to-jak-szefie

Date
paź, 20, 2021

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

Leave a comment

Najnowsze Patronaty


  • Wiedźmy Kijowa

Najpopularniejsze Opowiadania


Black & White
Black & WhiteNastały ciężkie czasy. Z powodu globalnego ochłodzenia, które rozpoczęło się około 2030 roku ludzie zaczęli głodować. Na Ziemi wyczerpało się większość źródeł energii. W 2045 wybuchła Trzecia Wojna Światowa, która trwała przez dwadzieścia kolejnych lat. Liczba ludności zmniejszyła się do niespełna trzech miliardów. Jedynym powodem dla którego konflikt nie przerodził się w wojnę nuklearną, były osoby władające nadprzyrodzonymi umiejętnościami, które bez skrupułów wykorzystywali do walki. To właśnie oni zjednoczyli się, by zażegnać wojnę. Od tej pory każde państwo prowadzi swoją własną Akademię, a ich uczniowie są jedynymi, którzy biorą udział w bitwach.  Wojnę atomową, wybuchy bomb, nawet wojnę biologiczną można było wytłumaczyć powołując się na naukowe teorie. My byliśmy fenomenem. Nikt nie wiedział do czego jesteśmy zdolni ani dlaczego posiadamy nasze umiejętności. Nauka w jednej z Akademii jednak nie była niczyim marzeniem. Śniliśmy o niej po nocy w naszych najgorszych koszmarach. Jako młode pokolenie staraliśmy się żyć normalnie, ale tak naprawdę odetchnąć mogliśmy dopiero na studiach – wtedy nabywaliśmy ostatecznej pewności – nie zostaliśmy wybrani, jesteśmy zwyczajni. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia. Wiem jednak, że mimo wszystko nie powinno mnie tu być, bo mimo tego, że wykryto u mnie pewne zdolności, nie potrafiłam ich używać.  Każde z nas posiada odmienne umiejętności, ostatecznie jednak wszyscy uczymy się tego samego – jak przetrwać, zapanować nad magią i nie dopuścić do wojny, chaosu oraz totalnej zagłady. Rozdział Pierwszy Lila Drżały mi dłonie. Z całej siły ściskałam łuk. Byłam w tym naprawdę beznadziejna, a to nie wróżyło mi świetlanej przyszłości. Właściwie nie wróżyło mi żadnej przyszłości, chyba, że miałabym nadzieję spędzić resztę swojego życia jako niewolnica na farmie żywności… lub jeszcze gorzej, a tego „gorzej” nawet nie chciałam sobie wyobrażać. Moje strzały nie tyle nie wbijały się w kolorową, papierową tarczę co najczęściej w ogóle omijały dwumetrową słomiankę i to niezależnie od tego ile bym nie ćwiczyła albo jak bardzo się nie starała.  – Czternastka, zostajesz po zajęciach – usłyszałam lodowaty glos trenera.  Jeszcze mocniej zacisnęłam dłoń na drzewcu łuku. Czego innego mogłabym się spodziewać?  – Poradzisz sobie – mruknęła do mnie Hester, przechodząc za moimi plecami i składając broń.  Właściwie nie była moją przyjaciółką. Za to była jedyną osobą, która normalnie ze mną rozmawiała. Skoro została moją współlokatorką to nie miała wielkiego wyboru… Na większości zajęć byłam naprawdę kiepska, a trzymanie się z marnymi uczniami niczego nikomu nie dawało – nawet więcej, stanowiło pewnego rodzaju zagrożenie. Poza tym do tej pory byłam jedyną osobą z pierwszego roku, która jeszcze nie odkryła nawet jednego talentu.  Ręce coraz bardziej drżały mi ze zmęczenia, ale nie przestawałam strzelać. Wiedziałam, że to byłby duży błąd i ból w ramionach jest niczym w porównaniu z karą, jaka wówczas mogłaby mnie czekać. Zajęcia z bronią okazały się jednymi z najgorszych. Nasz trener był przystojny posągową urodą i również jak posąg się zachowywał – nieczuły i zimny. Traktował nas bez cienia litości czy empatii. Błagałam w duchu żeby nie trafić do jego grupy, gdy zacznę się uczyć konkretnych sztuk walki wręcz. Obecnie próbowaliśmy wszystkiego, by móc zorientować się co najbardziej będzie do nas pasowało.  Nieliczni uczyli się od wczesnego dzieciństwa, ponieważ już wtedy wykryto ich talent do magii, ale było ich niewielu. To właśnie oni zostawali naszymi trenerami i nauczycielami. Inni, tacy jak ja, w Akademii byli zaledwie od miesiąca, a dostanie się do niej zmieniło nasze życie w piekło. Niewielu przebywało w tym miejscu z własnej woli.  – Źle to robisz – usłyszałam szorstki głos trenera. Tak zawzięcie strzelałam, że zupełnie zapomniałam o jego obecności. Podszedł do mnie dopiero gdy wszyscy wyszli z hali. Stanął tuż za moimi plecami. Położył dłoń na moim ramieniu. Poczułam niepokojące drżenie i tym razem nie był to strach. Martin był od nas zaledwie parę lar starszy i… był tak samo cudowny, co i przerażający. Sprawiał wrażenie jakby znęcanie się nad nami sprawiało mu niekłamaną przyjemność, a jednocześnie… był najprzystojniejszym mężczyzną jakiego w życiu spotkałam. Z powodzeniem mógłby zostać modelem lub gwiazdą filmową. Krótko ścięte, ciemne włosy, niemalże fiołkowe tęczówki, sylwetka sportowca. Był też oczywiście doskonały we wszystkim co robił. Kiedy za mną stał, czubkiem głowy sięgałam mu ledwie do ramienia. To było dziwne uczucie – darzyć nienawiścią kogoś, na czyj widok w moim brzuchu szalało stado wściekłych motyli. Taka była jednak prawda. Nienawidziłam go i nie byłam z tym uczuciem odosobniona. Lodowata maska na chwilę opadła i spojrzał na mnie zaskoczony. Czy on też to poczuł? Wiedziałam, że to niemożliwe! Gdy odważyłam się ponownie spojrzeć, po zaskoczeniu na jego twarzy nie było ani śladu. Pokazał mi w jakiej pozycji powinnam trzymać strzałę i łuk, a ja błagałam w myślach tylko o to, żeby już przestał mnie dotykać, a jednocześnie pragnęłam, żeby nigdy nie przestawał.  – Spróbuj teraz – powiedział, wciąż trzymając dłonie na moich rękach. Skupiłam się na tarczy. Wciągnęłam powietrze, kompletnie zaskoczona. Między grotem strzały a tarczą pojawiła się srebrna, mglista linia. Dopasowałam do niej strzałę i wypuściłam ją z łuku. Trafiła perfekcyjnie. W sam środek kolorowej kartki. Miałam ogromną ochotę zapytać go co to było, ale milczałam. Tak było bezpieczniej. Obdarzył mnie zagadkowym spojrzeniem i odsunął się ode mnie.  – Następna – rozkazał. Ponownie naciągnęłam cięciwę. Linia zniknęła, a ja wypuściłam strzałę w pustkę, o włos mijając się z moją słomianką. Nie wyglądał już na zirytowanego, a raczej na zaciekawionego. Położył dłoń na moim ramieniu.  – Spróbuj jeszcze raz. Linia wróciła, a ja oddałam kolejny perfekcyjny strzał. Kazał mi wykonać kolejne cztery strzały, nie zdejmując ręki z mojego ramienia. Wszystkie były idealne. Wziął ode mnie łuk i wystrzelił,  ale nie celował do tarczy. Strzała przeleciała przez niewielkie, otwarte okienko hali sportowej. Trafił w wysoki punkt na stojącym w pewnym oddaleniu drzewie. Oddał mi broń. – Skup się – warknął. – Nie jestem ci potrzebny, żebyś zobaczyła trajektorię lotu strzały.  Nie był? Poczułam irytację. Skupiłam się tak, jak kazał, ale tym razem nie na tarczy, a na jego wbitej w drzewo strzale. Nie byłam pewna czy chcę sobie czy jemu coś udowodnić. I rzeczywiście… kiedy już wiedziałam czego szukać bez trudu dostrzegłam linię, ale nie była tak wyraźna jak wtedy, kiedy mnie dotykał. Tym razem widziałam ją jako cienką, zamgloną smużkę. To jednak wystarczyło. Strzeliłam. Jego strzała rozpadła się na kawałki. Nie byłam nawet zdziwiona, że udało mi się trafić. On również nie był. – Starczy na dzisiaj – oznajmił. – Jutro też zostaniesz po zajęciach.  Skinęłam głową przerażona tą perspektywą i ruszyłam wyciągnąć z tarczy swoje strzały. Zatrzymał mnie w miejscu. Spojrzał mi w oczy. – Lepiej póki co nie mów o tym nikomu. Posłusznie skinęłam głową, a potem pobiegłam ku tarczy, nareszcie uwalniając się od jego dotyku.  *** Najpierw strzelałam z łuku, a potem zabrał mnie na strzelnicę. Kazał strzelać z pistoletu i karabinu. Na swoje nieszczęście za każdym razem bezbłędnie trafiałam. Pojedyncze zostawanie po zajęciach przerodziło się w codzienne, dwugodzinne treningi, które na początku następnego tygodnia zamieniły się w sześciogodzinne sesje, na dodatek wcale nie obejmujące wyłącznie strzelania. Jako początkująca grupa uczyliśmy się kilkunastu różnych sztuk walki, by po trzech miesiącach treningów wybrać dwie, które najbardziej nam odpowiadają. Martin zrobił to przed czasem za mnie i zmusił mnie do intensywnej nauki karate i aikido. Jego treningi były mordercze. Nie miałam kiedy jeść. Nie nadążałam z innymi lekcjami. Kiedy wracałam do pokoju, po prostu padałam na łóżko i przesypiałam aż do rana.  *** Nie rozumiałam czemu zabronił mi brać udział w treningach reszty grupy. Zamiast tego siedziałam obserwując ich wysiłki lub służyłam za dziewczynę na posyłki. To nie miało sensu. Przynajmniej nie dla mnie. Nikt jednak nie zadawał pytań. Z góry uznali, że jestem zbyt słaba by brać udział we wspólnych zajęciach, a ja nie wyprowadzałam nikogo z błędu. Trener również nie. Do czasu. – Za tydzień odbędą się zawody – oznajmił grupie. – Zapewne wiecie co to oznacza? – ni to spytał ni stwierdził. – Osoby, które zwyciężą w przynajmniej jednej konkurencji są zwolnione z półrocznych egzaminów.  Zważywszy na to, co groziło za ich niezdanie… cóż… była to naprawdę wartościowa nagroda i każdy liczył, że to on zostanie wytypowany do wzięcia udziału w międzyszkolnej rywalizacji. Na hali zapadła cisza. Nikt nie śmiał nawet odetchnąć, by przypadkiem nie zniszczyć swojej szansy. – Z waszej grupy wytypowałem cztery osoby.  W grupie była nas dwudziestka, niemal setka na roku, w zawodach każda szkoła mogła wystawić zaledwie dziesięciu pierwszoroczniaków. To było dla naszej grupy ogromnie pozytywne zaskoczenie. Znaczyło to również, że trener wyraźnie nas faworyzował.  – Będą to: jedynka, – tej decyzji wszyscy się spodziewali, Aron był we wszystkim najlepszy – ósemka, – Hester z trudem powstrzymała okrzyk radości – dziesiątka – wiecznie milczący, ponury Dominik i tym razem nie dał po sobie poznać jak wpłynęła na niego usłyszana decyzja – i czternastka. Cisza stała się gęsta, wręcz namacalna. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku. Niemalże mogłam usłyszeć ich myśli. Czym zraziła do siebie Martina, że tak bardzo jej nienawidzi? Dlaczego chce oglądać jej kompromitację? Ogarnęło mnie całkiem przyjemne uczucie mrocznej satysfakcji. Wreszcie będę mogła pokazać pozostałym, czego się nauczyłam.  Rozdział Drugi Lila Niedziela była jedynym dniem, który miałam wolny. Chociaż nie, tak naprawdę to nie. W niedzielę starałam się nadrobić wszystkie szkolne zaległości. Osiem godzin zajęć, a zaraz po nich sześć godzin treningu, to było dla mnie zbyt wiele.  – Nie wychodzisz? – spytała Hester, unosząc brwi.  Jak na nasze warunki i możliwości była naprawdę ładnie wyszykowana. Rozpuszczone, kasztanowe włosy sięgały jej ramion. Włożyła na siebie obcisły, sięgający niemal kolan sweter i długie, szare skarpety za kolana. Do tego wysokie buty i przerobiony na całkiem modną torebkę wojskowy chlebak. – Uczę się – oznajmiłam wracając do leżącej przede mną książki. – Jesteś tego pewna Lila? Wiesz, że to i tak wszystko na nic, jeżeli nie znajdziesz kogoś, kto cię zaprosi do pary… – w jej tonie pojawiła się nuta współczucia. – Wspólne zajęcia zaczynają się już za dwa tygodnie – dodała.  Cholera! Zupełnie o tym zapomniałam. Pieprzone zajęcia w parach, których sensu kompletnie nie rozumiałam. Istniały podobno po to, żeby nauczyć nas radzenia sobie we wszystkich sytuacjach, nie tylko podczas ewentualnej walki, ja w to jednak nie wierzyłam. Dziewczyn było na naszym roku o dwadzieścia więcej niż chłopaków. Znaczyło to ni mniej ni więcej niż to, że dwadzieścia z nas nie zostanie zaproszone. Jeżeli nie znajdę sobie partnera, a przez moje wyniki w nauce wcale się na to nie zapowiadało, to zostanę wyrzucona. Skończę na farmie, całymi dniami pracując w polu. Tak jak pozostałe niezaproszone dziewczęta. Nie miałam przyjaciela, który mógłby mnie zaprosić, nie było też sensu wdzięczyć się do chłopaków. Każdemu zależało tylko na tym, żeby mieć jak najlepsze wyniki, a do tego potrzebna była jak najzdolniejsza partnerka. Ja nią zdecydowanie nie byłam. Aron  Idąc korytarzem uśmiechnąłem się arogancko do wpatrującej się we mnie łakomie blondynki. Pomachałem dwóm innym dziewczynom z grupy, które na mój widok zachichotały. Zawsze irytowały mnie osoby udające nadmierną skromność. Ja sam doskonale znam swoją wartość. I szczerze przyznam – nie mogłem doczekać się ćwiczeń w parach. Byłem nie tylko jednym z najlepszych uczniów, ale także jednym z najprzystojniejszych chłopaków w szkole i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Moja partnerka na zajęcia musiała być idealna. Tym razem popełniłem jednak błąd. Nie mogłem się zdecydować i zbyt długo zwlekałem z wyborem odpowiedniej dziewczyny. Za błędy natomiast w Akademii niestety zawsze się płaci.  – Masz już partnerkę? – spytał od niechcenia sensei, kiedy zdjąłem buty i wszedłem na matę.  – Jest jeszcze trochę czasu – mruknąłem, zaskoczony pytanem.  Nieczęsto ze mną rozmawiał. Zazwyczaj ograniczał się do wydawania poleceń lub korygowania błędów.  – Więc nie masz? – przecząco pokręciłem głową. – Doskonale. W takim razie zaprosisz Lilien. Numer czternaście z twojej grupy.  Spojrzałem na niego zszokowany. Czyżbym się przesłyszał? W pierwszym momencie nie skojarzyłem dziewczyny, o której wspomniał, ale chwilę później pobladłem. Była na końcu list z niemal wszystkich zajęć, w tym również tych sportowych. Nie byłem pewien jakim cudem w ogóle udawało jej się cokolwiek zaliczać…  – Żartujesz, prawda? – wyrwało mi się nieproszone. Trener spojrzał na mnie chłodno. Z trudem przełknąłem ślinę. Jak mogłem zachować się tak bezmyślnie? – Nie mówisz poważnie, sensei? – poprawiłem się natychmiast. Ku mojej uldze puścił moje słowa mimo uszu.  – Owszem, mówię. To nie jest prośba. Nie potrafiłem w to uwierzyć. Nie chciałem. Ta dziewczyna nie zaprzepaści mojej szansy na zajęcie pierwszego miejsca i zostanie kapitanem!  – Nie mogę jej zaprosić! – prawie krzyknąłem. – Co jeśli przez nią nie zdam? Teraz naprawdę przegiąłem. W jego oczach pojawiła się wściekłość. Odezwał się jednak chłodnym, wyrachowanym tonem. – Nie zdasz, jeżeli jej nie zaprosisz. – Jak to nie zdam? – spytałem jak ostatni głupek. – Nie zdasz, bo cię obleję – wyjaśnił z drwiną w głosie. – Nie możesz! Jestem najlepszy! – panika i irracjonalność tej sytuacji znów odebrały mi rozum. – Chcesz się założyć? – ponownie zignorował moją impertynencję. Czy to był jakiś pieprzony żart? A może test? Zdałem sobie sprawę z porażki. Musiałem się wycofać.  – Nie, mistrzu – mruknąłem. – Zaproszę ją.   – Doskonale, w takim razie zaczynaj rozgrzewkę – odparł, jakby sprawa była zupełnie błacha, a on już o niej zdążył zapomnieć.  Nie obchodziło go czy w ten sposób rujnował moje życie w Akademii. Ja go nie obchodziłem. Odetchnąłem. Nie miałem pojęcia czym mu podpadłem. Tym razem udało mi się uniknąć kary, ale czy to, na co się zgodziłem, to właśnie nie była najgorsza możliwa kara? Lila Stałam na korytarzu pod klasą, czekając na kolejne zajęcia, kiedy zatrzymał się przy mnie wysportowany blondyn. Spojrzałam na niego pytająco. Czego on ode mnie chciał? Stanął pod ścianą, z rękami założonymi na plecach. Jakby był czymś mocno zdenerwowany. Po chwili jednak odzyskał rezon. – Zostaniesz moją partnerką na zajęciach – to nie była prośba ani pytanie. On po prostu oznajmił mi ten fakt. Jakbym nie mogła mu odmówić… Zdałam sobie sprawę, że nie mogę. Chwilowa niepoczytalność chłopaka była moją ostatnią nadzieją. Niechętnie skinęłam głową. – Świetnie, w takim razie widzimy się rano na treningu. Nie spóźnij się – rzucił na dowidzenia i szybkim krokiem oddalił się korytarzem, a ja oniemiała wpatrywałam się w jego plecy.  Hester zerwała się z podłogi po przeciwnej stronie korytarza i podbiegła do mnie. – Czego od ciebie chciał?  No tak, teraz to się mną interesowała… Właściwie nie dziwiła mnie jej ciekawość. – Zaprosił mnie do pary – odpowiedziałam najspokojniej jak potrafiłam. – Co?! Nie przesłyszało ci się coś czasem? – spytała z naganą w głosie. Wzruszyłam ramionami. – O co robisz tyle szumu? – Mówi ci coś imię Aron? Pierwszy na wszystkich listach? Popatrzyłam na nią zaskoczona. Jeśli mówiła prawdę to tylko znaczyłoby, że kompletnie nie zwracałam uwagi na innych uczniów. – To on? Uniosła brwi. – Nie wiedziałaś? – przecząco pokręciłam głową. – Ciekawe czego od ciebie chciał – zastanowiła się przez chwilę. – Może ma zamiar wszystkim udowodnić, że jest najlepszy i nawet na ćwiczeniach w parach poradzi sobie sam? – drwiąco uśmiechnęła się Hester. – Spierdalaj – warknęłam na nią, odwracając się w stronę okna. – Masz więcej szczęścia niż rozumu – roześmiała się odchodząc i zostawiając mnie w spokoju. Z przykrością musiałam jej przyznać, że chyba miała rację. Gdybym tylko mogła jej wyjaśnić, że zawalanie tych wszystkich zajęć, to nie tak do końca moja własna wina… Rozdział Trzeci Lila W teorii dziewczęta dostały bardzo łatwe zadanie. Miałyśmy zostać w jednym miejscu i czekać na swojego wybawcę. W praktyce… zostałam zostawiona sama sobie pomiędzy drzewami w mrocznej puszczy i… cholernie się bałam. Ćwiczenia w parach były jednymi z najważniejszych, a ja zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Czemu mielibyśmy polegać na kimś innym, a nie wyłącznie na sobie samych? W końcu tego uczyły pozostałe zajęcia – nie powinniśmy nikomu ufać. Dlaczego więc teraz drżałam ze strachu, czekając na Arona? Nie byłam pewna jak tu trafiłam. Zadbali o to, żebyśmy były zdezorientowane. Nad sobą słyszałam upiorne wycie. Wiedziałam, że robią to specjalnie, a jednak… mimo wszystko odczuwałam strach. Duchy to martwi ludzie, a martwi nie mogą mnie skrzywdzić, to żywych powinnam się bać, powtarzałam sobie w myślach. Przeszłam kilka kroków, przeciskając się między gęstymi chaszczami. Grunt stawał się coraz bardziej podmokły. Po kilku metrach zaczęły mi w nim grzęznąć buty. Perfekcyjnie! Nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ironia została moją najlepszą przyjaciółką. Zawróciłam. Gdybym chciała iść w drugą stronę na swojej drodze spotkałabym trujący bluszcz. Co prawda nie był tak naprawdę trujący, ale nie miałam ochoty na tygodniową, swędzącą wysypkę. Wybrałam więc trzecią opcję. Przeszłam wzdłuż bagna, uważnie pilnując swoich kroków i wspięłam się na wzgórze. Tu drzewa już nie rosły tak gęsto. Nawet jeżeli moje działania miałyby być daremne to i tak przynajmniej odsuwały ode mnie nieprzyjemne uczucie strachu. Znalazłam drzewo, którego gałęzi mogłam dosięgnąć i z nadzieją wspięłam się na nie. Zdziwiło mnie jakie to było łatwe. Wielogodzinne treningi najwyraźniej nie poszły na marne. Powoli, ostrożnie, wspięłam się jeszcze wyżej. Okazało się, że wybrałam całkiem słusznie, a wzgórze, na którym stało drzewo było odpowiednio wysokie. Ujrzałam nie tylko stojące wysoko na niebie słońce, ale i mury akademii.  Aron Wściekły wyszedłem z lasu. Po raz pierwszy od kiedy zacząłem uczyć się w akademii nie wykonałem powierzonego mi zadania. Mimo otrzymanych koordynatów nie udało mi się jej znaleźć. Kiedy jednak minąłem linię drzew, stanąłem jak wryty. Była tam! Siedziała spokojnie na trawie jak gdyby nigdy nic.  – Co tu robisz?! – warknąłem podchodząc do niej. Podniosła na mnie obojętne spojrzenie. Wzruszyła ramionami.  – Znudziło mi się czekanie. Miałem ochotę ją udusić! Przez tą cholerną smarkulę nie zaliczą nam zadania! Do tego piekielnie piekły mnie ręce. Z trudem powstrzymywałem się od ciągłego drapania.  – Czy to było naprawdę takie trudne?! Po prostu poczekać?! Nawet do tego się nie nadajesz?! Posmutniała, a ja poczułem, że nieco przesadziłem. Co zrobię, jeżeli w ogóle nie będzie ze mną współpracowała? Gwałtownie wstała. – Więc dlaczego mnie wybrałeś? – spytała, a ja nie byłem pewien czy bije od niej złość czy żal. Może jedno i drugie po trochu? – Lubisz wyzwania?  Nie odpowiedziałem, bo co niby miałem jej odpowiedzieć? Nie wiedziałem czy to w jakiś sposób jej wina, że zostałem do tego zmuszony, ale szczerze w to wątpiłem. To była raczej kwestia tego, że Martin chciał mi dopiec, albo mnie sprawdzić. Syknąłem zirytowany faktem, że nie mogę przestać się drapać. Spojrzała na moje odsłonięte przedramiona. – Cholera! Przedzierałeś się przez trujący bluszcz? – spytała patrząc na mnie jak na idiotę. – Trujący bluszcz? – spytałem głupio. Przytaknęła. – Sporo rosło go w tamtym miejscu. Jęknąłem. Nie mówiła poważnie? Nie mogła! – Może lepiej zgłoś się do punktu medycznego? – zasugerowała tonem jakby zwracała się do przedszkolaka.  Wściekły i upokorzony zrobiłem jedyną rzecz, którą mogłem zrobić w tym wypadku. Odwróciłem się do niej plecami i odszedłem, byleby znaleźć się jak najdalej od tej przeklętej dziewczyny. *** Mimo tego, że byłem na nią naprawdę zły, to nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Jeżeli ona nie zda, to ja również. Dlatego właśnie musiałem jej pomóc i zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby jej się udało. Nie wyglądało wcale na to, żeby zadanie miało być proste.  – Hej, Lilien, zaczekaj! – dogoniłem ją w korytarzu.  Nie zwolniła, więc chwyciłem ją za ramię. Zatrzymała się patrząc na mnie z dezaprobatą.  – Czego chcesz? – pytanie nie brzmiało zbyt miło. Miałem ochotę ją tak zostawić, tyle, że… nie mogłem. Nie pomagałem przecież tylko jej, a również sobie. Przez myśli wędrowały mi same niecenzuralne słowa. – Dzisiaj po treningu. Uczymy się razem – wycedziłem. – Nie mogę – odpowiedziała i odwróciła się, by odejść.  – Jak to nie możesz? – nie pozwoliłem jej ruszyć się z miejsca. O ile to tylko możliwe sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zirytowanej.  – Zostaję po zajęciach – wyjaśniła cicho. – Nie szkodzi, poczekam – odpowiedziałem uparcie. – Kończę o 22:00 – ucięła. Zaskoczony zmarszczyłem brwi. Sam również miewałem dodatkowe treningi, ale nigdy aż tak długo… – Dobra, w takim razie jutro – westchnąłem zrezygnowany. – Jutro też zostaję. – Jak to? To kiedy masz wolne? – poczułem się zdezorientowany. – W niedzielę, ale wtedy nadrabiam zaległości. Co takiego?! Nie patrzyła na mnie. Wzrok miała wbity w swoje buty. Mówiła poważnie?! Nawet nie zauważyłem, kiedy przestałem ją trzymać, ale uwolniona, zamiast uciec, plecami oparła się o ścianę, a po niej ześliznęła się na podłogę. Usiadła oplatając rękami kolana, schowała głowę w ramionach.  – Lilien? – ukucnąłem przy niej. – Nic ci nie jest? – Zaraz mi przejdzie – szepnęła. Miała ciemne włosy, była bardzo blada i nieprzyzwoicie wręcz szczupła. Do tej pory myślałem, że to jej naturalna bladość. Co jednak jeżeli się myliłem? *** Mały wywiad, który wykonałem, sprawił, że wciąż chodziłem wkurzony. Dlaczego on mnie w to wkopał? Co ja mu zrobiłem? Co ONA mu zrobiła? Rzeczywiście zostawała po ośmiogodzinnych zajęciach jeszcze na sześć godzin dziennie, co gorsza – na męczące treningi! Kiedy ona się uczyła? To cud, że w ogóle się prześlizgiwała dalej. Kiedy jadła? Czy w ogóle coś jadła? Byłem przekonany, że nie miała czasu na obiad i pewnie siły na kolację. Ile razy zdarzyło jej się już zasłabnąć? Czy on sprawdzał jej wytrzymałość? Równie podminowany przyszedłem na własny trening, a myśl o tym, że ona w tym samym czasie wykańcza się na basenie, albo strzelnicy, albo jeszcze gdzie indziej, sprawiła, że stałem się odważny. Zbyt odważny. – Czemu kazałeś mi zostać jej partnerem, skoro sam zamierzasz spowodować, żeby nie zdała? – spytałem wprost. – Chcesz się mnie pozbyć? – Skąd ten pomysł? – Martin wyglądał na bardziej zaciekawionego niż zirytowanego. – Trzymasz ją tutaj po kilka godzin dziennie! Jak w więzieniu! – wybuchnąłem. – Nie dajesz jej jeść, nie dajesz jej się uczyć. Jutro profesor Aveel oddaje nasze testy. Wiem, że Lilien go zawaliła. To kiedy zostanie wyrzucona jest tylko kwestią czasu, a ja wylecę razem z nią.  – I to powinno mnie obchodzić, bo…? – zapytał chłodno trener.  Z trudem przełknąłem ślinę. Wpatrywał się we mnie tak, jak ja kiedy byłem mały obserwowałem mrówki, które później przypalałem za pomocą lupy. Cholera! Wpakowałem się w niezłe gówno. Przez cały trening adrenalina szalała w moich żyłach. Chyba jeszcze nigdy nie byłem aż tak dobry. Ava Patrzył na mnie z tym swoim irytującym chłodem, a ja zastanawiałam się jak smakowałyby jego usta. Nawet w wojskowych bojówkach, czarnej bokserce i narzuconej na nią szarej, rozpinanej bluzie, wyglądał obłędnie.  – Nie oblejesz jej – oznajmił. To był rozkaz, nie prośba. – A nawet więcej. Będzie miała u ciebie same najwyższe oceny. – Niby dlaczego? – spytałam zirytowana. – Co takiego specjalnego jest w tej dziewczynie? Od początku wiedziałam, że będzie czegoś chciał. Ostatnio tylko wtedy do mnie przychodził. To jednak było dziwne roszczenie. Niepokojące.  – W niej nie ma nic niezwykłego – uśmiechnął się do mnie arogancko, ale jego oczy wciąż pozostały zimne. – Specjalny jestem ja i to, co mogę ci w zamian dać.  Oblało mnie cudowne ciepło. Taka odpowiedź mi się spodobała. Miałam nadzieję, że się nie rumienię. Od dawna już marzyłam o takiej sytuacji. – Cóż miałoby być tak cennego? – pochyliłam się nad biurkiem, mając nadzieję, że odpowiednio eksponuję obciągnięte ciasnym żakietem piersi.  – Wyniki zawodów – odpowiedział patrząc na mnie znacząco.  Próbowałam ukryć zawód. To rzeczywiście było coś, tylko, że nie to na co miałam nadzieję. Przed zawodami zawsze były obstawiane zakłady, ale nie graliśmy o pieniądze, tylko o coś znacznie cenniejszego… przysługi. Długi, za których niespłacenie groziło coś znacznie gorszego niż śmierć.  – Skąd masz pewność? – chciałam wiedzieć. – Nie ufasz mi? – widziałam rozbawienie w jego spojrzeniu. – Zazwyczaj nie – westchnęłam zirytowana.  Tym razem jednak było inaczej. W tych sprawach wierzyłam w jego instynkt w stu procentach. – Wchodzisz w to czy nie? – chciał wiedzieć. Jakby dawał mi jakiś wybór… – Oczywiście, że wchodzę! A teraz wynoś się z mojej klasy, zanim przyjdą uczniowie!  – Tak jest, pani profesor – podniósł się z ławki o którą do tej pory się opierał, skłonił się drwiąco i opuścił pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak długo wstrzymywałam powietrze.  Lila Nienawidziłam przedmiotów ścisłych. To znaczy, tak naprawdę, to je uwielbiałam, ale nie kiedy nie mogłam poświęcić na naukę wystarczającej ilości czasu i nie wówczas, gdy moja nauczycielka była w tej dziedzinie geniuszem. To musiała być jej specjalna zdolność. – Czternastka, zostaniesz dzisiaj po lekcji – usłyszałam zdanie od którego przeszły mnie ciarki. Kiedy wszyscy wyszli, ja dalej siedziałam spięta w ławce. Nauczycielka podeszła do mnie, kładąc przede mną test. To był mój test! Czy chciała mi przekazać, że nie zdałam? Podała mi długopis. – Pozmieniaj to, co poprawiłam ołówkiem – rozkazała. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – Po prostu to zrób, zanim zmienię zdanie – syknęła. Wbiłam wzrok w kartkę i zabrałam się do pracy. Skończyłam po kwadransie. Przejrzała test i kiwnęła głową usatysfakcjonowana.  – Jeden, jedyny raz zrobiłam dla ciebie taki wyjątek – odezwała się zanim zdążyłam wyjść z klasy. – Jeżeli następnym razem czegoś nie zaliczysz, to wylatujesz! Aron Ramię w ramię szliśmy szkolnym korytarzem. Niby powinienem się cieszyć, ale zalała mnie fala wściekłości.  – A? Jakim cudem dostałaś A?! – syknąłem zbyt głośnym szeptem. Lilien wzruszyła ramionami. – Może miałam dobry dzień – mruknęła. Dobry dzień?! Nawet ja nie dostałem A z tego pieprzonego testu! Jakim cudem jej udało się ogarnąć taki kawał materiału w tak krótkim czasie? Myślenie o ocenach jednak szybko wyleciało mi z głowy, kiedy dotarliśmy do treningowej hali. Nie miałem pojęcia czemu znaleźliśmy się tutaj we dwójkę. Martin już na nas czekał. – Spóźniliście się – oznajmił chłodno.  Chciałem coś powiedzieć, ale dziewczyna mnie uprzedziła. – Profesor Rosenberg zatrzymała mnie po zajęciach – odparła Lilien bez skrępowania. Uznałem, że jest nadmiernie odważna albo zwyczajnie głupia, trener jednak jedynie skinął głową w odpowiedzi. O co chodziło z tą cholerną dziewczyną? Czemu się nią interesował? – Macie pięć minut, żeby się przebrać – oznajmił stanowczo. Lilien bez słowa pobiegła do damskiej szatni, a ja zniechęcony powlokłem się do mojej. Kiedy wróciliśmy okazało się, że mamy ćwiczyć walkę wręcz. Przeciwko sobie. Czy Martin chciał, żebym zrobił jej krzywdę? Nawet jeżeli będę starał się hamować, to i tak nie był najlepszy pomysł. Z pewnością nie przeciwko dziewczynie tak słabej, że mdlała z wyczerpania i niedożywienia. Kiedy weszliśmy na matę napotkałem jej przerażony wzrok. Krótka rozgrzewka, kilka próbnych chwytów i padów. Tylko tyle zdążyliśmy zrobić. Nie musiałem jej dotykać, żeby wiedzieć, że jest dla mnie zbyt słabą przeciwniczką. Po wspólnej rozgrzewce jednak autentycznie bałem się, że zrobię jej krzywdę. – Dość! – przerwał nam głos Martina. – Chcę zobaczyć prawdziwą walkę. Tak jakbyście walczyli na turnieju. I Aron, nie powstrzymuj się. Jeśli stwierdzę, że nie pokazujesz wszystkiego na co cię stać, to wylatujesz z zawodów.  Z trudem przełknąłem ślinę. Cholera! Co to miało być? Teraz naprawdę zacząłem się bać, że mógłbym ją jakoś poważnie zranić i… że dokładnie o to mu chodziło. Lila Nie rozumiałam dlaczego miałam walczyć z Aronem. Co to za nagła zmiana? Do tej pory trenowałam tylko z Martinem i… z nikim więcej, a to co robiliśmy i tak trudno było nazwać prawdziwą walką. Po prostu uczył mnie wszystkiego od strony technicznej. Więc czego teraz ode mnie oczekiwał? Zdążyłam się już zorientować, że każde jego działanie miało jakiś uzasadniony cel.  – Dlaczego mam z nim walczyć – spytałam cicho, kiedy do mnie podszedł. – Ponieważ ze mną nie wygrasz – odpowiedział spokojnym głosem.  – A z Aronem tak? – spytałam powątpiewająco.  Ku mojemu zaskoczeniu Martin skinął głowa. Położył mi rękę na ramieniu i odwrócił twarzą ku sobie. Zamarłam. Jak zawsze, kiedy mnie dotykał, miałam ochotę się wyrwać i uciec. Jak najdalej od niego… – Nie bój się – powiedział na tyle cicho, że Aron nie mógł go słyszeć. – Skup się na jego ruchach. To wystarczy. Bez przekonania skinęłam głową, ale posłusznie podeszłam do obserwującego mnie ponuro chłopaka. Wyglądał na przerażonego, ale wątpiłam, żeby bał się przegranej. Z pewnością nie wierzył, że mogłabym go pokonać. Przez chwilę obchodziliśmy się naokoło niczym dwa tygrysy, ale Martin szybko się zniecierpliwił. Zrezygnowany Aron zaatakował. Gdy trzeci raz wylądowałam na macie ujrzałam wyraz zawodu na twarzy trenera. Byłam zrezygnowana i obolała. Czy nie tego się spodziewał? Dzięki wielogodzinnym treningom z Martinem technikę znałam perfekcyjnie. Dlaczego nie miałabym dobrze walczyć? Tak jak mi polecił, zamiast przygotowywać się do obrony czy bezsensownego w tym przypadku ataku, postanowiłam skupić się na ruchach Arona. Był dobry. Zbyt dobry. Nie miałam pojęcia co zamierza. Coś się jednak zmieniło. Aron… Czy on zgłupiał do reszty? Poruszał się teraz w zwolnionym tempie jakby ktoś, klatka po klatce, przewijał film. Czy uznał, że Martin żartuje, kiedy kazał mu mnie nie oszczędzać? Bez trudu umknęłam z zasięgu  wyciągniętych ramion Arona. Zaatakowałam go z boku podważając jego nogi, tak, żeby się przewrócił. Ujrzałam wyraz zaskoczenia na jego twarzy i chłopak upadł na matę. Spojrzałam pytająco na Martina. Triumfował.  Aron Jak? Jak ona to zrobiła?! Nie byłem w stanie jej nawet dotknąć. Przez kolejną godzinę bezustannie lądowałem na macie. I… kompletnie nic nie mogłem na to poradzić. – Na dzisiaj wystarczy – oznajmił w końcu trener, kiedy zgrzytałem zębami po kolejnej porażce. – Do turnieju trenujecie codziennie po dwie godziny o tej samej porze. Aron, widzimy się jutro – oznajmił. – Lilien, ty zostajesz – zwrócił się do dziewczyny, która nie była nawet zaskoczona. Niechętnie opuściłem halę. Zacząłem marzyć, żeby zobaczyć te jej treningi. Jakim cudem taka piekielna niezdara nagle zrobiła się taka dobra? Uśmiechnąłem się do siebie. Kto wie… może okaże się, że Lila wcale nie była takim najgorszym wyborem. Lila Siedziałam przy stole na zapleczu i jadłam kanapkę. Z Subway’a! Do tej pory nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo mi takich rzeczy brakowało. Kanapki z Subway’a, pizza, kawa z kawiarni, śmieciowe jedzenie z fasfood’ów, a także milion innych tego typu rzeczy, które w chwili obecnej były jedynie wspomnieniami. Do dzisiaj. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, po treningu z Aronem, Martin oznajmił, że zmieniamy harmonogram. Teraz sześć godzin ćwiczeń miało podzielić się na trzy, dwugodzinne etapy. Najpierw trening z Aronem, potem obiad i odrabianie lekcji, a na końcu strzelanie. Później zabrał mnie na zaplecze i zapytał czy lubię kanapki z Subway’a. Spodziewałam się po nim wielu rzeczy, ale z pewnością nie tego! To było takie n o r m a l n e ! Ludzkie… Kompletnie do niego nie pasowało.  Kiedy skończyłam jeść wyjęłam z torby zeszyty. Mieliśmy takie przedmioty jak historia wojen, taktyka, fizyka, matematyka, biologia, chemia, geografia i technika, na której uczyliśmy się przede wszystkim konstrukcji różnego rodzaju broni. Zresztą wszystkie zajęcia i tak dotyczyły dokładnie tego samego – gdyby nie dało się jej zapobiec to szykowaliśmy się do wzięcia udziału w wojnie. O tym jak ogromne zaległości musiałam nadrobić świadczyło chociażby to, że nie potrafiłam rozwiązać zadanych nam na matematyce działań. Skoro jednak dostałam w prezencie nieco czasu postanowiłam go dobrze wykorzystać. Martin przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę, oparty o szeroki parapet jednego z okien. Jego obecność powoli zaczynała mnie krępować, zwłaszcza, że zupełnie nie znałam kierujących nim motywów. Uznałam, że treningi mimo wszystko były lepsze. Przynajmniej wówczas nie miałam czasu myśleć. Teraz, gdy mogłam przez chwilę odpocząć, myślałam zdecydowanie zbyt wiele.  – Pomóc ci? – zapytał po kilkunastu minutach i niemalże całej, pokreślonej kartce.  Nie czekał na odpowiedź. Jak gdyby nigdy nic usiadł koło mnie i zaczął tłumaczyć zadania. Kiedy o tym mówił to wszystko brzmiało tak prosto… Zupełnie inaczej niż kiedy wyjaśniała nam je profesor Rosenberg. Rozdział Czwarty Lila Byłam przerażona. Dzień zawodów nadszedł szybciej niż się spodziewałam. Zdecydowanie zbyt szybko. Staliśmy na dachu najwyższego budynku z całego kompleksu akademii, czekając na helikoptery, które miały nas zabrać na miejsce. Oczywiście nikt nie raczył poinformować nas gdzie dokładnie znajduje się nasz cel. W pewnym momencie Martin znalazł się obok mnie. Stanął tuż za moimi plecami. Mimowolnie zadrżałam. Nie miało znaczenia ile byśmy razem nie trenowali. Jego obecność, jego dotyk wciąż działały na mnie tak samo. Najwyraźniej hormony miały na jego temat swoje własne zdanie, zupełnie odmienne od mojego.  – Posłuchaj – powiedział cicho, zbliżając usta do mojego ucha. – Chcę, żebyś wygrała w strzelaniu z łuku, ale tylko minimalnie. Zawsze tylko odrobinę przebijaj wyniki przeciwników. Rozumiesz? Nie rozumiałam, ale mimo tego niepewnie skinęłam głową. Dlaczego w ogóle był taki pewien tego, że wygram? – Walkę przegrasz, chcę, żebyś odpadła na samym początku – kontynuował. – Co? Dlaczego? To po cholerę tyle ją trenowaliśmy? – poczułam się skonsternowana.  Patrzył na mnie jakby nieco rozbawiony, nie uśmiechał się jednak. Nigdy tego nie robił. Moja irytacja wciąż rosła, szybko przekraczając bezpieczny poziom. – Będziesz jeszcze miała okazję, żeby się wykazać, ale pamiętaj, że efekt zaskoczenia możesz wykorzystać tylko jeden, jedyny raz. Nie warto go teraz marnować. – Rozumiem – odpowiedziałam mu niechętnie i… rzeczywiście rozumiałam co miał na myśli.  Skoro bez trudu potrafiłam pokonać Arona, który był na naszym roku niekwestionowanym mistrzem, to być może – ale tylko być może – udałoby mi się wygrać. Tym razem miałam jednak nie pokazywać, że byłabym do tego zdolna. – Co do strzelania z pistoletu, chcę żebyś była bardziej konkretna. W pierwszej rundzie 100 i dwie 25. Niech myślą, że masz szczęście. W drugiej 10, 15 i 5. Jakbyś była już zmęczona. Zapamiętasz? – spytał, jakby rzucał mi wyzwanie.  – Tak – odpowiedziałam ledwo dosłyszalnym głosem.  – Świetnie. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążyłam, bo dalszą rozmowę uniemożliwił hałas wytwarzany przez śmigła nadlatujących helikopterów.  *** Zrobiłam dokładnie to czego chciał. Nawet niespecjalnie musiałam się wysilać. Poczułam jednoczesne ukłucie ulgi i zawodu, że to właśnie było to czego ode mnie oczekiwał, powód dla którego zmuszał mnie do treningu. Pierwsze miejsce w turnieju łuczniczym zagwarantowało mi kolejne pół roku względnego bezpieczeństwa. Aron zwyciężył w walce wręcz. Na strzelnicy wygrała dziewczyna z innej szkoły. To był koniec naszego przedstawienia.  – Zaczekaj! – zawołał za mną Aron, kiedy szliśmy oglądać zawody starszych roczników. – Dlaczego tak szybko się poddałaś? – spytał zrównując się ze mną w korytarzu. Wzruszyłam ramionami. Nie było sensu okłamywać Arona. W końcu to on ze mną trenował i widział do czego jestem zdolna. – Kazał mi wygrać tylko jedną konkurencję. Wyglądał na zaskoczonego, ale nic na to nie powiedział. W milczeniu weszliśmy na trybuny stadionu. Ogłuszył mnie odbijający się echem hałas trąbienia i głośnych rozmów. Mimo gęstego tłumu Aron wypatrzył dwa wolne miejsca i poprowadził mnie w ich kierunku. Niedługo po tym jak usiedliśmy hałas ucichł, a komentator zapowiedział walki. Słyszałam o tym, ale jeszcze nigdy nie widziałam na żywo. To było niesamowite. Jakbym oglądała film o X-menach. Jeden z pierwszych zawodników przywoływał błyskawice – dosłownie. Był jak burza z piorunami. Walczył przeciwko dziewczynie, która powodowała, że z podłogi wyrastały bujne pędy roślin. Tak się wciągnęłam w oglądanie niesamowitych pojedynków, że dopiero po kilku kolejnych zauważyłam na swoim udzie dłoń Arona. Spojrzałam na niego pytająco. Nie sprawiał wrażenia zmieszanego. Zamiast zabrać rękę przesunął ją i chwycił moją dłoń, splatając razem nasze palce. Nie wiedziałam jak na to zareagować i nie zareagowałam w ogóle bo zupełnie co innego rozproszyło moją uwagę. Stadion rozświetliła niesamowita, unosząca się w powietrzu, oślepiająca kula ognia. Aron Od kiedy Lila wygrała turniej koledzy przestali patrzeć na mnie jak na wariata. Jej wyniki w nauce także znacząco się poprawiły. Mimo że kompletnie nie było w tym mojej zasługi, postanowiłem napawać się dobrym wyborem. Co podobało mi się jeszcze bardziej to fakt, że dziewczyna nie była brzydka. Właściwie to nawet była bardzo ładna. Czarne, proste włosy sięgały jej do pasa. Gdy pozbyła się chorobliwej bladości, jej policzki potrafiły się cudownie zarumienić. Usta miała delikatnie różowe, ale pełne i… niezwykle kuszące. Nawet w wojskowych bojówkach, czarnej bokserce i zdecydowanie za dużej bluzie wyglądała całkiem seksownie. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, bo tutaj, w akademii, uroda zdecydowanie była sprawą drugorzędną. Zacząłem cieszyć się z faktu, że stanowimy zgrany duet i po cichu liczyłem, że uda mi się zdobyć coś znacznie więcej niż tylko samo jej towarzystwo.  Lila Hester obrzuciła mnie wkurzonym spojrzeniem. Od paru dni była na mnie naprawdę zła, a teraz coś najwyraźniej musiało przeważyć szalę. – Więc, wyjaśnisz mi jak to się stało? – spytała chłodno. Spojrzałam na nią pytająco. – Jesteś do niczego. Zaprasza cię najlepszy na roku chłopak. Bam! Wygrywasz zawody w łucznictwie, w którym notabene, przez cały czas byłaś beznadziejna. Bam! Chłopak, którego nawet nie lubiłaś, zaczyna być twoim chłopakiem. Zamrugałam. Z całej wypowiedzi Hester zrozumiałam tyle, że jest… zazdrosna. Zazdrosna o Arona. Co gorsza Arona, którego miałam w dupie.   – On nie jest moim chłopakiem – odpowiedziałam nie łudząc się nawet, że mi uwierzy. – Skoro nie jest twoim chłopakiem, to dlaczego siedzi u nas w pokoju na t w o i m łóżku? – wycedziła.  Co? Co on do cholery robił w moim pokoju?! Przymknęłam oczy. Miałam go naprawdę dość. Po zawodach płynnie przeszedł od chłodnej niechęci do jakiejś chorej natarczywości. Z przyjemnością powiedziałabym mu, żeby spadał. Tylko, że… nie mogłam. W dalszym ciągu był mi potrzebny. Kiedy dotarłyśmy do drzwi pokoju niechętnie weszłam do środka.   Rozdział Piąty Lila Przed nami niebieskim światłem migotało otwarte przejście. Nie tylko ja byłam naprawdę przerażona. Słyszałam wokół siebie ciche, pełne niedowierzania szepty. Poczułam jak stojący tuż za mną Aron sztywnieje.  – To będzie sprawdzian nie tylko waszej zdolności do współpracy, ale przede wszystkim tego czy potraficie przezwyciężyć swoje lęki – kontynuował Jonathan, jeden z grona nielicznych nauczycieli starej gwardii, to znaczy tych, którzy posiadali sporą wiedzę, ale nie mieli żadnych nadprzyrodzonych zdolności.  Nasze zadanie było bajecznie proste, a jednocześnie było to najtrudniejsze z dotychczasowych zadań. Jedna osoba miała zostać zamknięta w czymś na kształt magicznej bańki, a zadaniem drugiej było ją uratować. Tyle, że pierwsza z osób miała być zamknięta w koszmarze i musiała stawić czoła swoim największym lękom. Nie ważne czy ktoś bał się wody, ciemności, pająków, węży czy czegokolwiek innego – to właśnie czekało go w tym zadaniu.  – Tym razem to do was należy decyzja kto znajdzie się w jakiej roli. Macie pięć minut, żeby o tym zdecydować – oznajmił … i wtedy dopiero rozpętało się piekło.  Stojąca obok nas Hester i będący z nią w parze Dominik kłócili się podniesionymi głosami. Inni krzyczeli na siebie lub wręcz brutalnie się przepychali. Nikt nie chciał znaleźć się w bańce. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu Aron nie odezwał się ani słowem. Po prostu wpatrywał się w niebieskie światło. Byłam przekonana, że za chwilę mnie tam wepchnie, albo zrobi coś równie nieprzyjemnego. On jednak tylko położył mi rękę na ramieniu i pochylił się do mnie odrobinę. – Ja pójdę – wyszeptał niemal niedosłyszalnie, a potem, ignorując cały, otaczający nas harmider, po prostu zniknął w magicznym przejściu. Zostałam sama w tłumie walczących ze sobą ludzi i wpatrywałam się oniemiała w pulsujące, niebieskie światło. Aron Otworzyłem oczy i zaraz tego bardzo pożałowałem. Związany i zakneblowany leżałem na podłodze targanej wiatrem gondoli diabelskiego młynu. Nad sobą widziałem zachmurzone niebo, a od nicości dzieliła mnie jedynie niezbyt wysoka barierka. W dół wolałem nie patrzeć, podejrzewałem jednak, że zatrzymałem się na samej górze. Powoli usiadłem, ale wtedy znów zawiał wiatr. Sparaliżował mnie strach i nie byłem w stanie wykonać żadnego, kolejnego ruchu. Lila Znalazłam się w wesołym miasteczku. Przez chwilę zastanawiałam się czego Aron mógłby się tu bać, bo przecież nie klaunów? Wtedy jednak to zobaczyłam. Ogromny diabelski młyn na tle burzowego nieba. Karuzela zatrzymała się w miejscu. Granatowe gondole kołysały się na czerwono-białym rusztowaniu. Pojawiłam się tutaj tak jak stałam w szkole – w wojskowych butach, bojówkach, bokserce oraz przewiązanej w pasie bluzie. Przy sobie miałam też nóż sprężynowy i z żalem stwierdziłam, że niestety nic więcej. Obwód koła diabelskiego młynu połączony był ramionami w kształcie siedmioramiennej gwiazdy, które tworzyły swojego rodzaju, niezbyt poręczną drabinę. Co prawda nie bałam się wysokości, ale to cholerstwo miało wielkość wieżowca! Czy naprawdę ktoś ode mnie oczekiwał, że będę się po tym wspinać?! Podbiegłam w kierunku karuzeli i weszłam do znajdującej się przy podeście budki kontrolnej. Cholera! Nie było prądu. To tyle jeżeli chodzi o proste zadania. Niechętnie pokonałam ogrodzenie i stanęłam pod rusztowaniem. Odwiązałam bluzę, żeby służyła mi za coś w rodzaju liny asekuracyjnej i powoli zaczęłam się wspinać. Aron Znów zakołysało gondolą, tym razem jednak mocniej. Związanymi rękami kurczowo złapałem się barierki. Bardziej poczułem niż zobaczyłem, że coś wśliznęło się do środka, bo nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wciąż mam zamknięte oczy.  – Aron, nic ci nie jest? – usłyszałem zaniepokojony głos. Ok. Nie coś, a ktoś. Jak jej udało się tutaj dostać?! Zdobyłem się na to by otworzyć oczy i spojrzeć na nią. Przysunęła się i zręcznie zdjęła mi knebel, w dalszym ciągu nie byłem jednak w stanie się odezwać.  – Dobrze, że przynajmniej dostaliśmy linę – mruknęła, przecinając nożem krępujące mnie więzy. – Boję się, że zejść będzie trudniej niż wejść.  – Zejść? – wydukałem. Skinęła głową, uśmiechając się do mnie nieśmiało.  – Jakoś musimy się stąd wydostać, prawda? – jej słowa podkreślił daleki grzmot. – I to lepiej szybko – dodała niespokojnie. – Nie dam rady – mruknąłem niewyraźnie. Chwyciła mnie za rękę. Drugą wciąż kurczowo trzymałem się barierki. Spojrzała mi w oczy. – Myślę, że nie mamy wyjścia. Następna godzina była dla mnie prawdziwym koszmarem. Lila przewiązała mnie w pasie liną, a potem wciąż coś do mnie mówiła. Nie miałem pojęcia w jaki sposób znalazłem się poza gondolą. Dziewczyna co kilka chwil musiała odrywać moje palce od stalowych prętów, które notorycznie chwytałem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jesteśmy na ziemi dopóki się o coś nie potknąłem i nie przewróciłem. Bolały mnie wszystkie mięśnie, ale poczułem przypływ czystego szczęścia. Zamiast tam na górze, byłem tutaj na dole, a to był wystarczający powód do euforycznej radości. Potem pojawiła się brama i obydwoje weszliśmy w niebieskie, opalizujące światło. – Aron, udało nam się! Udało! – Lila podskakiwała jak mały króliczek z reklamy Duracella. – Jesteśmy pierwsi! Spojrzałem na nią rozbawiony. W tym momencie nabrałem pewności, że naprawdę mógłbym ją polubić.  Rozdział Szósty Lila Czułam irytację. Do tej pory koleżanki mnie po prostu ignorowały. Teraz dla odmiany wyraźnie okazywały mi swoją niechęć. Nienawiść była wszechobecna. Nie miałam pojęcia czy powinnam winić za to Arona czy może swoje niewielkie, turniejowe zwycięstwo. Miałam tylko nadzieję, że skończy się na nieprzychylnych spojrzeniach i żadna z nich nie postanowi posunąć się dalej. Musiałam przyznać, że niecierpliwie wyczekiwałam popołudniowych treningów. Dzięki temu, że nabrałam kondycji nie były już takie mordercze, a stały się nawet całkiem przyjemne, zwłaszcza od kiedy mogłam coś zjeść i odpocząć podczas nauki czy rozwiązywania zadań. Mimo że było już po  zawodach, to Martin nie przestał mi pomagać. Wciąż jednak nie mogłam znieść jego bliskości, której jakby nie patrzeć nie dało się uniknąć podczas treningów. Za każdym razem, nawet sam jego widok, rozbudzał w moim brzuchu stado wściekłych motyli, a ja nie potrafiłam powyrywać im skrzydełek. Dodatkowo bezpodstawnie irytowało mnie to, że dzielił swój czas pomiędzy mnie a Arona, bo to jasno świadczyło o tym, że nie jestem dla niego nikim wyjątkowym.  – Będziecie kontynuowali wspólne treningi. Również w następnym semestrze – oznajmił nam trener, kiedy weszliśmy na matę. Cudownie! Tylko tego mi brakowało! Jakbym za mało czasu musiała spędzać z Aronem… Myślałam, że przynajmniej to się skończy, zwłaszcza, że jeżeli byłam choć trochę skupiona, to chłopak nigdy jeszcze ze mną nie wygrał. – I nie ważne jakie pojawią się u was zdolności – kontynuował – i tak chcę was widzieć u mnie. Czy to jasne? Niepewnie skinęliśmy głowami. Jego ton był ostry i zdecydowanie zbyt rozkazujący. Wzdrygnęłam się jednak nie z tego powodu, a na samą wzmiankę o umiejętnościach. Od następnego półrocza mieliśmy zacząć je rozwijać, a ja jak do tej pory jeszcze żadnych nie miałam, chyba, że uznać za nie naturalną zdolność do walki wręcz i strzelania, ale wówczas, przy praktycznie magicznych umiejętnościach innych, wypadałyby bardzo blado. Byłam ciekawa czy Aron już coś u siebie zauważył. Widziałam co potrafi zrobić Hester i ani odrobinę mi się to nie podobało.  Aron Podczas nauki aikido nie dało się uniknąć kontaktu fizycznego, to oczywiste. Tylko, że on… dotykał jej zbyt poufale. Zupełnie jakby… jakby była jego własnością! Co to do cholery miało znaczyć?! Sam nie wiedziałem dlaczego, ale zaczęło mnie to naprawdę wkurzać. Dodatkowo był taki pewien, że to jego wybierzemy na swojego mentora, a to przecież do cholery było n a s z e  prawo wyboru! On tak jednak wyraźnie nie uważał. Piętnaście minut przed końcem treningu Lilien stanąłem przed drzwiami sportowej hali. Kiedy wreszcie wyszła, mój widok ją wyraźnie zaskoczył. Czarna koszulka ciasno opinała jej kształty. Ciemne włosy miała wciąż wilgotne po prysznicu. Niedbale zwinęła je na czubku głowy w taki sposób, że z powstałej konstrukcji wysuwały się luźne kosmyki. Wyglądała naprawdę ślicznie.  – Hej – odezwałem się, w myślach po raz kolejny układając planowaną rozmowę. – Hej, co tu robisz? – spytała podejrzliwie. – Tak się zastanawiałem… Chcesz iść ze mną na jutrzejszą imprezę? – zapytałem nie do końca pewny czy się zgodzi. Wszyscy wiedzieli z czym to się wiąże, a ona była kompletnie nieprzewidywalna. – Dobrze – odpowiedziała po dłuższej chwili namysłu.  Poczułem jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar. To było dziwne. Nigdy jeszcze nie czułem się przy jakiejkolwiek dziewczynie tak bardzo skrępowany.  – Odprowadzę cię – oznajmiłem, obejmując ją ramieniem.  Nie protestowała. Genialnie! W obecnej chwili niewiele więcej było mi trzeba. Lila Ku swojemu własnemu zaskoczeniu chciałam wyjść i bawić się razem z innymi… bawić się z  Aronem. Naprawdę chciałam. Chłopak był przystojny i to urodą księcia z bajki. Tego nie mogłam mu odmówić. Jasne włosy, żywo niebieskie oczy i atrakcyjna, już nie chłopięca, a zupełnie męska sylwetka. Poza tym posiadałam swoją małą, ukrytą motywację – miałam nadzieję, że jego bliskość pozwoli mi przestać myśleć w ten sposób o Martinie. To było świetne rozwiązanie, właściwie jedyne jakie w tej chwili widziałam. Drażniło mnie tylko, że Hester, do tej pory po prostu obrażona, teraz była na mnie otwarcie wściekła. – Naprawdę chcesz tam iść?! – warknęła. – Przecież ty też idziesz – spojrzałam na nią oskarżycielsko. – Z Dominikiem. – Może z nim idę, ale to nie on miał mnie zaprosić – wyrzuciła z siebie coraz bardziej rozzłoszczona. – Skoro nie on, to kto? – zapytałam niewinnie. – Nie ważne, zapomnij, że cokolwiek mówiłam – złość w jednej chwili z wprawą przemieniła w chłód, a raczej lodowate zimno.  – Nie zawsze możesz mieć to czego chcesz – odpowiedziałam jej właściwie myśląc bardziej o sobie niż o niej. *** Mimo że właściwie byliśmy dorośli, bo jak inaczej określić wiek studencki… to nie sądziłam, że wymknięcie się w nocy z budynku akademii będzie aż takie łatwe. Może po prostu nikt specjalnie nie zawracał sobie nami głowy. Przynajmniej dopóki nie próbowaliśmy wychodzić do ludzi. Ludzi, którzy panicznie się nas bali. Impreza została zorganizowana na polanie, w środku lasu, mniej więcej kilometr od szkoły. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że jest tam tłum ludzi. Bawili się w najlepsze. Było ognisko, głośna muzyka i dużo alkoholu. Aron od niechcenia obejmował mnie ramieniem. Idąca obok nas Hester wciąż rzucała mi wściekłe spojrzenia, mimo że nie protestowała, kiedy ręka Dominika ześliznęła się z jej talii na ciasno opiętą dżinsami pupę. Kiedy Aron z Dominikiem zniknęli na chwilę po alkohol, Hester nie odezwała się do mnie ani słowem. Obserwowałam więc z niechęcią jak inni uczniowie popisują się swoimi świeżo odkrytymi talentami. Póki co były jeszcze bardzo słabe, ale przynajmniej istniały. Niewielkie kule ognia, zbyt silny wiatr podwiewający jakąś mini spódniczkę, iskry, rośliny i wiele, wiele innych, ledwo zauważalnych szczegółów. Ja miałam tego pecha, że widziałam je niestety zbyt dobrze. Kiedy Aron przyniósł mi drinka smakującego jak paskudnej jakości whisky z colą, wypiłam go duszkiem i poszłam po następnego. Chciałam przestać myśleć, a alkohol zdecydowanie w tym pomagał. Przystopowałam po trzecim, plastikowym kubeczku. Nie miałam zamiaru zasnąć gdzieś w trawie. Przystanęłam na skraju polany obserwując niewielki pokaz stworzonych z iskier fajerwerków, które tańczyły tuż nad ogniskiem. W pewnym momencie wszystkie zerwały się i podleciały do mnie. Okrążyły mnie w radosnym tańcu, a po chwili wróciły, by zgasnąć nad płomieniami. Poczułam jak obejmują mnie silne ramiona. – Ty je stworzyłeś? – zapytałam próbując ukryć zawiść.  – Tak, ale to dopiero początek – w jego głosie było słychać jak bardzo jest z siebie zadowolony. – Myślę, że niedługo nauczę się tworzyć prawdziwe kule ognia.  Doskonale! Więc wszyscy coś potrafią, tylko nie ja… Jeżeli mam tylko ten zalążek talentu… Aron odwrócił mnie ku sobie i pocałował przerywając moje ponure rozmyślanie. Alkohol przyjemnie szumiał mi w głowie. Tak cudownie było nie musieć myśleć kompletnie o niczym! *** Byłam całkiem mocno wstawiona. On również. Wracaliśmy. To znaczy konkretnie Aron zaprosił mnie do swojego pokoju, a ja za nim poszłam. Idąc korytarzami śmialiśmy się zbyt głośno, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Nie tej nocy. Gdy zatrzymaliśmy się na chwilę Aron oplótł mnie ramionami. Jego dłonie znalazły się na moich plecach, potem niżej, na talii. Pochylił się by ponownie tego wieczora mnie pocałować. Przymknęłam oczy starając się sobie nie wyobrażać, że jestem z kimś innym. Czy naprawdę nie wystarczał mi chłopak, na którego widok śliniły się wszystkie dziewczyny w szkole? Poza tym byłam dorosła, mogłam robić co chciałam, starałam się usprawiedliwić sama przed sobą. Czemu ten głupi alkohol tak słabo na mnie działał?! Aronowi raczej nie przeszkadzało to, że myślami krążę zupełnie gdzie indziej. Czułam w ustach jego język i starałam się bezmyślnie odwzajemniać jego zachłanne pocałunki. W ten sposób, zatrzymując się co kilka metrów, dotarliśmy pod drzwi jego pokoju.  *** Nawet nie zauważyłam kiedy się pojawił. Wynurzył się z mroku niczym cień. Co on tu do cholery robił?! Na jego widok Aron przytulił mnie do siebie mocniej jakby w obronnym geście. Wyraźnie czułam jego napięcie. Po chwili zrozumiałam już czemu tak bardzo się denerwuje. To co ujrzałam w oczach Martina tym razem nie było jedynie chłodem. To była wyraźna wrogość.  – Wracaj do siebie – rozkazał Aronowi. – Chodź – chłopak popchnął mnie delikatnie w kierunku swoich drzwi. – Ona zostaje – warknął Martin. Wyczułam, że Aron chce zaprotestować. To nie był dobry pomysł. Nie tym razem. Protest mógłby go zbyt wiele kosztować.  – Idź – oswobodziłam się z jego objęć. – Nic mi nie będzie. Chłopak spojrzał na mnie niezbyt przekonany. Był pijany, ale nie na tyle, żeby się nie bać Martina. Niechętnie skinął głową i powoli otworzył znajdujące się niedaleko drzwi. Wszedł do środka nie odwracając się za siebie. Adrenalina spowodowała, że natychmiast niemal całkowicie wytrzeźwiałam. Nie bałam się. Zdałam sobie sprawę, że jestem zwyczajne wściekła. I miałam ku temu powody! – Idziemy – Martin złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą korytarzem. Minęliśmy w ten sposób kilka zakrętów, aż w końcu zaparłam się nogami. – Nigdzie z tobą nie idę – warknęłam. Spojrzał na mnie zaskoczony. W jego spojrzeniu nie było już chłodu, teraz malowała się tam irytacja. – Odprowadzę cię do pokoju – wyjaśnił spokojnie. – Nie, nie chcę wracać do żadnego pieprzonego pokoju! – wydarłam się na niego. – Zmusiłeś Arona, żeby został moją parą, to teraz przynajmniej pozwól mi z tego skorzystać! Nawet nie próbował zaprzeczyć. Czyżby moje domysły okazały się prawdą? Po prostu… W jednej chwili znalazłam się przy ścianie. Swoim ciałem odciął mi drogę ucieczki. – Nie będziesz pieprzyła się z Aronem! – zawarczał.  – A co jeżeli mam na to ochotę? – spytałam buntowniczo. – Czego ode mnie chcesz? Jego oddech przyspieszył jeszcze bardziej. Powietrze między nami było jak naelektryzowane. Teraz już nie tylko zagradzał mi drogę. Chwycił moje nadgarstki. Pochylił się nade mną przyciskając mnie do ściany. Napięcie między nami stało się nie do wytrzymania. – Nie będziesz pieprzyła się z Aronem – powtórzył tym razem już spokojniej – ani z nikim innym – dodał. Znalazł się jeszcze bliżej. Teraz na policzku czułam jego ciepły oddech. – Jedyną osobą, z którą możesz się pieprzyć jestem ja – wyjaśnił cicho.  Kiedy zaczął mnie całować mój świat roztrzaskał się na drobne kawałki. Puścił moje nadgarstki tylko po to, żeby swoje ręce położyć najpierw na mojej talii, a potem niżej. Nie protestowałam. Nie miałam zamiaru protestować. Oplotłam ramionami jego szyję. Kiedy mnie podniósł objęłam go w pasie nogami. Nasze twarze znalazły się teraz na tej samej wysokości. Pocałował mnie, ale to nie był delikatny, niepewny pocałunek. To było… Traciłam wszystkie zmysły. Kiedy mnie tak zachłannie i łapczywie całował, czułam, że zaraz oszaleję. Plecami opierałam się o twardą ścianę do której mnie przyciskał, rękami błądziłam po jego włosach i marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się jeszcze bliżej niego. Jęknęłam z zawodu, kiedy po kilku chwilach postawił mnie na podłodze. Jego oczy pociemniały z pożądania. Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą, a ja tym razem bez protestów podążyłam za nim. Kiedy się wreszcie zatrzymaliśmy otworzył jakieś drzwi. Pokój? Mieszkanie? To nie miało żadnego znaczenia. Ponownie utonęliśmy w morzu pocałunków. Zdjął przez głowę koszulę, zdałam sobie niejasno sprawę, że rozdarł moją bluzkę. Z trudem łapałam oddech. Przewrócił mnie na jakieś duże łóżko. Znalazł się nade mną. Całował każdy skrawek mojego nagiego ciała, jednocześnie ściągając ze mnie spodnie. Nie zauważyłam nawet kiedy pozbył się swoich i że nie mam już na sobie stanika. Jego usta i dłonie błądziły po moich piersiach. Z mojej krtani wydobywały się ciche jęknięcia. Dłońmi dotykałam jego włosów, nogami oplatałam go w pasie, na brzuchu czułam twardą wypukłość jego członka. Przesunął się niżej, zdejmując ze mnie majtki. Całował mój brzuch i uda, jego język odnalazł najbardziej intymne części mojego ciała. Przez chwile przyszło mi do głowy, że zaraz oszaleję. Moje ciało zaczęło drżeć w niekontrolowanym spełnieniu. Martin przesunął się wyżej. Znów znalazł się nade mną. Przez chwilę czułam jak jego członek ociera się o moje podbrzusze, a potem gwałtownie i bez ostrzeżenia wbił się do środka. Jęknęłam. Przyciągnęłam go do siebie oplatając ramionami. Oddychałam zbyt szybko i tak z trudem łapiąc powietrze. Zaczął mnie całować, a wtedy już zupełnie zabrakło mi tchu. Poruszał się we mnie silnymi, stanowczymi pchnięciami, a ja całą sobą czułam jego męskość. Rozkosz. Szaleństwo. Rozkoszne-szaleństwo. Cokolwiek to było nie chciałam żeby kiedykolwiek przestawał. *** Jeżeli chociaż w niewielkim stopniu czuł to co ja, to nie miałam pojęcia jakim cudem wytrzymywał tak blisko mnie przez te wszystkie miesiące wspólnych treningów. Następny raz był bardziej leniwy, nie tak gwałtowny, ale równie niesamowity. Patrzył na mnie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego niezwykłego spojrzenia. W końcu opadł na poduszki, a jego oddech był tak samo przyspieszony jak mój własny. Poczułam bardzo nieprzyjemny uścisk w gardle. To był koniec… Teraz, kiedy już zaspokoił swoje potrzeby, byłam pewna, że mnie stąd wyrzuci. Po prostu – każe mi wstać i się ubierać. Ku mojego ogromnemu zaskoczeniu, ale i niesamowitej uldze, nic takiego się nie wydarzyło. Martin oplótł mnie ramionami, przyciągając do siebie stanowczo. Palcami delikatnie zaczął błądzić po mojej nagiej skórze, najpierw po brzuchu, potem po udzie. To było niesamowicie przyjemne. Przylgnęłam do niego całą sobą. Prawie natychmiast zasnęłam zbyt zmęczona na jakiekolwiek dalsze rozważania.  Aron Wkurzony to mało powiedziane. Byłem naprawdę wściekły! Dlaczego on do cholery musiał się we wszystko wpieprzyć?! Co go to obchodziło? Co na tym zyskiwał? Przynajmniej nabrałem pewności, że Lila też na mnie leci, ale ta pewność miała słodko-gorzki smak. Była taka sama jak inne dziewczyny. Nie była nikim wyjątkowym… Nawet jeżeli wcześniej tak mi się wydawało… Nawet jeżeli… Cóż… z pewnością pojawi się inna okazja. Zwłaszcza, że przynajmniej przez jakiś czas byliśmy na siebie skazani.   Lila Kiedy się obudziłam było już jasno, a ja byłam sama. W jego łóżku! Nagle poczułam się okropnie skrępowana własną nagością. Na ramie łóżka wisiała moja bielizna i… jego bluza. No tak. Przypomniałam sobie, że poprzedniego wieczora zniszczył moją własną. Pośpiesznie wciągnęłam na siebie przygotowane rzeczy. Bluza sięgała mi do połowy uda i sprawiała wrażenie krótkiej, luźnej sukienki ze zdecydowanie zbyt długimi rękawami. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że miejsce w którym stało łóżko nie było osobnym pokojem, a raczej czymś w rodzaju wnęki. Nieco przestraszona, ale również bardzo ciekawa tego co będzie dalej, wysunęłam się na zewnątrz. *** Mimo że kosztowało mnie to sporo odwagi, śmiało podniosłam wzrok. Pokój był przestrony. Znacznie większy od tego, który dzieliłam z Hester. Przypominał raczej mieszkanie niż klitkę w akademiku. W rogu stała czarna, skórzana kanapa i dwa fotele, nieopodal wisiał telewizor. Pod przeciwległą ścianą znajdował się aneks kuchenny, oddzielony od reszty pokoju wysokim blatem przy którym stały barowe stołki. Martin stał przy ekspresie, trzymając w ręku kubek. Cholera! Dlaczego nagle zaczęłam czuć się w jego obecności tak bardzo skrępowana?! Na domiar złego miał na sobie wyłącznie bokserki, nawet nie pofatygował się, żeby włożyć koszulkę!  – Cześć – odezwałam się nieśmiało, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. – Wyspałaś się? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Nalać ci kawy? – ponownie przytaknęłam.  Podeszłam i usiadłam na jednym z wysokich stołków. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Po chwili postawił przede mną parujący kubek, a obok niego wyjęte z lodówki mleko. Patrzyłam niedowierzająco. Zamiast mnie od siebie wyprosić zaparzył dla mnie kawę. Nie chciało mi się wierzyć, że to ten sam mężczyzna, który każdego dnia katował mnie sześciogodzinnymi treningami. To znaczy… już dawno przestałam traktować go jak nauczyciela, ale wciąż był dla mnie intrygującą zagadką. Po pierwsze nie dzieliła nas duża różnica wieku, po drugie zachowywał się przy mnie zupełnie inaczej niż kiedy prowadził trening dla grupy. To znaczy… wyglądało to tak jakby się zapominał i wówczas zaczynał się zachowywać zbyt poufale. Nie jakby był lepszy ode mnie. Nie jakbym powinna się go bać. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Niemal jakbyśmy się przyjaźnili. Nawet zamiast numeru używał mojego imienia, co tutaj raczej nigdy się nie zdarzało. Dolałam do kawy mleka i upiłam kilka łyków, a on w tym czasie dokończył swoją i odstawił kubek na blat. Cisza pomiędzy nami była wręcz namacalna, ale ku mojemu zdziwieniu nie była niezręczna. Raczej… pełna napięcia. Jakby każde z nas oczekiwało, że to drugie wykona jakiś ruch. Jak polowanie. … i jeżeli była to gra, to chyba ją wygrałam. Martin stanął za mną, tak, że plecami dotykałam jego torsu. Jedną ręką objął mnie w pasie, a drugą położył na moim udzie. Jego usta znalazły się tuż przy moim uchu. Delikatnie przygryzł jego płatek. Przesunął ręką po mojej nodze. Starałam się go zignorować, ale nie było to łatwe. Upiłam kolejny łyk kawy i odstawiłam kubek. Jego dłonie znalazły się pod materiałem bluzy. Powoli wędrowały najpierw na brzuch, a potem odnalazły piersi. Przesunął się tak, by móc mnie pocałować, a ja zachłannie odwzajemniłam jego namiętny pocałunek.  *** Zdyszani leżeliśmy na kanapie. Właściwie to on leżał na kanapie, a ja leżałam na nim. Całowaliśmy się leniwie, a ja rozpływałam się w morzu przyjemności. W pewnym jednak momencie Martin usiadł. Znalazłam się na jego kolanach. Pocałował mnie namiętnie i posadził obok, a sam podniósł się z kanapy. Spojrzałam na niego pytająco. – Bardzo chciałbym zostać, ale muszę załatwić pewną sprawę – wyjaśnił. W środku ogarnął mnie bardzo nieprzyjemny chłód. Coś ścisnęło mi żołądek. Cholera! Dlaczego zaczęłam robić sobie jakąś dziwną nadzieję? Doskonale zdawałam sobie sprawę, że byłam tylko jednonocną zachcianką. Niechętnie wstałam. – Dobrze, daj mi chwilę – poprosiłam. – Pozbieram swoje ubrania. Wyglądał na zaskoczonego. Zagrodził mi drogę. – A dokąd ty się wybierasz? – Do siebie… – nie zrozumiałam pytania. – O nie, nie ma mowy – oznajmił. – Czekasz tu aż nie wrócę.  – Jak to? – poczułam się jeszcze bardziej zgubiona. Oplótł mnie ramionami i zaborczo przyciągnął do siebie. – No chyba, że nie przeszkadza ci chodzenie w mojej bluzie – mruknął nachylając się i całując mnie w usta. – Wtedy możesz jechać ze mną. Jechać? Dokąd? Zresztą nieważne… Jeśli miało to oznaczać więcej czasu spędzonego z Martinem to nic innego nie miało zbyt dużego znaczenia.  Rozdział siódmy Lila Kiedy opuściliśmy rozległe tereny szkoły, poczułam się jakbyśmy trafili do zupełnie innego świata. Jak szybko odzwyczaiłam się od wszechobecnej technologii! W akademii nawet niektóre książki mieliśmy papierowe. Testy pisaliśmy na kartkach! W normalnym świecie nie byłoby o tym mowy. Tablety i super lekkie, cienkie komputery wiele lat temu zastąpiły zeszyty i książki. Było to niezwykle praktycznie rozwiązanie… dopiero teraz przyszło mi do głowy pytanie czemu w akademii jest zupełnie inaczej? Rozważania jednak szybko ulotniły się na rzecz rosnącej adrenaliny. Wyjechaliśmy na autostradę, a Martin… on nie włączył autopilota. Pędziliśmy z prędkością ponad 350 kilometrów na godzinę. Cholera! Czy on chciał nas zabić?!  – Zwariowałeś?! – spytałam zupełnie szczerze. – Nie denerwuj się – sprawiał wrażenie rozbawionego. Zupełnie jakby robił to… specjalnie. Miałam na niego ochotę warknąć, ale jednocześnie bałam się go rozproszyć. – W jaki sposób zawsze wygrywasz z Aronem? – spytał. Spojrzałam na niego zaskoczona. Więc nie chodziło to, że wierzy w swój super-szybki refleks. On realnie potrafił spowolnić czas! Tak jak ja… podczas walki… Nagle zapragnęłam dowiedzieć się czy ta umiejętność sprawdziłaby się również w innych okolicznościach.  – Co jeszcze potrafisz? – spytałam zaciekawiona.  Skrzywił się nieznacznie, jakby zniesmaczony własnymi umiejętnościami. – Wolałabyś nie wiedzieć – stwierdził. Właśnie, że nieprawda! Cholernie chciałam wiedzieć! Na tyle, że zupełnie przestałam zwracać uwagę na prędkość z którą jechaliśmy. – Więc mi nie powiesz? – byłam zawiedziona. Przecząco pokręcił głową, a ja poczułam narastającą irytację. Szybko jednak mi przeszło gdy w oddali ujrzałam ogromne konstrukcje z czarnego metalu. Roboty pilnujące miasta. Zbliżaliśmy się do celu, a ja przypomniałam sobie, że boleśnie wręcz tęskniłam za cywilizacją!  *** Miasto było niewielkie za to bardzo wysokie. Zaledwie nieliczne budynki posiadały mniej niż dwanaście pięter, a i te były tutaj rzadkością. Akademie rzeczywiście były niezwykłymi miejscami. Rozległe, zaledwie kilkupiętrowe budynki, do tego otoczone naturalnym lasem. Dodatkowo szkoły ukrywały się pod kopułami z pola energetycznego, niczym baśń zamknięta w bańce. „Cywile”, jak teraz powinnam ich określać, nie mieli tam dostępu. Tylko, że rzeczywistość wcale nie wyglądała tak różowo jakby mogło to wyglądać z zewnątrz…  – Jesteśmy na miejscu – Martin zatrzymał samochód. – Muszę załatwić pewną sprawę, a potem możemy coś zjeść. Zjeść! Miasto! Fastfood! Łudziłam się, że moje oczy nie błyszczą z podekscytowania. Miałam już dosyć ekologicznej żywności, którą raczyli nas w akademii. Serdecznie dosyć!  – Wysiadasz? – spytał, a ja posłusznie ruszyłam za nim.  Miejsce do którego trafiliśmy nie wyglądało zbyt przyjemnie. Właściwie… to była rudera do tego brudna i cuchnąca. Budynek stał w cieniu ogromnej, nowoczesnej wieży i chyba tylko dlatego nie został jeszcze rozebrany – nie miało to sensu bo i tak nic innego nie mogło stanąć na jego miejscu. Kiedy weszliśmy do środka starałam się trzymać możliwie blisko Martina. Zeszliśmy do piwnicy po stromych, nieco śliskich schodach, minęliśmy grube, metalowe drzwi i… znaleźliśmy się w jakby zupełnie innym miejscu. Ogromna sala o wysokim sklepieniu, bar, wąskie stoły i mgliste oświetlenie. Wszystko jakby żywcem wyjęte ze starych, gangsterskich filmów. To musiał być jakiś klub, a wnioskując po tym jak dobrze został ukryty, zapewne był mocno nielegalny. Kiedy ja przyglądałam się otoczeniu od jednego ze stołów wstało czterech postawnych mężczyzn i zagrodziło nam drogę. Martin spojrzał na nich niechętnym, znudzonym wzrokiem.  – Dziewczyna zostaje – oznajmił jeden z nich zaczepnym tonem.  Mój towarzysz jedynie wzruszył ramionami. – Zaczekaj tu – rozkazał cicho, wyminął ich i zniknął w głębi pomieszczenia. Zostałam sama i wcale mi się to nie spodobało. *** Jak on mógł mnie tak do cholery zostawić?! Samą i zupełnie bezbronną! No dobrze… może nie tak zupełnie bezbronną, ale i tak… jak on mógł?! Moje zmieszanie i irytacja powoli zaczęły przeradzać się w złość, która sięgnęła zenitu, gdy jeden z mężczyzn podszedł i spróbował klepnąć mnie w tyłek. Jego niedoczekanie! Zrobiłam szybki unik, a potem jakoś samo poszło… Chwilę później, przez nikogo więcej nie niepokojona, pobiegłam w kierunku, w którym zniknął Martin. Okazało się, że za barem ukryte były wąskie drzwi. Przeszłam przez nie pewnym krokiem i znalazłam się w schludnie urządzonym, luksusowym gabinecie. No cóż… nie tego oczekiwałam. Martin stał przy szerokim biurku i rozmawiał z jakimś mężczyzną. Spojrzeli na mnie obydwaj, ani trochę nie zaskoczeni moim widokiem.  – Och, zapomniałem im wspomnieć, że to studentka akademii – rzucił od niechcenia Martin.  – Faktycznie niewinne przeoczenie – potwierdził tamten nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Teraz, kiedy przyjrzałam mu się uważniej, uznałam, że muszą być w jakiś sposób spokrewnieni. Chociaż nieznajomy był tęższy i niższy od Martina, to jednak były między nimi również wyraźne podobieństwa jak choćby posągowe rysy twarzy.   – To mój brat, David – wyjaśnił chłopak, kiedy niepewnie do nich podeszłam. Brat? Jakoś wcześniej w ogóle nie przyszło mi do głowy, że Martin może mieć jakąś rodzinę. Cóż… ja w każdym razie nie miałam. Mężczyzna skinął mi głową i… przestali zwracać na mnie uwagę. Zupełnie jakby mnie przy nich nie było.  – Czy to pożegnanie? – spytał nasz gospodarz, a w jego pytaniu pobrzmiewała jakaś gorzka nuta.  – Nie wiem – głos Martina brzmiał jakoś wyjątkowo poważnie. – Wiesz, że wciąż jest dla ciebie miejsce… David skrzywił się i obrzucił brata nieco zirytowanym spojrzeniem, jakby przerabiali ten temat już setki razy. – Miałbym spędzić resztę życia uwięziony pod ziemią? Podziękuję – oznajmił.  Martin sprawiał wrażenie jakby rozumiał, co tamten ma na myśli, ale wciąż miał nadzieję zmienić jego punkt widzenia.  – Więc to prawdopodobnie pożegnanie – przyznał ponuro. – Niedługo zamkną bramy. – Dbaj o siebie braciszku i nie martw się o mnie. Nie zamierzam czekać na rozwój wydarzeń. Podszedł jeszcze bliżej i objął Martina w krótkim, niedźwiedzim uścisku. Po takim pożegnaniu chłopak odwrócił się i wyszedł z gabinetu. Po drodze, w milczeniu złapał mnie za rękę. Coś musiało być nie tak, bo ściskał ją zdecydowanie zbyt mocno.  – Zostawiłeś mnie tam samą! – odezwałam się z nutą pretensji, kiedy stanęliśmy przy samochodzie.  Wściekłość obudziła się na nowo. Wyrwałam rękę z jego uścisku. Spojrzał na mnie zachmurzonym wzrokiem. Miałam ochotę powiedzieć mu coś jeszcze. Zapytać dlaczego tak mnie potraktował, ale gwałtownie wszedł mi w słowo.  – Zamknij się! – rozkazał, a ja spojrzałam na niego zszokowana. Westchnął. – Proszę cię… po prostu bądź cicho – zmienił słowa i ton swojego polecenia.  Było to tak absurdalne, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Roześmiałam się. Wtedy on przyciągnął mnie do siebie i zamknął w swoich ramionach.  – Źle na mnie działasz – mruknął cicho. – Nie zostawiłbym cię, gdyby groziło ci jakiekolwiek niebezpieczeństwo, gdybym nie miał pewności, że sobie poradzisz. Rozumiesz? Powoli skinęłam głową… a potem… potem zatonęliśmy w morzu płomiennych pocałunków.  *** Pizza! Jedliśmy prawdziwą pizzę! Na dodatek w staromodnej, włoskiej restauracji. Martin, kiedy na mnie patrzył, sprawiał wrażenie na wpół rozbawionego, na wpół zadumanego. Byłam przekonana, że jego myśli są teraz zupełnie gdzie indziej. To mi jednak nie przeszkadzało. Przyjemnie było siedzieć tuż obok siebie i zajadać się pizzą. Zupełnie jakbym wróciła do czasów sprzed Akademii. Do… normalności.  Rozdział ósmy Aron Nie miałem pojęcia gdzie ona się podziewała i powoli zaczynałem świrować. Nie było jej już drugi dzień! Kilkakrotnie odwiedziłem pokój dziewczyn, ale nie zastałem ani Lili ani nawet Hester i oczywiście bardzo mi się to nie spodobało. Wkurzony wracałem do siebie, kiedy zatrzymał mnie korowód zamaskowanych postaci. – Numer jeden z grupy C? – zapytała jedna z nich. Po głosie stwierdziłem, że to mężczyzna. Nic innego nie wskazywało na płeć tych osób. – Aron Morris?  Niepewnie skinąłem głową, nie mając pojęcia co mnie czeka.  – Doskonale, idziesz z nami – oznajmił nieznajomy, nieznoszącym sprzeciwu tonem.  Szereg rozstąpił się, a zamaskowane postacie stanęły po moich bokach. Poczułem się osaczony, jak zwierzę w pułapce. Nie miałem jednak wyjścia i posłusznie poszedłem z nimi. Zaprowadzili mnie do głównego holu pod wyjście z budynku. Na miejscu stało już kilka otoczonych przez zamaskowane postacie osób, a wciąż sprowadzano kolejne. Zebrał się też tłumek gapiów. O co chodzi zorientowałem się dopiero w momencie, gdy na środek pomieszczenia wyprowadzono jedną z dziewczyn. Dwie postacie przytrzymały ją za ręce, a trzecia szarpnęła ją za włosy, odginając do tyłu jej głowę. Dziewczyna zaczęła się wyrywać. Z ręki zamaskowanego mężczyzny – tym razem byłem pewien, że to mężczyzna, gdyż był zbyt wysoki na jakąkolwiek kobietę – wysunęły się stalowe pazury, którymi przejechał po jej policzku, zostawiając głębokie rany. Krzyczała, a echo odbijało jej krzyki w mrożącym krew w żyłach proteście. Przerażenie ścisnęło mi gardło. Rzuciłem się do przodu, próbując przedrzeć się przez zwarty szereg gwardzistów. Na próżno. Powalili mnie na ziemię, nie zamierzałem jednak przestać walczyć. Strzykawkę zauważyłem dopiero, kiedy igła wbiła się w moje ramię. Zacząłem tracić siły. Ktoś pociągnął mnie w górę, a ja z trudem utrzymywałem się na nogach. Więc tak to wszystko miało się skończyć? Z jakiegoś nieznanego mi powodu wyrzucano mnie z Akademii. Lila Kiedy weszłam do budynku okazało się, że w holu panuje okropne zamieszanie. Zebrał się tu tłum ludzi. Dopiero po chwili sobie przypomniałam co to oznacza. Jęknęłam w duchu. O nie! To była ostatnia rzecz, którą miałabym ochotę oglądać! Wystarczająco wiele osób straszyło mnie historiami o strażnikach szkoły, kiedy wszyscy byli przekonani o tym, że jako pierwsza zostanę z niej wyrzucona. Nikt dokładnie nie wiedział czym są, ale z pewnością przestawali być ludźmi, a przede wszystkim… tracili wolną wolę. Nie wszyscy pozbyli się ludzkich kształtów, niektórzy zostawali humanoidalni, ale i tak nikt nigdy nie miał okazji zobaczyć żadnego z nich. Gęste powietrze co jakiś czas przecinały krzyki, a ja zastanawiałam się czy powinnam przedrzeć się przez tłum czy jednak z powrotem wyjść na zewnątrz i poszukać Martina. Ktoś mnie popchnął, a potem następna osoba i w ten sposób znalazłam się w centralnym punkcie pomieszczenia. Tuż za barierą stworzoną przez odziane w szkarłatne stroje postacie. Na chwilę zrobił się między nimi prześwit, a wtedy, wśród biernie stojących w kręgu osób, rozpoznałam znajomą sylwetkę Arona. Co on tu do cholery robił?! Patrzyłam oniemiała, kiedy ktoś chwycił go za ramię i przeciągnął na środek niczym szmacianą lalkę. Co tu się działo? Czemu Aron nie protestował? Coś ścisnęło mnie w środku, zabijając racjonalne myślenie. Przedarłam się pomiędzy strzegącymi kręgu strażnikami, a oni byli zbyt zaskoczeni by mnie zatrzymać.  – To jakaś pieprzona pomyłka! – wrzasnęłam, sama nie wiedząc do kogo konkretnie. – Jego nie powinno tu być!  Jeżeli chciałam zwrócić na siebie uwagę to cóż… chyba mi się udało. Przynajmniej setka par oczu wpatrywała się teraz bezpośrednio we mnie, a przynajmniej te, które były w stanie mnie zobaczyć to robiły. Aron, do którego podbiegłam, patrzył na mnie otępiałym, zamglonym wzrokiem.  – Lila… – odezwał się bardzo cicho, zachrypniętym głosem. – Szukałem cię… Cholera! To zaczynało być kompletnie surrealistyczne!  – Ty pójdziesz ze mną – usłyszałam nad sobą bardzo nieprzyjemny, warczący głos. Poczułam na ramieniu czyjąś rękę, a właściwie… zakończoną pazurami łapę. Syknęłam, kiedy pazury przecięły materiał bluzy, raniąc mnie aż do krwi.  – To pomyłka – powtórzyłam głośno, ignorując ból. – Jego nie powinno tu być, jest najlepszy z mojej grupy! – Jest na liście – warknęła wyraźnie coraz bardziej zirytowana postać. – Ona ma rację! – usłyszałam z tyłu zdenerwowany, pełen napięcia głos jednej z nauczycielek. Chwilę później profesor Aveel Rosenberg przedarła się przez tłum. – Musiała zajść jakaś pomyłka. Tego chłopaka nie powinno być na liście.  Po raz pierwszy w życiu ucieszyłam się, że ją widzę. Stworzenia, które prawdopodobnie kiedyś były ludźmi, a teraz napawały się ich cierpieniem, posłuchały. Odsunęły się ode mnie i od Arona. Aveel przytrzymała chłopaka z jednej strony, wskazując mi, żebym to samo zrobiła z drugiej. Wśliznęłam się mu pod ramię. Tłum zaczął się przed nami rozstępować – to znaczy zapewne głównie przed nauczycielką, która rzucała wszystkim gradowe spojrzenia. Po chwili udało nam się wyprowadzić Arona z tłumu, nareszcie opuszając ogromny hol. *** Nie podobało mi się zostawianie Arona w takiej sytuacji samego, ale wolałam iść do Martina, niż żeby on przyszedł tutaj. Poza tym naprawdę chciałam spędzić z nim jeszcze trochę czasu… dopóki miałam ku temu okazję… Nie miałam pojęcia, jak szybko się mną znudzi. Aveel powiedziała, że Aronowi nic nie będzie i że wszystko wyjaśni, a chłopak, po środkach które mu podali, i tak poszedł spać. I pomyśleć, że zapowiadał się taki piękny dzień (a właściwie to w tym momencie już raczej wieczór).  – Gdzie mi zniknęłaś? – Martin spytał z lekkim wyrzutem, kiedy nareszcie znalazłam się w jego mieszkaniu. Opowiedziałam mu po krótce co się wydarzyło, ale z pewnością nie spodziewałam się, że się zdenerwuje. To znaczy… nie sądziłam, że zdenerwuje się na mnie.  – Nie wolno ci pakować się w takie rzeczy! – niemalże warknął. – To cholernie głupie, nieprzemyślane i niebezpieczne! – To co w takim razie miałam zrobić? – spytałam nieco urażona, ale jednocześnie niezwykle zadowolona z faktu, że w jakiś sposób się o mnie martwił. – Nic – odpowiedział już spokojnie, podchodząc do mnie i otaczając mnie ramionami. – Nic? – spytałam zaskoczona. Przytaknął. Powoli zaczął mnie całować. – To przecież nie twoja sprawa – mruknął cicho. – Nie przetrwasz, jeżeli nie nauczysz się, jakie zasady panują w tym miejscu – dodał przerywając na chwilę całowanie. – Uważasz, że on próbowałby cię obronić? Musiałam mu przyznać, że chyba miał rację, bo przecież nie o Arona tutaj chodziło, tyko, że… gdybym miała spojrzeć na to z jego punktu widzenia… – Niby jak mam przetrwać bez Arona? – spytałam walcząc by chociaż przez chwilę zachować trzeźwość myślenia i nie zatracić się w jego dotyku. – Prędzej czy później znalazłabym się w tej samej sytuacji co on dzisiaj. Podniósł mnie do góry i posadził na kuchennym blacie, a sam stanął między moimi nogami. Teraz byliśmy na tej samej wysokości i całowanie nie wymagało gimnastyki. Jego dotyk palił mnie żywym ogniem, pocałunków potrzebowałam jak powietrza. Po chwili już poddałam się, uznając, że zupełnie zbył moje pytanie, wtedy jednak otrzymałam swoją odpowiedź. – Nie dopuściłbym do tego – szepnął tuż przy moim uchu, zanim zupełnie zatopiliśmy się w rozkoszy. Poczułam jak gdzieś wewnątrz mnie rozlewa się cudowne ciepło. Więc jednak… przynajmniej odrobinę… rzeczywiście mu na mnie zależało. Ava Byłam naprawdę wściekła. Co mu do cholery odbiło?! Czemu chciał się pozbyć tego chłopaka?! Przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek musiałam wszystko odkręcać. Z impetem wpadłam do jego mieszkania i… zamarłam w drzwiach. Och, teraz wszystko stało się aż nazbyt jasne. Na kanapie siedziała dziewczyna. Miała na sobie jego bluzę i… najwyraźniej niczego więcej. Po dźwiękach wnioskując oglądała jakiś horror. Kiedy weszłam spojrzała na mnie zaskoczona. Byłam przekonana, że spędziła u niego ostatnią noc. Nie zdążyłam jednak niczego powiedzieć bo chwilę później z łazienki wyszedł Martin.  – Po co przyszłaś? – zapytał niezbyt miłym tonem, taksując mnie wzrokiem.  – Eee… – nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ostatnim razem zabrakło mi słów. Do tego zżerała mnie zazdrość. To wyraźnie nie był mój dzień. – Musimy porozmawiać – wyjaśniłam przez ściśnięte gardło.  Przyjaźniliśmy się od wczesnego dzieciństwa. Co się stało, że nie potrafiłam się przy nim normalnie zachowywać? – Czy to nie może poczekać? – w jego pytaniu zawarty był wyrzut i wyraźna odprawa. – Nie, to ważne – uznałam, że muszę postawić na swoim.  – Świetnie, w takim razie mów – niemalże warknął. – Na osobności… – dodałam, zerkając w kierunku przyglądającej się nam z zaciekawieniem dziewczyny. Westchnął rozgoryczony, ale posłusznie podszedł i otworzył mi drzwi. – Lila, przepraszam, zaraz wrócę – odezwał się do dziewczyny, a mnie ponownie coś ścisnęło w środku.  Najchętniej wykopałabym ją na księżyc, albo jeszcze dalej! Liczyłam na to, że wyprosi ją i zostaniemy sami, a nie, że to mnie każe wyjść… Wzdrygnęłam się, kiedy ujrzałam malującą się w jego oczach wściekłość. – Mów, byle szybko, jaką to masz do mnie niecierpiącą zwłoki sprawę – rozkazał. Przypomniałam sobie po co tu przyszłam i miałam nadzieję, że pozostałe uczucia uda mi się ukryć pod maską gniewu. – Zwariowałeś?! – nareszcie mogłam to z siebie wyrzucić. – Czemu to zrobiłeś? Po co tyle trenowałeś tego chłopaka, żeby teraz się go tak po prostu pozbyć?! Odsunął się ode mnie zapobiegawczo. Jego uczucia jak zwykle zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Teraz wyglądał na bardziej rozbawionego niż wściekłego.  – Ok. ok. Przyznaję, może trochę przesadziłem – westchnął. – Trochę?! – nie potrafiłam powstrzymać się od krzyku. – Co ta piekielna dziewucha z tobą zrobiła?! Zorientowałam się, że przesadziłam, kiedy jego twarz stała się lodowato-zimną maską. Ten wyraz twarzy, to spojrzenie… przeznaczone były dla innych, ale… nigdy jeszcze dla mnie.  – Nie mieszaj jej do tego! – warknął. – Nie tylko sypiasz z jakąś małoletnią zdzirą, ale też posuwasz się do tego, żeby usunąć ze szkoły jej chłopaka? – spytałam dalej brnąc w to samo bagno.  – Zrobiłem to, bo zalazł mi za skórę, a nie ze względu na dziewczynę – odpowiedział mi chłodno. – Czy to wszystko czego ode mnie chciałaś? Prychnęłam. Spojrzałam na niego z wyrzutem. – Pieprzenie się z małolatą nie usprawiedliwia…  – Daj spokój Ava – przerwał mi w połowie zdania. – Zupełnie jakbyś sama nie sypiała ze studentami. Poczułam się urażona i… zaskoczona, że to w ogóle zauważył. Nie powinnam się jednak dziwić. W końcu od zawsze byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Nikt nie znał mnie lepiej od niego. Nawet jeżeli ostatnio nasze relacje się nieco ochłodziły… Nie zauważył chyba tylko tego, że już od dawna się w nim podkochuję… Czy jednak gdyby o tym wiedział cokolwiek by to zmieniło? Poza tym niestety musiałam mu przyznać rację. Akademia nie tylko akceptowała, ale wręcz propagowała takie zachowania. Chodziło tu tylko i wyłącznie o przetrwanie, a w jaki sposób osiągnie się cel nie miało najmniejszego znaczenia. Cóż… smarkula najwyraźniej potrafiła się nieźle ustawić… ale z pewnością nie na długo. Jej niedoczekanie! – Czy to wszystko czego ode mnie chciałaś? – zapytał niecierpliwie. Tak bardzo mu się do niej spieszyło? Niechętnie skinęłam głową. Nie miałam pomysłu co innego mogłabym zrobić. Cokolwiek… byle tam nie wracał… – W takim razie do zobaczenia – rzucił niedbałym tonem podchodząc do drzwi. – A i jeszcze jedno Ava – dodał już niemal naciskając klamkę. Spojrzałam na niego z nadzieją. – Nie przychodź do mnie więcej bez zapowiedzi. Kilka prostych słów roztrzaskało moje serce na tysiąc drobnych kawałków.  Rozdział Dziewiąty Lila Żyłam w przekonaniu, że w poniedziałek wszystko się skończy, ale wcale tak się nie stało. Właściwie… naprawdę rzadko zdarzało się, że spałam w swoim własnym pokoju. W dalszym ciągu nie miałam na nic czasu, tylko teraz było to całkiem przyjemne. Dopiero w piątek pękła moja senna bańka, a powodem tego, wbrew moim obawom, wcale nie był Martin.  – Jutro, przed wschodem słońca, opuścicie mury szkoły – oznajmił ku ogromnemu zdziwieniu wszystkich profesor Jonathan. – Waszym zadaniem będzie dotrzeć do wyznaczonej bazy wojskowej. Nie dostaniecie jednak do dyspozycji żadnej elektroniki. Zamiast GPSu podłużycie się starą, papierową mapą, na której każda z drużyn zaznaczone będzie miała dwa punkty: swoje obecne położenie oraz miejsce, do którego musi dotrzeć. To misja survivalowa. Jakieś pytania? Pytania? Naraz zaczęli mówić chyba wszyscy. Zaniepokojona spojrzałam na Arona. Chłopak jedynie wzruszył ramionami. Od czasu kiedy niemalże nie wyrzucono go ze szkoły był ponury i milczący. Raczej nie podobał mu się nowy rodzaj uwagi – Aron przywykł do tego, że jest gwiazdą, a teraz był niemal jak trędowaty. Wszyscy go unikali i nikt z nim nie rozmawiał. Mnie też to oczywiście dotyczyło, tylko, że dla mnie nie miało to zbyt wielkiego znaczenia. Po skończonych zajęciach wspólnie poszliśmy do hali sportowej. Tu również czekała nas niespodzianka.  – Dzisiaj nie będzie treningu – oznajmił nam Martin. On również sprawiał wrażenie zaniepokojonego. – Zamiast tego przedstawię wam kilka szczegółów jutrzejszej wycieczki. Usiedliśmy na materacach. Aron sprawiał wrażenie obojętnego, ale poznałam go już zbyt dobrze, żeby nie zauważyć drobnych oznak zdenerwowania, chociażby takich jak napięte mięśnie. Skoro Martin odwołał trening, coś musiało być na rzeczy i z pewnością mieliśmy powody do niepokoju. Właściwie… Zdarzało się to po raz pierwszy. – Nie wolno wam spać w dżipie – kontynuował, kiedy zajęliśmy swoje miejsca. – Wieczorem zabierzcie z niego wszystko czego potrzebujecie i schowajcie to do namiotu. Rano już samochodu nie będzie i resztę drogi będziecie musieli iść pieszo, dlatego pierwszego dnia spróbujcie przejechać ile się da.  W chwili obecnej mój mózg zatrzymał się na informacji o dżipie. Jakim do cholery dżipie?! Takim jak na starych filmach? Aron chyba podzielał moje przemyślenia bo wpatrywał się w Martina szeroko otwartymi oczami. Cholera! Zapowiadał się naprawdę wspaniały dzień… *** Obudziłam się koło czwartej rano. Martin przywitał mnie kawą i dużą ilością kanapek, twierdząc, że nie wiadomo kiedy będę miała najbliższą okazję coś znowu zjeść. Na zewnątrz padało i wiał silny, porywisty wiatr. Cudowna pogoda na wycieczkę! Nie wolno nam było niczego ze sobą zabierać, tylko to co nosiliśmy na sobie. Przed wejściem do lasu mieliśmy zostać dokładnie przeszukani. Jeszcze przed piątą byłam gotowa do wyjścia.  – Trzymaj, przyda ci się – Martin podał mi swoją skórzaną kurtkę.  – Dzięki – mruknęłam bojąc się coraz bardziej. – Poradzicie sobie – chyba odgadł o czym myślę. No tak… a niby mieliśmy jakieś inne wyjście? Niechętnie opuściłam bezpieczne mieszkanie by dołączyć do Arona i innych uczniów, czekających przed wyjściem z budynku, niczym więźniowie idący na skazanie.  Aron Tak jak wcześniej to uzgodniliśmy, chwyciliśmy po wojskowym plecaku i pobiegliśmy. Niektórzy próbowali brać po dwa lub trzy, a to rozpętało zamieszki. Nas już jednak tam nie było. Problemem jednak okazała się pogoda. Nie zdążyliśmy nawet jeszcze dotrzeć do linii drzew, a już byliśmy przemoczeni i drżeliśmy z zimna. Po godzinie drogi nareszcie znaleźliśmy samochód, ukryty pod gałęziami i siatką maskującą. Musiałem przyznać, że gdyby nie wskazówki trenera to prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy czego szukać i całkiem możliwe, że próbowalibyśmy pokonać cały dystans po prostu na piechotę.  – Potrafisz to prowadzić? – Lila spytała powątpiewająco, kiedy zająłem fotel kierowcy. Wzruszyłem ramionami. – Nie mam pojęcia, ale grałem w parę oldschoolowych gier – uśmiechnąłem się do niej, a ona blado odwzajemniła mój uśmiech.  Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjęła mapę, a ja oddałem jej plecaki. W stacyjce samochodu tkwiły kluczyki. Cholera! To był prawdziwy zabytek! Nawet najstarsze samochody reagowały obecnie na komendy głosowe lub odcisk palca. No i… nie trzeba było ich prowadzić. W końcu od czego miały autopilota? Za trzecim razem udało mi się zapalić. Silnik pracował bardzo głośno, ale powoli ruszyliśmy do przodu. Wyjechaliśmy na szeroką, leśną drogę. Nic trudnego. Było zupełnie jak w grach. I najwyżej, jak w grze, coś po drodze staranuję. Czytanie mapy sprawiło nam nieco więcej problemów. Najłatwiej byłoby wyjechać na autostradę, ale to było oczywiste, że nie możemy. Bo niby jak? Tym? Wzbudzilibyśmy sensację, ktoś by nas staranował lub zatrzymał. Zostawało więc trzymać się lasu, a potem pustkowia.  – Mamy paliwa na jakieś 500 kilometrów – oznajmiłem.  Lila ponownie spojrzała na mapę.  – W takim razie zostanie nam do przejścia nieco ponad pięćdziesiąt. To nie tak źle – westchnęła i zaczęła sprawdzać co ze sobą mamy. Pierwszy z plecaków wyglądał obiecująco. Dziewczyna znalazła w nim kilka batonów energetycznych, tabliczkę czekolady, bukłak – niestety pusty, śpiwór, polarowy koc oraz długą i cienką latarkę. Kiedy jednak otworzyła drugi plecak zgodnym chórem jęknęliśmy z zawodu. Był… wypchany zgniecionymi kulkami papieru. *** W dalszym ciagu padało, a ja wolałem nie czekać aż zupełnie skończy nam się paliwo. Zatrzymaliśmy się na skraju lasu. Nasz mały obóz znacznie lepiej było rozbić między drzewami niż na zupełnie odsłoniętym terenie. Wysiedliśmy z dżipa. Rozbijanie namiotu w takiej ulewie z pewnością nie należało do przyjemności, ale Lila nalegała, żeby posłuchać tego co przekazał nam Martin. Ja sam miałem nieco wątpliwości, ale ostatecznie musiałem się z nią zgodzić. Nie sądziłem, żeby chciał nam zaszkodzić, raczej zależało mu na naszej wygranej. Namiot, który znaleźliśmy w dżipie okazał się całkiem porządny – z dodatkowym przykryciem i rękawem na bagaże. Kiedy wreszcie skończyliśmy przemoczeni i wyczerpani wpełzliśmy do środka. Lilien drżała z zimna jeszcze bardziej ode mnie. – Zdejmijmy te przemoczone ciuchy – mruknąłem, mając nadzieję, że to cokolwiek pomoże. Żałowałem, że jeszcze nie panuję wystarczająco nad ogniem, żeby po prostu ogrzać powietrze, niczego po drodze nie podpalając. Lila, szczękając zębami, pozbyła się kurtki i spodni. Bluzę miała suchą. Szczęściara! Skąd ona w ogóle wytrzasnęła taką porządną kurtkę?! Ja musiałem rozebrać się do samych bokserek. Ubrania rozłożyliśmy w rękawie namiotu mając nadzieję, że przez noc chociaż odrobinę wyschną. Wśliznęliśmy się do śpiwora (ostatecznie mieliśmy tylko jeden) i dodatkowo przykryliśmy kocem. Nie było to zbyt wygodne, za to jakie przyjemne! Lila położyła głowę na moim ramieniu. wtulając się we mnie plecami. Jednocześnie żałowałem, że ma na sobie bluzę i cieszyłem z powodu braku spodni. Tuliłem ją do siebie, ale to mi nie wystarczało. Powoli zacząłem przesuwać rękę po jej odsłoniętym udzie. Zesztywniała. Jej dłoń znalazła się na mojej ręce i zatrzymała ją w miejscu. – Aron, nie – poprosiła cicho. Dlaczego do cholery nie?! Teraz przynajmniej nikt by nam nie przeszkodził… Przestałem, ale byłem zbyt wkurzony, żeby cokolwiek powiedzieć. Pieprzone dziewczyny! Chyba nigdy ich nie zrozumiem. Lila wtuliła się we mnie jeszcze mocniej. Sadystka! Powoli przestawała drżeć z zimna. Zamknąłem oczy. Czekał nas ciężki dzień i może rzeczywiście nie było sensu marnować energii na cokolwiek innego niż spanie. *** Byliśmy głodni, spragnieni i zmęczeni. Nie sądziłem, że zatęsknię za deszczem z poprzedniego dnia. W dalszym ciągu wiał porywisty wiatr, ale teraz powietrze było suche i chłodne, a myśmy szli po niemalże zupełnie odsłoniętym terenie. Gdzieniegdzie tylko rosły pojedyncze krzaki albo pojawiały się płaskie pagórki. Lila milczała, a ja byłem na nią w dalszym ciągu wkurzony, więc również nie zamierzałem się odzywać. Szliśmy przez kilka godzin rzadko kiedy odpoczywając i wydawałoby się, że w ten sposób dotrzemy do samej bazy. W pewnym momencie jednak powietrze przed nami przeszyła czerwona błyskawica. Na niebie pojawił się ciemny kształt, który z niesamowitą prędkością zaczął pikować w dół. Spojrzeliśmy na siebie z Lilą, a potem ona, ni z tego ni z owego, rzuciła się w tamtym kierunku. – Chodź! – zawołała za mną. Co, do cholery?! Nie miałem wyboru. Musiałem pobiec za dziewczyną. Gdy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Współlokatorka Lilien, Hester, stała w rozkroku nad leżącym na ziemi Dominikiem. Nad jej ramieniem, niczym wielki balon, unosił się złowrogi, czerwony kształt. – Hester, zwariowałaś?! – Lilien wyskoczyła do przodu zanim zdążyłem ją powstrzymać. – To on zaczął! – warknęła wyraźnie wkurzona dziewczyna. Dopiero teraz spostrzegłem, że wisząca nad jej ramieniem chmura ma wyraźny kształt i… pełną ostrych kłów paszczę. Dominik wykorzystał ten moment, żeby odczołgać się nieco dalej. – Miałem takie zadanie! – zasłonił się ramieniem w obronnym geście, kiedy chmura odczepiła się od ramienia Hester i zawisła tuż nad nim. – Zadanie? – spytałem zaciekawiony. Hester przytaknęła. – Nie dostaliście swoich?  Spojrzeliśmy po sobie zaniepokojeni. Czyżby coś nas przypadkiem ominęło? *** No cóż… Hester nie było łatwo uspokoić. Odwołała swojego demona dopiero kiedy Lilien zaproponowała jej, żeby zostawiła Dominika i poszła razem z nami.  – Jak znaleźliście się z przodu? – spytałem zdając sobie sprawę, że skoro im się udało to innym również mogło. – Olaliśmy mapę i poszliśmy na autostradę, ukradliśmy samochód i voilà, jesteśmy – oznajmiła radośnie. – Mocne – musiałem przyznać.  – Tylko, że mieliście unikać ludzi – wtrąciła pragmatycznie Lila. Hester wzruszyła ramionami. – Zasady są po to, żeby je łamać.  Rzeczywiście… coś w tym było. Co jak co, ale ta szkoła w zdecydowany sposób nie miała nic przeciwko łamaniu zasad.  Lila Okazało się, że mimo wszystko jesteśmy pierwsi. Po kilkunastu godzinnej wędrówce padaliśmy ze zmęczenia. Kiedy dotarliśmy do bazy, żołnierze w czarnych uniformach bez żadnych problemów wpuścili nas za groźnie wyglądające ogrodzenie, które stale było pod wysokim napięciem. Kazali nam zatrzymać się na placu. Stanęli w szeregu z wycelowaną w nas bronią. Po chwili jednak pojawił się również profesor Jonathan.   – Ósemka, miałaś odłączyć się od partnera i znaleźć inną grupę. Świetna robota. Czternastka, miałaś ukryć zadanie przed swoją parą. Doskonale! – oznajmił podchodząc do nas, a ja wpatrywałam się w niego oniemiała. – Jedynka, nie tolerujemy porażek. Zostajesz na placu i czekasz na dalsze instrukcje. Aron sprawiał wrażenie wstrząśniętego. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Zapewne czuł się zdradzony. Tylko, że… nawet nie miałam okazji go zdradzić, bo nie dostałam żadnego pieprzonego zadania! Rozdział Dziesiąty Lila Lot helikopterem był śmiesznie krótki. Szczególnie w porównaniu z długotrwałym i forsownym marszem. W nagrodę z Hester otrzymałyśmy całkiem sporo wolnego czasu. Inni na dotarcie do bazy mieli jeszcze trzy dni.  Umyłam się, najadłam i przebrałam w czyste ubranie, a potem, tak jak się umawialiśmy, mimo kompletnego wyczerpania, udałam się bezpośrednio do mieszkania Martina. Kiedy weszłam nie było go w środku, za to na jednym z wysokich stołków przy kuchennym blacie, z nogą założoną na nogę, siedziała profesor Aveel. Miała na sobie obcisłe, czarne getry i długą tunikę z nieprzyzwoitym wręcz dekoltem, w kształcie rąbu. Wyglądała bosko, a ja poczułam nieprzyjemny uścisk w gardle.  – O, Lilien, nie spodziewaliśmy się ciebie tak szybko – rzuciła od niechcenia, obdarzając mnie przeciągłym spojrzeniem spod długich, ciemnych rzęs. – Gdzie Martin? – spytałam nie mając ochoty w nic z nią grać. Wydęła usta niczym urażona, mała dziewczynka. – Miał coś ważnego do załatwienia, niedługo powinien wrócić. Może usiądziesz? – zaproponowała. Jej glos wręcz ociekał słodyczą. Do tego, czuła się tu… jak u siebie. – Wybacz moje wcześniejsze zachowanie – kontynuowała słodkim głosem. – Po prostu poczułam się odrobinę zazdrosna. Właściwie to już powinnam się przyzwyczaić… – uśmiechnęła się do mnie kocim uśmiechem, a ja tylko wpatrywałam się w nią stojąc w drzwiach, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. Moje uczucia najwyraźniej było aż nazbyt łatwo odgadnąć. – Och! Słonko! Chyba nie myślałaś, że Martin tylko z tobą sypia? Wiesz, znamy się od naprawdę długiego czasu… Jej słowa zaparły mi dech. Spodziewałam się, że to nic dla niego nie znaczy… nigdy nie liczyłam, że zostanę jego dziewczyną czy kimś takim, ale to… jej obecność tutaj… wszystko było zwyczajnie nie do zniesienia! Z trudem zebrałam się w sobie. – Przekaż mu proszę, że przyszłam, tak jak chciał – odezwałam się mając nadzieję, że nie zdradzi mnie drżenie głosu. – Skoro go nie ma, to idę spać. Wie gdzie mnie znaleźć.  Aveel skinęła mi głową, a ja z pędzącym w dzikim galopie sercem wyszłam na korytarz. Zmusiłam się, żeby spokojnie minąć zakręt, a dopiero potem, ignorując zmęczenie, puściłam się biegiem do swojego pokoju. Nigdy jeszcze nie czułam się tak bardzo zraniona.  *** Martin nie odezwał się do mnie ani tej nocy, ani następnego dnia. Nie miałam ochoty wstawać z łóżka. Do tego zapewne Aron był na mnie śmiertelnie obrażony, a Hester bez przerwy marudziła. Miałam dość. Wszystkich i wszystkiego. Nie miałam pojęcia co działo się z Aronem przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, ale kiedy dowiedziałam się, że wrócił, miałam już jasno ułożony plan.  Aron Patrzyłem na nią niedowierzająco kiedy znalazła się na progu mojego pokoju. Po tym co mi zrobiła… jak mnie wykiwała… miała niezły tupet!  – Czego tu chcesz?! – warknąłem.  Stanęła przede mną w seksownie zsuniętej z ramion koszulce. W uroczy sposób przygryzła dolną wargę. Nie przestawała się we mnie wpatrywać, a ja zdałem sobie sprawę, że wcale nie przyszła mnie przepraszać.  – Aron – zaczęła powoli, w seksowny sposób wypowiadając moje imię – wciąż masz na mnie ochotę? Z trudem powstrzymałem się przed tym, żeby nie jęknąć. W co ta cholerna dziewczyna ze mną pogrywała?! Skinąłem głową, bo bałem się, że jeśli wypowiem choć słowo to mój głos natychmiast zdradzi jej jak bardzo jestem na nią napalony. Ciemne włosy, które zazwyczaj nosiła wysoko upięte, teraz miała rozpuszczone i hebanową kaskadą spływały jej po plecach. Spodnie, które włożyła, ciasno opinały jej pupę. Wyglądało to tak, jakby specjalnie przygotowała się na spotkanie ze mną. Podeszła do mnie jeszcze bliżej. Ramionami oplotła moją szyję. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem zachłannie. W tym momencie byłem gotowy wybaczyć jej dosłownie wszystko.  Po chwili już leżeliśmy na moim łóżku, a raczej ja leżałem, a Lila siedziała na mnie. Większość naszych ubrań kłębiła się gdzieś na podłodze. Dziewczyna miała teraz na sobie jedynie seksowną, czarną bieliznę. Chociaż były to ładne szmatki, to zdecydowanie wolałbym oglądać jak zdobią podłogę. Dłońmi sięgnąłem do zapięcia jej stanika, a ona pochyliła się niżej i pocałowała mnie w usta. Wtedy właśnie przestałem rozumieć co się dookoła mnie dzieje.  Martin wpadł do pokoju jak burza. W brutalny sposób ściągnął ze mnie Lilę i odepchnął z taką siłą, że upadła na podłogę. Błyskawicznie usiadłem, ale to chyba był błąd. Poczułem silne uderzenie, a potem następne. Mimo że potrafiłem się świetnie bić w tym momencie byłem po prostu zdezorientowany. Nawet nie wiedziałem w jaki sposób znalazłem się na podłodze. On był jak żywioł. Nie do powstrzymania! Przynajmniej miałem na tyle instynktu samozachowawczego, żeby osłonić się ramionami. Tylko co on tu do cholery robił?! – Martin, przestań, to nie jego wina – usłyszałem spokojny, ale jednocześnie jakoś dziwnie władczy głos Lilien, która zgrabnie podniosła się z podłogi i teraz stała wyprostowana zaledwie dwa kroki od niego. – Zostaw go! – Czemu miałbym cię słuchać? – odwrócił się w jej kierunku zupełnie mnie ignorując. – Pieprzyłaś się już z nim czy dopiero zamierzałaś to zrobić? – jego głos był lodowato-zimny i nieludzko wręcz spokojny.  Nie rozumiałem całej sytuacji. Co tak naprawdę mogło go to obchodzić?! – Więc tobie wolno, a mnie nie? – spytała buntowniczo. – Nie bądź hipokrytą. Teraz Martin wyglądał na naprawdę skonsternowanego i jakby… urażonego. – Co masz na myśli? – spytał jakby ostrożnie. – Nie udawaj niewiniątka – warknęła na niego. – Aveel powiedziała mi wprost, że z nią sypiasz. – Co?! – jego zaskoczenia z pewnością nie sposób było udawać. Tak samo jak i narastającej złości.  Pożałowałem, że nie mam się dokąd wycofać bo najchętniej bym teraz stąd zniknął. Mężczyzna podszedł do Lilien i chwycił ją za ramiona. W powietrzu aż iskrzyło od napięcia, które pojawiło się między tą dwójką.  – Jestem pieprzonym monogamistą – wycedził przez zęby Martin – rozumiesz? – Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Spróbowała się od niego odsunąć, ale jej na to nie pozwolił. – Natomiast co do Aveel – kontynuował – to nigdy z nią nie sypiałem, nie sypiam i nie zamierzam tego robić – odezwał się ostrym tonem – a jeżeli to co mówisz jest prawdą – spojrzał Lilien w oczy – to prawdopodobnie przestała również być moją przyjaciółką.  Dziewczyna nie odpowiedziała. Pobladła jeszcze bardziej niż zwykle. Wpatrywała się w niego przez chwilę, jakby szukając jakichkolwiek oznak kłamstwa. Potem… zupełnie jakby byli tutaj sami… oplotła ramionami jego szyję i przylgnęła do niego całym ciałem. Z trudem przełknąłem ślinę. Co tu się do cholery działo?! Martin pochylił się ku niej i zaczął ją całować z takim zapałem, że nie byłem przekonany czy za chwilę nie zabraknie im powietrza. Lilien ocierała się o niego niczym kotka w rui. Jego ręce znalazły się na jej plecach, a potem niżej, na nagich pośladach dziewczyny. Odchrząknąłem głośno, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.  – Nie jesteście tu sami! – warknąłem w końcu, podnosząc się z podłogi.  Roznosiła mnie wściekłość… i to piekielne uczucie zazdrości! Pieprzona dziwka! Spojrzeli na mnie zaskoczeni, jakby zupełnie zapomnieli o mojej obecności i… całkiem możliwe, że tak właśnie było.  – Zjeżdżaj stąd! – rozkazał Martin, zasłaniając sobą Lilien jakby w obronnym geście. – Co?! Przecież to mój pokój! – krzyknąłem. Coś w jego spojrzeniu kazało mi się dwa razy zastanowić. Warknąłem i zacząłem cicho przeklinać, ale posłusznie opuściłem s w ó j pokój, po drodze szybko zgarniając ubrania. Na dowidzenia z impetem trzasnąłem drzwiami. Znalazłem się na korytarzu. Uderzyłem pięścią w ścianę. Potem jeszcze raz i kolejny. Ból przynosił ukojenie. Wściekłość płonęła we mnie żywym ogniem. Nie miałem pojęcia co zrobię, ale byłem przekonany, że jeszcze tego pożałują.  Lila Uwielbiałam to uczucie, jego bliskość. Podobało mi się, że jest o mnie zazdrosny jeszcze bardziej niż ja o niego. Leżeliśmy na łóżku próbując uspokoić oddechy. Wtuliłam się w jego ramię, dopiero teraz nieco zawstydzona. – Przepraszam – szepnęłam cicho. – Nie przepraszaj – mruknął, przyciągając mnie do siebie bliżej. – Mogłem przewidzieć, że tak się stanie. Znam Avę od dziecka. Porozmawiam z nią – obiecał. Niejasno zdałam sobie sprawę, że chyba dość kiepsko wyszło mi godzenie się z Aronem. W tej chwili jednak nie miało to najmniejszego znaczenia, a przynajmniej nie miałam ochoty snuć rozważań na ten temat. Martin sprawiał wrażenie zamyślonego. – Coś się stało? – spytałam.  – Gdybyś mogła kogoś uratować, ale tylko jedną osobę, kto by to był? Uniosłam lekko głowę. Spojrzałam na niego, zaskoczona pytaniem. – Chyba ty – odpowiedziałam szczerze, specjalnie się nie zastanawiając. Nie roześmiał się, ale czułam narastające w nim rozbawienie.  – Nie to miałem na myśli, ale dziękuję – pocałował mnie w czubek głowy. – Chodziło mi o ludzi z zewnątrz, tych mieszkających poza murami szkoły. – Nie ma nikogo takiego – wyznałam.  Moi rodzice nie żyli, zginęli dawno temu. Nie miałam żadnej innej rodziny ani bliskich przyjaciół, właściwie w ogól nie było tam nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem. Wszystkie osoby, na których w jakikolwiek sposób mi zależało, mieszkały tutaj, w Akademii.  Rozdział Jedenasty Lila Aron był na mnie naprawdę wściekły, a ja musiałam mu przyznać, że miał ku temu całkiem niezłe powody. Podczas wspólnych zajęć w ogóle się do mnie nie odzywał. Również Hester kompletnie mnie ignorowała i to by było na tyle, jeżeli chodzi o osoby, które mogłyby mnie darzyć jakąkolwiek sympatią.  Coraz częściej ćwiczyliśmy teraz nasze umiejętności. Okazało się, że w całej szkole, na wszystkich latach, po ostatniej selekcji zostało około trzystu osób i tylko ja jeszcze nie znałam swoich zdolności. Na siłę mogłam podciągnąć pod nie to co działo się podczas nauki walki, było to jednak jak jedzenie okruszków podczas gdy inni zajadali się kawałkami ciasta. Dodatkowo w szkole pojawiły się nowe zakazy. Nie można było zapuszczać się do lasu, mogliśmy przebywać jedynie na otaczających Akademię błoniach. Dalszej drogi pilnowali strażnicy, a każdy kto spróbowałby złamać ten zakaz był na najlepszej drodze do tego by do nich dołączyć. Kiedy inni trenowali, ja siedziałam na trawie i czytałam książkę. W pewnym momencie zaczął mnie dręczyć niepokój, a uczucie wciąż we mnie narastało. Coś przysłoniło mi słońce. Podniosłam wzrok znad tabletu, tylko po to, żeby przekonać się, że wisi nade mną czerwony cień. Zapikował ku mnie z zatrważającą prędkością. Co do cholery?! – Nie! – krzyknęłam zasłaniając się ramionami. Nawet nie zdawałam sobie spawy, że zamknęłam oczy, dopóki ich ponownie nie otworzyłam.  Gwałtownie wstałam. Czerwona kulka, rozmiarów małego psiaka, leżała na trawie u moich stóp cicho skomląc.  – Coś ty mu zrobiła?! – znalazłam się twarzą w twarz z rozwścieczoną Hester.  – Dlaczego mnie zaatakował? – powoli otrząsałam się z szoku. Jej spojrzenie było wystarczająco wymowne. Zaatakował mnie, bo mu rozkazała.  Aron Kiedy do mnie podeszła, z trudem przełknąłem ślinę. Profesor Aveel była młoda, zaledwie kilka lat starsza ode mnie. Do tego była naprawdę piękna i to taką oszałamiającą urodą gwiazdy filmowej.  – Coś cię dręczy? – zapytała, a ja próbowałem nie wbijać wzroku w jej kształtne piersi.  – Nic mi nie jest – odpowiedziałem niezbyt przekonany. – Na pewno? – drążyła dalej, czarująco się uśmiechając. – Bo wydawało mi się, że nie przepadasz za swoją partnerką. – To nic takiego, pokłóciliśmy się – miałem nadzieję, że uda mi się uciąć temat.  Znalazła się jeszcze bliżej mnie. Zdecydowanie zbyt blisko. Spodnie, które miałem na sobie stawały się zbyt ciasne.  – Pomyślałam sobie, że może mógłbyś być zainteresowany m o i m i – podkreśliła wyraźnie ostatnie słowo – planami względem czternastki.  Musiałem wyglądać na tak samo zaskoczonego jak się poczułem, bo już po chwili w powietrzu rozbrzmiewał jej dźwięczny i pełen uroku śmiech. Ava Ósemka wykonała swoje zadanie, choć może nie zupełnie tak jak się tego spodziewałam. Najwyraźniej ta piekielna smarkula była odporna nie tylko na moje umiejętności, ale również w jakiś sposób wpłynęła na demona Hester. Dziewczyna jednak była przebiegła i skądś wytrzasnęła środki uspakajające, które bez problemu wstrzyknęła w ramię zaskoczonej koleżanki. Kiedy podeszliśmy, nie wiedziała co się z nią dzieje. Aron podniósł ją bez problemu, niczym szmacianą lalkę. Patrzyła na nas nieprzytomnym wzrokiem, a ja czułam przyjemną satysfakcję, że wreszcie się jej pozbędę. Lila Hester zrobiła mi jakiś zastrzyk, po którym nie mogłam się poruszać. Nie panowałam nad własnym ciałem. Po kilku chwilach zobaczyłam Arona i… Aveel. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Chłopak wziął mnie na ręce. Szliśmy na skraj lasu. Ogarnęła mnie panika. Zatrzymał się tuż przed linią drzew.  – Na co czekasz? – spytała zirytowanym głosem Aveel.  – Chcę zostać z nią sam na sam – oznajmił stanowczo Aron. – Nie mamy teraz na to czasu – warknęła na niego Hester, a w jej tonie pobrzmiewały złość i dość absurdalna w tej sytuacji zazdrość. – Należy mi się – Aron przeszywał wzrokiem profesor Aveel.  Kobieta wzruszyła ramionami.  – Masz pół godziny – oznajmiła odwracając się do nas plecami i odchodząc. Hester powoli, niechętna i wyraźnie zniesmaczona powlokła się za nią.  Aron ułożył mnie na trawie. Nie mogłam nic zrobić. Pochylił się nade mną, a ja patrzyłam na niego błagalnie. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że zraniłam jego uczucia, ale czy… on naprawdę był taki? Jęknęłam cicho, z przerażenia, gdy znalazł się jeszcze bliżej, a jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele. Wargami dotknął mojego policzka, czułam na twarzy jego ciepły oddech. – Nie bój się – szepnął tuż przy moim uchu. – Musisz mi zaufać, wciąż nas obserwują. Nie potrafiłam zebrać myśli. Co i dlaczego właściwie się wydarzyło? O co im chodziło?  – Aveel potrafi paraliżować ludzi. Wystarczy jej jeden dotyk – mówił, nie przestając mnie całować. Uspokoiłam się nieco, ale kiedy podwinął moją koszulkę wiedziałam, że co jak co, ale z pewnością nie jestem w stanie mu ani odrobinę zaufać. Przynajmniej nie w tej kwestii.  Aron Gdzie on do cholery był i czemu w ogóle mu się nie spieszyło?! Jeżeli zaraz nie przestanę, to Lila była gotowa zabić mnie wzrokiem. Kto wie czy to nie była kolejna z jej cudownych umiejętności? Zaczynałem czuć coraz większy niepokój. Co jeżeli mi nie uwierzył? Albo co gorsza, jeżeli Lilien w ogóle go nie obchodziła? Odetchnąłem z ulgą, kiedy kątem oka zobaczyłem ciemną sylwetkę. Miałem nadzieję, że dziewczyna niedługo zacznie odzyskiwać kontrolę nad własnym ciałem, ale póki co wziąłem ją na ręce. W dalszym ciągu nie ważyła zbyt wiele. Aveel i Hester zszokowane wpatrywały się w Martina, którego, ich zdanem, nie powinno tu być. Tym co z niego emanowało nie było zdenerwowanie – to była lodowata furia. Zdecydowanie wolałem zadrzeć z Aveel niż z nim.  – Idź do lasu – rozkazał Hester – nie zatrzymuj się dopóki nie zostaniesz załapana.  Osłupiałem. Dziewczyna posłusznie odwróciła się i ruszyła ku lini drzew, by po chwili zniknąć w leśnym półmroku. Co do cholery?! – Zawiodłem się na tobie – zwrócił się teraz ku Aveel, która patrzyła na niego jakby nie miała pojęcia co zamierza z nią zrobić. – Chcę, żebyś poszła do swojego pokoju i została tam póki po ciebie nie przyjdę – oznajmił chłodno. – Nie wiem kiedy to nastąpi. Jej oczy zrobiły się wielkie, kobieta sprawiała wrażenie wstrząśniętej.  – Nie zrobisz mi tego! – jęknęła. Wyglądało to zupełnie tak, jakby nie panowała nad własnym ciałem. Wyraźnie walcząc ze sobą odwróciła się i odeszła, zostawiając nas samych. O nie! Patrzyłem na niego zaniepokojony. Nic dziwnego, że przyzwyczaił się do tego, by wszyscy go słuchali! Skoro potrafił sprawić, żeby to robili… Teraz jego uwaga skupiła się na mnie. Zaborczo wyrwał Lilien z moich objęć.  – Czy ją też zmuszasz, żeby z tobą sypiała? – wyrwało mi się zanim zdążyłem pomyśleć. Spojrzał na mnie ze złością, a ja poczułem się okropnie głupio. Musiałem przyznać sam przed sobą, że to by było dla mojego ego najwygodniejsze rozwiązanie.  – Do niczego jej nie zmuszam! – warknął. – Zresztą, nawet gdybym chciał i tak bym nie mógł – dodał już znacznie spokojniej. – Jest w jakiś sposób odporna na umiejętności innych. Odwrócił się i tuląc Lilę w ramionach ruszył w kierunku zabudowań, a ja, nie widząc co mam ze sobą zrobić, powlokłem się za nim. Wolałem już więcej nie patrzeć na las, w którym zniknęła Hester.  Lila Obudziłam się, a nawet nie mogłam sobie przypomnieć kiedy zasnęłam. Leżałam skulona na materacu, w rogu treningowej hali. Byłam przykryta rozpinaną bluzą Arona. Obok mnie siedział Martin, którego dłoń, jakby bezwiednie, błądziła po moich włosach.  – Dobrze się czujesz? – zapytał, kiedy zauważył, że nie śpię.  Spróbowałam wstać, ale zaczęło mnie mdlić, więc tylko usiadłam opierając się o ścianę.  – Bywało lepiej – mruknęłam.  Ku mojemu zaskoczeniu, w przejściu do następnego pomieszczenia, pojawił się Aron. Chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu głośny, przenikliwy dźwięk alarmu. Zamilkł dopiero po paru minutach.  – Co to do licha było? – Aron pierwszy zdążył zadać oczywiste pytanie.  – Zamknęli teren akademii – oznajmił spokojnie Martin, obejmując mnie ramieniem i przyciągając do siebie bliżej. – Dlaczego? – spytałam zaciekawiona.  – Żebyśmy nie mogli się stąd wydostać – zauważył Aron. – To też – Martin stwierdził obojętnym tonem – ale bardziej, żeby nikt z zewnątrz nie mógł dostać się tutaj. – Po co ktoś miałby chcieć się tu znaleźć?  Gdybym miała wybór to teren akademii byłby ostatnim miejscem, w jakim chciałabym być.  – Ze względu na kopułę – wyjaśnił dziwnie cichym głosem. – Będą myśleli, że mogłaby ich ocalić. Spojrzałam na niego zaintrygowana, ale to Aron ponownie zadał pytanie. – Przed czym? – Lepiej będzie jeśli wam pokażę – oznajmił Martin. – Poradzisz sobie? – zwrócił się do mnie.  Podniósł się z materaca i pociągnął mnie za sobą w górę. Stanęłam na lekko drżących nogach, ale mdłości na szczęście już minęły. Skinęłam głową, ale on i tak objął mnie ramieniem. To było miłe uczucie, ale bałam się pozwolić sobie na myślenie, że naprawdę się mną aż do tego stopnia przejmował.  Aron Poszliśmy za Martinem do głównego budynku szkoły, a potem, przez labirynt korytarzy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że przyprowadził nas do pomieszczenia, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Nowoczesna technologia, obrazy z komputera wyświetlane na ścianach, wszystko to czego mi w akademii tak cholernie brakowało. Szkoła sprawiała wrażenie jakby chciała nas odciąć od jakiegokolwiek postępu technicznego i z pewnością nie spodziewałem się w niej takiego miejsca. Martin wydał kilka komend i po chwili otoczyły nas obrazy. To była jakaś symulacja. Symulacja tego, co stałoby się, gdyby jakiś duży obiekt uderzył w Ziemię. – Nie rozumiem – odezwała się cicho Lila. – Akademie nie zostały stworzone po to, żeby zapobiec wojnom – wyjaśnił beznamiętnie Martin. – Istnieją, żeby zapewnić ludzkości przetrwanie.  – Czy… to się ma wydarzyć? – zapytałem uświadamiając sobie co właściwie nam pokazywał. Ku mojemu przerażeniu skinął głową. – Naukowcy już kilkadziesiąt lat temu przewidzieli apokalipsę, jednak do tej pory nie udało im się w żaden sposób jej zapobiec. Jedna półkula planety zamieni się w pustynię. Na drugiej kompletnie zmienią się warunki atmosferyczne. Pojawi się całe mnóstwo anomalii pogodowych i katastrof naturalnych.  Zmroziło mnie nie tylko to co mówił, ale również w jaki sposób wypowiadał słowa. Zupełnie… jakby było mu to kompletnie obojętne. Lila zafascynowana wpatrywała się w symulację zagłady. Cholera! Czy tylko ja tutaj w jakiś sposób trzeźwo myślałem?! – Kiedy? – spytałem, ale nie musiał mi odpowiadać na pytanie, bo już sam zauważyłem licznik. Dziesięć dni, dwanaście godzin i czterdzieści trzy minuty. – Dlaczego nie spróbują ewakuować ludzi pod kopuły? – nie rozumiałem. Spojrzeli na mnie jak na przedszkolaka. Obydwoje. – Ponieważ nic by to nie dało – wyjaśniła ze stoickim spokojem Lila. – Ci którzy umrą w wyniku zderzenia lub anomalii pogodowych będą mieli prawdziwe szczęście. Pozostałych, w ciągu kilku kolejnych tygodni, zabije promieniowanie. Kopuła w niczym by im nie pomogła. – Więc dlaczego my się pod nią ukrywamy? Tym razem odezwał się Martin.  – Dzięki naszym mutacjom genetycznym lub wyjątkowym zdolnością, jeżeli wolisz tak to nazwać, jesteśmy odporni na promieniowanie. Zakręciło mi się w głowie. Mówili o APOKALIPSIE! Mówili o niej tak jakby przepowiadali pogodę na następny dzień! Nagle uświadomiłem sobie coś jeszcze. – Muszę się stąd wydostać! – zwróciłem się do nich desperacko i rzuciłem się ku drzwiom, ale dziewczyna zagrodziła mi drogę. – Błagam Lila! Tam jest moja siostra. Ma dopiero dwanaście lat! Patrzyła na mnie smutnym wzrokiem. Zdałem sobie sprawę, że chciała mi pomóc, naprawdę chciała, tylko po prostu nie potrafiła. Nikt nie potrafił, bo niby jak?  – Jak nazywa się twoja siostra i w jakim mieście mieszka? – spytał rzeczowo Martin, zupełnie mnie zaskakując. A jakie to miało teraz znaczenie? Mimo to odpowiedziałem, desperacko chwytając się każdej, nawet porwanej nitki. Mężczyzna westchnął. – Dysponuję wolnym miejscem na liście. Twoja siostra może zostać ewakuowana do jednego z górskich fortów. Zamknięci w nim ludzie prawdopodobnie przetrwają uderzenie, ale z powodu promieniowania już nigdy nie będą mogli go opuścić. Z pewnością nie w tym pokoleniu. Spojrzałem na niego pełnym nadziei wzrokiem. Czemu mi o tym mówił?! Czego chciał w zamian? – Zrobię wszystko! Wszystko co tylko mi każesz! Najwyraźniej taka obietnica mu wystarczyła, bo tylko skinął głową.  – Niedługo dowiedzą się o tym wszyscy i zapewne spora część uczniów zareaguje tak ja Aron. Wybuchną zamieszki. Nie chcę, żebyś tam wtedy była – zwrócił się do Lilien. – Nie chcę, żebyście tam wracali, żadne z was – poprawił się, tym razem patrząc na mnie. – Póki co będziecie mieszkali u mnie – oznajmił. –  Obydwoje. I w miarę możliwości będziecie trzymali się blisko mnie, a jeżeli nie będzie takiej możliwości, to Aron, jesteś odpowiedzialny za bezpieczeństwo Lilien. Dowiodłeś już, że mogę ci w tej kwestii zaufać. Zabrzmiało to tak, jakby nie ufał mi w żadnej innej. No tak… Dziewczyna wcale nie wyglądała na zadowoloną. Raczej na zirytowaną, ale o dziwo się nie kłóciła. Cudownie! Kończył się świat, a ja miałem to obserwować w towarzystwie przyjaciółki, która miała szansę stać się moją dziewczyną i… jej pieprzonego chłopaka, którego polecenia musiałem wykonywać.  Rozdział Dwunasty Lila Dopiero teraz ujrzałam całość. Nie czułam się nawet specjalnie zaskoczona. Układanka była nareszcie kompletna. Na ekranach ukazywały się wszystkie dane. Dziesięć schronów, po trzy tysiące osób każdy, to będzie razem trzydzieści tysięcy. Do tego siedemnaście akademii na właściwej półkuli, po około trzystu uczniów każda. To będzie trochę ponad pięć tysięcy. Zderzenie i jego następstwa miało przeżyć niecałe czterdzieści tysięcy osób… Możliwe, że niektóre państwa spróbują wysłać w przestrzeń kosmiczną jakieś promy, ale to niewiele zmieniało. Wydłużało jedynie oczekiwanie na śmierć. Czterdzieści tysięcy z kilku miliardów. Liczby były zatrważające, zwłaszcza gdy stawały się nie tylko liczbami.  – Jaka jest w tym wszystkim twoja rola? – spytałam cicho, zwracając się do Martina. – Czego chcesz? Władzy? Sprawiał wrażenie zaskoczonego moim pytanie. Przecząco pokręcił głową.  – Władza? Nie widzisz tego? – odezwał się spokojnie. – Wszyscy starzy nauczyciele już jakiś czas temu opuścili szkołę. Zostaliśmy tylko my. Przewidzieli to i dlatego każdy z nas otrzymał jedno miejsce w schronie, z odciętym dopływem powietrza z zewnątrz. Jedno miejsce, którym mogliśmy dowolnie rozporządzać. Chcą żeby nam zależało na utrzymaniu ich przy życiu. I większości z nas będzie na tym zależało. – Ale nie tobie, prawda? – spytałam retorycznie, przypominając sobie jego rozmowę z bratem i dopiero teraz w pełni uświadamiając sobie co oznaczała. Wzruszył ramionami. – To nie takie proste – stwierdził. – Chciałbym, żeby przeżyli. Jak wszyscy. Tylko, że dla mnie to nasze przetrwanie zawsze będzie priorytetem, nie ich.  Jego logika była okrutna, ale sensowna. Zgadzałam się z nim i byłam pewna, że sama zrobię wszystko, żeby przeżyć.  *** Siedzieliśmy z Aronem pod ścianą i staraliśmy się wtopić w tło. Z tego co zrozumiałam wszyscy nauczyciele bez nadprzyrodzony umiejętności zdążyli już dawno opuścić szkołę i udać się do schronów. Zostali tylko ci, którzy byli tacy jak my, a jednak się od nas różnili. Od wczesnego dzieciństwa byli przygotowywani na to co ma się wydarzyć, znali prawdę. Oprócz Martina i Aveel, która zresztą się tutaj nie pojawiła, było ich jeszcze sześcioro. Ciemnoskóra Tessa była lekarzem i… jedną z milszych osób w tym miejscu. Lucas i Sara byli trenerami, on specjalizował się w boksie, ona w taekwondo. Eric był zagadką. Uczył konstrukcji broni i pokazywał nam kiedyś jak koncentrując wzrok w jednym punkcie przetapia materię. Karl i Winnie, którzy chyba byli rodzeństwem, nie uczyli niczego, ale rygorystycznie pilnowali porządku. Dopiero patrząc z tej nowej, przerażającej perspektywy zrozumiałam, dlaczego wszyscy, mimo młodego wieku, tak poważnie traktowali swoją pracę.  – Co oni tu robią? – Sara obrzuciła nas podejrzliwym spojrzeniem. – Są ze mną i już wiedzą co się wydarzy – oznajmił chłodno Martin, ucinając dyskusję. Pozostali nie mieli już żadnych obiekcji. Zaczęli dyskusję. Plan działania znali od dawna, ale spodziewali się nieprzewidzianych zdarzeń. Nic dziwnego, skoro chcieli przekazać trzystu osobom o nadprzyrodzonych zdolnościach, że niedługo zginą ich rodziny i bliscy… Każdy mógłby spodziewać się kłopotów.  – Czemu nie ma z nami Aveel? – spytała w pewnym momencie Tessa. – Martin zabronił jej wychodzić z pokoju – wzruszył ramionami potężnie zbudowany Lucas, bagatelizując zniknięcie nauczycielki. – O co takiego się pokłóciliście? Może byś jej wreszcie odpuścił? – wtrąciła się Winnie. – Nie, to sprawa między nami – ton Martina był ostrzegawczy, ale najwyraźniej nie wszyscy zwrócili na to uwagę. – I co, jeżeli któreś z nas zalezie ci za skórę to na nim też będziesz testował swoje zdolności? – zirytowała się tamta. – Tak – odpowiedź Martina była krótka i pewna, a jednocześnie najwyraźniej nikt się jej nie spodziewał.  Napięcie, które pojawiło się w pomieszczeniu było wręcz namacalne. Rozmowy stały się konkretne i rzeczowe. Luźna, przyjacielska atmosfera została zdmuchnięta bezpowrotnie. Nie tylko ja nie miałam pojęcia dlaczego tak się zachował. Co chciał przez to uzyskać? Przecież i tak słuchali tego co miał do powiedzenia… Nie musiał nikogo zastraszać.  – Zamierzasz zostać dyktatorem? – spytałam kiedy wszyscy wyszli. – Jeśli będę musiał – Martin sprawiał wrażenie niewzruszonego. Przyjrzałam mu się uważnie, ale jego oblicze było nieprzeniknione, a spojrzenie… lodowato-zimne.  Ava Siedzenie i bezczynne czekanie doprowadzało mnie do szaleństwa. Byłam w więzieniu, którego opuścić nie pozwalała mi moja własna psychika! Nie mogłam nawet skupić się na tym, że chciałabym ominąć te pieprzone drzwi! Wgapiałam się w nie bezustannie jakbym zupełnie zapomniała do czego służą. Żeby nie umrzeć z nudów i nie zwariować raz za razem oglądałam symulacje komputerowe lub sprawdzałam trajektorię lotu. Został nam tydzień, tydzień po którym skończy się życie jakie znaliśmy. Wtedy właśnie to się wydarzyło. Z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny asteroida zwolniła lot. Zrobiłam szybkie obliczenia, a potem sprawdzałam ich sens przynajmniej kilkadziesiąt razy, mimo że już przy pierwszym podejściu wszystko było jasne. Wpadnie w atmosferę ziemską o dziesięć godzin i czterdzieści trzy minuty później niż powinna, a to oznaczało, że zamiast w drugą półkulę, uderzy zbyt blisko nas. Nawet jeżeli to jakimś cudem, dzięki energetycznej tarczy przeżyjemy, znajdziemy się na pełnej płynnego ognia pustyni. Wówczas i tak nie będziemy mieli żadnych szans.  Lila Mieli rację. Oczywiście, że mieli. Kiedy uczniowie dowiedzieli się o apokalipsie, wybuchły zamieszki. Wielu z nich chciało stąd uciec i znaleźć swoje rodziny. Dopiero teraz przekonałam się jak potrzebni i użyteczni byli strażnicy. Rozstawieni po korytarzach pilnowali, żeby nikt nie opuszczał budynku. W jakiś sposób nie tylko byli od nas silniejsi, ale również neutralizowali nasze zdolności. Byli uczniowie… istoty, którymi się stali… rozbudzili moją ciekawość. Byłam przerażona, ale też zaintrygowana.  – Co by się ze mną stało? To znaczy… gdybym została jedną z nich? – spytałam Martina, kiedy mijaliśmy ich po drodze z pokoju do treningowej hali. Skrzywił się nieznacznie, odpowiedział jednak bez chwili wahania. Krótko i rzeczowo. – Nic dobrego. Strażnicy tracą swoje ja. Zyskują zwierzęce cechy. Stają się zwierzętami. Co prawda zachowują swoją inteligencję, ale kierują się instynktem. Nie ma w nich ani grama człowieczeństwa.  – Czemu zostali stworzeni? – wypytywałam dalej. – To drażliwa sprawa – wyjaśnił cicho. – Liczba osób na terenie akademii nie jest ograniczana dla czyjegoś widzimisię. Jeżeli będzie nas tu zbyt wielu nie będziemy w stanie przetrwać. Dlatego najsłabsi odpadają, ale nie można nikogo od tak wypuścić na zewnątrz. Z dużym prawdopodobieństwem taka osoba przeżyłaby uderzenie, a potem mogłaby zaszkodzić innym. – Odniosłam wrażenie, że nie chce o tym mówić, ale mimo wszystko kontynuował. – Ich powstanie to czysty przypadek. Naukowcy z początku chcieli sprawdzić skąd się biorą nasze umiejętności. Wstrzykiwali próbki naszego DNA, próbowali tworzyć mutacje. Jak widać nie wyszło im to zbyt dobrze. Strażnicy to potwory. Żywią się bólem i strachem.  Kolejny eksperyment… Wzdrygnęłam się na myśl, że to mogło stać się z Aronem… albo ze mną. Zastanawiałam się dlaczego nigdy się nie zbuntowali. Sprawiali wrażenie jakby byli do nas wrogo nastawieni. Jakby chcieli nas zaatakować, ale coś im na to nie pozwalało.  – Kto i jak ich kontroluje? – zadałam nurtujące mnie pytanie. Martin obrzucił obojętnym spojrzeniem mijające nas bestie.  – W tej chwili chyba ja – odpowiedział ponuro.  To było aż nazbyt oczywiste, że nie jest z tego faktu ani odrobinę zadowolony. Natomiast jego „chyba” było zdecydowanie niepokojące.  *** Naprawdę starałam się nie gapić, ale nie mogłam się powstrzymać – wyglądał wspaniale. Uwielbiałam patrzeć jak ćwiczy. Uwielbiałam go obserwować. Uwielbiałam jego ciało i… nie tylko. Zaczęłam się zastanawiać czy jestem złą osobą. Kończył się świat, a jedyne o czym teraz potrafiłam myśleć to jak cudownie byłoby znaleźć się w jego ramionach… Tak, zdecydowanie byłam zła, ale… chyba mi to nie przeszkadzało. Poza tym… gdybym umarła zanim znalazłam się w Akademii to nawet nikt by się tym nie przejął. Teraz miałam przynajmniej Martina i Arona, a oni obydwaj stanęli w mojej obronie. Nie obchodziło mnie co nimi kierowało. Za to najwyraźniej innych obchodziło co kierowało Martinem, bo co chwila pojawiał się ktoś, kto zamierzał w jakiś sposób przemówić mu do rozumu, jak to ujmowali. Tylko, że oczywiście bezskutecznie. Tym razem byli to inni trenerzy – Lucas i Sara. Z początku mówili przyciszonymi głosami, ale pod koniec, zanim Martin ich wyrzucił, już niemalże krzyczeli. Czułam się coraz bardziej zirytowana, że nie możemy zostać sami. Kiedy wyszli z hali, podeszłam do niego wolnym krokiem. Naprawdę chciałam go zrozumieć…  – Czemu chcesz władzy? – spytałam cicho. – Nigdy tego nie wyjaśniłeś…  Spojrzał na mnie zaskoczony. Najwyraźniej trudno było mu się przyzwyczaić do tego, że nagle o wszystko pytam.  – Bo nie pozwolę, żeby zrobili z was niewolników – odpowiedział stanowczo. – Strażnicy byli potrzebni. Nie tylko do ochrony i polowań, ale także by podtrzymywać kopułę. Rozumiem to. Nie pojmuję tylko czemu potrzebowaliśmy ich aż tylu. Wydaje mi się, że pozostali pozbywali się po prostu wszystkich, którzy byli dla nich niewygodni. – Tak jak ty chciałeś pozbyć się Arona? – nie byłam w stanie się powstrzymać. Skrzywił się nieznacznie, ale odpowiedział szczerze.  – Tak, dokładnie to miałem na myśli.  W pewnym momencie objął mnie i przyciągnął do siebie. Zachłannie pocałował. Pragnęłam go, chciałam tego, mogłabym zatonąć w jego ramionach, oddychać pocałunkami, ale jednocześnie, tym razem, miałam ochotę go od siebie odepchnąć. Najwyraźniej wyczuł moje napięcie. Złagodniał. Przytulił mnie do siebie. – Lila, nic się nie zmieni – usłyszałam jego głos tuż przy moim uchu. – Wszystko się zmieni – odpowiedziałam mu cicho. – Nie dla nas. Jak to możliwe, że tak po prostu kończył się świat? Ava Odchodziłam od zmysłów. Nie chciałam umierać. Nie miałam zamiaru tutaj umrzeć! Musieliśmy coś zrobić! Potrzebowałam dostępu do lepszego sprzętu i kontaktu ze światem. Zostało tak mało czasu… Dlaczego musiał mnie zdradzić i zwrócić się przeciwko mnie? Dlaczego akurat teraz? Kiedy nareszcie otworzyły się drzwi byłam przekonana, że to moja jedyna szansa. Lila Z początku nie podobało mi się, że tu przyszliśmy, ale kiedy ją zobaczyłam… profesor Aveel w ciągu tych kilku dni stała się zupełnie inną osobą, a raczej wrakiem samej siebie. Zapuchnięte oczy, tłuste włosy, niechlujne, wymięte ubranie. Nie mogłam uwierzyć, że aż tak negatywie wpłynęło na nią siedzenie w pokoju. Po tym co zamierzała ze mną zrobić powinnam czuć satysfakcję, a ja czułam jedynie lekką odrazę. Było mi jej również nieco żal. To chyba nazywa się litość? Kobieta wzbudzała we mnie sporo uczuć, ale tym razem nie były zbyt intensywne i z pewnością nie pojawiły się wśród nich zazdrość czy gniew.  – Przyszedłeś! – wykrzyknęła na widok Martina z prawdziwą ulgą. Mężczyzna skrzywił się nieznacznie. Poczułam napięcie jego mięśni.  – Gdyby to ode mnie zależało… – zaczął chłodno, ale przerwała mu w pół słowa. – Nie mamy na to czasu! Musimy się stąd wynieść i to jak najszybciej!  – O czym ty mówisz? – spytał z trudem hamując złość.  – Uderzenie… zostało opóźnione… – z ust Aveel zaczął wylewać się potok słów, ale Martin odwrócił się zupełnie ją ignorując. Delikatnie popchnął mnie przed sobą w stronę drzwi.  – To był błąd, że tu przyszliśmy – mruknął cicho – wybacz. Nie powinienem był im ulegać. – Musisz mnie do cholery wysłuchać! – kobieta uczepiła się jego ramienia.  W jej oczach pojawiło się jakaś szalona dzikość i desperacja. Martin odepchnął ją od siebie, niczym szmacianą lalkę. Upadła na podłogę. Nie odwrócił się by choćby na nią spojrzeć.  – Lilien, błagam, przemów mu do rozumu! Ciebie posłucha! – krzyknęła, zanim zamknęły się za nami drzwi. Poczułam się zaskoczona, że zwraca się do mnie w tak błagalny sposób. Jednego byłam pewna – Aveel była przekonana, że ma rację.  Aron Nie wiem czemu się na to zgodziłem. Chyba dlatego, że rozbudziła moją ciekawość… a zarazem niepokój. Teraz, kiedy staliśmy w pokoju, za plecami Aveel, która wyglądała jak jakieś małe, żałosne stworzenie, a nie piękna, młoda kobieta jaką była jeszcze parę dni temu, wcale już nie uważałem, że to taki świetny pomysł.  – Musimy to sprawdzić – oznajmiłem rzeczowo. – Przecież gdyby to była prawda ktoś by się z nami skontaktował… – Niekoniecznie – stwierdziła Lila. – Wszyscy pochowali się w schronach, nie wzięli pod uwagę tego, że kosmos bywa… nieprzewidywalny, a inne Akademie mogły w ogóle nie pomyśleć, że powinny się tym przejmować. – Przyprowadźcie do mnie Erica – poprosiła cicho Aveel. – On może skontaktować się z innymi. Lila przecząco pokręciła głową. To jak niesfornie wymykały się kosmyki z jej naprędce ułożonej fryzury było po prostu nie fair!  – Myślę, że to nie będzie konieczne – oznajmiła dziewczyna. – Możesz pójść z nami. Aveel obdarzyła ją pełnym irytacji spojrzeniem. – Sądzę, że nie rozumiesz jak działa umiejętność Martina… – Och, doskonale rozumiem – Lila uśmiechnęła się lekko, a ja mógłbym przysiąc, że był to dość złośliwy uśmieszek. – Po prostu uważam, że potrafię ją wyłączyć. Nie zamierzasz spróbować? Nauczycielka zerwała się z miejsca i podbiegła do drzwi, otworzyła je z okrzykiem dzikiej radości i wybiegła na korytarz. Wróciła z wyrazem lekkiego zakłopotania na twarzy, ale już po chwili odzyskała rezon.  – Dajcie mi chwilę – w jej głosie pobrzmiewała niemalże prośba – zanim stąd wyjdę muszę się umyć i przebrać.  Spojrzałem na Lilę, która tylko obojętnie wzruszyła ramionami. Ostatecznie zgodnie z prośbą usiedliśmy, żeby na nią poczekać. *** Nie tego się spodziewałem. Przypuszczenia Aveel okazały się zgodne z prawdą, ale jedyną rzeczą do jakiej ograniczyli się nasi – podobno – nauczyciele było powiadomienie innych szkół. Później, całkiem zgodnie, zaczęli planować swoją i tylko swoją ucieczkę. Lila odnalazła moją rękę i zrozumiałem, że tak samo jak ja odczuwa beznadziejność całej sytuacji. – Chodź, wychodzimy – mruknąłem do niej, wyciągając ją na korytarz.  Ku mojej uldze posłusznie poszła za mną. Kompletnie nikt nie zwrócił na nas uwagi. Jeżeli chcieliśmy ewakuować całą szkołę musieliśmy mieć cholernie dobry plan, zwłaszcza, że na nikogo innego najwyraźniej nie mogliśmy liczyć. – Dokąd to? – spytał Martin, zatrzymując nas w drzwiach. No tak… przecież on jeszcze nie wiedział. Kiedy zajrzał do środka na chwilę jego bezbarwna maska opadła, ustępując miejsca bezbrzeżnemu zdumieniu. Aveel. To jej się tam nie spodziewał. Chyba się domyślił jak to się stało, bo obrzucił Lilę zirytowanym spojrzeniem, a potem wypuścił nas na korytarz, sam wchodząc do środka i z premedytacją zamykając za sobą drzwi. Rozdział Trzynasty Lila Obudziły mnie jego pocałunki. Otworzyłam oczy. Nie miał na sobie ubrania. W półmroku ujrzałam zarys jego twarzy. Przyciągnął mnie do siebie, a wtedy poczułam jak bardzo jest podniecony. Przewrócił mnie na plecy, a sam znalazł się nade mną. Może powinnam się już przyzwyczaić, ale jego dotyk, jego bliskość… wciąż były oszołamiające. Zachłysnęłam się powietrzem kiedy nagle, bez żadnego uprzedzenia, wtargnął do środka. Oplotłam go w pasie nogami, moje dłonie bezwiednie powędrowały na jego plecy. Jedna z jego rąk znalazła się na mojej piersi, drugą oparł o materac. Rozkosz falami rozlewała się po moim ciele. W pewnym momencie przyspieszył swoje ruchy, a potem zaczął zwalniać. Wysunął się powoli. Skuliłam się na boku, licząc na to, że mnie przytuli, czekając na to. On jednak tego nie zrobił. Wstał, włożył na siebie spodnie i bez słowa zniknął w pokoju. Poczułam nieprzyjemny ucisk w środku. W tym momencie nie miałam pojęcia czemu kiedykolwiek myślałam, że to wygląda inaczej, że… On… nie traktuje mnie jak zabawkę.  *** Obudziłam się sama w jego łóżku. Nie było to zbyt przyjemne przebudzenie, zwłaszcza kiedy uświadomiłam sobie grozę całej sytuacji. Został nam tydzień, jeszcze tylko tydzień, a potem świat, który znamy zostanie unicestwiony, a całkiem możliwe, że my razem z nim. Wstałam i ubrałam się pospiesznie, a potem obudziłam śpiącego na kanapie Arona. Czy Martin w ogóle spał? Czy powinno mnie to obchodzić? Byłam wściekła na siebie samą, że jednak, mimo wszystko, mnie obchodziło.   – Mamy jakiś plan? – spytał ponuro chłopak, kiedy wyszedł z łazienki, a ja podałam mu kubek z kawą. Przecząco pokręciłam głową. To nie było takie proste. Nie było w tym nic prostego… Przynajmniej Aron przestał panikować, kiedy dowiedział się, że jego siostra została przetransportowana do twierdzy w bezpiecznej strefie. Dzięki temu miała spore szanse na przeżycie. Możliwe, że nawet większe niż my.  – Myślę, że moglibyśmy ukraść samolot, gdyby udało nam się przekonać innych. Chociaż pewnie wszędzie panuje już chaos… – mruknęłam zrezygnowana.  Rozumiałam decyzję pozostałych. Naprawdę. W tym momencie nawet zbyt dobrze ją rozumiałam. Grupce ludzi będzie znacznie łatwiej przedostać się do bezpiecznej strefy niż kilkuset nastolatkom. Nie zamierzałam jednak się poddawać. Tu już nie chodziłoby o głupi kaprys – odegranie się za to, że większości z nich nie darzyłam sympatią. To była walka o przetrwanie.  Aron W holu, w którym wreszcie udało nam się zebrać całą grupę, panował chaos. Jedni przekrzykiwali drugich, nikt nie dawał nikomu dojść do słowa. To była katastrofa! Powoli zaczynałem żałować naszej decyzji i traciłem nadzieję, że sobie poradzimy. Spojrzałem na Lilę z nadzieją, że ma jakiś pomysł, ale jedynie przecząco pokręciła głową. Cholera!  – Posłuchacie nas wreszcie?! – spróbowała, ale nie dali jej dojść do słowa. Kiedy zrobiła krok do przodu, ktoś zatrzymał ją w miejscu. Martin położył rękę na ramieniu Lilien. Co on tu w ogóle robił? Nie mogłem uwierzyć, że tu jest, a to co wydarzyło się później było jeszcze mniej wiarygodne. – Cisza! – odezwał się chłodno i wcale nie za głośno, ale wszyscy i tak gwałtownie umilkli. – To co słyszeliście jest prawdą – kontynuował, a nikt nie przerwał mu ani słowem. Wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami. – Kończy się świat jaki znamy. Na domiar złego pojawił się błąd w obliczeniach i jesteśmy w strefie zagrożenia, z której musimy się ewakuować. – Przerwał na chwilę. Rozejrzał się po otaczających nas twarzach. – Każde z was będzie miało tylko jedną szansę – oznajmił. – Może iść z nami i przeżyć, albo zostać tutaj i umrzeć. Do was należy decyzja. Pakujecie się, bierzecie tylko to co jest wam niezbędne i co możecie bez trudu nieść. Nie zapomnijcie zabrać broni. Spotykamy się punktualnie o piątej rano przed szkołą.  Stanowczo chwycił Lilien i wyprowadził ją z tłumu, a ja, nieco oszołomiony sytuacją i nieco zły, że nie potrafiliśmy sobie sami poradzić, posłusznie poszedłem za nimi.   *** Wyglądało na to, że nikt nie zdecydował się zostać, co przyjęliśmy z prawdziwą ulgą. Przy drodze czekały na nas wojskowe ciężarówki. Żołnierze byli ubrani na czarno i mieli karabiny. Zastanawiałem się co trzyma ich przy zdrowych zmysłach, skoro wiedzą, że niedługo umrą. Czy to możliwe, żeby byli aż tak dobrze wyszkoleni? My przynajmniej mieliśmy jakieś szanse… Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że teren lotniska jest pilnie strzeżony przez armię, a żołnierze strzelają bez wahania, jeśli tylko ktoś próbował się zbliżyć. Na ulicach zapanował chaos, ale my, bezpiecznie, już za chwilę mieliśmy znaleźć się w samolocie.  Aveel Poważnie? To był już koniec? Nie mogłam uwierzyć, że przegrałam z nastolatką. Inni również nie mogli. Miałam ochotę wyć z wściekłości i frustracji. Znowu postawił na swoim, a raczej nie… Nie na swoim. Na tym co wymyśliła sobie ta dziewczyna. Nie ważne jak nie racjonalne to było i jak bardzo zmniejszało nasze szanse na przetrwanie.  – Nie myślisz o tym serio, prawda? – wciąż nie opuszczały mnie resztki nadziei. – To tylko przykrywka? Zabieranie ze sobą wszystkich uczniów to cholernie głupi pomysł… Spojrzał na mnie z wyraźną wrogością.  – Nie pytałem cię o zdanie – warknął.  Westchnęłam. Wyraźnie wciąż był na mnie wkurzony. – Martin… – zaczęłam chwytając go za rękę, ale brutalnie mnie od siebie odepchnął.  Odwrócił się do mnie plecami i ruszył w kierunku samolotu. Miałam ochotę krzyknąć za nim, ale tego nie zrobiłam. Nie zamierzałam tak łatwo dać za wygraną. Byłam przekonana, że ostatecznie i tak uda mi się go odzyskać. Aron Udało się! Wznieśliśmy się ku niebu, opuściliśmy miasto i nikt nas nie zestrzelił. Chyba wszyscy byli zbyt zajęci ratowaniem własnych tyłków. Kiedy turbulencje ustały byłem jednym z pierwszych, którzy odpięli pasy. Zajmowaliśmy pomieszczenie przeznaczone dla osób z biletami pierwszej klasy. Reszta rozlokowała się w większej części samolotu. Biznes klasę zostawiliśmy pustą. – Kiedy wylądujemy trzeba będzie stworzyć nowych strażników – westchnął Lucas, jakby ktoś obarczył go niezwykle niewygodnym zadaniem. – Szkoda, że tamci przepadli. Rozpętała się dyskusja, a ja śledziłem ją przerażony. Czy tylko po to uciekliśmy stamtąd, żeby stać się ich niewolnikami?! – Nie! – Martin, ku zaskoczeniu wszystkich, stanowczo uciął dyskusję. – Kiedy wylądujemy, zrobicie co będziecie chcieli. My poszukamy bezpiecznego schronienia, a każdy kto zechce będzie mógł przyłączyć się do nas dobrowolnie.  Uznałem, że dobrowolnie nie odnosi się ani do Lilien, ani do mojej osoby. Chociaż z drugiej strony… po tym jak nam pomógł zapewne i tak byśmy za nim poszli.  – Nie mówisz poważnie – westchnęła Aveel. – Strażnicy są nam potrzebni! Mają zapewnić nam przetrwanie! – Zapewnimy je sobie sami, dzięki żywym ludziom – warknął na nią. – To niedorzeczne… rozumiem, że chcesz zatrzymać przy sobie tę dziewczynę, ale dlaczego obchodzą cię pozostali?  – Cóż, dopóki tego nie zrozumiesz, to nie będziesz wśród nas mile widziana. Kobieta cofnęła się, jakby ją uderzył. Poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Zrobiła się czerwona na twarzy i cofnęła o kilka kroków, a potem odwróciła się i przeszła przez prowadzące do biznes klasy drzwi.  Lila Nie mogłam przestać drżeć. Chyba w ten sposób odreagowywałam stres. To był naprawdę nieprzyjemny dzień. Do tego wszystkiego staliśmy po dwóch stronach barykady – my i nauczyciele. To było tak samo pewne co i przerażające. W dalszym ciągu nie potrafiłam uwierzyć, że Martin stanął po naszej stronie… i widocznie nie tylko ja.  – Oprzytomniej! – warknęła Sara. – Kiedy ci się znudzi twoja seksualna zabawka, będziesz żałował, że odrzuciłeś Aveel.  To co powiedziała, to co sądzili inni… przeważyło szalę. Świat rozpadał się na kawałki, a ja dopiero teraz miałam ochotę na to, żeby zacząć płakać. Martin spojrzał na nią wrogo.  – To nie jest twoja sprawa – odpowiedział chłodno. – Nie życzę sobie, żeby któregokolwiek z was się do nas zbliżało. Przeżyjemy, a potem każdy może iść własną drogą.  – Nie mówisz poważnie! – jęknęła latynoska. W jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. – Nie damy sobie bez ciebie rady. Jesteśmy w tym razem… od początku.  – Ale nie będziemy, przynajmniej dopóki nie zaakceptujecie faktu, że nie jesteśmy już sami. Przekaż to pozostałym – rozkazał.  Martin przez moment stał i patrzył za znikającą w biznes klasie Sarą, ale już po chwili przeniósł na mnie wzrok. Usiadł obok mnie na fotelu i przyciągnął do siebie stanowczo. Mimo że wielokrotnie już znajdowałam się w jego ramionach to jednak zawsze zaskakiwało mnie jakie to cudowne uczucie. Wcześniej z trudem powstrzymywałam łzy, ale teraz… po prostu same zaczęły płynąć, a ja nie mogłam nic na to poradzić. – Nie płacz – wyszeptał cicho. – Nie jestem dobry w gadaniu, ale wiesz, że ona nie ma racji, prawda? Spodobałaś mi się już na samym początku – mówił tuż przy moim uchu, a ja czułam ciepło jego oddechu. – Gdybym po prostu chciał cię przelecieć, to zrobilibyśmy to już po pierwszych zajęciach – westchnął. – Wtedy, kiedy zobaczyłem jak całujesz się z Aronem… gdybyśmy nie poszli wtedy do łóżka, to prawdopodobnie bym go zabił tak piekielnie byłem zazdrosny. Tak trudno było mi uwierzyć w jego słowa, ale przecież… na każdym kroku pokazywał, że naprawdę mu na mnie zależy. Przylgnęłam do niego całą sobą. – Boję się – odezwałam się szepcząc w jego koszulkę.  – Kocham cię i zamierzam się tobą opiekować – oznajmił twardo. – Nie dopuszczę, żeby stało ci się coś złego. CO?! Podniosłam na niego wzrok. Czy on w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co do mnie powiedział? Nie wyglądał na zmieszanego. Odwzajemnił moje spojrzenie, poważnie patrząc mi w oczy. Martin nie rzucał słów na wiatr. Cudowne ciepło rozlało się po moim ciele, bo on, mężczyzna moich marzeń, naprawdę odwzajemniał moje uczucia.  Epilog  Lila Zajęliśmy wciąż pilnie strzeżoną bazę wojskową – jedno z niewielu miejsc, które przetrwało ogólny chaos. Wystarczyło kilka słów Martina, żeby żołnierze potulnie ją opuścili. Przez kilka kolejnych dni ciężko pracowaliśmy by odtworzyć kopułę. Zebraliśmy broń i rozstawiliśmy straże. Byliśmy znacznie skuteczniejsi niż wojsko. Zgromadziliśmy też tyle jedzenia ile się dało. Pozostawało nam tylko czekać na nieuchronny koniec świata  Z początku jedynie obserwowaliśmy łunę ognia. W całkowitym milczeniu. Potem zatrzęsła się Ziemia. Zgasły wszystkie światła, a w ciszy rozległo się bzyczenie generatora. Stałam pomiędzy Martinem, a Aronem na dachu jednego z wojskowych zabudowań. Pod kopułą byliśmy względnie bezpieczni, ale musieliśmy być gotowi na wszystko – zmiany atmosferyczne, katastrofy naturalne, umierających na skutek promieniowania ludzi. Tak kończył się świat, a życie, które nas czekało, z pewnością nie będzie należało do najłatwiejszych. The End Share this:TwitterFacebook [...] Read more...
Jak w Bajce
Jak w BajceStałam przed budynkiem mojej nowej szkoły. Był środek marca, a ja dopiero teraz miałam zacząć drugi semestr. Liceum imienia świętego Franciszka samo w sobie nie wyglądało groźne, przerażało jednak swoim ogromem i rozmachem. Żółty budynek z białą fasadą stanowił przyjemny widok dla oka, tu jednak znajdował się tylko sekretariat i niektóre sale lekcyjne. Cały kompleks szkolny był znacznie rozleglejszy. Mieściły się tutaj boiska, sale gimnastyczne, hala z basenem, a główny budynek oprócz centralnej części i holu, monstrualnych wręcz rozmiarów, oraz nieustępującej mu wielkością sali teatralnej, miał jeszcze dwa oddzielne skrzydła. Do tego wszystkie te miejsca dzielił przepiękny, modrzewiowy park. Czułam się tutaj, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Moje nowe liceum było szkołą elitarną, taką jedynie dla bogatych dzieci. Ja sama znalazłam się w nim zupełnie przez przypadek. Przez całe swoje nastoletnie życie mieszkałam razem z babcią. Nie opływałyśmy w dostatek, ale nie cierpiałyśmy też biedy. Małe mieszkanko na drugim piętrze czynszowej kamienicy było schludne, czyściutkie i bardzo przytulne. Pieniędzy z ubezpieczenia po rodzicach i babcinej emerytury spokojnie starczało na życie. Właściwie to byłam tam całkiem szczęśliwa. Dopiero w szesnaste urodziny objawił się wuj, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Był bratem mojego ojca, którego zresztą też nigdy nie dane mi było poznać. W liście, który od niego dostałyśmy, składał babci propozycję nie do odrzucenia i tak oto znalazłam się tutaj, przed okazałym gmachem liceum świętego Franciszka, w moim nowym domu, w Anglii i mojej nowej szkole. Od tej chwili całe moje życie miało ulec drastycznej przemianie. Zaczerpnęłam głęboko wczesnowiosennego powietrza i przez zdobioną mosiężnymi okuciami bramę weszłam na teren szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mundurek?! Oni tutaj naprawdę nosili mundurki?! To było dla mnie rzeczą nie z tego świata. Bardzo miła pani z sekretariatu podała mi przygotowany specjalnie dla mnie strój. Wisiał na wieszaku, w czarnym, ochronnym futerale na ubrania. Dostałam także eleganckie, miękkie buty. Kobieta wskazała mi pokój, w którym mogłam się przebrać. Wyglądał jak klasyczny, angielski salon, jeden z tych, które znałam z filmów i obrazów. Sofa i dwa fotele z wzorami w drobne róże, okrągły, drewniany stolik na którym stał wypełniony kwiatami wazon i tapeta w pionowe pasy. Przypominało to wszystko: hotelowy hol, herbaciarnię, salon w bogatym domu, ale na pewno nie szkołę. Rozpięłam czarny pokrowiec i zamarłam. Moim oczom ukazała się plisowana, granatowa spódniczka, jasno niebieska koszula i ciemna marynarka. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie prychnąć śmiechem. Wyobraziłam sobie postacie rodem z japońskich bajek. Czy ja też będę tak właśnie wyglądała? Niechętnie przebrałam się w nowy strój, poprawiając niesfornie opadające na moją twarz, długie, jasne włosy. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że mundurek był idealnie skrojony, właśnie na mnie, mimo, że nikomu nie podawałam wcześniej swoich wymiarów. Czułam się bardzo nieswojo, ale zwinęłam stare jeansy i brązowy sweter do sztruksowej torby, wypychając ją niemal do granic możliwości. Wytarte adidasy wzięłam do ręki i wyszłam z pokoju, żeby znów stanąć przed młodą kobietą z sekretariatu. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Dała mi wydruk planu zajęć, na którego odwrocie był narysowany układ szkolnych sal. Uznałam, że taka mapka to naprawdę świetny pomysł w tak ogromnej placówce. Rozmowę przerwała nam dziewczyna o rozwianych, rudawych warkoczach. Wpadła do sekretariatu otwierając na oścież drzwi. – Dzień dobry – przywitała się radośnie. – Cześć – podeszła do mnie wyciągając rękę – jestem Nataly Danstown, będę twoją przewodniczką przez kilka pierwszych dni. Przyjrzałam się zarumienionej dziewczynie. Była mniej więcej mojego wzrostu. Dwa warkocze sięgały jej za ramiona, jak u małej dziewczynki. Marynarkę miała niechlujnie rozpiętą. Jej zarumienioną od pośpiechu twarz zdobił ładny, przyjazny uśmiech. Na jej widok odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Może nie miało być aż tak źle… – Marika Merownig – przedstawiłam się nowej koleżance, uścisnąwszy jej dłoń. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Szłam z Nataly szerokim korytarzem szkoły. Dziewczyna wyglądała na bardzo pogodnie nastawioną do życia. Buzia nie zamykała jej się ani na chwilę. Zauważyłam jednak, że mijani przez nas ludzie rzucają nam nieprzychylne spojrzenia. Ona jednak po prostu to ignorowała. Najpierw zaprowadziła mnie do szatni, w której zostawiłam swoje, jak to zaczęłam określać w myślach „cywilne ciuchy”, a później poszłyśmy po moje nowe książki, które także czekały na mnie przygotowane w eleganckiej paczuszce. Nataly od razu rzuciła się do pomocy w noszeniu, za co byłam jej naprawdę wdzięczna. Krętymi korytarzami, niczym przez labirynt udałyśmy się do głównej części budynku. Tu znajdowały się szafki, zupełnie jak w amerykańskich szkołach, tylko trochę bardziej eleganckie. Uznałam, że to dobre rozwiązanie, bo przynajmniej nie będę musiała nosić ze sobą wszystkich książek, tak jak przyzwyczaiłam się to robić w polskim gimnazjum. Na korytarzu robił się coraz większy tłum, oznaka zbliżających się zajęć. Otworzyłam emaliowane drzwiczki i zaczęłam się wypakowywać, sprawdzając na planie, co będzie mi na najbliższe zajęcia potrzebne. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu Nataly. Przy jednej z pobliskich szkolnych szafek stał wysoki, ciemnowłosy chłopak o śniadej cerze. Swoim wyglądem przywodził na myśl księcia z bajki, mrocznego księcia. Rozmawiał z drobną dziewczyną, która sprawiała wrażenie bardzo spłoszonej. Miał niesamowite, niebieskie oczy, od których nie potrafiłam oderwać wzroku. Stałam przy swojej szafce, wkładając do niej resztę odebranych przed chwilą książek, bez skutku starając się zignorować, stojącą blisko mnie parę. Chłopak roześmiał się. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. – Ty naprawdę myślałaś, że mógłbym się umawiać z kimś takim jak ty? – roześmiał się perfidnie. W jego oczach nie było jednak widać nawet cienia wesołości. – Nie jesteś ani ładna, ani zbyt bystra, skąd pomysł, że mógłbym pójść właśnie z tobą na wiosenny bal? – spytał pogardliwie, nie ukrywając rozbawienia. Twarz dziewczyny stała się czerwona. W jej oczach pojawiły się łzy. Z uwagą przyjrzałam się niewielkiej postaci. Chłopak kłamał. Drobna brunetka była nadzwyczaj słodką i urokliwą dziewczyną. Nikt nie mógłby z czystą szczerością stwierdzić, że nie jest ładna, ponieważ naprawdę była. – Ale ja myślałam… – zaczęła cichym, drżącym głosem. – To źle myślałaś – warknął na nią, ucinając dalszą rozmowę. Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła już dłużej powstrzymać cisnących się do oczu łez. Odwróciła się na pięcie i z płaczem pobiegła wypełnionym ludźmi korytarzem. Kiedy tylko zniknęła z twarzy chłopaka natychmiast ulotnił się drwiący, arogancki uśmiech. Stała się zimną, nieprzeniknioną maską. Mroczny książę wzruszył ramionami i odwrócił się, do najwyraźniej swojej szafki, by wyjąć potrzebne mu książki. – To Martin Corvidae – mruknęła Nataly, dotykając mojego ramienia, a ja niemal podskoczyłam z zaskoczenia. Ta dziewczyna była jak kot. Nigdy nie wiadomo było gdzie i kiedy można się jej spodziewać. – Średnio raz na tydzień łamie serce i rozwiewa marzenia, jakiejś naiwnej dziewczyny. Wiesz co dziwi mnie najbardziej? Mimo, że o tym doskonale wiedzą, to ciągle próbują. Każda myśli, że to właśnie ona będzie tą jedyną, której nie odmówi. Zawstydziłam się odrobinę, że przyłapała mnie na wpatrywaniu się właśnie w niego. Był przystojny, bez dwóch zdań, ale to nie jego wygląd przyciągnął moją uwagę. W jego oczach był tak głęboki smutek i samotność… Przez chwilę wydawało mi się, że tak jak ja, skrywa jakąś smutną, przytłaczającą go tajemnicę. Wiedziałam, że muszę się mylić. To co wyczytałam z jego postaci kompletnie gryzło się z wyobrażeniem szkolnego play-boya. To przedstawienie, które odbyło się przed chwilą na korytarzu spowodowało, że stał się ostatnią osobą, którą miałam ochotę tu poznać. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Na stołówce było tłoczno i głośno. Nie miałam ochoty nic jeść. Zabrałam swoją kawę, marząc tylko o tym, żeby zaszyć się w jakiś cichy, spokojny kąt. Przepychanie się przez rozgadane grupki wcale nie należało do łatwych rzeczy. W pewnym momencie ktoś mnie popchnął. Potknęłam się. Moja torba upadła na podłogę. Rozsypały się ledwo co skserowane notatki. Przewróciłam się, wpadając na jakiegoś stojącego przy stoliku chłopaka. Kawa wylała się z kubka, zachlapując jego granatowy mundurek. Odwróciłam się ku niemu. To był „mroczny książę”, którego widziałam godzinę temu, dającego kosza brunetce na korytarzu. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem. – Idiotka! – warknął. – Patrz jak chodzisz! – Przepraszam, ja… – zaczęłam cicho. – Co mnie obchodzi twoje nic nie warte „przepraszam”? – syknął rozeźlony. – Przez ciebie jestem cały mokry! Spojrzałam na niego poirytowana. No dobrze, może oblałam go kawą, ale to przecież nie koniec świata. Ktoś stanął między nami. – Odpuść, Martin – powiedział spokojnym głosem nieznajomy. Tamten obrzucił mnie wściekłym wzrokiem, ale tylko wzruszył ramionami i odszedł w stronę drzwi, a ja ze zdziwieniem zauważyłam, jak tłum rozstępuje się na boki, przepuszczając wściekłego jak osa chłopaka. Wróciłam spojrzeniem do nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie pogodnie. Miał bardzo ładny, miły uśmiech. – Jestem Eric Devree – przedstawił się kucając, by pozbierać z podłogi moje rozsypane kartki. – Ty jesteś tą nową dziewczyną, która przyszła do nas w trakcie semestru, prawda? – Tak – odpowiedziałam przyglądając się uważnie chłopakowi, miał jasne, zwijające się w drobne loki włosy i żywo zielone oczy, był niezwykle przystojny i urokliwy, ale najbardziej mnie w nim urzekło to, że stanowił kompletne przeciwieństwo Martina, z którym nie chciałam mieć nic wspólnego. – Nazywam się Marika Merowing. Wydawało mi się, że spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, kiedy wymieniłam swoje nazwisko, ale to musiało być tylko złudzenie, bo już po chwili znowu uśmiechał się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem. – Jeżeli masz teraz historię, to możemy pójść razem – zaproponował podając mi plik notatek. – Jesteśmy w tej samej grupie, mam rację? Skinęłam głową, uśmiechając się do niego z wdzięcznością. Mimo, że dostałam plan na którym naszkicowany był szczegółowy rozkład szkoły, to nawet z nim, w liceum świętego Franciszka, bez trudu można było się zgubić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Miałam dość. Chociaż przez chwilę chciałam pobyć sama. Godzina wolnego, a tu nawet w bibliotece, a właściwie bibliotekach, ponieważ były aż trzy, panował hałas. Wspięłam się na czwarte piętro, a potem jeszcze na piąte. Z ulgą odkryłam, że tutaj nie ma już tylu ludzi. Przeszłam przez cały korytarz, sprawdzając co jest na jego końcu. Zdziwiłam się kiedy zobaczyłam kolejny zakręt, a potem jeszcze jedne schody, zdecydowanie węższe od tych głównych. Nikogo tutaj nie było. Z niejaką dozą satysfakcji i zawsze zwyciężającą we mnie ciekawością, wspięłam się na tajemnicze schody. Kończyły się dwuskrzydłowymi drzwiami, które były lekko uchylone. Weszłam przez nie, rozglądając się po pomieszczeniu. Leżały tu jakieś skrzynie, pod ścianą stały oparte wysłużone materace i zakurzone meble. To musiał być jakiś strych. Do pomieszczenia wpadało przez połaciowe okna stłumione, dzienne światło. Idealnie. Cisza i spokój. Szczerze wątpiłam, żeby ktoś tu zaglądał. Usłyszałam znaczące chrząknięcie. Przeklęłam w duchu. Dopiero teraz zauważyłam opartego o jedną ze skrzyń chłopaka. Znowu on! – Natychmiast przyszło mi na myśl. „Mroczny książę”, Martin Corvidae, stał leniwie oparty o skrzynię, na której leżała jego poplamiona kawą marynarka. W ręce trzymał papierosa. Włożył go do ust, niedbale zaciągając się dymem. – Przestraszyłaś mnie – odezwał się patrząc na mnie nieprzyjaźnie. – Cieszę się – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Prychnął, ale nie skomentował. – Spływaj stąd, mała – powiedział rozkazującym tonem. Niczego bardziej nie pragnęłam niż sobie pójść, ale w momencie gdy to powiedział, po prostu, na przekór, poczułam nieodpartą chęć, żeby zostać. – Bo co mi zrobisz? – zapytałam, patrząc mu wyzywająco w oczy. – Co zrobię? – mruknął rozbawiony. Zgasił papierosa. Podszedł do mnie. Stanął bardzo blisko, zbyt blisko. Popatrzył na mnie z góry. Na schodach usłyszeliśmy kroki ciężkich butów. Chłopak przeklął. Chwycił swoją marynarkę i pociągnął mnie w głąb strychu, brutalnie ściskając moje ramię. Zaczęłam protestować. Dłonią zatkał mi usta. – Cicho bądź – syknął. Przykucnął w rogu pomieszczenia, za zakurzonymi, drewnianymi skrzyniami. Pociągnął mnie za sobą na podłogę, nie zdejmując ręki z moich ust. Przytrzymał mnie stanowczo. Chciałam się wyrwać, ale w jego oczach zobaczyłam niemą prośbę. Zastygłam w bezruchu. Do środka wtargnęło pięciu chłopaków. Niewyraźnie widziałam zarysy ich sylwetek, przez luźne deski skrzyni. Zaczęli się rozglądać jakby czegoś szukali. – Nie ma go tutaj – oznajmił wyraźnie zawiedzionym głosem jeden z nich. – Musi tu być! – warknął inny. – Sprawdzaliśmy już pozostałe miejsca. Pewnie chowa się w mysiej norze, szczur jeden – dodał z mściwą satysfakcją. Na strych wdrapała się kolejna osoba. – Panowie, co tu robicie? – odezwał się starszy głos. – Tu nie wolno wchodzić. Niezadowoleni chłopacy wyszli ze strychu, mrucząc coś pod nosem. Starszy mężczyzna, prawdopodobnie woźny, również się oddalił, zamykając za sobą drzwi. Dopiero wtedy Martin mnie puścił. Odetchnął z ulgą. Podniósł się z podłogi, otrzepując zakurzone spodnie. – To ciebie szukali? – zapytałam cicho. – A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Czego od ciebie chcieli? – drążyłam dalej. Spiorunował mnie wzrokiem. Nie odpowiedział, ale jego oczy mówiły mi wystarczająco wiele. Wzdrygnęłam się. Przez chwilę poczułam ciekawość, co takiego im zrobił, ale potem pomyślałam, że wolę jednak nie wiedzieć. Ruszyłam w kierunku drzwi. Chwycił mnie za ramię, odwracając w swoją stronę. – Dokąd idziesz? – zapytał groźnie. – Przed chwilą kazałeś mi spływać – stwierdziłam obojętnie. – Chyba się dostosuję. – Poczekaj – powiedział, a ja mogłabym przysiąc, że w jego głosie wyczuć można było prośbę. – Dlaczego? – westchnęłam. – Bo nie mam ochoty oberwać – mruknął. Wzruszyłam ramionami, ale posłusznie zawróciłam. Podciągnęłam się na rękach i usiadłam na skrzyni, o którą wcześniej opierał się chłopak. Ona przynajmniej nie była zakurzona. Martin wyciągnął kolejnego papierosa. Stanął wyglądając przez połaciowe okno. Nie odezwał się więcej. Po kwadransie miałam serdecznie dość jego milczącego towarzystwa. – Czy już mogę iść? – spytałam ironicznie. Skinął głową, nawet na mnie nie spojrzawszy. Zsunęłam się ze skrzyni i z prawdziwą ulgą wyszłam z zakurzonego strychu. Zatrzymałam się u stóp schodów. – Musi tam być – usłyszałam. – Kiedyś będzie musiał wyjść, a my tu na niego cierpliwie poczekamy. Cała piątka siedziała rozwalona na korytarzu. Jeden z nich odbijał piłkę o pomalowaną na żółto ścianę. Po cichu z powrotem schowałam się we wnęce, w której zaczynały się schody. Przez chwilę walczyłam z własnym sumieniem. Niby dlaczego miałam go uprzedzać? Jeżeli ma oberwać, to na pewno sobie na to zasłużył. Szepczący mi na ucho aniołek tym razem jednak przegonił diabełka. Powoli, starając się iść jak najciszej, ponownie wspięłam się na schody. Kiedy wróciłam na strych Martin siedział na moim wcześniejszym miejscu, na drewnianej skrzyni. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. – Znowu tu jesteś – stwierdził cierpko, a ja natychmiast pożałowałam, że przyszłam. – Czekają na ciebie na dole – oznajmiłam tylko, odwracając się z powrotem ku drzwiom. Chłopak wstał. Poruszył się zwinnie. Zagrodził mi drogę. – A ty dokąd? – zapytał. – Wracam na lekcje – powiedziałam spokojnie, starając się go ominąć. – Tak? – spojrzał na mnie rozbawiony. – I co im powiesz, że skąd się tu wzięłaś? – A co ich to obchodzi? – spytałam zdezorientowana. – Jesteś głupia – stwierdził z całą stanowczością, z politowaniem kręcąc głową. – Chodź – mruknął popychając mnie w kierunku okna. – Zwariowałeś! – oznajmiłam, patrząc na niego niedowierzająco. – Ciesz się, że wróciłaś – szepnął mi do ucha, a ja ponownie, niemal boleśnie poczułam jego bliskość. – Gwarantuję ci, że nie byliby dla ciebie mili. Potem wyminął mnie, otworzył okno i podciągnął się na rękach na dach. Stałam i patrzyłam w ślad za chłopakiem. Co on sobie wyobrażał?! – Idziesz? – zapytał lekko rozbawionym tonem, wyglądając przez otwór. Mimowolnie podeszłam bliżej, a on po prostu, jak gdyby nigdy nic, podniósł mnie i wyciągnął do siebie na dach, po czym zamknął okno. Rozejrzałam się wokół. Staliśmy w osłoniętym od wiatru miejscu, pomiędzy dwoma wyższymi punktami o spadzistych dachach. Spojrzałam w dół. Było stąd widać niemal cały teren szkoły. Modrzewiowy park, skąpany był we wczesnowiosennym słońcu. Martin zsunął się niżej, schodząc ostrożnie po czerwonych dachówkach. Niechętnie poszłam za nim. Potknęłam się. Upadłam na pupę. Zsunęłam się kilka metrów w dół. – Uważaj – mruknął łapiąc mnie za rękę. Świetnie, łatwo mu mówić „uważaj”. Niby jak mam uważać chodząc po cholernym dachu?! Stanęłam na nogach. Chłopak zaczął iść dalej, nie puszczając mojej ręki. Szłam za nim niepewnie stawiając nogi. Kiedy znaleźliśmy się niżej, poza osłoniętą częścią dachu, zadrżałam z zimna. Czułam teraz na sobie wyraźne, silne podmuchy marcowego wiatru. Moja sięgająca kolan, plisowana spódniczka nadymała się jak balonik. Byłam przekonana, że łażenia po dachach, zwłaszcza w mundurku szkolnym, nie dodam do listy swoich ulubionych czynności. W końcu znaleźliśmy się przy przeciwpożarowej drabinie. Martin puścił moją rękę i zaczął schodzić bez najmniejszego wahania. Doskonale! Teraz drabiny. Ruszyłam za nim. Kiedy dotarliśmy wreszcie na dół, chłopak zwinnie zeskoczył, lądując na ziemi miękko, niczym kot. Spojrzałam na niego przestraszona. Wydawało mi się, że ta drabina kończy się piekielnie wysoko nad ziemią! Westchnął. – Po prostu skocz – mruknął. Pokręciłam głową. Miałam skoczyć z takiej wysokości? – Odbiło ci! – powiedziałam z pełnym przekonaniem. Uśmiechnął się szelmowsko. – Złapię cię, tchórzu – obiecał. Rzuciłam mu swoją torbę, zamknęłam oczy i zeskoczyłam. Martin działał na mnie, jak czerwona płachta na byka. Zrobiłabym wszystko, byleby mu dokuczyć. Chwycił mnie w powietrzu, nie pozwalając upaść na ziemię. Postawił na nogi. – Znikaj do szkoły – rozkazał. Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Chwyciłam swoją torbę i nie oglądając się za siebie wyszłam z wąskiego, ślepego zaułka pomiędzy dwoma budynkami. Poprawiłam ubranie i włosy. Byłam przekonana, że moje policzki i tak są wystarczająco zaczerwienione. Z prawdziwą ulgą, nieniepokojona przez nikogo, weszłam do jednego z budynków szkoły. Sprawdziłam swój plan oraz mapkę budynku. Przeklęłam w duchu. Byłam już spóźniona. Schowałam obie kartki i popędziłam pustym korytarzem na kolejne zajęcia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Nataly okazała się dobrą koleżanką. Nić porozumienia, którą złapałyśmy pierwszego dnia, ciągnęła się między nami, rozwijając przez kolejny tydzień. Jeżeli jednak chciałam być szczera sama ze sobą, musiałam przyznać, że to dość dziwna dziewczyna. Była na przykład, nie tyle fanką, co maniaczką wszystkich dzieł Szekspira. Zachowywała się też bardzo entuzjastycznie i często skakała wokół mnie jak mały króliczek. Do tego upewniłam się w tym, że koleżanki z klasy wyraźnie jej z jakiegoś powodu nie lubią. Byłam naprawdę ciekawa dlaczego. – Hej, usiądź z nami! – zawołała na długiej przerwie Kate. Dołączyłam do stolika rozgadanych dziewczyn. Właściwie to nowe koleżanki z klasy niespecjalnie się mną interesowały, nie były jednak też wrogo nastawione. Stanowiłam dla nich coś w rodzaju egzotycznej ciekawostki. Zauważyłam, że lubią wypytywać mnie o różne rzeczy, często zresztą niezbyt taktownie. Gdyby nie Nataly, czułabym się jednak w tej szkole bardzo samotna. Kończyłam jeść drugie śniadanie, starając się przysłuchiwać ich niewiele obchodzącym mnie plotkom. – O, Nataly, chodź do nas, kochana – odezwała się ociekającym miodem tonem, jedna z siedzących naprzeciwko mnie dziewczyn. Nataly podeszła niechętnym krokiem do pełnego stolika. Wyglądająca jak gwiazda filmowa blondynka, o skręcających się w grube loki włosach wstała, trącając łokciem trzymaną przez dziewczynę tacę. Kubek z ciemnym płynem i sałatka z kolorowym sosem wylądowały na plisowanej spódnicy Nataly. – Jak zwykle straszna z ciebie niezdara – ofuknęła ją blondynka. Pozostałe dziewczyny zawtórowały jej śmiechem. W oczach mojej nowej przyjaciółki stanęły łzy. Odwróciła się i uciekła. Wiedziałam, że postępuję bardzo głupio, ale nie potrafiłam inaczej. Zerwałam się od stolika. Siedząca obok Kate chwyciła mnie za rękę. – Na twoim miejscu uważałabym na towarzystwo, z którym się zadajesz – szepnęła cicho. Wyswobodziłam się z jej uścisku. – Dzięki, poradzę sobie – odpowiedziałam równie cicho i ignorując resztę towarzystwa pobiegłam za zapłakaną Nataly. Dopadłam ją w damskiej toalecie. Nerwowymi gestami czyściła ręcznikiem papierowym swoją spódnicę. – Pomogę ci – powiedziałam zabierając od niej rolkę. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem. – Nie musisz się ze mną przyjaźnić – powiedziała poważnym głosem. Roześmiałam się. – Oczywiście, że nie muszę – odpowiedziałam jej spokojnie – i oczywiście, że chcę. Zaczerwienioną twarz dziewczyny ozdobił pełen nadziei uśmiech. Taki, dzięki któremu wiedziałam, że bez względu na czekające mnie konsekwencje, postąpiłam właściwie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W angielskiej szkole zajęcia wyglądały nieco inaczej niż w polskich. Tutaj, niezależnie od klasy, wybierało się na jakie lekcje i o jakim stopniu zaawansowania chce się uczęszczać, tak więc wspólnie z Nataly miałam jedynie trochę ponad połowę godzin. Za to na prawie wszystkich spotykałam się ze złotowłosym Ericem. Najwyraźniej oprócz mnie tylko on był na tyle pomylony, żeby do zaawansowanej matematyki i fizyki wybrać sobie rozszerzone literaturę i historię. Wielu kolegów i koleżanek z klasy traktowało mnie jak kogoś gorszego pokroju, tylko dlatego, że byłam z urodzenia Polką. On nie miał takiego podejścia. Od początku był dla mnie miły, a jego uprzejmość nie skończyła się po incydencie na stołówce. Dodatkowo szybko ucichły szeptane za moimi plecami komentarze o łatwych polskich dziewczynach, a ja byłam przekonana, że to właśnie za jego sprawą. – Cześć piękna – przywitał się ze mną, kiedy podeszłam pod klasę. Zauważyłam nieprzychylne spojrzenia Angeli i Pauliny, dziewczyny nie przepadały za mną od czasu incydentu z Nataly, a to, że lubił mnie Eric najwyraźniej tylko pogarszało sprawę. Postanowiłam się tym nie przejmować, tak jak ignorowałam wszystkie inne nieprzyjemne zaczepki. – Hej – uśmiechnęłam się do niego pogodnie. – Mam pewne pytanie, na które być może potrafisz mi odpowiedzieć – zaczęłam, kiedy odeszliśmy razem kawałek na bok. – Słucham – oznajmił z wesołym uśmiechem. – Dlaczego dziewczyny z naszej klasy tak bardzo nie lubią Nataly Danstown? – zapytałam siadając na szerokim parapecie korytarzowego okna. Mina Erica spochmurniała. Wyglądało na to, że nie takiego pytania się spodziewał. Szybko jednak zamaskował zaskoczenie, ponownie się uśmiechając. – Jej ojciec to szalony artysta – mruknął. – Jest malarzem, dorobił się na swoich dziwacznych obrazach, nie ma nic wspólnego z błękitną krwią, arystokracją ani żadnymi wpływowymi firmami. A ona chyba jest do niego dosyć podobna… W każdym razie chyba nie mogą ścierpieć, że taka „dziwna” osoba, ma lepsze koneksje i większe wpływy od nich. – I tylko o to chodzi? – spytałam niedowierzająco. Eric wzruszył ramionami. – Tyle w tej szkole zupełnie wystarczy. – Więc ja tutaj zupełnie nie pasuję – uśmiechnęłam się wesoło. – Pasujesz bardziej niż ci się wydaje – oznajmił chłopak, ale nie zdążył wyjaśnić co ma na myśli, bo do klasy przyszedł nauczyciel i zaczęliśmy powoli wchodzić do środka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             WF był dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chodzi o to, że nie lubiłam ćwiczeń fizycznych. Po prostu odnosiłam wrażenie, że koleżanki z klasy za wszelką cenę starają się uprzykrzyć mi życie, a godzina wf-u była do tego idealną okazją. Tego dnia grałyśmy w koszykówkę. Zaliczyłam już kilka zadrapań i siniaków, kiedy ktoś „przypadkiem” podstawił mi nogę, ale najgorszą zdobyczą był wielki siniak na policzku, po tym, jak Angelica z całej siły rzuciła we mnie twardą piłką. Mimo najszczerszym chęciom, po prostu nie mogłam uwierzyć, że to był zwykły wypadek. Rozumiałam już dlaczego Nataly w ogóle nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego, ja jednak nie zamierzałam rezygnować. Nie należałam do osób, które łatwo się poddają. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w szkolny mundurek, splotłam jasne włosy, w długi, luźny warkocz i ruszyłam korytarzem zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami dzisiejszego dnia. Stanęłam przy swojej szafce. Włożyłam rękę do sztruksowej torby, żeby wyciągnąć książki, które miałam tutaj zostawić. Pisnęłam z bólu. Wyjęłam zakrwawioną dłoń, w której tkwiły malutkie odłamki szkła. Znowu przyszły mi do głowy dziewczyny z mojej klasy. Tego już nie mogłam uznać za wypadek, tylko dlaczego one tak mnie nienawidzą? Przecież nic im nie zrobiłam! – Chodź – usłyszałam nad sobą stanowczy głos. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Martin stał przy swojej szafce i przyglądał się całej scenie. Chłopak był w starszej klasie, więc ku mojej wielkiej uldze, nie widywałam go zbyt często. Wziął moją torbę, chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą długim korytarzem. Po chwili znaleźliśmy się w gabinecie lekarskim. Zaklął brzydko, kiedy okazało się, że nikogo w środku nie było. Wyjął z przeszklonej gabloty wodę utlenioną i sam przemył mi dłoń. Sprawnie wyciągnął pęsetką kawałki szkła. Syknęłam z bólu. Zaśmiał się. Wyraźnie go to rozbawiło. – Kto i za co cię tak nie lubi? – zapytał, zawijając bandażem moją wymytą z krwi dłoń. Czułam, że coraz bardziej nienawidzę tej szkoły. – Myślę, że dziewczyny z mojej grupy – mruknęłam niechętnie – ale dlaczego, nie mam pojęcia. Wcześniej myślałam, że to nieprzyjemne wypadki, ale teraz sama już nie wiem… Dopiero wtedy przyjrzał mi się uważniej. Mimowolnym gestem wyciągnął rękę i dotknął brzydkiego siniaka na moim policzku. – Skąd to masz? – zapytał. Skrzywiłam się nieznacznie. – Angelica uderzyła mnie piłką, jak grałyśmy na wf-ie w kosza. – Podwinęłam rękaw i pokazałam mu nieprzyjemne otarcie powyżej łokcia. – A to zrobiła mi Paula, jak wchodziłyśmy do klasy. Pojęcia nie mam o co chodzi. Przyjaźnię się z dziewczyną, której nie lubią, ale chyba nie mogą mnie za to aż tak nienawidzić… Martin bez słowa otworzył moją torbę, wysypał z niej książki i resztki potłuczonego szkła. Wypadła też złożona na cztery części kartka. Rozłożył ją i uśmiechnął się z przekąsem „odwał się od Erica, zdziro” głosił duży, czarny napis. Zamrugałam zaskoczona. Moje koleżanki z klasy to psychopatki! – Mhm, więc teraz przynajmniej wiesz o co chodzi – mruknął patrząc na mnie lekko rozbawiony. – Nie spodobało im się, że podrywasz „ich” Erica – zakpił. – Rewelacja – warknęłam coraz bardziej rozwścieczona. Co za idiotyzm! – Tylko, wyobraź sobie, że nikogo do jasnej cholery nie podrywam, za czym idzie nawet nie mam jak przestać! Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. To chyba była nowość, że jakaś dziewczyna nie leciała na Erica. Spakowałam z powrotem swoją torbę i chciałam wyjść z gabinetu. Zatrzymał mnie przed drzwiami. – Zaproś mnie na wiosenny bal – powiedział cicho, poważnym głosem. – Co?! – zapytałam kompletni wyprowadzona z równowagi. – To co słyszałaś – powiedział, a na jego ustach zabłąkał się drwiący uśmieszek. – Na długiej przerwie, w stołówce. Im więcej osób zobaczy, tym lepiej. Potem to on wyszedł z gabinetu i nie odwracając się odszedł korytarzem. Stałam zaskoczona, wpatrując się w jego znikające w oddali plecy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wchodziłam na stołówkę widziałam jak nieprzychylnie patrzą na mnie Paula z Angeliką. Uśmiechy mściwej satysfakcji zagościły na ich twarzach, gdy zobaczyły moją owiniętą bandażem rękę. Planowałam zignorować Martina i radzić sobie sama, ale kiedy poczułam sól w swojej kawie, uznałam, że mam dość. Pewnym krokiem podeszłam do chłopaka. Zaprosić go na bal? Niby co mi to miało dać? – Cześć, możemy porozmawiać? – zaczęłam niepewnie. Spojrzał na mnie wyczekująco. Skinął głową. Na jego twarzy zagościł leniwy, arogancki uśmiech. Zdałam sobie sprawę, że zamilkły rozmowy przy kilku najbliższych stolikach. – Pójdziesz ze mną na bal? – zapytałam niezbyt przekonana. Roześmiał się. Przeczesał palcami ciemne, opadające na oczy włosy. – Niezły żart – oznajmił dość głośno, żeby słyszały go nie tylko stojące w pobliżu osoby. Potem odwrócił się i odszedł do wyjścia ze stołówki. Po raz kolejny tego dnia oniemiała wpatrywałam się w jego plecy. To jakiś rodzaj gry? Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Panująca wokół cisza przeszła płynnie w podniesione szepty. Jednak już chwilę później podeszła do mnie Paula. Miała współczujący wyraz twarzy. – Nie przejmuj się – powiedziała kładąc mi rękę na ramieniu – on wszystkim dziewczynom odmawia. Chodź, pójdziemy razem na literaturę – zaproponowała przywołując gestem Angelę. Czy ja wyglądałam na załamaną? Ani trochę nie rozumiałam co tu się właśnie stało. Nie tylko Paulina i Angela były przez resztę dnia dla mnie miłe. Pocieszały mnie też pozostałe dziewczyny z klasy. Dręczyły mnie ich współczujące, pełne zrozumienia spojrzenia. Po zajęciach, na korytarzu złapała mnie Nataly. Od razu odciągnęła mnie na bok. Znalazłyśmy się na klatce schodowej. Byłyśmy na niej same. – Czemu to zrobiłaś? – zapytała gorączkowo. – Odwaliło ci zupełnie? Coś ty sobie myślała? – O co ci chodzi? – westchnęłam lekko poirytowana. – Naprawdę myślałaś, że z tobą pójdzie? – zadała pytanie zniesmaczonym głosem. – Zdawało mi się, ż jesteś inna – stwierdziła zrezygnowana. – Uspokój się Nataly – mruknęłam nie wiedząc czy jestem bardziej zaskoczona czy rozbawiona. – Kazał mi. Dziewczyna zamrugała. – Jak to? – zapytała zupełnie zbita z tropu. – Martin powiedział, żebym go zaprosiła. Posłuchałam go. Nie miałam pojęcia co planuje – wytłumaczyłam koleżance. – To miało mi pomóc z Paulą i Angelicą. Jak durne by nie było, ostatecznie podziałało. – Rozmawiał z tobą? – zdumiała się jeszcze bardziej. Skinęłam głową. Czy to było naprawdę takie dziwne? Martin był klasycznym przykładem dupka, ale dlaczego miałoby być czymś niezwykłym, że ze mną rozmawia? – Był mi winien przysługę – sprostowałam. – Mariko, jesteś najbardziej zaskakującą i nieprzewidywalną osobą jaką znam – oznajmiła stanowczo i bezpośrednio Nataly. – Myślę, że się zakochałam! – powiedziała, chwytając mnie pod rękę i prowadząc ze sobą do klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Po lekcjach poszłam do biblioteki. Tu było mi znacznie łatwiej odrabiać lekcje niż w niewielkim pokoju, który wynajmowałam razem z koleżanką z Polski – Martą. Zrezygnowałam z akademika, który zaproponował mi wuj, żeby móc mieszkać właśnie z nią. Wolałam dzielić skromny pokój z przyjaciółką niż siedzieć sama w obcym miejscu, nawet jeżeli miałoby być luksusowe i dostatnie. Biblioteka była o tej porze zupełnie pusta. Siedziałam odrabiając zadanie z fizyki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że z aroganckim uśmieszkiem na twarzy, podszedł do mnie Martin. Rzuciłam w niego ciężką książką, ponieważ była to pierwsza lepsza rzecz jaką miałam pod ręką. Złapał ją w locie. – Ty draniu! – wrzasnęłam na niego. – O co ci chodzi? – zapytał patrząc na mnie urażonym wzrokiem zbitego psa. – Nie chcę brać udziału w twoich głupich grach! – warknęłam na niego sięgając po kolejny tom. W jednej chwili znalazł się przy mnie. Złapał mnie za rękę. – Odpłaciłem ci za przysługę – oznajmił cichym, poważnym głosem. – Przestały ci dokuczać, mam rację? – Tak, ale nie w tym rzecz – rzuciłam ostro, wyrywając mu rękę. – Więc o co chodzi? – teraz wyglądał na lekko rozbawionego. – Chciałaś iść ze mną na ten durny bal? W tym momencie poczułam się jak idiotka. – Oczywiście, że nie – odpowiedziałam szybko. – W ogóle tam nie idę. – To dlaczego się na mnie gniewasz? – zapytał rzeczowo. – Bo mogłeś mnie uprzedzić co zamierzasz zrobić – warknęłam. Roześmiał się. – Nie jesteś zbyt dobrą aktorką – oznajmił z chłopięcą szczerością. – Nic by wtedy z tego nie wyszło. Warknęłam na niego wściekle. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Chabrowe oczy zalśniły. – Teraz w każdym razie jesteśmy kwita – oznajmił oddając mi książkę. – Przyszedłem ci to powiedzieć. Trzymaj się mała – rzucił drwiącym tonem i wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą w dużej, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, pustej bibliotece. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Początek kwietnia był ładny i słoneczny. Aber było niewielkim miasteczkiem położonym na granicy Morza Irlandzkiego, jakby ściśnięte pomiędzy Zatoką, a Narodowym Parkiem Snowdonia, w Walii, gdzie podobno mieszkał mój wuj, którego nigdy nie widziałam na oczy. W każdym razie, zwłaszcza o tej porze roku, było tu naprawdę pięknie. Uwielbiałam zarówno lasy jak i usiane poszarpanymi klifami morskie wybrzeże. Często chodziłam na samotne spacery, nawet do oddalonej pół godziny drogi od mojej kamienicy szkoły, wolałam chodzić piechotą niż tłoczyć się w załadowanym po brzegi autobusie. Tego ranka, kiedy wchodziłam przez, zdobioną przy pomocy kowalstwa artystycznego, bramę mojej szkoły, podbiegł do mnie Eric. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wyglądało to tak, jakby tutaj na mnie czekał. – Cześć piękna – przywitał mnie wesołym uśmiechem, zabierając ode mnie torbę z książkami. – Hej, co tak wcześnie? – zapytałam przyzwyczajona, że chłopak pojawia się dopiero przed samym dzwonkiem. – Mam do ciebie sprawę – oznajmił. – Zaprosiłaś już kogoś na bal? – zapytał. Spojrzałam na niego pytająco. Co oni wszyscy z tym balem? Poza tym co to za głupi zwyczaj, żeby dziewczyny zapraszały chłopaków? – Nie planuję tam iść – odpowiedziałam mu wzruszając ramionami. – W takim razie może zmieniłabyś zdanie i poszlibyśmy razem? – uśmiechnął się ujmująco. Patrzył na mnie takim wzrokiem, a ja naprawdę go polubiłam i nie chciałam mu sprawiać przykrości. – Jeżeli ci na tym zależy – mruknęłam. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. – W takim razie jesteśmy umówieni – oznajmił wesoło i razem poszliśmy w kierunku szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Owinięta dużym, kąpielowym ręcznikiem wracałam z basenu do przebieralni. Myślałam o tym, jakie konsekwencje będzie miało, to, że pójdę na bal z Ericem. Słyszałam już dzisiaj przed zajęciami, jak Kate z wypiekami na twarzy prosiła go, żeby z nią poszedł. Chłopak grzecznie i tajemniczo odmówił, mówiąc, że jest już zajęty i nie zdradzając żadnych więcej szczegółów. Co jednak zrobią, kiedy się dowiedzą, że to właśnie o mnie chodzi i że to ja „zaprosiłam” na bal Erica. W pewnym momencie drogę zagrodził mi barczysty blondyn. Nie znałam go nawet z widzenia. Miał na sobie tylko kąpielówki. Spojrzałam na niego pytająco. – Hej laska, jesteś Polką, prawda? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. – Wy lubicie obciągać – oznajmił z pewnym siebie uśmieszkiem. Na chwilę wmurowało mnie w ziemię. Bez słowa spróbowałam go wyminąć, ale mi na to nie pozwolił. Próbował mnie złapać, odskoczyłam gwałtownie. W dłoniach został mu tylko mój niebieski ręcznik. Zadrżałam z zimna w samym, wilgotnym, sportowym stroju kąpielowym. Podszedł do mnie bliżej. Z tyłu były szafki. Nie miałam już gdzie się cofać. – Zrobisz mi loda i dam ci spokój – zaproponował, kiedy znalazł się tuż przy mnie. Chciałam go uderzyć. Z wściekłą miną złapał mnie za rękę. W tym momencie ktoś odciągnął go do tyłu. Ze zdziwieniem zobaczyłam chłodne spojrzenie niebieskich oczu. Mimo tego, że znajdowaliśmy się w hali basenu, Martin był kompletnie ubrany. Popchnął zaskoczonego blondyna, tak, że tamten wpadł na drewnianą ławkę i potykając się o nią runął na kremowe kafelki posadzki. – Odwal się od niej – warknął stając nad nim. Podniósł mój ręcznik. Rzucił mi go niedbale. – Wynoś się! – rozkazał, nawet nie patrząc na mnie. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Przytuliłam do siebie niebieski materiał i mając nadzieję, że nie pośliznę się na mokrych kafelkach, pobiegłam do przebieralni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Już w mundurku szkolnym, ale zupełnie nie gotowa na kolejne lekcje, wyszłam na miękkich nogach z hali basenu. To co się przed chwilą stało wyprowadziło mnie z równowagi. Przed budynkiem szkoły, na drewnianej ławce czekała na mnie Nataly. Usiadłam przy niej kładąc głowę na ramieniu przyjaciółki. – Co się stało? – zapytała od razu widząc, że coś jest nie tak. – Nienawidzę tej szkoły – mruknęłam. – Ci ludzie nie są normalni. Dlaczego ci kretyni mają mnie za dziwkę? Co zrobiłam, żeby mogli tak sądzić? Nataly uśmiechnęła się smutno. Pogłaskała mnie po ramieniu. – Myślałam, że nie słyszysz tego lub jeśli słyszysz to ignorujesz – stwierdziła cicho. – Oni mają się za lepszych, bo w większości są Walijczykami. Poza tym nie wszyscy są tacy. Zresztą w naszej klasie żaden chłopak o tobie złego słowa nie powie, już Eric o to zadbał. – Zaprosił mnie na bal – westchnęłam. – Kto, Eric? – spytała wcale nie zaskoczona Nataly. – Aha – mruknęłam. – Potem pewnie dopiero rozpocznie się piekło. – Nie sądzę – uśmiechnęła się do mnie pogodnie przyjaciółka. – Po przedstawieniu z Martinem, dziewczyny raczej będą ci kibicować. – Obyś miała rację – westchnęłam smętnie. – Mam już dosyć tej całej pochrzanionej sytuacji. I wiesz co? – uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Ja naprawdę lubię Erica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mieliśmy wolną godzinę. Wszyscy wyszli na dwór i tylko ja, opustoszałym korytarzem szłam w kierunku biblioteki. Zatrzymałam się na chwilę, kiedy w jednej z kameralnych wnęk zobaczyłam siedzącego na szerokim parapecie Martina. Właściwie nie chciałam z nim rozmawiać, miałam ochotę zawrócić i uciec byle dalej od chamskiego chłopaka, ale uznałam, że wypada mu podziękować, w końcu, gdyby nie on, nie wiadomo co by się dzisiaj stało. Podniósł na mnie pytające spojrzenie kiedy podciągnęłam się na rękach, siadając przy nim na parapecie. Niechętnie wyłączył mp3 playera. – Tak? – odezwał się zrezygnowany. – Wiem, że masz to w dupie – mruknęłam – ale chciałam ci podziękować. Czego słuchasz? – spytałam od niechcenia. – Masz – westchnął podając mi słuchawkę – bylebyś siedziała cicho. Sama nie wiedziałam dlaczego nie zaprotestowałam. Usiadłam przy nim, wyciągając z torby książkę, którą miałam czytać w bibliotece. Martin włączył muzykę. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że słyszę znajome piosenki. Najpierw leciał System, potem Metallica, zupełnie jakbym słuchała swojej listy utworów. Brakowało mi tylko Polskich piosenek i mniej znanych zespołów takich jak Decard, za to w zamian za nie słyszałam jakiś Francuski hard rock i nieco skoczniejsze Walijskie kawałki. Wyjęłam z torby swoje mp3, podałam mu rozbawiona. – Przejrzyj listę – roześmiałam się. Spojrzał na mnie skonsternowany, ale zaczął przeglądać moją play listę. Najwyraźniej był bardziej zaskoczony niż ja, bo jego chabrowe oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia. Przeczesał palcami ciemne, rozwichrzone włosy. – Zamieńmy się do jutra – zaproponował. – Chętnie posłucham tego, czego nie znam. – Ok. – odpowiedziałam zsuwając się z parapetu, właściwie nie miałam nic przeciwko przegraniu sobie kilku fajniejszych kawałków. Podał mi swojego czarnego ipoda, zatrzymując moje poczciwe, bez firmowe mp3. – To do jutra – powiedziałam odchodząc. – Na razie – mruknął zakładając słuchawki na uszy i na cały regulator włączając muzykę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Następnego dnia szłam do szkoły słuchając muzyki z czarnego ipoda. Wyjmowałam go właśnie przed szkołą z torby, kiedy dopadł mnie Eric. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie. – Skąd to masz? – zapytał ostro. – A co za różnica? – odwarknęłam bezmyślnie. – Bo to nie twoje – oznajmił patrząc mi w oczy. Zamrugałam. O co mu do licha chodziło? – Nie, nie moje – odpowiedziałam spokojnie. Wziął mnie za rękę. Pociągnął do wnętrza szkoły. – Oddaj – rozkazał. – Co? – popatrzyłam na niego niedowierzająco, a on po prostu wyjął mi go z ręki, a potem oddalił się korytarzem. Przeklęłam w duchu. Co ja niby powiem Martinowi?! Pobiegłam za Ericem na drugie piętro. Zamarłam, kiedy wyjrzałam zza rogu schodów. Chłopak stał naprzeciwko Martina. – Mam twoje mp3 – oznajmił podając mu ipoda. Tamten przeczesał palcami ciemne włosy, uśmiechnął się ironicznie. – Dzięki – mruknął, a potem odwrócił się i odszedł korytarzem. Oszołomiona spojrzałam na Erica. Czy on do cholery pomyślał, że go ukradłam? Dlaczego Martin nie zaprotestował?! W tym momencie nienawidziłam go jeszcze bardziej niż przedtem. Zbiegłam na dół nie patrząc przed siebie. Usiadłam w jakiejś wnęce na pustym korytarzu. Do oczu napłynęły mi łzy. Zasłoniłam je rękami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ktoś przy mnie jest. Eric ukucnął przy mnie, odciągnął ręce od mojej twarzy. – Zostaw mnie – syknęłam. Spojrzał na mnie jakby nie rozumiejąc. – To był ipod Martina, tego chłopaka, na którego wpadłaś pierwszego dnia w stołówce. Oddałem mu go – powiedział powoli. – Naprawdę sądzisz, że go ukradłam? – spytałam wpatrując się intensywnie w jego zielone oczy. – Ukradłaś? – spytał zaskoczony. – Nawet nie przyszło mi to do głowy – uśmiechnął się do mnie łagodnie – ale teraz rozumiem dlaczego się na mnie gniewasz. Podejrzewam, że to dziewczyny ci go podrzuciły… Widziałem, że ci trochę dokuczają, a uwierz mi, nie chciałabyś mieć w nim wroga. Gdyby się dowiedział… On potrafi się mścić. – Więc mu go oddałeś, żeby on tak nie pomyślał? – zapytałam zaskoczona. – Dokładnie – powiedział podając mi dłoń, żeby pomóc wstać z podłogi. Chwyciłam jego rękę. Podniosłam się zgrabnie, wierzchem drugiej dłoni ocierając łzy. Wspięłam się na palce, całując Erica w policzek. Uśmiechnął się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem. – Muszę się umyć – powiedziałam cicho, lekko zażenowanym głosem – spotkamy się pod salą, dobrze? Skinął głową, a ja pobiegłam korytarzem. Umyłam twarz zimną wodą, żeby nie było widać moich łez. Potem poszłam po książki. W szafce leżało moje mp3. – Dupek – mruknęłam pod nosem, wkładając je do torby. Szybkim krokiem, z myślą, że chętnie bym coś, a najlepiej kogoś, kopnęła po drodze, poszłam pod drzwi naszej klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Nadeszła połowa kwietnia, długo wyczekiwany przez wszystkich dzień wiosennego balu. Zaskoczyło mnie, że zostałam wezwana do sekretariatu, w którym czekała na mnie długa, błękitna, wieczorowa suknia. Mój wuj, po prawie czternastu latach, nareszcie zaczął spełniać swoje obowiązki, podobno, prawnego opiekuna. Uśmiechnęłam się kwaśno. Nie chciałam wkładać tej sukni, ale wiedziałam, że zrobię to, głównie ze względu na Erica. Nie chciałam, żeby przeze mnie źle się bawił. Jemu najwyraźniej na tym balu zależało znacznie bardziej niż mi. Nataly kategorycznie odmówiła pójścia na bal, ale zaprosiła mnie do siebie, postanawiając, że zrobi ze mnie swoją lalko-modelkę i zabawi się w tworzenie artystycznego makijażu i fryzury. Zapaliła się do tego jak mała dziewczynka, dlatego umówiłam się z Ericem właśnie pod jej domem. Punkt dziewiętnasta, chłopak czekał pod drzwiami z bukietem czerwonych róż. Promiennie uśmiechnął się na mój widok. Wsiedliśmy do prowadzonej przez elegancko odzianego szofera białej limuzyny i pojechaliśmy na mój pierwszy w życiu bal. Właściwie, w towarzystwie Erica, bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko odbywało się w wielkim holu naszej szkoły. Był cudownie przystrojony biało-różowymi, wiosennymi kwiatami. Sprawiał wręcz baśniowe wrażenie. Śmiałam się i tańczyłam tyle co nigdy dotąd. Nataly miała rację. Kiedy Eric zostawił mnie samą na krótką chwilę, natychmiast podeszła do mnie podekscytowana Angela, chwilę potem dołączyła do niej Paula. Zamiast grozić i straszyć zaczęły jedna przez drugą gratulować oraz udzielać dobrych rad. Więc jednak Martin miał na moje życie też jakiś pozytywny wpływ. Wrócił Eric. Zatańczył z zachwyconymi dziewczynami. Całkiem zadowolona z życia wpatrywałam się w wirujące na parkiecie barwne pary. Potem jednak na moim błękitnym niebie pojawiła się jedna czarna chmura. – Co tu robisz?! – warknął na mnie Martin. – Nie miało cię tu być. Zamrugałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazł się przy mnie. Miał na sobie idealnie skrojony, czarny garnitur, nie miał jednak kotyliona, więc najwyraźniej był na balu sam. – Ale przyszłam – odpowiedziałam zaskoczona. – Zresztą, co cię to obchodzi? – Z kim? – zapytał. – Co z kim? – nie zrozumiałam. – Z kim przyszłaś? – dokończył pytanie. – To jakaś różnica? – mruknęłam poirytowana. – Jestem tu z Ericem, jeżeli chcesz wiedzieć. – Kretyn – warknął z jakiegoś powodu wkurzony Martin. Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia z sali. – Ej, puszczaj! – spróbowałam się wyrwać, ale chłopak trzymał zbyt mocno. Pociągnął mnie na schody, protestującą zaprowadził na górę. Zaczęłam krzyczeć. Zatkał mi usta dłonią, mimo, że i tak nie sądziłam, że przy tak głośnej muzyce ktokolwiek może mnie usłyszeć. – Zamknij się – syknął na mnie, wpychając do jakiegoś pokoju. Zamknął za nami drzwi. To było pomieszczenie ochrony. Na kilku sporych monitorach widziałam odbywający się na dole bal. Wreszcie Martin mnie puścił. Odskoczyłam od niego jak oparzona, odsuwając się w najdalszy kąt pokoju. Prychnął. Z politowaniem pokręcił głową, odwracając się w stronę ekranów. Na sali pojawiły się duże, różnobarwne pinaty. Rozbawieni ludzie zaczęli je rozbijać. Coś było nie tak. Ze zgrozą zobaczyłam, jak zamiast papierowych kwiatów i cukierków, z zabawek wylewają się tonące w paskudnej cieczy owady. Przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Potem włączył się alarm przeciwpożarowy. Z sufitu trysnęła woda, zalewając całą salę. Tłum gęstniał przy wszystkich możliwych wyjściach. Dziewczyny krzyczały w panice. Zapanował chaos. Patrzyłam na to wszystko osłupiała. Pobladłam na twarzy. – Jesteś psychopatą – odezwałam się chłodno do, wpatrującego się w monitory, najwyraźniej zadowolonego z siebie chłopaka. – Być może – odpowiedział, a w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek. Chłopak wyciągnął telefon. Wybrał numer. – Mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła – mruknął do słuchawki – pokój ochrony, drugie piętro. Potem się rozłączył. Chwilę później do pomieszczenia wpadł Eric. Jego zielone oczy płonęły. Z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że on także był zupełnie suchy. Odgoniłam od siebie oskarżycielskie myśli. Musiał mnie pewnie szukać po szkole. Na mój widok odetchnął z ulgą. Rozłożył ręce, a ja wpadłam w jego ramiona. Przytulił mnie do siebie i wyprowadził z pokoju. Zanim zamknął drzwi, zobaczyłam jeszcze ostatni, drwiący, nieco pogardliwy uśmiech na twarzy Martina. – Przepraszam – powiedział cicho Eric, kiedy jako jedni z ostatnich wychodziliśmy ze szkoły. – Przepraszam, że zostawiłem cię samą. Uśmiechnęłam się do niego blado. Eric odwiózł mnie do domu, a ja o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o znalezieniu się we własnym łóżku. Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało, a już na pewno nie w to, że taki chaos zaplanował właśnie Martin. Chociaż z drugiej strony, właściwie to do niego całkiem pasowało. Tylko jaki mógł mieć motyw? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Była niedziela. Piękne, słoneczne, kwietniowe popołudnie. Wybrałam się na długi spacer po lesie. Dręczyły mnie wydarzenia z balu. Nie rozumiałam, dlaczego Martin to zrobił, ale jeszcze większą zagadką było dla mnie, czemu nie zostawił mnie na dole razem z innymi. Co właściwie łączyło jego i Erica? Usłyszałam hałas jadących polną drogą quadów. Nienawidziłam kiedy ludzie zakłócali leśny spokój „tymi rzeczami”. Nie miałam nic przeciwko – niech sobie jeżdżą, ale powinni to robić na wyznaczonych torach, a nie tam gdzie popadnie. Zwłaszcza nie tutaj, na wybrzeżu, gdzie teren oznaczony był jako ścisły rezerwat przyrody. Pojazdy zatrzymały się między drzewami. Słyszałam głośne śmiechy chłopaków. Podeszłam odrobinę bliżej, chowając się za drzewami. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam, żeby mnie zauważyli. Zaskoczona rozpoznałam kolegów ze szkoły, a wśród nich szczupłą sylwetkę Erica. Już miałam wyjść, przywitać się z nimi, kiedy zobaczyłam coś jeszcze. Michael i Alan wyciągnęli coś, a raczej kogoś, co spostrzegłam dopiero po chwili, z jednego z zaparkowanych quadów. Bezceremonialnie rzucili chłopakiem o ziemię, jakby był workiem ziemniaków. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć, kiedy rozpoznałam ciemne, niesfornie opadające na oczy włosy. Stałam jak wmurowana w ziemię i ze zgrozą obserwowałam jak moi koledzy kopią leżącego na ziemi Martina. Cała moja sympatia do przystojnego, uroczego Erica prysła jak bańka mydlana. Leżący na trawie chłopak próbował się podnieść, nie pozwolili mu na to. Zobaczyłam, że ma związane ręce. Czy oni powariowali? Nogi się pode mną ugięły. Nie miałam pojęcia co mogę zrobić. Czy w ogóle istniało coś takiego? Nie miałam nawet pieprzonego telefonu! Zresztą i tak nie wiedziałabym do kogo mam zadzwonić. Alan przyczepił linę do związanych nadgarstków Martina. Chłopaki z powrotem wsiedli do quadów. Ruszyli. Chłopak z początku próbował biec za nimi, ale bardzo szybko potknął się i przewrócił. Spory kawałek pokonał szorując brzuchem po nierównej drodze, a potem Michael odciął naprężoną linę i odjechali, zostawiając go leżącego na drodze. Byłam w szoku. Chwilę zajęło mi zanim odzyskałam władzę w nogach. Podbiegłam do niego. Z trudem usiadł. Jego elegancka koszula była podarta i pobrudzona w wielu miejscach. Przez policzek chłopaka przebiegało podłużne, nieprzyjemne zadrapanie. Nadgarstki Martina były poobcierane do krwi. Kiedy usłyszał moje kroki, podniósł wzrok. Widziałam jak zaskoczenie na jego twarzy zmienia się we wściekłość. – Zjeżdżaj stąd! – warknął nieprzyjaźnie nieco zachrypniętym głosem. – Nie! – tym razem dla odmiany nie zamierzałam go posłuchać. Usiadłam przy nim na ziemi, nie zwracając uwagi, na to, że brudzę swoje jasne jeansy. Pomogłam mu rozwiązać ręce. Boleśnie chwycił mnie za nadgarstki. – Wynocha! – syknął. – Nie! – powtórzyłam stanowczo poprzez łzy, które w międzyczasie napłynęły mi do oczu. Spojrzał mi w oczy. Puścił. – Nic nie widziałaś, jasne? – odezwał się zrezygnowany. – Ale… – zaczęłam, jak niby mogłam to zlekceważyć? – To nasze prywatne sprawy – uciął krótko. – Ciebie to nie dotyczy. Milczałam. Chłopak wstał. Zachwiał się. Skrzywił się przy pierwszym kroku. Jego twarz była blada jak płótno. Zerwałam się z ziemi. Przysunęłam do niego. Objęłam go w pasie. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie. – Odprowadzę cię – wyjaśniłam najspokojniejszym głosem, na jaki było mnie stać. Wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz – mruknął tylko. Przez las szliśmy grubo ponad pół godziny. Martin nie odezwał się do mnie ani słowem. W końcu nie wytrzymałam. Ciekawość zwyciężyła nad dumą. – Czemu oni ci to zrobili? – zapytałam cichutko, czemu Eric brał w tym udział? – dodałam w myślach, to co zabolało mnie najbardziej. – Czy to zemsta za zepsucie balu? Chłopak prychnął. – Nie sądzę. Zresztą „bal” – niemal wypluł to słowo – to nie do końca moja sprawka. – Mamy pewne „porachunki” – burknął. – Dla własnego dobra, nie mieszaj się w to – powiedział, a ja w tonie jego głosu wyczułam nie tyle rozkaz, co raczej prośbę. Postanowiłam w tym momencie nie drążyć tego tematu. Skończył się las. Zatrzymaliśmy się przed wysokim, kamiennym murem. Spojrzałam pytająco na Martina. Wzruszył ramionami. Bez specjalnego problemu wspiął się na rosnące przy murze drzewo. Już po chwili stał na szczycie płotu. Wpatrywałam się w niego skonsternowanym wzrokiem. – Idziesz czy nie? – ponaglił. Niechętnie wspięłam się na drzewo. Wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją i przy jego pomocy znalazłam się na murze. Martin zgrabnie zeskoczył po drugiej stronie. Usłyszałam szczekanie. W stronę chłopaka biegły dwa pokaźnych rozmiarów rotwailery. Na chwilę zamarłam przerażona, ale psy zamiast warczeć czy atakować radośnie podskakiwały u nóg Martina. – Max, Ouran, siad – rozkazał, a one posłuchały bez najmniejszych protestów. Zsunęłam się z muru, a chłopak objął mnie w pasie, zanim zdążyłam dotknąć ziemi. – Widzę, że często łazisz po płotach i dachach – mruknęłam. Obrzucił mnie skonsternowanym spojrzeniem. – No co, chyba nie myślałaś, że w takim stanie wejdę od frontu? – zapytał ironicznie. Psy podeszły do mnie obwąchując ciekawie. Martin przez chwilę pozwolił im na to, a potem złapał mnie za rękę i przez równiutko przystrzyżony trawnik pociągnął w stronę domu. Willa w której mieszkał była ogromna. Zdziwiło mnie jednak, że nikogo w niej nie ma. Chłopak zaprowadził mnie na drugie piętro, do rozległych, urządzonych w ciemnych tonacjach pokoi. – Tu masz łazienkę – oznajmił otwierając przede mną jedne z wielu ciemnobrązowych drzwi. – Czyste ręczniki leżą na szafce. Zaraz przyniosę ci jakąś górę – stwierdził patrząc na moją umorusaną błotem dresową bluzę. Chwilę później przyszedł do mnie z czarnym longsleevem. Niechętnie wzięłam szybki prysznic. Wolałabym to zrobić w domu, ale uznałam, że tym razem Martin ma rację. Głupio bym się czuła, gdybym miała taka umorusana błotem iść ulicami miasta. Włożyłam z powrotem swoje niebieskie jeansy i jego, zdecydowanie za dużą, bawełnianą bluzę. Kiedy weszłam do pokoju, chłopak stał w samych spodniach, przerzucając ubrania w dużej, rozsuwanej szafie. Skrzywiłam się widząc na jego ciele siniaki i poobcieraną w wielu miejscach skórę. – Szybka jesteś – mruknął wkładając na siebie czystą, czarną koszulę. Wzruszyłam ramionami. – Odprowadź mnie do wyjścia – poprosiłam. – Jeżeli poczekasz chwilę, to cię odwiozę – oznajmił uśmiechając się leciutko. – Na pewno jesteś w stanie? – zapytałam powątpiewająco. Skinął głową, ale nie zdążył nic powiedzieć, kiedy usłyszeliśmy kroki na schodach. Martin zaklął. Pociągnął mnie w stronę kolejnych drzwi. – Błagam, nie wychodź stąd – poprosił wpychając mnie do środka. Znalazłam się w jego sypialni. W pokoju stało duże, równiutko zaścielone łóżko z pomalowanego na czarno drewna i prosta, nocna szafka, na której leżała książka. Właściwie nie było tu nic więcej. Zaskoczona rozpoznałam okładkę jednej z powieści Pratchetta. Ciekawość jak zwykle we mnie zwyciężyła i wyjrzałam przez szparę w lekko uchylonych drzwiach. Zamrugałam zaskoczona. Do dużego pokoju wszedł Eric. Wyglądał na mocno zaniepokojonego. – Nic ci nie jest? – zapytał podchodząc szybkim krokiem do Martina. – Tym razem przegięli i to bardzo – powiedział przepraszającym tonem. – Za nic nie chcieli mnie słuchać. – Przeżyję – usłyszałam ironiczny głos Martina. – Naprawdę uważasz, że warto? – niechętnie spytał Eric. – Tak – odpowiedział pewnym głosem Martin – a teraz przepraszam, ale mam coś do załatwienia – oznajmił odprowadzając drugiego chłopaka do drzwi – porozmawiamy później. Eric zawahał się w progu, a potem niechętnie wyszedł. Martin zatrzasnął za nim drzwi. Niepewnie wysunęłam się z sypialni. Obrzuciłam chłopaka pytającym spojrzeniem. – Co on tu robi? – spytałam nie mogąc się powstrzymać. Teraz to Martin wyglądał na zaskoczonego. – Eric jest moim bratem, nie wiedziałaś? – zapytał rozbawiony. Zamrugałam. – Pod żadnym względem nie jesteście do siebie podobni – odpowiedziałam czując w sobie ulgę, że jednak nie pomyliłam się co do Erica, że wcale nie bawiło go to co robili jego koledzy. – Poza tym z tego co wiem, macie różne nazwiska… Martin uśmiechnął się ironicznie. – Mamy inne matki – odpowiedział. – Mój ojciec ożenił się z Heleną po śmierci swojej żony. Miałem wtedy niecałe dwa lata. Ona jest dosyć znaną aktorką i nigdy nie zmieniła nazwiska, a Eric nosi to po matce. – Och – wymknęło mi się nieproszone. Nie miałam pojęcia jak to skomentować, więc postanowiłam przemilczeć. – Idziemy? – zapytał otwierając przede mną drzwi. – Nie mów mu, że tu byłaś – poprosił cicho, kiedy przechodziłam obok. – Jak chcesz – odpowiedziałam tylko wzruszając ramionami. Tego dnia zdecydowanie miałam dosyć natłoku nowych informacji. Wyszliśmy razem przed dom, a potem weszliśmy do sporych rozmiarów garażu. Próbowałam ukryć zaskoczenie, kiedy Martin podał mi kask. – Trzymaj – rzucił mi skórzaną, motocyklową kurtkę. Włożyłam ją na siebie i usiadłam za nim na wiśniowo-czerwonej Hondzie. Nigdy do tej pory nie jechałam na motorze, więc lekko przestraszona objęłam Martina w pasie. Ruszyliśmy przejeżdżając pilnowaną przez dwóch uzbrojonych strażników bramą. Wzdrygnęłam się na myśl o tym, że wchodziliśmy do środka przez płot. – Dokąd jedziemy? – zapytał siedzący przede mną chłopak, a ja podałam mu adres. Pół godziny później zatrzymaliśmy się pod kamienicą w której wynajmowałam pokój. Zsunęłam się z motocykla, oddając Martinowi kask. Zdziwiłam się, kiedy chłopak też wstał. Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem. – No co? – spytał z drwiącym uśmieszkiem na ustach. – Nie zaprosisz mnie do środka? – Jeżeli chcesz – odpowiedziałam obojętnie. Weszliśmy do zbudowanej z czerwonej cegły kamienicy. Potem po schodach na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi do niewielkiego pokoju pod samym dachem. Pod pochyłymi ścianami stały dwa wąskie łóżka, a pod jedyną prostą niewielki stolik i szafa. – Tutaj mieszkasz? – spytał Martin zaintrygowany. – Aha, mam współlokatorkę – dodałam, ciesząc się w duchu, że akurat jej nie ma. Nie miałam ochoty przedstawiać jej Martina, właściwie nikomu nie miałabym ochoty go przedstawiać. Dalej nie miałam pojęcia jak to możliwe, że był bratem tak diametralnie innego od niego Erica. – Przytulnie – mruknął, a jego głos niemalże ociekał ironią. – Może już sobie pójdziesz, jak ci się nie podoba? – zapytałam z nadzieją. – Zostanę – oznajmił siadając na moim łóżku. – Czy dokuczanie mi cię bawi? – zapytałam zupełnie szczerze. – W pewnym sensie – odpowiedział podpierając się na łokciu. – Nie zaproponujesz mi nic do picia? – zapytał. – To bardzo niegrzecznie z twojej strony. Warknęłam. Roześmiał się. – Wynocha! – syknęłam. – Idź już sobie! Wstał. Uśmiechnął się łobuzersko. Podałam mu kurtkę. Pokręcił przecząco głową. – Przyda ci się jutro – mruknął. – Rano po ciebie przyjadę. Potem wyszedł, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby nie rzucić czymś ciężkim, w zamykające się za nim drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rankiem przekonałam się, że Martin nie rzuca słów na wiatr. Kiedy wyszłam z kamienicy, okazało się, że czeka pod moim domem, on i jego wiśniowo-czerwona Honda. Skąd on w ogóle wiedział, że wychodzę tak wcześnie?! Kiedy tylko mnie zobaczył, jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku. – Trzeba było włożyć spodnie – mruknął podając mi kask. – Nie jadę z tobą – warknęłam na niego, wygładzając ręką swój szkolny mundurek. – Ok., jak sobie chcesz – odpowiedział zsiadając z motocykla. – Możemy iść na piechotę, albo pojechać autobusem. Spojrzałam na niego jak na wariata. – A może zrobimy tak – zaproponowałam –  ja pójdę piechotą, sama – dodałam dobitnie – a ty rób co chcesz? – Nie – odpowiedział uśmiechając się do mnie wrednie. – Odprowadzę cię do szkoły czy tego chcesz, czy nie. Jeżeli pojedziemy motorem, szybciej się mnie pozbędziesz – zasugerował. – Nie martw się – dodał słysząc moje zrezygnowane westchnięcie – wysadzę cię przed szkołą, nikt nas razem nie zobaczy. Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona jego słowami. Przecież nie o to mi chodziło… W końcu, bez zbędnych słów, wzięłam od niego kask i zajęłam miejsce pasażera Hondy. Z miną zwycięscy usiadł przede mną i odpalił silnik. Zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce, tuż koło szkoły. Zsunęłam się z motocykla zdejmując kask. Oddałam go chłopakowi. – Jutro masz być w spodniach i kurtce – rozkazał – przebierzesz się w szkole – a potem, nie czekając na odpowiedź po prostu odjechał. Miał rację, w sięgającej kolan, plisowanej spódnicy było mi chłodno i niezbyt przyjemnie, do tego Martin bardzo starannie omijał wszystkie kałuże, żeby przypadkiem nie zachlapać mojego mundurka. To miało sens. Tylko dlaczego w ogóle uparł się, żeby podwozić mnie do szkoły? To już zupełnie go nie miało. Dopiero teraz zobaczyłam rude warkocze. Biegła ku mnie rozgorączkowana postać. Jej mina wyrażała szok i zdumienie. Dopadła mnie zanim jeszcze porządnie stanęłam na chodniku. – Opowiadaj! – Nataly krzyknęła niemal histerycznie. – Natychmiast musisz mi o wszystkim opowiedzieć! – Ale o czym? – zamrugałam zaskoczona, przeklinając w myślach cholernego Martina. – Marika! Ty wariatko! Każda dziewczyna w szkole marzy o tym, żeby Martin Corvidae przewiózł ją na swoim motorze, a ty jeszcze pytasz o czym?! – wykrzyknęła gorączkowo. – Co? Jak? Dlaczego? Wzruszyłam ramionami. – Pomogłam mu, potem on pomógł mnie, a potem uparł się, żeby uprzykrzać mi życie. Koniec historii. Proszę cię, nie mów nikomu, że z nim przyjechałam – spojrzałam błagalnie na przyjaciółkę. – Jakbym nie miała wystarczającej ilości kłopotów, to jeszcze on uparł się, że będzie podwoził mnie do szkoły. – Podwoził? Codziennie? – westchnęła zszokowana Nataly. – I pomyśleć, że się na ciebie złościłam, kiedy zaprosiłaś go na bal… a teraz wydaje mi się całkiem realne, że gdybyś go zaprosiła, tak na poważnie, to naprawdę by z tobą poszedł. Przyjaciółka wzięła mnie pod rękę i razem ruszyłyśmy w kierunku szkoły, na której dziedzińcu z każdą kolejną minutą coraz bardziej gęstniał tłum ludzi. – Wątpię – uśmiechnęłam się do Nataly, przypominając sobie paskudne zdarzenia z balu. – Znacznie większą frajdę sprawiło mu popsucie wszystkim innym zabawy niż bal jako taki. – Co masz na myśli? – zapytała nie rozumiejąc. – Poczekaj, zaraz pewnie o tym usłyszysz – mruknęłam, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum. I rzeczywiście o niczym innym nie mówiono. Głównym tematem była katastrofa, która wydarzyła się na balu. Szukano winnego, jednak szkolne kamery niczego nie zarejestrowały. I nic dziwnego, pomyślałam, skoro to właśnie nimi bawił się Martin. Dziewczyny wzdrygały się na wspomnienie sypiących się z pinat robali. Nataly przysłuchiwała się wszystkiemu ze szczerym zdumieniem, ale i jakąś ponurą, pełną satysfakcji miną. Takiej jej jeszcze nie znałam i nie byłam pewna czy chcę ją taką poznać. – Brr, ty też to przeżyłaś? – zapytała wzdrygając się, kiedy poszłyśmy razem do toalety. Przecząco pokręciłam głową. – Tuż przed tym Martin wyciągnął mnie z sali – mruknęłam niechętnie. – Nie wiem dlaczego mnie stamtąd zabrał. Jestem też cholernie ciekawa o co w tym wszystkim chodziło. Nataly wzruszyła ramionami. – W końcu jesteś dziewczyną jego brata – stwierdziła – a wbrew pozorom, Martin dba o Erica. Coś sprawiło, że po tych szczerych słowach poczułam się bardzo nieprzyjemnie. To jednak wiele wyjaśniało. Boleśnie przypomniałam sobie słowa chłopaka, które wypowiedział do słuchawki, w pokoju ochrony „mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła”. Wtedy nie zwróciłam na nie uwagi, zbyt poirytowana sytuacją, ale teraz wreszcie nabrały dla mnie sensu… Jeżeli choć przez chwilę łudziłam się, że Martin mnie lubi, to złudzenia rozwiały się właśnie w powiewach wiosennego wiatru, wraz z opadającymi z drzew, białymi kwiatami wiśni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Martin dotrzymał słowa i codziennie rano czekał pod moją kamienicą, za to w szkole ignorowaliśmy się nawzajem z uporem godnym lepszej sprawy. Natomiast Eric był przy mnie teraz na każdej przerwie, nawet wtedy, kiedy nie mieliśmy wspólnych zajęć. Staliśmy pod salą, w której za chwilę miałam wraz z Nataly mieć biologię. On miał teraz chemię na jednym z wyższych pięter. Wcale się jednak tym nie przejmował. Uśmiechnął się do mnie czarującym, chłopięcym uśmiechem. W jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki. – Mimo wszystko, cieszę się, że jednak ze mną poszłaś na ten bal – powiedział zadowolonym głosem, obejmując ręką moje ramiona – nawet jeżeli sama w sobie zabawa była kompletną katastrofą. Poczułam się nieswojo. Minął już prawie tydzień, a ja do tej pory nie zapytałam go o szczegóły dotyczące tamtego zajścia, on natomiast udawał, że wszystko jest w porządku i nic takiego się nie stało, poza jednym, drobnym szczegółem – smsem o treści: „Dziękuję Ci, że nie próbowałaś wydać Martina.”. Później temat zginął śmiercią naturalną, a ja dalej żyłam z niezaspokojoną, chorą ciekawością i maleńkim, prawnie niezauważalnym, poczuciem winy. – Ja mam mieszane uczucia – mruknęłam. – Chyba już nigdy więcej nie wybiorę się na żaden bal. Dostarczają zbyt wielu mocnych wrażeń. Stojąca przy nas Nataly parsknęła śmiechem. Twarz Erica oblała się delikatnym rumieńcem, ale nie skomentował mojej wypowiedzi, nie wybiła go jednak z rezonu. – Dobrze, więc wiemy już, że nie lubisz bali – powiedział z uśmiechem – ale chyba nie masz nic przeciwko ogniskom? Bo widzisz – ciągnął, kiedy przecząco pokręciłam głową – w piątek szykuje się takie jedno, imprezowe i oczywiście jesteś na nie zaproszona, obie jesteście – dodał z szelmowskim uśmiechem patrząc na lekko zaskoczoną Nataly. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mimo, że moja nowa przyjaciółka jak zwykle odmówiła wzięcia udziału w zabawie, ja zdecydowałam się pójść. Eric był naprawdę uroczy, czarujący i lubiłam jego towarzystwo. Na ognisku było sporo osób z naszej klasy, ale ja i tak czułam się tam zupełnie sama. Nie do końca byłam pewna czy pasuję do tych ludzi. Kiedy jednak podszedł do mnie Eric, natychmiast rozwiały się wszystkie moje wątpliwości. Zaproponował mi piwo, mimo, że wszyscy pili, odmówiłam. Nie nalegał. Siedziałam przy nim cały wieczór, a on poświęcał mi większość swojej uwagi, naturalnym gestem obejmując mnie ramieniem. Śmiałam się z jego żartów, wpatrywałam się w niesamowite, zielone oczy. Marzyłam o tym, żeby mnie pocałował. Wreszcie nadeszła ta chwila. Eric pochylił się ku mnie. Łagodnie dotknął moich ramion. Poczułam przepływ energii, chciałam przymknąć oczy, nie zrobiłam tego jednak. Kątem oka dostrzegłam stojącą pod drzewem, tuż na granicy światła, płynącego od ogniska ciemną sylwetkę. Martin stał z założonymi na torsie rękami i wpatrywał się w nas z ponurą miną. Mimowolnie odsunęłam się od Erica. – Ja, nie mogę… – szepnęłam cicho. Chłopak gwałtownie zerwał się z drewnianej ławki, na której siedzieliśmy. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem, a potem szybkim krokiem opuścił polanę. Zostałam sama, czując ssanie w żołądku i nieprzyjemną gulę w gardle. W końcu zebrałam się w sobie na tyle, żeby wstać. Poszłam w stronę bawiących się ludzi. Kiedy mijałam linię drzew, zobaczyłam smukłą sylwetkę Erica. Chciałam do niego podejść, przeprosić, ale zatrzymałam się w pół kroku. Chłopak najwyraźniej zdążył pocieszyć się już sam, ponieważ stał tam trzymając w ramionach Angelicę, natarczywie wsuwając język do jej ust. Poczułam się bardzo nieswojo. Z trudem przełknęłam ślinę. Odwróciłam się. Szybkim krokiem przeszłam leśną ścieżką, z powrotem na skąpaną w świetle księżyca polanę. Ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nie jestem zazdrosna. W innych okolicznościach nie miałabym nic przeciwko Ericowi i Angeli, ale teraz chłopak zachował się po prostu bardzo nie fair. Dotarło do mnie też coś innego. Naprawdę nie chciałam go pocałować. Odgoniłam od siebie nachodzące mnie, natrętne myśli o tym, czego naprawdę chcę. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że polana wcale nie była pusta. Na ławce, z której wstałam kilka minut wcześniej, siedział Martin. Palił papierosa. Poczułam przemożną ochotę na to, by wyrwać mu go z ręki i cisnąć do ogniska. Nienawidziłam, kiedy to robił. Ogólnie całej jego mrocznej postaci, każdego ruchu, każdego gestu, przez większość czasu po prostu nienawidziłam. Podniósł na mnie wzrok. Przyjrzał mi się obojętnie. – Cześć – mruknął, mimo, że widzieliśmy się rano. Wbrew sobie podeszłam do ławki, na której siedział. Usiadłam obok niego. – Mógłbyś przy mnie nie palić? – poprosiłam. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, kiedy po prostu zgasił papierosa, odrzucając go na bok. Nie tego się po nim spodziewałam. Małe ognisko dogorywało. Wszyscy uczestnicy imprezy grzali się i bawili przy większym i o to niewielkie, rozpalone w leśnym zaciszu, nikt już nie dbał. Zadrżałam z zimna. Martin znów mnie zaskoczył. Zdjął z siebie skórzaną, motocyklową kurtkę, narzucając mi ją na ramiona. – Udało ci się zdenerwować mojego brata? – zapytał z cieniem drwiącego uśmiechu na ustach. – Już się zdążył pocieszyć – mruknęłam. – Angela mu pomogła. – Angela? – zdziwił się chłopak. – Wydawało mi się, że widzę go z Paulą. Wzruszyłam ramionami. – Co za różnica. – Nie martwi cię to za bardzo – skomentował. – Nie specjalnie – odpowiedziałam szczerze, zapinając zamek w jego kurtce. Kwietniowy wieczór był urokliwy, baśniowy, ale wcale nie specjalnie ciepły. Martin spojrzał mi w oczy. Po całym moim ciele przeszły dziwne dreszcze. Jeżeli myślałam, że pomiędzy mną, a Ericem była jakaś energia, to tutaj po prostu nastąpił wybuch słońca. Cały świat w jednym momencie przestał istnieć. Mój oddech gwałtownie przyspieszył, z całej siły próbowałam opanować drżenie. Wyciągnęłam rękę, delikatnie odgarnęłam opadający mu na policzek, kosmyk ciemnych włosów, odsłaniając podłużną bliznę. Chwycił moją dłoń, nie odsuwając jej jednak. Przytrzymał ją przy swoim policzku. Delikatnie pochylił się w moją stronę, a ja byłam pewna, że zaraz mnie pocałuje. On jednak puścił moją rękę i wstał. – Chodź, odwiozę cię do domu – powiedział tylko. Wstałam i jak we śnie powlekłam się za nim. Wszystko we mnie chciało krzyczeć z rozczarowania i rozpaczy. Dupek! Cham! Czy to miała być zemsta za Erica? Dlaczego on mi to zrobił? Posłusznie usiadłam za nim na wiśniowym motorze i pozwoliłam się odwieść pod zbudowaną z czerwonej cegły kamienicę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy zsiadałam z motocykla, chłopak również zdjął kask. Patrzył na mnie w milczeniu. Ruszyłam w kierunku drzwi, a potem zatrzymałam się i wróciłam. Było mi już wszystko jedno czy będę czuła się głupio, czy zbędzie mnie jakimś wrednym komentarzem. Po prostu musiałam wiedzieć! Martin odłożył obydwa kaski i stanął przede mną. Od Erica, któremu sięgałam idealnie do ramienia, był wyższy niemal o głowę, mimo to spojrzałam mu w oczy. – Martin… – zaczęłam cicho. – Mhm? – zapytał dając do zrozumienia, że mnie słucha. – Czy ty mnie chciałeś dzisiaj pocałować? – zapytałam jeszcze ciszej, wiedząc, że jeżeli nie chciał, to robię z siebie kompletną kretynkę. – Tak – odpowiedział po prostu. Na moment przestałam oddychać, zaskoczona tą prostą i szczerą odpowiedzią. – Więc dlaczego nie pocałowałeś? – zmusiłam się by ciągnąć to dalej. Uśmiechnął się ponuro. – Jedno zadrapanie na policzku mi wystarczy, nie potrzebuję kolejnych – oznajmił. – Co prawda Erica potraktowałaś stosunkowo łagodnie, ale jestem dziwnie przekonany, że ze mną nie postąpiłabyś tak samo… Zamrugałam. Czy on mówił poważnie? – Ty nie jesteś Ericem – powiedziałam ostro. – Nie jestem – przyznał lekko rozbawiony. – Ciebie chciałam pocałować – dodałam spuszczając wzrok. W chłopaku zaszła jakaś dziwna zmiana. Jednym krokiem pokonał dzielącą nas odległość. Delikatnie uniósł mój podbródek. Czułym gestem odgarnął z twarzy moje długie, jasne włosy. Przyciągnął mnie do siebie, a potem pocałował. Gorąco, namiętnie, z pasją. Poczułam jak uginają się pode mną nogi. Ramionami oplotłam jego szyję. Odwzajemniłam pocałunek. Przygarnął mnie do siebie zaborczym gestem. Przytulił. Czas się zatrzymał. Fajerwerki to zdecydowanie za mało, żeby opisać to co czułam. Było jak w bajce, nie jak w barwnej powieści Science Fiction! Nasz pocałunek powodował wybuchy gwiazd, powstawanie nowych galaktyk i konstelacji. Oderwaliśmy się od siebie na chwilę, by złapać oddech. Zbyt długą chwilę. To Martin nie wytrzymał. Porwał mnie w powietrze i posadził na kamiennym murku, otaczającym moja kamienicę. Teraz moja twarz była idealnie naprzeciwko jego twarzy. Stanął blisko. Oplotłam go nogami. Wróciliśmy co całowania. Wplotłam palce w jego rozwichrzone, ciemne włosy. Zatraciłam poczucie czasu. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale zaczęłam drżeć z zimna. Martin to zauważył. Odsunął się niechętnie. – Przejdziemy się? – zaproponował, a ja skinęłam głową. Kiedy szliśmy wąskim, brukowanym chodniczkiem, w kierunku parku, wziął mnie za rękę. Nie było jeszcze widać wschodu słońca, ale niebo z ciemnogranatowego, zrobiło się teraz raczej szare. Zbliżał się świt. W parku było zupełnie pusto. Martin usiadł na ławce, sadzając mnie na swoich kolanach. Wtuliłam się w niego. Objął mnie czule, delikatnie rozcierając moje zziębnięte ramiona. Dotknęłam jego twarzy. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Przymknęłam oczy, kiedy znów mnie pocałował. Zabłądziliśmy w jakimś własnym, cudownym świecie. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Przeklęłam w duchu, kiedy zobaczyłam blady wschód słońca. Miałyśmy rano z Martą sprzedawać kwiaty. Niechętnie oderwałam swoje usta od ust chłopaka. Zsunęłam się z jego kolan. Spojrzał na mnie zaskoczony. – Wracajmy – poprosiłam. Wstał. Wtuliłam się w jego ramię. Bez słowa objął mnie ręką. Chwile później staliśmy przy wiśniowym motorze, pod drzwiami mojej kamienicy. Wspięłam się na palce, pocałowałam Martina w policzek i zniknęłam za drzwiami. Wiedziałam, że jeżeli zrobię cokolwiek innego, to nie będę potrafiła od niego odejść. Wbiegłam na pierwsze piętro. Wyjrzałam przez okno. Chłopak stał przy motorze. Nawet z tej odległości zobaczyłam wyraz wściekłości malujący się na jego przystojnej twarzy. Z całej siły uderzył pięścią w kamienny mur. Kopnął coś co leżało na ziemi. Potem nałożył kask, drugi przymocował do bagażnika i odjechał. Patrzyłam w ślad za znikającym motorem, a w oczach stały mi łzy. Czy aż tak bardzo tego żałował? Wbiegłam do niewielkiego pokoju. Zdjęłam buty i rzuciłam się na łóżko. Marta spała jak zabita. Wtuliłam twarz w poduszkę, by stłumiła mój cichy szloch. W końcu, po wielu ciągnących się w nieskończoność minutach, zmęczona własnym łkaniem, usnęłam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kilka godzin później obudziła mnie Marta. Musiała się mocno wysilić, żebym wstała z łóżka. Byłam kompletnie nie wyspana. Moja przyjaciółka, mimo, że niewiele starsza ode mnie, nie uczyła się nigdzie, pracowała w firmie odzieżowej i łapała wszelkie możliwe dorywcze prace, w które zazwyczaj dla towarzystwa wciągała też mnie. Mimo, że starczało mi na skromne utrzymanie, lubiłam na siebie zarabiać, a ona tego naprawdę potrzebowała. Ubrałam się szybko i po prostym śniadaniu wyszłyśmy z domu. Odebrałyśmy tulipany oraz żonkile i Marta żartując, a ja ziewając ruszyłyśmy ulicami miasta. – Patrz jakie ciacho – mruknęła moja przyjaciółka, kiedy na chwilę usiadłyśmy odpocząć, na schodach fontanny, na jednym z placów starego miasta. Było południe. Cały rynek oświetlało jasne słońce. Pod jedną ze sklepowych witryn stał chłopak, którego wskazała Marta. Wszędzie rozpoznałabym te krótkie, zwijające się w drobne loki włosy. To był Eric. Miał na sobie błękitną koszulę, grafitową marynarkę i niebieskie, proste jeansy. Rozmawiał z jakimś ubranym w ciemny garnitur mężczyzną. Odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się do mnie, pomachał. Marta wlepiła we mnie pytające spojrzenie. – To mój kolega z klasy – mruknęłam cicho, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo chłopak zaczął iść w naszą stronę. Stanął tuż przed fontanną. Elegancko odziany mężczyzna szedł kilka kroków za nim. – Cześć dziewczyny – odezwał się do nas. – Jestem Eric Devree – przedstawił się Marcie, z eleganckim ukłonem. – Marta Wiśniewska – bąknęła rumieniąc się na twarzy. Chłopak uśmiechnął się do niej, a ja przez chwilę zastanawiałam się czy przypadkiem nie będę musiała jej wepchnąć do wody, żeby otrzeźwiała. – Mariko, chciałem cię przeprosić za wczoraj… – powiedział pełnym pokory głosem – zachowałem się jak idiota. Czy mógłbym was zaprosić do kawiarni? Mimo nadziei w oczach Marty, przecząco pokręciłam głową. – Pracujemy dzisiaj – odpowiedziałam z uśmiechem, żeby załagodzić odmowę. – Sprzedajemy kwiaty. Na jego twarzy zagościł czarujący uśmiech. – A jak to wszystko sprzedacie, będziecie wolne? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Doskonale – mruknął. – Victor – zwrócił się do mężczyzny. – Zapłać paniom, a potem zawieź kwiaty mojej matce, wróć za powiedzmy dwie godziny – uśmiechnął się szelmowsko. Mężczyzna skinął głową, a ja rozpoznałam w nim kierowcę limuzyny, z którym jechaliśmy na bal. Rozliczył się z Martą, a potem Eric pomógł nam wstać i z moją przyjaciółką po jednej stronie, a ze mną po drugiej, ruszył w kierunku kawiarni.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Eric jak zwykle był uroczy i czarujący. Przeprosił mnie za swoje zachowanie chyba z milion razy. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym się na niego gniewać. Marta była nim zauroczona. Sama nie należała do brzydkich dziewczyn i jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakiś chłopak wywarł na niej tak piorunujące wrażenie. – Marika, masz na początku maja siedemnaste urodziny – zaczął wesoło – mam rację? – Zaskoczona skinęłam głową. Skąd on o tym, do cholery, wiedział? Odniosłam wrażenie, że wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko nie ja. – Masz już jakieś plany? – zapytał. – Ona? Plany? – wyrwało się Marcie. – Pewnie gdybyś jej nie przypomniał, zapomniałaby, że kończy siedemnaście lat. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale milczałam. Eric uśmiechnął się zadowolony. – Doskonale, w takim razie jedziemy nad morze – oznajmił. – Oczywiście zaproś kogo chcesz, ja się wszystkim zajmę – uśmiechnął się wesoło. Nie byłam do końca przekonana czy to dobry pomysł. Właściwie uznałam, że jest bardzo zły, ale patrząc na pełne nadziei, zielone oczy Erica i zachwycony wyraz twarzy Marty po prostu nie mogłam odmówić. Później chłopak zaproponował, żebyśmy resztę dnia spędziły u niego na basenie, a ja, widząc szczenięce spojrzenie i nieme błaganie Marty, ponownie nie byłam w stanie zaprotestować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy spytałyśmy czy powinnyśmy podjechać do domu po stroje, Eric tylko się roześmiał. Victor zawiózł nas do rozległej willi, a ja pierwszy raz weszłam na jej teren od frontu. Tym razem dom nie był pusty. W przepięknym, bogato udekorowanym salonie, siedziała młoda kobieta. Skąpana w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca wyglądała jak bogini. – Marika – potrąciła mnie w ramię Marta, to ta aktorka, Helena Devree – szepnęła mi do ucha podekscytowana. – O Boże! – wymknęło jej się, gdy skojarzyła wszystkie fakty. Kobieta wyglądała moim zdaniem zdecydowanie zbyt młodo jak na matkę siedemnastolatka. Nieprzyjemnie nasunął mi się na myśl chłód w głosie Martina, kiedy o niej wspominał. Ku mojemu zdumieniu, Eric zaprowadził nas prosto do salonu. – Mamo, to przyjaciółka, o której ci opowiadałem, Marika Merowing i jej koleżanka z Polski Marta Wiśniewska. Dziewczyny, poznajcie moją mamę – uśmiechnął się ciepło. – Dzień dobry pani – przywitałam się uprzejmie, kiedy wstała z kanapy. – Och, proszę, mów mi Heleno – powiedziała uśmiechając się łagodnie. Jej uśmiech był równie czarujący, co Erica, a może nawet jeszcze bardziej. Złote włosy splecione miała w nienaganny kok. Sukienka w biało-czarne pasy układała się idealnie opinając jej szczupłą sylwetkę. – Chcieliśmy popływać. Pomyślałem, że to idealna okazja, żebyś sprawdziła swoje stroje, na żywych modelkach – odezwał się wesoło Eric – widzicie, moja mama projektuje w wolnych chwilach ubrania, to taka jej pasja – wyjaśnił.  – Wspaniały pomysł – zaśpiewała kobieta i wyglądało na to, że mówi zupełnie szczerze – chodźcie, chodźcie! Janna – zawołała służącą – zaprowadź dziewczynki do garderoby. Ty nie będziesz podglądał – zwróciła się żartobliwie do syna – poczekaj na koleżanki na basenie. Poszłyśmy za ubraną w dopasowany strój pokojówką. Znalazłyśmy się w czymś w rodzaju pracowni krawieckiej i studia. Helena pokazywała nam swoje kreacje, przy których pracowało na bieżąco kilka osób i mimo, że zachowywała się dystyngowanie i z gracją, wszędzie jej było pełno. Doszłam do wniosku, że matka Erica, wbrew moim obawom, sprawia wrażenie naprawdę sympatycznej, pogodnej osoby. Wreszcie pokazała nam stroje kąpielowe, przepraszając, że są jeszcze niedopracowane. Były przepiękne! Marcie dostał się odsłaniający plecy, wiązany po bokach, jednoczęściowy strój w kolorze dojrzałych wiśni, co idealnie pasowało do jej opalonej cery i ciemnobrązowych włosów, a mnie błękitne bikini z mini spódniczką a’la pareo, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam. Cały mój sceptycyzm prysł jak bańka mydlana. Helena nalegała, żebyśmy pozwoliły się uczesać i zrobić sobie delikatny makijaż, co kompletnie nie miało dla mnie sensu, skoro za chwilę planowałyśmy pływać. Jakiś fotograf zrobił nam serię zdjęć. Wreszcie, po ponad godzinie, Janna zaprowadziła nas, odziane w jedwabne szlafroczki, na kryty basen. Eric już tam czekał. Zagwizdał przeciągle na nasz widok. Skłonił się żartobliwie, pełnym gracji ruchem. Przejrzałam się w lustrze. Właściwie nie wyglądałam najgorzej. Wysoko upięte, jasne włosy nadawały mi powagi. Niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, a w tym kostiumie, moja szczupła sylwetka, wyglądała po prostu rewelacyjnie, jakby był skrojony specjalnie dla mnie. Może nie byłam taką pięknością, jak Marta, ale niczego mi nie brakowało. Basenowa hala wyglądała raczej jak tropikalna dżungla. Wszędzie rosły palmy, pod którymi stały wygodne, ratanowe meble. Pomieszczenie było naprawdę ogromne. Dodatkowo oprócz samego basenu, było tu też jacuzzi i sauny. Czułam się jak w Aquaparku, tylko takim prywatnym. Brakowało jedynie zjeżdżalni. Pływaliśmy, graliśmy w piłkę, jedliśmy owoce i popijaliśmy jakiś dziwny napój. Bawiłam się naprawdę nieźle. – Zaraz przyjdę – oznajmiłam roześmianym przyjaciołom i ociekająca wodą poszłam poszukać toalety. Kiedy wracałam, szerokim, wyłożonym ciemnozielonymi kafelkami korytarzem, ktoś gwałtownie chwycił mnie za rękę. Odwróciłam się zaskoczona. Martin przez chwilę gapił się na mnie oniemiały, a potem jego twarz oszpecił grymas gniewu. Jego niebieskie oczy stały się lodowato zimne. – Co tu robisz? Bawi cię to?! – warknął na mnie. – Dlaczego ze mną igrasz?! Spojrzałam na niego pytająco, wyrywając nadgarstek z jego uścisku. Czułam, jak pieką mnie policzki. Podły drań bawił się moim kosztem! – O co ci chodzi? – zapytałam wprost. – Czego ode mnie chcesz? Nie potrafiłam zapomnieć wczorajszej nocy. On… To zdecydowanie nie był ten sam chłopak. Nie mogłam znieść jego chłodnego spojrzenia. – Czego chcę? – z niedowierzaniem pokręcił głową. – Chcę, żebyś się stąd wyniosła i nigdy więcej nie przychodziła do mojego domu! – syknął. Przez chwilę cofałam się tyłem, a potem odwróciłam się i uciekłam. Do oczy napłynęły mi łzy. Strumieniami spływały po moich policzkach. Wpadłam na basen, chwyciłam swoje rzeczy. Pospiesznie zaczęłam wkładać ubranie, na ciągle wilgotny strój. Ktoś chwycił mnie za rękę. Wyjął z niej moją bluzkę. Podniosłam wzrok tylko p oto, by napotkać pytające spojrzenie Erica. – Co się stało? – zapytał cicho. Pokręciłam głową, zabierając mu swoje ubranie. – Nie chcę o tym mówić – szepnęłam poprzez łzy. Eric przyciągnął mnie do siebie, przytulił. Delikatnie gładził moje plecy. – Pieprzony dupek – syknął. – Co takiego powiedział ci mój uroczy braciszek? – zapytał. – Kazał mi się wynosić – odpowiedziałam cichutko, wtulając się w ramię Erica. Chłopak zazgrzytał zębami. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. – To też mój dom i ja cię do niego zaprosiłem – oznajmił siląc się na spokój. – On nie ma nic do gadania. – Eric, proszę – podniosłam na niego błagalne spojrzenie. – Chcę stąd wyjść. Chłopak westchnął. Niechętnie skinął głową. – Ubierz się, królewno – powiedział, delikatnie odgarniając mi z twarzy wysuwające się ze spinki, wilgotne włosy – ale powoli i używając ręcznika. Nie chcę, żebyś się przeziębiła. Zabiorę was gdzie indziej. Daleko od mojego kochanego braciszka – dodał ponuro. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy w poniedziałek pod moim domem zobaczyłam wiśniowy motocykl, po prostu stanęłam oniemiała. Ten to miał tupet! Coś się jednak nie zgadzało. Kiedy kierowca zdjął kask, zobaczyłam, że zamiast Martina, siedzi na nim Eric. Uczucia, to rzecz dziwna, bo kiedy go zobaczyłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie zawodu. Kryjąc je pod maską wesołego uśmiechu, podeszłam do chłopaka. – Co tu robisz? – zapytałam. – Podwożę cię do szkoły – oznajmił z szelmowskim uśmiechem. Usiadłam za nim. Objęłam go w pasie rękami. Uwielbiałam jeździć na motorze, ale z Ericem to nie było to samo co z Martinem. Chłopak nie wysadził mnie nigdzie wcześniej. Wjechał, jak gdyby nigdy nic, na szkolny parking. Widziałam omiatające mnie zazdrosne spojrzenia, zaskoczenie w oczach dziewczyn, kiedy Eric zdjął kask. Natychmiast podbiegła do nas Paula. – Super! Brat pożyczył ci motor? Przewieziesz mnie? – zaszczebiotała. Chłopak wyglądał na nieco zmieszanego. Patrzył na mnie z poczuciem winy w zielonych oczach. Uznałam, że będę musiała pomyśleć nad tym, jak wystarczająco jasno dać mu do zrozumienia, że możemy być tylko przyjaciółmi. W końcu niechętnie skinął głową. – Po lekcjach, jeżeli będziesz chciała – oznajmił. Paula aż podskoczyła z radości. We trójkę weszliśmy do budynku szkoły. Eric podał mi wypchaną kopertę. – Co to? – zapytałam zaciekawiona. – Twoje zaproszenia – oznajmił rozbawiony. – Zgodziłaś się, pamiętasz? W piątek jedziemy nad morze. Zamrugałam. – To ile osób mam zaprosić? – Ile tylko chcesz, zaproszeń jest setka, ale zawsze możemy dorobić… – mruknął zmieszany. – Nie, nie! – zaprotestowałam szybko. Gdzie ja znajdę sto osób? Czy ja w ogóle chociażby z widzenia znałam aż tyle? – Eric… nie będziesz zawiedziony, jeżeli tych osób będzie znacznie mniej? Roześmiał się. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. – Oczywiście, że nie. To twoje urodziny. Odetchnęłam z ulga wywijając się spod jego ręki. – Idę poszukać Nataly – oznajmiłam tylko, znikając w drzwiach naszej klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Klasy w liceum imienia świętego Franciszka różniły się od tych w zwykłych szkołach przede wszystkim komfortem. Ławki były wygodne, a krzesełka miękkie. Nauczyciele używali laptopów i rzutników, na tablicach zamiast kredą pisaliśmy mazakami. Wychyliłam się z ławki, rzucając Nataly na blat czarno-białą, elegancką karteczkę i klasyczną różą na wierzchu. – Co to? – zapytała szeptem. – Zaproszenie – mruknęłam niechętnie. – Na moje urodziny, podobno. Dziewczyna rozłożyła kartkę i przeczytała zawartość. Skrzywiła się. – Bardzo ci zależy, żebym tam była? – spytała niechętnie. – Jeżeli byś mogła – spojrzałam na nią błagalnie. Roześmiała się. – Widzę, że jesteś tak samo zachwycona swoimi urodzinami, jak ja. – Pochyliła się ku mnie odrobinę bliżej. – Nie będziesz miała nic przeciwko temu, że zabiorę swojego chłopaka? Nie chodzi do naszej szkoły – dodała ciszej. Kolejna nowa rzecz, której dowiedziałam się o Nataly! Więc miała chłopaka. Uznałam, że poznanie go będzie interesujące. – Jasne, że nie – uśmiechnęłam się do przyjaciółki, podając jej niewypełnioną biało-czarną kartkę. Sama wyciągnęłam jeszcze jedną i położyłam przed sobą na ławce. Wpatrywałam się w nią przez dłuższy czas, a potem, mimowolnie, zaczęłam wypisywać litery.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Na przerwie rozpętała się istna nawałnica. Podchodziły do mnie tłumy ludzi, zagadując niewinnie lub otwarcie pytając czy dam im zaproszenie. Nie miałam pojęcia skąd oni w ogóle o nich wiedzą. Angela szybko rozwiązała mój problem. – Pomóc ci? – zapytała rozbawiona moją paniką. – Błagam – jęknęłam teatralnie. Szybko, na parapecie wypisałam jedno dla niej i drugie dla Pauli. Miałam co do tych dziewczyn naprawdę mieszane uczucia, ale uznałam, że nie chcę znowu mieć w nich zaciętych wrogów. Po chwili namysłu, na kolejnym napisałam nazwisko, od początku uprzejmej dla mnie, Kate. W rezultacie wyszło na to, że w ciągu pierwszej przerwy zaprosiłam całą, kilkunastoosobową klasę. To jednak nie był koniec. Najgorzej zrobiło się na stołówce. Oddałam resztę zaproszeń Angeli, mówiąc, żeby zrobiła z nimi co chce i uciekłam, na szczęście, prawie pustym korytarzem. Wspięłam się na samą górę, na strych, błagając w duchu, żeby nikogo tam nie spotkać, zwłaszcza Martina. W pomieszczeniu było pusto. Odetchnęłam z ulga, siadając na stojącej pod oknem skrzyni. Długa przerwa na lunch trwała trzy kwadranse, czyli zostało mi jeszcze jakieś pół godziny. Wyciągnęłam książkę i mp3 playera, zatapiając się w lekturze i muzyce. Z zadumy wyrwał mnie głośny hałas. Ktoś wbiegł po schodach, trzasnęły drzwi. Rozpoznałam smukłą sylwetkę Martina. Chłopak podbiegł do okna, otworzył je. Zauważył mnie dopiero w momencie, kiedy podciągał się na rękach na parapet. Zsunął się zaskoczony. – Co ty tu do jasnej cholery robisz?! – warknął na mnie. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo na strych wparowało trzech kolejnych chłopaków. Rozpoznałam w nich Antona i Michaela, kolegów Erica. Trzeciego znałam jedynie z widzenia. Stanęli zmieszani przy drzwiach. Byli wyraźnie zaskoczeni moją obecnością. – Co to za laska? – spytał niezbyt uprzejmie, ten, którego nie znałam. – Yyy, to dziewczyna Erica Devree – odpowiedział mu nieco zmieszany Anton. Odruchowo chciałam zaprotestować, że wcale nie jestem jego dziewczyną, ale powstrzymał mnie chłodny wzrok Martina. – Super – ucieszył się chłopak podchodząc do mnie bliżej – może z nami też będzie miała ochotę się zabawić? Martin w jednej chwili znalazł się pomiędzy mną, a nieznajomym chłopakiem. – Spływaj stąd, w tej chwili – syknął bardzo cicho, a sam rzucił się z pięściami, na szerszego w barach chłopaka. Zsunęłam się ze skrzynki, chwyciłam swoją torbę i mijając otępiałych kolegów, wybiegłam na schody. Zatrzymałam się dopiero na samym dole. Serce biło mi jak oszalałe. Przeklinałam się w duchu za to, że w ogóle tu przyszłam. Co za durny pomysł! Zbiegłam jeszcze niżej, z postanowieniem, że znajdę Erica. Dopadłam go jeszcze w stołówce. Nachalnie odciągnęłam na bok. – O co chodzi? – spytał zaskoczony. – Martin ma kłopoty – powiedziałam cicho. – Anton i Michael chcą go pobić. – Nie przejmuj się tym, to nie twoja sprawa – mruknął cicho Eric. – Mój brat sobie poradzi. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a potem przypomniałam sobie jego rozbawioną minę, w lesie, przy quadach. Czy był aż takim dobrym aktorem? – Eric… – zaczęłam cicho – trzeba komuś powiedzieć, oni zrobią mu krzywdę. – Ani się waż! – powiedział ostro, chwytając mnie za rękę. – Krzywdę, to oni zrobią tobie, jeżeli na nich naskarżysz. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. Wyrwałam się z jego uścisku i roztrzęsiona, ze łzami w oczach, wybiegłam ze stołówki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Dłuższą chwilę czekałam na korytarzu ostatniego piętra, ukrywając się w jednej z zacisznych wnęk. Wreszcie usłyszałam odgłos ciężkich kroków, świadczący o tym, że chłopacy zeszli na dół. Wyjrzałam zza rogu. Ten, którego nie znałam miał podbite oko, a Anton kulał na lewą nogę. Najwyraźniej Martin postanowił się z nimi bić. Kiedy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, najciszej jak umiałam, wbiegłam na prowadzące ku strychowi schody. Chłopak siedział na podłodze, oparty plecami o drewnianą skrzynię. Miał potargane, rozdarte w niektórych miejscach ubranie. Spojrzał na mnie wrogo. – Czego chcesz? – zapytał ostro. Zignorowałam jego pytanie. Przyklęknęłam przy nim. – Nic ci nie jest? – spytałam cicho. Pokręcił głową. – Idź już sobie – poprosił zrezygnowany. Niechętnie wstałam. Sięgnęłam jednak do torby i położyłam na podłodze, obok chłopaka czarno-białe zaproszenie, które wypisałam na pierwszej lekcji. – Zrobisz z tym co będziesz chciał – mruknęłam, a potem przeszłam przez skrzypiące, drewniane drzwi strychu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Piątek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko, a z nim, długo wyczekiwany przez wszystkich, oprócz mnie, wyjazd nad morze. Ja się tego zwyczajnie bałam. Poza tym lubiłam naszą zatokę i nie widziałam powodów, dla których mamy wybierać się gdzieś dalej. Pojechaliśmy do Aberystwyth, turystycznej miejscowości na wybrzeżu Walii. Był ciepły, słoneczny dzień, ale odrobinę wiało, więc wzburzone face co chwilę uderzały o poszarpane klify. Zaraz po przyjeździe, poznałam chłopaka Nataly, Thijsa. Był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem w koszulce Slayera i czarnej bluzie z kapturem. Niewiele mówił, ale chyba przez to bardziej do siebie pasowali, bo moja szkolna przyjaciółka potrafiła być naprawdę rozgadaną osobą. Chwilę później zgarnął mnie Eric. Objął ręką moje ramiona i poprowadził wzdłuż brzegu, pokazując mi urokliwą, prywatną plażę. Kiedy wreszcie udało mi się od niego uwolnić, natychmiast dopadła mnie Angelica. – Marika… chciałam zapytać, to znaczy – wahała się dziewczyna – czy ty chodzisz z Ericem? Wszyscy mówią, że jesteś jego dziewczyną… – Nie jestem – odpowiedziałam prosto, żeby przynajmniej jej wbić to do głowy – naprawdę go lubię, ale nie w ten sposób – dodałam na wszelki wypadek. Twarz Angelicy ozdobił wesoły uśmiech. – Więc, nie będziesz miała nic przeciwko temu, że go poderwę? – zapytała pogodnie. Ona mnie o to pyta? Od kiedy stałyśmy się takimi przyjaciółkami? Mimowolnie sięgnęłam ręką do policzka, na którym dalej gościł, prawie już zupełnie wyblakły siniak po uderzeniu piłką do koszykówki. – Nie, jasne, że nie – odpowiedziałam uprzejmie, mając cichą nadzieję, że może to załatwi problem podrywającego mnie Erica. Potem zaczepiały mnie kolejne osoby, a każdy czegoś ode mnie chciał. Nie wszystkich nawet znałam. Wytrzymałam może półgodziny, a później stwierdziłam, że mam dość. Nie lubiłam być w centrum uwagi. Za to spostrzegłam, że moja przyjaciółka, Marta, naprawdę to uwielbia. Stała na plaży otoczona wianuszkiem chłopaków. Uśmiechnęłam się na ten widok. Przynajmniej ona dobrze się bawiła. Wykorzystałam chwilę, w której zostałam sama i przeskakując biały płotek, wymknęłam się na dziką, przyozdobioną stromymi klifami część plaży. Tutaj nareszcie nie było nikogo. Wsłuchałam się w krzyki mew i szum, rozbijających się o skały, morskich fal. W tym miejscu było tak pięknie! Moja dusza wzlatywała w przestworza. Idąc brzegiem, odeszłam spory kawałek od prywatnej plaży. Miałam na sobie sandały, zwiewną, białą sukienkę oraz niebieski sweterek. Stałam i pozwalałam by wiatr rozwiewał moje ubranie i rozpuszczone, jasne włosy. Obejrzałam się za siebie. Byłam tu tylko ja i ta dzikość. Cudowne uczucie! Szłam dalej przed siebie, na samej granicy klifów. Wiał coraz silniejszy wiatr. Pode mną rozbryzgiwała się morska piana. W pewnym momencie przyszła wyższa fala. Nie spodziewałam się tu takiej. Podmyła mi nogi. Pośliznęłam się, zsuwając z klifu do wody. Nie było zbyt wysoko, ale upadek i tak mnie zamroczył. Zanurzyłam się w wodę. Dookoła kłębiła się piana. Wszędzie było tak samo ciemno. Nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół. Zaczynało mi brakować powietrza. Nadludzkim wysiłkiem walczyłam z morskim prądem. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Poczułam na sobie czyjeś ręce. Ktoś ciągnął mnie w górę. Oślepiło mnie jasne słońce, gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, a potem znów nakryła mnie morska fala. Otoczyły mnie silne ramiona. Chwilę, później plując i kaszląc wodą, znalazłam się na brzegu. – Wszystko w porządku? – zapytał Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. Skinęłam głową, pozbywając się z ust kolejnej porcji słonej wody. Zadrżałam z zimna. Chłopak przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. Miał na sobie tylko przemoczone spodnie, był na bosaka. Wstał, podniósł mnie ze żwirowatego piasku. Na plaży walały się porozrzucane części jego ubrania. Schylił się i podniósł koszulę. Postawił mnie na ziemi. Ugięły się pode mną nogi. Przytrzymał mnie obejmując w pasie. – Zdejmuj ten mokry sweter – rozkazał. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał zagniewanym, ale i pełnym ulgi głosem. Posłusznie zdjęłam sweter. Nie protestowałam, kiedy rozpiął moją doszczętnie przemoczoną sukienkę. W międzyczasie musiałam gdzieś zgubić buty. Kiedy zostałam w samej bieliźnie, chłopak okrył mnie swoją koszulą. Sięgała mi do połowy ud. Zaczął zapinać guziki. – Chciałam trochę pobyć sama – mruknęłam cicho. – Śledziłeś mnie? – przyszła mi nagle do głowy irracjonalna myśl, którą wypowiedziałam na głos. Martin odwrócił wzrok. – Poszedłem za tobą – przyznał. – Ale dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc. – Martwiłem się – uśmiechnął się leciutko. – Jesteś wmieszana w zbyt wiele naszych spraw. Ktoś mógł cię skrzywdzić. – To dlatego odwoziłeś mnie do szkoły? – zgadłam. – I dlatego przez ostatni tydzień pożyczałeś Ericowi motor? – Zasugerowałem mu, że może cię podwozić do szkoły – przyznał. – Tak na wszelki wypadek. Westchnęłam. Martin, który do tej pory nie przestał mnie obejmować w pasie, wziął mnie na ręce. Odruchowo oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzałam na chłopaka pytająco. – Schowamy się przed wiatrem – mruknął. Zaniósł mnie za linię drzew. Posadził na trawie. Znaleźliśmy się na niewielkiej, skąpanej w majowym słońcu polanie. – Poczekaj – poprosił. Pobiegł na plażę, by po chwili wrócić z naszymi ubraniami. Otulił mnie swoją kurtką, a potem usiadł przy mnie. Przez chwilę siedzieliśmy wpatrując się w siebie w milczeniu. Wreszcie nie wytrzymałam. – Martin, jesteś jedną wielką zagadką! – wybuchłam. – Raz mnie nienawidzisz, trzymasz się ode mnie z daleka, a potem mnie całujesz, kiedy myślę, że wszystko jest ok. wywalasz mnie ze swojego domu, a teraz martwisz się o mnie i właściwie ratujesz mi życie. O co w tym chodzi? Czego ty do diabła chcesz? Uśmiechnął się ponuro. Jego chabrowe oczy zalśniły. – Chciałbym, żebyś nie była dziewczyną mojego brata – oznajmił patrząc mi w oczy. – Przecież do cholery nie jestem i nigdy nie byłam! – warknęłam. – Więc pogrywasz z nami obydwoma – prychnął. – Brawo! A sądziłem, ze jesteś kiepską aktorką – dodał pogardliwie. Zamrugałam. – O czym tu mówisz? Nic mnie nie łączy z Ericem i nic nigdy nie będzie łączyło. – On twierdzi co innego – powiedział odrobinę mniej pewnie. – Niech sobie mówi co chce! – warknęłam wkurzona. – To i tak nie zmienia faktów. – Więc dlaczego wtedy ode mnie uciekłaś? – zapytał wpatrując się we mnie intensywnie. – I co następnego dnia robiłaś u nas w domu? – Uciekłam? – nie mogłam uwierzyć, że on naprawdę coś takiego wymyślił. – To dlatego byłeś wtedy taki wściekły? Myślałeś, że się tobą bawię? – Nie – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Sądziłem, że mścisz się na Ericu, za to co robił na ognisku. Dlatego byłem wkurzony. – Poszłam wtedy od ciebie, bo już wschodziło słońce i miałam może trzy godziny, żeby się wyspać. W sobotę od rana sprzedawałyśmy z Martą kwiaty. Gdybym pożegnała się w jakikolwiek inny sposób, nie potrafiłabym odejść – wyznałam szczerze, a w moich oczach z jakiegoś powodu zalśniły łzy. – Na Starym Mieście zgarnął nas Eric, chciał przeprosić. Kupił od nas wszystko co sprzedawałyśmy, zaprosił nas do kawiarni, a potem na basen. Koniec historii. Martin siedział wpatrując się we mnie. Potem zbliżył się jeszcze bardziej. Przyciągnął do siebie. Wplótł palce w moje mokre włosy. Pocałował. Potem kolejny raz i znowu. To było inne od poprzedniego razu. Jeszcze bardziej intensywne. Czułam w nim taką niesamowitą ulgę, że aż przechodziły mnie dreszcze. – Jestem idiotą, kretynem – szepnął tuż przy moim uchu. – Przepraszam. Powinienem był zapytać ciebie co jest grane, nie jego. Oplotłam mu szyję ramionami. Usiadłam na jego kolanach, nie zwracając uwagi na to, że nie mam na sobie spodni. Pisnęłam, kiedy moja skóra dotknęła zimnego, mokrego materiału. Roześmiał się. Położył mnie na trawie, a sam pochylił się nade mną. Znów poczułam jego usta na swoich. Czy tak wygląda niebo? Odgarnęłam mu z twarzy opadające na oczy kosmyki ciemnych włosów. Jeszcze niedawno żywe, czerwone zadrapanie na policzku, było już teraz tylko cienką, białą kreską. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie. Przyszło mi do głowy, że jednak, mimo wszystko, spędzenie urodzin nad morzem, mogło być całkiem niezłym pomysłem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wracaliśmy brzegiem morza, trzymając się za ręce. Martin niósł moją mokrą sukienkę i sweter, a ja ciągle miałam na sobie jego koszulę i motocyklową kurtkę. Kiedy na horyzoncie ukazał nam się biały płot, dzielący prywatną plażę od dzikiej, chłopak puścił moją dłoń. Spojrzałam na niego pytająco. – Lepiej, żeby nikt nie zobaczył nas razem – powiedział cicho. Co?! To było dla mnie jak policzek. – Wstydzisz się mnie? – zadałam pierwsze pytanie jakie przyszło mi na myśl. – Nie o to chodzi… – zaczął. – Jakoś Eric nie miał oporów żeby pokazywać się ze mną przy znajomych, albo przedstawić mnie matce – warknęłam. Martin spojrzał na mnie zaskoczony. – Przedstawił cię Helenie? Niemożliwe! – oznajmił z całym przekonaniem. – Nie przedstawiłby jej byle kogo. – Więc jestem byle kim?! – wrzasnęłam na niego. – Nie o to mi chodziło – próbował sprostować. – Miałem na myśli, że jesteś osobą, która niewiele znaczy… Nie pozwoliłam mu skończyć. Uderzyłam go w twarz. – Jesteś prawdziwym dupkiem, Martinie Corvidae! – krzyknęłam na niego, wyrywając mu swoje ubrania, a potem odwróciłam się i najszybciej jak potrafiłam pobiegłam w stronę prywatnej plaży. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Znajomi ze szkoły obrzucali mnie zaskoczonymi spojrzeniami, a ja tylko biegłam po plaży, boso i w za dużej czarnej koszuli. Nie patrzyłam przed siebie. Wpadłam na kogoś. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że stoję na piasku, naprzeciwko zdezorientowanego Erica. Patrzył na mnie pytająco. Uznałam, że należą mu się wyjaśnienia. Nie wyglądał na zachwyconego faktem, że stałam przed nim w koszuli i motocyklowej kurtce jego brata. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, żeby się uspokoić. W międzyczasie otoczyła nas całkiem pokaźna grupa, na czoło której wysunęła się Marta. Sytuacja była najwyraźniej zbyt abstrakcyjna, ponieważ nikt się nie odezwał. – Zsunęłam się z klifu – powiedziałam cicho, patrząc tylko na Erica. – Utopiłabym się gdyby nie twój brat. Jak wściekła nie byłabym na Martina, to jednak taka była prawda. W zielonych oczach chłopaka pojawił się gniew, ale i jakaś dziwna ulga. Marta pisnęła. Przyskoczyła do mnie oplatając mnie ramionami. Chwilę później zrobiła to samo Nataly oraz Angela. Dziewczyny zabrały ode mnie mokre ubranie. Słyszałam zadawane różnymi głosami pytania czy wszystko w porządku czy nic mi nie jest. Eric objął mnie ramieniem, niemal wyrywając koleżankom. Wyprowadził z tłumu i pociągnął gdzieś za sobą. Spojrzałam na niego pytająco. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał gorączkowo, prowadząc w kierunku wyjścia z plaży. – Było tam ładnie – mruknęłam odrobinę zawstydzona. Chłopak z dezaprobatą pokręcił głową. – Dokąd idziemy? – zapytałam, kiedy wspięliśmy się po drewnianych schodach. – Nie będziesz przecież chodziła w mokrym ubraniu – oznajmił stanowczo, nie patrząc na mnie. Potem jednak, jakby mimowolnie, spojrzał. W jego oczach zobaczyłam niechęć. – A tak tym bardziej nie będziesz – westchnął. Wsadził mnie do samochodu i zawiózł do jakiegoś sklepu. Miałam tylko nadzieję, że skoro prowadzi, znaczy to, że nic jeszcze nie wypił, w końcu mieliśmy tu zostać na noc. Kiedy tylko zaciągnął mnie do środka, natychmiast ruszyłam z powrotem w stronę wyjścia. Chłopak zagrodził mi drogę. – Eric, daj spokój – poprosiłam. – Moje rzeczy szybko wyschną, poza tym nie stać mnie na ten sklep – to była filmówka, jedna z tych, w których ceny zazwyczaj są obłędne. – Trudno – niemal warknął chłopak, a ja czułam, że w środku aż go roznosi. Wyglądało na to, że z trudem nad sobą panował. Uśmiechnęłam się na myśl, że może jednak jest w nim jakieś podobieństwo do Martina… – Mnie stać – oznajmił, po czym zawołał jedną z elegancko ubranych ekspedientek. Eric opowiedział co się stało. Sprzedawczynie nie tylko znalazły mi nowe ubranie – całe, od bielizny aż po buty – ale także wysuszyły mi włosy i pomogły się uczesać. Były bardzo miłe. Jedna z nich nawet wyjęła podręczną kosmetyczkę, żeby poprawić mój rozmazany przez morską wodę makijaż. Kiedy skończyłyśmy, Eric wyglądał na zadowolonego. Bez mrugnięcia przyjął do wiadomości obłędną sumę i zapłacił za ubrania kartą kredytową. Gdy wreszcie udało nam się wyjść ze sklepu, miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się z nowego ubrania i faktu, że nie będę przyciągała za dużą koszulą Martina jeszcze większej uwagi, a z drugiej czułam się głupio w stosunku do Erica. W dalszym ciągu boleśnie pamiętałam nieprzyjemne słowa, Martina, że jego brat, nie przedstawiłby matce byle kogo. Więc może jednak dla Erica, nie byłam „byle kim”. – Ślicznie wyglądasz – oznajmił chłopak, z zadowoloną miną obejmując mnie ramieniem. Uśmiechnęłam się do niego promiennie. Miałam na sobie kraciastą spódniczkę, czarny golf bez rękawów i również czarny, bardzo przyjemny w dotyku, mięciutki sweterek. Na nogach natomiast miałam wysokie, skórzane buty. Bardzo spodobał mi się mój nowy strój. Rozpuszczone, jasne włosy, spływały mi na ramiona falującą kaskadą. Tego dnia, zdecydowanie bardziej niż zwykle przypominałam sobą dziewczynę. No cóż, w końcu jakby nie patrzeć, to były moje urodziny! Wsiedliśmy do czerwonego samochodu. Kiedy dojechaliśmy do plaży, Eric zwlekał z wysiadaniem. Wyraźnie walczył sam ze sobą. – Co robi tutaj Martin? – zdecydował się w końcu zapytać. Wzruszyłam ramionami. – Zaprosiłam go. Wtedy, kiedy uznałeś, że „sobie poradzi” – mruknęłam. – Pamiętasz? Masz coś przeciwko? – zapytałam. Eric przecząco pokręcił głową. – Nie, jasne, że nie. To przecież twoje urodziny – oznajmił. – Po prostu nie chciałbym, żeby ci je zepsuł. Odrobinę posmutniałam na myśl, że na to, to już jest chyba za późno. Nie zamierzałam się jednak przejmować głupim Martinem. Uświadomiłam sobie, że Eric ma rację. To moje urodziny i będę się na nich dobrze bawić. Nachyliłam się ku chłopakowi i pocałowałam go w policzek. – Dziękuję, za wszystko – powiedziałam obdarzając go promiennym uśmiechem, a potem wysiadłam z samochodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje pojawienie się na plaży, w nowym, suchym ubraniu, wywołało spore poruszenie. Zwłaszcza, w momencie, gdy dogonił mnie Eric, naturalnym gestem obejmując ramieniem moją talię. Zobaczyłam Martina. Siedział jak zwykle oddalony od wszystkich i wszystkiego. Już nie był w samych, przemoczonych spodniach. Miał na sobie, najwyraźniej pożyczony od kogoś, zbyt szeroki na niego, czarny t-shirt i jakieś suche jeansy. Postanowiłam, że będę go ignorować. Eric przeprosił mnie na chwilę i podszedł do brata. Oddał mu jego ciuchy. Potem już nie widziałam co się między nimi dzieje, bo na bok odciągnęła mnie Marta, gorliwie i zapewne w dobrej wierze, wypytując mnie o wypadek, Martina i przede wszystkim Erica. W towarzystwie przyjaciółki, z Nataly i jej chłopakiem, a nawet z Angelą i Paulą bawiłam się całkiem nieźle. Wreszcie zaszło słońce, zbliżał się wieczór. Chłopacy na plaży rozpalili ognisko. Stanęłam nad brzegiem morza, patrząc na spienione fale. W nocy morze też było cudowne, chociaż przechodziły mnie dreszcze na wspomnienie tego, jak dzisiaj do niego wpadłam. Tak, zdecydowanie piękniejsze było z brzegu! Stałam tak przez dłuższą chwilę, zupełnie sama, aż w pewnym momencie poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się dość gwałtownie. Z mroku wyłoniła się ponura sylwetka Martina. Chciałam odejść, ignorując jego obecność, ale chwycił mnie mocno za rękę. – O nie! Nie tym razem – oznajmił stanowczo. – Najpierw porozmawiamy. – Świetnie! – warknęłam. – Dzisiaj już wystarczająco wiele mi powiedziałeś o tym, co sądzisz na mój temat. Nie mam ochoty na więcej. – Posłuchaj, nie miałem na myśli niczego złego – westchnął. – Chodziło mi o to, że zarówno Eric jak i jego matka, bardzo zwracają uwagę na pochodzenie i stan majątkowy ludzi – tym razem ujął wypowiedź nieco bardziej dyplomatycznie. – Z tego co wiem, jesteś w naszej szkole na stypendium i nie masz ani jednego ani drugiego, zresztą przecież widziałem jak mieszkasz… Dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie, kiedy powiedziałaś, że przedstawił cię Helenie. Roześmiałam się. – Najwyraźniej to ty zwracasz na to większa uwagę niż on – oznajmiłam spokojnie. Chciał wyraźnie powiedzieć coś jeszcze, ale podszedł do nas Eric. Martin puścił moje ramię. Eric oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego wdzięcznie, tylko po to, żeby zrobić Martinowi na złość. – Coś nie tak? – zapytał Eric patrząc na brata wrogim spojrzeniem. – Rozmawialiśmy – syknął Martin, najwyraźniej mocno niezadowolony, że ktoś mu przerwał. – Skończyliśmy – odparowałam, biorąc Erica pod rękę. – Mam ochotę się czegoś napić, idziemy? – zaproponowałam chłopakowi, a on skinął głowa. Uśmiechnął się zwycięsko, w jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki. Razem poszliśmy w stronę ogniska, zostawiając Martina samego, nad brzegiem wzburzonego morza. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W poniedziałek w szkole zaczepiało mnie bardzo wiele osób. Głównym tematem dnia były moje weekendowe urodziny. Poznałam wielu nowych ludzi, dostałam całą masę prezentów i nawet nie wiedziałam co jest od kogo, więc na wszelki wypadek ogólnie dziękowałam wszystkim. Dziwnie było z dnia na dzień stać się popularną i powszechnie lubianą osobą. Wiedziałam, że całe to zamieszanie zawdzięczam Ericowi, ale wcale nie byłam pewna czy jestem z niego zadowolona. Na długiej przerwie miałam już serdecznie dość. Wymknęłam się bocznym korytarzem, żeby ominąć zatłoczoną stołówkę. Tam natknęłam się na Martina. Siedział na parapecie, słuchając mp3. Zamyślony patrzył w okno. Jego szczupła sylwetka, ciemne, lekko przydługie włosy i ta cudowna aura tajemniczości. Boleśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi się ten chłopak podoba! Kiedy odwrócił głowę i mnie spostrzegł, jego obojętna twarz zmieniła się w gradową chmurę. Zeskoczył z parapetu. Wyłączył muzykę. Podszedł do mnie, obrzucając pogardliwym spojrzeniem. – Ile ci zapłacił? – zapytał. – Naprawdę było warto? Spojrzałam na niego oniemiała. – O co ci chodzi? Pokręcił głową. Prychnął. Wyciągnął z plecaka kolorowe pismo. – Myślałem, że jesteś inna – stwierdził i rzucił mi je pod nogi odchodząc. Zdumiona podniosłam gazetę. To nie był brukowiec, czego się spodziewałam, tylko jakieś pismo o modzie. Zaskoczona, szeroko otworzyłam oczy. Na okładce byłam właśnie ja! Razem z Martą uśmiechałyśmy się, pozując do zdjęcia w strojach kąpielowych. Ogarnęła mnie złość. Jak Eric mógł wymyśleć coś takiego za moimi plecami?! Dogoniłam znikającego za rogiem Martina. Spojrzał na mnie ponuro. – Co jeszcze tu jest? – warknęłam. Spojrzenie chłopaka zmieniło się. Dalej było chłodne, ale już nie takie lodowate. Otworzył gazetę pokazując mi rozkładówkę z moją postacią. Musiałam przyznać, ze na tych zdjęciach wyglądałam rewelacyjnie. Zupełnie jak nie ja. Z pewnością nie była to ta sama osoba, którą na co dzień oglądałam w lustrze. Przeczytałam co głoszą nagłówki: „Koleżanki syna Heleny Devree, Erica pomagają sławnej aktorce i od niedawna uznanej projektantce mody promować kolekcję nowych kostiumów kąpielowych.” Tylko dlaczego nikt nie raczył zapytać mnie o zgodę na jakąkolwiek publikację?! – Nie wiedziałaś o tym? – spytał domyślnie Martin. Przecząco pokręciłam głową. – Nie miałam pojęcia – westchnęłam. – To znaczy fotograf robił nam jakieś zdjęcia, kiedy byłyśmy u was na basenie, ale nie miałam pojęcia, że chcą to gdzieś publikować. Myślałam, że to taka zabawa… – mruknęłam. Teraz cały obraz tego nonsensu, który spotkał nas u Erica w domu, stał się dla mnie zupełnie jasny. – Przepraszam – odezwał się cicho Martin. – Mogłem się tego domyślić. Ta suka nigdy nie wahała się przed wykorzystywaniem ludzi do własnych celów. Zamurowało mnie. Wpatrzyłam się w niego szeroko otwartymi ze zdumienia i zgrozy oczami. – Martin, ty mówisz o swojej matce… – szepnęłam. – To nie jest moja matka – oznajmił twardo chłopak. – Nie jest i nigdy nią nie była! Nie miałam teraz na to czasu, miałam zamiar rozmówić się z Ericem, zanim skończy się długa przerwa. – Pozwolisz, że wezmę to pisemko? – spytałam zmieniając temat. Chłopak skinął głową. Uśmiechnął się łobuzersko. – Jest twoje. Mam w domu drugi egzemplarz – mruknął. – Co zamierzasz z nim zrobić? Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie skomentowałam. – Planuję pokazać je Ericowi – westchnęłam. – I jeżeli będzie trzeba, wepchnąć mu je do gardła – dodałam mściwie. Kąciki ust Martina uniosły się w leciutkim uśmiechu. – W takim razie idę z tobą – oznajmił, a ja nie protestowałam. Erica znaleźliśmy na stołówce. Jak zwykle był w centrum uwagi. Zaskoczonego odciągnęliśmy na bok. – Co to ma być? – spytałam pokazując mu pismo. Chłopak spojrzał na mnie nie rozumiejąc. Jego zielone oczy patrzyły na mnie pytająco. Martin przyglądał się całej scenie, stojąc z boku z założonymi na torsie rękami. – Zdjęcia… – stwierdził niepewnie, przeglądając pismo. – Dlaczego tutaj są?! – warknęłam na niego. – O co ci chodzi, przecież są całkiem niezłe – oznajmił wzruszając ramionami. – A skoro podpisałaś umowę… – Podpisałam co?! – syknęłam na niego. – Niczego nie podpisywałam! Eric zamrugał. – Księżniczko – zaczął poważnym tonem – twoja przyjaciółka Marta, dostała do ręki umowę w dwóch egzemplarzach. Dostała też pieniądze za sesję. Obie umowy wróciły podpisane. Nie podpisywałaś jednej z nich? – Do cholery, niczego… – zaczęłam, ale w słowo wszedł mi Martin. Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem. – Marika, zastanów się – powiedział cichym, ale jednocześnie takim, że musiałam zwrócić uwagę na każde, poszczególne słowo, głosem. – Fałszerstwo to poważny zarzut. Grozi za nie więzienie. Warknęłam na niego wkurzona, ale musiałam przyznać mu rację. Najpierw powinnam rozmówić się z Martą. – Porozmawiamy o tym później – rzuciłam do Erica i zostawiając ich obydwu w stołówce, wyszłam na korytarz, by zaczekać pod klasą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wiadomość o moich zdjęciach w znanym czasopiśmie rozeszła się po szkole lotem błyskawicy. Chłopacy gwizdali na mój widok, a dziewczyny gratulowały lub rzucały zazdrosne spojrzenia. Ani trochę nie byłam z tego zadowolona. W tym wypadku akurat Martin miał rację. Nie byłam taka. Nie odpowiadało mi tego typu życie. Nie chciałam takiego zainteresowania. Dlatego wieczorem, w mieszkaniu, napadłam na przyjaciółkę kiedy tylko weszła. – Podpisałaś za mnie umowę na publikację zdjęć?! – krzyknęłam na nią. Marta stanęła przy drzwiach zmieszana. Na jej twarzy pojawił się czerwony rumieniec. – Podpisałam za ciebie umowę – przyznała – ale mieli opublikować tylko moje zdjęcia. Dostałam za to całkiem sporo kasy… – mruknęła. – Nie gniewaj się, proszę. Wcisnęłam jej do ręki pismo, a potem położyłam się na łóżku. Byłam naprawdę wściekła. – Cała szkoła o tym gada – syknęłam. Marta zaczęła przeglądać gazetę. – To bardzo ładne zdjęcia – stwierdziła. – Nie dziwię się, że o nich mówią. Marika, pomyśl! To dla nas wielka szansa! Po takim debiucie, mogłybyśmy zostać modelkami! – uśmiechnęła się rozmarzona. – Oczywiście, skoro twoje zdjęcia też tu są, to podzielę się z tobą pieniędzmi… – dodała szybko. – Nie chcę być modelką! – powiedziałam twardo. – I nie chcę żadnych pieniędzy. Zatrzymaj je i na przyszłość nigdy, przenigdy nie waż się robić niczego za mnie – oznajmiłam. Marta podeszła, usiadła przy mnie na łóżku. – Mari, nie gniewaj się na mnie, przepraszam – powiedziała potulnie, dotykając mojego ramienia. – Spędziłam wtedy naprawdę cudowny dzień… – Nie gniewam się – westchnęłam stwierdzając, że naprawdę, cała złość na przyjaciółkę mi przeszła. – Tylko proszę, nigdy więcej tego nie rób. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie. – Obiecuję – powiedziała pewnym głosem. – Bardzo, bardzo przepraszam! Szkoda, że ten cały Eric jest tak strasznie zapatrzony w ciebie – dodała po chwili żartobliwie – bo naprawdę niezłe z niego cicho i chętnie bym sobie takiego przygruchała! – To nie jest mój Eric – stwierdziłam cicho, będąc przekonana, że być może popełniam poważny błąd. Nie chciałam, żeby chłopak zranił Martę, a ciągle żywo przed oczami stały mi pocałunki Erica z Angelą. – Masz wolną rękę, tylko błagam, uważaj na niego! Migdałowe oczy Marty błysnęły niebezpiecznym blaskiem. – Możesz być o tym przekonana – zapewniła. – Tylko pamiętaj, że i tak dowiem się, w kim jesteś zakochana, skoro pomyliłam się i nie jest to cudowny książę Eric. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy się uspokoiłam, nareszcie byłam w stanie zabrać się za lekcje. Wypakowałam swoją torbę. Spojrzałam zaskoczona, kiedy na łóżku wylądowała płyta CD. Była rozpakowana. Zajrzałam do środka. Zaschło mi w gardle. Koncertowy album Blind Guardian z podpisami całego zespołu! W środku była także złożona na cztery części biała kartka z papeterii, z moim imieniem napisanym, równiutkim, ale zdecydowanie męskim, charakterem  pisma. Rozłożyłam ją, zaglądając do środka. „Przepraszam, jestem durniem, ale to już wiesz. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Chciałem Ci dać prezent w piątek, ale sama wiesz, jak wyszło. Jeżeli masz ochotę porozmawiać, to będę czekał o siódmej, na wzgórzu w parku Martin” Głosił staranny napis. Była już prawie dziesiąta. Coś się we mnie zagotowało. Całą sobą nienawidziłam tego chłopaka. Nie podobało mi się, że tak na mnie działa. Pewnie i tak już dawno go tam nie ma! Chwyciłam kurtkę, włożyłam na nogi adidasy i pędem wybiegłam z mieszkania. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje serce zabiło jak oszalałe, kiedy zobaczyłam siedzącą na ławce, smukłą sylwetkę. Naprawdę, nie spodziewałam się, że jeszcze będzie czekał, ale mimo to musiałam sprawdzić. On jednak tam był. Siedział ze spuszczoną głową i słuchawkami na uszach. Był wyraźnie zrezygnowany, ale mimo wszystko nie odchodził. Kiedy podniósł na mnie wzrok, zobaczyłam jakąś dziwną, niesamowitą determinację w jego niebieskich oczach. Usiadłam przy nim w milczeniu. Wyłączył muzykę. – Nie sądziłem, że jeszcze przyjdziesz – przyznał szczerze. – Dopiero teraz przeczytałam twoją kartkę – odpowiedziałam wpatrując się w ukryte w mroku drzewa. Parkowe alejki oświetlało rozproszone światło nielicznych latarni. Nie było tu żywego ducha, nikogo poza nami. Dodatkowo znajdowaliśmy się na stromym wzgórzu, z którego, jeśli wyszlibyśmy zza krzaków, podziwiać można było panoramę miasta. Martin uśmiechnął się z przekąsem. Nie odpowiedział. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę, a ja tak bardzo chciałam się do niego przytulić! Przypomniały mi się jego niemiłe słowa, to, że nie chciał się nikomu ze mną pokazywać, ale mimo tego pragnienie, żarliwa ochota, ani trochę się ode mnie nie odsunęły. Gwałtownie odwrócił się w moją stronę. – Marika, kocham cię – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Prawnie na samym początku się w tobie zakochałem. Zerwałam się z ławki, żałując, że nie mam niczego, czym mogę w chłopaka rzucić. – Ty draniu! – krzyknęłam, nie zwracając na nic uwagi. W oczach zalśniły mi łzy. – Znowu chcesz się ze mną pobawić? Co ja ci takiego zrobiłam?! Martin westchnął. W kącikach jego ust pojawił się smutny uśmiech. Odwróciłam się i chciałam odejść. Nie pozwolił mi. Chwycił mnie za rękę. Nie puszczając z powrotem posadził na ławce. – Posłuchaj co chcę, ci powiedzieć – rozkazał gniewnym głosem – proszę – dodał jakby reflektując się po chwili. Niechętnie skinęłam głową. Jego słowa, przekonanie o tym, że nie były szczere, paliły mnie żywym ogniem. – Jest wiele rzeczy, o których muszę ci powiedzieć – westchnął – ale dwie z nich są najbardziej istotne. Po pierwsze, nigdy, przenigdy nie myśl, że mógłbym się ciebie wstydzić – jego niebieskie oczy płonęły. Zacisnął dłoń na moim nadgarstku. – Nie chcę, żeby nas razem widzieli, bo się o ciebie cholernie boję. Rozumiesz? – Przecząco pokręciłam głową. Po policzkach spływały mi łzy. – Sama widziałaś co się dzieje, mruknął. Za dwa tygodnie mam zeznawać w sądzie, przeciwko rodzicom Antona i Michaela. Wtedy to się skończy. – Jak to? – nie zrozumiałam. Czegoś takiego po prostu nie przyszło mi do głowy się spodziewać. Uśmiechnął się przekornie. – Ich rodzice mają duże fabryki. Zatrudniali pracowników z różnych krajów, a potem wyrzucali nie płacąc. Robią też wiele innych nieciekawych rzeczy. Przeglądałem dokumenty, widziałem jak je fałszują, byłem przy czymś, czego nie powinienem był widzieć – oznajmił cierpko. – Nie potrafiłem odpuścić. Jest przeciwko nim proces i zamierzam w nim zeznawać jako świadek. – Przecież jesteś jeszcze uczniem… – Mam dziewiętnaście lat – roześmiał się chłopak. – W tym roku kończę liceum. W świetle prawa jestem już bardziej niż pełnoletni. – Czemu Eric bierze w tym udział? – spytałam mimochodem. Martin wzruszył ramionami. – Wielokrotnie prosił mnie, żebym zrezygnował. Widział co się dzieje. Nie potrafiłem. Prokurator uświadomił mi, że bez moich zeznań, prawdopodobnie nic nie będą im w stanie udowodnić. Dlatego się na mnie uwzięli. Eric dołączył do nich, bo się bał, że naprawdę zrobią mi krzywdę. – A ta druga sprawa? – spytałam nie do końca potrafiąc sobie ułożyć to wszystko w głowie. – Najpierw mi powiedz, czy nie robię z siebie idioty i czy ty też w ogóle coś do mnie czujesz? Roześmiałam się. – Zważywszy, że siedzę z tobą w środku nocy w parku, to chyba było zbędne pytanie – mruknęłam. – Nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia z dziewczynami – przyznał. – Większość z nich leciała na kasę mojego ojca i na tym kończyły się nasze znajomości. Mojemu bratu to odpowiada, mnie nie. – Jestem pewna, że widziały w tobie coś więcej – mruknęłam – przynajmniej do momentu, aż się nie odezwałeś – dodałam. Warknął na mnie, ale tym razem na jego twarzy widziałam pełen ulgi uśmiech. Jego niebieskie oczy iskrzyły się łobuzersko, kiedy przyciągnął mnie do siebie i zaczął łaskotać. Potem na powrót spoważniał, nie wypuścił mnie jednak z objęć. Oparłam się o niego wygodnie. – Więc chodzi o powód – zaczął niechętnie – dla którego tak się zdziwiłem, że Eric przedstawił cię Helenie. Nie masz tytułu, nie jesteś bogata. Widzisz, istnieje coś takiego jak mezalians. Gdyby nasz związek zaszedł za daleko, ojciec zapewne postawi mi ultimatum. Prawdopodobnie każe mi ożenić się z córką jednego ze swoich partnerów handlowych. Poczułam jak coś boleśnie ściska mnie w środku. Gwałtownie usiadłam. Czy on właśnie proponował mi związek zabawę?! Wszystko fajnie, ale do czasu?! Znów poczułam przemożną ochotę, żeby go czymś uderzyć.  – A ty to zrobisz? – zapytałam, żeby się upewnić. Roześmiał się. – Nie, nie to miałem na myśli – stwierdził odwracając wzrok. – Po prostu jeżeli tego nie zrobię, to mnie wydziedziczy. Będę zdany tylko na siebie, rozumiesz? – zapytał cicho. – Mam gdzieś ojca i jego pieniądze, ale chciałem żebyś wiedziała. Żeby nie to kierowało twoimi decyzjami… – Jesteś głupszy niż myślałam! – warknęłam na niego. – Naprawdę sądziłeś, że lecę na kasę twojego ojca?! Nie uważasz, że to idiotyczne? Znacznie łatwiej byłoby mi być w takim wypadku z Ericem i po prostu przymykać oczy na jego głupie wyskoki. – Wiem, wcale tak nie myślałem, gdybym myślał, nie czekałbym tu na ciebie przez trzy godziny – mruknął, naśladując ton mojej wcześniejszej wypowiedzi. – Po prostu chciałem, żebyś wiedziała. Dasz mi szansę? – zapytał cicho. Odwróciłam się ku niemu. Oplotłam ramionami jego szyję, wplatając palce w ciemne, rozwichrzone włosy. Pocałowałam go w usta. Poczułam jak całe moje ciało przeszywają przyjemne dreszcze, kiedy objął mnie, a potem odwzajemniał przepełniony ulgą i nadzieją pocałunek. Tak brzmiała moja odpowiedź. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Następnego dnia rano jeszcze z okna zauważyłam wiśniowy motocykl. Pędem zbiegłam po schodach, nie mogąc się doczekać spotkania z Martinem. Pocałował mnie na powitanie, mocno przyciągając do siebie. Przymknęłam oczy, wtulając się w jego ramiona. Ten chłopak był tak cudownie nieznośny! Usiadłam za nim, mocno wtulając się w jego plecy. Zostawił mnie jak zwykle w bocznej uliczce pod szkołą. Tym razem jednak nie miałam nic przeciwko. Do rozległego budynku liceum weszłam naprawdę zadowolona z życia. Wesoło rozmawiałam z Ericem i Nataly. Tego dnia nawet nikt mnie specjalnie nie zaczepiał. Po prostu żyć nie umierać. Na długiej przerwie wspięłam się schodami na najwyższe piętro. On już tam czekał. Przytulił mnie do siebie, a ja czułam się jakbym nie widziała go całe wieki, a nie ostatni raz rano. Objął mnie w pasie i posadził na drewnianej skrzyni. Nie mogłam oderwać rąk od jego włosów i twarzy, ust od jego ust, nie chciałam! Uśmiechnął się, kiedy objęłam go nogami w pasie. Nawet nie zauważyłam, kiedy długa, prawie godzinna przerwa, dobiegła końca. Niechętnie zsunęłam się ze skrzyni, kierując w stronę drzwi. Chwycił mnie za rękę. – Zaczekaj – poprosił. – Nie możesz zostać? – Przecież wiesz, że nie – westchnęłam. – Mam lekcje. O ile byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli pokazywać się razem! Wtedy spędzałabym z Martinem swobodnie każdą przerwę. – Marika, to nie do zniesienia – szepnął przyciągając mnie do siebie bliżej. Objął mnie ramionami. Przytulił. – Jest gorzej, niż kiedy myślałem, że wcale cię nie mam. – Zobaczymy się wieczorem, prawda? – spytałam z nadzieją. Skinął głową. Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. – Mamy apartament nad morzem. Pojedziesz tam ze mną na weekend? – zapytał z nadzieją. – Zauważyłem, że lubisz morze – dodał złośliwie. Kopnęłam go w kostkę. Roześmiał się. Właściwie, to czemu nie? – Dobrze, pojadę – odpowiedziałam i obdarzając go promiennym uśmiechem zniknęłam za drewnianymi drzwiami strychu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Istnieje taka tęsknota serca, pragnienie. Nadzieja, że może uda się wreszcie uchwycić coś ulotnego. Wszystko w środku w człowieku krzyczy, gdzieś się wyrywa. Odnajdują się dawno zapomniane marzenia. I to piękno! Takie rzeczy, na które patrzenie sprawia niemal fizyczny ból. Stałam nad brzegiem morza, plecami opierając się o obejmującego mnie ramionami Martina i patrzyłam na najcudowniejszy w świecie zachód słońca. Miałam ochotę mruczeć z rozkoszy. To miejsce, ta chwila, wszystko było takie cudowne! Jak w bajce! Do pokoju wróciliśmy dopiero, kiedy zupełnie się ściemniło. Właściwie to apartament, w którym mieliśmy spać, ciężko nazwać było „pokojem”. Było to urządzone w dobrym stylu studio, z salonem, własną kuchnią, oddzielną sypialnią i wielką łazienką z jacuzzi. Do środka natomiast wchodziło się jak do hotelu – poprzez restaurację i recepcję. Były też sprzątające po wizytach gości pokojówki. Jeszcze w progu Martin wziął mnie na ręce i zadowolony z siebie zaniósł na wielkie, wyściełane atłasową pościelą łóżko. Sam położył się, tak, że był bezpośrednio nade mną. Pocałował mnie łapczywie, niemal nachalnie. Jego dłoń zachłannie wodziła po mojej bluzce. – Martin, zwolnij – szepnęłam, odrywając się od niego z niemałym trudem. Całą sobą chciałam więcej, a jednocześnie panicznie się bałam. – Przepraszam – powiedział, niechętnie odsuwając się ode mnie. Położył się przy mnie na łóżku. Leżał na plecach wpatrując się w sufit. Jego oddech i puls były przyspieszone. Podniosłam się, kładąc mu głowę na ramieniu. Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu, próbując uspokoić oddechy. Tym razem to ja nie wytrzymałam. Podniosłam się na łokciu, zaczęłam go całować. Wolną ręką sięgnęłam do guzików jego czarnej koszuli, rozpinając je powoli. Zamruczał zadowolony, przyciągając mnie do siebie bliżej. Przesunęłam dłonią po jego odsłoniętym, płaskim brzuchu. Podniósł się gwałtownie, przewrócił mnie na plecy. Pocałunki stały się żarliwsze, gorętsze, ale tym razem nie protestowałam. W pewnym momencie odsunął się ode mnie, przeklął brzydko. Usłyszałam przekręcający się w drzwiach klucz. Oczy chłopaka zapłonęły gniewem, a potem, tak jak na co dzień w szkole, stały się lodowato zimne. – Zostań tutaj – rozkazał cicho, a sam, nie domykając do końca drzwi, wyszedł z pokoju. Jak zwykle nie mogłam opanować ciekawości. Wyjrzałam przez wąską szparę. Zamrugałam. Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę! Do środka wszedł Eric, a u jego boku, wtulona w ramię chłopaka, stała Marta. Martin stanął w drzwiach, blokując im swoją osobą przejście dalej. Bracia spojrzeli na siebie pytająco. Obydwaj mieli skonsternowane spojrzenia. – Co ty tu robisz?! – zażądał wyjaśnień Eric. – A na co ci to wygląda?! – warknął Martin wymownie patrząc na swoją, już całkiem rozpiętą, koszulę. Na twarzy Erica zobaczyłam wyraz prawdziwego zaskoczenia. – Jesteś tutaj z dziewczyną? – zapytał zdziwiony. – Nie, z chłopakiem – uśmiechnął się drwiąco Martin. Poczułam przypływ zazdrości, kiedy spostrzegłam, że Marta wpatruję się w mojego chłopaka łakomym wzrokiem. Co ona w ogóle tu robiła?! – Na długo zostajesz? – zapytał niechętnie Eric. – Do końca weekendu – oznajmił chłodno Martin. Blondyn westchnął. – Poczekaj na zewnątrz, księżniczko – zwrócił się do mojej przyjaciółki. – Wynajmiemy pokój w hotelu, tylko najpierw, jeżeli pozwolisz, rozmówię się z bratem. Marta niechętnie puściła jego ramię i wyszła na korytarz. Eric zamknął drzwi. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo pobladł na twarzy. – Ty nie mówiłeś poważnie, prawda? – zapytał niezbyt pewnie. – Nie jesteś gejem? Martin uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem, ani na milimetr nie odsuwając się od drzwi. – A jeśli jestem, to co? – zapytał lekko rozbawiony. – Nic – powiedział cicho Eric spuszczając wzrok. Nigdy jeszcze nie widziałam u niego takiej postawy. – Po prostu nie afiszuj się z tym za bardzo – poprosił. Martin roześmiał się. Klepnął brata w ramię przyjacielskim gestem. – Nie martw się, mam dziewczynę – powiedział uspokajającym tonem – ale przedstawię ci ją dopiero po procesie – dodał. – Nie chcę, żeby ktoś ją przeze mnie skrzywdził. Eric obdarzył brata pełnym ulgi uśmiechem. Jego zielone oczy zalśniły. – Słuchaj, mam prośbę – oznajmił. – Nie mów nikomu, że tu byłem z tą dziewczyną, zwłaszcza jej nie mów. – Jakiej jej? – spytał ponuro Martin. W jego głosie czuć było napięcie i delikatną groźbę, której Eric jednak najwyraźniej nie zauważył. – Marice – odpowiedział wprost. – Schrzaniłem to, ale mam zamiar dalej o nią walczyć. – W takim razie dlaczego jesteś tutaj z tą laską? – zapytał Martin, groźnie marszcząc brwi. Eric roześmiał się. – Taki mały skok w bok – mruknął. – Jest całkiem niezła i leci na mnie. Bardzo – dodał przeciągając ostatnią sylabę. – Marika to coś poważniejszego. – Dlaczego? – spytał poważnym głosem Martin. – Słyszałem, że przedstawiłeś ją Helenie. Zdziwiło mnie to. Blondyn zamrugał. – To ty nie wiesz? – roześmiał się naprawdę rozbawiony. – Jesteś mało spostrzegawczy, braciszku. To Marika Merowing – oznajmił dumnie, wyraźnie zadowolony z siebie. – Nic nie mówi ci to nazwisko? – Martin pobladł na twarzy, ale Eric mimo to ciągnął dalej. – Jest siostrzenicą Lorda Duncana, a po tym jak jego syn zginął w wypadku, to właściwie jego jedyną dziedziczką. Naprawdę niezła partia. – Idź już – poprosił cicho Martin. – Bawcie się dobrze. – Nawzajem – odpowiedział z pogodnym uśmiechem Eric, posłusznie wychodząc z pokoju. Martin natychmiast zamknął za nim drzwi, wyraźnie, sporym wysiłkiem woli, starając się, żeby nimi nie trzasnąć. Przekręcił klucz w zamku. Zdziwiłam się, kiedy zamiast wrócić do mnie, usiadł na kanapie. Milczał. Wysunęłam się z pokoju. Podeszłam do niego, siadając obok. Spojrzałam pytająco. – Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał zrezygnowany. – O czym? – nie zrozumiałam. – O tym, że twój wuj ma tytuł lordowski – westchnął. Doskonale! Eric postanowił wykorzystać dla zabawy moją przyjaciółkę, a on przejmuje się tylko tym, że mój wuj jest jakimś kretyńskim lordem! Zresztą co za różnica, przecież to on nim jest, nie ja. – A to jakaś różnica? – warknęłam na niego. – Zresztą nawet nie zapytałeś jak się nazywam. Sam jesteś sobie winien. – Zrobiłaś to z premedytacją – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Martin, o co ci do cholery chodzi?! – zapytałam gniewnie. – Czy to naprawdę aż tyle dla ciebie znaczy? Mój ojciec nie żyje, a ja nigdy w życiu nie widziałam nawet swojego wuja na oczy! Jego tytuły mnie nie dotyczą. Gwałtownie chwycił mnie za rękę. Jego spojrzenie nie było chłodne. Było lodowato zimne. – Dotyczą bardziej niż myślisz – warknął. – Martin, proszę cię, to boli – szepnęłam, próbując zabrać dłoń. W oczach zalśniły mi łzy. Czemu zawsze, wszystko musi się w jakiś paskudny, idiotyczny sposób schrzanić. Chłopak puścił moją rękę. – Przepraszam – powiedział cicho. Położył głowę na oparciu kanapy. – Muszę sobie to wszystko poukładać. Jeżeli się spakujesz, to odwiozę cię do domu – mruknął. – I tak nie możemy tu zostać, skoro Eric tu jest. Spojrzałam na niego niedowierzająco. Wstałam z kanapy i z deszczem spływających po policzkach łez, zniknęłam za drzwiami sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Usiadłam na podłodze. Skuliłam się pod ścianą. Oplotłam ramionami kolana. Na dworze padało, więc po prawie dwugodzinnej jeździe na motorze, miałam zupełnie przemoczone spodnie. W obecności Martina, z całej siły walczyłam ze swoimi łzami, ale teraz coś we mnie pękło i po prostu pozwoliłam im płynąć. W końcu, po kwadransie takiego bezsensownego siedzenia wstałam, przeszłam przez niewielki pokój, który na codzie dzieliłam z Martą i wyjrzałam przez okno. Zamrugałam z niedowierzaniem. Na niewielkim podjeździe w dalszym ciągu stał wiśniowy motocykl. Martin chodził niespokojnie wzdłuż płotu. Z wściekłością godną lepszej sprawy, z całej siły kopnął jakiś leżący na ziemi kamień. Z nieba lały się strugi deszczu. Decyzją chwili otworzyłam drzwi i zbiegłam po schodach na sam dół. Bez kurtki, tylko w przemoczonych spodniach i względnie suchej koszulce, wyszłam przed kamienicę. Martin odwrócił się w moją stronę, spojrzał zaskoczony. Jego niebieskie oczy zapłonęły. – Zwariowałaś?! – warknął. Przyskoczył do mnie wpychając z powrotem do kamienicy. On także był cały przemoczony. – Czemu tu stoisz? Dlaczego nie pojechałeś do domu? – zapytałam. – Przeziębisz się. Właściwie nie zdając sobie z tego sprawy, wzięłam go za rękę i pociągnęłam na górę. Szedł posłusznie za mną. – Nie mogłem – powiedział cicho, spuszczając wzrok. W pokoju zdjęłam z niego ociekającą wodą kurtkę. Uśmiechnął się do mnie ponuro. Zsunął z nóg wysokie, motocyklowe buty. Sama drżałam z zimna. Przez tą potworną ulewę, majowa noc stała się naprawdę chłodna. Decyzją chwili zgasiłam światło, rozebrałam się do bielizny i wśliznęłam pod ciepłą kołdrę. To było zaproszenie, on zrobi z nim co będzie chciał. Chłopak stał przez chwilę przy drzwiach, najwyraźniej zastanawiając się co powinien zrobić, potem jednak usłyszałam jak na ziemię opadają jego spodnie. Podszedł do łóżka i położył się obok. Objął mnie ramionami, delikatnie unosząc moją głowę. Wtulił twarz w moje włosy. – Mokre – mruknął rozbrajająco. Roześmiałam się poprzez łzy, które na nowo zaczęły płynąć. Wtuliłam się plecami w jego tors, kradnąc ciepło z jego odsłoniętego ciała. Zauważył, że płaczę. Obejmującą moje ramiona ręką, sięgnął ku wilgotnym policzkom. Delikatnie otarł mi z twarzy łzy. – Czemu tak się przejmujesz moim wujem? – zapytałam cichutko, wiedząc, że jeżeli nie będzie miał ochoty odpowiedzieć, to znowu wszystko się schrzani. – Naprawdę tyle dla ciebie znaczą jakieś pieprzone tytuły? Przygarnął mnie do siebie mocniej, otoczył ramionami, jakby chciał ukryć przed cały światem. Kiedy myślałam, że już nic nie powie, on w końcu się odezwał. – Masz rację – powiedział cicho – mam w dupie wszystkie tytuły świata – przyznał. – Ta wiadomość tak mnie dotknęła, ponieważ przyjaźniłem się z synem Duncana Merowing, Robertem i jak się okazuje, twoim kuzynem. Jeździliśmy razem. Zabił się na motorze. Nie chciał rozjechać jakiegoś cholernego psa i wjechał w drzewo. Byłem przy tym. Nie widziałam co powiedzieć. Odwróciłam się w jego stronę. Wtuliłam się w jego ramiona, jak najbardziej się dało, pragnąc tylko tego, by być przy nim. Jak najbliżej. – Nie miałam pojęcia – przyznałam stłumionym od łkania głosem. – Wiem – szepnął. – Czasem po prostu nie myślę. Jesteś taka inna od wszystkich dziewczyn, które do tej pory znałem… Przepraszam, że przeze mnie płakałaś. – Ty myślałeś, że ja… – zaczęłam niedowierzająco, a ta wredność i złośliwość o które mnie podejrzewał, nie mieściły mi się w głowie. – Nie wiem co myślałem – przerwał mi gwałtownie. – Twoje nazwisko wychodzące z ust Erica, było dla mnie po prostu jak zimny prysznic. I cokolwiek bym wtedy nie pomyślał, wiem, ze się pomyliłem. Zdałam sobie sprawę, jak trudno jest Martinowi przyznać się do błędu. Najwyraźniej nie był do tego przyzwyczajony, a przy mnie i tak ciągle to robił. Postanowiłam zmienić temat. Podniosłam na niego wzrok. – Martin, skoro nie mogliśmy zostać nad morzem, to może zostaniesz tutaj? – zaproponowałam niepewnie. – Skoro Marty i tak nie będzie… W półmroku, który rozświetlało jedynie światło stojących za oknem latarni, zobaczyłam jak kąciki jego ust unoszą się do góry w niewielkim uśmiechu. W jednej chwili przewrócił mnie na plecy. Znalazł się nade mną. – Jeżeli tego chcesz – mruknął z ustami tuż przy moim uchu. Potem mnie pocałował. Tym razem starał się być delikatny i czuły, ale w jego pocałunku i tak była ta cudowna pasja i pragnienie. Oplotłam ramionami jego szyję. Przeczesałam palcami ciągle mokre, ciemne włosy. Przymknęłam oczy, niecierpliwie czekając na więcej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rano obudziłam się wtulona w ramiona Martina. Chłopak już nie spał, wpatrywał się we mnie z rozmarzonym uśmiechem. Kiedy zobaczył, że otworzyłam oczy, przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Delikatnie pocałował moje włosy. – Dzień dobry – mruknęłam zadowolona. – Dzień dobry, kociaku – odpowiedział. – Wiesz, jak cię kocham? – zapytał cicho, po dłuższej chwili milczenia. –  Tak jak mówią, że się nie powinno. Obsesyjnie, wariacko, pragnieniem! Zamruczałam cicho, wtulona w jego tors. Pocałowałam go w usta. Wplotłam palce, w jego nieco przydługie, ciemne włosy. Gorliwie odwzajemnił mój pocałunek. W pewnym momencie na korytarzu usłyszałam hałas. Oderwaliśmy się od siebie zaskoczeni. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Marta. Zszokowana stanęła w progu. Popatrzyła niedowierzająco na leżącego w moim łóżku Martina. Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy na twarzy dziewczyny pojawił się cień rozpoznania. Poczułam się bardzo nieswojo. Nie chciałam, żeby Marta wiedziała, że umawiam się z bratem Erica. – Cześć – przywitałam przyjaciółkę, wyglądając znad ramienia Martina. – Miało cię nie być do niedzielnego wieczoru… Mamy sobotę… – Zmieniły mi się plany – mruknęła nieco zmieszana Marta. – Pójdę do kuchni – stwierdziła odstawiając przy drzwiach swoją podróżną torbę – dam wam czas, żebyście się ogarnęli – dodała z psotnym uśmiechem i wyszła zamykając za sobą drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Niechętnie wyplątałam się z pościeli i wstałam z łóżka. Martin spojrzał na mnie z żalem, ale także usiadł. Wyglądał na lekko skonsternowanego. – To twoja współlokatorka? – zapytał w końcu ponuro. – Tak, Marta – odpowiedziałam – przecież już ją znasz… Chłopak wzdrygnął się nieco. – Taaak – mruknął – to ta panienka, która była nad morzem z Ericem… Spojrzałam na niego rozbawiona. – Przecież widziałeś ją na zdjęciach w piśmie… Pozowała razem ze mną… No i później na plaży, na moich urodzinach – dodałam. Roześmiał się gorzko. – Możesz mi wierzyć lub nie, ale w tym piśmie widziałem tylko jedną osobę i to na pewno nie była ona – mruknął. – Jeżeli natomiast chodzi o twoją imprezę, to byłem na niej za bardzo wkurzony, żeby kogokolwiek zauważyć. Wzruszyłam ramionami. – To teraz będziesz miał okazję ją poznać – stwierdziłam. Po tym co powiedział Martin, poczułam się naprawdę bardzo przyjemnie. Marta była prawdziwą pięknością i rzadko który chłopak był w stanie jej „nie zauważyć”. Martin wstał z łóżka, naciągając pospiesznie spodnie. Stanął za mną i oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego ufnie. Zamruczałam zadowolona, kiedy poczułam jego ciepłe usta na swoim karku. – Skoro nici z weekendu w łóżku, to może masz ochotę gdzieś się przejechać? – zaproponował. – Chciałbym spędzić z tobą jak najwięcej czasu – przyznał. Ranek nie był co prawda słoneczny, ale również nie padało. Odwróciłam się ku niemu, oplatając ramionami jego szyję. Skinęłam głową. – Masz jakiś pomysł? – spytałam. – Mam – odpowiedział tajemniczo, nie wyjaśniając niczego więcej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wytłumaczyłam Martinowi gdzie jest kuchnia, a sama poszłam wziąć prysznic. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Nawet wtargnięcie Marty nie mogło popsuć mojego cudownego dnia. Obudziłam się w ramionach Martina, a po śniadaniu mieliśmy jechać na zaplanowaną przez niego, tajemniczą wycieczkę. Życie potrafiło naprawdę cudownie zaskakiwać! Ubrałam się i zbiegłam po schodach na niższe piętro, na którym znajdowała się wspólna kuchnia. Zatrzymałam się dopiero pod samymi drzwiami, żeby złapać oddech i nie pokazywać się Martinowi taka zdyszana. Rozmawiali. Usłyszałam ładnie brzmiący śmiech Marty. Z trudem opanowałam ogarniającą mnie zazdrość. Zajrzałam do pomieszczenia. – Wiesz… – mruknęła dziewczyna, podchodząc do Martina bardzo blisko – jeżeli znudziła by ci się moja koleżanka, to ja zawsze chętnie ją zastąpię. Poczułam jak miękną mi nogi. Jak we śnie odsunęłam się od drzwi. Usłyszałam głuchy odgłos, nieprzyjazne warknięcie. – Dzięki nie skorzystam – odpowiedział chłopak, ociekającym jadem głosem. – Mam już dość tanich dziwek, w zupełności wystarczy, że dajesz dupy mojemu bratu. Odskoczyłam od gwałtownie otwierających się drzwi. Zobaczyłam wściekłą minę Martina. Nawet się nie zatrzymał. Po prostu mnie wyminął i szybkim krokiem ruszył schodami na dół. W pierwszej chwili nie wiedziałam co zrobić, ale w końcu pobiegłam za nim. Dogoniłam go na samym dole. Stał przed kamienicą. Dłonie z całej siły zaciskał w pięści. – Chyba jej nie uderzyłeś? – spytałam cicho, podchodząc do niego. Jego spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecząco pokręcił głową. – Więc wszystko słyszałaś? – ni to zapytał, ni stwierdził chłopak. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał smutek.  – Chyba rozwaliłem stół – mruknął. Wyciągnął papierosa, zapalił. Oparł się o kamienny murek. – Interesująca ta twoja „przyjaciółka” – stwierdził niemal wypluwając ostatnie słowo. Dopiero po jego słowach uświadomiłam sobie jak cholernie zabolała mnie ta bezpośrednia propozycja Marty. – Nie mówmy o tym – poprosiłam cicho. Chłopak skinął głową. W milczeniu skończył palić. Potem podszedł do mnie powoli. Wierzchem dłoni delikatnie dotknął mojego policzka. – Chodź, kociaku – powiedział odrobinę ponuro – przejedziemy się. Spróbuję ci jakoś poprawić humor – dodał łagodnym tonem. Bez słowa przytuliłam się do niego na moment. Objął mnie ramionami, przyciągając do siebie. Potem, ciągle milcząca, usiadłam za nim na wiśniowym motocyklu. Wtulona w jego plecy, starałam się nie myśleć o niczym, rozkoszując powiewem wiatru i szybką, cudowną jazdą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rzeczywiście, przy Martinie zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Chłopak zabrał mnie na wycieczkę do ogrodu dendrologicznego. Maj to cudowna pora! Rozkwitały magnolie i rododendrony, ciesząc oko barwnymi kwiatami. Ich widok w takim zagęszczeniu, a jednocześnie swoistym odosobnieniu, był iście rajski. Najbardziej jednak zaintrygowały mnie tulejniki. Rozpościerały swoje żółte i białe kielichy, jakby prosząc niebo o deszcz. Odwiedziliśmy także nowo otwartą oranżerię, gdzie wśród śpiewu ptaków i szumu wody, podziwiać można było roślinność typową dla klimatu śródziemnomorskiego. Pod szklanym dachem zgromadzono wiele ciekawostek botanicznych, takich jak: pistacje, akanty, wawrzyny, zimozielone dęby, a także przepiękne, owocujące oliwki. Oczy zachwycały kamelie, granaty, pinie i różne gatunki sosen. Cała przestrzeń została podzielona na części, w których starano się odtworzyć krajobrazy typowe dla rejonu Morza Śródziemnego. Były tu fragment gaju oliwnego, pejzażu toskańskiego, włoskiej ulicy, ogrodu warzywnego i ziołowego, oczko wodne i obsadzone niesamowitymi różami gazebo. Kiedy obeszliśmy cały ogród, przez prawie dwie godziny, siedzieliśmy w drewnianej altance jednego z najpiękniejszych zakątków. Z prawdziwym żalem w sercu opuszczałam to cudowne miejsce. – Może chcesz, żeby rozbić ci tutaj namiot? – zaproponował rozbawiony Martin, kiedy szliśmy wydeptaną, żwirową ścieżką w stronę wyjściowej bramy, a ja bez przerwy oglądałam się za siebie. – Tak, poproszę – odpowiedziałam ożywiona – o tam, koło tego krzaczka mimozy jest trochę miejsca – wskazałam ręką pusty, zielony trawnik. Chłopak nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Porwał mnie na ręce i przeniósł przez szeroką, żeliwną bramę. – Koniec wycieczki – oznajmił stanowczo. – Jestem upiornie głodny, jedziemy coś zjeść. Z żalem oderwałam oczy od rajskiego ogrodu. Zjedliśmy pizzę, a potem Martin odwiózł mnie do domu. – Słuchaj, na pewno chcesz wracać? – spytał powątpiewająco, zdejmując kask. – Zawsze możesz spać u mnie lub możemy coś wynająć. To nie problem. Przecząco pokręciłam głową. – Prędzej czy później i tak będziemy musiały odbyć tą rozmowę – westchnęłam. – Dziękuję, że mnie tam zabrałeś – uśmiechnęłam się do niego wesoło. Przyciągnął mnie do siebie nie wstając z motocykla. Pocałował w usta. – Zobaczymy się jutro? – zapytał. – Jeżeli chcesz, to przyjadę po ciebie. Niechętnie wyplątałam się z jego objęć. Delikatnie, pożegnalnym gestem musnęłam jego policzek. – W takim razie do jutra – rzuciłam znikając w drzwiach własnej kamienicy. Tym razem, kiedy wyjrzałam przez okno na piętrze, chłopaka już nie było. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy weszłam do pokoju, Marta siedziała na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Przeglądała jakieś kolorowe czasopismo. – Cześć, jak się udała randka? – rzuciła na mój widok. Spiorunowałam ją wzrokiem. Czy dla niej, to co robiła rano w kuchni, jest aż tak cholernie normalne? – Proponowałaś seks mojemu chłopakowi! – warknęłam na nią. – Chyba, nie myślisz, że ja tak na poważnie? – spytała obrażonym tonem. – Przecież jesteśmy przyjaciółkami! Chciałam go sprawdzić, to wszystko. W końcu jest bratem Erica… skąd miałam wiedzieć, czy to nie taki sam dupek jak on? To ty byłaś z nim nad morzem? – zapytała bez ogródek. – Tak, ja – powiedziałam cicho, siadając na własnym łóżku. Przestałam być pewna, co mam o tej nieprzyjemnej sytuacji myśleć, dalej jednak nie podobało mi się zachowanie Marty. – Ty za to pojechałaś z Ericem… – dodałam ni to pytając ni to stwierdzając fakt. – Chyba nie jesteś o niego zazdrosna? – zapytała niepewnie. – W końcu dałaś mi wolną rękę, wiec uznałam, że mogę… Uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Eric mnie nie interesuje – oznajmiłam wprost – ale licz się z tym, że on podrywa różne dziewczyny, nie tylko ciebie. Marta wzruszyła ramionami. – Wszystko mi jedno – powiedziała lekkim tonem. – Po prostu chciałam się rozerwać. – Jak chcesz – mruknęłam. Moje spojrzenie stwardniało. – Ale od Martina trzymaj się z daleka. Cholernie nie podobała mi się wasza dzisiejsza rozmowa. – Nie przejmuj się – roześmiała się Marta. – Eric był w szoku, kiedy opuścił apartament nad morzem. Powiedział, że pierwszy raz widzi brata w takim stanie i, że Martin musi być naprawdę zakochany. W każdym razie, rozwiązała się zagadka twojego tajemniczego Romeo – dodała rozbawiona. – A ja naprawdę myślałam, że za nim  nie przepadasz, zwłaszcza po tej historii na basenie, kiedy wyprosił cię z domu… – Nie lubiłam go – przyznałam cicho – dalej mnie irytuje, ale to niczego nie zmienia. Potem rozgadałyśmy się na dobre. Przyjemnie było tak siedzieć, w ciepły, majowy wieczór i rozmawiać z przyjaciółką. Zwłaszcza teraz, kiedy zawładnęło mną poczucie ulgi, że Marta w dalszym ciągu nią jest. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Całą niedzielę spędziłam razem z Martinem. Czułam się jak w bajce, ale wraz z nadejściem poniedziałku, powróciła szkolna rzeczywistość i kolejny, miałam nadzieję, że już ostatni, tydzień ukrywania się. Dodatkowo irytował mnie fakt udawania przy Ericu, że wszystko w porządku, mimo, że aż gotowałam się w środku, żeby mu powiedzieć, co myślę na temat wykorzystywania przez niego dziewczyn, a zwłaszcza Marty, nawet jeżeli ona sama twierdziła, że nie ma nic przeciwko temu. Nie mogłam mu jednak tego wygarnąć, nie ujawniając, skąd o tym wiem. Na długiej przerwie zostałam wezwana do sekretariatu. Zaskoczona tym faktem, przemierzałam kręte korytarze szkoły, jednocześnie z żalem pisząc smsa do Martina, że nie przyjdę się z nim spotkać. Kiedy wreszcie trafiłam na miejsce, uprzejma, młoda kobieta, skierowała mnie ku drzwiom gościnnego salonu. Jeszcze bardziej zdziwiona, weszłam do środka. Na obitej materiałem w kolorowe pasy sofie siedział mężczyzna. Miał na sobie elegancki garnitur. W jego ciemnych włosach, widać już było pasy siwizny. Na mój widok wstał. Przyjrzał mi się, jakby oceniając moją postać wzrokiem. – Marika, prawda? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać. Jestem Duncan Merowing. Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc jak się zachować. Więc tak właśnie wyglądał mój wuj? Niebieskie oczy, takie same, jakie ja podobno odziedziczyłam po ojcu, a jednak ich wyraz był znacznie chłodniejszy i trochę jakby smutny… Szczupła, wysoka sylwetka i ciemne włosy. Był podobny do mojego ojca, a przynajmniej do tego wizerunku, który znałam ze zdjęć. – Co tu robisz? – zadałam pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy. Czy powinnam zwracać się do niego „proszę pana”? A może „szanowny wuju”? Albo „wasza lordowska mość”? Uśmiechnął się do mnie smutno. – Pomyślałem, że wypadałoby wreszcie poznać córkę mojego brata – powiedział spokojnym, odrobinę apatycznym głosem. – Zabierz swoje rzeczy – oznajmił, a ja poczułam nieprzyjemny, brzmiący w jego głosie rozkaz. – Dzisiaj już nie wrócisz na lekcje, zwolniłem cię. Zjemy razem obiad – dodał jak gdyby nigdy nic. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Posłusznie weszłam do eleganckiej, utrzymanej w tonacji brązów i ciemnej zieleni restauracji. W duchu zaczęłam się zastanawiać czy jeżeli narażę się temu człowiekowi, będzie to oznaczało, że już nigdy więcej nie zobaczę się z Martinem? Musiałabym wtedy zapewne wrócić do zwyczajnej, polskiej szkoły. Na początku niczego innego nie pragnęłam, ale teraz… Miałam tu przyjaciół, byłam zakochana, nie chciałam wracać. Usiedliśmy przy objętym rezerwacją, kameralnym stoliku. Zdziwiłam się, kiedy wuj, zamiast zamówić za nas obydwoje, po prostu podał mi kartę. Wybrałam naleśniki, on także je wziął. – Dlaczego nie mieszkasz w akademiku? – zapytał bez zbędnych wstępów, w jego głosie nie było jednak czuć nagany, a zwyczajną ciekawość. – Nie chciałam – odpowiedziałam stawiając na szczerość. – Nie podoba mi się, kiedy ktoś ogranicza moją wolność – dodałam znacznie chłodniej niż zamierzałam. Skinął głową, najwyraźniej przyjmując taką odpowiedź. – Pokażesz mi gdzie w takim razie mieszkasz? – zapytał. – Jeżeli chcesz – wzruszyłam ramionami, ponownie zwracając się do niego na „ty”. – Podoba ci się nowa szkoła? – zapytał obojętnym tonem, jakby chciał podtrzymać rozmowę, a ja w jakiś sposób wyczułam napięcie kryjące się za tym pytaniem. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, ale byłam przekonana, że do czegoś dążył. – Wolałam starą – powiedziałam szczerze – ale nie narzekam. – Wiem, że jest ci ciężko – westchnął mężczyzna. – Zabrałem cię z twojego domu, ba nawet z rodzinnego kraju. Myślałem, że przyjedziesz dopiero na studia, tak jak chciał tego twój ojciec, ale sytuacja się zmieniła… – Nie obchodzi mnie czego chciał mój ojciec – warknęłam, nie potrafiąc nad sobą zapanować. – Zostawił nie tylko moją mamę, ale także i mnie. Wyjechał. Wyjechał tuż przed moim urodzeniem i nigdy nie wrócił. Wiedziałam o nim tylko tyle i to, że nie żyje. Mężczyzna uśmiechnął się smutno, przez chwilę milczał, a później spojrzał mi poważnie w oczy. – To niezupełnie prawda – powiedział w końcu. – Decydując się na ślub z twoją matką, Mark popełnił mezalians. Joanna była zwykłą nauczycielką, to było niedopuszczalne. Nasza matka, a twoja babka śmiertelnie się na niego obraziła. To był dla niej straszny cios. Mimo wszystko mój brat kochał naszą matkę i kiedy napisała mu w liście, że umiera, wrócił do domu. To było oszustwo, intryga, żeby go tutaj z powrotem ściągnąć. Nigdy, tak naprawdę, nie zamierzał zostawić ani Joanny ani ciebie. Twoja matka o wszystkim wiedziała… Gdyby nie umarła przy porodzie… – głos wuja lekko się załamał – on po tym, po prostu nie potrafił wrócić. Nie miał na to dość siły. Zaciągnął się do wojska. Z racji urodzenia od ręki dostał oficerski stopień, a mimo to, zginął na pierwszej misji. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek o was zapomniał. To tragiczna historia, jak zresztą wszystkie dotyczące mojej rodziny. Mam nadzieję, że twoje życie nie będzie takie – westchnął, a ja byłam pewna, że mówi zupełnie szczerze. Mimo to ogarnęła mnie tylko jeszcze większa złość. Przynieśli nam zamówione jedzenie. Pięknie podane naleśniki były ozdobione artystycznymi wzorami z płynnej czekolady. Wyglądały smakowicie, ja jednak zupełnie przestałam być głodna. Niechętnie rozgrzebywałam jedzenie na swoim talerzu. – Skoro o tym wiedziałeś – wyrzuciłam z siebie w końcu – to dlaczego nie raczyłeś dać nam znać? Nawet nie wyobrażasz sobie ile to dla mnie znaczyło! – Myślisz, że nie próbowałem? – roześmiał się gorzko mężczyzna. – Kochałem swojego brata, zawsze bardzo szanowałem twoją matkę! Wyznaczyli mnie na twojego opiekuna. Twojej babci się to nie spodobało. Nie życzyła sobie, żebym wtrącał się do waszego życia. Nie chciała mnie słuchać, nie chciała też żadnych pieniędzy, nawet tych, które należały się twojemu ojcu. Zawarliśmy układ, ja i ona. Obiecałem „dać wam spokój” – zadrwił – do czasu aż rozpoczniesz studia, wtedy miałaś sama zdecydować. No cóż, nie dotrzymałem słowa z powodu śmierci mojego syna. Teraz jesteś jedyną spadkobierczynią rodziny Merowingów – zakończył jeszcze bardziej gorzkim tonem, a ja nie miałam pojęcia co myśleć o jego opowieści, o rodzinie Merowingów, o swojej własnej babci, a przede wszystkim o wuju Duncanie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wuj nie miał kierowcy, sam prowadził. Zastanawiałam się czy to wypada lordowi, czy też może tak naprawdę Duncan ignorował wszelakie konwenanse. Właściwie poczułam do tego człowieka, po raz pierwszy w życiu, cienką i bardzo kruchą nić sympatii. Podałam mu adres i podjechaliśmy pod moją kamienicę. Poczułam się bardzo dziwnie, prowadząc wuja na górę po stromych, lekko obdrapanych schodach. Jeszcze bardziej niezręcznie było mi, kiedy pokazałam mu pokój, który dzieliłam z Martą. Nie wierzyłam, żeby rozumiał, dlaczego wolałam takie warunki od eleganckiego, przywodzącego na myśl raczej dobry hotel, akademika. – Więc tutaj mieszkasz? – zapytał tylko, nie wyrażającym żadnych uczuć tonem, a mi nie pozostało nic innego jak mu przytaknąć. – Nie jest źle – mruknęłam wzruszając ramionami. Marty akurat nie było, a ja stanowczo nie miałam zamiaru gościć wuja w moich „skromnych progach”. Chwyciłam leżącą na stoliku pocztę i razem zeszliśmy na dół. – Dokąd jedziemy? – zapytałam kiedy z powrotem wsiadaliśmy do samochodu. – Zobaczysz – powiedział tylko lekko poirytowanym głosem, więc postanowiłam się więcej nie odzywać. Samochód ruszył w stronę centrum miasta. Minęliśmy bramę strzeżonego osiedla. Duncan zatrzymał się na obsadzonym krzewami róż, brukowanym parkingu. Tym razem to on zaprowadził mnie do jednego z eleganckich, nowoczesnych budynków. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro. Wuj wpuścił mnie do prosto, ale wygodnie urządzonego mieszkania. Była tu jadalnia z aneksem kuchennym i niewielki, połączony z nią salon, a także dwa oddzielne, mniejsze pokoje. Wyglądało na niezamieszkane. – Dlaczego tu jesteśmy? – zapytałam mając jak najgorsze przeczucia. – Chciałem ci pokazać twoje mieszkanie – odpowiedział po prostu. – Nie zrozum mnie źle – dodał, widząc moje niechętne spojrzenie. – Ja ci go nie daję, ono jest twoje – powiedział wyraźnie i powoli, jakby tłumaczył coś niezbyt bystremu przedszkolakowi. – Odziedziczyłaś po ojcu pewną sumę pieniędzy, będzie twoja, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat, a póki co ja nią zarządzam i uznałem za stosowne kupić mieszkanie. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, trudno, jakoś ten fakt przeboleję, ale pomyślałem, że skoro nie chcesz mieszkać w akademiku, może będziesz wolała być u siebie, niż coś wynajmować. Zamrugałam zaskoczona. On mówił poważnie? Jeżeli tak, to był najlepszym wujem na świecie! Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie się próbował za bardzo do mojego życia wtrącać. – Więc jak? – zapytał lekko zniecierpliwiony. Impulsywnie przyskoczyłam do niego, zarzuciłam mu ramiona na szyję i pocałowałam w policzek. Odsunęłam się od niego uśmiechnięta. – Cudownie! – oznajmiłam i ruszyłam oglądać swoje nowe mieszkanie, a on stał dalej w progu, jakoś dziwnie zmieszany.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wuj Duncan siedział na kanapie cierpliwie czekając, podczas gdy ja układałam sobie w głowie, jak cudownie będzie mieć własny pokój. Nie mogłam doczekać się też miny Marty, kiedy oznajmię jej, że się przeprowadzamy. Życie potrafiło czasem mile zaskakiwać. Usiadłam w jednym z kremowych foteli. Przejrzałam listy. Zaskoczona otworzyłam jedną z białych kopert. Była od mojej sąsiadki z Polski, miłej, starszej pani, która przyjaźniła się z babcią i zawsze przynosiła nam przepyszny sernik. Tylko dlaczego miałaby do mnie pisać? Rozwinęłam kartkę i przeczytałam list. Potem jeszcze raz i kolejny, ciągle nie mogąc uwierzyć w jego treść. Na biały papier skapywały łzy, rozmazując niebieski atrament. Moja babcia umarła, w środę miał być pogrzeb. Jak to możliwe? Przecież rozmawiałam z nią jeszcze wczoraj! „Zawał serca, to się zdarza w podeszłym wieku” pisała pani Jadwiga. – Co się stało? – zapytał Duncan, który wcześniej tylko wpatrywał się we mnie bez słowa. Podałam mu list. Miałam zbyt ściśnięte gardło, żeby cokolwiek powiedzieć. Środa… czy ja w ogóle zdążę tam być? Musiałam! Jak mogłabym opuścić jej pogrzeb. Moje myśli stały się praktyczne idąc powoli, jednotorowo. Wiedziałam, że wszystko dotrze do mnie już niedługo, jeszcze silniejszą falą, a ból będzie nie do zniesienia, ale jeszcze nie teraz. W tej chwili, zwyczajnie nie mogłam w śmierć babci uwierzyć. Wuj przeczytał list. Wyciągnął telefon. Wybrał jakiś numer. – Dwa bilety, do Polski, najlepiej zarezerwuj na dzisiaj – powiedział ponurym głosem. – Tak – potwierdził – i zwolnij Marikę ze szkoły na resztę tygodnia. Spojrzałam na niego pytająco, kiedy skończył rozmawiać. – Jeżeli nie chcesz, żebym leciał z tobą, to powiedz – zwrócił się do mnie spokojnie. – Zrozumiem i zostanę. Przecząco pokręciłam głowa. Było mi wszystko jedno. Usiadłam przy nim na kanapie. Po chwili, niezdarnie objął mnie ramieniem. To był jego największy błąd, bo już po chwili miał mokrą od moich łez prawie całą górę drogiej marynarki. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że był teraz moją jedyną rodziną. Nikt inny już mi nie został. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Lot do Polski, pogrzeb, te dni jakoś po prostu przeminęły mniej lub bardziej zagłębiając się w moją świadomość. Okazało się, że mieszkanie babcia oddała do dyspozycji jednej z sąsiadek, samotnej matki wychowującej dwoje dzieci, której niedawno właściciel wymówił lokal. Za zgodą wuja, zostawiłam to po prostu tak jak jest. Nie potrzebowałam pieniędzy ze sprzedaży czy wynajmu, a ona na pewno robiła z mieszkania dobry użytek. Teraz był już piątek, a my siedzieliśmy w samolocie do Londynu, skąd mieliśmy samochodem pojechać do Aber. Przez cały ten czas wuj Duncan był dla mnie dziwnym, milczącym wsparciem. Nie mówił, bo wiedział, że w tej sytuacji, nic sensownego nie da się powiedzieć. Kiedy wysiedliśmy na Londyńskim lotnisku Luton, czekał już na nas podstawiony samochód. Tym razem wuj nie prowadził, a zamiast tego usiadł ze mną z tyłu. Przyglądałam mu się zaciekawiona, popijając z kartonika porzeczkowy soczek. To wydawało się takie normalne. Zdziwiłam się jednak, kiedy zaczął rozmowę. – Dosyć głośno o tobie w szkole – stwierdził. – Potrafiłaś się wpasować w towarzystwo. Wzruszyłam ramionami. – Jakoś sobie radzę – mruknęłam, wcale nie chcąc rozmawiać, a już na pewno nie o szkole. – Dostałem zaproszenie od Heleny Devree na niedzielny obiad, a właściwie, ściślej mówiąc, ty je dostałaś, ja mam ci tylko towarzyszyć – oznajmił grobowym głosem. Spojrzałam na niego pytająco. – Nie musimy tam iść – dodał, z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją. – Decyzję zostawiłem  tobie, to twoje zaproszenie… – Poznałam Helenę, nie jest taka znowu straszna… – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Czemu wszyscy tak na nią reagują? – To aż tak widać? – jęknął teatralnie Duncan. – Tak – odpowiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu. Oderwanie się od ponurych myśli i zmiana tematu były jednak pozytywną rzeczą. – Ta kobieta to chodzące kłopoty – westchnął wuj. – Jest jak żmija, ma ładne kolory, ale jest w środku bezduszna i zimna, a kiedy jej się coś nie spodoba to kąsa. Po prostu nie cierpię tej jej obłudy i słodkiej maski, a do tego mierzi mnie fakt, że ma romans ze swoim pasierbem. Kiedy dotarły do mnie jego słowa, zakrztusiłam się popijanym sokiem. Zaczęłam dławić się i kaszleć. Duncan spojrzał na mnie odrobinę zaniepokojony. Poczułam jak coś lodowato zimnego ściska mnie w środku. – Nic mi nie jest – mruknęłam, uspakajając się po chwili. – To co powiedziałeś, że ma romans z przybranym synem – zaczęłam z trudem dobierając słowa – skąd o tym wiesz? Wzruszył ramionami. – Wiele osób o tym mówi, oczywiście za jej plecami – dodał. – Więc to tylko plotki? – zapytałam natarczywie, a w żołądku przewracało mi się, jakbym jechała kolejką górską, a nie dobrze amortyzowanym samochodem. – Może… Czy to takie ważne? – zapytał bez zbytniego zainteresowania. – Tak – z trudem powstrzymałam warknięcie. – Dlatego, że Martin Corvidae to, przynajmniej nieoficjalnie, mój chłopak! Duncan lekko pobladł na twarzy. Po chwili jednak odzyskał cały swój rezon. – Przepraszam, nie chciałem. Gdybym wiedział, nigdy bym o tym nie wspomniał – oznajmił, przepraszającym tonem. – Po prostu z tego co mówiła Helena, wywnioskowałem, że owszem, umawiasz się z jej synem, ale z Ericem, nie Martinem. – Spojrzał na mnie uśmiechając się smutno. – Właściwie, to odetchnąłem z ulgą, bo znam od jakiegoś czasu ich obydwu i Eric jest typowym playboyem. Za to Martin, to porządny chłopak, dawno go u mnie nie było, ale od dziecka przyjaźnili się z Robertem – powiedział, lekko załamującym się pod koniec zdania głosem. – Jeszcze raz przepraszam. Skinęłam głową. Dopiero teraz zdałam sobie jasno sprawę, jak bardzo Duncan cierpi z powodu śmierci jedynego syna. Teraz, kiedy umarła moja babcia, najbliższa mi na świecie osoba, i ja poczułam tą niesamowitą, wszechogarniającą pustkę i tęsknotę. – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcę tam iść – powiedziałam cicho. Starałam się wmówić sobie, że wuj nie miał racji, że to na pewno tylko plotki, ale nie potrafiłam wyrzucić z umysłu obrazu matki Erica, pięknej i sławnej aktorki, wcale nie wyglądającej na matkę nastolatka. Poza tym takie rzeczy się naprawdę w życiu zdarzały… Dodatkowo przypomniałam sobie z jakim jadem w głosie mówił o niej Martin. „To nie jest moja matka i nigdy nią nie była!” przepłynęły mi w myślach jego ostre słowa. Czy mogło chodzić mu właśnie o to? Może coś między nimi było a potem się pokłócili… Tylko czy w takim razie, ja byłam w stanie zaakceptować ten, z trudem mieszczący się w mojej głowie fakt? Zdałam sobie sprawę, że nieprzyjemny chłód jaki poczułam, gdy usłyszałam o romansie Heleny Devree ze swoim pasierbem, ani odrobinę nie ustąpił.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Do mieszkania wróciłam dopiero późnym wieczorem. Marta zdążyła się już zadomowić. Padnięta, wzięłam szybki prysznic i położyłam się spać z myślą o tym, że nareszcie mam własny pokój. Całą sobotę spędziłam razem z wujem, chociaż nie był to wesoły czas. Zabrał mnie do Walii. Odwiedziliśmy grób jego żony i syna. Po śmierci babci, jakoś czułam, że jest to właściwa rzecz. Kiedy wróciłam do domu, ponury, wieczorny zmierzch, właśnie zamieniał się w noc. Przywitałam się z przyjaciółką i zabrałam za lekcje, przewidując, że w niedzielę, nie będę miała na nie czasu. I tak musiałam nadrobić cały tydzień nieobecności. Wyjęłam z szuflady telefon, żeby skontaktować się z Nataly. W końcu musiałam od kogoś pożyczyć zeszyty. Spojrzałam na wyświetlacz i aż jęknęłam. Było tam ponad sto nieodebranych połączeń od Martina, a smsy zapchały mi skrzynkę pocztową. Przeklęłam się w duchu, za to, że nie w żaden sposób nie dałam mu znać, co się ze mną dzieje. Wiadomość o śmierci babci jednak tak mną wstrząsnęła, że w ogóle o tym nie pomyślałam. Postanowiłam nie odpowiadać. Uznałam, że lepiej będzie przeprosić go jutro osobiście, skoro i tak mam być u niego w domu. Byłam przekonana, że będzie na mnie wściekły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Niedziela okazała się dniem ciepłym i słonecznym. Włożyłam białą sukienkę w drobne, niebieskie kwiatki i sznurowane, skórzane sandały. Zaczesałam włosy wysoko do góry i kiedy stanęłam przed lustrem uznałam, że wynik jest zadowalający, a w każdym razie nikomu nie przyniosę wstydu. Koło południa podjechał po mnie samochód. Wuj Duncan z lekko naburmuszoną miną czekał na mnie w środku. Ruszyliśmy. Nieprzyjemne myśli nachodziły mnie z coraz większa częstotliwością. Bezskutecznie starałam się od siebie odgonić ogarniający mnie, nieprzyjemny chłód. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, elegancko ubrana gospodyni zaprowadziła nas do salonu, mówiąc, że pani Devree za chwilę się zjawi. Podała herbatę i ciasto. Kiedy zniknęła, zostawiając nas samych, wstałam z eleganckiego fotela, na którym ledwo mogłam usiedzieć. – Za chwilę wrócę – oznajmiłam wujowi i niemal wybiegłam na korytarz. Całą sobą czułam, że po prostu muszę zobaczyć się z Martinem. Nie miałam pojęcia, jak go przeproszę, ale to w tej chwili nie miało znaczenia. Szybkim krokiem, weszłam na górę po schodach, mając nadzieję, że może będzie u siebie w pokoju. Drzwi były uchylone. Nie zastanawiając się, po prostu weszłam do środka. Usłyszałam na schodach kroki. Spanikowałam. Nie chciałam, żeby Helena lub ojciec Martina, którego do tej pory jeszcze nie poznałam, pytali dlaczego włóczę im się po domu. Otworzyłam pierwsze lepsze drzwi i wsunęłam się do środka. To była łazienka, z której kiedyś korzystałam. Podsłuchiwanie chyba weszło już mi w nawyk. Chwilę później, do pokoju weszła Helena. Zawołała Martina. Serce podskoczyło mi aż do gardła. Wcale nie byłam taka pewna czy chcę to wiedzieć, ale po prostu musiałam. Chłopak wyszedł z sypialni nieco rozczochrany i w na wpół rozpiętej koszuli. Jego twarz była nieprzeniknioną maską, a oczy miał lodowato zimne.  – Czego ode mnie chcesz? – niemal warknął, stając z założonymi rękami i opierając się o framugę drzwi. Helena uśmiechnęła się słodko, podeszła do niego. – Tak zwracasz się do własnej matki? – zapytała aksamitnym głosem. – Nie jesteś moją matką – syknął do niej. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wpatrywała się w niego natarczywie, zachłannie. Podeszła jeszcze bliżej. Pomalowanym na czerwono paznokciem przesunęła po jego torsie. Wydawało mi się, że chłopak się wzdrygnął, ale wcale nie byłam pewna czy to nie było złudzenie. Moje oczy zalśniły od łez. Miałam ochotę krzyczeć. Całą siłę woli poświęciłam na to, by stać tam i spokojnie się wszystkiemu przyglądać. – Masz rację, nie jestem – zamruczała uwodzicielsko, powoli rozpinając guziki jego koszuli. Martin w żaden sposób nie zareagował, a to sprawiło mi niemal fizyczny ból. Chciałam się stamtąd wynieść, byle dalej. Uciec, zapaść się pod ziemię. Wuj Duncan miał rację. Rodzina Merrowingów była przeklęta i żadne z nas nie mogło być szczęśliwe. – Czego chcesz? – chłopak powtórzył pytanie zrezygnowanym głosem. – Ubierz się i zejdź na dół – powiedziała odsuwając się od niego. – Mamy gości i nie życzę sobie, żebyś narobił mi wstydu – dodała stojąc już w drzwiach. Wyszła, obdarzając go ostatnim, przelotnym uśmiechem. Martin zacisnął pięści. Zobaczyłam jak cały się trzęsie. Potem poszedł prosto do łazienki. Odsunęłam się od drzwi, stając na środku pomieszczenia. Spojrzał na mnie obojętnie. Nie wyglądał na zaskoczonego. – Doskonale – warknął, zamykając za sobą drzwi. – Zainteresowało cię całe przedstawienie? – spytał gorzko – Idealny dzień na zakończenie wspaniałego tygodnia – stwierdził zrezygnowany. – Musimy porozmawiać – odezwałam się cichutko, spłoszona jego zachowaniem. – Nie teraz – powiedział ostro. – W tym momencie marzę tylko i wyłącznie o prysznicu. Chcę jak najszybciej zmyć z siebie dotyk tej suki – powiedział zimno, a ja tym razem byłam pewna, ze się wzdrygnął. Zupełnie ignorując moją obecność zrzucił z siebie koszule, a potem zaczął rozpinać spodnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc w końcu usiadłam na niskiej ławeczce, stojącej pod wyłożoną wiśniowymi kafelkami ścianą. Martin wszedł pod prysznic, a ja siedziałam, oplatając ramionami nogi i czekałam aż skończy. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, wyszedł owinięty w pasie grafitowym ręcznikiem. – Chciałaś rozmawiać, więc słucham – powiedział niezbyt przyjemnym głosem, stając nade mną. Spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć. To sprawiało mi ból. – Przepraszam, że się do ciebie nie odzywałam – oznajmiłam cichym głosem – zupełnie nie pomyślałam, o tym, że powinnam ci powiedzieć. Umarła moja babcia, wuj zabrał mnie do Polski na jej pogrzeb, a telefon został w Aber. To i tak nie ma teraz znaczenia, ale przepraszam – powtórzyłam jeszcze ciszej. Martin ukucnął przy mnie. Ujął w dłoń mój podbródek i zmusił, żebym na niego popatrzyła. Boleśnie poczułam jego bliskość. Nieproszone łzy zaczęły ściekać po moich policzkach. W jednej chwili zapragnęłam znaleźć się gdzieindziej. Gdziekolwiek, byle nie tutaj. Nie przy nim! – Martwiłem się o ciebie – burknął, już spokojniejszym głosem. – Nie miałem pojęcia co się stało. Nie waż mi się tego nigdy więcej robić! – zażądał stanowczo. Skinęłam głową. To i tak nie miało znaczenia. Przed oczami widziałam tylko uśmiechniętą uwodzicielsko twarz Heleny. – Odchodziłem od zmysłów – mruknął. – Godzinami stałem pod twoją kamienicą, miałem nadzieję, że chociaż twoja współlokatorka coś mi powie, jeżeli ciebie nie spotkam – westchnął. Spojrzałam na niego zaskoczona. Naprawdę aż tak się martwił? – Mieszkamy teraz gdzie indziej – powiedziałam zawstydzona. – Mam własne mieszkanie – dodałam niepewnie. – Kolejna rzecz o której zapomniałaś mi powiedzieć? – uśmiechnął się ponuro. – Przepraszam, za wszystko cholernie cię przepraszam – powiedziałam, wstając z ławki. Zerwał się z podłogi. Przytrzymał mnie stanowczo. Nie pozwolił zrobić ani kroku. – Martin… – zaczęłam – muszę iść na dół, wuj na mnie czeka. Wyglądał na zaniepokojonego. – Czemu ode mnie uciekasz? – zapytał. – Coś się stało? Co mu miałam powiedzieć? Jak miałam wyjaśnić, że nie mogę znieść faktu, że coś łączy go z tą kobietą, nawet jeżeli to miała być tylko jakaś chora przeszłość? To było dla mnie zbyt wiele. Kiedy jednak spojrzałam mu w oczy, zobaczyłam w nich upór. Płonęły żywym ogniem. Wiedziałam, że nie da się zbyć byle czym. – Ja nie mogę – szepnęłam. – Ty i Helena… – nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów. – Co ja i ona?! – warknął, boleśnie ściskając moje ramiona. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Spojrzał na mnie niedowierzająco. – Czy ty naprawdę myślisz, że coś mnie łączy z tą kobietą?! Przecząco pokręciłam głową. – Teraz już na pewno nie – powiedziałam odwracając wzrok – ale chyba wcześniej łączyło… Martin zazgrzytał zębami. Znów zmusił mnie, żebym na niego spojrzała. – Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro. – Nasłuchałaś się jakichś durnych plotek, które ona prowokuje swoim zachowaniem? – Nie odsunąłeś się od niej, nie odepchnąłeś jej, nie zrobiłeś nic kiedy cię dotykała – oznajmiłam gorzko. – Co innego miałam pomyśleć? Zmusił mnie, żebym usiadła na ławce. Sam ukucnął tuż obok mnie. – Posłuchaj mnie głuptasie – westchnął – nic nigdy nie łączyło mnie z Heleną Devree. Nigdy nawet nie próbowała być moją matką. Zawsze zupełnie ignorowała moją obecność, tak jakbym w ogóle nie istniał, nawet wtedy kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Potem urodził się Eric i ja w ogóle dla wszystkich przestałem istnieć, nawet dla własnego ojca. Zresztą to nie było trudne, bo i tak go prawie nigdy nie było. Helena zainteresowała się mną, kiedy skończyłem siedemnaście lat – ciągnął. – Od tamtej pory nie daje mi spokoju, grając w te swoje gierki. Myślisz, że nie próbowałem się przed nią bronić? – zapytał gorzko. – Kilka razy poskarżyła na mnie ojcu i uwierz mi, nie było warto. – Potem nauczyłem się jej zachowanie po prostu spokojnie znosić, jak bardzo bym się w środku nie gotował. Proszę, powiedz, że mi wierzysz – westchnął, wpatrując się we mnie intensywnie. Nadzieja mieszała się w jego głosie z obawą i rezygnacją. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a jego niebieskie oczy płonęły. Poczułam jak coś we mnie pęka. Napłynęły do mnie intensywne uczucia. Ulga, radość, żal, złość i gniew mieszały się zlewając w jedno, wielkie morze. Zsunęłam się z ławki na podłogę i oplotłam ramionami szyję chłopaka. Przez chwilę ani drgnął, zaskoczony, a potem objął mnie ramionami, przygarniają do siebie czule. – Jak dobrze, że jesteś – szepnął. – Nie uciekaj ode mnie, proszę. – Przepraszam – powiedziałam stłumionym głosem, wtulając twarz w jego ramię – czasami jestem bardzo głupia. – Słyszałam jak szybko bije jego serce. Poczułam jak delikatnie gładzi dłonią moje plecy. – Martin… – zaczęłam cichutko. – Mhm? – zapytał wtulając policzek w moje włosy. Tulił mnie do siebie zaborczo, jakby bał się, że jednak od niego ucieknę.  – Kocham cię – wyszeptałam, a wypowiadając te słowa czułam jednocześnie ogromną radość i ulgę jak i taki dziwny, ściskający gardło strach. Delikatnie odsunął mnie od siebie. Przyjrzał mi się uważnie. Uśmiechnął się lekko, a potem znowu przytulił. – Ja ciebie też, kociaku – wymruczał z niemal wyczuwalną w powietrzu ulgą. Siedzieliśmy na podłodze dłuższą chwilę, po prostu tuląc się do siebie. Całe napięcie opadło i został między nami tylko smutek ostatnich dni. Dopiero teraz poczułam jak bardzo go potrzebuję. To właśnie on był tą osobą, która kochała mnie za to, kim byłam. Kimś, kto będzie kochał mnie, nawet, jeżeli nie mogłam spełnić jego marzeń. Wiedziałam, że tylko przy nim będę potrafiła znaleźć pociesznie. W końcu chłopak wstał, podnosząc mnie z ciemnych kafelków podłogi. Spojrzałam na niego zawiedzionym wzrokiem. Chciałam tam zostać. Mnie było tutaj bardzo dobrze. Właściwie teraz wszędzie byłoby mi dobrze, byleby tylko on był przy mnie. – Podobno twój wuj na ciebie czeka – mruknął. – Chyba już na zbyt długo zostawiłaś go samego na pastwę Heleny. – Masz rację – przyznałam niechętnie. – Powinnam iść. Zejdziesz razem ze mną? – zapytałam z nadzieją. Skinął głową. Uśmiechnął się szelmowsko. – Jesteś gotowa na to, żeby dać im przedstawienie? – spytał przyciągając mnie do siebie i całując lekko w usta. Odwzajemniłam jego pocałunek. – Mhm, tęskniłem – mruknął nie przestając całować. – Piekielnie mi ciebie brakowało! W końcu oderwaliśmy się od siebie niechętnie. Wymknęłam się z pokoju, po cichu schodząc po szerokich stopniach, podtrzymywana na duchu obietnicą, że Martin niedługo do mnie dołączy. Czułam się o niebo lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Nareszcie wierzyłam, że pomimo wszelakich przeciwności, wszystko się jakoś ułoży. Dopiero teraz dotarło do mnie, że cokolwiek by się nie stało, to właśnie przy Martinie potrafię być szczęśliwa. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wróciłam na dół, Helena prowadziła z Duncanem uprzejmą konwersację. W korytarzu złapał mnie Eric. Uśmiechnął się do mnie promiennie. – Cieszę się, że przyszłaś – powiedział na powitanie. – Słyszałem, że umarła twoja babcia, bardzo mi przykro – oznajmił, a brzmiało to zupełnie szczerze. Skinęłam tylko głową. Nienawidziłam kondolencji, współczujący ludzie, byli w tym wszystkim najgorsi. Sprawiali, że śmierć bliskiej osoby stawała się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Usiedliśmy w salonie. Po kilkunastu minutach zjawił się także Martin. Grzecznie przywitał się z moim wujem. Widziałam jego zimne oczy i bezbarwną maskę na twarzy. Czy oni wszyscy od urodzenia uczyli się gry aktorskiej?! Ból, który w nim wyczuwałam, kiedy rozmawiał z moim wujem był niemal namacalny, a mimo to chłopak stał tam, z zupełnie kamienną twarzą. Wiedziałam, że dalej nie może sobie wybaczyć bezsensownej śmierci Roberta. Byłam przekonana, że nigdy bym tak nie potrafiła. Zresztą doskonale zdawałam sobie sprawę, że jestem straszną beksą. Przez przeszło godzinę Helena opowiadała głównie o sobie, a Duncan uprzejmie przytakiwał. Później zaczęła zachwalać Erica i jego osiągnięcia, nie wspominając o Martinie ani słowem. Tak, ta kobieta zdecydowanie miała tylko jednego syna. Drugi najwyraźniej był dla niej jedynie zabawką. Przeprosiła nas także za nieobecność męża, który wyjechał w interesach. Zaczęłam się zastanawiać czy ten człowiek w ogóle, kiedykolwiek bywa w domu, ale patrząc na Helenę, z zupełnie innej perspektywy, wcale nie dziwiłam się, dlaczego. Później Eric przeprosił i zaproponował mi spacer po ogrodzie. Zgodziłam się z miłą chęcią, byleby tylko stamtąd wyjść. Martin także wstał. Kiedy wychodziliśmy z salonu, niewinnym gestem musnął moją rękę. Kiedy spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł ponury, smutny uśmiech. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~           Chodziliśmy po ładnie zaprojektowanym, rozległym ogrodzie. Eric wyglądał na zdecydowanie niezadowolonego z obecności brata. Nie zaprotestował jednak ani jednym słowem. Wyglądało na to, że po prostu zaakceptował fakt, że Martin idzie z nami. Zdałam sobie sprawę, że rozmawiamy właściwie o niczym. Było bardzo niezręcznie. – Martin, jak twój proces? – zapytałam po części dlatego, żeby zdusić tą sytuację, a po części, ponieważ naprawdę chciałam wiedzieć. Zdziwiłam się, kiedy odpowiedział mi Eric. – Mój brat jest równie odważny, co i głupi – stwierdził gorzko. – Mimo, że zeznawał, odmówił ochrony świadków. W procesie skazali ojca Antona Kenta i wyciągnęli wystarczająco dużo zarzutów, żeby oskarżyć rodziców Michaela Sandrowa. Bez Martina, proces pewnie zostałby unieważniony. Sądzę, że nasi koledzy z klasy, będą chcieli się na nim mścić. Martin wzruszył ramionami. – Nie będą – odpowiedział tylko. – W końcu muszą mi dać spokój. Zresztą to ostatni miesiąc w tej szkole. Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawiali ze mną. To była ich prywatna kłótnia, która już najwyraźniej trwała od jakiegoś czasu. Czy Eric naprawdę martwił się o brata? Sama już nie wiedziałam, co mam o nim właściwie myśleć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~           Wieczorem spotkałam się z Martinem w parku. Wuj musiał odreagować wizytę u Heleny, więc wyniósł się, natychmiast po odwiezieniu mnie do domu. Wspięliśmy się na jedno z porośniętych trawą i drzewami wzgórz. Ten park był inny od tego przy mojej starej kamienicy. Mniej dziki, bardziej zadbany, było w nim więcej ludzi. Dużo czasu zajęło nam znalezienie swojego własnego, odludnego kawałka. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem. To było ładne miejsce, spory kawałek oddalone od ścieżek, przez co nikt tędy nie chodził. Usiadłam Martinowi na kolanach, oplatając ramionami jego szyję. Jak zwykle był irytująco nieznośny. Moje słowa, to co chciałam powiedzieć, topiły się w morzu jego pocałunków. – Martin… – powiedziałam cicho, starając się go od siebie odsunąć. – Mhm? – zapytał przyciągając mnie do siebie z powrotem. Jego usta znalazły się na mojej szyi. Mimowolnie odchyliłam do tyłu głowę. Poczułam jak przesuwa dłonie po moich plecach i ramionach. Rozpraszał mnie. Sama już nie wiedziałam co chciałam mu powiedzieć. – Martin! – zaczęłam odrobinę ostrzej. Roześmiał się, a potem znów uciszył mnie gorącym pocałunkiem. Tym razem oplotłam ramionami jego szyję, odwzajemniłam pocałunek. Trudno, powiem mu później… oczywiście o ile jeszcze będę pamiętała, co chciałam powiedzieć. – No, no, no, co my tu mamy – usłyszałam nad nami gruby głos. Obydwoje poderwaliśmy głowy. Tak byliśmy pochłonięci sobą, że nie zwracaliśmy uwagi na nasze otoczenie. Tuż przy nas stali Anton, Michael i ten trzeci chłopak, którego imienia dalej nie znałam. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w nas także Eric. Martin zdjął mnie ze swoich kolan. Wstał z ziemi, zasłaniając mnie sobą. – Czego chcecie? – warknął. – A jak myślisz, kapusiu? – syknął wściekle Anton. – Przez ciebie mój ojciec dostał wyrok. Ojciec Michaela ma proces o defraudacje i oszustwa podatkowe. Gdyby nie twoje pieprzone zeznania, nic by im nie udowodnili! – Mógł pomyśleć, zanim postanowił krzywdzić ludzi – odpowiedział spokojnie, ponurym głosem Martin. – To już się skończyło, dajcie mi spokój. – Pożałujesz tego skurwielu! – warknął Michael, a jego oczy ciskały błyskawice. Chwilę później do grupy dołączył piąty chłopak. – O! Lepszej okazji nie mogliśmy sobie wymarzyć – oznajmił rozbawionym głosem. Z trudem przełknęłam ślinę. Rozpoznałam w nim miłośnika Polek, który chciał mnie zmusić, żebym mu obciągnęła na basenie. Niejasno zdałam sobie sprawę, że Anton i Michael byli wkurzeni, ponieważ mieli powód, jak niewłaściwy by nie był, ale dla tamtej dwójki to była po prostu zabawa. Ich się naprawdę bałam. Nieznajomy dryblas postanowił nie tracić czasu. Brutalnie odepchnął na bok Martina. Uśmiechnął się paskudnie. – Ciebie też chyba znam – powiedział mściwym głosem, oceniając mnie wzrokiem. Cofałam się, aż drogę zagrodził mi gruby pień drzewa, pod którym wcześniej siedzieliśmy. Martin, niewiele myśląc, rzucił się na podchodzącego do mnie chłopaka. Anton i Michael odciągnęli go w tył. Oberwał w brzuch. Zgiął się w pół. – Zostawcie ją! – syknął, kiedy chłopak brutalnie chwycił mnie za ramię. – To ze mną macie porachunki, nie z nią. Potężnie zbudowany blondyn roześmiał się. – Z nią mam własne – odpowiedział rozbawiony, przyciągając mnie do siebie bliżej. Zaczęłam się wyrywać. Nadepnęłam mu na nogę. Syknął wściekle. Uderzył mnie. Do oczu napłynęły mi łzy. Zobaczyłam, jak Martin bezskutecznie próbuje się wyrwać chłopakom. Blondyn przytrzymał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Patrząc prosto na Martina, zaczął wsuwać rękę pod moją koszulkę. Dopadł mnie paniczny strach. Coś ścisnęło mi gardło. Zobaczyłam błagalne spojrzenie Martina, było skierowane do stojącego bez ruchu Erica. Chłopak wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię. Był blady, a w jego zielonych oczach widziałam szczere przerażenie. Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem jakby powziął decyzję. W jednej chwili rzucił się na trzymającego mnie blondyna. Tamten, mimo, że znacznie potężniej zbudowany od szczupłego Erica, puścił mnie zaskoczony. Stanęłam oniemiała, niezdolna zrobić ani jednego kroku. – Biegnij!!! – krzyknął do mnie Eric. To mnie otrzeźwiło. Ominęłam drzewo i pędem rzuciłam się do ucieczki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam złapać tchu. Odwróciłam się, żeby spojrzeć za siebie. Gonił mnie chłopak, którego imienia dalej nie poznałam. Był blisko, a ja już nie miałam siły dalej biec. Skręciłam ze ścieżki w krzaki, mając nadzieję, że może tam go zgubię. Ściemniało się. Powoli zaczynały zapalać się latarnie. Wpadłam na dobrze wyposażony plac zabaw dla dzieci. Na drabinkach i drewnianych konstrukcjach siedzieli jacyś chłopacy, popijając piwo. Mieli na sobie czarne koszulki z logami metalowych zespołów. Było ich czterech. Popatrzyli na mnie zaskoczeni, ale nie jak na intruza, który wtargnął w ich życie. Nie miałam czasu się zastanawiać. Schowałam się za nimi. – Marika? – usłyszałam swoje imię wypowiedziane pytającym głosem. Spojrzałam w kierunku osoby, która się odezwał. To był Thijs, chłopak Nataly. Z ulgi niemal ugięły się pode mną nogi. – Pomóż mi, proszę – powiedziałam zdyszana, z trudem łapiąc powietrze. Czułam jak coś potwornie kłuje mnie w klatce piersiowej. Ledwo wypowiedziałam te słowa, na plac zabaw dotarł mój prześladowca. Stanął na środku, zaskoczony nową sytuacją. Otrząsnął się jednak szybko, uznając, że nieznajomi nie będą się wtrącać. Przyskoczył do mnie jednym susem. Chwycił za ramię i pociągnął za sobą. Thijs zsunął się z drabinek. Był naprawdę rosły i dobrze zbudowany. Podszedł do nas pewnym krokiem. – Puść ją – rozkazał stanowczo. – Nie wtrącaj się! To nie twoja sprawa! – odwarknął tamten, ciągle boleśnie ściskając moje ramię. – Właśnie, że moja, więc chyba masz pecha – odpowiedział spokojnie Thijs. Chwycił chłopaka za rękę, uwalniając mnie z jego uścisku. Jego koledzy wstali. Podeszli do nas niespiesznie. Blondyn stchórzył. Najpierw, cofając się powoli, opuścił plac zabaw, a potem popędził przed siebie przez park. Zadrżałam. – Nic ci nie jest? – zapytał łagodnie Thijs. – Mi nie – odpowiedziałam, ciągle nie mogąc się uspokoić – ale tylko dlatego, że uciekłam. Za to chcą skrzywdzić moich przyjaciół – powiedziałam błagalnie patrząc na chłopaka Nataly. – Razem z tym jest ich czterech przeciwko im dwóm – dodałam niepewnie. Wysoki, szczupły brunet uśmiechnął się zadziornie. – Pomożemy im Thijs? – zapytał z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją, jakby chciał powiedzieć „nareszcie coś się będzie działo”. Reszta mu przytaknęła. Thijs uspakajająco położył mi rękę na ramieniu. – Chodź, zaprowadzisz nas tam – powiedział ciągle tym samym spokojnym, łagodnym głosem. – Jak widzisz, moi koledzy są bardzo chętni do pomocy – uśmiechnął się lekko. Nie byłam w stanie dłużej biec, ale szłam najszybciej jak mogłam. Thijs zostawił mnie u podnóża pagórka na którym rosły dęby, zabraniając mi się stamtąd ruszać. Stałam tam, niespokojnie czekając na to co stanie się dalej. Jedyne, co mogłam robić, to błagać w duchu, żeby nic złego nie stało się Martinowi i Ericowi. Nawet nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, co mogłoby się stać, gdybym go w porę nie spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Pierwszą osobą, którą zobaczyłam w szarym półmroku, oświetlanym jedynie odległym, dochodzącym z drogi, światłem latarni, był Martin. Zbiegł ze wzgórza, niemal wpadając na mnie. – Nic ci nie jest? – zapytał z niepokojem, przyciągając mnie do siebie i mocno oplatając ramionami. Przecząco pokręciłam głową. Tak bardzo się o niego martwiłam! Wtuliłam się w chłopaka, szczęśliwa, że nic mu się nie stało. Chwilę później dołączył do nas Thijs. Prowadził ze sobą krzywiącego się z bólu Erica. Nikt inny się nie pojawił. – Masz samochód? – zwrócił się do brata Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. – Trzeba cię zawieść na pogotowie, możliwe, że złamałeś rękę. Jakoś nie bardzo widzę cię w tym stanie na motorze… – Stoi przy ulicy – powiedział coraz bardziej blady na twarzy Eric. Thijs odprowadził nas do samochodu. – Dacie sobie radę? – zapytał. – Tak, zajmę się bratem – powiedział ponuro Martin, biorąc od Erica kluczyki. – Dzięki za pomoc. Chłopak Nataly uśmiechnął się kwaśno. – Dajcie znać, jeżeli mielibyście jakieś problemy – powiedział odsuwając się od samochodu. Odwróciłam się w jego stronę. – Dziękuję, Thijs – powiedziałam, wiedząc, że w życiu mu się za tą przysługę nie odwdzięczę. – Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym na ciebie nie wpadła – zadrżałam na samą myśl. – Nie ma sprawy – odpowiedział uśmiechając się lekko. – Trzymajcie się. Wsiedliśmy do samochodu. Usiadłam na tylnym siedzeniu, przy Ericu. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Martin zawiózł go do szpitala. Dopiero teraz, kiedy czekaliśmy w wielkim, jasno oświetlonym holu, zobaczyłam jak bardzo brudne i zniszczone, było ubranie chłopaka. Na jego twarzy widniały nieprzyjemne zadrapania. Sam też musiał nieźle oberwać, ale wyraźnie się tym nie przejmował, za to widziałam w jego oczach, jak bardzo martwi się o brata. Chodził niespokojnie w tę i we w tę, podczas gdy ja siedziałam na obitym zielonym materiałem, poczekalnianym krześle. – Martin, opowiedz mi, co się w ogóle stało, kiedy uciekłam… – poprosiłam, mając nadzieję, że może czymś, chociaż na chwilę, zajmę chłopaka. Wzruszył ramionami, zatrzymując się naprzeciwko mnie. – Właściwie niewiele – westchnął. – Eric trochę oberwał, a potem Michael i Anton pokłócili się z Tomem. Mój brat jest ich kumplem i chyba nie chcieli go mieć na sumieniu. Potem wrócił Din, na szczęście bez ciebie i niemal pobili się sami między sobą, o to co mają dalej zrobić. W każdym razie zapewne byłoby dużo gorzej, gdyby nie pojawił się ten wielkolud z kolegami – mruknął niechętnie Martin. – Przepraszam, że cię w to wpakowałem. Ciebie i Erica – dodał ponuro. – Nie spodziewałam się, że się wtrąci – wyznałam szczerze. – To mi do niego nie pasuje. Pozytywnie mnie zaskoczył. Martin usiadł przy mnie. Położyłam dłoń na jego dłoni, oparłam głowę na ramieniu chłopaka. – W końcu to mój brat – powiedział cicho. – Co innego miałby zrobić? Zawsze mogłem na niego liczyć, kiedy naprawdę tego potrzebowałem – mruknął. – Właściwie, to nawet nie jestem pewien czy rzeczywiście mamy tego samego ojca, zważywszy na to jak jego matka lubi się puszczać, ale czy płynie w nas ta sama krew czy nie, tak naprawdę Eric jest chyba jedyną osobą, którą mogę z czystym sumieniem nazwać rodziną. Jest odważniejszy niż wygląda – dodał jeszcze ciszej. Uśmiechnęłam się delikatnie. Po tym co dzisiaj zrobił, moja ocena Erica gwałtownie skoczyła w górę. Cieszyłam się, bo mimo, że nie był obiektem moich westchnień, bardzo ciężko mi było nie lubić tego pogodnego i zawsze, w każdej sytuacji uprzejmego chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             We trójkę pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Marty jeszcze nie było. Eric był potłuczony i miał rękę w gipsie, ale poza tym, nic poważniejszego mu się nie stało. Posadziłam ich na kanapie i zaparzyłam herbaty. Potem sama usiadłam, wplatając się pod ramię Martina. Eric zaskoczył mnie i tym razem. Spojrzał na nas dziwnym wzrokiem. – Mogłem się tego domyślić – mruknął rozbawiony. – Jakoś mi umknęło. Długo to się ciągnie? – zapytał rzeczowo. – Pocałowałem ją po tamtym pierwszym ognisku – przyznał Martin. – Nieźle graliście, przez tak długi czas – westchnął Eric. – To ty jesteś mistrzem aktorstwa – roześmiał się Martin. – My niczego nie udawaliśmy, naprawdę się kłóciliśmy – przyznał. – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? – spytał lekko zaniepokojony. – Jasne, że nie – powiedział Eric – po prostu, gdybym wiedział, nie robiłbym z siebie głupka. – I tak, dalej mam ci za złe takie traktowanie dziewczyn – wtrąciłam się im do rozmowy, patrząc twardo na Erica. – Czemu Marta jest na ciebie taka wściekła? – zapytałam nieco spokojniej. Spojrzał na mnie zaskoczony. Westchnął. – No tak, to ty byłaś z moim bratem nad morzem? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Obraziła się, bo nie mogłem z nią tego zrobić – powiedział, spuszczając wzrok. – Naprawdę mi na tobie zależało – przyznał niechętnie – a po rozmowie z Martinem, poczułem się jak ostatni dupek – dodał ponuro. Jakoś dziwnie ucieszyła mnie wiadomość, że przynajmniej ze sobą nie spali. – Chociaż, w sumie, czasem on sam nie jest wcale lepszy! Na przykład ta historia z Nataly Danstown… – dodał szczerząc zęby w uśmiechu. Spojrzałam pytająco na Martina, czując lekki niepokój. Chłopak skarcił brata wzrokiem. – Nic szczególnego – odpowiedział na moje nieme pytanie. – Zaprosiła mnie na randkę, jakoś na początku semestru. Byłem głupi i się zgodziłem, zamiast odmówić jej tak jak reszcie. Poszliśmy razem do kina. Tyle. – Acha – wtrącił się niezrażony Eric – a potem ją kompletnie zignorował. Tak po prostu olał, bez słowa. Teraz przynajmniej wiedziałam, czemu Nataly reagowała na niego w tak ostry sposób. – Dlaczego? – zapytałam, wiedząc, że Martina, jakkolwiek by się nie zachowywał, to wcale nie bawi igranie z ludzkimi uczuciami. – Dziewczyny zaczęły jej dokuczać – mruknął. – Tak jak tobie, na początku, z powodu Erica. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym jak wredne potrafiły być moje koleżanki z klasy. – Dalej jej dokuczają – powiedziałam niechętnie – ale ona sobie jakoś z tym radzi. Teraz, dzięki tym moim urodzinom, które urządził Eric, już znacznie mniej… Martin skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował. – Macie dla mnie jeszcze jakieś rewelacje? – spytał Eric. – Nie lubię żyć w niewiedzy – oznajmił. – Ja nie – odpowiedziałam mu z wesołym uśmiechem – ale chętnie bym się dowiedziała, dlaczego postanowiliście zepsuć bal. Ten fakt dalej nie daje mi spokoju. Eric zaczerwienił się lekko. – To był zwykły dowcip – przyznał niechętnie. – Nudziliśmy się z Antonem… Chcieliśmy, żeby coś się zaczęło dziać. Spojrzałam pytająco na Martina. – W takim razie co ty masz z tym wspólnego? Chłopak wzruszył ramionami. – Właściwie to nic – stwierdził ponuro. – Niechcący dowiedziałem się co planują i dlatego tam poszedłem. Nie chciałem, żeby Eric wpakował się w jakieś głupie kłopoty. Przyszedłem za późno, żeby mu to wybić z głowy, ale zdążyłem przynajmniej zadbać o to, żeby wykasować nagranie z kamer. Po każdym mogłabym się takich rzeczy spodziewać, ale z pewnością nie po Ericu! Jeżeli ten chłopak miał takie pomysły, to kolejne dwa lata w liceum imienia świętego Franciszka będą dla mnie prawdziwym wyzwaniem. – Obydwaj jesteście psychopatami! – stwierdziłam, zagłębiając się w kanapę. Zasłoniłam twarz dłońmi, tłumiąc niepohamowany wybuch śmiechu. – Nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony Martin, zabierając moje ręce od twarzy. – Wariatka – mruknął, kiedy zobaczył, że się śmieję. – Przepraszam – powiedziałam, nie potrafiąc przestać się śmiać – cały czas myślałam, że to twoja sprawka i że towarzyszył temu jakiś wyższy, nieznany mi cel! Nigdy nie wpadłabym na to, że Ericowi „się nudziło”. – Dzięki, cieszę się, że masz o mnie dobre zdanie – westchnął cierpiętniczo Martin. – Właściwie czemu mnie tam zaprosiłeś skoro planowałeś tego typu zabawę? – zapytałam ciekawa jego odpowiedzi. – Przecież nie chcieliśmy zepsuć całego balu – naburmuszył się lekko obrażony chłopak. Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ drzwi wejściowe się otworzyły. Zamilkliśmy. Nasze spojrzenia odruchowo powędrowały w tamtą stronę. – Rozgość się – usłyszałam, dochodzący z korytarza, znajomy głos Marty. Do pokoju wszedł Jonathan, jeden z moich kolegów z klasy, który również był na mojej imprezie urodzinowej. Najwyraźniej Marta nie próżnowała. Chłopak stanął jak wryty, patrząc na nas zaskoczony. – Cześć – przywitał go wesoło Eric, nie wstając z kanapy. Na dźwięk jego głosu Marta wyjrzała zza pleców Jonathana Wyglądała nie tylko na zdziwioną, ale także i zmieszaną. – Co wy tu robicie? – spytała głupio. – Ja tu mieszkam – odpyskowałam przyjaciółce, która coraz bardziej zaczynała mnie irytować – a to są moi goście. Hej Jonathan – dodałam, żeby nie wyjść na totalną zołzę. – Miło cię widzieć. Chłopak z lekko zawiedzioną miną usiadł przy nas na kanapie. Najwyraźniej liczył na coś zupełnie innego, a ja wolałam sobie nie wyobrażać co to mogło być. – Co ci się stało w rękę? – zaciekawiony zapytał Erica. – Biłem się – odpowiedział z dumą chłopak. Westchnęłam. Myliłam się co do Erica. On także był nie do zniesienia. Podczas gdy chłopacy wdali się w ożywioną dyskusję, podeszła do mnie Marta. Przeprosiła i niemal siłą zabrała mnie do swojego pokoju. – Czemu go tu zaprosiłaś?! – spytała oskarżycielsko. – Raczej ty mi wytłumacz co tu robi Jonathan – odpowiedziałam ponuro. – Myślałam, że to Eric ci się podoba. – No tak… – zmieszała się Marta – ale ja go niespecjalnie obchodzę. – Dlatego postanowiłaś umawiać się z moimi kolegami z klasy? – zapytałam. – Ułożyłaś sobie jakąś listę? – Potem miał być Anton – przyznała niechętnie dziewczyna, a ja zdumiona wytrzeszczyłam na nią oczy. Chciałam jej tylko dogryźć. Nigdy nie podejrzewałabym, że to co mówię, okaże się prawdą. – Ale dlaczego? – spytałam zaskoczona. – Żeby Eric był zazdrosny – mruknęła spuszczając wzrok. – Jesteś głupia! – warknęłam na nią. – Nie możesz się tak zachowywać! Zresztą, skoro masz tu Erica, to może wyjaśnijcie sobie parę spraw? – zasugerowałam spokojnie. Marta wzruszyła ramionami. – Niech ci będzie – westchnęła i razem wróciłyśmy do pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W końcu wyszło na to, że zarówno Eric jak i Martin zostali u nas na noc. Tylko Jonathan pożegnał się, zniechęcony całą sytuacją i ignorowaniem go przez Martę. Poniedziałkowy ranek okazał się być pochmurny i ponury. Przynajmniej nie padało. To jednak i tak nie miało znaczenia, ponieważ wszystko we mnie śpiewało, tylko dlatego, że tego właśnie ranka, obudziłam się w ramionach Martina. To miał być piękny dzień, również dlatego, że mieliśmy już dłużej naszych uczuć nie ukrywać przed resztą świata. Bolało mnie tylko to, że Martin wcale nie wyglądał na zachwyconego z tego powodu. Wyszliśmy przed dom. Usiadłam za chłopakiem, na wiśniowym motorze. Odwrócił się w moją stronę. Spojrzał mi poważnie w oczy. – Posłuchaj kociaku, jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał. – Ja w tym roku kończę tą szkołę i idę do college, ty będziesz się tam uczyła przez kolejne dwa lata… – Nie zaczynaj znowu! – warknęłam na niego. – Mam to gdzieś i doskonale o tym wiesz! Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy. Nie powiedział już nic więcej, tylko po prostu ruszył. Tym razem wjechaliśmy na teren szkoły. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed frontową bramą. Kiedy Martin zdjął kask, wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. Zawahałam się. Teraz już wcale nie byłam pewna, czy to taki dobry pomysł. Nienawidziłam być w centrum uwagi, ale kiedy spojrzałam w jego roziskrzone, niebieskie oczy, wszystkie wątpliwości pękły, jak bańka mydlana. Zdjęłam kask, chłopak objął mnie ramieniem i odprowadzani morzem spojrzeń oraz gorliwymi szeptami, razem weszliśmy do budynku szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Widziałam, że dziewczyny z mojej klasy aż nosi, kiedy zobaczyły jak Martin odprowadza mnie pod samą salę lekcyjną. Został ze mną aż do dzwonka. Mimo nieskrywanej ciekawości, żadna z koleżanek nie ośmieliła się do nas podejść. Antona ani Michaela nie było w szkole, Eric także się nie pojawił, ale w tym wypadku, przynajmniej wiedziałam dlaczego. Nataly spóźniona wbiegła do klasy, zajmując wolną ławkę obok mojej. No cóż, przynajmniej ona nie będzie wypytywała mnie o Martina, to znaczy, jeszcze nie będzie. Już na samym początku lekcji, zaczęły sypać się karteczki. Zalewało mnie dosłownie ich morze. Nataly przyglądała się temu zdumiona, a ja tylko wzruszyłam ramionami, wcale się z tego nie ciesząc. „Martin?!” brzmiały zdumione napisy „Co? Kiedy? Gdzie? Jak? Opowiadaj natychmiast!”. Trwało to przez całą lekcję, a ja zbywałam wszystkie dziewczyny odpisując, że porozmawiamy na przerwie. Kiedy tylko opuściliśmy klasę, otoczyło mnie morze zaciekawionych twarzy. Nawet Nataly znalazła się w tym zbiegowisku. Pytania sypały się jedno po drugim, a każde kolejne głupsze i bardziej namolne. – Hej! Hej! Może wreszcie dacie jej coś powiedzieć? – uspokoiła dziewczyny Kate, a ja poczułam do niej prawdziwą wdzięczność. Koleżanki spojrzały na mnie wyczekująco. – Tak, przyjechałam z Martinem do szkoły – bąknęłam niechętnie. – I tak, chyba jesteśmy razem – dodałam nagle tracąc całą pewność siebie – a Erica nie ma w szkole, ponieważ złamał rękę – odpowiedziałam, na jedno z sensowniejszych pytań. Widziałam, zaskoczone, niechętne spojrzenia dziewczyn, ale potem Kate, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczęła mi gratulować. To przełamało lodową barierę. Posypały się gratulacje. W korytarzu rozbrzmiewały śmiechy. Angela stwierdziła, że to iż chodzę z Martinem, oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że Eric jest wolny, a wtedy w ogóle już rozluźniła się atmosfera. Poszukałam wzrokiem Nataly. Mojej przyjaciółki nigdzie nie było. Chciałam jej poszukać, ale koleżanki mi na to nie pozwoliły. Życzyły sobie całej mojej uwagi. Z całego zamieszania uratował mnie dopiero Martin. Tyle czasu z nim spędziłam, że zupełnie zapomniałam o jego szkolnej opinii mrocznego księcia. Kiedy pojawił się w korytarzu, ludzie dosłownie rozstępowali się na boki, a on po prostu, patrząc prosto przed siebie, szedł samym środkiem. Od razu podszedł bezpośrednio do mnie, ignorując otaczające mnie dziewczyny. One także się odsunęły, zawczasu robiąc mu przejście. – Żyjesz? – zapytał cicho, podchodząc do mnie bliżej. Skinęłam głową. Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. Nie tego się spodziewałam. – Chodź – powiedział, biorąc mnie za rękę, a ja, odprowadzana zazdrosnymi spojrzeniami koleżanek, posłusznie poszłam za nim. Zaprowadził mnie na pustą klatkę schodową. Usiedliśmy na szerokim parapecie wychodzącego na dziedziniec szkoły okna. – Jesteś straszny! – oznajmiłam. – Dlaczego? – spytał zaskoczony. – Ludzie przed tobą uciekają – mruknęłam. Roześmiał się. – Ty też planujesz? – Nie – westchnęłam – ja chcę z tobą zostać. Moich uszu dobiegło stłumiona sapnięcie. Rozejrzałam się dookoła. Na dole, pod schodami siedziała Nataly. Nie zauważyłam jej wcześniej. Martin najwyraźniej też nie. Po jej rumianych policzkach spływały łzy. – Co tu robisz? – zapytałam podchodząc i kucając przy niej. – Zostaw mnie – poprosiła cichym, stłumionym głosem. – Coś się stało? – spytał Martin, stając nad nami. Nataly przecząco pokręciła głową. – Idźcie już – poprosiła. – Nie ma mowy, dopóki nie powiesz o co chodzi! – oznajmiłam. Dziewczyna westchnęła. Usiadłam przy niej, żeby pokazać, że nigdzie sobie nie idę. Zdziwiłam się, kiedy Martin też przy nas usiadł. – Doskonale – stwierdziła pełnym napięcia tonem. – Chcecie wiedzieć? I tak już mi wszystko jedno! Z moją, podobno, przyjaciółką umawia się chłopak, którym całą sobą gardzę, bo postanowił zabawić się moim kosztem – tu wymownie spojrzała na Martina. – Ciekawe czy jej zrobisz to samo? – zapytała ponuro. – Marika zasługuje na kogoś lepszego niż ty! – oznajmiła. – Poza tym, żeby dzień był jeszcze lepszy, mój chłopak został aresztowany pod zarzutem pobicia – dodała wtulając twarz w dłonie. Oczy Martina pociemniały. Gwałtownie wstał. – Dokąd idziesz? – zapytałam, mając nadzieję, że jednak wyjaśni i chociaż odrobinę przeprosi Nataly. – Tam gdzie powinienem pójść na samym początku – mruknął zupełnie zrezygnowany. – Do dyrektora. Myślałem, że to sprawa między nami, ale skoro oni grają w ten sposób, to nie widzę powodu, żeby ich kryć – oznajmił. – Poza tym Nataly – zwrócił się do mojej przyjaciółki, która usłyszawszy swoje imię podniosła na niego wzrok – naprawdę cię lubię, jesteś fajną dziewczyną, ale Marikę kocham, a to zdecydowanie nie to samo. Potem po prostu odwrócił się i odszedł, a ja po raz niewiadomo który wpatrywałam się w jego znikające plecy. – Gdyby nie twój chłopak, Nataly – zwróciłam się do dziewczyny – to by mnie wczoraj, w parku jakiś typ zwyczajnie zgwałcił. Co do Martina – kontynuowałam, korzystając z faktu, że patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami – to zaczął cię ignorować, kiedy zorientował się, że z jego powodu dokuczają ci dziewczyny z klasy. Koniec historii. – O Boże! – westchnęła dziewczyna – a ja dzisiaj rano tak nawrzucałam Thijsowi, kiedy do mnie zadzwonił! Idiotka ze mnie! Powinnam mu bardziej ufać – końcówka zdania rozpłynęła się w łzach. Objęłam ramieniem barki Nataly. – Nie martw się – uśmiechnęłam się do niej pogodnie – jakoś to wszystko wyjaśnimy, a teraz umyjesz buzię zimną wodą, a potem wrócimy na zajęcia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Martin zadzwonił do mnie, mówiąc, że on i Eric będą na mnie czekali pod szkołą w samochodzie. Okazało się, że to nie Michael i Anton, a Tom i Din zgłosili na policję pobicie, przez co Thijs wylądował w areszcie. Umówiłam się z Nataly pod szkołą, ponieważ jako ostatnie zajęcia, miałam WF, na który ona nie chodziła. Z basenu wyrwałam się jako pierwsza, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjaśnić sprawę z Thijsem i przytulić się do Martina. Biegnąc do szatni, jak idiotka pośliznęłam się na mokrych kafelkach, wpadając komuś pod nogi. Kiedy podniosłam wzrok, ze strachu zaschło mi w gardle. To był Tom, miłośnik Polek i mój największy prześladowca. Uśmiechnął się na mój widok. Szybkim ruchem zatkał mi usta dłonią i pociągnął w stronę męskiej przebieralni. Dopiero tam mnie puścił. – Co za miła niespodzianka – oznajmił uradowany, pożerając mnie wzrokiem. Pod jego spojrzeniem, czułam się niemal naga, jedynie w granatowym, ociekającym wodą, kostiumie kąpielowym. Próbowałam wyminąć go i dotrzeć do drzwi. Brutalnie chwycił mnie za nadgarstek. Wykręcił mi rękę. – Puść mnie! – krzyknęłam rozpaczliwie. – Jeszcze czego – roześmiał się chłopak – tym razem się zabawimy. Popchnął mnie na stojące pod ścianą, drewniane szafki. Jedną ręką przytrzymał mi nadgarstki, podczas, gdy drugą zaczął błądzić po moim wilgotnym ciele. Szarpnęłam się. Kopnęłam go kolanem w krocze. Syknął z bólu, a potem warknął na mnie, nie zelżywszy jednak ani na chwilę uścisku. – Pożałujesz tego – powiedział mściwie. Poczułam, jak przesuwa rękę z mojego brzucha, na biust. Znów spróbowałam się wyrwać. Na próżno. Sparaliżował mnie strach. W otwartych drzwiach zobaczyłam szczupłą sylwetkę Antona. Więc jednak przyszedł do szkoły… Był blady na twarzy. Miał podbite oko, ślad po wczorajszej bójce. Spojrzałam na niego błagalnie, mimo, że jego także się bałam. Chłopak wszedł do środka. – Tom, zastanów się co robisz – zaczął łagodnie. Był znacznie wątlejszej budowy, od napastującego mnie blondyna, wyglądał też na mocno przestraszonego. – Nie twoja sprawa – odwarknął trzymający mnie chłopak. – Im szybciej się stąd zmyjesz, tym lepiej dla ciebie – dodał. – Daj jej spokój – poprosił niepewnie Anton – to nasza koleżanka z klasy… – W każdym razie nie moja – odparł blondyn, mocno zirytowanym głosem. Na siłę, brutalnym gestem, opuścił moje ręce wzdłuż tułowia i mimo, że broniłam się jak tylko mogłam, zaczął zsuwać ramiączka od kostiumu. Anton podszedł do nas. Spróbował go ode mnie odsunąć. Tom przyłożył mu z całej siły pięścią w nos. – Nie wtrącaj się! – warknął gniewnie. – Uprzedzałem! Anton wstał. Tym razem po prostu rzucił się na blondyna. Tom, żeby się obronić, musiał mnie puścić. Odskoczyłam pod ścianę. Bijący się chłopacy zablokowali mi drogę do drzwi. Stałam tam skulona, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Czułam narastający, dławiący w gardle strach. Pewność miałam tylko co do jednego – to nie Anton wygra bójkę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja stałam tam, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Marzyłam o tym, żeby być zupełnie gdzieindziej, ale niestety, byłam tutaj, w męskiej przebieralni i nie mogłam wyrzucić z ponurej wizji swojej najbliższej przyszłości, macających mnie, twardych dłoni Toma. Z nosa Antona leciała krew. Blondyn siedział na nim, w furii okładając go pięściami. Decyzją chwili rzuciłam się ku drzwiom. Zanim jednak Tom zdążył zareagować, wpadłam na czyjąś, blokującą drzwi postać. To był Michael. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w leżącego na podłodze, w kałuży krwi, przyjaciela. Zaraz za nim pojawił się mężczyzna w średnim wieku, odziany w elegancki, prążkowany garnitur. Znałam go, przynajmniej z widzenia. To był nasz dyrektor. Wszedł do środka, ponurym spojrzeniem obrzucając patrzącego niedowierzająco Toma. Michael, bez słowa, otulił mnie swoją rozpinaną bluzą. – Sandrow – powiedział zwracając się do Michaela – zaprowadź pannę Merrowing do pielęgniarki, później wszyscy macie się stawić w moim gabinecie – uciął krótko, wyjmując z kieszeni komórkowy telefon i od razu wybierając numer. Ostatni raz spojrzałam na, z trudem siadającego Antona. Razem z Michaelem wyszliśmy na korytarz. Chłopak w milczeniu szedł u mojego boku. Zatrzymałam się przed wejściem do damskiej przebieralni. – Spotkamy się u dyrektora – oznajmiłam tylko. – Ale miałem cię zaprowadzić do pielęgniarki! – zaprotestował chłopak, ja jednak zdążyłam już zniknąć za drzwiami damskiej szatni. Ubrałam się jak najszybciej potrafiłam. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Nataly i w kilku, uogólniających słowach, nakreśliłam przyjaciółce nowa sytuację. Później głęboko zaczerpnęłam powietrza, zwinęłam bluzę Michaela do torby i wyszłam na korytarz by udać się prosto do gabinetu dyrekcji. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W pokoju zebrał się spory tłumek. Było tu kilku nauczycieli, ochrona, pani wicedyrektor, a także Nataly, Martin i nawet Eric. Na krześle pod ścianą siedział także Michael. Natychmiast do nich podeszłam. Patrzyli na mnie zaniepokojonymi spojrzeniami. – Nic mi nie jest – wyszeptałam cicho, siadając na kanapie, tak blisko Martina, żeby nasze dłonie mogły się zetknąć. To właśnie jego teraz najbardziej potrzebowałam. Chwilę później zjawił się dyrektor. Prowadził ze sobą Toma i nieco zakrwawionego, trzymającego przy nosie jakiś opatrunek, Antona. Zaraz po ich wejściu, nauczyciel WFu, przyprowadził Dina. Wyglądało na to, że poza dodatkiem w postaci niczemu niewinnej Nataly, byliśmy w komplecie. – Panie Kent, Sandrow, panowie Troy, zarzuty wysunięte przeciwko wam są dosyć poważne, a po dzisiejszym – odchrząknął – incydencie, nie mam wątpliwości, że również prawdziwe. Panowie Troy? Więc Tom i Din byli rodzeństwem. Zadrżałam. No tak, mogłam się tego sama domyślić… Martin zacisnął mocniej dłoń na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się do niego blado. – Będziecie państwo wzywani pojedynczo, żebyście mogli przedstawić swoją wersję wydarzeń – oznajmiła stanowczo pani wicedyrektor, a potem wraz z dyrektorem i jednym z ochroniarzy, zamknęli się w gabinecie. Reszta osób została z nami. Wzywani byli wszyscy po kolei, trwało to ponad godzinę. Mnie dyrektor poprosił na samym końcu. Martin również wstał. – Czego pan nie zrozumiał, panie Corvidae, w słowie pojedynczo? – zapytała chłodno jedna z nauczycielek.  – Chyba pani nie myśli, że zostawię ją samą? – odpowiedział pytaniem na pytanie chłopak. Jego spojrzenie było lodowato zimne. Wyglądająca przez drzwi pani wicedyrektor skinęła głową. – Dobrze, niech wejdą obydwoje – zgodziła się łaskawie. Kiedy weszliśmy do gabinetu, Martin przysunął sobie dodatkowe krzesło i obydwoje usiedliśmy przed biurkiem, wyglądającego na mocno zmartwionego dyrektora. Siwe pasma w jego włosach, wyraźnie świadczyły o tym, jak trudna może być współpraca z młodzieżą. – Pani Merrowin, proszę opowiedzieć co się dzisiaj stało – powiedział siląc się na spokojny ton. – Zaczepiał mnie chłopak, który z tego co się dowiedziałam, ma na imię Tom. Robił to już wcześniej – odpowiedziałam krótko. Dyrektor skinął głową. – Wiele skarg już wpływało na rodzeństwo Troy – oznajmił. – Za pobicie i próbę gwałtu, Tom zostanie wydalony ze szkoły w trybie natychmiastowym. Niedługo zjawią się tu wasi rodzice. Co może mi pani powiedzieć o panu Dinie, Michaelu i Antonie? Podobno są odpowiedzialni za złamanie ręki panu Devree i wielokrotnie grozili panu Corvidae. Oni też są na najlepszej drodze do tego, żebym wydalił ich ze szkoły. Zawahałam się. W końcu to właśnie Anton obronił mnie przed Tomem, a Michael zapewne w tym czasie poleciał po dyrektora. – To niezupełnie tak – odpowiedziałam patrząc prosto na mężczyznę. – To znaczy, z tego co wiem, wszyscy oni nie przepadają za Martinem, ale Anton i Michael nie brali w niczym czynnego udziału – skłamałam. –  Raczej próbowali załagodzić sytuację. To dwaj pozostali są sprawcami bójek. Wpatrujące się we mnie, niebieskie oczy Martina, znów stały się lodowato zimne. Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. – Czy to prawda panie Corvidae? – zapytał mężczyzna. Chłopak przez chwilę milczał, a potem potwierdził skinieniem głowy. – Tak, panie dyrektorze – odpowiedział niechętnie. – W takim razie, to by zgadzało się z zeznaniami pana Erica Devree – oznajmił. – Doskonale, więc mamy jasną sytuację. Rodzeństwo Troy zostanie wydalone ze szkoły w trybie natychmiastowym, a panowie Sandrow i Kent będą na dwa tygodnie zawieszeni w prawach ucznia, a potem czekają ich prace społeczne. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wychodziliśmy z gabinetu, w dalszym ciągu czułam bijący od Martina chłód. W salonie już czekał mój wuj. Była także Helena. – W co znowu wpakowałeś mojego biednego Erica? – warknęła wściekle na pasierba, kiedy niechętnie podszedł do niej. – Jak zwykle same z tobą kłopoty! Martin odpowiedział milczeniem, a we mnie aż coś się zagotowało. Duncan położył mi rękę na ramieniu. – Wszystko w porządku? – zapytał z prawdziwym niepokojem w oczach. Skinęłam głową. Wiedziałam, że ja i mój wuj możemy zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Jak na dorosłego był całkiem w porządku. Dyrektor ogłosił swój werdykt. Rodzice Toma i Dina zaczęli gwałtownie protestować, matki Antona i Michaela, wyraźnie odetchnęły z ulgą, sami chłopacy natomiast wyglądali na mocno zdziwionych. Kiedy wychodziliśmy, podeszłam do przyjmującego od matki burę Antona. Kobieta spojrzała na mnie pytająco, chłopak spuszczał wzrok. – Ja chciałam tylko podziękować – oznajmiłam cicho. – Zachowałeś się bardzo w porządku, Anton. Dziękuję, że mnie przed nim obroniłeś. Chłopak uśmiechnął się lekko, niepewnie. Jego matka chyba dopiero teraz uwierzyła w niewinność swojego syna. Wyglądała na bardzo zaskoczoną. – Spoko – bąknął zmieszany chłopak. Później podeszłam do Michaela. Lubiłam mieć jasne sytuacje. – Dziękuję za bluzę – powiedziałam wyjmując ją z torby i podając chłopakowi – i za powiadomienie dyrektora… – dodałam mniej pewnie. – To dzięki tobie nie wylecieliśmy ze szkoły, prawda? – zapytał. – Nie tylko – oznajmiłam z lekkim uśmiechem. – Eric zeznawał to samo co ja, a Martin potwierdził nasze zeznania. Zostawicie go już w spokoju? – zapytałam mniej pewnie. – Masz to jak w banku – wzdrygnął się chłopak. – wystarczy nam już kłopotów. Uśmiechnęłam się do niego lekko. – Więc do zobaczenia za dwa tygodnie. – Na razie – odwzajemnił mój uśmiech Michael. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Razem z Nataly, Duncanem, Ericem i Heleną, wyszliśmy przed budynek szkoły. Martina nigdzie nie było. Bez niego pojechaliśmy na komisariat. Wuj wpłacił kaucję, a my złożyliśmy zgodne zeznania w sprawie Thijsa. Troyowie wycofali zarzuty. Sprawa rozeszła się po kościach. Helena zaprosiła nas do siebie. Tym razem Duncan, widząc moją zaniepokojoną minę, bez słowa protestu przyjął jej zaproszenie. Byłam pewna, ze odgadł, o kogo się tak bardzo martwię. – Mój biedny Eric! – powiedziała kobieta, kiedy usiedliśmy w eleganckim salonie. – Twój niesforny brat zawsze musi wpakować cię w jakieś tarapaty! Od zawsze tak było. Widziałam jak Eric na przemian to blednie, to purpurowieje na twarzy, ale Helena najwyraźniej tego nie zauważyła, bo tylko kontynuowała swój wywód o niesforności Martina. W końcu chłopak nie wytrzymał. – Nie masz racji! – wykrzyknął twardo, zrywając się z kanapy. – Mój brat jest bohaterem! I to zawsze on wyciągał mnie z tarapatów! Te wszystkie dowcipy, to co się działo, to zawsze były moje pomysły! – wyrzucał z siebie wszystko to, co tłamsił w środku przez lata. – Nigdy jego! Nie jestem twoim aniołkiem, mamo, po prostu potrafię dobrze grać! Zresztą uczyłem się od mistrzyni! – rzucił jej w twarz, a potem wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Helena wpatrywała się niedowierzająco w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze stał chłopak. Potem opadła na kanapę, chwytając leżący na eleganckim stoliku wachlarz. Rozłożyła go i z uporem lepszej sprawy, zaczęła wachlować pobladłą twarz. – Przepraszam – bąknęłam w stronę wuja, a potem opuściłam pokój w ślad za Ericem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wchodząc do pokoju na drugim piętrze, zobaczyłam otwarte drzwi od sypialni. Na łóżku Martina leżała rozpięta, sportowa torba podróżna. Chłopak nieskładnie wrzucał do niej rzeczy. Kiedy weszłam obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem, nie przerywając swojej pracy. – Co robisz? – zapytałam marszcząc brwi. – Wyjeżdżam – oznajmił. – Dlaczego? – spytałam przestraszona, że go stracę. – Mam tego wszystkiego dość – powiedział ponuro. – Mnie masz dość? – Między innymi. W oczach stanęły mi łzy. Więc tak to się skończy? Usiadłam na jego łóżku. – Kocham cię – powiedziałam wpatrując się we własne kolana. – Proszę cię, zostań ze mną. Chłopak prychnął. – Nie rozumiesz – powiedział chłodno. – Nie mam nikogo, jestem sam, na nikogo nie mogę liczyć, na nikim nie mogę polegać. Mojego ojca wiecznie nie ma, na temat Heleny, nie będę się wypowiadał, Eric dba tylko o własne sprawy, a dzisiaj zawiodłem się również na tobie. Nie mam tu czego dłużej szukać, chcę się stąd po prostu wyrwać. Ten dom mnie zabija. Spojrzałam na niego mokrymi od łez oczami. – Martin, jesteś głupkiem! – krzyknęłam na niego. – Nie znam twojego ojca, a Helena jest jaka jest, ale twój brat postawił się jej, nazywając cię dzisiaj bohaterem. Nie pozwolił jej złego słowa na ciebie powiedzieć! – chłopak zamarł z czarnym t-shirtem w ręku, patrzył na mnie niedowierzająco. – Jeżeli chodzi o mnie, to Anton dzisiaj obronił mnie przed Tomem, a Michael powiadomił o wszystkim dyrektora. Jak mogłabym w tej sytuacji na nich naskarżyć? – Co do mieszkania w domu – wtrącił się wuj Duncan, który niezauważony przez nas, jak zwykle zbyt pochłoniętych swoimi osobami, wśliznął się w międzyczasie do środka – to może mógłbyś wytrzymać jeszcze ten miesiąc? – zapytał. – Na wakacje zapraszam cię do siebie do Walii, dawno cię u nas nie było – dodał z ponurym uśmiechem. – Sądzę, że Marika bardzo by się ucieszyła… Później też nic cię tu nie trzyma – kontynuował spokojnie. – Z tego co pamiętam, chciałeś iść do college w Aber, prawda? Masz dość dobre oceny, żeby dostać stypendium, nie potrzebujesz pieniędzy ojca… Jeżeli będziesz chciał, to pewnie dasz sobie jakoś radę sam. Co ty na to? Przyjmiesz moje zaproszenie? – zapytał na koniec. Martin niechętnie odłożył koszulkę. Spojrzał na mężczyznę z dziwnym wyrazem twarzy. – Muszę to przemyśleć – powiedział cicho. Duncan skinął głową. – Zostawię was samych – powiedział z lekkim, łobuzerskim uśmieszkiem, który rozświetlił jego srogą twarz. – Czekam na ciebie na dole, Mariko. Tylko nie siedź za długo. Mrugnął do mnie, a potem wyszedł z pokoju. Martin usiadł na łóżku, w pewnym oddaleniu ode mnie. Nie spojrzał na mnie ani razu. – Kociaku, przepraszam – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Po prostu muszę przez jakiś czas pobyć sam – westchnął. – Przykro mi, że nic z tego nie wyszło. – Czy to twoja ostateczna decyzja? – spytałam czując się, jakby chlusnął we mnie wiadrem zimnej wody. – Tak – odpowiedział cicho – przepraszam. Na sztywnych nogach wstałam z łóżka. Potem, nie oglądając się za siebie, wyszłam przez pomalowane na czarno drzwi sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Czerwiec przeminął, a Martin nie dał żadnego znaku życia, ani mnie, ani nawet Ericowi. Przez cały miesiąc chodziłam jak we śnie. Skończył się rok szkolny. Wuj Duncan zaprosił mnie do swojej posiadłości w Walii. Zaproponował mi, żebym zaprosiła przyjaciół, tak więc Marta, Nataly, Eric i Thijs mieli dołączyć do mnie w pierwszym tygodniu lipca. Na razie byłam sama i to mi właściwie odpowiadało. Nienawidziłam Martina całym sercem, a jednocześnie tęsknota za nim aż dławiła mnie w środku. Próbowałam sobie tłumaczyć, że przecież ma wolny wybór, wcale nie musi mnie chcieć, a jednak coś tam w środku krzyczało, że to bardzo nie fair i nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ze mną zerwał, czemu, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, mnie zostawił. Nienawidziłam go i nie potrafiłam przestać kochać. Posiadłość wuja Duncana okazała się renesansowym pałacem. Sam budynek był przepiękny, a otaczający go park jeszcze ładniejszy. Dach z czerwonej cegły, ozdobione dziesiątkami kolumn białe ściany, cztery, zwieńczone ładnie zdobionymi kopułami, wieżyczki, a wszystko to tonęło w morzu różanych krzewów i winorośli. Prowadzącą do posiadłości drogę, wyznaczały rosnące po obu jej brzegach, równiutko przystrzyżone cyprysy. Kiedy weszliśmy do domu, oprócz tradycyjnie odzianej, uśmiechniętej służby, powitał nas także tryskający szczęściem na widok swojego pana hart. Spędziłam z wujem naprawdę przyjemny tydzień. Uczył mnie jeździć konno, zwiedzaliśmy wspólnie Walię. Mimo to w dalszym ciągu nie potrafiłam być ani odrobinę szczęśliwa i z trudem zmuszałam się nawet do najlżejszego uśmiechu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W piątek po południu czerwonym, sportowym samochodem Erica, przyjechali moi przyjaciele. Przywitałam się z nimi, a potem unikałam ich jak mogłam, mając nadzieję, że będą dobrze bawili się także beze mnie. Letnie wieczory spędzałam na drewnianej, ogrodowej huśtawce, z książką w ręku. Czytałam wszystko jak leci, starannie omijając jedynie wszelakie romanse. Tej tematyki miałam zdecydowanie dość! Dostałam także swój pokój. Był przestronny i ładnie urządzony, a okna wychodziły w nim na pałacowy dziedziniec. Późnym wieczorem, siedziałam na szerokim parapecie, w długiej, białej koszuli nocnej, starannie szczotkując swoje jasne włosy. Patrzyłam w gwiazdy, bo te spadające, podobno spełniają nasze marzenia. W pewnym momencie usłyszałam warkot silnika. Na dziedzińcu zapaliły się, działające na fotokomórki lampy. Serce zabiło mi jak oszalałe. Zerwałam się gwałtownie na widok podjeżdżającego pod pałac, wiśniowego motocykla. Na bosaka, jedynie w nocnej koszuli, nie fatygując się zakładaniem choćby kapci wybiegłam na dwór. On naprawdę tam był! Zdjął kask i zsiadł z motocykla. Zwolniłam. Podeszłam do niego, zatrzymując się na odległość kilku metrów. Przecież mnie nie chciał… tylko co w takim razie tu robił? – Marika – łagodnie wypowiedział moje imię. Podszedł do mnie. Odsunęłam się. Nie potrafiłam znieść jego bliskości. Odwróciłam się, a wszystko we mnie krzyczało, żeby teraz uciec, byle dalej od niego! Chwycił moją rękę. Nie pozwolił odejść. Poprowadził mnie w kierunku drzew, gdzie byliśmy osłonięci przed całym światem. Spojrzał na mnie, a jego oczy płonęły żywym ogniem. „Niebieskie płomienie spalają najprędzej, niech spalą na proch, a ze mną myśl gorzką, żem dłużna ci może, choć dałeś kwiat groszku, a ja ci łez groch…”, przyszły mi na myśl słowa piosenki. – Wróciłem – oznajmił mi tak zwyczajnie – na stałe. Kocham cię – dodał, patrząc mi prosto w oczy. Wyrwałam rękę z jego uścisku. Odsunęłam się od niego gwałtownie. – Skąd pewność, że cię ciągle będę chciała? – warknęłam na niego. – Uważasz, że możesz sobie zniknąć na miesiąc bez słowa, a potem tak po prostu wrócić? Jak gdyby nigdy nic? Roześmiał się. Podszedł do mnie. Przyciągnął do siebie, przytulił. Z oczu popłynęły mi nieproszone łzy. Wczepiłam się palcami w jego, wystającą spod rozpiętej, motocyklowej kurtki, koszulkę. Przylgnęłam do niego, mocząc materiał łzami. – Bo przywiozłem ze sobą zakładnika – oznajmił, nie wypuszczając mnie z objęć. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej maskotkę kotka, z największymi na świecie, najbardziej błagającymi oczami, jakie w życiu widziałam. – Przyjechał aż z Francji – dodał, podając mi go. Roześmiałam się poprzez łzy. Przytuliłam kociaka pomiędzy sobą a Martinem. Nie mogłam uwierzyć, że chłopak naprawdę tu jest. – Nienawidzę cię – szepnęłam. Przytulił mnie do siebie bardziej. Pocałował moje włosy. – Tęskniłem za tobą – mruknął – tak cholernie tęskniłem! Nie wiem jak można żyć bez powietrza! Nigdy więcej już nie chcę tego doświadczyć. Jesteś dla mnie wszystkim, kociaku. Miałam ochotę go uderzyć, kopnąć, ugryźć, cokolwiek, ale tylko się do niego tuliłam. Nareszcie, po ponad miesiącu czekania, znów tulił mnie w swoich ramionach. – Załatwiłeś już swoje sprawy? – spytałam z przekąsem. – Tak – odpowiedział łagodnie. – Jestem cały twój, o ile oczywiście będziesz mnie chciała. Ślicznie wyglądasz w tej koszuli – dodał uśmiechając się łobuzersko. Warknęłam na niego. Zbył to śmiechem. Chciałam mu coś powiedzieć, zwymyślać go od najgorszych, ale nie pozwolił mi już więcej się odezwać. Stanowczym gestem oplótł moją talię dłońmi, a potem mnie pocałował. Tak długo czekałam na ten pocałunek, tak bardzo tęskniłam! Zatonęliśmy w morzu pocałunków. Znaleźliśmy się we własnym, cudownym świecie, tracąc poczucie rzeczywistości, a ja odnalazłam nadzieję, na to że teraz już wszystko będzie dobrze. Miałam wuja, którego zdążyłam już pokochać, cudownych przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć i Martina, który stanowił dla mnie centrum wszechświata. Na niebie świeciły jasne gwiazdy, widać było drogę mleczną, a „jutro”, świeże i nowe, zapowiadało się być cudownym dniem. The End Share this:TwitterFacebook [...] Read more...
Akademia
AkademiaNie miałam ochoty tu być. Nigdy nie chciałam znaleźć się w tej szkole, ale mój ojciec miał na ten temat inne zdanie. Akademia wojskowa, według niego, dla córki pułkownika była idealnym rozwiązaniem. Szłam szkolnym korytarzem, jak zwykle zatopiona w swoim własnym świecie, zamyślona i nieobecna. Wcale więc nie zdziwiło mnie, że niechcący na kogoś wpadłam. Moja torba upadła na podłogę. Ze środka wysypały się piórnik, zeszyty i podręczniki. Podniosłam wzrok by ujrzeć pełną wściekłości twarz wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka. Jego lodowato-zimne, niebieskie oczy. Ciche przepraszam zamarło mi na ustach, kiedy brutalnie popchnął mnie na ścianę. Boleśnie uderzyłam o nią plecami. Spojrzałam na niego zaskoczona. Zimne oczy były pełne nienawiści. Mogłabym przysiąc, że chłopak wydał z siebie zwierzęcy warkot. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, a potem po prostu zignorował mnie i odszedł. – Co się stało? – dopiero usłyszawszy znajomy głos Daniela zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. – Chyba nic – udało mi się niezbyt przekonująco odpowiedzieć. Przyjaciel ukucnął, żeby pozbierać moje rzeczy, ale wzrok miał utkwiony w oddalającej się sylwetce. Cicho westchnął. – Trzymaj się od niego z daleka – rozkazał, podając mi książki. – Od niego i jemu podobnych. – Co masz na myśli? – spytałam nie rozumiejąc. Kiedy się spakowałam, wziął ode mnie torbę i objął mnie ramieniem, prowadząc w stronę naszych pokoi. Odezwał się dopiero, kiedy weszliśmy do środka. – Oni nie są tacy jak my – wyjaśnił. – To swojego rodzaju eksperyment. Oczywiście ściśle tajny – dodał mrugając do mnie porozumiewawczo – ale myślę, że powinnaś o nim wiedzieć. W całej szkole jest ich tylko dziewiętnastu, wśród setek zwyczajnych uczniów. Trzymają się w swoim gronie, a inni mają ich po prostu za – przez chwilę nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa – specyficznych – oznajmił w końcu. – Taaak, zauważyłam – mruknęłam, siadając na łóżku. – Nie przejmuj się nimi, po prostu trzymaj się od nich z daleka – powtórzył to co mówił już wcześniej. – Przebierz się, przyjdę po ciebie za kwadrans i idziemy na obiad. Skinęłam głową, ponownie zamyślona. Kiedy Daniel wyszedł z przyjemnością pozbyłam się znienawidzonego mundurka. Eksperyment? To brzmiało bardzo interesująco. Rozbudziło moją ciekawość. Mimo że spotkany na korytarzu chłopak z pewnością nie sprawiał wrażenia sympatycznego, teraz naprawdę chciałam wiedzieć kim oni byli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wakacje minęły tak szybko… zbyt szybko! Ostatnie chwile wolności. Wiedziałam co mnie czeka. Ojciec przygotowywał mnie na ten wyjazd od lat. Ja jednak marzyłam po prostu o normalnym życiu, takim jakie prowadziłaby każda inna, zwyczajna nastolatka. Imprezy, szkoła, randki. W zamian otrzymałam prywatnych nauczycieli, kompletny brak przyjaciół, dużą dozę nieufności wobec każdego, kto naruszył moją strefę i forsowne treningi. Mamy w ogóle nie pamiętałam. Miałam zaledwie kilka lat, kiedy zginęła w wypadku, a ojciec chyba nigdy nie wybaczył mi tego, że jestem jego córką, a nie synem. Teraz natomiast najbliższe pięć lat miałam spędzić w tym specyficznym więzieniu – położonej na wyspie w pobliżu Francji i Wysp Brytyjskich Akademii Wojskowej. Kiedy Daniel zapukał do moich drzwi, byłam już gotowa. Ramię w ramię powędrowaliśmy do szkolnego bufetu. Chłopak był właściwie moim pierwszym i jedynym przyjacielem w całym, siedemnastoletnim życiu. Jego kumple akceptowali mnie, bo on mnie akceptował i oczywiście również przez wzgląd na mojego ojca. Co robią i jak zachowują się moi rówieśnicy widziałam jedynie na filmach. Nić porozumienia pomiędzy mną, a Danielem pojawiła się właściwie przypadkiem. W maju on i jego zespół przyjechali do Anglii, do wiejskiej posiadłości w której mieszkaliśmy przez większą część roku. Dziesięciu najzdolniejszych chłopaków, ulubieńców mojego ojca, Charlesa Morringtona. W ciągu wakacji odbywali specjalny, dodatkowy trening. Stanowili chlubę Akademii. Zbyt łatwo budziły się tamte wspomnienia, a nie o wszystkim miałam ochotę pamiętać. Przyjęcie charytatywne w filharmonii. Granatowa suknia, którą miałam na sobie, kojarzyła mi się z nocnym niebem. Niegdyś należała do mojej mamy, później przez długi czas wisiała w szafie nikomu niepotrzebna. Dopiero niedawno dorosła do niej moja sylwetka. Nie pierwszy raz zastanowiłam się nad swoim wyglądem i faktem, że brakuje mi przyjaciółki – takiej jakie posiadały dziewczęta z amerykańskich filmów. Czułam się bardzo samotna. Kiedy podszedł do mnie Daniel, moje serce zabiło jak oszalałe. Wszyscy chłopcy z Akademii byli rewelacyjnie zbudowani – nie mieli wyjścia – to ani trochę nie robiło na mnie wrażenia. W nim jednak było coś innego, specyficznego, taki koci, wdzięczny urok. Miał żywe, zielone oczy i przycięte na kilka milimetrów, jasne włosy. Gdy nudziłam się podczas szkoleń, niejednokrotnie zastanawiałam się jak wyglądałby, gdyby były nieco dłuższe. Również jego uśmiech był czarujący i w ciągu naszej trzymiesięcznej znajomości o tym także myślałam już wiele razy. – Masz ochotę zatańczyć? – zapytał w taki sposób, jakby naigrywał się z wszystkich, panujących wśród starszych osób, eleganckich obyczajów. – Z przyjemnością – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał w podobnym stylu. Porwał mnie na parkiet, a z każdym jego dotykiem ogarniała mnie coraz większa euforia. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Kiedy wyszliśmy na nocny spacer po otaczającym filharmonię parku, poczułam się jak bohaterka romansu. W powietrzu unosiły się niemal namacalne cząsteczki magii. – Zmarzłaś? – spytał Daniel, chwytając mnie za chłodną dłoń. Przecząco pokręciłam głową, ale on i tak otulił mnie swoją marynarką. Zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w niego jak w słońce. W tamtym momencie był dla mnie spełnieniem marzeń. Znalazł się bliżej mnie. Czułam narastające napięcie. Wszystko wokół zdawało się iskrzyć. Wtedy pochylił się i mnie pocałował, albo to ja pocałowałam jego. Po prostu jakoś się stało. To był słodki i miękki, ale jednocześnie pełen pasji pocałunek. Mój pierwszy pocałunek w życiu. Cudowne, ciepłe uczucie rozlewało się po każdej, nawet najdrobniejszej komórce mojego ciała. W pewnym momencie Daniel się odsunął, a ja z trudem łapałam oddech. – Wracajmy – powiedział cicho, znów biorąc mnie za rękę. Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, że coś może być nie w porządku. Gdy tylko znaleźliśmy się w budynku filharmonii, natychmiast podszedł do nas mój ojciec. Jak zwykle stał dumnie wyprostowany, a z jego postawy emanowała pewność siebie. Był przystojnym, charyzmatycznym i władczym człowiekiem, a dla mnie również odległym niczym drugi brzeg oceanu. Tym razem było w nim jednak coś więcej – wyraźnie wyczuwalna irytacja. – Nie to miałem na myśli, kiedy kazałem ci pilnować mojej córki – odezwał się chłodno do Daniela, ignorując moją obecność. Poczułam jak chłopak sztywnieje, obserwowałam jak nie ośmiela się podnieść wzroku. Kazał? Pilnować? Zalała mnie fala nieprzyjemnego chłodu. – Tak, proszę pana – odpowiedział Daniel mechanicznie. – Odwieziesz ją do domu, a za godzinę widzimy się w moim gabinecie – oznajmił mój ociec nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Tak, proszę pana – powtórzył chłopak wysnutym z emocji głosem. Posłusznie poszłam za nim do samochodu. Nie odezwałam się do ojca, ponieważ nie lubiłam pozbawionych sensu czynności. Milczałam również przez całą drogę, a Daniel nie próbował nawiązać ze mną rozmowy. Czułam się oszukana i zdradzona. Kierowca minął bramę wjazdową i zatrzymał się pod naszą willą. Miałam ochotę pobiec, uciec jak najdalej, ale szłam spokojnym krokiem, panując nad własnymi emocjami. Pozwoliłam odprowadzić się pod drzwi pokoju, rzuciłam skąpe “dobranoc” i zniknęłam w bezpiecznym schronieniu swojego pokoju. Dopiero parę minut po tym jak zamknęły się drzwi przestałam walczyć z tak bardzo niechcianymi łzami. Gdy następnego dnia usłyszałam ciche pukanie, bardzo zdziwił mnie widok stojącego w progu Daniela. – Mogę wejść? – zapytał cicho, niemal błagalnie, a ja odsunęłam się by wpuścić go do środka. – O co chodzi? Mój ojciec cię przysłał? – nie mogłam powstrzymać ani drwiącego tonu, ani cisnących się na usta słów. – Nie – odpowiedział stanowczo, patrząc mi w oczy. – To ja chciałem cię przeprosić, za wczoraj i nie tylko. Miałam ochotę go uderzyć, albo się do niego przytulić, albo wypchnąć go za drzwi. Sama nie wiedziałam czego właściwie od niego chcę.  – Przez cały czas przyjaźniłeś się ze mną tylko dlatego, że mój ojciec ci kazał? – to nie było pytanie, ja to wiedziałam, ale potrzebowałam od niego jasnego potwierdzenia. Ku mojemu zaskoczeniu przecząco pokręcił głową. Nie potrafiłam przestać wpatrywać się w jego wiosennie zielone oczy. – Z początku tak – przyznał. – Właściwie to był zaszczyt. Twój ojciec wybrał mnie, bo uważa, że jestem najlepszy. Miałem cię chronić… mam cię chronić – sprostował. – I przyszedłeś tu, ponieważ skoro już wiem, to jeśli się na to nie zgodzę, przydzieli mi kogoś innego? – próbowałam odgadnąć. Ojciec był apodyktyczny, ale bardzo rzadko zdarzało się, żeby działał wbrew mojej woli. To potrafiłam w nim docenić. – Nie – ponownie zaprzeczył, chowając ręce za plecami. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby był zdenerwowany. – Tak jak mówiłem wcześniej, przyszedłem przeprosić. I Emy… naprawdę cię polubiłem i bardzo chciałbym w dalszym ciągu móc być twoim przyjacielem – dodał, znacząco podkreślając ostatnie słowo. Złamał mi serce. To był mój pierwszy zawód miłosny. Mimo wszystko jednak był tutaj. Ciepło mieszało się w moim sercu z nieprzyjemnym chłodem. Szybko jednak wzięłam się w garść. Nie mogłam sobie pozwolić na stratę jedynego, realnie istniejącego przyjaciela. Nie czułam się dość silna by samotnie stawić czoło czekającej na mnie Akademii. – Myślę, że to dobre rozwiązanie – odpowiedziałam, z trudem przełykając ślinę. Dopiero wtedy obdarzył mnie tym swoim cudownym, czarującym uśmiechem. Wydawało mi się, że odetchnął z ulgą. – Więc wszystko między nami ok.? – zapytał. – Nawet nie wiesz jak się cieszę – oznajmił, kiedy skinęłam głową. – Do zobaczenia później. – Na razie – odpowiedziałam starając się by nie brzmiało to jak wyrzut. Kiedy szedł korytarzem, odprowadziłam go ponurym spojrzeniem. Lepsze to niż nic, pomyślałam, ale mieszanina pozytywnych i negatywnych uczuć pozostała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedziałam na drewnianej ławce w rogu stołu. Emily Maria Morrington, najbardziej samotna dziewczyna na świecie.  To nie to, że mnie nie lubili. Właściwie mnie nie znali, ale i nie chcieli poznać. Chłopcy z grupy Daniela byli dla mnie mili – wszyscy, co do jednego – ale żaden nie miał zamiaru się ze mną spoufalać. Mimo tego, że spędzili u mnie w domu kilka miesięcy, to właściwie nawet nie pamiętałam ich imion. Czułam się jak zbędny, ale akceptowalny dodatek. Milcząca. Pogrążona we własnym świecie. Dopiero po dwóch tygodniach dotarło do mnie, że siedzenie z nimi pierwszego dnia było poważnym, towarzyskim błędem. Byli dwa lata starsi i nie mieliśmy wspólnych zajęć. Koleżanki z grupy patrzyły na mnie z nienawiścią, koledzy bali się jakiegokolwiek kontaktu. Przyjaciele Daniela byli czymś na kształt elity, a ja nie należałam do żadnego z tych światów. – Już się najadłam, idę poczytać – oznajmiłam cicho siedzącemu obok Danielowi, starając się by zabrzmiało to obojętnie, a nie tak ponuro jak się czułam. – Daj znać gdybyś czegoś potrzebowała – odpowiedział nie odwracając wzroku od swojego poprzedniego rozmówcy. Gdy wyszłam z jadali wcale nie skierowałam się do pokoju. Minęłam główny hol, w którym zawsze było gwarno i skręciłam w wąski korytarz, a potem boczną klatkę schodową i zeszłam nią w dół. Przyłożyłam kartę do zainstalowanego w drzwiach czytnika. To była część budynku do której uczniowie nie mieli wstępu. Ja jednak mogłam wejść wszędzie, tak samo jak Daniel i jego grupa. Natomiast to miejsce znalazłam już pierwszego dnia i od razu stało się moim ulubionym. Niewielki, otoczony murem ogród. Rosły w nim głównie niewysokie magnolie i blade, japońskie róże. Znajdowało się tu kilka ławeczek, skromne trawniki, które przylegały do wąskich, pokrytych żwirem alejek i niepozorna, drewniana altanka. Nigdy nie spotkałam tu żywej duszy, przez co miejsce wydało mi się jeszcze bardziej cudowne i tajemnicze. Wrzesień na wyspie był ciepły i słoneczny. Usiadłam na trawie, na wszelki wypadek chowając się za altanką. Wyjęłam z torby książkę, z nadzieją, że pomoże mi choć na chwilę uwolnić się od niespecjalnie szczęśliwej codzienności. Zaczytałam się tak bardzo, że nawet nie zauważyłam kiedy ktoś nade mną stanął. – Co tu robisz?! – usłyszałam nad sobą rozwścieczony głos. Podniosłam wzrok by spojrzeć w rozgniewane, lodowato-zimne oczy. Może powinnam się go bać? Zdziwiła mnie własna obojętność. Czy jeżeli wystarczająco długo będę go ignorowała on po prostu sobie stąd pójdzie? – Czytam – odpowiedziałam spokojnie, znów pochylając się nad trzymaną na kolanach powieścią. Wyrwał mi ją z rąk. – Nie wolni ci tu być! – warknął. – A tobie wolno? – zaryzykowałam. Zaskoczyła mnie pojawiająca się w jego oczach panika. Powoli, przecząco pokręcił głową. Dopiero po tym jak cicho zaklął, usłyszałam dochodzące z oddali głosy. – Przeszukajcie dokładnie ogród! – rozkazał jeden z nich, a ja zrozumiałam, że to raczej niezbyt dobrze, że jestem w stanie tak wyraźnie rozróżnić słowa. Byli zbyt blisko. Chłopak bezszelestnie przesunął się kilka kroków i przykucnął w cieniu altanki, tuż obok mnie. Kolejny rozkazujący głos wydał mi sie znajomy. James Cunnighan. Nie pamiętałam jaki miał stopień. Słyszałam niejednokrotnie jak rozmawiał z moim ojcem. Odetchnęłam głęboko, a potem powoli wstałam. W końcu co niby mogli mi zrobić? Wyszłam zza altanki, by wpaść na czterech, odzianych w mundury i uzbrojonych mężczyzn. – Dzień dobry. Czy coś się stało? – zapytałam mając nadzieję, że brzmię wystarczająco niewinnie. Ktoś natychmiast wyrwał się by do mnie podejść, ale przyjaciel ojca zagrodził mu drogę. – Emily, co tu robisz? – zapytał ostro. – Czytałam – odpowiedziałam spokojnie, poniewczasie zdając sobie sprawę, że nie mogę im nawet zaprezentować książki. – Mam na myśli to, jak się tu dostałaś – wyjaśnił. Wzruszyłam ramionami. – Ojciec pokazał mi ten ogród – skłamałam. Wydawało mi się, że James odetchnął z ulgą. – I dał ci kartę dostępu? – drążył dalej. Skinęłam głową co znowu było kłamstwem. To Daniel zadbał o to, żebym ją miała. Tak na wszelki wypadek, ale tego nie mogłam mu przecież powiedzieć. – Jak długo tu jesteś? Nie widziałaś nikogo? – wtrącił stojący obok mężczyzna. – Myślę, że około godziny – odpowiedziałam – i nikogo tu w tym czasie nie widziałam – dodałam bez wahania. James westchnął. – Alarm odwołany, to ona najwyraźniej nieświadomie złamała zabezpieczenia, ale na wszelki wypadek przeszukajcie jeszcze zachodnie skrzydło! Odprowadzę Emily do pokoju – to najwyraźniej on był tutaj u władzy, ponieważ pozostali zasalutowali i bez protestów opuścili ogród. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, a ja starałam się nie myśleć o tym w co się właśnie wpakowałam. – Nie dziwię się, że ojciec pokazał ci ten ogród – odezwał się James, obdarzając mnie ciepłym, troskliwym uśmiechem, takim o jakim zawsze marzyłam na surowej twarzy ojca. – W końcu sam postarał się o stworzenie tego miejsca. – Mój ojciec? – zapytałam głupio, ale byłam zbyt zaskoczona by silić się na elokwencję. – Tak, nie powiedział ci o tym? – James roześmiał się pogodnie. – Powstał dla Marry Ann, kiedy przestała móc opuszczać wyspę. Myślę, że to bardzo romantyczny gest, nie sądzisz? Mój ojciec? Romantyczny? I kim była wspomniana Marry Ann? Bałam się dalej wypytywać, żeby nie zdradzić swojego kłamstwa, więc tylko skinęłam głową i dalszą drogę pokonaliśmy w ciszy. James pożegnał się gdy tylko znaleźliśmy się pod drzwiami mojego pokoju. – Nie zabierzesz mi karty? – spytałam zaskoczona. – Niech to będzie nasza mała tajemnica – mrugnął do mnie z pogodnym uśmiechem. – Nie sądzę, żeby właścicielka miała ci za złe to, że odwiedzasz jej ogród, zwłaszcza, że sama już w nim raczej nie przebywa. Trzymaj się Emily, cieszę się, że mieliśmy okazję się spotkać. Gdybyś czegoś potrzebowała, wystarczy, że mnie poszukasz. – Dziękuję – odpowiedziałam, z ulgą uciekając do bezpiecznego azylu mojego pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zajęcia w szkole były prowadzona na naprawdę wysokim poziomie. Cieszyłam się z dobrego przygotowania, jakie zafundował mi ojciec. Nie ze wszystkim jednak sobie radziłam. Głównie skupialiśmy się na przedmiotach ścisłych. Fizyka, matematyka i biologia – z nimi nie miałam problemu. Była jednak niestety jeszcze chemia, a tego przedmiotu, jak bardzo bym się nie starała, zwyczajnie nie potrafiłam zrozumieć. Nie miałam również kogo poprosić o pomoc. W laboratorium przeprowadzaliśmy różne, skomplikowane doświadczenia, a ja nigdy nie miałam pojęcia jak co i dlaczego akurat właśnie tak ma działać. Kiedy wszyscy już wyszli, ja jeszcze kończyłam swoje zadanie. Nie planowałam się zbyt łatwo poddawać i uznałam, że potrzebuję na to nieco więcej czasu. Skupiona podgrzewałam próbówkę, dodając coraz to nowe odczynniki. – Nie rób tego! – usłyszałam głośny rozkaz, ale było już za późno, ponieważ zdążyłam przechylić trzymane w ręce naczynie. Ktoś siarczyście przeklinając przewrócił mnie na podłogę, przykrywając sobą. Próbówka wypadła mi z ręki, rozbijając się na kafelkach i rozlewając resztę płynu. Huk wybuchu, dźwięk tłuczonego szkła, nieprzyjemny, gryzący dym. Ciężar zelżał. Powoli usiadłam. – Odbiło ci?! – usłyszałam wściekłe warknięcie. Podszedł do rzędu okien i kolejno zaczął otwierać je na oścież. Dym powoli znikał. Próbówki i kolby na moim stanowisku były potłuczone. Wszędzie rozsypały się odłamki szkła i porozlewały różnobarwne płyny. Na kilku sąsiadujących z moim stolikach naczynia również były popękane. Cóż… to by podsumowywało moje zdolności z chemii. – Ja nie chciałam… – odezwałam się obronnie, napotykając lodowate spojrzenie chłopaka. – Idiotka! – syknął rozeźlony. Chciałam coś powiedzieć, ale przerwało mi skrzypnięcie otwierających się drzwi. – Co tu się dzieje?! – zapytał surowym tonem nasz srogo wyglądający profesor. Miałam zamiar odezwać się, przeprosić, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Jeszcze bardziej niż samej chemii nie rozumiałam i bałam się chyba tylko właśnie mojego nowego nauczyciela. – Ćwiczyłem przy projekcie. Źle odmierzyłem odczynniki – odezwał się ku mojemu ogromnemu zdziwieniu chłopak. Nauczyciel tylko skinął głową, a potem nacisnął jeden z guzików stojącego na biurku interkomu. Przez krótką chwilę z kimś rozmawiał, a ja kompletnie nie rozumiałam o czym. Gdy skończył, zwrócił się do chłopaka. – Zgłosisz się na placu. Masz piętnaście minut – ton nauczyciela był chłodny i rzeczowy. – Tak jest – odpowiedział tamten wysnutym z emocji tonem, ominął mnie i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Stałam, wpatrując się oniemiała w stworzone przeze mnie pobojowisko, nawet nie próbując zgadywać co właśnie się stało. – A ty? Co jeszcze tu robisz? – surowy wzrok nauczyciela spoczął teraz na mnie. Szybkim ruchem podniosłam swoją torbę, strzepując z niej odłamki szkła. Na szczęście nie była niczym zalana. – Dowidzenia – rzuciłam przez ramię, niemalże biegnąć w kierunku wciąż otwartych drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Stołówkę wypełniał dziki tłum, a Daniela nigdzie nie było. W dalszym ciągu nie mogłam przestać rozmyślać o wydarzeniach w laboratorium chemicznym. Mechanicznie chwyciłam jedną z tac, ustawiając się w długiej kolejce. Kiedy sięgałam po sałatkę owocową, brzegiem tacy niechcący potrąciłam plecy stojącej przede mną dziewczyny. Odskoczyła jak oparzona. – Przepraszam – odezwałam się zaskoczona, wiedząc, że nie uderzyłam jej zbyt mocno. – Nie szkodzi – mruknęła, zabierając swoje jedzenie i opuszczając kolejkę. Znałam ją, przynajmniej z widzenia. Należała do mojej grupy. Wyglądała dość niepozornie. Była mojego wzrostu, ale cerę miała bardzo bladą i piegowatą. Miała też ładne, ale cienkie kasztanowe włosy i sylwetkę ukrytą pod za dużą bluzą z kapturem. Obserwowałam jak przedziera się przez tłum, a potem siada przy pustym stoliku w rogu sali. Spojrzałam w kierunku stolika chłopaków. Daniela wciąż nie było. Poczułam, że to zrządzenie losu i… moja jedyna szansa na to by się z kimkolwiek w tej szkole zaprzyjaźnić. Minęły już dwa tygodnie, a ja poza lekcjami właściwie z nikim nie zamieniłam ani jednego słowa. Pewnym krokiem – znacznie pewniejszym niż się czułam – ruszyłam za nią. – Hej, mogę tu usiąść? – zapytałam stając naprzeciwko niej. – Ze mną? – zapytała zaskoczona, podnosząc wzrok. W jej miodowych oczach czaił się jakiś dziwny lęk, ale widziałam w nich również podobną do mojej własnej nadzieję. Postawiłam tacę i usiadłam, uznając to za przyzwolenie. – Jestem Emily – przedstawiłam się uprzejmie. – Chodzimy razem na zajęcia. Skinęła głową. – Mam na imię Sara – odezwała się po chwili. Rozmowa się nie kleiła, ale wystarczyła mi sama jej obecność. Ona chyba miała podobne odczucia. – Nienawidzę tej szkoły – wyznałam szczerze, kiedy wstałyśmy odnieść nasze tace. Uśmiechnęła się do mnie. Naprawdę uśmiechnęła, to nie był sztuczny czy udawany uśmiech. – Więc z pewnością istnieje coś co nas łączy – odpowiedziała, a potem się roześmiałyśmy. Obie. Na lekcje poszłyśmy razem już w zupełnie innej, znacznie lżejszej atmosferze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Trzeba było należeć do którejś ze sportowych drużyn, a żeby się do jakiejś dostać, trzeba było osiągnąć dobre wyniki. Głupia zasada. W akademii, oprócz nauk ścisłych, ważna była przede wszystkim sprawność fizyczna. Z tym nie miałam problemu, za to z jakąkolwiek grą zespołową – owszem. Razem z Sarą zdecydowałyśmy, że spróbujemy naszych sił w pływaniu, głównie dlatego, że to pozwalało nam pozostać na uboczu. Granatowe, mocno zabudowane kostiumy, indywidualnie liczony czas, nic co mogłoby rzucać się w oczy. Siedziałam obok Daniela na trybunach i czekając na swoją kolej przyglądałam się jak inni pływają na czas. Nadeszła kolej Sary. Dziewczyna była niesamowita. Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś tak sprawnie i szybko pływał. Kiedy się jej przypatrywałam, gdy wyszła z wody, mój wzrok przyciągnęły jej plecy. Miała na nich podłużne, krzyżujące się ze sobą, czerwone pręgi. – Daniel, co jej jest? – spytałam zaniepokojona, wskazując mu głową Sarę. Chłopak skrzywił się nieznacznie. – To jedna z nich – wyjaśnił. – Zapewne złamała jakiś punkt regulaminu. Oni są traktowani inaczej niż reszta. Mają swój własny system kar. – Co masz na myśli? – nie zrozumiałam. Westchnął. – Są eksperymentem – wyjaśnił cicho. – Ich geny zostały zmienione. Są silniejsi, szybsi, ich obrażenia znacznie łatwiej się goją, ale to miało też skutki uboczne, takie jak agresja. Zresztą sama widziałaś – stwierdził wymownie. – Dlatego akademia ma dla nich własny system, regulamin i kary. Gdybyś ty coś przeskrobała zapewne wykonywałabyś jakieś prace dla któregoś z nauczycieli, albo odbyła jakiś forsowny trening. Ich kary najczęściej są cielesne. Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, a pytaniem, które najbardziej chciałam zadać było w tym momencie “ale jak to?”. Daniel znał mnie najwyraźniej już na tyle dobrze, żeby wiedzieć jak bardzo się tym przejęłam. – Em, jakoś muszą ich trzymać w ryzach, a to działa. Po prostu ich unikaj, dobrze? Szybko nauczysz się ich rozpoznawać. O nie! Nie miałam zamiaru ich unikać, na pewno nie Sary – pierwszej osoby, która w ogóle chciała tu ze mną rozmawiać. Na szczęście nie musiałam się tym stwierdzeniem dzielić z Danielem, ponieważ instruktor wyczytał z listy moje nazwisko. Cały mój gniew i irytację włożyłam w siłę mięśni i bez problemu dostałam się do drużyny. Na liście byłam druga – płynęłam tylko kilka sekund dłużej od Sary. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Powietrze było coraz chłodniejsze, ale ja wciąż uwielbiałam siedzieć w “moim” ogrodzie. Po prostu z trawnika przeniosłam się do altanki. Wcześniej chciałam tu zabrać Sarę, ale po tym co usłyszałam od Daniela, uznałam, że to nienajlepszy pomysł. Nie wybaczyłabym sobie gdyby przeze mnie ktoś miał zrobić jej krzywdę. Znałam ją dopiero od dwóch dni, ale już stała się ważną dla mnie osobą. Miałam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. – Znowu tu jesteś? – usłyszałam znajomy głos, w którym pobrzmiewało więcej niż nuta irytacji. Tym razem odważnie spojrzałam w zimne, niebieskie oczy. Mimo panującego na zewnątrz chłodu, chłopak miał na sobie jedynie wojskowe spodnie i czarnego t-shirta. Wcale jednak nie wyglądał jakby miał zmarznąć. – Tak, tylko, że mnie, w przeciwieństwie do ciebie, wolno tu być – odpowiedziałam rzeczowo. Z niedowierzaniem pokręcił głową, chyba zdziwiła go moja odpowiedź. – Więc zamierzasz mnie wydać? – zapytał jakby nieco rozbawiony. – Nie, jeżeli zostawisz mnie w spokoju – oznajmiłam, nie spuszczając z niego wzroku. Przyjrzał mi się uważnie, a potem wzruszył ramionami. – Brzmi fair. – Doskonale – audiencję uznałam za skończoną i wróciłam wzrokiem do książki. Z jakiejś przyczyny nie mogłam w ogóle skupić się na czytanych literach. Nie chciały składać się w słowa. Ponownie podniosłam wzrok, ale jego już obok mnie nie było. Rozejrzałam się po ogrodzie. Ćwiczył na trawniku obok altanki, na którym wcześniej zwykłam czytać. Lubiłam oglądać treningi – przynajmniej gdy sama nie musiałam w nich uczestniczyć, ale to głównie ze względu na Daniela. Uwielbiałam na niego patrzeć. Teraz było inaczej. On był inny. Nie miał tego kociego wdzięku, było w nim raczej coś niepokojąco mrocznego, coś co mnie intrygowało. Sama nie wiedziałam kiedy odłożyłam książkę na ławkę i wyszłam z altanki. Kiedy przyszła mi do głowy ta absurdalna myśl, moje ciało już ją wykonywało – jakby ktoś mnie zahipnotyzował. Chłopak obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, kiedy znalazłam się tuż obok niego. Podwinęłam do góry tył jego koszulki i niemal zachłysnęłam się powietrzem, na widok fragmentu jego pleców. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, natychmiast chwycił mnie za nadgarstek, patrząc na mnie jak na wariatkę. Zasłużyłam, bo chyba tak właśnie się zachowałam. Odsunął mnie od siebie. – To przeze mnie? – zapytałam cicho. – Dlaczego się wtedy przyznałeś? – Pomogłaś mi wcześniej. Nie lubię mieć długów – oznajmił zimno. – Dzięki temu jesteśmy kwita, prawda? Nie, nie byliśmy, to nie było fair, a ja pomogłam mu wtedy instynktownie, niczego nie oczekując w zamian. Przecząco pokręciłam głową. – Nic złego by mnie nie spotkało. – Nie? Jesteś pewna? Bo wyglądałaś na przerażoną – zadrwił. – Kilka tygodni sam na sam z panem “za bardzo lubię nastoletnie dziewczynki” wydało mi się znacznie gorszą perspektywą. Na mnie to nie robi wrażenia – dodał nieco łagodniej, gdyż najwyraźniej wpatrywałam się w niego spłoszonym wzrokiem. – Już się przyzwyczaiłem. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Byłam zbyt przejęta, by cokolwiek mu odpowiedzieć – chociażby głupie “dziękuję”. Puścił mój nadgarstek, obrzucił mnie pełnym pogardy spojrzeniem, a potem odszedł – bez słowa. Stałam jeszcze przez chwilę, wpatrując się w jego oddalające się plecy. Ogród był ze wszystkich stron otoczony murami akademii, a mimo to dosięgnął mnie zimny, przenikliwy wiatr. Zostałam sama, choć może niezupełnie – towarzyszyło mi aż nazbyt wiele nieprzyjemnych, ponurych myśli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mój pokój był niewielki, ale przytulny. Poukładałyśmy sobie poduszki, opierając je o ścianę i teraz siedziałyśmy z Sarą wygodnie wyciągnięte na moim łóżku. Było wyjątkowo wesoło, bo rozmawiałyśmy o tym, dlaczego nie chichoczemy, jak to mają w zwyczaju dziewczęta. Chyba po prostu nie robiłyśmy tego do tej pory, bo teraz zdecydowanie właśnie chichotałyśmy. Przerwało nam pukanie do drzwi, po którym, bez zaproszenia, do środka wszedł Daniel. Zwyczajowy uśmiech i niewypowiedziane słowa zamarły na jego ustach. Coś osobliwego pojawiło się w wyrazie jego twarzy. – Co ona tu robi?! – spytał ostro, wskazując w kierunku Sary. Dziewczyna skuliła się, wyraźnie przestraszona, a ja zaczynałam być wściekła na Daniela. Również za to, że wchodzi do MOJEGO pokoju jak do siebie i narusza MOJĄ prywatność (choć do tej pory nigdy mi to nie przeszkadzało), ale przede wszystkim z powodu tego jak traktował Sarę. – Nie twoja sprawa! – odpowiedziałam warknięciem. – Oczywiście, że moja – właściwie to wypowiadając słowa nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi. – Ty jesteś moją sprawą. I nie będziesz się z nią zadawała. Nie jesteś tu mile widziana – zwrócił się już bezpośrednio do Sary, a kiedy dziewczyna nie zareagowała, po prostu podszedł do niej, chwycił ją za łokieć, podniósł z łóżka i wyprowadził z pokoju. Na jej pobladłej twarzy zobaczyłam łzy. Na korytarzu wyrwała sie i uciekła, a Daniel wrócił do środka. – Co to niby miało być?! – wrzasnęłam, nawet nie zdając sobie sprawy, że podnoszę głos. Chłopak był już spokojny, a to wkurzyło mnie jeszcze bardziej. Odetchnął głęboko. – Mówiłem ci przecież, że to jedna z nich. Nie powinnaś się z nimi zadawać. Byłam rozdarta. Miałam ochotę mu czymś przyłożyć i pobiec za Sarą, ale wiedziałam, że to niczego nie rozwiąże. Przeproszę ją później i dopilnuję, żeby Daniel również to zrobił. Póki co to z nim miałam do wyjaśnienia kilka kwestii. – Nie obchodzi mnie to – oznajmiłam stanowczo. – Nie będziesz decydował o tym, z kim mogę się spotykać, a z kim nie. – Em – odezwał się cierpiętniczo – nic nie rozumiesz. Nie możesz mi po prostu zaufać? – Nie – odpowiedziałam twardo. Westchnął. Podszedł i usiadł na brzegu łóżka. – Jest ich tylko dziewiętnastu, dlaczego musiałaś trafić akurat na jedną z nich? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. Spojrzał na mnie, już nie zimno, ani gniewnie. W jego wzroku było nieme błaganie. – Em, to eksperyment. Oni nawet niezupełnie są ludźmi. – Co masz na myśli? – spytałam przysuwając się bliżej, teraz bardziej ciekawa niż zagniewana. Od najmłodszych lat poznawałam różne, wojskowe tajemnice, najczęściej jednak dlatego, że zaintrygowało mnie coś co podsłuchałam. Nikt nigdy tak bezpośrednio się nimi ze mną nie dzielił. Daniel był inny. Uważał mnie za osobę godną znania prawdy – jakakolwiek by nie była – i oczywiście za osobę, godną zaufania, która zachowa dla siebie to co od niego usłyszy. – To nie laboratorium powstało w akademii, tylko akademia dookoła laboratorium – tym razem mówił niechętnie, jakby udzielenie mi informacji było mniejszym złem, które właśnie zdecydował się wybrać. – Przeprowadzano tu różne badania, ale głównym ich celem było oczywiście udoskonalanie technologii wojskowych. W ten sposób chcieli stworzyć swoją własną, znacznie ulepszoną armię. Częściowo im się udało, stworzyli niewielki regiment. Twoja nowa koleżanka to sztucznie wyhodowana jednostka. Powstała w inkubatorze. Ma zmieniony kod DNA. Słyszałam o różnych rzeczach, ale to… – Nie mówisz poważnie, prawda? Musiałam wyglądać na przestraszoną, bo Daniel wziął mnie za ręce. – Nie są na tyle niebezpieczni, żeby nie móc przebywać wśród ludzi, ale jednocześnie są na tyle inni, że trzeba ich stale kontrolować. Nie są – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – stabilni. Czasami po prostu zaczynają być agresywni. Znałam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy zostawia jakieś niedomówienia lub delikatnie mija się z prawdą. Musiałam domyślić się sama. – Ale nie dotyczy to Sary, prawda? Nigdy nie była agresywna? Niechętnie skinął głową. – Jest nieco inna, dlatego trzyma się na uboczu. – Jest sympatyczna i naprawdę ją lubię – oznajmiłam stanowczo, patrząc mu w oczy. – I nic co powiem czy zrobię, nie przekona cię, żeby przestać się z nią zadawać? – ku mojemu zdziwieniu nie był zły. Uśmiechał się do mnie. – Nie bardzo – zdziwiła mnie nagła zmiana jego reakcji. Dlaczego na początku tak bardzo spanikował, a teraz zamierza po prostu odpuścić? Daniel sięgnął po stojący na biurku, ciemnogranatowy komputer. Otworzył klapę i włączył laptopa. – Powinnaś wiedzieć kim są – stwierdził, wchodząc na jedną z ozdobionych logiem akademii, zabezpieczonych hasłem stron. Wyświetliły się zdjęcia i profile uczniów. Zajmowały całą stronę i przewijały się w dół. Obok portretów widniały jedynie imiona i numery. Wśród nich odnalazłam Sarę i kilka innych, znajomych twarzy. Daniel podał mi komputer, a ja z ciekawością przyglądałam się opisom i fotografiom. Z jednej z nich wpatrywały się we mnie znajome, niebieskie oczy. W obiektyw patrzył obojętnie, bez tego wiecznie towarzyszącego mu chłodu. Alexander – przeczytałam podpis obok numeru, po raz pierwszy poznając imię chłopaka, który bez przerwy pojawiał się na mojej drodze. – Czemu nie mają nazwisk? – zapytałam zbita z tropu. Roześmiał się. – Masz talent do wyłapywania najbardziej istotnych problemów – stwierdził. – Nie mają rodziców, skąd mieliby więc wziąć nazwiska? Myślę, że na użytek wojska po prostu później zostaną im jakieś przydzielone. Przeglądając profile zauważyłam, że wszyscy byli przynajmniej o rok starsi ode mnie i od Sary. Coś się nie zgadzało. W myślach policzyłam zdjęcia. Dziesięć dziewczyn i dziesięciu chłopaków. – Mówiłeś, że jest ich dziewiętnastu… – Tak, zostało dziewiętnastu. Katharin – przesunął palcem po touchpadzie i kliknął na wybrany profil – miała wypadek podczas jednego z testów. Nie żyje. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gdy tylko Daniel wyszedł, wróciłam do przeglądania zdjęć. Interesowało mnie zwłaszcza jedno z nich. Ponownie przeczytałam wszystkie dane. Alexander, 187 centymetrów, 80 kilogramów, 19 lat skończył 22 maja, oczy szare (z tym nie mogłam się zgodzić), grupa krwi 0 rh+, pokój 249 (przydatna informacja). Były tam również oceny i wyniki testów, których w ogóle nie rozumiałam, oraz jakieś chemiczne wzory. Zrobiłam screena i zapisałam w katalogu, w którym trzymałam wszystko co mnie zainteresowało. To samo zrobiłam z profilem Sary. Przynajmniej jeśli chodzi o nią, to osiągnęliśmy z Danielem swojego rodzaju kompromis. Obiecał się nie wtrącać, ale i tak kazał mi uważać. Bałam się, że planuje nie spuszczać mnie z oczu. Jeszcze trzy dni wcześniej wcale by mi to nie przeszkadzało, ale wtedy nie śmiałam nawet marzyć o perspektywie posiadania jakiejkolwiek przyjaciółki. Nie zamierzałam mu pozwolić na zepsucie tych niespodziewanych relacji. Wyłączyłam komputer i wyszłam na korytarz. Pokój 114. To samo piętro co moje. Najwyraźniej nie izolowano ich od innych uczniów, ale pokoje mieli obok siebie, na samym końcu korytarza – oczywiście chłopcy i dziewczęta rozlokowani byli na dwóch różnych piętrach. Gdy stanęłam przed drzwiami delikatnie zapukałam. Dopiero teraz poczułam strach, zastanawiając się co zrobię, jeżeli mi nie wybaczy i nie będzie chciała mnie znać. Otworzyła prawie natychmiast. Patrzyła na mnie zaskoczona. – Hej, mogę wejść? – zapytałam. Zabrzmiało znacznie bardziej błagalnie niż bym chciała. – Tak, proszę – odpowiedziała nieco zmieszana. – Przepraszam – odezwałam się, gdy tylko zamknęła za mną drzwi. – To znaczy za Daniela. Zachował się jak dupek. Przepraszam. To się już więcej nie powtórzy. Przecząco pokręciła głową. Usiadła na starannie posłanym łóżku. Jej pokój był niemal zupełnie pusty. W moim był laptop, jakieś książki, własne poduszki. Sypialnia Sary była surowa, wyglądała dokładnie tak, jak pomieszczenie do którego weszłam, gdy tu przyjechałam. W środku nie było nic osobistego. Podniosła na mnie pełne smutku oczy. – Nie, on miał rację – szepnęła. – Nie powinnaś się ze mną zadawać. To zły pomysł. – Wcale nieprawda! – usiadłam obok niej. – To doskonały pomysł! Jedyny dopuszczalny pomysł! Uśmiechnęła się do mnie smutnym uśmiechem. – Emi, nic o mnie nie wiesz… – zaczęła, ale nie zamierzałam pozwolić jej skończyć. – Wiem wystarczająco wiele – przerwałam. – Jesteś miła, zabawna i lubię spędzać z tobą czas. Cała reszta mnie nie interesuje. – Poddaję się – mruknęła przewracając się na łóżko, ale wyraźnie widziałam malującą się na jej twarzy ulgę. Taka sama rozlała się w moim wnętrzu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gdy następnego dnia przyszłam do ogrodu on już w nim był. Spojrzał na mnie z niechęcią, ale tym razem nie próbował mnie wyganiać. Po prostu mnie zignorował. Uznałam, że to zawsze jakieś pozytywne osiągnięcie. Usiadłam, ale nawet nie otworzyłam książki. Alexander. Był “jednym z nich”. Rzeczywiście sprawiał wrażenie, że mógłby być niebezpieczny. Widziałam już jego agresywne zachowanie, ale mimo wszystko… nie czułam się przy nim zagrożona. Ani odrobinę. Nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że wpatruję się w niego w tak bezczelny sposób, dopóki nie fuknął poirytowany. – Dobra, mów czego chcesz – niemalże warknął na mnie, przerywając ćwiczenia. Roześmiałam się. Mimowolnie. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał. – Przepraszam – wydusiłam z siebie, nie mogąc przestać się śmiać. Wstał i otrzepał z trawy spodnie. – Czy jesteś psychicznie chora? – zapytał podejrzliwie. Chyba chciał mnie urazić. Jeżeli tak, to mu się to nie udało. – To całkiem możliwe – stwierdziłam pogodnie. Ruszył w moim kierunku. Zaskoczona zerwałam się z ławki. Znalazł się blisko – zbyt blisko. Cofnęłam się o krok, ale wtedy plecami oparłam się o ścianę. Jego ręka znalazła się tuż nad moim ramieniem, odcinając mi drogę ucieczki. Stałam teraz zablokowana pomiędzy nim a ławką. – Nie pogrywaj sobie ze mną! – warknął. Nie przestraszył mnie, choć chyba taki właśnie był jego zamiar. Czułam się skrępowana. Szalało we mnie jakieś dziwne napięcie, oczekiwanie, pragnienie. Spojrzałam mu w oczy – lodowato-zimne, niebieskie. Chyba rzeczywiście byłam szalona. W końcu z tego co mówił Daniel wynikało, że powinnam się go bać. – Jeżeli uważasz, że w ten sposób wygonisz mnie z mojego ogrodu, to jesteś w błędzie – oznajmiłam najspokojniej jak potrafiłam, choć serce biło mi jak oszalałe. Przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu. Wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo przyspieszony jest jego oddech. Jak szybko bije jego serce. Jak walczy sam ze sobą, żeby się uspokoić. Czekałam, sama nie wiedząc na co czekam. W końcu odsunął się i odwrócił wzrok. Uderzył pięścią, wybijając dziurę w drewnianej ścianie altanki. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, pokrytą żwirem alejką. Po raz kolejny zostałam sama, nie do końca orientując się w tym co właściwie się stało i do czego przed chwilą mogło dojść. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie mogłam przestać myśleć o Alexie (już sobie zdążyłam skrócić jego imię). To było dziwne i… niepokojące. Ku mojemu własnemu zdumieniu najbardziej jednak martwiło mnie to, że sobie poszedł – tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia. Podczas kolacji ze wszystkich sił starałam się wrócić do rzeczywistości. Daniel podszedł ze mną do stolika Sary. Patrzyła na niego spłoszonym wzrokiem. – Hej – odezwał się pierwszy – chciałem cię przeprosić. Zbyt ostro zareagowałem. Opiekuję się Emily i czasami bywam nadopiekuńczy – kontynuował, z rozbrajającym uśmiechem. Na dowód objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy. Sara była zaskoczona i jakby zbita z tropu. – Nic się nie stało – wyjąkała cichutko. – Dobra, zostawiam was same, dziewczyny – uśmiech nie schodził mu z twarzy, wcielenie niewinności. – Do zobaczenia później – rzucił w moim kierunku – i smacznego. – Odwrócił się i odszedł do, spory kawałek oddalonego, stolika chłopaków. Usiadłam. – Wszystko w porządku? – zapytałam Sary. – Taak, chyba tak… – mruknęła niezbyt przekonana. – Nie przejmuj się Danielem. Mamy rozejm, nie będzie już więcej rozrabiał – uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że uda mi się rozwiać jej niepokój. – Dobrze – odpowiedziała zanurzając łyżkę w rozmieszanym z dżemem twarożku. Skoro już byłyśmy przy niezręcznych tematach… – Za co zostałaś ukarana? – zadałam pytanie, które nurtowało mnie już od jakiegoś czasu – to znaczy od momentu gdy zobaczyłam jej plecy na basenie. – Przepraszam, że pytam – dodałam poniewczasie. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać… Sara zaczerwieniła się wściekle. Na dobre utkwiła wzrok w swojej kolacji. Byłyśmy jednak ze sobą szczere i wiedziałam, że w końcu mi odpowie. – Śledziłam takiego jednego chłopaka – wyznała. – Tyle, że było to po ciszy nocnej, a on w pewnym momencie gdzieś zniknął. Zostałam sama na korytarzu i strażnik mnie przyłapał. – Dlaczego go śledziłaś? – zdziwiłam się odrobinę. Nie sądziłam, że Sara mogła stać się jeszcze bardziej czerwona. Jej buzia przypominała teraz kolorem dojrzałą truskawkę. – Czasami za nim chodzę – odpowiedziała przepraszająco. – Bardzo mi się podoba… – najwyraźniej nie miała pojęcia jak skończyć to zdanie. Roześmiałam się wesoło. – Myślę, że jesteś w takim razie usprawiedliwiona – oznajmiłam. – A ty Emi? Tobie ktoś się podoba? – zapytała nagle, z ogromnie entuzjastycznym zainteresowaniem. Byłam pewna, że tym razem to ja się rumienię. – Właściwie to od kilku miesięcy podoba mi się Daniel – przyznałam. Sara wpatrywała sie we mnie intensywnie, zasłuchana w moje słowa, jakby od dawna była spragniona takich rozmów. Ja chyba również byłam, choć może nie aż w takim stopniu. Postanowiłam kontynuować. – Raz mnie nawet pocałował, tylko że następnego dnia chciał, żebyśmy zostali przyjaciółmi – dodałam szybko by w zarodku ugasić jej entuzjazm. – Dlaczego? – wyglądała na szczerze zdziwioną. – Pasujecie do siebie – stwierdziła z szelmowskim uśmiechem. Wzruszyłam ramionami. – Nie wiem. Dobrze się dogadujemy. Chyba po prostu ja mu się w ten sposób nie podobam – ku mojemu własnemu zdziwieniu, w moim głosie nie było słychać żalu. W środku również już go nie czułam. – Cóż – westchnęła Sara, z wciąż rozpromienioną twarzyczką – w takim razie chyba obie musimy postarać się bardziej, trochę powalczyć i zostać zauważone przez “naszych chłopaków”. Roześmiałam się. Chłopcy – chłopcami, ale ja coraz bardziej zaczynałam kochać moją Sarę. Nie pamiętałam już jak w ogóle mogłam bez niej żyć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zżerała mnie ciekawość i chyba tylko dlatego tak entuzjastycznie zgodziłam się iść, gdy Daniel zapytał czy mam ochotę obejrzeć “ich” indywidualny trening. Chciał mi pokazać jak bardzo się od nas różnią. Niezwykle mu zależało na tym, żeby pokazać w jak dużym stopniu “dzieci eksperymentu” nie są ludźmi. Już nawet nie byłam pewna czy wynika to jedynie z troski o moje bezpieczeństwo czy z czegoś zupełnie innego. Udaliśmy się do zachodniego skrzydła, a tam, zamiast skierować się do sali ćwiczeń, wspięliśmy się na drugie piętro. Daniel prowadził mnie plątaniną ciasnych korytarzy. Dwukrotnie minęliśmy zabezpieczone zamkiem elektronicznym drzwi. Gdy przeszliśmy przez trzecie, okazało sie, że stoimy na niewielkim balkonie, kilka ładnych metrów nad salą gimnastyczną. Poczułam się zaskoczona, widząc na przeciwko jeszcze cztery kolejne. Będąc na dole nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Wszystko było stąd doskonale widać. – Emi – zagadnął mnie Daniel. – Tak? – spytałam przyglądając się sali. – Nie panikuj dobrze? Ich treningi są specyficzne, ale nic im nie grozi, jasne? – poczułam się jak małe dziecko, które zabrano do cyrku. Niechętnie skinęłam głową, a Daniel zarobił u mnie sporego minusa. – Po prostu nie chciałbym, żebyś zwróciła na nas czyjąś uwagę – westchnął zrezygnowany, chyba dostrzegając moje niezadowolenie. – Nie powinno cię tu być. Uśmiechnęłam się do niego, ale mój uśmiech szybko zniknął, gdy w sali pojawiły się odziane na czarno postacie. Stroje mieli sportowe, takie, które nie krępowały im ruchów. Nie pojawiło się aż dziewiętnaście sylwetek. Przyszło zaledwie pięć osób – wszyscy płci męskiej. Wśród nich był jednak Alex i to on przyciągnął mój wzrok. Zafascynowana przypatrywałam się ich rozgrzewce. Rzeczywiście robiła wrażenie, ale nie było w tym nic aż tak spektakularnego. Nie miałam pojęcia co chciał pokazać mi Daniel. Dopiero po chwili spostrzegłam, że po dwóch stronach sali przejścia zagradzają kraty. Nie było ich widać, gdy drzwi były zamknięte. Za jednymi z nich stało dwoje żołnierzy z przygotowanymi strzelbami. Broń była nietypowa. Wyglądała jak ta na naboje, którymi usypia się zwierzęta. Po kilkunastu minutach kadeci przerwali rozgrzewkę. Stanęli pod ścianą, przez chwilę rozmawiając o czymś żywiołowo. W końcu Alex skinął głową i wyszedł na środek pomieszczenia, a pozostali ominęli kraty i stanęli za uzbrojonymi żołnierzami. Starałam się nie snuć domysłów, ale to co zobaczyłam i tak nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Krata po drugiej stronie sali otworzyła się, a do środka, dostojnym krokiem, wszedł najprawdziwszy w świecie lew – ogromny, przepięknie zbudowany i dostojny, ale jednocześnie najwyraźniej albo bardzo głody, albo wkurzony. Od ryku, który wydał przeszły mnie ciarki. Alex obserwował go uważnie. Drapieżnik sprawiał przez chwilę wrażenie, jakby chciał go obejść dookoła, ale chłopak poruszał się wraz z nim. Krążyli wokół siebie przez kilka dłużących się w nieskończoność chwil, aż w końcu rozjuszony Lew go zaatakował. Autentycznie rzucił się na niego. Zachłysnęłam się powietrzem. Wydobył się ze mnie pełen przerażenia dźwięk – ni to jęk, ni krzyk. Wzrok Alexa powędrował w górę. Nasze spojrzenia na krótką chwilę się spotkały. Chłopak rozproszył się. Stracił koncentrację. Lew położył na nim zakończone ostrymi pazurami łapy, wbił się zębami w jego ramię. Daniel zakrył mi ręką usta, przyciągając mnie do siebie. Stanowczo przytrzymał. – Ostrzegałem – szepnął poirytowany. Nie zareagowałam. Wpatrywałam się oniemiała w to, co się działo na dole w sali. Alex znów był skupiony. Z wściekłością, nadludzką siłą, odepchnął od siebie zwierzę. Jego ramię było zakrwawione, a bluza podarta. Lew znów zaatakował, rzucając się na niego. Wyglądało to tak, jakby chłopak złapał go w locie, a potem rzucił nim przez pomieszczenie. To było niemożliwe. Nie mógł być szybszy i silniejszy od cholernego, ogromnego lwa! Tak jednak właśnie było. Drapieżnik spróbował jeszcze kilkakrotnie, a potem się wycofał. Daniel wyciągnął mnie na zewnątrz. Byłam zbyt oniemiała by choć pomyśleć o tym, żeby w jakikolwiek sposób zaprotestować. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Minęło już dobre pól godziny, a ja wciąż siedziałam na korytarzu, pod drzwiami z numerem 249. Po prostu musiałam sprawdzić czy wszystko jest z nim ok., bez żadnego, konkretnego planu działania. Gdy wreszcie się pojawił, miał na sobie koszulkę bez rękawów i starannie zabandażowane ramię. Odetchnęłam z ulgą. Ku mojemu zdziwieniu, gdy mnie zobaczył, na jago twarzy nie było złości. Malowało się na niej raczej zaskoczenie. – Co tu robisz? – zapytał tonem zwyczajnej pogawędki. – Chciałam sprawdzić czy nic ci nie jest – odpowiedziałam mu nagle okropnie speszona, podnosząc się z podłogi. Gdyby był na mnie wściekły, wiedziałabym jak sobie z tym poradzić. Zwyczajna rozmowa była dla mnie zbyt abstrakcyjna i… zawstydzająca. Prychnął rozbawiony. – Chodź i tak musimy porozmawiać – otworzył drzwi do pokoju i zaprosił mnie gestem. – O czym? – zapytałam wchodząc za nim niezbyt przekonana. Jego pokój wyglądał zupełnie jak ten Sary – pusty i surowy. Bez żadnych śladów czyjejkolwiek obecności. Zamknął za mną drzwi. Spojrzał mi w oczy. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy się odezwał. – Czy mógłbym cię prosić, żebyś nigdy więcej nie przychodziła na moje treningi? – zapytał tym razem wyraźnie siląc się na spokojny ton. Byłam przekonana, że wściekle się rumienię. Moje policzki były gorące. – Przepraszam – wydusiłam z siebie – nie chciałam, żeby tak wyszło. Byłam bardzo ciekawa i dlatego poszłam tam z Danielem. Nie sądziłam, że trafię tam akurat na ciebie – choć w duchu musiałam przyznać, że na to właśnie miałam nadzieję. Skinął głową. – Czy mogłabyś mi obiecać, że więcej tego nie zrobisz? Niepewnie przytaknęłam. – Przepraszam – skruszona powtórzyłam jeszcze raz. – Nic ci nie jest? – odważyłam się zapytać, patrząc na jego opatrzone ramię. – To już nie twój problem – jego ton stawał się coraz chłodniejszy. – Właśnie, że mój – odpowiedziałam żywiołowo. – Wiem, że to moja wina. Widziałam jak sobie radziłeś. Gdybym się tak nie przestraszyła… Opadł ciężko na łóżko, opierając się plecami o ścianę. Maska opadła. Jej miejsce zastąpiła rezygnacja i gorycz. – Nie rozumiesz – warknął. – Mogłaby nagle zacząć grać orkiestra dęta, a i tak nie odwróciłaby mojej uwagi. Nie wiem co się stało – wyjątkowo, dla odmiany, w ogóle na mnie nie patrzył. – Usłyszałem twój krzyk i nie byłem w stanie skupić się na niczym innym. Wpatrywałam się w niego oniemiała. Co chciał przez to powiedzieć? – Przepraszam – powtórzyłam po raz trzeci, nie bardzo wiedząc co innego mogłabym powiedzieć. – Idź już, dobrze? – poprosił, wciąż nie podnosząc na mnie wzroku. – Alex? – zapytałam cicho, nie mając pojęcia skąd wzięłam na to odwagę. – Tak? – nie był ani trochę zdziwiony tym, że znam jego imię. – Zobaczymy się jutro? Ku mojemu zaskoczeniu przytaknął. – Po południu, w ogrodzie. Bolesne napięcie zniknęło. Poczułam się jak przekłuty balonik, który ktoś od nowa napełnia samymi ciepłymi uczuciami. Gdy wyszłam z jego pokoju, uśmiechałam się jak wariatka. Nie mogłam przestać aż do późnego wieczora, gdy w końcu jakimś cudem udało mi się zasnąć. ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Akademia wbrew pozorom nie była więzieniem, a może raczej była, tylko nieco bardziej rozległym. W wolne dni mogliśmy opuszczać jej mury i odwiedzać znajdujące się na wyspie, senne miasteczko. Cała wyspa miała średnicę może 30 kilometrów. Oczywiście jej samej nikomu nie wolno było opuścić i wejście na prom było pilnie strzeżone. Tak samo zresztą jak przylegająca do budynku akademii kamienista plaża. Umówiłam się z Sarą na zewnątrz. To było nasze pierwsze wyjście do miasta. Chciałyśmy wspólnie zrobić zakupy. Zauważyłam, że oprócz oficjalnych mundurów i stroju treningowego moja przyjaciółka ma właściwie chyba tylko jedną parę dżinsów i kilka szarych bluzek. Nie mieściło mi się to w głowie. Nawet mój ojciec bardziej dbał o moją garderobę i namawiał mnie na kupowanie kolorowych sukienek i innych dziewczęcych rzeczy. Może i żałował, że nie jestem chłopcem, ale skoro już nim nie byłam, to przynajmniej częściowo traktował mnie jak dziewczynkę. Było mi przykro, że nikt w ten sposób nie traktował Sary. Gdy wyszłam, zaskoczyło mnie, że Sara z kimś rozmawia. Chłopak miał bardzo jasne włosy, nie był zbyt wysoki i był zdecydowanie chudszy niż standardowi uczniowie akademii. Nie wyglądał na cherlaka, ale nie miał również tej typowej, wyćwiczonej sylwetki. Podeszłam do nich odrobinę zakłopotana. Nieznajomy urwał w pół słowa i zamilkł przypatrując mi się nieufnie. – Hej – zaczęłam niepewnie. – Część – odpowiedziała mi pogodnie Sara, on nic nie powiedział. – Mam na imię… – zaczęłam, ale chyba odzyskał rezon, ponieważ nie dał mi skończyć. – Wiem – przerwał mi gniewnie. – Emily Morrington, dziewczyna Daniela Maes. Wszyscy to wiedzą. – Nie jestem jego dziewczyną – odpowiedziałam nieco zbita z tropu. – Nie? Opinia publiczna twierdzi co innego – zadrwił. – Niko! – jęknęła Sara, kładąc mu rękę na ramieniu. – Ona nie ma z tym nic wspólnego. Bądź dla niej miły, to moja przyjaciółka. Ciepłe słowa, które rozlały się w moim wnętrzu niczym gorąca czekolada, gryzły się nieco z niezrozumiałym dla mnie wydźwiękiem jej wypowiedzi. – Naprawdę w to wierzysz? – prychnął. Spojrzenie Sary stwardniało. – Gdyby miała, to chyba za ten ton miałbyś naprawdę przechlapane, nie sądzisz? – spytała słodko. Twarz Niko pobladła. Odsunął się o krok. – Czy któreś z was powie mi o co tu chodzi? – spytałam z nadzieją. Sara chwyciła mnie za rękę. – Nie przejmuj się, Niko ma po prostu ograniczone horyzonty – wyjaśniła, ale wyraźnie wyczuwałam, że coś nieprzyjemnego kryje się pod jej lekkim tonem. – Nie ważne, przepraszam – chłopak jakby spotulniał. – Nie było tej rozmowy. Podwiozę was do miasta i będę spadał. Panie przodem – teatralnym gestem wskazał na stojący nieopodal, terenowy samochód. ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wycieczka była naprawdę przyjemna. Kupiłyśmy sobie takie same, jasnoniebieskie sweterki. Idealnie pasowały do naszych brązowych włosów – kasztanowych Sary i moich, nieco ciemniejszych, raczej przypominających w kolorze mleczną czekoladę. Napiłyśmy się smacznej, kokosowej kawy i postanowiłyśmy wrócić te kilka kilometrów na piechotę. Opowiedziałam Sarze o tym co widziałam na treningu, z jakiejś przyczyny, której właściwie sama nie znałam, słowem nie wspominając jej o Alexie. – Mnie to na szczęście nie dotyczy – westchnęła. Nie byłam pewna czy z żalu czy z ulgi. – Dlaczego? – zapytałam. Skrzywiła się nieznacznie. – Jestem nieudana. To znaczy eksperyment był nieudany – wyjaśniła szybko, widząc moją niepewną minę. – Nie jestem taka silna jak pozostali. Nie mam ich zdolności. Byłam ostatnia i zrobili ze mną coś innego. Dobrego – dodała nieco ciszej. – To dlatego trzymasz się na uboczu? – chciałam wiedzieć. – Tak, między innymi, ale jest jeszcze inny powód – wyznała. – Widzisz, jestem najmłodsza i czuwająca nad projektem profesor traktuje mnie jakbym była jej córką. Już na samym początku oddzieliła mnie od grupy. Miałam nadzieję, że będziesz chciała ją poznać – dodała, patrząc w ziemię. – To znaczy bardzo bym chciała, żebyś ją poznała. Jest dla mnie jak mama. Jest moją mamą – plątała się niepewnie. – Z przyjemnością ją poznam – odpowiedziałam pogodnie, nie wnikając więcej w zwierzenia przyjaciółki. Sara rozpromieniła się cała. Nie sądziłam tylko, że spotkanie z jej przybraną mamą będzie miało nastąpić tak szybko. Gdy znalazłyśmy się w budynku szkoły, zamiast do naszych pokoi, poprowadziła mnie do windy, przyłożyła kartę do czytnika, a ta bez problemu pozwoliła nam na zjazd do podziemnego laboratorium. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Monitory, kamery, różne skomplikowane urządzenia, kilka osób w białych fartuchach, parę obojętnych pozdrowień, świadczących o tym, że znają tu Sarę i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ani jednego z pilnujących akademii żołnierzy. Minęłyśmy po drodze kilka pomieszczeń, aż w końcu weszłyśmy do tego na końcu korytarza. Była to wielka, sterylnie czysta sala, z różnymi, dziwnymi przedmiotami w środku. Nikogo w niej nie było. Sara nie zatrzymując się przeszła przez pomieszczenie i otworzyła znajdujące się po drugiej stronie, niepozornie wyglądające drzwi. Wspięłyśmy się kilka stopni po schodach i znalazłyśmy się w pomieszczeniu kontrolnym, z kilkoma ekranami, komputerem i skomplikowanym pulpitem. W biurowym fotelu na kółkach z wysokim oparciem siedziała szczupła, dojrzała kobieta o latynoskiej urodzie – czarne, proste włosy, drobna sylwetka, oliwkowa skóra. Wyglądała jednak na bardzo bladą i zmęczoną. – Sara! – podniosła się z fotela, uśmiechając radośnie. Moja przyjaciółka objęła ją ramionami. Były tego samego wzrostu. Potem kobieta przeniosła wzrok na mnie. Jej oczy otworzyły się bardzo szeroko. Wpatrywała się we mnie oniemiała, a ja nie miałam pojęcia o co jej chodzi. – Marry – zaczęła Sara, wymawiając imię z radosnym uwielbieniem – chciałam ci przedstawić moją przyjaciółkę, Emily. – Dzień dobry, nazywam się Emily Morrington – zaczęłam swoje, ale ona już była przy mnie, tym razem mnie do siebie przytulając. – Och, tak się cieszę, że Charles cię tutaj przysłał! – wykrzyknęła pełnym wzruszenia głosem, a ja zdziwiłam się słysząc imię mojego ojca. – Już od dawna marzyłam o tym, żeby cię poznać! Tyle mi o tobie opowiadał! Marry – Marry Ann? Czyżby kochanka mojego ojca o której ja nic nie wiedziałam? Ona chyba jednak co nieco wiedziała o mnie… – Cudownie, że zaprzyjaźniłaś się akurat z córką Charlesa – zwróciła się pogodnie do Sary. Sara przez chwilę wyglądała na zaskoczoną, ale moment później już odwzajemniała radosny uśmiech. – Miło mi panią poznać – powiedziałam próbując poskładać fragmenty tej łamigłówki. – Mów mi Marry – poprosiła wciąż z tym wesołym uśmiechem. – Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebowała, zawsze mnie tutaj znajdziesz – dodała tym razem jakby nieco smutniejąc. – Dziękuję – odpowiedziałam wpatrzona w rozświetlone ekrany, na których przelatywały niezrozumiałe dla mnie dane. – Marry, Emi bardzo interesuje się projektem – odezwała się Sara. Nie miałam pojęcia jak do tego doszła, ale faktycznie miała rację. Ze względu na nią i na Alexa “projekt” intrygował mnie coraz bardziej. – Czy mogłaby razem z tobą obejrzeć moje sny? – wypowiedziała kolejne, zaskakujące dla mnie zdanie. Kobieta przez chwilę przyglądała się nam uważnie. Zastanawiała się na czymś. – Myślę, że to bardzo dobry pomysł – stwierdziła w końcu. – Emily, przyjdź do mnie w niedzielę koło południa. Czy potrzebujesz karty do laboratorium? Przecząco pokręciłam głową. Nie wiedziałam co mi proponują, ale już na samą myśl czułam ekscytację. – Wydaje mi się, że moja karta powinna tutaj działać – oznajmiłam. – Dziękuję za zaproszenie, na pewno przyjdę. Obie obdarzyły mnie szerokimi uśmiechami, a mnie uderzyło ich nietypowe podobieństwo. Czyżby w jakiś sposób były spokrewnione? Czy to w ogóle możliwe? Postanowiłam, że w niedzielę zapytam o to Marry, póki co zbyt wiele się działo i nie chciałam przez przypadek sprawić przykrości Sarze. Gdy opuszczałyśmy laboratorium, mój wzrok przykuł jeden z umieszczonych nieopodal windy ekranów. Zdałam sobie sprawę, że jest to widok z kamer na wyższe piętra – więc jednak posiadali tu jakiś system ochrony. Na jednym z monitorów zobaczyłam Daniela. Serce podeszło mi do gardła. To co widziałam zdecydowanie bardzo mi się nie spodobało. Podeszłam bliżej, a Sara była tuż za mną. Daniel, Markus i trzeci chłopak, którego imienia nie pamiętałam, w brutalny sposób przytrzymywali jednego z nastolatków z mojej grupy. Czwarty z nich, Andre, uderzył go w brzuch. Po chwili popchnęli gdzieś swoją ofiarę i zniknęli z widoku kamery. – Czy to miał na myśli Niko? – spytałam wściekłym głosem, wkurzona na Daniela, że coś takiego robi i na siebie, że do tej pory o tym nie wiedziałam. Sara chwyciła moją dłoń. – Nie przejmuj się Emi, oni tak zawsze traktują koty – wyjaśniła cicho. – Nic mu nie zrobią. – Za to ja mam ochotę coś zrobić Danielowi – mruknęłam. Ścisnęła mocniej moją rękę. – Proszę, nie mów mu, że to widziałaś. Jak to wytłumaczysz? – spytała, gdy na nią spojrzałam. – Przecież gdybyś była tam na korytarzu, to któryś z nich by cię zauważył, prawda? Nie chciałam się kryć ze swoją irytującą wiedzą i tym jak bardzo byłam wkurzona, ale Sara była wyraźnie zaniepokojona. Postanowiłam, że odpuszczę, przynajmniej na razie. – Dobrze – westchnęłam. – Nie dam po sobie poznać, że cokolwiek widziałam, a przynajmniej spróbuję. Wiedziałam, że to będzie trudne, bo naprawdę mocno gniewałam się na Daniela i oczywiście chciałam zażądać od niego, żeby natychmiast takich zabaw zaprzestał. Wątpiłam jednak, żeby w jakimkolwiek stopniu obchodziło go moje zdanie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tym razem nie musiałam czekać, ponieważ kiedy przyszłam, on już tam był. Właściwie to chyba nawet byłam nieco spóźniona – wizyta w laboratorium trwała w sumie niemalże pełną godzinę. Kiedy jednak zobaczyłam jego zimne spojrzenie, cała radość wyparowała. Zaczęłam wątpić w to czy w ogóle powinnam była przyjść. Wtedy jednak Alex wstał z ławki, którą zajmował i podszedł do mnie.  – Czytasz okropną literaturę – stwierdził, podając mi książkę, którą kilka dni wcześniej wyrwał mi z ręki. Byłam przekonana, że czerwienię się wściekle. Oczywiście to musiał być właśnie romans, choć tak naprawdę, w porównaniu do innych powieści, niewiele ich czytywałam. Zabrałam mu moją zgubę. – Dobrze wiedzieć – warknęłam w odpowiedzi, ukrywając swoje zażenowanie. Roześmiał się. Jego spojrzenie na moment złagodniało, po chwili jednak wzrok chłopaka powędrował w zupełnie innym kierunku. Przez chwilkę nasłuchiwał, po czym zaklął cicho. – Chodź, znowu tu są – chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Posłusznie pobiegłam za nim. Nie kierował się jednak ani ku altance, ani ku bramie do ogrodu. Przedarliśmy się przez krzewy róż i znaleźliśmy się pod murem akademii. Teraz i ja usłyszałam głosy. Ktoś się do nas zbliżał. Alex jednak nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego. Nie puszczając mojej ręki po cichu przeszedł kilka kroków. Za jednym z gęstych, kolczastych krzaków znajdowała się wnęka okienna. Nie była zbyt wysoko i na dodatek okno było otwarte. Ku mojemu zdumieniu chłopak objął mnie, a potem podsadził na parapet. Kiedy znalazłam się w środku sam szybko się podciągnął i zamknął okno. Uśmiechał się niczym mały chłopiec, który coś właśnie zbroił. – Tym razem się przygotowałeś? – spytałam również rozbawiona. Wzruszył ramionami. – Trzeba uczyć się na błędach – oznajmił swobodnie. Czy on od samego początku był taki rozbrajający? Nie mogłam pozbyć się pragnienia, żeby objął mnie jeszcze raz, chociaż przez krótką chwilę. – To gdzie teraz pójdziemy? – spytałam siląc się na lekki ton. Nie chciałam, żebyśmy się tak szybko rozstali. Mogłabym przysiąc, że psotne iskierki zatańczyły w jego niebieskich oczach. – Znam takie jedno miejsce – stwierdził obojętnie. – Chodź! Kiedy wziął mnie za rękę, mogłam myśleć tylko o tym, że znowu to zrobił. Czułam się jak idiotka. Zdecydowanie brakowało mi doświadczenia w kontaktach z chłopakami. Akademia była prawdziwym labiryntem. Tym razem podążałam za Alexem krętymi, bocznymi korytarzami, aż na wąską klatkę schodową. Tam poprowadził mnie kilka pięter w górę, aż kamienne schody zmieniły się w bardzo strome i drewniane. Byliśmy pod samym dachem. W drzwiach, które otworzył chyba wyłamał zamek. Weszliśmy do sporego, zagraconego meblami pomieszczenia. Pod jedną ścianą stała stara szafa, skrzynie i łóżka, bliżej niewielkich, połaciowych okien w stertach poustawiane były różnego rodzaju krzesła. Nie było tu pajęczyn ani kurzu, ale też nie wyglądało na to, że ktoś codziennie tu sprząta. Usiedliśmy na jednej ze skrzyń, odrobinę schowani za szafą. Alex puścił moją dłoń, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę, że w ogóle ją trzyma. – Jakie masz jeszcze dla mnie niespodzianki? – spytałam, żeby przerwać niezręczną ciszę. – Dlaczego przyszłaś, Emily? – bardziej zdziwił mnie jego poważny ton niż to, że znał moje imię. – Nikt ci nie mówił, że nie powinnaś? – Nie należę do osób, które słuchałyby innych – stwierdziłam nieco ponuro. – Może czasami powinnaś? – zasugerował. – Nie jesteś ze mną bezpieczna. Kiedy on znalazł się tak blisko mnie? Dlaczego znów czułam to cholerne napięcie? W moim wnętrzu kotłowało się stado wściekłych motyli. – Planujesz mnie skrzywdzić? – spytałam podświadomie wiedząc, że nie to miał na myśli. Nie odpowiedział. Znalazł się jeszcze bliżej. Czułam ciepło jego oddechu. – Dlaczego ty? Co jest w tobie takiego wyjątkowego? – wyszeptał, wyraźnie również nie oczekując odpowiedzi. – Alex, ja… – zaczęłam cicho, nie do końca wiedząc co chciałabym powiedzieć. – Ciii… – przerwał mi stanowczo i najwyraźniej on dokładnie wiedział czego chce i po co tu jesteśmy. Jego usta znalazły się jeszcze bliżej, jego wargi dotknęły moich warg, ledwo je muskając. Czułam, że zwariuję, jeżeli natychmiast nie dostanę więcej. Potrzebowałam go jak powietrza. Oplotłam ramionami jego szyję i przyciągnęłam go do siebie. Inne przyzwolenie było mu zbędne. Jedna z jego rąk oplotła moją talię, drugą wsunął pod moje rozpuszczone włosy. Pocałunek stał się głębszy, mocniejszy, prawdziwszy. Odwzajemniłam go zachłannie, czując już w ustach jego język. Zamknęłam oczy. Cały świat przestał istnieć, był tylko Alex i ja i bliskość między nami. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy zaczęło brakować nam tchu, a i to tylko na kilka sekund. Nie byłam w stanie myśleć. Płonęłam. Delikatnie, ale stanowczo podniósł mnie odrobinę i posadził sobie na kolanach. Oplotłam go w pasie nogami. Obejmował mnie mocno, zupełnie jakby już nigdy nie chciał wypuścić mnie z ramion. Nie przerywaliśmy całowania. To było coś tak niesamowitego… nierealnego… najcudowniejsza chwila w całym moim życiu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie miałam pojęcia jak długo siedzieliśmy już na strychu, ale ani odrobinę nie chciałam, żeby ten czas dobiegł końca. Całowanie się z Alexem było nie do opisania. Jego bliskość działała na mnie jak narkotyk. Kiedy w pewnym momencie gwałtownie mnie od siebie odsunął, mimowolnie wydałam z siebie pełen protestu jęk. – Cicho – syknął, patrząc uważnie w kierunku drzwi. Wiedziałam już, że słyszy znaczne lepiej ode mnie, więc natychmiast zamilkłam. Pociągnął mnie za rękę w kierunku szafy i praktycznie wepchnął do środka. – Nie wychodź – szepnął niemalże bezgłośnie. – Nie ważne, co się będzie działo, masz być schowana – rozkazał i nie czekając na odpowiedź starannie zamknął drzwi. Chciałam zaprotestować, ale musiałam mu przyznać rację. On sam będzie miał zapewne kłopoty, ale jeżeli ktoś znajdzie nas razem, będą one znacznie poważniejsze. Przez szparę w drzwiach widziałam jedynie wąski pasek pomieszczenia. Alex stanął na środku, szykując się na nieuchronne spotkanie. – Powinieneś sobie znaleźć lepszą kryjówkę – zaniepokojona usłyszałam znajomy, drwiący głos Daniela. Nie był sam. Towarzyszyły mu głośne kroki. Nie jego się tutaj spodziewałam. Jeszcze parę dni wcześniej z pewnością bym się mu pokazała, wierząc, że wszystko będzie w porządku i on to jakoś rozwiąże, ale nie dzisiaj. Nie po tym co słyszałam od Niko i sama widziałam na nagraniu z kamer. – Czego chcecie? – zapytał chłodno Alex. – Brakuje nam rozrywki, a ty znowu sprawiasz kłopoty – wyjaśnił rozbawiony głos Markusa. Kiedy podeszli do Alexa, zamknęłam oczy. Miałam ochotę krzyczeć, ale nie byłam głupia i ani trochę już nie ufałam Danielowi. Milczałam, nie chcąc bardziej zaszkodzić. Hałas, chwila szamotaniny i kilka głośnych przekleństw. Przez chwilę uwierzyłam, że Alex sobie z nimi poradzi. Byli naprawdę dobrze wyszkoleni, ale widziałam przecież do czego ON był zdolny. Otworzyłam oczy. Na chwilę oślepił mnie błysk zielonego światła. Alex leżał na podłodze. Jeden z nich mocnym kopnięciem uderzył go w żebra. Potem kolejny i następny. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że zaczęłam drżeć. Na policzku poczułam ciepłe łzy. Skuliłam się jeszcze bardziej, obejmując głowę ramionami. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać co będzie, jeżeli się zdradzę. Gdy nagle wszystko ucichło, głos Daniela odczułam niczym cios, idealnie wymierzony we mnie. – Masz już dość? – gdy ośmieliłam się spojrzeć, zobaczyłam, że nogę trzyma na karku Alexa. – Wyliżesz mi buty, to może ci odpuścimy… Daniel bawił się myśliwskim nożem. Nie miałam pojęcia jak ten chłopak mógł mi się kiedykolwiek podobać. Jakim cudem mogłam cokolwiek do niego czuć? – Wal się! – wydusił z siebie leżący twarzą do podłogi Alex. Nie chciałam tego oglądać, nie chciałam tu być, a już z pewnością nie chciałam, żeby to się działo. Ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywałam się od płaczu, który z pewnością zdradziłby im moją obecność. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Głupie kilkanaście minut ciągnęło się w nieskończoność. Nie chciałam czekać, jednak rozumiałam dlaczego nie pozwolił mi iść razem z nim. Wyglądał koszmarnie, ale trzymał się na nogach. Gdy wiedziałam, że już dłużej nie wytrzymam, po prostu poszłam do jego pokoju. Bez pukania otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Alex stanął w progu łazienki. Nie zwróciłam uwagi na siniaki, zadrapania, nawet na to, że był wilgotny i miał na sobie jedynie bokserki. Po prostu,  sama nawet nie wiem jak, znalazłam się tuż przy nim i się do niego przytuliłam. Przez chwilę w ogóle nie zareagował, a potem objął mnie ramionami, przyciskając do siebie. Przylgnęłam do niego jeszcze bardziej. – Nic ci nie jest? – odsunęłam się odrobinę, by móc na niego spojrzeć. Mój wzrok powędrował w kierunku jego ramienia, na którym przecież powinien być opatrunek. Nie było tam nawet szwów, tylko cienka, nieco nierówna blizna. Zauważył na co patrzę. Na jego ustach zagościł nieco ironiczny, lekki uśmiech. – Nie martw się, szybko się goję – mruknął, ponownie mnie przytulając. Oparł brodę o moje włosy. Sięgałam mu zaledwie do ramienia. – Jestem dla ciebie za niska – oznajmiłam cicho, nie zdając sobie sprawy, że moją absurdalną myśl wypowiadam na głos. Roześmiał się. Byłam przekonana, że okropnie się rumienię, dlatego jeszcze bardziej wtuliłam twarz w jego tors. Podniósł mnie, obejmując ramionami w talii. – Jesteś w sam raz – stwierdził wciąż rozbawiony. Objęłam go nogami w pasie. Całował mnie przez chwilę, a potem zaniósł do łóżka. Przekręcił klucz w drzwiach i wrócił do mnie. Położył się za moimi plecami i przykrył nas kołdrą. Jego ręka znalazła się pod moją głową, obejmował mnie ramionami, twarz wtulił w moje włosy. Nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek mogłoby mi być tak przyjemnie i wygodnie. Z trudem przełknęłam ślinę, dopiero teraz z pełnią świadomości zdając sobie sprawę, że Alex ma na sobie jedynie same bokserki. Aż nazbyt podobał mi się dotyk jego odsłoniętej skóry. Jego usta dotknęły mojej szyi, policzka, ucha. Poczułam jak unosi moją bluzkę, a jego dłoń wślizguje się pod materiał, dotykając nagiej skóry mojego brzucha. Przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej, tak, że leżeliśmy szczelnie w siebie wtuleni, jakby wreszcie połączyły się dwa kawałki jednej całości. Alex nie był grzecznym chłopcem, któremu wystarczyłyby same pocałunki, ale w tym momencie i ja nie tylko tego chciałam. Było tak cudownie… W myślach błagałam, żeby posunął się jeszcze chociaż o krok dalej. To już nie było pragnienie zrobienia tego, co robiły dziewczyny na amerykańskich filmach. Już nie szukałam nieznanych mi doświadczeń. Chciałam tylko i wyłącznie Alexa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi i gwałtowne poruszenie Alexa. Sama nawet nie wiedziałam kiedy zasnęliśmy. Spojrzałam na niego pytająco. – Zaspałem – szepnął cicho, z wyraźną irytacją. Gestem wskazał na łazienkę, a ja szybko wyskoczyłam z łóżka. Cudownie! Znowu musiałam się chować, nie mając nawet pojęcia przed kim. Nie zdążyłam domknąć drzwi, więc uznałam, że lepiej je tak zostawić. Do środka weszło dwoje ludzi, żołnierz i mężczyzna w medycznym fartuchu. Ten drugi zmierzył Alexowi ciśnienie, zadał chłopakowi parę rutynowych pytań i sporządził kilka notatek. Potem zrobili mu zastrzyk w ramię i sobie poszli. Stałam niezdolna się poruszyć, bo byłam prawie pewna, że rozpoznałam fiolkę z tajemniczym, niebieskawym płynem. Miałam nadzieję, że jestem w błędzie. To było jeszcze w czasach, kiedy pytałam ojca o różne rzeczy, licząc na to, że mi odpowie. Badania, których celu zupełnie nie rozumiałam. Silnie uzależniający narkotyk, którego działanie nie miało żadnych skutków ubocznych. Po prostu uzależniał i tyle. Gdy zapytałam ojciec jedynie wzruszył ramionami, mówiąc, że kiedyś z pewnością się przyda. – Dlaczego ci to podali? – zapytałam, kiedy do mnie podszedł. Uśmiechnął się gorzko, a jego uśmiech nie objął oczu. – Wszystkim to podają – wzruszył ramionami. – Dlaczego podają wam narkotyki? – spytałam inaczej. Nie był zdziwiony, że domyślam się co to było, po prostu przyjął ten fakt do wiadomości. – Wymyślili sposób, żebyśmy nie próbowali uciekać. Gdyby tego nie zrobili, zapewne większości z nas już dawno by tu nie było. Wzdrygnęłam się. Sama myśl, że ktoś mógłby w ten sposób działać była dla mnie nie do pojęcia. Alex objął mnie ramionami, przyciągając do siebie. Wtuliłam się w niego ufnie, marząc by choć przez chwilę poczuć się jak beztroska, mała dziewczynka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie potrafiłam bez gniewu spojrzeć Danielowi w oczy, więc nie patrzyłam na niego wcale. Wiedziałam jednak, że uśmiecha się tak samo wesoło i beztrosko jak zawsze. Był również tak samo czarujący jak zawsze i gdybym nie widziała tego na własne oczy, nigdy nie uwierzyłabym w to co zrobił. Mimo tego siedziałam obok niego, spokojnie jedząc swoje śniadanie. Coś jednak w rogu sali przyciągnęło mój wzrok. Alex. Nigdy wcześniej nie widziałam go w stołówce. Teraz siedział z kilkoma innymi chłopakami i chociaż na mnie nie patrzył, czułam, że mnie obserwuje. Coś ścisnęło mnie w środku. Całą sobą zapragnęłam znaleźć się bliżej niego, ale nic dobrego by z tego nie wyniknęło. Była niedziela. Umówiliśmy się późnym popołudniem w “naszym” ogrodzie i wiedziałam, że będę musiała cierpliwie poczekać. Koło południa obiecałam towarzyszyć Sarze podczas “testów snów” cokolwiek by to nie oznaczało i musiałam iść z nią do laboratorium. Miałam też ochotę porozmawiać z Mary Ann, licząc, że może dowiem się nieco więcej zarówno na temat eksperymentów jak i mojego ojca. O wyznaczonej godzinie zjechałam windą na dół. Gdy weszłam do pomieszczenia Mary Ann, kobieta przywitała mnie wesołym uśmiechem. – Co będziesz robiła? – zapytałam ciekawie. – Widzisz te monitory? – wskazała na sąsiednie ekrany. – Tu będzie można zobaczyć projekcje snów Sary, a konkretnie koszmarów – skrzywiła się nieco. – Rząd chce kontrolować psychikę dzieciaków, nie tylko ich fizyczną formę. – I potraficie je zobaczyć? – to było niesamowite. Skinęła głową. – Służą do tego pewne urządzenia, nie zawsze jednak jest to wyraźny obraz. Przez znajdujące się nad pulpitem szyby widziałam wnętrze laboratorium, do którego weszła Sara w towarzystwie jakiejś nieznajomej kobiety, z ubioru sądząc również naukowca. Moja przyjaciółka nie wyglądała na zaniepokojoną. Usiadła w wygodnym, przypominającym nieco dentystyczny, fotelu, odchylając się do tyłu. – Jaka jest twoja rola w tym całym eksperymencie? – zapytałam nagle ośmielona tak ciepłym i przyjaznym zachowaniem Mary Ann. – Masz na myśli Sarę? – spytała, ku mojemu zaskoczeniu nieco się rumieniąc. – Tak i pozostałych – dodałam. – To było… – zaczęła powoli, ale potem przerwała, zmieniając koncepcję. – Nadzoruję projekt od samego początku. Wtedy wydawał się genialnym pomysłem, a my nie wzięliśmy pod uwagę konsekwencji. – Co masz na myśli? – ze zgromadzonych przeze mnie informacji wywnioskowałam, że cały “eksperyment” był dwuznaczny już od zarania samej idei. – Nie sądziliśmy, że armia będzie chciała wszystko tak bardzo kontrolować – wyznała. No tak… to miało sens. Genialni naukowcy zawsze bywają naiwni. Jak w filmach. – Masz tyle pracy, że w ogóle stąd nie wychodzisz? – zmieniłam temat. Roześmiała się. Bardzo smutno. – Więc ojciec ci nie powiedział? – spytała nagle pochmurniejąc. – W ogóle mi o tobie nie mówił – zdecydowałam się wyznać jej prawdę. W końcu ona była ze mną szczera (chyba). Nie była zdziwiona. Przytaknęła. – Nie dziwię się mu, że nie chciał, żebyśmy się poznały. Cieszę się jednak, że tak się stało. Twój ojciec jest moim najstarszym przyjacielem, a wcześniej… przez wiele, wiele lat przyjaźniłam się z twoją matką… – pomyślałam, że nic nie zaskoczy mnie bardziej, ale ona bardzo szybko zdmuchnęła tą myśl. – Jestem chora – wyznała. – To złośliwy nowotwór – nie wyglądała na chorą, może nieco bladą… przyjrzałam jej się uważnie. Uśmiechnęła się słabo. – W laboratorium wytwarzane jest promieniowanie, które zatrzymuje chorobę w danym stadium rozwoju, jest jednak coraz słabsze. Niegdyś nie mogłam opuszczać wyspy, później budynku akademii, teraz, jeśli chcę jeszcze trochę pożyć, mogę przebywać wyłącznie na terenie laboratorium. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mary Ann nie powiedziała nic więcej. Nie musiała. To było i tak zbyt wiele. Nie wiedziałam co mogłabym jej odpowiedzieć, na szczęście niezręczny moment przerwały pojawiające się na ekranach obrazy. Przedstawiały głęboko ukryte lęki Sary. W większości były dość standardowe. Pająki, ciemności, niechęć do ośmieszenia się przed rówieśnikami. Moja przyjaciółka jednak bała się również testów, którym poddawani byli inni, tacy jak ona. Nie dorównywała im fizycznie pod żadnym względem i doskonale o tym wiedziała. Nie brała udziału w tego typu ćwiczeniach, ale wciąż tkwiła w niej obawa, że pewnego dnia ktoś ją do tego zmusi. – To się nie stanie, prawda? – zapytałam z pewną obawą. Marry Ann przecząco pokręciła głową. – Nigdy bym do tego nie dopuściła – stwierdziła stanowczo. – Czemu Sara jest inna? – odważyłam się zapytać. Kobieta uśmiechnęła się ciepłym, jasnym uśmiechem. – Nigdy nie miała brać udziały w projekcie – oznajmiła, a ja poczułam, że w tej chwili nie dowiem się niczego więcej. Obrazy na ekranach zniknęły, a Sara usiadła. Chciałam pożegnać się z moją gospodynią i do niej dołączyć, ale wtedy do laboratoryjnego pomieszczenia pewnym krokiem wszedł Alex. Zamarłam tam gdzie stałam. Zamienił się z Sarą miejscami, a ona spłoszona uciekła. – Czy mogę zostać popatrzeć? – zapytałam, starając się by nie brzmiało to jak błaganie. Marry Ann obojętnie skinęła głową. Najwyraźniej nie robiło jej to większej różnicy. Po chwili ekrany ożyły, a ja wpatrywałam się w nie zachłannie. Gdy jednak na jednej z rozmazanych wizji rozpoznałam siebie, niemal straciłam równowagę. Przyjaciółka mojego ojca, do tej pory patrząca obojętnie – żeby nie powiedzieć “rutynowo”, teraz wlepiła wzrok w ekran z równą gorliwością co moja. Uciekaliśmy, ale nagle zostaliśmy otoczeni. Mężczyzna bez twarzy chwycił mnie i przyciągnął do siebie, przystawiając nóż do mojego gardła. Alex stał na środku, patrząc bezradnym, przerażonym wzrokiem. Wizja się rozwiała, jej miejsce zajęła kolejna. Ujrzałam swoją zapłakaną twarz. Alex ściskał moje ramię. Jego oczy płonęły wściekłością. Obraz znowu zniknął, a to co pojawiło się na ekranie przestało być zamazane. Wyglądało jak film w HD. Ukryty ogród, a w nim ja i Daniel. Podniósł mnie, a ja oplotłam go nogami. Całowaliśmy się bez tchu, dziko i namiętnie. Trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu ekrany stały się na powrót, najpierw szare i szumiące, a później zupełnie czarne. Alex wyszedł, miejscami zamieniając się z innym chłopakiem, ale Marry Ann chyba w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Kiedy odezwała się do mnie jej twarz była jednocześnie przerażona i wściekła. – Jak to się stało?! – krzyknęła na mnie. – Nn…nie wiem… – zająknęłam się, nie mając pojęcia co jej odpowiedzieć. – Więc nie masz z nim nic wspólnego?! – zabrzmiała na naprawdę zrozpaczoną. Spuściłam wzrok. – Tak jakby… umawiamy się ze sobą – zaczęłam się plątać niepewnie. Podeszła do mnie, chwytając mnie mocno za ramiona. – Powiedz, że to nieprawda Emi, że tego nie widziałam! – błagała. Teraz ja zaczęłam odczuwać złość. Dlaczego miałam się czuć winna, że podobał mi się Alex? Tego, że ja również mu się w jakiś sposób spodobałam? – To chyba nie twoja sprawa! – odcięłam się ostrzej niż zamierzałam. – Nie rozumiesz – szepnęła, jakby zupełnie opadła z sił. – Nic nie rozumiesz… – Świetne, wiec mi wytłumacz – zażądałam. Westchnęła, opadając na krzesło. Zasłoniła dłońmi oczy. – To co się dzieje tutaj, to tylko próba, przygotowanie – wyjaśniła cicho. – We wtorek odbędzie się komisja. To wszystko co widziałyśmy teraz, zobaczy szwadron ważnych osób. – Podniosła na mnie wzrok, po jej policzkach płynęły łzy. – Zabiją go Emi, będzie miał nieszczęśliwy wypadek, tak tutaj rozwiązują tego typu problemy i – dodała jeszcze ciszej – nie mam pojęcia co w tej sytuacji zrobią z tobą. – Jak to? Dlaczego? – jej słowa chyba nie do końca do mnie dotarły. – Bo ma być wzorowym żołnierzem, ze wzorową psychiką, nie zakochanym szczeniakiem – wyjaśniła brutalnie. – Jego koszmary powinny dotyczyć lęku przed porażką, tego, że mógłby zawieść. Nie jakiejś dziewczyny. – Ale przecież… – chciałam się kłócić, ale przerwałam, bo to nie miało sensu. To co mówiła Marry Ann… nieszczęśliwe wypadki… myślałam, że to tylko plotka. Kiedy się jednak nad tym przez chwilę zastanowiłam zbyt wiele pojawiało sie takich zbiegów okoliczności. Poza tym byłam przekonana, że ona sama święcie wierzy w to co powiedziała. W moim umyśle narodził sie strach – strach o Alexa. Nagle Marry Ann znów poderwała się z krzesła. Przytuliła mnie do siebie opiekuńczo. – On nie będzie pamiętał, nigdy nie pamiętają stworzonych w ten sposób snów – odezwała się cicho. – Może jeszcze nie wszystko stracone, po prostu to zrób – poprosiła cicho. – Co mam zrobić? – spytałam delikatnie się od niej odsuwając. – Zacznij całować się z tym chłopakiem, o którego jest tak bardzo zazdrosny. Niech to zobaczy. Niech poczuje się zdradzony. To mogłoby wystarczyć, żeby we wtorek śnił inne sny. – Nie ma mowy! – tym razem to ja krzyknęłam na nią. – Emily, nie ma innego rozwiązania. Nie możesz z nim o tym po prostu porozmawiać. To testy podświadomości. On nie ma wpływu na własne lęki, rodzą się same. Gdy mu o tym powiesz, będzie się bał, że to komisja cię skrzywdzi i o tym będzie jego sen, rozumiesz? – bardzo starała się być cierpliwa. – Nie będę w stanie pocałować Daniela, a na pewno nie tak, żeby to wyglądało autentycznie – westchnęłam zrezygnowana. Skinęła głową. Nie byłam pewna czy rozumie o co mi chodzi, ale wystarczyła mi sama akceptacja. – To nie musi być on – odezwała się już spokojniej. – Co powiesz na przykład na temat tego miłego chłopca, który nie może oderwać od ciebie wzroku? – Jakiego chłopca? – spojrzałam na nią zaskoczona. Schyliła się nad komputerem i przez chwilę czegoś szukała. – O jest tutaj – wskazała mi zdjęcie nieśmiało uśmiechającej się postaci. – Lucas Davidson, na stołówce bez przerwy wpatruje się w ciebie ukradkiem. – Na stołówce? – spytałam oszołomiona, rozpoznając jednego z chłopaków z drużyny mojego ojca i Daniela. Marry Ann zrobiła się nieco bardziej rumiana. – Niekiedy czuję się strasznie samotna – wyznała niechętnie – wtedy obserwuję obraz z kamer. Wypatruję Sary, a od kiedy usłyszałam, że pojawisz się w naszej szkole, również i ciebie. To było idiotyczne, ale nie mogłam pozwolić, żeby przeze mnie coś stało się Alexowi. – Postaram się – obiecałam – postaram się go pocałować i o to, żeby zobaczył to Alex. Ruszyłam w kierunku drzwi. – Emily – zatrzymała mnie w połowie drogi, stanęłam w miejscu, ale nie spojrzałam na nią – tak bardzo mi przykro – chyba mówiła szczerze. – Mnie również – rzuciłam, opuszczając jej pomieszczenie. Wróciłam na górę, a potem do swojego pokoju. Najpierw pojawiła się złość. Nie przeszła od rzucania wszystkim czym tylko się dało. Wystarczyło jednak, żeby mnie zmęczyć. Po złości nadeszły łzy. Leżałam na łóżku, przyciskając do siebie poduszkę i zmuszając się, by nie iść do ogrodu, w którym umówiłam się na spotkanie z Alexem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wcale nie byłam pewna siebie. Zwyczajnie się bałam. Wiedziałam jednak, że dam sobie radę. Musiałam. Na szczęście w stołówce nie było Daniela, co ułatwiało całą sprawę. Po śniadaniu w poniedziałek poprosiłam Lucasa, żeby pomógł mi przynieść trochę książek z biblioteki. Z ulgą przyjęłam fakt, że nie odmówił. Zatrzymaliśmy się przy szkolnych szafkach tuż przed godziną dziewiątą. Z tego co wiedziałam od Mary Ann, Alex powinien się tu pojawić kilka minut po dziewiątej. Tu jednak mój plan się kończył. Jak do licha miałam zmusić Lucasa, żeby nie pocałował? Na dodatek miałam na to tylko kilka minut, a nawet rozmowa po drodze do biblioteki nie specjalnie nam się kleiła, to znaczy właściwie głównie milczeliśmy. Byłam w tym beznadziejna. Ku mojemu zaskoczeniu, to on się odezwał, chociaż nigdy do tej pory nie rozmawialiśmy w cztery oczy. – Emy, wiem, że to nie moja sprawa, ale co jest między tobą, a Danielem? – zapytał skrępowany. – Jeśli nie chcesz, to nie odpowiadaj – dodał szybko. Zrobiło mi się go szkoda. Czy naprawdę mu się podobałam? Był sympatyczny, ale gdyby nie Mary Ann nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi. Wcześniej nawet nie pamiętałam jego imienia. Wzruszyłam ramionami. – Chyba się przyjaźnimy – stwierdziłam. – Pamiętasz bal charytatywny? – spytałam. Skinął głową. – Myślałam, że coś między nami zaiskrzyło, ale szybko dał mi do zrozumienia, że nie jest mną zainteresowany. Mój ojciec kazał mu mnie pilnować. Wydało mi się, ze Lucas odetchnął z ulgą. Spojrzał na mnie, nie patrząc mi w oczy, a raczej uciekając gdzieś wzrokiem. – W takim razie może poszłabyś ze mną w piątek na zabawę w miasteczku? – zaproponował. Czy to naprawdę miało być takie proste? Poczułam się paskudnie, ale to była moja jedyna szansa. – Pojdę, jeżeli mnie pocałujesz – odezwałam się, mając nadzieję, że brzmię choć odrobinę kokieteryjnie. Lucas spojrzał na mnie zaskoczony, jakby upewniając się, że nie żartuję, ale już po chwili stał się znacznie bardziej pewny siebie. Obdarzył mnie radosnym, chłopięcym uśmiechem. Położyłam dłonie na jego ramionach, a on objął mnie w talii. Pocałował mnie delikatnie, ale ja dostrzegłam idącego korytarzem Alexa i pogłębiłam pocałunek. Zaskoczenie, złość, ból. Wraz ze zmianą emocji Alexa, czułam jak rozpadam się na kawałki. Przez chwilę stał i patrzył na nas, a potem odwrócił się i odszedł. Było już po wszystkim, a ja czułam wypełniającą mnie rozpacz. Chciałam przerwać pocałunek i odsunąć się od Lucasa, ale w pewnym momencie ktoś szarpnął go do tyłu. Gdy mnie puścił, zachwiałam się i oparłam plecami o szafki. Pięść, która wystrzeliła do przodu trafiła Lucasa prosto w szczękę. Zaskoczenie na chwilę odebrało mi mowę, ale szybko odzyskałam rezon. – Daniel, co ty do cholery wyprawiasz?! – wydarłam się na niego. Był ostatnią osobą, którą spodziewałam się tu zobaczyć. Odwrócił się w moją stronę. W zielonych oczach płonęła furia. – To, że zgodziłem się na warunki twojego ojca, nie znaczy, że możesz się po kątach obściskiwać z kim chcesz – warknął, a mnie znowu zatkało. Przynajmniej Lucas nie był głupi i wycofał się chyłkiem, kiedy uwaga Daniela skupiła się na mojej osobie. Zauważyłam, że zbiera się wokół nas grono gapiów. – Porozmawiamy w moim pokoju – odezwałam się cicho. On chyba również to zauważył, bo chociaż trząsł się ze złości skinął głową. Chwycił mnie mocno za ramię, a potem pociągnął za sobą korytarzem, bezceremonialnie przepychając się przez zagradzający drogę tłum. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy dotarliśmy na miejsce, Daniel usiadł na łóżku, jedną dłonią zasłaniając oczy, jakby rozbolała głowa. Nie byłam pewna czy próbuje opanować wściekłość czy może po prostu nie chce na mnie patrzeć. Oparłam się o biurko. Milczeliśmy. Gdy nie odezwał się przez dłuższą chwilę, w pewnym momencie nie byłam już w stanie wytrzymać. – Co to do cholery miało być?! – wybuchłam. – Emy… – zaczął w tym samym momencie. Westchnął. – Czemu to zrobiłaś? – Zrobiłam co? – spytałam zirytowana. Odsunął rękę, wyprostował się i spojrzał na mnie. – Myślałem, że się zgodziłaś na to co zaproponował twój ojciec… Spojrzałam na niego zmieszana. – Na co niby miałam się zgadzać? Mnie niczego nie proponował. – Czy za coś się na mnie odgrywasz? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Co zrobiłem nie tak? Podeszłam bliżej i stanęłam tuż nad nim. Miałam dosyć tej głupiej wymiany zdań, która prowadziła donikąd. – Nie mam pojęcia o co ci chodzi. Całowaliśmy się, ale to było kilka miesięcy temu, a potem to ty oświadczyłeś, że powinniśmy zostać przyjaciółmi. Ok. przyjęłam to do wiadomości. Tylko co to ma wspólnego z tym czy umawiam się lub nie z Lucasem? Sam mnie nie chcesz, ale zabraniasz mi spotykać się z kimś innym? – wyrzuciłam z siebie całą wściekłość, którą czułam przez sytuację w jakiej postawiła mnie Marry Ann. Całą złość na to, jak musiałam potraktować Alexa. Daniel jęknął. – Emy, przecież to do cholery zupełnie nie tak. W pewnym momencie po prostu chwycił mnie w pasie i przyciągnął do siebie, sadzając sobie na kolanach. Stanowczo i mocno objął mnie ramionami, przytulając do siebie. Pozwoliłam mu na to zbyt zaskoczona, żeby protestować. – Więc jak? – zapytałam w końcu. – Twój ojciec… zauważył, jak bardzo mnie lubisz, ale nie widział, że ja również zaczynam odwzajemniać to uczucie. Dopiero podczas balu zorientował się co dzieje się między nami i był naprawdę wkurzony. Nie chciał, żebym skrzywdził jego małą córeczkę – westchnął. Odsunął mnie odrobinę i spojrzał mi w oczy. – Było już jednak za późno i wyraźnie mu powiedziałem, że cię kocham i nie zamierzam z ciebie rezygnować – kiedy dotarły do mnie jego słowa, nie poczułam ulgi, a nieprzyjemny, dławiący uścisk w gardle. – Dał mi rok. Powiedział, że jeżeli do wakacji nie zmienię zdania, nie będzie miał nic przeciwko temu, żebym umawiał się z jego córką. Powiedział, że rozumie, ale mi nie ufa, bo pamięta jaki był w moim wieku. Chciał cię chronić. Zgodziłem się. Jestem cierpliwy. Nie sądziłem jednak, że to ty zmienisz zdanie… Odepchnęłam go od siebie z całej siły. Gwałtownie zerwałam się z jego kolan. – Ty kretynie! Gdybyś powiedział mi to miesiąc wcześniej… – warknęłam. – To co? – zapytał, chyba naprawdę przejęty tym, że o niczym nie wiedziałam. – Nie zainteresowałabyś się Lucasem? Zamilkłam. Przecież w ogóle nie chodziło w tym wszystkim o Lucasa. To nie z nim chciałam się całować. To Daniel sam spowodował, że przestałam być w nim zakochana i właściwie nie wiedziałam już sama jakimi uczuciami go darzę. Nie mogłam mu jednak powiedzieć ani o tym, ani o Alexie… Wpatrywał się we mnie intensywnie, niemalże rozpaczliwie. – Powiedz, że chciałaś mi tym dokopać, proszę, powiedz, że tylko o to w tym wszystkim chodziło… Z trudem przełknęłam ślinę. Nie mogłam porozmawiać z nim o wszystkim, ale również nie chciałam go okłamywać. – Daniel, ja… – zaczęłam niezbyt przekonana co właściwie chcę mu powiedzieć. Nie musiałam nic mówić. Zrozumiał chyba więcej niż bym chciała. Bez słowa wstał z mojego łóżka, ominął mnie i wyszedł, zamknąwszy za sobą z trzaskiem drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ To był naprawdę koszmarny dzień. Czułam się paskudnie. Podejrzewałam, że wszyscy byli na mnie wściekli. Nie sądziłam, żebym jeszcze zobaczyła Alexa, chyba, że natknęlibyśmy się na siebie przypadkiem. Lucas najwyraźniej również zaczął mnie unikać i nie winiłam go za to. Ominęłam obiad i kolację. Zwyczajnie miałam wszystkiego dość. Kiedy we wtorek rano przyszła po mnie Sara, jej obecność wywołała u mnie prawdziwą ulgę. Przynajmniej miałam jeszcze przyjaciółkę. – Masz dzisiaj testy, prawda? – spytałam nie wiedząc jak to określić. Obojętnie skinęła głową. – Jeśli chcesz, możesz przyjść do Mary Ann popatrzeć – oznajmiła z nutką nadziei w głosie. Uśmiechnęłam się do niej, starając się by nie wyglądało to sztucznie lub ponuro. – Jasne, bardzo chętnie – oznajmiłam mając nadzieję, że przy okazji dowiem się czy Alex nie ma z mojego powodu żadnych kłopotów. Po lekcjach razem wybrałyśmy się do laboratorium. Gdy byłyśmy już na dole, w pewnym momencie Sara chwyciła mnie za rękę, wciągając w jeden z bocznych korytarzy. – Co się stało? – spytałam zaskoczona. Moja przyjaciółka zaczerwieniła się w uroczy sposób. Wyjrzała lekko zza rogu, po czym gwałtownie się wycofała. – To on! To właśnie ten chłopak, który tak bardzo mi się podoba – wyjaśniła jednocześnie z entuzjazmem i zdenerwowaniem. Uśmiechnęłam się do niej i również wyjrzałam. Za załomem korytarza znikały właśnie czyjeś plecy. Rozpoznałam sylwetkę, ciemną bluzę i włosy. Poczułam nieprzyjemny uścisk w gardle. Nie potrafiłam sobie wyobrazić gorszego splotu zdarzeń. Czy Sara naprawdę musiała być zakochana akurat w Alexie? ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Testy przebiegły perfekcyjnie. Marry Ann była zmartwiona tym, że poszły aż za dobrze. Nadmiernie po myśli wojskowych. Kadetów będących częścią eksperymentu określała jako “swoje dzieci” i naprawdę się o nich niepokoiła. Koszmary Alexa skupiły się wokół śmierci jego towarzyszy – bał się, że w razie czego tylko jemu uda się przetrwać. Powinnam się cieszyć, że wszystko się powiodło, ale tak nie było. Pojawił się nieprzyjemny ucisk w żołądku i ogromny żal o to, że tak łatwo wyrzucił mnie z głowy. Ja tego zrobić nie potrafiłam i moje myśli przez większość czasu krążyły wokół niego. Przez kolejne dwa tygodnie właściwie bardziej egzystowałam niż żyłam. Spałam, jadłam, chodziłam na zajęcia i starałam się uczyć, za wszelką cenę unikając ogrodu. Daniel mnie ignorował, z czego właściwie byłam zadowolona, a Sara, na którą zawsze można było liczyć, milczała razem ze mną. Jesienne dni stawały się coraz krótsze i pochmurniejsze, także nie miałam nawet jakiejś specjalnej ochoty na wychodzenie z pokoju. Gdy w sobotę po śniadaniu przysnęłam, czytając książkę, obudziły mnie gwałtownie otwierające się drzwi. – Co tu robisz? – spytałam zaskoczona, kiedy Daniel wparował do mojego pokoju. Podniosłam się z łóżka i stanęłam na przeciwko niego, zastanawiając się czy mam mu coś do powiedzenia. – Nie teraz – odezwał się ponaglająco. – Chodzi o Sarę. – Co z Sarą? – spytałam zaniepokojona. – Nie teraz, opowiem ci po drodze, weź kurtkę – rozkazał i nie czekając na mnie wyszedł na korytarz. Chwyciłam okrycie i pobiegłam za nim. Szybkim krokiem wyszliśmy z budynku, kierując się w stronę kamienistej plaży. Było zimno i wiał silny wiatr, ale przynajmniej nie padało. Jesień na wyspie bywała naprawdę paskudna. – Daniel, co się stało? – zażądałam odpowiedzi. Zatrzymał się i spojrzał na mnie poważnie. W jego wzroku, w wyrazie twarzy było coś takiego, że zaczęłam się bać. – Dzisiaj odbywają się kolejne testy. Są sprawnościowe. Ktoś musiał się pomylić, bo Sara nie powinna brać w nich udziału. Obawiam się, że sobie nie poradzi – wyjaśnił, wyraźnie zdenerwowany. Przypomniałam sobie walkę Alexa z lewem i zadrżałam. – Co każą jej zrobić? Czy można to jakoś powstrzymać? Przecząco pokręcił głową. – Dzwoniłem już do twojego ojca. Zrobi co w jego mocy. My jesteśmy tutaj, żeby w razie czego móc się nią zająć – wyjaśnił. – Nic lepszego nie możemy zrobić. Chodź – ponaglił mnie, wspinając się na wydmy. Ze zbocza mieliśmy widok na otwarte, wzburzone morze i kamienistą, nieprzyjazną plażę. Nieprzyjemny, zimny wiatr, uderzał we mnie niewidzialną siłą. Daniel zsunął z ramion plecak. Wyjął z niego lornetkę. – Tam – wskazał ciemny, widniejący na horyzoncie punk. – Widzisz statek? – niepewnie skinęłam głową. – Ich zadanie to dopłynięcie z niego do plaży – wyjaśnił ponuro. – Co?! – krzyknęłam zszokowana. Ogromne fale, silny wiatr i paskudny, jesienny chłód. Poza tym to było tak okropnie daleko! Nawet w środku lata… Przerażenie zdławiło mnie w gardle. Poczułam się jak w jakimś koszmarze. To nie było realne, to nie mogło dziać się naprawdę… – Przecież coś takiego nikomu się nie uda – wydusiłam zdławionym głosem. Daniel objął mnie ramieniem. Przyciągnął do siebie, a ja mu na to pozwoliłam. – Nic się nikomu nie stanie, poradzą sobie – mruknął cicho. – Martwię się tylko o Sarę. To wyglądało tak, jakby ktoś popełnił ogromną pomyłkę, albo ktoś bardzo chciał się jej pozbyć… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Stojąc na wydmie, przez lornetkę wpatrywałam się w morze. Ludzkie sylwetki co chwila wynurzały się i znikały pomiędzy falami. Mijały minuty, a ja drżałam z zimna i niepokoju. Za każdym razem gdy głowa Sary znikała pod wodą, serce podchodziło mi do gardła. Nie była nawet w połowie drogi, kiedy zupełnie przestała walczyć. Zakryły ją fale, tak po prostu. Niecierpliwie czekałam aż pojawią się jacyś ratownicy, helikopter, ktokolwiek, ale nic takiego się nie wydarzyło. Rzuciłam się w kierunku plaży, ale Daniel przytrzymał mnie stanowczo. – Zobacz – rozkazał, wskazując wzburzony ocean. Ponownie uniosłam lornetkę. Dwa kształty pojawiły się między falami. Lornetki były bardzo dobre, ale i tak prawie nie było widać pływaków. Mimo to bez problemów rozpoznałam Alexa. Wyciągnął Sarę spod wody i teraz trzymał się blisko niej. Odetchnęłam z ulgą na myśl, że jej nie zostawi. Pół godziny później pierwsze osoby znalazły się na plaży. Wokół nich pojawili się żołnierze i służby medyczne. Pomagali pływakom wyswobodzić się z pianek, rozdawali im koce. Wcześniej byłam tak skupiona na Sarze, że nie zauważałam niczego innego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie tylko Alex pomagał mojej przyjaciółce. Jakaś dziewczyna płynęła razem z drugą, inną przyciągnął do brzegu ciemnowłosy chłopak. Chyba tylko dzięki temu wszystkim udało się przeżyć ten makabryczny test. Minęło kolejne pół godziny nim na brzegu wreszcie pojawiła się Sara, która, gdy Alex ją puścił, po prostu wyczerpana upadła na piasek. Dwóch żołnierzy podeszło do chłopaka i odciągnęło go brutalnie w kierunku zejścia z plaży. Zauważyłam, że to samo dzieje się z innymi. – Co oni robią? – spytałam zaniepokojona. Daniel chwycił mnie za ramię i poprowadził w kierunku Sary, która była już otoczona przez ratowników medycznych. – Złamali bezpośrednie rozkazy – wyjaśnił cicho chłopak, na tyle cicho, że ledwie słyszałam go przez wciąż wyjący wiatr. – Zostaną za to ukarani. Chodź, musisz zająć się Sarą. – Jak to ukarani? Przecież tylko pomagali sobie nawzajem! – spytałam jednocześnie przestraszona i wściekła. Chłopak wzruszył ramionami. – Tego właśnie nie wolno im było robić. Każdy miał być zdany wyłącznie na siebie. Czy ci cholerni wojskowi mieli w sobie jakiekolwiek okruchy człowieczeństwa? Gdy znaleźliśmy się bliżej, mężczyzna w granatowym kombinezonie skinął Danielowi głową i pozwolił nam podejść bliżej. Opadłam na piasek tuż obok Sary, z niepokojem wpatrując się w jej śnieżnobiałą twarz. Otworzyła oczy i na mój widok uśmiechnęła się blado. Usłyszałam od ratowników, że nic jej nie będzie. Odetchnęłam z ulgą. Nic się nie stało, ale pewny był jeden fakt. Gdyby nie Alex, Sara po prostu by się utopiła. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedziałyśmy na łóżku Sary, plecami oparte o poduszki. Dziewczyna była wyczerpana, ale promieniała szczęściem. Jej radość kłuła mnie ostrymi kolcami. Cieszyło mnie, że moja przyjaciółka świeci tak jasno, ale ból sprawiał mi fakt, że jej słońcem był Alex. Chłopak, w którego ramionach najchętniej znalazłabym się sama. – Widziałaś? Uratował mnie! – piszczała po raz kolejny, a ja starałam się utrzymywać na twarzy pokerową maskę. – To jakiś chory, idiotyczny test – odparłam – potopilibyście się, gdybyście nie pomagali sobie nawzajem. Skinęła głową. – Strasznie się bałam, ale on… wyciągnął mnie spod wody. To właśnie mi pomógł, nie komuś innemu – rozpływała się dalej, a ja pomyślałam, że przez to co musiałam zrobić sama już nigdy nie znajdę się tak blisko niego. Zaczęło mi brakować powietrza, chciałam krzyczeć i nie byłam pewna, czy kolejne słowa Sary nie wywołają we mnie nieuzasadnionego wybuchu. Nie chciałam zranić przyjaciółki. Zsunęłam się z łóżka. – Odpoczywaj, przyjdę do ciebie później, muszę zrobić jeszcze kilka rzeczy – oznajmiłam nieznoszącym sprzeciwu tonem i zanim zdążyła wyrazić swoją opinię, uciekłam z jej pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ W pierwszym odruchu chciałam odwiedzić ogród i tam właśnie skierowałam swoje kroki. W połowie drogi jednak zawróciłam ku laboratorium. Jeżeli Mary Ann wiedziała o teście, zapewne była przerażona. Musiałam jej przekazać, że Sarze nic nie jest. Zjechałam windą na sam dół. Ku mojemu zaskoczeniu pomieszczenia były dziwnie puste. Czyżby wszyscy zrobili sobie masową przerwę? Ruszyłam w stronę pomieszczenia kontrolnego, w którym zazwyczaj przesiadywała przyjaciółka mojego ojca, ale moją uwagę przyciągnęły otwarte drzwi na końcu korytarza i dobiegające zza nich odgłosy. Drzwi jak drzwi, przeszklone, szerokie i rozsuwane, ale… wcześniej nigdy ich tam nie było. Ruszając przed siebie poczułam się jak ciekawska idiotka, która na siłę szuka kłopotów, ale to było silniejsze ode mnie. Musiałam sprawdzić co się za nimi kryło. Wewnątrz ujrzałam kolejne szyby, pomieszczenia w których pracowali odziani w biel i zieleń ludzie. Wyglądali jak chirurdzy, którzy przeprowadzają operację, nie byłam jednak pewna czy widzę jakiekolwiek ciała, z pewnością jednak widziałam delikatnej konstrukcji maszyny. Gdy ruszyłam przed siebie, nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Wszyscy pochłonięci byli swoją pracą. Przestrzeń za drzwiami okazała się przedłużeniem korytarza, z tą różnicą, że wzdłuż niego znajdowały się setki przeszklonych boksów. Gdy już chciałam zawrócić ujrzałam pomieszczenie kontrolne, takie samo jak to, w którym czas spędzała Mary Ann. Nie miałam czasu na podjęcie żadnej decyzji. Na ramieniu poczułam czyjąś ciężką dłoń. – Imię, nazwisko i stopień – wydał rozkaz uzbrojony mężczyzna, gdy odwróciłam się w jego kierunku. Coś stanowczo mówiło mi, że nie miałam pozwolenia, żeby tu być. – To Emily Maria Morrington, jest ze mną – usłyszałam spokojny, pewny siebie głos Daniela, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć. Mężczyzna skinął głową, burcząc coś nieprzyjaźnie, a potem się oddalił. Chyba nie był zadowolony, że przeszkodziłam mu w pracy. Daniel popchnął mnie w kierunku pomieszczenia kontrolnego. – Co ty tu do cholery robisz?! – teraz już wcale nie brzmiał na spokojnego. Już miałam zacząć się usprawiedliwiać, ale wtedy mój wzrok zatrzymał się na ekranach. Tak jak u Mary Ann nadzorowały pracę laboratorium, ale nie tylko. Na trzech z nich widniały niewielkie pomieszczenia, w których na podłodze, w pozycji embrionalnej leżały ludzkie kształty. Przerażenie ścisnęło mi gardło. Dwóch chłopaków i dziewczyna, to oni pomogli dopłynąć przyjaciołom do brzegu, a wśród nich znajdował się także Alex. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Spojrzenie Daniela powędrowało za moim, ale nie wyglądał na przejętego. Właściwie to dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie miałam pojęcia co on w ogóle robił w laboratorium. – Co im jest? – zapytałam nie odrywając wzroku od ekranów. Westchnął i zabrzmiało to tak, jakby po prostu miał mnie już dosyć. – Przecież mówiłem ci, że zostaną ukarani za to, że pomogli innym. To właśnie jeden ze sposobów. – Wyjaśnij mi co się z nimi dzieje! – zażądałam. Przez chwilę się wahał, ale potem skinął głową. – Chodź, pokażę ci – mruknął wychodząc z pomieszczenia i nawet nie sprawdzając czy pójdę za nim. Zaprowadził mnie do pokoju, w którym stały starannie oznaczone lodówki z lekami. Otworzył jedną z nich i wyjął z niej niewielką fiolkę. Z szuflady wyciągnął strzykawkę oraz igłę i rozpakował je wprawnym ruchem. – Podwiń rękaw – rozkazał. Spojrzałam na niego pytająco, nieco przestraszona. Przewrócił oczami. – Chciałaś się dowiedzieć co im jest – odezwał się chłodno. – Zmieniłaś zdanie? Każdy z nas tego próbował – dodał nieco łagodniej, kiedy zdeterminowana podwinęłam rękaw. Spodziewałam się jakiegoś bólu, osłabienia, czegokolwiek, ale zastrzyk nie wywołał żadnej reakcji. Ponieważ Daniel wiedział co robi, nawet samo ukłucie nie bolało. – I to już? – spytałam zagubiona. Przecząco pokręcił głową. – Naprawdę nie chcę tego robić, ale myślę, że powinnaś wiedzieć – odezwał się z poczuciem winy w głosie. Wyjął skądś niewielki przedmiot, przypominający zwyczajną latarkę. Widziałam ją już wcześniej. Na poddaszu. Żołądek podszedł mi do gardła, kiedy przypomniałam sobie jak Daniel z kolegami potraktowali wtedy Alexa. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, opierając o swój tors. – To żebyś się nie przewróciła – mruknął. Chciałam się wyrwać, ale wtedy błysnęło zielone światło. Krzyknęłam rozdzierająco. Jeszcze nigdy nie czułam tak ogromnego, przeszywającego całe ciało bólu. Ugięły się pode mną kolana, ale Daniel trzymał mnie mocno, nie pozwalając upaść. Kiedy ból ustał, nie mogłam nabrać powietrza. – Oddychaj – usłyszałam tuż obok stanowczy głos. – Powoli, nic ci nie będzie. Ta substancja jest nieszkodliwa, ale wywołuje… Nie chciałam go słuchać. Wyrwałam się energicznie i tym razem był zbyt zaskoczony, żeby mnie złapać. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej reakcji. Uciekłam z pokoju i rzuciłam się biegiem przez korytarz. To trwało zaledwie kilka sekund, a już było nie do zniesienia. Natomiast oni… ile już czasu się tam znajdowali? I światło… jeżeli to światło wywoływało reakcję jak można było znieść gdy tonęło w nim całe pomieszczenie? W biegu wyciągnęłam swoją kartę. Wiedziałam na co skierowana była kamera. Bez trudu odnalazłam właściwe pomieszczenia. Zaczęłam liczyć drzwi. Pierwsze, drugie, trzecie… To musiało być tutaj. Przyłożyłam kartę do czytnika, a gdy kliknął mechaniczny zamek, otworzyłam je z rozmachem. Alex! Bez ruchu leżał na podłodze. Niewiele myśląc rzuciłam się do środka. I… to był błąd. – Emily! – usłyszałam za sobą rozpaczliwy krzyk Daniela, a potem osunęłam się na podłogę, tracąc przytomność. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie mogłam otworzyć oczu. Całe moje ciało płonęło. Nie byłam w stanie się poruszyć. Jakaś siła rozrywała mnie na strzępy. Najpierw poczułam przy sobie ciepło, a potem przygniótł mnie jakiś ciężar. – Emily, nie zasypiaj – usłyszałam tuż obok błagalny głos, który natychmiast rozpoznałam. – Alex… – szepnęłam ledwo dosłyszalnie, bo nawet wypowiedzenie jego imienia było dla mnie zbyt dużym wysiłkiem. Ból był ogromny, ale przestałam spadać w otchłań. Zamiast tego powoli się w nią osuwałam. Chłopak obejmował mnie ramionami, pół na mnie leżąc i przygniatając mnie do podłogi swoim ciałem. – Wszystko będzie dobrze, to zaraz minie – obiecał cicho. Mówił do mnie coś jeszcze, ale nie usłyszałam niczego więcej, ponownie tonąc w ciemności. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Otworzyłam oczy. Świat zawirował. Gdy obraz w końcu stał się stabilny, ujrzałam nad sobą biały sufit. Z trudem przewróciłam się na bok. Czułam się wykończona. Mój pokój. Byłam w moim pokoju. – Obudziłaś się! – usłyszałam pełne ulgi słowa Daniela. Padł na kolana przy moim łóżku, przytulając mnie mocno. – Czemu czasami jesteś taką bezmózgą idiotką?! – warknął, nie wypuszczając mnie z ramion. – Co się stało? – spytałam, bo dopiero powoli na swoje miejsce wracały fragmenty układanki. Wstał i usiadł obok mnie na łóżku, patrząc na mnie z taką troską, jakbym za chwilę znowu miała stracić przytomność. Nie byłam pewna czy cieszy się czy może raczej jest cholernie wkurzony. To był ten stan, w którym on sam chyba tego nie wiedział. – Miałaś w sobie substancję, która reaguje na pewien rodzaj światła – wyjaśnił powoli – i oczywiście co postanowiłaś zrobić? Wpakować się do pomieszczenia, które było tym światłem wypełnione – zadrwił gorzko. – Gdybym wiedział co zrobisz, nigdy bym ci nie zaufał – tym razem jego głos stał się lodowaty. I nagle wszystko sobie przypomniałam. Alex! Co teraz działo sie z Alexem?! Daniel gwałtownie poderwał się z mojego łóżka. Wyciągnął zza paska krótkofalówkę. – Obudziła się, może pan przyjść – obwieścił krótki komunikat, po czym odłożył ją na biurko. Przez chwilę kręcił się po niewielkim pokoju, a ja podążałam za nim wzrokiem. Po kilku minutach ktoś zapukał. Daniel, w dalszym ciągu ponuro milczący, otworzył drzwi. Do środka wszedł odziany na biało, dźwigający torbę medyczną mężczyzna. – Jak się czujesz? – zapytał podchodząc do mojego łóżka. – Zmęczona – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Zmierzył mi ciśnienie, uniósł kciukiem moje powieki i poświecił w oczy latarką. Posłusznie, zupełnie zrezygnowana i bez żadnej woli walki poddałam się badaniom. Podał mi szklankę wody, pomagając się nieco podnieść, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem spragniona. – Wygląda w porządku – oznajmił na koniec – ale powinnaś jeszcze trochę poodpoczywać. – Ile spałam? – zapytałam zaciekawiona, ponownie opadając na poduszki. – Niecałą dobę – oznajmił uśmiechając się pokrzepiająco. – To było bardzo niefortunne zdarzenie – stwierdził, co było chyba lekkim niedopowiedzeniem, którego nie skomentowałam, bo nie miałam pojęcia co do informacji publicznej przekazał Daniel. Potem pożegnał się i razem z Danielem wyszli na korytarz, zostawiając jedynie lekko uchylone drzwi. Bardzo powoli i ostrożnie wstałam z łóżka. Na miękkim nogach podeszłam do drzwi, ale zanim do nich dotarłam, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Udało się jednak i osiągnęłam swój cel. Usiadłam przy nich, opierając się o ścianę. Wiedziałam, że ta rozmowa nie jest przeznaczona dla moich uszu, dlatego tym bardziej chciałam ją usłyszeć. Ku mojemu zaskoczeniu nie rozmawiali jednak o mnie. Przynajmniej nie do końca. – Powinieneś go wpuścić – oznajmił spokojnie lekarz. – Nie ma mowy! – usłyszałam warknięcie Daniela. – Ile czasu była wystawiona na promieniowanie? – Dwie, może trzy minuty – syknął w odpowiedzi chłopak – tyle czasu zajęło mi zmuszenie ich, żeby to wyłączyli. – Gdyby jej nie zasłonił, prawdopodobnie by umarła – stanowczo, ale spokojnie stwierdził mężczyzna. – Jej organizm by tego nie wytrzymał. Wygląda na to, że uratował jej życie. To daje mu niejakie prawo, żeby osobiście zobaczyć czy nic jej nie jest. Zresztą słyszałeś, taką prośbę wyraziła też Doktor Mary Ann, a skoro ją przekonał… Objęłam ramionami kolana. Moje serce przyspieszało z każdym, kolejnym, usłyszanym słowem. – Nie! Nie zbliży się do niej! Po moim trupie! – odpowiedź Daniela była stanowcza i pełna jadu. – Chyba niewiele masz w tej kwestii do powiedzenia, a on nie odpuszcza – powiedział mimo złości Daniela, wciąż zupełnie opanowany lekarz. – Może sobie siedzieć na korytarzu do usmarkanej śmierci – odwarknął chłopak. Alex… musieli rozmawiać o Alexie… Czy on również był na korytarzu? Nigdy w życiu nikogo nie chciałam zobaczyć tak bardzo, jak teraz jego. Zdeterminowana podniosłam się, opierając plecami o chłodną ścianę. Z pewnością to nie Daniel będzie o tym decydował. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie słyszałam co mówili, bo mój świat ponownie zawirował. Przymknęłam oczy, żeby pozbyć się tych paskudnych, czarnych plamek. Myślałam, że upadnę na podłogę, ale zamiast tego poczułam jak otaczają mnie czyjeś silne ramiona. Gdy ponownie otworzyłam oczy, byłam w swoim pokoju, a Alex kładł mnie do łóżka. Tuż za nim stał Daniel z wykrzywioną wściekłością twarzą, a w drzwiach czaił się lekarz z przerażoną miną. Byłam zmęczona i miałam tego dość. – Wyjdźcie! – rozkazałam cichym, ale pewnym głosem, patrząc gniewnie na Daniela. – Nie ty – warknęłam, kiedy Alex zaczął się ode mnie odsuwać. Stanowczo przytrzymałam go za rękę, a on znieruchomiał. – Zostań, proszę – dodałam już zwyczajnym, spokojniejszym tonem. – Chyba nie mówisz poważnie?! – wściekłość Daniela coraz bardziej działała mi na nerwy. – To mój pokój i życzę sobie, żebyś natychmiast go opuścił – oznajmiłam. Daniel popatrzył na mnie, jakbym postradała rozum i wcale nie wyglądał, jakby zamierzał dokądkolwiek iść. Zauważyłam, że lekarz dał komuś gestem dłoni znak i w drzwiach pojawiło się dwóch starszych żołnierzy. Bezceremonialnie po prostu wyprowadzili wkurzonego chłopaka, a ja odetchnęłam z ulgą, choć wiedziałam, że to zapewne dopiero początek naszej potyczki. – Przykro mi – mruknął ponuro stojący w progu lekarz i również wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zostaliśmy sami. Tylko ja i wpatrujący się we mnie zaniepokojonym wzrokiem Alex. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Właściwie chyba powinnam czuć się niezręcznie, ale tak nie było. Poczułam ulgę. Alex stał tuż przy mnie, był cały i zdrowy. Bez słowa, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, podszedł bliżej i przysiadł na moim łóżku. Już zapomniałam jak działała na mnie jego obecność. Nie spodziewałam się, że jego bliskość będę odczuwała tak intensywnie. Niewiele myśląc, po prostu usiadłam i przylgnęłam do niego, oplatając jego szyję ramionami. – Tak się cieszę, że nic ci nie jest! – westchnęłam. Zesztywniał. Najwyraźniej wahał się przez chwilę, ale potem przytulił mnie do siebie. – Mnie nic nie jest? – zapytał ponuro. – To ty prawie nie umarłaś. – Odsunął mnie od siebie, ale nie zabrał rąk z mojej talii. – Jak to się w ogóle stało, że miałaś w organizmie tą przeklętą substancję? – zażądał wyjaśnienia. – Bez niej promieniowanie nie miałoby na ciebie żadnego wpływu… Spuściłam wzrok. – Chciałam wiedzieć co się z tobą dzieje – wyjaśniłam cicho – i… Daniel mi pokazał. Spanikowałam, kiedy zorientowałam się, że czujesz coś takiego. Nie przyszło mi do głowy, że to światło w dalszym ciągu również na mnie może mieć jakiś wpływ. – Daniel… – w jego ustach imię zabrzmiało jak przekleństwo. – Mogłem się domyślić. Znów przysunęłam się do niego, wtulając twarz w jego tors, a on mi na to pozwolił. Tym razem nie odsuwając mnie od siebie, położył nas na łóżku. Przylgnęłam do niego jeszcze bardziej, a on naciągnął na mnie kołdrę. – Alex? – odezwałam się stłumionym głosem, po przeciągającej się w nieskończoność chwili ciszy. – Mhm? – zapytał wtulając policzek w moje włosy. – Przepraszam – wydusiłam z siebie, nie wiedząc co jeszcze mogłabym do tego dodać. – Za wszystko. Przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej, ale nie skomentował moich słów. – Śpij – poprosił. – Powinnaś teraz porządnie odpocząć. Tak przyjemnie było leżeć w jego ramionach… Sama nie wiedząc kiedy odpłynęłam w sen. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gdy się obudziłam, Alexa już przy mnie nie było. Leżałam sama, starannie otulona kołdrą. Zaczęłam jasno myśleć, dopiero gdy ją od siebie odrzuciłam. Przyszła mi do głowy jedna, przerażająca wizja. Daniel! Czy po tym jak go wczoraj potraktowałam nie będzie chciał się mścić? Co gorsza mścić nie na mnie, a na Alexie… Koniecznie musiałam coś z tym zrobić. Poza tym Alex… czy przyszedł tu tylko dlatego, że się o mnie martwił, czy może… iskierka nadziei rozbłysnęła zbyt jasno i poczułam, że jeśli zgaśnie, rozsypię się na milion kawałków. Gdy wstałam z łóżka, z ulgą stwierdziłam, że już bez trudu trzymam się na nogach. Okropnie głodna szybko umyłam się i ubrałam, zamiast jednak do stołówki, postanowiłam najpierw pójść do pokoju Daniela. Tak jak on to miał w zwyczaju, weszłam do niego bez żadnej zapowiedzi. Wyglądał na zaskoczonego, kończył właśnie sznurować buty. – Jeżeli cokolwiek mu zrobisz, z mojego powodu… – warknęłam. – Co masz na myśli? – przerwał mi gniewnie w półsłowa, wyraźnie obrażony. – Nie jestem ani głupia, ani ślepa, Daniel. Doskonale wiem do czego jesteś zdolny i co potrafisz – odpyskowałam coraz bardziej zirytowana, choć kiedy tu szłam, wcale nie miałam zamiaru się z nim o nic kłócić. Wstał. Poczułam się nieprzyjemnie, kiedy mógł patrzeć na mnie z góry. – Naprawdę uważasz, że cokolwiek byś nie zrobiła, zawsze będę twoim przyjacielem? – spytał powoli, chłodnym, aż nazbyt opanowanym tonem. – Że zawsze będziesz mogła do mnie przyjść, jak gdyby nigdy nic? Zamurowało mnie. Daniel trafił w sedno sprawy.  W duchu musiałam przyznać, że ma rację. Tak, tego się właśnie spodziewałam. Właściwie teraz wydało mi się to kompletnie irracjonalne i pozbawione jakiejkolwiek podstawy, ale przecież… nie, nie mogłam już liczyć na Daniela i musiałam sobie to wbić do głowy. Przecząco pokręciłam głową i odważyłam się spojrzeć mu w oczy. – Przepraszam, że zajęłam ci czas – odpowiedziałam nawet dla mnie samej obco brzmiącym głosem. Powoli odwróciłam się i wyszłam na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Z trudem powstrzymywałam łzy, wmawiając sobie, że nie będę płakała. Nie byłam już przecież małą dziewczynką. Przypomniałam sobie po co w ogóle do niego przyszłam. Ponownie ogarnął mnie gniew. Obiecałam sobie w duchu, że nie dopuszczę do tego, by w jakikolwiek sposób skrzywdził Alexa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tuż przed stołówką wpadłam na stojącą pod drzwiami Sarę. Wyglądała jakby przed chwilą zobaczyła ducha. – Co się stało? Czemu nie jesteś w środku? – zapytałam, bo sama byłam już nieco spóźniona na śniadanie. – Nie uwierzysz – jęknęła na mój widok. Pomyślałam, że nie ma racji. W tym momencie byłabym w stanie uwierzyć we wszystko. – Zbliża się wielkie tsunami? – spytałam pesymistycznie strzelając. – Nic z tych rzeczy – odpowiedziała z bladym uśmiechem. – Zobacz kto zajął nasz stolik – szepnęła. Zajrzałam do środka. Moje serce gwałtownie podskoczyło i poczułam się jakby zrobiło fikołka. Przy naszym stoliku, z sobie tylko znanych powodów, siedział Alex. Nadzieja to paskudna i żądna krwi bestia. – Och! – wyrwało mi się nieproszone, bo dopiero teraz zrozumiałam zachowanie Sary. – Co teraz zrobimy? – dopytywała się spanikowana. Wzruszyłam ramionami, starając się by nie zauważyła, że ja również jestem nieco zdenerwowana. – Nic, po prostu zjemy śniadanie – stwierdziłam bez dalszych ceregieli wchodząc do środka, a Sara posłusznie podreptała za mną. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy podeszłyśmy do stolika, Alex był zajęty graniem na telefonie w jakąś kosmiczną grę. – Cześć – odezwałam się pierwsza, siadając ze swoją tacą na przeciwko chłopaka. Podniósł wzrok znad komórki. W jego niebieskich oczach tańczyły znajome iskierki ironicznego rozbawienia. Byłam przekonana, że świetnie się bawi zaistniałą sytuacją. Cóż… ukrywanie faktu, że się znamy nie miało już i tak większego sensu. – Nie macie nic przeciwko, że się do was przysiadłem? – zapytał z miną niewiniątka. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, żeby się wypchał, odezwała się Sara. – Nie, oczywiście, że nie – wyrzuciła z siebie, nie potrafiąc ukryć entuzjazmu. Zamilkłam, skubiąc powoli kawałki bułki. – Jak się czujesz, już wszystko dobrze? – spytał nagle poważniejąc. Byłam przekonana, że patrzy na mnie, ale ponownie odpowiedziała mu Sara, nie odrywając wzroku od swojego talerza. – Nic mi się nie stało, ale to tylko dzięki tobie – stwierdziła. – Tak bardzo, bardzo dziękuję, że nie pozwoliłeś mi się utopić – niemal szepnęła, a jej twarz zrobiła się zupełnie czerwona. – Jesteś bohaterem. Poczułam się naprawdę głupio. Zupełnie zapomniałam, że prawie utonęła. Natomiast Alex… chyba rzeczywiście był bohaterem. Z tego co mówił lekarz wychodziło na to, że również mi uratował życie, tylko w przeciwieństwie do Sary ja znalezienie się w niebezpiecznej sytuacji zawdzięczałam wyłącznie własnej głupocie. Podchwyciłam jego spojrzenie. Alex sprawiał wrażenie nieco zmieszanego, najwyraźniej nie takiej odpowiedzi oczekiwał, ale nie wrócił ponownie do tematu, a mnie zrobiło się przykro, że to właśnie o Sarę się martwił i to ją o to pytał. Próbowałam sobie wmówić, że nie jestem najważniejsza, ale mały, buntowniczy głosik w mojej głowie szeptał, że nie tak powinno być. Dla Alexa miałam być najważniejsza. Chciałam taka dla niego być. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Uczucie, które we mnie wzbierało było nie do zniesienia. Tak bardzo, że musiałam wstać. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie jak bardzo pragnę Alexa i jeżeli on już mnie nie chciał… – Zostawiłam książki w szafce – oznajmiłam pierwsze co przyszło mi do głowy – muszę je zabrać przed lekcjami. Na razie! Nie czekając na czyjąkolwiek reakcję szybko się odwróciłam i wyszłam ze stołówki. Zwolniłam dopiero na szkolnym korytarzu. Znów zbierało mi się na płacz. Poczułam się jak Nel z “W pustyni i w puszczy”, ona też miała “oczy na mokrym miejscu”, chociaż do płaczu miała znacznie lepsze powody. Ku mojemu zaskoczeniu przy szafkach dogonił mnie Alex. – O co chodzi? – zażądał odpowiedzi, przytrzymując mnie za ramię. Wbiłam wzrok w podłogę. – Jeżeli lubisz Sarę, to ja… – zaczęłam niepewnie. – Sarę? – spytał zaskoczony. Spojrzałam na niego zbita z tropu. – Uratowałeś ją przed utonięciem, ryzykując taką karę i… Roześmiał się. To był mało wesoły, gorzki śmiech. – Naprawdę sądzisz, że zrobiłem to dla Sary? – spytał. Gdy niepewnie przytaknęłam, na chwilę przymknął oczy i wziął głęboki wdech. – Nie jestem bohaterem i nie zamierzam nim być – stwierdził ostro. – Nie ratuję dziewic w opałach. Prawda jest taka, że pomogłem Sarze, bo widziałem was dwie ciągle razem i pomyślałem sobie, jak byś się poczuła, gdybym pozwolił umrzeć twojej przyjaciółce. Nie zrobiłem tego dla Sary, tylko dla ciebie – wyjaśnił. Moje oczy chyba nie mogły już być szerzej otwarte. Powinnam się wkurzyć na takie rozumowanie, ale nie potrafiłam. Alex kompletnie zbił mnie z tropu. – Myślałam, że mnie nienawidzisz – wyznałam. Ponownie się roześmiał. – Kiedy zobaczyłem jak całujesz się z tym chłopakiem, byłem naprawdę wściekły – przyznał. – Nie chciałem, żebyś ze mną pogrywała, a tak to wyglądało. Potem jednak zacząłem się nad tym zastanawiać. Obejrzałem nagrania, na których odwiedzasz laboratorium, a potem wpadłem na to, żeby przejrzeć taśmy z testów. Mary Ann nie miała wyjścia i musiała mi opowiedzieć jaki był jej plan. Coś mi się w tym nie zgadzało… – Skoro wiedziałeś, to dlaczego unikałeś mnie przez tyle czasu? – spytałam czując zamiast ulgi bolesny ucisk w gardle. – Pomyślałem, że tak będzie lepiej – przyznał. – Bezpieczniej dla ciebie i dla mnie. – Więc dlaczego zmieniłeś zdanie? – dociekałam dalej. – Zmieniłem? Skąd ta pewność? – zapytał, a pytanie zabolało jak wbite w trzewia ostrze noża. Przeraziły mnie własne uczucia. Prawda była taka, że Alex mógł ze mną zrobić co tylko chciał. Milczałam, wpatrując się w niego niepewnie. W moich oczach znów zalśniły łzy. Westchnął cierpiętniczo, a w jego oczach i tym razem pojawiły się psotne iskierki. Z zaskoczenia przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Odwróciłam głowę, wtulając się w niego, ale nie odwzajemniając pocałunku. Ulga wciąż mieszała się z niepewnością, a to było nie do zniesienia. – Nie mogłem wytrzymać z daleka od ciebie, głuptasie – mruknął, wtulając podbródek w moje włosy. – Jeszcze trochę i sam bym się złamał, ale ten idiotyzm który zrobiłaś zdecydowanie przeważył szalę. Zwariowałbym, gdyby coś ci się stało – wyznał. Uniosłam głowę i spojrzałam na niego zmieszana. – Naprawdę? – zapytałam mało inteligentnie. Znowu ten błysk rozbawienia, a po nim kolejny pocałunek. Tym razem go odwzajemniłam, obejmując szyję Alexa ramionami. Uniósł mnie do góry, a ja oplotłam go w pasie nogami. Jego dłonie znalazły się na moich opiętych spodniami pośladkach. Przez myśl przemknęło mi, że jako dobrze wychowana dziewczyna powinnam na niego fuknąć, ale nie zrobiłam tego. Grzeczne dziewczynki i tak nie całują się w ten sposób na korytarzach. Zamiast tego ugryzłam go lekko i zostałam wynagrodzona stłumionym jęknięciem, które z pewnością przyniosłoby mi sporo satysfakcji, gdyby nie to, że w tym momencie pojawiła się przy nas Sara. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Alex postawił mnie na podłodze, obejmując ramieniem. Sara wpatrywała się w nas szeroko otwartymi oczami. Nie miałam pojęcia jak zareagować. Gdy wreszcie chciałam coś powiedzieć, ona cofnęła się o krok, odwróciła i uciekła. Zaklęłam cicho. – Chyba coś mi umknęło… – oznajmił Alex, wpatrując się we mnie pytająco. Jęknęłam, odsuwając się od niego i opierając plecami o ścianę. – To moja wina – westchnęłam. – Tak bardzo się skupiłam na sobie i swoich uczuciach, że zupełnie zapomniałam o Sarze. – Dalej nie rozumiem – powiedział przysuwając się do mnie. – Pokłóciłyście się o coś? Przy śniadaniu wyglądało na to, że jest ok… – Nie, to nie to – mruknęłam. – Wiedziałam, że się jej podobasz, a sama nie powiedziałam słowa na ten temat. Jestem koszmarną przyjaciółką. – Podobam? – spytał kpiąco, zbliżając się do mnie, tak, że teraz niemal się stykaliśmy. – Ta dziewczyna prześladuje mnie już chyba drugi rok. To między innymi z jej powodu musiałem znaleźć sobie spokojne miejsce, takie jak nasz ogród – oznajmił rozbawiony. Bardzo nie spodobała mi się jego odpowiedź. – Wiedziałeś o tym? – zapytałam. Wzruszył ramionami. – Trudno było nie zauważyć… – Więc czemu nic z tym nie zrobiłeś? – spytałam czując narastającą we mnie irytację. – Co niby miałem zrobić? Mówiłem ci już, Sara mnie nie interesuje i nigdy nie interesowała – jego ręce oparły się o ścianę, znajdując tuż przy moich ramionach. Pochylił się i pocałował mnie w policzek, potem w szyję, aż w końcu powoli zaczął zbliżać się do ust. – Alex, przestań! – odepchnęłam go od siebie. – Mogłeś chociaż coś powiedzieć… cokolwiek. Z nienacka uderzył pięścią w ścianę. Podskoczyłam, zaskoczona. Pokruszony tynk opadł na podłogę. – Nie zrobiłem nic złego – oznajmił chłodnym tonem. Również jego jeszcze przed chwilą iskrzące się oczy, stały się lodowato-zimne. Spojrzałam na niego nieco przestraszona tym nagłym wybuchem. – Alex? – łagodnie wymówiłam jego imię. Nie patrzył na mnie. – Zobaczymy się później – rzucił zdawkowo i odszedł, zostawiając mnie samą na korytarzu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Z drżącym sercem zapukałam do drewnianych drzwi. Wszystko układało się po prostu perfekcyjnie. Daniel nie chciał mnie widzieć, Alex był na mnie wkurzony, a teraz nienawidziła mnie również Sara. Nie chciałam wrócić do punktu, w którym nie posiadałam żadnych przyjaciół, nie miałam jednak również pomysłu na to, co mogłabym zrobić. Kiedy nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, po prostu weszłam do środka. Sara podniosła głowę z poduszki, by na mnie spojrzeć. Miała czerwoną, zapłakaną twarz. – Czego jeszcze ode mnie chcesz? – spytała co zabrzmiało zdecydowanie bardziej żałośnie niż gniewnie. Podeszłam by usiąść obok niej. – Przepraszam, że nie powiedziałam… – zaczęłam, ale gwałtownie usiadła, przerywając mi w pół słowa. – Jesteś taka ładna, możesz mieć każdego chłopaka, jakiego tylko chcesz, dlaczego właśnie Alex? Co ja ci zrobiłam? – wyrzuciła z siebie potok słów. Jęknęłam w duchu. Czy ona w ten sposób to widziała? – Sara, to nie tak… my z Alexem… – nie potrafiłam się wysłowić i czułam, że się wściekle rumienię. – To się zaczęło na początku jesieni, kiedy… – Idź sobie! – rozkazała, kładąc się na łóżku i odwracając do mnie tyłem. – Sara, proszę, posłuchaj… – Idź sobie! – wrzasnęła. Niechętnie wstałam i wyszłam, nie wiedząc co innego mogłabym w tej sytuacji zrobić. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Znalazłam się na granicy jawy i snu. Było jeszcze zbyt wcześnie, bym potrafiła podnieść powieki. Powoli jednak zaczynała wracać świadomość, a wraz z nią pojawił się niepokój. – Emily, obudź się – dotarł do mnie cichy głos Alexa. Poczułam bliskość chłopaka i otworzyłam oczy. Siedział tuż obok mnie, z ręką na moim ramieniu. – Co tu robisz? – spytałam zaskoczona. – Która godzina? – Jeszcze przed świtem. Ubierz się, nie mamy czasu – ponaglił. Usiadłam. – Może powiedziałbyś mi o co chodzi? – zażądałam już zupełnie rozbudzona. – Po drodze – stwierdził, odrzucając moją kołdrę. – Zaufaj mi – dorzucił kpiąco, gdy spojrzałam na niego poirytowana. Westchnęłam i wstałam by zaszyć się w łazience wraz z moimi ubraniami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Chwilę później, trzymając się za ręce, biegliśmy pustymi korytarzami szkoły. Po kilku minutach znaleźliśmy się na dworze, ale Alex zwolnił dopiero gdy minęliśmy wysoki mur i zeszliśmy ze wzgórza na którym położona była akademia. Na zewnątrz panowała szarość. Było chłodno i nieprzyjaźnie. – Co my tu właściwie robimy? – zapytałam łapiąc oddech. – Zabieram cię w bezpieczne miejsce – stwierdził obojętnie. – Bezpieczne przed czym? – dopiero teraz dostrzegłam, że jest zdenerwowany, chociaż bardzo próbował to ukryć. – Moja grupa zaplanowała sobie rebelię – oznajmił ponuro. – Co masz na myśli? – spytałam wyobrażając sobie kilka różnych scenariuszy. Wzruszył ramionami. – Chcieliby uciec z Akademii, uwolnić się od tego wszystkiego. – A ty nie? – spytałam bez zastanowienia. Roześmiał się gorzko. – Na pewno nie w taki sposób. Doskonale wiem jak to się skończy, ale oni nie chcą mnie słuchać – spojrzał na mnie, mimo że ja ledwo widziałam zarysy kształtów w słabym świetle poranka. – Co chcą zrobić? – zaczynałam czuć coraz większy niepokój. – Bezsensowne zamieszki – wzruszył ramionami. – Udało im się dojść do tego jak poblokować drzwi w systemie i jakiś czas zajmie wszystkim opuszczenie swoich pokoi. Kiedy jednak wojskowi zorientują się już w tym co się stało, po prostu wpadną tam szturmem i ich powstrzymają. To nie będzie przyjemne, a biorąc pod uwagę broń którą dysponują nigdy nie mieliśmy z nimi szans. Przeszliśmy spory kawałek, powoli zagłębiając się w las. Alex zatrzymał się w pobliżu jednego ze znajdujących się pomiędzy drzewami schronów, otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Stanęłam w miejscu. – Co z Sarą? – spytałam nagle naprawdę przestraszona. Była bezbronna, a niebezpieczeństwo mogło jej grozić z obydwu stron. – Musimy po nią wrócić, jeśli coś jej się stanie… Alex pokręcił głową. – Zanim poszedłem po ciebie, wysłałem ją do Mary Ann – oznajmił z irytującą pewnością siebie. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jesteśmy tu zupełnie sami. Tylko we dwoje. W lesie. Daleko od Akademii. – Wszystko sobie zaplanowałeś? – zapytałam z wyrzutem. – Może troszeczkę – mruknął, wpychając mnie do bunkra i oplatając ramionami. W budynku zapaliło się światło. Za nami zatrzasnęły się pomalowane na niebiesko, stalowe drzwi. – Alex, to nie jest śmieszne! – odsunęłam się od niego, z powodu bliskości chłopaka nie mogąc pozbierać myśli. – Nie mogłeś mnie po prostu tam zostawić? – spytałam czując narastającą we mnie irytację. – Sam mówiłeś przecież, że zablokowali drzwi. – Już nie pamiętasz kim jest twój ojciec? – prychnął. – Byłabyś pierwszym celem. Bałem się, ze ktoś zrobi ci krzywdę. Poddałam się. Opadłam na wąską, przyczepioną do ściany ławkę. – Co teraz? – zapytałam ponuro. Podniósł mnie, a potem usiadł, sadzając mnie sobie na kolanach. – Myślę, że nie będziemy się nudzić – stwierdził rozpinając nam kurtki. W jego oczach zatańczyły psotne iskierki. W moim brzuchu kotłowało się wściekłe stado motyli. Nie byłam pewna czy bardziej mam mu ochotę przyłożyć, czy może raczej natychmiast pocałować. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ W ciągu kilku sekund raj zamienił się w piekło. Ogłuszający huk. Fala gorąca. Poczułam na sobie ciężar Alexa. Jego mocno oplatające nie ramiona. – Nic ci nie jest? – wyszeptał. – Chyba nie – jęknęłam cicho, nie wiedząc co się stało. Dopiero gdy powoli wstaliśmy, zorientowałam się, że ktoś wysadził drzwi. W ścianie, gdzie powinny być, ziała wielka, czarna dziura. Po chwili pojawili się w niej ubrani w pełen bojowy rynsztunek żołnierze. – No proszę, nie tego się spodziewałem – oznajmił jeden z nich, zsuwając maskę. Rozpoznałam w nim Andre, kolegę Daniela, z drużyny mojego ojca. Skrzywiłam się na myśl o tym, że to on towarzyszył mu w dręczeniu innych. Podszedł i brutalnie odciągnął mnie od Alexa, a potem popchnął w kierunku innych. Gdyby ktoś mnie nie przytrzymał, z pewnością bym się przewróciła. Mimo protestów zostałam zaciągnięta do zaparkowanego obok dżipa. Chwilę później wsiadł do niego również Andre. Pozostali nie zdejmowali masek i nie miałam pojęcia kim są. – Zostaw mnie! – warknęłam na niego, kiedy już pod szkołą siłą wyciągnął mnie z samochodu. Chwycił mnie jeszcze mocniej i brutalnie potrząsnął. – Uważasz, że wszystko ci wolno i wszystko ujdzie ci na sucho?! – syknął. – To nie pałac, a ty nie jesteś księżniczką – oznajmił drwiąco. Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie miałam pojęcia czego on w ogóle chciał, ale nie zamierzał czekać na moje pytania. Już po chwili, w towarzystwie dwójki innych żołnierzy, szliśmy szkolnym korytarzem. Ku mojemu zaskoczeniu zatrzymaliśmy się przed pokojem Daniela. Andre ponownie, wbrew mojej woli, wepchnął mnie do środka. Daniel siedział przy laptopie, ale kiedy minęliśmy próg wstał. Ponownie spróbowałam się wyrwać, ale Andre ze stoickim spokojem wykręcił mi rękę. Syknęłam z bólu. Błagalnie spojrzałam na Daniela, ale on nie zareagował. Patrzył na nas z kamiennym wyrazem twarzy. – Przyprowadziliśmy ci prezent – oznajmił pogodnie Andre. – Może jak już wreszcie sobie ulżysz, to wybijesz ją sobie z głowy i zaczniesz logicznie myśleć. Dopiero po chwili dotarło do mnie znaczenie jego słów. Przestałam się wyrywać i zamarłam. Czy on mówił poważnie? Dopiero teraz poczułam jak przerażenie ściska mi gardło. Daniel nigdy by… spojrzałam w jego zimne oczy i nic nie wyrażającą twarz. Straciłam ostatnie resztki pewności. Ogarnęła mnie panika. Andre pchnął mnie w kierunku Daniela i wyszedł z pokoju, zabierając ze sobą pozostałych. Z korytarza dobiegł mnie ich rubaszny śmiech. Panika wzięła górę nad rozsądkiem i rzuciłam się w kierunku drzwi, ale chłopak zdążył mnie złapać. Jedną ręką chwycił oba moje nadgarstki, a drugą pociągnął mnie za włosy, bez trudu mnie unieruchamiając. To nie działo się naprawdę. Nie mogło się dziać. Nie miałam pojęcia co mogę zrobić, moje myśli wydawały się być mglistą papką. Poczułam jak po moim policzku spływają ciepłe, gorzkie łzy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mimo narastającego bólu ze wszystkich sił starałam się wyrwać. Kiedy wykręciłam się i ugryzłam go w ramię, warknął na mnie wściekle. – Przestań do cholery wreszcie ze mną walczyć, idiotko! – rozkazał, ponownie mnie unieruchamiając. Znajome nuty w tonie jego głosu sprowadziły mnie na Ziemię, przypominając mi, że to jednak Daniel. Zamarłam, wciąż cała spięta. Puścił mnie. – Siadaj! – wydał polecenie, wskazując łóżko. W jego głosie pobrzmiewała irytacja, a to wywołało we mnie taką ulgę, że niemal ponownie się rozpłakałam. Posłusznie usiadłam na samym brzegu. Przez chwilę się wahał, ale w końcu usiadł obok mnie. Wtuliłam się w niego, kiedy objął mnie ramieniem. – Naprawdę myślałaś, że mógłbym cię skrzywdzić? – spytał ponuro. – Nie wiem – szepnęłam. – Nic już nie wiem. Przede wszystkim nie miałam pojęcia co się w ogóle w tej cholernej Akademii dzieje i dlaczego ojciec w ogóle mnie tu przysłał. – Opowiedz mi co się stało. Od początku – tym razem jego głos był łagodny, a słowa nie były poleceniem tylko prośbą. Przez chwilę milczałam, mając pewność, że to co powiem niespecjalnie mu się spodoba. Najwyraźniej jednak nie miałam wyboru. – Alex obudził mnie dzisiaj rano, mówiąc, że będą zamieszki. Uznał, że zabierze mnie z dala od szkoły. Potem pojawił się Andre, a resztę już znasz… – opowiedziałam niechętnie. Daniel skinął głową, a potem westchnął. – A wspomniał ci przypadkiem, że to oni spowodowali te „zamieszki”? – spytał nieco drwiącym głosem. – Tak – odpowiedziałam po prostu. – Co się w ogóle wydarzyło? Wzruszył ramionami. – To co było do przewidzenia. Bunt nie trwał długo. Co prawda udało im się włamać do systemu, ale nie pomyśleli o tym, że akademia się zabezpieczyła. W pewnym momencie zmienili po prostu barwę światła i było po wszystkim. – Co z Alexem? – wiedziałam, że Danielowi nie spodoba się to pytanie, ale przecież musiałam zapytać. – Szczerze nie mam pojęcia – mruknął wstając po leżący na biurku komputer. Usiadł z powrotem, trzymając go na kolanach – ale wiem, że nie dasz mi spokoju, dopóki tego nie sprawdzimy. Przysunęłam się bliżej, by zobaczyć wyłaniający się na monitorze obraz ze szkolnych kamer. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Przez dłuższą chwilę Daniel przeszukiwał obraz po obrazie. Kiedy już zaczęłam myśleć, że to na nic, w końcu na jednym się zatrzymał. Film przedstawiał jakąś piwnicę. – To nie wygląda dobrze – mruknął jakby sam do siebie. – Co się stało? – spytałam z minuty na minutę coraz bardziej zaniepokojona. – Zostali ukarani – odparł zdawkowo. – Zostań tutaj – rozkazał wstając i odkładając komputer na biurko, uprzednio zamknąwszy klapę. – Niedługo powinienem wrócić. Gdy tylko Daniel wyszedł ponownie otworzyłam laptopa. Na moje szczęście się nie wylogował. W piwnicy, którą pokazywał obraz z kamery stało coś, co wyglądało niczym sarkofagi w grobowcach. Na samą myśl przeszły mnie ciarki. Nie musiałam długo namyślać się o co w tym chodzi. Drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch żołnierzy, prowadząc między sobą jakiegoś chłopaka. Otworzyli „wieko” i wepchnęli go do środka. Wewnątrz było coś w rodzaju wanny, dość głębokiej i po brzegi wypełnionej wodą. Co to miało do cholery być? Mężczyźni zamknęli pokrywę, zostawiając chłopaka w środku. Wzdrygnęłam się. Czy w takim czymś znajdował się również Alex? ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel kazał mi się zachowywać normalnie, ale ja nie miałam pojęcia jak to niby mam zrobić. Wszystkie „dzieci eksperymentu” zostały ukarane – oczywiście wszystkie oprócz Sary.    Dowiedziałam się tylko, że nie będą dostępni przez kilka najbliższych dni, a to ani odrobinę mnie nie pocieszało. Przed obiadem, na który wcale nie miałam ochoty iść, poszłam do pokoju przyjaciółki. Pomyślałam, że nawet jeśli się na mnie gniewa, to będzie mnie potrzebowała. Tym razem, zamiast wygonić z pokoju, Sara rzuciła mi się na szyję. – Jak dobrze, że nic ci nie jest – oznajmiła z ulgą. – Alex powiedział, że zabrał cię do Mary Ann – odezwałam się cicho. Skinęła głową. – Tak właśnie było, ale martwiłam się o ciebie – wyznała. – Naprawdę bardzo cię przepraszam – uznałam, że to odpowiedni moment. Pokręciła w odpowiedzi głową. – Wiem, że nie zrobiłaś tego specjalnie, żeby mnie zranić, ale wolałabym o tym nie rozmawiać – oświadczyła ponuro. – Dobrze – zgodziłam się wcale nie będąc przekonaną, że to dobre rozwiązanie. – Pójdziemy razem na stołówkę? – zapytałam z nadzieją. – Daniel kazał mi się zachowywać jak gdyby nigdy nic, a ja nie wiem czy potrafię to zrobić – wyznałam. Sara chwyciła mnie za rękę. – Poradzimy sobie – oznajmiła, wyciągając mnie ze swojego pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Przez chwilę było spokojnie i miałam cichą nadzieję, że już tak zostanie. Nic z tego. Kiedy zabierałyśmy się do jedzenia, przy naszym stoliku pojawił się Lucas w towarzystwie jeszcze jednego blondyna, który z tego co pamiętałam chyba miał na imię Aron. – Możemy się dosiąść? – spytali jak gdyby nigdy nic. Niepewnie skinęłam głową. Nie miałam pojęcia czego mogą od nas chcieć. Usiedli i jak gdyby nigdy nic rozpoczęli konwersację, ku mojemu zdumieniu wciągając w nią Sarę. Lucas miał nieco nieśmiałą naturę, ale Aron był duszą towarzystwa. Nie rozumiałam czemu chcieli z nami usiąść, zwłaszcza gdy zobaczyłam jak nieprzychylnymi spojrzeniami obdarzają ich zajmujący stolik po drugiej stronie stołówki koledzy. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie pojawienie się dwóch kolejnych, znajomych chłopaków. – Część, jestem Christian, a to Michael – przestawili się Sarze. Usiedli nawet nie pytając o zgodę. Czułam się coraz bardziej niezręcznie. Lucas chyba zauważył moje zagubienie. Ponieważ siedział obok mnie, trącił mnie lekko łokciem. – O co chodzi, Emi? – zapytał, co po tym co ostatnio się między nami wydarzyło wydało mi się zdecydowanie zbyt poufałe. Postanowiłam być szczera. – Nie rozumiem czemu tu usiedliście – wyznałam. – Och – wydawał się być zaskoczony – sądziłem, że się domyślisz. – Milczałam, więc po prostu kontynuował. – Jesteśmy po twojej stronie i właśnie to pokazujemy – przyznał wprost. – Jesteśmy twoimi przyjaciółmi i nie zamierzamy cię zostawić – dodał Aron z radosnym uśmiechem, obejmującym jego jasne oczy. Byłam zbyt zaskoczona, żeby w jakikolwiek sposób to skomentować. Nie interesowali się mną, a ja prawie ich nie znałam. Czy chodziło im o mojego ojca? – Masz minę, jakby ktoś cię ugryzł, Emily – stwierdził rzeczowo Christian. Pozostali się roześmieli. Ku mojemu zaskoczeniu nieśmiały uśmiech pojawił się również na twarzy Sary. – Już od dawna nie podobało nam się to co robili niektórzy z naszej paczki – odezwał się cicho Lucas. – Uznaliśmy, że czas to zmienić. Pozostali przytaknęli. W tym momencie zauważyłam Daniela. Stał na środku stołówki, z tacą pełną jedzenia. Patrzył na nas, a ja nawet z tej odległości widziałam, że jest poirytowany. Nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymuję oddech, dopóki nie ruszył w naszym kierunku. – Nie jesteś tu mile widziany – odezwał się ostrym tonem Christian, kiedy Daniel stanął nad nami. Pozostali patrzyli na niego wrogo. – Wypowiedzieliście wojnę – odpowiedział spokojnie chłopak – a ja przyrzekłem, że będę się opiekował Emily i nie zamierzam jej zostawić. Zwłaszcza gdy przez waszą ignorancję coś może jej grozić. Zostaję – stwierdził cichym, ale stanowczym głosem Daniel – i nic nie możecie z tym zrobić. Postawił na stole tacę, tuż obok mojej, a potem usiadł. Tym razem nikt nie zaprotestował. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Podniosłam głowę znad notatek, nad którymi i tak nie potrafiłam się skupić. Właściwie od trzech dni żyłam nieco jak zombie, myśląc tylko i wyłącznie o Alexie i o tym co się z nim dzieje. Czułam palącą bezradność. Daniel wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. – Coś się stało? – spytałam obojętnie. – Wraca Alex i pozostali, pomyślałem, że chciała byś wiedzieć – odezwał się dość ponuro. Zerwałam się z krzesła. Nie czułam ulgi, tylko jeszcze większy niepokój. Wiedziałam, że jej nie poczuję póki go nie zobaczę – całego i zdrowego. – Zabierz mnie do niego! – rozkazałam, próbując się przepchnąć obok chłopaka, który jednak stanowczo mnie przytrzymał. – Nigdzie nie idziesz – oznajmił. – Dlaczego? – spytałam patrząc na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Spróbowałam się wyrwać, jednak bezskutecznie. – Ponieważ nie wydaje mi się, żeby chciał cię teraz widzieć – usłyszałam spokojną, nic nie wyjaśniającą odpowiedź. – Daniel, puść mnie – jęknęłam błagalnie. – Muszę go zobaczyć. Dlaczego on tego nie rozumiał? Musiał mnie zrozumieć! Daniel jednak przecząco pokręcił głową. – Zobaczysz go później. Najpierw ja pójdę, przekonam się w jakim jest stanie – stwierdził, jakby to była oczywista oczywistość. – Tak będzie lepiej. Chciałam zaprotestować, albo po prostu go nie posłuchać, ale gdy wychodził, zobaczyłam że pod moimi drzwiami stanął Aron. Doskonale! Nieoczekiwani sprzymierzeńcy i wszyscy z jakiejś przyczyny przeciwko mnie. Usiadłam na podłodze, plecami opierając się o zimną ścianę. Objęłam ramionami podkulone nogi. Mój pokój stał się więzieniem, a mi nie pozostało nic innego jak tylko w dalszym ciągu czekać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ To była już lekka przesada. Kiedy akurat nie było przy mnie Daniela, Christian, Aron, Lucas i Michael pilnowali mnie na zmianę, praktycznie nie odstępując na krok. Ku mojej wielkiej uldze pozwolili mi jednak wieczorem pójść do pokoju Alexa. Kiedy weszłam do środka, chłopak spał. Na jego zbyt bladej twarzy nie malowała się jednak ani odrobina spokoju. Wiercił się jakby śniło mu się coś złego. Podeszłam bliżej, przysiadając na brzegu łóżka. Dotknęłam jego ramienia. – Alex? – zapytałam zaniepokojona. Otworzył oczy, gwałtownie siadając. Jego wzrok zatrzymał się na mojej twarzy. – Emily – westchnął, z powrotem opadając na poduszkę. Coś było nie tak, a on wyglądał naprawdę koszmarnie i nie chodziło tylko o jego bladość. Zupełnie jakby był chory. – Wszystko w porządku? – zapytałam cicho. – Teraz już tak – mruknął, oplatając mnie ramieniem i zmuszając, żebym się koło niego położyła. Z ulgą i przyjemnością wtuliłam się w ramiona chłopaka, a on nakrył nas kołdrą. – To głupie – westchnęłam – odwiedzamy się chyba tylko wtedy, kiedy któreś z nas się z jakiegoś powodu źle czuje. Bardziej poczułam niż usłyszałam jego cichy śmiech. – Może należałoby to zmienić – poczułam jego gorący oddech, tuż przy swoim uchu. Zadrżałam, ale nie miało to nic wspólnego ze strachem. Nareszcie poczułam się przyjemnie rozluźniona. Przymknęłam oczy, wtulając się jeszcze mocniej w ramiona Alexa. Zastanawiałam się jak to się stało. Wszystko toczyło się tak szybko… Jak do tego doszło i jakim cudem w ogóle się w nim zakochałam? Nie miałam pojęcia. To po prostu jakoś się stało. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy weszłam do stołówki, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, siedział przy naszym stoliku. Milczał i nie podnosił wzroku znad talerza, a pozostali go ignorowali, ale nie byli nastawieni wrogo. To sprawiało wrażenie cichej akceptacji. Podeszłam i usiadłam przy nim, nie myśląc nawet o tym, żeby przynieść sobie coś do jedzenia. – Hej – odezwałam się do chłopaków, Sary jeszcze nie było. Przywitali się ze mną wyjątkowo pogodnie jak na fakt, że siedział przy nich Alex. On sam tylko skinął głową, ale poczułam na udzie jego ciepłą dłoń. To dodało mi otuchy. W tej szkole rozgrywało się zdecydowanie zbyt wiele gier. Chwilę później dołączyli do nas Sara i Lucas. Przyszli razem, niosąc tace z jedzeniem. Uśmiechali się i rozmawiali przyciszonymi głosami. Usiedli obok siebie tuż na przeciwko nas. Kiedy zdążyli się tak zaprzyjaźnić? Nie byłam pewna czy powinnam się z tego ciszyć czy raczej bać. Po chwili pojawił się również Daniel. Usiadł tuż obok mnie i postawił przede mną pełną tacę. Spojrzałam na niego pytająco. – Nie wzięłaś jedzenia – stwierdził obojętnie. – Dzięki – uśmiechnęłam się do niego promiennie i poczułam jak ręka Alexa zaciska się na mojej nodze. Przypomniałam sobie jak bardzo Alex był zazdrosny o Daniela, na tyle, że śnił o nim koszmary. Położyłam dłoń na jego dłoni i delikatnie przesunęłam po niej palcami. Rozluźnił się nieco, ale chyba wciąż był spięty. Na chwilę przymknęłam oczy. Jeżeli tak teraz miały wyglądać nasze posiłki, nie byłam pewna jak długo to wytrzymam. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Dni toczyły się zupełnie tak, jakby nic się nie stało. Akademia wróciła do normalności i gdyby nie kilkudniowa nieobecność paru uczniów, nikt nie domyśliłby się, że miały w niej miejsce jakiekolwiek, niecodzienne wydarzenia. Z Alexem spotykałam się kiedy tylko mogłam, chociaż zrobiło się zbyt zimno, żebyśmy mieli chodzić do naszego ogrodu. Dopiero teraz, powoli, docierało do mnie, że naprawdę mam chłopaka, a to uczucie napawało mnie szczęściem. Alex był ponury i milczący, ale nie kiedy zostawaliśmy sami. Wtedy był zupełnie inny. Sara wreszcie mi wybaczyła, zbyt zaabsorbowana Lucasem, żeby pamiętać o Alexie. Na Święta Bożego narodzenia mój ojciec wyjechał do Stanów, załatwiać ważne sprawy polityczne, całe ferie zimowe spędziłam więc w szkole i ani trochę mi to nie przeszkadzało, gdy miałam obok siebie Alexa, Daniela i Sarę. Wraz z wczesną wiosną rozpoczęły się ćwiczenia terenowe. Paintball, podchody, walka o zdobywanie flag. Nie były to jednak zabawy, a każda drużyna była zdeterminowana i gotowa na poświęcenia, żeby tylko wygrać i dostać lepszą punktację. Zwłaszcza teraz, gdy po podziale drużyna Daniela nie była już tą najmocniejszą. Mimo upływu miesięcy, chłopcy w dalszym ciągu nie spuszczali mnie z oczu i nigdy nie zostawiali samej, martwiąc się o to, co mógłby mi zrobić Andre. Samotność miałam zapewnioną jedynie we własnym pokoju. Teraz również, mimo że wcale nie było to optymalne rozwiązanie, przez całe ćwiczenia w lesie towarzyszył mi Daniel. Tym razem byliśmy ofiarami i to my mieliśmy uciekać. Zasady były proste. Jeżeli dotrzemy do punktu, zanim zdążą nas złapać, wygraliśmy. Kilometrowe biegi przez las jednak nie były moją mocną stroną. – Nie dam już rady – szepnęłam zdyszana. Chłopak skinął głową. – Od jakiegoś czasu nikogo nie widziałem, chyba możemy odpocząć – stwierdził pogodnie. Opadliśmy na mech, pod szerokim, zasłaniającym nas choć z jednej strony, pniem drzewa. Daniel otoczył mnie ramieniem. Przyłożył czoło do mojego czoła. Byłam wykończona i cieszyłam się z tej chwili wytchnienia. Radość jednak minęła równie szybko jak się pojawiła. Dwa, może trzy metry dalej, pod drzewem stał Alex. Jego zimne, niebieskie oczy, patrzyły prosto na nas. Na jego twarzy pojawiły się szok, niedowierzanie, a potem wściekłość. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Zerwałam się z ziemi, wyplątując się z objęć Daniela i pobiegłam za nim, poniewczasie zdając sobie sprawę, z tego, jak to mogło wyglądać. – Alex, zaczekaj! – odezwałam się błagalnie. Szedł dalej, nie zwracając na mnie uwagi. – Alex, proszę, nie robiliśmy nic złego… Znaleźliśmy się przy porośniętej trawą ścianie jednego z bunkrów. Zatrzymał się. Odwrócił w moją stronę. Zbliżył się w taki sposób, że zmusił mnie, żebym plecami oparła się o ścianę. Jego ręce znalazły się po obu stronach moich ramion. – Wy nigdy nie robicie nic złego, prawda?! – warknął. – Przy każdej, możliwej okazji dotyka cię, przytula. Co dzieje się kiedy jesteście sami?! Wściekłość w jego głosie napełniała mnie strachem. Nigdy jeszcze, aż do tej pory, nie zdarzyło się, żebym bała się Alexa. Nigdy też tak naprawdę nie rozmawialiśmy o Danielu. – Jesteśmy tylko przyjaciółmi – odpowiedziałam cicho przeklinając się w duchu za to, jak niepewnie brzmią moje słowa. – Nie chcę cię okłamywać – dodałam nieco pewniej. – To mogło być coś więcej, chciałam, żeby było, zanim pojawiłeś się ty – wyznałam. Jak miałam mu wytłumaczyć, że od kiedy jest ze mną, cały świat przestał istnieć? Nie potrafiłam trzymać się od niego z daleka i na pewno nie zamierzałam tego schrzanić. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że z nadludzką siłą uderzy pięścią w ścianę. Na jego twarzy malowała się przemieszana z bólem wściekłość. Spróbowałam się odsunąć, ale mi na to nie pozwolił. Chwycił mnie za nadgarstki i uniósł je przyciskając nad moją głową do porośniętej mchem ściany. Jego uścisk był stalowy i wiedziałam, że jeżeli sam mnie nie puści, to nie mam szans się uwolnić. – Alex… – zaczęłam błagalnie, ale nie zamierzał dać mi skończyć. Jego usta dotknęły moich warg, a on wpił się w nie łapczywie, zachłannie. Jego ręce brutalnie zaciskały się na moich nadgarstkach, sprawiając mi ból. Całował zbyt mocno, zbyt twardo, boleśnie. Kiedy jednak spróbowałam odwrócić głowę, przytrzymał mój podbródek. Żeby unieruchomić moje nadgarstki w górze starczała mu jedna ręka. Przycisnął się do mnie całym ciałem. Jego kolano znalazło się między moimi nogami. Chciałam krzyczeć, błagać żeby przestał, ale skutecznie kneblowały mnie jego usta. Zdesperowana spróbowałam go ugryźć. Nawet tego nie zauważył, chociaż ja sama w ustach wyraźnie poczułam smak jego krwi. – Odsuń się od niej! – narastającą ciszę przerwał rozkazujący głos Daniela. Kiedy Alex go zignorował, Daniel spróbował go ode mnie odciągnąć, ale ten odepchnął chłopaka niczym szmacianą lalkę. Błysk zielonego światła. Alex syknął wściekle, odwracając się w stronę napastnika. Kiedy oderwał się od moich ust, z trudem chwytałam powietrze. – Puść ją! – warknął Daniel, podnosząc się z ziemi. W spojrzeniu Alexa było coś dzikiego, niebezpiecznego. Przywodził na myśl ranne zwierzę. Kolejny rozbłysk zupełnie zignorował. Po następnym wypuścił moje ręce i rzucił się na Daniela. – Emi, uciekaj! – wrzasnął chłopak, kiedy Alex doskoczył do niego z pięściami. Przez chwilę patrzyłam oszołomiona jak na Daniela spada grad ciosów, a potem rzuciłam się przed siebie. W tej chwili wiedziałam tylko jedno – jak najszybciej muszę sprowadzić jakąś pomoc. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ To nie działo się naprawdę. To nie mogło się dziać! Siedziałam na podłodze, na korytarzu, przed skrzydłem szpitalnym. Nie był to szpital publiczny, nie przewidziano więc poczekalni, ani miejsc dla odwiedzających. Daniel był w ciężkim stanie. Operowano go od kilku godzin. Jego życie było zagrożone. Na dodatek to wszystko było winą Alexa. Ja również czułam się winna oraz oczywiście bardzo naiwna i bardzo głupia. Daniel ostrzegał mnie od samego początku, żebym trzymała się od nich z daleka, a ja, ufna idiotka, nigdy go nie słuchałam. Teraz płaciłam za to zdrowiem, a być może nawet i życiem, przyjaciela. – Emi, nie możesz tu przesiedzieć całej nocy – odezwał się nade mną cichy, błagalny głos Sary. Zignorowałam go. Owszem, mogłam i zrobię to, jeśli będzie trzeba. Wtedy jednak pojawił się jeden z chirurgów, a ja gwałtownie wstałam. – Jego stan jest stabilny – wypowiedział upragnione przeze mnie słowa. – Miał uszkodzonych kilka narządów wewnętrznych i połamane żebra, ale wyjdzie z tego. – Kiedy będzie można go zobaczyć? – spytałam cicho, błagalnie. – Przyjdź jutro po południu, dzisiaj nie będzie to możliwe – odpowiedział przepraszająco. Skinęłam głową i podziękowałam, a potem pozwoliłam odciągnąć się Sarze, która zaprowadziła mnie do mojego pokoju. Czułam się jak zombie. Nie zdejmując ubrania skuliłam się na łóżku i naciągnęłam na głowę kołdrę. Chciałam zasnąć i obudzić się dopiero po południu, ale sen, mimo tego jak bardzo byłam zmęczona, w ogóle nie chciał nadejść. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mary Ann koniecznie chciała się ze mną widzieć, a ja w ogóle nie byłam w nastroju. Co prawda udało mi się zobaczyć Daniela i nawet zamienić z nim kilka słów, w których zapewniał, że wszystko będzie dobrze, ale w dalszym ciągu czułam się winna. Wszystko wydarzyło się dlatego, że słuchając serca, a może hormonów, zamiast rozumu za bardzo zbliżyłam się do Alexa. Wiedziałam jednak, że muszę iść. Była chora, a ja zbyt wiele jej zawdzięczałam. – Chciałaś mnie widzieć? – spytałam, gdy w ponurym nastroju wśliznęłam się do laboratorium. – Nareszcie jesteś! – westchnęła. Była wyraźnie zdenerwowana. – Coś się stało? – poczułam się zaniepokojona jej zachowaniem. – Musisz mi pomóc – poprosiła. – Tylko na ciebie mogę liczyć. Niezbyt przekonana skinęłam głową. – Co mogę dla ciebie zrobić? Wskazała mi stojące na biurku dwie, niewielkie fiolki. – Twoja karta dostępu wpuszcza cię wszędzie. Wyłączę obraz z kamer. Musisz zejść na poziom więzienny i podmienić je u strażników. Postaram się o to, żeby ich wtedy nie było. Spojrzałam na nią pytająco, a potem do mnie dotarło. – Nie ma mowy, nie zrobię tego! – nie zauważyłam nawet kiedy zaczęłam podnosić głos. – Prawie na śmierć pobił mojego przyjaciela! Czemu miałabym mu w jakikolwiek sposób pomagać?! Odwróciłam się i chciałam wyjść, ale Mary Ann przytrzymała mnie za ramię. Stanowczo zbyt mocno jak na tak wątłą i chorą osobę. Była zdeterminowana.  – Emi, proszę, musisz to zrobić! – w jej głosie słychać było błaganie. – Inaczej wszystko pójdzie na marne. Całe miesiące moich przygotowań, to co się stało twojemu przyjacielowi… Zajęłam się już następnymi transportami, ale tym nie zdążyłam. Nie miałam pojęcia, że to się stanie. – Dlaczego miałabym mu pomagać? – spytałam rzeczowo, próbując się uspokoić. To nie na Mary Ann byłam wściekła. – Najpierw mnie napastował, a potem prawie na śmierć skatował Daniela. Jakie masz dla niego usprawiedliwienie? Co w ogóle jest w tych fiolkach? Uniosła jedną z nich, wysuwając ją ku mnie. – To właśnie jest jego usprawiedliwienie – oznajmiła ponuro. – Nie rozumiem – przyznałam. – Od paru miesięcy Alex dostawał zmniejszoną dawkę narkotyku. Radził sobie z gniewem  i potrafił rozładować agresję. Niedawno odstawiłam mu ją w ogóle, uznałam, że już wystarczająco oczyścił się jego organizm – kontynuowała. – W dalszym ciągu panował nad sobą, na tyle, że pozwoliłam mu się z tobą spotykać. Coś musiało go piekielnie zdenerwować, skoro stracił nad sobą panowanie. Był naprawdę dobry w kontrolowaniu swoich zachowań. Emi, proszę, musisz to zrobić – w jej głosie znów słychać było błaganie. – Nie dostawał również substancji, po której razi go światło – skrzywiłam się na samo wspomnienie, uznając, że obdarzyłam to uczucie zbyt łagodną nazwą. – Dlaczego? – spytałam, kiedy twierdząco skinęła głową. – Ponieważ miał uciec i zabrać stąd Sarę – wyznała bardzo cicho. Poczułam się jakby ktoś przyłożył mi w brzuch. Byliśmy razem. Spędzaliśmy wspólnie każdą, wolną chwilę, a on planował uciec? Ode mnie? Mimo że dalej wmawiałam sobie, że powinnam go nienawidzić, uczucie było nie do zniesienia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Miałam mętlik w głowie. Czułam się zdradzona. Nie tylko przez Alexa, ale również przez Mary Ann i Sarę. Jak mogli mi to zrobić?! Pomyślałam jak bardzo ulotne są chwile szczęścia. Nie chciałam spełniać prośby Mary Ann, ale w głębi serca wiedziałam, że muszę to zrobić. To co się stało nie było tylko i wyłącznie winą Alexa. W głównej mierze chodziło tu o cholernych wojskowych i ich niehumanitarne projekty. Nienawidziłam ich. Alexa nie potrafiłam nienawidzić. Mary Ann miała rację. Moja karta działała również na niższych poziomach. Włożyłam na siebie oficjalny mundur bez żadnych odznaczeń. Szłam pewnym krokiem. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, bo skoro mogłam się tu dostać znaczyło również, że mam prawo tu być. Zgodnie z obietnicą Mary Ann pomieszczenie medyczne było puste. Fiolki poustawiane były na niewielkich, metalowych tacach. Odszukałam tą z numerem Alexa i podmieniłam fiolki, a potem wyszłam przez nikogo nie niepokojona. Liczyłam na to, że obraz z kamer rzeczywiście na dłuższą chwilę się zawiesił, bo jeżeli ktoś mnie na nim rozpozna, to byłam przekonana, że nie tylko ja będę miała przerąbane. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Po tygodniu Daniel wrócił do swojego pokoju. Był posiniaczony i miał problemy z poruszaniem się, ale nic mu nie groziło. Lekarze w Akademii byli znacznie lepiej zaopatrzeni i mieli większe umiejętności niż ci w niejednym, nawet najlepszym szpitalu. Dodatkowo Daniel był silny i sprawny fizycznie, więc szybko dochodził do zdrowia. Mimo to w dalszym ciągu się o niego martwiłam i spędzałam z nim niemal całą, wolną część dnia. Kiedy jednak tym razem weszłam do jego pokoju, chłopaka nie było. Przyzwyczajona do tego, że czasami na niego czekałam włożyłam słuchawki i usiadłam na łóżku z laptopem na kolanach. Początkowo chciałam po prostu posłuchać muzyki i pogrzebać w sieci, ale coś podkusiło mnie, żeby, skoro mam okazję, obejrzeć obraz z kamer. Od dawna chciałam sprawdzić czy Alexowi nic nie jest. W dalszym ciągu byłam na niego wściekła, ale to nie zmieniało faktu, że się martwiłam. Do tej pory karmiłam się strzępami informacji, które dostarczała mi Mary Ann, teraz jednak miałam okazję zobaczyć go sama. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy znalazłam odpowiednią kamerę, nie tylko zobaczyłam obraz, ale również usłyszałam dźwięk. – Musisz ją stąd zabrać! – głos Alexa był pewny i stanowczy. Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy, nie uwierzyłabym w to kto siedział na betonowej podłodze,  oparty plecami o słup, obok jego celi. – Nie wierzę Ci! – warknął Daniel. – Nie poświęcą tylu dzieciaków, całej szkoły… Alex uśmiechnął się drwiąco. – Jedyne czego nie poświęcą to sprzęt i jak myślisz, dlaczego go wywożą? – spytał patrząc drugiemu chłopakowi w oczy. Najwyraźniej trafił, ponieważ Daniel odwrócił wzrok. Sprawiał wrażenie jakby intensywnie nad czymś myślał. – Proszę – powiedział cicho Alex. – Zabierz ją stąd. Masz na to cztery dni. Daniel wstał i pokręcił przecząco głową. – Nie wierzę w to. Pułkownik Morrington nigdy nie poświęciłby swoich córek – oznajmił stanowczo, a ja ledwo zwróciłam uwagę na jego dziwne przejęzyczenie. – Może o niczym nie wie… – zasugerował Alex. – Jakiś czas temu obmyślili plan, żeby wydostać stąd Sarę, po tym jak zarząd próbował ją zabić. Miałem w nim grać główną rolę, bo Mary Ann mi ufa. Zgodziłem się, bo dzięki niemu mógłbym obronić Emi – stanowczo ścisnął kraty. – Teraz nie mogę, więc ty musisz to zrobić. – Nie zamierzam cię słuchać! – warknął w odpowiedzi Daniel, a potem odwrócił się i odszedł korytarzem, nie zaszczyciwszy już Alexa ani jednym spojrzeniem. – Więc po co tu przyszedłeś? – odezwał się cicho Alex, puszczając metal i zrezygnowany opadając na ziemię. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wiedziałam, że Daniel niedługo wróci, miałam więc niewiele czasu. Skoro nikt nie mówił mi prawdy, miałam zamiar ją odkryć sama. Przynajmniej tyle, ile wiedział Daniel. Szybko zaczęłam przeszukiwać foldery. Znalazłam te dotyczące eksperymentu, kiedy jednak zajrzałam do środka, nie było tam nic na temat projektu. Zdjęcia, pliki tekstowe i screeny – wszystkie dotyczyły Sary. Tylko dlaczego? Zaczęłam je pospiesznie przeglądać. Skomplikowane wykresy DNA i wzory chemiczne nic mi nie mówiły, później jednak trafiłam na coś w rodzaju ankiety. Dawcą chromosomu Y był Charles Morrington. Nie musiałam nawet patrzeć na dawcę X, by mieć pewność, że znajdę tam nazwisko Mary Ann. Sara, przynajmniej częściowo, była moją siostrą, a jej matka – prawdziwa, biologiczna matka – umierała na raka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wszedł do pokoju, gwałtownie otwierając drzwi. Nie wstawałam z łóżka i nawet nie próbowałam ukryć, że grzebałam w jego laptopie. – Emily – cicho wypowiedział imię, niespecjalnie zaskoczony moją obecnością. – Hej – rzuciłam próbując sobie wszystko poukładać w głowie. Rozdzwoniła się jego komórka. Odebrał i przez chwilę komuś posłusznie przytakiwał. Gdy skończył rozmawiać, Daniel z trudem przełknął ślinę. – Za cztery dni wysyłają mnie, moją drużynę i jeszcze kilkanaście osób na ćwiczenia poza wyspą. Spojrzałam mu w oczy. Domyśliłam się co to oznacza. Alex mówił prawdę. Jeżeli zostaniemy w tym czasie na wyspie, prawdopodobnie wszyscy zginiemy. Wszyscy, którzy zostaną. Podniosłam wzrok znad komputera i zamknęłam klapę laptopa. – Słyszałam waszą rozmowę – oznajmiłam poważnie. – Jaką rozmowę? – zdziwił się Daniel. – Twoją i Alexa. Tam na dole najwyraźniej działają nie tylko kamery, ale również mikrofony – stwierdziłam. Chłopak spojrzał na mnie przerażony. – Czy wiesz co to oznacza? – zapytał. Przecząco pokręciłam głową. – Jeżeli oglądał to również ktoś inny… Jeżeli… Na korytarzu usłyszeliśmy kroki. Powinniśmy uciekać, ale było już za późno. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Minęły niemal dwadzieścia cztery godziny od momentu, kiedy żołnierze zabrali Daniela, a ja do tej pory nie miałam o nim żadnych wieści. Żaden z chłopaków nie miał. Nie było go również widać na ani jednym obrazie z kamer. Dodatkowo niepokoił mnie fakt, że zostało tak niewiele czasu – niecałe trzy dni. Czułam się jak królewna w opresji, którą trzeba uratować z wieży strzeżonej przez smoka. Tyle, że jeden z moich rycerzy siedział w więzieniu, a drugi zapadł się pod ziemię. Czy sama byłam w stanie cokolwiek zdziałać? Wiedziałam, że muszę. Chodziło nie tylko o moje bezpieczeństwo, ale również o życie Sary, Aleksa i być może Daniela. – Cześć – zaczęłam otwierając drzwi pokoju Sary.  – Oj… – wymknęło mi się, kiedy z łóżka gwałtownie podniosły się dwie postacie. Sara była cała czerwona, ale niespecjalnie zdziwił mnie widok towarzyszącego jej Lucasa. – Przepraszam… nie chciałam wam przeszkodzić… – Zaczekaj! – zatrzymał mnie głos Sary, kiedy chciałam po cichu wyjść. – Coś się stało? Lucas poprawił koszulę. On również wyglądał na zaniepokojonego. Musiałam im powiedzieć. Wiedziałam, że nic nie zdziałam sama. Podeszłam do nich i usiadłam na skraju łóżka. Opowiedziałam wszystko, czego się dowiedziałam. Kwadrans później powtórnie przedstawiałam te same informacje, bo Lucas zawołał Arona, Christiana i Michaela. Wszyscy  zgodnie potwierdzili, że dostali rozkazy i za trzy dni mają wyjechać. Nikt nie wątpił w moje słowa. Pozostawało tylko ułożyć plan działania. Odetchnęłam z ulgą, bo przynajmniej nie byłam już sama. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obudziły mnie dochodzące z korytarza hałasy. Ktoś siedział na moim łóżku i dotykał mojego ramienia. – Emily, wstawaj, nie ma czasu – zaskoczona podniosłam wzrok na Mary Ann. – Co tutaj robisz? – spytałam nieco zachrypniętym po spaniu głosem. – Czy to nie jest dla ciebie niebezpieczne? Uśmiechnęła się smutno. – To już nie ma znaczenia. Przyspieszyli całą akcję. Dzisiaj rano zabrali z Akademii kilkanaście oddziałów. Musisz się pospieszyć, masz pół godziny, żeby dotrzeć na plażę. Tam będą czekały na was helikoptery. Szeroko otworzyłam oczy. – Nie! Mamy jeszcze czas, jeszcze dwa dni! Plan, nasz sensowny plan, który miał spore szanse się udać, teraz był na nic! – Opiekuj się Sarą – poprosiła, gdy zerwałam się z łóżka, pospiesznie wciągając na siebie ubranie i byle jak wiążąc włosy gumką. – Gdzie Daniel, czy jego też zabrali? – chciałam jak najszybciej uzyskać jak największą liczbę informacji. Przecząco pokręciła głową. – Przykro mi. Jest w laboratorium, pilnuje go kilku strażników. – No tak, nie mogli sobie przecież pozwolić na posiadanie niewygodnych świadków… Przestał być ważny potencjał i użyteczność Daniela. Mary Ann, po chwili wahania, podała mi pendrive. – Schowaj go – poleciła – to wyniki naszych badań. Twój ojciec będzie wiedział co z nimi zrobić. Przyjęłam od niej mini dysk, patrząc pytająco. – A co z tobą? Nie możesz sama mu go oddać? Na jej twarzy ponownie zagościł ten smutny, melancholijny uśmiech. – Emily, ja i tak umieram. Bez laboratorium zostało mi naprawdę niewiele czasu. Nie zamierzam zajmować miejsca w helikopterze osobie, która dzięki temu może przeżyć. – Spojrzała na mnie poważnie. – Nie żałuj mnie. Taka śmierć będzie znacznie bardziej litościwa niż to co zrobiłaby ze mną choroba. Skinęłam tylko głową, nie zdolna do tego, by jej odpowiedzieć. Byłam już gotowa. – Ile mamy czasu? – spytałam w głowie układając plan jak dostać się do Aleksa i Daniela. – Wybuch nastąpi o 6:00 – poinformowała mnie cicho – Sara i reszta czekają przed budynkiem. Razem pobiegniecie na plażę. Spojrzałam na zegarek. Zaklęłam w myślach. Miałam 27 minut na to, żeby wyciągnąć stąd chłopaków, a potem dobiec z nimi na plażę. Akademia była duża i nawet jeśli nie napotkałabym po drodze żadnych trudności, zadanie było niewykonalne. Czegokolwiek bym nie wymyśliła, jeden z nich będzie musiał zginać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zostawiłam Mary Ann i pobiegłam. Adrenalina szumiała mi w żyłach. W jednej chwili podjęłam decyzję. Jeśli oni umrą, to zginę wraz z nimi. W mojej głowie rodził się desperacki, niewykonalny plan. Pobiegłam do windy, a potem zjechałam nią na poziom więzienia. Tak jak podejrzewałam, pomieszczenia były puste. Wszyscy, którzy cokolwiek znaczyli, zostali gdzieś odesłani. W pokoju kontrolnym znalazłam panel sterowania i, nie mając pojęcia, które drzwi są właściwie, po prostu otworzyłam wszystkie cele. Chciałam znowu biec, ale najwyraźniej nie musiałam. Alex nie marnował czasu i wyglądało na to, że nie tylko on. Przemknęło obok mnie kilka sylwetek, ktoś potrącił mnie łokciem. Alex chwycił mnie za ramię i odciągnął na bok. Nie wyglądał na specjalnie zaskoczonego moim widokiem. – Wynośmy się stąd, najlepiej schodami – rozkazał. – Wiedziałeś o tym? – spytałam nie rozumiejąc. Niechętnie skinął głową. – Musiałem się przygotować. Nie mogłem pozwolić, żeby coś ci się stało. Wziął mnie za rękę i pobiegliśmy. Schody były wąskie, kręte i najwyraźniej niezbyt często używane. Na poziomie wyjściowym chroniły je stalowe drzwi. Spojrzałam na zegarek. Zostało 17 minut. To i tak lepiej niż się spodziewałam. Alex pociągnął mnie w kierunku wyjścia. – Nie! – zaprotestowałam. – W laboratorium jest Daniel – dodałam szybko, gdy spojrzał na mnie jak na wariatkę. Przecząco pokręcił głową. Sprawiał wrażenie jakby naprawdę było mu przykro. – Nie zdążymy – oznajmił, wciąż ciągnąc mnie w stronę drzwi. – Nie zamierzam zdążyć – odpowiedziałam mu cicho, zapierając się nogami. – Nie mogą wysadzić wyspy jednym wybuchem, bo wywołaliby jakąś katastrofę naturalną, tsunami, albo coś jeszcze gorszego. Nawet ja to wiem. Alex przytaknął. – To będzie dużo mniejszych wybuchów, rozłożonych w czasie, ale nas już tu nie będzie, żeby je oglądać – dodał. – W laboratorium jest schron. Przeczekamy w nim pierwszy wybuch i potem wyjdziemy na zewnątrz – oznajmiłam, wyrywając dłoń z jego uścisku. Natychmiast chwycił mnie ponowne. Cokolwiek ujrzał w moich oczach, wiedziałam, że mu się to nie spodobało. Adrenalina. Determinacja. Nie zamierzałam się poddać. – Alex, tracimy czas! – warknęłam na niego. – Powiedz mi gdzie on jest – oznajmił chłodno, przytrzymując moje nadgarstki. – Ja po niego pójdę, a ty w tym czasie znajdziesz się na plaży. Czy on zwariował? Nie zamierzałam go zostawić! – Nie ma mowy! Chłód jego spojrzenia i szczerość w głosie były nie do zniesienia. – Emily, tracimy czas – powtórzył moje słowa. – Twój plan jest wykonalny – dodał łagodniej – ale jeżeli pójdę sam. Jestem szybszy i silniejszy, a ty będziesz mi przeszkadzała. Nie chciałam się na to godzić, a jednak posłusznie ruszyłam w stronę drzwi. Miał rację i nawet nie próbowałam się okłamywać, że jej nie ma. Powiedziałam mu gdzie przetrzymują Daniela i oddałam swoją kartę, tuż przed tym jak wypchnął mnie na dwór. Ponownie spojrzałam na wyświetlacz komórki. Przez tą pieprzoną kłótnię zostało nam tylko dwanaście minut. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nikt na mnie nie czekał, z czego byłam naprawdę zadowolona. Opuściłam budynek szkoły i pobiegłam na plażę. Zatrzymałam się na szczycie wydmy. Na brzegu stało kilka sylwetek. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w dołku. Coś było nie tak, nie wiedziałam jeszcze tylko co. Schowałam się za krzakami, przypadając do ziemi i podczołgałam nieco bliżej. Zobaczyłam Markusa, Andre, Hansa i dwójkę innych chłopaków, których imion nie znałam. Popychali wysokiego, szczupłego chłopaka, w którego sylwetce rozpoznałam przyjaciela Sary, Niko. Ona sama drżała przy jego boku. Miałam ochotę przeklinać. Co oni tu do cholery robili? Wtedy to ujrzałam. Do brzegu płynęła łódź, niewielka motorówka. Z pewnością nie była głębokomorska, ale wystarczyła by dostać się nią na brzeg. Osiem minut. Czego oni chcieli od Niko i Sary? Zepchnęli ich na sam brzeg, tak, że ich buty obmywały najdalsze fale. Andre wyciągnął broń. Odbezpieczył. Celował w Sarę. Łódź była coraz bliżej. – Nie! – krzyknęłam, zbiegając po stromym zboczu na plażę. To było desperackie i głupie, a jednocześnie nie miałam lepszego pomysłu by w jakikolwiek inny sposób odwrócić ich uwagę. – No proszę, kogo my tu mamy – uśmiechnął się Andre, gdy znalazłam się bliżej. Teraz pistolet był wycelowany we mnie. Przez kilka przerażających sekund byłam przekonana, że po prostu do mnie strzeli, ale wtedy usłyszeliśmy warkot helikopterów. Były już widoczne i dopiero teraz uwierzyłam, że naprawdę miały przylecieć. Jednym, płynnym ruchem, Niko rzucił się na Andre, powalając go na piasek. Pistolet wypadł mu z ręki. Sara, ze swoim niesamowitym refleksem, podniosła go i odskoczyła na bok zanim ktokolwiek się zorientował. Łódź była już przy brzegu. Zaniepokojone spojrzenia wędrowały pomiędzy nią a helikopterami. W końcu napastnicy wbiegli do wody i dopadli kołyszącej się na drobnych falach motorówki. Andre wahał się najdłużej, ale ostatecznie on również zrezygnował. Gdy odpływali trzy helikoptery zawisły nad plażą. Wiatr był nie do zniesienia i byłam pewna, że zaraz zwali mnie z nóg. Z jednej maszyny wysunęła się drabina, a po chwili, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, na piasek wyskoczył nie kto inny, tylko mój ojciec. – Szybko, nie mamy czasu – starał się przekrzyczeć ryk silników. Cała nasza trójka stała jakby ktoś nas zamurował. Potem, z tego samego helikoptera, wysunął się Lucas i Sara bez wahania do niego podbiegła, a za nią Niko. Ja nie ruszyłam się z miejsca. Ojciec zbliżył się do mnie i spróbował chwycić mnie za ramię, ale od niego odskoczyłam. Jak mógł być jednym z tych, którzy zaplanowali zagładę całej wyspy? Śmierć tylu niewinnych osób? Mój ojciec, który stał się dla mnie zupełnie obcą osobą, dał znak ręką i dwa z trzech helikopterów odleciały. Ku mojej uldze jeden z Sarą, Niko i Lucasem na pokładzie. Potem rozległ się strzał, a po nim niosący się po wodzie odgłos wybuchu. Spojrzeliśmy w stronę oceanu. Wzdrygnęłam się. Znajdująca się daleko od brzegu motorówka wybuchła. Czy którykolwiek z chłopaków miał szansę to przeżyć? Mój ojciec zbliżył się ponownie. – Emily – odezwał się głośno – odpowiem na wszystkie twoje pytania, zdradzę ci każdą tajemnicę, tylko na litość boską wsiądź do tego helikoptera! Przecząco pokręciłam głową. Chciałam, naprawdę, ale nie mogłam. Byłam przekonana, że kiedy to zrobię, helikopter odleci, zostawiając na wyspie na pewną śmierć Alexa i Daniela. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tym razem ojciec najwyraźniej zrezygnował z proszenia. Chwycił mnie za ramię, przygotowany na to, że będę próbowała się wyrwać. – Nie! – warknęłam na niego. – Pokłócimy się później! – oznajmił nagląco. – Niedługo nic nie zostanie z tej wyspy! – Daniel i Alex tam są – krzyknęłam, żeby mnie usłyszał. – Musimy poczekać! Jego twarz nieco poszarzała, ale ku mojemu zdziwieniu skinął głową. – Poczekamy w helikopterze – rozkazał swoim wojskowym tonem. – Nie! – ani trochę mu nie ufałam i zamierzałam walczyć o pozostanie na plaży. Westchnął cierpiętniczo. Nagle rozległo się echo wybuchu. Ojciec rzucił się na mnie, przygniatając do ziemi. Czy to już? Kłóciliśmy się tak długo? Ogłuszający hałas, popiół i fala ciepłego powietrza, ale nic więcej. Wybuch był za daleko. Przerażenie dławiło mnie w gardle. Jakie były szanse na to, że Alexowi się udało? Co jeżeli wysłałam go tam na pewną śmierć? ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja nie przestawałam wpatrywać się w zasłaniający Akademię las. Obok czułam obecność ojca, który stał napięty jak struna. Byłam zaskoczona, że nie próbował mnie zaciągnąć do helikoptera siłą, ale naprawdę tego nie zrobił. Wziął mnie natomiast za rękę, a ja spojrzałam na niego oniemiała. Pułkownik Charles Morrington okazywał córce ludzkie uczucia. W pewnym momencie ścisnął moją dłoń mocniej. – Emily, silnik nie wytrzyma dłużej – oznajmił, a ja tym razem bardziej domyśliłam się znaczenia jego słów niż je usłyszałam. Przecząco pokręciłam głową. Jeżeli się udało… jeśli przeżyli wybuch… za chwilę powinni już tu być. Nie zamierzałam rezygnować. Nie dopóki pozostała jakakolwiek nadzieja. Wtedy znów rozległ się huk wybuchu. Tym razem tak blisko plaży, że zostałam przez niego ogłuszona. Nie miałam pojęcia jak znalazłam się na ziemi, ale gdy się podniosłam, z dymu i popiołu wyłoniły się dwie, podtrzymujące się nawzajem, przygarbione sylwetki. Moje serce zabiło jak oszalałe. Mój ojciec podniósł się z piasku i podbiegł by im pomóc. Nie wyglądali dobrze, byli poranieni, a ubrania mieli w zwęglonych strzępach, ale żyli, a to było w tej chwili najważniejsze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ To nie była nasza letnia posiadłość. To było lotnisko. Na dodatek na początku pasa startowego stał prywatny odrzutowiec. – Lecimy do Stanów – ojciec odpowiedział na moje nieme pytanie, gdy wysiedliśmy z helikoptera. – Dlaczego? – spojrzałam na niego zaskoczona. – Ponieważ tu czeka mnie pluton egzekucyjny za złamanie wszelkich, możliwych rozkazów – uśmiechnął się ponuro. – Emily, to co się stało było katastrofą. Gdybym wiedział, miał cokolwiek do powiedzenia… nigdy bym na to nie pozwolił. Wojsko chciało ukryć swoje eksperymenty i pogrzebać tajemnice, ale to… to nie był dobry sposób i nigdy nie będzie. Chcę żebyście były bezpieczne, ty i Sara. Nikt, nigdy nie powinien dowiedzieć się o tym skąd się wzięła. Z trudem przełknęłam ślinę. W oczach zbierały mi się łzy. Sara… miałam siostrę… a tam, na wyspie, zginęła jej matka. Chciałam znać odpowiedzi na tyle pytań, ale w tym momencie nurtowało mnie tylko jedno. – Jak to się stało, że ty i Marry Ann? – nie potrafiłam tego lepiej sprecyzować. – Dlaczego nic o niej nie wiedziałam? Mój ojciec westchnął, ale nie wyglądał na winnego. – Nie chciałem żebyś się do niej zbliżała – przyznał. – Nie chciałem, żebyś ją pokochała i straciła, tak jak matkę. To ona, twoja matka, namówiła mnie żebym jej pomógł – mówienie wyraźne sprawiało mu ból. Był nieobecny, zapatrzony w przestrzeń. – Przyjaźniły się, były jak siostry, a Mary Ann umierała. Jej największym marzeniem było posiadanie dziecka, ale przez wzgląd na chorobę nie mogła go urodzić. To doprowadziło do powstania Sary. Miała zostać odsunięta od dalszego udziału w eksperymencie, jako zwyczajne dziecko, ale gdzieś w międzyczasie jakiś kretyn stanął nam na drodze i tak się nie stało, a Sara nigdy nie dowiedziała się, że ma rodziców i przez całe życie myślała, że po prostu w jej przypadku coś się nie udało. – Spojrzał na mnie poważnie. – To, że istnieje, że się urodziła nigdy nie miało żadnego romantycznego podłoża. Chciałbym, żebyś wiedziała, że nigdy nic innego poza przyjaźnią nie łączyło mnie z Mary Ann. Ogarnęło mnie dziwne, ciepłe uczucie. Pomyślałam o Alexie i o tym, że jeszcze nie zdążyłam z nim porozmawiać. Mój ojciec zbyt wiele ukrywał, ale znacząco różnił się od wyobrażenia, które kształtowało się w mojej głowie przez ostatnich kilka lat. Impulsywnie przytuliłam się do niego, opierając głowę o jego bark, a on otoczył mnie ramionami. – Zaopiekujemy się Sarą – stwierdziłam z przekonaniem, a on obdarzył mnie ciepłym uśmiechem. Czekały na nas Stany Zjednoczone i nowe życie. Wolny wybór i przyszłość pełna różnobarwnych perspektyw. Epilog College! Nie sądziłam, że to takie cudowne miejsce! Najlepsze było to, że mogłam sama zdecydować czego chcę się uczyć. I oczywiście to, że chodziłyśmy tu razem z Sarą! Moja siostra otrzymała nową tożsamość i oficjalnie stała się daleką kuzynką, która po śmierci matki zamieszkała wraz z nami. Alex również miał teraz własne nazwisko i ku mojemu zdumieniu oraz nie mam pojęcia dzięki jakim argumentom, zaczął należeć do prywatnej armii mojego ojca, która mieszkała i odbywała treningi w naszym nowym, prowincjonalnym, amerykańskim domu. Właściwie bardziej pasowałoby tu określenie farma lub gospodarstwo, ale sama musiałam przyznać, że od pierwszej chwili polubiłam to miejsce. Po tym co wydarzyło się w Akademii Daniel i Alex zawarli cichy rozejm, ale wciąż darzyli się sporą dozą niechęci i nieufności. Bałam się, że to ja jestem tego przyczyną, ale nic nie potrafiłam z tym zrobić. Chyba obydwaj potrzebowali nieco więcej czasu. Wtedy właśnie go zobaczyłam. Stał niedbale oparty o podtrzymujący zieloną skarpę murek, tuż przy wejściu na parking. Motyle w brzuchu zawirowały w dzikim tańcu. Podbiegłam radośnie i rzuciłam się mu na szyję. Posadził mnie na murku i pocałował, oplatając ramionami. Mógł odejść, ale jednak został i nie sądziłam, żeby miały z tym cokolwiek wspólnego nawet najlepsze argumenty mojego ojca. – Jakie mamy plany na weekend? – spytałam gdy wreszcie udało mi się złapać oddech. Wzruszył ramionami. Pełen samozadowolenia uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Lucas planował zabrać Sarę nad morze, pomyślałem, że może my też się przyłączymy. Morze… tutejsze morze w niczym nie przypominało wzburzonej, uderzającej o skały wody otaczającej wyspę. Było błękitne i przejrzyste, a plaża pełna była niemalże białego piasku. Poza tym to, że Alex sam proponował wycieczkę w towarzystwie, również stanowiło miłą niespodziankę. Skinęłam głową, uznając, że to naprawdę cudowny pomysł, ale nie dał mi nic powiedzieć, ponownie wracając do łakomego całowania. Może nie zawsze będzie łatwo, ale przynajmniej teraz, tutaj, w Ameryce, wreszcie czułam się wolna, spełniona i naprawdę miałam ochotę by żyć i czekać na to co przyniesie ze sobą nowy dzień. The End Share this:TwitterFacebook [...] Read more...
Kropla Łez
Kropla ŁezSiedziałam skulona na podłodze, w rogu pokoju. Plecami opierałam się o zimną ścianę. Czułam się tak cholernie samotna, jak nigdy dotąd. Przez całe swoje życie wierzyłam w magię, a dziś… to wszystko było tylko głupim snem! Dotknęłam dłonią piekącego po silnym uderzeniu policzka. Dlaczego? Czy nic, już nigdy, nie będzie dobrze? Ten dzień rozpoczął się jak prawdziwy koszmar, a ja, mimo zachodu słońca, dalej w nim trwałam. Od ponad roku mieszkam tylko z bratem, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Ojciec opuścił nas, gdy byłam jeszcze mała, mama długo chorowała, a młodsza siostra, Julka przez prawie cały czas przebywa w szpitalu. Marek, mój brat, nie jest złym chłopakiem, zwyczajnie sobie nie radzi z tym wszystkim. Musiał rzucić szkołę i podjąć się pierwszej lepszej pracy, żeby nas utrzymać po śmierci mamy. Żebym ja mogła spokojnie skończyć liceum. Nie dał rady, popadł w długi, zaczął pić. Wciągnęły go narkotykowe zabawy. Teraz często wraca do domu w takim stanie jak dzisiaj. Wściekły, gotowy pod byle pretekstem zrobić nieprzyjemną awanturę lub nawet, co zdarza się ostatnio coraz częściej, uderzyć mnie. Dzisiaj wcale nie było inaczej. – Ty głupia szmato! – wrzasnął Marek, ledwie przekroczywszy próg naszego niewielkiego mieszkania. Jego oczy były rozszerzone od jakiegoś świństwa, które znowu postanowił wziąć. – Znowu nic nie robisz! Przez ciebie stracimy to pieprzone mieszkanie! Nawet nie próbowałam się odezwać. Dobrze wiedziałam, że nie ma to najmniejszego sensu. Tak bardzo pragnęłam stąd wyjść, ale zwyczajnie nie miałam dokąd, poza tym byłam pewna, że i tak by mi na to, w takim stanie, nie pozwolił. Skuliłam się z szybko bijącym sercem w rogu pokoju. Marek wszedł, nie fatygując się nawet, żeby zdjąć buty. Odrzucił byle jak kurtkę na jedno ze zniszczonych, drewnianych krzeseł. – Co jest do jedzenia? – warknął nie patrząc na mnie. – Nic nie ma – odpowiedziała cicho, coraz bardziej przestraszona. Przemierzył dzielącą nas przestrzeń zaledwie w kilku susach. Brutalnie chwycił mnie za ramię. W jego oddechu czuć było alkohol. – Jak to nic nie ma?! – krzyknął wściekle. – Nie miałam za co kupić – odpowiedziałam niepewnie, wiedząc, że ignorowanie jego pytań, kiedy jest w takim stanie to duży błąd. Wtedy mnie właśnie uderzył. W oczach stanęły mi łzy, kiedy wymierzył mi silny policzek. – Jesteś nic nie wartą dziwką – syknął. – Jeżeli jeszcze raz się to powtórzy to mnie popamiętasz – warknął gniewnie, potem odsunął się ode mnie, zabrał z krzesła swoją sportową kurtkę i trzaskając drzwiami wyszedł z domu, a ja znów zostałam sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rano obudziłam się bardzo niewyspana. Przez prawie całą noc nie mogłam zmrużyć oka, myśląc jedynie o Marku, na przemian to gniewając się na niego, to zamartwiając się, że nie wrócił na noc do domu. Ziewnęłam, przeciągnęłam się i wstałam z leżącego pod ścianą materaca. Nasze mieszkanie było naprawdę małe. Jeden pokój zajmujący dosłownie kilka metrów kwadratowych, przy drzwiach niewielka prowizoryczna kuchnia i odgrodzona kartonowo-gipsową ścianą miniaturowa łazienka. To wszystko czym dysponowaliśmy. Zerknęłam na stojący na szafce zegarek. Zaczęłam przeklinać. Cholerne urządzenie znowu stanęło, a ja z pewnością byłam już spóźniona do szkoły. Najszybciej jak potrafiłam wciągnęłam na siebie poprzecierane jeansy, niebieską koszulę w kratę i mój popielaty, jesienny płaszcz, który odziedziczyłam jeszcze po mamie. Chwyciłam granatowy plecak i pędem wypadłam ze starej kamienicy, w chłodne, wczesnojesienne powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nasza szkoła, liceum ekonomiczne imienia Mikołaja Kopernika, było zupełnie zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się budowlą z szarego kamienia. Korytarze miała chłodne, wąskie i mało przytulne. To jednak nikomu nie przeszkadzało w toczeniu ożywionych rozmów pod salami lekcyjnymi. Gwar i śmiechy uczniów zagłuszały nie tylko moje własne słowa, ale i myśli. – Znowu nie byłaś na polskim – niemal krzyknęła Marta, żeby dotarły do mnie jej słowa. – Co się stało? Pociągnęłam przyjaciółkę za rękę do damskiej łazienki. Tu było znacznie ciszej. – Marek dalej coś bierze, całą noc nie spałam – opowiedziałam przyciszonym głosem Marcie. Była moją jedyną, za to niezawodną przyjaciółką. Jej mogłam powiedzieć wszystko. – Do tego chcą nas wyrzucić z mieszkania, bo zalegamy z czynszem za trzy miesiące. – Paskudnie – odpowiedziała tylko – wiesz, że w razie czego zawsze możesz zatrzymać się u mnie… Moja matka nie będzie miała nic przeciwko. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie. – Ja tak, ale Marek nie – westchnęłam cicho. – Ehh, no na to nie ma szans – przyznała szczerze. – Wpadasz dzisiaj do mnie na noc? Jest piątek… trzeba chociaż trochę się rozerwać. Może coś razem wymyślimy? – Dobrze – uśmiechnęłam się do niej, kryjąc pod tym uśmiechem wszystkie moje zmartwienia. – Dzięki za zaproszenie. To co było na tym polskim? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy po szkole wróciłam do domu, Marek siedział na krześle. Miał przygarbione ramiona i ogólnie wyglądał jak ktoś, na kogo spadło naprawdę wiele nieszczęść. Na mój widok podniósł głowę. Wstał z krzesła. Jego twarz była bardzo blada. Wyraźnie rysowały się na niej duże, szare oczy. – Emilka – wypowiedział moje imię czułym, przepełnionym smutkiem głosem. – Przepraszam za wczoraj, ja nie… Jak zwykle nie dałam mu skończyć. Przylgnęłam do niego, oplatając go w pasie ramionami. Objął mnie delikatnie. – Przepraszam siostrzyczko – powtórzył cicho, tuląc mnie do siebie czułym gestem. Nie chciałam, żeby cokolwiek mówił. Nie chciałam od niego obietnic, których i tak nie dotrzyma. Dopóki był sobą, to i tak nie miało znaczenia. Odsunęłam się od niego niechętnie, rzucając w kąt mój granatowy plecak. – Idę do szpitala, pójdziesz ze mną? – zapytałam zmieniając temat. Chodziłam tam niemal codziennie, Marek tylko wtedy, kiedy nic nie brał, a ostatnio zdarzało mu się to coraz rzadziej. – Jasne, że pójdę – oznajmił z bladym uśmiechem. – Musimy przecież odwiedzić naszą małą Julkę. Pół godziny później staliśmy pod drzwiami dyżurki na oddziale chorób przewlekłych. Moja młodsza siostra miała szesnaście lat, chorowała na białaczkę. Na przemian, w zależności od jej stanu, zajmował się nią to szpital, to hospicjum. Rzadko kiedy czuła się na tyle dobrze, żeby normalnie chodzić do szkoły, a leczenie, które mogłoby cokolwiek zmienić, polegające w tym wypadku na przeszczepie szpiku kostnego, jak wszystko inne, wymagało pieniędzy. Tego, czego akurat nie mieliśmy. – Jak to nie możemy wejść? – zdenerwował się Marek. – To przecież nasza siostra! – Dzisiaj nie czuje się najlepiej – odpowiedziała spokojnie, obojętnym głosem pielęgniarka. – Teraz śpi. Jest po zabiegu. Możecie przyjść jutro. Marek nie miał jeszcze dwudziestu lat, a ja wiosną skończyłam osiemnaście. Tak naprawdę, nigdy nikt nie traktował nas poważnie. Widziałam, że mój brat zamierza się kłócić. To nie miało sensu, a jedynie nastawi do nas nieprzychylnie pielęgniarki. Położyłam mu rękę na ramieniu. – Wrócimy jutro – powiedziałam cicho. – Proszę jej przekazać, że byliśmy. Kobieta obdarzyła mnie zdawkowym, służbowym uśmiechem. – Oczywiście skarbie, przekażę jej – odpowiedziała, na powrót zagłębiając się w lekturze kolorowego pisma dla pań. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem znalazłam się u Marty. Siedziałyśmy na jej łóżku zajadając krakersy i popijając je sokiem żurawinowym produkcji jej mamy. Zawsze zazdrościłam przyjaciółce kompletnej rodziny, to jednak nigdy, w żaden sposób, nie wpływało na nasze stosunki. – Więc potrzebujesz jakiejś pracy! – stwierdziła dobitnie Marta. Jak zwykle rozmawiałyśmy o moich problemach, ona chyba tak naprawdę nie miała żadnych. Nawet kiedy podobał jej się jakiś chłopak, zawsze miała w sobie dość odwagi, żeby się tym sama zająć. Nie potrzebowała mojego wsparcia, natomiast dla mnie przyjaciółka była czymś w rodzaju liny ratunkowej. – Gdyby to było takie łatwe! – westchnęłam. – Wszędzie próbowałam… nigdzie mnie nie zatrudnią, dopóki chodzę do szkoły, a nie mogę zrezygnować z tego cholernego liceum, bo zabiorą nam opiekę nad Julką i stypendium socjalne. Marek po raz kolejny stracił pracę, wszystko wygląda beznadziejnie. – Jak bardzo jesteś zdeterminowana? – zapytała mnie Marta, a w jej oczach pojawiły się niebezpieczne błyski, jak zawsze wtedy, kiedy miała zamiar zdradzić cudzą tajemnicę. – Doskonale wiesz, jak bardzo – jęknęłam. – Wiesz jak zarabia na te wszystkie ciuchy i kosmetyki Kinga? – zapytała konspiracyjnym szeptem. – Przecież jej rodzina jest bardzo uboga… Pokręciłam głową, nie miałam pojęcia. – Znalazła sobie wujka z ameryki? – spytałam żartobliwie. – Coś w tym stylu… – uśmiechnęła się pogodnie Marta. – Ma sponsora, faceta, który płaci jej za seks. Spojrzałam na przyjaciółkę niedowierzająco, wyglądała zupełnie jakby właśnie oznajmiła mi prawdę objawioną. – Żartujesz, prawda? – zapytałam niedowierzająco. – Sugerujesz mi, że powinnam zostać dziwką? Marta skrzywiła się na te słowa. – Nie zupełnie… to nie to samo… – powiedziała nie patrząc na mnie. – Chodzi o znalezienie faceta, albo dwóch, którzy będą ci płacili za to, że z nimi sypiasz od czasu do czasu, a nie oddawanie się każdemu kto jest gotowy zapłacić. – Ty sobie naprawdę ze mnie jaja robisz – powiedziałam kręcąc głowa. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie. – Nie wracajmy już do tego tematu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W sobotę rano wróciłam do domu. Marka nie było, za to kiedy tylko weszłam usłyszałam mocne, właściwie nie pukanie, a walenie do drzwi. Niechętnie otworzyłam. W progu stał właściciel budynku. Łysawy facet w średnim wieku, z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem piwnym. No tak, ten cholerny czynsz… – Jesteście mi winni pieniądze za trzy miesiące – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jeżeli nie macie, to równie dobrze możecie się wynieść już teraz. Popatrzyłam na niego nieugiętym wzrokiem. – Zapłacimy pod koniec przyszłego tygodnia – oznajmiłam pewnym głosem, nie wierząc jednak za bardzo we własne słowa. On też mi nie uwierzył. – W następną niedzielę ma was tu nie być, gdyby nie moja żona, wyrzuciłbym was natychmiast, jej możecie podziękować – warknął i zniknął w ponurym, szarym korytarzu kamienicy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Przez cały dzień snułam się po dworze. Chłodne jesienne powietrze działało na mnie orzeźwiająco, w żaden jednak sposób nie pomagało na moje problemy. Dzięki temu, że śniadanie jadłam u Marty, nie czułam się przynajmniej głodna, cieszyłam się też, że w mieszkaniu, na kuchennym blacie zostawiłam kanapki dla Marka. Westchnęłam. Coś w końcu kiedyś musi zacząć się pomyślnie układać. Coraz poważniej zaczęłam zastanawiać się nad sugestią Marty. Nie byłam jakąś niesamowitą pięknością, ale nie należałam też do brzydkich dziewczyn. Nie jeden raz jakiś chłopak zachłannie wodził za mną wzrokiem. Mam metr siedemdziesiąt, długie blond włosy sięgają mi niemal do pasa, a moje szaro-niebieskie oczy są duże i mają ładny kształt. Jestem szczupła, nawet miejscami za bardzo, przez to, że zdarzało mi się naprawdę źle odżywiać, mimo to nigdy nie narzekałam na swój wygląd. Najczęściej był mi po prostu obojętny. Koło siedemnastej znów stałam w drzwiach mieszkania Marty. Przyjaciółka przywitała mnie, jak zwykle, bardzo ciepło, wyglądała jednak na odrobinę zdziwioną, że znowu się u niej pojawiłam. – Marta, jak to się robi? – zapytałam, gdy tylko znalazłyśmy się u niej w pokoju. – Robi się co? – nie zrozumiała dziewczyna. – Szuka tego całego sponsora – odpowiedziałam lekko nachmurzona. – Zmieniłaś zdanie? – spytała niepewnie. – Tak, zmieniłam – odparłam z ciężkim westchnieniem. Chwilę później siedziałyśmy przed komputerem czytając różnego rodzaju ogłoszenia na towarzyskich portalach. Marta zasugerowała, żebym umieściła tam własne, ja jednak wolałam na razie skorzystać z już istniejących. Wybrałyśmy kilkanaście sensownie napisanych, a potem moja przyjaciółka powysyłała do ogłoszeniodawców maile. Przez cały kolejny tydzień w szkole opowiadała mi treść różnego rodzaju, głównie wulgarnych maili na które odpisywała. W końcu jednak, w czwartek, oznajmiła mi, że umówiła mnie na spotkanie z jakimś całkiem sensownym i kulturalnym gościem. Miałam przyjść do niej zaraz po szkole, przygotować się, a potem iść na spotkanie. Planował być z kolegą. Marta zaproponowała, że pójdzie ze mną, ja jednak nie chciałam. Wolałam stawić temu czoła sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Bardzo denerwowałam się czekającym mnie spotkaniem. Przez całą drogę próbowałam sobie wmówić, że to nic takiego, ale wiedziała, że wcale tak nie jest. Chciałam zrobić coś paskudnego, coś zupełnie amoralnego, a jednak, nie widziałam nigdzie innego wyjścia. Dzięki temu los Juli, los Marka, mój los miały sporą szansę się poprawić. Byłam zdeterminowana i gotowa na wszystko. Martwiło mnie teraz jedynie moje zniszczone codziennie ubranie i brak jakiegokolwiek makijażu. Głupia polonistka, że też akurat dzisiaj, kiedy byłam umówiona na to nieszczęsne spotkanie, musiała mnie zatrzymać po lekcjach! Nie zdążyłam zajść do Marty, żeby się przygotować, jak planowałyśmy poprzedniego dnia. Niezbyt pewna siebie otworzyłam przeszklone drzwi kawiarni, w której miało odbyć się nasze spotkanie. Przy stole w rogu, na wyblakłej, czerwonej kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Zdziwiło mnie to, że byli tacy młodzi, żaden z nich na pewno nie dotarł jeszcze do trzydziestki, ale idealnie pasowali do podanego opisu. Pierwszy z nich był blondynem, z typu tych, którzy całe dnie spędzają na siłowni i solarium. Miał na sobie markowe, sportowe ubranie, a na jego twarzy gościł rozbawiony uśmiech. Wyraźnie nie czuł się ani trochę skrępowany zaistniałą sytuacją. Drugi miał kasztanowe, delikatnie przydługie włosy i sceptyczny, ponury wyraz twarzy. Jego usta zaciśnięte były w wąską kreskę. Na sobie miał koszulę w kolorze wytrawnego wina i modnie skrojoną marynarkę. Podeszłam do nich ukrywając wstyd i zmieszanie pod maską uprzejmego uśmiechu. W duchu przeklinałam swoje wytarte jeansy i kraciastą koszulę. Pierwszy raz w życiu miałam za złe swoim włosom, że zawsze tak niesfornie wyplatają się z gumki. Przywitałam się grzecznie, przedstawiłam, zdjęłam popielaty płaszcz i usiadłam. Oni także podali swoje imiona, ten elegancko ubrany nazywał się Sebastian, drugi natomiast przedstawił się jako Rafał. Blondyn rzucił mi spojrzenie okraszone drwiącym uśmieszkiem, które bez trudu odczytałam jako słowa, których jednak nie wypowiedział „Czego ty tu właściwie szukasz smarkulo? To nie piaskownica. Jesteś dokładnym przeciwieństwem tego, o co nam chodziło.”. Czekoladowe oczy bruneta pozostały lodowato zimne, a twarz nie wyrażała niczego. Kiedy spojrzał bezpośrednio na mnie, jakby oceniając moją osobę wzrokiem, poczułam dziwny, irracjonalny strach. Było w nim coś złowieszczego. Szybko otrząsnęłam się z tych dziwnych myśli, starając się skupić całą uwagę na luźno rzucanych przez blondyna pytaniach. – Więc jesteś pełnoletnia? – zapytał jakby odrobinę rozbawiony. – Tak, skończyłam osiemnaście lat w marcu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Po jego twarzy widziałam, że mi nie uwierzył. Przeklęta polonistka! Dlaczego musiała sobie wybrać na zatrzymanie mnie po lekcjach akurat dzisiejszy dzień? – Robiłaś to już kiedyś? – zadał kolejne pytanie. – Masz na myśli seks czy seks za pieniądze? – spytałam coraz bardziej zirytowana jego postawą, zapominając o tym, że powinnam wobec niego być miła i uprzejma. Teraz otwarcie się roześmiał. – I jedno i drugie – powiedział nie kryjąc drwiącego uśmiechu. – Nie jestem dziewicą – powiedziałam patrząc na niego wyzywająco – ale nigdy nie zarabiałam w ten sposób. Pytań było jeszcze kilka. Brunet przez cały czas milczał jedynie przyglądając mi się uważnie. W końcu blondyn podziękował i oznajmił, że dadzą mi znać. Jego spojrzenie znów mówiło „nie licz na to, mała”. Pożegnałam się, wstałam od stolika naciągając na ramiona płaszcz i wyszłam z kawiarni w chłodne, wieczorne powietrze. W gardle czułam nieprzyjemny ucisk. Nie sądziłam, że nasza rozmowa będzie wyglądała w taki sposób, ale niby czego innego mogłam się spodziewać? Byłam już prawie na przystanku, kiedy dogonił mnie blondyn. Miał bardzo ponurą minę. Obrzucił mnie jednocześnie pogardliwym i niedowierzającym spojrzeniem. Do ręki wcisnął mi jakąś wizytówkę. – Jeżeli jesteś zainteresowana – powiedział złowrogo – to bądź pod tym adresem jutro o dziewiętnastej. Miłej nocy – rzucił odwracając się i odchodząc z powrotem w stronę zatłoczonej kawiarni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Z drżącym sercem minęłam bramę strzeżonego osiedla. Tym razem przynajmniej wyglądałam w miarę sensownie. Miałam na sobie pożyczoną od Marty granatową tunikę, cienkie rajstopy, wysokie buty i delikatny, chłodny makijaż. Mimo to, w dalszym ciągu, czułam się cholernie niepewnie. Ze wszystkich sił starałam się uspokoić oddech wjeżdżając windą na czwarte piętro nowo wybudowanego bloku. Kiedy stanęłam pod drzwiami przymknęłam oczy, starając się nie myśleć o tym po co i dlaczego w ogóle tu przyszłam. Z wnętrza mieszkania usłyszałam głosy. Jeden z nich mówił z wyraźnym wyrzutem, niezbyt miłym, niezadowolonym tonem. Rozpoznałam dźwięczny głos Rafała. – Dlaczego akurat ona? Z pośród dwudziestu naprawdę ładnych dziewczyn wybrałeś akurat tą, która wyglądała jakby dopiero co z podstawówki wyszła! Nie jestem przekonany czy ona kiedykolwiek słyszała takie słowo jak „moda”- powiedział rozżalony. Potem do moich uszu dotarł głęboki, ale wcale  nie wesoły śmiech. – Wybrałem ją, ponieważ widziałem jak ci się nie podoba – powiedział ironicznie, drwiącym tonem drugi głos. – Czasami po prostu nie potrafię się powstrzymać przed zrobieniem ci na złość. Dla mnie to nie miało najmniejszego znaczenia, która to będzie. – Jestem ciekaw czy przyjdzie – burknął w odpowiedzi głos Rafała. – Nie wyglądała na zbyt pewną tego co robi. – Przyjdzie – odpowiedział z całą stanowczością Sebastian – widziałem to w jej oczach. Była zdecydowana. Jak się pojawi, przyślij ją do mnie. Potem głosy umilkły, a ja nie byłam w stanie się nawet poruszyć. Zaciskałam w pięści drżące dłonie. W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do drzwi. Rafał otworzył mi prawie natychmiast. Spoczął na mnie jego lekko niedowierzający wzrok. – Wyglądasz o niebo lepiej niż wczoraj – stwierdził beznamiętnie, a potem wpuścił mnie do środka. – Dzięki – bąknęłam nie będąc pewną jak się w stosunku do niego zachować. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mieszkanie było przestronne i ładne. Urządzone w dość surowym, ale jednocześnie nie odpychającym stylu. Czarne, skórzane meble idealnie współgrały ze szklanymi blatami stołu i barku. Na ścianach wisiały nowoczesne, oprawione w anty-ramy obrazy. Z miejsca nie przypadły mi do gustu, nigdy takich nie lubiłam. Dla mnie sztuka powinna przedstawiać coś pięknego, a nie jakieś nic nie wyrażające kreski. Rafał zabrał ode mnie płaszcz, a potem zaprowadził mnie pod drzwi jednego z trzech pokoi. Chciał mnie pod nimi zostawić, ale chwyciłam go za rękę. Szybko odsunęłam się od mężczyzny, kiedy tylko zorientowałam się co zrobiłam. – Co znowu? – spytał zrezygnowany. – Czego ode mnie oczekujecie? – spytałam niepewnie. Blondyn przewrócił oczami. – Po prostu rób to, czego on od ciebie chce, ni mniej ni więcej – westchnął. – Dasz sobie radę – powiedział odrobinę łagodniejszym głosem. Potem otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka, zamykając je za mną, jakby odcinał ostatnią drogę ucieczki. Stanęłam w progu sporej sypialni, urządzonej w różnych odcieniach szarości. Na środku stało spore łóżko, w rogu była szafa z pomalowanego na czarno drewna, a po drugiej stronie pokoju okno i otwarte, prowadzące na balkon drzwi. Podeszłam tam i wyjrzałam przez nie. Sebastian stał na balkonie paląc papierosa. Miał na sobie grafitowe jeansy i czarną koszulkę bez rękawów. Wyglądał naprawdę nieźle. Coraz bardziej zaczęło mnie zastanawiać dlaczego taki facet chce płacić za seks. Wiedziałam jednak, że zadawanie pytań i zaspakajanie własnej ciekawości nie należy do moich praw. – Dobry wieczór – przywitałam się nieśmiało, kiedy odwrócił się w moją stronę. – Cześć – odpowiedział spokojnie paląc dalej. W milczeniu czekałam aż skończy, wpatrując się w kolorowe światła miasta. Mieszkanie, w którym przebywaliśmy znajdowało się w ścisłym centrum Krakowa. Okolica była jasno oświetlona i naprawdę ładna. Wreszcie Sebastian zgasił niedopałek w stojącej na parapecie popielniczce i wszedł do środka, zamykając za sobą balkonowe drzwi. Spojrzał teraz prosto na mnie, a ja znów poczułam irracjonalny strach. Sama tego chciałaś, zgodziłaś się na to, powtarzałam sobie w myślach, starając się nie pokazać mu swoich uczuć. – Rozbierz się – rozkazał, tak po prostu bez żadnych wstępów. – Chcę cię zobaczyć. Z trudem przełknęłam ślinę. Mówił całkiem poważnie. Lekko drżącymi dłońmi sięgnęłam do sznurowanego zapięcia tuniki. Starałam się myśleć o czymkolwiek innym, ale rozpraszało mnie natarczywe spojrzenie chłopaka. Czułam wstyd. Całą siłą woli walczyłam z pojawiającymi się na mojej twarzy bladymi rumieńcami. W końcu zrezygnowałam z prób myślenia o czym innym, zwyczajnie nie byłam w stanie. Przyjrzałam się Sebastianowi. Ile mógł mieć lat? Może dwadzieścia siedem? Wiedziałam dlaczego ja znalazłam się w tej sytuacji, ale dlaczego on? Coraz silniej nie dawało mi to spokoju, mimo, że próbowałam sobie wmówić, że to nie moja sprawa. Powoli zdejmowałam z siebie ubranie, aż w końcu zostałam w samej, koronkowej bieliźnie. Jeszcze bardziej zawstydziłam się na myśl, że nawet to musiałam pożyczyć od Marty. – Podejdź tu – powiedział, a ja natychmiast posłuchałam. Rozpiął mój stanik, odrzucając go na podłogę, na stertę reszty moich ubrań. Jego twarz w dalszym ciągu była nieprzeniknioną maską, oczy błyszczały jednak z podniecenia. Położył dłoń na mojej delikatnej piersi. Ścisnął ją niezbyt mocno, kciukiem przesuwając po sterczącym sutku. Mimo, że w pokoju nie było zimno, zadrżałam. – Rozepnij mi spodnie – rozkazał lekko zachrypniętym z podniecenia głosem. Posłuchałam. Rozpięłam mu rozporek, uwalniając sterczącego, gotowego do akcji członka. Przestraszyłam się jeszcze bardziej widząc jego wielkość. Nie miałam w tych sprawach zbyt dużego doświadczenia. Miałam już za sobą tę pierwszą, jedyną w życiu noc, ale właściwie nic więcej. Chłopak, z którym straciłam dziewictwo, mimo zapewnień o wielkiej, dozgonnej miłości, kiedy tylko dostał to czego chciał, więcej się do mnie nie odezwał. – Zrób mi loda – usłyszałam kolejne polecenie Sebastiana. W pierwszym odruchu, chciałam mu odpowiedzieć, że nie chcę. Potem jednak sama siebie upomniałam, gdzie jestem i co właściwie tutaj robię. Nikt nie obiecywał, że będzie jak w bajce. Uklęknęłam przed mężczyzną biorąc do ręki jego męskość. Nigdy tego jeszcze nie robiłam, starałam się jednak jak najlepiej umiałam. Najpierw zaczęłam lizać samą główkę, potem przesuwałam językiem od nasady aż po czubek. Wreszcie wsunęłam go sobie do ust. Wszedł niemal do połowy. Zaczęłam poruszać głową, jednocześnie pieszcząc czubek językiem. Jedyną oznaką podniecenia Sebastiana był jego przyspieszony oddech. To jednak wystarczyło mi za wskazówkę, że robię to tak, jak powinnam. Zaskoczyło mnie, kiedy w pewnym momencie, przytrzymał moją głowę przy swoich lędźwiach. Poczułam w ustach słodkawo-słony smak. Przełknęłam niechętnie płyn, żeby się nie udławić. Mężczyzna odsunął się ode mnie dopiero po chwili. Schował ciągle jeszcze sterczący członek i zapiął spodnie. – Na dzisiaj wystarczy – stwierdził – drzwi po lewej to łazienka, na stole leży koperta, to jest zaliczka. Rafał wezwie dla ciebie taksówkę – oznajmił beznamiętnym tonem, po czym jak gdyby nigdy nic wyszedł z pokoju. Zostałam sama. Opadłam na popielaty dywan. W oczach stanęły mi łzy. Nie płakałam jednak. Nigdy nie płakałam, już dawno zapomniałam jak to się robi. Jaki zresztą sens mają łzy, gdy nie ma przy tobie nikogo, kto mógłby cię pocieszyć? Musiałam być silna. Pozbierałam porozrzucane po podłodze ubrania i wciągnęłam je na siebie najszybciej jak potrafiłam. Nie skorzystałam z łazienki, nie obchodziło mnie jak wyglądam. Jak najszybciej chciałam znaleźć się w domu. Kiedy weszłam do salonu, blondyn leżał rozwalony na skórzanej kanapie. Głową wskazał leżącą na stole kopertę. Wzięłam ją nie zaglądając do środka. W tym momencie było mi wszystko jedno. – Zostaw mi swój numer – powiedział Rafał patrząc na mnie z niechęcią. Zmieszałam się odrobinę. – Nie mam… – odpowiedziałam cicho. – Yhh? Jak to nie masz? – zdziwił się chłopak. – Po prostu, nie używam telefonu komórkowego – odpowiedziałam zawstydzona. Nie potrzebne mi dodatkowe wydatki, dodałam w myślach.  Blondyn spojrzał na mnie jak na przybysza z kosmosu. – Dobra – stwierdził w końcu. – Jutro o dziewiętnastej tutaj. Pasuje? – Skinęłam głową. – Zadzwonić po taksówkę? – zapytał. – Nie – odpowiedziałam – poradzę sobie. Dobranoc. Zdjęłam z wieszaka swój popielaty płaszcz i wyszłam z mieszkania. – Do jutra – rzucił za mną Rafał nie ruszając się z kanapy. Prawie wybiegłam z budynku. Czułam się naprawdę paskudnie. Gniewne słowa mojego brata nabrały nowego znaczenia. Teraz naprawdę byłam dziwką. Do koperty zajrzałam dopiero stojąc na pustym przystanku autobusowym. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia. W środku był tysiąc złotych, w pięciu banknotach po dwieście. Tyle mi zapłacił za głupiego loda?!  Mówił, że to zaliczka… ale przecież mogłam do niego nie wrócić… wiedziałam, że wrócę. Dzięki tej cholernej kopercie zapłacę zaległy czynsz za mieszkanie, a może jeszcze nawet coś zostanie. Zadrżałam z zimna. Poczułam w sobie determinację. Zrobię wszystko co będzie trzeba, żeby pomóc Markowi i Julce. Wreszcie podjechał autobus, a ja wsiadłam do niego z nadzieją na nowe, lepsze życie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wróciłam do domu dochodziła jedenasta. Marka nie było. Na kuchennym blacie znalazłam wydartą z zeszytu kartkę. „Możesz jutro spać u Marty? Potrzebuję mieszkania na noc. Z góry dzięki.” – głosił pospiesznie nabazgrany napis. U Marty, nie u Marty, co za różnica, pomyślałam, grunt, że mnie nie będzie. Obok kartki znalazłam foliową reklamówkę z zupkami chińskimi. Zaburczało mi w brzuchu. Uśmiechnęłam się na myśl, że jednak mój kochany braciszek czasami myślał też o mnie. Zjadłam jedną z zupek, wykąpałam się i położyłam spać. Mimo zmęczenia długo nie mogłam zasnąć. Coraz bardziej martwiła mnie sobota i kolejny wieczór, który miałam spędzić w towarzystwie Sebastiana. Rano, nie do końca wyspana, spakowałam pożyczone od przyjaciółki ubrania i poszłam zapłacić zarządcy kamienicy czynsz. Ucieszyłam się, kiedy drzwi otworzyła jego żona. Była pulchną, zawsze uśmiechniętą kobietą po pięćdziesiątce. Przywitała mnie z odrobinę zakłopotaną miną, ale zaprosiła do środka. Już po chwili siedziałam w jej jasnej kuchni jedząc kanapki z zielonym ogórkiem i popijając malinową herbatą. Kiedy podałam jej kopertę, smutny uśmiech na jej twarzy zastąpiło początkowo niedowierzanie, a potem prawdziwa ulga. Wszyscy uważali mojego brata za hultaja i nieudacznika i chyba tak naprawdę nikt nie wierzył, że uda nam się spłacić długi. Grzecznie podziękowałam za gościnę i pożegnałam się z gospodynią. Zostało mi jeszcze trochę gotówki i mimo, że wydawało się to w mojej sytuacji absurdalną rzeczą, wiedziałam, co z tymi pieniędzmi zrobię. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Koło południa weszłam do pomalowanej na biało, sprawiającej niemal sterylne wrażenie, szpitalnej sali. Julka miała na sobie flanelową, rozpinaną piżamę w żółte, drobne kwiatki. Wyglądała bardzo blado i smętnie, w moich oczach z każdym dniem coraz gorzej. Siedziała na łóżku i czytała książkę. Kiedy zorientowała się, że ktoś przyszedł podniosła znad niej głowę. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie. – Jak się czujesz słoneczko? – zapytałam wesoło podchodząc do niej. Nie była ode mnie dużo młodsza, a jednak od zawsze się nią opiekowałam, a ona przyjmowała to z uśmiechem, jak prawdziwy dar niebios. Ogólnie zawsze była bardzo pogodna i wesoła, zdecydowanie bardziej niż ja kiedykolwiek potrafiłabym być. – Dobrze – powiedziała swoim cichym, słabym głosem. – Bardzo chciałabym wrócić do domu. – Niedługo – powiedziałam jak zwykle okłamując  siostrę. – A teraz mam coś dla ciebie. Rozpięłam swój granatowy, wysłużony plecak i wyjęłam z niego blok rysunkowy w twardej oprawie i suche pastele. Oczy Julki rozbłysły. Zatańczyły w nich wesołe iskierki. Na policzki wpełzł delikatny rumieniec. Zawsze uwielbiała malować. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie, a ona odpowiedziała mi pełnym entuzjazmu i dziecięcej radości uśmiechem. Resztę popołudnia spędziłyśmy na wspólnym malowaniu, a ja nie potrafiłam wyobrazić sobie przyjemniej płynących chwil. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po szesnastej znalazłam się w mieszkaniu Marty. Przyjaciółka natychmiast zaczęła mnie o wszystko wypytywać, a ja nie miałam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Usiadłyśmy u niej w pokoju, a ona zaczęła przetrząsać swoją szafę. – Poczekaj Emila! Zaraz znajdę coś idealnego dla ciebie – oznajmiła entuzjastycznie skacząc dookoła mnie jak mały króliczek. Przyglądałam się jej siedząc na łóżku, jak wyciąga coraz to nowe ubrania z szafy powiększając jedynie rosnącą na fotelu bezładną stertę. – Wiesz Martuś, nie sądzę, żeby ich tak naprawdę obchodziło w co jestem ubrana… – powiedziałam delikatnie, nie chcąc urazić przyjaciółki. Odwróciła się do mnie gwałtownie. Na jej twarzy malowało się przerażenie. – Ich?! – zapytała. – Robisz to więcej niż z jednym?! Roześmiałam się, tak absurdalnie to dla mnie zabrzmiało. Zresztą, co za różnica… – Nie Martuś, robię to z jednym, a właściwie jeszcze tego z nim nie robiłam, zapłacił mi za zrobienie sobie laski… – Więc czemu mówiłaś w liczbie mnogiej? – zapytała wracając do przekopywania szafy. – Bo jest ich dwóch – westchnęłam – tyle, że ten drugi najwyraźniej załatwia za Sebastiana wszystkie interesy. – Sebastian? – zapytała zamyślona. – Ładne imię – stwierdziła. – Jest chociaż trochę przystojny? – Ujdzie – powiedziałam wymuszając na swojej twarzy uśmiech. Przed oczami natychmiast stanęły mi jego lodowato zimne, złowieszcze, czekoladowe oczy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kilka minut przed dziewiętnastą stałam pod drzwiami mieszkania w centrum Krakowa. Tym razem ze środka przywitała mnie jedynie głucha cisza. Zadzwoniłam do drzwi. Po dłuższej chwili otworzył mi wyraźnie zaspany Rafał. – Shit! Już tak późno? – niemal jęknął. – Sebastiana jeszcze nie ma, wejdź – powiedział odsuwając się, żebym mogła wejść do środka. Odrobinę skrępowana zdjęłam popielaty płaszcz i usiadłam na samym brzegu skórzanej kanapy. Blondyn przyjrzał mi się uważnie. Tym razem miałam na sobie białą, krótką sukienkę w drobne czarne kwiaty, kabaretki i delikatny makijaż wyraźnie podkreślający oczy. Wysoko upięte włosy spływały kaskadą po moim lewym ramieniu. W takim stroju czułam się znacznie bardziej pewna siebie. – Z każdym dniem lepiej wyglądasz – stwierdził z ponurym wyrazem twarzy. – Znowu to on miał rację, a ja się myliłem. Nawet nie wiesz, jak bardzo tego nienawidzę. – Dzięki, jeżeli to miał być komplement – mruknęłam w odpowiedzi. Uśmiechnął się do mnie bezczelnie. – Owszem, miał – odpowiedział – a jednocześnie chciałem ponarzekać na mój los idioty – stwierdził sarkastycznie. Roześmiałam się. Zdziwiło mnie, jak swobodnie czułam się w towarzystwie Rafała. Ogromnie mnie irytował, ale jednocześnie nie potrafiłam nie odpowiedzieć uśmiechem na jego szeroki uśmiech. Rozsiadł się wygodnie na jednym z towarzyszących kanapie wysokich, czarnych foteli. – Posłuchaj, jest taka sprawa – powiedział przyglądając mi się uważnie. – On chciałby, żebyś została na dłużej… powiedział, że się zgodzisz… nie wiem skąd wysnuł takie wnioski, ale jeszcze nie widziałem, żeby się kiedyś pomylił. Skinęłam głową. – Miał rację – powiedziałam cicho, nie zastanawiając się nad tym specjalnie. – Zostanę. – Tyle, że jest kilka „ale” – oznajmił jakby niepewnie. – Po pierwsze on chce mieć cię na wyłączność, dopóki będzie twoim sponsorem, nie będziesz miała żadnych innych, nazwijmy to, zobowiązań. Wzruszyłam ramionami, nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby coś takiego planować. Dopóki będzie mi płacił, nie miało to zresztą większego znaczenia. – Masz na myśli partnerów do seksu? – spytałam uszczypliwie. – Nie planowałam żadnych innych. – Świetnie – odparł ponuro – uznaję, że to zgoda na ten warunek. Po drugie, jakichkolwiek przekonań byś nie miała – kontynuował – dostaniesz telefon komórkowy i zaczniesz go używać. Pasuje? Skinęłam głową. To był kolejny nieistotny szczegół. – Po trzecie – ciągnął dalej – ale za to najważniejsze, Sebastian potrzebuje dziewczyny nie tylko do seksu… Będziesz musiała uczestniczyć w jego życiu towarzyskim, oczywiście o ile się nadasz – dodał cierpko. – Czy to stanowi dla ciebie jakiś problem? – Nie, nie stanowi – odpowiedziałam nie do końca zastanawiając się nad tym, co Rafał powiedział. Chciał dodać coś jeszcze, ale w słowo wszedł mu głośny dzwonek telefonu. Usłyszałam znajome słowa piosenki Nirvany. Zaskoczona spojrzałam na blondyna, który szybkim ruchem sięgnął po leżący na stole telefon. Odebrał. Rozmawiał przez krótką chwilę. Właściwie to najwyraźniej słuchał dzwoniącej osoby, bo jedynie od czasu do czasu coś potwierdzał lub przytakiwał. Odetchnął jakby z ulgą, kiedy zakończył toczoną rozmowę. Niedbale odrzucił telefon na stół. – Dzwonił Sebastian, będzie za kilkanaście minut – oznajmił. Odwrócił ode mnie wzrok. Wyglądał na lekko zawstydzonego. – Chciał żebyś poszła do niego do sypialni i czekała rozebrana na łóżku. – Jasne – odpowiedziałam wstając z gracją z kanapy – w końcu to jego życzenia mam spełniać. Rzuciłam Rafałowi przelotny uśmiech i zniknęłam za drzwiami, poznanej ostatnio, sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Leżałam naga na srebrnoszarej narzucie łóżka. Bałam się. Oczekiwanie na to co nieuniknione jedynie wzmagało mój strach. Nie chciałam żeby przychodził, a jednocześnie całą sobą błagałam żeby się nareszcie pojawił i żeby było już po wszystkim. Kiedy wreszcie stanął w drzwiach serce biło mi jak oszalałe. Mimo całego wysiłku woli na jaki byłam w stanie się zdobyć nie potrafiłam uspokoić przyspieszonego oddechu. Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie. W kącikach jego ust błąkał się ironiczny uśmieszek. Wyglądał niesamowicie. Był gładko ogolony, miał na sobie grafitowe jeansy i czarną, klasyczną koszulę. Gdyby nie ten drwiący uśmiech i lodowato zimne oczy, uznałabym, że jest nieziemsko przystojny. Sebastian zapalił nocną lampkę, zgasił górne światło i wolnym krokiem podszedł do łóżka na                                   którym leżałam. Usiadł na brzegu, łakomie wpatrując się w moje ciało. Podniosłam się na łokciu. – Nie wstawaj – powiedział cicho, jednak w tonie jego głosu słyszałam wyraźny rozkaz. Nie zamierzałam protestować. Spojrzał mi w oczy, a ja znów poczułam niewyjaśniony, irracjonalny lęk. Jakim sposobem oczy w kolorze czekolady mogły być aż tak zimne? Twardą, ciepłą dłonią przesunął po moim udzie. Nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Nie zwrócił na to uwagi. Jego ręka powędrowała na mój naprężony ze zdenerwowania brzuch, a potem piersi. Zdjął z siebie koszulę i spodnie. – Odwróć się na brzuch – rozkazał zupełnie wypranym z wszelkich emocji tonem. Posłuchałam. Uklękłam na łóżku, podpierając się na rękach. Głowę położyłam na przykrytej srebrnoszarą tkaniną poduszce. Sebastian znalazł się za mną. Poczułam na swoich pośladkach jego sztywny członek. Nie przestawał mnie dotykać. Rozsunął mi nogi. Jego palce zaczęły się przesuwać po moim intymnym miejscu. Przymknęłam oczy walcząc ze sobą, żeby się od niego nie odsunąć. Miałam ochotę zaprotestować, nie pozwolić mu na to. Jego dłoń stawała się coraz bardziej natarczywa. Wsunął we mnie palec, potem dołączył do niego drugi. Moje ciało reagowało na jego dotyk, mimo ponurych myśli stawałam się coraz bardziej wilgotna. W końcu przerwał na chwilę, podniósł z podłogi spodnie i wyciągnął z nich zafoliowaną paczkę prezerwatyw. Naciągnął jedną z nich na swój naprężony, sterczący członek. Uklęknął za mną, podciągając mnie odrobinę wyżej. Wtuliłam twarz w poduszkę. Zamiast się rozluźnić, tak jak powinnam to zrobić, spięłam się tylko jeszcze bardziej. Wszystko we mnie krzyczało w głośnym proteście. Mężczyzna ostatni raz przesunął palcami po moim łonie, a potem zaczął napierać członkiem na moją ciasną szparkę. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, kiedy wszedł do środka. Zaczął się we mnie poruszać. W dole brzucha poczułam ostry, kujący ból. Zagryzłam zęby. Dłonie Sebastiana błądziły po moich wyprężonych w łuk plecach i napiętych pośladkach. Wchodził we mnie coraz głębiej, za każdym razem szybszymi i mocniejszymi pchnięciami. Podniecenie i przyjemność mieszały się w moim umyśle z bólem i upokorzeniem. Nie tak wyobrażałam sobie moje życie seksualne. Nikt jednak nie okłamywał mnie, że marzenia się spełniają. Coraz boleśniej odczuwałam jego niegasnące podniecenie. Całą sobą błagałam, żeby wreszcie skończył. Dopiero po kilkunastu minutach poczułam jak jego męskość zaczyna prężyć się i pulsować. Wyszedł ze mnie po kilku stanowczych, końcowych pchnięciach. Zdjął wypełnioną białą cieczą prezerwatywę, zawiązał na supeł i odrzucił na podłogę, potem, zmęczony, opadł obok mnie na łóżko. Usiadłam czekając na to, co będzie dalej. – To wszystko – powiedział nie patrząc na mnie. – Możesz już iść. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie, jakbym była jakąś zabawką. Zabrałam ze stojącego pod szafą krzesła swoje ubrania i przemknęłam się do znajdującej się za sąsiednimi drzwiami łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Chciałam się stąd wynieść, najlepiej natychmiast, ale po prostu po tym co się stało, nie mogłam się nie wykąpać. Czułam się naprawdę paskudnie. Wyszłam spod prysznica na wiśniowe kafelki podłogi. Oparłam się o zimną ścianę. Za wszelką cenę starałam się powstrzymać napływające do oczu łzy. W końcu wytarłam się jednym z leżących na szafce, złożonych w równą kostkę, białych ręczników. Pospiesznie włożyłam na siebie ubranie i otworzyłam drzwi z jedną przewodnią myślą w głowie – byle tylko znaleźć się jak najdalej stąd. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Zegar w salonie pokazywał godzinę drugą. Jęknęłam w duchu. Marek miał randkę, a o tej porze nie będę przecież dobijała się do Marty. Musiałam coś zrobić ze sobą przez resztę nocy. Na dworze było naprawdę chłodno, a nocne spacery nigdy nie należały do moich ulubionych zajęć. Włożyłam swoje długie buty i sięgnęłam po popielaty płaszcz. Kiedy wychodziłam, w drzwiach zatrzymał mnie Rafał. – Poczekaj, wezwę ci taksówkę – powiedział wciskając mi do ręki stuzłotowy banknot. – Dzięki – odpowiedziałam ponuro, w tym momencie nie potrafiąc się zdobyć nawet na lekki uśmiech – poradzę sobie. Schowałam pieniądze do kieszeni i wyszłam z mieszkania. Noc była chłodna, a ja nie wzięłam nawet głupiego szalika. Stanęłam na przystanku, chowając się przed porywistym wiatrem, w przeszklonej wiacie. Zastanawiałam się dokąd mogłabym pojechać. Był sobotni wieczór, a właściwie to już niedzielny ranek, a ja nie miałam żadnego pomysłu co mogłabym ze sobą zrobić. Usłyszałam czyjeś szybkie kroki. Nie podniosłam nawet głowy, dopóki nie usłyszałam wkurzonego głosu. – Co ty do cholery robisz na przystanku?! – warknął stojący nade mną Rafał. – Miałaś wsiąść w taksówkę i jechać do domu! Spojrzałam na niego zaskoczona. Czy on za mną wyszedł? Po co? Dlaczego? Nie miałam najmniejszej ochoty mu się tłumaczyć. – To nie twoja sprawa co robię w wolnym czasie – prychnęłam. – To mój prywatny wybór. – Właśnie, że moja – warknął. – Wyszłaś od nas i czuję się za ciebie odpowiedzialny. Pomyśl co mogłoby ci się stać! Rozbawił mnie jego komentarz. Prychnęłam. – Poradzę sobie – odpowiedziałam jednak tylko gorzkim tonem. – Świetnie – odparł. – Odprowadzę cię na taksówkę, a potem radź sobie dowoli. – Czekam na autobus – oznajmiłam coraz bardziej zirytowana. Spojrzał na mnie spode łba. – Ok. Super. Dokąd jedziemy? – zapytał ironicznie. – Nie mam zielonego pojęcia – odparłam już zupełnie zrezygnowana. – Yyy, jak to? – obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. – Normalnie – odpowiedziałam wzdychając – mój brat ma dzisiaj randkę, więc w domu mogę pokazać się najwcześniej o dziesiątej. Nie przejmuj się mną, poradzę sobie. Zawsze sobie jakoś radzę. – Zauważyłem – mruknął, a ja nie miałam pojęcia co to stwierdzenie miało właściwie oznaczać. – Chodź, pogadamy gdzieś, gdzie jest ciepło. Jestem upiornie głodny. Ja stawiam – dodał uprzedzając jakiekolwiek protesty z mojej strony. Niechętnie powlekłam się za chłopakiem w kierunku ciągle tętniącego życiem, rozświetlonego setkami ulicznych latarni, centrum miasta. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kwadrans później siedzieliśmy w otwartym przez całą dobę Mc Donaldzie. Rafał zostawił mnie na chwilę samą przy stoliku, a potem wrócił z kawą i jakimiś dużymi zestawami. Nie wiedziałam dlaczego tu ze mną przyszedł, ale było to o niebo lepsze od samotnego, nocnego spaceru, po jesiennym, ponurym Krakowie. Miałam tylko szczerą nadzieję, że chłopak niczego nie oczekuje „w zamian”. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie jest mi wszystko jedno. Burczało mi w brzuchu. Uświadomiłam sobie, że właściwie jadłam tego dnia jedynie kanapki, którymi rano poczęstowała mnie sąsiadka, ale to była moja norma. Niemal rzuciłam się na frytki, które wyciągnęłam ze swojej papierowej torby. Rafał obrzucił mnie rozbawionym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że jest przynajmniej równie głodny co ja. Przez restaurację przewijało się sporo, najwyraźniej imprezujących w sobotnią noc, grup i par. Właściwie to z zewnątrz w żaden sposób nie różniliśmy się od innych. Sytuacja wydała mi się tak abstrakcyjna i absurdalna, że wybuchłam śmiechem. – Co cię tak rozbawiło? – spytał blondyn kończąc przeżuwać swojego hamburgera. – Nic, nic – odpowiedziałam próbując stłumić swoją wesołość. Rafał tylko wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz – powiedział obojętnie. – Mieszkasz tylko z bratem? – zapytał. Skinęłam głową. – Zazwyczaj kiedy się umawia z dziewczynami śpię u przyjaciółki, nie włóczę się nocami po mieście – odpowiedziałam. – Nie mogłaś nic powiedzieć? – zapytał z lekkim wyrzutem. – A niby po co? – prychnęłam. – Twój przyjaciel nie płaci mi za narzekanie. – Ja nie płacę ci za nic – oznajmił obrzucając mnie zagadkowym spojrzeniem. – Za to tak długo jak u nas przebywasz, jestem za ciebie odpowiedzialny, tyczy się to też bezpiecznego powrotu do domu. Następnym razem wolałbym wiedzieć, ok.? – Jak chcesz – odpowiedziałam wpatrując się w swoją kawę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Przesiedzieliśmy w restauracji prawie godzinę, a potem Rafał uparł się, że nie zostawi mnie samej. Razem wyszliśmy w chłodne, jesienne powietrze. Chłopak miał na sobie trekkingową, ocieplaną polarem kurtkę, ale ja w swoim starym, znoszonym płaszczu zwyczajnie drżałam zimna. – Gdzie chcesz iść? – zapytał. Wzruszyłam ramionami. Nie miałam pojęcia. Po prostu poszłam przed siebie, a on, z malującą się na twarzy konsternacją, poszedł za mną. – Posłuchaj Rafał – powiedziałam zatrzymując się i odwracając się w jego stronę. – Dziękuję za kolację, śniadanie czy co to tam było, ale naprawdę sobie poradzę. Nie musisz za mną chodzić. Teraz znów zaczął wyglądać na rozbawionego całą sytuacją. – Spoko – odpowiedział – i tak chwilowo nie mam nic lepszego do roboty. Tyle, że włóczenie się po nocy chyba nie jest dobrą opcją. Zmarzniesz. Jeżeli chcesz, pokażę ci miejsce, do którego zawsze uciekam. To niedaleko. Popatrzyłam niepewnie na chłopaka, a potem westchnęłam zrezygnowana. Było mi naprawdę cholernie zimno. – Jasne, prowadź – odpowiedziałam  mu, po chwili wahania. Szybkim krokiem minęliśmy planty i skręciliśmy w jedną z otaczających je, wąskich uliczek. Mniej więcej kwadrans później Rafał zatrzymał się przed jedną z zakratowanych, sklepowych wystaw. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął klucz, otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Nie zapalając światła popchnął mnie w kierunku drzwi na zaplecze. Dopiero tam włączył dającą nikłe światło, podwieszoną pod sufitem żarówkę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Był to swoistego rodzaju, niewielki magazyn. Znajdowało się w nim pełno sportowego sprzętu. Na podłodze pod jedną ze ścian leżały gąbkowe materace. – Nic wielkiego – powiedział blondyn – ale przynajmniej nie jest tu zimno. – Siadaj – powiedział wskazując zielony materac, a sam zabrał się za uruchamianie olejnego grzejnika. Zdjęłam z siebie płaszcz i usiadłam pod ścianą nakrywając nim nogi. Chłopak rzucił mi koc, po czym sam usiadł pod przeciwległą ścianą niewielkiego pomieszczenia. Przykryłam się, otulając starannie polarową tkaniną. – Zaraz zrobi się ciepło – oznajmił wesoło. – Cieszę się – odpowiedziałam. – Zamarzam. Uśmiechnął się do mnie szelmowsko. – No widzisz, a chciałaś się całą noc włóczyć po Krakowie – powiedział z naganą. – Teraz możesz mi podziękować, za to, że cię uratowałem. Westchnęłam teatralnie. – Dobrze, niech ci będzie: dziękuję! – oznajmiłam dobitnie. – Jesteś moim księciem na białym koniu czy kimkolwiek tam chcesz być. – Właśnie, tak ma być – roześmiał się wesoło. Wyciągnął rękę i sięgnął do niewielkich rozmiarów turystycznej lodówki. Wyjął z niej dwa butelkowe piwa. Otworzył jedno, wstał i mi podał, potem z drugim wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego lekko zaskoczona, ale nie protestowałam. Mimo, że rzadko piłam, teraz byłam przekonana, że alkohol zdecydowanie mi się przyda. – Rafał, co to za miejsce? – zapytałam po dłuższej chwili ciszy. Chłopak znów się roześmiał. Spodobało mi się to, że jego oczy śmieją się wraz z nim. – Sklep mojego dziadka – odpowiedział wesoło. – Kiedyś często tu przychodziłem, przestałem, kiedy zacząłem pracować dla Sebastiana. Mam teraz znacznie mniej wolnego czasu. Za to przynajmniej kasy mi nie brakuje. – Myślałam, że to twój przyjaciel – odpowiedziałam zaskoczona. – Co właściwie dla niego robisz? – On nie ma przyjaciół – odpowiedział ciągle rozbawiony. – Załatwiam za niego różne sprawy. Na przykład ciebie. – Skrzywiłam się nieznacznie. Nie zabrzmiało to miło. Rafał zauważył moją konsternację. – Przepraszam, nie chciałem cię urazić – powiedział patrząc mi w oczy. – Po prostu starałem się wyjaśnić co robię dla Sebastiana. – Jasne, nie ma sprawy – odpowiedziałam przyglądając się jego żywo niebieskim oczom. Zafascynowały mnie. Były autentycznie niebieskie, a nie takie szaro-nijakie jak u mnie czy mojego brata. – Coś jeszcze robisz poza tym? – zapytałam, żeby podtrzymać rozmowę. – Studiuję na AWF-ie – odpowiedział, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. – No co? – zapytał. – Nie, nic – uśmiechnęłam się do niego – myślałam, że jesteś trochę starszy. Znowu się roześmiał, zdążyłam polubić jego szczery śmiech. – No to pewnie cię zaskoczę, mówiąc, że w tym roku zdaję licencjat? – zapytał wesoło. Przytaknęłam. Nie mogłam uwierzyć, że Rafał ma dwadzieścia jeden lat, wyglądał znacznie poważniej od mojego brata. Przynajmniej ten AWF tłumaczył jego sylwetkę sportowca, a sklep dziadka markowe ciuchy. Wypiliśmy po jeszcze jednym piwie, a potem poczułam się zbyt zmęczona na dalszą rozmowę. Co drugie słowo podkreślałam ziewnięciem. Położyłam się na materacu przykrywając kocem. Było mi ciepło i wygodnie. Z całych sił starałam się nie zamykać oczu. – Idź spać – powiedział chłopak, sam również układając się wygodnie, na swoim materacu. – Jutro niedziela, możemy tu zostać do której chcemy. Zamknęłam oczy i wtuliłam twarz w płaszcz, z którego zrobiłam sobie poduszkę. – Rafał… – zaczęłam cichutko. – Mhm? – mruknął sennie. – Dziękuję… – Spoko, nie ma za co – odpowiedział jakby speszony. Wystarczyła chwila ciszy, żebym pogrążyła się w spokojnym, pokrzepiającym śnie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rankiem obudziła mnie piosenka Nirvany. Usłyszałam znajome słowa, które rozbrzmiewały teraz w całym pomieszczeniu: ”Load up on guns and bring your friends. It’s fun to lose and to pretend. She’s over bored and self assured. Oh no, I know a dirty word.” Dopiero po chwili zorientowałam się gdzie ja właściwie jestem i, że muzyka wydobywa się z telefonu komórkowego śpiącego obok Rafała. Chłopak spał w najlepsze. Podniosłam się ze swojego materaca i ukucnęłam przy nim potrząsając go za ramię. Otworzył oczy, spojrzał na mnie, a potem jakby oprzytomniał. Błyskawicznie sięgnął po leżący przy materacu telefon, który dzwonił już drugi raz. Natychmiast odebrał. Po krótkiej, wyraźnie niezbyt miłej rozmowie, odłożył komórkę i zaczął przeklinać. Usiadł na materacu. Popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. – Emilko, muszę cię przeprosić – powiedział smętnym, zaspanym głosem. – Dzwonił Sebastian, jest zły, że mnie nie ma. Jest już po dziewiątej, poradzisz sobie? Uśmiechnęłam się do niego ciepło, byłam mu naprawdę wdzięczna, za to, że się mną zaopiekował poprzedniej nocy. – Oczywiście, że sobie poradzę, zawsze sobie radzę, zapomniałeś? – zapytałam wesoło. Rafał odwzajemnił mój szczery uśmiech. Pozbieraliśmy się szybko i odprowadził mnie na przystanek autobusowy. Pogoda była w dalszym ciągu paskudna. Świat opanowała szaruga, w twarz co chwilę uderzały mnie porywiste podmuchy wiatru. – Emilko, możesz być jutro o siedemnastej w Galerii Krakowskiej? – spytał mnie chłopak, jakby nagle z czegoś zdał sobie sprawę. – Sebastiana nie będzie, ale we wtorek czeka cię „sprawdzian” – oznajmił niechętnie – i musisz mieć jakieś lepsze ubranie… – Przecież potrafię się ubrać elegancko – zaprotestowałam. – Nie aż tak elegancko – roześmiał się Rafał. – Poza tym musimy rozwiązać kwestię telefonu. Przyjdziesz? – Skoro nie będzie Sebastiana, to mogę zabrać przyjaciółkę? – zapytałam nieśmiało, byłam pewna, że Marta będzie zachwycona, chociażby dla samej satysfakcji zaspokojenia swojej próżnej ciekawości. – Pewnie – uśmiechnął się zawadiacko – a ładna ta przyjaciółka? – zapytał szczerząc zęby. – A idź ty – roześmiałam się wsiadając do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek. – Do zobaczenia jutro – zawołał za mną, zanim zamknęły się przeszklone drzwi pojazdu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wysiadłam z autobusu zaczynało padać. Bardzo nie lubiłam takiej wietrznej, mżystej pogody. Szybkim krokiem weszłam do naszej kamienicy. Kiedy stanęłam pod drzwiami niewielkiego mieszkania usłyszałam rozwścieczony głos Marka. Z jakiegoś powodu krzyczał na swoją dziewczynę, a ona histerycznie płakała. Przez chwilę zastanawiałam się czy wejść do środka, ale po namyśle zrezygnowałam. Po chwili znowu znalazłam się na zewnątrz, a zimny, jesienny wiatr targał moimi włosami i płaszczem. Padało coraz mocniej. Wielkie krople deszczu uderzały o puste ulicy, rozbryzgując się na wszystkie strony. Uśmiechnęłam się do siebie, jak wariatka. Przyszło mi do głowy, że lubię deszcz, bo w deszczu nie widać łez. Dwadzieścia minut później suszyłam się w pokoju Marty. Moja przyjaciółka przecierała dłońmi zaspane oczy. Miała na sobie wyciągniętą różową piżamę z niebieskim króliczkiem. Jej krótko ścięte kasztanowe włosy sterczały na wszystkie strony jak u stracha na wróble. Taka zaspana i rozczochrana wyglądała przeuroczo. Jej mama powiesiła na kaloryferze mój mokry płaszcz, a potem przyniosła gorącej herbaty z miodem i malinami. Ścisnęło mnie w gardle na wspomnienie tego, jak robiła to moja własna mama. Wiedziałam, że nie będę płakać, nigdy nie płakałam. Marek miał mi ciągle za złe, że nie uroniłam ani jednej łzy na jej pogrzebie, a ja po prostu nie potrafiłam. Gdybym się wtedy rozpłakała, nie przestałabym już chyba nigdy. Szybko przebrałam się w swoje własne ubranie, podarte jeansy i spraną flanelową koszulę. Opowiedziałam jej pokrótce historię wczorajszych wydarzeń i zapytałam czy pójdzie ze mną jutro do centrum, a ona wcale nie zaskoczyła mnie zadając tylko jedno pytanie. – Przystojny ten cały Rafał? – zapytała uśmiechając się nerwowo jak dziecko, które oczekuje na gwiazdkowe prezenty – On zadał dokładnie to samo pytanie – roześmiałam się – kiedy spytałam czy możesz przyjść usłyszałam tylko „a ładna ta twoja przyjaciółka?”. Marta wybuchła śmiechem. – Widzisz, w takim razie idealnie do siebie pasujemy! – oznajmiła dobitnie. – Zapowiada się ciekawy poniedziałek. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W poniedziałek lekcje kończyłyśmy o szesnastej, więc do Galerii Krakowskiej poszłyśmy od razu po szkole. Usiadłyśmy na ławce przy roztańczonej fontannie. Rafał spóźnił się o ponad kwadrans. – Cześć, przepraszam, że tak późno – rzucił podchodząc do nas – odwoziłem Sebastiana na lotnisko i po drodze były korki… Jestem Rafał – przedstawił się uśmiechając zawadiacko do mojej przyjaciółki. – Marta – powiedziała wesoło, podając mu rękę, kiedy obie wstałyśmy z ławki. W jej oczach zobaczyłam te niepokojące iskierki. Byłam przekonana, że wybrała chłopaka na nowy cel swoich licznych podbojów. Marta była naprawdę ładną i przebojową dziewczyną. Bez najmniejszego wysiłku potrafiła zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Miała w zwyczaju zakochiwać się przynajmniej raz w miesiącu. Wybierała zawsze tych najprzystojniejszych chłopaków, a potem, kiedy już rozkochała w sobie takiego delikwenta, zostawiała go ze złamanym sercem, najczęściej w rękach jakiejś innej pocieszycielki, bo dziewczyny jak sępy polowały na odrzucone zdobycze Marty. Zawsze jednak powtarzała, że kiedy naprawdę się zakocha, będzie zupełnie inaczej. Na twarzy Rafała i tym razem gościł pogodny uśmiech. Wyglądał tak, jakby z jakiegoś powodu odczuwał wyraźną ulgę. Zastanawiałam się czy może spowodował to, chwilowy, wyjazd jego szefa. W sumie teraz chyba „naszego szefa”, pomyślałam niechętnie. – Jesteście prosto ze szkoły, dziewczyny? – zapytał. – Może chcecie zostawić kurtki i plecaki w samochodzie? Dopiero teraz zauważyłam, że on sam był tylko w szarej, dresowej bluzie. – W sumie to chętnie – powiedziałam podnosząc z ziemi swój wyładowany zeszytami plecak. Rafał pokręcił głową i zabrał mi go z ręki, a potem schylił się po drugi, stojący koło Marty. Chwilę później chodziliśmy już labiryntem podziemnego parkingu Galerii. Blondyn zatrzymał się przy czarnym Volvo z przyciemnianymi szybami. Wrzucił do bagażnika nasze ciężkie plecaki. Podałyśmy mu kurtki. – To samochód Sebastiana – odpowiedział na moje pytające spojrzenie, uśmiechając się ponuro. – Jeżdżę nim czasem, kiedy on chce wypić, albo jak go nie ma. Ułożył nasze płaszcze na tylnym siedzeniu, a potem starannie zamknął auto. Wróciliśmy do barwnego, wypełnionego oglądającymi wystawy ludźmi centrum handlowego. – Bogaty ten twój facet – szepnęła do mnie konspiracyjnie Marta, kiedy mijałyśmy zawiły labirynt podziemnego parkingu. Popatrzyłam na nią wrogo, ale nic na to nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że nigdy nie mogłabym pomyśleć o Sebastianie w kategoriach „mój facet”. Wątpiłam nawet, czy kiedykolwiek byłabym w stanie go polubić. Przypomniało mi się, co dwa dni wcześniej powiedział mi Rafał. „On nie ma przyjaciół” brzmiały słowa chłopaka, a ja ani odrobinę nie byłam zdziwiona dlaczego. W każdym razie tak długo, jak długo zamierzał mi płacić, mogłam go uważać po prostu za swojego szefa i wcale nie musiałam go przy tym lubić. Za to czułam coraz większą sympatię to wiecznie uśmiechniętego Rafała. Najpierw poszliśmy po telefon. Blondyn bez mrugnięcia zapłacił za zestaw startowy na kartę, co zdziwiło mnie najbardziej, wcale nie wybrał najtańszego. Potem zaczął się raj dla Marty. Rafał nieprecyzyjnie wytłumaczył, że szukamy ubrań na kolację w restauracji, więcej nie potrafił powiedzieć. Zwiedziliśmy przynajmniej dwadzieścia różnych sklepów, a ja wybór pozostawiłam całkowicie w rękach Marty. Wreszcie, po prawie trzech godzinach, skończyliśmy z długą tuniką w brązowo-kremową kratę, ciemnobrązowym jesiennym płaszczem, wysokimi, skórzanymi oficerkami, zamszową torebką i delikatną, jasną bielizną w złociste wzory. Blondyn był wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja bałam się spojrzeć nawet na ceny ubrań, biorąc pod uwagę sklepy, w których robiliśmy zakupy. Mimo bardzo zadowolonej miny Rafała i wręcz oczarowanej Marty, czułam się nieprzyjemnie i nieswojo. Nie potrafiłam zapomnieć w jakim celu kupujemy te wszystkie rzeczy. Po skończonych zakupach chłopak zaprosił nas na kawę. Atmosfera była naprawdę wesoła i przyjazna. Rafał okazał się być bardzo miłym, zwyczajnym chłopakiem. Żartował i śmiał się razem z nami. Pożałowałam, że to nie on jest na miejscu Sebastiana. Kiedy tak siedzieliśmy nad gorącymi kubkami z kawą, blondyn rozpakował telefon, włożył do niego kartę i wpisał mi numer do siebie i swojego szefa, potem spisał sobie mój i dopiero wtedy wręczył mi telefon, mówić, że mogę z nim robić co chcę. Potem Marta, niby to w żartach, wyciągnęła numer do niego. Bawiłam się coraz lepiej, zupełnie zapominając dlaczego się tu znalazłam. Było koło dziewiątej, kiedy Rafał zaproponował, że odwiezie nas do domu. Z jakiejś przyczyny poczułam, że nie chcę, żeby wiedział gdzie mieszkam. – Martuś, mogę dzisiaj zostać u ciebie? – zapytałam niemal błagalnie. – Jasne, nie ma sprawy – uśmiechnęła się do mnie przyjaciółka. – Jaśminowa czternaście – oznajmiła chłopakowi wesoło. – Ok. – stwierdził tylko prowadząc nas podziemnym parkingiem do samochodu – skąd cię jutro odebrać Emilko? – zapytał. – Kolacja jest na dziewiętnastą, Sebastian będzie jechał prosto z lotniska, ale żebyśmy się wyrobili to najpierw przyjadę po ciebie, tak o osiemnastej. Wiem, że masz szkołę, ale koło południa umówiłem cię z fryzjerem… Poradzisz sobie? Spojrzałam na niego zaskoczona. Jakim do licha fryzjerem? Nie chciałam opuszczać zajęć, ale zdarzało mi się to już niejednokrotnie wcześniej. Westchnęłam. Moje nowe życie było chyba ważniejsze. – Niech będzie, ale nie rób tego więcej – poprosiłam. – Obiecuję – obdarzył mnie pogodnym uśmiechem – to wyjątkowa sytuacja. Przyrzekam, że się nie powtórzy. – Będę u Marty – powiedziałam nie chcąc rozmawiać więcej o opuszczaniu szkoły. Rafał odwiózł nas pod dom mojej przyjaciółki. Wyciągnął z bagażnika nasze zakupy, pożegnał się z nami uprzejmie i odjechał. Podekscytowana Marta mówiła o nim przez prawie pół nocy, a ja tylko słuchałam uprzejmie, starając się nie myśleć o tym, co czeka mnie następnego dnia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po wizycie u fryzjerki, kosmetyczki i w nowych, markowych ubraniach, sama siebie nie byłam w stanie rozpoznać. Włosy skręcały mi się w drobne loki, niesfornie opadając na ramiona. Moją twarz zdobił  delikatny makijaż w odcieniach ciepłych zieleni i brązów. Moje duże, szaro-niebieskie oczy teraz wydawało się jeszcze większe, a ich wyraz zdecydowanie bardziej głęboki i jakby uwodzicielski. Gdyby nie szybko bijące serce i ogarniający mnie paniczny strach, mogłabym się poczuć jak gwiazda filmowa. Tym razem Rafał przyjechał punktualnie. Kiedy wysiadł z czarnego volvo zobaczyłam jego szeroko otwarte ze zdumienia oczy. Przez chwilę poruszał wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnował. Otworzył mi tylne drzwi samochodu zapraszając do środka. Usiadłam na miękkiej, skórzanej kanapie. Spodobało mi się wrażenie, jakie wywarłam na chłopaku. – Emilko, muszę cię o coś prosić – powiedział. – Wiem, że może ci się to wydać głupie, ale w razie czego będziesz mówiła ludziom, że masz dwadzieścia jeden lat, dobrze? Zresztą w ten sposób ubrana i tak wyglądasz na więcej. Kłamstwo ma być dla mnie problemem? Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. I tak nic nie przebije seksu za pieniądze. – Nie ma sprawy – odparłam obojętnie. – Ile lat ma Sebastian, że potrzebna mu dziewczyna akurat w takim wieku? – Skończył w sierpniu dwadzieścia pięć i uważa za niestosowne pokazywać się z młodszą – westchnął Rafał. – Pewnie ma rację, to on się na zna na tym całym savoir vivre, nie ja. Gdybyś nie była pełnoletnia, w ogóle nie brałby cię pod uwagę. – Gdybyś nie patrzył na mnie takim niechętnym wzrokiem, pewnie też nie – powiedziałam odrobinę rozbawiona. Moralność Sebastiana wydała mi się dziwną rzeczą, seks za pieniądze – tak, stosunek z małolatą – nie. Sama przestałam już dostrzegać tą granicę. – Skąd wiesz? – speszył się odrobinę Rafał. – Kiedy stałam pod drzwiami słyszałam waszą rozmowę, dokładnie wiem co o mnie myśli. To nie ma najmniejszego znaczenia – westchnęłam. – Cholernie potrzebuję pieniędzy, a on mi płaci. Tylko tyle się liczy. Blondyn skinął głową. – Tak, to zupełnie jak w moim przypadku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy dotarliśmy na lotnisko, Rafał zostawił mnie w samochodzie, a sam poszedł po swojego szefa. Nie trwało to długo. Kiedy wrócili, Sebastian zajął miejsce obok mnie na tylnej kanapie volvo. Wyglądał jeszcze lepiej niż zapamiętałam. Zanim wsiadł do samochodu zdjął długi, czarny płaszcz i gruby, wełniany szalik. Został w dobrze skrojonej, czarnej marynarce i jednolitej, grafitowej koszuli. Wyglądał elegancko, a jednocześnie delikatnie przydługie, brązowe włosy nadawały mu jakiś taki buntowniczy i zawadiacki wygląd. To sprawiło, że poczułam tylko jeszcze większy lęk. Na krótką chwilę zatopiłam spojrzenie w jego głębokich, czekoladowych oczach, ale kiedy spojrzał bezpośrednio na mnie, natychmiast odwróciłam wzrok. – Ujdzie – oznajmił, nie przyglądając mi się dłużej. Zarówno w jego oczach, jak i głosie był tylko lód. Serce biło mi tak szybko, jakby miało zamiar wyskoczyć z piesi. Czułam coraz większy, niemal paniczny lęk. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Rafał otworzył mi drzwi, a ja z samochodu wysiadłam na miękkich nogach. Byliśmy pod pięciogwiazdkowym hotelem w centrum miasta. Sebastian podał mi ramię i razem poszliśmy w kierunku restauracji, zostawiając Rafała przy volvo. – Teraz zobaczymy twoją grę aktorską – szepnął do mnie mężczyzna, kiedy szliśmy szerokim, jasnym korytarzem. Z trudem przełknęłam ślinę. Nie byłam pewna, czego on właściwie ode mnie oczekuje, ale wiedziałam jedno – nie mogłam dać plamy. Sebastian zostawił nasze płaszcze w szatni i poszliśmy dalej. W restauracji minęliśmy główną salę i weszliśmy do mniejszego, bardziej kameralnego pomieszczenia. Przy zastawionym na dziesięć osób stole siedzieli pogrążeni w dyskusji ludzie. Mężczyźni wstali na widok Sebastiana, witając się uprzejmie. – To moja towarzyszka, Emilia Sadowska – przedstawił mnie przywołując na usta polityczny uśmiech. Potem usiedliśmy, najwyraźniej czekając na brakujących gości. Po krótkiej chwili, w moim kieliszku, jako aperitif znalazło się czerwone wino o ziołowym zapachu i dosyć cierpkim, słodkawym smaku. Moja mama przez długie lata pracowała w eleganckiej firmie cateringowej, więc potrafiłam zachować się w towarzystwie. Byłam ciekawa czy zdziwi to w jakikolwiek sposób Sebastiana. Mężczyzna zachowywał się swobodnie, jakby cały świat należał do niego. Zastanawiałam się czy w razie jakichkolwiek skierowanych do mnie pytań, powinnam przyjąć taktykę słodkiej idiotki, czy może wymyślić coś bardziej oryginalnego. Postanowiłam w samą porę, bo już po chwili zwrócił się do mnie siedzący po mojej lewej stronie, starszy mężczyzna. – Pani się jeszcze uczy pani Emilio? – zapytał uprzejmym, ciepłym głosem. – Wygląda pani tak młodo. – Tak, uczę się – odpowiedziałam postanawiając trochę nagiąć rzeczywistość. – Studiuję ekonomię na drugim roku – skłamałam wybierając dobrze mi znany kierunek mojego byłego chłopaka. Poczułam, że siedzący obok mnie Sebastian sztywnieje i zaczęłam się zastanawiać czy popełniłam błąd, nie zamierzałam jednak psuć wszystkiego wycofując się teraz z rozmowy. – Oh, ekonomię, powiada pani? – uśmiechnął się do mnie z radosnym błyskiem w oczach. – Jestem bardzo ciekawy opinii młodszego pokolenia na temat Inbound Marketingu – powiedział wyraźnie mając nadzieję na ciekawą dyskusję. Uśmiechnęłam się do mężczyzny swoim najbardziej czarującym uśmiechem. Nie miałam zamiaru go rozczarować. Mimo, że jeszcze nie skończyłam liceum, ekonomia od zawsze była moją pasją. – Uważam, że Internet daje teraz firmą naprawdę duże możliwości. Ludzie czują wstręt do wpychania im reklam na siłę i wymuszani na nich zgody do ich otrzymywania, a dzięki temu systemowi, to klient sam szuka potrzebnej mu firmy. Poza tym – kontynuowałam swój wywód – taka reklama jest zdecydowanie bardziej ekologiczna. Nie niszczy się w ten sposób milionów drzew, nie zaśmieca ulic. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej. Teraz dopiero zaczął się rozkręcać. Nawet nie zauważyłam, kiedy zapełniły się wszystkie miejsca przy stole, a kelnerzy przynieśli przystawki. Staruszek przeprosił i wstał od stołu, wycofując się dyskretnie. Zachłysnęłam się powietrzem, kiedy na swoim udzie poczułam ciepłą dłoń Sebastiana, chłopak jednak nawet nie przerwał prowadzonej z jakąś damą w średnim wieku rozmowy. Zaczęłam się uważniej przysłuchiwać o czym rozmawiają ci ludzie. Tematów było sporo, wszystkie jednak dotyczyły prawa i ekonomii. Po kwadransie nie byłam pewna czy jestem w stanie powstrzymać ziewnięcia. Przeprosiłam grzecznie i wstałam od stołu. Wzięłam swoją zamszową torebkę i udałam się prosto do hotelowej toalety. Niezdecydowana stanęłam przed lustrem, poprawiając nieznacznie niesforne włosy. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała tam wrócić. Ciągle czułam na sobie dotyk ciepłej dłoni Sebastiana, a po głowie snuły mi się jedynie ponure myśli. – O pani Emilia! – zaczepiła mnie szczupła kobieta w średnim wieku. Wyciągnęła z torby kosmetyczkę i zaczęła przed lustrem poprawiać i tak perfekcyjnie wyglądający makijaż. – Z tymi mężczyznami można się zanudzić! Nie sądzi pani? Uśmiechnęłam się do niej uprzejmie, zastanawiając się co powiedzieć, ale ona z przyjemnością pozbawiła mnie tego problemu. Buzia jej się nie zamykała. Zaczęła opowiadać o swoim mężu Arturze, o synu Damianie, salonach piękności i bieżącej modzie. Pochwaliła moje ubrania z najnowszych, jesiennych kolekcji, a potem weszła na temat Sebastiana, wypytując mnie gdzie się poznaliśmy, jak długo razem jesteśmy i co wspólnie planujemy. Nie miałam na te pytania żadnych odpowiedzi, ale wyobraźnia jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Zaczęłam opowiadać, jakim Sebastian jest cudownym mężczyzną, jaki z niego dżentelmen, jak się mną zaopiekował, kiedy tego potrzebowałam. Mówiłam o nim jak o tęczy, a kobieta wręcz promieniała, z zachwytem słuchając nowych plotek. – Tak, Sebastian znowu odżył – skwitowała moją wypowiedź. – Dawno go takiego nie widziałam – oznajmiła. – Nie od czasu tego okropnego incydentu! – Skinęłam tylko głową, nie mając pojęcia o czym mówi ta kobieta, a ona kontynuowała dalej nieprzerwany potok słów. – Ale czasem nikt nie jest w stanie zrozumieć jego zachowania. Na przykład jak wtedy, kiedy zajął się tym chłopakiem… nikt się tego nie spodziewał. Pobił z innymi chuliganami komorników, kiedy przyszli z powodu długów zlicytować sklep jego dziadka, słusznie wsadzili go do więzienia. No, a Sebastian, zamiast zająć się swoją pracą, wpłacił za tego dzieciaka kaucję, pożyczył im pieniądze i zatrudnił go u siebie, żeby miał mu z czego spłacić dług. Nie do pomyślenia! – oznajmiła dobitnie. W odpowiedzi skinęłam tylko głową ze sztucznym uśmiechem na ustach, rozmyślając nad sensem słów kobiety. Ona jednak uznała to za udział w jej świętym oburzeniu i zaczęła rozprawiać o tym, jak trzeba sobie wychowywać mężczyzn. Tym razem z prawdziwą ulgą wróciłam do restauracyjnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Reszta wieczora upłynęła całkiem przyjemnie. Specjalnie najadłam się wcześniej u Marty, żeby przypadkiem podczas kolacji nie burczało mi w brzuchu i to zdało idealnie egzamin. Posiłek umilał mi staruszek, który zdążył już zająć swoje miejsce, zapewne na długo przede mną. Naprawdę miło mi się z nim rozmawiało. Nawet nie zauważyłam, kiedy wypiłam czwarty, a potem piąty kieliszek czerwonego wina. Przyjemnie szumiało mi w głowie. Zdałam sobie sprawę, że z dziecięcym zachwytem uśmiecham się do deseru, który właśnie podali kelnerzy. Były to ozdobione egzotycznymi owocami i dużą ilością bakalii, płonące lody. Staruszek zauważył mój entuzjazm i zaczął wychwalać pod niebiosa tego typu rzeczy. Żartowałam wraz z nim, jedząc powoli swój deser. Potem w dyskusję wciągnął go siedzący po drugiej stronie sąsiad, a ja znów zamilkłam jedynie przysłuchując się rozmowom. Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Sebastian przypatrywał mi się dość dziwnie. W jego oczach, oprócz zwyczajowego chłodu, dostrzegłam mieszankę jakiejś dziwnej, mrocznej satysfakcji. Kiedy skończyłam jeść swoje lody, ludzie zaczynali się żegnać. Sebastian wstał od stolika, podając mi ramię. Przylgnęłam do niego, nie będąc pewna czy po takiej ilości wina uda mi się samej prosto chodzić. Wiedziałam, że to był mój błąd, ale tak się zagadałam, że nie zwracałam uwagi, na to, że kelner wciąż dolewa mi trunku. Następnym razem będę pamiętała, że jestem tu w pracy, a nie dla zabawy, o ile w ogóle będzie następny raz, pomyślałam. – Wynająłem tu pokój – wyszeptał mi cicho do ucha – zostaniemy na noc. Skinęłam głową w odpowiedzi i pozwoliłam mu się prowadzić. Wjechaliśmy windą na samą górę. Weszliśmy do luksusowo urządzonego apartamentu. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a Sebastian objął mnie od tyłu ramionami. Jego usta znalazły się przy mojej szyi. Całował mój kark i ramiona, jednocześnie zsuwając ze mnie tunikę. Wino szumiało mi w głowie przytępiając strach, który czułam w jego obecności. Odwróciłam się do niego i oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie zaprotestował. Po chwili jakby wahania, pocałował mnie w usta. Był to przyjemny pocałunek, miękki i ciepły. Ręce Sebastiana błądziły po moim ciele, rozpinając ubranie. Ośmielona alkoholem postanowiłam nie pozostawać mu dłużna. Zsunęłam z jego ramion marynarkę, potem zaczęłam powoli rozpinać guziki grafitowej koszuli. Wyglądał na zadowolonego. Powoli pomagał mi zdejmować ubranie, aż w końcu zostałam w samej, jasnokremowej bieliźnie. Pisnęłam, kiedy poderwał mnie z ziemi i zaniósł na szerokie, hotelowo łóżko. Wyglądał na rozbawionego. Znowu mnie pocałował, a ja odwzajemniłam jego namiętny pocałunek. Zsunął spodnie, zostając jedynie w czarnych, ciasno opiętych bokserkach. Przyciągnął mnie do siebie stanowczo. Poczułam na udzie jego sztywny członek. Wplotłam palce w jego brązowe włosy, okazały się być nadzwyczaj miękkie i delikatne. Drugą dłonią przesunęłam po jego plecach, delikatnie drapiąc ciało chłopaka. Mruknął z zadowolenia. Rozpiął mój stanik, wyswobadzając spod niego moje jędrne piersi. Sutki natychmiast zareagowały na dotyk jego ciepłej, twardej dłoni. Sebastian zsunął się niżej. Rękoma znów zaczął błądzić po moim ciele, ustami całował szyję, piersi, a potem brzuch. Kiedy zdjął ze mnie majtki i musnął palcami znajdującą się pod nimi kępkę włosów, nie mogłam powstrzymać cichego jęku. Zdjął własne majtki, a potem położył się na plecach. Posadził mnie na sobie, oplatając ramionami i przyciągając bardzo blisko. Zaczął mnie namiętnie całować, a moje ciało reagowało na jego dotyk i pocałunki. Stawałam się coraz bardziej wilgotna i podniecona. Jedna jego ręka znów znalazła się między moimi nogami, drugą poczułam na swoich piersiach. Poruszyłam się nieznacznie, niechcący ocierając się o jego sztywny członek. – Załóż mi prezerwatywę – mruknął cicho, zachrypniętym z podniecenia głosem. – Jest w kieszeni marynarki. Wstałam  zwinnie, wyjmując zaczętą już, niebieską paczkę. Otworzyłam jedną z pozostałych prezerwatyw i nasunęłam na jego sztywno stojącego penisa. Sebastian położył ręce na moich biodrach, sadzając mnie na sobie. Mimo szumiącego mi w głowie alkoholu poczułam bolesne kłucie w brzuchu, kiedy we mnie wchodził. Tym razem, chyba jakimś sposobem zauważył grymas bólu na mojej twarzy, bo otoczył mnie ramionami i przyciągnął do siebie. – Wszystko w porządku? – zapytał cicho. – Tak – odpowiedziałam całując go tuż przy uchu. Przytulił mnie mocno, przyciągając jeszcze bliżej, tak, że teraz bezpośrednio na nim leżałam. Ostry ból minął, a ja poczułam rozlewającą się po moim ciele przyjemność. Całowałam Sebastiana, po szyi, od czasu do czasu delikatnie przygryzając płatek jego ucha. Jego dłonie dotykały moich piersi, a potem przeniosły się na plecy i pośladki. Poruszałam biodrami w rytm jego ruchów. W pewnym momencie, przez całe moje ciało, przeszedł cudowny dreszcz nieopisanej rozkoszy. Moje mięśnie zaczęły się samodzielnie zaciskać, na wypełniającym mnie członku. Czułam błogie spełnienie. Sebastian poruszył jeszcze kilka razy biodrami, a potem zsunął mnie z siebie ostrożnie. Pozbył się zużytej prezerwatywy, a potem na powrót mnie do siebie przyciągnął. Zaskoczona położyłam głowę w zagłębieniu jego ramienia. Poczułam jak jego klatka piersiowa chaotycznie unosi się i opada. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jego ciało drży od hamowanego z trudem śmiechu. Ciągle ośmielona alkoholem uniosłam się lekko na łokciu i spojrzałam pytająco na rozbawioną twarz chłopaka. – Nawet nie wiesz, jak byłem na ciebie wściekły, kiedy powiedziałaś mu, że studiujesz ekonomię. Wiesz, kto to był? – zapytał nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. – Profesor Jagodziński – odpowiedział, kiedy przecząco pokręciłam głową. – Znany specjalista w dziedzinie handlu i dystrybucji. Wykładał u mnie na studiach prawo handlowe. A dzisiaj zagięła go licealistka – teraz już śmiał się otwarcie. – I to nie jeden raz. Ledwo zdołałem powstrzymać się od śmiechu. Dawno tak dobrze się nie bawiłem na tych nudnych spotkaniach. – Chodź, idziemy pod prysznic – powiedział po kolejnym ataku śmiechu. Kiedy stanęłam przy nim na podłodze, znów wziął mnie na ręce i zaniósł do sporej, luksusowej łazienki. Odkręcił ciepłą wodę i zamknął nas razem w kabinie. Pożądliwie spojrzał na moje wilgotne, lśniące od spływającej po nim wody ciało. Jego członek zesztywniał, znowu gotowy do akcji. Sebastian namydlił mnie, powoli i delikatnie przesuwając dłońmi po całym moim ciele. Potem skierował na mnie strumień ciepłej wody z wiszącego wysoko prysznica i sam zaczął się myć. Moja ciekawość jak zwykle zwyciężyła nad rozsądkiem. – Kim była ta dama ze sznurami korali na szyi? – zapytałam niepewnie. – Rozmawiała ze mną w toalecie – dodałam, kiedy spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony pytaniem, które zadałam. – To już wiem, skąd te komentarze, że jestem dla ciebie jak słońce i świata poza mną nie widzisz – roześmiał się chłopak, a ja z ulgą przyjęłam taką reakcję. – To Mariola Dębińska, żona komendanta policji. Nie potrafi niczego co usłyszy zachować dla siebie. Co jej powiedziałaś? Opowiedziałam Sebastianowi wymyśloną na poczekaniu historię, którą uraczyłam panią Dębińską, a on znów zaniósł się śmiechem. – Nie wiedziałem, że taki ze mnie romantyk – powiedział, kiedy wreszcie przestał się śmiać. – Tylko teraz już trzymaj się tej wersji, dobrze? Skinęłam głową. Czy to znaczyło, że jednak będzie następny raz? Chłopak spłukał z siebie mydliny i wyszedł z kabiny prysznicowej. Zadrżałam z zimna, kiedy rozsunął szerokie, przeszklone drzwi. Otulił mnie dużym, białym ręcznikiem, a potem wytarł się pospiesznie. Z zimna jego członek znowu opadł. Po raz kolejny tego wieczora poderwał mnie z podłogi i zaniósł na łóżko. Przykrył nas atłasową, białą kołdrą. Spojrzał na mnie zagadkowo, a potem zgasił świecącą przy łóżku lampkę. Położył się na boku, przyciągając mnie do siebie, tak, że leżałam oparta o niego plecami. Dalej byłam przemarznięta po wyjściu spod prysznica, ale on był już na powrót ciepły, ogrzewało mnie całe jego ciało. – Dobranoc – wyszeptał w moje wilgotne włosy, a po kilku minutach słyszałam już tylko jego równy, miarowy oddech. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Otworzyłam oczy. Ziewnęłam. Leżałam sama w wielkim, hotelowym łóżku. Przeciągnęłam się, usiadłam i rozejrzałam dookoła. Mgliście napływały do mnie wspomnienia z poprzedniej nocy. Bolała mnie głowa. Wstałam z łóżka rozglądając się po pokoju. Z leżącej na podłodze przy drzwiach torby wyjęłam swój nowy telefon. Jęknęłam. Była prawie dziesiąta. Mieliśmy środek tygodnia, a ja znów opuszczałam szkołę! Umyłam się szybko i ubrałam. Starannie zmyłam resztki makijażu. Przyjrzałam się sobie w nowych ubraniach. Czy mogę tak iść do szkoły? Stracę przez to kolejną lekcję, ale chyba warto było się przebrać, nie narażając się na niepotrzebne pytania, które musiałabym zostawić bez odpowiedzi. Kiedy wyszłam z sypialni do niewielkiego salonu, moją uwagę przyciągnęła leżąca na stole, biała koperta. Ładnym charakterem pisma było na niej naniesione jedno słowo, moje imię – Emilia. Nie zaglądając do środka wrzuciłam ją do torby i wyszłam z hotelowego pokoju. W połowie korytarza zatrzymałam się zaskoczona. Na zielonym fotelu, zaczytany w jakimś kolorowym piśnie siedział Rafał. Podeszłam bliżej, żeby przekonać się, że tak wciągnął chłopaka „Przegląd Sportowy”. – Cześć – odezwałam się do niego pogodnie, kryjąc swoje zdziwienie. – O, obudziłaś się wreszcie – uśmiechnął się do mnie odkładając gazetę. – To świetnie, bo umieram z głodu. Idziemy na śniadanie. Chwilę później siedzieliśmy na parterze, w hotelowej restauracji. Blondyn nałożył sobie wszystko, co tylko się dało z suto zastawionego, szwedzkiego stołu. Ja zadowoliłam się płatkami, twarożkiem i kilkoma plastrami żółtego sera. Z zainteresowaniem przyglądałam się jedzącemu chłopakowi. Wczoraj poznałam jego tajemnicę, wiedziałam już czemu pracuje dla Sebastiana. Byłam ciekawa czy w głębi duszy jest z tego tytułu bardziej zły czy zadowolony. Wolałam jednak nie zadawać mu krępujących pytań. Będzie kiedyś chciał, to sam mi o tym opowie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nowe ubrania zostawiłam u Marty i następnego dnia do szkoły poszłam w swoich zwyczajowych poprzecieranych jeansach i wyciągniętym, szarym swetrze. Nauczyciele jak zwykle, krzywo patrzyli zarówno na mój strój jak i nieusprawiedliwione nieobecności. Kolejny raz musiałam zostać po lekcjach na długiej, nieprzyjemnej rozmowie z wychowawczynią. Kobieta wyglądała na zatroskaną, ale jednocześnie wyraźnie niezadowoloną, że w tym wypadku nie może rozwiązać zaistniałego problemu, po prostu wzywając do szkoły moich rodziców. Kiedy wychodziłam, poczułam w kieszeni wibracje przychodzącego smsa. Zaskoczona wyjęłam telefon, mój numer mieli tylko Sebastian i Rafał, nikomu nie zamierzałam chwalić się telefonem. „Jak daleko pozwolisz mi się posunąć?” – brzmiała treść wysłanej przez Sebastiana wiadomości. Przez moje ciało przeszedł bardzo nieprzyjemny, zimny dreszcz. Poczułam strach. „Co masz na myśli?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. „Co mogę z tobą zrobić?” – inaczej sformował zdanie. Z trudem przełknęłam ślinę, ale z góry wiedziałam co mu odpowiem. „Wszystko, wszystko co zechcesz.” ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wieczorem znalazłam się na osiedlu w centrum Krakowa czułam jedynie zimny strach. Nie miałam pojęcia co chodzi Sebastianowi po głowie, ale bardzo się tego bałam. Z szybko bijącym sercem wsiadłam do windy. Wjechałam na czwarte piętro i stanęłam przed znajomymi drzwiami, żeby uspokoić oddech. W końcu zebrałam się w sobie i zadzwoniłam do drzwi. Spodziewałam się Rafała, zdziwiłam się bardzo kiedy otworzył mi Sebastian. Miał na sobie szare jeansy i ciemnoczerwoną, niedopiętą koszulę. – Wejdź – powiedział uprzejmie, wpuszczając mnie do środka. Odwiesiłam swój płaszcz i torbę na znajdujący się przy drzwiach wieszak. Moje zaskoczenie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy zamiast do sypialni, zaprowadził mnie do salonu. Usiadłam na skórzanej, czarnej kanapie. Strach narastał we mnie z każdą chwilą. Podświadomie czułam, że coś jest nie tak. Mężczyzna wziął dwa kieliszki, podszedł do barku i nalał do nich czerwonego wina. Usiadł koło mnie na kanapie, podając mi jeden z nich. – Napij się – powiedział – chcę, żebyś się rozluźniła przed tym co będziemy robić. Spojrzałam na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Bałam się zapytać, co takiego zaplanował. Nie chciałam wiedzieć, ale byłam przekonana, że i tak wkrótce się dowiem. Przyglądał mi się w milczeniu, kiedy piliśmy wino. Uświadomiłam sobie boleśnie jak wielki niepokój i strach wzbudza we mnie Sebastian. Kiedy opróżniłam mój kieliszek, natychmiast nalał mi następny. Przyszło mi do głowy, że doskonale wyczuwa mój niepokój i z premedytacją się ze mną drażni. W końcu przysunął się do mnie bliżej, a ja nie mogłam zapanować nad swoim przyspieszonym oddechem. Jego twarz zbliżyła się do mojej twarzy, usta delikatnie dotknęły moich ust. Jego palce wplotły się w moje rozpuszczone włosy, a on przyciągnął mnie do siebie bliżej. Wargi Sebastiana znalazły się tuż przy moim uchu. – Rozepnij mi koszulę – wyszeptał polecenie. Drżącymi dłońmi sięgnęłam ku wiśniowo czerwonej tkaninie. Powoli zaczęłam odpinać guziki. Znowu mnie pocałował. Zaczął zdejmować ze mnie rozpinany sweterek Marty, potem zajął się bluzką. Kiedy zostałam w samym koronkowym staniku i spodniach, wyciągnął zza kanapy jakąś torbę. Wyjął z niej długi, ciemny szal. Odsunął mnie od siebie łagodnie, a potem zawiązał mi nim oczy. Ogarnęła mnie panika. Mój i tak szybki i płytki oddech nienaturalnie przyspieszył. Mimo, że tkanina była stosunkowo cienka i tak nic przez nią nie widziałam. Nie potrafiłam logicznie myśleć. Moje ciało drżało, kiedy wiązał mi ręce nad głową. Po chwili leżałam na kanapie, mocno do czegoś przywiązana, na tyle skutecznie, że nie byłam w stanie się sama uwolnić. Sebastian rozpiął mój stanik, odpinając od niego ramiączka i zdejmując go ze mnie. Ciepłymi, twardymi dłońmi zaczął dotykać moich sterczących piersi. Z premedytacją drażnił sztywne już sutki. Mimowolnie, z mojej krtani, wydobywały się ciche jęki. Poczułam na swoim ciele jego wilgotne usta. Całował mnie i dotykał, a mnie ogarniała coraz większa panika. Czułam się bezradna, zdana jedynie na jego łaskę. Bałam się co może ze mną zrobić, ale jeszcze bardziej przerażało mnie samo oczekiwanie na jego niecodzienne kaprysy. Mężczyźnie wyraźnie nigdzie się nie spieszyło. Jego usta błądziły po moim nagim ciele. Jego dłonie natarczywie drażniły piersi. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, przesunął dłoń na moje udo, potem położył ją między nogami. Rozpiął moje sztruksy i zsunął je ze mnie powoli. Mruknął cicho, wsuwając palce pod delikatną tkaninę majtek. Czułam własną wilgoć, mimo, że nie miałam pojęcia skąd się tam wzięła. Jęknęłam, kiedy zdjął ze mnie majtki i zagłębił palec w mojej ciasnej szparce. Na chwilę przerwał pieszczoty, a potem poczułam jak wsuwa mi między nogi coś naprawdę twardego. Przez chwilę drażnił się, napierając przedmiotem na moje łono, a potem wsunął go do środka. Pochylił się nade mną i zaczął całować moje usta, jednocześnie wpychając twardą rzecz coraz głębiej. To coś we mnie było naprawdę duże. Czułam się całkowicie wypełniona, a on tym bez przerwy poruszał. W pewnym momencie przedmiot zaczął drżeć. Namiętnie zaczęłam odwzajemniać pocałunki Sebastiana, żeby choć na chwilę przestać myśleć. Mężczyzna oderwał usta od moich ust, nie przestając poruszać tkwiącym w moim wnętrzu wibratorem. Jego pocałunki zeszły teraz niżej, na szyję, potem piersi i brzuch. Jego ciepły, miękki język lizał moje gładko ogolone podbrzusze. Sebastian zszedł jeszcze niżej. Pieścił językiem moją łechtaczkę, od czasu do czasu przerywając i całując wewnętrzną stronę ud. W pewnym momencie poczułam jego dłoń na swoich pośladkach. Mężczyzna przestał poruszać tkwiącym we mnie wibratorem, wpychając go niemalże do końca. Z moich ust wydobył się stłumiony jęk. Sebastian przesunął ręką po mojej pupie. Ciągle liżąc moje łono, wsunął w nią palec. Gwałtownie wciągnęłam powietrze. Czułam jego dotyk na delikatnych ściankach mojej ciasnej szparki. Myślałam, że zaraz zwariuję. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, nie zdawałam sobie sprawy, że można coś takiego w ogóle czuć. Moim ciałem zaczęły wstrząsać gwałtowne dreszcze. Mój umysł wariował. Całą mnie zalewały fale ciepła i błogości. Sebastian zabrał palec, jednocześnie rozsuwając szerzej moje nogi. Wyjął ze mnie wibrator i zastąpił go swoim członkiem. Czułam go całą sobą. Pochylił się nade mną, delikatnie całując przy uchu. – Uwielbiam twoje ciało i to jak na mnie reaguje – mruknął. – Chcę, żebyś na mnie patrzyła. Zsunął prowizoryczną przepaskę z mojej twarzy. Moje migdałowe, szare oczy spotkały się z jego niesamowitymi, czekoladowymi oczami. Widziałam w nich podniecenie, rządzę i chęć posiadania. Jęknęłam, kiedy Sebastian przyspieszył. W pewnym momencie wszedł we mnie najmocniej jak potrafił, a ja znów poczułam tę niesamowitą błogość. Wszystkie moje mięśnie spazmatycznie zaciskały się na jego tkwiącym we mnie, twardym członku, który po chwili również zaczął drżeć. Mężczyzna został jednak we mnie, poruszając się teraz łagodnie i delikatnie. Dopiero po kilku minutach wysunął się ze środka i opadł na kanapę tuż obok mnie. Leżał tak przez dłuższą chwilę, błądząc dłońmi po moim chaotycznie unoszącym się brzuchu i piersiach. Potem wstał, nie rozwiązując mi jednak rąk. Znów powróciła panika. Sebastian usiadł na kanapie, tak, żeby znaleźć się między moimi nogami. Rozłożył je delikatnym, ale stanowczym gestem. – Jeszcze nie skończyliśmy – powiedział uśmiechając się drwiąco. Pokazał mi niebieski, żelowy wibrator w kształcie delfina. Był naprawdę duży. Ponownie wsunął go w moje wnętrze. Jęknęłam. Czego on jeszcze ode mnie chce? Byłam wykończona i miałam już naprawdę dosyć. W jego dłoni, jakby znikąd, pojawił się drugi, znacznie mniejszy wibrator. Po chwili poczułam jak Sebastian napiera nim na moją pupę. Żelowy członek, gładko wszedł do środka, sporą częścią wystając na zewnątrz. Potem, z przerażeniem obserwowałam, jak mężczyzna ubiera się pospiesznie. Nowa fala paniki ogarniała mój umysł. Co mu chodzi po głowie? Czy jeszcze mu na dzisiaj nie wystarczyło? – Poczekasz tu na mnie – powiedział zachłannie pożerając mnie wzrokiem. – Nie złączaj nóg, chcę, żeby przywitał mnie właśnie taki widok. Obrzucił mnie jeszcze ostatnim, tęsknym spojrzeniem, po czym wyszedł z mieszkania, a ja z szybko bijącym sercem i bardzo niespokojnym oddechem zostałam zupełnie sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Leżałam tak przez dłuższą chwilę, nie mogąc zebrać myśli. Wibratory w moich dziurkach pulsowały, na nowo budząc podniecenie. Po co poszedł? Czemu mnie zostawił? Ściskający za gardło strach nie dawał mi spokoju. Z całą stanowczością usiłowałam sobie przypomnieć powód, dla którego to wszystko robię. Przymknęłam oczy. Spróbowałam wyswobodzić ręce, jednak bezskutecznie. Przy każdym ruchu, wibratory drażniły mnie coraz bardziej, postanowiłam więc leżeć spokojnie. Zaraz wróci, powtarzałam sobie w myślach, a w duchu błagałam, żeby to była prawda. Po ciągnących się w nieskończoność minutach usłyszałam przekręcany w zamku klucz. Poczułam jednocześnie niesamowitą ulgę i niepewność. Do pokoju jednak, zamiast drwiąco uśmiechniętego Sebastiana wszedł Rafał. Spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, szeroko otwierając usta. Gapił się nie mogąc zrobić kroku ani w jedną, ani drugą stronę. Dopiero teraz naprawdę zdałam sobie sprawę ze swojej nagości i położenia. Poczułam bezradność i upokorzenie. Odwróciłam od blondyna wzrok, on jednak ani drgnął. Po chwili do mieszkania, jak burza wpadł Sebastian. Jego przystojną twarz wykrzywił grymas gniewu. Jednym, sprawnym ruchem wypchnął Rafała z pokoju, zamykając za nim drzwi. Usłyszałam odgłos uderzenia. – Czy ty do kurwy nędzy nie rozumiesz co znaczy „nie przychodź dzisiaj”?! – warknął gniewny głos Sebastiana. – Ja… – zaczął w odpowiedzi Rafał, ale nie powiedział nic więcej. Usłyszałam jak frontowe drzwi otwierają się, a później zamykają. Po chwili do pokoju wrócił Sebastian. Rzucił na stół nową paczkę prezerwatyw. Sprawnie rozwiązał mi ręce i wyjął ze mnie wibratory. Potem posadził mnie obok siebie, otulił wiszącym na oparciu kanapy kocem i przytulił do siebie mocno. Czułam się paskudnie. Wtuliłam się bardziej w ramiona znienawidzonego mężczyzny. Po policzku spłynęła mi ciepła, słona kropla łez. – Przepraszam – wyszeptał w moje włosy – cholernie cię przepraszam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Sama nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam. Zmęczenie najwyraźniej jednak zwyciężyło nad rozżaleniem i upokorzeniem. Obudziłam się otulona śnieżnobiałą, atłasową kołdrą. Rozejrzałam się po utrzymanej w szarej tonacji sypialni. Leżałam sama w wielkim łóżku Sebastiana, a jego samego nigdzie w pobliżu nie było. Zerknęłam na stojący przy łóżku budzik. Dochodziła ósma. Jęknęłam. Znowu spóźnię się do szkoły! Wstałam szybko, wzrokiem szukając swoich ubrań. Leżały poskładane na krześle. Przyjrzałam się brązowym sztruksom. Uznałam, że tak mogę pokazać się w szkole, więc nie muszę zahaczać o dom, jeżeli się pospieszę, ominę tylko pierwszą lekcję. Czemu każdy pieprzony dzień musiał zaczynać się językiem Polskim?! Pospiesznie włożyłam na siebie ubranie i przemknęłam się do łazienki. Spięłam włosy spinką na czubku głowy, tak, że niesfornie się spod niej wymykały, ale na nic lepszego nie miałam w tej chwili czasu. Starannie zmyłam z twarzy ciepły, utrzymany w wiosennych barwach, makijaż. Nie miałam ze sobą plecaka, ale lepsze były pretensje nauczycieli o brak zeszytów niż całkowita nieobecność. Chciałam jak najszybciej wyjść z mieszkania, ale zatrzymałam się zaskoczona na widok siedzącego przy kuchennym blacie Sebastiana. – Dzień dobry – przywitałam się najpogodniejszym głosem, na jaki potrafiłam się zdobyć. – Część – odezwał się jak zwykle chłodnym i beznamiętnym tonem. – Podwieźć cię gdzieś? Tym pytaniem zupełnie mnie zaskoczył. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Szybko jednak oprzytomniałam i przecząco pokręciłam głową. – Dziękuję – odparłam grzecznie. – Dam sobie radę. Nie chcę ci robić problemu. Uśmiechnął się do mnie ponuro. – I tak jadę do pracy – oznajmił tylko. – Chodź. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Chwilę później siedziałam na przednim siedzeniu czarnego volvo. Sebastian podwiózł mnie na parking pod szkołą. Przez całą drogę nie odezwał się do mnie ani słowem. Odpowiadało mi to, ani trochę nie miałam ochoty na rozmowę, a już na pewno nie z nim. Kiedy wysiadłam z samochodu, rzucił jedynie chłodne „na razie” i prawie natychmiast odjechał. Odetchnęłam z ulgą. Zadrżałam na wspomnienie wczorajszego, koszmarnego wieczoru. Kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam przypatrujące mi się ciekawie koleżanki z klasy. Stały pod płotem paląc papierosy. Wyglądały na zafascynowane. Zagryzłam ze złości zęby. Wiedziałam, że stanę się tematem dzisiejszych plotek, a jeżeli do nich nie podejdę z jakąś ciekawą bajeczką, będzie tylko jeszcze gorzej. – Cześć – rzuciłam niedbale, podchodząc do rozszczebiotanego grona. Jedna z nich poczęstowała mnie papierosem. Jak zwykle odmówiłam. Nie zamierzałam palić, tylko dlatego, że inni tak robią. Nigdy nic nie robiłam tylko z tego powodu. – To twój facet Emily? – zapytała ożywionym głosem Karolina, wysoka i szczupła blondynka, jedna z największych plotkarek w szkole. – Niezłe ciacho z niego, tylko chyba trochę od nas starszy? – Przyjaciel – odpowiedziałam pewnym tonem. Wiedziałam, że nie mogę dać się jej podpuścić. – I nie tak znowu wiele starszy. W lecie skończył dwadzieścia pięć lat – powtórzyłam słowa Rafała. Karolina wyglądała na wyraźnie zawiedzioną, ale już po chwili wesoło plotkowała o kłótni między Darią, a Szymonem, naszą klasową idealną parą. Kiedy szłyśmy wspólnie do szkoły, na bok odciągnęła mnie Kinga. Była jedną z tych dziewczyn, które sponsoring traktują jako sposób na dodatkowe kieszonkowe, żeby kupić sobie nowe spodnie czy kosmetyki. Wcale nie ukrywała tego, że sypia z mężczyznami za prezenty i pieniądze. Ja się tego zwyczajnie wstydziłam. – Emily – odezwała się do mnie wesoło, przekształcając moje imię, jak robili to wszyscy w szkole – nie wierzę, w to co powiedziałaś. Przyznaj się, nie chcesz się nim podzielić! Takie ciacho! Też bym nie chciała! Dużo ci płaci? Wiedziałam, że nie ma sensu dalej brnąć w moją nietrzymającą się kupy historyjkę. Zresztą Kinga nie była Karoliną. – Kinguś, nie chcę o tym mówić – odezwałam się delikatnie, nie mając zamiaru ranić jej uczuć. Diametralnie różniło się nasze postrzeganie świata, ale poza tym całkiem się lubiłyśmy. – Nie jestem tobą. To dla mnie krępujące. Dziewczyna westchnęła teatralnie. – Jasne, jasne – uśmiechnęła się z przekąsem. – Rozumiem. Nikomu nie powiem – oznajmiła lekkim tonem, ale ja wiedziałam, że mówi prawdę. – Mam jednak nadzieję, że jak do tego dojrzejesz, to porozmawiamy o tym – uśmiechnęła się do mnie wesoło i wzięła mnie pod rękę. Razem poszłyśmy w kierunku szkoły, zmieniając temat o sto osiemdziesiąt stopni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem przyszedł do mnie sms od Rafała. Długo wpatrywałam się w ekran telefonu, zanim odważyłam się go przeczytać. „Jest mi strasznie głupio, możemy o tym po prostu zapomnieć? Sebastian kazał ci kupić trochę normalnych ubrań. Masz czas się jutro spotkać?” – brzmiała jego treść. Westchnęłam. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam teraz ochotę było spotkanie się z Rafałem. Nie mogłam jednak stchórzyć. Co za różnica ilu facetów ogląda mnie nago? W tak cholernie krępującej i jednoznacznej sytuacji, musiały dodać moje nieproszone myśli. Wiedziałam też, że czy ogląda mnie tylko Sebastian czy jeszcze ktoś inny stanowi, z jakiegoś powodu, OGROMNĄ różnicę. „Ok. jutro o siedemnastej? Tylko błagam nie rozmawiajmy o tym! NIGDY!” – odpisałam na smsa Rafała. „Umowa stoi” – odpisał błyskawicznie chłopak. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia, po szkole, spotkałam się z Rafałem w centrum handlowym. Chłopak miał opuchnięty, siny ślad pod okiem. Starał się omijać mnie wzrokiem. Ja jednak postanowiłam wziąć się w garść i nie psuć naszych stosunków tą głupią, nieprzyjemną wpadką. – Co ci się stało? – zapytałam zdziwiona. – Sebastian – odpowiedział ponuro. – Kiedyś nauczę się dokładnie słuchać poleceń. Więc to słyszałam wtedy w korytarzu. Zadrżałam na tamto wspomnienie. Odegnałam od siebie ponure, nieprzyjemne myśli. Blondyn w dalszym ciągu omijał mnie wzrokiem. – Rafał, przestań! – powiedziałam stanowczo. Spojrzał na mnie zaskoczony, pytającym wzrokiem. – Stało się, nic na to nie poradzisz – odezwałam się spokojnie – ale jeżeli mamy razem „pracować” – powiedziałam z przekąsem – to nie możesz mnie zacząć unikać, a ja nie chcę między nami takiej dziwnej atmosfery. – Masz rację – westchnął chłopak – po prostu zjada mnie poczucie winy. Mogę ci chociaż postawić kawę na przeprosiny? Uśmiechnął się do mnie niepewnie, a ja skinęłam głową. – Chodźmy na tą kawę – stwierdziłam pogodnie. Siedzieliśmy wygodnie na kanapie w Coffee Haven popijając jesienną mieszankę kaw z papierowych kubeczków. Atmosfera między nami się rozluźniła. Rafał w końcu doszedł do siebie i śmiał się wesoło, zupełnie jak wcześniej. Po kawie zrobiliśmy największe w moim życiu zakupy. Poczułam jednocześnie ukłucie strachu i ulgę na myśl, że Sebastian wyraźnie planował ze mną jakąś dłuższą współpracę. Kiedy szliśmy w kierunku podziemnego parkingu, usłyszałam za sobą czyjeś wołanie. Odwróciłam się, żeby stanąć twarzą w twarz z rozanieloną Karoliną i jej dystyngowanie wyglądającą mamą. Niechętnie przedstawiłam im obładowanego zakupami Rafała. Po krótkiej, jednak dla mnie ciągnącej się w nieskończoność, rozmowie kontynuowaliśmy naszą wędrówkę do samochodu. Tym razem nie wsiedliśmy do czarnego volvo, a do wysłużonego, zielonego opla. Blondyn uśmiechnął się do mnie wesoło, wyraźnie dumny ze swojego samochodu, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że naprawdę lubię jego uśmiech. Z ulgą zdałam sobie sprawę, że mimo tego co się stało, w dalszym ciągu potrafię czuć się swobodnie w towarzystwie Rafała. Chłopak podwiózł mnie pod dom Marty, pomógł wypakować zakupy, pożegnał się ciepło i odjechał. Nie chciałam dawać Markowi powodów do jakiejkolwiek podejrzliwości, dlatego postanowiłam nie trzymać nowych rzeczy w domu. Zostawiłam wszystko u przyjaciółki i poszłam odwiedzić Julkę. Moja młodsza siostra była zdziwiona tym, że za każdą wizytą przynoszę jej jakieś drobne prezenty, a to czekoladę, a to pomarańczę, czasem jakiegoś miśka czy ubranie, ale przyjmowała wszystko ze słonecznym uśmiechem i oczami pełnymi szczęścia. Nie zadawała żadnych pytań, a ja sama nie miałam ochoty jej niczym martwić. Miała dość własnych problemów. Chociaż dzięki tym krótkim chwilą obie mogłyśmy być szczęśliwe. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Z Sebastianem spotykałam się trzy – cztery razy w tygodniu. Coraz częściej zabierał mnie na różnego rodzaju towarzyskie spotkania i przedstawiał wszystkim jako swoją dziewczynę, a ja starałam się wywrzeć na tych poważnych, elegancko ubranych ludziach jak najlepsze wrażenie. Zauważyłam, że chłopak doskonale się bawi, jakby kpiąc z nich wszystkich, przy użyciu mojej osoby. Zawsze po takich spotkaniach miał wyśmienity humor, jednak kiedy w jego niesamowitych, czekoladowych oczach nie było pożądania, widziałam w nich tylko lód. Wydawało mi się, że Sebastian planuje spełnić ze mną wszystkie swoje erotyczne fantazje. Czasami był czułym i niesamowitym kochankiem, innym razem traktował mnie jak lalkę. Zawsze jednak to on przejmował inicjatywę, mówiąc mi co mam dla niego zrobić. Nienawidziłam tych spotkań całą sobą, a jednocześnie zawsze nie mogłam doczekać się następnego. Było w nim coś dziwnego, coś co mnie do niego przyciągało. Tak upłynął mi koniec października i cały listopad. Z nadejściem grudnia jednak czekały mnie zupełnie nowe, niekoniecznie przyjemne niespodzianki. Był chłodny, grudniowy wieczór, kiedy po wizycie w szpitalu, stanęłam pod domem Marty. Kiedy zadzwoniłam do drzwi, otworzyła mi jej matka, ale zamiast uprzejmie zaprosić mnie do środka, spojrzała na mnie pełnym chłodu i niechęci wzrokiem. – Nie przychodź tu więcej – powiedziała zimnym tonem. – Nie chcę, żeby moja córka zadawała się z takimi jak ty! – oznajmiła stanowczo, po czym zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Wróciłam do domu z lśniącymi od powstrzymywanych łez oczami. Marka jak zwykle nie było. Zwinięta w kłębek położyłam się na swoim wytartym materacu. Przytuliłam do siebie miśka, którego dostałam na osiemnaste urodziny od Marty. Czy naprawdę tak ogromna część mojego świata legła dzisiaj w gruzach? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nazajutrz w szkole, Marta dopadła mnie jeszcze przed lekcjami. Rzuciła mi się na szyję niemal mnie przewracając. – Emily! Tak strasznie cię przepraszam! Naprawdę bardzo! – wykrzyczała, a połowa idących po korytarzu ludzi odwróciła się w naszą stronę. – To wszystko moja wina! Stchórzyłam! Mama zabroniła mi się z tobą przyjaźnić, ale mam to gdzieś! Poza tym jestem pełnoletnia i nie obchodzi mnie jej zdanie! – Martuś, spokojnie – odezwałam się do przyjaciółki, odciągając ją na pustą i zupełnie spokojną klatkę schodową. – Co się właściwie stało? W duchu czułam jednak niesamowitą ulgę, że nie straciłam najlepszej przyjaciółki. Marta głęboko zaczerpnęła powietrza. – Moja matka, jak się okazuje nie jest taka głupia – powiedziała już znacznie ciszej dziewczyna. – Widziała jak Rafał podjeżdża po ciebie tym czarnym volvo, albo cię nim odwozi do mnie, zobaczyła ile nowych ciuchów i kosmetyków mam w pokoju i uznała, że się obie puszczamy, a ja jej powiedziałam, że to twoje i nie masz gdzie tego trzymać – niemalże jęknęła wypowiadając ostatnie słowa. – Emily! Tak bardzo cię przepraszam! Uśmiechnęłam się do niej ponuro. – Nie martw się, jakoś przeżyję, pod warunkiem, że dalej będziemy się przyjaźnić – stwierdziłam stanowczo. – Oczywiście, że będziemy! – znów wykrzyknęła Marta. – Nie mogłabym inaczej! Mimo nieprzyjemnej sytuacji, humor mi się znacznie poprawił. Po raz kolejny Marta dowiodła, że nie sposób się na niej zawieść. Zadzwonił dzwonek. Trzymając się za ręce, zupełnie jak pierwszoklasistki, poszłyśmy razem, przez zatłoczony korytarz, w kierunku lekcyjnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W piątek wieczorem po raz kolejny pojawiłam się w luksusowym mieszkaniu Sebastiana. Moje serce jak zwykle pędziło w pełnym galopie, a ja za każdym razem miałam nadzieję, że w końcu się do tych spotkań przyzwyczaję. Nie potrafiłam jednak i nie byłam przekonana czy kiedykolwiek będę w stanie. Rafał otworzył drzwi witając mnie przyjaznym uśmiechem. Zabrał ode mnie płaszcz i zaproponował, że zrobi coś do picia. – Sebastian jest zajęty, wypełnia jakieś dokumenty – oznajmił. – Da znać, jak skończy, a tymczasem ja się tobą zajmę, jeżeli nie masz nic przeciwko. Nie miałam, a wręcz odetchnęłam z ulga, że przynajmniej trochę odwlecze się nieuniknione. Rozmawialiśmy, jak zwykle bez skrępowania. Przez ten czas, zaczęłam go traktować jak przyjaciela, a nie zło konieczne jak w wypadku Sebastiana. Opowiedziałam mu to, co wydarzyło się w domu Marty, a on patrzył na mnie przepraszająco, swoimi cudownymi błękitnymi oczami. Chciał coś powiedzieć, ale przerwał w pół słowa. Mój wzrok powędrował w tę samą stronę co jego i spostrzegłam stojącego w drzwiach Sebastiana. Opierał się o framugę, słuchając naszej rozmowy, wyraźnie nie zamierzając nam przerywać. Zaczerwieniłam się wściekle. Wcale nie planowałam mu o tym opowiadać. Kiedy się jednak odezwał, mówił na zupełnie inny temat, co przyjęłam z prawdziwą ulgą, która jednak w błyskawicznym tempie przerodziła się w kompletne zakłopotanie. – Potrzebuję cię na cały weekend, Emilko – powiedział poważnym tonem. – Moi rodzice się już tyle o tobie nasłuchali, że muszę cię im w końcu przedstawić. Jedziemy jutro rano. Zdębiałam. Zamrugałam z niedowierzania. Co on znowu wymyślił? Jacy rodzice? – Jak to? – spytałam głupio. – Nie przejmuj się – powiedział, źle odczytując moje zaskoczenie. – Mój ojciec jest sędzią, matka sekretarką na emeryturze, to dla ciebie żadne towarzyskie wyzwanie. – Dokąd jedziemy? – spytałam zrezygnowana, dalej nie mając pojęcia dlaczego chce mnie przedstawiać sowim rodzicom. – Lipnik, taka niewielka wieś pod Krakowem – odpowiedział z drwiną w głosie. – Moi rodzice mają tam dom. Niepewnie skinęłam głową. Jak zwykle nie potrafiłam nadążyć za jego tokiem myślenia. Rafał wstał z kanapy. Pożegnał się i wyszedł z mieszkania. Od czasu, kiedy zobaczył mnie nagą w erotycznej pozycji, unikał jak ognia przebywania w tym samym miejscu co ja i Sebastian, podczas naszych spotkań. Wstałam z kanapy i podeszłam do ciągle stojącego w drzwiach mężczyzny. Oplotłam ramionami jego szyję, a on stanowczym gestem przyciągnął mnie do siebie. Lubił, kiedy przychodziłam do niego sama. Uwielbiał też pokazywać, że jest silniejszy. Natarczywie i dziko pocałował mnie w usta, a ja, podniecona z powodu samej jego bliskości, odwzajemniłam jego namiętny, długi pocałunek. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W sobotę rano wsiedliśmy do czarnego volvo i wyjechaliśmy za granicę miasta. Cieszyłam się, że część swoich rzeczy trzymam u Sebastiana, bo przynajmniej nie musiałam odwiedzać swojego mieszkania. Marek i tak nie zwróci uwagi, że mnie nie ma. Nigdy go specjalnie nie obchodziło co właściwie robię. Nawet nie zdziwiło go to, że od jakiegoś czasu nie brakuje nam jedzenia, a czynsz za mieszkanie płacony jest regularnie. Nie miałam jednak zamiaru z nim o tym dyskutować. Po godzinie zatrzymaliśmy się pod dużą, pomalowaną na biało willą. Dom był otoczony sadem, który ośnieżony przedstawiał sobą cudowny wręcz widok. Sebastian wyciągnął z bagażnika nasze rzeczy i bez pukania weszliśmy do środka. Z zainteresowaniem rozejrzałam się po domu. Był przytulnie urządzony i bardzo czysty. Przez myśl przeszło mi natrętnie, skąd Sebastian bierze pieniądze, bo taki dom, do osób ubogich raczej nie należał, ale na pewno nie był też domem milionerów. W korytarzu przywitała nas szczupła, wyjątkowo ruchliwa kobieta. Miała siwe, splecione w dobierany warkocz włosy. Nosiła zabawny, granatowy fartuch kuchenny, z napisem „Kiss the Cook”. Uśmiechała się pogodnie i sprawiała sobą bardzo przyjazne wrażenie. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie matkę Sebastiana. Kobieta uściskała mnie na powitanie jakbym była jej własną córką, a jej twarz promieniowała szczęściem. Potem zaprowadziła nas do przestronnej, ładnie urządzonej kuchni. Sebastian zniknął na chwilę z naszymi rzeczami, a potem wrócił i usiadł obok mnie na drewnianej, kuchennej ławie. Od niechcenia objął mnie ramieniem. Siedzieliśmy i piliśmy ciepłą herbatę, kiedy do pomieszczenia wszedł wysoki, potężnie zbudowany, starszy mężczyzna. Przywitał się ze mną serdecznie, a potem uściskał Sebastiana. Nie tak wyobrażałam sobie jego ojca. Po kim on do cholery odziedziczył ten drwiący, pogardliwy sposób bycia i to lodowato zimne spojrzenie? Rodzice Sebastiana okazali się być najmilszymi ludźmi na świecie. Przerzucali się drobnymi złośliwościami, ale widać było, że bawi to ich obydwoje. Sprawiali wrażenie zachwyconych moją skromną osobą i tym, że ich syn „wreszcie” przyprowadził do domu jakąś dziewczynę. Mimo, że kłóciło się to z moją moralnością i porządkiem świata, nareszcie zrozumiałam, dlaczego Sebastian postanowił mnie tu ze sobą przywieźć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem usiedliśmy wspólnie do kolacji. Mimo, że to wszystko było jedną wielką farsą, cieszyłam się z rodzinnej atmosfery, której tak bardzo brakowało mi w moim własnym, dość ponurym życiu. Ojciec Sebastiana co chwilę opowiadał jakieś dowcipy, natomiast jego matka zasypywała mnie dosłownie gradem różnych pytań. – Powiedz mi, gdzie studiujesz, Emilko? – zapytała pogodnie kobieta, od początku mówiła do mnie „na ty”, co przyjęłam z prawdziwą ulga. Chciałam powiedzieć, to co mówiłam wszystkim znajomym Sebastiana, chłopak jednak nie pozwolił mi dojść do słowa. – Emila kończy liceum – odpowiedział patrząc kobiecie w oczy – w marcu skończy dziewiętnaście lat. Zaskoczyło mnie, że powiedział matce prawdę, ale jeszcze bardziej zdziwiona byłam faktem, że pamiętał, kiedy mam urodziny. Kobieta przełknęła to jednak gładko, z pogodnym uśmiechem na twarzy. – Dobry wiek, sześć lat różnicy to nie taka znowu przepaść – roześmiał się tubalnie ojciec Sebastiana. – Moja Ewunia, jest ode mnie młodsza o osiem, a patrzcie jak się dobrze dogadujemy. – To dlatego, że mężczyźni się znacznie wolniej rozwijają psychicznie – docięła im obu matka Sebastiana. Roześmiali się obydwoje, a ja na twarzy siedzącego przy mnie chłopaka zauważyłam blady, ponury uśmiech. Potem kobieta zaczęła wypytywać mnie o moje zainteresowania i rodzinę. Tu miałam większy problem, ale skoro Sebastian zaczął od mówienia im przynajmniej większości prawdy, ja postanowiłam zrobić to samo. Opowiedziałam im o śmierci matki, chorobie mojej siostry i opiekującym się mną bracie. Mimo, że opisywałam wszystko w jak najweselszych barwach, wyglądali na odrobinę zmieszanych, jednak nie wydawali się być zaskoczeni. W końcu powiedzieliśmy sobie dobranoc. Sebastian wziął mnie za rękę i zaprowadził do przytulnego, położonego na drugim piętrze pokoju. – Wymyśliłaś bardzo barwną historyjkę – mruknął, kiedy wchodziliśmy po schodach. – Nie uważasz, że trochę przesadziłaś? – spytał. – Niczego nie wymyślałam – odpowiedziałam gniewnym głosem, bo z jakiejś przyczyny to, że mi nie uwierzył naprawdę mnie zabolało. Prychnął. Uśmiechnął się swoim kocim, drwiącym uśmiechem. Potem jednak odrobinę spoważniał. – Na co choruje twoja siostra? – spytał cicho. Nie chciałam mu odpowiadać. Miałam ogromną ochotę powiedzieć mu, żeby się odwalił, nie zrobiłam tego jednak. – Ma białaczkę – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Skinął tylko głową, nie zadając więcej pytań. Tej nocy nie uprawialiśmy seksu. Kiedy znaleźliśmy się w łóżku, Sebastian władczo przyciągnął mnie do siebie, mocno oplatając ramionami. Było mi przyjemnie. Czułam ciepło jego ciała. Miałam ochotę wtulić się  w niego najbardziej jak się da. Z całych sił walczyłam z ogarniającym mnie uczuciem, wpatrując się w zalewającą pokój ciemność grudniowej nocy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W poniedziałek na pierwszej lekcji Marta siedziała jak na szpilkach. Koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Roznosiło ją. Kiedy wreszcie wyszłyśmy z sali, natychmiast odciągnęła mnie do kąta. – Nie uwierzysz co się stało! – powiedziała pełnym entuzjazmu głosem. – W sobotę był u mnie Rafał! Nawet nie wiesz, w jakim szoku byłam, kiedy stanął w moich drzwiach! – Rafał? – spytałam zaskoczona. – Czego on od ciebie chciał? Marta posmutniała odrobinę, ale po krótkiej chwili na jej twarzy na powrót zagościł rozanielony uśmiech. – Nie ode mnie chciał! Poprosił o możliwość rozmowy z moją mamą! – oznajmiła podekscytowana. – Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, byłam strasznie zdziwiona! A on przedstawił się mojej mamie grzecznie, powiedział, że jest studentem AWF’u, pokazał jej nawet legitymację… a potem oznajmił, że jest twoim chłopakiem i może nie jest zbyt bogaty, a jak przyjeżdża volvo, to tylko dlatego, że szef mu pożyczył, ale ponieważ pracuje dorywczo to kupuje ci czasem prezenty, bo to mu sprawia przyjemność! Powiedział, że pochodzisz z nie za bogatej rodziny i ciebie samej nie byłoby na to stać, a on lubi patrzeć jak się uśmiechasz! Potem zapytał mojej mamy, czy naprawdę widzi w tym coś złego! – mówiła bardzo szybko, robiąc przerwy jedynie na to, żeby nabrać tchu. – Nawet nie wiesz, jakiego buraka puściła moja matka! Musisz dzisiaj do mnie przyjść! On chce cię sama oficjalnie przeprosić! Nie mogłam uwierzyć w to co mówiła Marta. Brzmiało tak bardzo zaskakująco i surrealistycznie! Skąd Rafałowi przyszedł do głowy ten pomysł? Pomyślałam także o czymś innym. – Martuś, to wszystko pięknie, ale ja nie mogę – westchnęłam. – Przecież doskonale wiesz, że twoja matka miała rację… – Bzdury gadasz! To ja cię do tego namówiłam, to był mój pomysł! – oznajmiła pewnym głosem. – Więc to, że to robisz to tak jakby moja wina. Poza tym znam cię Emilko! Ty masz w głębokim poważaniu, to że dostałaś nowe ubrania, dla ciebie ważne jest to, że masz z czego utrzymać siostrę i brata. Mam rację? – Masz – odpowiedziałam cicho, dalej nie będąc przekonaną, czy powinnam się pokazywać jej mamie na oczy. – Poza tym on się w tobie buja! – oznajmiła stanowczo. – Kto? – zapytałam zaskoczona zmianą tematu. – No jak to kto? Rafał oczywiście! – powiedziała z pełnym przekonaniem. – Inaczej czemu miałby się zdobyć na coś takiego? Uśmiechnęłam się do niej wesoło. Moja przyjaciółka zawsze miała zbyt bujną wyobraźnię. – Martuś, pragnę ci przypomnieć, że sypiam z jego szefem – powiedziałam ironicznym tonem. – To wyklucza jakiekolwiek uczucia między nami. Kiedykolwiek. – Jak sobie chcesz – oznajmiła spokojnie Marta, ale w jej oczach widziałam, że nie zamierza odpuścić, w myślach z pewnością zaplanowała nam już ślub, a potem biały domek z ogródkiem, żółtego labradora i całą gromadkę rozbrykanych dzieci. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ .           Zaczynała się druga połowa grudnia. Stałam zupełnie naga, z potarganymi włosami i nienawistnym wzrokiem patrzyłam na Sebastiana. To był pierwszy raz, kiedy postanowiłam mu się otwarcie sprzeciwić. Jeżeli nie będzie chciał mnie więcej widzieć, trudno! Święta były dla mnie zbyt ważne. – Nigdzie nie pojadę! – powiedziałam po raz trzeci tego ranka. – Nie w czasie Bożego Narodzenia! Chłopak w dalszym ciągu wyglądał na ogromnie zaskoczonego moim sprzeciwem. Uważał, że przedstawił mi naprawdę niezłą ofertę. Mieliśmy polecieć samolotem do Włoch na prawie dwa tygodnie. Wigilia, Boże Narodzenie, a potem Sylwester. – Dlaczego nie chcesz jechać? – zapytał. – Przecież to tylko głupie Święta! Czemu tak bardzo ci zależy? – Boże Narodzenie się spędza z rodziną! – niemal krzyknęłam, nie potrafiąc powstrzymać swojego rozgoryczenia i irytacji. To mogły być ostatnie Święta Julki, każdy kolejny rok mógł być dla niej ostatnim. – Z osobami, które się kocha! Sebastian spochmurniał. Spojrzał na mnie wyzywająco. Chciał coś powiedzieć, ale potem jakby zmienił zdanie. – Ok. porozmawiamy o tym później – oznajmił pełnym goryczy głosem. – Zmywaj się do szkoły. Pozbierałam porozrzucane po podłodze ubrania i ciągle zdenerwowana wymknęłam się do łazienki. Byłam przekonana, że Sebastian wcale nie odpuścił. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem siedziałam z Rafałem w ozdobionym świątecznymi dekoracjami centrum handlowym. Piliśmy kawę z cynamonem. Chłopak nalegał na spotkanie. Powiedział, że to ważna i pilna sprawa, a ja, mimo, że wiedziałam dokładnie o co chodzi, spotkałam się z nim niechętnie, nie chcąc mu narobić dodatkowych kłopotów. – Sebastianowi zależy na tym wyjeździe – powiedział cicho blondyn, nie patrząc na mnie. – Kazał mi cię przekonać. – Skoro mu tak zależy, to niech jedzie sam! – starałam się mówić spokojnie, pamiętając, że przecież rozmawiam z niczego nie winnym Rafałem, a nie, sprawcą wszelkiego zła na świecie, Sebastianem. – Nie wiem o co chodzi – przyznał szczerze chłopak – ale naprawdę mu zależy, żebyś tam z nim była. – Niech on do cholery zrozumie, że mam rodzinę, z którą planuję spędzić święta! – syknęłam. – Dlaczego to do niego nie może dotrzeć? Jeżeli nie rozumie to trudno, zawsze może przestać mi płacić i ma mnie z głowy. – Problem w tym – powiedział cicho Rafał – że on nie chce się ciebie pozbywać. Pasujesz mu – oznajmił. – Dlatego, mam ci przedstawić pewną ofertę, która pewnie będzie dla ciebie nie do odrzucenia – westchnął odwracając ode mnie wzrok. Poczułam jak przechodzą mnie ciarki. Ani odrobinę nie spodobały mi się słowa Rafała i wcale nie chciałam wiedzieć, co wykombinował Sebastian, żeby dopiąć swego. – Słucham – powiedziałam niechętnie. Chłopak podniósł z podłogi skórzaną teczkę. Wyciągnął z niej jakieś dokumenty, a potem niechętnie przesunął je do mnie po blacie stołu. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wzięłam do ręki spięte razem kartki. Przeleciałam dokument wzrokiem, a potem zaczęłam czytać. Była to lista jakiejś fundacji. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens wyczytanych słów. To była fundacja, finansująca leczenie dzieci chorych na raka. Na liście, na pierwszym miejscu do przeszczepu szpiku, widniało imię: Julia Sadowska. Zadrżały mi dłonie. Do oczu napłynęły łzy. Nie rozpłakałam się jednak. Nadzieję i radość, wypchnęły z moich myśli gniew i nienawiść. To był zwyczajny szantaż! Spojrzałam pytająco na Rafała. Czekałam na potwierdzenie moich domysłów. – Jeżeli z nim pojedziesz – powiedział cicho chłopak – fundacja zajmie się leczeniem twojej siostry. Sfinansują całość. – A co jeżeli nie pojadę? – spytałam gorzko. Rafał ze spuszczoną głową wpatrywał się w swoje dłonie. Milczał. Gwałtownie zerwałam się od stolika. Nie wiedziałam co zrobić z całą swoją złością i żalem. Chłopak także wstał. Podszedł do mnie i objął ramionami. Przytulił mnie do siebie czule. Wtuliłam twarz w jego sportową bluzę. Delikatnie gładził moje włosy. – Będzie dobrze – powiedział cicho. – Nienawidzę go! Podły szantażysta! – szepnęłam stłumionym głosem. – Tak bardzo go nienawidzę! ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Marek był niezadowolony, że nie spędzę wigilii z nim i z Julką, ale przyjął moje mętne  tłumaczenie, że chcę ją spędzić z chłopakiem. Moja siostra jednak zareagowała na to znacznie gorzej. Nie robiła mi wyrzutów, nie protestowała, po prostu zaczęła płakać. Kiedy ze ściśniętym sercem wychodziłam z jej szpitalnego pokoju, w oczach w dalszym ciągu miała łzy. W czwartek, dwudziestego trzeciego grudnia, Rafał odwiózł nas na lotnisko. Za każdym razem kiedy widziałam Sebastiana, ręce same zaciskały mi się w pięści, w bezsilnym gniewie. Nie sądziłam, że będę kiedykolwiek w stanie tak bardzo nienawidzić drugiego człowieka. On tylko patrzył na mnie niechętnie, pochmurnym wzrokiem, od czasu do czasu uśmiechając się drwiąco, jakbym to ja zrobiła coś złego. W samolocie nie odezwał się do mnie ani słowem, a ja byłam mu za to naprawdę wdzięczna. Z lotniska pod Wenecją odebrał nas kierowca. Dalej jechaliśmy luksusowym samochodem. Po niecałej godzinie, znaleźliśmy się w pięciogwiazdkowym hotelu. Sebastian zaprowadził mnie do pokoju, a potem nie powiedziawszy ani słowa, zostawił samą. Odetchnęłam z ulgą. Rozpakowałam swoje rzeczy, wzięłam długi, gorący prysznic i przebrałam się w świeże, czyste ubranie. Nie zamierzałam spędzić całego dnia zwiedzając hotelowy pokój. Wzięłam ze stolika służącą do otwierania drzwi kartę magnetyczną i wyszłam na korytarz. Zostawiłam ją w recepcji i wymknęłam się z hotelu, w popołudniowe, zimowe powietrze. Podczas gdy w Polsce zalegały tony śniegu, tutaj temperatura była dodatnia, a na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury. Z hotelu udałam się na plac Świętego Marka, a potem oglądałam świątecznie ozdobione wystawy sklepów. Gdyby nie podła sytuacja w jakiej się znalazłam, z pewnością wzbudziłyby mój niekłamany zachwyt. Kiedy wracałam do hotelu było już naprawdę ciemno. Idąc spacerowym krokiem podziwiałam poumieszczane na mostach i latarniach dekoracje świąteczne pływającego miasta. Kiedy wróciłam do naszego pokoju, Sebastian już tam czekał. Spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem. – Gdzieś ty do cholery była? – warknął. – Zwiedzałam miasto – odpowiedziałam spokojnie mimo strachu jaki odczuwałam przed tym mężczyzną. Bardzo nie spodobał mi się jego ton. – Nie jesteś tu na wycieczce – oznajmił patrząc na mnie z pogardą. – Chyba wystarczająco dużo zapłaciłem ci za ten wyjazd? Spojrzałam w jego lodowato zimne, czekoladowe oczy. – O tak, aż nadto – odpowiedziałam ponuro. – W takim razie, skoro się zgadzamy, bądź tak dobra i, zgodnie z umową, poudawaj zakochaną we mnie dziewczynkę – odezwał się drwiąco, tym razem w jego głosie nie było jednak wściekłości, a raczej coś przypominającego rozczarowanie. – Nie martw się o to – powiedziałam cicho – w udawaniu, że cię lubię jestem naprawdę dobra. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Cały wieczór spędziliśmy w hotelowym pokoju. Sebastian położył się na łóżku. włączył telewizor i oglądał jakiś włoski program, z którego nic nie rozumiałam. Sama usiadłam na fotelu i wyciągnęłam szkicownik. Nie miałam takiego talentu, jak moja siostra, ale był to całkiem niezły sposób na zabicie czasu. Rysowałam, słuchając włoskiego speakera. Po głowie snuły mi się jedynie ponure myśli. Czy tak miały wyglądać całe moje święta? Po jakimś czasie zaczęłam ziewać. Złożyłam szkicownik i zniknęłam za drzwiami łazienki. Kiedy wróciłam, umyta i przebrana w kusą nocną koszulkę, zastałam Sebastiana bawiącego się moim telefonem. Poczułam jak na policzki wpełzają mi gniewne rumieńce. Dlaczego ten przeklęty facet naruszał moją prywatność? Mężczyzna spojrzał na mnie bez skrępowania. Odłożył telefon na nocną szafkę. – Czemu masz tylko trzy numery? – spytał z zainteresowaniem. Nie widziałam potrzeby wpisywać kogoś więcej niż jego, Rafała i Martę. Wcześniej doskonale radziłam sobie bez telefonu i wcale nie paliło mi się do tego, żeby to zmieniać. – To przecież „służbowy” telefon – odparłam chłodno – po co miałabym mieć więcej? – Jak chcesz  – niedbale wzruszył ramionami. – To twoja sprawa. Przezwyciężając swoją niechęć położyłam się na brzegu szerokiego łóżka, które zajmował Sebastian. Wsunęłam się pod miękką kołdrę. Mężczyzna wstał, wyłączył telewizor i zniknął w łazience. Zamknęłam oczy i skuliłam się na boku. Po krótkiej chwili Sebastian wrócił, zgasił światło i położył się za moimi plecami, wślizgując pod kołdrę. Przysunął się bardzo blisko, zbyt blisko! Czułam ciepło jego nagiego ciała. Jego sztywny członek ocierał się o moje pośladki. Zadrżałam. Myślałam, że chociaż dzisiaj, kiedy jest na mnie taki wściekły, odpuści. On widocznie jednak myślał zupełnie inaczej. Ręce mężczyzny błądziły po moim, ciągle wilgotnym, po niedawnym prysznicu ciele. Wsunęły się pod moją nocną koszulę, dotykając piersi. Potem zjechały niżej, podważając delikatną tkaninę majtek. Nie zdejmował ich ze mnie, tylko podciągnął tak, że dolny pasek wpił się w moją szparkę. Jęknęłam. Zamknęłam oczy. Poczułam na szyi jego nachalne pocałunki. Kiedy uznał, że jestem wystarczająco wilgotna, odwrócił mnie na plecy, rozsunął mi nogi i po prostu we mnie wszedł. Prezerwatywę musiał nałożyć jeszcze w łazience, bo teraz nie zrobił ani chwili przerwy. Czułam się paskudnie. Bawił się mną, jakbym była lalką. Ale przecież taki był i tylko do tego mnie potrzebował, a ja o tym doskonale wiedziałam od samego początku, więc dlaczego wszystko w moim środku chciało wyć? Czemu ciągle spodziewałam się po nim czegoś zupełnie innego? Tym razem nie obchodziło go, żeby mi sprawić przyjemność. Kiedy skończył, po prostu ze mnie wyszedł. Zdjął z lekko opadającego już członka pełną prezerwatywę, zawiązał ją w supeł i odrzucił na podłogę, potem wciągnął na siebie czarne bokserki, rozwinął leżący w nogach łóżka koc i nakrył się nim zostawiając mi kołdrę. Przynajmniej dłużej nie musiałam go dotykać. Dopiero teraz, gdy było już po wszystkim, w oczach stanęły mi łzy. Moje życie wydawało się stawać coraz bardziej ponure i paskudne. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W wigilię Sebastian zostawił mnie na cały dzień samą, wysyłając do hotelowego salonu piękności. Przecierpiałam ten czas nudząc się w samotności. Nie znałam włoskiego i nie byłam nawet w stanie porozmawiać z zajmującymi się mną kobietami. Pod wieczór do pokoju hotelowego przyniesiono mi suknię. Była naprawdę piękna. Miała prosty krój i sięgała niemal do ziemi, mieniła się odcieniami srebra i szarości. Sebastian przyszedł po mnie tuż przed dziewiętnastą. Zapiął mi na szyi delikatny, srebrny naszyjnik, ozdobiony kwiatami, które miały drobniutkie, szafirowe płatki. Owinęłam ramiona cienkim, srebrzystym szalem i wspólnie zeszliśmy na dół, do ozdobionej zimowymi motywami, balowej sali. Na szczęście przynajmniej tutaj większość gości mówiła w języku Polskim. Szłam wtulona w ramię Sebastiana uśmiechając się uprzejmie do każdego kto na mnie spojrzał. Nie starałam się nawet zapamiętać nazwisk przedstawianych mi ludzi. Rozmyślałam o Julce i Marku, którzy zostali w domu. Zastanawiałam się nad tym, jak spędzają wigilię i czy bardzo im mnie brakuje. Moje własne serce płakało z tęsknoty za nimi. Nie mogłam się pogodzić z tą cholerną niesprawiedliwością. Przecież były święta! W pewnym momencie poczułam, że po prostu musze się wyrwać z atmosfery otaczającego mnie splendoru i wesołości. Chciałam znaleźć się gdziekolwiek indziej, chociaż na krótką chwilę. Przeprosiłam Sebastiana, wymówiwszy się toaletą. Poszłam tam, mając nadzieję, że tym razem nie spotkam jakiejś zawodowej plotkary. Stałam przed lustrem, próbując uspokoić mój skręcający się w supeł żołądek. Marzyłam o tym, żeby przestać czuć targające mną gniew i rozpacz. Chciałam się uspokoić i stać zupełnie martwa w środku. Do toalety weszły dwie, młodo wyglądające, rozchichotane dziewczyny. Popatrzyły na mnie z wyższością, a potem jedna z nich, mocno opalona szatynka zatrzymała się bezpośrednio przede mną. – Skąd to masz? – spytała oskarżycielsko, pełnym zawiści tonem, wskazując na zdobiący moją szyję wisiorek. O co tej dziewczynie chodziło? Nie miałam zamiaru robić sobie kolejnych, bezsensownych wrogów. – Dostałam od Sebastiana – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wcale nie będąc pewna czy taka odpowiedź usatysfakcjonuje szatynkę. Dziewczyna zgrzytnęła zębami, a w jej oczach zapłonął ogień. – Jesteś partnerką Sebastiana Blake’a? – zapytała przyglądająca się nam z boku, blond włosa dziewczyna. – Tak – odpowiedziałam po prostu – a konkretniej jego dziewczyną – dodałam tak jak kazał mi mówić. Szatynka prychnęła, mrużąc nieprzyjaźnie oczy. – To miało należeć do mnie – powiedziała niemal z gadzim sykiem. Świetnie, chętnie bym jej oddała naszyjnik i wszystko inne, byleby tylko się ode mnie odczepiła, nie sądziłam jednak, żeby tak naprawdę stanowił moją własność. – Andżelika jest narzeczoną Sebastiana – powiedziała nieprzyjemnym głosem blondynka. – Chyba ex-narzeczoną – prychnęłam zarówno wkurzona jak i odrobinę rozbawiona sytuacją. – Mieszkam z nim prawie od pół roku i jakoś nigdy nawet o niej nie wspomniał. Ogólnie niewiele rozmawialiśmy. Uprawialiśmy seks, za który na dodatek mi płacił, a do tego jedynym uczuciem jakie do niego żywiłam, była nienawiść w czystej postaci, ale tego przecież Andżelika nie musiała wiedzieć. Wyminęłam obie, wpatrujące się we mnie z wrogością dziewczyny i wyszłam z toalety. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy znalazłam Sebastiana, rozmawiał z jakimiś ludźmi. Podeszłam do niego, a on przyciągnął mnie do siebie obejmując ramieniem. Przedstawił mnie wszystkim, a potem przeprosił i odeszliśmy na bok. – Gdzie zniknęłaś na tak długo? – spytał z naganą w głosie. – Spotkałam Andżelikę – odpowiedziałam z niejaką satysfakcją. Oczy Sebastiana pociemniały. Po chwili jednak uśmiechnął się kocim uśmiechem. – Co ci ciekawego powiedziała? – zapytał. – Oznajmiły mi, ona i jej przyjaciółka, że Andżelika to twoja narzeczona – odpowiedziałam zrezygnowana. – A co ty na to? – zainteresował się Sebastian. – Odpowiedziałam im, że jestem twoją dziewczyną, mieszkam z tobą od pół roku i nigdy nawet o niej nie wspominałeś – westchnęłam. – A potem sobie poszłam. Uśmiech na twarzy mężczyzny stał się jeszcze szerszy. Jego oczy jednak jak zwykle pozostały zimne. – Dobrze zrobiłaś – stwierdził. – Po to chciałeś, żebym tu przyjechała? – spytałam nie potrafiąc ukryć goryczy. – Dlatego mi dałeś ten naszyjnik? Chciałeś, żeby była zazdrosna? – Tak – odpowiedział po prostu Sebastian, pełnym satysfakcji głosem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Staliśmy przy suto zastawionym szwedzkim stole, a ja z minuty na minutę coraz bardziej musiałam ze sobą walczyć, żeby się nie odsunąć od obejmującego mnie ramieniem Sebastiana. Ten mężczyzna był skończonym, wyrafinowanym dupkiem! Czułam do niego nienawiść i pogardę, czułam je też do siebie samej. To się musiało skończyć! I skończy się, powtarzałam sobie w myślach, jak tylko Julka będzie zdrowa. Zdziwiłam się, kiedy podeszły do nas Andżelika z przyjaciółką. Szatynka uśmiechała się zalotnie. Zaczęło mnie zastanawiać co właściwie zaszło między nią, a Sebastianem. Miałam szczerą nadzieję, że się pogodzą. Obydwoje byli siebie warci. – Sebastian, kochanie, mogę cię na chwilę prosić? – zaczęła mówić słodkim głosem. Nie czekając na odpowiedź chłopaka, wzięła go pod rękę i odciągnęła na bok, a ja zostałam sam na sam z blondynką. Andżelika uśmiechała się zalotnie coś szepcząc do Sebastiana. Wpatrywał się w nią w milczeniu. W końcu wsunęła mu do kieszeni marynarki kartę magnetyczną i dalej do niego mówiła z coraz szerszym uśmiechem na ustach. – Wiesz dziewczynko, żal mi ciebie – powiedziała rozbawionym, ociekającym samozadowoleniem tonem blondynka. – Twój „chłopak” jest bez pamięci zakochany w Andżelice. Od zawsze tak było, a ona postanowiła go odzyskać.  Sądzę, że pójdzie dzisiaj do niej w nocy, a ty zostaniesz zupełnie sama. Twarz Sebastiana ozdobił szeroki uśmiech. Powiedział coś do Andżeliki równie cicho, co wcześniej ona do niego. Policzki szatynki stały się niemal purpurowe. Zatrzepotała zalotnie długimi rzęsami. Potem Sebastian podszedł do mnie i rozpiął wiszący na mojej szyi wisiorek. Teraz ja poczułam, jak moje policzki zaczynają płonąć żywym ogniem. – Ani słowa – wyszeptał mi do ucha. Wrócił do Andżeliki i założył jej naszyjnik. Z jego twarzy ani na chwilę nie schodził zadowolony, koci uśmiech. Wyszeptał do szatynki kilka słów, a ona spłoniła się jeszcze bardziej. Podeszła do blondynki, która co chwilę patrzyła ku Sebastianowi zadowolonym wzrokiem, wzięła ją pod ramię i razem wyszły z pełnej bawiących się gości sali. Kiedy chłopak wrócił do mnie, z jego twarzy ani na chwilę nie znikał pełen samozadowolenia, koci uśmiech. Upokorzenie paliło mnie żywym ogniem. Żołądek miałam ściśnięty w mocny supeł. Jak niewiele o sobie wiem! Naprawdę nie sądziłam, że będę w stanie go jeszcze bardziej nienawidzić! To była najgorsza wigilia w moim życiu, nigdy jeszcze nie przeżyłam większego koszmaru. – Zmywamy się stąd – oznajmił cicho. – To wszystko co tu chciałem załatwić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy tylko wróciliśmy do hotelowego pokoju, on prawie natychmiast z niego wyszedł, zostawiając mnie samą. Szybko przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Mimo całej mojej nienawiści do Sebastiana, nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu mnie tu zostawił. Długo w nocy nie mogłam zasnąć, a on ciągle nie wracał. Z jakiejś przyczyny zbierało mi się na mdłości na myśl o nim i Andżelice. Dotykał jej tak jak mnie, całował i z pewnością nie traktował tej dziewczyny jak jakiejś zabawki. Nie, tak jak powiedziała blondynka, był w niej zakochany i tylko to miało dla niego znaczenie. Wiedziałam, że to koniec naszej znajomości, ale zamiast ulgi, którą powinnam poczuć, odczuwałam jedynie ból, rozgoryczenie i żal. Kiedy tylko pomyślałam o zadowolonej z siebie, patrzącej na mnie z pogardą Andżelice, zalała mnie niewytłumaczalna, monstrualna fala zazdrości. Zasnęłam dopiero nad ranem, a kiedy się obudziłam jego w dalszym ciągu nie było. Umyłam się, ubrałam i usiadłam na łóżku bez zainteresowania oglądając jakąś włoską bajkę w telewizji. Sebastian wrócił dopiero koło dziesiątej. Nie miał na sobie marynarki, jego koszula była wymięta i pachniało od niego alkoholem, ale na jego twarzy, mimo wyraźnego zmęczenia, w dalszym ciągu gościł ten paskudny, koci uśmiech samozadowolenia. – Możesz robić co chcesz – powiedział zamykając za sobą drzwi. – Bylebyś wracała na noc. Nie martw się, mnie i tak tu nie będzie – oznajmił zmęczonym głosem, po czym zniknął za drzwiami łazienki. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie miałam zamiaru czekać aż wyjdzie. Chwyciłam swoją torbę i wymknęłam się cicho z hotelowego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Dni spędzałam samotnie snując się po Wenecji, a nieprzespane noce wpatrując się w sufit. To były dla mnie naprawdę smutne święta. Sebastiana nie widywałam wcale. Pojawił się dopiero ostatniego dnia grudnia. Było koło siedemnastej, kiedy wszedł do pokoju. Siedziałam na łóżku i przeglądałam jakieś kolorowe, włoskie czasopismo. Syknął na mój widok. – Czemu jesteś jeszcze nie gotowa? – niemalże warknął. Spojrzałam na niego pytająco. – Gotowa na co? – zapytałam cicho. – Przecież idziemy na sylwestra! – oznajmił zdenerwowanym głosem. – Miała po ciebie przyjść stylistka. – Nie było mnie tutaj – powiedziałam. – Od rana chodziłam po Wenecji, wróciłam dopiero przed chwilą. Po co mam iść tam z tobą? – Bo nie mogę się tam pokazać sam! – warknął teraz już naprawdę rozwścieczony. – Niewystarczająco ci za to zapłaciłem? Kiedy wrócimy do Polski, możesz sobie robić co chcesz, ale dopóki jeszcze jesteśmy tutaj, ciągle pracujesz dla mnie! Spojrzałam na niego smutnym wzrokiem. Nie zostało już we mnie ani odrobiny wcześniejszego gniewu. Teraz czułam w sobie jedynie upragnioną pustkę. – Tak, zapłaciłeś wystarczająco – odpowiedziałam cicho i wyszłam z pokoju, żeby poszukać zaginionej stylistki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Bal sylwestrowy był organizowany za miastem, w domu przypominającym raczej pałac niż willę. Rozległe tereny wokół ozdobione były barwnymi lampionami. Na stołach stało wino, a na kryształowych paterach leżały wszystkie rodzaje egzotycznych owoców jakie tylko mogłam sobie wymarzyć. Twarz trzymającego mnie pod ramię Sebastiana była nieprzeniknioną maską. Z zainteresowaniem rozglądałam się dookoła, ale wśród tłumu gości, nigdzie nie dostrzegłam ciemnych włosów Andżeliki. Czyżby jej tu w ogóle nie było? Może miała jakieś inne plany i dlatego Sebastian musiał zabrać mnie? Nie chciałam się tym dłużej zadręczać. Odrętwiała w środku, nie czując już właściwie niczego, towarzyszyłam Sebastianowi na wystawnym, sylwestrowym balu, uśmiechając się sztucznym, wypracowanym uśmiechem. Następnego dnia mieliśmy wracać do Polski, a tam mój koszmar miał się wreszcie skończyć. Nie rozumiałam jedynie dlaczego, mimo wszystko, na myśl o tym, że już nigdy więcej nie zobaczę Sebastiana, na nowo w moim sercu rodził się ból. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia wróciliśmy do domu. W Polsce prószył biały, lepki śnieg. Kiedy wysiedliśmy z samolotu, na Krakowskim lotnisku, Rafał już na nas czekał. Sebastian kazał mu odwieść mnie do domu, a sam został w bagażowej hali. – Jak było? – zapytał ponuro uśmiechnięty Rafał, kiedy znaleźliśmy się w czarnym samochodzie. – Nie pytaj – westchnęłam cicho. – Aż tak źle? Przykro mi Emilko… – powiedział cicho. Zdziwiłam się, kiedy zamiast pojechać prosto do domu, zatrzymał samochód na jakimś położonym na uboczu parkingu. – O co chodzi? – zapytałam cicho. – Emilko, chciałem z tobą porozmawiać… – wyszeptał. – Nie musisz już dla niego pracować. Proszę, nie rób tego więcej. Zdziwiły mnie słowa Rafała. Nie miałam pojęcia, dlaczego chłopak to mówił. Nie zamierzałam dłużej mieć nic wspólnego z Sebastianem, ale co miało to wspólnego z Rafałem? – Dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc. – Przez cały czas, kiedy cię nie było coś zżerało mnie od środka – westchnął chłopak. – Nie mogłem znieść myśli o tobie i o nim razem. Niemal od początku tego nie wytrzymywałem. Kocham cię, Emilko – wyszeptał, a kiedy nic mu nie odpowiedziałam, jedynie patrząc szeroko rozwartymi ze zdumienia oczami, pochylił się ku mnie i pocałował mnie w usta. Odepchnęłam go od siebie gwałtownie. Spojrzał na mnie zaskoczony. Potem w jego oczach zobaczyłam zawód. – Rafał… stałeś się moim przyjacielem – powiedziałam cicho. – Naprawdę bardzo cię lubię, ale nic takiego do ciebie nie czuję. Przepraszam… – Rozumiem – westchnął cicho chłopak, odwracając wzrok. – Jeżeli cię to pocieszy – powiedziałam patrząc w zaśnieżone okno – nie będę już dla niego pracowała. Nigdy więcej nie będę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rafał odwiózł mnie do domu, odprowadzając smutnym wzrokiem. Nie pozwoliłam mu się odprowadzić pod drzwi, mimo, że bardzo na to nalegał. Moja torba nie była zbyt ciężka, więc bez problemu zaniosłam ją do mieszkania. Kiedy weszłam do środka, mój brat siedział przy kuchennym blacie. Wdychał do nosa jakiś biały proszek. – Marek, miałeś z tym skończyć! – krzyknęłam od wejścia. Mój brat gwałtownie wstał. W jednej chwili znalazł się przy mnie. W jego nienaturalnie rozszerzonych źrenicach widziałam wściekłość. – Tak? Jak miałem skończyć z narkotykami, jak ty się zaczęłaś puszczać za pieniądze dziwko! – warknął. – Marek, ja… – zaczęłam odrobinę mniej pewnie. Uderzył mnie w twarz. Odepchnęłam go od siebie. Przytrzymał mnie za ręce. Uderzył drugi raz, tak, że tym razem upadłam na podłogę. – Skąd wziąłeś na to pieniądze? – zapytałam cicho, ale z góry znałam już na to pytanie odpowiedź. – Były schowane pod twoim materacem. Domyśliłem się skąd je masz – warknął. – Ty draniu! – krzyknęłam. – To były pieniądze na czynsz i jedzenie! Odkładałam je na powrót Julki! Jak mogłeś je wydać na to świństwo?! – Julka do nas nie wróci, nie rozumiesz, że ona nie wyzdrowieje? – syknął. – Wyzdrowieje – odpowiedziałam cicho – zajmie się nią fundacja. W połowie stycznia będzie miała przeszczep. – Co? – spojrzał na mnie szeroko otartymi oczami, jakby nie do końca dotarło do niego to co powiedziałam. – To, cholerny kretynie, że nie mam pojęcia z czego teraz będziemy żyć! – wrzasnęłam ze łzami w oczach. Marek wyminął mnie i wyszedł z mieszkania, wściekle trzaskając drzwiami. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Siedziałam na podłodze, chowając twarz w dłoniach. W moich oczach lśniły z trudem powstrzymywane łzy. Czemu nigdy nic nie mogło pójść dobrze? Wstałam i podeszłam do kuchennego blatu, na którym ciągle leżał woreczek z białym proszkiem. Zamknęłam go szczelnie i wzięłam do ręki. Od września udało mi się odłożyć ponad osiem tysięcy, a on to wszystko wydał na ten głupi mały woreczek? A może gdzieś było tego więcej? Stałam wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Potem okazało się, że jednak może być jeszcze gorzej. Gwałtownie otwierając drzwi, do mojego mieszkania wpadła policja. Mężczyzna w rękawiczkach wyjął mi z ręki woreczek. Policjanci skuli mi ręce kajdankami. – Gdzie jest Marek Sadowski? – zapytał jeden z nich. – Nie wiem – odpowiedziałam patrząc na nich przerażona. Zaprowadzili mnie do samochodu i odwieźli na komisariat. Ze spuszczoną głową siedziałam na drewnianym, twardym krześle. Dookoła mnie chodzili jacyś ludzie. Zadawali pytania, na które nie znałam odpowiedzi. – To znaleziono przy niej – usłyszałam dochodzący z korytarza beznamiętny głos. Do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Kiedy podniosłam głowę, całe moje ciało przeszyła lodowata, nieprzyjemna błyskawica. Jednym z nich był człowiek, w rękawiczkach, który odebrał ode mnie woreczek, a drugim… drugim był Sebastian! Wpatrywał się we mnie zaskoczonym wzrokiem. Spojrzałam na niego błagalnie, zupełnie jakbym wierzyła, że może mi jakoś w tej sytuacji pomóc. Wyglądał jakby nad czymś rozmyślał. Obrzucił mnie jednocześnie pogardliwym i gniewnym wzrokiem, a potem jego ponury wyraz twarzy zmienił się w zacięty i stanowczy. Znałam go już na tyle, żeby wiedzieć, że właśnie powziął jakąś nieodwołalną, ostateczną decyzję. Sebastian wyjął z ręki drugiego mężczyzny przezroczysty worek, w którym znajdował się trzymany wcześniej przeze mnie woreczek z białym proszkiem. Otworzył go i wyjął ten mały ze środka, potem przesypał substancję do większego i oddał go drugiemu mężczyźnie. Tamten patrzył na niego szeroko rozwartymi ze zdumienia oczami, jednak zachował milczenie. Sebastian, z kieszeni spodni wyciągnął zapalniczkę. Podszedł do znajdującego się w rogu pomieszczenia niewielkiego zlewu. Położył w nim woreczek, a potem podpalił go zapalniczką. Plastik zaczął się gwałtownie topić, aż została z niego jedynie ciemna, brzydka smuga. Potem brutalnie chwycił mnie za ramię, podnosząc z krzesła, a ja oszołomiona stanęłam przy nim. – Tej dziewczyny tu nigdy nie było – powiedział cicho, do stojącego z głupią miną mężczyzny. – Dopilnuj, żeby jej nazwisko nie widniało w żadnych dokumentach. Odwdzięczę się jakoś za to. Ten w rękawiczkach niepewnie skinął głową, a Sebastian popchnął mnie w kierunku drzwi. Wyszliśmy przed komisariat przez nikogo nie zatrzymywani. Zobaczyłam na parkingu czarne volvo Sebastiana. Zatrzymał się tuż przy nim. Otworzył drzwi. Uśmiechnął się smutno. W jego oczach widziałam ból i tęsknotę. Potem obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym była kompletnie nic nie warta. Poczułam się gorzej, niż gdyby mnie uderzył. Pokręcił głową, jakby odganiając od siebie jakieś ponure myśli. – Naprawdę mnie rozczarowałaś. Wyciągnęłaś ode mnie dziesięć tysięcy za głupi wyjazd i postanowiłaś to wydać na prochy? Sprawiałaś wrażenie, że bardziej zależy ci na rodzeństwie, a ja się jak głupi dałem na to nabrać – powiedział spokojnie, pełnym zawodu głosem. – To prezent od mojego ojca na święta – westchnął, podając mi złożoną na cztery części kartkę. – Nie przychodź do mnie nigdy więcej – oznajmił poważnie, a w jego oczach nie było już smutku ani tęsknoty. Tak jak wcześniej, widziałam w nich tylko lód. Sebastian nie czekając na żadną odpowiedź wsiadł do samochodu i natychmiast odjechał. Stałam tak oniemiała wpatrując się w znikające w oddali volvo, a w rękach trzymałam rozłożoną kartkę. To była ta głupia lista z fundacji, z nazwiskiem mojej siostry na pierwszym miejscu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wróciłam do domu, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić, nie miałam pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Oczami wyobraźni ciągle widziałam to pogardliwe spojrzenie Sebastiana. Jakie cholerne dziesięć tysięcy? Czemu on tak źle o mnie myślał? Zaczynało do mnie powoli docierać, że to wszystko było na marne, że przez mojego głupiego brata znowu nie mamy żadnych pieniędzy. Do tego najwyraźniej ścigała go policja. Było gorzej niż na początku! Położyłam się na materacu, zwinięta w ciasny kłębek. To się po prostu nie mogło naprawdę dziać! Następnego dnia rano postanowiłam iść prosto do Marty. Musiałam się komuś wyżalić, inaczej to wszystko zwyczajnie rozsadziłoby mnie od środka. Kiedy szłam przez pokryty bielą park, usłyszałam, jak ktoś wołał moje imię. Zaskoczona podeszłam do odzianej w futro kobiety, która trzymała na smyczy małego, ubranego w czerwony, wełniany sweterek pieska. – Oh, pani Emilko, jak miło znów panią widzieć! – zaszczebiotała kobieta, a ja rozpoznałam w niej żonę komendanta policji, którą poznałam na swojej pierwszej kolacji w towarzystwie Sebastiana. – Całe Włochy mówią tylko o pani! – Jak to? – spytałam nie rozumiejąc o co jej chodzi. – Stała się pani sensacją! Niech nie będzie pani taka skromna, pani Emilko! Musi pani być jakąś czarodziejką, bo Sebastian jest wyraźnie pod wpływem pani osoby! – szczebiotała dalej nie zwracając uwagi na moje zmieszanie. – No i ta okropna Andżelika Davies! Wreszcie dostało jej się za swoje! Tylko kto by pomyślał, że on śmie obrazić ją publicznie i to w taki sposób! O czym do licha mówiła ta kobieta? Czy ona nasłuchała się o tej samej Wenecji w której ja byłam? – Nie rozumiem… – powiedziałam niepewnym głosem. Uśmiechnęła się do mnie szeroko. – Ach co za skromność! Pani Emilko! Wszyscy przecież tam byli i to widzieli! – kontynuowała zadowolona swój wywód. – Składała jakieś niemoralne propozycje naszemu cudownemu Sebastianowi, mimo, że wyraźnie widziała, że przecież jest z panią i już ani odrobinę się nią nie interesuje! A on, zapytał ją czy dalej jej się podoba, ten szmaragdowy naszyjnik, który pani miała na sobie. Kiedy stwierdziła ochoczo, że owszem, Sebastian podszedł do pani, zabrał go pani i założył jej, mówiąc, że pani go nie potrzebuje, bo jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu spotkał, natomiast jej samej z pewnością się przyda! Przynajmniej dziesięć osób to słyszało! Potem oznajmił, że on sam nigdy więcej nie chce mieć z nią nic wspólnego. Toć to dla niej towarzyski skandal! – ciągnęła nieprzerwanym potokiem słów. – Andżelika Davies, która do tej pory uważała się za miss uniwersum, jest towarzysko skończona. Wyjechała jeszcze tego samego dnia. Och pani Emilko! Wszyscy są panią zachwyceni! Nikt nie mógł się tego spodziewać. Ludzie nie darzyli jej sympatia, a szeptali jedynie za jej plecami. Teraz wszystko się zmieniło – roześmiała się w głos kobieta. Nie do końca docierało do mnie to co mi powiedziała, ale byłam pewna, że może opowiadać znacznie dłużej. Jej mały piesek zaszczekał, a ja wykorzystałam ten moment, żeby ją grzecznie przeprosić i po prostu stamtąd uciec. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rozmowa z żoną komendanta dała mi naprawdę wiele do myślenia. Miałam mętlik w głowie. Zupełnie już nie wiedziałam, co sądzić na temat Sebastiana. Zdałam sobie natomiast sprawę z tego, jak bardzo za nim tęskniłam. Wiedziałam jednak, co on myśli o mnie i to mnie przerażało. Minęłam ostatnie drzewa parku i znalazłam się pod domem Marty. O tej porze jej mamy już nie było w domu, my jednak do lekcji miałyśmy jeszcze ponad dwie godziny. To był dzień, w którym chyba wszystko miało mnie zaskakiwać. Przyjaciółka otworzyła drzwi i zaprosiła mnie do środka. Na kanapie, w niewielkim saloniku siedział Rafał. Oczy miał czerwone i zapuchnięte. Na mój widok niemal wyskoczył w powietrze. – Rafał ma ci coś do powiedzenia – oznajmiła pewnym głosem Marta, patrząc na blondyna karcącym wzrokiem, a ja wcale nie byłam pewna czy chcę to usłyszeć. Rafał opowiedział krótką historię, o tym, jak ukradł dziesięć tysięcy Sebastianowi, wrabiając w to mnie. Usprawiedliwiał się mówiąc, że miał nadzieję, na to, że znienawidzę mężczyznę na tyle, że przestanę się z nim widywać. Teraz sam nie wiedział co ma ze sobą zrobić. – Oddaj mu te pieniądze – wypowiedziałam cicho swoje zdanie. – Przyniosłem je – westchnął blondyn – ale nie chcę mu ich oddawać. Myślę, że ty powinnaś je zatrzymać. W końcu tyle ci właśnie zapłacił. – Nie! – odpowiedziałam stanowczo. – Nawet za tyle bym z nim wtedy nie pojechała – szepnęłam. – Chodziło o życie mojej siostry. Jak mogłeś mi to zrobić Rafał? Przez cały czas myślałam, że on… – z cichym jękiem opadłam na kanapę, podkulając pod siebie nogi. – Emilko, przepraszam… – zaczął po raz kolejny Rafał. – Oddaj mu je, jeżeli chcesz mnie przeprosić! – oznajmiłam stanowczo. – Nie mogę – w oczach chłopaka pojawiła się prawdziwa panika. – Jeżeli się dowie, że je ukradłem, pójdę siedzieć. – Dobrze – westchnęłam – przyjedź po mnie o trzeciej, wtedy kończę lekcje. Ja sama mu je oddam, nie mówiąc, że to był twój pomysł. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W szkole na długiej przerwie zaczepiła mnie Kinga. Zaciągnęła mnie do damskiej łazienki. Wyciągnęła z przewieszonej przez ramię torby kolorowe pismo. Na okładce zobaczyłam zdjęcie Sebastiana. Gazeta była z zeszłego roku. Spojrzałam pytająco na koleżankę. – Wiedziałam, że go skądś znam! – niemal wykrzyknęła tamta. – Takich jak on się nie zapomina! Emily, ty to masz naprawdę farta! Mnie nigdy nie trafiła się taka szansa. Otworzyła pismo na środkowych stronach i podsunęła mi je pod nos. Były tam kolorowe zdjęcia Sebastiana i jego rodziców. „Odziedziczył fortunę, przekazał ją fundacjom leczącym dzieci.” – głosił nagłówek artykułu. Usiadłam na kafelkach w łazience i zaczęłam czytać. Z pisma dowiedziałam się tyle, że Sebastian odziedziczył po wuju z Ameryki całkiem sporo pieniędzy. Większą ich cześć oddał fundacjom, między innymi tej, która dawała szansę dzieciom chorym na raka. Jej założycielem był kilkanaście lat wcześniej ojciec chłopaka. Nie chciałam nawet myśleć, jak pokaźne jest jego konto w banku. Co dla Sebastiana znaczyło te dziesięć tysięcy? Potem jednak przypomniałam sobie jego pogardliwie spojrzenie, to jak się wtedy czułam i wiedziałam, że jestem zdecydowana oddać mu te pieniądze, nawet jeżeli to Rafał je ukradł.  Oddam je, chociażbym miała tego żałować do końca życia! W artykule rozbawił mnie jeden, drobny szczegół. Sebastian skończył studia prawnicze i od ponad roku, był policyjnym prokuratorem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po lekcjach Rafał zawiózł mnie pod mieszkanie Sebastiana. Przez całą drogę, bał się spojrzeć mi w oczy. Kiedy zatrzymał się na strzeżonym osiedlu, w centrum Krakowa, wysiadłam z samochodu. – Wiesz – zaczął cicho, zanim zdążyłam zatrzasnąć drzwi – nienawidzę go całym sobą, zawsze go nienawidziłem. On jest taki… Do tej pory nie rozumiem, czemu właściwie mi pomógł. Nie wiem też, czemu pomógł tobie. Potrzebował dziewczyny, ale nie chciał się z żadną wiązać, więc namówiłem go, żeby został sponsorem. Ale on nie zachowywał się normalnie, musiał być sobą. Kiedy zorientował się, że nie pozwoliłaś mi zamówić taksówki, natychmiast kazał mi za tobą lecieć i dopilnować, żebyś bezpiecznie wróciła do domu. – Popatrzył na mnie ponuro. – To on kazał mi iść porozmawiać z mamą Marty, ja sam bym w życiu na to nie wpadł. Byłem o ciebie tak cholernie zazdrosny! Cały czas pozwalałem ci myśleć o nim jako o skończonym dupku. Przepraszam, Emilko… Obdarzyłam go delikatnym uśmiechem. Było mi już wszystko jedno. Straciłam już Sebastiana, nie chciałam stracić Rafała. Wiedziałam, że czegokolwiek w przeszłości nie zrobił, w dalszym ciągu był moim przyjacielem. Cieszyło mnie, że przyznawał się do swoich błędów i starał się je za wszelką cenę naprawiać. – Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży – odpowiedziałam po prostu, po czym zamknęłam drzwi samochodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wjechałam windą na czwarte piętro i niepewnie stanęłam pod drzwiami dobrze znanego mieszkania. Przez całe moje ciało przechodziły nieprzyjemne ciarki. Serce biło mi jak oszalałe, ale byłam zdeterminowana. Spojrzałam zaskoczona, kiedy otworzyła mi jakaś owinięta w biały ręcznik kąpielowy kobieta. – Czy jest Sebastian? – zapytałam cicho. – Bierze prysznic – odpowiedziała uprzejmie. – Chcesz na niego poczekać? Przecząco pokręciłam głową. Nie chciałam. – Czy mogłaby mu pani to oddać? – poprosiłam grzecznie, podając kobiecie czarną teczkę. Uprzejmie skinęła głową, wzięła ode mnie teczkę, a kiedy jej podziękowałam, pożegnała się i zamknęła drzwi. Pobiegłam do windy, a potem z bloku do samochodu czekającego w napięciu Rafała. To był naprawdę koniec. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia w szkole rozmawiałam z Kingą. Obiecała mi znaleźć jakiegoś innego sponsora. Po całym dniu smsowania, oznajmiła tryumfalnie, że umówiła mnie z kimś na wieczór. Mężczyzna nie płacił tyle, co Sebastian, ale gdybym sypiała z kilkoma takimi, bez problemu mogłabym utrzymać siebie i Julkę. Punktualnie o siedemnastej stanęłam przed drzwiami mieszkania mojego przyszłego sponsora. Ogarnęła mnie jeszcze większa panika niż przy spotkaniach z Sebastianem. Na nie zresztą najczęściej oczekiwałam z drżeniem w sercu, a tutaj czułam jedynie odrazę do samej siebie i szalony, dziki strach. Drżącą dłonią nacisnęłam na przycisk znajdującego się przy drzwiach dzwonka. Otworzył mi szczupły, nieogolony mężczyzna. Był przeciętnej urody, ale miał łagodny wyraz twarzy. Zaprosił mnie do środka i zaproponował coś do picia. Siedzieliśmy na kanapie, pijąc herbatę i rozmawialiśmy o szalejącej na zewnątrz zamieci. Mężczyzna był wyraźnie speszony, chyba nie robił tego zbyt często. W końcu, po ciągnących się w nieskończoność minutach, ośmielił się na tyle, żeby usiąść tuż przy mnie. Położył rękę na moim udzie, a ja po prostu nie wytrzymałam. Gwałtownie zerwałam się z kanapy. – Przepraszam! – rzuciłam tylko, chwytając swój stary płaszcz i wybiegając z mieszkania w chłodne, zimowe powietrze. Włóczyłam się bez celu po dworze. Śnieg wpadał mi za kołnierz i do nieprzystosowanych na tą porę roku butów. Drżałam z zimna. Nie wiedziałam jak utrzymam siebie i Julkę która już w lutym miała wrócić do domu, ale po prostu nie mogłam tego zrobić. To nie był Sebastian, który fascynował mnie od samego początku. Ten mężczyzna nie wywoływał we mnie żadnych emocji, poza odrazą i obrzydzeniem do samej siebie. Marek nie pojawił się w mieszkaniu od tego dnia, w którym zatrzymała mnie policja. W dalszym ciągu trwałam w tym paskudnym, nie kończącym się koszmarze. Nie miałam pojęcia czy to się w ogóle kiedykolwiek zmieni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rankiem nie byłam w stanie zwlec się z łóżka. Miałam wysoką gorączkę, wstrząsały mną dreszcze. Zadzwonił telefon. Nie miałam siły odebrać. Męczyłam się tak to budząc się, to zasypiając. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Powtarzał się natarczywie, a ja nie mogłam wstać, żeby otworzyć. Wreszcie udało mi się podnieść, z materaca, ale kiedy przeszłam kilka kroków, z powrotem osunęłam się na podłogę. Potem chyba musiałam stracić przytomność. Zobaczyłam nad sobą twarz Rafała. Chłopak podniósł mnie z podłogi. Przytuliłam się do niego ufnie. – Wszystko będzie dobrze – wyszeptał – wszystko się jakoś ułoży. Po tych słowach znowu osunęłam się w nicość. Obudziłam się w urządzonej w odcieniach szarości sypialni Sebastiana. Gorączka wyraźnie spadła, ponieważ świat już nie był taki rozmazany, ale wiedziałam, że w dalszym ciągu trawi mój organizm. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły jakieś podniesione głosy. Rozpoznałam je. Rafał i Sebastian kłócili się o coś zażarcie. Wstałam odrobinę chwiejnie, wychodząc niepewnie z pokoju. – Jak mogłeś mi to zrobić?! – warknął wściekle Sebastian. – Jak mogłeś jej to zrobić?! Co ty sobie w ogóle myślałeś?! Po co ci były te cholerne pieniądze?! Za mało ci płacę?! – Nie chodziło o pieniądze – syknął Rafał. – Widziałem jak ją traktujesz! Nie byłem już w stanie na to patrzeć! Co ona ci złego zrobiła? – Nic, nic mi złego nie zrobiła, byłem przekonany, że to druga Andżelika – wyszeptał cicho Sebastian. Nie mogłam już dłużej ustać na nogach. Przewróciłam się. Dopiero wtedy spostrzegli moją obecność. Obydwaj rzucili się w moją stronę. Sebastian był jednak pierwszy. Delikatnie wziął mnie na ręce. – Nie powinnaś wstawać – oznajmił cicho. Zaniósł mnie do sypialni, zamykając Rafałowi drzwi przed nosem. – Dostałaś lek przeciwgorączkowy, ale miałam naprawdę wysoką temperaturę, twój organizm jest bardzo osłabiony. Pewnie nic nie jadłaś ostatnio – westchnął. Miał rację, nie jadłam. Nie byłam w stanie o tym myśleć, nie było na to ani czasu ani pieniędzy. Położył mnie delikatnie na łóżku. – Zimno mi – wyszeptałam. Uśmiechnął się do mnie niepewnie. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby miał taki zatroskany i łagodny wyraz twarzy. Otulił mnie kołdrą, a potem sam położył się obok mnie, obejmując ramionami moje ciało. Wtuliłam się  w niego jak mała dziewczynka. – Przepraszam cię, za wszystko – westchnął. – Nie powinienem nigdy zgadzać się na propozycję tego idioty. Naprawdę myślałaś, że mógłbym cię szantażować zdrowiem twojej siostry? Nie patrzyłam na niego, skinęłam jednak głową. – Za to ty naprawdę myślałeś, że wzięłam od ciebie dziesięć tysięcy, a potem wszystko wydałam na prochy… – szepnęłam. – Dlaczego mimo to mi pomogłeś? Roześmiał się. Przytulił mnie mocniej do siebie. – Zawsze bym ci pomógł – oznajmił łagodnie. – Cokolwiek by się nie stało. Gdyby nie moja głupia kuzynka, która zapomniała powiedzieć, że ktoś zostawił dla mnie teczkę, wszystko rozwiązałoby się znacznie wcześniej – westchnął. – Więc to była twoja kuzynką? – zapytałam głupio, a mój żołądek gwałtownie podskoczył aż do gardła. – Tak – odpowiedział cicho. – Masz jeszcze jakieś pytania? Ton jego głosu wskazywał na to, że na wszystkie mi dzisiaj odpowie. – Mam – musiałam zaspokoić swoją ciekawość. Tym razem spojrzałam mu w oczy. – Co się stało między tobą, a Andżeliką? Sebastian skrzywił się nieznacznie. – Nic specjalnego. Byłem nią zauroczony przez jakieś pół roku. Nawet zdążyłem się jej oświadczyć – westchnął. – Potem zdarzyło się, chyba dość szczęśliwie dla mnie, że podsłuchałem jej rozmowę z kochankiem. Mówili o tym, że będzie cudownie jak Andżelika zostanie moją żoną, a potem będzie mogła mnie oskubać z pieniędzy. Opuściłem Włochy, nawet nie zrywając z nią zaręczyn. Wszyscy myśleli, że mi odbiło, a ja nikogo nie chciałem wyprowadzać z błędu. Dopiero ty pomogłaś mi się z tym uporać. – Więc gdzie znikałeś na całe dnie i noce, skoro nie byłeś u niej? – nie potrafiłam powstrzymać się od tego pytania. Roześmiał się. – Ciebie też wtedy nie chciałem widzieć. Myślałem, że jesteś taka sama jak ona – westchnął. – Całe dnie przesypiałem u kuzynki, a nocami piłem w barach. Miałem wszystkiego dość. – Jestem gorsza od Andżeliki – wydusiłam z siebie, chowając twarz w jego czarnej, eleganckiej koszuli. – Mnie płaciłeś za wszystko. – To nie ma znaczenia – roześmiał się Sebastian. – Najmniejszego znaczenia. – Przez jakiś czas tulił mnie do siebie w milczeniu. Potem odsunął mnie delikatnie, na tyle tylko, żeby móc spojrzeć mi w oczy. – Emilko – zaczął cicho – twój brat jest na odwyku, w prywatnym ośrodku do walki z uzależnieniami. To czy wyzdrowieje, czy raczej wyląduje w więzieniu, zależy tylko i wyłącznie od niego… – Poradzi sobie, wierzę w niego – oznajmiłam cichutko, stłumionym głosem. – Dziękuję, za to co dla nas zrobiłeś. W odpowiedzi jedynie skinął głową. Czułam się teraz cudownie. Większość dręczących mnie rzeczy rozpłynęła się w przestrzeni, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sebastian delikatnie gładził moje włosy. Leżałam chłonąc ciepło jego ciała, a potem zasnęłam wtulona w jego ramiona. Ramionach mężczyzny, którego od samego początku, kochałam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Śnił mi się cudowny sen. Biegałyśmy z Julką, po łące pełnej białych kwiatów. Wszędzie dookoła unosił się cudowny, słodki zapach. Otworzyłam oczy. Zamrugałam. Czy to wszystko dalej mi się śniło? Pokój w którym leżałam, zalewało jasne światło. Na dużym oknie nie było zasłony i wpadały przez nie odbite od śniegu promienie słońca. Jednak nie to tak mnie zaskoczyło. Cały pokój wypełniony był białymi liliami. W powietrzu unosił się cudowny, słodki zapach. Na brzegu łóżka siedział Sebastian, wpatrywał się we mnie. – Wreszcie się obudziłaś – uśmiechnął się do mnie swoim kocim uśmiechem. Usiadłam, odrzucając na bok białą kołdrę. Przetarłam dłońmi oczy. – Skąd te wszystkie kwiaty? – zapytałam. Przysunął się do mnie bliżej. Ciepłą, twardą dłonią dotknął mojego policzka. – Mam do ciebie sprawę i chciałem cię trochę przekupić, a tylko to przyszło mi do głowy. Uśmiechnęłam się do niego z zachwytem. Odwzajemnił mój uśmiech. W jego zazwyczaj lodowato zimnych, czekoladowych oczach, teraz tańczyły wesołe iskierki. – Mów – powiedziałam. – Emila, nigdy nie sądziłem, że tak się stanie, ale zakochałem się w osiemnastolatce! – jęknął teatralnie. – Prawie dziewiętnastolatce – poprawiłam go z uśmiechem, a moje serce zatrzepotało. Jedyne czego w tym momencie pragnęłam, to znaleźć się na powrót w jego ramionach. Chciałam całować, jego miękkie usta i czuć ciepły dotyk jego dłoni. – Zamieszkajcie ze mną – powiedział cicho – ty i twoja siostra, kiedy wyjdzie ze szpitala. Kupię dom, na obrzeżach miasta, kupię co tylko będziesz chciała. – Niczego nie chcę – oznajmiłam klękając przy nim. Oplotłam ramionami jego szyję i wtuliłam twarz w jego ramię. Wyraźnie źle zrozumiał moją odpowiedź. – Kocham cię, Emilko, ale do niczego nie będę cię zmuszał – powiedział pewnym głosem. – Jeżeli chcesz, mogę zatrudnić cię na takiej samej zasadzie jak pracuje u mnie Rafał. To co robiłem, było złe. Nie zamierzam cię więcej wykorzystywać. I naprawdę potrzebuję zaufanych ludzi, do załatwiania różnych spraw. Pocałowałam go, przewracając przy tym na łóżko. Przez chwilę nie reagował, wyraźnie zaskoczony, a potem zaczął odwzajemniać, mój gorący, pełen ulgi i nadziei pocałunek. – Kocham cię, Sebastianie – wyszeptałam odrywając swoje usta od jego spragnionych moich pocałunków ust. – Od początku nie wiedziałam tylko, czy bardziej cię kocham czy nienawidzę. Za każdym razem, kiedy się rozstawaliśmy, nie chciałam tu już nigdy wracać, a jednocześnie nie mogłam się doczekać kiedy cię wreszcie zobaczę. Położył się na boku oplatając mnie ramionami. Mocno, zachłannie do siebie przyciągnął. Wtuliłam się w niego wczepiając palce w jego czarna koszulę. – Więc zamieszkacie ze mną? – spytał z nadzieją. – Zamieszkamy – odpowiedziałam z uśmiechem, ponownie całując go w usta. Powietrze przesycone było cudownym, upojnym zapachem. Kochaliśmy się w pełnej kwiatów lilii sypialni, a ja nie mogłam oderwać wzroku, od niesamowitych czekoladowych oczu Sebastiana. Były teraz zupełnie inne. Mężczyzna patrzył na mnie z czułością i troską. Jego oczy były pełne miłości, a ja widziałam w nich nadzieję, na lepszą przyszłość. THE END   Share this:TwitterFacebook [...] Read more...
Pieśń Księżyca
Pieśń KsiężycaRozdział I Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści. Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi. Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny. – Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej. Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko. Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi’andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić. – Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej. – Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie. – Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła. Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra. Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew. Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi’andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi’andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi. Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze.  Rozdział II Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi’andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt. Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?! W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania… Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila. – Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?! Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech. – Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia? Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać. – I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość. Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie. – Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła. Irytowała go coraz bardziej. – I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. – Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś. Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy. – Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom. – Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem. Pokręciła głową. – Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie… – dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie… – Oprócz nas i naszych łowów? –  przerwał jej aroganckim tonem. Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku. Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi’andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia. Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów. – Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet. Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata. – Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj. – Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie. Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza. – Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata. Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać. – Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową. Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością. Rozdział III Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna. Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą. Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał. – Emi… – zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku. – Tak? – spojrzała na niego pytająco. – Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz. Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi’andin. Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło. Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem. – Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę. Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie. – Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom. W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi’andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć. Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona. – W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi’andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz. Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie. Młodzieńcy Illi’andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć. – Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos. Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła. – Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku – dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć. Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem. Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata. Rozdział IV Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi’andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi’andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Byli szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami. Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę. Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju. – Co to za zapach? – spytał zaciekawiony. – Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan. – To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien. – Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak. – Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy. Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła… właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi’andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy. – Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy. Rozdział V Był piękny, słoneczny ranek. Emi z prawdziwą radością wymknęła się z zamku. Dusiła się w czterech ścianach. Potrzebowała kontaktu z naturą, pragnęła wolności, jaką dawał jej tylko las. Szła ścieżką wsłuchując się w wiosenny śpiew ptaków. Rozpoznawała tu niemal wszystkie gatunki. Całą swoją duszą kochała ich trele. Skręciła z wytyczonego, bezpiecznego szlaku, zagłębiając się w gęsty, liściasty las. To była droga na jej ukochaną polanę. Zanim jeszcze wyszła z pomiędzy drzew, poczuła czyjąś obecność. Chwilę później zobaczyła znajomą sylwetkę, jej uwagę przyciągnęły czarne, potargane włosy. Chłopak stał bosymi stopami na miękkim mchu. Znów miał na sobie tylko spodnie. Najwyraźniej w ten sposób było wygodniej używać mu skrzydeł. – Cześć – powiedział, jak gdyby nigdy nic, kiedy tylko weszła na niewielką, pokrytą dywanem z niebieskich, drobnych kwiatków, polanę. Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Co on tu robił? Chciała podziękować za to, że ją wtedy zabrał z lasu, ale słowa uwięzły jej w gardle, na myśl o tym, jak został za to ukarany. Bez słowa podeszła do niego. Spojrzał na nią odrobinę zakłopotany. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Ominęła go, stanęła za nim. Ze zgrozą spojrzała na jego poranione od chłosty plecy. Musiały sprawiać mu ból. Nie chciała, żeby cierpiał. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę. Błyskawicznie odwrócił się ku niej. Złapał ją za nadgarstek. – Nie! – odezwał się stanowczym głosem. Zamrugała. Spojrzała na niego nie rozumiejąc. Przecież chciała go tylko uleczyć. – Dlaczego? – zapytała cichym, lekko zirytowanym głosem. – Złamałem zasady, spotkała mnie za to zasłużona kara – powiedział spokojnie. – Od początku wiedziałem co robię i byłem gotowy ponieść tego konsekwencje. – Zasłużona?! – warknęła na niego. – Zwariowałeś?! Przecież nie zrobiłeś nic złego. Przyjrzał jej się zaskoczony. Roześmiał się. Jej blade policzki zarumieniły się delikatnie. Zawstydzona odwróciła wzrok. – Przepraszam – mruknął,  z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. – Nie spodziewałem się, że ktoś się kiedyś tak przejmie moim losem – zakpił. – Pozwól mi – poprosiła cicho, kiedy puścił jej rękę. – Nie – odpowiedział łagodniej, ale ciągle stanowczym tonem. – Nie przejmuj się mną. To nie pierwszy raz. Jay doskonale pamiętał swoje pierwsze przewinienie. Wówczas uleczył go Damien. Nauczyciele szybko zorientowali się, że tylko on  mógł to zrobić. Chłopak wcale nie miał ochoty pamiętać, jak jego przyjaciel został za to ukarany. Illi’andin ze szlacheckich rodów nie karano chłostą. Mieli znacznie gorzej. Jay odgonił od siebie ponure wspomnienia. Przyrzekł sobie wtedy, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Emi wzruszyła ramionami. Nie była zadowolona, że nawet tego nie może zrobić, ale postanowiła odpuścić. Obeszła dookoła polanę. Wcześniej tego nie zauważyła, zbyt zaabsorbowana obecnością chłopaka, ale teraz wiedziała, że coś w tym miejscu było na niej nie tak. – Nie mogę tu zostać – jęknęła. Teraz czuła to wyraźnie. Jej ukochaną polanę znaczyło znamię śmierci. – Jakieś stworzenie niedawno tutaj umarło. Jay uśmiechnął się uśmiechem drapieżnika. Wzrok miał odrobinę rozmarzony. – Aha – mruknął. – Wczoraj upolowaliśmy tutaj sarnę. – Podszedł do jednego z młodych, wpraszających się na polanę klonów. – Dokładnie tutaj, są jeszcze ślady krwi – pochwalił się nie zwracając uwagi na pobladłą twarz dziewczyny. Emi z trudem przełknęła ślinę. Cofnęła się o krok. – Przepraszam! – wyrzuciła z siebie, a potem odwróciła się na pięcie i pobiegła przez gęsty las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay skonsternowany patrzył za znikającą między drzewami dziewczyną. Co on niby takiego powiedział?! Był dumny, ponieważ wczorajsze polowanie należało do naprawdę udanych. Może jednak nie powinien się chwalić? Wkurzony zacisnął pięści. Nie po to czekał tu na nią od kilku godzin, nie wiedząc właściwie czy w ogóle przyjdzie, żeby teraz tak po prostu mu zwiała. W ułamku sekundy przybrał postać szarego wilka i rzucił się w pogoń za dziewczyną. Nie było to trudne. Już po kilku minutach, warcząc, zagrodził jej drogę. Zatrzymała się opadając na kolana. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Towarzysząca Jayowi złość w jednej chwili opadła. Poczuł zakłopotanie. Przybrał swoją ludzką postać. Ukucnął przy dziewczynie. – Boisz się mnie? – spytał naprawdę zainteresowany jej odpowiedzią. Przecząco pokręciła głową. – Nie, to nie to – odpowiedziała poprzez łzy. – Wiem, że musisz polować. Po prostu… – przerwała nie wiedząc jak mu to wyjaśnić – nie potrafię być szczęśliwa w miejscu, w którym tak niedawno pojawiła się śmierć – dokończyła po chwili ciszy. Chłopak zastanawiał się przez chwilę. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Westchnął. Wstał zwinnie. – Jeżeli chcesz to pokażę ci inne, równie ładne – oznajmił spokojnie. – Nic tam ostatnio nie umierało, o ile się dobrze orientuję – dodał z ponurym uśmieszkiem. To była propozycja. Był ciekaw czy dziewczyna przyjmie ją czy odrzuci. Fascynowała go coraz bardziej. I ten jej kuszący zapach… Emi podniosła na niego lśniące od łez oczy. – Mógłbyś? – zapytała z nadzieją. – Jasne – odpowiedział, gotowy do lotu, rozkładając skrzydła. Przysunął się do dziewczyny, żeby ją unieść w powietrze. Nie była zbyt ciężka. Nie przeszkadzała mu w locie. Odsunęła się od niego. – Możemy iść piechotą? – spytała nieśmiało. – Nie podobało ci się latanie? – zapytał zawiedziony. – Nie o to chodzi – uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Jeżeli polecimy, to nie będę potem mogła tam sama trafić – wyjaśniła lekko zawstydzona. – Czy to bardzo daleko? Zawsze możemy wrócić powietrzem… – dodała niepewnie. Jay uznał, że to całkiem logiczny powód. Wzruszył ramionami. – Jakieś dwie godziny marszu – oznajmił. – Idziemy? Emi skinęła głową. Z jej oczu zupełnie zniknęły już łzy. Wstała z pokrytej liśćmi ściółki i ruszyła raźnym krokiem, za prowadzącym przez las chłopakiem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Miejsce do którego zaprowadził ją czarnowłosy Illi’andin wyglądało jak z obrazka. Zachwycona Emi rozejrzała się dookoła. Polana była znacznie większa od tej, na której tak lubiła przebywać. Na skraju lasu rozpościerało się całkiem spore jeziorko, do którego skalnym wodospadem spływał chłodny, górski strumyk. Nad wodą pochylały się wiekowe, płaczące wierzby. Barwne, wiosenne kwiaty, zdobiły skąpaną w promieniach południowego słońca łąkę. Dziewczyna pisnęła z zachwytu. Jak mała dziewczynka rzuciła się w kierunku krystalicznie czystego jeziora. Po drodze zdjęła z nóg wysokie buty i podwinęła nogawki spodni. Woda była wyjątkowo ciepła, jak na ta porę roku. Jay z rozbawieniem przyglądał się zachwytowi dziewczyny. Patrzył jak rozglądając się dookoła brodzi przy brzegu w sięgającej do kolan wodzie. Rozszerzył oczy ze zdumienia, kiedy wybiegła na brzeg i płynnym ruchem zsunęła z siebie spodnie, a potem delikatną, ciemnozieloną tunikę. W samej, śnieżnobiałej bieliźnie, weszła z powrotem do wody. Jej szczupła sylwetka i drobna postać, otoczona welonem z brązowych włosów, stanowiły całkiem przyjemny widok. Jay poczuł w środku nieprzyjemne ukłucie. Równie dobrze mógłby być częścią tego pieprzonego lasu, bo dokładnie tyle samo zwracała na niego uwagi. Ani trochę mu się to nie podobało, zwłaszcza, że uroczą sarenką z wielkimi oczami pewnie zainteresowałaby się bardziej. Zanim jednak w jego bursztynowych oczach zdążyły rozbłysnąć iskierki złości, Emi odwróciła się ku niemu. Pomachała mu ręką. – Nie idziesz? – zawołała wesoło. – Uwielbiam pływać – oznajmiła zanurzając się w wodzie po samą szyję. Potem na chwilę zanurkowała, a kiedy się wynurzyła, włosy opadały na jej twarz i ramiona wilgotną kaskadą. Jay wahał się krótką chwilę, a potem po prostu zrzucił z siebie spodnie i wszedł do wody w ślad za dziewczyną. Pływali przez dobrą godzinę. Emi z zachwytem przyglądała się co chłopak potrafi wyczyniać w wodzie dzięki skrzydłom. Unosiły go na wodzie niczym tratwa, a złożone wcale nie przeszkadzały w  szybkim pływaniu czy nurkowaniu. W końcu, posiniała z zimna dziewczyna, stwierdziła, że najwyższy czas wyjść z wcale nie najcieplejszej wody. Wciągnęła na mokre ciało ubrania i usiadła na samym środku polany, żeby wysuszyć się w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca. Jay włożył porzucone na trawie spodnie i usiadł przy niej. Jemu ani trochę nie było zimno. Ziewnął przeciągle, na brzuchu kładąc się w miękkiej trawie. Emi położyła się obok, z zainteresowaniem przyglądając się jego czarnym, opierzonym skrzydłom. Delikatnie dotknęła piór, przesuwając po nich palcami. – Coś ci się w nich nie podoba? – mruknął zrezygnowany. – Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu z leciutkim uśmiechem, błąkającym się na twarzy jak u porcelanowej lalki. – Uważam, że są wspaniałe. Tak bardzo zazdroszczę ci, że możesz latać, kiedy tylko zechcesz. Jaya znowu zaskoczyło stwierdzenie dziewczyny. Nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczał. Potem przyszło mu do głowy zupełnie inne zagadnienie. – Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał rozbawiony. – Jestem Jay Wairudo – przedstawił się dla porządku. – Emily Maria Morrington – przedstawiła się z promiennym uśmiechem dziewczyna – ale i tak od zawsze jestem Emi. – W takim razie miło mi cię poznać Emi – oznajmił zadowolony, że wreszcie poznał jej imię. Potem ziewnął przeciągle. Z bólu nie spał prawie przez całą noc. Przymknął oczy i nawet sam nie wiedząc kiedy, ogrzewany promieniami wiosennego słońca, odpłynął do krainy snów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy Jay otworzył oczy. Obudził się wypoczęty, ale równocześnie upiornie głodny. Przeciągnął się i usiadł. Rozejrzał się po skąpanej w półmroku polanie. Zaczął przeklinać się w duchu za nieostrożność. Spanie w Anduriańskiej puszczy nie mogło być dobrym pomysłem, chyba, że ktoś chciał się nigdy więcej nie obudzić. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy ujrzał kucającą na skraju polany Emi. Dziewczyna drapała po brzuchu jakieś stworzenie. Mimo doskonałego wzroku, Jay dopiero po chwili zorientował się, że jest to olbrzymi pająk. Na początku jego umysł zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Przeklął cicho. Momentalnie zmienił się w wilka i z groźnym warknięciem znalazł się tuż przy stworzeniu. Pająk był włochaty i czarny, dodatkowo swoją długością przewyższał wzrost dziewczyny, a Jay był przekonany, że jest to jedno z mniejszych stworzeń, które zwały ten las swoim domem. W odpowiedzi na warknięcie, pająk syknął wściekle. Wszystkie siedem par oczu zwróciły się w kierunku zagrożenia. Zanosiło się na walkę. Emi wstała z ziemi. – Jay, proszę, przestań – obrzuciła wilka błagalnym spojrzeniem. Bursztynowe oczy drapieżnika pociemniały. Przestać?! On miał przestać?! Przecież to nie on sprowadził podczas jej snu na polanę olbrzymiego pająka! Warknął jeszcze groźniej. Pająk zabulgotał, nastroszył się tak, że jego włochaty kadłub wyglądał teraz jak szczotka do czyszczenia butelek. Dziewczyna stanęła między nimi, tyłem do pająka. Potem uklęknęła między nimi, wyciągając dłoń, by dotknąć szarej sierści na pysku wilka. – Okazu, idź już – poprosiła cicho, najwyraźniej zwracając się do pająka. Czarna kula futra podniosła się na całą długość ośmiu cieniutkich nóg. Syknęła niezadowolona. Emi obróciła głowę i spojrzała na niego. Pająk obrzucił ją ostatnim, jakby tęsknym spojrzeniem i zniknął między drzewami, zupełnie tak, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna z powrotem utkwiła wzrok karmelowych oczu w wilku. Na jej porcelanowej, bladej twarzy wydawały się naprawdę wielkie, a w tym momencie także mocno zatroskane. – Gniewasz się na mnie za coś? – spytała łagodnie, przysuwając się bliżej wilka. Jay odskoczył jak oparzony. Poczuł się głupio. Z przykrością zdał sobie sprawę, że spośród dwóch drapieżników, to on był tym mniej oswojonym od głupiego pająka. Poza tym ogarnęło go niezrozumiałe uczucie zazdrości. Chciał mieć Emi tylko i wyłącznie dla siebie. Nie zamierzał się z nikim dzielić. Nawet z pająkiem. Z powrotem przybrał ludzką postać. – Nie – mruknął naburmuszony. – Po prostu jestem głodny. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Z płóciennej torby wyjęła zawiniątko. Usiadła na miękkiej trawie, sama otwierając drugie. Zaskoczony Jay niemal rzucił się na kanapkę. Uspokojony rozsiadł się wygodnie, tuż obok niej. Na niebie pojawił się już piąty z siedmiu księżyców. Chłopak westchnął. Zupełnie zaniedbał przygotowania do porannego treningu. Musiał poćwiczyć, jeżeli nie chciał na placu oberwać. Emi dostrzegła jego niepokój. – Wracamy? – zapytała cicho. Skinął głową. Skończyli jeść. Potem porwał ją w powietrze i zostawił tuż przed szkołą, na skraju lasu. Przez całą drogę zadowolony, ale jednocześnie lekko skonsternowany, obserwował jak bardzo dziewczyna zachwycona jest lotem. Kiedy postawił ją na ziemi, Emi uśmiechnęła się do niego promiennie. Wspięła się na palce, przytuliła się do niego. Stał niezdolny wykonać żadnego ruchu, gapiąc się na nią zaskoczony. – Dobranoc – powiedziała wesoło, odwróciła się i pobiegła w kierunku białego pałacu i jego majaczących w księżycowym świetle, pokrytych niebieską dachówką, wież. – Dobranoc – mruknął, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze, ale dziewczyna już nie była w stanie go usłyszeć. Rozdział VI To był pierwszy rok, który Emi spędzała w szkole, więc wszystko było dla niej zupełnie nowe i niesamowite. Przyzwyczaiła się już do większości rzeczy, ale dalej czuła się w tym miejscu wyobcowana. Zawsze też było coś, co potrafiło ją zaskoczyć. W szkole każdy ubierał się jak chciał, panowała w niej więc mieszanka mody praktycznie z całego świata. Były zarówno zgrzebne wełniane suknie, togi, jedwabie, różnobarwne chusty jak i zwykłe, bliskie śmiertelnikom jeansy czy mini spódniczki. Nikt tak naprawdę nie był w stanie się wyróżnić w kolorowym tłumie. Emi zazwyczaj wkładała to, w czym wygodnie było jej włóczyć się po lesie. Lubiła wyciągnięte swetry i długie tuniki w tonacjach brązu i zieleni. Właściwie nic specjalnego. Kiedy jednak rozpakowała przysłaną przez rodziców paczkę, wpadła w zachwyt jaki poczułaby każda dziewczyna w jej wieku. Mama wysłała jej przepiękną, liliową suknię, którą mogła założyć na bal z okazji Nocy Walpurgii oraz bardziej codzienną, jeansową spódniczkę podszytą warstwami białej koronki i niebieski, dobrany do kompletu sweterek. Emi po raz pierwszy od kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły poczuła się jak dorastająca dziewczyna, a nie spłoszony potworek, który dopiero co wybiegł z lasu. Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, zachwycona prezentem, włożyła nowe ubranie już następnego dnia rano. Jej pokój w zamku był niewielki, ale jasny i przytulny. Meble były w białym kolorze, zdobione malunkami kremowych kwiatów o przepięknych kielichach i jasnozielonych łodygach. Miała w nim łóżko, na którym trzymała całą piramidę mięciutkich poduszek, przestronną szafę, stolik z dwoma krzesłami i duże, wolnostojące lustro. Teraz przejrzała się w nim, z niesmakiem obserwując swoje potargane, brązowe włosy. Zaśmiała się sama z siebie. No tak, dzikim zwierzętom jej wygląd ani odrobinę nie przeszkadzał, dlatego tak rzadko do tego lustra zaglądała. Nic dziwnego, że wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę. Starannie rozczesała włosy drewnianą szczotką. Na boku zrobiła prościutki przedziałek. Nie spodobało jej się, więc z powrotem zaczesała je do tyłu. Teraz jednak znowu opadały na oczy i ramiona. Wyjęła z szuflady białą opaskę, którą dostała od Andre na szesnaste urodziny. Rzadko kiedy ją nosiła, ale do spódniczki i sweterka pasowała wręcz idealnie. Poza tym jej brat się ucieszy… o ile oczywiście w ogóle zauważy… Całości dopełniły białe rajstopy i wysokie, zamszowe buty. Emi z radosnym błyskiem w karmelowych oczach stwierdziła, że sama swojego odbicia nie poznaje w tym dużym, niezbyt często używanym lustrze. Ładnie ubrana i starannie uczesana, w świetnym humorze zeszła na śniadanie. Jak zwykle przyszła jako jedna z ostatnich. Po cichu zajęła swoje miejsce obok Andre. Brat spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Potem uśmiechnął się z przekąsem. – Nareszcie wyglądasz jak człowiek – stwierdził zadowolony. – Dzięki – burknęła Emi, wiedząc, że lepszego komplementu i tak nie mogła od niego usłyszeć. Przy śniadaniu jak zwykle dyrektorka, Hanna Rosenberg, monotonnym głosem zaczęła czytać ogłoszenia. Była to sroga, starsza kobieta, przywodząca na myśl jedynie pannę Minchin z „Małej Księżniczki” Francesa Burnetta. Emi czuła do niej niejaką nić sympatii. Kobieta należała do osób surowych, ale sprawiedliwych. W każdym sporze zawsze była gotowa wysłuchać obydwu stron. W pewnym momencie jej monotonny głos ożywił się odrobinę. – Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, za trzy tygodnie odbędzie się bal z okazji Nocy Walpurgii, święta złych duchów i wszystkich magicznych mocy. Doskonale wiemy, że magia tego święta to jedynie zabobon – napomknęła na wszelki wypadek srogim głosem – ale, tak jak przystało czarodziejskim rasom, będziemy kultywować starożytną tradycję i mam nadzieję, dobrze się przy tym bawić. Dzisiaj z tej okazji, dziewczęta z najmłodszych klas będą miały zajęcia łączone z uczniami z Czarnej Wieży – Emi zaczęła uważniej słuchać. Poczuła się jak głupiutka dziewczynka, mając irracjonalną nadzieję, na wspólną lekcję z Jayem. Miała olbrzymią ochotę na to, by znów go zobaczyć. – Illi’andin z arystokratycznych rodów będą wam towarzyszyć w nauce tańca – dziewczyna poczuła, że uchodzi z niej powietrze jak z pękniętego balonika. Sama nie wiedziała dlaczego poczuła taki zawód. Niewiele wiedziała o rasie demonów, jednego była jednak zupełnie pewna, Jay był wojownikiem, nie arystokratą. – Mam nadzieję dziewczynki, że będzie to dla was ciekawe doświadczenie i będziecie się dobrze dzisiaj bawiły – zakończyła ogłoszenia pani dyrektor. W sali rozległy się coraz głośniejsze szepty. Mimo odwiecznej nienawiści, czarodziejki zachłannie patrzyły na przystojnych, wysportowanych chłopców Illi’andin, zwłaszcza tych, którzy nie mieli skrzydeł, przez co wyglądali zupełnie jak ludzie. Teraz, w nowej epoce, stanowili naprawdę łakome kąski. Nie jedna marzyła o romantycznej miłości czy choćby balu spędzonym w ramionach księcia demonów. Illi’andin nie posiadali własnych kobiet. Od wieków mieli umowę zawartą z driadami. Wspólnie płodzili dzieci, w lesie nimf zostawały wszystkie dziewczynki, a oni do siebie zabierali chłopców. To była dobra umowa, jednak nie wystarczająca. Driad na świecie było coraz mniej, ponieważ umierały tak, jak przestawały istnieć, brutalnie wyniszczane przez ludzi, ich drzewa. Emi poczuła na ramieniu rękę brata. Spojrzała pytająco w karmelowe oczy Andre. – Będziesz na siebie uważała siostrzyczko? – poprosił. Dziewczynę złościło, że ciągle traktuje ją jak małe dziecko, nie potrafiła mu jednak mieć tego za złe. W końcu od zawsze się o nią troszczył. Zmusiła się do pogodnego uśmiechu. – Pewnie, że będę – odpowiedziała wstając od długiego stołu i własnego, niedojedzonego śniadania. Zupełnie straciła apetyt. – Idę się przejść – rzuciła cicho i nie niepokojona przez nikogo, wyszła z jadalnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ranek był pogodny i ciepły. Emi przed zajęciami chciała się chociaż trochę przewietrzyć. Kiedy wyszła z zamku, wbrew sobie, wiedziała już dokąd pójdzie. Po kilkunastu minutach spaceru siedziała już na szerokim, otaczającym chwilowo pustą arenę murze. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że wcale nie jest sama przy placu ćwiczeń. Przy szerokim murze zaczęły pojawiać się dziewczęta w różnym wieku. Otoczyły arenę wianuszkiem, co chwilę zerkając w dół. Chichotały i rozmawiały ze sobą zadowolone, pełnymi przejęcia i zachwytu głosami. Emi zauważyła z ciągle rosnącym zdumieniem, że w pewnym oddaleniu od czarodziejek stoją nawet pracujące w pałacu służące, tak samo niecierpliwie i z przejęciem zerkając na plac ćwiczebny. Po chwili na placu pojawili się Illi’andin. Dziewczyna z rozbawieniem zdała sobie sprawę, jak chłopcy udają, że nic nie robią sobie z obecności zachwyconych obserwatorek, jednocześnie popisując się przed nimi jak tylko mogli. Tak niewiele różnili się od dzieci czarodziei! Emi obserwowała ich równie uważnie, co pozostałe dziewczęta, jednak ona wypatrywała konkretnego celu. Czarodziejki rozpływały się nad ich gibkimi i smukłymi, ale w pełni wyćwiczonymi ciałami. Chłopcy byli nadzy od pasa w górę, co wzbudzało tylko jeszcze większy zachwyt. Opaleni byli równą, powstałą po długotrwałych ćwiczeniach na powietrzu, opalenizną. Zauważyła, że jedynie nieliczni młodzi wojownicy mają skrzydła, a do tego żadne nie przypominały skrzydeł Jaya. Wszystkie były pokryte błoną, jak u nietoperzy,  a kolor miały nie czarny, a szary lub błotniście brązowy. Większość Illi’andin wyglądała po prostu jak ludzie. Dobrali się w pary i pod okiem złowrogo wyglądającego wojownika, z podłużną blizną na policzku, rozpoczęli ćwiczenia. Dopiero wtedy zauważyła Jaya. Stał razem z czterema innymi chłopakami o czarnych jak noc, pokrytych piórami skrzydłach. Nie przyłączyli się do ćwiczeń. Dopiero po dłuższej chwili, do stojącej samotnie grupy podszedł odziany na czarno mężczyzna. Wówczas i oni zaczęli trening. Emi nie była w stanie dostrzec ich ruchów. Były zbyt szybkie, zamazywały się przed jej oczami. Po rozgrzewce dostali broń. Nie ćwiczebną, jak pozostali, a prawdziwą, ostrą stal. Dziewczyna obserwowała trening z zapartym tchem. To było coś niesamowitego. Wyglądało jak prawdziwa walka, taka na śmierć i życie. Unosili się w powietrzu, robili salta i uniki. W pewnym, burzliwym momencie Emi zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. Zachłannie zaczerpnęła powietrza. Walczący na arenie Jay odwrócił głowę, spojrzał na nią. Ich oczy na chwilę się spotkały. Jego przeciwnik natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi. Powalił chłopaka na ziemię. Jay z warknięciem poderwał się na nogi, ale wyraźnie nie potrafił się skupić na toczonej zawzięcie walce. Co jakiś czas zerkał w kierunku dziewczyny, za każdym razem obrywając za to bezlitośnie. Emi zdała sobie sprawę, że otaczające ją dziewczęta zaczynają się zbierać. Spojrzała na słońce. Nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie, dzielące śniadanie od zajęć godziny. Z żalem oderwała wzrok od kocich, pełnych gracji ruchów Jaya. Walka Illi’andin wyglądała jak taniec. Dziewczyna, z zachwytem, uświadomiła sobie, ze była prawdziwą sztuką. Niechętnie wstała, zsuwając się z muru i w ślad za innymi, powlekła się w kierunku szkolnych sal. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, Emi zawsze udawało się spóźniać. Nie robiła tego specjalnie, tak po prostu wychodziło, samo z siebie. Teraz, kiedy dotarła wreszcie na korytarz prowadzący ku wielkiej sali, na zajęcia z savoir vivre, oczywiście również była spóźniona. Zaskoczona stanęła w przejściu. Po obu stronach korytarza, pod ścianami ściskały się dziewczęta. Przez środek przejścia natomiast rozciągała się pulsująca błękitną poświatą bariera magiczna. Jak niby ona miała przecisnąć się przez ten tłum do wielkiej sali?! Zadanie zakrawało na niewykonalne. Czego one tu wszystkie chcą?! Kiedy zaczęła się przepychać pomiędzy warczącymi na nią czarodziejkami, odpowiedź przyszła sama. W ogrodzonym magiczną barierą przejściu pojawili się Illi’andin. Siedmioro młodych chłopaków i starszy, poważnie wyglądający, ale pełen gracji i dostojeństwa nauczyciel. Szli spokojnie, nie rozglądając się ma boki. Na ich twarzach malowała się obojętność. Emi wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami, jak reszta dziewczyn. Oni byli po prostu cudowni! Równie dobrze mogliby być aniołami, o dziwo brakowało im tylko skrzydeł. Mieli na sobie białe, idealnie skrojone mundurki, z drogiego materiału. Większość musiała być mniej więcej w wieku jej brata, ale dwóch było też wyraźnie młodszych. Nie można było jednak w żadnym razie powiedzieć, żeby wyglądali smarkato. Emi oderwała od nich wzrok. Rozejrzała się po twarzach oczarowanych dziewcząt. Wyglądało to tak, jakby tylko ona była w stanie zignorować ich urok. Miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie, musiała w jakiś sposób dotrzeć do wielkiej sali. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie będzie to łatwe. Bariera, która dzieliła korytarz na trzy części była jak szklana tafla akwarium, zupełnie nie do przebycia. Zaczęła przepychać się dalej, tworząc w ten sposób harmider i nieprzyjemne zamieszanie. Stojące do tej pory w miarę spokojnie dziewczyny, zaczęły się nawzajem popychać. Emi została przyciśnięta do niebieskiej poświaty bariery, jednak zamiast się na niej zatrzymać, poczuła jakby przechodziła pod strumieniem wody. Popchnięta przez którąś z czarodziejek, upadła na kamienną posadzkę na środku korytarza, tuż za przechodzącymi środkiem Illi’andin. Zaczęła przeklinać w duchu. W oczach stanęły jej łzy. Teraz już na pewno będzie pośmiewiskiem całej szkoły. Bariera najwyraźniej miała ją przepuścić, pewnie dlatego, że powinna być już dawno w wielkiej sali. Idący na samym końcu chłopak zatrzymał się. Odwrócił w jej stronę. Na jego obojętnej do tej pory twarzy pojawił się blady uśmiech. Świetnie, tylko tego jeszcze mi brakowało, pomyślała Emi, żeby dodatkowo oni się ze mnie nabijali. Zdziwiła się, kiedy podszedł do niej, podając jej rękę. Zaczerwieniła się wściekle, ale pozwoliła mu pomóc sobie wstać. Poczuła na plecach żar zazdrosnych spojrzeń. Usłyszała ciche westchnienia. Chłopak zachowywał się jakby świat za barierą nie istniał, postanowiła więc, że zrobi dokładnie to samo. – Dziękuję – odezwała się cicho, walcząc ze sobą, żeby nie wlepić w niego cielęcego wzroku. Był po prostu idealny. O głowę wyższy od niej, smukły i odrobinę blady, ale to tylko dodawało mu uroku. Złote kosmyki niesfornie opadały mu na czoło. Duże, niebieskie oczy miał okolone ciemnymi rzęsami. Wiedziała, że bez trudu, mogłaby utonąć w ich głębi. – Masz teraz z nami zajęcia? – spytał kiedy stanęła przy nim. Jego tenor był miękki i aksamitny. Brzmiał jak pieszczota. Chwilę zajęło zanim dotarł do niej sens jego słów. Onieśmielona skinęła głową. – Nazywam się Damien Nataniel Hayazaki – przedstawił się ponownie podając jej dłoń. – Emily Maria Morrington – odpowiedziała mechanicznie dziewczyna. – Miło mi cię poznać, Emily – obdarzył dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała. Kolana się pod nią ugięły, z trudem utrzymała się na nogach. Zagryzła zęby, nie miała zamiaru na oczach wszystkich zamienić się w galaretę. W miarę spokojna, poszła u jego boku, znikając z pola widzenia rozczarowanych czarodziejek w wielkiej, balowej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że w sali było ich tylko dwanaście. Ona i jej koleżanki z pierwszego roku. Kiedy tylko weszli do środka podeszła do nich, stając przy fortepianie w rogu olbrzymiej komnaty. Wszystkie wyglądały na bardzo podekscytowane. Zauważyła, że to same czarodziejki, ze starych, szanowanych rodów. Nie było wśród nich żadnych dziewcząt półkrwi. Ukłuło ją nieprzyjemne dotknięcie niesprawiedliwości. Więc te zajęcia miały być poczytywane jako swoistego rodzaju zaszczyt. No cóż, rozejrzała się po twarzach koleżanek, one na pewno tak to traktowały. Lekcję prowadziła pani dyrektor we własnej osobie. Przez chwilę rozmawiała przyciszonym głosem z nauczycielem Illi’andin. Emi rozbawiło, że obydwoje mają iście greckie, orle nosy, podczas gdy jednak twarzy mężczyzny dodawało to dostojeństwa i uroku, u starszej, eleganckiej kobiety, wyglądało to po prostu srogo. Nie dziwiła się, że wszyscy się jej naprawdę bali. Dziewczyny szturchały się nawzajem, cicho komentując stojących naprzeciwko chłopaków. Obojętność na ich twarzach zastąpiły aroganckie uśmiechy. Patrzyli na nie z góry, jakby były czymś gorszym. Emi była przekonana, że czarodziejki w ogóle nie zdają sobie sprawy z tych nieprzyjemnych spojrzeń. Mimowolnie spojrzała w kierunku Damiena. Zauważył jej wzrok. Uśmiechnął się do niej leniwie. Wyglądał na mocno znudzonego, ale w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Za to właśnie go polubiła. Po chwili narady między nauczycielami rozpoczęły się zajęcia. – Nazywam się Hanna Rosenberg – przedstawiła się pani dyrektor na użytek Illi’andin – jestem zwierzchniczką Białego Pałacu, a to – wskazała dostojnego mężczyznę, w średnim wieku – Robert Del’rante, nauczyciel manier i tańca z Czarnej Wieży. Dzisiejsze zajęcia będą wyjątkowe, ponieważ przygotowujemy się na bal, który stanowi połączenie dwóch kultur. Proszę, dobierzcie się w pary, będziemy ćwiczyć Wiedeńskiego Walca. Ponieważ chłopców jest mniej, dwie pary będą czysto damskie, a prowadziły będziecie na zmianę. Jest was nieparzysta liczba, więc jedna z dziewcząt tańczyła będzie ze mną. Ruszajcie się, szybko, nie mamy czasu – ponagliła nauczycielka zaskoczoną młodzież. Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, była przekonana, że to właśnie jej przypadnie taniec z dyrektorką. Illi’andin przez chwilę rozmawiali między sobą, a potem z kocimi uśmiechami podeszli wybierać dziewczyny. Zdziwiła się, kiedy Damien podszedł bezpośrednio do niej. – Zatańczysz? – spytał uprzejmie. Skinęła głową, ponieważ nie była pewna własnego głosu. Rozpoczęły się zajęcia, a Emi nic nie widziała wokół siebie. Umiała tańczyć, ale z pewnością nie tak jak on. Prowadził jednak tak genialnie, że niemal płynęła w jego ramionach. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Nie słyszała surowego głosu pani Hanny i cichych, ale stanowczych porad pana Roberta. Była tylko ona i tańczący z nią Damien. Wszystko działo się jak we śnie. Dwie godziny zajęć upłynęły zbyt szybko. Chłopak pożegnał się z nią grzecznie i odszedł razem z resztą swojej grupy. Przez cały dzień nie potrafiła skupić się na niczym innym. W umyśle widziała jedynie niebieskie, roziskrzone oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość. W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?! – Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby. Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi. – Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic. – Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany. Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu. – O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia? – Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem. Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona. – Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. – Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. – No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego. Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął. – Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie. – Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła. Spojrzał na nią. – Ty naprawdę nie wiesz? – Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób… nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi. Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył. – Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko. Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie. – Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie. – Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej. Rozdział VII Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział… odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej. Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka. Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi’andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del’rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba. Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle. – Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem. – O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie. – Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie. Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste. – Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej. – Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington. Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął. – To niewykonalne – powiedział niepewnie. – Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz… James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu. – Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał. – Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał. – Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa! Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno. – Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie. – Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?! – Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać. – Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre. – Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować? Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya. – Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona. – Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać. – Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi. Wzruszył ramionami. – Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz. Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej. – Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony. – Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona. Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć. – Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach. Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało. – Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem. Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem. – Dlaczego? – zapytał prostolinijnie. Emi miała ochotę go udusić. – Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś… – warknęła na chłopaka. – Świetnie, w takim razie teraz zapraszam – rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa. – Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej. Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości. – Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho. – Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy. – Dlaczego? – warknął na nią. – Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko. Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo. – Lubisz mnie? – zapytał. Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem. – Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością. – Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony. Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat. – Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko. Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła. – Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie! Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay… – Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili. Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego. – W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy. Rozdział VIII Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi’andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu. – Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami. – To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego. Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości. – Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową. – Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del’rante, nauczyciela manier i tańca Illi’andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?! – Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie. Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi’andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił. – Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del’rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem. – Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił. Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi’andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie? – Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie. Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie… to była jego zwykła codzienność. – Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi. Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs. – To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem. Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej. – Dlaczego? – zapytała spokojnie. – Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem. Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić. – Poznaliśmy się, na początku tygodnia… – stwierdziła wzruszając ramionami. – Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni… – westchnął cicho. Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać. – Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka. – Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze. Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule. – Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi… Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją. – Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności… ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą. Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem”. Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi’andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Gdy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy. Rozdział IX Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową” ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą. Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie… Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi’andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi’andin.  Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę. – Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem. – Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek. Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała… To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami. – Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu. Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka. – Damien, proszę… ja naprawdę muszę tam iść… Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona. – Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to? Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi’andin. Niechętnie skinęła głową. – Damien… – zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya. Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce. – Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to? Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że… Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu. – Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya. Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny. – W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki. Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę. Rozdział X Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu… Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że… Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał. – Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny. – Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia. Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek. – Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii… To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni. Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały. – Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę. Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść. – Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco. Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą. – Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze. – Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał. Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie. – Płoń – rozkazał stanowczo. Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona. – Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat? Chłopak roześmiał się. Magia Illi’andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy. – Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę. Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała  nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien. Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi’andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze. – No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych. – Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur. Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem”, ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi… Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi’andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani. – O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob. – Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu. Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem. Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko. – Nic ci nie jest? – zapytał z troską. Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał. – Chodź – mruknął. Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę. – Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne. – Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko. Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej. – I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł. Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło. – Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. – Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie. Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu. – Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien szedł przez Czarną Wieżę jak burza. Wszyscy schodzili z drogi na widok jego gradowej miny. Czuł strach, nie pamiętał kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Nie było go tylko przez godzinę, a ona w tym czasie zdążyła już zniknąć! To nie było bezpieczne, nie chciał nawet myśleć, co może się jej stać. Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi na szóstym piętrze i bez pukania wszedł do środka. Tylko tutaj mógł szukać pomocy. – Jay, potrzebuję… – zaczął, ale w jednej chwili zamilkł. Zamknął za sobą drzwi i stanął jak wryty. Na łóżku Jaya leżała Emi, a jego przyjaciel tulił ją w swoich objęciach. Więc posunąłeś się aż tak daleko, przyjacielu? Zdecydowanie zbyt daleko! Cokolwiek łączyło do tej pory tą dwójkę, dla ich własnego dobra, jak najszybciej będzie musiało zniknąć. Maska obojętności i leniwy, arogancki uśmiech natychmiast wpłynęły na twarz Damiena. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Oparł się o stojący pod ścianą stolik i czekał. Spojrzeli na niego zaskoczeni. Emi zaczerwieniła się uroczo, usiadła. Jay spojrzał z żalem na dziewczynę, która zwinnie wyplątała się z jego ramion. – Damien, przepraszam, że wyszłam – zaczęła cicho – musiałam… – ale Jay nie pozwolił jej dokończyć zdania. Gwałtownie zerwał się z łóżka. W jego bursztynowych oczach pojawiła się złość. – Więc to ty jesteś jej opiekunem?! – warknął na przyjaciela. Brutalnie złapał go za poły eleganckiej koszuli. – Jak mogłeś puścić ją samą?! Odwaliło ci?! Wyobrażasz sobie co mogło się stać?! Blondyn obrzucił swojego prześladowcę lodowatym spojrzeniem. Ogarnął go zimny gniew. Gdyby stał teraz przed nim ktokolwiek inny niż Jay, w ułamku sekundy pożegnałby się z życiem. – Nigdy nie pozwoliłem jej wyjść – odezwał się chłodno. – Zostałem wezwany przed radę. Była tylko przez chwilę sama i od razu mi zwiała. – Mogłeś pilnować jej lepiej – syknął Jay. – Jackob się właśnie do niej dobierał, kiedy ją znalazłem. Damien drgnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go słowa przyjaciela obeszły. Chciał cos powiedzieć, ale tym razem przerwała im Emi. Podeszła do nich. Swoimi drobnymi dłońmi odgięła, zaciśnięte kurczowo na eleganckiej koszuli, palce Jaya. Stanowczo odepchnęła chłopaka i stanęła między nimi. Damien patrzył na nią z pobladłą twarzą. Był przekonany, że żeby ją ochronić naprawdę będzie musiał skrzywdzić przyjaciela. Jay jednak posłusznie dał się odsunąć, zupełnie jak skarcony psiak. – Przestańcie, obydwaj – poprosiła dziewczyna, w jej głosie była jednak moc i stanowczość. – To moja wina, przepraszam was, że musieliście się o mnie martwić. Damien, przepraszam, że wyszłam. Mówiłam ci, że muszę iść do lasu, ale nie dałeś mi dokończyć, nie pozwoliłeś powiedzieć dlaczego – westchnęła. – To była jedyna okazja, kiedy mogłam znaleźć Jaya. Chciałam go przeprosić za to, że mnie nie było no i bałam się, że będzie się o mnie martwił. Damien w jednej chwili się opanował. Nie do końca był pewien co się tutaj dzieje, ale skoro Emi była bezpieczna, dalej toczyła się gra. – Bałem się o ciebie, nie strasz mnie w ten sposób nigdy więcej – powiedział łagodnie, obejmując ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego ufnie. Jay wytrzeszczył oczy. Warknął. Wtargnął między Emi, a Damiena, odpychając ich od siebie. Stanął zasłaniając sobą dziewczynę. – Nie dotykaj jej – syknął. Damien starał się powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech. Jay najwyraźniej nie miał bladego pojęcia jak się przy niej zachowywać. Na wszelki wypadek przygotował osłonę dla siebie i Emi. Nie zawiódł się na dziewczynie. Kopnęła chłopaka z całej siły w piszczel. W bursztynowych oczach Jaya mignęła złość. Damien nie mógł wyjść z podziwu, że jego przyjaciel mimo wszystko panuje nad sobą i nawet nie próbuje oddać dziewczynie. – Nie jestem twoją lalką! – wrzasnęła na niego. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie! Pomogłeś mi, za co jestem ci bardzo wdzięczna, ale to nie czyni mnie twoją pieprzoną własnością! Damien obserwował z rosnącym zdumieniem, jak gniew w oczach Jaya zamienia się w niezrozumienie, a potem rozgoryczenie i smutek. Skulił się w sobie, odsunął. – Masz rację – powiedział cicho, spuszczając głowę. Blondyn zagryzł zęby. Chciało mu się wyć. Dlaczego jego porywczy, impulsywny przyjaciel w ten sposób na nią reaguje?! Czemu zrobił jedyną rzecz, która mogła uratować tę sytuację?! Był dziki, drapieżny, jeżeli trzeba było, potrafił być okrutny i sadystyczny, a zachowywał się jak zbity psiak! Cała złość zniknęła z twarzy Emi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podeszła do Jaya. Dotknęła dłonią jego policzka. Odgarnęła mu z twarzy niesfornie opadające na oczy kosmyki. – Jay, przepraszam, ja nie chciałam… – szepnęła. – Po prostu strasznie nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. Nie gniewaj się na mnie, proszę. Tym razem to Damiena roznosiło w środku. Stał jednak spokojnie, masochistycznie przyglądając się sprawiającej mu ból scenie. Bursztynowe oczy spojrzały na Emi ponuro. Chłopak odsunął od siebie jej rękę. Nie skomentował. – Kiedy zdążyłeś zapisać się do programu? – zadał pytanie, zwracając się do Damiena, zupełnie jakby starał się zignorować obecność dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kwadrans później siedzieli w eleganckim salonie Damiena na siódmym piętrze Czarnej Wieży. Jay nosił w sobie jakieś bardzo nieprzyjemne, przykre uczucie.  Nie był tylko do końca pewien co to takiego. Emi siedziała skulona w jednym z obitych zielonym aksamitem foteli, Damien usiadł naprzeciwko niej, a on sam rozwalił się wygodnie na kanapie. Nie był do końca przekonany, czy ta rozmowa ma szansę mu się spodobać. Poza tym wolałby być bliżej Emi, ale nie pozwalała mu na to własna duma. – Znamy się z Emi od wczesnego dzieciństwa – kontynuował Damien – nie mogłem uwierzyć, kiedy poczułem na tobie jej zapach, ale ty oznajmiłeś mi, że to „nic takiego” – powiedział z wyrzutem. – W każdym razie, kiedy dowiedziałem się, że jej rodzice życzą sobie, żeby wzięła udział w wymianie, nie mogłem pozwolić, żeby trafiła do kogoś innego. Tyle. Teraz twoja kolej na opowiadanie – mruknął. Jay stwierdził, że to go odrobinę uspokoiło. Dalej gniewał się na Emi, ale przynajmniej nie zżerała go już z taką siłą zazdrość, a nawet zaczął się cieszyć, że Damiena i Emi łączy jakaś nić przyjaźni, bo wspólnie będzie łatwiej ją chronić. Nieprzyjemnie brzmiały mu tylko w głowie słowa dziewczyny sprzed kilku dni, kiedy oznajmiła mu „już jestem z kimś umówiona” gdy oznajmił jej, że idą razem na szkolny bal. Teraz był pewien, że tym kimś jest właśnie Damien. – Właściwie nie ma o czym – mruknął Jay. – Nie powiedziałem ci, że spotkałem Emi, bo wiem jak bardzo nienawidzisz ludzi. Przez twarz Damiena przemknął gniew, chłopak jednak szybko się opanował. Dziewczyna pojrzała zaskoczona. Jay zdał sobie sprawę, że powiedział coś nie tak. Wyglądało na to, że przyjaciel z jakiegoś powodu ukrywał przed nią ten fakt. – Wszyscy Illi’andin nienawidzą ludzi – odpowiedział na pytające spojrzenie Emi Damien. – Jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak naprawdę niewielu myśli inaczej. Zresztą ludzie, a zwłaszcza czarodzieje, też nas nienawidzą. Opowiadaj dalej Jay – powiedział z naciskiem. Chłopak nie wiedział, dlaczego Damien nie mówi Emi prawdy, nie miał jednak zamiaru narażać się na jego gniew, kontynuując tę dyskusję przy dziewczynie. Porozmawiają o tym później. – Szukałem dobrego terenu do polowań, bawiłem się w kotka i myszkę, z grupą magów, byłem nieuważny i wpadłem w sidła. Nie chciałem stracić ręki więc w nich siedziałem, nie mogąc się przemienić – Jay opowiadał jakby zdawał suchą, wojskową relację. – Pojawiła się Emi, uwolniła mnie. Następnego dnia natknąłem się na tą idiotkę – w tym miejscu pierwszy raz w głosie chłopaka pojawiły się jakiekolwiek emocje –  na wybranym na łowy obszarze. Zabrałem ją stamtąd. W sumie to wszystko. Jay nie miał ochoty zdradzać przyjacielowi, ani nikomu innemu żadnych więcej szczegółów. Emi uśmiechnęła się nieśmiało. – Skoro już to sobie wyjaśniliście, to może pójdziemy na zajęcia? – zapytała zwracając się do Damiena. – Ja zawsze się spóźniam, ale chyba nie wypada… Jay przeklął, zerwał się z kanapy. Dla niego kara za spóźnienie byłaby przykra, o tym co czekałoby Damiena wolał nawet nie myśleć. – To na co czekacie? – warknął na nich. – Odprowadzę was i odbiorę, tak na wszelki wypadek – mruknął patrząc ponuro na przyjaciela. Chłopak wstał. Przeczesał palcami jasne włosy. Po raz pierwszy tego dnia obdarzył Jaya bladym uśmiechem wdzięczności. Doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka za spóźnienie i nie był pewien czy jeżeli dostanie „karę” będzie w stanie zaopiekować się Emi. Od kiedy tylko obaj pojawili się w szkole, byli boleśnie uzależnieni od swojej bezwarunkowej przyjaźni. Rozdział XI Emi pierwszy raz od kiedy opuściła hol Czarnej Wieży miała okazję zobaczyć swoje koleżanki. Większość z nich wyglądała na mocno wystraszone. Potulnie słuchały swoich nowych opiekunów. Kilka jednak uśmiechało się promiennie, z dumą i nonszalancją. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że to te, które stoją obok chłopaków, z którymi mieli lekcję tańca. Arystokraci Illi’andin najwyraźniej traktowali je znacznie lepiej od wojowników. Emi była naprawdę wdzięczna losowi, że trafiła właśnie na opiekującego się nią Damiena. Wspólne zajęcia okazały się wyjątkowo nudne. Słuchali sztandarowych przemówień nauczyciela na temat polityki i nowożytnej historii. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Wyglądało to niemal tak, jakby opiekunowie chcieli sprawdzić, czy czarodziejki po dobie spędzonej w towarzystwie Illi’andin w dalszym ciągu żyją. Mężczyzna oschłym głosem zawiadomił ich, że następnego dnia po południu zaplanowana jest wycieczka do jednego z pobliskich miast, a potem kazał im się rozejść. – Hayazaki, ty i twoja podopieczna zostajecie – rozkazał na koniec. Emi niemal namacalnie mogła wyczuć niepokój Damiena, jego twarz była jednak nieprzeniknioną maską. Kiedy wszyscy wyszli, nauczyciel zwrócił się bezpośrednio do nich. – Złamaliście regulamin, poniesiecie tego konsekwencje. Za takie wykroczenie karą jest zielony. Podejdźcie tu, obydwoje – rozkazał obojętnie. Dziewczyna wstała, żeby wykonać polecenie nauczyciela, ale Damien zagrodził jej drogę. – Żartujesz, prawda? – zwrócił się niegrzecznie do nauczyciela. – Ona nie jest jedną z nas! – oznajmił stanowczo. – Nasze prawo jej nie dotyczy. – Teraz mieszka w Czarnej Wieży, więc jej także dotyczą nasze reguły – oznajmił sucho mężczyzna, był w średnim wieku i wyglądał raczej nijako niż dostojnie, jak większość Illi’andin. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. Najwyraźniej karanie uczniów sprawiało mu niekłamaną przyjemność. – Emi wyjdź – powiedział cicho Damien. – Jay czeka na zewnątrz. – Jak śmiesz! – zaczął mężczyzna, ale wystarczyło jedno spojrzenie w lodowato zimne oczy Damiena, żeby się zamknął. – Dobrze, niech dziewczyna wyjdzie – pozwolił niechętnie. Przestraszona, nie rozumiejąca co właściwie przed chwilą się stało, Emi wyszła z sali, wpadając prosto w ramiona czekającego na zewnątrz Jaya. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Emi zniknęła za drzwiami, Damien posłusznie podszedł do biurka nauczyciela. Mężczyzna trząsł się z nieskrywanej złości. Z szuflady wyciągnął drewnianą skrzynkę. Z nienawiścią spojrzał na chłopaka. – Za impertynencję twoja kara wzrosła do czerwonego – oznajmił uśmiechając się z satysfakcją. Chłopak stał spokojnie, wpatrując się w niego chłodnym wzrokiem. Obojętność i znudzenie na jego twarzy przyprawiały mężczyznę o gęsią skórkę. Otworzył pudełko, w którym na aksamitnym materiale, rzędem leżały pojemniki z kolorowymi płynami. Wyjął ten z czerwonym. Z drugiej szuflady wyciągnął strzykawkę, napełnił ją kolorową cieczą, założył igłę. Damien ze stoickim spokojem podwinął rękaw koszuli i podał mu rękę. Próbował już wszystkich i czerwony wcale nie był z nich najgorszy. Kiedyś, gdy uleczył plecy Jaya po chłoście, za karę podali mu czarny. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Nauczyciel z dużą wprawą wbił igłę w żyłę chłopaka. Damien czuł, jak płyn wsącza się w jego ciało paląc żyły żywym ogniem. Nie zmienił jednak obojętnego wyrazu twarzy. Nie zamierzał dawać temu mężczyźnie satysfakcji. – Czy to już wszystko? – zapytał, kiedy tamten skończył. Nauczyciel skinął głową, starannie zamykając drewnianą skrzynkę. – Tak, możesz już odejść – powiedział niechętnie. Damien odwrócił się i wyszedł, zaraz za drzwiami opierając się o zimną, kamienną ścianę. Bolało jak cholera, ale to nie to było karą. Pieczenie było jedynie efektem ubocznym. Wiedział, że czeka go naprawdę paskudna noc. Co gorsza, znaczyło to, że będzie musiał zostawić Emi sam na sam z Jayem, co ani odrobinę mu się nie uśmiechało. Odetchnął głęboko i ruszył przed siebie korytarzem. Zaskoczony przystanął, kiedy za rogiem, w jednej z wnęk, wyłożonego surowym kamieniem, korytarza zobaczył czekających na niego przyjaciół. Emi natychmiast przypadła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Dużo wysiłku woli kosztowało go, żeby się nie skrzywić. Całe jego ciało płonęło, dotyk dziewczyny sprawiał mu tylko dodatkowy ból. Przytulił ją do siebie delikatnie. Jay jednak wiedział. Podszedł i stanowczo odciągnął ją od przyjaciela. – Czerwony – odpowiedział niechętnie Damien na pytające spojrzenie przyjaciela. – Mogę spać dzisiaj u ciebie? – spytał niemal błagalnie. To było najlepsze co przychodziło mu w tym momencie do głowy. Nie był w stanie zbyt jasno myśleć. – Zgoda, gdzie mam ją zabrać? – zapytał Jay. – Do mnie – mruknął niechętnie Damien. – Nikt nie będzie wam przeszkadzał. Założyłem osłony. Emi chciała coś powiedzieć, ale Jay jej na to nie pozwolił. Obrzucił przyjaciela współczującym spojrzeniem i pociągnął protestującą dziewczynę w stronę kamiennych schodów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po kwadransie i zawziętej szarpaninie znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Dopiero kiedy zamknęły się za nimi solidne, drewniane drzwi, Jay zdecydował się puścić wkurzoną, wyrywającą się mu dziewczynę. Natychmiast się ku nim rzuciła. W ułamku sekundy zagrodził jej drogę. – Możemy się tak bawić przez całą noc – westchnął znużony. – Tylko czy naprawdę musimy? – Dlaczego nie chcesz mnie puścić do niego? – spytała łamiącym się głosem Emi. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co się dzieje, ale wiedziała, że jest to coś bardzo niedobrego. – Nie widzisz, że on sobie tego nie życzył? – warknął na nią. Dziewczyna odsunęła się od drzwi. Usiadła na dywanie pod kanapą. Skuliła się oplatając ramionami kolana. W jej oczach zalśniły łzy. – Co mu jest? – szepnęła cicho. Jay westchnął. Usiadł koło niej obejmując czarodziejkę ramieniem. Pozwoliła mu na to, potrzebowała tego. Wtuliła się w niego ufnie, jak mała dziewczynka. Chłopak wyraźnie zastanawiał się co i ile jej może powiedzieć. – Illi’andin dzielą się na trzy klasy społeczne – zaczął. – Są senshi, skrzydlaci i arystokracja. Wszyscy jesteśmy wojownikami, ale każdy walczy inaczej. Ponieważ nasza szkoła, to coś jakby koszary, panuje tutaj surowa dyscyplina i za każde przewinienie są kary. Są one jednak zależne od klasy do której się należy. Senshi od zwykłych ludzi różnią się tylko swoją siłą i szybkością. Dla nich podstawową karą są dodatkowe ćwiczenia fizyczne, za naprawdę ciężkie wykroczenie karani są chłostą. Skrzydlaci są sprawniejsi w walce, nasze rany szybciej się goją, każdy z nas ma swoje zwierzę, którego postać potrafi przybierać. Cokolwiek wbrew regulaminowi byśmy nie zrobili, dostajemy razy. Arystokraci mają najgorzej. Nie dorównują nam siłą ani kondycją fizyczną, dopóki nie zmienią się w swoją drugą postać. Za to władają magią, są więc najbardziej niebezpieczni. Nauczyciele się ich boją, najczęściej boją się ich również właśni ojcowie, tak jak w przypadku Damiena – uśmiechnął się smutno. – W każdym razie dyscyplinarnie karani są za wszystko, co tylko znalazło się choćby odrobinę za wyznaczoną przez regulamin linią. Gdyby dostawali chłostę, ich obrażenia goiłyby się tak samo wolno, co u ludzi. Dlatego powstał inny system. Podają im narkotyki o różnych właściwościach. System działa o tyle dobrze, że żaden z nich nie popełni z własnej woli najmniejszego nawet wykroczenia. Musiałby być naprawdę zdesperowany. Tak jak Damien dzisiaj, pomyślała Emi. Słuchała tego co mówił Jay z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie. – U nas, jeżeli ktoś coś przeskrobie, to zostaje po lekcjach – powiedziała cichutko. Niewiele mijało się to z prawdą, ponieważ kary w Białym Pałacu polegały zazwyczaj na pomocy wyznaczonym nauczycielom w wolnym od zajęć czasie. Jay prychnął, z trudem powstrzymał się od śmiechu. – Nie martw się, nic mu nie będzie – mruknął, a dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej. – Rano będzie z nim już wszystko w porządku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien dotarł do drzwi pokoju Jaya, w swoich żyłach czuł już tylko płynny ogień. Zdjął z siebie drażniące nadwrażliwą skórę ubranie. Z niemałym trudem położył się na twardym łóżku. Zwinął się w ciasny kłębek. Oddychał powoli, myśląc tylko o tym, żeby nie zasnąć. Wiedział, że wtedy będzie tylko jeszcze gorzej. W końcu jednak przegrał walkę z płynącym w jego żyłach narkotykiem i zapadł w krótki, niespokojny sen. Czerwony płyn był wyciągiem z liści narumi, rzadkiej rośliny spotykanej jedynie w północnych lasach Dareshi, połączonym z jadem mirwińskich jaszczurek. Oprócz bólu który powodował, przywoływał także senne koszmary. Damien obudził się z zupełnie zaschniętym gardłem, nie miał jednak siły wstać, żeby napić się wody. Drżał na całym ciele. W przerażającym, nazbyt realnym śnie, wielokrotnie widział jak zabija Jaya. Ból powrócił. W swoich żyłach znów poczuł płynny ogień. Po kilku, wlokących się w nieskończoność minutach, ponownie zapadł z niespokojny sen. Śnił mu się las. Skąpana w promieniach słońca polana. Emi uśmiechająca się do niego wdzięcznym, dziewczęcym uśmiechem. Zamek. Lecące nad wschodnią wieżą stado olbrzymich nietoperze. Ojciec, obserwujący z rozbawieniem jego reakcję na trzymany w rękach list. Zamknięta, niewielka skrzynia. Ciasnota. Brak powietrza. Strach. Jasna przestronna komnata. Emi, strach w jej oczach, gdy podchodzi do niej by wpuścić w jej żyły oszałamiający narkotyk. Więzienna cela. Jay patrzący przez kraty pełnym zawodu i nienawiści wzrokiem. Kamienny ołtarz. Zakrwawiony nóż w jego własnych rękach. Złożona ofiara. Różany ogród. Emi, ból i odraza w jej oczach. Strach i nienawiść. Damien obudził się zlany zimnym potem. Zaczynało świtać. W swoich żyłach czuł już tylko lekkie pieczenie. Działanie narkotyku ustawało. Ze wstydem zauważył, że zmoczył łóżko. Przynajmniej nie krzyczał, tak jak inni… Wstał, jeszcze odrobinę chwiejnie. Telepatycznie przywołał najbliższego służącego. Kazał mu posprzątać pokój. Sam zgarnął swoje wymięte ubranie z podłogi i wolnym krokiem, dochodząc do siebie, udał się do łaźni. Po ciepłej kąpieli, zupełnie już doszedł do siebie. W garderobie czekał na niego czysty, nowy strój. Doprowadził się do porządku, przeczesał palcami mokre włosy i niespiesznie ruszył do swoich komnat. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wszedł do sypialni, Jay i Emi jeszcze spali. Chłopak z trudem odgonił od siebie zimny gniew. To co ujrzał, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Jego przyjaciel tulił dziewczynę w swoich ramionach. Wyglądali razem tak naturalnie… Damien po cichu wyszedł z pokoju. Nie zamierzał ich budzić. Zacisnął wargi, tak, że uformowały się w cienką linię. Jak najszybciej będzie musiał coś z tym zrobić. To co było między nimi zaszło już stanowczo zbyt daleko, mimo, że nigdy nie powinno mieć miejsca. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy słońce w całości pojawiło się na niebie, Jay popędził na trening. Damien siedział na kanapie wpatrując się w przestrzeń. Emi skuliła się przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Jej bliskość wyrwała chłopaka z ponurej zadumy. Jak zwykle niespecjalnie dbała o swój wygląd i po wstaniu rano, wyglądała jak mały, nastroszony kociak. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. – Na pewno nic ci nie jest? – spytała cichutko, mimo zapewnień Jaya, wcale nie uważała, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się do niej odrobinę blado. Przytulił ją do siebie. – Nie martw się o mnie, u nas to jest ‘normalne’ i wcale nie zdarza się rzadko – mruknął. – Zjedzmy śniadanie – zaproponował. – Czeka nas dzisiaj paskudna wycieczka. Emi westchnęła. Zapewnienia Damiena także wcale jej nie uspokoiły. Skinęła jednak głową i razem przeszli do jadalni, w której już czekał suto zastawiony stół. Dziewczyna nie była w stanie prawie nic zjeść. Damien przyglądał się jej zaniepokojony. – Nie jesteś głodna? – spytał. – Nie mam ochoty – powiedziała cicho. – W takim razie co byś zjadła? – uśmiechnął się kusząco. Działanie narkotyków się ulotniło i znowu był zupełnie sobą. – Na przykład maliny – westchnęła Emi, tak bardzo nie mogła doczekać się lata! – Dobrze, niech będą maliny – stwierdził rozbawiony, a ona spojrzała na niego pytająco. Chłopak wysypał na talerz miskę płatków, a potem spojrzał na nie ponaglająco. – Rośnijcie – mruknął cicho, rozkazującym tonem. Leżące na talerzu, owsiane płatki zaczęły się powiększać i puchnąć, powoli zmieniając się w ciemnoróżowe owoce. One po prostu stały się malinami! Kiedy Damien skończył, podsunął zszokowanej dziewczynie pełne owoców naczynie. Spróbowała. Smakowały zupełnie jak dojrzewające w letnim słońcu maliny. Zamrugała. – Myślałam, że władasz ogniem – powiedziała oskarżycielskim tonem. Roześmiał się dźwięcznie. Pokręcił głową. – Nasza magia jest inna, mówiłem, że ci to później wytłumaczę. Jesteś czarodziejką – stwierdził. – Jaki jest twój talent? Dziewczyna spuściła wzrok. – Chwilowo żaden – mruknęła zasmucona. – Potrafię wiele rzeczy, ale niczego nie robię dobrze. Zaskoczył ją błysk zainteresowania w oczach Damiena. – Co na przykład możesz zrobić? – spytał starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Emi wzruszyła ramionami. – Kiedy przepowiadano nam talenty, dowiedziałam się tylko, że jestem czarodziejką natury, wieszczka nie powiedziała mi nic konkretnego. Umiem odrobinę leczyć, jeżeli naprawdę mi zależy, to moje roślinki szybko rosną no i porozumiewam się ze zwierzętami, co chyba jednak nie jest magią. – I nie próbowałaś innych rzeczy? – zapytał ponaglająco chłopak. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Nie miała pojęcia do czego on dąży. – Niby po co miałam próbować? – spytała skonsternowana. – Widzisz, my nie czerpiemy mocy z otoczenia, tak jak czarodzieje – powiedział uśmiechając się kapryśnie. – Nie mamy kontaktu z duchami, nie wykorzystujemy żywiołów, to co nazywacie czarami zależy po prostu od naszej siły woli. Emi nie rozumiała. Od zawsze uczono ją czego innego. Wpatrywała się pytająco w Damiena. Chłopak wstał od stołu. W ten sposób jej niczego nie wytłumaczy. Wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził do bawialni. Wskazał na jedną ze srebrnych, leżących na ciemnozielonej kanapie poduszek. – Wznieś się – mruknął, a przedmiot po chwili już lewitował w powietrzu. Moment później podleciał i znalazł się w jego dłoniach. – Spróbujesz? – zaproponował z uśmiechem. – Musisz skupić się na tym co chcesz zrobić, pomyśleć o tym, a potem ukierunkować swoje pragnienie jakimś słowem. To nic trudnego. Dzięki temu nie jesteśmy ograniczeni, tak jak czarodzieje, do jednego źródła. Możemy zrobić wszystko, na co starczy nam sił. – I naprawdę myślisz, że ja też tak potrafię? – spytała powątpiewająco. – A co szkodzi ci spróbować? – uśmiechnął się do niej uroczo. – Najwyżej się nie uda i już. – Położył poduszkę na podłodze. – Podnieś ją – zaproponował. Emi nie bardzo wierzyła w powodzenie takiej próby, nie chciała jednak sprawić patrzącemu wyczekująco chłopakowi przykrości. Spróbowała. Wyobraziła sobie latającą poduszkę. Z całego serca zapragnęła, żeby ta się ruszyła. – Wznieś się – powiedziała surowym tonem do srebrnego przedmiotu. To co stało się później przypominało tornado. Cały pokój zaczął wirować. W powietrzu zaczęły latać obite zielonym aksamitem fotele i kanapa. Z półek pospadały wszystkie książki i one też zaczęły unosić się w powietrzu, wirując w dzikim tańcu. To samo stało się ze stołem i krzesłami. Dywan uciekł spod ich stóp przewracając ich na podłogę. Damien rzucił się do przodu, zakrywając sobą leżącą dziewczynę. Postawił wokół nich najmocniejszą osłonę, na jaką go było stać. – Emi, przestań! – krzyknął rozpaczliwie. – Proszę cię przestań! Oszołomiona dziewczyna zamarła, przymknęła oczy, przestała oddychać. Przedmioty zaczęły spadać na podłogę, uderzając w rozciągniętą przez Damiena osłonę. Wszystko zwaliło się na bezładną kupę. Kiedy pokój się uspokoił chłopak wstał. Zaczął się śmiać. Emi była wyczerpana. Z trudem usiadła. Spojrzała na niego jak na wariata. – No co? – spytała zirytowana. Chłopak wskazał ręką na drewniany parkiet przed nimi. – Ruszyło się wszystko – powiedział pomiędzy wybuchami niekontrolowanego śmiechu – tylko nie ta cholerna poduszka! Rozdział XII Drżąca ze strachu Ana siedziała na twardym, drewnianym krześle. To był jakiś koszmar. Do tej pory bardzo entuzjastycznie podchodziła do wymiany uczniowskiej z Illi’andin, ale teraz, kiedy znalazła się w Czarnej Wieży doskonale zrozumiała dlaczego ludzie tak bardzo ich nienawidzą. Serce stanęło jej na moment, kiedy pomyślała o tym co mogłoby się stać, gdyby nie jej talent. Chłopak, który miał się nią opiekować, najzwyczajniej w świecie próbował ją zgwałcić. Nie wiedział jednak, że panowała nad dźwiękami, nie spodziewał się ataku. Potworny hałas ogłuszył go, a ona zdołała uciec. Kiedy jednak zgłosiła całe zajście pilnującemu ich wychowawcy, ten wzruszył ramionami, wyznaczył chłopakowi karę, a ją odesłał do innego, z listy rezerwowej. Nie było mowy o powrocie do Białego Pałacu. Teraz siedziała w niewielkim, przypominającym celę w koszarach pokoiku, zastanawiając się nad tym, czy może być jeszcze gorzej. Wzdrygnęła się, kiedy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chłopak. Jak oni wszyscy nie nosił koszulki, a jego tors zdobiły wyraźnie zarysowane pod opaloną skórą mięśnie. Z pleców chłopaka wyrastały ogromne, pokryte czarnymi piórami skrzydła. Przystanął zaskoczony jej widokiem. – Co tu robisz?! – warknął, a w jego miodowych oczach zobaczyła gniew. – Pan Del’rante mnie tu przysłał – odezwała się cicho. – Po pewnym „incydencie” – wstydziła się dokładnie opowiedzieć co się stało – zmienił mi opiekuna, a ty byłeś na liście rezerwowej. Chłopak syknął. Podskoczyła na krześle, kiedy uderzył pięścią w kamienną ścianę. Spojrzał na nią z obrzydzeniem, jakby była jakimś ohydnym robakiem. – Zostań tu – warknął, po czym trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł szerokim, kamiennym korytarzem. Był wściekły, Na śmierć zapomniał o tej piekielnej liście rezerwowej. Teraz jeszcze nauczyciel powiedział mu, że nic się nie da zrobić. Zależało mu na tym, owszem, ale dopóki nie dowiedział się, że Emi bezpiecznie mieszka z Damienem. Był zły, ale wiedział, że to tylko i wyłącznie jego własna wina. Za głupotę się płaci. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie potrafił coś na to poradzić. Nie zamierzał spędzić kolejnych dwóch tygodni na niańczeniu jakiejś głupiej dziewuchy, a potem jeszcze dwóch następnych w Białym Pałacu. Z rozmachem otworzył drzwi własnego pokoju. Dziewczyna siedziała tam gdzie ją zostawił. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. W Jayu aż się zagotowało. Obudziły się jego łowieckie instynkty. Czuł jej strach. Miał ochotę rozszarpać jej gardło. Zamiast tego brutalnie chwycił ją za ramię i wypchnął z pokoju. Zaczęła protestować. Zignorował to. Chwilę później wspinali się już po prowadzących na siódme piętro schodach. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drzwi, przez które wepchnął ją chłopak Illi’andin prowadziły do przestronnego, jasnego salonu. Rozejrzała się po nim oszołomiona. Na ciemnozielonej, pokrytej aksamitem kanapie siedziała czarodziejka, a obok niej elegancko ubrany blondyn. Obydwoje byli czymś bardzo rozbawieni. Ana musiała w duchu przyznać, że to najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziała. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Blondyn przeczesał palcami ułożone w artystyczny nieład, jasne włosy. Spojrzał pytająco na nieproszonych gości. Oczy miał tak niesamowicie niebieskie, że serce Any aż podskoczyło w środku. Poczuła niesamowitą zazdrość, o dziewczynę, która tak beztrosko siedziała na kanapie tuż obok niego. Czemu jej samej coś takiego nie mogło się trafić? Nie, ona zawsze musiała mieć pecha. Czarnoskrzydły wypchnął ją na środek pokoju. Spojrzał spode łba na siedzącą na kanapie dwójkę. – Zrób coś z tym – zażądał stanowczo. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Miał znudzony wyraz twarzy, uważny obserwator mógł jednak zauważyć, że cała sytuacja go niezmiernie bawi. – A kto to w ogóle jest? – zapytał. – Czarodziejka, nie widać? – warknął jej ciemiężyciel. Siedzący na kanapie chłopak zignorował jego gniewny ton. – Co ona tu robi? – zapytał aksamitnie brzmiącym tenorem. Czarnoskrzydły westchnął. Podszedł do siedzącej na kanapie pary. Usiadł obok brązowowłosej dziewczyny. – To mój przydział – mruknął niechętnie. – Byłem na liście rezerwowej. Damien, możesz to jakoś załatwić? – spytał, ale tym razem w jego głosie brzmiała prośba. Brunetka zerwała się z kanapy. Jej karmelowe oczy zalśniły złością. Obydwaj spojrzeli na nią pytająco. – Czy wyście obydwaj powariowali? Mówicie o niej jakby była jakąś rzeczą! – wrzasnęła na nich. – Jay, skoro nie chciałeś brać w tym udziału, to po jakie licho zapisałeś się na tą listę?! – Ana niedowierzająco patrzyła jak czarnoskrzydły spuszcza głowę, odwracając od drobnej, dziewczęcej postaci wzrok. – Damien, ani się waż z tym czegokolwiek robić. Na własnej skórze przekonałam się, jak traktujecie czarodziejki! Z Jayem chociaż będzie bezpieczna. – Chłopak chciał zaprotestować, ale zignorowała go podchodząc do zaskoczonej Any. – Jestem Emi – przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem, podając jej dłoń. – Ana – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, uścisnąwszy jej dłoń. Nie znała tej czarodziejki, więc prawdopodobnie była z młodszej, przybyłej w tym roku do Białego Pałacu, grupy. W każdym razie najwyraźniej dobrze się złożyło, że ją spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Złość Jaya ustąpiła miejsce niechęci i konsternacji. Dodatkowo co chwila, gdy tylko Emi znalazła się chociaż o centymetr bliżej Damiena niż jego, ogarniała go zazdrość z którą nie potrafił sobie poradzić. Dzień zapowiadał się paskudnie. Kilka dzielących ich od wycieczki godzin spędzili wspólnie we czwórkę. Damien wyglądał na znudzonego, usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać oprawioną w skórę książkę. Emi rozmawiała z Aną, która wyraźnie się ożywiła i przestała wyglądać jak zahukana sarenka. Śmiertelnie obrażony Jay wyciągnął się na kanapie, rozprostowując skrzydła i ignorując wszystkich dookoła. Przynajmniej dobre było to, że teraz jego też dotyczyły plany wycieczki do Morven, jednego z pobliskich miast Illi’andin, która nie koniecznie miała być dla czarodziejek bezpieczna. Po południu zebrali się do wyjścia. Emi pogoniła ich półgodziny wcześniej, wiedząc już co czeka chłopaków za jakiekolwiek naruszenie surowej dyscypliny panującej w Czarnej Wieży. Jay spojrzał zaskoczony, kiedy wychodząc z komnat, Emi złapała go za rękę, swoją drobną dłonią. – Jay, nie pozwól, żeby ktoś ją skrzywdził – poprosiła cicho. Chciał na nią wrzasnąć, wygarnąć jej, że to nie leży w jego interesie. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odmówić, nie mógłby znieść zawodu w tych karmelowych oczach. W odpowiedzi więc tylko niechętnie skinął głową. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem i pociągnęła za sobą korytarzem, by dogonić znikających za rogiem Damiena i Anę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu czarodziejek, miasto Illi’andin wyglądało aż nazbyt zwyczajnie. Pobielone domy, starannie kryte, równiutko ułożoną strzechą, stały rządkiem wzdłuż głównej ulicy. Sklepy przyciągały uwagę barwnymi wystawami. Drzewa i klomby kwiatów na skwerach wyglądały zachęcająco i dawały przyjemny cień. Jedyną cechą, która różniła Morven od ludzkich miast, była górująca nad osadą wieża garnizonu. Ulice były jednak puste, nikogo nie było na nich widać. Ana rozglądała się dookoła zaciekawiona. W pobliżu wesołej, roztrzepanej Emi, która święcie wierzyła w to, że w razie czego chłopcy Illi’andin je obronią, ona także przestała się bać. Jej serce zabiło jak oszalałe, kiedy zbliżył się do nich leniwie, arogancko uśmiechnięty Damien. Pozazdrościła nowo poznanej koleżance, że to właśnie ją od niechcenia, jak gdyby nigdy nic objął ramieniem. – To na pokaz – mruknął cicho, ale tak, żeby obie mogły go usłyszeć. – Tak naprawdę większość Illi’andin całe życie mieszka w koszarach. Nie potrzebujemy żadnych miast. Arystokraci dla odmiany mają zamki – dodał uśmiechając się ponuro. – Oczywiście warowne – dodał ironicznie. – Żyjemy po to by walczyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Popołudnie spędzili siedząc na trawie, ogrodzonego pastwiska i słuchając kolejnego propagandowego wykładu z historii ludzi i Illi’andin. Znudzona Emi rozglądała się dookoła. Obrażony na cały świat Jay siedział tuż przy jej boku milcząc, natomiast Damien cichym głosem tłumaczył coś zafascynowanej Anie. Po wysłuchaniu nauczyciela poszli obejrzeć garnizon, jednak tylko z zewnątrz. Uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie areny, podobne w budowie do tej w szkole, jednak znacznie mniejsze. Na jednej z nich coś zaczęło się dziać. Zaciekawiona Emi podeszła do otaczającego ją muru. Trzech rozbawionych mężczyzn wyszło na środek piaszczystego placu, mieli ze sobą długie włócznie. Przez inne drzwi wypuszczono rozszalałego, ogromnego niedźwiedzia. Rozpoczęła się walka, a raczej z tego co zauważyła dziewczyna, rzeź. W oczach stanęły jej łzy, kiedy pierwszy brutalny cios dosięgnął oszołomione, rozdrażnione zwierzę. Illi’andin poruszali się niesamowicie szybko. Umysł Emi wypełniła gorycz i złość. To była rozrywka, nie walka. Jak oni mogli? Dziewczyna skupiła całą swoją wolę. Wyobraziła sobie, że niedźwiedź rośnie, że się przekształca. Po niecałej minucie oniemiali mężczyźni uciekali przed ogromnym, ziejącym ogniem jaszczurem. Arenę otoczyła cała wycieczka. Ktoś coś krzyczał. Do dziewczyny nic nie docierało. Stała oszołomiona, wpatrując się w atakującego mężczyzn smoka. Nagle poczuła na ramieniu delikatny dotyk Damiena. – Emi, przestań, proszę – wyszeptał tuż do jej ucha. – Jak? – jęknęła, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co robi. – Wyobraź sobie, że to znowu niedźwiedź – poprosił. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy wpatrywali się w smoka. Dziewczyna zaczęła błagać w myślach, żeby ten piekielny smok zniknął. Z całych sił zaczęła w myślach przemieniać go z powrotem w niedźwiedzia. Nie mogła uwierzyć, kiedy podziałało. Zlani potem mężczyźni uciekli z areny, na której zwierzę zostało zamknięte. Jak w pułapce. – Oni go zabiją – wyszeptała ze łzami w oczach. Damien przymknął oczy. Westchnął. – Przenieś się – mruknął. Niedźwiedź jakby rozpłynął się w powietrzu. – Nic mu nie będzie – powiedział cicho do dziewczyny. Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa, poruszenie i harmider nie ustały. Przed grupą uczniów znaleźli się dwaj, pilnujący ich nauczyciele. Pojawił się także starszy, dostojnie wyglądający, czarnoskrzydły Illi’andin. – Który to zrobił? – zapytał surowym, ale wyjątkowo spokojnym głosem. – Jeżeli będę musiał użyć serum prawdy, kara będzie po stokroć gorsza – dodał cicho. Wśród uczniów zapanowało podniecenie. Podniesione szepty niosły się echem po pustym placu. Emi widziała, jak pobladły twarze wszystkich arystokratów. Tylko oni władali magią. Nikt nie spodziewał się, żeby była do tego zdolna którakolwiek z czarodziejek. Zadrżała. Damien stanął przednią. Hardo spojrzał w oczy czarnoskrzydłego. – Ja – powiedział pewnie, a na jego twarz wpełzł leniwy, arogancki uśmiech. – Jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna. – Damien Nataniel Hayazaki – odpowiedział bez cienia lęku chłopak. – Miałeś w tym jakiś konkretny cel? – kontynuował czarnoskrzydły. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Damiena. Zarówno Illi’andin jak i czarodziejki całą swoją uwagę skupiali właśnie na nim. Cała grupa patrzyła na chłopaka niedowierzająco, pełnymi trwogi spojrzeniami. Damien przeczesał palcami złociste włosy. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednak wzroku z ciemnych oczu mężczyzny. Z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmiech. – Nudziło mi się – odpowiedział hardo. Nauczyciele wyglądali na mocno zaskoczonych. Czarnoskrzydły przez chwilę coś rozważał, jednak to Jay wykonał pierwszy ruch. Od początku, kiedy tylko Damien przyznał się do winy, zaciśnięte w pięści dłonie chłopaka drżały. W jego oczach malowała się złość. Teraz podszedł, by stanąć jedynie o krok od przyjaciela. Był od niego niemal o głowę wyższy i znacznie szerszy w ramionach. Ogarnięty furią wyglądał naprawdę groźnie. – Ty idioto! – wrzasnął, chwytając Damiena za ramiona. – Co ci odwaliło?! Uważasz, że to świetny moment na popisywanie się?! Blondyn nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na Jaya. Czarnoskrzydły chłopak pchnął go na ziemię. Rzucił się na niego z pięściami. Natychmiast został odciągnięty przez stojących dookoła nich Illi’andin. Damien wstał, w dalszym ciągu go ignorując. Otrzepał starannie ubrudzoną piaskiem marynarkę. Wyczekująco spojrzał na mężczyznę, z którym wcześniej rozmawiał. Tamten też zignorował całe zajście. – Srebrny – oznajmił stanowczo, a potem nie powiedziawszy ani słowa więcej oddalił się w kierunku garnizonu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zamieszanie ucichło, ale wszyscy w dalszym ciągu wlepiali pełne podziwu, zalęknione spojrzenia w wyprostowaną, pełną wdzięku i arogancji sylwetkę Damiena. Kiedy tylko ruszyli w powrotną drogę do szkoły, Emi natychmiast przypadła do chłopaka. Wtuliła się w jego ramię. – Ja…- zaczęła cichutko, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć, ani jakimi słowami mogłaby mu podziękować. Z całego serca też pragnęła go przeprosić. – Cii – odezwał się do niej spokojnie. – To nie twoja wina – szepnął jakby czytając jej w myślach. – Możesz go uspokoić? – spytał wskazując głową idącego na końcu grupy, zaciskającego pięści Jaya. – Spróbuję – mruknęła, wiedząc, że będzie to nie lada wyzwanie. Niechętnie puściła rękę Damiena i poczekała aż wszyscy przejdą by zrównać krok z czarnoskrzydłym. – Jay… – zaczęła cicho. – Nie teraz! – warknął, nie patrząc na nią. – Jay, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę – powiedziała łagodnie. Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem bursztynowych oczu. – Widziałaś co zrobił, zamierzasz go broni? – zapytał rozdrażniony. – Jay, to nie on to zrobił, tylko ja – szepnęła cichutko, zawstydzona, jak to miała w zwyczaju, zasłaniając twarz długimi włosami. Twarz chłopaka z gniewnej zmieniła się w zaskoczoną. Potem śmiertelnie pobladł. Z trudem przełknął ślinę. Brutalnie chwycił jej ramię. Spojrzała na niego przestraszona. – Nigdy więcej nie waż się powtórzyć tego na głos – warknął na nią, cedząc słowa przez zęby. Popchnął ją przed siebie, ale zdążyła jeszcze zauważyć, jak cały drży. Gniew w jego oczach zastąpił strach, a ona wiedziała, że bał się właśnie o nią. Rozdział XIII Szli szerokim korytarzem Czarnej Wieży. Emi z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Przez swoją bezmyślność i nieświadomość narobiła Damienowi kłopotów. Usłyszała, jak idący za nią Illi’andin rozmawiają przyciszonymi głosami. Byli mocno podnieceni. – Jak zwykle nie brakuje mu tupetu i odwagi – stwierdził jeden, a dziewczyna była przekonana, że rozmawiają właśnie o Damienie. – Ja bym to raczej nazwał głupotą – mruknął jeden z arystokratów. – Srebrny jest jak ogień w żyłach. Ma za zadanie tylko i wyłącznie sprawiać ból. Nigdy nie chciałbym na niego zasłużyć. Emi przełknęła ślinę. Przyspieszyła kroku. Nie chciała słuchać tej rozmowy. Musiała coś zrobić! Nie miała tylko pojęcia co… Doszli na siódme piętro. Otworzyli drzwi komnat Damiena. Chłopacy rozmawiali o czymś cicho, wpuszczając do środka niczego nieświadomą Anę. Nikt w tym momencie nie zwracał na Emi uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać. Znała już narysowany przez Jaya plan Czarnej Wieży na pamięć. Wycofała się po cichu i zniknęła za zakrętem korytarza. Udało jej się przemknąć bez zwracania czyjejkolwiek uwagi i już chwilę później stała pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zauważyła idącą korytarzem grupkę chłopaków Illi’andin. Doskonale pamiętała co stało się ostatnio. Niewiele myśląc otworzyła drzwi gabinetu i zniknęła w środku. Niewielki wypoczynkowy salon był pusty, ale na zachodniej ścianie znajdował się szereg prostych, drewnianych drzwi. Jedne z nich były otwarte. Za drewnianym, prostym biurkiem siedział mężczyzna o szpakowatym nosie i łasicowatych oczkach. Emi nieśmiało weszła do jego pokoju. Zaskoczony podniósł na nią wzrok. – Czego tu szukasz? – warknął nieuprzejmie. Dziewczyna wiedziała, że zbliża się wieczór. Uznała, że to dlatego w pokoju jest pusto. Na późną porę zrzuciła też nieuprzejmy ton mężczyzny. – Ja chciałam porozmawiać o dzisiejszym „wypadku” w Morven – zaczęła cicho. – Damien Hayazaki tego nie zrobił… Oczy siedzącego za biurkiem, szczupłego Illi’andin pociemniały. – Jesteś podopieczną arystokraty? – spytał złowieszczo. Zdezorientowana Emi skinęła głową. Co to niby miało do rzeczy? – Wiesz jaka kara grozi za kłamstwo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem na ustach. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. O co mu chodziło? Czy z nimi w ogóle dało się normalnie porozmawiać? Emi spodziewała się raczej rozmowy zbliżonej do tej, jaką mogłaby odbyć z dyrektorką Białego Pałacu. Teraz była zupełnie zbita z tropu. – Podejdź tu – rozkazał, a ona posłuchała. Wyciągnął ampułkę z niebieskim płynem, napełnił nią strzykawkę. – Skoro mieszkacie u nas, powinny was dotyczyć takie same prawa jak uczniów Illi’andin. Za kłamstwo karą jest niebieski – oznajmił gwałtownie wstając zza biurka i przytrzymując jej rękę. Dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, nie zdążyła jednak się w porę odsunąć. Błyskawicznie podwinął jej rękaw i z prawą wbił igłę w żyłę pod zgięciem łokcia. Emi pisnęła. Gwałtownie otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego. Damien, z ogniem w błękitnych oczach, wszedł do pomieszczenia. Wyglądał jak sama śmierć. – Tnij – rozkazał lodowato zimnym głosem. Ręce mężczyzny, który trzymał Emi opadły na podłogę, równiutko oddzielone od ciała. Trysnęła krew. Dziewczyna krzyknęła. Po jej żyłach krążyła błękitna substancja. Poczuła przeraźliwy chłód. Osunęła się na podłogę drżąc. Okaleczony nauczyciel darł się w niebogłosy, ona jednak nie słyszała. Jedyne z czego zdawała sobie sprawę, to przenikający ją do szpiku kości chłód. W końcu mężczyzna stracił przytomność. Emi poczuła na sobie czyjś dotyk. Z trudem otworzyła oczy. – Jay – szepnęła. Chłopak wziął ją na ręce. Przytulił do siebie. Damien skinął mu głową i razem wyszli na korytarz. Dziewczyna czuła bijące od Jaya ciepło. Na całym ciele, wszędzie tam, gdzie jej nie dotykał, czuła przeraźliwe, wręcz namacalne zimno. Zamknęła oczy, wtulając się jak najbardziej potrafiła, w dające ciepło, przynoszące ukojenie ciało chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez korytarze Czarnej Wieży szli jak burza. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Niedługo później znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Blondyn obrzucił wrogim spojrzeniem skuloną w fotelu Anę. – Jeżeli spróbujesz przejść przez te drzwi – wskazał na wyjście z pokoju – moja osłona cię zabije. Jeżeli przez tamte – wskazał na sypialnie, w której zniknął niosący Emi na rękach czarnoskrzydły – prawdopodobnie zrobi to Jay. Tak więc na twoim miejscu bym się stąd nie ruszał, ale zrobisz jak zechcesz – dodał ponuro. Potem, ignorując przerażone spojrzenie Any, zniknął, w ślad za Jayem, za drzwiami sypialni. Zastał przyjaciela siedzącego na łóżku. Chłopak tulił do siebie drżącą, na wpół przytomną Emi. – Rozbierz ją – rozkazał, sam zrzucając na podłogę elegancką marynarkę. Potem zaczął rozpinać jedwabną koszulę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego Jay z obłędem w oczach. Przygarnął do siebie dziewczynę jeszcze bardziej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem. – Sam też mógłbyś zdjąć spodnie – dodał ponuro Damien ignorując oburzenie przyjaciela. – Tak będzie lepiej. Jay delikatnie ułożył Emi na pościeli. W jednej chwili znalazł się tuż przy blondynie. Odwrócił jednak od przyjaciela zagniewaną twarz, ponieważ leżąca na łóżku dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Spojrzał na nią bezradnym, pełnym bólu wzrokiem. – Jak jej pomóc? – zapytał cicho. – Dostała niebieski – mruknął niechętnie Damien. – Jej umysłowi wydaje się, że przez żyły płynie lód. Jedyne ciepło, jakie teraz do niej dotrze, to cudze. Jeżeli chcesz mi pomóc – dodał patrząc Jayowi w oczy – to ją rozbierz. Jeżeli nie, to wyjdź. Chłopak niechętnie wykonał polecenie blondyna. Posadził sobie Emi na kolanach. Była jak lalka. Posłusznie poddawała się wszystkiemu co z nią robił. Delikatnie zdjął z niej tunikę, a potem getry, zostawiając dziewczynę w samej bieliźnie. Śladem Damiena zsunął z siebie spodnie, zostając tylko w bokserkach. Blondyn odsunął jedwabną kołdrę. Jay położył Emi na łóżku, a potem sam ułożył się obok niej. Drżała, ale natychmiast się do niego przysunęła, wtulając twarz w jego tors. Dawał jej ciepło. Otulił ją ramionami, z całej siły starając się nie reagować na dotyk jej ciała. Damien położył się, wtulając w plecy dziewczyny. Przykrył ich kołdrą. Emi przestała drżeć, dalej jednak nie otwierała oczu. Zaczęła regularnie oddychać. Po chwili zapadła w niespokojny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżeli w ciemnej sypialni już od kilku godzin. Emi budziła się co jakiś czas, drżąc z narkotycznego zimna, a potem ponownie zasypiając. Damien z trudem odpędzał od siebie ogarniającą go senność. Wiedział, że nie może odpłynąć, bo wtedy otaczająca komnaty osłona po prostu zniknie, niczym rozwiana przez wiosenny wiatr. Spojrzał na przyjaciela. Ciemności dla Illi’andin nie stanowiły najmniejszego problemu, widzieli w nich równie dobrze jak w jasnym świetle dnia. Jay także nie spał. Zaniepokojony wpatrywał się w leżącą pomiędzy nimi Emi. – Mów coś do mnie – poprosił cicho Damien. Tym razem czarnoskrzydły nie protestował. Uśmiechnął się ponuro. – Oberwie nam się za to – mruknął. – Nie nam, tylko mi – westchnął blondyn. – Ty mnie chciałeś powstrzymać, zapamiętaj to sobie. – Jay chciał zaprotestować, ale Damien uciszył go niedbałym gestem. – Ktoś musi zostać, żeby pilnować Emi. Sam widzisz, że jeżeli tylko może w coś się wpakować, to to zrobi. Zawsze taka była – westchnął. – Damien – odezwał się cicho czarnoskrzydły, nie chciał obudzić śpiącej dziewczyny – zawsze myślałem, że nienawidzisz ludzi… Dlaczego się nią opiekujesz? – zadał nurtujące go od dłuższego czasu pytanie. – A ty? Co w niej widzisz? – zainteresował się blondyn. – W twoim świecie człowiek to ofiara, prawda? Obiekt polowań… Czym ona się różni? Jay uśmiechnął się leniwie. – Głównie zapachem – mruknął. Przyjaciel spojrzał na niego niedowierzająco. – Naprawdę tylko tyle? – Mhm – przytaknął Jay. – Poza tym mi pomogła, mimo, że nie chciałem. Ona jest inna. Zresztą ja nic do ludzi nie mam. Ani mnie ziębią ani grzeją, jak zresztą cała reszta leśnych stworzeń. Nie są wrogami, dopóki nie zaczną atakować – spojrzał twardo na przyjaciela. – Teraz ty mi odpowiedz. – Emi nie jest człowiekiem – oznajmił stanowczo Damien. Czarnoskrzydły spojrzał na niego pytająco. Jego bursztynowe oczy zalśniły w skąpym, przedostającym się przez grubą kotarę, świetle siedmiu księżyców. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ wtulona w jego ramiona dziewczyna zadrżała. Otworzyła oczy. – Jay? – zapytała cichutko. – Jestem przy tobie – mruknął łagodnie, wtulając twarz w jej rozczochrane, brązowe włosy. Damien wstał. Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale niewiele widziała w zalewającym sypialnię mroku. – Zostańcie tutaj, przynajmniej do wschodu słońca – poprosił. – Idę załatwić „pewne sprawy” – westchnął wkładając na siebie pospiesznie, rozrzucone po podłodze ubranie i wychodząc z pokoju. Kiedy Damien zamknął za sobą drzwi, Emi z powrotem odwróciła się do Jaya. Przylgnęła do niego całą sobą. W jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła cicho płakać. Chłopak mocniej otulił ją ramionami, czule przytulając do siebie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu pozwolił jej się wypłakać. Rozdział XIV Chcąc nie chcąc, Jay zabrał Emi i Anę na poranne ćwiczenia. Bał się zostawić je same, a nie miał pojęcia, kiedy wróci Damien. Tego ranka naprawdę porządnie oberwał. Przeklinał się w duchu za własne słabości. Po nocy spędzonej tak blisko Emi, jego uwaga rozpraszała się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie mógł oderwać wzroku od jej drobnej postaci. Boleśnie przypomniał sobie moment, kiedy powiedziała, że nie należy do niego. Poczuł jak ogarnia go ogromna fala zazdrości. Nawet na pieprzony bal szła nie z nim, tylko właśnie z Damienem. Tylko jak niby miał walczyć o dziewczynę z najlepszym przyjacielem? Po treningu zjedli późne śniadanie w salonie Damiena. Coraz bardziej zaniepokojony Jay czekał na pojawienie się gospodarza. Chłopak wrócił jednak dopiero pod wieczór. Był dziwnie markotny i przygnębiony, za wszelką cenę starał się jednak to ukryć. Wyglądało na to, że robi dobrą minę do złej gry. Ana niczego nie zauważyła, ale Emi była tak samo zaniepokojona, co Jay. Po krótkiej, wspólnej rozmowie, Damien odciągnął czarnoskrzydłego na bok. – Zabierz stąd Anę i zniknijcie na noc – zażyczył sobie na tyle cicho, żeby tylko przyjaciel mógł go usłyszeć. W Jayu zagotowało się z zazdrości. Spojrzał na niego z wyrzutem. Więc jednak chodziło o Emi? Do tej pory łudził się, że to nieprawda i że łączy ich tylko przyjaźń, ale Damien na każdym kroku upewniał go, że jest inaczej. – Każesz mi wyjść? – spytał buntowniczo. – Jeżeli będę musiał – odpowiedział ponuro Damien, a jego twarz stała się nieprzeniknioną maską. Dłonie Jaya same zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok od przyjaciela. Na Emi też wolał nie patrzeć, bo nie był pewien co zrobi. Poszedł prosto ku drzwiom. Zaniepokojona Ana spojrzała na niego pytająco. – Idziemy – warknął, ponieważ nie potrafił już panować nad swoją złością, i nie czekając na dziewczynę wyszedł z komnaty. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko znalazł się we własnym pokoju, buntowniczo rzucił się na łóżko. Nie chciało mu się nawet zdejmować butów. Odwrócił się przodem do ściany. Ana stanęła przy drzwiach. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. – Gdzie ja mam spać? – zapytała niepewnie. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się drwiąco. Przynajmniej na niej mógł rozładować swoją złość. – Mam to gdzieś – prychnął wyraźnie akcentując słowa. W oczach dziewczyny pojawił się strach. Jay poczuł jak Ana ponownie staje się zwierzyną. Wyglądała teraz jak przestraszona łania. Napawał się tym uczuciem do czasu, aż dziewczyna nie otworzyła drzwi. – Gdzie idziesz? – spytał obcesowo. Nie obchodziło go co się z nią stanie, ale przecież obiecał Emi… Nie chciał łamać danej jej obietnicy, nawet jeżeli ona wolała Damiena. – Wracam na górę – oznajmiła, wyraźnie starając się, żeby jej głos stał się wyzywający, ale wyszedł jedynie drżący i odrobinę piskliwy. Jay roześmiał się. Pokręcił głową. Spojrzał na nią z politowaniem. – Nawet jeżeli nikt nie zaczepi cię po drodze, co zakrawałoby na cud, to i tak nie przejdziesz przez osłony Damiena. Zaplanował sobie dzisiaj „ciekawą” noc – mruknął cicho, a kiedy dotarły do niego własne słowa, poczuł w środku przeszywający ból i pustkę. Takie, jakich jeszcze nigdy nie poznał. Rzucił w nią poduszką, potem na podłogę powędrowała też kołdra. Ponownie odwrócił się do ściany. – Dobranoc – powiedział sucho i zamknął oczy, starając się nie myśleć co w tej chwili robią Damien i Emi. Całym sobą żałował, że nic nie może na tą sytuację poradzić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi wstała z pokrytej zielonym aksamitem kanapy. Zamrugała. Podeszła do wpatrującego się w zamknięte drzwi Damiena. – O co chodzi? – spytała cicho. – Dlaczego on poszedł? Co się stało? – Nic – powiedział siląc się na obojętny ton. – Obiecałaś mi dwa tygodnie, pamiętasz? Jaya nie było w planach. Chłopak usiadł na jednym z wysokich foteli. Przeczesał palcami jasne włosy. – Damien, to nie jest… – zaczęła cicho, ale chłopak jej natychmiast przerwał. – Bali się wymierzyć mi jakąkolwiek karę, rozumiesz? Oni się mnie bali – roześmiał się gorzko. – Wezwali mojego ojca. Zawarłem z nim pewien układ. Nie był ani trochę przyjemny. Emi, naprawdę cię teraz potrzebuję – szepnął błagalnie. Dziewczyna podeszła do niego. Usiadła na dywanie, kładąc głowę na jego kolanach. Przymknął oczy, wplatając palce w jej rozwichrzone, brązowe włosy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że są wiecznie rozczochrane. Tak, zdecydowanie wiele trzeba będzie w niej zmienić. Gdyby tylko potrafił trzymać Jaya przez jakiś czas z daleka… Da im jeszcze tę jedną noc, a resztę załatwi po balu… – Damien, czemu tu jesteś? – zapytała cicho dziewczyna. – Sam mówisz, że się ciebie boją… a mnie wydaje się, że po prostu nienawidzisz tego miejsca. Dlaczego nie odejdziesz? Leniwy uśmiech na twarzy chłopaka zmienił się w niechętny grymas. – Nie domyślasz się? – spytał. Emi podniosła głowę z jego kolan. Spojrzała na niego zaciekawiona. – Nie – przyznała. – Cała arystokracja Illi’andin, wszyscy jesteśmy posłuszni, nikt się nie buntuje, mimo, że każdy z nas prawdopodobnie mógłby znieść jakiś oddział z powierzchni ziemi – powiedział drwiąco. – Gdybym mógł już dawno zabiłbym swojego ojca – stwierdził zimno. Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. Nie mieściło jej się w głowie to o czym mówił Damien. – Wcale tak nie myślisz – szepnęła. Roześmiał się. W jego oczach w kolorze wiosennego nieba tańczyły jednak niebezpieczne płomienie. – Narkotyki, Emi. Podają nam różne środki, od których jesteśmy uzależnieni. Tylko nasi ojcowie wiedzą co dostajemy – powiedział gorzko. – W ten sposób nie muszą czuć się przez nas zagrożeni, a my musimy ich słuchać. Prosty układ, nie sądzisz? – uśmiechnął się leniwie do zszokowanej dziewczyny. – Buntowałem się, uciekałem z domu, kilka razy zdarzyło się, że byłem na głodzie i uwierz mi, nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. Dlatego właśnie robię wszystko co on mi każe. Dziewczyna podniosła się z podłogi. Spojrzała na niego buntowniczo, a on zauważył, że w jej karmelowych oczach zalśniły łzy. Potem wcisnęła się do niego na fotel i przywarła do chłopaka całą sobą. Położyła mu głowę na ramieniu, oplatając rękoma jego szyję. Damien przymknął oczy. Odetchnął głęboko. Spodziewał się wszystkiego z jej strony, ale na pewno nie tego. Nie wymagał od niej współczucia, po prostu chciał, żeby zrozumiała. Wiedział, że dostał znacznie więcej niż to na co liczył. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi obudziła się wypoczęta. Leżała w jedwabnej pościeli wielkiego, wygodnego łoża Damiena. Usiadła przecierając oczy. Uśmiechnęła się do leżącego przy jej nogach, olbrzymiego śnieżnego kota. Drapieżnik przyglądał się jej uważnie. Przeciągnął się leniwie, ziewając. Przypomniała sobie jak wieczorem było jej zimno i jak ucieszyła się, kiedy przyszedł ją ogrzać. Jej pogodny uśmiech stał się jeszcze szerszy. Dotknęła sztywnej sierści na karku zwierzęcia. Pochyliła się by przytulić policzek do jego głowy. Mruknął usatysfakcjonowany. Kiedy się od niego odsunęła, płynnym ruchem zeskoczył z łóżka i zmienił postać. Jego eleganckie ubranie było w nienagannym stanie. Delikatnie przydługie włosy, układały się w artystyczny nieład. Jak zwykle wyglądał idealnie. Za to Emi wyglądała jak niesforny kociak. Przeciągnęła się. Ziewnęła. Zsunęła się bosymi stopami na pokrywający całą podłogę, puchaty, drogi dywan. Damien skrzywił się nieznacznie, kiedy wyszła do łazienki, zupełnie omijając po drodze lustro. Tak, zdecydowanie musiał nad nią popracować, najpierw jednak chciał pozbyć się Jaya. Miał cichą nadzieję, że wystarczy zapach, który zostawił na niej dzisiejszej nocy. Jeżeli jednak nie, będzie musiał sięgnąć po znacznie bardziej radykalne środki. Kiedy jednak wyszła z łazienki jeszcze bardziej potargana niż bezpośrednio po spaniu, zwyczajnie nie wytrzymał. – Protestuję! – oznajmił. – Przeciwko czemu? – zdziwiła się Emi. – Jesteś dziewczyną, a wyglądasz gorzej niż Jay – mruknął. Spojrzała na niego rozbawiona. – Jakoś będziesz musiał z tym żyć – stwierdziła w ogóle nie wzruszona. – Nie ma mowy – powiedział uśmiechając się leniwie. – Siadaj – rozkazał wskazując na stojące przy wysokim lustrze krzesło. Zrezygnowana Emi posłusznie usiadła. Damien z jednej z szuflad zdobionej, dębowej komody wyciągnął szczotkę ze sztywnego włosia. Delikatnie zaczął rozczesywać włosy dziewczyny. W międzyczasie wysłał telepatyczne żądanie do jednego z jaszczuro-podobnych służących. Zamierzał postawić na swoim. Kiedy skończył, w salonie już czekały na czarodziejkę nowe ubrania. Zamiast ukochanych spodni Emi, były tam modne spódniczki i sukienki. – Damien – jęknęła błagalnie. Dla jego satysfakcji była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie wszystko. – Myślałem, że masz ochotę na kolejne lekcje „naszej” magii – mruknął kusząco, szantażując dziewczynę – ale jeżeli nie… Zamrugała. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. – Jesteś podły! – stwierdziła. – Dlaczego akurat sukienki?! – Bo mam taki kaprys – uśmiechnął się do niej czarująco. Warknęła na niego, a potem, z ponurą miną, wzięła pierwszą lepszą kreację i zniknęła z nią w sypialni, żeby, ku wielkiemu zadowoleniu Damiena, niechętnie ją na siebie włożyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay stanął w drzwiach komnaty. Z trudem przełknął ślinę. Jego Emi, zwykle rozczochrana, wściekła kotka, tym razem wyglądała olśniewająco. Miała na sobie niebieską, długą suknię. Jej włosy były delikatnie spięte i jednocześnie puszczone tak, że spływały kaskadą po lewym ramieniu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie. Jej oczy zalśniły. Chłopak zapragnął ją do siebie przytulić, ale w tym momencie pojawił się Damien. Objął Emi ramieniem, wyzywająco patrząc na przyjaciela. Jay podszedł do nich, teraz naprawdę spięty. Wszystko w nim krzyczało. Z trudem zachowywał spokój. – Mamy jakieś święto? – zapytał drwiącym tonem, walcząc z sobą, żeby nie powiedzieć dziewczynie jak ślicznie wygląda. – I tak byś nie zauważył – mruknął Damien uśmiechając się arogancko. Jay boleśnie zdał sobie sprawę, że wszystkie jego najgorsze obawy się jednak ziściły. Wszędzie dookoła dzikiego, kuszącego zapachu Emi unosił się słodkawy, intensywny zapach Damiena. Żeby był tak trwały, musieli spędzić w swoich objęciach przynajmniej całą noc. Jay zagryzł zęby z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na przyjaciela z pięściami. „Nie jestem twoją lalką! Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie!” – przypomniał sobie raniące słowa dziewczyny. Jeżeli spędziła z Damienem noc, był to tylko i wyłącznie jej wybór. To zabolało Jaya jeszcze bardziej. Właściwie czemu miałaby chcieć właśnie jego? Nie był ani tak olśniewająco przystojny jak on, ani nie władał magią, nie był też księciem. Wybór był więc prosty, a on się tylko idiotycznie łudził. Zdał sobie sprawę, że jak głupi gapi się na dziewczynę. Gwałtownie odwrócił wzrok. – Zostawiam wam Anę – mruknął ignorując kąśliwą uwagę przyjaciela. – Muszę trochę potrenować – rzucił pierwszą wymówkę jaka przyszła mu do głowy. Zobaczymy się później. Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem Emi ruszył w kierunku drzwi. Na zewnątrz puścił się pędem przed siebie. Przystanął dopiero w swoim pokoju. Uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się krew. To nie miało znaczenia… a jednak, przynosiło chociaż złudną ulgę. Poczuł, że musi się na czymś wyżyć, bo inaczej te wszystkie, kotłujące się w nim uczucia, po prostu rozerwą go od środka. Całym wysiłkiem woli, skupił się na tym, żeby wyrzucić z umysłu obraz Emi, stojącej przed nim w błękitnej sukni. Jego Emi, w ramionach Damiena. Rozdział XV Wiosenne dni mijały niezwykle szybko. Emi robiła duże postępy w nauce korzystania z magicznego talentu, postanowili jednak z Damienem, że jej niezwykłe zdolności lepiej będzie zachować w tajemnicy, przynajmniej przez jakiś czas. Dziewczyna martwiła się o Jaya. Chłopak jak mógł, unikał ich towarzystwa. Zastanawiało ją na co mógł się tak bardzo obrazić. Nie była pewna czy zły jest na nią czy na Damiena. Naprawdę bardzo za nim tęskniła. Martwił ją także brak leśnych wycieczek. Zbyt długo przebywała z dala od swoich przyjaciół z puszczy. Za nimi także tęskniła. Najbardziej jednak niepokoiła ją zbliżająca się Noc Walpurgii, święto złych duchów i ofiara, którą musiała złożyć. Wiedziała, że będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, żeby się na to zdobyć. Nie mogła jednak postąpić inaczej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez cały tydzień Jay zwyczajnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Trenował znacznie intensywniej niż zwykle, a pod wieczór zmęczony padał na łóżko. Te krótkie chwile w których widział Emi, sprawiały mu niemal fizyczny ból. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek może mu się coś takiego przydarzyć. Do tego cierpiał z powodu zbliżającego się balu. Wiedział, że będzie musiał na niego iść. Dla Illi’andin to był po prostu kolejny obowiązek, nie forma rozrywki. Nie wiedział jak spojrzy Damienowi w oczy. Rano na tre