrócił do pokoju. – O tym właśnie między innymi miałem sny – odezwał się, wyjmując z jej dłoni szkicownik. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem, przekonana, że zrobiła coś złego i teraz on pokaże na co go stać. Chłopak jednak po prostu usiadł obok niej na łóżku, plecami opierając się o pomalowaną na niebiesko ścianę. Przysunęła się do niego bliżej, a on ją przytulił. To było takie nierzeczywiste… – Boję się – przyznała się do tego wbrew sobie. – Boję się, że znowu się zmienisz. – Nie zmienię się – oznajmił stanowczo Chris – po prostu nigdy nie byłem inny. Bella – odsunął ją od siebie, tylko odrobinę, tak by móc spojrzeć jej w oczy – wiem, że mi nie ufasz, ale nie skrzywdzę cię. Nigdy. Przyrzekam. Miał rację, nie ufała mu. I choć bardzo chciała w to co się działo uwierzyć, po tym co ją spotkało po prostu nie wierzyła. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Wyśliznęła się z jego domu w środku nocy. Po cichu, tak, żeby go nie obudzić. Spędzała z nim coraz więcej czasu. Pragnęła zrozumieć to co było dla niej zupełnie niezrozumiałe. I oczywiście była też jej nowa rodzina. Nie mogła pozwolić na to, by w jakikolwiek sposób skrzywdził Andreasa, a to, że cała jego uwaga skupiała się na niej, działało jak najbardziej skutecznie. Do domu nie miała tak daleko. Zaledwie kilka przecznic, a noc była przyjemna i ciepła. Spacer jej ani trochę nie martwił. Oznaczał po prostu kilka chwil na własne przemyślenia. Zatrzymała się zaskoczona, gdy na kogoś wpadła. Podniosła wzrok, by napotkać spojrzenie szarozielonych oczu. – Andre, co tu robisz? – ulga, że to on, zmieszanie, sama nie wiedziała co w tym momencie czuje. – Co ty robiłaś tam?! – niemalże warknął na nią, przytrzymując ją za ramiona. – Byłam u Christophera – odpowiedziała szczerze, nie zrozumiawszy intencji pytania. – Sypiasz z nim? – zapytał wprost. – Tak – odpowiedziała przyzwyczajona do mówienia mu prawdy. – Zmusza cię do tego? – zapytał coraz bardziej rozgniewany, zbyt mocno zaciskając trzymające ją ręce. – Nie… – wyszeptała niemal niedosłyszalnie. Jego spojrzenie się zmieniło. Gniew gdzieś wyparował. Teraz było pełne smutku. Bólu.  Andre puścił ją. Odwrócił się od niej. – Chodźmy do domu – odezwał się tekturowym, wypranym z emocji głosem. – Zaczekaj – chwyciła go za rękę. Otrącił jej dłoń, ale ponownie spojrzał na dziewczynę. – Myślałem… byłem przekonany, że coś dla ciebie znaczę – wyrzucił z siebie – że my… Łzy. W jego oczach pojawiły się łzy. Bella czuła się, jakby jej serce rozpadało się na milion, drobnych kawałków. – Andre… – zaczęła, ale on przecząco pokręcił głową. – Wracajmy do domu – powtórzył i ruszył nie czekając na nią. – Andre, to nie tak – dogoniła go prawie od razu. Roześmiał sie gorzko. – Wiesz, ze wszystkich dziewczyn, jakie poznałem – mówił nie zwalniając kroku – nie spodziewałem się, że akurat ty… – Andre! – krzyknęła, a potem zamilkła, zdając sobie sprawę jak już jest późno. Nabrała w płuca powietrza, by odetchnąć głęboko i uspokoić swój własny głos. Efekt jednak osiągnęła, bo chłopak znów się zatrzymał. – Ja nie mogę pozwolić na to, żeby stało ci się coś złego – chwyciła go za rękę. – Żeby on w jakikolwiek sposób cię skrzywdził. Proszę, zrozum – szeptała gorączkowo. – On jest zdolny do wszystkiego, z zimną krwią mógłby… Chłopak przyciągnął ją do siebie i zamknął jej usta pocałunkiem. Wpatrywała się w niego oniemiała. Niepewnie odwzajemniła jego pocałunek. Od tamtego jednego razu nic się między nimi nie działo. Andre przytulał ją do siebie, całował jej włosy, trzymał za rękę, ale nigdy nie inicjował niczego więcej. To z Christopherem przez ten czas sypiała. – Nigdy… więcej… się z nim nie spotkasz – jego głos był cichy, ale stanowczy. Namiętne pocałunki przerywały słowa. – Andre… – próbowała coś powiedzieć, ale zmroził ją inny, równie znajomy głos. Stał niedbale oparty o maskę czarnego, sportowego Porsche. Bella mogłaby przysiąc, że jeszcze przed chwilą nie było tu ani jego, ani drogiego auta. Wpatrywał się w nich intensywnie, a jego srebrzyste oczy w świetle latarni wyglądały niczym kocie. – Proszę, proszę – uśmiechnął się arogancko, a ona zadrżała na widok tego uśmiechu – zagubiona dziewczynka i pies, którego sobie przygruchała. Czyż to nie piękna scena? – szydził. Belli zabrakło powietrza. Zaczęła ogarniać ją panika. Andre stanął w taki sposób, by znaleźć się między nią, a nieznajomym. Nie! To nie działo się naprawdę! Nie mogło się dziać! Pełna pięknych marzeń bańka właśnie się rozbiła, a jej nowa, idealna rzeczywistość rozsypała się w pył. Rozdział VIII Chłopak, który przed chwilą jeszcze stał przy aucie, teraz z gracją wyminął Andre, zupełnie tak, jakby go tam w ogóle nie było. Chwycił Bellę za ramię, mocno i stanowczo przyciągając do siebie. – Uważałaś, że było ci źle? – zapytał chłodno. – Teraz będzie znacznie gorzej. Andre czuł się jak we śnie. Ogarniała go dziwna, lepka masa. Jego ciało było zbyt ociężałe, żeby się ruszać. Gdy jednak zobaczył przerażone, orzechowe oczy, otrząsnął się na tyle, żeby dotarło do niego, że musi coś zrobić. Powinien ją obrobić, zabrać stąd, a nie stać jak idiota. Ogromnym wysiłkiem woli przejął kontrolę nad własnym ciałem. – Zostaw ją! – warknął, odpychając od Belli chłopaka. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które jednak już po chwili zastąpiła lodowato zimna maska. Andre w jednej chwili go rozpoznał. To u niego w domu Bella próbowała się zabić. To od niego właśnie wracała i to jemu wtedy przyłożył. Najwyraźniej musi to zrobić jeszcze raz, a potem zabrać stąd przerażoną dziewczynę – jak najdalej. Tym razem jednak nie poszło tak łatwo. Nieznajomy zwinnie uniknął jego ciosu. – Dość tego! – rozkazał, a Andre poczuł, że znów nie jest w stanie się ruszać. W srebrzystych oczach chłopaka pojawiła się teraz iskierka drwiącego rozbawienia. – Do samochodu. Obydwoje. Natychmiast. Polecenia były krótkie i ostre, a Andre dopiero otwierając drzwi Porsche zdał sobie sprawę, że je wykonuje. To nie miało sensu. Dlaczego to robił? Bella wsiadła do środka, więc nie miał już wyboru. Cokolwiek by się nie działo, nie zamierzał zostawić jej samej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Jechali przez kilkadziesiąt minut, by w końcu zatrzymać się przed okazałą willą z widokiem na morze. Bella milczała zbyt przerażona, żeby w jakikolwiek sposób zareagować. Dopiero teraz, gdy ujrzała ją po raz trzeci, zauważyła wyraźną zmianę. Christopher jej nie