Dziesięć tysięcy żyć – Michael Poore

Najpierw żyjemy. Potem umieramy. A potem… dostajemy następną szansę?

 

Reinkarnacja jest ciekawym tematem i zagadnieniem, o którym pisać można na setki różnych sposobów. Nikt nie wie co dzieje się z nami po śmierci. Trafiamy do biblijnego czyśćca czy może kontynuujemy życie w zupełnie nowym ciele? Takie właśnie rozważania w swojej powieści „Dziesięć tysięcy żyć” snuje Michael Poore.

Ludzka dusza otrzymała dziesięć tysięcy szans, by osiągnąć doskonałość. Po każdej kolejnej reinkarnacji i związanej z nią śmierci dusza osądzana jest przez istoty, które nie uważają się za bogów. Milo ma już za sobą prawie wszystkie żywoty. Zostało mu jeszcze tylko pięć szans, by osiągnąć wieczność – coś, co innym duszom udaje się średnio po dziewięciu tysiącach żyć. Jeżeli mu się nie uda, czeka go całkowita zagłada. Milo nie boi się unicestwienia, ale wie, że jeżeli nie osiągnie doskonałości, nie będzie mógł spędzić wieczności ze swoją kochanką Suzie, która jest samą śmiercią.

Brzmi nieco abstrakcyjnie, prawda? „Dziesięć tysięcy żyć” to powieść składająca się właściwie z samej abstrakcji. W książce jest też wiele przemyśleń. Historię Milo śledzimy życie po życiu, wydarzenie po wydarzeniu. Z ludzkimi (i nie tylko) żywotami przeplatają się chwile odpoczynku w miejscu, gdzie dusza wędruje po śmierci. Michaelowi Poore z pewnością nie można zarzucić braku wyobraźni czy nieoryginalnego podejścia do wałkowanego już wielokrotnie tematu.

Przyznam szczerze, że sięgając po książkę, spodziewałam się lekkiego romansu paranormalnego, a nie rozważań na temat życia i śmierci czy dobra i zła. „Dziesięć tysięcy żyć” ma w sobie znacznie więcej głębi, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony jednak ma to też swoje wady. Pisarzowi nie udało się uniknąć dłużyzn, a od czasu do czasu jego twórczość staje się wręcz patetyczna. Cała fantastyczna otoczka została jednak wykreowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, a świat, który stworzył pisarz, ma swój niepodważalny sens.

Powieść niesie ze sobą niezwykle piękne, bardzo pozytywne przesłanie. Może nie wyjaśnia sensu istnienia, ale motywuje do tego, by wieść dobre, godne życie. Nie wszystko musi być idealne, ważne jest wnętrze człowieka i jego nieśmiertelna dusza. Niewiele nam trzeba, byśmy mogli być naprawdę szczęśliwi. Chociaż Michaela Poore zdecydowanie nie porównywałabym do Neila Gaimana czy Terry’ego Pratchetta, to jednak „Dziesięć tysięcy żyć” ma w sobie tę iskierkę, która może zapłonąć w sercach czytelników.

Dziękuję!

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

5 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Pomysłowa

    9 listopada 2017

    Ciekawy temat. Może kiedyś sprawdzę tę książkę, bo z Twojego opisu wynika, że jest naprawdę interesująca. A może sama coś napiszę? 😉 Dzięki za inspirację! 🙂

  2. Odpowiedz

    Joanna

    9 listopada 2017

    Wcale bym nie pomyślała, że mogę czuć się zachęcona po przeczytaniu recenzji a tu proszę 🙂

  3. Odpowiedz

    Tea

    9 listopada 2017

    Jestem okładkowa blacharą (zaakceptowałam już to i postanowiłam głośno się do tego przyznawać) a ta jest po prostu piękna! I do tego w twardej oprawie, a te książki zdecydowanie bardziej lubię. Może sama historia to nie są moje klimaty, ale ciesząc oko widziałabym ten tytuł na swojej półce – wpasowałby się pięknie 😉

    Pozdrawiam 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      9 listopada 2017

      Kolorystycznie również bardzo mi się podoba, ale sama postać już nieco mniej.

  4. Odpowiedz

    Sonya

    10 listopada 2017

    Brzmi naprawdę ciekawie. Skojarzyło mi się z serią „Szeptem”.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS