pol_pm_Zestaw-produktow-do-cery-suchej-normalnej-i-mieszanej-Czarna-porzeczka-Slonecznik-40340_3

Date
lip, 07, 2021

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

Leave a comment

Najnowsze Patronaty


  • Wiedzmy-Kijowa
  • lonely-heart
  • nastepca-tronu

Ostatnie Recenzje

  • Ogromne okno

Najpopularniejsze Opowiadania


Córka Demona
Córka DemonaGabriela nie bawiła się dobrze. Wieczór okazał się kompletną porażką. Jarek z którym tutaj przyszła pewnie teraz wymiotował gdzieś w kącie. Czemu właściwie się z nim umawiała? No tak, nie chciała znowu zostać sama. Stała teraz opierając się o ścianę dyskotekowej sali, podczas gdy inni, w większości mocno już podpici, doskonale się bawili. Nawet tutaj, w tłumie roześmianych ludzi była taka samotna. Jej uwagę przyciągnął wysoki ciemnowłosy chłopak. Stał po przeciwnej stronie pomieszczenia i patrzył prosto na nią. Przez chwilę ich spojrzenia wyraźnie się spotkały i Gabrielę przeszył dziwny dreszcz. Zaczął iść w jej stronę, a ona nie była w stanie się poruszyć. Znalazł się przy niej nadspodziewanie szybko. Miał w sobie grację polującej pantery. Błyskawicznym ruchem chwycił ją za nadgarstki i przytrzymał jej ręce przy ścianie, a potem, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic zbliżył usta do jej ust i pocałował dziewczynę. W pierwszej chwili nie była w stanie zareagować w żaden sposób, a później, wbrew sobie, odwzajemniła gorący pocałunek. Jęknęła kiedy po paru minutach odsunął się od niej. Wcale nie miała ochoty przerywać. Z trudem łapała oddech. – Zatańczysz? – zapytał cicho, z ustami tuż przy jej uchu. Była w stanie tylko skinąć głową. Z głośników leciała teraz jakaś całkiem przyjemna, wolna muzyka. Wtuliła twarz w ramię chłopaka i pozwoliła mu prowadzić. Czuła otaczające ją silne ramiona, jego dłonie obejmujące ją w talii. Zapragnęła, żeby ten taniec trwał wiecznie. Nigdy dotąd nie czuła się tak cudownie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela mieszkała w akademiku. Szczerze nienawidziła tego miejsca. Tylu ludzi naokoło, tak głośno. Źle się tu czuła. Nie potrafiła odnaleźć się w tłumie. Uczelni też nienawidziła. Wychowana w malowniczym miasteczku, rodem ze średniowiecza – Kilkenny w Irlandii – nie mogła się przyzwyczaić do ponurego Szczecina, a przecież sama nalegała na przyjazd do Polski, rodzinnego kraju jej matki. Długo przekonywała rodziców, że to właśnie tutaj powinna się uczyć. Ku jej wielkiemu zdziwieniu w końcu się zgodzili. Mama zawsze była zdania, że samodzielnie powinna podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje, ale tata… no cóż na pewno jakoś go przekonała, zawsze potrafiła postawić na swoim, a Gabriela najwyraźniej odziedziczyła to po niej. Tak więc teraz mieszkała w Szczecinie i chyba nigdy niczego w życiu nie żałowała bardziej. Mały pokoik w akademiku, który dzieliła z dwiema innymi dziewczynami w niczym nie mógł się równać z jej jasnym przestronnym pokojem w pięknej wiktoriańskiej willi na obrzeżach miasta. Nie miała tutaj przyjaciół. Większość koleżanek z roku, przynajmniej tych, które nie zatruwały jej życia – bo te znała aż za dobrze – nigdy nie zamieniły z nią więcej niż dwa, trzy słowa. Była samotnikiem. Oh nie, nie z wyboru. W Irlandii zostawiła kilka przyjaciółek i cała rzeszę znajomych. Pisała do nich maile, w miarę możliwości dzwoniła, ale to nie było to samo. Tutaj, w Polsce wiele razy próbowała się z kimś zaprzyjaźnić, ale dziewczyny nie zwracały na nią uwagi lub co zdarzało się częściej, po prostu wyraźnie jej nie lubiły. Była bardzo ładna, miała długie jasne włosy i niesamowite zielone oczy. Nigdy nie czuła potrzeby, żeby się malować czy stroić, wystarczała jej własna, naturalna uroda. To budziło zazdrość wśród rówieśniczek, które nawet nie próbowały poznać jej lepiej. Na dodatek przyjechała zza granicy. Nie była jedną z nich. Z chłopakami wcale nie było łatwiej. Chętnie się z nią umawiali na randki, pokazywali w towarzystwie ładnej dziewczyny, ale żaden nie oferował jej przyjaźni. Nie spotkała też nigdy takiego, w którym by się zakochała. Miała dziewiętnaście lat, jak chyba każda dziewczyna w tym wieku, marzyła o wielkiej, romantycznej miłości. Tego dnia wracała z uczelni w złym humorze. Wiedziała, że w pokoju czeka ją jakaś niemiła niespodzianka.  Było tak prawie codziennie. Kaśka i Monika, dziewczyny z którymi dzieliła pokój w akademiku, zawsze starały się uprzykrzyć jej życie na wszelkie możliwe sposoby. Bardzo pragnęła się stamtąd wynieść, ale nie chciała się przyznać do błędu przed rodzicami. Była na to zbyt dumna i uparta. Na domiar złego umówiła się w pubie z Jarkiem. Chodziła z nim od jakiegoś czasu. Jej zdaniem był zadufanym w sobie palantem, ale spotykanie się z nim, było lepsze od samotności. Pomyślała o chłopaku, który tydzień temu pojawił się w tak nieoczekiwany sposób. Całowała się z nim i tańczyła, a potem on po prostu zniknął, jakby był wytworem jej wyobraźni, jakby tak naprawdę nigdy nie istniał. Pójdzie do tego cholernego pubu, będzie pić piwo i dobrze się bawić. Zapomni o tym, że było jej smutno. Zapomni o nieznajomym, który najwyraźniej stracił nią zainteresowanie. Może gdyby stąd wyjechała… wróciła do domu… Nie! Tego nie może zrobić. Nie przyzna się do błędu, sama będzie ponosiła konsekwencje swojej decyzji. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obserwował ją od jakiegoś czasu. Wiedział, że to ona. Przemknęło mu przez myśl, że może powinien o niej zapomnieć. To była niebezpieczna gra. Sam nigdy nie mógłby jej skrzywdzić, zbyt wiele dla niego znaczyła, ale inni… Odrzucił od siebie tą myśl. Nie może o niej zapomnieć, nie potrafi. Należała do niego, a on należał do niej. Mimo, że toczył w sobie wewnętrzną walkę, był tego pewien. Cokolwiek by się nie wydarzyło. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tej nocy Gabriela znowu śniła. Tak bardzo nie chciała się budzić! Od kiedy sięgała pamięcią On zawsze jej się śnił. Był jej przyjacielem, opiekunem, starszym bratem, jedyną miłością. Wszystkim czego potrzebowała. Od zawsze byli razem. Mogła mu ufać, wiedziała, że będzie kiedy ona go potrzebuje. Należeli do siebie. Rozumieli się bez słów. Księżyc świecił jasno, rozświetlał niesamowitej urody polanę, odbijał się w czarnej, aksamitnej tafli jeziora. Gabriela zsunęła z siebie delikatną białą suknię i stanęła nad brzegiem. Powoli zaczęła wchodzić do chłodnej wody. Czuła się bezpieczna. Wiedziała, że On ją obserwuje. Nie dostrzegłaby go rozglądając się po gęstych krzakach i ciemnych pniach drzew, ale była pewna, że tam jest. Nigdy się co do tego nie myliła. Potrafiła wyczuć jego obecność. Pływała mącąc wodę powolnymi ruchami ramion. Szczęście wypełniało ją całą. Jezioro było niewielkie, ale bardzo urokliwe. Po prawej stronie, wśród skał, płynął niewielki wodospad. Woda w nim była lodowato-zimna, idealna na taki gorący letni wieczór. Dziewczyna wspięła się na skałę i pozwoliła by czysty górski strumień spływał po jej włosach i ramionach. Chłopak pojawił się na brzegu, tak jak się tego spodziewała. Specjalnie go kusiła. Chciała, żeby do niej dołączył. Wskoczyła z powrotem do wody i podpłynęła do niego. Pierwszy raz wyraźnie widziała jego twarz. Wyglądał teraz zupełnie jak młodzieniec, którego poznała tydzień temu na dyskotece. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela siedziała w zadymionym pubie. Udawała, ze słucha, co mówią siedzący wokół niej ludzie. Nie musiała skupiać się na nudnej rozmowie, bo wiedziała, że i tak nikt nie odezwie się bezpośrednio do niej. Tak rzadko tu przychodziła… Pub był niewielkim, za to dwupoziomowym pomieszczeniem na Starym Mieście. Wchodziło się do niego z tarasu, przy którym mieściło się wiele innych firm i sklepów, oczywiście o tej porze dawno już zamkniętych. Na górnym poziomie, naprzeciwko baru, znajdowała się długa kanapa i dwa mniejsze stoliki. Tam właśnie rozsiadła się grupa Gabrieli. Dalej były schody, do bardziej kameralnej sali piętro niżej, a tuż za nimi, schowana w cieniu niewielka powlekana czarną skórą ekologiczną kanapa i fotel. Dziewczyna siedziała tak, że widziała wszystkie osoby wchodzące i wychodzące z pubu oraz te, zamawiające coś przy barze. Gabriela sączyła swoje piwo, jak zwykle czując się wyobcowana i bardzo samotna. Myślała o swoich fantastycznych opowiadaniach i snach. Śmiech dziewczyn siedzących obok wyrwał ją z zamyślenia. Najwyraźniej ktoś opowiedział jakiś dowcip. Drzwi do pubu się otworzyły, od niechcenia spojrzała w ich kierunku. Zamarła. Do pubu wszedł chłopak, może kilka lat starszy od niej. Nie tylko ona go zauważyła, Karolina szturchnęła Kaśkę i obie zachichotały. Owszem był bardzo przystojny, ale nie to wstrząsnęło Gabrielą. Doskonale znała tą szczupłą sylwetkę, te roztrzepane w nieładzie, opadające na oczy czarne włosy. Wiedziała o jego ciemnych niesamowitych oczach zanim jeszcze zdążył się odwrócić. To właśnie o nim śniła ubiegłej nocy. Chłopak przeszedł obok ich stolika rozglądając się na boki jakby kogoś szukał. Jego wzrok przez chwilę zatrzymał się na Gabrieli. Ich oczy się spotkały. – Tutaj Cahir – usłyszała wołanie, a kiedy odwróciła głowę w stronę skąd nadeszło, zobaczyła wysokiego blondyna w typie macho machającego z kąta do przybysza. On też się odwrócił i ruszył w stronę machającego, nie patrząc więcej na Gabrielę. Najwyraźniej usiadł z kolegami na kanapie w rogu, ponieważ zniknął w cieniu. Poczuła ucisk w gardle, łzy napłynęły jej do oczu, z trudem powstrzymywała się od wybuchnięcia płaczem. Czuła się jakby właśnie wszystko utraciła, sama nie wiedziała czemu, nic przecież tak naprawdę nie miała. Docierały do niej fragmenty rozmowy. Dziewczyny zastanawiały się jak zagadać do chłopaków siedzących w kącie. Najwyraźniej nie tylko nowo przybyły wydał im się interesujący, ale dwaj pozostali również. Gabriela poczuła, że jeżeli zostanie jeszcze chwile dłużej, wybuchnie płaczem. Wstała. – Przepraszam – powiedziała do dziewczyny blokującej przejście – zaraz wrócę. Przeszła obok. Szara mgiełka zasnuwała jej oczy. Na szczęście drzwi były blisko. Wyszła na dwór w chłodne wiosenne powietrze. Nawet nie pomyślała o tym, żeby zabrać z pubu kurtkę. Odeszła kawałek dalej, tak, żeby nikt nie widział jej łez. Była przekonana, że i tak, żadna z koleżanek nie zainteresuje się dlaczego właściwie wyszła. Gabriela poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się i przystanęła zaskoczona. Tajemniczy chłopak był tuż za nią. Dzieliło ich zaledwie kilka kroków. Stała i patrzyła oniemiała, nie wiedząc jak się zachować. On natomiast wydawał się wiedzieć to doskonale. Podszedł do niej szybkim krokiem. Nagle dziewczyna znalazła się przy ścianie najbliższej kamienicy. Jego palce były w jej włosach, jego usta dotykały jej ust. Była zbyt oniemiała, żeby zareagować w jakikolwiek sposób. Po prostu pozwoliła mu działać. Całował ją z pasją, namiętnie, a jednocześnie tak delikatnie jakby była pisklakiem. Zadrżała z rozkoszy. Chłopak najwyraźniej źle odczytał ten znak i odsunął się od niej. Chciała zaprotestować, ale znów zabrakło jej odwagi. – Przepraszam – wyszeptał nie patrząc na nią – ja nie powinienem… Gabriela wreszcie zdobyła się na odwagę. Nie chciała, żeby ten sen tak szybko się skończył. – Cahir – weszła mu w słowo. Odwrócił się, najwyraźniej zaskoczony dźwiękiem swojego imienia. – Skąd wiesz jak się nazywam? – spytał cicho. Wzruszyła ramionami. – Słyszałam jak cię woła tamten chłopak w pubie. Przypomniała sobie gdzie jest i zadrżała z zimna. Bez zastanowienia zdjął kurtkę i narzucił jej na ramiona. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. – Przejdziemy się? – zapytał. – Dobrze – odpowiedziała po prostu. Kiedy zeszli ze schodków przysunęła się do niego, chciała być jak najbliżej, po za tym bała się, że znowu tak po prostu zniknie. On najwyraźniej też pragnął jej bliskości, bo delikatnie objął ją ramieniem. Doszli nad rzekę oddzielającą Stare Miasto od peryferii i zgodnie się zatrzymali. Nie oddalili się za bardzo od pubu, a jednocześnie na tyle, żeby nikt ich nie niepokoił. Gabriela przysunęła się do chłopaka i oparła głowę na jego piersi. Niech się dzieje co chce, pomyślała. Przytulił ją do siebie czułym gestem. Wtulił twarz w jej włosy. Dziewczyna wczepiła się palcami w jego koszulę, dalej bała się, że za chwilę odejdzie. Był wysoki, znacznie wyższy niż ona. Miał smukłą sylwetkę, ale nie był chudy, przynajmniej nie w ramionach. Gabriela dokładnie wiedziała, co w nim widzą jej koleżanki. Dziewczynie jednak było wszystko jedno jak wyglądał, ważniejsze było jak się przy nim czuła. Stali tak wtuleni w siebie przez dłuższą chwilę, aż w końcu chłopak odsunął ją od siebie, tak, żeby móc na nią spojrzeć, nie wypuścił jej jednak z ramion. – To naprawdę jesteś ty – powiedział zagadkowo, tym swoim aksamitnym głosem, którego mogłaby słuchać wiecznie. Gabriela wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła go po twarzy. – Ciągle boję się, że znowu znikniesz – powiedziała. – Nie tym razem – odpowiedział stanowczo. Obdarzyła go delikatnym uśmiechem po czym znowu wtuliła się w jego ramiona. Tak bardzo pragnęła jego bliskości. Przez chwilę ją obejmował po czym znów delikatnie odsunął. – Wracajmy – powiedział. – Musimy? – zapytała Gabriela, co zabrzmiało trochę żałośnie. – Tak, mam tam coś do załatwienia, a ty mi tu zaraz zamarzniesz – odpowiedział stanowczo. – Obiecuję, że zaraz potem zabiorę cię gdzieś, gdzie będziemy sami. Wrócili do pubu. Chłopak przestał ją obejmować dopiero przed samym wejściem. – Usiądź ze mną – poprosił otwierając przed nią drzwi. Gabriela skinęła głową. Kiedy weszli, zamiast wrócić do koleżanek, poszła w ślad za chłopakiem. Miała nadzieję, że może jej nie zauważą. Kiedy doszli do schowanego za rogiem kącika puścił ją przodem. – Oto i moja Gabriela – przedstawił ją kolegom. Nie pamiętała, żeby podawała mu swoje imię, ale najwyraźniej musiała to zrobić. Spodobało jej się, że nazwał ją „swoją”. Siedzący na kanapie chłopak przesunął się, żeby zrobić jej miejsce. – To jest Eryk – Cahir wskazał go skinieniem głowy. Eryk wyglądał zupełnie jak książę z bajki, żywcem wyjęty z filmu Disneya. Złote włosy w lokach opadały mu na ramiona, był szczupły i wysoki. Biała, elegancka koszula, podkreślała bladość jego skóry. Tylko niebieskie jeansy psuły cały efekt i nadawały mu bardziej realny, codzienny wygląd. Uznała, że jest rówieśnikiem Cahira. Uśmiechnął się i skinął głową do Gabrieli. – A ten rozparty w fotelu to Daniel. – kontynuował prezentację. Tak jak Gabriela z miejsca poczuła nić sympatii do bladego Eryka, tak od pierwszego spojrzenia znienawidziła Daniela. Przechodziły ją ciarki kiedy patrzyła na jego drwiący uśmiech i spojrzenie mówiące „mogę mieć każdą”. Był z nich najstarszy, wyglądał na dwadzieścia osiem, może dwadzieścia dziewięć lat, na pewno jeszcze nie przekroczył trzydziestki. To prawda, był cholernie przystojny, ale za to nie lubiła go jeszcze bardziej. Nie ufała takim jak on. Teraz patrzył na dziewczynę oceniając ją wzrokiem. To on wcześniej wołał Cahira. Gabriela nie spuściła wzroku. Przyglądała mu się tak samo obcesowo i niegrzecznie jak on jej. Kiedy coś ją zdenerwowało potrafiła być bardzo odważna. Daniel miał włosy ułożone w artystyczny nieład. Wcześniej myślała, że są blond, ale teraz, będąc bliżej, zauważyła, że wpadają w odcień miedzi. Był trochę niższy od Cahira, ale równie dobrze zbudowany. Miał na sobie t-shirta bez rękawów odsłaniającego jego umięśnione ramiona. Gabriela powstrzymała chęć kopnięcia go w piszczel lub oblania piwem. Denerwował ją samym faktem swojej obecności. Opanowała się i wcisnęła na miejsce obok Eryka. Chłopak usiadł tuż przy niej. Ich dłonie naturalnie spotkały się i złączyły. – Załatwmy to jak najszybciej, chcielibyśmy stąd wyjść – odezwał się. Daniel uśmiechnął się krzywo. – Dalej uważam, że to zły pomysł – stwierdził. Cahir prychnął pogardliwie. – To bardzo dobry pomysł, a przynajmniej jedyny jaki mamy. – Cahir – wtrącił się Eryk – nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale zgadzam się z Danielem. To bardzo zły i niebezpieczny pomysł. Chłopak zmrużył swoje niesamowite czarne oczy, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo do ich stolika podeszła Karolina. Przy boku miała z jednej strony Kaśkę, a z drugiej Monikę. Natalia, jedyna z nich, która przynajmniej tolerowała Gabrielę czaiła się tuż za nimi. – Gabriela! Gdzieś ty była? Wszędzie cię szukałyśmy! Widzę, że masz nowych kolegów, przedstawisz nas? – odezwała się Karolika umiejętnie wykorzystując okazję. Gabriela zesztywniała. Cahir wyczuwając to opiekuńczo objął ją ramieniem, poczuła jak bardzo jest jej potrzebny i jak straszliwie jej go brakowało. Karolina była naprawdę piękna. Szczupła, wysoka o egzotycznej urodzie, z powodzeniem mogłaby być modelką. Długie brązowe włosy nosiła wysoko upięte. Ubrana była w krótki top w kolorze głębokiej czerwieni i obcisłe czarne spodnie, na twarzy miała wyraźny, drapieżny makijaż. Jak zawsze zachowywała się wyzywająco. Gabriela poczuła falę zazdrości, kiedy tamta uśmiechnęła się zalotnie i uwodzicielskim wzrokiem omiotła Cahira. Najwyraźniej wybrała już swoją ofiarę. Dziewczynie zrobiło się bardzo przykro, była przekonana, że nie może się z nią równać. Ubrana była jak zwykle, w niebieskie jeansy i czarną koszulkę na ramiączkach przykrytą cienkim sweterkiem. Nigdy się nie malowała więc i teraz nie miała na sobie makijażu. Zapadła się głębiej w kanapę. – To Cahir, Eryk i Daniel – przedstawiła swoich towarzyszy tłumiąc narastające złość i żal, była przekonana, ze straci to co nawet się jeszcze na dobre nie zaczęło – moje koleżanki z roku, Karolina i Natalia oraz współlokatorki Monika i Kasia. Natalia była cichym i uprzejmym stworzeniem. Kasztanowo – rude włosy miała krótko ścięte i postrzępione. Jej uroda była przeciętna, a do tego miała drobne problemy z nadwagą, dlatego Karolina tak lubiła się z nią pokazywać. Na tle tej pospolitej dziewczyny zawsze wyglądała jak gwiazda. Obie miały po dwadzieścia lat i studiowały z nią na roku dziennikarstwo. Monika i Kaśka były natomiast odrobinę starsze. Studiowały prawo na trzecim roku. Uśmiechały się teraz jak słodkie idiotki. Kiedy tylko mogły, korzystały z okazji by dokuczyć Gabrieli, z jakiegoś powodu od początku bardzo jej nie lubiły. Tego dnia wprosiły się na spotkanie z jej grupą i przeganiały w rzucaniu kąśliwych uwag na jej temat, żeby upokorzyć ją publicznie. Obie były naprawdę ładne, nie tak piękne jak Karolina, ale niczego im nie brakowało. Po za tym były szczerze przekonane o własnej atrakcyjności i nie wstydziły się tego demonstrować. – Miło was poznać, prawda dziewczyny? – odezwała się Karolina, a trzy pozostale przytaknęły ochoczo. – Możemy się do was dosiąść? Nie czekając na odpowiedź zajęła miejsce na poręczy kanapy, tuż obok Cahira. Natalia usiadła na wolnym fotelu, Monika na jego poręczy, a Kasia przysunęła sobie pufę, którą zabrała od sąsiedniego stolika. Dziewczyny znalazły się w swoim żywiole, flirtowały uśmiechając się kokieteryjnie. Daniel puszył się jak paw, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. Eryk rozmawiał z nimi uprzejmie, bez specjalnego entuzjazmu. One oczywiście uprzejmość uznawały za przyzwolenie. Gabriela czuła się bardzo nieswojo. Karolina przysunęła się do Cahira, prawie się na nim kładąc. Szeptała mu coś do ucha. Mimo, że nie przestawał jej obejmować, dziewczyna poczuła się bardzo nieszczęśliwa i niepewna. Nie chciała z nimi dalej siedzieć, przeprosiła i wyszła do toalety. Płomyczek nadziei, że może Cahir pójdzie za nią i będą mogli się stąd wyrwać szybko zgasł. Kiedy wróciła do stolika, Karolina siedziała na jej miejscu praktycznie przyklejona do tajemniczego chłopaka. Monika już zdążyła zająć kolana demona, a Kaśka nie odpuszczała Erykowi. Gabriela była przekonana, że podzieliły się nimi, zanim jeszcze podeszły. – Skąd się znacie? – usłyszała pytanie Natalii skierowane do Daniela. Palił spokojnie papierosa i nie zwracał najmniejszej uwagi na dziewczynę na swoich kolanach, która ramionami oplatała mu szyję. Drugą ręką od niechcenia obejmował ją w talii. – Ja i Cahir jesteśmy praktycznie rodziną – nie mogła uwierzyć w usłyszaną odpowiedź, tak bardzo się przecież różnili – jeżeli zaś chodzi o Eryka, to przyjaźnimy się od bardzo dawna. Dziewczyna westchnęła i postanowiła przyciągnąć sobie wzorem Kaśki pufę. Nie miała zamiaru zajmować poręczy wzorem tamtych. Najchętniej by uciekła, ale jej duma nigdy by na to nie pozwoliła. Odwróciła się z zamiarem przyniesienia sobie czegoś do siedzenia. – Gabi, nie wygłupiaj się – zdziwiło ją, że użył akurat tego skrótu, było to jej przezwisko z dzieciństwa, rodzice zresztą dalej zwracali się do niej w ten sposób – chodź do mnie. – Tak, usiądź koło nas – odezwała się Karolina. Próbując ratować swoją sytuację wskazała dziewczynie poręcz. Cahir zmierzył ją wściekłym wzrokiem, ale się nie odezwał. Zrezygnowana Gabriela podeszła do kanapy jak na szafot. Usiądzie na tej cholernej poręczy i będzie znosiła mizdrzącą się do jej tajemniczego nieznajomego Karolinę. Nie z takimi rzeczami sobie radziła. Wielkim wysiłkiem powstrzymywała się od łez. Nie będzie płakała, może potem, w akademiku, ale na pewno nie tutaj. Jednak kiedy tylko znalazła się bliżej Cahir wyciągnął ręce, chwycił dziewczynę i posadził na swoich kolanach. Serce zabiło jej szybciej. Wtuliła się w niego niepewnie, starając się nie dotykać plecami Karoliny. Żałowała, że nie może zobaczyć jej miny. Tamta jednak nie poddawała się tak łatwo. – Nie ma dzisiaj z tobą Jarka? – zwróciła się do pleców Gabrieli. Dziewczyna miała ochotę ją udusić. Do tej pory nawet nie pamiętała o istnieniu swojego potencjalnego chłopaka macho – idioty. – Jarka? – Cahir dał się podpuścić wstrętnej wiedźmie. – No tak, chłopaka Gabrieli. Nie wspomniała o nim? – Karolina zrobiła niewinna, wielce zdziwioną minkę. Gabriela nie była pewna co powinna powiedzieć ani jak zareagować. Jarek nic dla niej nie znaczył. Był sposobem na ucieczkę od samotności, ale tak naprawdę, równie dobrze mógłby nie istnieć. Pomoc przyszła z bardzo nieoczekiwanej strony. – Chciałaś powiedzieć ex-chłopaka – zwrócił się do Karoliny Eryk – teraz chłopakiem Gabrieli jest Cahir. Musisz mieć jakieś przestarzałe informacje. Karolinę zatkało. Dziewczyna uśmiechnęła się do złotowłosego księcia z wdzięcznością. Odetchnęła z ulga, kiedy Cahir przytulił ją mocniej do siebie. Przesiedzieli w pubie dwie długie, męczące godziny. Było koło pierwszej kiedy Daniel wstał stawiając Monikę na ziemi. – Na nas już czas – spojrzał znacząco na Cahira. – Odprowadzę cię – zwrócił się tamten do Gabrieli. Nie miała ochoty się z nim tak szybko rozstawać. Bała się, że to kolejny sen, który skończy się tak szybko i niespodziewanie jak się zaczął. Uśmiechnęła się do niego odrobinę ponuro. Wszyscy wstali i razem wyszli z kącika. Dziewczyny niechętnie zajęły swoje poprzednie miejsca przy długim stole, gdzie zostało jeszcze kilka osób. Nie przegapiły oczywiście okazji, do zostawienia chłopakom swoim numerów. Gabriela chwyciła swoją kurtkę, nie miała zamiaru tu zostawać. Kiedy wychodzili, Eryk umyślnie ignorując Kaśkę podszedł do Natalii. Niewiadomo skąd w jego ręku pojawiła się blado-różowa gerbera. – Piękno dla piękności – skłonił się z gracją przed dziewczyna podając jej kwiat. Natalka przyjęła go rumieniąc się po same uszy. W wykonaniu każdego mogłoby wyglądać to śmiesznie lub idiotycznie, ale nie w wykonaniu Eryka. Gabriela jeszcze nigdy nie widziała nic bardziej uroczego i romantycznego. Książę, bo tak go w myślach nazwała, zbierał u niej same plusy, na dodatek jeszcze cytował jej ulubioną autorkę. No i skąd do licha wytrzasnął ten kwiatek? Była bardzo ciekawa czy to przypadkowy wybór, bo o ile wiedziała gerbera w języku kwiatów oznacza ni mniej ni więcej tylko „Doceniam Cię”. W każdym razie Natalce z pewnością poprawił nastrój. Dziewczyna długo nie zapomni tego dnia. We czwórkę wyszli z pubu. Cahir natychmiast znalazł się przy Gabrieli obejmując ją delikatnie. – Tylko się pospiesz – upomniał go Daniel – nie będziemy na ciebie czekali całą noc. Gabriela znienawidziła go jeszcze bardziej. Co jeżeli ona właśnie miała ochotę spędzić z Cahirem całą noc? Chłopak skinął głową, pomachał im ręką i poprowadził ją w kierunku akademika. Kiedy stanęli przed wejściem dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem jak u kota ze Shreka, doskonalonym przez lata na ojcu. – Nie patrz tak na mnie – jęknął błagalnie – naprawdę muszę iść, twoje koleżanki przeszkodziły mi w załatwieniu mojej sprawy. To ważne. Chciał ją przytulić, ale odsunęła się od niego. – Zobaczymy się jeszcze? – spytała. Spojrzał na nią bardzo zdziwiony pytaniem. – Jasne, że tak. Właściwie najchętniej to nie odstępował bym cię na krok. Przyjdę jutro po ciebie na uczelnię, jeżeli nie masz nic przeciwko. Serce Gabrieli zatrzepotało. – Może być – zmusiła się do powiedzenia tego zwyczajnym tonem. – Teraz już naprawdę powinienem iść, Daniel mnie zamorduje jeżeli będzie musiał za długo czekać. Masz może jakiś telefon? Skinęła głową. Wymienili się numerami. Wspięła się na palce, pocałowała go delikatnie i weszła do akademika. Kiedy spojrzała przez oszklone drzwi, chłopaka już nie było. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Przestań wreszcie do cholery pisać te smsy – warknął Daniel. – Trzymałeś się od niej z daleka przez prawie czternaście lat, nie możesz poczekać jeszcze jednego dnia? – Nie – odburknął Cahir nawet nie podnosząc głowy znad telefonu. Siedzieli na lekko ukośnym dachu przy Alei Bohaterów Warszawy i przynajmniej jeden z nich intensywnie wpatrywał się w zaułek pod nimi. Z mrocznej uliczki wyłonił się Eryk. Szedł powoli, sztywno, nie oglądając się za siebie. Za nim podążały dwa duże cienie skradając się cicho. Wyraźnie nie miały przyjaznych zamiarów. Kiedy postacie minęły miejsce, nad którym przyczaili się Cahir z Danielem tamci miękko, z gracją dzikich kotów, zeskoczyli z dachu tuż za ich plecami. Eryk zniknął za rogiem. Napastnicy odwrócili się zaskoczeni. Obydwaj byli postawnymi mężczyznami w średnim wieku. Wyglądali jak dwudrzwiowe szafy, wielcy i wyjątkowo silni. Przywodzili na myśl wiejskich osiłków szukających zwady po barach. Zanim zdarzyli się otrząsnąć i sięgnąć po długie noże Cahir z Danielem zaatakowali. Byli idealnie zgraną parą. Nie walczyli w żadnym konkretnym stylu, ale ich ruchy były płynne, pełne gracji i niesamowicie szybkie. Przeciwnicy nie mieli szans. Po kilku chwilach było już po wszystkim. Jeden z nich leżał na ziemi martwy, z własnym nożem wbitym w plecy, a drugi, najwyraźniej ze złamaną nogą czołgał się w kierunku pustej ściany bez okien. Specjalnie wybrali takie miejsce, żeby nikt nic nie zauważył. Najwyraźniej dla tamtej dwójki też było bardzo kuszące, bo tak łatwo dali się wciągnąć w prostą pułapkę. Nagle leżący na ziemi mężczyzna chwycił nóż, wstał chwiejnie i rzucił się na Cahira. Daniel zareagował błyskawicznie. Chwycił rękę napastnika, wykręcił ją, wyrwał mu nóż i jednym płynnym ruchem poderżnął gardło. – Co robisz? – syknął Cahir odrobinę po fakcie. – Zabiłeś go! Potrzebny nam był żywy. Daniel pozwolił ciału osunąć się bezwładnie na ziemię. – Przepraszam, chyba trochę mnie poniosło. Kopnął trupa i splunął na ziemię. Zza rogu wyszedł Eryk. Trzymał za kark szamoczącego się nastolatka. Był o głowę niższy od Eryka i przeraźliwie chudy. Mógł mieć najwyżej piętnaście lat. Proste jasne włosy opadały mu na czoło, szare oczy miał mocno rozszerzone, wypełniał je strach. Eryk pobieżnie omiótł spojrzeniem dwa trupy. – Czy wy nigdy nie potraficie nad sobą zapanować? – spojrzał na nich z politowaniem – wasze szczęście, że wzięli młodego. Inaczej zostalibyście z niczym. To mówiąc pchnął dzieciaka w ich stronę. Ten, uwolniony, natychmiast rzucił się do ucieczki. Uliczka była wąska. Z jednej strony drogę blokował mu Eryk, a z drugiej Cahir i Daniel. Chłopiec nie miał szans. Nawet nie patrzył przed siebie. W panice wpadł prosto na Cahira. Tamten chwycił go za ramiona i przygwoździł do ściany. Dzieciak krzyknął z bólu, kiedy uderzył plecami o twardą cegłę. Cahir, nie puszczając go, spojrzał na jego twarz. – Patrz na mnie – rozkazał. Chłopiec mimowolnie spojrzał mu w oczy. Czarne, niesamowite oczy. Jego twarz wykrzywił grymas przemożnego bólu. Nieprzytomny osunął się na ziemię. – No i po kłopocie – uśmiechnął się Daniel. – Parszywy kundel. Cahir wcale nie wyglądał na zadowolonego. – Na waszym miejscu bym go stąd szybko zabrał – rzucił praktyczną uwagę Eryk. – Czy to już wszystko czego ode mnie chcieliście? Spojrzeli po sobie i zgodnie skinęli głowami. Na horyzoncie zaczynało już świtać. – To na razie – powiedział i zaczął odchodzić. – Eryk! – zawołał za nim Cahir. Tamten odwrócił się z pytającym spojrzeniem. – Dzięki, za wszystko. Młodzieniec uśmiechnął się do niego blado i zniknął w mroku. Daniel bez trudu podniósł dzieciaka i zaniósł do zaparkowanego tuż za rogiem kombi. Wepchnęli go do bagażnika po czym wsiedli do samochodu i odjechali. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy Gabriela wyszła z uczelni Cahir już na nią czekał. Budynek wydziału politologii był starą budowlą z czerwonej cegły. Na terenie uniwersytetu rosło wiele drzew, gdzieniegdzie ustawione były także ławki. Jej tajemniczy nieznajomy siedział właśnie wygodnie rozparty na jednej z nich. Znajdowała się na uboczu, a jednocześnie na tyle blisko, żeby mógł obserwować drzwi. Gabriela uśmiechnęła się na jego widok. Czy on ma na sobie skórzaną kurtkę i motocyklowe buty? Spojrzała na niego ciekawie. Zdała sobie sprawę, ze tak właściwie niewiele o nim wie. Nie była nawet pewna czy Cahir to jego prawdziwe imię czy może jakiś przybrany nick. Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, bo w Irlandii by jej to w ogóle nie zdziwiło, ale teraz przecież była w Polsce, a Cahir zdecydowanie nie było tutejszym imieniem. Wstał i podszedł do niej. Był cholernie przystojny a do tego mroczny i tajemniczy. Bardzo jej się to podobało. Przytulił ją na powitanie i delikatnie pocałował. Jak cudownie, że wreszcie mogła być blisko niego! – Ej, ty! Co robisz z moją dziewczyną? – usłyszała za plecami gniewny głos Jarka. Jęknęła w duchu. Miała mu dzisiaj powiedzieć, że z nim zrywa, ale zupełnie wyleciało jej to z głowy. Myślała tylko o Cahirze. No to będą kłopoty… Jarek był potężnie zbudowanym blondynem z ego znacznie większym niż rozum. Była przekonana, że będzie chciał się o nią bić, zwłaszcza, że towarzyszyli mu dwaj najlepsi kumple – Jacek i Kamil. Dlaczego właściwie się z nim umawiała? – Twoją dziewczyną? – Cahir spojrzał na niego jakby tamten postradał rozum. Przesunął się tak, by zasłonić sobą Gabrielę. – Powiedz mu Gabryśka. Jak ona nienawidziła takiej formy dla swojego imienia! – On mówi prawdę – cicho odezwała się do Cahira – nie zdążyłam z nim zerwać… pojawiłeś się tak nagle… miała to zrobić dzisiaj, ale zupełnie wyleciało mi z głowy. Wiedziała, że tłumaczy się jak idiotka, ale co innego miała powiedzieć niż prawdę? – No to teraz masz okazję – odezwał się do niej tłumiąc złość. Nie chciała tego robić przy świadkach. Nie miała zamiaru ośmieszyć Jarka na oczach kolegów, stałby się zapewne obiektem podłych żartów. Nigdy nie życzyła mu źle, jej zdaniem był kretynem, ale traktował ją dobrze, nigdy nie wyrządził jej żadnej krzywdy. – Przejdziesz się ze mną? – spytała podchodząc do niego. Zesztywniała gdy objął ją ramieniem, ale nie protestowała. Kiedy mijali Kamila i Jacka dał im ręką jakiś niezrozumiały dla Gabrieli znak. Weszli z powrotem do wnętrza budynku, tam było teraz spokojnie i cicho. Odwróciła się i stanęła przed nim. – Przykro mi, ale już nie jestem twoją dziewczyną – powiedziała stanowczo, wiedziała, że jakiekolwiek przenośnie i łagodne zdania po prostu do niego nie dotrą. – Zrywam z tobą. Przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem, potem w jego oczach pojawił się gniew. – To przez tego gościa? Jak długo mnie z nim zdradzasz? Kiedy planowałaś mi powiedzieć? – Uspokój się – powiedziała – przecież nic między nami nie ma. Czy ty w ogóle mnie lubisz? – spytała powątpiewająco. – Co do niego to pierwszy raz widziałam go tydzień temu na dyskotece, ale tak naprawdę poznałam go dopiero wczoraj. – Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach. – Przykro mi, naprawdę. Wyszła przed budynek. Nie próbował jej zatrzymać, ale szedł za nią. Cahir z rękoma skrzyżowanymi na piersi stał oparty o drzewo. Kilka metrów dalej nerwowo dreptał w miejscu Kamil ze świeżo podbitym okiem i zupełnie pobladły Jacek. Rzucali w kierunku Cahira zatrwożone spojrzenia. Gabriela przeklęła się w myślach za niepomyślenie o tym, że Jarek może ich nasłać na chłopaka, kiedy będą rozmawiali. Na szczęście najwyraźniej umiał sam sobie radzić. Podeszła do niego, nie uśmiechała się, było jej przykro. – Załatwiłaś swoje sprawy – spytał spokojnie. – Tak, możemy iść, o ile jeszcze masz ochotę – dodała niepewnie. Uśmiechnął się szelmowsko. Najwyraźniej złość już mu przeszła. – Tak łatwo z ciebie nie zrezygnuję – odparł. Zaprowadził ją na parking przed kompleksem uczelni. Gabriela spojrzała nieufnie. On naprawdę miał motor! Na dodatek najwyraźniej był to pomalowany czarnym lakierem ścigacz. Podał jej kask. – Zwiń włosy, bo ci się poplączą – poradził – masz ochotę na pizzę? Była upiornie głodna. – Tak, jasne. Założyła kask starannie chowając włosy do środka. Usiadła za chłopakiem obejmując go w pasie. Ruszyli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela cieszyła się, że jest piątek. Następnego dnia nie będzie zajęć, a ona może spędzić z Cahirem tyle czasu ile tylko zechce, o ile ten oczywiście znowu gdzieś nie ucieknie. Martwiło ją to. Coraz bardziej też dręczyło ją to, że tak niewiele wie na jego temat. Siedzieli na plaży w Trzebieży. Słońce zbliżało się ku zachodowi. Wtulała się w niego plecami, a on obejmował ją czule. Było najwyraźniej zbyt cudownie. Nie wytrzymała, musiała się odezwać. – Cahir… – Tak, Gabi? – Co ty właściwie o mnie wiesz? – postanowiła zacząć w ten sposób. – Powiedziałbym, że całkiem sporo – delikatnie pocałował jej włosy. – Nazywasz się Gabriela Cuttbert, przyjechałaś z Irlandii, dwadzieścia lat skończysz czternastego sierpnia. Do tego jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Roześmiała się, mimo, że poczuła się odrobinę zaniepokojona. Tyle wiedział na jej temat, a ona o nim kompletnie nic. – Ja nawet dokładnie nie wiem jak się nazywasz – poskarżyła się. Chłopak westchnął, ale postanowił jej odpowiedzieć. – Jestem Cahir Maes – zawahał się przy nazwisku tylko odrobinę, dziewczyna nawet tego nie zauważyła, zbyt pochłonięta tym, że słyszy chociaż jakiekolwiek strzępki informacji na jego temat. – Wychowałem się w Wielkiej Brytanii, tak jak ty, tyle, że ja większość dzieciństwa spędziłem w Londynie. Mam dwadzieścia dwa lata – tutaj też mówił niezbyt pewnie, jakby się zastanawiał co i ile powinien jej powiedzieć. – Co chciałabyś wiedzieć jeszcze? – Co robisz w Polsce? – zapytała. – Mamy tu z Danielem interesy do załatwienia. – Kim on jest dla ciebie? To znaczy Daniel. Cahir myślał nad tym dłuższą chwilę. Wzruszył ramionami. Nie bardzo wiedział jak to wytłumaczyć. – Od zawsze się mną opiekował, mieszkamy razem, nosimy to samo nazwisko, ale nie jesteśmy spokrewnieni. – To gdzie są twoi rodzicie? – spytała mało taktownie. – Nie mam rodziców – zdecydował się odpowiedzieć. Gabriela poczuła się głupio. Postanowiła na razie skończyć z pytaniami. Jak na jeden dzień wystarczy. Wtuliła się w chłopaka jeszcze bardziej. Położyła swoją dłoń na jego dłoni, drugą ręką gładząc jego ramię. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Jak masz na imię? – spytał Cahir chłopaka skulonego w rogu niskiego, wilgotnego pomieszczenia. Przebywali aktualnie w piwnicy posiadłości Daniela. Był to duży jednorodzinny dom na Pogodnie. Przytulnie umeblowany, z wygodnym salonem, łazienką na każdym piętrze i sporą kuchnią, oraz oczywiście przestronną piwnicą w której były również pomieszczenia takie jak to – małe, puste i bez okien. Dzieciak skulił się jeszcze bardziej. Patrzył w podłogę, bał się podnieść wzrok. Cahir westchnął. Wcale nie podobało mu się to co robili, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Podszedł do chłopca i podniósł go z podłogi. Zmusił do patrzenia sobie w oczy. – Jak masz na imię? – powtórzył pytanie. – Emil – odpowiedział tamten słabym głosem, po chwili wahania. – Gdzie ma kryjówkę twoje stado Emilu? Chłopak zamilkł. Cahir bez ostrzeżenia kopnął go kolanem w brzuch, po czym puścił. Dzieciak upadł na podłogę jęcząc z bólu. Daniel przyglądał się niewzruszenie. – Ten kundel nic ci nie powie. Na pewno mu zabronili. Zmuś go, żeby się zmienił, wtedy będzie twój. Cahir znowu go podniósł ty razem mocno trzymając za włosy. – Zmienisz się – powiedział cichym groźnym głosem – wtedy ból zniknie. Spojrzał mu prosto w oczy. Tamten krzyknął, drżał na całym ciele. Gdy tylko Cahir go puścił, osunął się na twardą, kamienną podłogę. Zwinął się w pozycję embrionalną. Płakał i wymiotował krwią. Przez kilka minut obserwowali go beznamiętnie, potem dzieciak stracił przytomność. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela uśmiechnęła się do Cahira siedzącego na brzegu jej łóżka. Poprzedni dzień spędzony wspólnie był cudowny, a ten wcale nie zapowiadał się gorzej. Chodzili ze sobą dopiero od dwóch tygodni, ale spotykali się codziennie, jedno nie mogło wytrzymać bez drugiego. Gabriela czuła się jak w niebie. Szła spać szczęśliwa z myślą, że niedługo znowu go zobaczy. Tego dnia wybierali się na koncert rockowy. Dziewczyna była zachwycona. Nie tylko dlatego, że lubiła tego rodzaju muzykę, ale także ponieważ nie było szans na spotkanie tam Karoliny. Niedawno wrócili ze spaceru po lesie i teraz Gabriela próbowała doprowadzić się do porządku. Wyciągnęła z szafy swój ukochany czarny ażurowy sweterek i jęknęła ze zgrozy. Na plecach miał wypaloną dziurę, właściwie nie było już tyłu sweterka, była tylko dziura. – Co się stało? – spytał zaniepokojony jej zachowaniem Cahir. Rzuciła mu sweter i opadła obok na łóżko kładąc głowę na poduszce. Łzy cisnęły się jej do oczu. Była pewna, że jeżeli coś spróbuje powiedzieć, to się rozpłacze. Wstrętne wiedźmy! Czemu zawsze muszą jej dokuczać? Chłopak położył się obok, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Leżeli teraz razem, wtuleni w siebie. Coś w Gabrieli pękło, po jej policzkach zaczęły spływać łzy, cicho łkała. Czuła się strasznie głupio i dziecinnie. On tulił ją przez chwilę do siebie, a potem zaczął całować po twarzy, po łzach które zdobiły jej policzki. Przestała płakać, zaczęła odwzajemniać jego pocałunki. Wsunęła ręce pod jego koszulkę, przesunęła nimi po płaskim brzuchu chłopaka. Kiedy dotknęła jego skóry zaczął oddychać szybciej, przyciągnął ją jeszcze bliżej. Jego ręka znalazła się pod jej bluzą, gładziła plecy. Gabriela miała ochotę na więcej, znacznie więcej. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Monika. Gdyby Gabriela potrafiła zabijać myślą, tamta byłaby już martwa. – Ubiorę się i wyjdziemy – szepnęła Cahirowi do ucha i niechętnie wstała. Monika obserwowała ich ciekawie. Jej wzrok padł na zniszczony sweterek leżący na łóżku. Uśmiechnęła się pod nosem. Gabriela szybko rozczesała włosy i zmieniła bluzę. Był koniec kwietnia, miała nadzieję, że nie będzie zimno. Cahir wstał i podszedł do niej. Byli już prawie za drzwiami, kiedy odwrócił głowę. – Monika, z twojej torby unosi się dym. I rzeczywiście, brzydka czarna smuga ulatniała się z torebki dziewczyny. Pisnęła i rzuciła ją na podłogę. Torba ze sztucznego tworzywa w mgnieniu oka stałą się bezkształtną paćką. Cahir wzruszył ramionami, delikatnie wypchnął Gabrielę z pokoju i zamknął za nimi drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk siedział przy jednym z długich drewnianych stołów otoczony grupą rozbawionych ludzi. Kiedy spojrzał w ich kierunku Cahir pomachał do niego, ale nie ruszył się z miejsca. Złotowłosy książę coś powiedział do znajomych  po czym wstał. Podszedł do nich pewnym krokiem. Uśmiechnął się do Gabrieli. – Cześć Stokrotko, dobrze się bawisz? – Jasne, że tak. Impulsywnie zarzuciła Erykowi ręce na szyję, witając się jak ze starym znajomym. Najwyraźniej go tym zaskoczyła, bo nie bardzo wiedział jak się zachować. Po chwili przytulił ją delikatnie. Cahir rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nawet się nie poruszył. Gabriela uznała, że jest zazdrosny. Całkiem ją to ucieszyło. Sam podał rękę Erykowi, a tamten uścisnął ją serdecznie. – Dużo tu dzisiaj twoich znajomych? – spytał Cahir z nutką niepokoju w głosie, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Tylko kilku – wskazał głową w kierunku rozgadanej grupy – jeżeli nie macie nic przeciwko, to chętnie zostanę dzisiaj z wami. Cahir wyglądał jakby chciał zaprotestować, ale spojrzał na Eryka i zmienił zdanie. – Pewnie, będzie nam bardzo miło. Gabrieli to odpowiadało. Była bardzo zadowolona z towarzystwa księcia, naprawdę zdążyła go polubić. Stanęli pod sceną, Cahir był tuż za dziewczyną. Objął ją ramionami i przytulił się do jej pleców. Eryk przyniósł im piwo. Gabriela bawiła się doskonale. Muzyka jej odpowiadała, towarzystwo też, a najbardziej ze wszystkiego pasowała jej bliskość Cahira. Z pubu wyszli koło drugiej. – Odprowadzimy Eryka, a potem pójdziemy do mnie, będzie po drodze. Co ty na to? – zaproponował Cahir. Zgodziła się chętnie. Nie chciała wracać do akademika, no i jeszcze nigdy u niego nie była, a zżerała ją ciekawość jak mieszka. Zostawili księcia przed starą secesyjną willą na Pogodnie, pomachali mu i poszli. Cahir zatrzymał się kilka ulic dalej przed jednym z wielu ładnych domków jednorodzinnych. – Tutaj mieszkasz? – spytała. – Tak, to dom Daniela. Mieszkamy tutaj. Szczerze to mam nadzieję, że go nie ma. Uśmiechnął się do niej rozbrajającym uśmiechem. Weszli do środka. Rozejrzała się po eleganckim przestronnym salonie. Był umeblowany w starym, wiktoriańskim stylu. Na ścianach znajdowała się tapeta o typowej dla tego okresu kompozycji: na dole pasy, wyżej wzory nawiązujące do motywów klasycznych. Na środku pokoju stała sofa, wykonana z drzewa mahoniowego i ręcznie rzeźbiona, obita beżowym materiałem. Przy niej znajdowały się dwa fotele w podobnym stylu, a przed nią niewielki stolik. Pod ścianami umieszczono ciemne dębowe regały, po brzegi wypełnione książkami. Zaraz przy wejściu była brązowa skórzana kanapa. Wyglądała na bardzo miękką. Stała tak, że można z niej było wygodnie oglądać telewizję. Gabriela zostawiła w przedsionku buty i umościła się wygodnie na kanapie. Cahir szybko znalazł się przy niej. Pocałował ją. Z rozkoszą odwzajemniła ten pocałunek. Nie protestowała kiedy zdjął z niej bluzę, a potem koszulkę. Została w uroczym, błękitnym staniczku. Zsunęła mu z ramion czarną koszulę, a potem pomogła zdjąć t-shirta. Przesuwała dłońmi po jego silnych ramionach. Podniósł ją delikatnie i posadził okrakiem na swoich kolanach. Wpatrywała się w niego błyszczącymi zielonymi oczami. Jęknęła z rozkoszy kiedy zaczął całować jej dekolt. Tak bardzo go pragnęła! Podniosła głowę pozwalając opaść na plecy długim jasnym włosom. Nagle zorientowała się, że widzi jakiś ruch w głębi salonu. Krzyknęła. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko, czuła się jak we śnie. Cahir poderwał się błyskawicznie, jego płynne ruchy rozmazywały się, jakby był jakimś duchem. Rzucił Gabrielę na kanapę zasłaniając sobą. Spod ścian pokoju napływały do nich szare, bezkształtne cienie. Wyciągały długie macki przypominające kształtem kończyny. Było ich mnóstwo, dziesiątki, może setki. Napływało ich coraz więcej. Zbliżały się coraz szybciej. Otaczały ich. W rękach Cahira pojawiły się znikąd dwa krótkie, zakrzywione, czarne miecze. Chłopak nadludzko szybkimi, płynnymi ruchami zaczął przecinać mgliste postacie na pół. Każda w którą trafił zmieniała się w dym i znikała. Było ich jednak tak wiele, a ciągle napływały nowe. – Nie pozwól, żeby któryś cię dotkną – krzyknął ostrzegawczo. Cienie były wszędzie. Gabriela usiadła i starała się schować za jego plecami. Cahir systematycznie walczył ze zbliżającymi się przeciwnikami, jednak miejsce każdego zniszczonego cienia zajmował nowy. Jeden sięgnął czymś co wyglądało jak długa, mglista ręka po dziewczynę. Krzyknęła próbując się odsunąć. Nie była dość szybka, Cahir natomiast był. Zagrodził cieniowi drogę swoim ramieniem. Szara macka oplotła się wokół jego nadgarstka. Przeciął ją trzymanym w drugiej ręce mieczem. Mglista postać zmieniła się w dym. Po kilkunastu minutach walki w pokoju przestały pojawiać się nowe cienie. Chłopak szybko rozprawił się z obecnymi.  Kiedy ostatni zniknął, osunął się na podłogę. Przez jego nadgarstek przebiegała czarna smuga. Gabriela dostrzegła jak się powiększa, rozlewając na coraz większą powierzchnię ciała Cahira. Uklęknęła przy chłopaku. Skulił się przyciskając do siebie poczerniałą rękę. Była przerażona. Czy to jest jakiś koszmarny sen? Zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić. Przyszło jej na myśl, że może powinna wezwać pogotowie, ale zrezygnowała z tego szybko. Nie spodziewała się, żeby ktoś do tej pory wynalazł cudowne lekarstwo na dotyk cienia. – Przyprowadź Eryka – wyszeptał chłopak. Oddychał płytko, z wyraźnym trudem. Gabriela chwyciła swoją bluzę i buty, włożyła je i wybiegła z domu. Biegła całą drogę do miejsca w którym zostawili księcia. Ciągle mocno przerażona zadzwoniła do drzwi secesyjnej willi. Była prawie czwarta. Nie uważała za dobry pomysł dzwonienia o tej porze do drzwi obcego domu, ale nie wiedziała co innego mogłaby zrobić. Otworzyła jej jakaś dziewczyna. Była nieziemsko piękna. Pukle rudych loków opadały jej na ramiona. Miała bladą cerę, ale to tylko dodawało jej uroku. Otaczała ją niesamowita aura. Spojrzała na Gabrielę oceniając ją wzrokiem. – Kogo tam masz Selena? – usłyszała męski głos za plecami dziewczyny. Był gruby i z pewnością nie należał do Eryka. Przystojny mężczyzna z długimi, brązowymi, splecionymi z tyłu włosami stanął koło niej w drzwiach. – Przyszłaś się zabawić mała? – spytała ta nazwana wcześniej Seleną. Gabriela dopiero teraz zdała sobie sprawę z odgłosów imprezy docierających z wnętrza domu. – Szukam Eryka, to ważne. Zdała sobie sprawę, że nawet nie wie jak on ma na nazwisko i wcale nie była pewna czy naprawdę tu mieszka, czy tylko go tu odprowadzili. Poczuła się bardzo głupio – Jesteś Eryka? – spytał powątpiewająco brunet. – Musze go znaleźć, czy możecie mi pomóc? Brunet nagle znalazł się za nią. Pochylił się tak, że jego usta znajdowały się tuż przy jej uchu. – Myślę, że resztę nocy spędzisz ze mną – wyszeptał. – A ja sądzę, że się mylisz Set – to był głos Eryka – ona jest moja. Wracajcie do środka. Jego? Jaka jego? Gabriela nie bardzo rozumiała co się właściwie stało. Tamci byli wyraźnie niezadowoleni, ale posłuchali obydwoje. Eryk wyprowadził ją na dwór i zamknął drzwi. Chciał coś powiedzieć, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jej poważną twarz, żeby zmienił zdanie. – Co się stało? – zapytał tylko. – Zaatakowało nas coś, co wyglądało jak ludzie z mgły. Jeden dotknął Cahira – wyrzucała z siebie słowa, nie będąc nawet pewną czy on jej uwierzy, czy będzie wiedział co robić, czy to nie jest jakiś koszmarny sen, albo czy przypadkiem nie zwariowała. – Poczekaj tutaj – rozkazał. Wszedł do środka. Nie domknął drzwi, więc słyszała strzępy jakiejś dziwnej, burzliwej rozmowy. – Dosyć tego, wychodzę – Eryk mówił nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Nie możesz! Za pół godziny wzejdzie słońce! – protestował piskliwy i przerażony kobiecy głos. – Więc tym bardziej nie powinnaś mnie dłużej zatrzymywać. Podniósł się szmer protestów. On jednak wyszedł z domu i zatrzasnął za sobą drzwi. – Sam będę tam szybciej niż z tobą – zwrócił się do Gabrieli – poradzisz sobie? Nie zrozumiała go, ale skinęła głową. Chłopak po prostu zniknął. Oszołomiona wpatrywała się przez chwilę w miejsce na którym stał, a potem puściła się biegiem powrotem do domu Cahira. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Stanęła w drzwiach salonu z szeroko otwartymi oczami. Scena, którą ujrzała, była delikatnie mówiąc mocno nie codzienna. Cahir siedział na podłodze oparty o kanapę, a Eryk klęczał przy nim trzymając swój nadgarstek przy jego ustach. Po brodzie chłopaka spływały stróżki krwi. Gabriela cofnęła się o krok, potem odwróciła się i nie patrząc na nic wybiegła z domu. – Wystarczy. Złap ją – powiedział słabym głosem Cahir. – Ona o niczym nie wie. Grozi jej niebezpieczeństwo. Eryk skinął głową, wstał i pobiegł za dziewczyną. Wyprzedził ją zanim dobiegła do furtki. Przytrzymał delikatnie za ramiona. Reakcja dziewczyny kompletnie go zaskoczyła. Nie wyrywała się, nie próbowała uciekać, zamiast tego przysunęła się bliżej i przylgnęła do niego. Płakała. Przytulił ją do siebie niepewnie. – Chodź do środka – powiedział z prośbą w głosie – za kilka minut wzejdzie słońce, nie mogę tu zostać. Gabriela pozwoliła się zaprowadzić z powrotem do domu. Cahir leżał na kanapie. Wyglądał jakby resztkami sił walczył ze snem. Był bardzo blady, ale przynajmniej oddychał normalnie. – Gabi… – wyszeptał uśmiechając się smutno, kiedy ją zobaczył. – Śpij – powiedział do niego Eryk – zostanę z nią tutaj. I tak już nie zdążę wrócić. Cahir odetchnął głębiej. Zamknął oczy. – Przepraszam – wyszeptał. Potem nie powiedział już nic więcej. Zasnął. – Chodź – zwrócił się książę do Gabrieli. Wziął ją za rękę i poprowadził za sobą schodami w dół. Dopiero teraz zauważyła, że jest bledszy niż zwykle i tak naprawdę ledwo trzyma się na nogach. Znaleźli się w dużej piwnicy. Zaprowadził ją do niewielkiego pomieszczenia po prawej stronie. Nie miało żadnych okien, a żeby dojść do niego, musieli przejść przez dwa inne. Pomieszczenie oświetlała niewielka blada lampka powieszona naprzeciwko drzwi. Podłoga była pokryta grubym dywanem, a kamienne ściany wełnianymi zasłonami. Pod jedną z nich leżał szeroki materac. Eryk wprowadził ją do środka i zamknął ciężkie, nie przepuszczające nawet odrobiny światła drzwi. Poczuła się jakby była w jakimś schronie. Chłopak opadł na materac opierając się o ścianę. Gabriela usiadła po turecku, przodem do niego. Patrzyła wyczekująco. Westchnął. – Co chcesz wiedzieć najpierw? – zapytał bez przekonania. – Powiedziałabym, że wszystko – mówiła bez cienia strachu w głosie. Jeżeli spodziewał się histerii, to się bardzo pomylił. Dziewczyna już zdążyła ochłonąć i przetrawić nową dziwaczną sytuację. Teraz była po prostu ciekawa. – Wszystkiego jest bardzo dużo… – odparł. – Co się stało Cahirowi i czy nic mu nie będzie? – zapytała o to, co dręczyło ją w tej chwili najbardziej. Eryk uśmiechnął się do niej leciutko. Znów go zaskoczyła. – Jest silny, pił moją krew. Prześpi się kilka godzin i będzie zupełnie zdrowy. Na twarzy dziewczyny odmalowała się wyraźna ulga. Rozluźniła się teraz zupełnie. Usiadła obok Eryka opierając się o ścianę. Siedziała tak blisko, że stykali się ramionami. Chłopak nie był przyzwyczajony do tego typu bliskości. – Kim jesteś? – zapytała po chwili. Nie widziała teraz jego twarzy, ale była przekonana, że się uśmiecha. – Jeszcze się nie domyśliłaś? – Sądzę, że tak, ale wolałabym to usłyszeć od ciebie. Roześmiał się głośno. Miał miły śmiech. – Jestem wampirem. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na niego. – Nie wyglądasz na wampira. Znowu się roześmiał. – To jak według ciebie powinien wyglądać wampir? Siedziała tu sobie w mrocznej i piwnicy i rozmawiała o wampirach z prawdziwym przedstawicielem tej rasy? gatunku?, a niedawno przeżyła atak ludzi cieni. Nie była pewna, dlaczego jest taka spokojna i opanowana. Nie miała pojęcia dlaczego czuje się tak dobrze w towarzystwie w a m p i r a ?! Czemu się nie boi i nie ucieka w panice? Czemu to wszystko wydaje jej się takie… normalne? Może to jednak tylko sen? – Bo ja wiem? Chyba jakoś strasznie, a ty wyglądasz miło… Nie chciała powiedzieć jesteś przystojny, uroczy i cudowny. Wolała tę kwestię przemilczeć. – Nie jesteśmy straszni… wszystkie wampiry wyglądają „miło” – wymówił to słowo, jakby było najzabawniejszą rzeczą, jaką w życiu usłyszał. – W ten sposób właśnie polujemy. – Żywisz się krwią? – nie wytrzymała, po prostu musiała o to zapytać. – Tak. – Czy musisz zabijać tych z których pijesz? – spojrzała na niego lekko zaniepokojona. Pokręcił głową. – Czasem zdarzają się nieszczęśliwe wypadki, ale od kiedy wtrąciła się Rada, są coraz rzadsze. Gabriela nie miała pojęcia co to za rada, ale teraz nie miało to większego znaczenia. – Czym były te cienie? – Dokładnie nie jestem pewien. Sądzę, że rodzajem jakichś stworzeń ze świata umarłych. – Masz na myśli duchy? – Nigdy się nimi specjalnie nie interesowałem, ponieważ nie mogą mi nic zrobić. Widzisz, ich dotyk może skrzywdzić tylko żywą istotę, a ja tak naprawdę od dawna jestem martwy. – Czy Cahir też jest wampirem? – spytała machinalnie, nie zastanawiając się nad tym. Eryk nie wytrzymał, zwinął się w kłębek i zaczął niepohamowanie śmiać. Gabriela spojrzała na niego nieco urażona. – Nie, on nie jest wampirem – udało mu się wreszcie wydusić. Leżał teraz na plecach, rozciągnięty na materacu z rękoma pod głową. Patrzył na nią ciekawie. Zorientowała się, że wybuch śmiechu musiał go sporo kosztować. Wyglądał jeszcze gorzej, niż kiedy tu przyszli. – Więc czemu pił twoją krew? – spytała wyraźnie do czegoś dążąc. – Żeby się wyleczyć. Potrzebował jej do regeneracji. Skinęła głową. – Tobie to nie zaszkodziło? – spytała. Przyglądał jej się uważnie. – Nie, tylko trochę osłabiło. Po zachodzie słońca pójdę zapolować. Będzie dobrze. – A co jeżeli one wrócą? To znaczy cienie… Poradzisz sobie z nimi? – Nie wiem – odparł szczerze. – Potrzebuję krwi, a Cahir wypił naprawdę sporo. – Więc weź moją. – Nie – odparł stanowczo. – Dlaczego? – Ponieważ to nie jest bezpieczne. – Przecież przed chwilą powiedziałeś, że nie zabijacie… – Bo nie zabijamy. Nie o to chodzi. – Więc o co? Nie patrzył na nią. Przez dłuższą chwilę milczał. W końcu, kiedy już myślała, że nic nie powie, on jednak się zdecydował. – Pociągasz mnie fizycznie. Nie wiem, czy byłbym w stanie nad sobą zapanować. Tym razem to ona się roześmiała. – Eryku daj spokój. To wszystko jest cholernie dziwne, ale gdybyś miał mnie w jakikolwiek sposób skrzywdzić już dawno byś to zrobił. Ufam ci. W końcu dałam się zamknąć z wampirem w ciemnej piwnicy, prawda? Westchnął. – Nie – powiedział, ale już odrobinę mniej pewnie. Gabriela wiedziała, że wygrała. Jak zwykle. Popatrzyła na niego niewinnie, szeroko otwartymi oczami i wysunęła swój ostatni argument. – Boję się ich. Widziałam je. Co jeżeli wrócą? – ciarki przeszły ją na samą myśl o istotach z mgły. – Proszę… – dodała szeptem. Eryk przełknął ślinę. – Cahir mnie zabije – mruknął. Usiadł, przyciągnął dziewczynę do siebie tak, żeby opierała się o niego plecami. Objął ją delikatnie. Jego usta znalazły się tuż przy jej szyi. Poczuła ukłucie, a potem jej ciało zalała fala podniecenia i rozkoszy. Jęknęła, kiedy odsunął się od niej odrobinę. Odwróciła się i pocałowała go w usta. Czuła smak krwi, swojej krwi. Nie przeszkadzało jej to za bardzo. Rękoma oplotła jego szyję. Przyciągnął ją do siebie. Jego język znalazł się w jej ustach. Całował niesamowicie. Jego wargi były miękkie i ciepłe. Chciała więcej. Przewróciła go na materac nie przestając całować. Ręce Eryka znalazły się na jej plecach, a potem niżej, na pupie. Tak! Przymknęła oczy. Nagle poczuła się jakby ktoś chlusnął w nią wiadrem zimnej wody. Cahir! Ta myśl była tak wyraźna i rzeczywista, że gwałtownie odsunęła się od wampira. Spojrzał na nią najpierw pytająco, z niepokojem, a potem jakby oprzytomniał. Usiadł. – Przepraszam – szepnął – uprzedzałem cię. Już zupełnie spokojnie przysunęła się do niego powrotem, oparła mu głowę na ramieniu. – O tym, że ja też się tak poczuję nie uprzedzałeś. – Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze. – Nasze ofiary zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z tego co się dzieje, więc nie miałem okazji sprawdzić. Przyszło jej do głowy zabawne pytanie. – Ile ty właściwie masz lat? Zastanowił się chwilę nad odpowiedzią. – W tym roku skończę 116, ale fizycznie i hormonalnie zawsze będę miał dwadzieścia dwa. Przyjęła to do wiadomości. Ciekawość nie dawała jej spokoju. – Co to za Rada o której wspomniałeś wcześniej? Prychnął pogardliwie. – Rada demonów. Uznali, że mają dość wojen i postanowili się wtrącić do życia innych istot. Trzeba im przyznać, że najpierw zabrali się za swoją rasę. Przez kilkadziesiąt lat walczyli o utrzymanie porządku w swoich szeregach. Dopiero piętnaście lat temu wyznaczyli łowców i zabrali się za wampiry, wilkołaki i resztę magicznych stworzeń. – To chyba dobrze… – stwierdziła dziewczyna z wahaniem. – Nie do końca. Widzisz, im nie zależy na utrzymaniu pokoju, a tylko na przetrwaniu własnej rasy. Są okrutni, bezwzględni i rządni władzy. Dziewczynie przebiegło po głowie milion pytań naraz. – Kim są ci łowcy? – zdecydowała się zadać jedno z nich. Chwilowo fakt istnienia demonów, wampirów i wilkołaków w zupełności jej wystarczał. Nie chciała wiedzieć nic o innych magicznych stworzeniach. – To demony, które zajmują się pilnowaniem porządku. Jeżeli ktoś się im sprzeciwi po prostu go zabijają. Rada sporo im płaci, więc chętnych jest wielu, ale wybierają tylko najlepszych. Daniel jest jednym z nich. Gabrieli wcale się to nie spodobało. – Więc dlaczego siedzimy w jego domu? Gdzie jest twoje miejsce w tym wszystkim? Wolała nie pytać o swoje. – Polują na stado zbuntowanych wilkołaków. Poprosili – powiedział to słowo opryskliwym tonem, więc Gabriela pomyślała, że równie dobrze mogłoby brzmieć „zmusili” – mnie o pomoc. – Oni? – Daniel i Cahir. – Więc Cahir też jest łowcą? – to nie spodobało jej się jeszcze bardziej, z tym, że jest demonem mogłaby sobie jakoś poradzić, w końcu nie ma przecież rogów i (chyba?) ogona. Eryk pokręcił głową. Ziewnął. – Nie jest. Pomaga Danielowi tylko gdy uzna, że sprawa jest słuszna. Tamta banda napada na ludzi, zabijają z zimną krwią. – Nie lubisz ich – stwierdziła. – Czemu przyszedłeś pomóc Cahirowi? Uśmiechnął się sennie. – Nie pomagałem jemu, pomagałem tobie. Zaskoczyło ją to. Popatrzyła na sennego Eryka, poczuła, że sama też zaraz zaśnie na siedząco. Zmęczenie i utrata krwi dawały o sobie znać. Położyła się na materacu ciągnąc go za sobą. Posłusznie ułożył się koło niej na boku. Wtuliła się w jego ramię. Objął ją delikatnie. Po chwili obydwoje już spali. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela obudziła się wypoczęta. Nie miała pojęcia ile czasu spała. Spojrzała na Eryka, leżał koło niej i naprawdę wyglądał jak książę z bajki. Wstała cicho nie chcąc go obudzić. Nie miała zamiaru spędzić w piwnicy całego dnia. Otworzyła drzwi i wysunęła się przez nie. Zajrzała jeszcze raz do środka, żeby sprawdzić czy przypadkiem go nie obudziła. Spał spokojnie. Zamknęła drzwi. Całe szczęście, że nie pogasili rano świateł, nie była pewna jak poradziłaby sobie po ciemku. Wyciągnęła z kieszeni złożoną w kostkę bandankę. Nosiła ją od kiedy dowiedziała się, że Cahir jeździ na motorze, chroniła się przy jej pomocy przed kurzem z drogi. Teraz złożyła ją w trójkąt i zrolowała po czym zawiązała na szyi w formie apaszki. Była przekonana, że po ugryzieniu wampira zostają jakieś ślady, a przecież nie chciała narobić Erykowi problemów. Kiedy wychodziła z piwnicy usłyszała cichy jęk. Jak zwykle ciekawa wróciła na dół, rozejrzała się i wybrała kierunek z którego jej zdaniem dochodził. Po lewej stronie, przeciwnej do tej gdzie zostawiła Eryka znajdowały się metalowe drzwi. Był w nich niewielki zakratowany judasz. Podeszła i zajrzała do środka. Na podłodze w rogu pomieszczenia kuliła się jakaś mizernie wyglądająca postać. Dziewczynę przeszył zimny dreszcz. To był chłopiec, na oko może piętnastoletni. Miał na sobie podartą i pobrudzoną koszulkę, jego spodnie też były w opłakanym stanie, ale nie to było najgorsze. Nawet w tym nikłym świetle widziała krew na podłodze i jego chudych ramionach. Na ścianie naprzeciwko zobaczyła klucz, otworzyła drzwi i weszła do środka. Dzieciak spojrzał na nią zatrwożonym wzrokiem. Jego twarz był sina i opuchnięta. Co oni m zrobili? Nagle jakby rozluźnił się odrobinę, powietrze dookoła niego zawirowało, a tam gdzie przed chwilą leżał chłopiec, teraz siedział chudy, szary wilk. Warknął. Jednym susem pokonał pomieszczenie i rzucił się na dziewczynę. Przewrócił ją na ziemię. W tym momencie było szczęśliwa, że ojciec uczył ją podstaw Judo, bo inaczej niechybnie upadając rozbiłaby sobie głowę o beton. Wilk warknął, szczerząc kły tuż nad jej twarzą. Nagle do pomieszczenia wpadło drugie zwierzę. Było czarne jak noc i prawie dwa razy większe od pierwszego. Całym swoim ciężarem zepchnęło szarego wilka z dziewczyny. Natychmiast usiadła i cofnęła się pod ścianę. Kotłujące się zwierzęta blokowały jej dostęp do drzwi. Walka nie trwała długo. Po chwili ten szary z opuszczonym ogonem czołgał się na brzuchu i skamlał u stóp czarnego, potem położył się na grzbiecie odsłaniając delikatny brzuch i gardło. Łapy miał skierowane do ciała. Czarny stanął nad nim na sztywnych łapach odsłaniając zęby i warcząc. Futro miał zjeżone. Ogromny wilk spojrzał na Gabrielę. W powietrzu pojawiła się srebrna mgła, otoczyła oba wilki, a kiedy zniknęła, zamiast zwierząt w pomieszczeniu znajdował się Cahir i leżący u jego stóp chłopiec. Cahir podniósł chłopca z łatwością i rzucił nim o ścianę. Tamten osunął się na podłogę nieprzytomny. Gabriela spojrzała niedowierzająco. Jego twarz wykrzywiał wyraz gniewu. Czarne oczy miały bardzo zły wyraz. Zaczęła się go bać. Wstała niepewnie i przesunęła się w kierunku drzwi. Spojrzał prosto na nią. Rzuciła się biegiem w kierunku wyjścia. Wbiegła po schodach na górę. Chciała się znaleźć jak najdalej stąd. Pędem pokonała salon, była tuż przy drzwiach wyjściowych gdy coś zagrodziło jej drogę. Podniosła głowę i przekonała się, że nie jest to coś, tylko ktoś. Wpadła prosto na Daniela. Cofnęła się gwałtownie. Chciała uciec jakąś inną drogą, ale nie dał jej na to szansy. Jego zielone oczy patrzyły na nią gniewnie. Chwycił ją za ramię i brutalnie zaprowadził z powrotem do salonu. Popchnął na kanapę. – Siedź tu – warknął. Bała się poruszyć. Z piwnicy wyszedł Cahir. Jego bała się jeszcze bardziej. Spojrzał na Daniela, potem na nią. – Niech idzie – powiedział cichym głosem. – Nie, teraz zostanie – Daniel mówił wściekłym głosem. – Czemu ją w ogóle do cholery przyprowadziłeś tutaj? Co ty sobie myślałeś? Cahir wbijał wzrok w podłogę. – Wszystko było dobrze, dopóki nie pojawiły się cienie. – Cahir podniósł wzrok, spojrzał na Daniela – polują na mnie. – Nie bądź idiotą – syknął gniewnie tamten. – Gdyby polowały na ciebie już dawno by się pojawiły. – Spojrzał niepewnie na Gabrielę – polują na nią. Cahir zmarszczył brwi. Zaczął siarczyście przeklinać. Najwyraźniej wcześniej nawet nie rozważał takiej możliwości. Daniel przyjrzał mu się uważnie. Zobaczył pociemniały ślad na jego nadgarstku. – Pozwoliłeś im się dotknąć?! – jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania, zaczął przeklinać. – Piłeś jej krew? – to był bardziej wyrzut niż pytanie. – Nie pił mojej krwi – wtrąciła Gabriela, którą wkurzyło, że rozmawiali tak, jakby jej tu wcale nie było. – Pił krew Eryka. Daniel jęknął. – Ten krwiopijca też jest w to zamieszany? – najwyraźniej Daniel nie przepadał za wampirami. Cahir przytaknął. – Śpi na dole. Nie zdążył wrócić do siebie. Daniel usiadł ciężko na kanapie obok Gabrieli. Z jego oczu zniknął gniew. Teraz najwyraźniej był bardzo niezadowolony. – Dziewczyna zostanie tutaj, przynieś jej rzeczy – zwrócił się do Cahira. Tamten wyszedł nie zadając zbędnych pytań. Gdyby Gabriela potrafiła zabijać wzrokiem, Daniel byłby martwy. – Ja mam imię wiesz? – zwróciła się do niego wściekła – i nie zamierzam nigdzie zostawać, a już na pewno nie z wami. Spojrzał na nią uśmiechając się. Jego uśmiech wcale nie był miły. – Mnie też się ten pomysł nie podoba, ale obiecałem Elizie, że będę cię chronił. Zostaniesz tutaj z własnej woli, albo zamknę cię w piwnicy. – Znasz moją mamę? – dziewczyna była zbita z tropu. Daniel westchnął ciężko. – Kobiety w waszej rodzinie zdecydowanie są okropne. Może chociaż July wyrośnie na normalną, miłą osobę – powiedział z rezygnacją w głosie wspominając najmłodszą siostrzyczkę Gabrieli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Pokój, który dostała był naprawdę ładny. Właściwie, mimo dziwnej sytuacji, cieszyła się, że nie musi wracać do akademika. Czekała z niecierpliwością na przebudzenie Eryka. Daniel powiedział, że wampir będzie na nogach o zachodzie słońca. Leżała na swoim nowym łóżku i wpatrywała się w sufit. Wcześniej rozmawiała przez telefon z mamą. Ta prawie natychmiast poprosiła do słuchawki Daniela. Kiedy skończył z nią rozmawiać zrobił się potulny jak kociak. Mama poprosiła ją, żeby została w domu Daniela. Żadne z nich, jakby działając wspólnie, nie wspomniało jej o cieniach. Dziewczyna w dalszym ciągu unikała Cahira. Nie mogła zapomnieć furii w jego oczach, kiedy rzucił chłopcem o ścianę  w piwnicy. Postanowiła zejść na dół do salonu. Nie pozwoli Erykowi spotkać się z tymi dwoma samemu. Daniel był czymś bardzo rozbawiony. Cahir patrzył na niego złym wzrokiem. – Więc mówisz, ze problem, z którym walczyliśmy przez ponad dwa tygodnie, Gabriela rozwiązała w przeciągu kilku minut? – I omal nie przypłaciła tego życiem – syknął. – Ale wilk jest twój? Skinął głową. Daniel roześmiał się głośno. Nagle ją zauważył. – O, przyszła nasza bohaterka. Podeszła do nich i usiadła skulona na kanapie obok Daniela. Cahira nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem. – Co z nim zrobicie, to znaczy z wilkołakiem? – Obchodzi cię to? Próbował cię zabić. – syknął Cahir. – Tak obchodzi – odwarknęła – to jeszcze dzieciak. Daniel wzruszył ramionami. Jakoś nie miał ochoty jej denerwować. – Nic z nim nie zrobimy. Teraz należy do Cahira. Od kiedy zmienił się w wilka musi słuchać jego rozkazów. Zaprowadzi nas do swojego byłego stada. – Znowu się roześmiał, kiedy coś wpadło mu do głowy. – Cahir, teraz masz dwuosobowe stado. Jesteś samcem alfa. – Bardzo śmieszne – warknął tamten – nie jestem pieprzonym wilkołakiem. – Najwyraźniej to nie ma znaczenia, ważne, że jesteś od nich silniejszy i umiesz zmieniać się w wilka. Nie przestawał się śmiać. Gabriela mu zawtórowała. Jej też wydało się to bardzo zabawne. Po za tym cieszyła się, że nie skrzywdzą dzieciaka. Cahir wyglądał na mocno urażonego. W drzwiach pojawił się Eryk. Przeciągnął się. – Cześć Stokrotko – rzucił do Gabrieli, spodobało jej się to określenie – o Daniel, miło że wpadłeś – powiedział z nutką sarkazmu w głosie. – Brakowało nam cię wczoraj. – Wilk się zmienił – oznajmił Daniel wesołym głosem, puszczając ostatnią uwagę wampira mimo uszu. – Gabriela go zmusiła. Eryk spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem. Uśmiechnęła się do niego uroczo, nie próbując sprostować słów Daniela. Była zadowolona, ze nic mu z ich strony nie grozi, że przestaną się znęcać nad wilczym dzieciakiem i, że Daniel obiecał się nią opiekować. Ciągle go nie lubiła, ale ufała ocenie swojej matki. Uznała, że jest tutaj bezpieczna, a co najważniejsze nie musiała wracać do znienawidzonego akademika. Eryk doprowadził się do porządku, pożegnał i wyszedł przed dom. Pobiegła za nim. Chciała z nim porozmawiać przez chwilę sam na sam, ale teraz, zamiast się odezwać, zareagowała jak zwykle pod wpływem impulsu. Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego mocno. Tym razem nie był zaskoczony. Objął ją ramionami i przyciągnął do siebie delikatnie. – Następnym razem, zamiast tyle biegać, po prostu do mnie zadzwoń – powiedział cicho. Wampir używający telefonu komórkowego! Cóż za cudownie absurdalny pomysł! – Nie mam twojego numeru – odparła wydymając wargi. Roześmiał się. – Cahir ma, mogłaś użyć jego telefonu. – Nie wpadłam na to – przyznała szczerze. Wyjął telefon i poprosił o jej numer. Zadzwonił do niej, zostawiając jej w ten sposób swój. Pocałowała go w usta, odwróciła się i wbiegła powrotem do domu. Cahir stał przy oknie, był wściekły. Kiedy przechodziła obok niego chwycił ją brutalnie za ramiona. – Puść mnie – warknęła – to boli! – Co to niby miało być? – syknął. – Nie twoja sprawa – odgryzła się. – Myślałem… – zaczął. – To źle myślałeś – przerwała mu. W tym momencie naprawdę go nienawidziła. Chwycił ją mocniej, znalazła się przy ścianie. Przysunął się do niej bliżej, był bardzo blisko. Trzymał jej ręce. Próbowała się uwolnić, odepchnąć go. W ogóle nie zwrócił na to uwagi. W jego oczach było coś takiego, że znów zaczęła się go bać. Nie wiedziała do czego jest zdolny. W tym momencie pojawił się Daniel. Odciągnął od niej chłopaka, popchnął do tyłu. Jego oczy płonęły. – Czyś ty kompletnie zwariował?! – krzyknął na Cahira. Tamten popatrzył na niego spode łba groźnie mrużąc oczy. Gabriela korzystając z okazji wymknęła się i pobiegła na górę, do pokoju. Zamknęła drzwi. Serce biło jej jak oszalałe. Rzuciła się na łóżko, wtuliła twarz w poduszkę zalewając się łzami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Olbrzymi czarny wilk biegł nie zwracając uwagi na nic. Był późny wieczór, w lesie było ciemno. Przez gęste pokryte wiosenną zielenią gałęzie nie przedzierało się prawie żadne światło. Jemu to nie przeszkadzało. Doskonale widział, słyszał i czuł to co go otaczało. Był na wpół oszalały z bólu i wściekłości. Nie myślał jasno, w ogóle nie myślał. Zdał się na instynkt. Jego oczy zasnuwała czerwona mgła. Właściwie nie planował się tu znaleźć, sam nie wiedział co tu robi. Biegł przed siebie. Gdy coś stawało mu na przeszkodzie po prostu rozrywał to na strzępy i pędził dalej. Nie obchodziło go czy to krzewy jeżyn czy żywe istoty. Wszystko co stanęło mu na drodze po prostu miało pecha. Srebrny wilk, prawie tak samo wielki jak on, stał przez chwilę zdumiony wpatrując się w niespodziewanego przeciwnika. Zareagował dopiero kiedy bestia rzuciła mu się do gardła. Walczyli zaciekle. To była walka na śmierć i życie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ „ … nie, nie rozumiesz, boję się go, nie wiem co by się stało, gdyby Daniel mnie dzisiaj przed nim nie obronił” Po chwili znów usłyszała sygnał przychodzącej wiadomości. „ Jeżeli nie boisz się Daniela, Cahira też się nie bój. Jest jego uczniem, musi mu być posłuszny. Tak działa ich magia.” Siedziała na łóżku i pisała smsy. Wreszcie doszła do siebie. Nie miała się do kogo zwrócić. Nawet na rodziców była wściekła, że wiedzieli więcej niż się przyznawali, że znali ten dziwny, dla niej zupełnie nowy świat. Zdziwiła się, kiedy Eryk na jej wiadomość odpisał prawie natychmiast. Była mu za to bardzo wdzięczna. Teraz rozmawiali już od dobrej godziny. „Daniela się nie boję. Moja matka mu ufa, to mi wystarczy. Prosiła go, żeby się mną opiekował.” „Mnie też się nie boisz?” zapytał w kolejnym smsie. Uśmiechnęła się do siebie. Czyżby z nią flirtował? „Nie, ciebie też się nie boję, a powinnam?” „Więc spotkajmy się, chciałabyś?” Czy by chciała? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza teraz, kiedy był jedyną osobą z którą mogła szczerze porozmawiać. Eryk przynajmniej nie próbował jej okłamywać. „Kiedy?” „Jutro o 19:00 przed kinem Helios, może być?” „Dobrze. Teraz już pójdę spać. Dobranoc.” Czuła się bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy, a dochodziła już północ. „Słodkich snów Stokrotko” ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rano obudził ją jakiś hałas. Coś było bardzo nie tak. Zbiegła na dół w koszuli nocnej, nie fatygując się by chociaż założyć szlafrok. Otworzyła drzwi, o które coś się przed chwilą obiło. Na progu leżał wielki czarny wilk. Z ran na jego ciele sączyły się stróżki krwi. Był podrapany i pogryziony. W jednej chwili zapomniała o swoim strachu i niechęci do Cahira. Teraz zaczęła się bać o niego. – Cahir – wyszeptała – dasz radę wejść do środka? Wilk podniósł się z trudem i pokuśtykał do salonu. Wskoczył niezdarnie na kanapę. Tam się zmienił. Wyglądał bardzo blado. – Nic mi nie jest. Musze tylko coś zjeść. Większość tej krwi nie jest moja. Gabriela nie myśląc wiele uklęknęła przy nim. Przytuliła się do niego. Objął ją niezdarnie jedną ręką. Daniel stanął w drzwiach prowadzących do kuchni. – Widzę, że gołąbeczki znowu w zgodzie? – spojrzał na nich z rozbawioną miną. Właśnie coś jadł. W ręku trzymał talerz z kanapkami. Podszedł i podsunął go Cahirowi. Tamten usiadł niepewnie, wziął talerz i zaczął jeść. Jego zadrapania goiły się na oczach Gabrieli. – Tak już mamy, że ciężko nas zranić powiedział do niej Daniel widząc zaciekawione spojrzenie. – Co właściwie tak cię urządziło? – Wilki – odparł chłodno chłopak odstawiając na podłogę pusty talerz. Wyglądał zdecydowanie lepiej. – Jakie znowu wilki do cholery? – nagle jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia i niejakiego podziwu. – Poszedłeś sam walczyć z całym stadem? Cahir przytaknął. – Nie planowałem tego… samo tak jakoś wyszło… Daniel roześmiał się. – Zawsze byłeś kłopotliwym dzieciakiem. – Gabriela zdziwiła się, że tak zwraca się do Cahira, przecież na dobrą sprawę był od niego niewiele starszy. – Pewnie chcecie zostać sami – stwierdził. Omiótł ich jeszcze raz rozbawionym spojrzeniem i wyszedł z pokoju. – Czemu on tak do ciebie mówi? – spytała zaciekawiona. – Jak do mnie mówi? – Że „zawsze byłeś kłopotliwym dzieciakiem”, przecież nie może być dużo starszy od ciebie. Uśmiechnął się do niej. – Bycie demonem też ma swoje zalety. Możemy zatrzymać proces starzenia się kiedy tylko chcemy. – Więc ile on ma lat? – spytała zdumiona. – Dokładnie nie wiem, ale nie jest taki stary. Sądzę, że mniej niż pięćdziesiąt. Znacznie mniej niż twój ojciec. – Mój ojciec? – spytała zdumiona. – Dziewczyno, kiedy ty ostatnio widziałaś swoich rodziców? Uważasz, że w jaki sposób matka dziewiętnastolatki wygląda ciągle tak młodo? Bardziej nadawałaby się na twoją starszą siostrę. I czemu twój ojciec przez te wszystkie lata w ogóle się nie zmienił? – Moi rodzicie są demonami? – te rewelacje wytrąciły ją z równowagi. – Nie zupełnie, twój ojciec jest demonem czystej krwi, tak jak ja. Twoja matka o ile mi wiadomo jest człowiekiem. Nie starzeje się, ponieważ on ma moc zatrzymać ten proces również u niej. – Więc ile on ma lat? – bała się odpowiedzi na to pytanie. – Nie jestem pewien… coś koło dwustu czterdziestu. Patrzyła na niego niedowierzająco. – A ty, ile masz lat? Roześmiał się. – Ja oszukałem tylko trochę. Mam dwadzieścia siedem, ale postanowiłem na ciebie poczekać. Westchnęła, tu znowu wrócili do dręczącej ją kwestii. Była zła na rodziców, że nie powiedzieli jej prawdy, ale potrafiła to zrozumieć. Nie rozumiała natomiast Cahira. – W czym jeszcze mnie okłamałeś? – spytała cicho. – Nie nazywam się Maes – powiedział niepewnie – nazywam się Cuttbert, zmieniłem nazwisko, kiedy Eliza wyszła za Matta. Wytrzeszczyła na niego oczy. Była przerażona. – Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że jesteś moim bratem? Teraz on się speszył. – No tak, rzeczywiście zabrzmiało to głupio. Nie jestem twoim bratem, przynajmniej nie łączy nas pokrewieństwo. Demony czystej krwi nie mają rodziców, my się po prostu pojawiamy na świecie. Najczęściej z jakiegoś żywiołu. Eliza, twoja mama, zajmowała się mną od kiedy skończyłem trzy lata. Wychowywała mnie razem z Danielem. – Moja mama była z Danielem?! Gabriela miała zdecydowanie dość rewelacji jak na jeden dzień. Przyznała jednak w duchu, że to wiele wyjaśnia. Skinął głową. – Tak, ale to było zanim poznała twojego tatę. – Czemu nikt mi o niczym nie powiedział przez tyle lat? – To chyba moja wina – powiedział cicho, niepewnie. – Widzisz… jestem czystej krwi, powinienem być szkolony przez Radę, nie chciałem, Eliza mnie ukrywała, to nie było bezpieczne. Kiedy skończyłaś trzynaście lat, postanowiłem od was odejść, nie było sensu dłużej narażać twojej rodziny. Poprosiłem Daniela, żeby mnie zabrał, a on się zgodził. Wiesz… sądzę, że dalej kocha twoją mamę. Przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. – Czy skoro mój ojciec jest demonem, ja też nie powinnam nim być? – Nie wiem, wydaje mi się, że powinnaś, ale nie jesteś. July też nie jest. Tylko Mark. Mark był jej młodszym braciszkiem, miał teraz jakieś siedem lat, July miała trzy. Była dużo starsza od swojego rodzeństwa, nigdy jej to jednak nie dziwiło. Dopiero teraz zaczęła się nad tym zastanawiać, ale tak na to patrząc jej rodzice mieli czasu pod dostatkiem. Jej ojciec i brat byli demonami! Na świecie istniało coś takiego jak demony! Ciekawe o czym jeszcze nie wie? Jakiś mały atak niewidzialnych kosmitów? Może Godzilla też jest prawdziwa? Milczeli przez dłuższą chwilę. – Przepraszam – Cahir w końcu zdecydował się przerwać ciszę – nie wiem co wtedy we mnie wstąpiło – przyznał cicho. Usiadła koło niego. Wtuliła się w jego bok. – W ogóle cię nie znam – powiedziała – omal nie zabiłeś tego dzieciaka. Czy to co powiedział Daniel było prawdą, że już wtedy był twój? Niepewnie skinął głową. Wziął do ręki kosmyk jej włosów i zaczął się nim bawić. – Wpadłem w furię – przyznał – nie mogłem znieść myśli, że coś ci zagraża, a potem, kiedy zobaczyłem cię z Erykiem… – Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś mi prawdy? Czemu ciągle mnie okłamywałeś? – Uznaliśmy… uznałem, że w ten sposób będziesz bezpieczniejsza. Kocham cię Gabi – powiedział prawie niedosłyszalnym głosem, jakby te słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Przytuliła się do niego mocniej. – Nie możemy być razem – powiedziała spokojnie – nie po tym co widziałam, nie po tym jak mnie okłamywałeś. Milczał przez dłuższą chwilę. – To twoja decyzja – powiedział w końcu. – Pozwól mi po prostu cię chronić. Nic innego się nie liczy. Kocham cię i nie przestanę, ale to nie ma znaczenia, jeżeli ty nie odwzajemniasz moich uczuć – tym razem mówił znacznie pewniej. Nic mu nie odpowiedziała. Nie miała co mu odpowiedzieć. Też go kochała, ale przypomniała sobie strach, jaki poczuła w piwnicy, kiedy na nią spojrzał. Pomyślała o pobitym wilkołaczym dziecku i o furii w oczach Cahira. Nie potrafiła się z tym pogodzić, jeszcze nie teraz. Nie była pewna czy będzie mogła kiedykolwiek. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Spóźniłaś się – stwierdził Eryk, ale i tak uśmiechnął się do niej na powitanie. – Przepraszam, tramwaj mi uciekł. Gabriela zarzuciła chłopakowi ręce na szyję i pocałowała go delikatnie w usta. Roześmiał się i wziął ją w ramiona. – Chodźmy do pubu, zarezerwowałem stolik. Wypuścił dziewczynę z objęć i poprowadził ulicą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk musiał przyznać, że Gabriela coraz bardziej go fascynowała. Przede wszystkim wiedziała kim jest i to ze wszystkimi szczegółami, a w ogóle się go nie bała. Do tego zachowywała się czasami jak mała dziewczynka, impulsywnie, ufnie, bez żadnych zahamowań, a przy okazji wcale nie była głupia. Kiedy ją poznał to było jak powiew świeżości w jego nudnym, ponad stu letnim życiu. Po za tym była bardzo ładna, delikatna i krucha. Miał ochotę się nią opiekować, nie pozwolić żeby spotkało ją coś złego. Teraz roześmiani siedzieli przy stoliku, pili wino. Było im dobrze razem.  Właściwie to Eryk nie pamiętał kiedy tak dobrze się bawił, jak przy Gabrieli. Skrzywił się kiedy zobaczył wchodzącego do środka Daniela z trójką innych postawnych mężczyzn, zapewne również łowców. – Idą kłopoty – wyszeptał do dziewczyny. I rzeczywiście, cała czwórką wyglądała jakby szukali zaczepki. Daniel zamarł na chwilę gdy zobaczył Eryka z Gabrielą. Szybko ukrył swoje zaskoczenie i spróbował zaprowadzić kumpli do drugiej sali, nie było jednak na to szans. Oni również zdążyli już zauważyć wampira. – Cześć, możemy się przysiąść? – zapytał rudy, z cienką blizną na policzku i nie czekając na odpowiedź wśliznął się na miejsce obok Eryka. Daniel dyskretnie usiadł obok Gabrieli. Miał reputację Casanovy, więc nikogo to nie zdziwiło. Wampir w uspakajającym geście położył rękę na udzie dziewczyny, ale nic nie powiedział. „Nie odzywaj się” – wysłał jej błagalną myśl, miał nadzieje, że jest zdolna ją odczytać, nigdy wcześniej tego nie próbowali. – Co robi wampir w towarzystwie człowieka? – zapytał rudy cichym, groźnym głosem. – Ugryzłeś ją? – To nie byle jaki wampir – wtrącił się łowca siedzący naprzeciwko. – To jego Lordowska Mość we własnej osobie. Chyba nam się dzisiaj poszczęściło. – W takim razie przepraszam, ugryzłeś tą dziewczynę, w a s z a  w y s o k o ś ć? Eryk wiedział, że sam na sam łowca nie miałby z nim najmniejszych szans, ale gdy byli we czwórkę, to on stawał się ofiarą, a demony myśliwymi. Postanowił milczeć, miał nadzieję, że Daniel okaże chociaż na tyle rozsądku, żeby zabrać stąd Gabrielę. – Daniel, odsłoń jej włosy – zaproponował ten siedzący naprzeciwko. – Nie rób tego – wyszeptała Gabriela bardzo cicho, tak, że tylko on i Daniel mogli usłyszeć. – Nie bój się – tamten odpowiedział jej również szeptem. Delikatnym gestem odgarnął jej z karku pasmo włosów i zamarł zdumiony. Na szyi widniały wyraźnie dwie małe ranki. Daniel przełknął ślinę, nie tego się spodziewał. – To sprzed dwóch dni – powiedział niepewnie. – Dlatego się z nią dzisiaj spotkał, potrzebował znowu – odparł pewny siebie rudzielec. – Ugryzienie człowieka to łamanie postanowień Rady, wiesz co za to grozi wampirze? – uśmiechnął się paskudnie. – Wychodzimy – zarządził. – Zginiesz na miejscu, jeżeli będziesz próbował jakichś sztuczek. Co robimy z dziewczyną? – Ja się nią zajmę – zaproponował natychmiast Daniel. – O, nie wątpimy w to – roześmiał się jeden z łowców. Pozostali zawtórowali mu gromkim śmiechem. Eryk cieszył się, że tamten przynajmniej raz wykazał się refleksem. Trudno, pójdzie z nimi, a potem jakoś sobie poradzi. Ważne, że dziewczyna jest bezpieczna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Łowcy stanęli po obydwu stronach wampira i skierowali się do wyjścia. Gabriela chciała iść za nimi, ale Daniel ją powstrzymał. – Zostań tu – warknął. Teraz dopiero zaczynało być widać jaki był zły na zaistniałą sytuację. Kiedy dziewczyna nie posłuchała brutalnie przytrzymał jej ramię. Wywinęła się i drapnęła go w szyję. – Au! – chwycił również jej drugą rękę. – Puść mnie – syknęła. – Nie, wyjdziemy stąd razem. Gabriela wiedziała, że jest silniejszy i zdecydowanie daleko mu do dżentelmena. Tym razem musiała ustąpić. Powiedziałaby coś znacznie wcześniej, ale usłyszała błagalną myśl Eryka, żeby milczeć. Po kilku minutach ciszy Daniel wstał. – Chodź – powiedział ciągnąc za sobą dziewczynę do wyjścia. Puścił ją dopiero w zaułku za zakrętem, gdzie stał zaparkowany jego motocykl. – Czemu cię ugryzł? Dlaczego akurat w szyję? Czy on zwariował? – Daniel był naprawdę wściekły. – Jak już musiał pić twoją krew, mógł cię ugryźć w mniej widocznym miejscu, świetnie wie czym to grozi! – z jego ust wylał się potok niecenzuralnych słów. – To się stało po tym jak oddał swoją krew Cahirowi i w sumie to ja go do tego namówiłam. Mniejsza z tym. Co oni mu zrobią? Westchnął. – Pewnie zabawią się nim, a potem gdzieś zamkną na resztę nocy, żeby rano spłonął. – Co zrobimy? – zapytała dziewczyna rzeczowo. – My? Nic. Ty idziesz do domu. – Skoro nie chcesz mi pomóc, Cahir mi pomoże. Wzruszyła ramionami i zaczęła się odwracać. – Nie mieszaj go w to – warknął. – Jak się dowie to pewnie zabije tamtą trójkę i rozpęta się wojna. Sam to załatwię. – Jeżeli wyślesz mnie do domu, możesz być pewien, że go w to wmieszam. Gabrielę zdenerwowało, że próbę zabójstwa Eryka określa się mianem „to”. Daniel spojrzał na nią groźnie, ale widać było, że odpuścił. Spojrzał na nią, a potem niesamowicie szybko przytrzymał jej ręce i przygniótł ją do ściany. Nie zdążyła nawet zareagować. – Daniel… – zaczęła gniewnie, ale nie pozwolił jej dokończyć. Pocałował ją, na siłę rozchylając usta dziewczyny i wpychając do środka swój język. Tak ją trzymał, że nie mogła się poruszyć. Próbowała się wyrwać, ale nic to nie dało. Żołądek podjechał jej do gardła, nie wiedziała co się dzieje i dlaczego… Wreszcie Daniel puścił ją i się odsunął. Uderzyła go z całej siły w twarz, nie powstrzymał jej ręki, mimo, ze mógłby to zrobić z łatwością. Na policzku został mu czerwony ślad. – Nie rozumiem, co oni w niej widzą – wymruczał pod nosem. – Nawet nic nie poczułem. Łowca wsiadł na motor i sięgnął po zapasowy kask. – Jedziesz czy jednak się rozmyśliłaś? – zwrócił się tym razem do Gabrieli. Dziewczyna trzęsąc się ze złości wzięła kask, założyła i usiadła za nim, starała się to zrobić tak, żeby nie musieć go dotykać. Ona poczuła i to bardzo wiele, głównie wściekłość na Daniela i chęć mordu. Zawsze grał jej na nerwach, ale teraz znalazł się na samym czubku jej czarnej listy i to pisany dużymi, drukowanymi literami. Kiedy tylko usiadła Daniel ruszył. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Leżeli na płaskim dachu jednego ze starych, stoczniowych magazynów. Obserwowali znajdujący się naprzeciwko sporych rozmiarów budynek. Danielowi wcale się to nie podobało. Właściwie ostatnio nic mu się nie podobało. Czemu do cholery ma się zajmować ta głupią smarkulą? To nie jego sprawa! Zanim się nie pojawiła i Cahir nie zbzikował na jej punkcie żyło mu się całkiem dobrze. Do tej pory nie był pewien dlaczego zgodził się zająć chłopakiem, ale poza momentami, kiedy starał się dokonać jakichś heroicznych czynów, na przykład samotna walka ze stadem wilkołaków, to właściwie nie był upierdliwy, czasem nawet miał z niego pożytek. W duchu musiał przyznać, że od początku traktował Cahira jak syna, przynajmniej na swój pokręcony sposób. Natomiast Gabriela była upierdliwa. Doprowadzała go do białej gorączki. Tak bardzo przypominała matkę, a jednocześnie była jej zupełnym przeciwieństwem. Ładna, niewinnie wyglądająca blondyneczka, tyle, że jej płonące oczy w kolorze wiosennych liści, nie pasowały do niewinnej, dziewczęcej urody. Takie oczy mogłaby mieć czarownica, rusałka, albo syrena wiodąca na śmierć naiwnych głupich mężczyzn zaślepionych jej urokiem. Po za tym jej matka była dobrą, cichą dziewczyną, myślącą więcej o innych niż o sobie. Gabriela była natomiast wredna i egoistyczna. Był przekonany, że świetnie się bawi znęcając psychicznie nad chłopakiem. Niektóre rzeczy je też oczywiście łączyły, na przykład upór i odwaga. Musiał przyznać – dziewczyna była interesująca tyle, że mu żyło się całkiem dobrze z dala od tej cholernej rodziny i wiru wydarzeń, które się nierozłącznie z nią wiązały. Nie mógł sobie przypomnieć w jaki sposób Eliza namówiła go, żeby został pełnoetatową niańką. Przed budynkiem pojawili się łowcy. Mieli ze sobą Eryka. Daniel zauważył, że całkiem nieźle się bawili. Poczuł ukłucie żalu, że tego dnia on znalazł się w przeciwnej drużynie. Dziewczyna leżąca obok niego wydała zduszony jęk, kiedy jeden z nich, wyjątkowo brutalnie kopnął leżącego na ziemi wampira. Przysunął się do niej szybko, nie wydając nawet najcichszego dźwięku. Był zwinny jak drapieżny kot. Zatkał jej usta ręką. – Cicho bądź – syknął prosto do jej ucha – oni wszyscy mają doskonały słuch. Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Mniej więcej pół godziny przed wschodem słońca łowcy wrzucili związanego wampira do przeszklonego budynku, wsiedli na motocykle i odjechali. Daniel odczekał jeszcze chwilę, wziął Gabrielę na ręce i wraz z nią zeskoczył z dachu. Dziewczyna natychmiast pobiegła w stronę wampira. Bez trudu mógł ją wyprzedzić, nie zrobił tego jednak. Bawiła go. Kiedy przyszedł klęczała na podłodze z głową Eryka na swoich kolanach. Zza pasa wyciągnął ostry nóż, podał jej. Szybko przecięła więzy na nadgarstkach i kostkach wampira, a potem, czego Daniel nie mógł przewidzieć, podsunęła mu do ust swój nadgarstek. Rzucił się do przodu i odepchnął ją błyskawicznie. Eryk był przytomny, poturbowali go trochę, ale tak naprawdę, nie zrobili mu żadnej krzywdy, nie mieli przeciwko niemu dowodów, a nie mogli działać wbrew własnemu prawu, dlatego właśnie zostawili go tutaj, żeby sprawę za nich załatwiło słońce. Teraz oczy wampira zalśniły, śmiał się, rozbawiła go reakcja Daniela. Gabriela syknęła wściekle, podniosła się z podłogi. – Co ty do cholery wyprawiasz? – zwróciła się do Daniela. – Nie będzie pił twojej krwi – odparł tamten stanowczo. – Może niewiele wiem o waszym świecie, ale tyle, że wampir potrzebuje krwi, żeby się wyleczyć już zrozumiałam – odpowiedziała mu gniewnie, znowu próbując przysunąć się do Eryka. Odepchnął ją ponownie, zdecydowanie nie był delikatny. – Niech weźmie moją – zdecydował. Wampir wyglądał na naprawdę rozbawionego. Daniel zmierzył go wściekłym wzrokiem, ale zabrał dziewczynie swój czarny nóż, naciął sobie nadgarstek i uklęknął przy nim. Rany na ciele tamtego goiły się naprawdę szybko. Kiedy Daniel uznał, że wystarczy odsunął się od niego i spojrzał groźnie. Eryk wstał odrobinę chwiejnie, ale szybko dochodził do siebie. Gabriela przytuliła się do niego, a on delikatnie objął dziewczynę. – Już wszystko dobrze – szepnął do niej cicho. Daniel zobaczył coś dziwnego w oczach wampira, bardzo go to zaniepokoiło. Eryk nie był specjalnie starym wampirem, miał trochę ponad sto lat, ale to wystarczało, zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę jego powiązania krwi. No i jakby nie patrzeć był ponad dwa razy starszy od Daniela. Do tej pory był przekonany, że wampir bawi się dziewczyną, na przykład po to, żeby im dokuczyć, teraz nie był tego taki pewien. Krótko mówiąc Cahir będzie miał problem, a jeżeli zdecyduje się walczyć o Gabrielę, wszyscy będą mieli kłopoty. – Zamierzacie tu zostać i obejrzeć wschód słońca? – spytał opryskliwie. Popatrzyli na niego, jakby do tej pory nie zauważyli, że w ogóle tu jeszcze jest. Eryk spojrzał na Gabrielę. – Idź – powiedziała cicho. – Zobaczymy się później – odpowiedział miękko i zniknął. Daniel wiedział, że dzięki jego krwi wampir stał się teraz wyjątkowo silny. Może powinien jednak pozwolić dziewczynie oddać mu swoją? Nie był pewien właściwie dlaczego tak przeraził go ten pomysł. Gabriela podeszła do niego, stanęła tuż przy nim. W dłoni miała złożoną w długi prostokąt chustę. Wzięła go za rękę i obwiązała bandanką jego krwawiący nadgarstek. Przyjrzał jej się zaskoczony. Teraz jak nigdy dotąd przypominała mu Elizę, ale właśnie dlatego zdał sobie sprawę, że nią nie jest. Ona była po prostu sobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela obudziła się mocno niewyspana. Przez całą noc śniły jej się koszmary. Życie dziewczyny, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, przewróciło się do góry nogami. Niczego już nie była pewna. Przez chwilę rozglądała się po pokoju, zanim uświadomiła sobie gdzie właściwie jest. Zadrżała, gdy przypomniała sobie w jaki sposób znalazła się w domu Daniela. Nie, to wszystko co się wydarzyło nie było dziwacznym, koszmarnym snem. To była jej rzeczywistość. Gabriela boleśnie zdała sobie sprawę, że nie ma wyboru i będzie musiała się do niej przyzwyczaić. Przypomniała sobie o jeszcze jednym, dość istotnym fragmencie swojego życia, przecież teraz była studentką! Gwałtownie usiadła. Wzięła do ręki leżącą na nocnej szafce komórkę. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Dziewczyna zerwała się z łóżka. Była już spóźniona. Pobiegła do przylegającej do jej nowego pokoju, niewielkiej, ładnie urządzonej łazienki. Przynajmniej standardy mojego życia uległy zmianie na lepsze, pomyślała cierpko, pośpiesznie myjąc zęby, jednocześnie szykując czyste ubranie, szukając ręcznika i wykonując kilka innych porannych czynności. Po kwadransie zbiegała już po schodach w dół, a po pół godzinie wysiadała z zatrzymującego się przed uczelnią tramwaju. Przeklinała się w duchu, za to, że przegapiła wykład ze znienawidzonej socjologii. Była przekonana, że będzie miała z tego powodu jakieś problemy. Szybkim krokiem ruszyła przez park, prosto w kierunku uczelni. Nagle zatrzymała się w pół kroku. Przed nią, na wyłożonej kocimi łbami ścieżce, stał rudy wilk. Zagradzał jej drogę. W niczym nie przypominał wspaniałego zwierzęcia w jakie przemieniał się Cahir, nie zmieniało to jednak faktu, że dziewczynę ogarnął paniczny strach. Z krzaków po prawej stronie wyłonił się kolejny, odrobinę mniejszy i szarawy. Patrzył na nią złowrogo, żółtymi ślepiami. Dziewczyna, ignorując podszepty zdrowego rozsądku, wyminęła wilka i pędem puściła się ku budynkowi uczelni. Zatrzymała się dopiero w środku, z trudem łapiąc oddech. Jak nigdy dotąd, cieszyła się, że ma na sobie wygodne ubranie i adidasy. – Gabriela, gdzie byłaś? – usłyszała obok siebie głos Natalii. – Przegapiłaś socjologię, Chomik Vader zapowiedział nam kolokwium. – Dziewczyna wyciągnęła w jej kierunku plik kartek. – Trzymaj, skserowałam dla ciebie notatki. Gabriela lekko zaskoczona spojrzała na koleżankę. Wzięła od niej kserówki. Zawsze lubiła Natalkę, ale nie spodziewała się po niej aż takiej uprzejmości. Uśmiechnęła się na myśl o swoim wykładowcy, który został ochrzczony Chomikiem Vaderem, na cześć postaci z Lilo & Sticha. Tak, ta ksywka zdecydowanie oddawała jego osobowość. – Dzięki – powiedziała zupełnie szczerze, odganiając od siebie natrętne myśli o dziwnych wilkach i wszystkich innych nadnaturalnych rzeczach. W końcu nic się złego nie stało, a to było dla dziewczyny w tym momencie najważniejsze. Skupiła swoje myśli na problemach związanych ze studiami. – Chodź, bo spóźnimy się na lektorat – Natalka pociągnęła Gabrielę w kierunku sali w której miały odbywać się kolejne zajęcia. Dziewczyna wzruszyła ramionami i jak gdyby nigdy nic ruszyła za koleżanką. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Przed drzwiami sali, w której miały odbywać się zajęcia, kłębił się już spory tłumek. Pod jedną ze ścian stała ładna, wysoka, brunetka. Kiedy je zauważyła, przerwała rozmowę, którą podniesionym głosem prowadziła z koleżankami. – O! Natalka! Gdzieś ty się podziewała? Byłaś mi potrzebna! Przez ciebie nie mam kawy na zajęcia, w bufecie była taka straszna kolejka! Pulchna dziewczyna, o postrzępionych, rudawo-brązowych włosach spojrzała spłoszona na Karolinę. – Przepraszam, zaraz ci przyniosę – odezwała się potulnie. – No, mam nadzieję. Tylko pamiętaj, z mlekiem i bez cukru – odpowiedziała Karolina podchodząc do niej i wyjmując wpiętą we włosy dziewczyny spinkę. – Mówiłam ci, żebyś ich nie nosiła, wyglądasz jak byś była w przedszkolu, a nie na studiach. Natalia tylko potulnie skinęła głową. W Gabrieli aż się zagotowało. Naprawdę, nie wiedziała, czemu Natalka znosi takie zachowanie swojej pseudo przyjaciółki. Nic jednak nie powiedziała, zmierzyła Karolinę chłodnym wzrokiem i ruszyła za oddalającą się w kierunku bufetu koleżanką. – Czemu pozwalasz się jej traktować jak służącą? – zapytała prosto z mostu, kiedy dogoniła Natalię. Dziewczyna wzruszyła ramionami. Wpatrywała się w podłogę. Dłuższą chwilę milczała. – Lepsze to niż gdyby miała mi dokuczać. Nie jestem taka jak ty – odpowiedziała w końcu. – Nie wiem jakbym sobie wtedy poradziła… – Taka jak ja? – nie zrozumiała Gabriela. – Nie przejmujesz się tym, co mówią inni, prawda? Zawsze walczysz o swoje i zawsze wygrywasz… Chciałabym być taka jak ty – dodała smętnie – ale nie jestem. Nie mam na to dość odwagi. Gabriela spojrzała na koleżankę zaskoczona. Nigdy nie spodziewałaby się, że Natalia ma o niej takie właśnie zdanie. – To wszystko zależy tylko od ciebie – odpowiedziała najlepsze co jej przyszło do głowy. – Taak – westchnęła smętnie dziewczyna otwierając drzwi i wchodząc do już pustoszejącego bufetu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Po zajęciach Gabriela wyszła przed budynek uczelni zastanawiając się co ze sobą zrobić. Wcale nie miała ochoty wracać do domu Daniela. Na wieczór umówiła się z Erykiem, ale do zachodu słońca zostało jeszcze sporo czasu. Był ciepły, wiosenny, a właściwie już prawie letni, dzień. Usiadła na jednej ze znajdujących się na terenie uczelni, drewnianych, pomalowanych zieloną farbą, ławek. Wyciągnęła z plecaka książkę, uznając, że nie zaszkodzi się trochę pouczyć. Już po kilku minutach siedziała odcięta od świata, pogrążona w lekturze. – Hej, masz jakieś plany? – usłyszała nad sobą niepewny głos Natalki. – Yyy, właściwie to nie – odpowiedziała zaskoczona. – Czemu pytasz? – Pomyślałam, że może byśmy się przeszły na jakąś kawę czy coś – powiedziała cicho, speszona dziewczyna. Gabriela wstała z ławki chowając książkę. Założyła plecak uśmiechając się pogodnie do Natalki. – Pewnie, czemu nie – oznajmiła wesoło. – Gdzie idziemy? – Może Galaxy? – zaproponowała nieśmiało Natalia. – Ok. Uwielbiam kawę z Coffee Haven – powiedziała Gabriela, czując się zobowiązana do podtrzymania rozmowy, skoro to cicha i spokojna Natalka ośmieliła się na tyle, żeby podejść do niej i zaproponować wspólne wyjście. – Ja też – ożywiła się natychmiast dziewczyna. – No i mają boskie kanapki! – Aha – ucieszyła się Gabriela – mi smakują zwłaszcza te z białym serem i granatem. Fajny pomysł mieli. Natalia uśmiechnęła się uszczęśliwiona. Poszły na przystanek tramwajowy wesoło rozmawiając. Kiedy przechodziły przez park, Gabriela poczuła jedynie przelotny niepokój, ale szybko wygnała go ze swoich myśli. Była pewna, że tego dnia żadna przygoda rodem z kiepskiego horroru jej już nie spotka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ W centrum handlowym wypiły kawę, a potem poszły do kina. Gabriela zdziwiła się, że towarzystwo Natalii sprawia jej autentyczną przyjemność. Po seansie wyszły przed budynek Galaxy. Do zachodu słońca zostały jeszcze dwie godziny, a Gabriela w dalszym ciągu nie miała najmniejszej ochoty wracać do swojego tymczasowego domu. Żałowała, że nie może opowiedzieć o wszystkim Natalii, wiedziała jednak, że w najlepszym wypadku koleżanka uznałaby, że wymyśla sobie fantastyczne bajki. Zdecydowały się przespacerować na Wały. Szły przez park Żeromskiego, wesoło rozmawiając. W pobliżu nie było innych ludzi, to jednak nie zdziwiło w najmniejszym stopniu żadnej z dziewczyn. W tygodniu, o tej porze, większość mieszkańców miasta czas spędzała na zakupach lub po prostu w domach, odpoczywając po ciężkim dniu w pracy. – Gabriela… chodźmy inną drogą… – odezwała się nagle Natalia. Dziewczyna spojrzała pytająco na koleżankę. Tamta wskazała ręką przed siebie. Na wąskiej, pokrytej żwirem ścieżce siedział sporych rozmiarów rudy wilk. Gabriela wstrzymała oddech. – Myślę, że powinnyśmy wrócić – stwierdziła rozważając w myślach możliwości ucieczki. Natalka wyglądała na bardzo wystraszoną. Powoli zaczęły się cofać. Nie uszły jednak więcej niż kilka kroków, kiedy drogę zagrodziło im kolejne zwierzę. Wilk różnił się od poprzedniego jedynie barwą futra, która zamiast rudawej, była popielata. Z zarośli, po obu stronach drogi wyłoniły się dwa kolejne zwierzęta. Teraz wilków było już cztery. Gabriela jęknęła cicho, przypominając sobie to co wydarzyło się kilka dni wcześniej w piwnicy domu Daniela. Podejrzewała, że te stworzenia tutaj, wcale nie mają bardziej przyjaznych zamiarów. Stojąca obok Natalka zaczęła drżeć. Nagle, niczym jakieś leśne zwierzątko – spłoszona ofiara, rzuciła się do ucieczki. Rudy wilk natychmiast zerwał się i popędził za nią. Gabriela stała jak wmurowana w ziemię. Nie miała pojęcia co powinna zrobić, instynktownie jednak czuła, że bieg jest w tym wypadku najgorszym możliwym rozwiązaniem. – Czego ode mnie chcecie? – spytała najpewniejszym głosem, na jaki było ją stać w tej sytuacji. Wilki spojrzały po sobie jakby niepewnie. Potem ich wzrok skierował się z powrotem na dziewczynę. Zwierzęta powoli zaczęły przyjmować ludzkie kształty. Po chwili przed Gabrielą zamiast trzech wilków stało trzech speszonych, nastoletnich chłopaków. – My… – zaczął jeden, ale przerwał w pół słowa, ponieważ ścieżką nadchodził czwarty z nich. On także przybrał ludzką postać. Był młody, wyglądał jednak na kilka lat starszego od pozostałych. Niósł na rękach nieprzytomną Natalię. – Ja jej nawet nie dotknąłem – odpowiedział szybko na zaniepokojone spojrzenie Gabrieli – przysięgam! Sama zemdlała! Chyba się mnie przestraszyła… – dodał pełnym poczucia winy głosem. Gabriela westchnęła zrezygnowana, modląc się w duchu, żeby Natalii rzeczywiście nic się nie stało. Teraz, kiedy jej prześladowcy, zamiast atakować chcieli rozmawiać, ona sama przestała się bać. Poczuła natomiast gniew. – Kim jesteście, skąd się wzięliście i dlaczego za mną chodzicie? – zapytała spokojnie, z nutką irytacji w głosie. Stojąca na ścieżce przed dziewczyną trójka wyglądała na mocno zakłopotaną. Spojrzeli błagalnie na trzymającego w ramionach Natalię, kasztanowowłosego, szczupłego chłopaka o śniadej cerze. Młodzieniec głęboko zaczerpnął powietrza. – Jestem Maurycy Jaworski, to mój brat Wojtek – wskazał na ryżego szesnasto, może siedemnastolatka – Mirek Brzozowski i Kuba Michalski – przedstawił pokazując dalej. – Chodzimy za tobą – powiedział wahając się lekko – ponieważ bardzo potrzebujemy twojej pomocy… – I uważacie, że najlepszym sposobem proszenia o pomoc jest wystraszenie kogoś, ot tak, dla zabawy? – warknęła Gabriela nie zwracając uwagi na to, że ona jest sama a ich jest czterech, a na dodatek potrafili przemieniać się w wilki. Maurycy wyraźnie zmieszał się jeszcze bardziej. Spojrzał jednocześnie błagalnie i przepraszająco na Gabrielę. – My nie chcieliśmy… – powiedział łagodnie. – Nie mieliśmy pomysłu, na to jak do ciebie podejść… – A nie przyszło wam do głowy, że moglibyście zrobić to w ludzkiej postaci?! – zirytowała się jeszcze bardziej dziewczyna. Gabriela westchnęła uznając, że nie, ponieważ wszyscy nagle zainteresowali się swoimi butami. No właśnie, co działo się z ich cholernym ubraniem, kiedy zmieniali się w wilki? – Zastanowiła się dziewczyna. Postanowiła jednak, że zada to pytanie innym razem. Do tej pory nie przyszło jej do głowy, żeby zapytać o to Cahira. – Przepraszamy – odezwał się w końcu Maurycy po dłuższej chwili ciszy – nie pomyśleliśmy o tym… – Czego konkretnie ode mnie oczekujecie? – zapytała zupełnie zrezygnowanym głosem. Nagle zrobiło jej się żal młodych wilkołaków, którzy w tym momencie, wyraźnie wyglądali na zwyczajnie zagubionych. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Olbrzymi czarny wilk biegł przez las. Przepełniało go uczucie irytacji. Cahir miał serdecznie dosyć śledzących go od kilku dni cieni. Postanowił się ich pozbyć, dlatego właśnie przybrał postać wilka. Teraz pędził przez las, pełen poczucia, że jest znacznie szybszy od śledzących go postaci. Wrócił do miasta okrężną drogą i dopiero na jego obrzeżach przyjął ludzką postać. Tak jak się spodziewał, prześladowców nigdzie nie było. Udało mu się ich zgubić. Zadowolony z siebie wsiadł do jadącego w kierunku centrum autobusu. Kiedy wysiadł, przez dłuższą chwilę wahał się jaki wybrać kierunek. Miał wielką ochotę zobaczyć Gabrielę, wiedział jednak, że dziewczyna umyślnie go unika. Ze smętnym westchnieniem, niechętnie powlókł się w stronę stojącego w centrum miasta, przeszklonego apartamentowca. Wjechał windą na dwunaste piętro i otworzył grube, obite ciemną skórą drzwi. Pomieszczenie do którego wszedł było przestronne i jasne. Za wielkimi szybami rozciągała się panorama miasta. Było stąd widać nawet oddaloną o kilkanaście minut drogi piechotą Odrę. Lokal przypominał zarówno luksusowo urządzone mieszkanie, jak i gabinet. Na obitych czarną skórą fotelach siedzieli wygodnie rozparci mężczyźni. Rozmawiali od czasu do czasu wybuchając śmiechem. Zawyli zgodnie z uciechy na widok Cahira. – O przyszedł nasz bohater – odezwał się jeden z nich jednocześnie drwiącym i rozbawionym tonem, jak i z nutą podziwu w głosie. – Naprawdę sam poszedłeś walczyć z całym stadem, chłopie? Jakoś nie mogliśmy uwierzyć Danielowi… Cahir tylko skinął głową. Podszedł do mężczyzn i usiadł na brzegu czarnej kanapy. – Rozwiązałem wasz problem – oznajmił – teraz wy rozwiążcie mój. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel niespokojnie chodził po pokoju. Rozmyślał. Zdawał sobie sprawę, że jego kumple najchętniej załatwiliby wszystko za pomocą brutalnej siły. Sam nie mógł się sobie nadziwić, że to on był tym, który uspakaja resztę. Gdyby coś jednak się stało… nie mógł do tego dopuścić… zbyt wiele miał teraz do stracenia. W pomieszczeniu rozbrzmiewała ożywiona dyskusja, której Daniel przysłuchiwał się z uwagą. Cahir pokręcił głową. – Stado jest w rozsypce, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Nie mają żadnej organizacji. Nie powinni stanowić problemu. Postawny blondyn z blizną na lewym policzku spojrzał na chłopaka z politowaniem. – Właśnie dlatego teraz jest dobry moment, żeby się nimi zająć – powiedział spokojnie, znużonym tonem, jakby coś tłumaczył głupiemu dzieciakowi. Cahir obrzucił go ponurym spojrzeniem czarnych jak noc oczu. – To co proponujecie, to zwyczajna eksterminacja! – powiedział napiętym, pełnym złości głosem. –  Chcecie ich zgromadzić w jednym miejscu i pozabijać jednego po drugim. Jakby byli stadem szczurów! Tego właśnie spodziewał się Daniel. Wiedział, że Cahirowi ten pomysł nie przypadnie do gustu. Nie miał zamiaru pozwolić na to, żeby chłopak wdawał się w beznadziejne i daremne kłótnie z Łowcami. – Niech robią co chcą – oznajmił cicho, beznamiętnym tonem. – To już nie nasza sprawa. Kundle nie mają teraz przywódcy. Nikt nie wstawi się w ich imieniu. – Ale… – zaczął Cahir, chłodne spojrzenie przenosząc z mężczyzny z blizną na Daniela. – Nie! – odpowiedział stanowczo tamten. – Koniec dyskusji. Zabiłeś przywódcę stada, za co jesteśmy ci bardzo wdzięczni, ale z własnego wyboru nie jesteś jednym z nas. To nie twoja sprawa. Nie mieszaj się do tego. W czarnych oczach Cahira zapłonął żywy ogień. – Tak nie można, nie możesz na to pozwolić! – powiedział pełnym emocji głosem chłopak. – Daniel… – Powiedziałem, zamilcz! – warknął tamten. Cahir obrzucił go gniewnym, ponurym spojrzeniem, ale więcej się nie odezwał. Wstał z kanapy i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Dochodziła dziewiąta. Słońce chowało się za horyzontem. Cahir szedł szybkim krokiem przez opustoszałe o tej porze ulice Pogodna. Ręce same zaciskały mu się w pięści. Był wściekły na Daniela, był wściekły na Łowców, był wściekły na Gabrielę. Wszystko układało się nie tak jak powinno. Zatrzymał się dopiero przed samym domem. Nie miał ochoty wchodzić do środka. Zrezygnowany opadł na prowadzące na ganek niskie stopnie. Nie przychodziło mu do głowy nic sensownego, żadne rozwiązanie podłej sytuacji, w jakiej się znalazł. Czuł się koszmarnie. Wiedział, że masowe morderstwo, którego dopuszczą się Łowcy na tych głupich, słuchających rozkazów dzieciakach jest po części jego winą. Nagle chłopak stał się bardziej czujny. Z wnętrza domu dochodziły jakieś przyciszone głosy. Ktoś był w środku. Gwałtownie wstał. Cicho, niczym cień, otworzył frontowe drzwi i wśliznął się do środka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Oczy Gabrieli rozszerzyły się ze zdumienia. Wiedziała, że jej nowy świat jest dziwnym i brutalnym miejscem, ale nigdy przez myśl nie przeszło jej, że tak naprawdę żyje teraz w jakimś koszmarze. Siedzieli w wygodnych fotelach, w salonie domu Daniela. Ciągle nieprzytomna Natalia, leżała na kanapie, starannie okryta przez Gabriele wełnianym pledem. Mimo ładnej pogody, w zbudowanym z czerwonej cegły domu, było naprawdę chłodno. – Próbowaliśmy sami z nim porozmawiać, naprawdę – kontynuował przejętym głosem Maurycy – ale nie pozwolił nam na to. Jest od nas szybszy i silniejszy. Nie udało nam się nawet do niego zbliżyć. Potem na tobie wyczuliśmy jego zapach… wtedy zaczęliśmy cię śledzić… Pomożesz nam? – spytał z nadzieją w głosie. Gabriela popatrzyła po twarzach, siedzących w napięciu wilkołaków. Mimo, że wzrostem każdy z nich przewyższał ją przynajmniej o głowę, byli jeszcze nastolatkami, którym daleko do dorosłego życia. Dowiedziała się, że Wojtek i Mirek mają dopiero po czternaście lat, Kuba miał piętnaście, a najstarszy z nich Maurycy był jej rówieśnikiem. W tym momencie wyglądali jedynie na zagubione, nieporadne dzieci. Przywodzili jej na myśl bandę zaginionych chłopców z Piotrusia Pana. Po prostu nie mogła ich tak zostawić. – Jeżeli wszystko dobrze zrozumiałam – zaczęła dziewczyna patrząc Maurycemu w oczy – wasze stado liczyło siedemnastu członków… – Maurycy przytaknął, ale jej nie przerywał. – Cahir zabił waszego przywódcę… Wcześniej troje z was zaginęło… za to teraz starsi dla zabawy zabijają wszystko co się rusza, a wy nie wiecie co ze sobą zrobić, a na dodatek boicie się, że Łowcy rozpoczną na was polowanie? Maurycy ponownie przytaknął, tym razem jednak postanowił się odezwać. – Właściwie to zostało nas już tylko siedmioro – powiedział cicho. – A jeżeli tamta trójka też nie żyje, to tylko nas czworo. Wczoraj w nocy starsi za bardzo zaszaleli i do polowania na nas przyłączyły się także wampiry. Tak naprawdę, to żyjemy tylko dlatego, że nie było nas wtedy w legowisku… Gabriela westchnęła. Coraz mniej lubiła ten okrutny, fantastyczny świat, w którym przyszło jej się znaleźć. – I chcecie, żebym porozmawiała z Cahirem w waszym imieniu? Czego właściwie od niego oczekujecie? – zadała pytanie, na które jedynie mogła domyślać się odpowiedzi. – Zabił samca alfa, przywódcę stada… przynajmniej w teorii powinien zająć jego miejsce – westchnął smętnie chłopak. – Bez niego zwyczajnie nie mamy szans przeżyć. Przez prowadzące do salonu drzwi wsunął się wychudzony, szarawy wilk. Gabriela zupełnie zapomniała o jego obecności. Kiedy spostrzegli go pozostali, zaczęli szeptać między sobą podnieconymi głosami. Wilk wszedł do pomieszczenia, powoli, jakby nieśmiało. Powietrze wokół zwierzęcia zawirowało, a na miejscu zwierzęcia stanął szczupły, blady chłopak. Wilkołaki zgodnie zawyły z radości. Chłopcy zerwali się ze swoich miejsc i podbiegli do nowo przybyłego, tylko Maurycy zachował pozorny spokój, ale na jego twarzy również pojawił się szeroki uśmiech. – Emil! Ty żyjesz! – wykrzyknął rozpromieniony Mirek poklepując przyjaciela po plecach. We trójkę otoczyli chłopca na przemian to dusząc go w uściskach, to śmiejąc się wesoło. – Co się z tobą działo? – zapytał zaintrygowany Wojtek. – Gdzie ty do cholery byłeś? – pytał już w tym samym momencie Kuba. Wokół powstał chaotyczny, wesoły rozgardiasz. Maurycy wstał z fotela. – Spokój – wrzasnął, tak, że cała czwórka w jednej chwili zwróciła na niego uwagę. – Dajcie mu dojść do słowa i przestańcie go dusić – warknął na chłopaków, ale z jego twarzy w dalszym ciągu nie schodził wesoły, pełen nadziei uśmiech. Kiedy chłopacy odsunęli się od Emila, tamten niepewnie podszedł bliżej. Stanął kilka kroków od Maurycego. Zatrwożonym wzrokiem spojrzał w twarz, znacznie wyższego od siebie chłopaka. – Moi opiekunowie nie żyją – powiedział lekko drżącym głosem – zabili ich Illi’andinn, kiedy polowali na krwiopijcę. Nie należę już do stada, zdradziłem was – oznajmił spokojnie spuszczając wzrok. Maurycy westchnął. – Nie ma już żadnego stada – oznajmił. – Zostaliśmy tylko my. Przywódca nie żyje. Nie poczułeś tego? Emil przecząco pokręcił głową. – Widocznie już wtedy nie należałem to stada – stwierdził z wyraźnie słyszalnym w głosie żalem i smutkiem. Gabriela także wstała z fotela. Zaintrygowana rozmową wilkołaków stanęła u boku Maurycego. Oczy Emila rozszerzyły się na jej widok. Wyglądało na to, że chłopiec dopiero teraz zauważył jej obecność. Spojrzał na nią jadowicie, z prawdziwą nienawiścią. – To ona – warknął – to przez nią zdradziłem stado. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Powietrze zawirowało i Emil w jednej chwili znowu przemienił się w wilka. Z wyszczerzonymi kłami rzucił się w kierunku dziewczyny. Maurycy zareagował błyskawicznie. Momentalnie na miejscu chłopaka pojawił się pokaźnych rozmiarów, rudy drapieżnik. Skoczył, odpychając całym ciężarek ciała Emila, jednocześnie przewracając Gabrielę na podłogę. W tym momencie w drzwiach pojawiło się wspaniałe, czarne jak noc zwierzę. Z jego krtani wydobył się groźny, złowieszczy warkot. Jednym potężnym susem znalazł się tuż przy Maurycym. Chwycił zębami rudego wilka za gardło. Oszołomiona Gabriela podniosła się z podłogi. Przerażonym wzrokiem ogarnęła toczącą się w pokoju, brutalną walkę. Rudy wilk, skamląc, próbował się wyrwać znacznie potężniej zbudowanemu przeciwnikowi. Pozostali chłopacy, po chwili oszołomienia także przybrali swoje zwierzęce postacie i teraz doskakiwali na przemian do czarnego drapieżcy, starając się za wszelką cenę pomóc przyjacielowi wyrwać z jego śmiercionośnych zębów. Gabriela niejasno zdawała sobie sprawę, że jeszcze chwila, a czarny wilk, zmiażdży rudemu krtań. Niewiele myśląc rzuciła się pomiędzy walczące zwierzęta. – Cahir! Przestań! Zostaw go! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. Czarny wilk spojrzał na nią jednocześnie zaskoczonymi i pełnymi furii oczami, ale puścił gardło rudego. Odsunął się odrobinę, stając tak, żeby znaleźć się między dziewczyną, a drapieżnikami. Warknął groźnie. Wilki odsunęły się, podkulając ogony. Położyły się na brzuchach w geście poddaństwa. Emil cicho zaskamlał, przerażony tym, co planował zrobić. Tylko rude zwierzę leżało na podłodze, ciężko dysząc. Z rany na jego karku sączyła się ciemna, tętnicza krew. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wracał do domu w naprawdę podłym humorze. Ani trochę nie podobało mu się to, że ma pod opieką dwójkę smarkaczy, jak w myślach określał Gabrielę i Cahira. Jeszcze bardziej denerwował go fakt, że naprawdę się o nich martwił i nie potrafił się wyzbyć tych przytłaczających, ludzkich uczuć. To nie był on, nie tak powinno wyglądać jego życie. Szybkim krokiem minął Syrenie Stawy i znalazł się przy schronisku dla bezdomnych zwierząt. Z ciasnych boksów, jak zwykle słychać było rozpaczliwe, pełne tęsknoty szczekanie. Jednak tym razem czuły słuch Daniela wyłapał jeszcze inne dźwięki. Instynktownie wiedział, że coś jest nie tak. Wyczuwał zbliżające się zagrożenie. Teraz był pewien, że miał rację. Ktoś lub coś z jakiegoś powodu polowało na dziewczynę. Nie mógł bezsensownie tracić czasu. Szybkim ruchem zdjął przeszkadzającego mu w tym momencie, czarnego t-shirta i rozłożył olbrzymie, szare skrzydła, które w jednej chwili pojawiły się jakby z mgły otaczającej mężczyznę. Potem po prostu wzbił się w powietrze, wzlatując wysoko, w ciemne, wieczorne niebo. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk zaczynał się niepokoić. Coś było nie tak. Umówił się z Gabrielą na Starym Mieście, jednak czekał już dobre pół godziny, a dziewczyna wciąż się nie pojawiała. Gabriela po prostu nie miała w zwyczaju się spóźniać. Wyciągnął telefon. Dziewczyna nie odbierała. Wampir nie miał najmniejszej ochoty na ponowne spotkanie z Illi’andinn zdawał sobie jednak sprawę, że może nie mieć innego wyjścia. Nie był do końca pewien dlaczego w ogóle się tym przejmuje, ale już po chwili stał w miejscu, w którym wolałby się już nigdy więcej nie znaleźć,  przed domem jednego ze swoich najbardziej znienawidzonych i niebezpiecznych wrogów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir przybrał swoją ludzką postać. Nie był pewien w jakiej sytuacji się znalazł. Zaczął jednak odczuwać niepokój i wiedział, że to nie obecność tych głupich dzieciaków go wywołuje. – Nic ci nie jest? – zwrócił się zatroskany do Gabrieli. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Dopiero wtedy odwrócił się w stronę leżących na podłodze wilków. – Macie pięć sekund, żeby się przemienić – powiedział cichym, groźnym głosem. Wilkołaki wyraźnie przejęły się groźbą zawartą w głosie Cahira, bo już po chwili, zamiast zwierząt w pokoju znalazło się czterech rzucających zatrwożone spojrzenia chłopaków. Czarnooki młodzieniec omiótł ich niechętnym spojrzeniem. Potem jego wzrok spoczął na leżącym na środku pokoju rudym wilku. – Ty też – rozkazał. – Umrze, jeżeli to zrobi – ośmielił się odezwać Wojtek. Cahir obrzucił go wściekłym spojrzeniem. – Nie pytałem cię o zdanie – warknął. Gabriela wyminęła stojącego przed nią Cahira. Uklęknęła przy ciągle krwawiącym, rudym wilku. – Daj mu spokój – powiedziała pewnym głosem – gdyby nie on, to ja bym tu teraz leżała z przegryzionym gardłem. Emil słysząc te słowa schował się za stojącymi przy nim starszymi kolegami. W jego oczach czaił się strach. – Ale… – zaczął znacznie mniej pewnie Cahir. – Nie obchodzi mnie w tej chwili nic co masz do powiedzenia – przerwała mu gniewnie dziewczyna – chyba, że dotyczy to tego w jaki sposób można mu pomóc – powiedziała delikatnie dotykając dłonią rudej sierści wilka. Cahir ze zrezygnowanym westchnieniem podszedł do dziewczyny. Uklęknął na podłodze tuż przy niej. Położył rękę, na jej dotykającej wilczej sierści dłoni. Gabriela spojrzała na niego pytająco. Chłopak pokręcił tylko głową, gestem nakazując jej milczenie. Rudy wilk zaskowyczał z bólu. Szarpnął się gwałtownie, by po chwili znów znieruchomieć. Powietrze wokół niego zawirowało i tuż przy nich pojawił się Maurycy. Jego twarz była bardzo blada, z trudem łapał oddech, ale na jego ciele nie było widać nawet śladu krwi. Cahir wstał, niechętnie odsuwając się od dziewczyny. – Czy teraz ktoś łaskawie wytłumaczy mi o co tu chodzi? – spytał znużonym, pełnym rezygnacji głosem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir roześmiał się gorzko. Obrzucił znajdujących się wokół niego ludzi niedowierzającym spojrzeniem. Ich prośba była w jego mniemaniu po prostu irracjonalna. – Nie – powtórzył po raz niewiadomo który. – Nie możesz ich tak zostawić – powiedziała cicho, siedząca obok chłopaka Gabriela. Cahir spojrzał na dziewczynę zbolałym wzrokiem. Dlaczego do niej, do licha, nie docierały żadne logiczne i racjonalne argumenty?! – Nie jestem wilkołakiem – powiedział powoli, mimo zirytowania, najspokojniej jak tylko potrafił. – Nic nie mogę dla nich zrobić. – Owszem, możesz, tylko nie chcesz – syknęła Gabriela patrząc na Cahira bystrym, spojrzeniem wiosennie zielonych oczu. W jej wzroku było coś takiego… Cahir naprawdę miał ochotę spełnić jej życzenie, był jednak przekonany, że to, o co prosi zwyczajnie nie jest możliwe. Postanowił spróbować z innej strony. – Gabi… widziałaś co się stało, kiedy wziąłem odpowiedzialność za jednego z nich – tu znacząco spojrzał na skulonego w kącie Emila – wyraźnie może omijać moje rozkazy. Nie jestem wilkołakiem – powtórzył cierpko – nie nadaję się do tego. – Mylisz się – powiedział prawie niedosłyszalnym, drżącym głosem Emil. – Kazałeś mi zostać w domu – kontynuował cicho, kiedy wszyscy odwrócili się zaskoczeni w jego stronę. – Nie mogłem się stąd ruszyć. Próbowałem. – Więc dlaczego zaatakowałeś Gabrielę? – warknął na dzieciaka Cahir. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, ponieważ Gabriela zerwała się ze swojego miejsca i podbiegła do skulonej na kanapie Natalii, która musiała ocknąć się już jakiś czas temu i teraz siedziała z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się przerażonym wzrokiem w otaczających ją ludzi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wpadł do domu jak burza. Kiedy jednak znalazł się w salonie stanął w drzwiach jak wryty. Rozejrzał się z niedowierzaniem po pomieszczeniu. Na kanapie i fotelach siedział cały tłum dzieciaków. – Przepraszam, naprawdę nie chciałem cię wystraszyć – mówił uspokajającym głosem jakiś młody chłopak do siedzącej na kanapie, przeciętnej urody dziewczyny, która wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Gabriela siedziała tuż przy niej, z zaniepokojonym wyrazem twarzy, a obok niej z gradową miną przycupnął Cahir. Daniel zauważył też Emila, który przyciszonym głosem rozmawiał o czymś z dwoma młodymi chłopakami. Rozpoznał w nich wilkołaki z rozbitego stada. No cóż, to nie miało znaczenia. Oni wszyscy byli już martwi. Teraz musiał po prostu zabrać stamtąd córkę Elizy. To było w tej chwili najważniejsze. – Co to za zebranie? – spytał groźnie, wchodząc do własnego salonu. – Nie przypominam sobie, żebym zapraszał gości. Gabriela na jego widok natychmiast zerwała się z kanapy. – Ja ich zaprosiłam – powiedziała spokojnie, patrząc mu odważnie w oczy. – Świetnie – odpowiedział – to teraz ich wyproś, a potem wracasz do Irlandii. Dziewczyna spojrzała na niego niedowierzająco. W jej szmaragdowych oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. – Nie będziesz mi mówił co mam robić – warknęła – nie jesteś moim ojcem! – Świetnie – odpowiedział już na dobre rozgniewany – nawet nie wiesz jak się z tego powodu cieszę! Ale to w dalszym ciągu jest mój dom i oni mają się z niego wynieść, a ty tak czy siak wracasz do Irlandii. Cahir stanął u boku dziewczyny. W jego spojrzeniu nie było ani trochę mniej uporu i zawziętości niż u Gabrieli. – Jeżeli stąd wyjdą, to zginą – oznajmił cicho – dlatego tu zostaną. A Gabi nigdzie nie jedzie. Daniel nie miał najmniejszej ochoty spierać się z tą dwójką, nie chciał jednak też do niczego zmuszać Cahira, bo wiedział jakie niesie to ze sobą konsekwencje. – Oni i tak są już martwi – powiedział spokojnie obrzucając pogardliwym spojrzeniem przysłuchujące się uważnie wilkołaki. – Nie mają przywódcy, ich stado zostało wytępione. Przyjmij, że to naturalna selekcja przy której giną słabe, nieporadne jednostki. Łowcy już rozpoczęli polowanie. Te dzieciaki nie mają żadnych szans. Spojrzenie Cahira stwardniało. Jego twarz przybrała jeszcze bardziej zacięty wyraz. Widać było, że podjął właśnie jakąś ważną, wiele znaczącą decyzję. – To moje stado – oznajmił chłodnym, pewnym głosem – i będę go bronił jeżeli zajdzie taka potrzeba. Wilkołaki popatrzyły na czarnookiego młodzieńca z niedowierzaniem, a potem jak na komendę cała piątka zawyła z radości. Gabriela spojrzała na Cahira zaskoczona, a potem, impulsywnie przysunęła się do niego jeszcze bliżej i przytuliła do chłopaka całą swoją niewielką osobą. Objął ją delikatnie, gładząc jej złote włosy. Daniel już nawet nie próbował ukrywać swojej złości. – Świetnie, więc planujesz narażać siebie i Gabrielę dla bandy obcych dzieciaków? – warknął. Cahir przecząco pokręcił głową. – Nie. Odpuszczą, kiedy im to przekażesz. – Ja im przekażę?! – spytał coraz bardziej rozgniewany Daniel. – Tak – odpowiedział stanowczo chłopak. – Ciebie posłuchają. W tym momencie Daniel miał ochotę po prostu rozkazać Cahirowi pozabijać ich wszystkich, tak jak stoją. Wiedział, że chłopak nie miałby wyjścia, musiałby go posłuchać. Już zamierzał wypowiedzieć te słowa, kiedy napotkał błagalne spojrzenie zielonych oczu Gabrieli. Wtedy coś w nim pękło i zdał sobie sprawę, że nie chodzi tu już tylko o Elizę. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś powodu zależało mu na tym, żeby dziewczyna nie czuła do niego nienawiści. Zresztą nie mieli czasu na bezowocne kłótnie. – Zgoda – powiedział cicho, rozluźniając napięte do tej pory mięśnie. Cahir spojrzał niedowierzająco na swojego wieloletniego przyjaciela i opiekuna. Nie mógł uwierzyć, że tamten tak po prostu się zgodził.  – Ale pod jednym warunkiem – powiedział już zupełnie spokojnym, ciągle jednak śmiertelnie groźnym i poważnym tonem Daniel. – W tej chwili spakujesz rzeczy dziewczyny i wynosimy się stąd. Teraz – podkreślił dobitnie. Cahir skinął głową. Nabierał coraz większego przekonania, że zagrożenie które odczuwa jest rzeczywiste. Daniel tylko potwierdził jego obawy. Odsunął się niechętnie od Gabrieli i zniknął w prowadzącym do schodów na wyższe piętro korytarzu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Nie wracam do domu – oznajmiła stanowczo Gabriela, kiedy Cahir zniknął za drzwiami. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie – odpowiedział ponuro Daniel. W drzwiach salonu pojawił się Eryk. Gabriela jęknęła w duchu. Przez całą tę sprawę z wilkołakami, zupełnie zapomniała, że umówiła się tego dnia z wampirem. W jednej chwili znalazł się tuż przy dziewczynie. Przytulił ją do siebie, a ona przylgnęła do niego ufnie. Daniel spojrzał na nich z dezaprobatą, ale nic nie powiedział. – Nie możesz tu zostać – stwierdził spokojnie Eryk, delikatnie odsuwając od siebie Gabrielę. – Grozi ci niebezpieczeństwo. Ja też to czuję. Dziewczyna spojrzała w jego głębokie, błękitne oczy. – Nie wrócę do domu – powtórzyła tym razem cicho i spokojnie. – Dobrze – odpowiedział. – Nie musisz wracać do domu. Po prostu się stąd wynieśmy, potem pomyślimy co dalej. Zgoda? Niepewnie skinęła głową. Po krótkiej chwili do pokoju wrócił Cahir. Niósł ze sobą dwie torby podróżne. Jedną z nich oddał Danielowi. Kiedy jego wzrok spoczął na Eryku, przez twarz chłopaka przebiegł grymas bólu, nie odezwał się jednak ani słowem. Najważniejsze było teraz bezpieczeństwo Gabrieli. Jego uczucia nie miały w tym momencie najmniejszego znaczenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wieczór powoli przemieniał się w noc, gwiazdy świeciły jasno na ciemnym, bezchmurnym niebie. Nad miastem widać było bladą łunę stworzoną przez sztuczne światła domów i latarni. Grupka ludzi tłoczyła się przy czarnym, sportowym Alfa Romeo. – Nie ma mowy – wycedził Daniel przez zęby. – Oni z nami nie jadą! – Oczywiście, że jadą – powiedział zdecydowanym tonem Cahir. – Nie zostawimy ich znowu samych, poza tym mogą się przydać. – Niby do czego? – warknął blondyn. – Przecież to tylko banda głupich smarkaczy! Zresztą i tak się wszyscy nie zmieścimy w jednym samochodzie. Cahir wzruszył ramionami. – To nie ma znaczenia. Bez problemu mnie znajdą. – Nie chciałbym wam przeszkadzać – wtrącił się Eryk, cały czas obejmując ramieniem stojącą przy nim Gabrielę – ale naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. Moglibyście dokończyć waszą dyskusję później? Obydwaj obrzucili wampira wrogimi spojrzeniami, ale zgodnie zamilkli. – Świetnie – stwierdził w końcu Daniel patrząc pogardliwie w kierunku wilkołaków – skoro tak wysoko oceniasz ich umiejętności, to niech idą za nami. Jeżeli zgubią ślad, zostawimy ich samych sobie, jeżeli będą potrafili nas odnaleźć to istnieje dla nich jeszcze jakaś nadzieja. Cahir skinął głową. – Poradzicie sobie? – zwrócił się do Maurycego, który nie spuszczał wzroku z ciągle pobladłej na twarzy Natalii. – Znajdziemy cię – odpowiedział pewnie chłopak. – Więc załatwione – ucieszył się pełnym sarkazmu głosem Daniel. – Wsiadajcie, jedziemy. – Zrobię czego sobie życzycie – powiedziała złowieszczo Gabriela – ale najpierw odwieziecie do domu Natalkę. Daniel tylko przewrócił oczami, siadając za kierownicą sportowego wozu. Wyraźnie uznał, że kolejna kłótnia zwyczajnie nie ma sensu. Odwiozą do domu przerażoną smarkulę, a potem oddalą się jak najszybciej, byle dalej od tego parszywego, pełnego czarnej magii miasta. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Kiedy jechali przez miasto, już z daleka słychać było ryk syren strażackich. Nad domami unosiły się szare kłęby dymu. W poprzek ulicy, przy której znajdowała się kamienica Natalii, policjanci ustawili szlaban, nikomu nie pozwalając przejechać. Na chodnikach po obu stronach blokady stał tłum gapiów, przyglądając się z zainteresowaniem sprawnej, strażackiej akcji ratowniczej. Daniel zaparkował przy krawężniku i wysiadł by zorientować się w sytuacji, w miejscu zatrzymał go jednak paniczny krzyk Natalii. Próbowała wydostać się z samochodu, ale siedzący obok dziewczyny Eryk, skutecznie ją przytrzymał. – Puść mnie, to mój dom! – krzyczała dziewczyna. – Pali się mój dom! Wampir przytulił do siebie rozhisteryzowaną dziewczynę, która przestała krzyczeć, zamiast tego wylewając morze łez. Gabriela i Cahir wysiedli z samochodu. Cały szereg kamienic płonął nienaturalnym, czerwono-pomarańczowym ogniem. Obserwujący tragedię ludzie szeptali między sobą przerażeni, Gabriela słyszała urywki ich rozmów: „wybuch gazu”, „wszystko w środku się zawaliło”, „nikt nie przeżył”, „to się stało tak nagle! ogień od razu przeskoczył na sąsiednie domy!”. Nagle uwagę dziewczyny przyciągnęły czarne, lecące nad dachami domów cienie. Chwyciła rękaw stojącego obok niej Cahira, wskazując mu niebo. Daniel też je zauważył. Zaczął przeklinać. – Do samochodu, szybko – warknął. Ani Gabriela, ani Cahir tym razem nie zamierzali protestować. Wsiedli szybko, do zaparkowanego przy krawężniku Alfa Romeo. Kiedy tylko znaleźli się w środku, Daniel ruszył z piskiem opon. Wydostał się z miasta, najszybciej jak potrafił, kierując się ku niemieckiej granicy. Kiedy znaleźli się na prowadzącej do Kołbaskowa szosie, Daniel gwałtownie przyspieszył. – Zwariowałeś? – syknęła Gabriela, kiedy rzuciło nią na tylnym siedzeniu. – Śledzą nas – odpowiedział spokojnie blondyn. – Nie wiem dlaczego, ale za nami lecą. Dziewczyna wyjrzała przez tylną szybę. Rzeczywiście, leciało za nimi całe stado mrocznych cieni, zasłaniając co jakiś czas gwiazdy na bezchmurnym niebie. Wyglądały jak olbrzymie, przerażające nietoperze. Wkrótce minęli niemiecką granicę i wyjechali na autostradę. Daniel nie zatrzymywał się przez całą prawie noc. Natalia, zmęczona długim łkaniem usnęła z głową na ramieniu Eryka. Gabriela siedziała zamyślona, wpatrując się w okno. Powoli zaczynało świtać. – Mamy jakiś plan? – zapytał ziewając przeciągle Cahir. – Aha – oznajmił ponuro Daniel. – Jedziemy do Kale, a potem do Dover, stamtąd już niedaleko do Kilkenny, a tam smarkulą zaopiekuje się ojciec, a ja będę miał święty spokój. – Bardziej miałem na myśli to, że zbliża się świt, a mamy w samochodzie wampira – uśmiechnął się ponuro Cahir. Daniel wzruszył ramionami. – Zatrzymam się, to wysiądzie, dalej będzie sobie musiał radzić sam – oznajmił. – To nie najlepszy pomysł – powiedział cicho Cahir. – Te cienie… nie jesteśmy w stanie z nimi walczyć, ich dotyk zabija. Eryk już jest martwy, dla niego nie stanowią zagrożenia. Tylko on będzie mógł skutecznie bronić przed nimi Gabrielę. – Dlaczego uważasz, że miałby chcieć nam pomóc? – żachnął się Daniel. – Pomogę – powiedział spokojnie Eryk – ale nie wam, tylko Gabrieli. Zrobię co w mojej mocy, żeby nie stała się jej żadna krzywda. – Dobrze – westchnął zrezygnowany Daniel. – Zatrzymamy się w najbliższym motelu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zamiast zatrzymać się w motelu, przy prowadzącej do Berlina szosie, Daniel skręcił do oddalonego sto kilometrów od Drezna Tropical Island. Zatrzymał samochód na olbrzymim parkingu pod kompleksem. – Zwariowałeś? – warknął na niego Cahir. – Co my tu do cholery robimy? Blondyn zmierzył go chłodnym wzrokiem. Zanim jednak zdążył udzielić kąśliwej odpowiedzi, odezwał się Eryk. – To dobre miejsce – stwierdził. – Spędzimy dzień w tłumie ludzi, a do tego, w razie czego znacznie łatwiej ukryć się tutaj,  niż byłoby w motelu. Gabriela nie protestowała. Chciała po prostu jak najszybciej się stąd wynieść. Nie wiedziała co się stało i dlaczego akurat z domem Natalii, ale była przekonana, że to z jakiegoś powodu jej wina. Ktoś na nią polował, a ona nie miała pojęcia dlaczego. Natalia apatycznie, ale posłusznie wyszła z samochodu wraz ze wszystkimi. Jej postrzępione, nieuczesane, rudawe włosy, opadały na policzki i oczy ażurową kaskadą. Zgarbione plecy i skulone ramiona nie prezentowały się ani odrobinę lepiej. Dziewczyna przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Gabriela poważnie zaczynała się martwić o nową przyjaciółkę. Kiedy całą piątką podeszli pod przeszklone, obrotowe drzwi kompleksu przysunęła się do Natalii i wzięła ją pod ramię. Kiedy Daniel wykupił dla nich bilety i plażowe ubrania, obie zniknęły za drzwiami damskiej przebieralni. – Natalka, jak się czujesz? – zapytała cicho Gabriela, prowadząc przyjaciółkę w kierunku ich szafek. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno. Spojrzała na towarzyszkę lśniącymi od powstrzymywanych łez oczami. – Moje mieszkanie w kamienicy spłonęło, moja babcia nie żyje. Jak mam się czuć? – spytała, a Gabrieli zrobiło się upiornie głupio, że zadała tego typu pytanie. – Mieszkałaś tylko z babcią? – spytała nie mając pojęcia co może powiedzieć. – Tak… – odpowiedziała smętnie Natalka. W milczeniu zaczęły się przebierać w kostiumy kąpielowe. Potem narzuciły na siebie cienkie, plażowe sukienki. Gabrieli była słonecznie żółta, Natalii natomiast trawiaście zielona. Na nogi włożyły japonki w tych samych barwach. Gdyby nie podła, dziwaczna sytuacja, w której się znalazły, obie dziewczyny byłyby po prostu zachwycone. – Gabriela… – zaczęła niepewnie Natalia. – Powiedz mi co się dzieje? O co w tym wszystkim chodzi? Przed czym my właściwie uciekamy? Dlaczego są z nami ci chłopacy z pubu? – To dosyć długa historia… – westchnęła dziewczyna, ale kiedy spojrzała w szczenięce, szeroko otwarte oczy koleżanki, powoli, sama niezbyt pewna tego jak to wszystko absurdalnie i surrealistycznie zabrzmi, zaczęła opowiadać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zaniepokojony Cahir czekał pod drzwiami damskiej przebieralni. Dziewczyny nie wychodziły zdecydowanie zbyt długo. Wiedział jednak, że poczułby, gdyby Gabrieli stało się coś złego. Czuł się rozdarty. Nie miał ochoty wywoływać bezsensownego, niepotrzebnego zamieszania, ale jednocześnie bardzo chciał sprawdzić, co je na tak długo zatrzymało. W końcu jednak doczekał się ich wyjścia. Kiedy zobaczył ubraną w słonecznie żółtą, plażową sukienkę Gabrielę, coś boleśnie ścisnęło mu gardło. Czemu musiał tak wszystko schrzanić? Tyle czasu na nią czekał… Nigdy, w najgorszych koszmarach, nie przypuszczał, że dziewczyna może nie czekać na niego. Od zawsze żył w przekonaniu, że są sobie przeznaczeni. Teraz, zwyczajnie, nie mógł się pozbierać. Jeszcze większy ból i rezygnację poczuł, kiedy do Gabrieli podszedł Eryk. Dziewczyna wspięła się na palce, całując go delikatnie, a potem sama wśliznęła mu się pod rękę. Wampir drugie ramię podał Natalii i razem, z dwiema, z jakiejś przyczyny rozbawionymi dziewczynami, poszli zwiedzać kompleks. Cahir został sam, z niejasnym poczuciem, że to wszystko zupełnie nie tak miało wyglądać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Obudziła się przestraszona. Rozejrzała się po znajomym, jasnym pokoju. Przetarła zaspane oczy. Bała się. Znowu miała sny, wizje. Dotyczyły jej dzieci. Tyle było w nich bólu i cierpienia. Była przerażona, ponieważ to, o czym śniła, zawsze się sprawdzało. Wstała z szerokiego, dębowego łóżka, narzuciła na ramiona cienki szlafrok i wyszła z sypialni. W klasycznym fotelu z wysokim oparciem siedział ciemnowłosy mężczyzna. Czytał książkę. Na jej widok odłożył lekturę i uśmiechnął się szeroko. Jego duże, pełne melancholii, brązowe oczy, błyszczały. Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, a on przytulił ją do siebie czule. Patrzył na nią jak na jakieś cudowne zjawisko. Byli razem od prawie dwudziestu lat, a jego zauroczenie nią, jego miłość, nie zmieniły się ani odrobinę. Wtuliła się mocno w mężczyznę, oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie pogładził jej włosy. – Znów miałaś sny? – spytał lekko zaniepokojony. – Tak – powiedziała cicho. – To były złe sny, jak ten pierwszy, o tobie. – O ile pamiętam, to dzięki tamtemu ciągle żyję – uśmiechnął się do niej figlarnie. Potem spoważniał. – Opowiedz mi o nich – poprosił. – Niektóre były niejasne, zamglone… inne zupełnie wyraźne. Czarny, ogarnięty furią wilk, biegnący przez las. Wydaje mi się, że to ona go w jakiś sposób skrzywdziła… nasza córka. – Pragnę ci przypomnieć, że zanim jednak postanowiłaś być ze mną, próbowałaś mnie zabić. Do tej pory mam bliznę. – Uśmiechnął się do niej, jakby właśnie opowiedział dobry żart. – Dzieciakom też się ułoży. Skinęła głową. Wtuliła się w niego bardziej. – Obyś miał rację. Widziałam też cienie, jakby ludzi z mgły. Wyraźnie nie o wszystkim chcieli nam powiedzieć. One są niebezpieczne. Oczy mężczyzny natychmiast spoważniały. – Ktoś, z jakiegoś powodu, używa magii zaświatów. To zakazane. Kogo atakowały? – Cahir bronił Gabrieli. Jeden z nich go dotknął. Matt, martwię się o nich – westchnęła kobieta. – Nie bój się, Gabi nie jest głupia, Cahir też nie. Nic mu nie będzie. Dotknięcie nie jest dla niego groźne, wystarczy, że napije się krwi. – To nie wszystko – powiedziała cicho. – To już się wydarzyło, wiem o tym. Ten kto nasłał cienie poluje na nich, nie wiem na które, możliwe, że na obydwoje. Brązowe oczy mężczyzny zapłonęły. – W takim razie my znajdziemy go pierwsi. Nikt nie będzie bezkarnie zadzierał z naszymi dziećmi – powiedział twardo. Eliza uśmiechnęła się do niego czule. Takiego go właśnie kochała. W pewnym momencie do pokoju weszła mała dziewczynka. Tarła rączką zaspane oczy. Podbiegła do nich. Kobieta podniosła ją i posadziła sobie na kolanach. Kto by pomyślał, że na jednym fotelu zmieszczą się trzy osoby, przyszła jej do głowy absurdalna myśl. – O co chodzi July? – łagodnie spytał dziewczynki Matt. – On ja ugryzł tato! Ugryzł Gabi! – Kochanie, kto ugryzł twoją siostrę? – spytała Eliza lekko zaniepokojonym głosem. Dziewczynka ześliznęła się z kolan matki i podbiegła do niskiej, białej półki. Po chwili wróciła z książeczką w dłoni. Jej tytuł brzmiał „Calineczka”. Otworzyła ją na ostatniej stronie i swoim małym paluszkiem wskazała złotowłosego księcia elfów. – To on ugryzł Gabi – odpowiedziała pełnym przekonania, dziecięcym tonem. Matt i Eliza popatrzyli po sobie zdziwionymi, zaniepokojonymi spojrzeniami. Działo się coś bardzo niebezpiecznego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Po rozmowie z Natalią humor Gabrieli się znacznie poprawił. Dziewczyna wykazała dużo więcej zrozumienia niż Gabriela mogłaby się kiedykolwiek spodziewać. Pod koniec rozmowy śmiały się już zupełnie wesoło, odkładając swoje troski i problemy na dalszy plan. Zwiedzać Tropical Island poszły już w zupełnie dobrych nastrojach, a ich wesołość potęgowała jeszcze obecność czarującego, jak zawsze, Eryka. Ku radości Gabrieli, nawet Daniel gdzieś zniknął. Dobry humor dziewczyny mącił jedynie snujący się za nimi jak cień, z ponurą, gradową miną, Cahir. Pół dnia spędzili łażąc bez celu po kompleksie. Eryk, ubrany w białą koszulę i niebieskie jeansy odmówił jakiegokolwiek pływania czy innych wodnych rozrywek, ale dziewczyny nic sobie z tego nie robiąc beztrosko pluskały się w słonej, niby-oceanicznej wodzie. Wampir siedział na złotej plaży, z zainteresowaniem przyglądając się ich spontanicznej, niewinnej radości. Cahir podszedł do niego, zrezygnowany, siadając na piasku. – Czego od niej chcesz? – zapytał ponuro przeszywając go chłodnym spojrzeniem swoich niesamowitych, czarnych oczu. – Dlaczego nie zostawisz jej w spokoju? Eryk nie odwrócił się w jego stronę. Wciąż wpatrywał się w rozbawione dziewczyny. – Fascynuje mnie – odpowiedział cicho wampir. – Z jakiegoś powodu uważasz ją za swoją własność. Czemu? Cahir skrzywił się. Słysząc słowa Eryka uświadomił sobie, że tak jest naprawdę. Gabriela była jego i nic innego nie miało znaczenia, ale czy rzeczywiście? Dziewczyna dokonywała własnych wyborów, niekoniecznie takich, jakie on sam by zaakceptował. Kochał ją, ale jego miłość była czysto egoistyczna. Uważał, że ponieważ darzy Gabrielę uczuciem, ona musi to uczucie odwzajemniać. Więc dlaczego tak się nie działo? – Nie wiem – przyznał szczerze, a w jego głosie słychać było rozpacz i gniew. – Ona jest tą jedyną, potrzebuje jej – dodał jakby na własne usprawiedliwienie. Eryk roześmiał się. Obrzucił chłopaka zagadkowym spojrzeniem. – A co jeżeli ona tego nie chce? Zmusisz ją? – zapytał. – Nigdy! – warknął Cahir, rozwścieczony sugestią wampira. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Tropical Island opuścili dopiero kiedy zaszło słońce. Ku zdziwieniu wszystkich, na dworze czekały na nich pękające z dumy wilkołaki. Daniel kompletnie zignorował chłopaków i wsiadł do samochodu, Eryk także. Cahir i Gabriela jednak przywitali się z nimi przyjaźnie, a Natalia nieśmiało spoglądała na Maurycego zza ramienia nowej przyjaciółki. Chłopak wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, a ona oblała się szkarłatnym rumieńcem. Nagle Cahir pchnął Gabrielę na ziemię, zasłaniając ją sobą. Maurycy, już jako rudy wilk, odepchnął na bok Natalię. Nad ich głowami przeleciała kula żywego ognia. Z powietrza, w ich stronę zbliżały się niewyraźne sylwetki. Każda z nich miała rozłożyste, ciemne skrzydła. Wyglądały jak anioły, anioły ciemności. Cahir podniósł się z ziemi, pomagając wstać Gabrieli. – Illi’andinn – syknął. – Czego oni tu chcą?! Stanął tak, żeby zasłaniać sobą dziewczynę, stado wilków stanęło tuż za ich plecami. Zielone oczy Gabrieli wpatrywały się w przybyłe istoty, próbując przebić panujący na parkingu półmrok. Dookoła, poza nimi samymi, nie było żywego ducha. Dziewczyna czuła otaczającą ich magię, widziała zbliżające się tłumnie sylwetki. Byli odcięci od świata i otoczeni. Nagle po jej prawej stronie znalazł się Daniel. Położył jej rękę na ramieniu. – Nie waż się drgnąć – wyszeptał rozkazująco. – Nic nie mogą nam zrobić – dodał pewnym głosem. Kiedy postacie wylądowały na ziemi, stanęła przed nimi dystyngowanie wyglądająca kobieta. Kasztanowe włosy miała zaplecione w gruby, sięgający pasa warkocz. Gabriela spostrzegła w jej oczach niebezpieczne błyski. Widziała z jaką nienawiścią i pogardą patrzy na Daniela. Cahir stanął bezpośrednio przed nią, obrzucając ją ponurym spojrzeniem. Nikt inny się nie poruszył. – Co tu robi gwardia? – zapytał cichym, groźnym tonem. Kobieta roześmiała się. Była naprawdę rozbawiona. – A jak ci się wydaje, Synu Cienia? – zwróciła się do Cahira, w jej głosie jednak pobrzmiewał niejaki szacunek. – Widzę, że zrobiliście sobie dość dziwaczną wycieczkę. Macie – chrząknęła – ciekawe towarzystwo. Po drodze udało wam się złamać przynajmniej połowę postanowień paktu. Gestem dłoni przywołała jednego z otaczających ich ścisłym kręgiem mężczyzn. Bez wahania podszedł do kobiety i stanął u jej boku. – Pani? – spytał, jakby celem jego życia było spełnianie jej poleceń. – Wilkołaki bez stada, wyrok śmierci – powiedziała tonem, jakby mówiła o tym, z czego zrobi na obiad sałatkę. Wyraźnie chciała mówić coś dalej, ale Cahir bez wahania wszedł jej w słowo. – Oni mają stado – powiedział uśmiechając się ponuro. – To moje wilkołaki. Nie słyszałem, żeby to było zakazane… Spojrzała na niego groźne. Chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją stojący koło niej mężczyzna. – Zrodzony z Cienia ma rację, pani – powiedział odrobinę niechętnie. – Nikt nigdy nie wymyślił takiego prawa, a to dlatego, że on jest pierwszym Illi’andinn, który potrafi przemieniać się w wilka… – Wiem to Juliuszu – syknęła nieprzyjaźnie. – Gdyby nie był taki wyjątkowy, Rada już dawno temu przestałaby tolerować jego wybryki. Tym razem mu nie odpuszczę! – Więc pewnie będziesz pierwszą osobą, która tu zginie, Dannie – wtrącił się nieoczekiwanie Daniel. – Chłopak czuje się odpowiedzialny za swoje stado i będzie ich bronił za wszelką cenę. Kobieta obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Wyraźnie nie tego się spodziewała. – Nie po to przybyłaś – odezwał się cicho Eryk, który dopiero teraz wyszedł z cienia. – Od pilnowania porządku są Łowcy. Po co tu jesteś pani kapitan? – zapytał spokojnym, grzecznym tonem. – Darujmy sobie niepotrzebne groźby i przejdźmy od razu do setna sprawy. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok Eryka. – Czemu mnie nie uprzedziłeś o jego obecności tutaj? – zapytała stojącego obok mężczyzny. – Mówiłem pani, że jest z nimi wampir – odpowiedział niepewnie. Pokręciła niedowierzająco głową. – Nie ważne, to nie ma znaczenia – westchnęła. – Masz rację, nie jestem tutaj po to, żeby załatwiać urzędowe sprawy czy dokonywać egzekucji na niższych formach życia – pogardliwym spojrzeniem obrzuciła wilkołaki. – Przybyłam tu po córkę Matta Cuttberta. Z wami rozmówię się później. – Czego chcesz od Gabrieli? – warknął coraz bardziej zirytowany Cahir. – To nie twoja sprawa – odpowiedziała mu wyniośle – wiedz jednak, że grozi jej niebezpieczeństwo. Jeżeli nie pójdzie z nami, umrze. – Zamierzacie ją chronić? Dziewczyna może i jest córką Illi’andinn, ale nie należy do naszej rasy – powiedział ponuro Daniel. – Czemu się nią przejmujecie? – Zrodzony z Cienia wie dlaczego, prawda Cahir? – zapytała jakby rozbawiona, a chłopak niechętnie skinął głową. – Zabieram dziewczynę, z resztą rozliczymy się później. – W takim razie ja też idę z wami – powiedział stanowczo Cahir. – Nie zostawię jej samej. – O nie mój drogi, sam podjąłeś się innego zadania – roześmiała się kobieta. – Zresztą nie jesteś nawet Łowcą, nie masz prawa iść z nami, Chłopak zacisnął dłonie w pięści, spojrzał na nią z nienawiścią. Daniel wzruszył ramionami. Uśmiechnął się do stojącej przed nimi kobiety naprawdę czarującym uśmiechem. – W takim razie ja pójdę – oznajmił pogodnie, a z jego łopatek w jednej chwili wyrosły olbrzymie, szare skrzydła. Kobieta spojrzała na niego niedowierzająco, jednak tylko skinęła głową. Daniel chwycił niczego niespodziewającą się Gabrielę w ramiona i wzbił się w powietrze, a wraz z nim, ku niebu wzleciały wszystkie otaczające ich kręgiem postacie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir bezradnie wpatrywał się w pociemniałe niebo. Jego dłonie same zacisnęły się w pięści. W czarnych oczach szalał ogień. Czuł jak jakaś niewidzialna dłoń nieprzyjemnie zaciska mu się na gardle. Zabrali od niego Gabrielę, a on kompletnie nic nie mógł na to poradzić. Może by nawet uszedł z życiem, gdyby próbował walczyć z całą armią, ale ucierpiały by na tym wilkołaki, Natalia i Daniel, a być może również Gabriela, którą za wszelką cenę pragnął chronić. Dannies, kapitan gwardii Illi’andinn, jedna z ważniejszych osób w Radzie, w jakiś sposób poznała tajemnicę dotyczącą dziewczyny. Cahir nie miał pojęcia jak się dowiedziała. Gabriela, jak jej matka i młodsza siostra, była jasnowidzącą. W swoich snach potrafiła zobaczyć rzeczywistość, zarówno to co dzieje się w danej chwili jak i to, co dopiero ma się wydarzyć. Cahir nie był do końca pewien czy dziewczyna sama zdaje sobie z tego sprawę. Zaczął się zastanawiać czy to z tego powodu groziło jej niebezpieczeństwo, szybko jednak odrzucił tą możliwość. Magia, którą wyczuwał w powietrzu była zbyt potężna. Wrogowie zbyt silni, żeby zainteresowała ich taka błahostka. Musiało chodzić o coś jeszcze. Chłopak odwrócił się do, ciągle stojących za jego plecami, wilkołaków. Maurycy stał, opiekuńczo obejmując ramieniem Natalię. Pozostali niepewnie rozglądali się na boki. Eryka nigdzie nie było widać. Cahir obrzucił ich wściekłym spojrzeniem, to właśnie przez nich musiał tu zostać. Starał się zapanować nad ogarniającym go gniewem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę, w najmniejszym stopniu nie jest to ich wina. – Co zrobimy? – po długich minutach ciszy ośmielił się zadać pytanie Maurycy. – Udamy się do Irlandii, tak jak planowaliśmy – oznajmił cicho Cahir, a w jego głosie słychać było jakąś dziwną, mroczną determinację – tylko, żeby było szybciej, polecimy z Berlina samolotem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela otworzyła oczy. Leżała na, stojącej w rogu dużego pokoju, krwistoczerwonej kanapie. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Pamiętała tylko, że była wściekła na Daniela, za to, że ją zabrał, a potem w jej umyśle była już tylko ciemność. Rozejrzała się dookoła. Ściany pomieszczenia, w którym się znajdowała, zbudowano z szarego kamienia, pozostawionego w całej swojej surowości. Ozdobione były jedynie w niektórych miejscach czerwonymi draperiami. Zupełnie jak w średniowiecznym zamku. Pod przeciwległą ścianą pokoju stał drewniany, długi stół, a przy nim kilka krzeseł. Podłogę wyścielał puchaty, brązowy dywan. Na jednym z krzeseł siedział wygodnie rozparty Daniel, który z drwiącym uśmiechem wpatrywał się w elegancko ubraną, chodzącą niespokojnie po pokoju, kobietę. – Czemu się w to wmieszałeś, Danielu Maes? – zapytała ponurym głosem nieznajoma – Myślałam, że teraz współpracujesz z Radą, zamiast działać na naszą niekorzyść. Jej gruby, brązowy warkocz podskakiwał w takt niespokojnych kroków. W jej oczach Gabriela widziała mieszaninę zadziwienia i urazy. – Nie przyszło ci do głowy, że miałem ochotę cię trochę podrażnić, Dannie? – zakpił blondyn. – Nie jestem aż taką idiotką, Danielu! – warknęła kobieta. – Do czego potrzebna ci dziewczyna? Dlaczego chcesz jej pilnować osobiście? Blondyn prychnął. Na jego twarzy zagościł nieprzyjemny, koci uśmiech. – Na twoim miejscu martwił bym się raczej czym innym – odpowiedział niemal pogodnie. – Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli spadnie jej włos z głowy, będziesz miała małą, prywatną wojnę z dwójką czysto krwistych? Nie sądzę, żebyś wtedy długo pożyła, Dannie. Nawet ty się przed nimi nie obronisz. Możesz pogrywać z Cahirem, ale nie z Mattem. Kobieta spojrzała na  niego wściekłym wzrokiem. – Już ci mówiłam, że dostałam polecenie, żeby ją chronić – syknęła nieprzyjemnie. – Nie wiem tylko, gdzie jest w tym wszystkim twoje miejsce, Danielu. Nienawidzisz jej ojca przynajmniej tak samo mocno jak ja. Czemu zależy ci na dziewczynie? – Niczego się ode mnie nie dowiesz, pani kapitan – roześmiał się blondyn. – Nie zamierzam zdradzać ci moich tajemnic. Nasza dyskusja dobiegła końca, Dannie. Żegnam. Gdyby ta, elegancko ubrana, kobieta potrafiła zabijać wzrokiem, Daniel z pewnością już by nie żył. – Zapłacisz mi za to Danielu – warknęła wściekle, po czym, trzęsąc się ze zdenerwowania, wyszła z pokoju. Blondyn roześmiał się w głos. Najwyraźniej igranie z tą kobietą dostarczało mu wiele przyjemności. Gabriela dopiero teraz odważyła się usiąść. Spojrzała oskarżycielsko na Daniela. – Gdzie my do cholery jesteśmy? – zapytała oskarżycielskim, nieprzyjemnym tonem. Mężczyzna spojrzał na nią, a w jego jadowicie zielonych oczach zobaczyła gniew. W jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Chwycił ją za nadgarstki i przycisnął jej ręce do oparcia kanapy. Gabriela poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Zaczęła odczuwać strach. Daniel był zbyt szybki, zbyt silny. Trzymał jej ręce tak, że zaczęła odczuwać ból. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak niebezpieczny może być ten mężczyzna, a tutaj, nikt jej przed nim nie obroni. – Nie będziesz się do mnie zwracała tym tonem – syknął. – Zrozumiałaś? – Daniel… – zaczęła cicho. Blondyn wykręcił jej rękę do tyłu, tak, że w oczach dziewczyny stanęły łzy. – To nie Cahira powinnaś się bać, tylko mnie – powiedział cichym, złowieszczym tonem. – Zrozumiałaś? – powtórzył pytanie. – Tak – jęknęła cicho, nie na żarty przestraszona Gabriela. – Świetnie – oznajmił puszczając jej ręce, a ona natychmiast odsunęła się jak najdalej od niego, na sam brzeg krwistoczerwonej kanapy. – Jesteśmy w Manhain, najlepiej strzeżonej z istniejących twierdz Illi’andinn. Gabrieli nic ta nazwa nie mówiła. Równie dobrze mogli znaleźć się w piekle, a jej nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Siedziała przez chwilę w milczeniu, trawiąc przedstawione jej rewelacje. W końcu jednak odważyła się zadać nasuwające się jej natrętnie pytanie. – Naprawdę nienawidzisz mojego ojca? – spytała cichym, ponurym głosem. – Jak nikogo na świecie – odpowiedział Daniel, nie patrząc na nią. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mimo późnej pory przez Berlińskie lotnisko przewijały się tłumy ludzi. Samolot do Dublina odlatywał o szóstej rano, jakimś cudem udało im się nabyć na niego bilety. Ze stolicy, do Kilkenny nie było już tak daleko, zwłaszcza jeżeli mieliby pobiec jako wilki, albo w wypadku Cahira, po prostu polecieć. W chłopaku wszystko się niemal gotowało. Był wściekły, a jednocześnie czuł się cholernie bezradny. Dziękował w duchu, że przynajmniej Gabriela nie została zupełnie sama, w końcu był z nią chociaż Daniel, jakkolwiek kiepskim towarzystwem by nie był. Kiedy tylko wysiedli z samolotu Cahir przekazał wilkołakom krótkie instrukcje, a sam nie czekając na nic, rozwinął czarne jak noc, olbrzymie, nietoperzowate skrzydła i niezauważony przez nikogo, wzbił się w powietrze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Na przedmieściach Kilkenny, średniowiecznego Irlandzkiego miasteczka, stała ładna, pomalowana na biało, wiktoriańska willa. Otoczona była ogrodem, w którym rosły głównie dzikie, pnące róże. Były tam też owocowe drzewa, krzewy i mały, skalny ogródek. Tył podwórka był zarośnięty chaszczami, sprawiając sobą dziwne wrażenie celowości, jakby ktoś specjalnie zostawił takie właśnie miejsce – raj do zabaw dla dzieci. Oczywiście była też huśtawka, taka z prawdziwego zdarzenia, drewniana, powieszona na gałęzi dorodnego włoskiego orzecha o rozłożystych konarach. Na drewnianym, prostym ganku stała ciemnobrązowa ławka, na której można było usiąść, żeby z tej perspektywy oglądać ogród i zachodzące nad domami słońce. Było koło godziny dziewiątej, kiedy drzwi willi uchyliły się, tylko na tyle, żeby wypuścić na dwór złotowłosą dziewczynę, a właściwie już kobietę. Tak naprawdę patrząc na nią, ciężko było określić jej wiek. Wyglądała na młodą, nie nosiła na sobie żadnego widocznego piętna starzenia się, ale jej oczy… Oczy w kolorze wiosennego nieba były głębokie i mądre. Każdy uważniejszy obserwator spostrzegłby, że kobieta jest zbyt młoda by w ten sposób patrzeć na świat. Postać wyszła, niemal wymknęła się z domu i usiadła na ławce okrywając się popielatym, polarowym kocem. Wyraźnie na coś czekała, pogrążona we własnych myślach, zbyt cierpliwa, żeby wstać i zacząć niespokojnie chodzić, jak na jej miejscu uczyniłoby większość oczekujących na jakieś wydarzenie ludzi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Był chłodny, ale słoneczny poranek. Cahir nie pamiętał już, kiedy ostatni raz latał. Teraz znów powróciło pragnienie tego niesamowitego uczucia rzeczywistej, niczym nie hamowanej wolności. Za bardzo jednak martwił się o Gabrielę, żeby tak po prostu, beztrosko móc się nim rozkoszować. Leciał prosto do jednego, ściśle sprecyzowanego celu – wiktoriańskiej, białej willi na przedmieściach Kilkenny. Kwadrans po godzinie dziewiątej wylądował przed domem, składając swoje ogromne, czarne jak noc skrzydła, które zniknęły jakby w otoczce srebrnej mgły nie zostawiając nawet śladu po swoim istnieniu. Natychmiast spostrzegł siedzącą na ganku kobietę, która zerwała się na jego widok. Stał, nie potrafiąc zrobić ani jednego kroku i po prostu patrzył na nią. Tak źle czuł się z tym, że ją… ich zostawił. Był przekonany o słuszności tego co zrobił, wiedział, że było to koniecznie, bał się jednak, że zobaczy wyrzut i potępienie w jej oczach. Podbiegła do niego, oplatając jego szyję ramionami. Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Po prostu przytulił ją mocno, czule obejmując ramionami. – Czekałaś na mnie? – spytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie ją od siebie odsuwając. Uśmiechnęła się radośnie, uśmiechem dla Cahira, tak boleśnie podobnym do uśmiechu Gabrieli. Skinęła głową. – Oczywiście, że czekałam – powiedziała cicho. – Dawno cię u nas nie było – westchnęła głosem, w którym jednak nie było wyrzutu, za to znacznie trudniejsze do zniesienia od nich, ból i tęsknota. – Wejdziesz do środka? – Tak – odpowiedział nie spuszczając z niej wzroku. – Muszę z nim porozmawiać, potrzebuję jego pomocy. – Coś się stało? – spytała zaniepokojona. – Nie wiem – odpowiedział cicho, utkwiwszy w ziemi spojrzenie niesamowicie czarnych oczu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedzieli przy drewnianym stole, w dużej, jasnej kuchni, kiedy do pomieszczenia wbiegł mały, ciemnowłosy chłopiec. Na oko mógł mieć może z siedem lat. Przystanął zaskoczony, wlepiając w Cahira dziecięce spojrzenie szaroniebieskich oczu. Zaraz za nim pojawił się młody mężczyzna z małą, złotowłosą dziewczynką na rękach. Uśmiechnął się ciepło do siedzącej przy stole kobiety, a Cahir zdziwił się, kiedy i jego obdarzył równie ciepłym, pogodnym uśmiechem. Kiedy tamten postawił córeczkę na podłodze wstał i uścisnęli sobie w przyjaznym geście dłonie. To był jego dom i chłopak boleśnie zdał sobie sprawę, jak dawno go w nim nie było. – Cahir, nie miałeś jeszcze okazji poznać naszych najmłodszych dzieci – uśmiechnęła się wesoło Eliza – To Julia – przedstawiła sadzając sobie patrzącą na nią wyczekująco dziewczynkę na kolanach – i Mark – wskazała nieufnie obserwującego Cahira chłopca. – Mamo, to on mieszka z wujkiem Danielem? – spytał niepewnie Mark, jakby chciał sobie wszystko poukładać w swojej małej, dziecięcej głowie. – Tak, kochanie, to właśnie on – odpowiedziała pogodnie dziewczyna, tuląc do siebie córeczkę. Cahir spojrzał zaskoczony na chłopca. Potem przeniósł spojrzenie na Elizę. – To Daniel tu bywa? – spytał zaciekawiony. – Jest u nas dość częstym gościem – skrzywił się Matt. Eliza przewróciła oczami maskując irytację wesołym śmiechem. Wstała od stołu oddając mężczyźnie dziewczynkę. Zaczęła krzątać się po kuchni przygotowując śniadanie. – Więc dlaczego Gabriela go nie znała? – spytał coraz bardziej zainteresowany tematem. – Mieliśmy ku temu powody – odparł Matt tonem znaczącym, że Cahir niczego więcej się na ten temat nie dowie. – A teraz może ty nam powiesz, co tu właściwie robisz? Chłopak wzdrygnął się na to pytanie. Do tej pory nie myślał o tym, w jaki sposób przekazać to co miał do opowiedzenia. Postanowił streścić wszystko jak najprościej. – Zatrzymała nas gwardia, pani kapitan miała ze sobą przynajmniej setkę Illi’andinn – powiedział gorzko. – Oznajmiła, że Gabrieli grozi niebezpieczeństwo, a potem zabrała ją ze sobą. Jest z nią Daniel, mnie nie pozwoliła pójść. Cahir podskoczył na odgłos tłukącej się porcelany. Eliza wypuściła na kremowe kafelki podłogi trzymany w rękach, pomalowany w drobne, niebieskie kwiatki talerz. Spojrzenie Matta stało się złowrogie i zimne. – Manhaim? – zapytał tylko, a kiedy Cahir potwierdził skinieniem głowy, wcisnął mu w ramiona lekko wystraszoną dziewczynkę, a sam natychmiast wyszedł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wykuta w skale twierdza była ponurym miejscem, stylizowanym na średniowieczny, warowny zamek, co zupełnie nie przypadło Gabrieli do gustu. Jeszcze bardziej irytowało ją, że Daniel chodził za nią jak cień. Naprawdę żałowała, że to nie Cahir przyleciał tu z nią. Całą sobą marzyła tylko o jednym – żeby znaleźć się w domu. Już nawet jej własny honor nie stał na przeszkodzie, żeby przyznać się rodzicom, jak wielkim błędem był wyjazd do Polski. W pewnym momencie ciało dziewczyny przeszyło przenikliwe zimno. Zadrżała. Spojrzała w zaniepokojoną twarz Daniela. Coś było nie tak i on także o tym wiedział. Chłód, który ogarnął Gabrielę przenikał jej ciało do kości, jakby ubranie, a nawet jej własna skóra nie stanowiły żadnej osłony. Wyrwana z zadumy podniosła głowę i zdała sobie sprawę, że na szybach szron namalował piękne zimowe wzory. To nie byłoby dziwne, byli przecież tak wysoko, a na dodatek w górach, tyle, że szronu jeszcze przed minutą tam nie było! Gabriela zaczęła dygotać. Przysunęła się do Daniela. W dłoniach mężczyzny uformowała się kula żywego, błękitnego ognia. Wypuścił ją z ręki, pozwalając jej unosić się nad ich głowami, rozjaśniając półmrok korytarza. Dziewczyna zdążyła zobaczyć jedynie wyraz zaskoczenia na jego twarzy, kiedy płomienie, nie gasnąc, zupełnie jakby były wodą, zamieniły się w sople lodu i roztrzaskały o posadzkę, w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stali. To samo stało się z wszystkimi, oświetlającymi korytarz płomieniami lamp. Gabriela nie miała jednak czasu do namysłu, ponieważ Daniel ciągnął ją za sobą, ukrytym w mroku korytarzem. Biegł tak szybko, że dziewczyna ledwo dotrzymywała mu kroku. Z trudem oddychała. Niezdrowy rumieniec pojawił się na jej i tak czerwonych z zimna policzkach. Potknęła się, ale Daniel nie pozwolił jej upaść, podniósł dziewczynę i zmusił do dalszego biegu. Zatrzymali się dopiero przed olbrzymim, prowadzącym na kamienne schody łukiem. Mężczyzna zaczął siarczyście przeklinać. Ich drogę zagradzała rozpięta w przejściu tafla lodu. Wykuszowe, obronne okna, były zbyt małe, żeby się przez nie przedostać. Zostali uwięzieni w lodowato zimnym korytarzu. Gabriela drżała. Temperatura obniżała się coraz bardziej. Daniel ściągnął z siebie sportową bluzę, okrywając nią dziewczynę, a potem przyciągnął ją do siebie. Przylgnęła do niego szczękając zębami. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że mężczyzna był gorący. Biło od niego jakieś dziwne ciepło. – Cholerna Dennies – warknął. – Zadufane w sobie demony uważają, że w Manhain jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, a w tej chwili nie mają tu chyba nawet żadnego czystokrwistego. – Więc nic dziwnego, że bała się mieć tutaj Cahira – westchnęła Gabriela, nie zdając sobie sprawy, jak trafną uwagę rzuciła. Daniel spojrzał na nią zaskoczony, ale jednocześnie w jego oczach pojawiło się coś na kształt uznania. – Tak – odpowiedział – podejrzewam, że to właśnie dlatego. Możliwe, że gdyby się naprawdę postarał i nie zwracał uwagi na konsekwencje, byłby w stanie roznieść to miejsce w pył. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir uderzył pięścią w kuchenny stół, roztrzaskując go na kawałki. Przestraszona July schowała się za nogami matki. Mark patrzył na swojego przyszywanego brata zbolałym wzrokiem siedmiolatka, który rozumie więcej niż powinien. W czarnych, jak najciemniejsza noc oczach Cahira czaiły się gniew, frustracja i ból. W końcu jakby powrócił do rzeczywistości. Zakłopotany spojrzał na Elizę, popatrzył po twarzach dzieci. – Przepraszam – powiedział cicho, tonem wyrażającym skruchę i znacznie więcej niż tylko zwykły żal. – Ja nie chciałem… Eliza uśmiechnęła się do niego zrezygnowana. – Trudno, zjemy w salonie – oznajmiła, jakby zniszczenie stołu było w tym domu rzeczą naturalną i na porządku dziennym. Zaniosła do salonu tacę z kanapkami. Cahir chcąc nie chcąc poszedł za nią. Dzieci usiadły i jak gdyby nigdy nic zaczęły jeść śniadanie. Zrezygnowany chłopak usiadł na ciemnozielonej kanapie z wysokim oparciem i poręczami. – Czemu mnie ze sobą nie zabrał?! – wybuchnął nie mogąc już dłużej wytrzymać, tym razem jednak starał się, żeby w jego głosie nie było słychać gniewu. Eliza usiadła przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Poczuł się jak głupiutkie, małe dziecko. – Na pewno miał swoje powody – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. – Martwisz się o nią, prawda? – Nie potrafię inaczej – westchnął cicho. – Wiesz, że ją kocham. Zawsze ją kochałem – oznajmił, jakby to miało wszystko wyjaśnić. – Szkoda tylko, że ona mnie nie – dodał po chwili smętnym, zmęczonym głosem. Eliza podniosła na niego swoje głębokie, chabrowe oczy. – Czemu tak sądzisz? – zapytała łagodnie. – Wydawało mi się, że jest z tobą szczęśliwa… – Nie ze mną – prychnął, przerywając wypowiedź w pół słowa, jakby nagle zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo. W oczach dziewczyny pojawiły się niebezpieczne błyski. Cahir doskonale znał to spojrzenie. Widział je już tyle razy… te oczy nigdy jednak wcześniej nie były skierowane na niego. – Nie z tobą? – zapytała zwodniczo cichym tonem. Postanowił poddać się bez walki, tak było rozsądniej. Mimo to uznał, że uda mu się ze swojej wpadki wyciągnąć jakąś drobną korzyść, choćby zaspokojenia własnej ciekawości. – Informacja za informację – oznajmił uśmiechając się szelmowsko. – Ty mi powiesz dlaczego nie chcieliście, żeby Gabriela poznała Daniela, a ja opowiem ci o jej „cudownym” chłopaku – prychnął pogardliwie wymawiając ostatnie dwa słowa. Eliza zadrżała, ale skinęła głową. – Myślę, że czeka nas interesująca rozmowa – stwierdziła wstając z kanapy. Zebrała puste talerze po dzieciach, a Cahirowi podała wszystkie niezjedzone kanapki. Poczuł jak burczy mu w brzuchu. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Podczas gdy dziewczyna zniknęła w kuchni, coraz bardziej zainteresowane jego osobą dzieci usiadły przy nim na kanapie. Wreszcie, przełamując barierę leku i wstydu, July zaczęła go z dziecięcą szczerością wypytywać o wszystko co tylko przyszło jej do głowy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Coś wisiało w powietrzu. Prawa natury i fizyki nie działały tak jak powinny. Matt rozłożył czarne jak noc skrzydła, żeby zawisnąć w powietrzu. W górach zawsze panował mróz, a na tej wysokości powietrze było rozrzedzone, ale od bijącego z kamiennej, górskiej twierdzy chłodu bez trudu wyczuć można było magię. On nie był niczym naturalnym. Musiał pomyśleć, jak się niepostrzeżenie dostać do środka, ale nie miał na to wiele czasu, gdzieś tam w środku była jego Gabriela i całym swoim sercem pragnął jej pomóc. Podświadomie wyczuł źródło magii. Podleciał w kierunku obronnego muru. Cała, wiekowa twierdza wyglądała na zupełnie wymarłą. To nie było rzeczą normalną. Zazwyczaj wszędzie dookoła porozstawiani byli strażnicy. Setki, a nawet tysiące strażników. Nawet gryzoni, które przecież musiały być w skalnym zamku nie potrafił wyczuć. Przez chwilę pożałował, że nie zabrał ze sobą Cahira. Działo się coś bardzo niepokojącego. Już po chwili usłyszał spowolnione magicznym mrozem bicie dwóch serc. Nie zamierzał się teraz bawić w żadne subtelności. Odsunął się kawałek, tak, żeby nie zrobić im krzywdy i przy pomocy kuli ognia po prostu wysadził ścianę kamiennego korytarza w powietrze. Zdziwił się jak wielki opór zaklęta w zamku magia stawiała jego ogniowi. Zamiast wielkiej wyrwy w ścianie powstał jedynie mały otwór, który prawie natychmiast pokryła gruba warstwa lodu. Był silny, silniejszy od jakiegokolwiek żyjącego Illi’andin. To nie było możliwe, a jednak. Działo się i to na jego oczach. Tak, zdecydowanie powinien zabrać Cahira, dzieciak mógłby się tutaj wykazać. Spróbował ponownie i tym razem, zanim ściana całkowicie zamarzła, zdążył wśliznąć się do środka. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Bijące od Daniela ciepło powoli zaczęło przygasać. Robiło się wokół nich coraz zimniej. Mroczny korytarz przerażał dziewczynę coraz bardziej. Po głowie snuły się jej paniczne myśli.  Zdała sobie sprawę, że jeżeli nic nie zrobią, to po prostu tutaj zamarzną. Po policzkach zaczęły spływać jej słone łzy, które natychmiast zamieniały się w maleńkie, przezroczyste sopelki lodu. – Cicho bądź, to nam w niczym nie pomoże – warknął na nią Daniel. – Nienawidzę, kiedy dziewczyny płaczą – mruknął odrobinę ciszej. Spojrzała na niego bezradnie. Nie wytrzymał tego spojrzenia, za bardzo przypominało mu inne, wpatrujące się w niego chabrowe oczy. Przytulił ją do siebie mocniej, nie pozwalając jej więcej podnieść głowy ze swojego torsu. – Dobra, płacz sobie jeśli już musisz – westchnął. Łzy nie przestały lecieć, ale mimo ponurej wizji na przyszłość, roześmiała się cichutko. Daniel przymknął oczy. Nie miał pojęcia dlaczego się w ogóle tutaj znalazł. To nie była Eliza, a do tego była córką tego skurwiela… Nagle usłyszeli hałas, coś jakby wybuch. Podmuch ciepłego powietrza wleciał do wnętrza korytarza, a wraz z nim odłamki kamieni i gruz. W korytarzu miast ciemności, zapanował półmrok, widocznie na zewnątrz musiało być jaśniej niż w środku budowli. Kolejny wybuch, tym razem mocniejszy, a potem do środka wcisnął się jakiś cień. Gabriela wyrwała się z objęć Daniela. Wszędzie, pośród najgłębszej nocy rozpoznałaby tego wysokiego mężczyznę. Oplotła ramionami jego szyję, niczym mała dziewczynka. – Tato! – wykrzyknęła z niesamowitą radością i ulgą. Mężczyzna przytulił ją do siebie, delikatnie pogładził jej złote włosy. Teraz na dobre się rozpłakała. – Cii – wyszeptał Matt. Powietrze wokół niego było gorące jak podczas letnich upałów. – Wszystko będzie dobrze. Wynośmy się stąd. Kiedy wreszcie była w stanie oderwać się od ojca, dostrzegła gniewne, nienawistne spojrzenie, którym obrzucał go Daniel. Powiedział jej prawdę, wyraźnie całym sobą go nienawidził. Natomiast spojrzenie, którym obdarzył go Matt, było pełne smutku i rezygnacji. Jakby od lat wiedział już, że nic nie da się z tym zrobić. – Wydostaniesz nas stąd? – spytała cichutko Gabriela, pełnym zaufania i wiary głosem. Uśmiechnął się do niej łagodnie. – Zasłoń ją – zwrócił się rozkazującym tonem do Daniela. Dziewczynie do tej pory nie przeszło przez myśl, że ktoś bezkarnie może się w ten sposób do niego odezwać, ale blondyn jedynie skinął głową. Chwycił Gabrielę i osłonił swoim ciałem, podczas gdy Matt wysłał kolejną kulę ognia w kierunku upartej, zamarzniętej ściany. Po drugiej, ognistej kuli, podłoga w korytarzu zaczęła się usuwać spod ich stóp. Pod nimi pojawiła się ciemność. Pustka, w której nic nie było widać. Coś na kształt pochłaniającej wszelaką materię czarnej dziury. Gabriela krzyknęła. Coś zaczęło ciągnąć ją w dół z upiorną siłą. Wyrwało ją z ramiona Daniela, a potem puściło i dziewczyna zaczęła spać w nicość. Matt rzucił się do niej, jednak było już za późno. Podłoga pod ich stopami przestała być czarna i przezroczysta. Znów była z litego kamienia. W odgrodzonym taflą lodu przejściu ku schodom pojawiła się ciemność. Lód w jednej chwili stopniał, a w powietrzu zaczęły unosić się niesamowite dźwięki, jakby chóry aniołów zstąpiły na Ziemię by zaśpiewać tutaj swą pieśń. Wszędzie pojawiły się przypominające cienie, ludzkie sylwetki. Stały nieruchomo, wskazując przezroczystymi dłońmi w kierunku przejścia. Ciemność rozjaśniła się, a wśród niej pojawił się zamglony obraz. Nieprzytomna Gabriela leżała na kamiennym ołtarzu, wokół którego rosły czerwone jak krew, nigdzie niespotykane kwiaty. „To ofiara krwi, Zrodzony z Ognia” – rozbrzmiał w powietrzu drwiący kobiecy śmiech. – „Możesz się wymienić, jeżeli masz taki kaprys. Przez bramę może przejść tylko ktoś, w czyich żyłach płynie ta sama krew, wrócić jednak może tylko jedna osoba. Jest mi obojętne czy zginiesz ty, czy twoja śniąca córka.” Potem wszystko ucichło tak nagle jak się zaczęło. Niematerialne postacie rozwiały się w chmurach dymu, obraz leżącej na marmurowym ołtarzu dziewczyny zniknął, a jedynym śladem wydarzeń była ziejącą z przejścia ciemność. Matt nie wahał się ani przez moment. W jednej chwili znalazł się przy wyglądającym jak czarna dziura przejściu. Stanął przed nim, zatrzymał się, a potem zaczął siarczyście przeklinać. Zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. – Czyżbyś zmądrzał? – spytał ironicznie Daniel. – Nie rzucisz się jej na ratunek kosztem własnego życia? Mężczyzna spojrzał na niego, a w jego szarych oczach był lód, znacznie chłodniejszy od tego, z którym zmierzyli się jeszcze tak niedawno w mrocznym korytarzu. Potem jego tafla jakby pękła. Ramiona Matta opadły, pięści dalej zaciskał w bezsilnym gniewie. – Nie mogę przejść przez barierę – wyszeptał cicho. – Gabriela nie jest moją rodzoną córką. – Jak to? – spytał Daniel nie rozumiejąc, a potem jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia i przerażenia. – Nie! – zaprotestował stanowczo. – To niemożliwe! Matt spojrzał na niego błagalnie. – Jeżeli kiedykolwiek kochałeś Elizę… – zaczął cicho. – Zamknij się! – wrzasnął Daniel przerywając mu wpół słowa, a potem skoczył, by zniknąć w magicznej, sprawiającej wrażenie niemal namacalnej, ciemności. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wieczorem, kiedy Eliza położyła rozbrykane dzieciaki spać, usiedli razem w przytulnym salonie, wiktoriańskiego domu w Kilkenny. Dziewczyna nie mogła przestać uśmiechać się na widok Cahira. Tak bardzo za nim tęskniła! Zresztą zawsze traktowała go jakby był jej rodzonym synem, najstarszym z jej własnych dzieci. – Ty pierwszy – powiedziała do niego stanowczo, a on nie potrafił się nie roześmiać. – Właściwie to nie ma o czym opowiadać – mruknął rozpierając się wygodnie na kremowej kanapie. – Pomagałem Danielowi z rozbrykanym stadem wilkołaków i potrzebowaliśmy jakiejś przynęty. Współpracował z nami pewien wampir… Jakoś tak wyszło, że zaprzyjaźnili się z Gabrielą, a potem ona stwierdziła, że woli jego ode mnie i tak zostało. – Cahir! – powiedziała z naganą w głosie Eliza, a chłopak spojrzał na nią lekko speszony. – No dobrze – westchnął. – W międzyczasie się trochę pogniewałem, bo wilkołaczy dzieciak, którego złapaliśmy z Danielem rzucił się na Gabrielę, a potem jeszcze zdenerwowało mnie to, że go pocałowała… To znaczy wampira nie wilkołaka – zaczął dość mętne tłumaczenie. – W każdym razie teraz ona się mnie tak jakby boi… – spojrzał na Elizę przepraszająco. – Ja ją kocham i kompletnie nie wiem co mam z tym dalej zrobić. Dziewczyna pokręciła głową. Uśmiechnęła się do niego łagodnie. Chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, bo do środka, ze spuszczoną głową i zamyślonym wyrazem twarzy wszedł Matt, burząc panującą w środku radość i beztroskę. Był sam, nie było przy nim Gabrieli. Eliza natychmiast zerwała się z kanapy, rzucając się w ramiona męża. Przytulił ją do siebie, opiekuńczym, zaborczym gestem. – Co się stało? – zapytała cicho. – Gdzie Gabriela? – Nie mogłem za nią pójść – powiedział przepraszająco. – Próbowałem, ale nie mogłem. W jego smutnym spojrzeniu, szarych oczu był brak jakiejkolwiek logiki. Wyglądało to jakby myślał o czymś zupełnie innym i z trudem skupiał się na otoczeniu. – Matt, co się do cholery stało? – niemal warknęła na niego Eliza. Nie chciała na niego naciskać, ale za bardzo martwiła się o córkę. Westchnął. Puścił ją i poddając się zupełnie opadł na kanapę. Natychmiast usiadła, przytulając się do niego. Patrzyła wyczekująco. Cahir, wyraźnie spięty, także z niecierpliwością i obawą czekał na słowa mężczyzny. – Znacie bajki dla dzieci? – spytał ni stąd ni zowąd. – Na przykład te braci Grimm? -Przytaknęli mu obydwoje. Żadne z nich nie wiedziało do czego właściwie Matt dąży, ale nie chcieli mu przerywać. – Może nie wszystkie, ale niektóre z nich są jak najbardziej prawdziwe… na przykład ta o Jasiu i Małgosi – westchnął. – Matt, z całym szacunkiem – Cahir starał się pohamować swój gniew – ale nie mamy ochoty słuchać bajek! Gdzie jest Gabriela? Czy nic się jej nie stało? Mężczyzna spojrzał na niego chłodnym spojrzeniem, takim, jakiego chłopak jeszcze nigdy u niego nie widział. – Jako dziecko byłeś znacznie mądrzejszy – syknął. Cahir pierwszy odwrócił wzrok. Eliza, która znacznie lepiej znała swojego męża, pociągnęła go delikatnie za rękaw czarnej koszuli. – Mów – poprosiła cicho. Matt skinął głową. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie. – Jakiś czas temu popełniłem poważny błąd, za który najwyraźniej przyszło mi płacić do dzisiaj – zaczął mówić cichym, poważnym głosem. Przymknął oczy. – Dawno temu podróżowałem po lasach Ameryki Północnej, tych, które już w dzisiejszych czasach nie istnieją. Znalazłem samotny, doszczętnie spalony dom w zgliszczach którego stał jakimś cudem nietknięty, duży piec, w jego wnętrzu było niemal doszczętnie spalone ciało. Chciałem je pochować, ale… – kontynuował smutno. – Widziałem już czarny, jednak nie tak straszne, jak kobieta, która żyła mimo takiego stanu. Wyciągnąłem ją stamtąd. Mijały godziny. Staruszka powoli dochodziła do siebie. To było okropne. Nie sądziłem, że może być jeszcze gorzej. Mijały dni, bardzo powoli staruszka zaczęła odzyskiwać zrujnowane ciało. Wraz z upływem czasu stan kobiety się poprawiał i rozumiałem ją coraz lepiej. Nauczyła mnie które rośliny i grzyby są jadalne. Żyło się nam całkiem spokojnie, a już wtedy byłem wykończony różnymi okrutnymi i bezsensownymi działaniami mojej rasy. Miałem dość nienawiści, zabijania i krwawych wojen. Pragnąłem, prawdę mówiąc, żeby te chwile trwały jak najdłużej, obawiałem się jednak, że tak nie będzie. Kiedy już zupełnie doszła do siebie, opowiedziała mi swoją historię. – Obydwoje słuchali uważnie. Żadnemu z nich, do tej pory, Matt nigdy nie opowiadał niczego ze swojej przeszłości. – Urodziła się w plemieniu Mglistej Góry, siedem lat po tym jak z krainy cofnęły się lody. W czternastym roku życia stała się kobietom. Gdy pojawiły się pierwsze krwawienia miesięczne zaczęła mieć widzenia i przeczucia. Początkowo były słabe. Mogła powiedzieć, kiedy zacznie padać i kiedy przestanie. Często była w stanie przewidzieć, gdzie należy polować. Co jakiś czas potrafiła nawet przewidzieć, który z wojowników zginie albo odniesie rany na polowaniu. Jej dar był dla plemienia bezcenny. Wkrótce przeniesiono ją do chaty szamana. W tym pełnym przywilejów życiu, inni zbierali za nią jedzenie, a ona wykonywała dzieło. Była urocza i każdy to widział. Niedługo trwało, nim jej wzrok zaczął często spoczywać na synu wodza, Auracu. On też na nią spoglądał. Wiedziała, że będzie dla niego dobrą żoną. On też to wiedział i okazał jej to pewnej rozgwieżdżonej nocy. Parzyli się jak króliki w czasie rui – uśmiechnął się ponuro – na szczycie skały, o której mówiono, że zapewnia urodzenie chłopca po takim uniesieniu. Ale nadeszła katastrofa. Plemię Rwącej Rzeki przybyło z nizin by zająć ich kraj. Po kilku takich potyczkach ich wódz odsunął widmo wojny, wydając Auraca za córkę wodza Rwącej Rzeki. Przeraziła się co zrobiliby członkowie plemienia, gdyby dowiedzieli się, co rośnie w jej brzuchu. Aurac też to wiedział. By uchronić się przed wyrzuceniem z wioski, sprytny Aurac ją wydał. Oznajmił, że widział, jak w nocy oddawała się złym duchom i słyszał jak obiecywały jej straszliwe moce i dziecko-potwora. Nie mogła przeżyć sama, chyba, że udałoby się jej odkryć moce większe od tych, które dawała krew miesięczna. Postanowiła rozlać najbardziej niewinną krew – westchnął smutno Matt. – Gdy urodziła syna, natychmiast pchnęła go noże. I moc przyszła, ogromna. – Eliza patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami. Nie do końca docierało do niej to o czym opowiadał jej ukochany. Jak można zabić własne dziecko? Cahir słuchał ze skupieniem na pobladłej twarzy. – Z wielkiej odległości nakazała, by ciało jej ukochanego pokryły czyraki, wrzody, otwarte rany i wszelkiego rodzaju ohydne pryszcze – nie przerywał opowieści Matt. – Kradnąc i składając  ofierze jedno dziecko rocznie, zawsze miała moc. Poświęcając dwoje w roku przestała się starzeć. Mijały lata. Plemię Mglistej Góry przeminęło, cierpiąc każde upokorzenie, jakim tylko mogła je dotknąć. Mijały wieki, a ona się nie zmieniała. Z wyjątkiem tego, że stawała się coraz potężniejsza i bardziej przebiegła. Pomagała tym, którzy byli dla niej mili. Tych, którzy byli choć trochę niemili, karała. Zawsze też prowadziła osobistą wojnę z ładnymi, młodymi książętami i innymi możnymi dżentelmenami. Była to jej ulubiona rozrywka, której oddawała się często i w niezliczonych wariantach. W owych czasach nie była jednak w stanie, oprzeć się urokowi przystojnych młodzieńców, tak jak kiedyś nie mogła oprzeć się Auracowi. Młode ciało ogarniają czasem żądze… więc zaczęła się starzeć. Ciągle toczyła swą wojnę, ćwiczyła się w rzemiośle, rujnując życie tym, którzy ją zawiedli i darząc łaską tych którzy jej słuchali. Zawsze oddawała duchom ich doroczną daninę. W końcu zmęczyła się obcowaniem z ludźmi. Skryła się w chacie w samym sercu lasu. Raz albo dwa razy w roku przystrajała ją ciastkami i słodkościami by zwabić przypadkowe dzieci. Czasami do następnych takich odwiedzin upływał rok, wtedy jej moce słabły. Tak się właśnie stało i tamtym razem. Dwójka dzieci pokonała ją i wepchnęła do pieca. Właśnie rozpoczynała długą podróż powrotną z krainy umarłych, gdy ją odnalazłem. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uznać, że grozi mi niebezpieczeństwo. Opowiedziałem jej o Illi’andin. To był mój największy błąd – westchnął cicho. – Uznała, że moja krew da jej znacznie więcej niż krew dzieci. Tyle, że ona też się przeliczyła, bo nie byłem aż tak łatwą ofiarą jak jej się zdawało. – Podniósł wzrok, spojrzał na Elizę, a potem na Cahira. – Kiedy spróbowała mnie zabić, ponownie spłonęła żywcem. Dla pewności pogrzebałem ją we wnętrzu czynnego wulkanu. Najwyraźniej jednak jej magia była silniejsza niż myślałem, bo jakoś się stamtąd wydostała. Ma znacznie większą moc niż miała wtedy… Schwytała Gabrielę i uwięziła ją gdzieś w przejściu między światem żywych, a umarłych. Zostawiła otwartą bramę i powiedziała, że mogę po nią pójść, bo jej wszystko jedno czyją krew dostanie, ale wyjdzie stamtąd tylko jedno z nas. – Odwrócił od Cahira wzrok. – Nie mogłem przejść przez to pieprzone przejście, ponieważ Gabriela nie jest moja córką. – Zostawiłeś ją tam? – sapnął oskarżycielsko chłopak. Nie był w stanie dłużej powstrzymać swojego gniewu. Matt przecząco pokręcił głową. – Nic nie mogłem zrobić. Daniel po nią poszedł – wyszeptał cicho. – Mógł przejść przez bramę, ponieważ w ich żyłach płynie ta sama krew. – Daniel? – wyszeptał niedowierzająco Cahir. Mężczyzna siedział ze spuszczona głową, Eliza spojrzała na chłopaka przepraszająco. – Chcieliśmy ci powiedzieć, ale… – zaczęła cicho. – Ale nie powiedzieliście! – warknął, gwałtownie wstając z kanapy i niczym podmuch jesiennego wiatru wybiegł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wiał lekki wiatr. Pełne czerwonych kwiatów pole falowało łagodnie. Dolina wyglądała jak rajski ogród. Daniel osłonił oczy przed rażącym słońcem. W oddali widział kamienny ołtarz. Skierował się bezpośrednio ku niemu. Szedł szybkim krokiem, ale zamiast przybliżać, ciągle się oddalał. Zaklął szpetnie. Rozwinął olbrzymie, szare skrzydła i wzbił się w powietrze. Tu działo się to samo. Im szybciej leciał, tym dalej był. Jak miał dotrzeć do tego pieprzonego ołtarza? Starał się nie myśleć. W głowie miał nieprzyjemny mętlik. Tyle lat milczeli… Eliza nic mu nie powiedziała. Uśmiechnął się do siebie ponuro. Doskonale wiedział dlaczego. Był kim był, a oni nie chcieli go w swoim życiu. Teraz, kiedy Gabriela miała dziewiętnaście lat, on sam i tak, na nic nie miał już wpływu. Wzdrygnął się zawisając w powietrzu. Na jedno jednak miał wpływ. Spojrzał w kierunku ołtarza. Sterta kamieni była w tym momencie jedynie majaczącym w oddali punkcikiem. Opadł na ziemię. Zamknął oczy. Stał w miejscu. – Krew z krwi – powiedział cichym szeptem. Kiedy otworzył oczy, był przy samym ołtarzu. Gabriela miała na sobie białą, zwiewną szatę. Leżała na twardym kamieniu, a jej twarz była bardzo blada. Łagodnie dotknął ramienia nieprzytomnej dziewczyny. Było zimne jak lód. Jakby nie żyła. Ona jednak otworzyła oczy. Usiadła. Spojrzała na niego zaskoczona. – Gdzie ja jestem? – wyszeptała. – Na południe od nigdzie i na wschód od gdziekolwiek – zakpił. Wpatrywała się w niego nie rozumiejąc, a on zdał sobie sprawę, że dziewczyna go nie poznaje. Nie było teraz na to czasu. – Chodź – wyciągnął do niej rękę. – Musimy się stąd wydostać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie! To nie było możliwe, ona nie mogła być jego córką! Nie Daniela! Tyle, że Cahir doskonale wiedział, że to prawda. Zdawał sobie sprawę, co niegdyś łączyło jego przybraną matkę z Danielem. Czas również się zgadzał. Chłopak zagryzł zęby. Pięścią uderzył z całej siły w kamienny mur. To był błąd. Zapomniał o swojej sile. Ściana rozpadła się na kawałki. Syknął wściekle. Dlaczego mu nie powiedzieli?! Zawsze do tej pory myślał, że Gabriela jest córką Matta, że będzie taka jak on, jak Eliza, w żadnym wypadku nie jak Daniel! Jednak te jej wiosennie zielone, niesamowite oczy. Mógł się tego domyśleć. Powinien był. Zadał sobie dręczące go, od kiedy tylko usłyszał tą rewelację pytanie. Czy to znaczyło, że już jej nie kochał? Nie, doskonale, boleśnie wręcz zdawał sobie sprawę, że to w najmniejszym nawet stopniu nie zmienia uczuć, którymi darzył dziewczynę. Rozłożył czarne, jak noc skrzydła, które pojawiły się znikąd i wzbił się w powietrze. Noc była krótka, a on musiał odnaleźć swoje wilkołaki. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela czuła strach. Nie wiedziała gdzie jest ani co się dzieje. W głowie miała pustkę. Nie była nawet pewna kim sama jest. Spojrzała w zielone oczy mężczyzny. Takie same, jak jej własne oczy. Wydawało się, że dobrze ją zna. Instynktownie postanowiła mu zaufać. Teraz szła u jego boku przez pole czerwonych kwiatów. W powietrzu unosił się cudowny, kuszący zapach. W końcu, po prawie godzinnej wędrówce, stanęli przed wysokim, kamiennym łukiem. Mężczyzna zatrzymał się. Niechętnie spojrzał na bramę, przez którą widać było jedynie jeszcze więcej czerwonych kwiatów. Potem odwrócił wzrok ku dziewczynie. – Przejdziesz przez łuk i znajdziesz się w zupełnie innym miejscu – oznajmił spokojnie. – Niestety nie mam pojęcia gdzie. – Wyjął z kieszeni telefon komórkowy, podał wpatrującej się w niego dziewczynie. – Wybierzesz ten numer i zadzwonisz. Powiesz im, że niczego nie pamiętasz, a oni ci na pewno pomogą. Gabriela pokręciła głową, cofnęła się chowając ręce za plecami. – A ty? – zapytała cicho. – Nie idziesz? Daniel roześmiał się. – Jeżeli znajdę jakiś sposób, żeby stąd wyjść, na pewno to zrobię – oznajmił drwiącym tonem. Nie zrozumiała. – Dlaczego nie możemy pójść razem? Skrzywił się. – To magiczne miejsce i może stąd wyjść tylko jedno z nas – stwierdził wzruszając ramionami. – Więc czemu ty nie pójdziesz? – Bo przyszedłem tutaj po ciebie – warknął na nią poirytowany. Dziewczyna usiadła na trawie. Utkwiła w nim przenikliwe spojrzenie zielonych oczu. – Co robisz? – zapytał. – Zostaję – oznajmiła. – Co?! – Nigdzie nie idę bez ciebie – odpowiedziała spokojnie. Mężczyzna westchnął, opadając przy niej na trawę. To będzie trudniejsze niż się spodziewał. Żałował, że nie może jej po prostu wepchnąć przez bramę, magia jednak nie działała w ten sposób. Wiedział też, że nie da rady jej tutaj zostawić. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza otworzyła drzwi, wpuszczając do środka, wiktoriańskiej posiadłości, wilkołacze dzieci i Natalię. Usiedli przy drewnianym stole w kuchni, z wdzięcznością przyjmując zaproszenie na domowy obiad. Cahir stał w drzwiach, patrząc na nią wściekłym wzrokiem. Podeszła do niego. Spojrzała niepewnie. – Nie rozumiem! – wyrzucił z siebie. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?! Uśmiechnęła się do niego smutno. – Nie chciałam, żeby Daniel się dowiedział – przyznała cicho. – On nie mógł się dowiedzieć! Nie podobała mi się też myśl, że Gabriela będzie wiedziała. – Ale dlaczego ja nie mogłem wiedzieć? – Pomyśl – warknął na niego Matt, stając tuż za plecami żony. – Sam chciałeś wrócić do Daniela. Zastanów się jak dużą miał nad tobą władzę, jako twój mentor. – Rozumiesz, dlaczego on się nigdy o tym nie dowiedział? – westchnęła zrezygnowana Eliza. Cahir przytaknął. Doskonale rozumiał. Zdawał sobie sprawę jak Danielowi ciężko było odejść od ich rodziny. Gdyby jeszcze dowiedział się o tym, że ma córkę… Gdyby chciał ją zabrać… Matt z pewnością by na to nie pozwolił, a to, prawdopodobnie oznaczałoby śmierć Daniela. To jego Eliza chciała chronić. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Zaklął. – Ona go nie zostawi – powiedział niemal histerycznie. – Okłamie ją – wzruszył ramionami Matt. Cahir przecząco pokręcił głowa. – Nie pomyśli o tym. Zostaną tam obydwoje. Eliza spojrzała Cahirowi w oczy. – Daniel coś wymyśli – stwierdziła stanowczo. – On jej nie rozumie – zaprzeczył chłopak. W jego ciemnych, niemal czarnych oczach, zapłonął ogień. Wyszedł na zewnątrz. Rozwinął czarne, jak heban skrzydła i wzbił się w nocne powietrze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Leżeli na zielonej trawie, otoczeni morzem czerwonych kwiatów, podziwiając krajobraz jak z barwnego malowidła. Daniel nie miał już siły z nią dyskutować. Dziewczyna należała do tych upartych, to trzeba jej było przyznać. Nie przemawiały do niej żadne, logiczne argumenty. Po kilku godzinach niebo pociemniało, mimo, że tak naprawdę nigdy nie było na nim słońca. Wiedział, że nie zostało im wiele czasu. Był przekonany, że gdyby go pamiętała, nie zawahałaby się ani chwili. W ciągu tych kilku godzin zdążył się jednak przekonać, jak niewiele przypomina sobie Gabriela. Wiedziała jak ma na imię, znała podstawowe rzeczy, ale wszyscy dookoła byli dla niej obcy. To nie wróżyło niczego dobrego, ale to już nie jego problem. Do niego należało jedynie przekonanie jej, żeby przeszła przez tą cholerną bramę. Potem zostanie sobie tutaj na zawsze, a raczej dopóki wiedźma nie zorientuje się, że została oszukana i wcale nie ma tego, czego chce. Był pewien, że wówczas po prostu go zabije. Nagle zobaczył, że ktoś ku nim idzie. Podniósł się gwałtownie. Gabriela usiadła. Spojrzała na niego pytająco. Daniel wskazał na zbliżającą się postać. Zaskoczony rozpoznał smukłą sylwetkę Eryka. Co do cholery robił tutaj wampir?! Młodzieniec podszedł do nich. Uśmiechnął się do dziewczyny, która natychmiast schowała się za plecami Daniela. Eryk spojrzał na nią zaskoczony. – Co się stało? – zapytał zamiast wyjaśnić co właściwie w tym miejscu robi. – Nie ważne – warknął na niego mężczyzna – co tutaj robisz?! Jak się do tego miejsca dostałeś? Wampir roześmiał się. – Przyszedłem was zmienić – wyjaśnił. – Piłem zarówno twoją jak i jej krew. I tak jestem już martwy, więc przejście przez bramę jako ostatni raczej mnie nie zabije. Oczy Daniela rozszerzyły się ze zdumienia. Technicznie rzecz biorąc, Eryk miał rację. W każdym razie bez znaczenia było czy zabije go portal czy czarownica. Chwycił Gabrielę za rękę i pociągnął w stronę łuku. – Idź – rozkazał. Spojrzała na niego nieufnie, ale tym razem nie protestowała. Nie puszczając jego dłoni, przeszła przez bramę, a on podążył za nią. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie obejrzała swoją lekko przybrudzoną, białą sukienkę. Zaczęła zastanawiać się co tutaj właściwie robi. Przejrzała się w tafli jeziora. Jej niebieskie, duże oczy lśniły niczym dwa szmaragdy. Złote loczki okalały dziecięcą twarzyczkę. Wyglądała niemal jak porcelanowa lalka. Lalka! Jak ona marzyła o tym, żeby mieć własną lalkę! Taką prawdziwą, w sukience i płaszczyku. Głos jej to obiecał. Powiedział, że jeżeli wykona polecenia, które jej szeptał, to odnajdzie JEGO, a ON da jej nie tylko lalkę, ale i piękne sukienki, kotka i co tylko będzie chciała. Rosie musiała posłuchać głosu. To było jej przeznaczenie. Podniosła do góry swoje blade rączki. – No, musisz tam gdzieś być – wyszeptała ponaglająco. Potem jej drobną twarzyczkę rozjaśnił uśmiech triumfu. Znalazła! – Chodź do mnie – zamruczała. Przez jakiś czas nie działo się nic, a potem na zielonkawej tafli jeziora zaczęły pojawiać się zmarszczki. – Jeszcze tylko troszeczkę – mówiła do siebie dziewczynka, jakby dodając samej sobie sił. Na powierzchnię wody wyskoczył duży kawałek drewna, a potem zaczął płynąć ku brzegowi. Im bardziej się zbliżał, tym łatwiej można było w nim rozpoznać zarys trumny. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie miał pojęcia gdzie są. Była to sporych rozmiarów komnata, na której kamiennych ścianach, wisiały czerwone, podarte draperie. W pokoju stało trochę zniszczonych mebli. Uwagę mężczyzny przyciągnął kominek, w którym wesoło podskakiwały płomienie. Nieopodal ognia stał wysoki, skórzany fotel. Dopiero po chwili rozpoznał w półmroku siedzącą w nim, znajomą sylwetkę. Cahir zerwał się z miejsca, w ułamku sekundy podbiegając do nich. – Gabi! Nic ci nie jest? – zwrócił się pełnym troski głosem do złotowłosej dziewczyny. Gabriela zachowała się instynktownie, chowając za plecami Daniela. Mężczyzna westchnął cierpiętniczo. Smarkula w ogóle nie przypominała siebie. Teraz bardziej przypominała spłoszona wiewiórkę niż krnąbrną, rozkapryszoną dziewuchę, jaką była wcześniej. Tylko dlaczego wolał właśnie tamtą… – Nie bój się, to Cahir, nie zrobi ci krzywdy – wyjaśnił spokojnie, odwracając się ku dziewczynie. – To nasz przyjaciel. Czarnowłosy chłopak spojrzał na nich pytająco, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ w pomieszczeniu pojawił się Eryk. Uśmiechnął się szelmowsko, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów. – Żyjecie? – upewnił się na wszelki wypadek. Gabriela kurczowo chwyciła się ręki Daniela, a on zrezygnowany, otoczył ją ramieniem. – Ona nic nie pamięta – odpowiedział na nieme pytanie Cahira. – Nie wie kim jest, ani co się z nią działo. Gdzie my w ogóle do cholery jesteśmy? – sam zażądał wyjaśnień. Mimo tego, że ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Gabrieli, tym razem to Cahir się uśmiechnął. – Witaj w ruinach zamku Camelot, Sir Danielu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Ogród? Polana? A może cmentarz? Nie stanowiło żadnej różnicy, gdzie właściwie się znajdował. Ważne w tym momencie było jedynie symboliczne znaczenie tego miejsca, a stanowiło ono swego rodzaju odcięte od świata zewnętrznego sanktuarium. Matt stanął na zielonej trawie, niewielkiej polany, tuż przy linii drzew. Potem cierpliwie czekał. Mijały minuty i nic się nie działo, ale po chwili, w oświetlonym jasnym światłem księżyca, centrum polany, zaczęło coś się dziać. Jakby z tego właśnie białego światła, w powietrzu zaczął formować się przezroczysty kształt. W końcu stał się na tyle duży, by móc przybrać ludzką postać. Teraz, zamiast mgły, na polanie znajdowała się eteryczna, unosząca się lekko nad ziemią, skąpana w jasnej poświacie księżyca, przepięknej urody kobieta.  – Wieczna – mężczyzna skłonił się przed nią z szacunkiem. Obdarzyła go łagodnym, delikatnym uśmiechem. Jej głębokie oczy w kolorze rtęci, patrzyły na niego z czułością. Potem jednak spoważniała. – Przykro mi, wszyscy nie żyją. Z wściekłości zabiła całą Radę. Żaden z żołnierzy nie ocalał, a teraz chce dostać także i was. Matt z trudem panował nad własnym gniewem, z całej siły zacisnął pięści. Jeden po drugim, jak kwiaty, które zwiędły, umierała jego własna, ponadczasowa rasa. Mimo, że w wielu sprawach się z nimi nie zgadzał, nie popierał ich działań, to jednak… byli to jego ludzie! W szarych oczach mężczyzny było widać bezgraniczny smutek. – Czystokrwiści? – zapytał. Przecząco pokręciła głową. – Jest was teraz na świecie pięcioro – odpowiedziała zagadkowo – ale jedna istota jest niezwykła. – Bardziej niezwykła niż Cahir? – zaryzykował Matt. Mglista postać spojrzała na niego łagodnie. – Nie wyobrażasz sobie jak bardzo. – Czego ode mnie żądasz, Wieczna? – zapytał spokojnym już głosem. Kobieta znów obdarzyła go ciepłym, matczynym uśmiechem. – Ty już wykonałeś wszystkie swoje zadania Mattcie Cuttbert, od ciebie nie żądam niczego. – Nie będę stał z założonymi rękami, patrząc jak moja rasa ginie! – zaprotestował ostro mężczyzna. Poczuł jak to łagodne spojrzenie otacza go całego, niemal fizycznie czuł, jak wszystko w nim się uspakaja. Utonął w srebrnych, eterycznych oczach. – Widziałam widmo przyszłości. Skończył się czas Illi’andin, a nadszedł czas śniących. Jeżeli się wtrącisz, zginie cała twoja rodzina, a ty przeżyjesz, by mieć ich na sumieniu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir nie mógł tego znieść. Patrzył jak Gabriela śpi na starej, obitej wyblakłym materiałem sofie, zwinięta jak kociak, tuż przy siedzącym obok Danielu. Wbijał sobie do głowy, że jego mentor, właściwie przyjaciel… – chociaż takie myślenie od zawsze przychodziło mu z trudem – był przecież jej biologicznym ojcem. No tak, tylko, że przecież dziewczyna o tym nie wiedziała. W obecnej chwili nie zdawała sobie sprawy w ogóle z niczego… W progu pojawił się Eryk, wyraźnie w dobrym humorze z czego Cahir wywnioskował, że wampir uzupełnił zapas świeżej krwi. Gabriela otworzyła oczy, a blondyn podszedł do kanapy i uśmiechnął się do niej promiennie. – Dobrze spałaś? – zapytał przyjemnym, aksamitnym głosem. Cahir w tym momencie najchętniej przebiłby go kołkiem, uciął mu głowę czy coś w tym stylu. Zazdrość budziła się w nim za każdym razem na nowo, gdy tylko Eryk pojawiał się w pobliżu. To chyba była jedyna dobra strona tego, że Gabriela nic nie pamięta. Zapomniała również o wampirze. Musiał jednak przyznać, że prawdopodobnie to właśnie jemu dziewczyna zawdzięcza życie, bo jak bardzo chciałby temu zaprzeczyć, to jednak wiedział, że bez Eryka by sobie nie poradził. Gabriela ziewnęła. Przeciągnęła się rozkosznie. – Tak, dziękuję – odpowiedziała odwracając się ku Danielowi, jakby chciała sprawdzić, czy na pewno tam jest. W jej życiu był Eryk, w jej życiu był Daniel i tylko jego, Cahira, w życiu dziewczyny nie było. Nie mając pojęcia, jak długo jeszcze jest w stanie nad sobą panować, odwrócił się od sielankowego obrazka i wyszedł na wielki, prowadzący ku schodom do wewnętrznego, zamkowego ogrodu, balkon. Zamek Camelot… Legendarna siedziba Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu… Wybrał to miejsce specjalnie. Było zagubione, nikt go nie znał, nikt z żyjących o nim nie słyszał, poza tym leżało na wyspie, no i było magiczne… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Ogród, mimo, że zaniedbany, uważnego obserwatora przekonywał o swej dawnej wspaniałości. Pod pokruszonym murem wiły się krzewy róż, gdzieniegdzie rosły niespotykane gatunki karłowatych drzew, które wyglądały tak, jakby na wiosnę obsypane miały być powodzią kwiatów, przy obecnie porośniętej chwastami ścieżce, co jakiś czas poustawiane były stare, kamienne ławki. Gabriela szła przez to niesamowite miejsce, starając się nie wywoływać zbędnego hałasu. Zatrzymała się dopiero, gdy zobaczyła smukłą, siedzącą na ławce sylwetkę. Na jej widok chłopak podniósł głowę tak, że jego burza czarnych włosów zafalowała, opadając mu niesfornie na oczy. Obdarzył dziewczynę pytającym spojrzeniem. Uśmiechnęła się do niego blado. Usiadła przy nim. – Podobno to ty nas uratowałeś – odezwała się nieśmiało, kompletnie nie przypominając tonem głosu dawnej siebie. – Tak jakby – mruknął niechętnie Cahir. Gabriela podeszła i usiadła przy nim. – Daniel mówił, że się przyjaźniliśmy – wyznała zaniepokojona. Chłopak skinął głową, nie spuszczając wzroku z jej jadowicie wiosennych, zielonych oczu. Zobaczył, jak na jej twarzy pojawia się ulga. – Mam nadzieję, że nie przyjaźniliśmy, a przyjaźnimy dalej – przyjął dobrą minę, do złej gry Cahir. Uśmiechnęła się do niego promiennie, tak, że aż go to zabolało gdzieś w środku. Potem jednak jej twarz spochmurniała. – Bardzo chciałabym pamiętać – wyznała cicho. – Nie martw się, jakoś sobie z tym poradzimy – obiecał, nieświadomie dotykając leżącej na kamiennej ławce, ręki dziewczyny. Zdziwił się, kiedy wsunęła dłoń w jego palce i położyła mu głowę na ramieniu. – To było coś więcej niż przyjaźń, mam rację? – zapytała cichutko. – Daniel nie chciał mi niczego powiedzieć, ale ja to po prostu czułam! – nagle podniosła wzrok, jakby się czegoś wystraszyła. – Tylko nie mów mi, że jestem w tobie beznadziejnie i bez wzajemności zakochana! Cahir odwrócił wzrok. Tak bardzo chciał jej powiedzieć, że to co mówi, to prawda! Całym sobą pragnął znów trzymać ją w swoich ramionach, całować jej usta, ale zwyczajnie nie mógł jej okłamać. – Tak naprawdę, to wystraszyłaś się, zerwałaś ze mną, a potem umawiałaś się z Erykiem – wyznał niechętnie. – Z Erykiem? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Kiedy ja przy nim kompletnie niczego nie czuję! – oznajmiła pewnym głosem, a Cahir poczuł, jak jego serce gwałtownie przyspiesza. – To znaczy jest bardzo miły i w ogóle, ale to nie to… nie to samo co przy Tobie – wyjaśniła, dotykając jego policzka i zmuszając go, żeby na nią patrzył. – Poza tym czego się przestraszyłam? – zapytała mniej pewnie. – Mnie – wyznał szczerze, wbrew sobie, Cahir. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela nie była w stanie tego zrozumieć. Nikt nie chciał jej niczego wyjaśniać. Nie powiedzieli jej dlaczego mieszkają w tej starożytnej ruinie zamku, ani kim jest Maurycy, chłopak, który na jej oczach przemienił się z rudego wilka w człowieka. Nie zamierzali jej niczego tłumaczyć. Daniel im zabronił, a oni wszyscy słuchali go jak karne dzieci. Nawet Natalia, dziewczyna, która podobno była jej szkolną przyjaciółką, o niczym teraz nie chciała Gabrieli powiedzieć. Najgorszy ze wszystkiego był Cahir, który nie zaprzeczył, kiedy spytała otwarcie czy ją kocha, ale cały czas trzymał ją na dystans. W najmniejszym stopniu jej się to nie podobało. Irytował ją również zawsze pełen kurtuazji, nadskakujący jej przy wszystkim Eryk. Sprawiało jej przykrość pełne bólu spojrzenie Cahira. Kiedy miała swoje „ja”, swoją pamięć, czy naprawdę mogła być aż taka ślepa, by tego nie zauważyć? Nie zamierzała się poddawać. Dołączyła do stojącego przy jednym z ogromnych, skierowanych ku wzburzonej wodzie zatoki, okien, Cahira. Podeszła tak blisko, by mogli zetknąć się ramionami, nie odsunął się, ale niemal fizycznie czuła, jak chłopak toczy w sobie wewnętrzną walkę z chęcią, aby ją objąć. Nie rozumiała, dlaczego tego nie zrobi. – Czemu tu jesteśmy? – zapytała. – Ponieważ tu jest bezpiecznie – wyjaśnił spokojnie. – Przed czym się chowamy? – nie zrozumiała. – Kiedy dowiedziałem się, że Daniel jest twoim ojcem… – wypalił bez zastanowienia. Dziewczyna odsunęła się od niego, robiąc wielkie oczy, ze zdumienia. – Co?! Cahir lekko pobladł na twarzy. – Przepraszam, ja… – ale Gabriela nie dała mu dokończyć, bo kiedy te słowa unosiły się z jego krtani, ona już biegła przed siebie szerokim, zamkowym korytarzem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Szok wystarczył by przypomniała sobie wszystko. Teraz biegła jak opętana kierowana tylko jedną myślą – miała ochotę komuś przyłożyć, a w każdym razie przynajmniej wywrzeszczeć prosto w twarz, co o nim myśli. Jak oni mogli jej to zrobić?! Jeżeli Cahir mówił prawdę, a nie miała wątpliwości, że tak właśnie było to… Nie, taka sytuacja nie mieściła jej się w głowie. Okłamywali ją przez całe życie?! Zatrzymała się dopiero przed prowadzącymi do jednej z lepiej zachowanych komnat drzwiami. Tu się uspokoiła. Teraz rozumiała bezsens swoich niektórych zachowań. Czuła się jakby wydoroślała. Nie zamierzała popełnić kolejny raz tych samych błędów. Rodzice z pewnością mieli jakiś powód, ale on… Daniel go nie miał! Weszła do pomieszczenia spokojnym krokiem i stanęła za wysokim, skórzanym fotelem. Siedzący na nim mężczyzna podniósł znad książki pytające spojrzenie. – Czy jesteś moim biologicznym ojcem? – zapytała wielki wysiłek woli wkładając w to, żeby grać swoją rolę. – Kto ci to powiedział? – zapytał, a jego głos był jeszcze chłodniejszy niż zwykle. – Cahir, niechcący… – odezwała się próbując nadać głosowi drżenie, które, jak pamiętała przewijało się przez jej życie w ciągu kilku ostatnich dni. Daniel zazgrzytał zębami. – Zabiję smarkacza! – oznajmił wkurzony. – Więc to prawda? – Gabriela nie musiała udawać, że blednie. Mężczyzna spojrzał na nią wiosennie zielonymi oczami. Z niechęcią skinął głową. – Sądzę, że nigdy bym się o tym nie dowiedział – przyznał – ale do tej krainy, tam, gdzie byłaś, mogła wejść za tobą tylko osoba, w której żyłach płynie ta sama krew. No więc okazało się, że twój ojciec, ten prawdziwy, nie mógł tam za tobą wejść, mimo, że próbował – mruknął ponuro Daniel. Wzruszył ramionami. – Wtedy dowiedziałem się, że jesteś moją córką. Gabriela sama nie była pewna dlaczego, ale poczuła się lepiej z tym, że on nie wiedział. – Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę – westchnęła, a chęć mordu i cała złość przemieniła się w zalewającą ją powodziową falą, cichą melancholię. Odwróciła się i bez słowa wyszła z komnaty. Może i Daniel był jej biologicznym rodzicem, ale nigdy, przenigdy nie będzie jej ojcem, przynajmniej nie w tym znaczeniu tego słowa i doskonale o tym wiedziała. Jednak, mimo wszystko, poszedł po nią, nie zostawił jej tam samej. Przypomniała sobie, jak chciał, żeby wyniosła się stamtąd. Nie zwracał uwagi na to, że ceną prawdopodobnie było jego własne życie. Tak, Daniel był zagadką, a ona postanowiła pozwolić mu zachować swoje własne tajemnice. Uznała, że tak będzie najlepiej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir podszedł do niej. Usiadł tuż obok, na starej, marmurowej ławce. Ogród. Kiedyś musiało to być naprawdę piękne miejsce, ale teraz, mimo pozostałej tu magii, nie było ani przyjemne, ani wygodne. – Przejdziemy się? – zaproponował. Gabriela bez słowa wstała, obdarzając go bladym uśmiechem. Nie odzywając się do siebie wyszli na skąpaną w świetle księżyca plażę. Nagle Cahir zatrzymał się, chwytając za ramię dziewczynę. Przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie. Zacisnął palce na jej ręce, a ona poczuła, jak ogarnia ją cień. Zupełnie, jakby przestała należeć do tego świata. Spojrzała w kierunku, w którym patrzył chłopak. Nad brzegiem morza zobaczyła Eryka. Stał i rozmawiał z dwiema, smukłymi postaciami. Dziewczyna nie słyszała słów, zbyt cichych, a na dodatek zagłuszanych przez szum wiatru i hałas, rozbijających się o brzeg, morskich fal. Po chwili postacie rozmyły się, a on został sam. Postał jeszcze chwilę, wpatrując się w bezkresne morze, a potem odwrócił się i zaczął iść w kierunku zamkowych murów. Cahir nie ruszał się, do momentu, kiedy wampir zniknął z ich pola widzenia. Dopiero potem odetchnął, wyswabadzając ramię Gabrieli. – Co się stało? – zapytała zaciekawiona dziewczyna. – Nic – szepnął chłopak, ale brzmiało to tak, jakby mówił sam do siebie.  – Cahir – warknęła na niego – jeżeli w tym momencie mi nie powiesz, to przyrzekam, że… Nagle spojrzał na nią zupełnie inaczej. Uśmiechnął się szeroko. – Wróciłaś? – zapytał. Speszyła się odrobinę, skinęła głową. – Skoro już wiesz, to teraz możesz mnie wreszcie przytulić? – poprosiła, spuszczając wzrok. Roześmiał się. Podniósł ją z piasku i okręcił dookoła. Przylgnęła do niego najmocniej, jak potrafiła, a on chłonął cudowny zapach jej włosów. – Wracajmy – szepnął po długiej chwili milczenia – tu nie jest bezpiecznie. Dziewczyna odsunęła się odrobinę. Spojrzała mu w oczy. – O czym rozmawiały wampiry? – spytała rzeczowo. – Lepiej będzie, jeżeli ci tego nie powtórzę – westchnął. – Dlaczego? – znowu z trudem powstrzymała się przed warknięciem na niego. – Ponieważ jesteś dziewczyną Eryka – oznajmił gorzko. Spojrzała na niego zaskoczona. Potem uśmiechnęła się szelmowsko. – Lubię go, naprawdę – wyznała szczerze – ale właściwie, to jakbyś tego nie nazwał, byłam „jego dziewczyną” tylko po to, żeby cie wkurzyć – przyznała. – Teraz już nie chcesz? – spytał sarkastycznie Cahir. – Nie, teraz już nie chcę – oznajmiła zupełnie poważnie, wspinając się na palce i całując go w usta. Porwał ją w ramiona, przyciągając jak najbliżej siebie. Z pasją odwzajemnił pełen żaru pocałunek Gabrieli. Teraz dopiero poczuła, że to za tym tak bardzo tęskniła. To właśnie bliskości Cahira w jej życiu najbardziej brakowało. I nie miało znaczenia czy był wilkiem, demonem czy kimkolwiek innym. Po prostu go kochała. Za nic konkretnie i za wszystko. Całą sobą była mu wdzięczna za to, że jest. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedzieli we trójkę przy kominku, zajmując dwa, stare, obite skórą fotele, które już dawno powinny się rozsypać, a jednak, w dalszym ciągu trwały, tak jak to całe niepokojące miejsce. Gabriela skuliła się koło Cahira, a on obejmował ją ramieniem. Daniel zaniepokojonym wzrokiem patrzył to na jedno, to na drugie. – Więc te informacje są prawdziwe? Wampiry mówiły prawdę? – spytał cicho Cahir. – Zabiła setki Illi’andin? Daniel niechętnie skinął głową. – Nie ma już Rady, więc wszystkie stworzenia będą robiły to, co im się podoba. – Wzdrygnął się mimowolnie. – Co zapewne oznacza wojny wilkołaków i wampirów, a pewnie jeszcze gorzej. – Czy czarownica nie będzie ścigała również nas? – zaniepokoiła się Gabriela, którą pokrótce wtajemniczyli już w temat. – Będzie – odpowiedział jej ponuro Cahir – dlatego znaleźliśmy się właśnie tutaj. Zamek Camelot jest magicznym miejscem, do którego złe moce nie mają wstępu. – Nawet jeżeli to prawda i ona nie da rady się tutaj dostać, to przecież nie możemy siedzieć w tym miejscu wiecznie! – zirytowała się dziewczyna. – Na razie nie mamy wyjścia – odpowiedział jej spokojnie Daniel. – Poza tym pojawił się jeszcze jeden problem. Co zamierzasz zrobić z Erykiem? – Jak to co? – nie zrozumiała Gabriela. – Nie pozbędziesz się go tak łatwo. On nie jest człowiekiem – wyjaśnił. – Prawdopodobnie będzie rościł sobie do ciebie jakieś prawa. Może się zrobić bardzo, bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza teraz, kiedy nie ma nam kto pomóc. Zielone oczy dziewczyny zalśniły. – Nie wierzę ci! – oznajmiła stanowczo. – Nie Eryk! On jest… Cahir westchnął. Przytulił ją do siebie mocniej. – Obyś nie miała okazji przekonać się, dlaczego tak nienawidzimy wampirów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie miała tej głupiej kobiety szczerze dość! Przecież to miało być takie proste! Uwolnić ją z tej przeklętej trumny i zaprowadzić tam gdzie trzeba, ale nie… Ta idiotka musiała komplikować wszystkie jej plany. Dziewczynka ze wstrętem na porcelanowej twarzyczce przyglądała się, jak wampirzyca dopija resztę krwi z szyi kolejnej, omdlałej niewiasty. Zaczęła po dziecięcemu, niecierpliwie przestępować z nogi na nogę. – Anabello, czy możemy już iść? – poprosiła po raz kolejny. – Ktoś na nas czeka. Bursztynowe oczy tamtej zabłysły złowieszczo. – Nie będziesz mi rozkazywała, dziewczynko! – oznajmiła jakby zła, ale też odrobinę rozbawiona. No pięknie! Jeżeli tak dalej pójdzie, to nici z nowej lalki! No cóż, najwyraźniej nie miała wyboru… Anabella krzyknęła. Jej sięgające pasa, brązowe włosy zafalowały. Wampirzyca osunęła się na podłogę, zasłaniając rękami głowę. – Czy teraz możemy już iść? – spytała Rosie, uśmiechając się ponuro. Wampirzyca skinęła głową, patrząc na dziecko z nienawiścią. Teraz, nareszcie, wszystko szło zgodnie z planem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela stała w zrujnowanym, zarośniętym chwastami, a jednak ciągle pamiętającym o swej dawnej świetności ogrodzie i wpatrywała się w pogrążone w półmroku plecy Eryka. Coś było nie tak, ale nie mogła uwierzyć w to, że Cahir i Daniel naprawdę mogli mieć rację. W końcu się do niej odwrócił. – Jesteś tego pewna? – spytał cicho. Jego blada, przystojna twarz, była teraz nieprzeniknioną maską. Dziewczyna skinęła głową. Był jej przyjacielem. Nie chciała do siebie dopuścić myśli, że się myli. – Przepraszam, Eryku – mruknęła spuszczając wzrok. Podszedł do niej. Spojrzał jej w oczy. Jego smukła dłoń odnalazła jej rękę. Zbliżył się. Zobaczyła, jak wysuwają się jego białe, ostre zęby. Przez chwilę poczuła strach, a potem usłyszała groźne warczenie. Eryk cofnął się. Puścił jej rękę. – Porozmawiamy o tym później, bez publiczności – oznajmił, a potem jakby rozpłynął się w ciemności. – Co to miało być?! – warknęła rozeźlona Gabriela, na wysuwającego się z krzaków, rudego wilka. Maurycy przybrał swoją ludzką postać. Spojrzał na nią przepraszająco. – Wybacz, nie miałem pojęcia, co krwiopijca zamierza, a Cahir kazał mi ciebie pilnować i… Dziewczyna przewróciła oczami. Nie było sensu obwiniać tego chłopaka. Nie miał wyjścia i musiał wykonać każde polecenie, które wydał mu przywódca stada. Ona jednak nie musiała, a co więcej – wcale nie zamierzała. Obdarzyła Maurycego wymuszonym uśmiechem. – To nie twoja wina – westchnęła, jednak w jej wiosennie zielonych oczach pojawiła się groźba. – Za to z Cahirem z pewnością sobie porozmawiam. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Natalia wpatrywała się we wzburzone morskie fale. Minął już niemal tydzień od kiedy przybyli na tą wyspę, szaleńcza wyprawa, jej spalony dom, bestie rodem z horrorów, które na dodatek stały się jej przyjaciółmi. W dalszym ciągu nie potrafiła się pozbierać i poradzić sobie z całym, kamiennym murem, który się na nią zawalił. – Przepraszam… – niewielka postać pociągnęła ją za rękaw bluzy. Dziewczyna spojrzała na nią szczerze zaskoczona. Ta zapomniana przez ludzi i bogów wyspa podobno była miejscem tajemniczym i nikt nie miał do niej dostępu. Nawet ona sama czuła jej potężną, drzemiącą we wnętrzu ziemi, magię. Skąd więc wzięło się tutaj to dziecko i co najważniejsze, kim ta mała była? – Tak, kochanie? – spróbowała odezwać się w miarę spokojnym głosem. Dziewczynka obdarzyła ją pobłażliwym uśmiechem. – Zaprowadzisz mnie do zamku? – poprosiła. – Muszę z kimś porozmawiać. To bardzo ważne – dodała nagląco. O nie, z pewnością nie zachowywała się jak kilkuletnie dziecko, co do tego Natalia nie miała żadnych wątpliwości. Nie miała jednak pojęcia co robić, więc tylko skinęła głową. Dziewczynka ufnie chwyciła ją za rękę, a potem razem udały się w kierunku ruin zamku.  ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie miała już dość. Co oni sobie myśleli? Dlaczego traktowali ją w ten sposób? Z miejsca poczuła antypatię do kucającego przy niej wampira. Czystokrwisty również ją denerwował, najbardziej jednak tym wiecznym zmartwieniem i nieudolną chęcią pomocy. Co do Natalii, to była taka… taka nijaka! A co jeżeli głos się mylił? Co jeżeli jest nie tam gdzie trzeba? Rosie z całej siły zagryzła zęby, żeby się nie rozpłakać. To było po prostu nie fair! Ruina zamku w której się znalazła, jej zniszczona sukienka i te bezużyteczne osoby, które w niczym jej nie pomogą. – O co chodzi? – usłyszała zupełnie nowy głos. Do pomieszczenia wszedł wysoki, jasnowłosy mężczyzna. Towarzyszyła mu dziewczyna o włosach i oczach tej samej barwy co jego. Wyglądali na bardziej rozbawionych niż zaskoczonych czy zmartwionych. – Więc to ten wasz wielki problem? – zadrwiła blondynka, podchodząc do Rosie bez wahania. – Jak masz na imię? – spytała małej, jakby mówiła do rówieśniczki, a nie do małego dziecka. – Jestem Rosie – przedstawiła się dziewczynka, wpatrując się w wiosennie zielone oczy swojej rozmówczyni. – Ja mam na imię Gabriela – przedstawiła się tamta. – Nie podoba mi się twoja sukienka – stwierdziła lustrując ją wzrokiem. – Mi też nie – przyznała spokojnie mała. – Może pójdziemy coś na to poradzić, a oni niech sobie tutaj sami rozwiązują swoje problemy, co ty na to? – zaproponowała. Rosie ochoczo skinęła głową. Ciemnowłosy chłopak napiął się jak struna. Z jego niemal czarnych oczu wyczytała niepokój. – Idę z wami – oznajmił. Gabriela obrzuciła go chłodnym spojrzeniem. – Nie, nie pójdziesz – odezwała się z groźbą w głosie. Rosie spodobało się to zdecydowanie. Blondyn wzruszył ramionami, w dalszym ciągu wyglądał na rozbawionego. – W takim razie ja pójdę – odpowiedział obojętnie. Tym razem dziewczyna skinęła głową, w geście niemego  przyzwoleniu. Wzięła Rosie za rękę i we trójkę opuścili urządzoną w starym stylu komnatę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel wzruszył ramionami. Było mu wszystko jedno kim jest ich mały gość, choć podejrzenia, które żywił, były przynajmniej ciekawe. Uśmiechnął się do siebie, patrząc, jak natarczywie Gabriela wypytuje dziecko. Mimo lekceważącego zachowania „na pokaz” sama musiała być przynajmniej równie ciekawa co reszta. On nie był. Przeciągnął się, leniwie opadając na zadaszone baldachimem łoże. Dziwna sprawa. Mimo, że sam zamek popadł w ruinę, nie było w nim ani odrobiny kurzu, śladów pajęczyn czy obecności szczurów. Zupełnie jakby właściciel wyjechał na weekend i już za chwilę miał wrócić. Daniel nie rozumiał i wcale nie chciał rozumieć takiej magii. – Co tutaj robisz, Rosie? – kontynuowała wiązankę pytań Gabriela. Dziewczynka nie wytrzymała. Spojrzała błagalnie na wyciągniętego na łóżku mężczyznę. – Czy to wszystko naprawdę aż takie ważne? – spytała, wygładzając fałdy zbyt długiego swetra, który miała teraz na sobie. Uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. – Właściwie to nie – stwierdził pogodnie – musisz jej wybaczyć. Ona po prostu jest ciekawa. Czy jest jakaś rzecz, o której powinniśmy wiedzieć? Rosie przez chwilę się zastanawiała, a potem skinęła głową. – Przyprowadziłam ze sobą rozwiązanie waszego problemu – oznajmiła zadowolona. Daniel i Gabriela spojrzeli na nią zaskoczeni. – Co masz na myśli? – nie dał się wyprowadzić z równowagi mężczyzna. – Chcesz ją poznać? – spytała niewinnie. Mężczyzna usiadł na łóżku i skinął głową. Dziewczynka podeszła i wzięła go za rękę. Daniel chcąc nie chcąc wstał i poszedł za nią. Gabriela bez wahania do nich dołączyła. Wspólnie wyszli z zamku, a potem udali się, tuż przy jego murach, to porośniętego chaszczami, niewielkiego budynku. Rosie zaprowadziła ich do piwnicy. – Zostawiłam ja gdzieś tutaj – wyjaśniła przepraszająco, odpowiadając na ich nieme pytania. Zeszli na dół po kamiennych, wąskich schodach. Nagle, bardziej wyczuli niż usłyszeli, jakieś poruszenie. Coś rzuciło się na nich. Daniel zareagował błyskawicznie. Stanął temu czemuś na drodze, zasłaniając sobą Gabrielę i Rosie. Z jego pleców w jednej chwili wyrosły olbrzymie, szare skrzydła. W dłoniach mężczyzny pojawił się miecz. W strugach padającego z dworu światła ujrzeli smukłą sylwetkę. To co ich zaatakowało było kobietą, a raczej mocno wygłodzoną wampirzycą. Teraz zbliżała się do Daniela sycząc, zawiedziona tym, że cel nie okazał się aż tak prostą zdobyczą, jak miała nadzieję. – Anabello, natychmiast przestań! – odezwał się rozkazujący głos Rosie, zza pleców Daniela. – Jestem głodna!- warknęła wampirzyca. Dziewczynka spojrzała na nią lodowatym wzrokiem, błękitnych oczu, a tamta odsunęła się w milczeniu. – To ukochana lorda Eryka – wyjaśniła, tym razem niepytana. – Była martwa i pochowana na dnie jeziora, a ja ją ożywiłam – oznajmiła spokojnie. – Eryk? – Anabella, która przed chwilą wyglądała na mocno obrażoną, nagle się ożywiła. – Jest tutaj? – zapytała pełnym nadziei głosem. Daniel sam nie wiedział dlaczego, odwrócił się do Rosie i podniósł ją z podłogi, wygodnie opierając ją sobie na biodrze. Dziewczynka nie protestowała. Jej oczy badawczo wpatrywały się w jego twarz. Uśmiechnął się do niej leniwie. – No mała, wygląda na to, że możesz się nam całkiem przydać. Rosie rozpromieniła się, zarzucając drobne ramionka na jego szyję. Gabriela roześmiała się, a kiedy wyszła z piwnicy nie mogła przestać się śmiać. – Co cię tak rozbawiło? – zapytał Daniel, stawiając Rosie na trawie. – Nie sądziłam, że tak szybko będę miała kolejną siostrzyczkę – wydusiła z siebie dziewczyna. Mężczyzna spojrzał na nią lekko skonsternowany i zaskoczony. – No co? – zapytała Gabriela. – Przecież to czystokrwista, prawda? Pojawiła się tak samo jak Cahir. – Czystokrwiści nie rodzą się dziewczynkami – odparował ostro Daniel. Gabriela przewróciła oczami. – Doskonale wiem, że zdajesz sobie sprawę kim ona jest – obstawała przy swoim dziewczyna. Mężczyzna już chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale nie dała mu dojść do słowa. – Nie powtórzę im swoich domysłów. Możesz być spokojny. Nie będą wiedzieli, jeżeli nie wpadną na to sami. Daniel zrezygnował. Jedynie skinął głową. Drobna dłoń Rosie, wcisnęła się w jego rękę. Zignorował to, nie odtrącając jednak dłoni dziewczynki. – Nie będą wiedzieli – mruknął ponuro. – Nie ma najmniejszych szans na to, żeby domyślili się sami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela stała na szczycie zamkowych murów, przyglądając się rozgrywającej się w dole scenie. Mimo odległości wyraźnie słyszała ich głosy. Eryk stał naprzeciwko Anabelli i wpatrywał się w nią pełnym niedowierzania, ale i uwielbienia wzrokiem. Nawet Rosie, która sprawiała wrażenie osóbki bardzo wścibskiej i nieczułej, zostawiła ich samych. – Myślałem, że nie żyjesz – odezwał się cicho wampir. – Bo tak było – przyznała patrząca na niego tęsknym wzrokiem kobieta. Gabriela odwróciła się, czując za plecami czyjąś obecność. Cahir wpatrywał się w spienione, morskie fale. – Jest ci przykro? – zapytał nie patrząc na nią. – Przykro? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Dlaczego miałoby być? – Eryk odnalazł swoją dawną miłość, a przecież ty i on… Nie dała mu dokończyć. Roześmiała się naprawdę rozbawiona. – Ja mam ciebie – przerwała chłopakowi Tym razem na nią spojrzał. – Więc już się nie gniewasz? – spytał z nadzieją. – Gniewam – odparła odwracając się z powrotem w stronę morza. – Ale to nie zmienia tego, co do ciebie czuję. Niemal fizycznie potrafiła wyczuć jego ulgę i radość. Oplótł ją od tyłu ramionami, a ona mu na to pozwoliła, opierając się wygodnie o jego tors. Czegokolwiek by nie myślała, jakkolwiek by się nie czuła w danej chwili, jak bardzo zła by na niego nie była, to i tak zawsze był właśnie on. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Daniel siedział w wysokim, skórzanym fotelu, trzymając na kolanach drobną, złotowłosą dziewczynkę, w zdecydowanie za dużym, wyciągniętym swetrze, który otulał ją niczym sukienka. – Dostanę lalkę? – upewniła się po raz kolejny Rosie, której niebieskie oczy iskrzyły się niczym dwie gwiazdeczki. Mężczyzna przewrócił oczami, ale widać było, że przekomarzanie się z dzieckiem sprawiało mu wyraźną przyjemność. – Kiedy skończy się ten cały bałagan i wreszcie się stąd wyniesiemy, napadniemy na cały sklep z zabawkami – zaproponował poważnym głosem. – Zabijemy sprzedawcę, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz. Rosie roześmiała się cichutko, ale siedząca nieopodal Gabriela zgromiła go wzrokiem. – I uważasz, że planowane morderstwa są rzeczą bardzo wychowawczą? – spytała na pozór spokojnie. Daniel westchnął cierpiętniczo. – No dobrze, zmiana wersji – oznajmił. – Zwiążemy sprzedawcę na zapleczu, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz – poprawił ich niecny plan. Dziewczynka przemyślała to przez chwilę, a potem obrzuciła Gabrielę ponurym spojrzeniem. – No dobrze, jeżeli tak bardzo jej zależy – mruknęła, moszcząc się wygodniej, jak mały kotek. Milczący do tej pory, wyglądający przez wysokie okno Cahir, podszedł do nich z ponurym wyrazem twarzy. – Wszystko świetnie – odezwał się posępnym tonem – tylko byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy mieli pojęcie, co powinniśmy zrobić. – Nie możemy się ukrywać tutaj do końca życia – wtrąciła się cicho, skulona na kanapie, w pobliżu Maurycego i reszty stada Natalia. – Przecież nie musimy – odezwała się niespodziewanie, nagle ożywiona Rosie. Wataha, wampiry, Natalia, Daniel, Cahir i Gabriela – wszyscy zwrócili na nią zaciekawione spojrzenia. Dziewczynka skuliła się, jakby nagle spłoszona. – Co masz na myśli? – spytał podejrzliwie Cahir. – Illi’andin nie zagrażają czarownicy – wyjaśniła powoli – ponieważ są dziećmi Ziemi, której ona przeciwstawia się przy pomocy czarnej magii. To nie dotyczy jednak śniących, nie dotyczy Gabrieli. Ona nie ma takiej mocy, żeby ci przeszkodzić, jeżeli tylko byś chciała… – zwróciła się bezpośrednio do dziewczyny, niespecjalnie jednak cokolwiek wyjaśniając. – Problem w tym, że wszyscy musieliby się zaangażować, bo czarownica zebrała już całkiem sporą armię… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Cahir był wściekły. Ani odrobinę nie podobał mu się plan, który tak otwarcie miał narażać Gabrielę na niebezpieczeństwo. Mimo, że dał się namówić na to, by wrócili do Kilkenny, by opuścili bezpieczne schronienie, nie zamierzał jej tak po prostu puścić – samej przeciwko władającej potężną, czarną magią wiedźmie. – Nawet jeżeli zbierzemy armię, to i tak nie mamy szansy z nią wygrać, będzie nas zbyt niewielu – oznajmił z trudem powstrzymując warknięcie. – Przecież nie mamy z nimi wygrać, a odwrócić ich uwagę – tłumaczył cierpliwie Daniel. – Więc planujesz po prostu masową rzeź? – spytał niedowierzająco Cahir. Chłopak skierował swój wzrok na siedzącego od początku w ponurym milczeniu Matta. – Pozwolisz mu na to? – syknął pretensją. Mężczyzna podniósł wzrok, jakby przebudzony z nieprzyjemnego snu. – Nie będę się wtrącał – oznajmił spokojnie. – To już nie moja walka. – Jak to nie… – zaczął oburzony Cahir, ale przerwała mu Eliza, która weszła do pokoju razem ze swoją córką i trzymającą się ich Rosie. – Kochanie, to nie twoja decyzja – oznajmiła stanowczo – i nie musisz jej rozumieć. Pięści chłopaka zacisnęły się tak, że aż pobielały mu kłykcie. Nie był jednak w stanie się z nią kłócić. Nie potrafił. Nie z kobietą, którą kochał i przez całe życie traktował jak rodzoną matkę. Odwrócił się i bez słowa wyszedł z pokoju, a Gabriela pobiegła za nim. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza odwróciła się w stronę Daniela. Spojrzała w jego zielone oczy. Byli sami, co nie zdarzało im się często, a właściwie niemal nigdy od prawie dwudziestu lat. – Zostawicie z nami dziewczynkę? – spytała. Mężczyzna przecząco pokręcił głową. – Zabrałaś mi już jedno dziecko – stwierdził, jednak w jego głosie nie było słychać wyrzutu, a tylko rezygnację. – Nie wystarczy? – Więc ty się nią zajmiesz? – westchnęła, podchodząc do niego bliżej. – Tak – oznajmił stanowczo. Zdziwił się, kiedy zamiast protestować, jak się spodziewał, obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Na krótką chwilę wtuliła się w jego ramiona, a on stał, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. – Powodzenia – szepnęła, odsuwając się i wychodząc z pokoju, a on mógł tylko patrzeć jak za drzwiami znika jej, mimo upływu lat, wciąż dziewczęca postać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie przyjrzała się uważnie leżącej w białej pościeli dziewczynie. Spojrzała na nią zaciekawiona. – Jesteś tego pewna? – spytała na wszelki wypadek, chociaż sama również uważała, że to właściwie najlepszy możliwy pomysł. – Tak – potwierdziła Gabriela, odgarniając z twarzy kosmyki jasnych włosów – zginęło już tylu Illi’andin… Jeżeli nie zadziałamy szybko, umrze znacznie więcej osób. Dziecko obdarzyło ją leciutkim uśmiechem, siadając przy niej na łóżku i wyciągając swoją bladą rękę. – Śpij – powiedziała łagodnie. – Nie będziesz sama – dodała pocieszająco – pójdę tam razem z tobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela otworzyła oczy. To było dziwne. Nie znała jeszcze takiego uczucia. Istniała, a jednocześnie miała pewność, że jej ciało znajduje się zupełnie gdzie indziej. Była czymś w rodzaju eterycznego bytu. Niepokojące było również to, że nie dotykały jej żadne głębsze uczucia. Zdawała sobie z nich sprawę, ale było tak, jakby jej nie dotyczyły. Jakby należały do kogoś zupełnie innego. A przecież pojawiła się w tym świecie wyłącznie po to, żeby ochronić przed niebezpieczeństwem swoją rodzinę, żeby nie narażać na nic kochającego ją Cahira… Czy to teraz miało jakiekolwiek znaczenie? Poczuła wślizgującą się w swoją rękę drobną dłoń. Spojrzała w szafirowe oczy stojącej obok niej dziewczynki. W ich głębi na powrót odnalazła siebie i dokładnie wiedziała już co musi zrobić. Śmiało przeszła kilka kroków niebytu, a przed nią nagle wyłonił się las – pełna splątanych, kolorowych nici dżungla. – Co to jest? – spytała, a jej głos wcale nie wydobywał się z ust. Rosie jednak najwyraźniej słyszała. – Las żywotów – wyjaśniła spokojnie. – Musisz znaleźć tą jedną, jedyną nić. Pamiętaj jednak, że kiedy przerwiesz jakąkolwiek inną, poświęcasz czyjeś życie. Jesteś gotowa zabijać siostrzyczko? – spytała niby się drocząc, na jej dziecięcej twarzyczce jednak była tylko chłodna powaga. Gabriela skinęła głową. Była gotowa. Dla Cahira. Zrobi to, co będzie musiała, ni mniej ni więcej. „Siostrzyczko” zabrzmiało absurdalnie w jej głowie, ale mała miała rację. Jeżeli zamierzała zostać z Danielem, to mimo iż brzmiało to jak podły żart, formalnie były teraz siostrami.  ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ – Nie! Ona się musi obudzić! – zaprotestował stanowczo, z rozpaczą w głosie Cahir. – To jej decyzja – odpowiedziała mu siedząca przy córce, na łóżku Eliza. – Nie pozwolę jej na to! – warknął chłopak, próbując się po raz kolejny przepchnąć pilnowanymi przez Matta drzwiami. – Zabierz go stąd – odezwała się z prośbą Eliza, do nadchodzącego korytarzem, przywołanego ich kłótnią Daniela. Mężczyzna skinął głową. – Nie możesz – zaprotestował Cahir, który wiedział, że z powodu magii Illi’andin nie będzie w stanie się sprzeciwić. – Gabriela jest w niebezpieczeństwie! Trzeba ją obudzić! – To jej własna decyzja, nie twoja – odpowiedział mu chłodno Daniel. – Nie, ona… – zaczął cicho chłopak. – Prawdopodobnie już nigdy stamtąd nie wróci – dokończył za niego chłodno mężczyzna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gabriela szła srebrzystą, wąską ścieżką. Rosie trzymała się tuż obok, patrząc na dziewczynę nieufnie. – Na pewno wiesz dokąd idziesz? – spytała po dłużej chwili milczenia. – Tak – odpowiedziała tamta pewnie – dopóki widzę drogę, zamierzam się jej trzymać. Dziecko rozejrzało się dookoła. Wszędzie powiewały jedynie różnobarwne, splecione ze sobą, kolorowe wstążki. – Jaką drogę? – spytała w końcu. – Nie widzisz jej? – zdziwiła się Gabriela. Dziewczynka przecząco pokręciła głową, a jej towarzyszka jedynie wzruszyła ramionami. – W każdym razie wiem, że to dobry kierunek – oznajmiła spokojnie. Po godzinie marszu w dziwacznym, różnobarwnym labiryncie, dziewczyna się wreszcie zatrzymała, tak, że Rosie nieświadomie wpadła na jej plecy. Gabriela zupełnie ignorując dziecko, podeszła do grafitowo-szarej, wyjątkowo długiej i splątanej nici. Wyobraziła sobie niewielki, kryształowy sztylet, który znikąd pojawił się w jej dłoni. Przecięła wstęgę i w tym momencie cały świat – jej świat – przestał istnieć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Epilog Natalia uśmiechnęła się do babci, która cudownym zrządzeniem losu, podczas pożaru była u sąsiadki i obydwu udało się uciec z płonącego budynku. Jej dłoń wsunęła się w odrobinę spoconą ze zdenerwowania rękę Maurycego. Nie tylko ona pierwszy raz przedstawiała w domu chłopaka, ale również chłopak pierwszy raz był w domu swojej dziewczyny przedstawiany. Obydwoje mieli ogromną tremę i tylko babcia wydawała się być jak zawsze pogodna. Widmo wojny zostało zażegnane, świat wrócił do normy, jedynie pozostawiając po sobie nieprzyjemny ślad smutku i śmierci. Stado wilkołaków zamieszkało w położonej na skraju miasta willi Daniela, gotowe na to, by pomagać Illi’andin strzec ustalonego porządku. Ona sama natomiast od października zamierzała wrócić do szkoły i mimo wyrwanego kawałka duszy, po prostu żyć dalej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eryk uśmiechnął się czule do umazanej krwią Anabelli. Wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, będą musieli wynieść się z tego miasta… być może również i kraju. Nie miało to jednak większego znaczenia, tak długo, jak długo obydwoje byli bezpieczni. Ona była bezpieczna. – Nie musisz ich zabijać – wymruczał wampir. – Nie? – zapytała zmartwiona tą informacją dziewczyna. – Czasy się zmieniły i teraz zbyt łatwo to zauważyć – wyjaśnił cierpliwie. Anabella westchnęła. Podeszła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go, zostawiając na jego bladej twarzy smugi krwi. – Psujesz mi całą zabawę – mruknęła nadąsana. Przyciągnął ją do siebie bliżej i tym razem to on ją pocałował, a potem obydwoje zatonęli w smugach porannej mgły. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Rosie przeglądając się w dużym, stojącym lustrze, zawiązała na czubku jasnych włosów błękitną kokardę. Rozejrzała się po swoim nowym pokoju. Miała wszystko to czego pragnęła. Półki pełne pięknie ubranych lalek i misiów, całą szafę sukienek, oraz kogoś, kto stał się tylko jej. Jedyne czego dziewczynce w tym momencie brakowało, to jej nowa, ale mimo wszystko ukochana siostrzyczka. Było jej naprawdę przykro, że nie mogła jej ze sobą zabrać, ale najwyraźniej Daniel to rozumiał. Wszyscy rozumieli, oprócz Cahira. Dziewczynka niespiesznie zeszła na dół. Stanęła przed wygodnie wyciągniętym na kanapie mężczyzną. – Jak wyglądam? – spytała. Tym razem na nią spojrzał. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że szybko się uczy. – Ślicznie – mruknął cierpiętniczo – jak mała królewna. Natychmiast wyczuła jego ponury nastrój. To rzadko się zdarzało, kiedy była w pobliżu. Przekomarzał się z nią – owszem, czasami jej dogryzał, ale zawsze był przy niej szczęśliwy. Kochała go, a on ją kochał. Nawet, jeżeli nigdy by się do tego nie przyznał. Natychmiast odgadła o co chodzi. – Był tutaj, prawda? – westchnęła. Daniel nie odpowiedział, nie musiał. Rosie usiadła podkulając pod siebie szczupłe nóżki. To czy jej siostra wróci, zależy już tylko od niego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Eliza stała nad brzegiem strumienia, wraz z Julią puszczając na wodę wianki z kwiatów. Czuła wokół siebie czyjąś potężną obecność. Matt uśmiechnął się smutno, oplatając ukochaną ramieniem. Mark po raz pierwszy wyglądał tak poważnie i jak na swój młody wiek, wyjątkowo dorośle. Opłakiwali śmierć setek Illi’andin oraz tych wszystkich istnień, które dla wzmocnienia swojej magii, pozbawiła iskierki życia, wiedźma. – Ona żyje – odezwała się cicho Eliza – czuję to. Po prostu jest gdzieś tam, uwięziona w świecie snów… – szepnęła niemal niedosłyszalnie. – Wiem – odpowiedział poważnym równie cichym głosem Matt – i jestem pewien, że Cahir, zrobi co tylko będzie mógł, żeby ją odzyskać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Biegł przez las najszybciej, jak potrafił. Ten ból, który w sobie czuł, to coś, było zwyczajnie nie do zniesienia. Tak jak świat przestał istnieć dla niego, on chciał przestać istnieć dla świata. W końcu się zatrzymał. Nie miał już więcej sił. Czarny jak noc, olbrzymi wilk, przysiadł na tylnych łapach, by zmienić się z powrotem w człowieka. Nagle odwrócił się, poczuwszy na ramieniu czyjeś muśnięcie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nicość, a potem ją zobaczył. To była najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział. Nigdy jej do tej pory nie spotkał, ale wiedział kim była. Milczała. Przez chwilę po prostu tam była, a kiedy zniknęła, na Cahira nagle spłynęło olśnienie. Przecież naprawdę mógł to zrobić! Już wcześniej sprawiał, że miejsca ze snów, stawały się rzeczywiste. Teraz różnica polegała jedynie na tym, że to on chciał się tam znaleźć, zamiast kogoś w to miejsce wysłać. Jedyne co mu groziło, to to, że zabłądzi w eterycznym świecie na zawsze. Jakie to jednak miało znaczenie? Bez niej nic go nie miało. Zamknął oczy, wyobrażając sobie obraz, który pokazała mu Wieczna, a potem, tak po prostu, zapragnął tam się znaleźć. Po chwili jego oczom ukazała się szczupła, stojąca nad wodą sylwetka. Dziewczyna odwróciła się ku niemu, a w jej wiosennie zielonych oczach zalśniły łzy. Z cichym okrzykiem podbiegła ku niemu, by wpaść w jego wyciągnięte ramiona. Cahir ze wszystkich sił walczył z własną wolą i magią, która go tu sprowadziła. Wiedział, że jeżeli zostaną tu choćby jeszcze chwilę, przemieni się ona w wieczność. Otworzył oczy, nie wypuszczając Gabrieli z ramion. Las, przebijające się przez korony drzew, słabe światło. Promienie słońca tańczące w złotych włosach. – Gabi! – delikatnie podniósł leżącą obok niego na trawie dziewczynę. Niemal rozpłakał się z ulgi, kiedy otworzyła oczy. Przytulił ją do siebie stanowczo. Zamrugała. – Gdzie my jesteśmy? – spytała niepewnym głosem. – W lesie – podał niezbyt dokładną informację. – Tyle sama widzę – prychnęła dziewczyna, oplatając jego szyję ramionami. Wiedział, że coś zmieniło się w niej bezpowrotnie. Dorosła. Dojrzała. W dalszym ciągu, to jednak była jego Gabriela. Uśmiechnął się do niej szczerząc zęby. – Zabiorę cię do domu – oznajmił szczęśliwy, a z jego łopatek wyrosły olbrzymie, czarne skrzydła. – Nie mam pojęcia gdzie byłam, ale w tym miejscu nie płynął czas, wszystkie uczucia wyblakły, a moje myśli rozwiewał wiatr, ale mimo tego tęskniłam za tobą – przyznała cicho dziewczyna, wtulając się w jego tors i zamykając oczy. Wzbił się w powietrze, mocno tuląc ją w swoich ramionach. Czarownica już im nie zagrażała, widmo wojny zniknęło, a on odzyskał Gabrielę. Musiał przeprosić Rosie, Daniela i Matta. Trzeba było też dopilnować watahy. Tyle rzeczy powinien zrobić… Uśmiechnął się do swoich myśli, bo skoro się tym przejmował, znaczyło to, że jego życie znów odzyskało sens. The End [...] Read more...