okłamał. Tamten Christopher jej nie okłamał. Nie zamierzał jej skrzywdzić. Ten jednak był inny, a przemiana była tak wyraźna, że nie miała pojęcia jak wcześniej mogła jej nie dostrzec. Zupełnie jakby nie był sobą. Choć jednak… to w dalszym ciągu był on. Gdy zaparkował, posłusznie wysiadła z samochodu i weszła do budynku. Tuż za sobą czuła obecność Andre, który zachowywał się jakby ktoś odurzył go narkotykami. Niejednokrotnie widziała już jak Christopher wpływał w ten sposób na ludzi. Nie miała pojęcia co dokładnie robił, ale wiedziała, że to właśnie on. Zaprowadził ich do zajmującego całe drugie piętro, rozległego salonu, który opływał we wszelkie możliwe luksusy. Na ścianie wisiał ogromny telewizor, nieopodal którego stał barek z drogimi alkoholami. Skórzane meble wyglądały klasycznie i dość surowo, ale jednocześnie sprawiały wrażenie wygodnych. – Długo musiałem cię szukać – oznajmił z lekką nutką podziwu w głosie Christopher, wprowadzając ją do pokoju. – Udało ci się całkiem dobrze ukryć – przyznał. Chciała mu odpowiedzieć. Uzmysłowić, że przecież widzieli się kilka chwil wcześniej, że przecież cały czas tam był. Wolała jednak milczeć. Tak było bezpieczniej. Rozsądniej. Christopher swoje chłodne spojrzenie przeniósł na Andreasa. Uśmiechnął się, a Bella wiedziała, że ten uśmiech nie wróży niczego dobrego. – Usiądź tam – rozkazał mu, wskazując jeden z foteli, a Andre posłusznie, bez słowa protestu, wykonał jego polecenie. Podszedł do barku i do dwóch szklanek nalał whisky. Jedną z nich podał siedzącemu w fotelu chłopakowi, a potem oparł się o blat stołu, sam trzymając w dłoni drugą. Bella znowu poczuła na sobie jego spojrzenie. Tym razem obok chłodu szaroniebieskich oczu pojawiło się pożądanie. Mimowolnie zadrżała, nie mając pojęcia co tym razem ją czeka. – Rozbierzesz się dla nas, powoli i bardzo zachęcająco – oznajmił cichym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. – Potem pomyślę co zrobimy dalej – uśmiech, którym ją obdarzył mógł zmrozić w żyłach krew. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pewności czy w ogóle był w stanie myśleć. Patrzył na pobladłą z przerażenia twarz Belli i w żaden sposób nie reagował. Tylko dlaczego? Na to pytanie nie potrafił sobie odpowiedzieć. Posłusznie siedział w fotelu, od czasu do czasu popijając nalany dla niego alkohol. Ciemnowłosy chłopak przesuwał dłońmi po ciele nagiej dziewczyny. Andreas czuł do niego nienawiść. To, że jej dotykał, sprawiało mu ból. Bella powoli zaczęła rozbierać również jego, jakby w ogóle nie przejmując się obecnością Andreasa. Tamten całował ją zapamiętale. Podniósł dziewczynę z ziemi, a ona oplotła go nogami. – Myślę, że pójdziesz z nami – zwrócił się do niego z nieprzyjemnym uśmiechem, na chwilę odrywając swoje usta od alabastrowej skóry Belli. Andreas chciał zaprotestować, ale nie był w stanie tego zrobić. Posłusznie wstał z fotela i niczym skazaniec, udał się za nimi do innego pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella leżała na szerokim łóżku, starając się nie zwracać uwagi na to, co robił z jej ciałem Christopher. Nie potrafiła jednak zignorować milczącej obecności Andre. Chłopak klęczał pod ścianą, z założonymi za głową rękami, mimowolnie się w nią wpatrując. To było nie do zniesienia. Zarówno dla niego jak i dla niej. Przymknęła oczy, starając się wyobrazić sobie, że jest zupełnie gdzie indziej. Może znowu na leśnej polanie? Christopher był delikatny, niemalże czuły. Całował jej ciało, w przyjemny sposób pieścił piersi. Bella czuła narastające podniecenie. Chłopak zbyt dobrze ją znał. Gdy przesunął się niżej, językiem przesuwając po jej intymnym miejscu, nie potrafiła powstrzymać cichego jęku. Przestał idealnie w momencie, gdy poczuła, że już dłużej nie wytrzyma. Silnymi dłońmi zmusił ją, żeby uklęknęła i wypięła pupę. Podparła się na rękach. Christopher dopilnował, żeby twarzą skierowana była w stronę Andreasa. Zawstydzona spuściła wzrok. – O nie, będziesz patrzyła mu w oczy – usłyszała drwiący rozkaz, którego bała się nie wypełnić. Rozsunął jej nogi, by móc uklęknąć między nimi. Wszedł w nią mocno, brutalnie, bez zapowiedzi. Zachłysnęła się powietrzem. Na chwilę wstrzymała oddech. Na policzkach Andreasa pojawiły się łzy. Ona sama, z trudem powstrzymywała się, żeby nie zacząć płakać. Nie zamierzała dać Christopherowi tej satysfakcji. Mocne, szybkie pchnięcia, przeradzały się czasami, zupełnie niespodziewanie, w jeszcze mocniejsze. Nie była w stanie powstrzymać jęków i westchnień. Jego ręce znajdowały się na jej biodrach, zmuszając ją, by także się poruszała. Po kilku minutach wtuliła twarz w poduszkę, a on jej na to pozwolił, nie przestając się jednak poruszać. Był tam, był w niej, a ona czuła go całą sobą. Równie boleśnie, co na samym początku, zdawała sobie również sprawę z obecności, obserwującego tą scenę załzawionymi oczami, Andre. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Obudził się zlany potem. Gwałtownie usiadł. Bella! Nie było jej przy nim. Za to była… była w jego śnie. Zadrżał, bo to było gorsze od wszystkiego, co śniło mu się do tej pory. I wydawało się takie rzeczywiste… Wstał i poszedł pod prysznic. Wiedział, że już na pewno nie zaśnie. Ciepła woda sprawiała, że myślał coraz jaśniej. A co jeżeli… Skoro ona znała jego sny… Mimo pary, która unosiła się w kabinie nagle ogarnął go chłód. Co jeżeli jego sny w jakiś sposób były prawdą? Widział dom do którego pojechali. Znał to miejsce. Zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Pospiesznie wciągnął na siebie grafitowe dżinsy i czarną koszulkę. Jego myśli, serce i oddech nie uspokoją się dopóki nie dostanie potwierdzenia, że to co mu się śniło nie działo się naprawdę. Przez dom wszedł do garażu by dostać się do auta. Rodzice spali albo w ogóle ich nie było. I tak nie miało to żadnego znaczenia. Gdy wsiadał do samochodu i odpalał silnik, miał przed sobą jasno wytyczony cel podróży. Rozdział IX Christopher zaklął cicho. Czarne Porsche stało dokładnie w tym miejscu, w którym je zostawił. To znaczy – zostawił w swoim śnie. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę, ale jeżeli się działo, to w takim razie Bella… Wiedział, że musi to sprawdzić. Tylko jak? Uśmiechnął sie do siebie na myśl, że może rodzice wreszcie go zauważą, gdy będą musieli zapłacić kaucję, kiedy zostanie aresztowany za włamanie. Kuszący pomysł. Ostatecznie postanowił, mimo wczesnej godziny, po prostu zadzwonić do drzwi. W ten, jakże banalny sposób, będzie mógł udowodnić sobie, że jest kompletnym wariatem. Zaparkował swoje sportowe auto obok Porsche i, ze zbyt szybko bijącym sercem, wysiadł by zrealizować swój plan. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W pierwszej chwili chciał zignorować natręta – jeszcze nie skończył zabawy. Gdy jednak wyjrzał przez okno, zorientował się, że niezapowiedziany gość przyjechał tutaj specjalnie do niego, na dodatek wcale nie tanim samochodem, więc istniała możliwość, że był to ktoś, z kim trzeba się liczyć. Włożył na siebie spodnie i tylko w nie ubrany zszedł na dół. Było to działanie celowe. Chciał, żeby natręt zorientował się, że w czymś mu przeszkodził. – O co chodzi? – zaczął otwierając drzwi, ale zamilkł gdy tylko uchyliły się do połowy. Na dworze stał on, a przynajmniej ktoś do niego bliźniaczo podobny. Stał i wpatrywał sie w niego tak samo zaskoczonym wzrokiem jak jego własny. Nieproszony gość otrząsnął się pierwszy i mijając go w drzwiach wszedł do środka. – Kim jesteś? – zażądał odpowiedzi. Christopher zatrzasnął drzwi. – Takie samo pytanie mógłbym zadać tobie – oznajmił. – Nazywam się Christopher Sariel – wzruszył ramionami nieznajomy, jakby już spodziewał się, usłyszenia takiej samej odpowiedzi. – Szukam przyjaciółki. Czy jest tutaj? – jego głos stał się natarczywy. Rozkazujący. A on, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, rozpoznał w nim swój własny ton. To było dziwne, ale i intrygujące. Christopher jednak zdał sobie jasno sprawę, że ta wymiana zdań jest kompletnie pozbawiona sensu. – Przedyskutujemy to na górze – oznajmił, formując te słowa w taki sposób, jakby były rozkazem. Jego oczy spojrzały na niego zaskoczone. Chłopak nieufnie ocenił go wzrokiem. – Nie – oznajmił w końcu. – Nigdzie nie pójdziemy, dopóki nie powiesz mi gdzie jest Bella. W tym momencie Christopher zaczął czuć, że traci kontrolę. Ten nieznajomy… bez trudu… bez najmniejszego wysiłku… ignorował jego rozkazy! To nie było możliwe! – Chirs? – znajomy głos przerwał im mierzenie się wrogimi spojrzeniami. – Chris! – krzyknęła Bella, zbiegając po schodach. Obydwaj, jak na komendę, podnieśli na nią wzrok. Miała na sobie biały szlafroczek, z miękkiej froty i najwyraźniej nic więcej. Poplątane, rozwiane włosy i zaróżowione policzki. Jej widok sprawił, że coś ścisnęło go w dołku. Obydwaj zareagowali, każdy jednak inaczej. – Wracaj na górę! – zażądał w ten samej chwili, w której nieznajomy podbiegł do dziewczyny, chwytając ją w ramiona. Tego było za wiele! Miał także inne metody. Nie polegał jedynie na sile uroku. Skrzywił się, gdy Bella ufnie wtuliła się w tors obcego chłopaka – jego sobowtóra. Powoli, spokojnym krokiem podszedł do stojącej w korytarzu komody. Z górnej szuflady wyciągnął rewolwer, a potem, z równym spokojem, jak gdyby nigdy nic, po prostu wystrzelił. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Padł wystrzał. Bella krzyknęła. Na plecach zarówno jednego jak i drugiego pojawiła się krwawa plama. Stojący przy komodzie Christopher osunął się na podłogę, upuszczając broń. Chłopak, który wciąż był przy Belli, ciężko się o nią oparł. Przerażona pomogła mu usiąść na schodach. Jęknął z bólu. Musiała coś zrobić, ale nie miała pojęcia co. Nie chciała go zostawiać, a może właściwie ich zostawiać? – Andre! – krzyknęła rozpaczliwie, mając nadzieję, że tamten obudził się z transu. Najwyraźniej urok Christophera przestał na niego działać, gdyż już po chwili był obok niej. – Co do cholery?! – stanął oniemiały, nie mogąc zrozumieć sytuacji. – Pomóż, mi proszę – ponagliła go Bella. Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że obydwaj są ranni. Przykucnął przy siedzącym na schodach chłopaku. Obejrzał ranę. – Wygląda na draśnięcie. Trzeba je zszyć i opatrzyć. Zadzwoń na pogotowie – rozkazał – a ja ich dokładniej obejrzę. Co się w ogóle wydarzyło? To bliźniacy? Dziewczyna przecząco pokręciła głową. – Zadzwonię na pogotowie i jak im to wyjaśnimy? – spytała cicho. – Uważasz, że to naprawdę konieczne? – dodała błagalnie. Z jakiejś przyczyny intuicja podpowiadała jej, że to byłby naprawdę zły pomysł. Christopher by sobie poradził, ale nie zdziwiłaby się, gdyby na przykład o strzelanie do nich oskarżył Andre. Nie wątpiła, że wszyscy by mu uwierzyli. Na myśl przyszło jej również kilka innych, jeszcze gorszych scenariuszy. – Doskonale – wzruszył ramionami próbując nie okazać niezadowolenia i swojej niechęci. – Jest tu jakaś apteczka? – rzucił w powietrze. – W łazience – mruknął pełnym bólu głosem gospodarz. Andreas pomógł Belli zaprowadzić obydwu chłopaków na górę. Wiedziała, że zapewne myśli o tym, by ich tu zostawić i zniknąć jak najszybciej. To wszystko było tak irytująco dziwne… a jednak, ona sama była już do tego przyzwyczajona. Myśl o ucieczce była kusząca, ale nie skorzystała z okazji. Nie potrafiłaby ich w ten sposób zostawić. Obydwaj, bez góry, tylko w samych spodniach, siedzący obok siebie. Wyglądali idealnie jak jednojajowe bliźniaki. Nikt by ich nie odróżnił. Chociaż nie… Bella wiedziała, że by ich rozpoznała. Jeden Christopher siedział niezbyt pewnie, jakby zastanawiał się o co chodzi. Gdy jego wzrok kierował się ku niej był pełen ciepła i troski. Drugi, mimo tego co się stało, już zdążył się otrząsnąć i znowu był panem sytuacji. W jego spojrzeniu był chłód i zimna kalkulacja. Zastanawiał się o co chodzi, zaciekawiony zagadką, na którą trafił. Była przekonana, że myśli, jakie może z tego wyciągnąć korzyści. Nie myliła się. – Intrygujące – mruknął Christopher przyglądając się swojemu sobowtórowi, gdy Andreas skończył zajmować się jego postrzałową raną. – Kto cię tutaj przysłał? – zapytał patrząc prosto w swoje odbicie. – Sam się przysłałem – odwarknął mu tamten. – Przyszedłem po Bellę i w dalszym ciągu zamierzam ją stąd zabrać. – Cóż – szeroki uśmiech Christophera nie obejmował szaroniebieskich oczu – w takim razie chyba obydwaj powinniśmy się cieszyć, że tak kiepsko strzelam. Inaczej Bella zostałaby zupełnie sama. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Coś musiało pójść nie tak, tylko kiedy i przy jakiej okazji? Christopher tego nie wiedział, ale jego sobowtór fascynował go coraz bardziej. Był… nim, a jednocześnie zupełnie się od niego różnił. Tyle, że odczuwali dokładnie to samo. Z rozmysłem przesunął żyletką po przedramieniu, tnąc się do krwi, by zorientować się czy to samo stanie się z drugim chłopakiem. I rzeczywiście. Tamten nawet nie zauważył, że z niezbyt głębokiej rany spływają stróżki krwi. Nie miało to kompletnie żadnego sensu – najmniejszej racji bytu, a przez to intrygowało go tylko jeszcze bardziej. – Nic ci nie jest? – wykrzyknęła Bella, zrywając się z fotela na którym siedziała i podbiegając do chłopaka. Skrzywił się nieznacznie na myśl o tym, że to nie nim się zainteresowała, gdy wyszedł z łazienki sprawdzić efekt swojej pracy. Rana z boku pleców bolała przy każdym kroku, mogło jednak być gorzej. Znacznie gorzej. Przyglądał się jak dziewczyna delikatnie zmywa płynącą po ręce tamtego krew. Jak przykłada w miejscu skaleczenia gazę. Miał ochotę odciągnąć ją stamtąd, musiał jednak mieć jakiś plan. Na spokojnie to wszystko przemyśleć, żeby nie popełnić po raz drugi jakiegoś głupstwa. Skoro raniąc tamtego ranił również sam siebie… – Idziemy do domu – oznajmił spokojnym, ale stanowczym głosem Andreas, podchodząc do dziewczyny. Wziął ją za rękę. – Nic im nie będzie – dodał, gdy spojrzała na niego niepewnie. – Nie zabierzesz jej stąd! – Nie ma mowy! – Christopher zdziwił się gdy obydwaj zaprotestowali niemal chórem. – Wy nie macie w tej kwestii nic do powiedzenia – odwarknął im w odpowiedzi blondyn. Bella wyrwała mu rękę. Cofnęła się o krok. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie Christopher – ten drugi Christopher – wstał. – Wracaj do domu – zwrócił się do Andreasa, a Christopher usłyszał w jego głosie swój własny ton. – Zapomnij o Belli. Ona zostanie ze mną, a ja dopilnuję, żeby nikt jej nie skrzywdził. Chłopak przez chwilę patrzył na niego bezmyślnie, pustym wzrokiem, jakby nie wiedział w ogóle co tutaj robi. Potem odwrócił się, zszedł po schodach i wyszedł z domu. Bella przylgnęła do boku drugiego Christophera, a on otoczył ją ramieniem, w opiekuńczym geście. – Tak będzie najlepiej – powiedział do niej cicho, a ona skinęła głową. Tak, całkiem możliwe – przyznał w myślach Christopher – że właśnie tak będzie najlepiej. Rozdział X Obudziła się, choć dalej czuła się zmęczona. Nie, to chyba oni ją obudzili. Kłócili się o coś i robili to zbyt głośno. Przeciągnęła się ziewając. Nic dziwnego, że obydwaj byli ciekawi siebie nawzajem. Ona sama również była ciekawa tego co się stało i jak się to wydarzyło. Wstała, szybko się ubrała i umyła, by do nich dołączyć. Rewelacje jednak już na nią czekały. W końcu doszli do porozumienia. Jechali do Francji i zabierali ją ze sobą. W pierwszej jednak kolejności Christopher, ten którego uważała za dobrego, zabrał ją do miasta, by kupić niezbędne na podróż i kilka późniejszych dni rzeczy. Gdy na chwilę zostawił ja samą przy stoliku, w kawiarni, w centrum handlowym, by zamówić dla nich napoje, do środka wszedł Andreas. W pierwszej chwili skamieniała, nie wiedząc jak chłopak na nią zareaguje, potem jednak dostrzegła, że nie był sam. Towarzyszyła mu uwieszona jego ramienia, złotowłosa Jane. Śmiali się wesoło. Zupełnie, jakby się nic nie wydarzyło… Andreas spojrzał na nią przelotnie, tak jak rozejrzał się po innych, nielicznych o tej porze gościach kawiarni, a potem wraz z przyjaciółką zajął miejsce dwa stoliki dalej. Bella poczuła jak pęka jej serce. Kąciki oczy dziewczyny stały się wilgotne, a ona ze wszystkich sił powstrzymywała się od płaczu. – Wszystko w porządku? – spytał Christopher, który w międzyczasie zdążył wrócić z kawą. – Tak – wyszeptała, gdy podążył za jej wzrokiem. Chłopak usiadł koło niej, obejmując ją opiekuńczo ramieniem. – Nie pamięta cię – powiedział cicho. – Nikt cię nie pamięta. Próbował mi to wytłumaczyć, ale tylko tyle z tego zrozumiałem – westchnął. – Przykro mi – powiedział tuląc ją do siebie mocniej. Bella oparła głowę o jego ramię. – Nie, to mi nie powinno być przykro – odezwała się niemalże bezgłośnie – tak jest znacznie łatwiej i… lepiej. Wiedziała, że ma rację, choć serce ze wszystkich sił krzyczało, że ono wie lepiej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rano mieli lecieć do Europy. Zarezerwowali już bilety samolotowe. Bella wierciła się w zbyt dużym dla jednej osoby łóżku, w eleganckiej willi “tego drugiego” Christophera. “Pierwszy” Chris, ten który był dla niej dobry, wyszedł tylko na chwilę i zaraz miał wrócić, ale minuty dłużyły się w nieskończoność. Nie lubiła kiedy zostawiał ją samą. Jeszcze do niedawna o niczym innym nie marzyła, ale teraz… teraz chciała, żeby był przy niej. Już niemal zasypiała, kiedy wreszcie do niej wrócił. Na jego widok uśmiechnęła się sennie. Położył się obok niej, pozwalając by wtuliła w niego swoje plecy. – Bella – zamruczał, odgarniając jej włosy i wargami muskając kark dziewczyny. Zadrżała, pragnąc nie tylko jego bliskości. Położył rękę na jej udzie, a ona lekko rozsunęła nogi. Sama jego obecność wystarczyła, by przestała być śpiąca. – Na pewno? – zapytał cicho. – Nie chcę, żebyś była zmęczona przed podróżą… – zaczął zatroskanym głosem. W odpowiedzi odwróciła się uśmiechając do niego łagodnie. Otoczyła ramionami jego szyję. W jednej chwili znalazł się nad nią. Jego dotyk… jego pocałunki… Bella przymknęła oczy. Ostatnią rzeczą, której teraz pragnęła był sen. Odpoczynek mógł poczekać. Zsunął z niej majtki, podciągnął do góry koszulkę dziewczyny i zaczął całować jej piersi. Palcami przesunął po jej łonie. Oplotła go nogami, a on po chwili wszedł w nią delikatnie. Patrzył jej w oczy, poruszając się coraz szybciej. Czuła go w sobie i pragnęła, żeby nie przestawał. Oplotła go mocniej nogami, jej ręce błądziły po jego plecach. Całą sobą czuła go w środku. Skończyli niemal w tym samym momencie. Fala przyjemności rozeszła się po wilgotnym od potu ciele dziewczyny. – Kocham cię – szepnął Christopher, opadając obok niej i przyciągając ją do siebie. Wtuliła się w niego ufnie. – Ja ciebie też – przyznała, zamykając oczy. – Dawno nie było tak, żebyś ty też tego chciała – stwierdził rozbawionym głosem. Coś nie pasowało jej w tym co powiedział, było jednak na granicy świadomości. Gwałtownie usiadła, kiedy do niej dotarło. Jej spojrzenie spotkało się ze wzrokiem stojącego w drzwiach chłopaka, który z wściekłością obserwował tą scenę. – Ty dupku! – warknęła na leżącego obok niej Christophera. Roześmiał się w odpowiedzi. Szaroniebieskie oczy spojrzały na niego groźnie, w odpowiedzi jednak ujrzały jedynie wzrok pełen triumfu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie odzywała się do niego – i bardzo dobrze. Nawet nie patrzyła w jego stronę. Siedziała obok tego pieprzonego sobowtóra, a cała ta farsa zupełnie już przestawała być zabawna. Zapłacił wysoką cenę, by osiągnąć to co miał, a ten tam po prostu się pojawił i, z jakiejś nieznanej nikomu przyczyny, dysponował równą mu mocą. Christopher miał dość. Chciał, żeby tamten się odczepił, oddał mu Bellę, a potem rozpłynął się w powietrzu. O tak, to byłoby idealne rozwiązanie. Wróciłby do swojego dawnego życia i nigdy więcej nie pozwoliłby na to by ktokolwiek mu przeszkadzał. Nagle zdał sobie sprawę co to za uczucie i dlaczego zamiast po prostu wziąć siłą dziewczynę, udawał czułego kochanka. Był zwyczajnie, piekielnie zazdrosny. Bo ona, oczywiście gdyby miała jakikolwiek wybór, wolałaby tamtego. Mimo że jego sobowtór był nim, to jednak nim nie był. Zagadka do rozwiązania powoli znów zaczynała stawać sie zabawna… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher nie poznawał tego miejsca, a jednak wiedział, że już tu kiedyś był. Nawet, jeżeli tylko w snach. W końcu przecież one również na swój sposób stawały się prawdziwe. Francuski dworek okazał się być właściwie ponurym zamczyskiem, a już na pewno starym domiszczem, idealnym jako tło dla podrzędnych horrorów. – Chris, coś ty zrobił z tym miejscem? – wykrzyknęła Bella, wysiadając z czarnego samochodu, którym tu przyjechali. – Tu było tak pięknie – odezwała się z żalem. Chłopak skrzywił się lekko, patrząc na popękane kamienie na ścianach, zachwaszczony ogród, wysokie, kolczaste pnącza i popękane szyby w oknach. Nawet znajdujący się za domem, zielony las, wyglądał jakoś tak złowrogo. Najwyraźniej nieco go poniosło. Kiedy uciekła zupełnie przestał nad sobą panować… sobą, swoimi eksperymentami i mroczną energią, która czasami, niechcący wydzierała się spod kontroli. – I znowu będzie – obiecał, wzruszając ramionami, by ukryć własne zaskoczenie. Christopher zamrugał oniemiały. Przez chwilę nie był sobą. Czuł, myślał, wiedział dokładnie to samo co ten drugi chłopak. Jak to się mogło stać? Postanowił, że to przemilczy, przynajmniej dopóki nie okaże się, że jest to wiedza niezbędna do rozwiązania tej dziwnej zagadki. To jednak nie było tak przerażające, jak sam fakt, że gdy poznał myśli tamtego, jego uczucia… Christopher go zrozumiał. Zupełnie jakby byli tą samą osobą… Rozdział XI Dom ledwo nadawał się do zamieszkania. Wnętrze również wyglądało na zapomniane i zniszczone. Bella czuła smutek. Niegdyś naprawdę kochała to miejsce, ale później… teraz… – Właściwie jak udało ci się uciec? – spytał zaciekawiony chłopak. Siedzieli na nieco zakurzonej, kremowej kanapie, stojącej w przestronnym, niegdyś pięknym i gustownie urządzonym salonie. Z dawnej świetności pozostały jedynie marne resztki. Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał od lat, nie zaledwie od kilku miesięcy. Bella przez chwilę milczała. Spojrzała niepewnie na drugiego Christophera, w jej oczach tliło się nieme pytanie, czy powinna o tym mówić. – To może być ważne – westchnął tamten, najwyraźniej również nie wiedząc czy mogą zaufać temu drugiemu. – Zostawiłeś przy sobie tylko jedną osobę, żeby zajmowała się nami i domem – odpowiedziała cicho. – To on mnie stąd zabrał. – Jonathon?! Niemożliwe! – oznajmił stanowczo Christopher. – Był zbyt lojalny – stwierdził z całym przekonaniem. – Więc dlaczego go tutaj nie ma? – wyszeptała cicho Bella, nie mogąc przestać rozglądać się po wymarłym domu. Miała rację. Nie było go tutaj. Zniknął wtedy, kiedy ona. Coraz więcej zagadek wymagało jak najszybszego rozwiązania. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Coś się działo, a on wcale nie był pewien czy jest to dobre czy złe. Kiedy znaleźli się w tym miejscu, granica między rzeczywistością a mistycyzmem zaczęła się zamazywać. Christopher coraz częściej poznawał myśli bliźniaczego chłopaka. Coraz częściej czuli to samo. Czuli obydwaj. Teraz już wiedział, że nie dotyczy to tylko jego. Chciał odkryć prawdę, rozwiązać zagadkę tak samo mocno jak tamten. Tylko, że bał się o bezpieczeństwo Belli. Może, gdyby jej tutaj nie było… Może wcale nie powinni zabierać jej ze sobą? Dopiero teraz jasno uświadomił sobie, że to wszystko nie było snem. Przecież Bella istnieje naprawdę, a on… on naprawdę ją kocha. Powinien ją stąd zabrać. Jak najszybciej. Gdy tylko o tym pomyślał, poczuł fale złości. Uczucia tamtego drugiego zlewały się z jego własnymi. – Nie ma mowy – zawarczał drugi Christopher i już nie było sensu niczego przed nim ukrywać. – Wychodzimy, teraz – oznajmił chłopak wstając z kanapy, na wszelki wypadek zasłaniając sobą dziewczynę. – Nigdzie nie idziecie! – Chris nie był pewien czyją złość tak wyraźnie czuje, zdawał sobie jednak sprawę, że aż gotuje się w środku. – Idziemy – oznajmił odwracając się do niego plecami i biorąc za rękę dziewczynę, która już również zdążyła wstać i teraz wpatrywała się w nich wielkimi z przerażenia oczami. To był błąd. Wystarczyła chwila nieuwagi. Obudziła sie furia. Tamten rzucił się na niego, przewracając go na pokryty kurzem dywan. Bella puściła jego dłoń i odskoczyła przestraszona. Żadnego z nich w tym momencie nie obchodziło, że ta bijatyka jest bez sensu. Żaden z nich nie mógł wygrać. Obydwaj chcieli zadać sobie nawzajem ból, nawet kosztem tego, że zadają go samym sobie. – Przestańcie! – prosiła cofająca się pod ścianę dziewczyna. Nie słuchali jej. Jednemu z nich udało się wstać, ale drugi natychmiast popchnął go, tak, że ten wpadł na drewniany stolik. Po chwili znów znaleźli się na podłodze, okładając się pięściami. Ziemia zaczęła się trząść. Cały dom zadrżał w posadach. Bella krzyknęła. Ozdobne naczynia pospadały z półek, tworząc na podłodze nieukładalną zbieraninę puzzli. Masywny regał runął na ziemię i gdyby nie odtoczyli się w ostatniej chwili, przygniótłby ich swoim ciężarem. Bella kucała przyklejona do ściany i wpatrywała się w coś za ich plecami. Na chwilę oprzytomnieli. Odwrócili się za siebie, by tam, gdzie wcześniej stał regał, ujrzeć ziejącą czernią dziurę w ścianie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Popatrzyli po sobie nawzajem. Nie musieli porozumiewać się słowami – juz nie musieli. Uczucia i myśli przelewały się pomiędzy nimi wartkimi strumieniami. Złość, chęć posiadania, egoizm, sadyzm, samozadowolenie mieszało się z miłością do Belli, dobrocią, łagodnością, chęcią bezkonfliktowego rozwiązywania problemów. Żaden z nich nie czuł się sobą, ale łączyło ich jedno – zrozumienie. Chris zniknął gdzieś na chwilę, by moment później wrócić z latarką. – Zostajesz tutaj – odezwali się jednogłośnie do Belli. – Nie ma mowy – prychnęła, jakby cały strach sprzed kilku minut zdążył już z niej wyparować. – Pozabijacie się tam nawzajem. Obydwaj obdarzyli ją podobnymi, ponurymi uśmiechami i wzruszeniem ramion. Najwyraźniej jednak zdecydowali się nie protestować, zdając sobie sprawę, że i tak jej nie powstrzymają – przynajmniej nie bez udziału ekstremalnych metod. Latarką oświetlając sobie drogę weszli w paszczę ciemności. Ostrożnie, krętymi schodami zeszli w dół. Były tu kurz i pajęczyny – tak samo jak w pozostałych częściach zaniedbanego domu. Na dole jednak czekała ich niespodzianka. Niewielkie, kwadratowe pomieszczenie o kamiennych, nie pokrytych niczym ścianach. Wyglądało jak pracownia – albo, gdyby zabrać stąd biurko, krzesło, fotel z wysokim oparciem i regał z książkami, mogłoby również być celą więzienną. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z istnienia tego pomieszczenia. Pokój wyglądał zupełnie inaczej niż reszta domu. Był zupełnie niezniszczony, cegły nie były popękane, a kurz zapomniał się tu osiąść. – Co do cholery? – zapytał Christopher, zbliżając się do biurka, na którym leżała oprawiona w skórę książeczka. To wszystko nie miało sensu. Niechęć by otworzyć notatnik była tak ogromna, że Christopher z trudem się do tego zmusił. Całe strony zapisane były jego równym charakterem pisma. Nie pamiętał, żeby je zapisywał, to jednak zupełnie go już nie zdziwiło. Zaczął czytać, a z każdym poznanym słowem robił to coraz szybciej i zachłanniej. Rozwiązanie zagadki właśnie dostało się w jego ręce. – Ta moc miała uczynić mnie złym. Bezwzględnym. Bez duszy i sumienia. Myślałem, że go wykiwam – szepnął. – Dlatego stworzyłem ciebie – odwrócił się by spojrzeć w srebrzyste oczy swojego sobowtóra, ale Christophera nigdzie nie było. – Bella? – pytająco wypowiedział imię stojącej tuż za nim dziewczyny. Wyglądała na zmieszaną. Zaskoczoną. Znowu przestraszoną, a on poczuł z tego powodu nieprzyjemny, wewnętrzny chłód. – Bella, wszystko dobrze, ja… – zaczerpnął głęboko powietrza i zdał sobie sprawę, że wszystkie uczucia i myśli na powrót stały sie jego własnymi. – To ja prosiłem Jonathona, żeby w razie jakichkolwiek kłopotów zabrał cię ode mnie. Jak najdalej. Tak, żebym cię nie odnalazł. Chyba wiedział, że będzie mnie dwóch – westchnął – i miał nadzieję, że moja dobra wersja cię ochroni. Patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem, ale on już wiedział co się wydarzyło. Zawarł pakt, na mocy którego jego dobra strona, wszystkie pozytywne uczucia, zostają sprzedane w zamian za moc, którą posiadł. Teraz również przypomniał sobie do czego mu ona była. Jego rodzice zostali zamordowani przez sycylijską mafię, a Bella, ona widziała to na własne oczy. Była niebezpiecznym świadkiem. Sprawił, że zapomniała. Chciał ją chronić. Nie wyszło, bo najgorszy okazał się on sam. Niemalże stracił cały majątek. Niewiele brakowało by ich także zabili, ale ta moc… zabawa z demonami… to miało pomóc. Zdawał sobie sprawę, że coś może pójść nie tak, dlatego stworzył drugiego siebie i schował tam wszystkie najcenniejsze wspomnienia i uczucia. W ten sposób powstał dobry i zły Christopher. Żaden jednak o niczym nie wiedział, bo cała tajemnica ukryta została w notatniku. – Bella… jego już nie będzie – odezwał się po chwili milczenia. – To wszystko co sie wydarzyło… mogę sprawić, że o tym zapomnisz. Mogę znów wysłać cię do Ameryki. Możesz zacząć wszystko od nowa… – zaproponował walcząc z bólem, jaki niosła ze sobą ta propozycja. Czuł się dziwnie. Nie stał się dobry, właściwie to się wcale nie zmienił. Po prostu boleśnie uświadomił sobie jak bardzo mu na niej zależy, jak mocno ją kocha. Wróciły do niego wszystkie uczucia i sumienie. Zupełnie jakby stopił się lód. Potrafiłby być bezwzględny, zimny i bezlitosny, ale… ale nie w stosunku do niej. – Nie! Chcę tu zostać – oznajmiła stanowczo. – Zostanę z tobą – dodała znacznie ciszej. Zamiast odsunąć się podeszła bliżej. Bezwiednie wyciągnął do niej ręce, a ona wsunęła się w jego uścisk, wtulając się w jego ramiona. To wszystko da się naprawić, był tego pewien – a nawet jeżeli nie, nie zamierzał wyzbywać się jedynej rzeczy, która trzymała go przy zdrowych zmysłach – musiała mu pozostać nadzieja. Epilog Po remoncie dworek odzyskał dawną świetność. Wyglądał po prostu pięknie. Bella przypomniała sobie dlaczego kiedyś tak bardzo kochała to miejsce. Dom, który później stał się jej więzieniem. Teraz postanowiła jednak, że nie dopuści do tego już nigdy więcej. Będzie pilnowała Christophera na każdym kroku, żeby znowu nie popełnił jakiegoś głupstwa. Dowie się wszystkiego czego będzie trzeba na temat demonów i czarnej magii, nie ważne co będzie musiała poświęcić. To stało się bez znaczenia. Liczyło się to, że on do niej wrócił. I to naprawdę był on. Nareszcie niczego w nim nie brakowało. Pisnęła gdy otoczyły ją silne ramiona, unosząc w górę i okręcając dookoła. Gdy postawił ją na ziemi, oplotła go ramionami. Pochylił sie, by ją pocałować. Bella po raz kolejny zdziwiła się tym niezwykłym uczuciem. Do tej pory nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek będzie potrafiła być naprawdę szczęśliwa. The End [...] Read more...
Kropla Łez
Kropla ŁezSiedziałam skulona na podłodze, w rogu pokoju. Plecami opierałam się o zimną ścianę. Czułam się tak cholernie samotna, jak nigdy dotąd. Przez całe swoje życie wierzyłam w magię, a dziś… to wszystko było tylko głupim snem! Dotknęłam dłonią piekącego po silnym uderzeniu policzka. Dlaczego? Czy nic, już nigdy, nie będzie dobrze? Ten dzień rozpoczął się jak prawdziwy koszmar, a ja, mimo zachodu słońca, dalej w nim trwałam. Od ponad roku mieszkam tylko z bratem, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Ojciec opuścił nas, gdy byłam jeszcze mała, mama długo chorowała, a młodsza siostra, Julka przez prawie cały czas przebywa w szpitalu. Marek, mój brat, nie jest złym chłopakiem, zwyczajnie sobie nie radzi z tym wszystkim. Musiał rzucić szkołę i podjąć się pierwszej lepszej pracy, żeby nas utrzymać po śmierci mamy. Żebym ja mogła spokojnie skończyć liceum. Nie dał rady, popadł w długi, zaczął pić. Wciągnęły go narkotykowe zabawy. Teraz często wraca do domu w takim stanie jak dzisiaj. Wściekły, gotowy pod byle pretekstem zrobić nieprzyjemną awanturę lub nawet, co zdarza się ostatnio coraz częściej, uderzyć mnie. Dzisiaj wcale nie było inaczej. – Ty głupia szmato! – wrzasnął Marek, ledwie przekroczywszy próg naszego niewielkiego mieszkania. Jego oczy były rozszerzone od jakiegoś świństwa, które znowu postanowił wziąć. – Znowu nic nie robisz! Przez ciebie stracimy to pieprzone mieszkanie! Nawet nie próbowałam się odezwać. Dobrze wiedziałam, że nie ma to najmniejszego sensu. Tak bardzo pragnęłam stąd wyjść, ale zwyczajnie nie miałam dokąd, poza tym byłam pewna, że i tak by mi na to, w takim stanie, nie pozwolił. Skuliłam się z szybko bijącym sercem w rogu pokoju. Marek wszedł, nie fatygując się nawet, żeby zdjąć buty. Odrzucił byle jak kurtkę na jedno ze zniszczonych, drewnianych krzeseł. – Co jest do jedzenia? – warknął nie patrząc na mnie. – Nic nie ma – odpowiedziała cicho, coraz bardziej przestraszona. Przemierzył dzielącą nas przestrzeń zaledwie w kilku susach. Brutalnie chwycił mnie za ramię. W jego oddechu czuć było alkohol. – Jak to nic nie ma?! – krzyknął wściekle. – Nie miałam za co kupić – odpowiedziałam niepewnie, wiedząc, że ignorowanie jego pytań, kiedy jest w takim stanie to duży błąd. Wtedy mnie właśnie uderzył. W oczach stanęły mi łzy, kiedy wymierzył mi silny policzek. – Jesteś nic nie wartą dziwką – syknął. – Jeżeli jeszcze raz się to powtórzy to mnie popamiętasz – warknął gniewnie, potem odsunął się ode mnie, zabrał z krzesła swoją sportową kurtkę i trzaskając drzwiami wyszedł z domu, a ja znów zostałam sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rano obudziłam się bardzo niewyspana. Przez prawie całą noc nie mogłam zmrużyć oka, myśląc jedynie o Marku, na przemian to gniewając się na niego, to zamartwiając się, że nie wrócił na noc do domu. Ziewnęłam, przeciągnęłam się i wstałam z leżącego pod ścianą materaca. Nasze mieszkanie było naprawdę małe. Jeden pokój zajmujący dosłownie kilka metrów kwadratowych, przy drzwiach niewielka prowizoryczna kuchnia i odgrodzona kartonowo-gipsową ścianą miniaturowa łazienka. To wszystko czym dysponowaliśmy. Zerknęłam na stojący na szafce zegarek. Zaczęłam przeklinać. Cholerne urządzenie znowu stanęło, a ja z pewnością byłam już spóźniona do szkoły. Najszybciej jak potrafiłam wciągnęłam na siebie poprzecierane jeansy, niebieską koszulę w kratę i mój popielaty, jesienny płaszcz, który odziedziczyłam jeszcze po mamie. Chwyciłam granatowy plecak i pędem wypadłam ze starej kamienicy, w chłodne, wczesnojesienne powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nasza szkoła, liceum ekonomiczne imienia Mikołaja Kopernika, było zupełnie zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się budowlą z szarego kamienia. Korytarze miała chłodne, wąskie i mało przytulne. To jednak nikomu nie przeszkadzało w toczeniu ożywionych rozmów pod salami lekcyjnymi. Gwar i śmiechy uczniów zagłuszały nie tylko moje własne słowa, ale i myśli. – Znowu nie byłaś na polskim – niemal krzyknęła Marta, żeby dotarły do mnie jej słowa. – Co się stało? Pociągnęłam przyjaciółkę za rękę do damskiej łazienki. Tu było znacznie ciszej. – Marek dalej coś bierze, całą noc nie spałam – opowiedziałam przyciszonym głosem Marcie. Była moją jedyną, za to niezawodną przyjaciółką. Jej mogłam powiedzieć wszystko. – Do tego chcą nas wyrzucić z mieszkania, bo zalegamy z czynszem za trzy miesiące. – Paskudnie – odpowiedziała tylko – wiesz, że w razie czego zawsze możesz zatrzymać się u mnie… Moja matka nie będzie miała nic przeciwko. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie. – Ja tak, ale Marek nie – westchnęłam cicho. – Ehh, no na to nie ma szans – przyznała szczerze. – Wpadasz dzisiaj do mnie na noc? Jest piątek… trzeba chociaż trochę się rozerwać. Może coś razem wymyślimy? – Dobrze – uśmiechnęłam się do niej, kryjąc pod tym uśmiechem wszystkie moje zmartwienia. – Dzięki za zaproszenie. To co było na tym polskim? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy po szkole wróciłam do domu, Marek siedział na krześle. Miał przygarbione ramiona i ogólnie wyglądał jak ktoś, na kogo spadło naprawdę wiele nieszczęść. Na mój widok podniósł głowę. Wstał z krzesła. Jego twarz była bardzo blada. Wyraźnie rysowały się na niej duże, szare oczy. – Emilka – wypowiedział moje imię czułym, przepełnionym smutkiem głosem. – Przepraszam za wczoraj, ja nie… Jak zwykle nie dałam mu skończyć. Przylgnęłam do niego, oplatając go w pasie ramionami. Objął mnie delikatnie. – Przepraszam siostrzyczko – powtórzył cicho, tuląc mnie do siebie czułym gestem. Nie chciałam, żeby cokolwiek mówił. Nie chciałam od niego obietnic, których i tak nie dotrzyma. Dopóki był sobą, to i tak nie miało znaczenia. Odsunęłam się od niego niechętnie, rzucając w kąt mój granatowy plecak. – Idę do szpitala, pójdziesz ze mną? – zapytałam zmieniając temat. Chodziłam tam niemal codziennie, Marek tylko wtedy, kiedy nic nie brał, a ostatnio zdarzało mu się to coraz rzadziej. – Jasne, że pójdę – oznajmił z bladym uśmiechem. – Musimy przecież odwiedzić naszą małą Julkę. Pół godziny później staliśmy pod drzwiami dyżurki na oddziale chorób przewlekłych. Moja młodsza siostra miała szesnaście lat, chorowała na białaczkę. Na przemian, w zależności od jej stanu, zajmował się nią to szpital, to hospicjum. Rzadko kiedy czuła się na tyle dobrze, żeby normalnie chodzić do szkoły, a leczenie, które mogłoby cokolwiek zmienić, polegające w tym wypadku na przeszczepie szpiku kostnego, jak wszystko inne, wymagało pieniędzy. Tego, czego akurat nie mieliśmy. – Jak to nie możemy wejść? – zdenerwował się Marek. – To przecież nasza siostra! – Dzisiaj nie czuje się najlepiej – odpowiedziała spokojnie, obojętnym głosem pielęgniarka. – Teraz śpi. Jest po zabiegu. Możecie przyjść jutro. Marek nie miał jeszcze dwudziestu lat, a ja wiosną skończyłam osiemnaście. Tak naprawdę, nigdy nikt nie traktował nas poważnie. Widziałam, że mój brat zamierza się kłócić. To nie miało sensu, a jedynie nastawi do nas nieprzychylnie pielęgniarki. Położyłam mu rękę na ramieniu. – Wrócimy jutro – powiedziałam cicho. – Proszę jej przekazać, że byliśmy. Kobieta obdarzyła mnie zdawkowym, służbowym uśmiechem. – Oczywiście skarbie, przekażę jej – odpowiedziała, na powrót zagłębiając się w lekturze kolorowego pisma dla pań. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem znalazłam się u Marty. Siedziałyśmy na jej łóżku zajadając krakersy i popijając je sokiem żurawinowym produkcji jej mamy. Zawsze zazdrościłam przyjaciółce kompletnej rodziny, to jednak nigdy, w żaden sposób, nie wpływało na nasze stosunki. – Więc potrzebujesz jakiejś pracy! – stwierdziła dobitnie Marta. Jak zwykle rozmawiałyśmy o moich problemach, ona chyba tak naprawdę nie miała żadnych. Nawet kiedy podobał jej się jakiś chłopak, zawsze miała w sobie dość odwagi, żeby się tym sama zająć. Nie potrzebowała mojego wsparcia, natomiast dla mnie przyjaciółka była czymś w rodzaju liny ratunkowej. – Gdyby to było takie łatwe! – westchnęłam. – Wszędzie próbowałam… nigdzie mnie nie zatrudnią, dopóki chodzę do szkoły, a nie mogę zrezygnować z tego cholernego liceum, bo zabiorą nam opiekę nad Julką i stypendium socjalne. Marek po raz kolejny stracił pracę, wszystko wygląda beznadziejnie. – Jak bardzo jesteś zdeterminowana? – zapytała mnie Marta, a w jej oczach pojawiły się niebezpieczne błyski, jak zawsze wtedy, kiedy miała zamiar zdradzić cudzą tajemnicę. – Doskonale wiesz, jak bardzo – jęknęłam. – Wiesz jak zarabia na te wszystkie ciuchy i kosmetyki Kinga? – zapytała konspiracyjnym szeptem. – Przecież jej rodzina jest bardzo uboga… Pokręciłam głową, nie miałam pojęcia. – Znalazła sobie wujka z ameryki? – spytałam żartobliwie. – Coś w tym stylu… – uśmiechnęła się pogodnie Marta. – Ma sponsora, faceta, który płaci jej za seks. Spojrzałam na przyjaciółkę niedowierzająco, wyglądała zupełnie jakby właśnie oznajmiła mi prawdę objawioną. – Żartujesz, prawda? – zapytałam niedowierzająco. – Sugerujesz mi, że powinnam zostać dziwką? Marta skrzywiła się na te słowa. – Nie zupełnie… to nie to samo… – powiedziała nie patrząc na mnie. – Chodzi o znalezienie faceta, albo dwóch, którzy będą ci płacili za to, że z nimi sypiasz od czasu do czasu, a nie oddawanie się każdemu kto jest gotowy zapłacić. – Ty sobie naprawdę ze mnie jaja robisz – powiedziałam kręcąc głowa. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie. – Nie wracajmy już do tego tematu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W sobotę rano wróciłam do domu. Marka nie było, za to kiedy tylko weszłam usłyszałam mocne, właściwie nie pukanie, a walenie do drzwi. Niechętnie otworzyłam. W progu stał właściciel budynku. Łysawy facet w średnim wieku, z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem piwnym. No tak, ten cholerny czynsz… – Jesteście mi winni pieniądze za trzy miesiące – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jeżeli nie macie, to równie dobrze możecie się wynieść już teraz. Popatrzyłam na niego nieugiętym wzrokiem. – Zapłacimy pod koniec przyszłego tygodnia – oznajmiłam pewnym głosem, nie wierząc jednak za bardzo we własne słowa. On też mi nie uwierzył. – W następną niedzielę ma was tu nie być, gdyby nie moja żona, wyrzuciłbym was natychmiast, jej możecie podziękować – warknął i zniknął w ponurym, szarym korytarzu kamienicy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Przez cały dzień snułam się po dworze. Chłodne jesienne powietrze działało na mnie orzeźwiająco, w żaden jednak sposób nie pomagało na moje problemy. Dzięki temu, że śniadanie jadłam u Marty, nie czułam się przynajmniej głodna, cieszyłam się też, że w mieszkaniu, na kuchennym blacie zostawiłam kanapki dla Marka. Westchnęłam. Coś w końcu kiedyś musi zacząć się pomyślnie układać. Coraz poważniej zaczęłam zastanawiać się nad sugestią Marty. Nie byłam jakąś niesamowitą pięknością, ale nie należałam też do brzydkich dziewczyn. Nie jeden raz jakiś chłopak zachłannie wodził za mną wzrokiem. Mam metr siedemdziesiąt, długie blond włosy sięgają mi niemal do pasa, a moje szaro-niebieskie oczy są duże i mają ładny kształt. Jestem szczupła, nawet miejscami za bardzo, przez to, że zdarzało mi się naprawdę źle odżywiać, mimo to nigdy nie narzekałam na swój wygląd. Najczęściej był mi po prostu obojętny. Koło siedemnastej znów stałam w drzwiach mieszkania Marty. Przyjaciółka przywitała mnie, jak zwykle, bardzo ciepło, wyglądała jednak na odrobinę zdziwioną, że znowu się u niej pojawiłam. – Marta, jak to się robi? – zapytałam, gdy tylko znalazłyśmy się u niej w pokoju. – Robi się co? – nie zrozumiała dziewczyna. – Szuka tego całego sponsora – odpowiedziałam lekko nachmurzona. – Zmieniłaś zdanie? – spytała niepewnie. – Tak, zmieniłam – odparłam z ciężkim westchnieniem. Chwilę później siedziałyśmy przed komputerem czytając różnego rodzaju ogłoszenia na towarzyskich portalach. Marta zasugerowała, żebym umieściła tam własne, ja jednak wolałam na razie skorzystać z już istniejących. Wybrałyśmy kilkanaście sensownie napisanych, a potem moja przyjaciółka powysyłała do ogłoszeniodawców maile. Przez cały kolejny tydzień w szkole opowiadała mi treść różnego rodzaju, głównie wulgarnych maili na które odpisywała. W końcu jednak, w czwartek, oznajmiła mi, że umówiła mnie na spotkanie z jakimś całkiem sensownym i kulturalnym gościem. Miałam przyjść do niej zaraz po szkole, przygotować się, a potem iść na spotkanie. Planował być z kolegą. Marta zaproponowała, że pójdzie ze mną, ja jednak nie chciałam. Wolałam stawić temu czoła sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Bardzo denerwowałam się czekającym mnie spotkaniem. Przez całą drogę próbowałam sobie wmówić, że to nic takiego, ale wiedziała, że wcale tak nie jest. Chciałam zrobić coś paskudnego, coś zupełnie amoralnego, a jednak, nie widziałam nigdzie innego wyjścia. Dzięki temu los Juli, los Marka, mój los miały sporą szansę się poprawić. Byłam zdeterminowana i gotowa na wszystko. Martwiło mnie teraz jedynie moje zniszczone codziennie ubranie i brak jakiegokolwiek makijażu. Głupia polonistka, że też akurat dzisiaj, kiedy byłam umówiona na to nieszczęsne spotkanie, musiała mnie zatrzymać po lekcjach! Nie zdążyłam zajść do Marty, żeby się przygotować, jak planowałyśmy poprzedniego dnia. Niezbyt pewna siebie otworzyłam przeszklone drzwi kawiarni, w której miało odbyć się nasze spotkanie. Przy stole w rogu, na wyblakłej, czerwonej kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Zdziwiło mnie to, że byli tacy młodzi, żaden z nich na pewno nie dotarł jeszcze do trzydziestki, ale idealnie pasowali do podanego opisu. Pierwszy z nich był blondynem, z typu tych, którzy całe dnie spędzają na siłowni i solarium. Miał na sobie markowe, sportowe ubranie, a na jego twarzy gościł rozbawiony uśmiech. Wyraźnie nie czuł się ani trochę skrępowany zaistniałą sytuacją. Drugi miał kasztanowe, delikatnie przydługie włosy i sceptyczny, ponury wyraz twarzy. Jego usta zaciśnięte były w wąską kreskę. Na sobie miał koszulę w kolorze wytrawnego wina i modnie skrojoną marynarkę. Pode