Pieśń Księżyca
Pieśń KsiężycaRozdział I Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści. Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi. Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny. – Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej. Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko. Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi’andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić. – Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej. – Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie. – Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła. Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra. Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew. Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi’andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi’andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi. Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze. Rozdział II Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi’andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt. Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?! W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania… Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila. – Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?! Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech. – Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia? Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać. – I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość. Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie. – Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła. Irytowała go coraz bardziej. – I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. – Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś. Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy. – Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom. – Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem. Pokręciła głową. – Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie… – dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie… – Oprócz nas i naszych łowów? –  przerwał jej aroganckim tonem. Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku. Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi’andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia. Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów. – Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet. Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata. – Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj. – Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie. Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza. – Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata. Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać. – Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową. Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością. Rozdział III Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna. Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą. Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał. – Emi… – zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku. – Tak? – spojrzała na niego pytająco. – Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz. Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi’andin. Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło. Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem. – Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę. Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie. – Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom. W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi’andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć. Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona. – W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi’andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz. Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie. Młodzieńcy Illi’andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć. – Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos. Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła. – Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku – dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć. Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem. Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata. Rozdział IV Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi’andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi’andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Byli szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami. Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę. Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju. – Co to za zapach? – spytał zaciekawiony. – Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan. – To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien. – Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak. – Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy. Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła… właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi’andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy. – Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy. Rozdział V Był piękny, słoneczny ranek. Emi z prawdziwą radością wymknęła się z zamku. Dusiła się w czterech ścianach. Potrzebowała kontaktu z naturą, pragnęła wolności, jaką dawał jej tylko las. Szła ścieżką wsłuchując się w wiosenny śpiew ptaków. Rozpoznawała tu niemal wszystkie gatunki. Całą swoją duszą kochała ich trele. Skręciła z wytyczonego, bezpiecznego szlaku, zagłębiając się w gęsty, liściasty las. To była droga na jej ukochaną polanę. Zanim jeszcze wyszła z pomiędzy drzew, poczuła czyjąś obecność. Chwilę później zobaczyła znajomą sylwetkę, jej uwagę przyciągnęły czarne, potargane włosy. Chłopak stał bosymi stopami na miękkim mchu. Znów miał na sobie tylko spodnie. Najwyraźniej w ten sposób było wygodniej używać mu skrzydeł. – Cześć – powiedział, jak gdyby nigdy nic, kiedy tylko weszła na niewielką, pokrytą dywanem z niebieskich, drobnych kwiatków, polanę. Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Co on tu robił? Chciała podziękować za to, że ją wtedy zabrał z lasu, ale słowa uwięzły jej w gardle, na myśl o tym, jak został za to ukarany. Bez słowa podeszła do niego. Spojrzał na nią odrobinę zakłopotany. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Ominęła go, stanęła za nim. Ze zgrozą spojrzała na jego poranione od chłosty plecy. Musiały sprawiać mu ból. Nie chciała, żeby cierpiał. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę. Błyskawicznie odwrócił się ku niej. Złapał ją za nadgarstek. – Nie! – odezwał się stanowczym głosem. Zamrugała. Spojrzała na niego nie rozumiejąc. Przecież chciała go tylko uleczyć. – Dlaczego? – zapytała cichym, lekko zirytowanym głosem. – Złamałem zasady, spotkała mnie za to zasłużona kara – powiedział spokojnie. – Od początku wiedziałem co robię i byłem gotowy ponieść tego konsekwencje. – Zasłużona?! – warknęła na niego. – Zwariowałeś?! Przecież nie zrobiłeś nic złego. Przyjrzał jej się zaskoczony. Roześmiał się. Jej blade policzki zarumieniły się delikatnie. Zawstydzona odwróciła wzrok. – Przepraszam – mruknął,  z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. – Nie spodziewałem się, że ktoś się kiedyś tak przejmie moim losem – zakpił. – Pozwól mi – poprosiła cicho, kiedy puścił jej rękę. – Nie – odpowiedział łagodniej, ale ciągle stanowczym tonem. – Nie przejmuj się mną. To nie pierwszy raz. Jay doskonale pamiętał swoje pierwsze przewinienie. Wówczas uleczył go Damien. Nauczyciele szybko zorientowali się, że tylko on  mógł to zrobić. Chłopak wcale nie miał ochoty pamiętać, jak jego przyjaciel został za to ukarany. Illi’andin ze szlacheckich rodów nie karano chłostą. Mieli znacznie gorzej. Jay odgonił od siebie ponure wspomnienia. Przyrzekł sobie wtedy, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Emi wzruszyła ramionami. Nie była zadowolona, że nawet tego nie może zrobić, ale postanowiła odpuścić. Obeszła dookoła polanę. Wcześniej tego nie zauważyła, zbyt zaabsorbowana obecnością chłopaka, ale teraz wiedziała, że coś w tym miejscu było na niej nie tak. – Nie mogę tu zostać – jęknęła. Teraz czuła to wyraźnie. Jej ukochaną polanę znaczyło znamię śmierci. – Jakieś stworzenie niedawno tutaj umarło. Jay uśmiechnął się uśmiechem drapieżnika. Wzrok miał odrobinę rozmarzony. – Aha – mruknął. – Wczoraj upolowaliśmy tutaj sarnę. – Podszedł do jednego z młodych, wpraszających się na polanę klonów. – Dokładnie tutaj, są jeszcze ślady krwi – pochwalił się nie zwracając uwagi na pobladłą twarz dziewczyny. Emi z trudem przełknęła ślinę. Cofnęła się o krok. – Przepraszam! – wyrzuciła z siebie, a potem odwróciła się na pięcie i pobiegła przez gęsty las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay skonsternowany patrzył za znikającą między drzewami dziewczyną. Co on niby takiego powiedział?! Był dumny, ponieważ wczorajsze polowanie należało do naprawdę udanych. Może jednak nie powinien się chwalić? Wkurzony zacisnął pięści. Nie po to czekał tu na nią od kilku godzin, nie wiedząc właściwie czy w ogóle przyjdzie, żeby teraz tak po prostu mu zwiała. W ułamku sekundy przybrał postać szarego wilka i rzucił się w pogoń za dziewczyną. Nie było to trudne. Już po kilku minutach, warcząc, zagrodził jej drogę. Zatrzymała się opadając na kolana. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Towarzysząca Jayowi złość w jednej chwili opadła. Poczuł zakłopotanie. Przybrał swoją ludzką postać. Ukucnął przy dziewczynie. – Boisz się mnie? – spytał naprawdę zainteresowany jej odpowiedzią. Przecząco pokręciła głową. – Nie, to nie to – odpowiedziała poprzez łzy. – Wiem, że musisz polować. Po prostu… – przerwała nie wiedząc jak mu to wyjaśnić – nie potrafię być szczęśliwa w miejscu, w którym tak niedawno pojawiła się śmierć – dokończyła po chwili ciszy. Chłopak zastanawiał się przez chwilę. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Westchnął. Wstał zwinnie. – Jeżeli chcesz to pokażę ci inne, równie ładne – oznajmił spokojnie. – Nic tam ostatnio nie umierało, o ile się dobrze orientuję – dodał z ponurym uśmieszkiem. To była propozycja. Był ciekaw czy dziewczyna przyjmie ją czy odrzuci. Fascynowała go coraz bardziej. I ten jej kuszący zapach… Emi podniosła na niego lśniące od łez oczy. – Mógłbyś? – zapytała z nadzieją. – Jasne – odpowiedział, gotowy do lotu, rozkładając skrzydła. Przysunął się do dziewczyny, żeby ją unieść w powietrze. Nie była zbyt ciężka. Nie przeszkadzała mu w locie. Odsunęła się od niego. – Możemy iść piechotą? – spytała nieśmiało. – Nie podobało ci się latanie? – zapytał zawiedziony. – Nie o to chodzi – uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Jeżeli polecimy, to nie będę potem mogła tam sama trafić – wyjaśniła lekko zawstydzona. – Czy to bardzo daleko? Zawsze możemy wrócić powietrzem… – dodała niepewnie. Jay uznał, że to całkiem logiczny powód. Wzruszył ramionami. – Jakieś dwie godziny marszu – oznajmił. – Idziemy? Emi skinęła głową. Z jej oczu zupełnie zniknęły już łzy. Wstała z pokrytej liśćmi ściółki i ruszyła raźnym krokiem, za prowadzącym przez las chłopakiem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Miejsce do którego zaprowadził ją czarnowłosy Illi’andin wyglądało jak z obrazka. Zachwycona Emi rozejrzała się dookoła. Polana była znacznie większa od tej, na której tak lubiła przebywać. Na skraju lasu rozpościerało się całkiem spore jeziorko, do którego skalnym wodospadem spływał chłodny, górski strumyk. Nad wodą pochylały się wiekowe, płaczące wierzby. Barwne, wiosenne kwiaty, zdobiły skąpaną w promieniach południowego słońca łąkę. Dziewczyna pisnęła z zachwytu. Jak mała dziewczynka rzuciła się w kierunku krystalicznie czystego jeziora. Po drodze zdjęła z nóg wysokie buty i podwinęła nogawki spodni. Woda była wyjątkowo ciepła, jak na ta porę roku. Jay z rozbawieniem przyglądał się zachwytowi dziewczyny. Patrzył jak rozglądając się dookoła brodzi przy brzegu w sięgającej do kolan wodzie. Rozszerzył oczy ze zdumienia, kiedy wybiegła na brzeg i płynnym ruchem zsunęła z siebie spodnie, a potem delikatną, ciemnozieloną tunikę. W samej, śnieżnobiałej bieliźnie, weszła z powrotem do wody. Jej szczupła sylwetka i drobna postać, otoczona welonem z brązowych włosów, stanowiły całkiem przyjemny widok. Jay poczuł w środku nieprzyjemne ukłucie. Równie dobrze mógłby być częścią tego pieprzonego lasu, bo dokładnie tyle samo zwracała na niego uwagi. Ani trochę mu się to nie podobało, zwłaszcza, że uroczą sarenką z wielkimi oczami pewnie zainteresowałaby się bardziej. Zanim jednak w jego bursztynowych oczach zdążyły rozbłysnąć iskierki złości, Emi odwróciła się ku niemu. Pomachała mu ręką. – Nie idziesz? – zawołała wesoło. – Uwielbiam pływać – oznajmiła zanurzając się w wodzie po samą szyję. Potem na chwilę zanurkowała, a kiedy się wynurzyła, włosy opadały na jej twarz i ramiona wilgotną kaskadą. Jay wahał się krótką chwilę, a potem po prostu zrzucił z siebie spodnie i wszedł do wody w ślad za dziewczyną. Pływali przez dobrą godzinę. Emi z zachwytem przyglądała się co chłopak potrafi wyczyniać w wodzie dzięki skrzydłom. Unosiły go na wodzie niczym tratwa, a złożone wcale nie przeszkadzały w  szybkim pływaniu czy nurkowaniu. W końcu, posiniała z zimna dziewczyna, stwierdziła, że najwyższy czas wyjść z wcale nie najcieplejszej wody. Wciągnęła na mokre ciało ubrania i usiadła na samym środku polany, żeby wysuszyć się w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca. Jay włożył porzucone na trawie spodnie i usiadł przy niej. Jemu ani trochę nie było zimno. Ziewnął przeciągle, na brzuchu kładąc się w miękkiej trawie. Emi położyła się obok, z zainteresowaniem przyglądając się jego czarnym, opierzonym skrzydłom. Delikatnie dotknęła piór, przesuwając po nich palcami. – Coś ci się w nich nie podoba? – mruknął zrezygnowany. – Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu z leciutkim uśmiechem, błąkającym się na twarzy jak u porcelanowej lalki. – Uważam, że są wspaniałe. Tak bardzo zazdroszczę ci, że możesz latać, kiedy tylko zechcesz. Jaya znowu zaskoczyło stwierdzenie dziewczyny. Nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczał. Potem przyszło mu do głowy zupełnie inne zagadnienie. – Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał rozbawiony. – Jestem Jay Wairudo – przedstawił się dla porządku. – Emily Maria Morrington – przedstawiła się z promiennym uśmiechem dziewczyna – ale i tak od zawsze jestem Emi. – W takim razie miło mi cię poznać Emi – oznajmił zadowolony, że wreszcie poznał jej imię. Potem ziewnął przeciągle. Z bólu nie spał prawie przez całą noc. Przymknął oczy i nawet sam nie wiedząc kiedy, ogrzewany promieniami wiosennego słońca, odpłynął do krainy snów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy Jay otworzył oczy. Obudził się wypoczęty, ale równocześnie upiornie głodny. Przeciągnął się i usiadł. Rozejrzał się po skąpanej w półmroku polanie. Zaczął przeklinać się w duchu za nieostrożność. Spanie w Anduriańskiej puszczy nie mogło być dobrym pomysłem, chyba, że ktoś chciał się nigdy więcej nie obudzić. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy ujrzał kucającą na skraju polany Emi. Dziewczyna drapała po brzuchu jakieś stworzenie. Mimo doskonałego wzroku, Jay dopiero po chwili zorientował się, że jest to olbrzymi pająk. Na początku jego umysł zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Przeklął cicho. Momentalnie zmienił się w wilka i z groźnym warknięciem znalazł się tuż przy stworzeniu. Pająk był włochaty i czarny, dodatkowo swoją długością przewyższał wzrost dziewczyny, a Jay był przekonany, że jest to jedno z mniejszych stworzeń, które zwały ten las swoim domem. W odpowiedzi na warknięcie, pająk syknął wściekle. Wszystkie siedem par oczu zwróciły się w kierunku zagrożenia. Zanosiło się na walkę. Emi wstała z ziemi. – Jay, proszę, przestań – obrzuciła wilka błagalnym spojrzeniem. Bursztynowe oczy drapieżnika pociemniały. Przestać?! On miał przestać?! Przecież to nie on sprowadził podczas jej snu na polanę olbrzymiego pająka! Warknął jeszcze groźniej. Pająk zabulgotał, nastroszył się tak, że jego włochaty kadłub wyglądał teraz jak szczotka do czyszczenia butelek. Dziewczyna stanęła między nimi, tyłem do pająka. Potem uklęknęła między nimi, wyciągając dłoń, by dotknąć szarej sierści na pysku wilka. – Okazu, idź już – poprosiła cicho, najwyraźniej zwracając się do pająka. Czarna kula futra podniosła się na całą długość ośmiu cieniutkich nóg. Syknęła niezadowolona. Emi obróciła głowę i spojrzała na niego. Pająk obrzucił ją ostatnim, jakby tęsknym spojrzeniem i zniknął między drzewami, zupełnie tak, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna z powrotem utkwiła wzrok karmelowych oczu w wilku. Na jej porcelanowej, bladej twarzy wydawały się naprawdę wielkie, a w tym momencie także mocno zatroskane. – Gniewasz się na mnie za coś? – spytała łagodnie, przysuwając się bliżej wilka. Jay odskoczył jak oparzony. Poczuł się głupio. Z przykrością zdał sobie sprawę, że spośród dwóch drapieżników, to on był tym mniej oswojonym od głupiego pająka. Poza tym ogarnęło go niezrozumiałe uczucie zazdrości. Chciał mieć Emi tylko i wyłącznie dla siebie. Nie zamierzał się z nikim dzielić. Nawet z pająkiem. Z powrotem przybrał ludzką postać. – Nie – mruknął naburmuszony. – Po prostu jestem głodny. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Z płóciennej torby wyjęła zawiniątko. Usiadła na miękkiej trawie, sama otwierając drugie. Zaskoczony Jay niemal rzucił się na kanapkę. Uspokojony rozsiadł się wygodnie, tuż obok niej. Na niebie pojawił się już piąty z siedmiu księżyców. Chłopak westchnął. Zupełnie zaniedbał przygotowania do porannego treningu. Musiał poćwiczyć, jeżeli nie chciał na placu oberwać. Emi dostrzegła jego niepokój. – Wracamy? – zapytała cicho. Skinął głową. Skończyli jeść. Potem porwał ją w powietrze i zostawił tuż przed szkołą, na skraju lasu. Przez całą drogę zadowolony, ale jednocześnie lekko skonsternowany, obserwował jak bardzo dziewczyna zachwycona jest lotem. Kiedy postawił ją na ziemi, Emi uśmiechnęła się do niego promiennie. Wspięła się na palce, przytuliła się do niego. Stał niezdolny wykonać żadnego ruchu, gapiąc się na nią zaskoczony. – Dobranoc – powiedziała wesoło, odwróciła się i pobiegła w kierunku białego pałacu i jego majaczących w księżycowym świetle, pokrytych niebieską dachówką, wież. – Dobranoc – mruknął, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze, ale dziewczyna już nie była w stanie go usłyszeć. Rozdział VI To był pierwszy rok, który Emi spędzała w szkole, więc wszystko było dla niej zupełnie nowe i niesamowite. Przyzwyczaiła się już do większości rzeczy, ale dalej czuła się w tym miejscu wyobcowana. Zawsze też było coś, co potrafiło ją zaskoczyć. W szkole każdy ubierał się jak chciał, panowała w niej więc mieszanka mody praktycznie z całego świata. Były zarówno zgrzebne wełniane suknie, togi, jedwabie, różnobarwne chusty jak i zwykłe, bliskie śmiertelnikom jeansy czy mini spódniczki. Nikt tak naprawdę nie był w stanie się wyróżnić w kolorowym tłumie. Emi zazwyczaj wkładała to, w czym wygodnie było jej włóczyć się po lesie. Lubiła wyciągnięte swetry i długie tuniki w tonacjach brązu i zieleni. Właściwie nic specjalnego. Kiedy jednak rozpakowała przysłaną przez rodziców paczkę, wpadła w zachwyt jaki poczułaby każda dziewczyna w jej wieku. Mama wysłała jej przepiękną, liliową suknię, którą mogła założyć na bal z okazji Nocy Walpurgii oraz bardziej codzienną, jeansową spódniczkę podszytą warstwami białej koronki i niebieski, dobrany do kompletu sweterek. Emi po raz pierwszy od kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły poczuła się jak dorastająca dziewczyna, a nie spłoszony potworek, który dopiero co wybiegł z lasu. Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, zachwycona prezentem, włożyła nowe ubranie już następnego dnia rano. Jej pokój w zamku był niewielki, ale jasny i przytulny. Meble były w białym kolorze, zdobione malunkami kremowych kwiatów o przepięknych kielichach i jasnozielonych łodygach. Miała w nim łóżko, na którym trzymała całą piramidę mięciutkich poduszek, przestronną szafę, stolik z dwoma krzesłami i duże, wolnostojące lustro. Teraz przejrzała się w nim, z niesmakiem obserwując swoje potargane, brązowe włosy. Zaśmiała się sama z siebie. No tak, dzikim zwierzętom jej wygląd ani odrobinę nie przeszkadzał, dlatego tak rzadko do tego lustra zaglądała. Nic dziwnego, że wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę. Starannie rozczesała włosy drewnianą szczotką. Na boku zrobiła prościutki przedziałek. Nie spodobało jej się, więc z powrotem zaczesała je do tyłu. Teraz jednak znowu opadały na oczy i ramiona. Wyjęła z szuflady białą opaskę, którą dostała od Andre na szesnaste urodziny. Rzadko kiedy ją nosiła, ale do spódniczki i sweterka pasowała wręcz idealnie. Poza tym jej brat się ucieszy… o ile oczywiście w ogóle zauważy… Całości dopełniły białe rajstopy i wysokie, zamszowe buty. Emi z radosnym błyskiem w karmelowych oczach stwierdziła, że sama swojego odbicia nie poznaje w tym dużym, niezbyt często używanym lustrze. Ładnie ubrana i starannie uczesana, w świetnym humorze zeszła na śniadanie. Jak zwykle przyszła jako jedna z ostatnich. Po cichu zajęła swoje miejsce obok Andre. Brat spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Potem uśmiechnął się z przekąsem. – Nareszcie wyglądasz jak człowiek – stwierdził zadowolony. – Dzięki – burknęła Emi, wiedząc, że lepszego komplementu i tak nie mogła od niego usłyszeć. Przy śniadaniu jak zwykle dyrektorka, Hanna Rosenberg, monotonnym głosem zaczęła czytać ogłoszenia. Była to sroga, starsza kobieta, przywodząca na myśl jedynie pannę Minchin z „Małej Księżniczki” Francesa Burnetta. Emi czuła do niej niejaką nić sympatii. Kobieta należała do osób surowych, ale sprawiedliwych. W każdym sporze zawsze była gotowa wysłuchać obydwu stron. W pewnym momencie jej monotonny głos ożywił się odrobinę. – Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, za trzy tygodnie odbędzie się bal z okazji Nocy Walpurgii, święta złych duchów i wszystkich magicznych mocy. Doskonale wiemy, że magia tego święta to jedynie zabobon – napomknęła na wszelki wypadek srogim głosem – ale, tak jak przystało czarodziejskim rasom, będziemy kultywować starożytną tradycję i mam nadzieję, dobrze się przy tym bawić. Dzisiaj z tej okazji, dziewczęta z najmłodszych klas będą miały zajęcia łączone z uczniami z Czarnej Wieży – Emi zaczęła uważniej słuchać. Poczuła się jak głupiutka dziewczynka, mając irracjonalną nadzieję, na wspólną lekcję z Jayem. Miała olbrzymią ochotę na to, by znów go zobaczyć. – Illi’andin z arystokratycznych rodów będą wam towarzyszyć w nauce tańca – dziewczyna poczuła, że uchodzi z niej powietrze jak z pękniętego balonika. Sama nie wiedziała dlaczego poczuła taki zawód. Niewiele wiedziała o rasie demonów, jednego była jednak zupełnie pewna, Jay był wojownikiem, nie arystokratą. – Mam nadzieję dziewczynki, że będzie to dla was ciekawe doświadczenie i będziecie się dobrze dzisiaj bawiły – zakończyła ogłoszenia pani dyrektor. W sali rozległy się coraz głośniejsze szepty. Mimo odwiecznej nienawiści, czarodziejki zachłannie patrzyły na przystojnych, wysportowanych chłopców Illi’andin, zwłaszcza tych, którzy nie mieli skrzydeł, przez co wyglądali zupełnie jak ludzie. Teraz, w nowej epoce, stanowili naprawdę łakome kąski. Nie jedna marzyła o romantycznej miłości czy choćby balu spędzonym w ramionach księcia demonów. Illi’andin nie posiadali własnych kobiet. Od wieków mieli umowę zawartą z driadami. Wspólnie płodzili dzieci, w lesie nimf zostawały wszystkie dziewczynki, a oni do siebie zabierali chłopców. To była dobra umowa, jednak nie wystarczająca. Driad na świecie było coraz mniej, ponieważ umierały tak, jak przestawały istnieć, brutalnie wyniszczane przez ludzi, ich drzewa. Emi poczuła na ramieniu rękę brata. Spojrzała pytająco w karmelowe oczy Andre. – Będziesz na siebie uważała siostrzyczko? – poprosił. Dziewczynę złościło, że ciągle traktuje ją jak małe dziecko, nie potrafiła mu jednak mieć tego za złe. W końcu od zawsze się o nią troszczył. Zmusiła się do pogodnego uśmiechu. – Pewnie, że będę – odpowiedziała wstając od długiego stołu i własnego, niedojedzonego śniadania. Zupełnie straciła apetyt. – Idę się przejść – rzuciła cicho i nie niepokojona przez nikogo, wyszła z jadalnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ranek był pogodny i ciepły. Emi przed zajęciami chciała się chociaż trochę przewietrzyć. Kiedy wyszła z zamku, wbrew sobie, wiedziała już dokąd pójdzie. Po kilkunastu minutach spaceru siedziała już na szerokim, otaczającym chwilowo pustą arenę murze. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że wcale nie jest sama przy placu ćwiczeń. Przy szerokim murze zaczęły pojawiać się dziewczęta w różnym wieku. Otoczyły arenę wianuszkiem, co chwilę zerkając w dół. Chichotały i rozmawiały ze sobą zadowolone, pełnymi przejęcia i zachwytu głosami. Emi zauważyła z ciągle rosnącym zdumieniem, że w pewnym oddaleniu od czarodziejek stoją nawet pracujące w pałacu służące, tak samo niecierpliwie i z przejęciem zerkając na plac ćwiczebny. Po chwili na placu pojawili się Illi’andin. Dziewczyna z rozbawieniem zdała sobie sprawę, jak chłopcy udają, że nic nie robią sobie z obecności zachwyconych obserwatorek, jednocześnie popisując się przed nimi jak tylko mogli. Tak niewiele różnili się od dzieci czarodziei! Emi obserwowała ich równie uważnie, co pozostałe dziewczęta, jednak ona wypatrywała konkretnego celu. Czarodziejki rozpływały się nad ich gibkimi i smukłymi, ale w pełni wyćwiczonymi ciałami. Chłopcy byli nadzy od pasa w górę, co wzbudzało tylko jeszcze większy zachwyt. Opaleni byli równą, powstałą po długotrwałych ćwiczeniach na powietrzu, opalenizną. Zauważyła, że jedynie nieliczni młodzi wojownicy mają skrzydła, a do tego żadne nie przypominały skrzydeł Jaya. Wszystkie były pokryte błoną, jak u nietoperzy,  a kolor miały nie czarny, a szary lub błotniście brązowy. Większość Illi’andin wyglądała po prostu jak ludzie. Dobrali się w pary i pod okiem złowrogo wyglądającego wojownika, z podłużną blizną na policzku, rozpoczęli ćwiczenia. Dopiero wtedy zauważyła Jaya. Stał razem z czterema innymi chłopakami o czarnych jak noc, pokrytych piórami skrzydłach. Nie przyłączyli się do ćwiczeń. Dopiero po dłuższej chwili, do stojącej samotnie grupy podszedł odziany na czarno mężczyzna. Wówczas i oni zaczęli trening. Emi nie była w stanie dostrzec ich ruchów. Były zbyt szybkie, zamazywały się przed jej oczami. Po rozgrzewce dostali broń. Nie ćwiczebną, jak pozostali, a prawdziwą, ostrą stal. Dziewczyna obserwowała trening z zapartym tchem. To było coś niesamowitego. Wyglądało jak prawdziwa walka, taka na śmierć i życie. Unosili się w powietrzu, robili salta i uniki. W pewnym, burzliwym momencie Emi zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. Zachłannie zaczerpnęła powietrza. Walczący na arenie Jay odwrócił głowę, spojrzał na nią. Ich oczy na chwilę się spotkały. Jego przeciwnik natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi. Powalił chłopaka na ziemię. Jay z warknięciem poderwał się na nogi, ale wyraźnie nie potrafił się skupić na toczonej zawzięcie walce. Co jakiś czas zerkał w kierunku dziewczyny, za każdym razem obrywając za to bezlitośnie. Emi zdała sobie sprawę, że otaczające ją dziewczęta zaczynają się zbierać. Spojrzała na słońce. Nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie, dzielące śniadanie od zajęć godziny. Z żalem oderwała wzrok od kocich, pełnych gracji ruchów Jaya. Walka Illi’andin wyglądała jak taniec. Dziewczyna, z zachwytem, uświadomiła sobie, ze była prawdziwą sztuką. Niechętnie wstała, zsuwając się z muru i w ślad za innymi, powlekła się w kierunku szkolnych sal. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, Emi zawsze udawało się spóźniać. Nie robiła tego specjalnie, tak po prostu wychodziło, samo z siebie. Teraz, kiedy dotarła wreszcie na korytarz prowadzący ku wielkiej sali, na zajęcia z savoir vivre, oczywiście również była spóźniona. Zaskoczona stanęła w przejściu. Po obu stronach korytarza, pod ścianami ściskały się dziewczęta. Przez środek przejścia natomiast rozciągała się pulsująca błękitną poświatą bariera magiczna. Jak niby ona miała przecisnąć się przez ten tłum do wielkiej sali?! Zadanie zakrawało na niewykonalne. Czego one tu wszystkie chcą?! Kiedy zaczęła się przepychać pomiędzy warczącymi na nią czarodziejkami, odpowiedź przyszła sama. W ogrodzonym magiczną barierą przejściu pojawili się Illi’andin. Siedmioro młodych chłopaków i starszy, poważnie wyglądający, ale pełen gracji i dostojeństwa nauczyciel. Szli spokojnie, nie rozglądając się ma boki. Na ich twarzach malowała się obojętność. Emi wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami, jak reszta dziewczyn. Oni byli po prostu cudowni! Równie dobrze mogliby być aniołami, o dziwo brakowało im tylko skrzydeł. Mieli na sobie białe, idealnie skrojone mundurki, z drogiego materiału. Większość musiała być mniej więcej w wieku jej brata, ale dwóch było też wyraźnie młodszych. Nie można było jednak w żadnym razie powiedzieć, żeby wyglądali smarkato. Emi oderwała od nich wzrok. Rozejrzała się po twarzach oczarowanych dziewcząt. Wyglądało to tak, jakby tylko ona była w stanie zignorować ich urok. Miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie, musiała w jakiś sposób dotrzeć do wielkiej sali. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie będzie to łatwe. Bariera, która dzieliła korytarz na trzy części była jak szklana tafla akwarium, zupełnie nie do przebycia. Zaczęła przepychać się dalej, tworząc w ten sposób harmider i nieprzyjemne zamieszanie. Stojące do tej pory w miarę spokojnie dziewczyny, zaczęły się nawzajem popychać. Emi została przyciśnięta do niebieskiej poświaty bariery, jednak zamiast się na niej zatrzymać, poczuła jakby przechodziła pod strumieniem wody. Popchnięta przez którąś z czarodziejek, upadła na kamienną posadzkę na środku korytarza, tuż za przechodzącymi środkiem Illi’andin. Zaczęła przeklinać w duchu. W oczach stanęły jej łzy. Teraz już na pewno będzie pośmiewiskiem całej szkoły. Bariera najwyraźniej miała ją przepuścić, pewnie dlatego, że powinna być już dawno w wielkiej sali. Idący na samym końcu chłopak zatrzymał się. Odwrócił w jej stronę. Na jego obojętnej do tej pory twarzy pojawił się blady uśmiech. Świetnie, tylko tego jeszcze mi brakowało, pomyślała Emi, żeby dodatkowo oni się ze mnie nabijali. Zdziwiła się, kiedy podszedł do niej, podając jej rękę. Zaczerwieniła się wściekle, ale pozwoliła mu pomóc sobie wstać. Poczuła na plecach żar zazdrosnych spojrzeń. Usłyszała ciche westchnienia. Chłopak zachowywał się jakby świat za barierą nie istniał, postanowiła więc, że zrobi dokładnie to samo. – Dziękuję – odezwała się cicho, walcząc ze sobą, żeby nie wlepić w niego cielęcego wzroku. Był po prostu idealny. O głowę wyższy od niej, smukły i odrobinę blady, ale to tylko dodawało mu uroku. Złote kosmyki niesfornie opadały mu na czoło. Duże, niebieskie oczy miał okolone ciemnymi rzęsami. Wiedziała, że bez trudu, mogłaby utonąć w ich głębi. – Masz teraz z nami zajęcia? – spytał kiedy stanęła przy nim. Jego tenor był miękki i aksamitny. Brzmiał jak pieszczota. Chwilę zajęło zanim dotarł do niej sens jego słów. Onieśmielona skinęła głową. – Nazywam się Damien Nataniel Hayazaki – przedstawił się ponownie podając jej dłoń. – Emily Maria Morrington – odpowiedziała mechanicznie dziewczyna. – Miło mi cię poznać, Emily – obdarzył dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała. Kolana się pod nią ugięły, z trudem utrzymała się na nogach. Zagryzła zęby, nie miała zamiaru na oczach wszystkich zamienić się w galaretę. W miarę spokojna, poszła u jego boku, znikając z pola widzenia rozczarowanych czarodziejek w wielkiej, balowej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że w sali było ich tylko dwanaście. Ona i jej koleżanki z pierwszego roku. Kiedy tylko weszli do środka podeszła do nich, stając przy fortepianie w rogu olbrzymiej komnaty. Wszystkie wyglądały na bardzo podekscytowane. Zauważyła, że to same czarodziejki, ze starych, szanowanych rodów. Nie było wśród nich żadnych dziewcząt półkrwi. Ukłuło ją nieprzyjemne dotknięcie niesprawiedliwości. Więc te zajęcia miały być poczytywane jako swoistego rodzaju zaszczyt. No cóż, rozejrzała się po twarzach koleżanek, one na pewno tak to traktowały. Lekcję prowadziła pani dyrektor we własnej osobie. Przez chwilę rozmawiała przyciszonym głosem z nauczycielem Illi’andin. Emi rozbawiło, że obydwoje mają iście greckie, orle nosy, podczas gdy jednak twarzy mężczyzny dodawało to dostojeństwa i uroku, u starszej, eleganckiej kobiety, wyglądało to po prostu srogo. Nie dziwiła się, że wszyscy się jej naprawdę bali. Dziewczyny szturchały się nawzajem, cicho komentując stojących naprzeciwko chłopaków. Obojętność na ich twarzach zastąpiły aroganckie uśmiechy. Patrzyli na nie z góry, jakby były czymś gorszym. Emi była przekonana, że czarodziejki w ogóle nie zdają sobie sprawy z tych nieprzyjemnych spojrzeń. Mimowolnie spojrzała w kierunku Damiena. Zauważył jej wzrok. Uśmiechnął się do niej leniwie. Wyglądał na mocno znudzonego, ale w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Za to właśnie go polubiła. Po chwili narady między nauczycielami rozpoczęły się zajęcia. – Nazywam się Hanna Rosenberg – przedstawiła się pani dyrektor na użytek Illi’andin – jestem zwierzchniczką Białego Pałacu, a to – wskazała dostojnego mężczyznę, w średnim wieku – Robert Del’rante, nauczyciel manier i tańca z Czarnej Wieży. Dzisiejsze zajęcia będą wyjątkowe, ponieważ przygotowujemy się na bal, który stanowi połączenie dwóch kultur. Proszę, dobierzcie się w pary, będziemy ćwiczyć Wiedeńskiego Walca. Ponieważ chłopców jest mniej, dwie pary będą czysto damskie, a prowadziły będziecie na zmianę. Jest was nieparzysta liczba, więc jedna z dziewcząt tańczyła będzie ze mną. Ruszajcie się, szybko, nie mamy czasu – ponagliła nauczycielka zaskoczoną młodzież. Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, była przekonana, że to właśnie jej przypadnie taniec z dyrektorką. Illi’andin przez chwilę rozmawiali między sobą, a potem z kocimi uśmiechami podeszli wybierać dziewczyny. Zdziwiła się, kiedy Damien podszedł bezpośrednio do niej. – Zatańczysz? – spytał uprzejmie. Skinęła głową, ponieważ nie była pewna własnego głosu. Rozpoczęły się zajęcia, a Emi nic nie widziała wokół siebie. Umiała tańczyć, ale z pewnością nie tak jak on. Prowadził jednak tak genialnie, że niemal płynęła w jego ramionach. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Nie słyszała surowego głosu pani Hanny i cichych, ale stanowczych porad pana Roberta. Była tylko ona i tańczący z nią Damien. Wszystko działo się jak we śnie. Dwie godziny zajęć upłynęły zbyt szybko. Chłopak pożegnał się z nią grzecznie i odszedł razem z resztą swojej grupy. Przez cały dzień nie potrafiła skupić się na niczym innym. W umyśle widziała jedynie niebieskie, roziskrzone oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość. W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?! – Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby. Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi. – Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic. – Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany. Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu. – O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia? – Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem. Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona. – Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. – Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. – No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego. Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął. – Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie. – Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła. Spojrzał na nią. – Ty naprawdę nie wiesz? – Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób… nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi. Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył. – Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko. Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie. – Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie. – Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej. Rozdział VII Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział… odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej. Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka. Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi’andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del’rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba. Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle. – Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem. – O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie. – Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie. Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste. – Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej. – Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington. Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął. – To niewykonalne – powiedział niepewnie. – Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz… James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu. – Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał. – Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał. – Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa! Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno. – Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie. – Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?! – Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać. – Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre. – Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować? Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya. – Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona. – Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać. – Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi. Wzruszył ramionami. – Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz. Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej. – Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony. – Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona. Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć. – Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach. Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało. – Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem. Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem. – Dlaczego? – zapytał prostolinijnie. Emi miała ochotę go udusić. – Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś… – warknęła na chłopaka. – Świetnie, w takim razie teraz zapraszam – rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa. – Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej. Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości. – Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho. – Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy. – Dlaczego? – warknął na nią. – Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko. Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo. – Lubisz mnie? – zapytał. Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem. – Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością. – Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony. Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat. – Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko. Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła. – Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie! Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay… – Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili. Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego. – W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy. Rozdział VIII Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi’andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu. – Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami. – To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego. Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości. – Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową. – Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del’rante, nauczyciela manier i tańca Illi’andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?! – Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie. Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi’andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił. – Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del’rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem. – Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił. Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi’andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie? – Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie. Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie… to była jego zwykła codzienność. – Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi. Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs. – To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem. Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej. – Dlaczego? – zapytała spokojnie. – Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem. Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić. – Poznaliśmy się, na początku tygodnia… – stwierdziła wzruszając ramionami. – Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni… – westchnął cicho. Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać. – Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka. – Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze. Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule. – Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi… Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją. – Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności… ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą. Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem”. Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi’andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Gdy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy. Rozdział IX Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową” ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą. Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie… Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi’andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi’andin.  Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę. – Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem. – Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek. Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała… To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami. – Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu. Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka. – Damien, proszę… ja naprawdę muszę tam iść… Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona. – Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to? Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi’andin. Niechętnie skinęła głową. – Damien… – zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya. Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce. – Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to? Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że… Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu. – Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya. Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny. – W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki. Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę. Rozdział X Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu… Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że… Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał. – Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny. – Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia. Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek. – Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii… To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni. Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały. – Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę. Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść. – Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco. Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą. – Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze. – Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał. Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie. – Płoń – rozkazał stanowczo. Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona. – Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat? Chłopak roześmiał się. Magia Illi’andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy. – Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę. Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała  nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien. Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi’andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze. – No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych. – Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur. Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem”, ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi… Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi’andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani. – O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob. – Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu. Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem. Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko. – Nic ci nie jest? – zapytał z troską. Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał. – Chodź – mruknął. Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę. – Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne. – Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko. Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej. – I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł. Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło. – Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. – Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie. Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu. – Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien szedł przez Czarną Wieżę jak burza. Wszyscy schodzili z drogi na widok jego gradowej miny. Czuł strach, nie pamiętał kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Nie było go tylko przez godzinę, a ona w tym czasie zdążyła już zniknąć! To nie było bezpieczne, nie chciał nawet myśleć, co może się jej stać. Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi na szóstym piętrze i bez pukania wszedł do środka. Tylko tutaj mógł szukać pomocy. – Jay, potrzebuję… – zaczął, ale w jednej chwili zamilkł. Zamknął za sobą drzwi i stanął jak wryty. Na łóżku Jaya leżała Emi, a jego przyjaciel tulił ją w swoich objęciach. Więc posunąłeś się aż tak daleko, przyjacielu? Zdecydowanie zbyt daleko! Cokolwiek łączyło do tej pory tą dwójkę, dla ich własnego dobra, jak najszybciej będzie musiało zniknąć. Maska obojętności i leniwy, arogancki uśmiech natychmiast wpłynęły na twarz Damiena. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Oparł się o stojący pod ścianą stolik i czekał. Spojrzeli na niego zaskoczeni. Emi zaczerwieniła się uroczo, usiadła. Jay spojrzał z żalem na dziewczynę, która zwinnie wyplątała się z jego ramion. – Damien, przepraszam, że wyszłam – zaczęła cicho – musiałam… – ale Jay nie pozwolił jej dokończyć zdania. Gwałtownie zerwał się z łóżka. W jego bursztynowych oczach pojawiła się złość. – Więc to ty jesteś jej opiekunem?! – warknął na przyjaciela. Brutalnie złapał go za poły eleganckiej koszuli. – Jak mogłeś puścić ją samą?! Odwaliło ci?! Wyobrażasz sobie co mogło się stać?! Blondyn obrzucił swojego prześladowcę lodowatym spojrzeniem. Ogarnął go zimny gniew. Gdyby stał teraz przed nim ktokolwiek inny niż Jay, w ułamku sekundy pożegnałby się z życiem. – Nigdy nie pozwoliłem jej wyjść – odezwał się chłodno. – Zostałem wezwany przed radę. Była tylko przez chwilę sama i od razu mi zwiała. – Mogłeś pilnować jej lepiej – syknął Jay. – Jackob się właśnie do niej dobierał, kiedy ją znalazłem. Damien drgnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go słowa przyjaciela obeszły. Chciał cos powiedzieć, ale tym razem przerwała im Emi. Podeszła do nich. Swoimi drobnymi dłońmi odgięła, zaciśnięte kurczowo na eleganckiej koszuli, palce Jaya. Stanowczo odepchnęła chłopaka i stanęła między nimi. Damien patrzył na nią z pobladłą twarzą. Był przekonany, że żeby ją ochronić naprawdę będzie musiał skrzywdzić przyjaciela. Jay jednak posłusznie dał się odsunąć, zupełnie jak skarcony psiak. – Przestańcie, obydwaj – poprosiła dziewczyna, w jej głosie była jednak moc i stanowczość. – To moja wina, przepraszam was, że musieliście się o mnie martwić. Damien, przepraszam, że wyszłam. Mówiłam ci, że muszę iść do lasu, ale nie dałeś mi dokończyć, nie pozwoliłeś powiedzieć dlaczego – westchnęła. – To była jedyna okazja, kiedy mogłam znaleźć Jaya. Chciałam go przeprosić za to, że mnie nie było no i bałam się, że będzie się o mnie martwił. Damien w jednej chwili się opanował. Nie do końca był pewien co się tutaj dzieje, ale skoro Emi była bezpieczna, dalej toczyła się gra. – Bałem się o ciebie, nie strasz mnie w ten sposób nigdy więcej – powiedział łagodnie, obejmując ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego ufnie. Jay wytrzeszczył oczy. Warknął. Wtargnął między Emi, a Damiena, odpychając ich od siebie. Stanął zasłaniając sobą dziewczynę. – Nie dotykaj jej – syknął. Damien starał się powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech. Jay najwyraźniej nie miał bladego pojęcia jak się przy niej zachowywać. Na wszelki wypadek przygotował osłonę dla siebie i Emi. Nie zawiódł się na dziewczynie. Kopnęła chłopaka z całej siły w piszczel. W bursztynowych oczach Jaya mignęła złość. Damien nie mógł wyjść z podziwu, że jego przyjaciel mimo wszystko panuje nad sobą i nawet nie próbuje oddać dziewczynie. – Nie jestem twoją lalką! – wrzasnęła na niego. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie! Pomogłeś mi, za co jestem ci bardzo wdzięczna, ale to nie czyni mnie twoją pieprzoną własnością! Damien obserwował z rosnącym zdumieniem, jak gniew w oczach Jaya zamienia się w niezrozumienie, a potem rozgoryczenie i smutek. Skulił się w sobie, odsunął. – Masz rację – powiedział cicho, spuszczając głowę. Blondyn zagryzł zęby. Chciało mu się wyć. Dlaczego jego porywczy, impulsywny przyjaciel w ten sposób na nią reaguje?! Czemu zrobił jedyną rzecz, która mogła uratować tę sytuację?! Był dziki, drapieżny, jeżeli trzeba było, potrafił być okrutny i sadystyczny, a zachowywał się jak zbity psiak! Cała złość zniknęła z twarzy Emi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podeszła do Jaya. Dotknęła dłonią jego policzka. Odgarnęła mu z twarzy niesfornie opadające na oczy kosmyki. – Jay, przepraszam, ja nie chciałam… – szepnęła. – Po prostu strasznie nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. Nie gniewaj się na mnie, proszę. Tym razem to Damiena roznosiło w środku. Stał jednak spokojnie, masochistycznie przyglądając się sprawiającej mu ból scenie. Bursztynowe oczy spojrzały na Emi ponuro. Chłopak odsunął od siebie jej rękę. Nie skomentował. – Kiedy zdążyłeś zapisać się do programu? – zadał pytanie, zwracając się do Damiena, zupełnie jakby starał się zignorować obecność dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kwadrans później siedzieli w eleganckim salonie Damiena na siódmym piętrze Czarnej Wieży. Jay nosił w sobie jakieś bardzo nieprzyjemne, przykre uczucie.  Nie był tylko do końca pewien co to takiego. Emi siedziała skulona w jednym z obitych zielonym aksamitem foteli, Damien usiadł naprzeciwko niej, a on sam rozwalił się wygodnie na kanapie. Nie był do końca przekonany, czy ta rozmowa ma szansę mu się spodobać. Poza tym wolałby być bliżej Emi, ale nie pozwalała mu na to własna duma. – Znamy się z Emi od wczesnego dzieciństwa – kontynuował Damien – nie mogłem uwierzyć, kiedy poczułem na tobie jej zapach, ale ty oznajmiłeś mi, że to „nic takiego” – powiedział z wyrzutem. – W każdym razie, kiedy dowiedziałem się, że jej rodzice życzą sobie, żeby wzięła udział w wymianie, nie mogłem pozwolić, żeby trafiła do kogoś innego. Tyle. Teraz twoja kolej na opowiadanie – mruknął. Jay stwierdził, że to go odrobinę uspokoiło. Dalej gniewał się na Emi, ale przynajmniej nie zżerała go już z taką siłą zazdrość, a nawet zaczął się cieszyć, że Damiena i Emi łączy jakaś nić przyjaźni, bo wspólnie będzie łatwiej ją chronić. Nieprzyjemnie brzmiały mu tylko w głowie słowa dziewczyny sprzed kilku dni, kiedy oznajmiła mu „już jestem z kimś umówiona” gdy oznajmił jej, że idą razem na szkolny bal. Teraz był pewien, że tym kimś jest właśnie Damien. – Właściwie nie ma o czym – mruknął Jay. – Nie powiedziałem ci, że spotkałem Emi, bo wiem jak bardzo nienawidzisz ludzi. Przez twarz Damiena przemknął gniew, chłopak jednak szybko się opanował. Dziewczyna pojrzała zaskoczona. Jay zdał sobie sprawę, że powiedział coś nie tak. Wyglądało na to, że przyjaciel z jakiegoś powodu ukrywał przed nią ten fakt. – Wszyscy Illi’andin nienawidzą ludzi – odpowiedział na pytające spojrzenie Emi Damien. – Jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak naprawdę niewielu myśli inaczej. Zresztą ludzie, a zwłaszcza czarodzieje, też nas nienawidzą. Opowiadaj dalej Jay – powiedział z naciskiem. Chłopak nie wiedział, dlaczego Damien nie mówi Emi prawdy, nie miał jednak zamiaru narażać się na jego gniew, kontynuując tę dyskusję przy dziewczynie. Porozmawiają o tym później. – Szukałem dobrego terenu do polowań, bawiłem się w kotka i myszkę, z grupą magów, byłem nieuważny i wpadłem w sidła. Nie chciałem stracić ręki więc w nich siedziałem, nie mogąc się przemienić – Jay opowiadał jakby zdawał suchą, wojskową relację. – Pojawiła się Emi, uwolniła mnie. Następnego dnia natknąłem się na tą idiotkę – w tym miejscu pierwszy raz w głosie chłopaka pojawiły się jakiekolwiek emocje –  na wybranym na łowy obszarze. Zabrałem ją stamtąd. W sumie to wszystko. Jay nie miał ochoty zdradzać przyjacielowi, ani nikomu innemu żadnych więcej szczegółów. Emi uśmiechnęła się nieśmiało. – Skoro już to sobie wyjaśniliście, to może pójdziemy na zajęcia? – zapytała zwracając się do Damiena. – Ja zawsze się spóźniam, ale chyba nie wypada… Jay przeklął, zerwał się z kanapy. Dla niego kara za spóźnienie byłaby przykra, o tym co czekałoby Damiena wolał nawet nie myśleć. – To na co czekacie? – warknął na nich. – Odprowadzę was i odbiorę, tak na wszelki wypadek – mruknął patrząc ponuro na przyjaciela. Chłopak wstał. Przeczesał palcami jasne włosy. Po raz pierwszy tego dnia obdarzył Jaya bladym uśmiechem wdzięczności. Doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka za spóźnienie i nie był pewien czy jeżeli dostanie „karę” będzie w stanie zaopiekować się Emi. Od kiedy tylko obaj pojawili się w szkole, byli boleśnie uzależnieni od swojej bezwarunkowej przyjaźni. Rozdział XI Emi pierwszy raz od kiedy opuściła hol Czarnej Wieży miała okazję zobaczyć swoje koleżanki. Większość z nich wyglądała na mocno wystraszone. Potulnie słuchały swoich nowych opiekunów. Kilka jednak uśmiechało się promiennie, z dumą i nonszalancją. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że to te, które stoją obok chłopaków, z którymi mieli lekcję tańca. Arystokraci Illi’andin najwyraźniej traktowali je znacznie lepiej od wojowników. Emi była naprawdę wdzięczna losowi, że trafiła właśnie na opiekującego się nią Damiena. Wspólne zajęcia okazały się wyjątkowo nudne. Słuchali sztandarowych przemówień nauczyciela na temat polityki i nowożytnej historii. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Wyglądało to niemal tak, jakby opiekunowie chcieli sprawdzić, czy czarodziejki po dobie spędzonej w towarzystwie Illi’andin w dalszym ciągu żyją. Mężczyzna oschłym głosem zawiadomił ich, że następnego dnia po południu zaplanowana jest wycieczka do jednego z pobliskich miast, a potem kazał im się rozejść. – Hayazaki, ty i twoja podopieczna zostajecie – rozkazał na koniec. Emi niemal namacalnie mogła wyczuć niepokój Damiena, jego twarz była jednak nieprzeniknioną maską. Kiedy wszyscy wyszli, nauczyciel zwrócił się bezpośrednio do nich. – Złamaliście regulamin, poniesiecie tego konsekwencje. Za takie wykroczenie karą jest zielony. Podejdźcie tu, obydwoje – rozkazał obojętnie. Dziewczyna wstała, żeby wykonać polecenie nauczyciela, ale Damien zagrodził jej drogę. – Żartujesz, prawda? – zwrócił się niegrzecznie do nauczyciela. – Ona nie jest jedną z nas! – oznajmił stanowczo. – Nasze prawo jej nie dotyczy. – Teraz mieszka w Czarnej Wieży, więc jej także dotyczą nasze reguły – oznajmił sucho mężczyzna, był w średnim wieku i wyglądał raczej nijako niż dostojnie, jak większość Illi’andin. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. Najwyraźniej karanie uczniów sprawiało mu niekłamaną przyjemność. – Emi wyjdź – powiedział cicho Damien. – Jay czeka na zewnątrz. – Jak śmiesz! – zaczął mężczyzna, ale wystarczyło jedno spojrzenie w lodowato zimne oczy Damiena, żeby się zamknął. – Dobrze, niech dziewczyna wyjdzie – pozwolił niechętnie. Przestraszona, nie rozumiejąca co właściwie przed chwilą się stało, Emi wyszła z sali, wpadając prosto w ramiona czekającego na zewnątrz Jaya. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Emi zniknęła za drzwiami, Damien posłusznie podszedł do biurka nauczyciela. Mężczyzna trząsł się z nieskrywanej złości. Z szuflady wyciągnął drewnianą skrzynkę. Z nienawiścią spojrzał na chłopaka. – Za impertynencję twoja kara wzrosła do czerwonego – oznajmił uśmiechając się z satysfakcją. Chłopak stał spokojnie, wpatrując się w niego chłodnym wzrokiem. Obojętność i znudzenie na jego twarzy przyprawiały mężczyznę o gęsią skórkę. Otworzył pudełko, w którym na aksamitnym materiale, rzędem leżały pojemniki z kolorowymi płynami. Wyjął ten z czerwonym. Z drugiej szuflady wyciągnął strzykawkę, napełnił ją kolorową cieczą, założył igłę. Damien ze stoickim spokojem podwinął rękaw koszuli i podał mu rękę. Próbował już wszystkich i czerwony wcale nie był z nich najgorszy. Kiedyś, gdy uleczył plecy Jaya po chłoście, za karę podali mu czarny. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Nauczyciel z dużą wprawą wbił igłę w żyłę chłopaka. Damien czuł, jak płyn wsącza się w jego ciało paląc żyły żywym ogniem. Nie zmienił jednak obojętnego wyrazu twarzy. Nie zamierzał dawać temu mężczyźnie satysfakcji. – Czy to już wszystko? – zapytał, kiedy tamten skończył. Nauczyciel skinął głową, starannie zamykając drewnianą skrzynkę. – Tak, możesz już odejść – powiedział niechętnie. Damien odwrócił się i wyszedł, zaraz za drzwiami opierając się o zimną, kamienną ścianę. Bolało jak cholera, ale to nie to było karą. Pieczenie było jedynie efektem ubocznym. Wiedział, że czeka go naprawdę paskudna noc. Co gorsza, znaczyło to, że będzie musiał zostawić Emi sam na sam z Jayem, co ani odrobinę mu się nie uśmiechało. Odetchnął głęboko i ruszył przed siebie korytarzem. Zaskoczony przystanął, kiedy za rogiem, w jednej z wnęk, wyłożonego surowym kamieniem, korytarza zobaczył czekających na niego przyjaciół. Emi natychmiast przypadła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Dużo wysiłku woli kosztowało go, żeby się nie skrzywić. Całe jego ciało płonęło, dotyk dziewczyny sprawiał mu tylko dodatkowy ból. Przytulił ją do siebie delikatnie. Jay jednak wiedział. Podszedł i stanowczo odciągnął ją od przyjaciela. – Czerwony – odpowiedział niechętnie Damien na pytające spojrzenie przyjaciela. – Mogę spać dzisiaj u ciebie? – spytał niemal błagalnie. To było najlepsze co przychodziło mu w tym momencie do głowy. Nie był w stanie zbyt jasno myśleć. – Zgoda, gdzie mam ją zabrać? – zapytał Jay. – Do mnie – mruknął niechętnie Damien. – Nikt nie będzie wam przeszkadzał. Założyłem osłony. Emi chciała coś powiedzieć, ale Jay jej na to nie pozwolił. Obrzucił przyjaciela współczującym spojrzeniem i pociągnął protestującą dziewczynę w stronę kamiennych schodów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po kwadransie i zawziętej szarpaninie znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Dopiero kiedy zamknęły się za nimi solidne, drewniane drzwi, Jay zdecydował się puścić wkurzoną, wyrywającą się mu dziewczynę. Natychmiast się ku nim rzuciła. W ułamku sekundy zagrodził jej drogę. – Możemy się tak bawić przez całą noc – westchnął znużony. – Tylko czy naprawdę musimy? – Dlaczego nie chcesz mnie puścić do niego? – spytała łamiącym się głosem Emi. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co się dzieje, ale wiedziała, że jest to coś bardzo niedobrego. – Nie widzisz, że on sobie tego nie życzył? – warknął na nią. Dziewczyna odsunęła się od drzwi. Usiadła na dywanie pod kanapą. Skuliła się oplatając ramionami kolana. W jej oczach zalśniły łzy. – Co mu jest? – szepnęła cicho. Jay westchnął. Usiadł koło niej obejmując czarodziejkę ramieniem. Pozwoliła mu na to, potrzebowała tego. Wtuliła się w niego ufnie, jak mała dziewczynka. Chłopak wyraźnie zastanawiał się co i ile jej może powiedzieć. – Illi’andin dzielą się na trzy klasy społeczne – zaczął. – Są senshi, skrzydlaci i arystokracja. Wszyscy jesteśmy wojownikami, ale każdy walczy inaczej. Ponieważ nasza szkoła, to coś jakby koszary, panuje tutaj surowa dyscyplina i za każde przewinienie są kary. Są one jednak zależne od klasy do której się należy. Senshi od zwykłych ludzi różnią się tylko swoją siłą i szybkością. Dla nich podstawową karą są dodatkowe ćwiczenia fizyczne, za naprawdę ciężkie wykroczenie karani są chłostą. Skrzydlaci są sprawniejsi w walce, nasze rany szybciej się goją, każdy z nas ma swoje zwierzę, którego postać potrafi przybierać. Cokolwiek wbrew regulaminowi byśmy nie zrobili, dostajemy razy. Arystokraci mają najgorzej. Nie dorównują nam siłą ani kondycją fizyczną, dopóki nie zmienią się w swoją drugą postać. Za to władają magią, są więc najbardziej niebezpieczni. Nauczyciele się ich boją, najczęściej boją się ich również właśni ojcowie, tak jak w przypadku Damiena – uśmiechnął się smutno. – W każdym razie dyscyplinarnie karani są za wszystko, co tylko znalazło się choćby odrobinę za wyznaczoną przez regulamin linią. Gdyby dostawali chłostę, ich obrażenia goiłyby się tak samo wolno, co u ludzi. Dlatego powstał inny system. Podają im narkotyki o różnych właściwościach. System działa o tyle dobrze, że żaden z nich nie popełni z własnej woli najmniejszego nawet wykroczenia. Musiałby być naprawdę zdesperowany. Tak jak Damien dzisiaj, pomyślała Emi. Słuchała tego co mówił Jay z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie. – U nas, jeżeli ktoś coś przeskrobie, to zostaje po lekcjach – powiedziała cichutko. Niewiele mijało się to z prawdą, ponieważ kary w Białym Pałacu polegały zazwyczaj na pomocy wyznaczonym nauczycielom w wolnym od zajęć czasie. Jay prychnął, z trudem powstrzymał się od śmiechu. – Nie martw się, nic mu nie będzie – mruknął, a dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej. – Rano będzie z nim już wszystko w porządku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien dotarł do drzwi pokoju Jaya, w swoich żyłach czuł już tylko płynny ogień. Zdjął z siebie drażniące nadwrażliwą skórę ubranie. Z niemałym trudem położył się na twardym łóżku. Zwinął się w ciasny kłębek. Oddychał powoli, myśląc tylko o tym, żeby nie zasnąć. Wiedział, że wtedy będzie tylko jeszcze gorzej. W końcu jednak przegrał walkę z płynącym w jego żyłach narkotykiem i zapadł w krótki, niespokojny sen. Czerwony płyn był wyciągiem z liści narumi, rzadkiej rośliny spotykanej jedynie w północnych lasach Dareshi, połączonym z jadem mirwińskich jaszczurek. Oprócz bólu który powodował, przywoływał także senne koszmary. Damien obudził się z zupełnie zaschniętym gardłem, nie miał jednak siły wstać, żeby napić się wody. Drżał na całym ciele. W przerażającym, nazbyt realnym śnie, wielokrotnie widział jak zabija Jaya. Ból powrócił. W swoich żyłach znów poczuł płynny ogień. Po kilku, wlokących się w nieskończoność minutach, ponownie zapadł z niespokojny sen. Śnił mu się las. Skąpana w promieniach słońca polana. Emi uśmiechająca się do niego wdzięcznym, dziewczęcym uśmiechem. Zamek. Lecące nad wschodnią wieżą stado olbrzymich nietoperze. Ojciec, obserwujący z rozbawieniem jego reakcję na trzymany w rękach list. Zamknięta, niewielka skrzynia. Ciasnota. Brak powietrza. Strach. Jasna przestronna komnata. Emi, strach w jej oczach, gdy podchodzi do niej by wpuścić w jej żyły oszałamiający narkotyk. Więzienna cela. Jay patrzący przez kraty pełnym zawodu i nienawiści wzrokiem. Kamienny ołtarz. Zakrwawiony nóż w jego własnych rękach. Złożona ofiara. Różany ogród. Emi, ból i odraza w jej oczach. Strach i nienawiść. Damien obudził się zlany zimnym potem. Zaczynało świtać. W swoich żyłach czuł już tylko lekkie pieczenie. Działanie narkotyku ustawało. Ze wstydem zauważył, że zmoczył łóżko. Przynajmniej nie krzyczał, tak jak inni… Wstał, jeszcze odrobinę chwiejnie. Telepatycznie przywołał najbliższego służącego. Kazał mu posprzątać pokój. Sam zgarnął swoje wymięte ubranie z podłogi i wolnym krokiem, dochodząc do siebie, udał się do łaźni. Po ciepłej kąpieli, zupełnie już doszedł do siebie. W garderobie czekał na niego czysty, nowy strój. Doprowadził się do porządku, przeczesał palcami mokre włosy i niespiesznie ruszył do swoich komnat. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wszedł do sypialni, Jay i Emi jeszcze spali. Chłopak z trudem odgonił od siebie zimny gniew. To co ujrzał, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Jego przyjaciel tulił dziewczynę w swoich ramionach. Wyglądali razem tak naturalnie… Damien po cichu wyszedł z pokoju. Nie zamierzał ich budzić. Zacisnął wargi, tak, że uformowały się w cienką linię. Jak najszybciej będzie musiał coś z tym zrobić. To co było między nimi zaszło już stanowczo zbyt daleko, mimo, że nigdy nie powinno mieć miejsca. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy słońce w całości pojawiło się na niebie, Jay popędził na trening. Damien siedział na kanapie wpatrując się w przestrzeń. Emi skuliła się przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Jej bliskość wyrwała chłopaka z ponurej zadumy. Jak zwykle niespecjalnie dbała o swój wygląd i po wstaniu rano, wyglądała jak mały, nastroszony kociak. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. – Na pewno nic ci nie jest? – spytała cichutko, mimo zapewnień Jaya, wcale nie uważała, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się do niej odrobinę blado. Przytulił ją do siebie. – Nie martw się o mnie, u nas to jest ‘normalne’ i wcale nie zdarza się rzadko – mruknął. – Zjedzmy śniadanie – zaproponował. – Czeka nas dzisiaj paskudna wycieczka. Emi westchnęła. Zapewnienia Damiena także wcale jej nie uspokoiły. Skinęła jednak głową i razem przeszli do jadalni, w której już czekał suto zastawiony stół. Dziewczyna nie była w stanie prawie nic zjeść. Damien przyglądał się jej zaniepokojony. – Nie jesteś głodna? – spytał. – Nie mam ochoty – powiedziała cicho. – W takim razie co byś zjadła? – uśmiechnął się kusząco. Działanie narkotyków się ulotniło i znowu był zupełnie sobą. – Na przykład maliny – westchnęła Emi, tak bardzo nie mogła doczekać się lata! – Dobrze, niech będą maliny – stwierdził rozbawiony, a ona spojrzała na niego pytająco. Chłopak wysypał na talerz miskę płatków, a potem spojrzał na nie ponaglająco. – Rośnijcie – mruknął cicho, rozkazującym tonem. Leżące na talerzu, owsiane płatki zaczęły się powiększać i puchnąć, powoli zmieniając się w ciemnoróżowe owoce. One po prostu stały się malinami! Kiedy Damien skończył, podsunął zszokowanej dziewczynie pełne owoców naczynie. Spróbowała. Smakowały zupełnie jak dojrzewające w letnim słońcu maliny. Zamrugała. – Myślałam, że władasz ogniem – powiedziała oskarżycielskim tonem. Roześmiał się dźwięcznie. Pokręcił głową. – Nasza magia jest inna, mówiłem, że ci to później wytłumaczę. Jesteś czarodziejką – stwierdził. – Jaki jest twój talent? Dziewczyna spuściła wzrok. – Chwilowo żaden – mruknęła zasmucona. – Potrafię wiele rzeczy, ale niczego nie robię dobrze. Zaskoczył ją błysk zainteresowania w oczach Damiena. – Co na przykład możesz zrobić? – spytał starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Emi wzruszyła ramionami. – Kiedy przepowiadano nam talenty, dowiedziałam się tylko, że jestem czarodziejką natury, wieszczka nie powiedziała mi nic konkretnego. Umiem odrobinę leczyć, jeżeli naprawdę mi zależy, to moje roślinki szybko rosną no i porozumiewam się ze zwierzętami, co chyba jednak nie jest magią. – I nie próbowałaś innych rzeczy? – zapytał ponaglająco chłopak. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Nie miała pojęcia do czego on dąży. – Niby po co miałam próbować? – spytała skonsternowana. – Widzisz, my nie czerpiemy mocy z otoczenia, tak jak czarodzieje – powiedział uśmiechając się kapryśnie. – Nie mamy kontaktu z duchami, nie wykorzystujemy żywiołów, to co nazywacie czarami zależy po prostu od naszej siły woli. Emi nie rozumiała. Od zawsze uczono ją czego innego. Wpatrywała się pytająco w Damiena. Chłopak wstał od stołu. W ten sposób jej niczego nie wytłumaczy. Wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził do bawialni. Wskazał na jedną ze srebrnych, leżących na ciemnozielonej kanapie poduszek. – Wznieś się – mruknął, a przedmiot po chwili już lewitował w powietrzu. Moment później podleciał i znalazł się w jego dłoniach. – Spróbujesz? – zaproponował z uśmiechem. – Musisz skupić się na tym co chcesz zrobić, pomyśleć o tym, a potem ukierunkować swoje pragnienie jakimś słowem. To nic trudnego. Dzięki temu nie jesteśmy ograniczeni, tak jak czarodzieje, do jednego źródła. Możemy zrobić wszystko, na co starczy nam sił. – I naprawdę myślisz, że ja też tak potrafię? – spytała powątpiewająco. – A co szkodzi ci spróbować? – uśmiechnął się do niej uroczo. – Najwyżej się nie uda i już. – Położył poduszkę na podłodze. – Podnieś ją – zaproponował. Emi nie bardzo wierzyła w powodzenie takiej próby, nie chciała jednak sprawić patrzącemu wyczekująco chłopakowi przykrości. Spróbowała. Wyobraziła sobie latającą poduszkę. Z całego serca zapragnęła, żeby ta się ruszyła. – Wznieś się – powiedziała surowym tonem do srebrnego przedmiotu. To co stało się później przypominało tornado. Cały pokój zaczął wirować. W powietrzu zaczęły latać obite zielonym aksamitem fotele i kanapa. Z półek pospadały wszystkie książki i one też zaczęły unosić się w powietrzu, wirując w dzikim tańcu. To samo stało się ze stołem i krzesłami. Dywan uciekł spod ich stóp przewracając ich na podłogę. Damien rzucił się do przodu, zakrywając sobą leżącą dziewczynę. Postawił wokół nich najmocniejszą osłonę, na jaką go było stać. – Emi, przestań! – krzyknął rozpaczliwie. – Proszę cię przestań! Oszołomiona dziewczyna zamarła, przymknęła oczy, przestała oddychać. Przedmioty zaczęły spadać na podłogę, uderzając w rozciągniętą przez Damiena osłonę. Wszystko zwaliło się na bezładną kupę. Kiedy pokój się uspokoił chłopak wstał. Zaczął się śmiać. Emi była wyczerpana. Z trudem usiadła. Spojrzała na niego jak na wariata. – No co? – spytała zirytowana. Chłopak wskazał ręką na drewniany parkiet przed nimi. – Ruszyło się wszystko – powiedział pomiędzy wybuchami niekontrolowanego śmiechu – tylko nie ta cholerna poduszka! Rozdział XII Drżąca ze strachu Ana siedziała na twardym, drewnianym krześle. To był jakiś koszmar. Do tej pory bardzo entuzjastycznie podchodziła do wymiany uczniowskiej z Illi’andin, ale teraz, kiedy znalazła się w Czarnej Wieży doskonale zrozumiała dlaczego ludzie tak bardzo ich nienawidzą. Serce stanęło jej na moment, kiedy pomyślała o tym co mogłoby się stać, gdyby nie jej talent. Chłopak, który miał się nią opiekować, najzwyczajniej w świecie próbował ją zgwałcić. Nie wiedział jednak, że panowała nad dźwiękami, nie spodziewał się ataku. Potworny hałas ogłuszył go, a ona zdołała uciec. Kiedy jednak zgłosiła całe zajście pilnującemu ich wychowawcy, ten wzruszył ramionami, wyznaczył chłopakowi karę, a ją odesłał do innego, z listy rezerwowej. Nie było mowy o powrocie do Białego Pałacu. Teraz siedziała w niewielkim, przypominającym celę w koszarach pokoiku, zastanawiając się nad tym, czy może być jeszcze gorzej. Wzdrygnęła się, kiedy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chłopak. Jak oni wszyscy nie nosił koszulki, a jego tors zdobiły wyraźnie zarysowane pod opaloną skórą mięśnie. Z pleców chłopaka wyrastały ogromne, pokryte czarnymi piórami skrzydła. Przystanął zaskoczony jej widokiem. – Co tu robisz?! – warknął, a w jego miodowych oczach zobaczyła gniew. – Pan Del’rante mnie tu przysłał – odezwała się cicho. – Po pewnym „incydencie” – wstydziła się dokładnie opowiedzieć co się stało – zmienił mi opiekuna, a ty byłeś na liście rezerwowej. Chłopak syknął. Podskoczyła na krześle, kiedy uderzył pięścią w kamienną ścianę. Spojrzał na nią z obrzydzeniem, jakby była jakimś ohydnym robakiem. – Zostań tu – warknął, po czym trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł szerokim, kamiennym korytarzem. Był wściekły, Na śmierć zapomniał o tej piekielnej liście rezerwowej. Teraz jeszcze nauczyciel powiedział mu, że nic się nie da zrobić. Zależało mu na tym, owszem, ale dopóki nie dowiedział się, że Emi bezpiecznie mieszka z Damienem. Był zły, ale wiedział, że to tylko i wyłącznie jego własna wina. Za głupotę się płaci. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie potrafił coś na to poradzić. Nie zamierzał spędzić kolejnych dwóch tygodni na niańczeniu jakiejś głupiej dziewuchy, a potem jeszcze dwóch następnych w Białym Pałacu. Z rozmachem otworzył drzwi własnego pokoju. Dziewczyna siedziała tam gdzie ją zostawił. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. W Jayu aż się zagotowało. Obudziły się jego łowieckie instynkty. Czuł jej strach. Miał ochotę rozszarpać jej gardło. Zamiast tego brutalnie chwycił ją za ramię i wypchnął z pokoju. Zaczęła protestować. Zignorował to. Chwilę później wspinali się już po prowadzących na siódme piętro schodach. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drzwi, przez które wepchnął ją chłopak Illi’andin prowadziły do przestronnego, jasnego salonu. Rozejrzała się po nim oszołomiona. Na ciemnozielonej, pokrytej aksamitem kanapie siedziała czarodziejka, a obok niej elegancko ubrany blondyn. Obydwoje byli czymś bardzo rozbawieni. Ana musiała w duchu przyznać, że to najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziała. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Blondyn przeczesał palcami ułożone w artystyczny nieład, jasne włosy. Spojrzał pytająco na nieproszonych gości. Oczy miał tak niesamowicie niebieskie, że serce Any aż podskoczyło w środku. Poczuła niesamowitą zazdrość, o dziewczynę, która tak beztrosko siedziała na kanapie tuż obok niego. Czemu jej samej coś takiego nie mogło się trafić? Nie, ona zawsze musiała mieć pecha. Czarnoskrzydły wypchnął ją na środek pokoju. Spojrzał spode łba na siedzącą na kanapie dwójkę. – Zrób coś z tym – zażądał stanowczo. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Miał znudzony wyraz twarzy, uważny obserwator mógł jednak zauważyć, że cała sytuacja go niezmiernie bawi. – A kto to w ogóle jest? – zapytał. – Czarodziejka, nie widać? – warknął jej ciemiężyciel. Siedzący na kanapie chłopak zignorował jego gniewny ton. – Co ona tu robi? – zapytał aksamitnie brzmiącym tenorem. Czarnoskrzydły westchnął. Podszedł do siedzącej na kanapie pary. Usiadł obok brązowowłosej dziewczyny. – To mój przydział – mruknął niechętnie. – Byłem na liście rezerwowej. Damien, możesz to jakoś załatwić? – spytał, ale tym razem w jego głosie brzmiała prośba. Brunetka zerwała się z kanapy. Jej karmelowe oczy zalśniły złością. Obydwaj spojrzeli na nią pytająco. – Czy wyście obydwaj powariowali? Mówicie o niej jakby była jakąś rzeczą! – wrzasnęła na nich. – Jay, skoro nie chciałeś brać w tym udziału, to po jakie licho zapisałeś się na tą listę?! – Ana niedowierzająco patrzyła jak czarnoskrzydły spuszcza głowę, odwracając od drobnej, dziewczęcej postaci wzrok. – Damien, ani się waż z tym czegokolwiek robić. Na własnej skórze przekonałam się, jak traktujecie czarodziejki! Z Jayem chociaż będzie bezpieczna. – Chłopak chciał zaprotestować, ale zignorowała go podchodząc do zaskoczonej Any. – Jestem Emi – przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem, podając jej dłoń. – Ana – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, uścisnąwszy jej dłoń. Nie znała tej czarodziejki, więc prawdopodobnie była z młodszej, przybyłej w tym roku do Białego Pałacu, grupy. W każdym razie najwyraźniej dobrze się złożyło, że ją spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Złość Jaya ustąpiła miejsce niechęci i konsternacji. Dodatkowo co chwila, gdy tylko Emi znalazła się chociaż o centymetr bliżej Damiena niż jego, ogarniała go zazdrość z którą nie potrafił sobie poradzić. Dzień zapowiadał się paskudnie. Kilka dzielących ich od wycieczki godzin spędzili wspólnie we czwórkę. Damien wyglądał na znudzonego, usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać oprawioną w skórę książkę. Emi rozmawiała z Aną, która wyraźnie się ożywiła i przestała wyglądać jak zahukana sarenka. Śmiertelnie obrażony Jay wyciągnął się na kanapie, rozprostowując skrzydła i ignorując wszystkich dookoła. Przynajmniej dobre było to, że teraz jego też dotyczyły plany wycieczki do Morven, jednego z pobliskich miast Illi’andin, która nie koniecznie miała być dla czarodziejek bezpieczna. Po południu zebrali się do wyjścia. Emi pogoniła ich półgodziny wcześniej, wiedząc już co czeka chłopaków za jakiekolwiek naruszenie surowej dyscypliny panującej w Czarnej Wieży. Jay spojrzał zaskoczony, kiedy wychodząc z komnat, Emi złapała go za rękę, swoją drobną dłonią. – Jay, nie pozwól, żeby ktoś ją skrzywdził – poprosiła cicho. Chciał na nią wrzasnąć, wygarnąć jej, że to nie leży w jego interesie. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odmówić, nie mógłby znieść zawodu w tych karmelowych oczach. W odpowiedzi więc tylko niechętnie skinął głową. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem i pociągnęła za sobą korytarzem, by dogonić znikających za rogiem Damiena i Anę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu czarodziejek, miasto Illi’andin wyglądało aż nazbyt zwyczajnie. Pobielone domy, starannie kryte, równiutko ułożoną strzechą, stały rządkiem wzdłuż głównej ulicy. Sklepy przyciągały uwagę barwnymi wystawami. Drzewa i klomby kwiatów na skwerach wyglądały zachęcająco i dawały przyjemny cień. Jedyną cechą, która różniła Morven od ludzkich miast, była górująca nad osadą wieża garnizonu. Ulice były jednak puste, nikogo nie było na nich widać. Ana rozglądała się dookoła zaciekawiona. W pobliżu wesołej, roztrzepanej Emi, która święcie wierzyła w to, że w razie czego chłopcy Illi’andin je obronią, ona także przestała się bać. Jej serce zabiło jak oszalałe, kiedy zbliżył się do nich leniwie, arogancko uśmiechnięty Damien. Pozazdrościła nowo poznanej koleżance, że to właśnie ją od niechcenia, jak gdyby nigdy nic objął ramieniem. – To na pokaz – mruknął cicho, ale tak, żeby obie mogły go usłyszeć. – Tak naprawdę większość Illi’andin całe życie mieszka w koszarach. Nie potrzebujemy żadnych miast. Arystokraci dla odmiany mają zamki – dodał uśmiechając się ponuro. – Oczywiście warowne – dodał ironicznie. – Żyjemy po to by walczyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Popołudnie spędzili siedząc na trawie, ogrodzonego pastwiska i słuchając kolejnego propagandowego wykładu z historii ludzi i Illi’andin. Znudzona Emi rozglądała się dookoła. Obrażony na cały świat Jay siedział tuż przy jej boku milcząc, natomiast Damien cichym głosem tłumaczył coś zafascynowanej Anie. Po wysłuchaniu nauczyciela poszli obejrzeć garnizon, jednak tylko z zewnątrz. Uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie areny, podobne w budowie do tej w szkole, jednak znacznie mniejsze. Na jednej z nich coś zaczęło się dziać. Zaciekawiona Emi podeszła do otaczającego ją muru. Trzech rozbawionych mężczyzn wyszło na środek piaszczystego placu, mieli ze sobą długie włócznie. Przez inne drzwi wypuszczono rozszalałego, ogromnego niedźwiedzia. Rozpoczęła się walka, a raczej z tego co zauważyła dziewczyna, rzeź. W oczach stanęły jej łzy, kiedy pierwszy brutalny cios dosięgnął oszołomione, rozdrażnione zwierzę. Illi’andin poruszali się niesamowicie szybko. Umysł Emi wypełniła gorycz i złość. To była rozrywka, nie walka. Jak oni mogli? Dziewczyna skupiła całą swoją wolę. Wyobraziła sobie, że niedźwiedź rośnie, że się przekształca. Po niecałej minucie oniemiali mężczyźni uciekali przed ogromnym, ziejącym ogniem jaszczurem. Arenę otoczyła cała wycieczka. Ktoś coś krzyczał. Do dziewczyny nic nie docierało. Stała oszołomiona, wpatrując się w atakującego mężczyzn smoka. Nagle poczuła na ramieniu delikatny dotyk Damiena. – Emi, przestań, proszę – wyszeptał tuż do jej ucha. – Jak? – jęknęła, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co robi. – Wyobraź sobie, że to znowu niedźwiedź – poprosił. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy wpatrywali się w smoka. Dziewczyna zaczęła błagać w myślach, żeby ten piekielny smok zniknął. Z całych sił zaczęła w myślach przemieniać go z powrotem w niedźwiedzia. Nie mogła uwierzyć, kiedy podziałało. Zlani potem mężczyźni uciekli z areny, na której zwierzę zostało zamknięte. Jak w pułapce. – Oni go zabiją – wyszeptała ze łzami w oczach. Damien przymknął oczy. Westchnął. – Przenieś się – mruknął. Niedźwiedź jakby rozpłynął się w powietrzu. – Nic mu nie będzie – powiedział cicho do dziewczyny. Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa, poruszenie i harmider nie ustały. Przed grupą uczniów znaleźli się dwaj, pilnujący ich nauczyciele. Pojawił się także starszy, dostojnie wyglądający, czarnoskrzydły Illi’andin. – Który to zrobił? – zapytał surowym, ale wyjątkowo spokojnym głosem. – Jeżeli będę musiał użyć serum prawdy, kara będzie po stokroć gorsza – dodał cicho. Wśród uczniów zapanowało podniecenie. Podniesione szepty niosły się echem po pustym placu. Emi widziała, jak pobladły twarze wszystkich arystokratów. Tylko oni władali magią. Nikt nie spodziewał się, żeby była do tego zdolna którakolwiek z czarodziejek. Zadrżała. Damien stanął przednią. Hardo spojrzał w oczy czarnoskrzydłego. – Ja – powiedział pewnie, a na jego twarz wpełzł leniwy, arogancki uśmiech. – Jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna. – Damien Nataniel Hayazaki – odpowiedział bez cienia lęku chłopak. – Miałeś w tym jakiś konkretny cel? – kontynuował czarnoskrzydły. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Damiena. Zarówno Illi’andin jak i czarodziejki całą swoją uwagę skupiali właśnie na nim. Cała grupa patrzyła na chłopaka niedowierzająco, pełnymi trwogi spojrzeniami. Damien przeczesał palcami złociste włosy. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednak wzroku z ciemnych oczu mężczyzny. Z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmiech. – Nudziło mi się – odpowiedział hardo. Nauczyciele wyglądali na mocno zaskoczonych. Czarnoskrzydły przez chwilę coś rozważał, jednak to Jay wykonał pierwszy ruch. Od początku, kiedy tylko Damien przyznał się do winy, zaciśnięte w pięści dłonie chłopaka drżały. W jego oczach malowała się złość. Teraz podszedł, by stanąć jedynie o krok od przyjaciela. Był od niego niemal o głowę wyższy i znacznie szerszy w ramionach. Ogarnięty furią wyglądał naprawdę groźnie. – Ty idioto! – wrzasnął, chwytając Damiena za ramiona. – Co ci odwaliło?! Uważasz, że to świetny moment na popisywanie się?! Blondyn nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na Jaya. Czarnoskrzydły chłopak pchnął go na ziemię. Rzucił się na niego z pięściami. Natychmiast został odciągnięty przez stojących dookoła nich Illi’andin. Damien wstał, w dalszym ciągu go ignorując. Otrzepał starannie ubrudzoną piaskiem marynarkę. Wyczekująco spojrzał na mężczyznę, z którym wcześniej rozmawiał. Tamten też zignorował całe zajście. – Srebrny – oznajmił stanowczo, a potem nie powiedziawszy ani słowa więcej oddalił się w kierunku garnizonu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zamieszanie ucichło, ale wszyscy w dalszym ciągu wlepiali pełne podziwu, zalęknione spojrzenia w wyprostowaną, pełną wdzięku i arogancji sylwetkę Damiena. Kiedy tylko ruszyli w powrotną drogę do szkoły, Emi natychmiast przypadła do chłopaka. Wtuliła się w jego ramię. – Ja…- zaczęła cichutko, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć, ani jakimi słowami mogłaby mu podziękować. Z całego serca też pragnęła go przeprosić. – Cii – odezwał się do niej spokojnie. – To nie twoja wina – szepnął jakby czytając jej w myślach. – Możesz go uspokoić? – spytał wskazując głową idącego na końcu grupy, zaciskającego pięści Jaya. – Spróbuję – mruknęła, wiedząc, że będzie to nie lada wyzwanie. Niechętnie puściła rękę Damiena i poczekała aż wszyscy przejdą by zrównać krok z czarnoskrzydłym. – Jay… – zaczęła cicho. – Nie teraz! – warknął, nie patrząc na nią. – Jay, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę – powiedziała łagodnie. Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem bursztynowych oczu. – Widziałaś co zrobił, zamierzasz go broni? – zapytał rozdrażniony. – Jay, to nie on to zrobił, tylko ja – szepnęła cichutko, zawstydzona, jak to miała w zwyczaju, zasłaniając twarz długimi włosami. Twarz chłopaka z gniewnej zmieniła się w zaskoczoną. Potem śmiertelnie pobladł. Z trudem przełknął ślinę. Brutalnie chwycił jej ramię. Spojrzała na niego przestraszona. – Nigdy więcej nie waż się powtórzyć tego na głos – warknął na nią, cedząc słowa przez zęby. Popchnął ją przed siebie, ale zdążyła jeszcze zauważyć, jak cały drży. Gniew w jego oczach zastąpił strach, a ona wiedziała, że bał się właśnie o nią. Rozdział XIII Szli szerokim korytarzem Czarnej Wieży. Emi z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Przez swoją bezmyślność i nieświadomość narobiła Damienowi kłopotów. Usłyszała, jak idący za nią Illi’andin rozmawiają przyciszonymi głosami. Byli mocno podnieceni. – Jak zwykle nie brakuje mu tupetu i odwagi – stwierdził jeden, a dziewczyna była przekonana, że rozmawiają właśnie o Damienie. – Ja bym to raczej nazwał głupotą – mruknął jeden z arystokratów. – Srebrny jest jak ogień w żyłach. Ma za zadanie tylko i wyłącznie sprawiać ból. Nigdy nie chciałbym na niego zasłużyć. Emi przełknęła ślinę. Przyspieszyła kroku. Nie chciała słuchać tej rozmowy. Musiała coś zrobić! Nie miała tylko pojęcia co… Doszli na siódme piętro. Otworzyli drzwi komnat Damiena. Chłopacy rozmawiali o czymś cicho, wpuszczając do środka niczego nieświadomą Anę. Nikt w tym momencie nie zwracał na Emi uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać. Znała już narysowany przez Jaya plan Czarnej Wieży na pamięć. Wycofała się po cichu i zniknęła za zakrętem korytarza. Udało jej się przemknąć bez zwracania czyjejkolwiek uwagi i już chwilę później stała pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zauważyła idącą korytarzem grupkę chłopaków Illi’andin. Doskonale pamiętała co stało się ostatnio. Niewiele myśląc otworzyła drzwi gabinetu i zniknęła w środku. Niewielki wypoczynkowy salon był pusty, ale na zachodniej ścianie znajdował się szereg prostych, drewnianych drzwi. Jedne z nich były otwarte. Za drewnianym, prostym biurkiem siedział mężczyzna o szpakowatym nosie i łasicowatych oczkach. Emi nieśmiało weszła do jego pokoju. Zaskoczony podniósł na nią wzrok. – Czego tu szukasz? – warknął nieuprzejmie. Dziewczyna wiedziała, że zbliża się wieczór. Uznała, że to dlatego w pokoju jest pusto. Na późną porę zrzuciła też nieuprzejmy ton mężczyzny. – Ja chciałam porozmawiać o dzisiejszym „wypadku” w Morven – zaczęła cicho. – Damien Hayazaki tego nie zrobił… Oczy siedzącego za biurkiem, szczupłego Illi’andin pociemniały. – Jesteś podopieczną arystokraty? – spytał złowieszczo. Zdezorientowana Emi skinęła głową. Co to niby miało do rzeczy? – Wiesz jaka kara grozi za kłamstwo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem na ustach. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. O co mu chodziło? Czy z nimi w ogóle dało się normalnie porozmawiać? Emi spodziewała się raczej rozmowy zbliżonej do tej, jaką mogłaby odbyć z dyrektorką Białego Pałacu. Teraz była zupełnie zbita z tropu. – Podejdź tu – rozkazał, a ona posłuchała. Wyciągnął ampułkę z niebieskim płynem, napełnił nią strzykawkę. – Skoro mieszkacie u nas, powinny was dotyczyć takie same prawa jak uczniów Illi’andin. Za kłamstwo karą jest niebieski – oznajmił gwałtownie wstając zza biurka i przytrzymując jej rękę. Dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, nie zdążyła jednak się w porę odsunąć. Błyskawicznie podwinął jej rękaw i z prawą wbił igłę w żyłę pod zgięciem łokcia. Emi pisnęła. Gwałtownie otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego. Damien, z ogniem w błękitnych oczach, wszedł do pomieszczenia. Wyglądał jak sama śmierć. – Tnij – rozkazał lodowato zimnym głosem. Ręce mężczyzny, który trzymał Emi opadły na podłogę, równiutko oddzielone od ciała. Trysnęła krew. Dziewczyna krzyknęła. Po jej żyłach krążyła błękitna substancja. Poczuła przeraźliwy chłód. Osunęła się na podłogę drżąc. Okaleczony nauczyciel darł się w niebogłosy, ona jednak nie słyszała. Jedyne z czego zdawała sobie sprawę, to przenikający ją do szpiku kości chłód. W końcu mężczyzna stracił przytomność. Emi poczuła na sobie czyjś dotyk. Z trudem otworzyła oczy. – Jay – szepnęła. Chłopak wziął ją na ręce. Przytulił do siebie. Damien skinął mu głową i razem wyszli na korytarz. Dziewczyna czuła bijące od Jaya ciepło. Na całym ciele, wszędzie tam, gdzie jej nie dotykał, czuła przeraźliwe, wręcz namacalne zimno. Zamknęła oczy, wtulając się jak najbardziej potrafiła, w dające ciepło, przynoszące ukojenie ciało chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez korytarze Czarnej Wieży szli jak burza. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Niedługo później znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Blondyn obrzucił wrogim spojrzeniem skuloną w fotelu Anę. – Jeżeli spróbujesz przejść przez te drzwi – wskazał na wyjście z pokoju – moja osłona cię zabije. Jeżeli przez tamte – wskazał na sypialnie, w której zniknął niosący Emi na rękach czarnoskrzydły – prawdopodobnie zrobi to Jay. Tak więc na twoim miejscu bym się stąd nie ruszał, ale zrobisz jak zechcesz – dodał ponuro. Potem, ignorując przerażone spojrzenie Any, zniknął, w ślad za Jayem, za drzwiami sypialni. Zastał przyjaciela siedzącego na łóżku. Chłopak tulił do siebie drżącą, na wpół przytomną Emi. – Rozbierz ją – rozkazał, sam zrzucając na podłogę elegancką marynarkę. Potem zaczął rozpinać jedwabną koszulę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego Jay z obłędem w oczach. Przygarnął do siebie dziewczynę jeszcze bardziej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem. – Sam też mógłbyś zdjąć spodnie – dodał ponuro Damien ignorując oburzenie przyjaciela. – Tak będzie lepiej. Jay delikatnie ułożył Emi na pościeli. W jednej chwili znalazł się tuż przy blondynie. Odwrócił jednak od przyjaciela zagniewaną twarz, ponieważ leżąca na łóżku dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Spojrzał na nią bezradnym, pełnym bólu wzrokiem. – Jak jej pomóc? – zapytał cicho. – Dostała niebieski – mruknął niechętnie Damien. – Jej umysłowi wydaje się, że przez żyły płynie lód. Jedyne ciepło, jakie teraz do niej dotrze, to cudze. Jeżeli chcesz mi pomóc – dodał patrząc Jayowi w oczy – to ją rozbierz. Jeżeli nie, to wyjdź. Chłopak niechętnie wykonał polecenie blondyna. Posadził sobie Emi na kolanach. Była jak lalka. Posłusznie poddawała się wszystkiemu co z nią robił. Delikatnie zdjął z niej tunikę, a potem getry, zostawiając dziewczynę w samej bieliźnie. Śladem Damiena zsunął z siebie spodnie, zostając tylko w bokserkach. Blondyn odsunął jedwabną kołdrę. Jay położył Emi na łóżku, a potem sam ułożył się obok niej. Drżała, ale natychmiast się do niego przysunęła, wtulając twarz w jego tors. Dawał jej ciepło. Otulił ją ramionami, z całej siły starając się nie reagować na dotyk jej ciała. Damien położył się, wtulając w plecy dziewczyny. Przykrył ich kołdrą. Emi przestała drżeć, dalej jednak nie otwierała oczu. Zaczęła regularnie oddychać. Po chwili zapadła w niespokojny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżeli w ciemnej sypialni już od kilku godzin. Emi budziła się co jakiś czas, drżąc z narkotycznego zimna, a potem ponownie zasypiając. Damien z trudem odpędzał od siebie ogarniającą go senność. Wiedział, że nie może odpłynąć, bo wtedy otaczająca komnaty osłona po prostu zniknie, niczym rozwiana przez wiosenny wiatr. Spojrzał na przyjaciela. Ciemności dla Illi’andin nie stanowiły najmniejszego problemu, widzieli w nich równie dobrze jak w jasnym świetle dnia. Jay także nie spał. Zaniepokojony wpatrywał się w leżącą pomiędzy nimi Emi. – Mów coś do mnie – poprosił cicho Damien. Tym razem czarnoskrzydły nie protestował. Uśmiechnął się ponuro. – Oberwie nam się za to – mruknął. – Nie nam, tylko mi – westchnął blondyn. – Ty mnie chciałeś powstrzymać, zapamiętaj to sobie. – Jay chciał zaprotestować, ale Damien uciszył go niedbałym gestem. – Ktoś musi zostać, żeby pilnować Emi. Sam widzisz, że jeżeli tylko może w coś się wpakować, to to zrobi. Zawsze taka była – westchnął. – Damien – odezwał się cicho czarnoskrzydły, nie chciał obudzić śpiącej dziewczyny – zawsze myślałem, że nienawidzisz ludzi… Dlaczego się nią opiekujesz? – zadał nurtujące go od dłuższego czasu pytanie. – A ty? Co w niej widzisz? – zainteresował się blondyn. – W twoim świecie człowiek to ofiara, prawda? Obiekt polowań… Czym ona się różni? Jay uśmiechnął się leniwie. – Głównie zapachem – mruknął. Przyjaciel spojrzał na niego niedowierzająco. – Naprawdę tylko tyle? – Mhm – przytaknął Jay. – Poza tym mi pomogła, mimo, że nie chciałem. Ona jest inna. Zresztą ja nic do ludzi nie mam. Ani mnie ziębią ani grzeją, jak zresztą cała reszta leśnych stworzeń. Nie są wrogami, dopóki nie zaczną atakować – spojrzał twardo na przyjaciela. – Teraz ty mi odpowiedz. – Emi nie jest człowiekiem – oznajmił stanowczo Damien. Czarnoskrzydły spojrzał na niego pytająco. Jego bursztynowe oczy zalśniły w skąpym, przedostającym się przez grubą kotarę, świetle siedmiu księżyców. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ wtulona w jego ramiona dziewczyna zadrżała. Otworzyła oczy. – Jay? – zapytała cichutko. – Jestem przy tobie – mruknął łagodnie, wtulając twarz w jej rozczochrane, brązowe włosy. Damien wstał. Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale niewiele widziała w zalewającym sypialnię mroku. – Zostańcie tutaj, przynajmniej do wschodu słońca – poprosił. – Idę załatwić „pewne sprawy” – westchnął wkładając na siebie pospiesznie, rozrzucone po podłodze ubranie i wychodząc z pokoju. Kiedy Damien zamknął za sobą drzwi, Emi z powrotem odwróciła się do Jaya. Przylgnęła do niego całą sobą. W jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła cicho płakać. Chłopak mocniej otulił ją ramionami, czule przytulając do siebie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu pozwolił jej się wypłakać. Rozdział XIV Chcąc nie chcąc, Jay zabrał Emi i Anę na poranne ćwiczenia. Bał się zostawić je same, a nie miał pojęcia, kiedy wróci Damien. Tego ranka naprawdę porządnie oberwał. Przeklinał się w duchu za własne słabości. Po nocy spędzonej tak blisko Emi, jego uwaga rozpraszała się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie mógł oderwać wzroku od jej drobnej postaci. Boleśnie przypomniał sobie moment, kiedy powiedziała, że nie należy do niego. Poczuł jak ogarnia go ogromna fala zazdrości. Nawet na pieprzony bal szła nie z nim, tylko właśnie z Damienem. Tylko jak niby miał walczyć o dziewczynę z najlepszym przyjacielem? Po treningu zjedli późne śniadanie w salonie Damiena. Coraz bardziej zaniepokojony Jay czekał na pojawienie się gospodarza. Chłopak wrócił jednak dopiero pod wieczór. Był dziwnie markotny i przygnębiony, za wszelką cenę starał się jednak to ukryć. Wyglądało na to, że robi dobrą minę do złej gry. Ana niczego nie zauważyła, ale Emi była tak samo zaniepokojona, co Jay. Po krótkiej, wspólnej rozmowie, Damien odciągnął czarnoskrzydłego na bok. – Zabierz stąd Anę i zniknijcie na noc – zażyczył sobie na tyle cicho, żeby tylko przyjaciel mógł go usłyszeć. W Jayu zagotowało się z zazdrości. Spojrzał na niego z wyrzutem. Więc jednak chodziło o Emi? Do tej pory łudził się, że to nieprawda i że łączy ich tylko przyjaźń, ale Damien na każdym kroku upewniał go, że jest inaczej. – Każesz mi wyjść? – spytał buntowniczo. – Jeżeli będę musiał – odpowiedział ponuro Damien, a jego twarz stała się nieprzeniknioną maską. Dłonie Jaya same zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok od przyjaciela. Na Emi też wolał nie patrzeć, bo nie był pewien co zrobi. Poszedł prosto ku drzwiom. Zaniepokojona Ana spojrzała na niego pytająco. – Idziemy – warknął, ponieważ nie potrafił już panować nad swoją złością, i nie czekając na dziewczynę wyszedł z komnaty. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko znalazł się we własnym pokoju, buntowniczo rzucił się na łóżko. Nie chciało mu się nawet zdejmować butów. Odwrócił się przodem do ściany. Ana stanęła przy drzwiach. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. – Gdzie ja mam spać? – zapytała niepewnie. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się drwiąco. Przynajmniej na niej mógł rozładować swoją złość. – Mam to gdzieś – prychnął wyraźnie akcentując słowa. W oczach dziewczyny pojawił się strach. Jay poczuł jak Ana ponownie staje się zwierzyną. Wyglądała teraz jak przestraszona łania. Napawał się tym uczuciem do czasu, aż dziewczyna nie otworzyła drzwi. – Gdzie idziesz? – spytał obcesowo. Nie obchodziło go co się z nią stanie, ale przecież obiecał Emi… Nie chciał łamać danej jej obietnicy, nawet jeżeli ona wolała Damiena. – Wracam na górę – oznajmiła, wyraźnie starając się, żeby jej głos stał się wyzywający, ale wyszedł jedynie drżący i odrobinę piskliwy. Jay roześmiał się. Pokręcił głową. Spojrzał na nią z politowaniem. – Nawet jeżeli nikt nie zaczepi cię po drodze, co zakrawałoby na cud, to i tak nie przejdziesz przez osłony Damiena. Zaplanował sobie dzisiaj „ciekawą” noc – mruknął cicho, a kiedy dotarły do niego własne słowa, poczuł w środku przeszywający ból i pustkę. Takie, jakich jeszcze nigdy nie poznał. Rzucił w nią poduszką, potem na podłogę powędrowała też kołdra. Ponownie odwrócił się do ściany. – Dobranoc – powiedział sucho i zamknął oczy, starając się nie myśleć co w tej chwili robią Damien i Emi. Całym sobą żałował, że nic nie może na tą sytuację poradzić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi wstała z pokrytej zielonym aksamitem kanapy. Zamrugała. Podeszła do wpatrującego się w zamknięte drzwi Damiena. – O co chodzi? – spytała cicho. – Dlaczego on poszedł? Co się stało? – Nic – powiedział siląc się na obojętny ton. – Obiecałaś mi dwa tygodnie, pamiętasz? Jaya nie było w planach. Chłopak usiadł na jednym z wysokich foteli. Przeczesał palcami jasne włosy. – Damien, to nie jest… – zaczęła cicho, ale chłopak jej natychmiast przerwał. – Bali się wymierzyć mi jakąkolwiek karę, rozumiesz? Oni się mnie bali – roześmiał się gorzko. – Wezwali mojego ojca. Zawarłem z nim pewien układ. Nie był ani trochę przyjemny. Emi, naprawdę cię teraz potrzebuję – szepnął błagalnie. Dziewczyna podeszła do niego. Usiadła na dywanie, kładąc głowę na jego kolanach. Przymknął oczy, wplatając palce w jej rozwichrzone, brązowe włosy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że są wiecznie rozczochrane. Tak, zdecydowanie wiele trzeba będzie w niej zmienić. Gdyby tylko potrafił trzymać Jaya przez jakiś czas z daleka… Da im jeszcze tę jedną noc, a resztę załatwi po balu… – Damien, czemu tu jesteś? – zapytała cicho dziewczyna. – Sam mówisz, że się ciebie boją… a mnie wydaje się, że po prostu nienawidzisz tego miejsca. Dlaczego nie odejdziesz? Leniwy uśmiech na twarzy chłopaka zmienił się w niechętny grymas. – Nie domyślasz się? – spytał. Emi podniosła głowę z jego kolan. Spojrzała na niego zaciekawiona. – Nie – przyznała. – Cała arystokracja Illi’andin, wszyscy jesteśmy posłuszni, nikt się nie buntuje, mimo, że każdy z nas prawdopodobnie mógłby znieść jakiś oddział z powierzchni ziemi – powiedział drwiąco. – Gdybym mógł już dawno zabiłbym swojego ojca – stwierdził zimno. Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. Nie mieściło jej się w głowie to o czym mówił Damien. – Wcale tak nie myślisz – szepnęła. Roześmiał się. W jego oczach w kolorze wiosennego nieba tańczyły jednak niebezpieczne płomienie. – Narkotyki, Emi. Podają nam różne środki, od których jesteśmy uzależnieni. Tylko nasi ojcowie wiedzą co dostajemy – powiedział gorzko. – W ten sposób nie muszą czuć się przez nas zagrożeni, a my musimy ich słuchać. Prosty układ, nie sądzisz? – uśmiechnął się leniwie do zszokowanej dziewczyny. – Buntowałem się, uciekałem z domu, kilka razy zdarzyło się, że byłem na głodzie i uwierz mi, nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. Dlatego właśnie robię wszystko co on mi każe. Dziewczyna podniosła się z podłogi. Spojrzała na niego buntowniczo, a on zauważył, że w jej karmelowych oczach zalśniły łzy. Potem wcisnęła się do niego na fotel i przywarła do chłopaka całą sobą. Położyła mu głowę na ramieniu, oplatając rękoma jego szyję. Damien przymknął oczy. Odetchnął głęboko. Spodziewał się wszystkiego z jej strony, ale na pewno nie tego. Nie wymagał od niej współczucia, po prostu chciał, żeby zrozumiała. Wiedział, że dostał znacznie więcej niż to na co liczył. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi obudziła się wypoczęta. Leżała w jedwabnej pościeli wielkiego, wygodnego łoża Damiena. Usiadła przecierając oczy. Uśmiechnęła się do leżącego przy jej nogach, olbrzymiego śnieżnego kota. Drapieżnik przyglądał się jej uważnie. Przeciągnął się leniwie, ziewając. Przypomniała sobie jak wieczorem było jej zimno i jak ucieszyła się, kiedy przyszedł ją ogrzać. Jej pogodny uśmiech stał się jeszcze szerszy. Dotknęła sztywnej sierści na karku zwierzęcia. Pochyliła się by przytulić policzek do jego głowy. Mruknął usatysfakcjonowany. Kiedy się od niego odsunęła, płynnym ruchem zeskoczył z łóżka i zmienił postać. Jego eleganckie ubranie było w nienagannym stanie. Delikatnie przydługie włosy, układały się w artystyczny nieład. Jak zwykle wyglądał idealnie. Za to Emi wyglądała jak niesforny kociak. Przeciągnęła się. Ziewnęła. Zsunęła się bosymi stopami na pokrywający całą podłogę, puchaty, drogi dywan. Damien skrzywił się nieznacznie, kiedy wyszła do łazienki, zupełnie omijając po drodze lustro. Tak, zdecydowanie musiał nad nią popracować, najpierw jednak chciał pozbyć się Jaya. Miał cichą nadzieję, że wystarczy zapach, który zostawił na niej dzisiejszej nocy. Jeżeli jednak nie, będzie musiał sięgnąć po znacznie bardziej radykalne środki. Kiedy jednak wyszła z łazienki jeszcze bardziej potargana niż bezpośrednio po spaniu, zwyczajnie nie wytrzymał. – Protestuję! – oznajmił. – Przeciwko czemu? – zdziwiła się Emi. – Jesteś dziewczyną, a wyglądasz gorzej niż Jay – mruknął. Spojrzała na niego rozbawiona. – Jakoś będziesz musiał z tym żyć – stwierdziła w ogóle nie wzruszona. – Nie ma mowy – powiedział uśmiechając się leniwie. – Siadaj – rozkazał wskazując na stojące przy wysokim lustrze krzesło. Zrezygnowana Emi posłusznie usiadła. Damien z jednej z szuflad zdobionej, dębowej komody wyciągnął szczotkę ze sztywnego włosia. Delikatnie zaczął rozczesywać włosy dziewczyny. W międzyczasie wysłał telepatyczne żądanie do jednego z jaszczuro-podobnych służących. Zamierzał postawić na swoim. Kiedy skończył, w salonie już czekały na czarodziejkę nowe ubrania. Zamiast ukochanych spodni Emi, były tam modne spódniczki i sukienki. – Damien – jęknęła błagalnie. Dla jego satysfakcji była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie wszystko. – Myślałem, że masz ochotę na kolejne lekcje „naszej” magii – mruknął kusząco, szantażując dziewczynę – ale jeżeli nie… Zamrugała. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. – Jesteś podły! – stwierdziła. – Dlaczego akurat sukienki?! – Bo mam taki kaprys – uśmiechnął się do niej czarująco. Warknęła na niego, a potem, z ponurą miną, wzięła pierwszą lepszą kreację i zniknęła z nią w sypialni, żeby, ku wielkiemu zadowoleniu Damiena, niechętnie ją na siebie włożyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay stanął w drzwiach komnaty. Z trudem przełknął ślinę. Jego Emi, zwykle rozczochrana, wściekła kotka, tym razem wyglądała olśniewająco. Miała na sobie niebieską, długą suknię. Jej włosy były delikatnie spięte i jednocześnie puszczone tak, że spływały kaskadą po lewym ramieniu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie. Jej oczy zalśniły. Chłopak zapragnął ją do siebie przytulić, ale w tym momencie pojawił się Damien. Objął Emi ramieniem, wyzywająco patrząc na przyjaciela. Jay podszedł do nich, teraz naprawdę spięty. Wszystko w nim krzyczało. Z trudem zachowywał spokój. – Mamy jakieś święto? – zapytał drwiącym tonem, walcząc z sobą, żeby nie powiedzieć dziewczynie jak ślicznie wygląda. – I tak byś nie zauważył – mruknął Damien uśmiechając się arogancko. Jay boleśnie zdał sobie sprawę, że wszystkie jego najgorsze obawy się jednak ziściły. Wszędzie dookoła dzikiego, kuszącego zapachu Emi unosił się słodkawy, intensywny zapach Damiena. Żeby był tak trwały, musieli spędzić w swoich objęciach przynajmniej całą noc. Jay zagryzł zęby z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na przyjaciela z pięściami. „Nie jestem twoją lalką! Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie!” – przypomniał sobie raniące słowa dziewczyny. Jeżeli spędziła z Damienem noc, był to tylko i wyłącznie jej wybór. To zabolało Jaya jeszcze bardziej. Właściwie czemu miałaby chcieć właśnie jego? Nie był ani tak olśniewająco przystojny jak on, ani nie władał magią, nie był też księciem. Wybór był więc prosty, a on się tylko idiotycznie łudził. Zdał sobie sprawę, że jak głupi gapi się na dziewczynę. Gwałtownie odwrócił wzrok. – Zostawiam wam Anę – mruknął ignorując kąśliwą uwagę przyjaciela. – Muszę trochę potrenować – rzucił pierwszą wymówkę jaka przyszła mu do głowy. Zobaczymy się później. Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem Emi ruszył w kierunku drzwi. Na zewnątrz puścił się pędem przed siebie. Przystanął dopiero w swoim pokoju. Uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się krew. To nie miało znaczenia… a jednak, przynosiło chociaż złudną ulgę. Poczuł, że musi się na czymś wyżyć, bo inaczej te wszystkie, kotłujące się w nim uczucia, po prostu rozerwą go od środka. Całym wysiłkiem woli, skupił się na tym, żeby wyrzucić z umysłu obraz Emi, stojącej przed nim w błękitnej sukni. Jego Emi, w ramionach Damiena. Rozdział XV Wiosenne dni mijały niezwykle szybko. Emi robiła duże postępy w nauce korzystania z magicznego talentu, postanowili jednak z Damienem, że jej niezwykłe zdolności lepiej będzie zachować w tajemnicy, przynajmniej przez jakiś czas. Dziewczyna martwiła się o Jaya. Chłopak jak mógł, unikał ich towarzystwa. Zastanawiało ją na co mógł się tak bardzo obrazić. Nie była pewna czy zły jest na nią czy na Damiena. Naprawdę bardzo za nim tęskniła. Martwił ją także brak leśnych wycieczek. Zbyt długo przebywała z dala od swoich przyjaciół z puszczy. Za nimi także tęskniła. Najbardziej jednak niepokoiła ją zbliżająca się Noc Walpurgii, święto złych duchów i ofiara, którą musiała złożyć. Wiedziała, że będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, żeby się na to zdobyć. Nie mogła jednak postąpić inaczej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez cały tydzień Jay zwyczajnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Trenował znacznie intensywniej niż zwykle, a pod wieczór zmęczony padał na łóżko. Te krótkie chwile w których widział Emi, sprawiały mu niemal fizyczny ból. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek może mu się coś takiego przydarzyć. Do tego cierpiał z powodu zbliżającego się balu. Wiedział, że będzie musiał na niego iść. Dla Illi’andin to był po prostu kolejny obowiązek, nie forma rozrywki. Nie wiedział jak spojrzy Damienowi w oczy. Rano na treningu wpadł na prosty pomysł. Uznał, że dzięki niemu poczuje się choć odrobinę lepiej. Arenę jak zwykle obserwował zza wysokiego muru tłum czarodziejek. Uśmiechnął się szelmowsko. Podszedł do Any, którą zostawił na trybunach. Spojrzała na niego zaskoczona. Zazwyczaj, poza wydawaniem prostych poleceń, w ogóle się do niej nie odzywał. – Widzisz tą blondynkę? – zapytał wskazując kierunek głową. Ana skinęła głową, nie będąc pewna do czego chłopak dąży. – Wiesz jak ma na imię? – uśmiechnął się do niej kocim uśmiechem. – To Kathrin – stwierdziła obojętnie przecząc iskierkom zazdrości, które zatańczyły w jej brązowych oczach. – Dzięki – mruknął Jay i nie czekając na odpowiedź wzbił się w powietrze. Stojące za murem dziewczyny zamarły, na widok podlatującego do nich, czarnoskrzydłego Illi’andin. Chłopak poczuł dziwną satysfakcję, kiedy zauważył jak zachłannie wlepiają wzrok w jego wyćwiczone, opalone ciało. Podleciał bezpośrednio do upatrzonej wcześniej blondynki. Była naprawdę ładna. Nie bała się. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, spod długich czarnych rzęs. – Hej – zaczął uśmiechając się leniwie – masz na imię Kathrin, prawda? Stojące wokół niej czarodziejki wstrzymały powietrze. Zazdrośnie zerkały na koleżankę. W napięciu czekały na rozwój sytuacji. – Tak – odpowiedziała dziewczyna, trzepocząc rzęsami. – A ty? – Jestem Jay – przedstawił się uprzejmie. – Chciałem zapytać, Kathrin, czy poszłabyś ze mną na bal? – Z miłą chęcią – odpowiedziała zaintrygowana dziewczyna uśmiechając się do niego uroczo. – Doskonale – stwierdził – w takim razie jesteśmy umówieni. Do zobaczenia przed balem Kathrin. Obdarzył ja na pożegnanie szelmowskim uśmiechem, a potem pikując wrócił na dół. Oddalając się słyszał jeszcze podniecone szepty i porady jak dziewczyna powinna spławić Terrego, z którym już wcześniej była umówiona. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Minęły dwa tygodnie po których Emi, z żalem musiała wrócić do Białego Pałacu. Pocieszała ją tylko myśl, że znowu całe dnie będzie mogła spędzać w  Anduriańskiej Puszczy, a za trzy dni, Damien przez dwa tygodnie będzie mieszkał u niej. Żałowała tylko, że nie zobaczy chłopaka na balu z okazji Nocy Walpurgii, tłumaczył jednak, że właśnie wtedy będzie coś załatwiał w domu. Jakąś niezwykle dla niego ważną sprawę. Emi nie naciskała więcej. Andre czekał na nią tuż na granicy terenu pomiędzy Czarną Wieżą, a Białym Pałacem. Zdziwiło ją, że był sam. Przyzwyczaiła się, że zawsze towarzyszą mu kumple lub wianuszek wiernych fanek. Niespokojnie chodził w miejscu. Kiedy się pojawiła, w pierwszej chwili spojrzał na nią jakby zobaczył ducha, szybko jednak się otrząsnął i wziął ją w ramiona. – Martwiłem się o ciebie – westchnął tuląc do siebie siostrę. Uniósł ją w powietrze, okręcił dookoła. Był naprawdę szczęśliwi, że ją widzi, a przede wszystkim, że jest cała i zdrowa. Uśmiechnęła się do niego promiennie. – Nie było tak źle – oznajmiła. Przyjrzał jej się uważniej. Miała na sobie zieloną, idealnie skrojoną sukienkę, a jej zwykle niesforne włosy, teraz były gładko uczesane i to w taki sposób, że jej twarz z dziecięcej, stała się kobieca, a duże, karmelowe oczy, zamiast nadawać dziewczynie spłoszony wygląd, kusząco przyciągały uwagę. – Wyglądasz inaczej – mruknął. – To dlatego, że nie podobały mu się moje spodnie – westchnęła cierpiętniczo. – Nie mówmy o tym, dobrze? – Mu? – spytał brat, starając się nie zabrzmieć groźnie. – Nigdy nie zgadniesz, kogo dostałam w przydziale – uśmiechnęła się do niego, wiedząc, że jak mu powie, to wtedy dopiero Andre naprawdę się zdenerwuje. Czasami lubiła podrażnić brata, zwłaszcza kiedy jej zdaniem zachowywał się bez sensu. Cała jej rodzina naprawdę bała się o ich kochaną Emi spędzającą długie godziny w towarzystwie „kotka”. – Mów – rozkazał ponuro. – Mieszkałam z Damianem Hayazaki – jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. – Niewiele się przez te kilka lat zmienił. Twarz Andre stała się kredowo biała. Nie tego spodziewała się Emi. – Nie – szepnął chłopak, odsuwając ją delikatnie od siebie. Spojrzał jej w oczy. – Nie! Przyciągnął ją z powrotem i szczelnie zamknął w swoich ramionach. – Andre, przestań! Udusisz mnie – pisnęła Emi, ale on nie zwracał na to uwagi. Przytulał ją do siebie, jakby to miało ochronić jego młodszą siostrę, przed całym, okrutnym światem. Rozdział XVI Bal z okazji Nocy Walpurgii był w szkole wielkim wydarzeniem. Cały Biały Pałac był na tą okazję uroczyście przystrojony. Dziewczęta chwaliły się przed sobą nawzajem przepięknymi sukniami i nawet wszyscy chłopcy wyglądali wyjątkowo wytwornie. Emi jeszcze raz obróciła się dookoła własnej osi, patrząc jak wiruje jej śliczna, liliowa sukienka. Za wszelką cenę starała się odgonić od siebie myśli o tym, co będzie musiała zrobić tej nocy. Przynajmniej do tego czasu postanowiła się dobrze bawić. Kiedy wyszła, przed drzwiami jej pokoju czekał zdenerwowany Jasper z bukietem margaretek. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wdzięcznie przyjęła kwiaty i wzięła chłopaka pod ramię. Wesoło pomachała do obejmującego w pasie ładną blondynkę brata. Andre odwzajemnił jej uśmiech, zadowolony, że jego mała siostrzyczka nie idzie na bal sama. W Sali balowej było prawie tylu samo Illi’andin co i ludzi. Prawie każdy z nich był w parze z jakąś czarodziejką. Emi słyszała nieprzyjemne szepty czarodziejów na temat tego, że zabierają im dziewczyny. Nauczyciele, zarówno ci z Białego Pałacu jak i z Czarnej Wieży, bardzo spięci pilnowali wielkiego pomieszczenia. Na takim mieszanym, integracyjnym balu, mogło wydarzyć się niemal wszystko. Emi postanowiła się niczym nie przejmować. Miała ochotę potańczyć, Jasper był jednak wyjątkowo niezdarnym partnerem, szybko więc z tego zrezygnowała. Nie chcąc urazić chłopaka, usiadła razem z nim pod ścianą. Rozmawiali w pogodnej atmosferze. Po pewnym czasie dziewczyna wstała, żeby przynieść im coś do picia. Wolała nie wyobrażać sobie co mogłoby się wydarzyć, gdyby to Jasper miał iść po napoje. Nie miała zamiaru się z niego naśmiewać, ale nie zaprzeczała też faktom, że był jaki był i nie pokładała w jego grację i wyczucie równowagi zbyt wielkiego zaufania. Kiedy odchodziła od stołu jej wzrok przyciągnęły czarne skrzydła. Rozpoznała wysoką, wytrenowaną sylwetkę Jaya. Chłopak miał na sobie czarną koszulę, szytą tak, żeby miała wycięcia na skrzydła. Emi uznała, że wygląda to naprawdę interesująco. Przyglądała mu się uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Dopiero po chwili zorientowała się, że Jay rozmawia z bardzo ładną, złotowłosą dziewczyną. Śmiała się perliście, najwyraźniej z czegoś, co chłopak przed chwilą powiedział. Emi poczuła jak coś ściska ją w środku. Blondynka wzięła Jaya za rękę i poprowadziła na parkiet, dumnie pusząc się przed patrzącymi zazdrośnie koleżankami. Emi zauważyła, że wszystkie czarodziejki, które przyszły na bal z którymś z chłopców Illi’andin przyciągają takie właśnie spojrzenia. Tylko dlaczego ona sama też czuła się tak cholernie zazdrosna? Wróciła do Jaspera z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Czego ona się niby spodziewała? Sama odmówiła mu pójścia na bal.. Miał nie przyjść wcale czy może przyjść sam? Tylko dlaczego czuła się tak cholernie paskudnie? A na dodatek dalej nie wiedziała za co właściwie Jay się na nią gniewa. Starała się wrócić do radosnego nastroju, ale rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z Illi’andin. Uśmiechnął się arogancko. Bez pytania chwycił Emi za rękę i postawił na nogi. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem i zamarła. Pamiętała spojrzenie szarych oczu i ostrzyżone tuż przy skórze włosy. Kojarzyła pokryte błoną, brązowe skrzydła. – Cieszę się, że znowu cię widzę – powiedział zadowolonym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna groźba. – Tym razem nikt nam nie przerwie – zapowiedział. – Puść mnie! – syknęła wściekle. – O nie – odpowiedział spokojnie. – Najpierw ze mną zatańczysz, a potem zobaczymy co dalej… – w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek. Emi spróbowała się wyrwać, ale przytrzymał ją mocno. Był zdecydowanie silniejszy. Stanął za nią obejmując dziewczynę ramionami. – Puszczaj! – niemal wrzasnęła przestraszona Emi, mimo, że bardzo nie chciała zwracać na siebie uwagi. – Jeżeli jeszcze raz krzykniesz – powiedział cicho, tuż przy jej uchu – to skręcę twojemu koledze kark – oznajmił wskazując na pobladłego, wpatrującego się w nich przerażonym wzrokiem Jaspera. Dziewczyna przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia co może zrobić. Chłopak Illi’andin stanowczo wypchnął ją na parkiet. Przysunął się do niej. Jego ręce znalazły się na talii dziewczyny, zaczęły schodzić niżej. Emi spojrzała jak kredowobiały na twarzy Jasper wymyka się z sali. Błagała w duchu, żeby się przynajmniej po drodze nie przewrócił. – Czemu to robisz? – spytała Emi, patrząc na skrzydlatego z rozpaczą. – Mieszkałaś u nas dwa tygodnie i jeszcze nie nauczyłaś się, że robimy to na co mamy ochotę? – roześmiał się. – Jesteśmy silniejsi, takie nasze prawo. Emi poczuła jego dotyk. Nad strachem zapanowała wściekłość. Z całej siły ugryzła natarczywego chłopaka. Nie zamierzała być tą słabszą. Odsunął się od niej gwałtownie. – Ty mała! – warknął. – Ja ci pokażę! – Co pokażesz, Jackob? – spytał Jay, pojawiając się jakby znikąd i stając pomiędzy nimi. – Nie twoja sprawa! – warknął tamten. – Odpierdol się! – Chcesz się ze mną zmierzyć? – spytał drwiąco czarnoskrzydły. Ostrzyżony na jeża chłopak syknął. Spojrzał wyzywająco na Jaya. – Zamierzasz bić się o dziewczynę? – spytał niedowierzająco. – Jeżeli będę musiał… – odpowiedział Jay wzruszając ramionami. – Zresztą każdy powód jest dobry – oznajmił z leniwym, aroganckim uśmiechem. Jackob nie odpowiedział. Obrzucił chłopaka nienawistnym spojrzeniem i zniknął w tłumie. Jay wziął Emi za rękę i zaskoczoną pociągnął za sobą w stronę rozległego tarasu, który kończył się prowadzącymi do ogrodów schodami. Zaprowadził ją w pusty, zaciemniony róg. – Gdzie Damien?! – warknął na nią. – Powinien się tobą opiekować! – Damien? – spojrzała na niego zaskoczona. – Przecież to z nim przyszłaś, prawda? – zapytał coraz bardziej rozeźlony. Emi pokręciła głową. – Mówiłam ci, że już z kimś idę – westchnęła. – Uznałeś, że cię okłamałam? – Jeżeli nie z nim, to z kim? – Jay wyglądał na naprawdę zaskoczonego. – Zaprosił mnie kolega z klasy – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Co w tym złego? Jeżeli chodzi o Damiena, to też mnie zapraszał i jemu także odmówiłam. W rezultacie w ogóle nie przyszedł. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia w domu. Chłopak patrzył na nią niedowierzająco. W jego bursztynowych oczach czaiła się dziwna niepewność. – Myślałem, że jesteś z Damienem – mruknął skonsternowany. – To znaczy, że jesteście parą. Emi zamrugała. Teraz to ona wyglądała na zagubioną. Czy to było to o co Jay się na nią gniewał? – Skąd taki wniosek? – zapytała oszołomiona. – Spędziłaś z nim noc – powiedział odwracając wzrok. – Czułem na tobie jego zapach. Wszędzie go czułem… Dziewczyna nie zrozumiała. – I co w tym złego? O ile pamiętam z tobą też spędziłam i to nie jedną – mruknęła. – Było mi zimno, Damien przyszedł mnie ogrzać… Pod postacią kota – dodała na wszelki wypadek – często tak sypialiśmy w dzieciństwie. Jay ze złości zacisnął pięści, przeklinając się w duchu za to jak łatwo dał się oszukać. Tyle niepotrzebnie zmarnowanego czasu… Jednocześnie jakaś niesamowita ulga i lekkość rozlały się po całym wnętrzu chłopaka. – Więc ty i Damien, nie jesteście… – zaczął. – Nie! – oznajmiła stanowczo dziewczyna. – Jest moim przyjacielem, to wszystko – powiedziała pewnie. Za plecami Jaya zobaczyła czerwoną sukienkę, mignęły jej złote loki. Dziewczyna, z którą przyszedł tutaj czarnoskrzydły, najwyraźniej szukała go niespokojnie. – Jay… dziękuję, że go ode mnie odgoniłeś – powiedziała cicho. – Teraz już sobie poradzę, idź do swojej partnerki, na pewno się niecierpliwi. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Przez chwilę jakby zastanawiał się czego ona od niego wymaga. Potem na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmieszek, który cechował większość dumnych chłopców Illi’andin. – Mam ją gdzieś – mruknął przyciągając Emi bliżej do siebie. Dziewczyna wstrzymała oddech, a potem jej serce załomotało jak szalone. Jay oplótł ją ramionami, pochylił się, a potem po prostu ją pocałował. Przymknęła oczy. Otoczyła rękami jego szyję. Wplotła palce w lekko przydługie, rozwichrzone, czarne włosy. Chłopak całował delikatnie, ale stanowczo. Jego usta rozchyliły się, jakby pragnąc coraz więcej. Emi czuła, że się rozpływa. Tak bardzo tego chciała! Tyle czasu o tym śniła! Jej marzenia spełniły się w dniu, kiedy poznała Jaya, ale teraz… teraz było po prostu idealnie! Od początku wiedziała, że chłopak jest jej bratnią duszą. To był jej pierwszy w życiu pocałunek i była szczęśliwa, że całuje się właśnie z nim. Całym swoim szesnastoletnim, dziewczęcym sercem, wiedziała, że go kocha. W końcu Jay odsunął się od niej odrobinę, przestając całować. Emi spojrzała na niego z żalem. Wcale nie chciała, żeby przerwał! Zamierzała coś powiedzieć, ale podeszła do nich dziewczyna w czerwonej sukni. Obrzuciła przytuloną parę oburzonym spojrzeniem. Jay na wszelki wypadek stanął tak, by zasłonić sobą Emi. Uśmiechnął się arogancko. – Co to ma być?! – wydarła się blondynka. – Cześć Kathrin – powiedział leniwym głosem. – Znudziłaś mi się – oznajmił spokojnie – więc znalazłem sobie „ciekawsze” zajęcie. Twarz dziewczyny przybrała barwę jej sukni. Drżała z wściekłości. – Ale ona… – zaczęła obrzucając Emi pogardliwym spojrzeniem – dlaczego z nią?! Kathrin uznała, że to poniżej jej godności, nie dość, że traci swoją randkę to jeszcze na rzecz jakiejś szarej myszy. Potem przyjrzała się uważniej czarodziejce, którą zasłaniał sobą Jay. Znała ją jako cichutką siostrę przystojnego Andre, ale wyraźnie coś się w dziewczynie zmieniło. Było niemal nieuchwytne, ale jednak w niej tkwiło. Nie była jakąś niesamowitą pięknością, za to przyciągała wzrok nietypową urodą, wielkimi karmelowymi oczami i jeszcze czymś innym, czymś zupełnie niezwykłym. – Ładniej od ciebie pachnie – stwierdził Jay z rozbawionym błyskiem w oczach, po czym odwrócił się do blondynki plecami, uznając rozmowę za skończoną. Dziewczyna wydała z siebie wściekłe, nieprzystojące damie warknięcie. Rzuciła się na chłopaka z pięściami. Zwinne złapał ją za ręce. Odepchnął od siebie. Zawirowała czerwona suknia. Kathrin straciła równowagę i klapnęła pupą na kremowe kafelki tarasu. – Robisz z siebie pośmiewisko – oznajmił spokojnie Jay. – Miej trochę godności – dodał rozbawiony. Wziął Emi za rękę i, omijając dużym łukiem purpurową na twarzy blondynkę, pociągnął za sobą w stronę pałacowego ogrodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zatrzymali się dopiero pod rozłożystym drzewem, którego obsypane białymi kwiatkami gałęzie sięgały niemal ziemi. Słońca na niego już dawno nie było, ale nawet Emi doskonale widziała w jasnej poświacie siedmiu księżyców. Jay zbliżył się do Emi, na powrót chcąc ją przytulić. Spojrzał w pełne tłumionej wściekłości oczy dziewczyny. Zamarł zaskoczony. Nie tego się w nich spodziewał. – Dlaczego ją tak potraktowałeś?! – warknęła na niego. – Co ona ci zrobiła?! Jay zamrugał. – Nie lubię jej – powiedział cicho – to wszystko. – Więc po co ją zapraszałeś? – spytała z trudem panując na swoim rozgniewanym głosem. – Jest ładna, a ja potrzebowałem akurat ładnej dziewczyny – mruknął chłopak nie patrząc na Emi. – Byłem przekonany, że przyjdziesz z Damienem, a to cholernie bolało – westchnął. – To nie daje ci prawda do takiego traktowania… – Emi – przerwał jej – miałem tej dziewuchy serdecznie dość. Powinna trafić na Jackoba, byłby nią zachwycony. Nawet nie wiesz ilu sprośnych propozycji się dzisiaj nasłuchałem. Gdybym był miły, w życiu by się ode mnie nie odczepiła. A ja naprawdę chciałbym być tylko z tobą… Dziewczyna westchnęła. Czuła jaką trudność sprawia Jayowi mówienie o tym. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że ona i Damien… zwłaszcza, że Damien był… no cóż Jay najwyraźniej tego nie wiedział i nie od niej się dowie. Przemknęło jej przez myśl, że na początku, dopóki nie wiedziała kim jest rzeczywiście ją fizycznie pociągał. To nie miało jednak znaczenia, bo wiedziała, że jak przystojny by nie był i tak nie poczułaby do niego niczego więcej. Na pewno nie mogłaby o nim myśleć, w ten sam sposób w jaki myślała o Jayu. Damien był przyjacielem. Kochała go jak brata i, mimo różnych żartów, do których wymiany dochodziło między nimi, była pewna, że chłopak czuje do niej dokładnie to samo. – Nie zachowuj się tak więcej – poprosiła podchodząc do niego bliżej. – Wiesz co? – zapytała. – Miałam dzisiaj straszną ochotę zatańczyć i ani razu mi się nie udało. Przytuliła się do chłopaka. Oplótł ją ramionami. Byli zdecydowanie bliżej siebie niż pozwalały na to zasady kurtuazji, ale odeszli na tyle daleko, żeby nikogo w pobliżu nie było. Od strony Białego Pałacu dolatywały ciche dźwięki, wolnej, przyjemnej dla ucha, muzyki. Emi kołysała się w tańcu, wtulona całą swoją postacią w Jaya. Zamknęła oczy rozkoszując się jego bliskością. Przytulił ją mocniej. Zdawało jej się, że płynie. W pewnej chwili zorientowała się, że unoszą się w powietrzu. Wtuliła twarz w jego ramię. Niedotykanie stopami ziemi było naprawdę cudownym uczuciem. – Emi… – odezwał się cicho, czule całując jej włosy. Wydawał się być odrobinę zaniepokojony. – Czy tym razem też muszę o coś pytać? To znaczy, nie chciałbym, żeby wyszło tak jak z tym balem… Nie do końca znam wasze zasady… Dziewczyna nie potrafiła się nie roześmiać. Jej oczy zalśniły. Wspięła się na palce całując go w usta. Obdarzyła go promiennym uśmiechem. – Nie, Jay – powiedziała łagodnie – tym razem nie musisz. – Więc to znaczy, że jednak chcesz być trochę moja? – dalej drążył temat, wyraźnie się upewniając. – Myślę, że będziemy musieli odbyć dłuższą rozmowę na temat zwyczajów naszych ras – mruknęła rozbawiona – ale chwilowo możemy przyjąć, że bardzo chcę. – To dobrze – westchnął uspokojony. W oświetlającym ich srebrnym świetle księżyców odpłynęli w upojny, powolny taniec, rozkoszując się nawzajem swoją bliskością. Ta noc, ta chwila, to wszystko było tylko dla nich. Cały świat przestał istnieć, czas stanął w miejscu, istnieli tylko oni. Zaklęta w tańcu para i jasne światło księżyców. Rozdział XVII Emi zupełnie straciła poczucie czasu. Tak dobrze czuła się w ramionach Jaya! Niemal przegapiła północ, a musiała wszystko załatwić zanim zacznie świtać. Niechętnie uwolniła się z objęć chłopaka i odrobinę odsunęła od niego. Spojrzał na nią pytająco. Wcale nie chciał jej puszczać. – Jay, muszę iść – powiedziała cicho. – Zobaczymy się jutro? Chłopak nie zamierzał tak łatwo dać się zbyć. – Dokąd idziesz? – zapytał. – Muszę coś załatwić – westchnęła smętnie i od razu poczuła, że smutny ton był jej poważnym błędem. W oczach czarnoskrzydłego pojawił się niepokój. – Świetnie, cokolwiek by to nie było idę z tobą – warknął nieprzyjaźnie. – Ale Jay… – zaczęła i przerwała widząc jego stanowczą, zaciętą twarz. – Nie jestem pewna czy chcesz przy tym być – mruknęła. – Przekonajmy się – powiedział wojowniczo. – Spotkamy się tam gdzie zwykle, dobrze? – zaproponowała Emi. – Potrzebuję z pałacu kilku rzeczy. Jay tylko skinął głową. Nie skomentował. Dziewczyna pobiegła z powrotem w stronę balowej sali, by po chwili zniknąć w tłumie barwnych, tańczących par. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Noc była naprawdę piękna. Upojny zapach lasu unosił się w ciepłym, wiosennym powietrzu. Było na tyle ciemno, że Emi widziała jedynie drogę przed sobą i smukłe sylwetki najbliższych drzew. Trzymała za rękę idącego tuż obok niej Jaya, to pomagało, chociaż trochę. Dodawało jej otuchy. Bała się jednak, że po tym, co chłopak zobaczy, nie będzie jej już więcej chciał. Była pewna, że w jego bursztynowych oczach pojawi się gorycz i obrzydzenie. Nie miała jednak zamiaru go okłamywać. To była jego decyzja. Między innymi dlatego bez większych protestów zgodziła się, żeby z nią poszedł. Był zresztą dzieckiem lasu, tak jak i ona. To dotyczyło także i jego. – Wytłumaczysz mi wreszcie co tu robimy? – zapytał skonsternowany Jay. Emi westchnęła. Nie była pewna ile powinna mu powiedzieć. Lepiej niech sam zobaczy. – Jak pewnie wiesz, mamy Noc Walpurgii. To czas złych duchów. Święto Nordyckiej Bogini śmierci Hel – mówiąc dziewczyna uparcie wpatrywała się w ziemię. – Czarodzieje nie wierzą w moc tej nocy, ale ona jest prawdziwa – stwierdziła z przekonaniem. – Widziałam na to namacalne dowody – wzdrygnęła się. – Złe duchy co roku porywają dusze dzieci, więżąc je poza czasem. Trzeba im złożyć ofiarę, żeby od tego odstąpiły. Dzięki mocy Hel, jeżeli zechce pomóc śmiertelnym duszom, jest szansa, że wyswobodzą te, które już mają. Dopiero teraz Emi spojrzała na idącego obok niej chłopaka. Zaskoczyło ją to, że się z niej nie śmieje. On zupełnie poważnie myślał nad tym, co powiedziała. – Jaka to ofiara? – spytał rzeczowo. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. – Zobaczysz – mruknęła niechętnie, a Jay jedynie skinął głową. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Dotarli na jedną z niewielkich, osłoniętych gęstą ścianą lasu, polan. Jay był zaniepokojony smutkiem w głosie i oczach Emi. Miał nadzieję, że nie wymyśliła nic specjalnie głupiego. Z trudem wmówił sobie, że powinien jej zaufać. Udało mu się to tylko dlatego, iż wiedział, że jeżeli będzie się działo coś złego, on będzie w pobliżu, żeby ją obronić. – Zostań tutaj i nie wychodź na polanę, choćby nie wiem co – poprosiła cicho dziewczyna. Jay niechętnie posłuchał. Stanął oparty o gruby pień drzewa, rosnącego tuż przy obrębie polany. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać. Emi, już bez balowej sukni, ubrana w swoją ukochaną, zieloną tunikę i obcisłe, brązowe spodnie, usiadła na usianej leśnymi, wiosennymi kwiatami trawie. Na kolanach położyła swoją szmacianą torbę. Jay zwalczył w sobie potrzebę, żeby do niej podejść, przytulić ją do siebie. W biały świetle księżyca wyglądała zupełnie jak nimfa leśna, dzika i niedostępna. Dziewczyna nie robiła nic konkretnego, ale wyczuł w niej wyraźną zmianę. Jej zapach z kuszącego i drapieżnego stał się słodki i delikatny. Dalej uwodził, ale w zupełnie inny sposób. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Potem, na skąpaną w delikatnym, księżycowym świetle polanę, powoli, nieśmiało wyszła młodziutka sarna. Jay ani drgnął. Przyglądał się zaintrygowany. Łania podeszła do dziewczyny, trącając ją nosem. Emi w milczeniu, łagodnie dotknęła jej pyska. Nagle chłopak poczuł się jak we śnie. Cały świat zaczął się rozpływać, wszystko widział jakby przez gęstą mgłę. Jego łagodna, niewinna Emi, płynnym ruchem wyciągnęła z torby myśliwski nóż. Potem, z zimną krwią, ufnie trącającemu ją nosem zwierzęciu wbiła w krtań jego ostrze. Z tętnicy szyjnej trysnęła krew. Dziewczyna chciała zabić, a wyraźnie nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Usłyszał jak cicho wymawia jakieś słowa w nieznanym mu języku. Cała jej drobna postać umazana była w ciemnej, tętniczej krwi. Jeszcze przed chwilą elegancko upięte włosy, teraz opadały niesfornie wyślizgując się ze spinki, zasłaniając dziewczynie większość twarzy. Jay zobaczył w jej karmelowych oczach łzy. Chciał podejść, ale zdał sobie sprawę, że nie może się nawet poruszyć. Co tam się do cholery działo? Młoda sarna leżała przed dziewczyną, wijąc się w ostatnich, konwulsyjnych drgawkach. Emi wyjęła z torby jakieś naczynie. Przyłożyła je do otwartej rany na ciele zwierzęcia. Napełniło się krwią. Uniosła je do ust i po wyszeptaniu kilku słów zaczęła pić. Krew, czerwoną strugą spływała jej po brodzie. Składała ofiarę leśnym duchom, a sama była jednym z nich. Jay próbował się szarpać w niewidzialnych więzach, ale nic z tego. Chciał krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Powiał silny wiatr. Na zamglonej polanie pojawiły się jakieś cienie. Otoczyły dziewczynę ciasnym kręgiem. Powiał od nich nieprzyjemny, przenikliwy chłód. Chłopak zauważył też coś innego. W cieniu drzew, po drugiej stronie polany, kryły się niewielkie postacie. Były zamglone i przezroczyste. Jay wiedział kim są. To duchy dzieci, o których mówiła Emi. Bystry wzrok Illi’andin pozwolił mu, mimo panującej w lesie ciemności, zobaczyć wszystko ze szczegółami. To wcale nie był przyjemny widok. Dzieci, wszystkie co do jednego, nosiły ślady przeróżnych obrażeń. Od wbitych w ich serca noży po sine pręgi od szubienicy. One nie umarły same. Wszystkie, z premedytacją, zostały oddane w ofierze złym duchom. Porywy wiatru ustały. Polanę rozświetliło jasne, srebrzyste światło niewiadomego pochodzenia. Otaczające Emi postacie zawyły. Dzieci pojedynczo lub parami wychodziły spomiędzy drzew. Kiedy tylko ich niewielkie, zmasakrowane, eteryczne ciała dotknęły światła, rozpływały się w srebrzystą mgłę i odlatywały ku niebu. Jay nie wiedział ile czasu minęło, ale jemu wydawało się, że upłynęła cała wieczność. W końcu otaczające dziewczynę cienie zaczęły się rozpływać, a po chwili Emi na polanie została sama, z martwą sarną u swych stóp. Chłopak zobaczył rozpacz w jej karmelowych oczach, ściekające po bladych policzkach łzy. Przypomniał sobie, jak nie mogła przebywać w miejscu, w którym wyczuwała śmierć. Jak wiele, to co zrobiła, musiało ją kosztować? Uwolniony z magicznych więzów natychmiast rzucił się ku dziewczynie. Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem. Uklęknął przy niej. Otoczył ją ramionami. Dopiero wtedy się rozpłakała. Całował jej włosy, policzki po których spływały słone łzy, nie zwracając uwagi na to, że brudzi się krwią martwego zwierzęcia. Tuliła się do niego, jak mała dziewczynka. Jej ciało drżało. Całym sobą pragnął coś dla niej zrobić, nie miał tylko pojęcia co. Przez to, że myślał tylko o Emi, stracił swoją zwyczajową czujność. Płonące w mroku oczy, zobaczył dopiero, kiedy były tuż przy nich. To był olbrzymi pająk! Dziewczyna w jego ramionach nawet nie drgnęła więc i on się nie poruszył. Do pająka dołączył drapieżny, drzewny kot. Po chwili pojawiły się też niedźwiedź i lis. Nie atakowały, nie wykonywały żadnych agresywnych ruchów. Wpatrywały się w martwą, leżącą na polanie sarnę. Zwierząt przychodziło coraz więcej, aż w końcu cała polana zapełniła się drapieżnymi stworzeniami, które w żadnym wypadku nie powinny ze sobą koegzystować. Lis podszedł do martwej sarny i zaczął ostrymi zębami wydzierać kawałki mięsa, nie zjadał ich jednak, tylko porzucał na trawie. Po kolei podchodziły do nich inne drapieżniki. Jay zrozumiał. W ten sposób ofiara dziewczyny nie szła na marne. Niechętnie wypuścił ją z objęć, a sam przemienił się w wilka. On też chciał wziąć w tej ceremonii udział. Drapieżne stworzenia zjadały, każdy swoją porcję mięsa, a potem odchodziły w mrok. Na koniec na polanie zostali jedynie Emi, wielki szary wilk i olbrzymi pają. Włochaty stwór podszedł do dziewczyny, a ona delikatnie dotknęła jego skłębionego futra. – Dziękuję – wyszeptała cicho, a potem i on się oddalił, zabierając ze sobą to co zostało z martwej sarny. Jay na powrót przybrał swoją ludzką postać. Podniósł czarodziejkę z trawy delikatnie tuląc w ramionach i wzbił się w powietrze. Wylądował nad ich wspólnym, leśnym jeziorem. Posadził dziewczynę na trawie. Zdjął z siebie zakrwawione ubranie, a potem ją zaczął rozbierać. Nie protestowała. Patrzyła przed siebie, jakby nic nie widziała, jakby nic jej już dłużej nie obchodziło. Jay zaniósł ja do ciepłej wody i obmył z krwi. Przylgnęła do niego mocno, wtulając twarz w jego ramię. – Już po wszystkim, wystarczy tego rozpaczania – mruknął. Dziewczyna podniosła na niego swoje karmelowe, lśniące od łez, pełne smutku oczy. – Gdybym chociaż wiedziała, czy mi się udało – szepnęła cicho. Jaya zamurowało. Był tam i widział co się działo. Jak ona mogła pomyśleć, że nie wyszło? Czyżby… – Emi – powiedział łagodnie – nie widziałaś otaczających cię duchów? Dziewczyna zamrugała. – Jakich duchów? – spytała zaintrygowana. – Co się według ciebie wydarzyło na polanie? – zaczął dociekać patrząc jej w oczy. – Przywabiłam do siebie sarnę – powiedziała niechętnie, chciała spuścić wzrok, ale on jej na to nie pozwolił. – Potem ją zabiłam i odprawiłam rytuał. A potem pojawiłeś się ty i moi przyjaciele. No i zabrałeś mnie tutaj. To wszystko. – W takim razie nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cała reszta imprezy cię ominęła – mruknął tuląc ją do siebie czule. Zabrał ją z wody. Posadził na trawie, otulając najpierw swoją, w miarę czystą koszulą, a potem silnymi ramionami. Oparła się o jego tors, zamykając oczy. – Opowiesz mi? – poprosiła. – Dookoła ciebie było pełno cieni – powiedział cicho – otaczały cię, a ja nie mogłem się nawet poruszyć. Potem pojawiły się duchy dzieci i jasne, zalewające całą polanę światło. One szły do tego światła, a potem rozpływały się we mgle i ulatywały ku niebu – Jay postanowił, że oszczędzi jej nieprzyjemnych szczegółów. – To było coś niesamowitego, Emi. Dziewczyna spojrzała na niego zaniepokojona. Nie była pewna, jak zachowałaby się, gdyby ona sama to wszystko mogła dostrzec. – Więc udało mi się zrobić, to co trzeba – wyszeptała, uśmiechając się smutno. – Jay, nauczysz mnie zabijać? – poprosiła cicho. Chłopak zakrztusił się własną śliną. To było coś, czego nigdy nie spodziewał się od niej usłyszeć. – Od zabijania masz mnie – warknął. Pokręciła głową. – Nie, nie rozumiesz – powiedziała drżącym głosem. – Gdybym wiedziała jak się do tego zabrać, nie musiałabym jej dzisiaj zadawać tyle bólu – szepnęła. – Jay, błagam… Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będę musiała coś takiego zrobić, to wolę być przygotowana. Pokażesz mi jak to się robi? Proszę… Czarnoskrzydły westchnął. Na twarz przywołał leniwy, arogancki uśmiech. – Nauczę cię – powiedział spokojnie – ale jeżeli jeszcze raz czegoś takiego spróbujesz, to osobiście przyłożę ci w tyłek – zagroził. – Od zabijania masz mnie – powtórzył stanowczo. Uśmiechnęła się do niego. Pocałowała go delikatnie. Położył się na trawie, tuląc ją w swoich ramionach. Po krótkiej chwili jej oddech zwolnił, stał się rytmiczny i spokojny. Usnęła w jego objęciach. Jay jeszcze długo wpatrywał się w śpiącą przy nim dziewczynę wdychając jej cudowny, upojny zapach. Spanie w Anduriańskiej Puszczy nie było dobrym pomysłem, a on, za jej bezpieczeństwo był gotowy zapłacić każdą cenę. W końcu jednak i jego po ciężkim dniu, zmorzył lekki, ale pokrzepiający sen. Rozdział XVIII Obudzili się dopiero koło południa. Niechętnie rozstali się na skraju lasu, wiedząc, że spotkają się za kilka godzin, na wymianie międzyszkolnej, tym razem, w Białym Pałacu. Emi miała szczerą nadzieję, że ich nauczyciele zaplanowali coś ciekawszego od historycznej propagandy. Nie lubiła się nudzić. Jeszcze zanim zdążyła wejść do siebie do pokoju, w korytarzu dopadł ją Andre. Chwycił ją mocno za ramiona, stanowczo zatrzymując w miejscu. W jego karmelowych oczach aż gotowało się z wściekłości, zobaczyła w nich jednak też strach i to kazało jej milczeć. – Gdzieś ty była?! – warknął na nią obrzucając ją od góry do dołu wrogim spojrzeniem. Miała na sobie ciasne, brązowe, pobrudzone krwią spodnie i czarną, za dużą na nią koszulę Jaya. Nie miała pojęcia jak wytłumaczy to bratu. – W lesie – mruknęła cicho. – Przez całą noc?! – spytał niedowierzająco wściekłym głosem. – Tak – odpowiedziała szeptem. – Z kim?! – syknął na nią. – To bez znaczenia – westchnęła. Wiedziała, że cokolwiek mu powie i tak będzie miała kłopoty, nie miała jednak zamiaru narobić problemów także Jayowi. Andre zazgrzytał zębami. – W trakcie balu przybiegł do mnie panicznie przerażony Jasper, mówiąc, że groził ci jeden z tych psów! Potem zniknęłaś. Nigdzie nie mogłem cię znaleźć! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałem – krzyczał chłopak. – A ty mi teraz mówisz, że „to bez znaczenia”?! – Przepraszam – szepnęła, spuszczając wzrok. Nawet nie pomyślała o tym, że może zaniepokoić brata. – Rzeczywiście przyczepił się do mnie jeden chłopak Illi’andin, ale mój przyjaciel go odgonił. Potem musiałam załatwić pewną sprawę – westchnęła. – W puszczy?! – wydarł się na nią. – Andre, uspokój się – poprosiła. – Nie rób przedstawienia dla całej szkoły… Syknął wściekle, ale posłuchał. Zaprowadził ją do jej pokoju, nie odstępując siostry na krok. Stanął przy drzwiach, podczas gdy ona zaczęła przebierać swoje rzeczy w poszukiwaniu czystego ubrania. – Nie wiem co robiłaś i nie chcę wiedzieć – powiedział siląc się na obojętny ton. – Ale nigdy więcej nie pójdziesz już do tego pieprzonego lasu, a po zakończeniu wymiany, nigdy nie będziesz miała już kontaktu z żadnym, przeklętym Illi’andin i ja tego dopilnuję. Wojna z bratem, tylko tego mi brakowało, pomyślała Emi. Nie miała jednak pojęcia w jaki sposób przekonać go do swoich racji, a z wycieczek do puszczy i kontaktu z Jayem i Damienem, na pewno nie zamierzała zrezygnować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Tym razem Jay także nałożył koszulę. Nie chciał, żeby Emi zobaczyła ślady po razach, które dostał za to, że nie przyszedł na trening. Był pewien, że dziewczyna zacznie się o to obwiniać. Stał razem z Damienem i grupą innych Illi’andin w jednej z sal Białego Pałacu, słuchając przemówienia pani dyrektor. W pomieszczeniu, poza Aną, nie było żadnej innej dziewczyny, która towarzyszyła w Czarnej Wieży któremuś z wojowników Illi’andin. Jay doskonale wiedział dlaczego. Zastąpiły je nowe, niczego nieświadome czarodziejki. Tu dalej trwała, mniejsza, ale równie okrutna wojna. Kiedy pani Rosenberg, starsza, surowo wyglądająca kobieta, o lekko szpiczastym nosie, skończyła przemówienie, Emi podeszła do nich z radosnym uśmiechem. Miała na sobie kraciastą mini spódniczkę i czarny, opięty top. Jak, od kiedy tylko wszedł do sali, nie mógł oderwać od niej wzroku. Teraz, zawstydzony, zdał sobie sprawę, że po prostu się na nią gapi. Dla niego, po prostu mogły nie istnieć żadne inne dziewczyny. – Damien, czy teraz jesteś usatysfakcjonowany moim strojem? – spytała rozbawiona, na powitanie. Blondyn przyjrzał się jej uważnie. Uśmiechnął się drwiąco. – Mnie się podoba, ale myślę, że powinien być odrobinę mniej wyzywający, bo Jay zaraz będzie zbierał szczękę z podłogi – mruknął mściwie. Czarnoskrzydły zagotował się w środku, ale wiedział, że jego przyjaciel mówił prawdę. Do tego czuł piekielną zazdrość, że to nie dla niego tak się ubrała. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo dyrektorka rozesłała ich do pokoi i chcąc nie chcąc, zupełnie nieszczęśliwy, powędrował za Aną. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pokój Emi był niewielki, ale bardzo przytulny. Białe meble były pomalowane w niebieskie kwiaty, a łóżko przykryte podobnie zdobioną narzutą. Pod jedną ze ścian stała szafa i duże lustro, pod drugą natomiast zgrabne biureczko i wygodne krzesło z wysokim oparciem. Nie były to przestronne, bogate komnaty Damiena, ale Emi bardzo lubiła swój maleńki pokój. Usiadła na łóżku tuż obok chłopaka, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Przywiozłem coś dla ciebie – mruknął uśmiechając się do niej leniwie. Odgarnął dziewczynie włosy i delikatnie zapiął na jej szyi cieniutki łańcuszek z misternie wykonanym wisiorkiem w kształcie liścia. Emi przyjrzała się pięknemu przedmiotowi. Jej oczy zalśniły. – Damien, jest śliczny – szepnęła wzruszona. – Dziękuję. Położyła chłopakowi głowę na ramieniu, tuląc się do niego. Blondyn wplótł palce w jej włosy, przyciągnął do siebie dziewczynę i delikatnie pocałował. Odskoczyła od niego gwałtownie, szeroko otwierając z przerażenia oczy. – Wiedziałem, że to nie będzie takie proste – westchnął, kładąc się bokiem na łóżku. Głowę oparł na łokciu, przyglądał się skulonej postaci Emi. – Damien, ja nie mogę… – zaczęła cicho –  poza tym, przecież ty… – Dla ciebie zrobię wyjątek – mruknął wpatrując się w nią uważnie. – Nie kochasz mnie? – spytał. – Jesteś moim przyjacielem – jęknęła. – Kocham cię jak brata. Nic więcej nas nie łączy… Jay… Damien, on jest… – zdziwiła się jak trudno jej to powiedzieć. – To jego… Gwałtownie usiadł. Przyciągnął ją do siebie. Położył rękę na jej ustach. – Nic więcej już nie mów – rozkazał stanowczo. – Próbowałem, za wszelką cenę próbowałem – szepnął gorączkowo, tuląc ją do siebie. – Naprawdę, uwierz mi, ja też kocham Jaya, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić! – w jego głosie pojawiła się nutka bólu i wściekłości. Zabrał rękę z twarzy zdumionej dziewczyny. Wyjął z kieszeni złożoną starannie kartkę. Podał jej. Nosiła na sobie ślady wielokrotnego czytania. Odsunął się od niej i położył oparty na łokciu, obserwując ją uważnie. Jego twarz stała się obojętną maską, ale w oczach miał niemalże nieuchwytny, tajemniczy smutek. Emi rozłożyła kartkę. Już po pierwszej linijce rozpoznała charakterystyczne pismo własnego ojca. Wyraz zdumienia na jej twarz zastąpiły ciekawość i konsternacja. Z każdą przeczytaną linijką jej oczy powiększały się coraz bardziej. Nie rozumiała. To był układ, pomiędzy jej rodzicami, a ojcem Damiena. Traktat pokojowy miał wiele warunków, a to o czym oni pisali, było właśnie jednym z nich. Emi spojrzała zszokowana na blondyna. List wypadł jej z ręki. – Nie! – wyszeptała. – Wiem, mnie też się to nie podoba – mruknął przewracając się na plecy. – Miałem nadzieję, że się we mnie zakochasz, wtedy nigdy nie musiałabyś o tym wiedzieć. – Damien, ale jak? Dlaczego? – spytała niepewnie, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. – Chodź do mnie – westchnął, a ona położyła się przy nim. Objął ją ramieniem. – Widzisz, to bardzo proste… Niezbyt obiecująca, młoda czarodziejka, kompletnie bez talentu. – Jego słowa sprawiły jej przykrość. Spojrzała w jego głębokie, niebieskie oczy. – Nie patrz tak na mnie – mruknął – mówię ci jak oni to widzą, tylko my wiemy, że jest inaczej – uśmiechnął się do niej smutno. – W każdym razie niepotrzebna nikomu do niczego córka i nieposłuszny, krnąbrny syn, nad którym nie da się zapanować. Wymyślili idealny sposób, żeby się nas pozbyć, a na dodatek staliśmy się dzięki temu „przydatni”. – Na kiedy zaplanowali nasz ślub? – zapytała cichutko, tuląc się do niego mocniej. – Ma odbyć się pod koniec lata – odpowiedział niechętnie. – Doskonale, więc mamy przynajmniej cztery miesiące, żeby cos z tym zrobić – odezwała się buntowniczo. Rozdział XIX Damien był zły, ponieważ Emi nie rozumiała. Nie miała pojęcia jak wielką krzywdę robi Jayowi. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela. Gdyby dziewczyna po prostu go olała, nie byłoby z nim tak źle, ale jeżeli dowie się, że Emi zwyczajnie nie ma wyjścia i sama jest nieszczęśliwa… Damien nawet nie chciał myśleć o tym, jak będzie czuł się Jay. Nie zamierzał, po prostu nie mógł tego tak zostawić, nawet jeżeli Emi będzie miała go za to znienawidzić. Chłopak podszedł do okna, przeciągnął się leniwie. Dziwnie było mieszkać w pałacu, w którym nie ma służby i wszystko trzeba robić samemu. Jeszcze bardziej niezwykłą rzeczą był fakt, że miał jeść we wspólnej jadalni, razem ze wszystkimi. Uśmiechnął się wyglądając na zewnątrz. Mimo zmiany otoczenia, Illi’andin nie porzucili swoich treningów. Walczyli teraz na placu, obserwowani przez stadko zachwyconych czarodziejek. Nie zdziwił się wcale, że to Jay wydaje rozkazy. Wychwycił też niechętne spojrzenia stojących pod zadaszoną częścią placu magów. Dla nich ciągle byli wrogami. Damien wiedział, że to, tak naprawdę jedyne słuszne podejście, zdawał sobie też jednak sprawę, że sojusz był i jest konieczny, dla obu ras. Usiadł na łóżku, przy ciągle śpiącej Emi. Jej brązowe włosy rozsypały się po błękitnej poduszce, do której się przytulała. Wyglądała uroczo, jak mały, roztrzepany kociak. Mimo wszystko cieszył się, że to właśnie na nią wypadło. Nie był wcale pewien, jak długo inna dziewczyna pożyłaby w jego obecności. Gdyby tylko nie Jay… Czarodziejka otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego na powitanie. Naprawdę lubił ten jej dziecięcy, promienny uśmiech. – Wyspałaś się? – zapytał uprzejmie, starając się by jego wypracowany głos brzmiał jednocześnie niedbale i uwodzicielsko. – Aha – mruknęła przeciągając się i siadając. Zerknęła za okno. Spostrzegła trening Illi’andin. – Skoro nie chce, żebym była przy ich ćwiczeniach, to po jakie licho robi je pod moim oknem – westchnęła rozbrajająco. – Zero konsekwencji – roześmiał się Damien. – Czemu Jay nie chciał, żebyś oglądała treningi? – Stwierdził, że go rozpraszam – powiedziała skonsternowanym tonem dziewczyna, zawstydzona spuszczając wzrok. – Podobno przeze mnie obrywa… Blondyn przełknął ślinę. Poczuł palącą zazdrość. Szybko przywołał na twarz wyuczony, leniwy, arogancki uśmiech. – Czasem należało by mu się lanie – odpowiedział wesoło. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pierwsze śniadanie Illi’andin w Białym Pałacu było wielkim wydarzeniem. Przyciągali uwagę całej szkoły. Emi zauważyła, że niektórzy czarodzieje patrzą na chłopaków z nieskrywaną nienawiścią. Jednym z nich był jej starszy brat Andre. W pewnym momencie napotkał wzrok Damiena. Zdziwiła się, gdy jego harde, odważne spojrzenie, natychmiast uciekło w inną stronę, jakby się czymś spłoszył. Blondyn uśmiechnął się z satysfakcją. Emi nie miała pojęcia, co jest pomiędzy nim, a jej bratem, ale miała zamiar się tego jak najszybciej dowiedzieć. Dziewczyna siedziała jak na szpilkach. Tego ranka, tak naprawdę, czekała tylko na jedną osobę, a jego jak na złość nie było. W końcu pojawił się w sali jadalnej, kłócąc się o coś zażarcie z Aną. Emi, dużym wysiłkiem woli, odgoniła od siebie uczucie zazdrości. Bolało ją, że to właśnie Ana, a nie ona sama, spędzi z nim w Białym Pałacu, każdą wolną chwilę. Jay usiadł koło niej uśmiechając się szelmowsko. Miała ochotę go pocałować. Wiedziała, że nie może. Nie tutaj, nie na oczach brata. Poczuła przyjemny dreszcz, kiedy ich ramiona na chwilę się zetknęły. Tak bardzo potrzebowała jego bliskości! Szczerze liczyła na to, że uda im się wspólnie wymknąć do lasu. Chciała, choć przez chwilę, być sam na sam z Jayem. – Jay, czemu nie chcesz się zgodzić? – zapytała płaczliwie, siedząca naprzeciwko Ana. – Bo to bez sensu! – warknął na nią. – Nie i już! – Na co nie chcesz się zgodzić? – zainteresowała się Emi. – Ta idiotka wymyśliła, że będziemy trenować razem z „chętnymi” czarodziejami, pokazując im naszą sztukę walki – syknął wściekle. – Wcale nie ja to wymyśliłam! – oznajmiła zdenerwowanym głosem Ana. – To chłopaki o to poprosili! – Czemu uważasz, że to głupie, Jay? – zapytała cicho Emi. Jego twardy wzrok odrobinę złagodniał, kiedy spojrzał na nią. – Są za słabi, dostaną niezłego łupnia, a nam się za to oberwie – mruknął. – Poza tym nie powinno się zdradzać swoich technik przed wrogiem. Ana spojrzała na niego zmieszana. Najwyraźniej ona nie usłyszała od niego takiego rzeczowego i prostego wyjaśnienia. Emi wzruszyła ramionami. – W takim razie uprzedźcie ich na co się piszą – uśmiechnęła się do niego – i zróbcie to za zgodą któregoś z nauczycieli. W najgorszym wypadku to wy będziecie mieli rozrywkę. Jay zazgrzytał zębami. Obrzucił teraz i ją wściekłym wzrokiem. – Pomyślę nad tym – mruknął niezadowolony, że nie przyjęła jego strony. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po śniadaniu rozpoczęły się zajęcia. Znacznie ciekawsze niż te w Czarnej Wieży. Opowiadali sobie nawzajem o swoich zwyczajach i kulturze, pokazywali co potrafią, a potem Illi’andin zwyczajnie uczestniczyli w zajęciach czarodziei. Po południu Emi wymknęła się do lasu. Jay już tam czekał. Uśmiechnął się do niej na powitanie, a ona po prostu wpadła mu w ramiona. Natychmiast ją od siebie odsunął. Spojrzała na niego pytająco. – Nie lubię, kiedy tak pachniesz – powiedział cierpko. – Jak? – nie zrozumiała dziewczyna. – Nim – odpowiedział prosto. – Nawet nie wiesz jak jestem piekielnie zazdrosny – westchnął, przyciągając ją do siebie z powrotem. Rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze, tuląc dziewczynę w swoich ramionach. Po cudownym, jak na gust Emi, zdecydowanie zbyt krótkim, locie, znaleźli się na swojej polanie. Kiedy tylko ich stopy stanęły na miękkiej trawie, dziewczyna oplotła ramionami szyję Jaya. Pocałowała go w usta. Zachłannie odwzajemnił jej pocałunek. Zaborczym gestem przyciągnął czarodziejkę bliżej. Nie potrafili się od siebie oderwać. Nie chcieli. Przez krótką chwilę, wbrew temu, co ustalili z Damienem, Emi zamierzała mu o wszystkim powiedzieć. Jednak, kiedy tylko spojrzała w jego bursztynowe oczy, zmieniła zdanie. Załatwią to sami, nie ma potrzeby go niepokoić. Poza tym nie była pewna w jaki sposób mógłby zareagować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre wpadł do pokoju swojej siostry jak oszalały. Był sam. Na wpół leżący na łóżku Damien obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Czarodziej spurpurowiał na twarzy. Jego karmelowe oczy płonęły. – Gdzie ona jest?! – warknął. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. – Jeżeli mówisz o Emi, to nie mam pojęcia – mruknął zupełnie spokojnie. Jego głos był aksamitny i miękki. Brzmiał jak pieszczota. – Widziałem jak wychodziła z tym, z tym… – Andre trząsł się ze złości. – Pewnie masz na myśli mojego przyjaciela – Damien specjalnie podkreślił ostatnie słowo – Jaya? W takim razie na pewno są w lesie – stwierdził obojętnie. – W puszczy?! – karmelowe oczy Andre się rozszerzyły. – Czemu ona tam ciągle chodzi? – spytał wzdychając. – Czy nie wie jakie to niebezpieczne?! Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Usiadł przy biurku Emi. Pochylił głowę wpatrując się we własne dłonie. – Nie martw się o nią – mruknął ciągle beznamiętnym głosem Damien, odkładając na pościel, grzbietem do góry, czytaną właśnie książkę. – Z Jayem jej tam nic nie grozi, nie sądzę, żeby w tym lesie był groźniejszy drapieżnik niż on. – To też mnie niepokoi – westchnął cierpiętniczo Andre. – Czy nie mógłbyś jej… – Nie – uciął stanowczo blondyn. – Tak myślałem, ale warto było spróbować – mruknął Andre, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. – Jesteś pewien tego swojego „przyjaciela”? – zapytał z obrzydzeniem niemal wypluwając ostatnie słowo. Damien prychnął. Z trudem powstrzymał się od gorzkiego śmiechu. – Jestem – oznajmił tylko w odpowiedzi. Dopiero teraz Andre podniósł wzrok. Wstał. Spojrzał pełnymi bólu oczami na podpartego na łokciu chłopaka. – Więc mam nadzieję, że się nie mylisz – powiedział sucho, odrobinę łamiącym się głosem, a potem gwałtownie otwierając drzwi, wyszedł z pokoju ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pływali w jeziorze, tulili się do siebie, rozmawiali. Do późnej nocy leżeli na trawie wpatrując się w gwiazdy. Jay był absolutnie szczęśliwy. Niczego więcej w życiu nie potrzebował. Żałował, że nie mogą na stałe zamieszkać w lesie. Tylko on i Emi. Ta dziewczyna była spełnieniem jego marzeń. Jedyną osobą, poza Damienem, która znaczyła coś więcej dla chłopaka. Nie tylko ją kochał, ale czuł także, że łączy ich jakaś niesamowita, tajemnicza więź. Odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu. Czuł nieodpartą potrzebę popatrzenia na Emi. Wolał ją właśnie taką, w wybrudzonej trawą tunice, z potarganymi przez wiatr włosami. Nie lubił kiedy stroiła się dla Damiena. Wydawało mu się wtedy, że przyjaciel chce z niej zrobić bezwolną lalkę. Nigdy nie mógłby na to pozwolić. On sam chciał ją po prostu taką, jaka była. Teraz wyglądała na zamyśloną. – Jay… – zaczęła nieśmiało – tak się zastanawiam… nie wiesz skąd można wziąć próbkę narkotyków które podają Damienowi? Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. – Po co ci to? – spytał ostro. – Jestem w tym dobra – szepnęła nie patrząc na niego. – Gdybym znała skład, może mogłabym jakoś zneutralizować ich działanie… W pałacowej szklarni, mamy sadzonki wszystkich ciekawych roślin z Dareshii i wiele więcej… – Dobrze, przyniosę ci – oznajmił poważnie, odprężając się lekko. – W każdym razie warto spróbować – uśmiechnął się do niej łagodnie. Spojrzała z czułością w jego bursztynowe oczy. Była pewna, że już zawsze będzie mogła na niego liczyć. Chłopak przygarnął ją do siebie, wtulając twarz w jej ciemnobrązowe włosy, a ona zasnęła, czując się zupełnie spokojna i bezpieczna, w jego ramionach. Rozdział XX Damiena coraz bardziej irytowało to, że Emi z Jayem każdego wieczora znikają w lesie. Do tego chłopak, jego zdaniem, zachowywał się jak wierny psiak. Chodził za czarodziejką dosłownie wszędzie, a na dodatek bez gadania spełniał jej życzenia. Z niesmakiem spojrzał na odbywający się na palcu trening. Illi’andin ćwiczący ramię w ramię z kilkoma odważniejszymi czarodziejami. To nie było normalne. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że w całym tym żenującym przedstawieniu bierze udział Andre. Tego nigdy by się nie spodziewał. Emi podeszła do okna przy którym stał. Damien przybrał na twarz zwyczajową maskę, ukrywając swoją irytację. Objął dziewczynę ramieniem. Trudno, będzie ją sobie musiał wychować. Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem. Był pewien, że Emi może stać się idealna. – Idziemy popatrzeć na dwór? – zapytał aksamitnym, kuszącym głosem. – Obiecałam mu, pamiętasz? – obrzuciła go nieszczęśliwym spojrzeniem dziewczyna. – Aha, ale to na oficjalnych treningach… ten tutaj zdecydowanie do takich nie należy – mruknął. – Nie chcesz zobaczyć co wyczynia twój brat? – spytał wskazując biegającą razem z innymi sylwetkę. Emi bardzo chciała. W końcu dała się namówić Damienowi i razem wyszli na zamkowy plac, który teraz służył Illi’andin za miejsce do ćwiczeń. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Trening był bardzo forsowny, zarówno Illi’andin jak i czarodzieje dawali z siebie wszystko, ponieważ jedni chcieli popisać się przed drugimi. Andre należał do wysportowanych osób, ale nie mógł się równać, z codziennie trenującymi chłopakami Illi’andin. Zaciekle jednak walczył o swoją pozycję. Kątem oka zauważył swoją siostrę. Zazgrzytał zębami. Jak zwykle była w towarzystwie Damiena. Obejmował ją. Chciało mu się wyć. Czarnoskrzydły z którym walczył, też się na nich zagapił. Więc to był on… Andre postanowił wykorzystać swoją szansę, by choć raz drasnąć ćwiczebną bronią znacznie lepszego przeciwnika. Zdziwił się, jak łatwo mu się to udało. Illi’andin warknął. Ponownie skupił całą uwagę na swoim przeciwniku, nie dając już się więcej podejść. Po forsownym treningu udali się na śniadanie. Andre bolały wszystkie mięśnie. Uznał, że ćwiczenia to okropnie zły pomysł, ale teraz już nie mógł się z nich wycofać. Był na to zbyt dumny. Poza tym nie zamierzał ośmieszyć się w oczach swojej siostry… i przede wszystkim w oczach Damiena. Po drodze spotkał Roberta. Chłopak był tak samo zmarnowany jak on, miał jednak znacznie lepszy humor. Dołączyli do nich jeszcze trzej koledzy, którzy nie brali udziały w treningu. Zaczęli radośnie zachwalać odwagę przyjaciół. Nagle Andre przystanął, jak wmurowany w ziemię. Na korytarzu, samotnie, pod jedną ze ścian stał Damien. Blondyn nie zwracał na nich uwagi. Uporczywie wpatrywał się w okno. Robert trącił przyjaciela w ramię. – Świetna okazja, żeby pokazać kto tu rządzi – mruknął z paskudnym uśmieszkiem. Koledzy roześmieli się. Podeszli do samotnie stojącego przy oknie chłopaka Illi’andin. Dopiero wtedy odwrócił się. Spojrzał na nich obojętnie. – Czego chcecie? – zapytał znudzony. Andre dobrze znał tę wystudiowaną minę. Zbyt dobrze. W błękitnym oczach Damiena czaił się jednak niepokój. Zdawał sobie sprawę, że chłopak, jak dobry by w swojej sztuce nie był, z całą piątką nie ma najmniejszych szans. – Oh, mamy zamiar się zabawić – oznajmił zadowolony z siebie Robert. Blondyn przeczesał palcami przydługie włosy. Popatrzył na nich zimnym, niechętnym wzrokiem, który na chwilę dłużej zatrzymał się na karmelowych oczach Andre. Potem nagle wykonał ruch, zaczął wypowiadać słowa. Nie był jednak wojownikiem. Brakowało mu szybkości i siły walczących Illi’andin. Wyższy od niego i masywniejszy Robert przygniótł go do ściany. Zatkał mu dłonią usta. Dookoła chłopaka zaczęły pojawiać się czarne cienie, domena czarodzieja nocy. Reszta chłopaków podeszła bliżej. Na ich twarzach gościły drwiące, zadowolone z siebie uśmiechy. Andre wreszcie zdołał się poruszyć. Zacisnął pięści. – Zostawcie go – powiedział rozkazującym głosem – jestem zmęczony i głodny. Idziemy na śniadanie. – Wymiękasz? – zadrwił Robert. – Jeszcze nawet dobrze nie zaczęliśmy. Skinął głową. Jeden ze stojących obok chłopaków kopnął trzymanego przez niego Damiena kolanem w brzuch. Blondyn zgiął się w pół. Robert przytrzymał go brutalnie nie pozwalając mu upaść. Nagle między nimi stanęła ściana ognia. Robert, chcąc nie chcąc, puścił chłopaka. Syknął z bólu odskakując. Ogien ogarnął Damiena, ale najwyraźniej go nie parzył. Koledzy spojrzeli niedowierzająco na Andre. Karmelowe oczy płonęły. Nie spojrzał na nich. Nie spojrzał też na blondyna. Odwrócił się i zaczął iść korytarzem. – Ruszcie się – rzucił zza pleców. – Powiedziałem, że jestem głodny. Zaskoczeni, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszyli za Andre w stronę jadalni. Dopiero kiedy zniknęli za rogiem, trawiący korytarz, magiczny ogień, zgasł. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien oparł się plecami o zimną ścianę, osuwając na podłogę. Z trudem oddychał. Bolał go brzuch, jego ciało nie przywykło do przemocy fizycznej. Do tego zdziwiło go zachowanie Andre. Po tym co mu zrobił… kto mógłby się spodziewać…  Po dłuższej chwili wstał. Wyjrzał przez okno. Jaya i Emi już tam nie było. Zacisnął wargi w wąską, białą linię, na samo wspomnienie o tym, jak się obściskiwali, schowani w cieniu rozłożystego orzecha. Stracił cały apetyt. Powoli, z dumnie uniesioną głową, wrócił do pokoju. Położył się na łóżku dziewczyny. W powietrzu, jego własny zapach mieszał się z zapachem Emi i Jaya. Była to dziwna, pobudzająca zmysły mieszanka. Westchnął. Dłużej już nie mógł czekać. Musiał zrobić coś, żeby to wszystko się skończyło i wiedział, że zrobi to dzisiaj. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ana z ponurą miną wracała z zajęć. Co ta dziewczyna w sobie takiego ma? Dlaczego wszyscy się tak bardzo nią interesują? Proste brązowe włosy miała zawsze w nieładzie, karmelowe oczy były zbyt duże, a jej twarz była niemal twarzą dziecka. Dlaczego ona? Ana całą sobą nienawidziła Emi. Była o nią tak cholernie zazdrosna! Jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia, bo przecież dziewczyna nigdy nic złego jej nie zrobiła, a wręcz przeciwnie, mimo, że trochę dziwna, zawsze była dla niej miła i pomocna. Teraz, kolejny wieczór z rzędu, zniknęła zaraz po zajęciach, w towarzystwie Jaya. Chłopak był w nią zapatrzony jakby była gwiazdą. Dla Any, to że ją tak traktował, było nie do zniesienia. No i jeszcze Damien… Cudowny, przystojny, o głębokich niebieskich oczach i jasnych, układających się w coś, co można było określić jedynie mianem artystycznego nieładu, włosach. On także wydawał się biegać za Emi. Może nie aż tak jawnie i w nachalny sposób, jak Jay, ale jednak… Czy ta dziewczyna nie mogła między nimi wybrać?! Musiała mieć ich obu? – Cześć – usłyszała tuż za plecami, miękki, aksamitny tenor. Ten głos… w jej głowie rozbrzmiewał jak najczulsza pieszczota. – Jesteś zajęta? – spytał delikatnie. – Nie, czemu pytasz? – nawet gdyby była, nigdy w życiu by się do tego nie przyznała, nie w takiej chwili. Ana nie była jakąś niesamowitą pięknością, ale niczego jej nie brakowało. Głęboko też wierzyła we własną urodę i osobowość. Uważała się za niepowtarzalną i wyjątkową. Dziwne więc było dla niej, kiedy jakiś chłopak uparcie jej nie chciał, a nie w momencie kiedy wyraził zainteresowanie. Podszedł bliżej. Niewinnym gestem dotknął jej ramienia. Przez całe ciało dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz. Poczuła jak jej oddech przyspiesza. – Nudzę się – mruknął uśmiechając się do niej kusząco. – Może spędzimy trochę czasu razem? Dziewczyna zatrzepotała długimi rzęsami, oszołomiona jego uwodzicielskim uśmiechem. Niedbale objął ją ramieniem. – Chodźmy do mojego pokoju – zaproponowała odrobinę zbyt szybko, bojąc się, że to tylko sen i, że zaraz się z niego obudzi. On jednak najwyraźniej tego nie zauważył, albo udawał, że nie widzi. – Prowadź – mruknął. Wydawał się być z jej propozycji naprawdę zadowolony. Przeszli długim korytarzem Białego Pałacu, do sypialni czarodziejek. Ana otworzyła pomalowane na biało drzwi i zaprosiła chłopaka do środka. Usiadł na gładko zaścielonym łóżku. Przeczesał palcami jasne włosy. Spojrzał na nią uśmiechając się leniwie. Dziewczyna pragnęła zatonąć w tych głębokich, niebieskich oczach. – Na co masz ochotę? – zapytała błagając  w duchu o jakiś genialny pomysł, ostatnim czego chciała, to okazać się nudną. – Jeszcze nie wiem – mruknął. – Może koło mnie usiądziesz? – zaproponował. Ana posłuchała. Jej serce biło jak oszalałe. Delikatnie odgarnął z policzka włosy dziewczyny. Przysunęła się do niego bliżej. Jego twarz znalazła się przy jej twarzy, usta przy jego ustach. Pocałował ją, a ona poczuła, że się rozpływa. Nigdy jeszcze nie przeżyła niczego tak cudownego! Delikatnie zaczął zsuwać z jej ramion obcisłą bluzeczkę. Nie protestowała. Chciała, żeby ją rozebrał. Pragnęła być jego. Dalej nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Całował ją delikatnie i leniwie. Usiadła mu na kolanach. Ramionami oplotła szyję chłopaka. Tak! Wszystko w niej chciało śpiewać. Położył ją na łóżku, na idealnie wygładzonej, fiołkowej narzucie. Pochylił się nad nią i znów zaczął całować. Dłońmi sięgnęła do jego eleganckiej koszuli. Zaczęła rozpinać guziki. Podniósł się odrobinę, powoli od niej odsunął. Nie potrafiła powstrzymać cichego jęknięcia. Wracaj tutaj! – miała ochotę wykrzyczeć rozkazująco. – To chcesz dzisiaj robić? – spytał przyglądając się jej uważnie. – Tak – powiedziała, a zabrzmiało to natarczywie, błagalnie. – Ja chyba mam inne plany – mruknął uśmiechając się arogancko. – Giń – rozkazał cicho, wyobrażając sobie w myślach, jak czyjeś silne ręce, bez trudu przetrącają kark bezbronnej dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien z niechęcią pochylił się nad ciałem martwej czarodziejki. Rozerwał zsuniętą z jej ramiona bluzkę. Potem zabrał się za resztę ubrania, dokańczając dzieła zniszczenia. Przy pomocy magii usunął z komnaty swój specyficzny zapach. Skorzystał z przylegającej do pokoju łazienki, żeby starannie umyć ręce. Dotykanie tej dziewczyny napawało go obrzydzeniem, starał się jednak wmówić sobie, że było naprawdę konieczne. Jeszcze tylko kilka drobnych szczegółów i może spokojnie czekać na efekty swojego przedsięwzięcia. Póki co, wszystko szło zgodnie z planem. Rozdział XXI W powietrzu czuć było zbliżające się lato. Poranek zapowiadał piękny, ciepły dzień. Emi uśmiechnięta wracała z lasu. Chwilami było tak cudownie! Żałowała, że niedługo miną te dwa tygodnie, które chłopcy Illi’andin spędzali w Białym Pałacu. Jay popędził wcześniej, bo nie mógł znieść widoku „swojej dziewczyny” bawiącej się z wielkim, włochatym pająkiem, jakby był małym psiakiem. Czarnoskrzydły dotrzymał danej jej obietnicy i kilka dni wcześniej, wykradł z Czarnej Wieży podawane w ramach kary narkotyki. Emi męczyła się po zajęciach, w tajemnicy przed wszystkimi rozpracowując ich skład. Po jednej z lekcji zielarstwa, przyłapała ją Annani, starsza, przygarbiona nauczycielka, o łagodnych oczach dobrej babci. Zamiast przegonić natrętną dziewczynę zaproponowała jej pomoc. Teraz praca szła znacznie szybciej i czarodziejka była pewna, że sobie z nią poradzi. Na dzielących Czarną Wieżę i Biały Pałac błoniach panowało straszne zamieszanie. Emi przystanęła zaskoczona. Nie miała pojęcia co się dzieje. Czarodzieje rozmawiali przyciszonymi głosami. Illi’andin rzucali złowrogie spojrzenia w kierunku ludzi. Panowała złowieszcza, nieprzyjazna atmosfera. Dziewczyna wzrokiem odnalazła brata. Podeszła do niego szybkim krokiem. W pewnym jednak momencie zatrzymała się jak wmurowana. Andre rozmawiał z Damienem, a raczej wyglądało, że na niego wrzeszczał. – To mogła być Emi! On mógł to zrobić mojej siostrze! – krzyczał patrząc oskarżycielsko na szczupłą sylwetkę arystokraty. – Nie, nie mógł – odpowiedział spokojnie blondyn. – Emi nic nigdy z jego strony nie groziło. – Skąd masz pewność?! – warknął Andre. – Najwyraźniej niewiele widziałeś na temat swojego „przyjaciela”! – wypluł ostatnie słowo. – Zgwałcił ją, zanim przetrącił jej kark! Rozumiesz to?! Zgwałcił ją! – O co chodzi? – spytała Emi podchodząc do nich wolno. Obydwaj spuścili wzrok. Patrzyli w ziemię. Żaden z nich nie chciał jej odpowiedzieć. – Ana nie żyje – mruknął w końcu cicho Damien. – Co?! – wykrzyknęła czarodziejka niedowierzająco. – Jak to? – Zabił ją twój czarnoskrzydły, z którym włóczysz się po nocach – syknął na nią wściekłym głosem Andre. Emi odsunęła się od niego. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć przerażającym, obłudnym słowom brata. – Nie! – wyszeptała. – Damien, on nie mówi poważnie, prawda? – zwróciła się do blondyna, patrząc na niego błagalnie. – Co to za dziwna gra? Nie chcę brać w niej udziału! – Emi – powiedział cicho chłopak, podchodząc do niej. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył jej w oczy. – Jedynym zapachem zarówno w pokoju jak i na jej ciele był zapach Jaya… Sama wiesz, jaki bywa porywczy, kiedy się zdenerwuje. Ciągle się o coś kłócili z Aną… Poza tym może czegoś potrzebował… Czegoś, czego nie chciałaś mu dać… Mógł się bać, że nie wytrzyma i zrobi ci krzywdę… Dziewczyna spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Odsunęła się. – Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz – szepnęła. – Damien, on nie… Andre znalazł się przy niej. Zmusił siostrę, żeby popatrzyła w jego stronę. – Ten chłopak cię okłamywał, Emi, we wszystkim! – powiedział stanowczo. – Dodatkowo zabił niewinną dziewczynę, bo taki miał kaprys. Zostanie odpowiednio ukarany, zapomnij o nim. Tak będzie lepiej. – Ukarany? – spytała niepewnie dziewczyna. Damien także spojrzał pytająco na Andre. W świecie Illi’andin nie było kar za spowodowanie śmierci. Jedyne co mogło, co powinno, grozić Jayowi, to chłosta za nieposłuszeństwo. – Hanna Rosenberg osobiście stawiła się w Czarnej Wieży, żądając sprawiedliwości. Ogłoszono, że publicznie dostanie 50 razów, a potem przez czterdzieści osiem godzin będzie dostawał narkotyk, taki sam jakim każą arystokrację – tu wymownie spojrzał na Damiena. – Kiedy będzie już po wszystkim, czarnoskrzydły nie zostanie dłużej w szkole, odeślą go na dalsze szkolenie, do jednego z odleglejszych garnizonów. Blondyn zachwiał się na nogach. Przecząco pokręcił głową. – To niemożliwe! – jęknął, jakby jego słowa mogły cokolwiek zmienić. Emi wpatrywała się w brata rozszerzonymi ze zdumienia i strachu oczami. Nie Jay! Tylko nie Jay! To nie działo się naprawdę! To musiał być jakiś koszmarny, aż nazbyt realny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre nie odstępował Emi na krok, w przeciwieństwie do Damiena, który po ich rozmowie, natychmiast gdzieś zniknął. Dla dziewczyny cały świat jakby przestał istnieć. Czy Jay naprawdę mógł to zrobić? Wszystkie dowody wskazywały na to, że tak… Ale dlaczego, przecież on… Nie wątpiła w to, że potrafiłby zabić człowieka, był jak każdy inny drapieżnik, do tej pory, szczerze jednak wierzyła, że nigdy nie mógłby zrobić tego bez powodu. Do tego, to co zrobiono z ciałem Any, przekraczało wszelkie granice. Koło południa Emi poszła na arenę. Wyglądało na to, że na błonia wylała się tego dnia cała szkoła. Andre stanął za nią, gotowy walczyć z każdym kto śmiałby zaczepić jego siostrę. Obawiał się, że będą ją kojarzyć z czarnoskrzydłym, z mordercą i gwałcicielem. Dziewczyna stała przy murze, przypatrując się otępiała, jak Jaya wyprowadzają na plac. Chłopak stał spokojnie, jednak Emi dostrzegła, że ma zaciekły wyraz twarzy. Jego oczy płonęły, wargi zacisnął w wąską, białą linię. Coś go wyraźnie złościło. W pewnym momencie podniósł głowę, spojrzał na nią. Ich oczy się spotkały. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jay wyrwał się strażnikom Illi’andin. Wzbił się w powietrze. W jednej chwili znalazł się przed nią. Stanął na ziemi. Złożył skrzydła. Emi spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem. W oczach chłopaka była bezdenna rozpacz. – Emi, nie zrobiłem tego – powiedział cicho, błagalnie. – Proszę, uwierz mi. Nic innego nie ma znaczenia, tylko to, żebyś ty mi uwierzyła. – Jay… – zaczęła cicho, ale zasłonił ją sobą Andre. Wyzywająco patrzył w bursztynowe oczy chłopaka. – Odczep się od mojej siostry – wycedził słowa przez zęby. Czarnoskrzydły nic więcej nie zdążył powiedzieć. Pochwycili go strażnicy. Poddał się bez żadnej walki. Emi bezradnie patrzyła jak zabierają go z powrotem na arenę, jak przywiązują do pręgierza. Jak wymierzają bolesne razy. Całą sobą zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Nie mogła zapomnieć nocy spędzonej w lesie. Tak jak każdej poprzedniej, spędzonej u boku Jaya. Rozdział XXII W pokoju panował półmrok. Zaszło już słońce, a on nie zamierzał się pofatygować, o to, żeby zapalić światło. Dlaczego był takim idiotą? Czemu nie wziął tego pod uwagę? Siedział skulony na podłodze, pod ścianą. Tym razem nie obchodziło go nawet to, że brudzi i gniecie ubranie. Jay… Co oni mu zrobią? To wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a ten fakt przerażał go jeszcze bardziej. Ktoś wszedł do pokoju. Damien nawet nie podniósł głowy, ale i tak wszędzie rozpoznałby ten kuszący, przyjemny zapach. Emi nic nie powiedziała. Podeszła do niego wolniutko. Usiadła przy chłopaku, kładąc mu głowę na ramieniu. Damien bez zastanowienia objął dziewczynę. W jej karmelowych oczach błyszczały łzy. Według planu, Jay miał zostać odwołany z Białego Pałacu i umieszczony na powrót w Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a on sam planował ją pocieszać. W najgorszych nawet myślach, nie spodziewał się, że to dziewczyna, będzie musiała pocieszać jego. – Damien, nic mu nie będzie, prawda? – spytała cichutko. Zaskoczony podniósł wzrok. Nie spodziewał się, że ona martwi się o to samo co on. Nie takie były jego założenia. Teraz jednak nie potrafił nad sobą zapanować. – Oni podali mu czarny, Emi! Czarny, rozumiesz? Chcą mu go podawać przed dwie doby! Wiesz co on robi? – dziewczyna przecząco pokręciła głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, karmelowymi oczami. – Dostałem go raz i nigdy więcej nie chcę! Sprawia, że ciało wszystko odczuwa tysiące razy bardziej – odpowiedział ponuro. – Zimno, gorąco, najlżejszy szept jest wtedy dla ciebie jak krzyk, a ból… Emi, po tych razach dzisiaj na placu, on tego zwyczajnie nie przeżyje! Dziewczyna cała się trzęsła. Łzy spływały po jej bladych, porcelanowych policzkach. Spojrzała Damienowi w oczy. – Musimy coś zrobić – oznajmiła gorączkowo. – Pomóż mi, proszę… Blondyn roześmiał się gorzko odrzucając głowę do tyłu. – Co niby mamy zrobić?! – warknął na nią, nie panując nad sobą. – Nawet jeżeli udałoby mi się go stamtąd zabrać, on umrze, jeżeli znajdzie się na zewnątrz. Narkotyk go zwyczajnie zabije! Nic się nie da zrobić! Po prostu nic, to już koniec, Emi. Dziewczyna wstała. Drobne dłonie zacisnęła z całej siły w pięści, tak, że aż zbielały jej kłykcie. W karmelowych oczach płonął ogień. – A co, gdyby nie działał? Zabrałbyś go stamtąd? – zapytała cicho, poważnym głosem. – Gdybym widział jakąkolwiek szansę, spróbowałbym – oznajmił twardo Damien. – Nawet, gdyby znaczyło to, że sam przy tym zginę. – Doskonale – powiedziała podchodząc do drzwi. – W takim razie spotkamy się za godzinę pod szkołą. Przygotuję antidotum – oznajmiła niemal wybiegając na korytarz. Blondyn wpatrywał się w zamykające się za dziewczyną drzwi. Skąd? Jak? To co mówiła nie miało najmniejszego sensu, ale w zamarzniętym do tej pory sercu Damiena, pojawiła się cicha, rozpaczliwa nutka nadziei. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżała się północ. Emi siedziała po środku, rozjaśnionej światłem księżyców polany, skupiając się na tym, żeby utrzymać magiczne połączenie pomiędzy sobą, a Damienem. Plan był prosty. Chłopak miał dotrzeć do Jaya, podać mu antidotum, a potem przetransportować go tutaj. Problem leżał w tym, że milion rzeczy mogło się nie udać. Emi nawet nie chciała myśleć o tym, co wtedy się stanie. Powietrze zadrżało. Poczuła jak stworzony ich wspólnymi siłami portal uchyla się lekko. Chwilę później na trawie, kilka metrów przy niej leżał nieprzytomny Jay. Obok czarnoskrzydłego klęczał na wpół przytomny ze zmęczenia Damien. – Co się stało? – spytała zaniepokojona dziewczyna. – Musiałem uleczyć jego plecy – mruknął. – To wyczerpało moje siły. Dobrze, że byłaś ze mną – westchnął. Emi przysunęła się do leżącego na trawie Jaya. Położyła sobie jego głowę na kolanach. Delikatnie odgarnęła mu z czoła posklejane włosy. Nawet nie chciała myśleć, przez co musiał przejść czarnoskrzydły. – Wszystko z nim w porządku? – zapytała cichutko Damiena. – Nie wiem – westchnął blondyn podchodząc do nich. – Zobaczymy jak się obudzi. Nie mam tylko pojęcia co dalej – mruknął cicho. – Wiesz, że muszę tam wrócić… Emi niechętnie skinęła głową. Nie odrywała wzroku od pobladłej, zmarnowanej twarzy Jaya. – Wrócimy – powiedziała cichutko. – Obydwoje. Potem ułożymy jakiś plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien chodził niespokojnie w kółko, podczas gdy Emi siedziała na trawie, delikatnie głaszcząc włosy Jaya. Z nadzieją i trwogą czekali, aż chłopak się obudzi. W końcu, po prawie godzinie, otworzył bursztynowe oczy. Odbijało się w nich jasne światło księżyca, ale było tam coś jeszcze… coś przerażającego. Czarnoskrzydły jednym, płynnym ruchem zerwał się z ziemi. Ostrzegawczo warkną na wpatrującą się w niego dziewczynę. Emi ani drgnęła. Jay z niesamowitą prędkością znalazł się przy Damienie. Powalił go na trawę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego blondyn. Czarnoskrzydły rzucił mu się do gardła. Chłopak z trudem trzymał go z daleka od siebie. Gdyby Jay myślał logicznie, Damien nie miałby z nim w fizycznej walce, najmniejszych nawet szans. – Jay, przestań – jęknęła błagalnie Emi. Czarnoskrzydły odwrócił wzrok. Spojrzał na nią wrogo. – Chodź do mnie – poprosiła łagodnym tonem, wyciągając do niego ręce. Z ust chłopaka wydobył się zwierzęcy warkot. Patrzył to na nią to na Damiena. Wyraźnie się wahał. – Jay… – poprosiła cicho. Chłopak wstał, niechętnie, jak skarcony uczniak, podszedł do niej. – Damien podejdź do linii drzew, tylko powoli – poprosiła cicho, tym samym łagodnym tonem. – To jego terytorium. On działa instynktownie. Blondyn niechętnie posłuchał. Stanął na skraju lasu. – Świetnie – mruknął Damien, obrzucając ponurym spojrzeniem Jaya, który przykucnął w gotowej do ataku pozycji, zasłaniając sobą Emi. – Dlaczego ty możesz tam być, a ja nie? – zapytał cierpkim tonem. – Chyba uznał, że jesteś jego rywalem – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Spojrzała błagalnie na chłopaka. – Damien co się z nim dzieje? On nie zdaje sobie sprawy kim jest, czuję w nim tylko drapieżnika… – Emi… – westchnął blondyn, pokręcił głową, odganiając od siebie ponure myśli – ten narkotyk… wydaje mi się, że jego umysł nie potrafił sobie poradzić z takim bólem… Dziewczyna poruszyła się odrobinę. Czujne oczy Jaya natychmiast spojrzały na nią. Wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego odsłoniętego ramienia. Potem pogładziła go po szorstkim policzku. Zamruczał. Przysunął się do niej bliżej. – Musimy coś zrobić – szepnęła. – Nie mam pojęcia co – powiedział Damien stanowczo, zagryzając zęby – ale coś wymyślę. Emi skinęła głową. W jej oczach zalśniły łzy. Oplotła ramionami szyję Jaya, przytulając się do niego mocno. Zaskoczony wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem przygarnął do siebie opiekuńczym gestem. – Wróć do mnie proszę – wyszeptała cichutko, załamującym się głosem. – Kocham cię Jay, nie możesz mnie tak zostawić. Błagam cię, wróć. Rozdział XXIII Damien szedł szybkim krokiem, szerokim korytarzem Białego Pałacu. Musiał tu wrócić. Potrzebował kolejnej dawki narkotyku i wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez następnych. Niechętnie zostawił Emi i Jaya samych w lesie. Piekielnie się o nich bał. O to, że jego przyjaciel może nieświadomie skrzywdzić dziewczynę, o to, że jakieś stworzenie może skrzywdzić jego, ale przede wszystkim obawiał się tropicieli, którzy z pewnością zostaną wysłani na poszukiwanie czarnoskrzydłego. Ktoś zagrodził mu drogę. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył górującą nad sobą postać Andre. Brat Emi patrzył na niego wściekłym wzrokiem. – On uciekł i nie uwierzę, że nie miałeś z tym nic wspólnego! – warknął. – Gdzie ona jest?! Gdzie moja siostra?! – pytał rozgniewanym głosem. Damien próbował go zignorować, po prostu wymijając, Andre jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Chwycił chłopaka za ramiona i popchnął go na ścianę. Blondyn syknął z bólu. Potem, na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmiech. – No dalej, pokaż na co cię stać – mruknął uwodzicielskim, aksamitnym głosem. Andre odskoczył jak oparzony. Niechętnie, z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na Damiena. Potem, jakby uszło z niego powietrze. – Gdzie jest Emi? – zapytał cicho, niemal błagalnie. – Czy nic jej nie jest? Illi’andin westchnął. Spojrzenie jego błękitnych oczu spotkało się z karmelowymi tęczówkami Andre. – Nie tutaj – powiedział stanowczo. – Jeżeli chcesz porozmawiać, to chodźmy gdzieś indziej. W bardziej odosobnione miejsce – zaznaczył. Brat Emi rozejrzał się po korytarzu. Byli na nim sami. Niechętnie skinął głową i ruszył w kierunku własnego pokoju, a Damien, z bardzo mieszanymi uczuciami powlókł się za nim. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien półleżał rozwalony na wygodnym, drewnianym łóżku. Znudzonym wzrokiem wodził za chodzącym niespokojnie, po własnym pokoju, Andre. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez spędzone z ojcem lata wyćwiczył to w sobie do perfekcji, w środku jednak wszystko się w nim kotłowało. – Chcesz powiedzieć, że zostawiłeś moją siostrę sam na sam z mordercą?! – wrzasnął na niego Andre. – On tego nie zrobił – powiedział cichym, spokojnym głosem Damien. – Nie zabił jej? – syknął brunet. – Skąd masz pewność? Wszystkie dowody wskazują przeciwko niemu! To, że to twój „kochaś” raczej do mnie nie przemawia… Może mu się znudziłeś i chciał spróbować dziewczyny, tylko trochę go poniosło? Damien prychnął rozbawiony. Do tej pory sam chciał, żeby Andre tak właśnie myślał, ale teraz, przytłoczył go czarny humor zaistniałej sytuacji. Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę. Nie obchodziło go co myśli o nim Andre, poza tym był przekonany, że chłopak nigdy w życiu nie skrzywdzi swojej siostry. – Jay to stuprocentowy hetero – oznajmił przypatrując się uważnie reakcji czarodzieja – który na domiar złego kocha twoją siostrę. – Przecież mówiłeś, że jest twoim przyjacielem… – zawahał się Andre. – Bo jest – odparł z prostotą Damien – ale nie koniecznie musi o mnie wszystko wiedzieć – westchnął. – Tak czy inaczej to nie daje mu żadnego alibi! Co jeżeli skrzywdzi Emi? – zapytał czarodziej odwracając wzrok od blondyna. Nerwowo splótł przed sobą ręce. Wyjrzał przez okno. Wyglądało na to, że robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na wyciągniętego na jego łóżku Illi’andin. – Nie skrzywdzi – powiedział uspokajająco Damien. – I to nie on zabił Anę. – Skoro nie on, to kto?! – warknął Andre, gwałtownie odwracając się od okna. Blondyn spojrzał mu prosto w oczy. Jego twarz była nieprzeniknioną maską. Po chwili milczenia, uśmiechnął się drapieżnym, aroganckim uśmiechem. – Ja – oznajmił ze stoickim spokojem, nie spuszczając wzroku z karmelowych oczu Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zaczynało świtać. Emi leżała na wilgotnym od rosy kocu. Tuż obok niej spał Jay. Czarnoskrzydły oddychał spokojnie i miarowo, ale dziewczyna była pewna, że zbudziłby się na nawet najcichszy, niepokojący odgłos. Obiecała Damienowi, że rankiem wróci do szkoły, ale nie chciała jeszcze wstawać. Poza tym nie była pewna, jak na jej odejście zareaguje Jay. Rozczesała palcami jego splątane, nieco przydługie włosy. Przytuliła się do pleców chłopaka. Była przekonana, że on wiedziałby co zrobić w tej sytuacji. Spędziła dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w niego. Nie był taki cudownie, oszałamiająco przystojny jak Damien. Było w nim raczej coś dzikiego, groźnego, ale jednocześnie przyciągającego uwagę Emi. Pochyliła się nad nim, Dłonią musnęła policzek chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. Otworzył oczy, spojrzał na nią. Czarodziejce przez chwilę wydawało się, że widzi błysk zrozumienia w bursztynowych oczach, ale potem czarnoskrzydły wstał, ziewnął leniwie odsuwając ją od siebie, rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze zapewne, aby zapolować. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała na kocu, a potem, niechętnie ruszyła w kierunku szkoły, ufając, że czary których użył na Jayu, Damien nie pozwolą chłopakowi podążyć za nią. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zakręciło się w głowie od zasłyszanych informacji. Śmierć czarodziejki, to, że ją zamordowano, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ogarnął go jeszcze większy strach. Teraz nie bał się już tylko o Emi, ale także o to, co stanie się z Damienem, jeżeli o jego czynie dowie się ktokolwiek z zewnątrz. Całą duszą, wszystkimi myślami, pragnął nienawidzić Damiena i całym sobą zwyczajnie nie potrafił. Poczuł jak zalewa go fala złości. – Idiota! Kretyn! – rzucił się na łóżko, potrząsając leżącym na nim chłopakiem. – Czemu to zrobiłeś?! Miałeś przynajmniej jakiś motyw czy była to po prostu kolejna z twoich chorych zabaw?! – Przestań – rozkazał Damien, odsuwając się od niego. – Zabić Anę, tak, żeby wszyscy myśleli, że zrobił to Jay, wydawało mi się doskonałym pomysłem. W każdym razie najlepszym jaki przyszedł mi do głowy – oznajmił. – Jay miał zostać odwołany do Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a Ana i tak była już martwa, ponieważ z tego co wiem, na wrzesień zaplanowano jej ślub z Jonathanem Brownem, a każdy wie, że to sadysta. Długo by charakteru tej dziewczyny nie wytrzymał. – Damien na chwilę przymknął oczy. – Nie przewidziałem tylko konsekwencji. Nie sądziłem, że w ten sposób go potraktują. Schrzaniłem sprawę, a sam problem w żaden sposób się nie rozwiązał. Andre opadł na łóżko, wpatrując się w sufit. Wyglądał na zrezygnowanego. – Skoro Jay to hetero, czemu aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby ich rozdzielić? – spytał niechętnie. – Ponieważ miałem dosyć tej chorej sytuacji – mruknął Damien. – Nasi rodzice postanowili, że pod koniec lata mam wziąć ślub z Emily. Jay od zawsze miał zostać kapitanem straży w moim domu. Nie chciałem patrzeć jak z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. On naprawdę ją kocha – westchnął cicho – a ja kocham jego – dodał prawie niedosłyszalnym szeptem. – Ale jak to? – spytał niedowierzająco Andre. – Przecież twój ojciec wie o twojej orientacji… Jak mógł zaplanować twój ślub z Emi? Damien popatrzył na niego delikatnie rozbawiony. – Tym większą sprawiło mu to przyjemność – powiedział, jakby wyjaśniał oczywistą rzecz dziecku – a ja, jak zawsze, nie mam możliwości się nie zgodzić. Rozdział XXIV Kiedy Emi wracała do szkoły, zobaczyła jak las przeszukują po prostu całe oddziały. Widziała latających nad drzewami Illi’andin. Zadrżała. Błagała w myślach, żeby ich czary zadziałały. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co zrobią z chłopakiem, jeżeli go znajdą. Wiedziała, że pomogłaby mu nawet, jeżeli to on zamordował Anę, chociaż szczerze nie chciała w to wierzyć. Gdyby Jay chciał fizycznych zbliżeń, tak jak mówił Damien, po prostu poderwałby sobie jakąś ślicznotkę, udowodnił już, że potrafi. Takie bezsensowne zabójstwo kompletnie nie miało sensu, nie pasowało do niego, za czym idzie, ktoś chciał go wrobić. Tylko dlaczego? Dziewczyna przeszła przez lśniący bielą, kamienny most. Wróciła do szkoły, tak jak obiecała Damienowi, ale wiedziała, że nie zostanie tu długo. Musieli uciekać. Przebywanie w puszczy, tak blisko szkoły, było dla Jaya zbyt niebezpieczne. Rozumiała dlaczego Damien musi zostać. Wiedziała, że jeżeli go zmuszą, to prędzej czy później opowie co się z nią stało, jednak miała nadzieję, że ona i Jay, dotrą już w tym czasie wystarczająco daleko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien podniósł wzrok znad czytanej książki, gdy tylko Emi weszła do pokoju. Jego leniwie wyciągnięta na łóżku postać stała się spięta i nerwowa. – Co z nim? – zapytał bez zbędnych wstępów. Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Wyspał się, a potem poleciał polować – mruknęła. – Zostawiłam go tam i wróciłam do pałacu. Martwię się – westchnęła siadając przy chłopaku. Blondyn usiadł. Objął ją ramieniem. – Wszystko będzie dobrze – powiedział, jakby starał się sam siebie o tym przekonać. Emi uśmiechnęła się leciutko. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak tylko wrócić do lasu, tam gdzie był Jay. Wiedziała, że nic nie będzie w porządku, dopóki go nie zobaczy. – Damien, ja nie mogę tu zostać – powiedziała cicho. – On też nie może. Szukają go całe oddziały. Chłopak skinął głową. – Jay nie może, ale ty zostaniesz – powiedział chłodno. – Zabiorę go do zamku w Dorfen, mój ojciec się nim zajmie. Rada się na to zgodzi, ponieważ nie będzie miała wyjścia, a Jay dostanie narkotyki, tak na wszelki wypadek. Karmelowe oczy Emi rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania. – Damien, ty chcesz mu zrobić to co oni zrobili tobie? – zapytała przerażona. – Chcesz go uwiązać jak psa na łańcuchu? – Lepiej to, niż żeby go zabili – warknął rozeźlony jej słowami chłopak. Emi wstała. Przecząco pokręciła głową. – Sądzę, że Jay wolałby zginąć, niż się na to zgodzić – powiedziała odwracając się od Damiena i wybiegając z pokoju. Chłopak z powrotem opadł na łóżku. Nikt nie powiedział, że życie będzie usłane różami i łatwe. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko Damien opuścił jej pokój, Emi wróciła, żeby się spakować. Wrzuciła trochę rzeczy do płóciennego plecaka i przewiesiła przez ramię sztruksową torbę. Będzie musiało wystarczyć. Jeżeli nie mogła liczyć na Damiena, trudno, poradzi sobie sama. Jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiej determinacji, jak w tym momencie. Jeszcze w korytarzu dziewczynę zatrzymał Andre. Siłą zaciągnął ją do swojego pokoju. Zaskoczona spojrzała na siedzącego na łóżku brata, Damiena. Co on tu robił? – Miałeś rację – przyznał niechętnie brunet, starannie zamykając za nimi drzwi. W jego karmelowych oczach było zniechęcenie i smutek. – Emi postanowiła nas bez słowa opuścić. – Wcale nie bez słowa – zaprotestowała dziewczyna. – Napisałam do ciebie list – dodała usprawiedliwiająco. Andre z trudem powstrzymał się przed warknięciem. – Nigdzie nie idziesz – powiedział ostro, z całej siły ściskając jej ramiona. – Nie zamierzam stracić siostry przez jakiegoś przeklętego Illi’andin! Damien, możesz zdjąć rozciągnięte w lesie osłony – zwrócił się do siedzącego spokojnie, z ponurą miną, blondyna. – Nie! – krzyknęła Emi rozpaczliwie. – Nie możesz mu tego zrobić! Damien uśmiechnął się z przekąsem. – Już ci mówiłem, jaki mam plan – mruknął. – Nic mu nie będzie. Dziewczyna nie wierzyła. Jakkolwiek nie ułożyliby się z Damienem, Emi była przekonana, że go skrzywdzą, być może nawet zabiją, w imię swoich dziwnych, niepisanych zasad. – Nie rób tego – poprosiła cicho. – Pozwól mi z nim odejść. – I co potem? – zapytał wkurzony Andre. – Dokąd pójdziecie? Co zrobicie? Dareshia to dosyć mała planeta. Nie zdołacie się tu na dłużej ukryć. Emi spojrzała na niego zaskoczona. – Kto powiedział, że planuję tutaj zostać? Przez Anduriańską Puszczę dotrzemy do portali, a potem… potem rozpocznie się nowe życie. Damien roześmiał się gorzko. Wstał i podszedł do dziewczyny. Teraz obydwaj nad nią stali. – Zwariowałaś – skwitował jej pomysł. Dziewczyna popatrzyła na nich skonsternowana. Przez dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na Damienie, a potem zrozumiała. Wiedziała już co może, co potrafi zrobić. – Chodź ze mną – zaproponowała patrząc mu w oczy. Znów się roześmiał. – Czy nie wytłumaczyłem ci dosyć jasno, co mnie tu trzyma? – zapytał. – Naprawdę uważasz, że nie próbowałem się od tego uwolnić? Nie jestem dość silny, żeby wytrzymać bycie na głodzie. – Więc zawsze już będziesz więźniem swojego ojca? Niewolnikiem rady? – zapytała ostro. – Damien, zawsze byłeś sam – powiedziała cicho – próbowałeś, ale wtedy nikt cię nie wspierał. Teraz będziesz miał mnie i Jaya. Pomyśl o tym, błagam. – Nie dam rady – odpowiedział jej gorzko Damien. – I nie masz racji, nie byłem sam. Przy wcześniejszych próbach był ze mną Andre. Rozdział XXV Mimo, że dzień był jasny i słoneczny, pod gęsto rosnącymi drzewami Anduriańskiej Puszczy panował półmrok. Szary wilk, z dumą, niósł w pysku, upolowaną przez siebie zdobycz. Była to niewielkich rozmiarów sarna. Na tyle stara, by nie być już koźlęciem, a jednocześnie na tyle młoda, by nie móc stać się jeszcze matką. To była dobra zdobycz. Skonsternowany przystanął tuż na krawędzi drzew. Polana, na której powinna czekać jego partnerka, była pusta. Rzucił sarnę na trawę. Rozejrzał się dookoła. Wyczuł jej słodki, kuszący zapach. Mimo to, dziewczyny już tutaj nie było. Zaniepokojony ruszył jej tropem. Po kilkunastu minutach, zaskoczony, wrócił w dokładnie to samo miejsce. Warknął wściekle, a potem spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. Pusta, pełna uroku, polana. Po kilkunastu kolejnych podejściach, przybrał swoją ludzką postać. Rozłożył czarne, jak noc, pokryte piórami skrzydła i wzbił się w powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała we własnym łóżku, wtulając twarz w błękitną poduszkę. Spakowany plecak stał oparty o ścianę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. Damien zdjął magiczne osłony, więc to, kiedy znajdą Jaya, było jedynie kwestią czasu. Przez cały dzień pilnowali jej na zmianę z Andre, więc ona sama nic nie była w stanie zrobić. Schwytają go, a potem na zawsze stanie się ich niewolnikiem. Była przekonana, że tak naprawdę, Jay wybrałby raczej śmierć. I całkiem możliwe, że dostanie taki właśnie wybór. Jej brat siedział przy biurku, czytając książkę i coś z niej zawzięcie przepisując. Emi zaczęła się zastanawiać, który z nich będzie dla niej łatwiejszym przeciwnikiem, Damien czy Andre. Jedno wiedziała na pewno – musiała stąd jakoś uciec. Nie zostawi Jaya samego, nawet jeżeli to on zamordował Anę. W pewnym momencie poczuła coś, jakby silniejszy podmuch wiatru. Duże, wychodzące na dziedziniec okno, się uchyliło, a nieprzytomny Andre osunął się na podłogę. Szeroko otwartymi, karmelowymi oczami, wpatrywała się w stojącego nad jej bratem Jaya. Czarnoskrzydły w rękach miał myśliwski nóż. Uklęknął przy nieprzytomnym chłopaku, odwracając go tak, by łatwiej było poderżnąć mu gardło. – Nie! – wyrwało się z ust przerażonej dziewczyny, kiedy rzuciła się w stronę klęczącego Jaya. – Proszę, nie – jęknęła błagalnie, kiedy spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem. Chwyciła go za rękę i odciągnęła na bok. Warknął na nią, ale z ulgą przyjęła, że pozwolił jej na to. Podniosła z podłogi swój spakowany plecak. Ledwo zdążyła zarzucić go na plecy, kiedy Jay porwał ją w ramiona i wyskakując przez okno, wzbili się w powietrze. Wylądował dopiero na ich wspólnej polanie. Postawił dziewczynę na ziemi. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie zauważyli ich żadni, przeszukujący teren Illi’andin, jakoś się jednak udało i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wtuliła się na powrót, w odsłonięty tors Jaya, a on niezbyt pewnie, objął ją ramionami. – Jak dobrze, że nic ci nie jest – wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy ulgi. Rozejrzała się po polanie. – Nie możemy tu zostać, musimy uciekać. Oni chcą cię złapać i uwięzić – odezwała się gorączkowo. Jay najwyraźniej zrozumiał, ponieważ warknął gardłowo, a potem rozprostował, czarne jak noc, pokryte sztywnymi piórami, skrzydła. – Nie, nie w ten sposób – zaprotestowała dziewczyna. – Tak będzie znacznie łatwiej nas wypatrzyć. Pójdziemy piechotą – powiedziała stanowczo i biorąc Jaya za rękę, zagłębiła się w gęstwinę Anduriańskiej puszczy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Mimo, że nie było to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie, szli przez całą noc. Emi nie bała się niczego co żyło w lesie, bała się natomiast polujących na Jaya Illi’andin. Chłopak przez cały czas szedł spięty, gotowy odeprzeć jakikolwiek atak. Dziewczyna wyraźnie czuła jego napięte mięśnie. Widziała też, że jego ręka bez przerwy błądzi przy pochwie od myśliwskiego noża. Wzdrygnęła się na myśl, że bez wahania gotowy był, z zimną krwią, zamordować jej nieprzytomnego brata. Może naprawdę mógł zabić Anę? Próbowała odegnać od siebie mroczne myśli, ale zmęczenie i strach, robiły swoje, rozbudzając od środka jej umysł. Nie! Powiedziała sobie stanowczo, mógłby, ale tego nie zrobił! Zatrzymali się dopiero, kiedy nie była w stanie już dalej iść. Nigdy jeszcze nie odchodziła aż tak daleko, więc nie znała tej części puszczy. Wiedziała, że od tej pory, będzie musiała zawierzyć swojemu i Jaya instynktowi. Kiedy tylko opadła pod rozłożystym drzewem, na miękki mech, chłopak przybrał postać wilka. Natychmiast się poderwała. Szedł polować. – Jay, nie – zatrzymała go pełnym prośby głosem. – Zabrałam ze sobą jedzenie, zostań ze mną, proszę. Odetchnęła z ulgą, kiedy posłuchał. Przemienił się z powrotem i usiadł przy niej na trawie. Bez wahania przyjął od niej jedną z wyjętych z plecaka kanapek. Zjedli w milczeniu. Przysunęła się do niego, zwijając się przy nim w jak najciaśniejszy kłębek. Przymknęła oczy. Poczuła jak chłopak układa się na mchu, tuż za jej plecami. Niczego w tej chwili tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby wrócił. Chciała, żeby znowu był sobą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze w pokoju leżał nieprzytomny Andre. Emi nigdzie nie było. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi, ale kiedy szok minął, natychmiast wyczuł w komnacie specyficzny zapach Jaya. Na chwilę przymknął oczy. To nie wyglądało dobrze. Jeżeli Illi’andin znajdą ich razem, po prostu ją zabiją. Uklęknął przy chłopaku. Nie miał czasu na subtelności. Skupił się na odnalezieniu umysłu Andre, a potem siłą woli, brutalnie go przebudził. Karmelowe oczy otworzyły się, chłopak cicho jęknął. Z trudem usiadł. – Co się stało? – zapytał ciągle odrobinę nieprzytomny. – Był tu Jay, zabrał Emi i uciekli – wyjaśnił gorzko Damien. – To nie wróży nic dobrego. Andre zaczął przeklinać, na czym świat stoi. Gwałtownie wstał. Zakręciło mu się w głowie, ale chwycił oparcie krzesła. Jego karmelowe oczy, w których mogłaby zatonąć żeńska połowa szkoły, rozbłysły. Pojawiły się w nich groźne iskierki. – W takim razie musimy ją znaleźć – oznajmił stanowczo. Damien nie potrafił się nie uśmiechnąć. Był pewien, że to właśnie ten ogień płonął kilka lat wcześniej w Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po trzech dniach mozolnej, uciążliwej wędrówki, nareszcie osiągnęli cel. Przez całą drogę Jay działał czysto instynktownie, a Emi wyczuwała w nim jedynie drapieżnika, jakby coś bardzo głęboko w umyśle zakopało jego własne „ja”. Opiekował się nią, był blisko, ale to nie był do końca on. Tak bardzo pragnęła, żeby do niej wrócił! Teraz, kiedy wreszcie dotarli do jaskini, w której znajdowały się magiczne portale, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób będzie mogła mu pomóc. Wiedziała, że po prostu musi coś z tym zrobić. Kiedy tylko minęli linię drzew, wychodząc na porośniętą trawą i purpurową koniczyną polanę, Jay zatrzymał się w miejscu. Warknął ostrzegawczo, ale było już za późno. Dookoła nich pojawili się uzbrojeni w miecze i topory Illi’andin. To była zasadzka, a oni nieświadomie w nią wpadli. – Zabić dziewczynę! Chłopaka wziąć żywcem! – czarnoskrzydły mężczyzna po czterdziestce wydał rozkaz, a składający się z siedmiu, skrzydlatych Illi’andin oddział, z wyjętą, gotową do ataku bronią, ruszył w ich stronę. Jay warknął. Zasłonił sobą Emi, mimo, że kompletnie nie miał z nimi szans. Coś ścisnęło ją w środku. Była przekonana, że chłopak będzie walczył i zginie tu razem z nią. Nie mogła do tego dopuścić. Skupiła się i całą siłą woli wyobraziła sobie otaczającą ich mydlaną bańkę, taką, której w żaden sposób nie da się przebić. – Tarcza – wyszeptała rozciągając w myślach przezroczystą materię. Zaskoczeni żołnierze odbili się od niewidzialnej bariery. Jay spojrzał na nich zdezorientowany. Emi uśmiechała się przez chwilę, a potem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie swojej tarczy w żaden sposób poruszyć. Byli w pułapce. Illi’andin spróbowali się przebić jeszcze kilka razy, a potem zrezygnowani stanęli w gotowości bojowej. Po jakimś kwadransie dziewczyna poczuła, że szybko się męczy. Usiadła na trawie, a Jay przykucnął tuż przy niej. Wyraźnie już oswoił się z nową sytuacją. Czuła, że po prostu w ten sposób odwleka własną śmierć. Musiała coś wymyślić i to naprawdę szybko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Biały tygrys obserwował z krzaków znudzony, ale ciągle czujny i gotowy do ataku oddział brązowoskrzydłych Illi’andin. Cieszył się, że tyle czasu poświęcili na rozwijanie magicznego talentu Emi. Tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Gdyby nie to, byłoby już za późno. Wycofał się po cichu, wracając do miejsca, w którym zostawił zaniepokojonego Andre. Przyjął swoją ludzką postać. – Nic im nie jest, zdolna dziewczyna – stwierdził. – Rozciągnęła nad sobą i Jayem tarczę. Żołnierze nie mogą się przez nią przebić. Brat Emi spojrzał na niego niedowierzająco. – Ona? Tarczę? Przecież ona nie ma żadnego talentu… – Ma większy niż myślisz – uśmiechnął się Damien. – Nie udawaj, przecież świetnie wiesz kim był jej ojciec. – Wiem – syknął Andre z nienawiścią w głosie. – Był potworem, który zgwałcił moją matkę. Emi to jednak nie dotyczy. Ona nie jest nim! – W każdym razie to po nim odziedziczyła naszą magię. Jest naprawdę silna – mruknął z uznaniem – tylko jeszcze nie do końca potrafi nad tym panować. Zresztą sam zobaczysz, teraz nie mamy czasu na omawianie tego, co twoja siostra potrafi zrobić. Andre tylko skinął głową, nie komentując. Obydwoje, skradając się, podeszli do linii drzew. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają szans z całym oddziałem. Jedyną nadzieją, było odwrócenie ich uwagi i szybka ucieczka, ku znajdującym się w jaskini portalom. W pewnym momencie całą trawę ogarnął ogień, rozdmuchiwany przez coraz silniejszy wiatr. Wojownicy wznieśli się w powietrze. Na to tylko czekał Andre. Rozpętał się istny huragan. Damien, pod postacią białego tygrysa, podkradł się tuż pod otaczającą Emi i Jaya przezroczystą bańkę. Otaczające go płomienie w żaden sposób nie robiły mu krzywdy. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, Jay zawarczał groźnie. Damien przybrał swoją ludzką postać. – Nie mamy czasu – powiedział cicho – uspokój go, błagam! Jedyna szansa, że wyjdziemy z tego żywi, to portale. Emi skinęła głową. Bańka pękła, a ona chwyciła Jaya za rękę i zaczęli biec. Damien dotrzymywał im kroku. Przed samą jaskinią dołączył do nich Andre. Wojownicy wylądowali tuż za ich plecami. Wejście do groty ogarnęły płomienie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie powstrzymają ich na długo. Illi’andin popełnili podstawowy błąd i nie doceniając przeciwnika, nie zabrali ze sobą żadnego czarodzieja. Wiedzieli, że tak naprawdę, tylko dzięki temu udało im się przeżyć. Teraz stali w oświetlonej dziwnym, różnobarwnym światłem grocie a przed nimi znajdowało się siedem, emanujących kolorowym blaskiem portali. – Który? – spytał rzeczowo Damien, zwracając się do Emi. – Nie mam pojęcia – jęknęła dziewczyna. – Szybciej! – ponaglił ich Andre – zaraz tu będą! Damien przewrócił oczami i skoczył w pierwszy z brzegu, a cała trójka podążyła za nim. Rozdział XXVI Miejsce w którym się znaleźli, wyglądało jak Raj na Ziemi. Otoczona zielonymi wzgórzami dolina tętniła życiem. Na wschodzie widać było barwną tęczę. Kolorowe kwiaty bujnie porastały zieloną trawę. Krzewy owocowały setkami przeróżnych jagód, a drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Emi westchnęła z zachwytu. – Jak tu pięknie! – odezwała się zauroczona. – I pewnie równie niebezpiecznie – zdusił jej entuzjazm brat. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i postąpiła kilka kroków do przodu. Jay warknął. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, a w tym samym momencie, z bujnej trawy wyłoniły się jakieś stworzenia. Chowały się tam, zupełnie niewidoczne dla ich oczu. Bestie były olbrzymie, włochate, o nieco krowich pyskach. To nie były jednak zwierzęta, o czym świadczyły zgrabnie przycięte kawałki ubrań i pozaplatane na długiej sierści warkoczyki. Mieli też broń i teraz, w ich kierunku zwracały się złowrogo długie włócznie. – Jak śmiecie bezcześcić naszą ziemię? – odezwał się gromkim głosem, w zrozumiałych dla nich języku, jeden z nich. Wyglądał na starszego, ponieważ jego zwierzęca twarz była przyprószona siwizną. Skórzana toga, którą miał na sobie, przywodziła na myśl rzeźnicki fartuch. W dłoniach, zamiast drzewca włóczni, trzymał gruby, naznaczony sękami, kij. Emi poczuła, jak wszystkie mięśnie ciągle trzymającego ją Jaya, napinają się do walki. Do przodu wystąpił jednak Andre. – Nazywam się Andre Lucas Morrington, wraz z siostrą i dwójką przyjaciół przechodziliśmy przez portale i trafiliśmy tutaj przypadkiem – wyjaśnił pewnym głosem. Tamten lekko zmrużył zamglone oczy. Po chwili, jakby namysłu skinął głową. – Jeżeli nie macie nic na sumieniu, przejdźcie granicę kręgu – odezwał się stanowczo, wskazując porośnięty barwnymi kwiatami i niewielkimi, kolorowymi grzybkami obszar, w którego centrum stali. – Pojedynczo. Inaczej magia was zabije. Andre wzruszył ramionami, powtarzając wcześniejszy gest swojej siostry, a potem ruszył w kierunku postaci, które rozstąpiły się, robiąc mu przejście. Kiedy stanął między nimi, owłosione bestie opuściły broń. – Witaj w naszej krainie, Andre Lucasie Morringtonie, teraz jesteś naszym gościem, nie wrogiem – odezwał się jeden z wojowników. – Idź Jay – szepnęła cicho Emi, wiedząc, że i tak nie mają dużego wyboru, a nie wyczuwała wrogości od tych stworzeń, co dziwniejsze nawet, zdawała sobie sprawę, że są roślinożerne. Popchnęła go leciutko w kierunku Andre. Warknął na nią, ale posłuchał i po chwili stał już obok jej brata. Damien przewrócił oczami i ruszył w ślad za nim. Minął granicę grzybów, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jakby go nigdy tam nie było. Emi przerażonym wzrokiem spojrzała w smutne, zamglone oczy bestii z drewnianą laską, na zaskoczone oblicze Andre, a potem rzuciła się do miejsca, w którym zniknął Damien, by sama nigdy nie pojawić się po drugiej stronie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien rozejrzał się, a potem zaczął przeklinać. No cóż, tego właśnie przecież mógł się spodziewać. Zdawał sobie sprawę, że powinien o tym wiedzieć. To było w zakresie teorii, którą mu od dziecka wpajano. Gdyby tylko przykładał do niej odrobinę większą wagę… Cholerni szamani i ich magiczne kręgi! Wzdrygnął się na myśl o przypominających krowy na dwóch nogach, owłosionych bestiach. Zabił z zimną krwią niewinną istotę i to go tutaj ściągnęło, samego, z dala od przyjaciół. Stał na twardej, zabarwionej czerwienią skale, a dookoła niego rozciągało się zamglone pustkowie. Ani jedna roślina nie przebijała się przez twardy grunt. Nie żyło tu żadne zwierzę, a on sam, również pojawił się w tym miejscu, by go zabiło. Nagle, pojawiając się znikąd, upadł przy nim jakiś kształt. – Co do cholery?! – zapytał ni to siebie, ni to dziwnego pustkowia, a potem rozpoznał Emi. Natychmiast przypadł do dziewczyny, pomagając jej wstać. – Co ty tu robisz? – szepnął niedowierzająco. Dziewczyna pozbierała się z ziemi i rozejrzała dookoła, ignorując jego pytanie. – Gdzie my jesteśmy? – zadała swoje własne. – Pojęcia nie mam – przyznał niechętnie, z nienawiścią patrząc na czerwone, płaskie skały i niemal w tej samej barwie niebo. – Dlaczego nas rozdzielili? – spytała ponownie. Damien przecząco pokręcił głową. – To nie oni, to magia ich krainy – westchnął. Potem spojrzał na nią z zainteresowaniem. – Ja wiem czemu tu jestem, ale dlaczego ty się ze mną w tym miejscu znalazłaś? Żeby krąg cię nie przepuścił, trzeba kogoś z zimną krwią zabić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jednym, szybkim ruchem, Jay rzucił się ku miejscu, w którym zniknęła Emi. Zdezorientowany uchwycił tylko powietrze. Andre, z pobladłą twarzą wpatrywał się w przestrzeń. Nieświadomie sprawił, że na jego wyciągniętych dłoniach pojawiły się płomienie. – Co zrobiliście z moją siostrą? – spytał oskarżycielsko odzianego w skórę szamana. – My nic – odpowiedział mu smutnym głosem olbrzymich rozmiarów stwór – to magiczny krąg – wskazał na otaczające trawę grzyby – przepuszcza tylko istoty niewinne, które nie mają na sumieniu cudzej śmierci. – Emi nie skrzywdziłaby nawet muchy! – oznajmił Andre wściekłym głosem. – Gdzie ona jest?! – W miejscu, z którego nikt jeszcze nie wrócił, żeby móc o nim opowiedzieć – odparł ze szczerym żalem i współczuciem tamten. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Włóczyli się już od kilku godzin po skalistym, zabarwionym na czerwono, pustkowiu. Nie znaleźli nic, ani śladu czegokolwiek, dzięki czemu mogliby się z tego miejsca wydostać. Kiedy zaszło krwiste, niesamowite słońce, a niebo pociemniało, przybierając jeszcze groźniejszą barwę, powietrze ogarnął nieprzyjemny chłód. – Co robimy? – zapytała zrezygnowana Emi. – Nie mam pojęcia – przyznał szczerze Damien, rozważając czy powiedzieć dziewczynie, co w tym momencie bardziej go dręczy od faktu, że znaleźli się w jakiejś dziwnej, magicznej pułapce. Ostatecznie jednak zrezygnował. – Może odpoczniemy przez chwilę? – spytał siląc się na obojętny ton. – Przybiorę swoją drugą postać, to będzie wygodniej i cieplej – westchnął. Emi przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważając propozycję chłopaka, a potem po prostu skinęła głową, zbyt zmęczona, by odpowiadać. Postać Damiena zaczęła się rozmywać i przez krótki moment, w tym samym miejscu znaleźli się jasnowłosy młodzieniec i olbrzymi, biały tygrys. Później drapieżny kot podszedł do dziewczyny, w milczeniu układając się tuż przy jej nogach. Emi usiadła, opierając się plecami o śnieżnobiałą sierść. Zamknęła oczy, by niedługo potem zapaść w nieprzyjemny, przerywany sen.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To nie było normalne. Przecież on jest, on jest! Andre zabrakło nie tylko słów, ale i myśli. Siedział na niskim, drewnianym zydlu, ze stoickim spokojem przyglądając się wściekle warczącemu, chodzącemu w tę i z powrotem, po ciasnej chacie, Jayowi. – Naprawdę aż tak cię to obchodzi? – zapytał z zainteresowaniem. Wściekły wzrok czarnoskrzydłego po raz pierwszy zatrzymał się bezpośrednio na nim. Około godziny wcześniej, szamani z plemienia Quem di Dilligunt, tytułujący siebie „Wybrańcami Bogów”, zirytowani przemieszanym z ognistą furią, paniczny strachem chłopaka lli’andin sprawili, że Jay odzyskał swoją pamięć i zmysły. To jednak było poważnym błędem z ich strony. Rozszalały chłopak, zamiast się uspokoić, odzyskawszy swoje ja, wpadł tylko w jeszcze większą furię, niszcząc wszystko co spotkał na swojej drodze. Żeby go uspokoić, siły musieli połączyć wszyscy szamani, wojownicy i magowie, z tak naprawdę, pokojowo nastawionego plemienia. Teraz siedzieli tu, zamknięci i zapieczętowani magią, w drewnianej chacie, czekając na decyzję starszyzny tych pokrytych sierścią, o twarzach przypominających krowie, istot. – A ciebie nie? – syknął wściekle Jay. – Rozumiem, że możesz nas nienawidzić, ale to przecież twoja siostra! Jak możesz być taki spokojny?! Bursztynowe oczy błyszczały gniewnie. Obydwaj wiedzieli, że do walki między nimi jak dotąd nie doszło tylko z jednego, prostego powodu – Emi. – Wcale nie jestem spokojny – przyznał niemal obojętnie Andre. – Po prostu uważam, że siedząc tutaj, w żaden sposób im nie pomożemy. – Im? – zadrwił Jay, ale nie zdążył nic więcej odpowiedzieć, ponieważ drewniane, niezbyt wysokie drzwi, otworzyły się z wielkim hukiem, wpuszczając do pomieszczenia świeże, pachnące trawą powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien czuł, jak całe jego wnętrze płonie. Wpatrywał się uporczywie we wtuloną w jego śnieżną sierść dziewczynę. Nadal spała. Może to i lepiej… Teraz był pewien, że jeszcze trochę, może kilka godzin, a może nawet cały dzień, ale prędzej czy później zdradziłby swoich przyjaciół, byleby zaspokoić ten upiorny, palący wnętrzności głód. Co za ironia losu. Teraz, jak wielkie nie byłoby jego pragnienie, i tak nie miał pojęcia jak się stąd wydostać by móc je zaspokoić. Emi otworzyła karmelowe oczy. Przeciągnęła się. Ziewnęła. – Hej – przywitała się leciutko uśmiechając. – Mamy jakiś plan? – spytała ufnie. Odsunęła się od Damiena, a chłopak na powrót przybrał swoją ludzką postać. Zaniepokojona spojrzała w jego pobladłe oblicze. – Coś się stało? – spytała. – Nic – mruknął odwracając wzrok. – Chodźmy – rzucił pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, by odwrócić uwagę dziewczyny. Wstał z ziemi, a Emi niechętnie podążyła za jego przykładem. Szli przed siebie w milczeniu przez prawie godzinę. Damien czuł jak trawi go gorączka. Ignorował zmartwione, pytające spojrzenia dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że przyznanie się do tego co mu jest, oznaczało klęskę. To by było tak, jakby się poddał. Palące, czerwone promienie słońca, zaczęły rozmazywać się przed jego oczami. Zamiast twardych skał, zaczął widzieć jedynie zamglone światło. To co czuł, było nie do wytrzymania. Wiedział, że zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko zaspokoić ten okropny, rozrywający go na strzępy od środka, głód. Musiał iść, po prostu iść przed siebie. W końcu nie wytrzymał. Potknął się o jeden z leżących na szkarłatnym piasku, luźny odłamek skały. Przewrócił się i już nie miał siły wstać. Zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, walcząc z samym sobą, by z bezsilności, nie zrobić krzywdy, towarzyszącej mu Emi. Rozdział XXVII Jaskinia zalana była złowieszczym, zielonkawym światłem, a do tego te oczy… Były wszędzie. Płonęły w mroku obłędnym szkarłatem. Damien zaczął zastanawiać się czy umarł i znalazł się w otchłani. Ale nie, coś było nie tak. Pragnienie i ból sprawiały, że nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak właściwie się w tym miejscu znalazł. – Zjedzzzzmy go, na pewno będzie sssssmaczny – usłyszał chłodny, syczący głos. – Ani się waż! – warknął na niego młodszy, niemal dziecięcy głosik. – To ja ich znalazłem i są moi! – Taak? – zadrwił jeszcze inny. – A co z nimi zrobisz? Teraz dopiero w bladym, zielonym świetle, Damien zauważył leżące na skałach, zbielałe kości. Zmrużył oczy, z nadzieją, że zobaczy należące do tajemniczych głosów postacie, w dalszym ciągu widział jednak tylko płonący szkarłat. Nigdzie, w zasięgu wzroku, nie było również Emi. – Ona ładnie pachnie – przyznał ten brzmiący najmłodziej, jakby nieco zawstydzony. – Dosssssskonale, niech więcccc tutajjjj zosssssstanie. A jjjjjego mmmożemy zjjjjeść – odpowiedział syczący, stanowczo, jakby właśnie rozwiązał cały problem. – Kiedy ona nie chce – mruknął niechętnie jego rozmówca. Dwaj pozostali warknęli na niego nieprzyjaźnie, ale w tym momencie do nozdrzy Damiena dotarł kuszący, przyjemny zapach. Więc jednak tu była, pomyślał z uczuciem ulgi. W takim razie Jay go nie zabije, przyszło mu bez składnie do głowy, a potem ponownie stracił przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi przykucnęła przy leżącym bezwładnie, na dnie groty, chłopaku. Palcami przeczesała jego jasne włosy. Łagodnie dotknęła czoła by stwierdzić, że ma gorączkę. – Co się stało twojemu towarzyszowi? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem olbrzymi, włochaty pająk, podchodząc odrobinę bliżej. Dziewczyna westchnęła. Jakby bezwiednie zmierzwiła czarne, matowe i rozkudłane futro, porastające osadzony na ośmiu, długich nogach korpus. – Sądzę, że to substancje, które zażywał tak z nim robią – wyjaśniła smutno. – Teraz, kiedy mu ich brakuje, jego organizm domaga się więcej. Pająk spojrzał na nią zagadkowo. – Po tym jak wpuściłem mu swój jad, nie powinien niczego czuć – stwierdził. – A jednak on nawet się budzi. Co z nim nie tak? – Nnnnawet nnnie nnnadaje ssssssię do jjjjedzenia – syknął z mroku jaskini obrażony głos. – Mmmmoże, gddddyby udało ssssię oczyśccccić mu krew… – rozmarzył się na moment. Emi gwałtownie wstała. Spojrzała w ciemność. Jej karmelowe oczy spotkały się z wielkimi, błyszczącymi, szafirowymi ślepiami. – Mógłbyś to zrobić? – zapytała z nadzieją. – Nnnnie! – warknął stanowczo głos. – Wwwwasza mmmowa mnie mm męczy – syknął. – Mammmm dddość! Odwrócił się, a dziewczyna w nikłym, zielonym blasku, ujrzała długi, pokryty łuskami ogon. Potem na kamiennej posadzce zadudniły głuche kroki, wielkich łap. Emi nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim. Dogoniła go dopiero, po trzech zakrętach, wysokiego korytarza, z którego ściany porastał fosforyzujący, wydzielający zielone światło mech. – Zaczekaj, proszę! – spróbowała dotknąć olbrzymiego ogona, ale on zniknął w ciemnościach. Pobiegła znowu. Po chwili, za kolejnym zakrętem, oślepiło ja zbyt jasne, zabarwione czerwienią światło. Wybiegła na zawieszoną kilkaset metrów nad rozpadliną, skalną półkę. Nie spodziewając się tego i nie widząc krawędzi, zbyt późno zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. Nie zdążyła wyhamować. Strach ścisnął jej gardło. Zamknęła oczy, szykując się na niosący śmierć upadek. Poczuła na nadgarstku silny uścisk, a potem ktoś wciągnął ją z powrotem. Uniosła powieki, by spojrzeć prosto w rozgniewane, szafirowe oczy. Trzymająca ją dłoń boleśnie zaciskała się na jej ręce. – Powiedziałem nie! – warknął wściekle wysoki, ciemnowłosy chłopak. – Proszę… – szepnęła błagalnie Emi, próbując zignorować ból. Wreszcie ją puścił. Z brutalną siłą odepchnął w głąb jaskini. – Tutaj nie trafia się przypadkiem – syknął. – Nie znaleźliście się w tym miejscu bez przyczyny, więc nie widzę powodu, żeby wam pomagać – oznajmił drwiącym tonem. – Więc dlaczego ty tu jesteś? – spytała ponownie podchodząc do niego. – Hikaru, proszę… Roześmiał się. Tym razem już nie większe od jej własnych, szafirowe oczy zalśniły. Błysnęły w nich psotne iskierki. – Zbyt wiele tego, żebym miał wymieniać – oznajmił z zadowoleniem. – Poza tym to nie ja jestem tutaj uwięziony, tylko wy jesteście. Emi spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc. Spędzili niemal dwa dni bezładnie włócząc się po skalistej, pustej krainie. Nie było tu kompletnie niczego. Dopiero potem odnalazły ich pająki. Dziewczyna była przekonana, że gdyby nie doświadczenie z jej przyjacielem, Okazu, już dawno by nie żyła. Poza tym te stworzenia były zupełnie inne. Potrafiły rozmawiać, znały ludzki język. To nie były tylko zwierzęta. Poznała też mieszkającego z nimi Hikaru. Musiała przyznać, że olbrzymi, pokryty czarną, pochłaniającą światło łuską, smok, wywarł na niej piorunujące wrażenie. Z pewnością jednak diametralnie inne od tego, jakiego się spodziewał. – Chcesz powiedzieć, że wiesz jak stąd wyjść? – upewniła się wpatrując się w niego intensywnie. – Oczywiście, że tak – uśmiechnął się przekornie chłopak. – Pomóż mojemu przyjacielowi – poprosiła, ponownie zmieniając temat. Chłopak odwrócił się do niej plecami i usiadł na samym brzegu skalnej półki, spuszczając nogi, tak, że obute w wysokie, skórzane buty stopy, zwisały beztrosko nad przepaścią. – Niby dlaczego bym miał? – zapytał nie patrząc na nią. – A dlaczego nie? – spytała, stając tuż za jego plecami. Starała się mówić spokojnie, ale Hikaru irytował ją coraz bardziej. Nie potrafiła rozgryźć jego motywów, więc nie miała pojęcia, jak mogłaby go przekonać. Wiedziała tylko jedno, nie poradzą sobie bez jego pomocy. – Nudzę się – oznajmił rozbrajająco. – Jeżeli stąd odejdziecie, na pewno nie zrobi się ciekawiej. A w ten sposób twój przyjaciel umrze, a ty zostaniesz ze mną. – Zostanę z tobą – powzięła decyzję Emi – zrobię, co będziesz chciał, tylko najpierw nam pomóż. Hikaru się odwrócił. Jego szafirowe oczy rozbłysły. Dziewczyna słyszała o jego gatunku przeróżne opowieści. Fakty zgadzały się lub nie, jedno jednak pozostawało niezmienne. Umowa ze smokiem nigdy nie wróżyła niczego dobrego. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył oczy. Wpatrywały się w niego czerwone ślepia, należące do… Chłopak gwałtownie usiadł, co przypłacił zawrotem głowy. Całym sobą nienawidził pająków, a to co nad nim stało, było olbrzymie! Monstrualne! Stworzenie fuknęło, szczerząc swoje ostre, jadowe kły. Mimo palącego go wewnątrz głodu, Illi’andin zaczął zbierać w sobie całą dostępną mu jeszcze magię. – Fukkura, przestań straszyć mojego przyjaciela – Damien usłyszał ganiący głos Emi. Pająk posłusznie, jakby odrobinę zawstydzony, wycofał się, żeby przepuścić dziewczynę. Emi przykucnęła, odgarniając mu z czoła jasne włosy, ale on kompletnie nie zwracał już na nią uwagi. Wpatrywał się niedowierzająco, w to co było za nią. Wiedział, że to nie możliwe i musi mieć spowodowane głodem narkotykowym halucynacje. Za plecami dziewczyny stał z założonymi rękoma i ze znudzonym wyrazem twarzy, najprawdziwszy w świecie smok. Mimo, że przybrał ludzką postać, szafirowe, długowieczne oczy mówiły same za siebie. Damien nie wiedział czy śmiać się czy płakać, a był już taki pewien, że nie może przydarzyć się im nic gorszego… Ciemnowłosy chłopak podszedł do niego bliżej. Ubrany był praktycznie, w skórzany, myśliwski strój. Włosy, dla wygody, ścięte miał niemal przy samej skórze. Był wysoki i szczupły, a cerę miał porcelanowo wręcz bladą, prawie tak jak Emi. Damien mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądał w swojej prawdziwej postaci. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Ukucnął przy Emi. Położył dłoń, na jej, dotykającej Damiena dłoni. – To cię będzie drogo kosztować – mruknął z satysfakcją, a potem Damien nie usłyszał już niczego więcej, ponieważ ponownie odpłynął w ciemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ból, który czuł, był nieporównywalny z niczym innym. Całe jego ciało, każda nawet najdrobniejsza komórka, paliły. Przestał oddychać, przestał mieć możliwość oddychania. Gdyby nie ten piekielny, płomienny ból, byłby pewien, że umarł. Świat przestał istnieć, a potem w jednym momencie wszystko wróciło. Puls, oddech, własne ciało. Damien był pewny, że ktoś go ukarał, każąc mu dalej żyć. – Coś ty mu do cholery zrobił?! – wrzasnęła histerycznie, pełnym pretensji głosem Emi. Hikaru roześmiał się podłym śmiechem. – To czego sobie życzyłaś – odpowiedział rozbawiony. – Teraz jest czysty, zupełnie jakby nigdy niczego nie zażywał. Na chwilę zabrałem mu krew i wymieniłem na nową – sprostował. Karmelowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia i zgrozy. – Przecież to powinno go zabić – westchnęła. – Istniała taka możliwość – przyznał lekkim tonem. – Przecież nie twierdziłem, że potrafię to zrobić, tylko, że może mi się udać. – Ty draniu! – warknęła na niego Emi, rzucając się na chłopaka z pięściami. Brutalnie chwycił jej ręce, łapiąc je w nadgarstkach i unieruchamiając. Znowu się śmiał. – Udało się, więc o co ci chodzi? – zapytał odrobinę poważniejąc. Syknęła, próbując się wyrwać z jego uścisku. – Jesteś coraz zabawniejsza – zamruczał. Powietrze między nimi przecięła błękitna błyskawica. Zaskoczony Hikaru odskoczył od dziewczyny. Szafirowe oczy zapłonęły gniewem, kiedy zorientował się skąd przyszedł ten nagły atak. Jednym susem przyskoczył do chwiejnie wstającego z podłogi Damiena. – Nie, Hikaru! Obiecałeś! – zaprotestowała Emi. Chłopak cofnął się. Zasyczał. – Jeżeli jeszcze raz się wtrąci, to przyrzekam, że go zabiję – warknął do dziewczyny, a potem nie odwracając się za siebie, opuścił grotę. Rozdział XXVIII Andre już od pierwszej minuty nienawidził tego lasu. Teraz, kiedy musiał czołgać się na brzuchu, pod nisko zwisającymi gałęziami młodych świerków, nie cierpiał go jeszcze bardziej. Czuł się jak w koszmarze. Do tego nie mógł znieść towarzystwa tego przeklętego Illi’andin. Ba! Nie tolerowałby go nawet, gdyby tamten był człowiekiem, bo w zupełności wystarczyłby sam fakt, że jest chłopakiem jego młodszej siostry, z czym Andre naprawdę nie potrafił się pogodzić. No i jeszcze pozostawała kwestia Damiena… Nieprzyjemne uczucie zazdrości pojawiło się w myślach chłopaka, uczucie, które ze wszystkich sił próbował w sobie zgasić. Leżący obok, na ściółce leśnej Jay, klepnął go w ramię, nakazując milczenie. Dopiero po chwili Andre usłyszał ciche kroki wprawnych łowców. Uciekli przy pomocy wywołanego magią żywiołów zamieszania, ale najwyraźniej po rozróbie, którą urządził im Illi’andin, plemię istot o krowich pyskach nie zamierzało odpuścić. Mimo, że patrzyli na siebie nawzajem z wrogością i nienawiścią, byli sprzymierzeńcami, łączył ich jeden, wspólny cel – odnaleźć Emi i Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ W jaskini było chłodno, a zielonkawa poświata mchu, zaczynała przyprawiać o mdłości. Dziewczyna była bardzo blada i marzyła teraz tylko o tym, żeby znów zobaczyć księżyc i słońce. Zniechęcona usiadła na przygotowanym dla niej przez Fukkurę, miękkim sienniku. Damien wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał przejrzeć dziewczynę na wylot. – Umowa Emi, jaką zawarłaś z nim umowę? – To bez znaczenia – odpowiedziała cicho, uciekając przed jego wzrokiem. – To ma znaczenie! Piekielnie duże znaczenie! – warknął na nią. – On jest pieprzonym smokiem, a ty stałaś się jego zabawką! Brązowe, lekko rozczochrane włosy zakrywały teraz Emi niemal całą twarz. Obdarzyła przyjaciela bladym uśmiechem. – Gdyby nam nie pomógł, to byś tu umarł – stwierdziła stanowczo. – Nie miałam wyboru. – I tak jestem już martwy – powiedział ze złością. – Jay mnie zabije, kiedy się o tym dowie! W końcu przestał chodzić w kółko i usiadł obok niej na ułożonym z miękkiego, suchego mchu, sienniku. Emi przytuliła się do niego, oplatając się jego ramieniem. – On nam pomoże się stąd wydostać – mruknęła cicho. – Obiecał. – Och, w to nie wątpię… Tylko za jaką cenę… – westchnął zbolałym głosem Damien. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czujny, niespokojny sen, przyniósł Jayowi niewiele odpoczynku. Tak bardzo tęsknił za Emi! Nie mógł znieść myśli, że coś mogło jej się stać. Do tego ten sen… Chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Jego Emi, jego roztrzepana kotka, w objęciach kogoś zupełnie innego. Stała, opierając się plecami, o szczupłego, wysokiego chłopaka o szafirowych oczach, a on oplatał ją swoimi ramionami. Ta wizja była dla Jaya zwyczajnie nie do zniesienia. Jednak w jego śnie było coś jeszcze. Jakby wiadomość. Srebrna, ulotna poświata i szmaragdowe jezioro. Chłopak usiadł, otrząsając się z resztek nieprzyjemnego snu. Andre, który pełnił ostatnią wartę, obdarzył go niechętnym spojrzeniem. Jay spochmurniał jeszcze bardziej. – Śniła mi się Emi – mruknął zdawkowo. Andre zamrugał. Teraz jego spojrzenie było naprawdę zaniepokojone. – Mi też – przyznał. – Była tam moja siostra i jakiś nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że chcą, żebyśmy odnaleźli jezioro. Jay z trudem powstrzymał warknięcie. Więc jednak jego wizja była realna, a koszmar stawał się rzeczywistością. To jednak w tej chwili nie miało znaczenia. Najpierw musiał ją odnaleźć i upewnić się, że jest bezpieczna. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała, ufnie oparta plecami o Hikaru. Teraz odsunęła się od niego, wpatrując się w intensywnie szafirowe oczy chłopaka. Damien nie miał racji. Może i Hikaru był smokiem, ale na pewno nie zamierzał jej oszukać. Nie znała jego pobudek, jednak jak do tej pory, zrobił znacznie więcej niż jej obiecał. Mimo, że bardzo irytowało ją zachowanie chłopaka, powoli zaczynała mu ufać. – Myślisz, że zadziałało? – spytała z nadzieją. Skinął głową, z lekko rozbawionym wyrazem twarzy. – O tak, możesz być tego pewna. – Więc zabierzesz nas do nich? Ponownie przytaknął. – Jeżeli tylko twoim przyjaciołom uda się dotrzeć do jeziora, to i my tam będziemy – oznajmił z kąśliwym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust. – Później zastanowimy się, co zrobić z wami dalej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ten lot był niesamowity! Zupełnie inny niż w objęciach Jaya. Szczelnie otulona skórzaną, myśliwską kurtką Emi, siedziała na pokrytym czarnymi łuskami grzbiecie. Tuż za nią, z pobladłą, niemal zieloną twarzą, znajdował się Damien. Chłopak kurczowo obejmował ją w pasie i widać było po nim, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Rozmiary Hikaru, pod postacią smoka były ogromne, a do tego był wspaniały, dostojny i piękny. Czarne, lśniące łuski, masa wyrobionych mięśni i olbrzymi, pełen niebezpiecznych zębów pysk. Zarówno Emi, jaki Damien zdawali sobie sprawę, że smok byłby w stanie zabić ich jednym machnięciem ogromnego ogona, kiedy jednak ujrzeli go na tle czerwonego nieba, żadne z nich nie mogło oderwać od jego postaci wzroku. Szafirowe oczy hipnotyzowały, porywając w swoją kuszącą głębię. Dziewczyna widziała jego sylwetkę już wcześniej, ale w mętnym, wydzielanym przez mech, zielonym świetle, nie była aż tak imponująca jak na zewnątrz. Teraz, swojego zachwytu, nie potrafiłaby opisać zwykłymi słowami. Ten lot, to, że ich ze sobą zabrał, zdaniem Emi było po prostu cudowne. Pragnęła rozkoszować się każdą, wspaniałą chwilą. Po prawie trzech godzinach, wreszcie dotarli do celu, a był nim niewielki, czarny punkt, unoszący się wysoko pod czerwonym niebem – jedyne wyjście z tej pustynnej krainy. Dziewczyna zadrżała, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gdyby nie pomoc pająków i Hikaru, prawdopodobnie nigdy by stamtąd nie wyszli. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Szmaragdowe jezioro, na którego brzegu się znaleźli, było naprawdę piękne. Woda w nim była tak przejrzysta, że bez trudu można było ujrzeć piaszczyste dno. Jaya jednak nie interesował wspaniały widok, ani ten, ani żaden inny. Właściwie niewiele go teraz interesowało. Stał, z całej siły zaciskając pięści i z trudem panując nad własnym gniewem. Mimo, że zarówno on jak i Andre, w jakiś tajemniczy sposób, podświadomie wiedzieli, którędy iść, to trafienie nad jezioro, wcale nie okazało się rzeczą łatwą. Co chwila musieli wymijać stworzone przez istoty z krowimi pyskami patrole, które zostały wysłane zapewne po to, by w ich poszukiwaniu przeczesać las. W końcu jednak dotarli. Byli tutaj, a teraz… nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Czarnoskrzydły z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w dziejącą się nad jeziorem, sielankową scenę. Emi, w czymś białym, co pod wpływem wody zrobiło się niemal przezroczyste, z piskiem uciekała przed ochlapującym ją wodą, wysokim chłopakiem. Tym samym, którego widział w swoim śnie. Rozciągnięty na trawie Damien przyglądał im się z nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Lekko zdyszany Andre, któremu wreszcie udało się dogonić gnającego niczym wicher Jaya, wypadł na polanę. On również przystanął nieco zaskoczony, ale już po chwili otrząsnął się i zaczął wołać imię swojej siostry. Rozchichotana dziewczyna podniosła głowę, a kiedy ich tylko zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w ich stronę, brodząc po kostki w szmaragdowej wodzie. Wpadła z impetem w wyciągnięte ramiona brata, a Andre przytulił ją do siebie opiekuńczo. – Nic ci nie jest? – zapytał jej na wszelki wypadek. Emi przecząco pokręciła głową, wyplatając się z jego uścisku. Teraz stanęła naprzeciwko Jaya, który w tym momencie nie był zdolny zrobić ani jednego kroku. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć, ale wtedy za jej plecami pojawił się Damien, wraz z nieznajomym. Chłopak stanął tuż za nią, a wtedy Jay instynktownie się cofnął. Emi opuściła dłoń. Miała zmartwiony wyraz twarzy. – To Hikaru – przedstawiła swojego towarzysza, nie dodając niczego więcej. – Poznaj mojego brata Andre i przyjaciela Jaya. Chłopak skinął im na powitanie głową, jakby pozostając w bezpiecznej odległości, wciąż za plecami Emi. Słowo „przyjaciel” zabolało Jaya do żywego. Było jak zimny prysznic. Do tej pory był przekonany, że są kimś więcej niż przyjaciółmi, kimś znacznie więcej. Wściekłość i zazdrość mieszały się w jego umyśle w jedno, próbując wydostać się rwącą, niebezpieczną rzeką. Chciał coś powiedzieć, ale zobaczył panikę w oczach Damiena. Zbyt długo i zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, żeby zignorować tak wyraźny sygnał, więc z trudem się powstrzymał, zmuszając do milczenia. – Czy to już wszyscy? – zapytał Hikaru, jakby się upewniając. – Tak – odpowiedziała mu spokojnie Emi. – Doskonale – mruknął w odpowiedzi, a jego przystojną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek. – W takim razie wynośmy się stąd. Potem cała ziemia zawirowała, uciekając Jayowi spod stóp. Uderzył go silny pęd powietrza. Zaniepokojony rzucił się w kierunku Emi, ale dziewczyny już tam nie było. Właściwie, to nie było tutaj niczego. Miejsce, w którym się znalazł, unosiło się, w zabarwionej fioletowymi cieniami, pustce. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Unosili się w powietrzu, a jednocześnie stali na twardym gruncie. Hikaru usiadł po turecku, w zabarwionym fioletowymi cieniami powietrzu. Emi spojrzała po zaniepokojonych twarzach przyjaciół, a potem wzruszyła ramionami i śladem chłopaka usiadła, podkulając pod siebie nogi i oplatając je ramionami. Nie miała pojęcia co to za miejsce, ale była pewna jednego – jest tutaj bezpiecznie, inaczej Hikaru by go przecież nie wybrał. Niepokoiła się tylko o to, co stało się z Jayem, ale cieszyło ją, że najwyraźniej był już sobą, szkoda tylko, że z jakiejś przyczyny bardzo niezadowolonym sobą. Damien niechętnie dołączył do nich, a ślad za nim podążyli nieco zdezorientowani Andre i Jay, z czego ten pierwszy, bez ustanku wodził zaniepokojonym spojrzeniem karmelowych oczu za Damienem. – Gdzie my jesteśmy? – zapytał chłodno brat Emi. – W miejscu poza czasem – wzruszył ramionami najwyraźniej świetnie się bawiący Hikaru. – Czemu tu jesteśmy? – drążył dalej ostrym głosem Andre. – Ponieważ nas tu przeniosłem – uśmiechnął się leniwie smok. – Dlaczego… – zaczął znowu czarodziej, a jego karmelowe oczy błyszczały z irytacji i niepokoju. – Przestańcie! – przerwała im Emi. – Jesteśmy tutaj, ponieważ Hikaru chce nam pomóc. Przedstawiłam mu naszą sytuację. – Niby dlaczego miałby chcieć nam pomagać? – zainteresował się Jay, starannie omijając Emi wzrokiem. Coś było nie tak, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu, ani co z tym zrobić. Błagalnie spojrzała na Jaya, który zupełnie ją zignorował. – Bo mu się nudziło – wtrącił się do rozmowy ponurym głosem Damien. – Co się w ogóle z wami działo? Gdzie byliście? Po waszym zniknięciu Jay rozpętał prawdziwe piekło i do tej pory nas ścigają ci krowio-ludzie – zaznaczył pełnym pretensji tonem Andre. – Bardzo też chciałbym się dowiedzieć, kogo zabiła z zimną krwią moja siostra, żeby się tam znaleźć, o ile to co słyszeliśmy było prawdą – mruknął pełnym nagany głosem starszego brata. Emi skuliła się jeszcze bardziej, a brązowe, lekko rozczochrane i przybrudzone włosy, zasłoniły jej niemal całą twarz. Wpatrywała się teraz w tańczące w pustce, fioletowe cienie. – Wolałabym o tym nie mówić – szepnęła błagalnie. Hikaru przyglądał im się z zainteresowaniem. Jego spojrzenie leniwie wodziło po ich twarzach, w kącikach ust chłopaka pojawił się ironiczny, drwiący uśmiech. – Obserwowanie was było ciekawe… z początku… ale teraz robicie się już nudni – stwierdził rozbawiony – dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam kilka spraw. Magia nie jest doskonała – zaczął, wyciągając przed siebie nogi i podpierając się rękami o nieistniejące podłoże. – Czasami traktuje rzeczy zbyt dosłownie i nawet takie spłoszone, pełne dobrych intencji coś, jak twoja siostra obrywa – zwrócił się do Andre. – Hej! – zaprotestowała Emi. Chłopak roześmiał się, a ona doskonale wiedziała, jak bardzo polubił ją irytować. – No co? Czyżbym nie miał racji? – zwrócił się do niej w dalszym ciągu rozbawiony. – Nie zabiłaś w dobrej intencji? Szkarłatna planeta to miejsce zesłania dla wszelkiej maści przestępców i czarnych charakterów, nie znalazłaś się tam bez powodu. – Więc czemu magia mnie również tam nie zabrała? – warknął Jay, jakby stając w obronie dziewczyny. – Poluję niemal od zawsze, zabijam, a to ona, z powodu zabicia głupiej sarny, się tam znalazła! Dlaczego nie ja?!  Hikaru przewrócił oczami, spojrzał na Jaya jakby był małym dzieckiem, a raczej, konkretniej rzecz ujmując, kłopotliwym, przygłupim smarkaczem. – To proste. Jesteś Illi’andin. Polujesz, żeby przeżyć. Nie robisz tego dla zabawy. Nigdy, nikogo, ani niczego nie zabiłeś bez powodu, z zimną krwią – wyjaśnił cierpliwie. – Ona musiała to zrobić. – Miała powód – oznajmił ostro czarnoskrzydły. – Uratowała setki niewinnych dusz, poświęcając za nie jedno życie! Coraz bardziej zainteresowani Andre i Damien spojrzeli na niego zaskoczeni, przenosząc swoje spojrzenia na bladą twarz Emi. – Nikt nie powiedział, że magia będzie sprawiedliwa – stwierdził pojednawczym głosem Hikaru. – Co do niego natomiast – wskazał podbródkiem w kierunku Damiena – to zwykły morderca i gdyby Emi mnie tak ślicznie nie prosiła – uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem do dziewczyny – w życiu bym mu nie pomógł. W każdym razie – kontynuował ignorując to, że zarówno spojrzenie Emi, jak i Jaya, pytająco zwróciło się w kierunku Damiena i tylko Andre, z całej siły, starał się odwrócić wzrok – nie jesteśmy tu po to, żeby opowiadać sobie mrożące krew w żyłach historie. Obiecałem, że wam pomogę i zamierzam dotrzymać słowa. Nie będzie to jednak zabawa w ucieczkę i ukrywanie się przed światem po wszeczasy – stwierdził szczerząc zęby w uśmiechu. – Mam pewien plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zerwał się z miejsca. Plan nieznajomego był czystym wariactwem i pod żadnym pozorem nie mógł być brany pod uwagę! Ani teraz, ani nigdy. – To niedorzeczne! – oznajmił rozgniewany. – Tracimy czas – dodał ostro. – Usiądź – mruknął uspakajająco Damien. – Właściwie, moim zdaniem to mogłoby się udać. Mimo, że sam pomysł jest dość szalony, to zawiera w sobie nieco logiki. – Logiki? – burknął Andre. – Niby gdzie?! On proponuje frontalny atak i podporządkowanie sobie całej szkoły! – wykrzyknął. – Widzisz jakiś inny sposób, na to, żebyśmy mogli tam wrócić? – spytał ponuro Damien. – Bo ja nie. Zresztą mamy pewną przewagę i asa w rękawie – uśmiechnął się gorzko. – Róbcie co chcecie, ja zabieram moją siostrę i wracam do szkoły – zagroził chłopak. – Nie pozwolę ci na to – odezwał się chłodnym głosem, milczący do tej pory Jay. – Zabiją ją, jeżeli się tam pojawi. Damien poruszył się. Spojrzał prosto w karmelowe oczy Andre. – Nie zastanowiło cię, dlaczego jeszcze nie jestem na głodzie narkotykowym? – spytał prosto z mostu. Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, jakby do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Damien uśmiechnął się ponuro. – Hikaru znalazł sposób, żeby oczyścić moją krew – wyjaśnił. – Jeżeli zgodzi się pomóc arystokratom, będziemy mieli ośmiu silnych sprzymierzeńców. Nie wydaje mi się też, żeby innym podobał się obecny stan rzeczy. Jestem pewien, że z przyjemnością się zbuntują. – A co z czarodziejami? – spytał nieco mniej pewnie brat Emi. – W tym już będzie twoja rola – uśmiechnął się odrobinę mniej ponuro Damien. – Hikaru – zwrócił się do rozpartego wygodnie, w pełnej fioletowych cieni pustce, smoka – pokaż mu, co ich przekona. Rozdział XXIX Jeffrey niespokojnym krokiem chodził po bogato zdobionym pokoju. Jego nienaganne zwykle ubranie było teraz wygniecione i nieco brudne, a jasne pukle włosów, zamiast układać się w drobne loki, sterczały na wszystkie strony. To przez tego cholernego głupca teraz cierpiał. Konsekwencje ucieczki Damiena Hayazaki ponosili oni wszyscy. Gdyby tylko potrafił udzielić odpowiedzi na zadawane mu pytania… Zrobiłby to bez najmniejszego wahania! Ale jak miał zdradzić coś, czego zwyczajnie nie wiedział?! Nagle odwrócił się w stronę wielkiego, zajmującego niemal całą ścianę okna. Katem oka dostrzegł prześlizgujący się za grubą zasłoną cień. Wstrzymując powietrze, zaczął zbierać w sobie magię. Wystarczyłoby jedno jego słowo… Nie zdążył. Coś gwałtownie spadło na niego, przewracając go na ziemię i przygniatając jego twarz do grubego, jasnego dywanu. Potem ucisk zelżał, jakby napastnik nagle gwałtownie stracił na wadze. Jeffrey z trudem odwrócił głowę. Zamrugał niedowierzająco. – Damien? – zapytał zaskoczony. – Teraz będziesz milczał i posłuchasz co mam do powiedzenia – wyjaśnił siedzący na nim chłopak, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Potem jego błękitne oczy rozbłysły. – Jeżeli jednak w międzyczasie odezwiesz się chociaż słowem… – zamruczał, z premedytacją pokazując Jeffreyowi niedwuznaczny gest. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było czyste szaleństwo, a oni to doskonale rozumieli. Rozumieli i… godzili się na to! Tylko właściwie jaki mieli wybór? Lepsza była wieczna niewola czy śmierć? Plan, który przedstawił im Damien Hayazaki dawał to, czego w życiu potrzebowali najbardziej – nadzieję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać współpracowanie z ludźmi. Zresztą magowie wcale nie byli w lepszej sytuacji. Ich siostry, przyjaciółki, dziewczyny, wszystkie one były zagrożone poprzez nieprzemyślane działanie sojuszu. Zmuszanie młodych czarodziejek do zaplanowanych przez rodziny małżeństw z chłopcami Ili’andin było wystarczającym powodem do buntu. Było cienką nicią, która mogła zmusić ich do współpracy. Teraz, na skraju lasu, na polanie nad jeziorem, pojawili się wszyscy, bez wyjątku. Stała tu cała ósemka, uczęszczających do szkoły w czarnej wieży, arystokratów Illi’andin. Z nienawiścią i rezygnacją obserwowali stojącego w blasku trzech księżyców Damiena, ale w ich spojrzeniach było jednocześnie coś innego. Na wymęczonych tygodniami podawania serum prawdy i różnych innych narkotyków twarzach, malowała się nadzieja. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wykończony Hikaru opadł na trawę. Nie chciał, żeby którekolwiek z nich wiedziało, jak wiele własnej siły kosztowało go oczyszczenie krwi arystokratów. Czuł się wśród nich dziwnie nie na miejscu i to co miało być rozrywką, zmieniało się w niechętny przymus. W powietrzu zaczął się unosić przyjemny, lekki zapach. Nawet nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto znalazł się w pobliżu. – Ilu z nich przeżyło? – spytała siadając na trawie. – Pięciu – odpowiedział smok – a to i tak nieźle. Mieli szczęście. Dziewczyna skinęła głową, co bardziej wyczuł niż zobaczył. Wiedział też, że jest smutna, ale zdeterminowana. Poczuł ukłucie dziwnej przykrości, na myśl, że za chwilę zgasi cały jej zapał. – Wracam do domu – oznajmił siadając. Emi spojrzała na niego zdezorientowana. Zamrugała, przez co jej duże, karmelowe oczy stały się jeszcze większe. – Nie możesz! Przecież obiecałeś! – wyjaśniła niczym ufne, małe dziecko. Chłopak zawahał się przez chwilę. – Najpierw zabiorę was tam, dokąd będziecie chcieli – oznajmił niezbyt chętnie. – I nie martw się, skoro to ja rezygnuję, nasza umowa jest nieważna. Dziewczyna gwałtownie zerwała się z trawy. – To ty rozpocząłeś naszą wojnę, ale z tobą, czy bez ciebie – odezwała się gorączkowo – my ją dokończymy! Potem odwróciła się i po prostu uciekła, znikając między drzewami, niczym rusałka. Hikaru z westchnieniem opadł na trawę. To, co kłębiło się w jego wnętrzu, to było coś zupełnie nowego. Innego, niż znał do tej pory. Na dodatek wcale, a wcale mu się to nie podobało. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drogi Pamiętniku, tego dnia rozpętała się wielka bitwa. Magowie walczyli ramię w ramię z Illi’andin. Nie chcieliśmy takiego losu, nikt nie chciał, ale każde z nas rozumiało, że nie mamy innego wyjścia. Naszym założeniem było pokojowe przeprowadzenie do portali wszystkich tych, którzy nie popierali naszych idei. To jednak się nie udało. Nauczyciele z czarnej wieży wezwali na pomoc garnizon z Morven. Umierali zarówno czarodzieje, jak i Illi’andin, a ja drżałam ze strachu o życie najbliższych. Wszystko wskazywało na to, że przegramy, a oni, mściwie pozabijają nas wszystkich. Wtedy jednak okazało się, że Hikaru został. Do tej pory zadaję sobie pytanie, co nim kierowało. Ze smokiem nawet wojownicy Illi’andin nie mieli szans. Szalę zwycięstwa na naszą stronę ostatecznie przechyliły leśne zwierzęta, które tłumnie zebrały się na skraju Anduriańskiej Puszczy, by nas wspomóc. Ostatecznie wszyscy nauczyciele i niechętni nam uczniowie Białego Pałacu, zostali wygnani z Dareshii, a prowadzące do zewnętrznego świata portale, zostały zniszczone. Żaden Illi’andin nie odważył się opuścić niewielkiej planety. Dla nich nie było odwrotu. Każdego z nich czekałaby śmierć.  Siedząca, pod rozłożystym dębem, Emi podniosła głowę znad trzymanego na kolanach zeszytu. Spojrzała w bursztynowe oczy stojącego nad nią Jaya. – Uspokoili się? – spytała posępnie, z góry przewidując odpowiedź. Chłopak prychnął. – Nie ma na to najmniejszych szans. Illi’andin i ludzie zawarli sojusz. Łączy nas wspólny wróg, ale nie ta dwójka – mruknął cierpiętniczo. – Damien i Andre prędzej się pozabijają niż którykolwiek z nich odpuści. – Doskonale – Emi przewróciła oczami. – W takim razie ja walnę w łeb mojego głupiego brata, a ty zajmiesz się Damienem. Jay uśmiechnął się do dziewczyny, ale jego uśmiech natychmiast zrzedł, bo właśnie tuż przy nim, spomiędzy drzew, wysunęła się szczupła sylwetka Hikaru. Smok zupełnie zignorował chłopaka. – Skoro już po wszystkim, to się zbieramy – oznajmił rozkazującym tonem, zwracając się do Emi. – Chcę wracać do domu. Dziewczyna przepraszająco spojrzała na Jaya, a potem powoli wstała ze swojego miejsca pod drzewem. Obietnica to obietnica, a ona wiedziała, jak niebezpiecznym by było nie dotrzymanie swojej. W końcu Hikaru wywiązał się ze swojej części umowy, został i im pomógł. Czarne skrzydła Jaya rozpostarły się w niemym proteście. – Zbieramy? Idziesz z nim? – spytał zaskoczony i rozczarowany. Emi spuściła głowę, tak, że długie, brązowe włosy, zasłoniły kurtyną jej twarz i karmelowe oczy. – Taką mieliśmy umowę – przyznała cicho. – Więc ty i on nie… – zaczął Jay, którego umysł jakby się przebudził ze snu i otępienia, a uczucia i nadzieja wydostały się spod gęstej, zasnuwającej je mgły. Jakoś dopiero teraz do niego dotarło, że to przecież jego Emi i ona nigdy by… Stojący podpierając się pod boki Hikaru, ziewnął przeciągle. Wyglądał na mocno znudzonego. – Chciałem, żebyś tak myślał – wyjaśnił spokojnie – to ułatwiało sprawę. No cóż, może w ten sposób będzie zabawniej. Emi, zabieraj swoje rzeczy i idziemy – zwrócił się rozkazująco do dziewczyny. Jay bez chwili wahania chwycił miecz, który bez przerwy nosił w pochwie, przy pasie, od czasu rozpoczęcia się walk. – Przestań! Odłóż to! – zażądała dziewczyna, ale on kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Hikaru roześmiał się, bez trudu unikając pierwszego, szybkiego ciosu. Potem się przemienił. Olbrzymie, czarne cielsko smoka, ledwo mieściło się na polanie, między pojedynczymi drzewami. – Nie! Przestańcie! – ponownie zaprotestowała dziewczyna. Wielki, twardy, ciemny ogon powalił ją na ziemię. Czarnoskrzydły wzbił się w powietrze, próbując zaatakować z wysokości, ale zaraz za nim wzleciał ku niebu, coraz mniej rozbawiony, a bardziej wkurzony smok. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To co rozpętało się w powietrzu, było niesamowite. Przyglądająca się z trawy Emi, widziała na niebie tylko czarne, zamazane smugi. Nie mogła zrozumieć jakim cudem, olbrzymich rozmiarów smok, potrafił poruszać się z taką prędkością?! Po chwili otępiałego zaskoczenia, jej umysł zaczął pracować aż nazbyt sprawnie. Wielką falą zaczęła zalewać ją panika. Jay! Przecież Hikaru go zabije! Może i czarnoskrzydły był wojownikiem, ale ze smokiem z pewnością nie miał szans. „Damien! Damien!” – zaczęła rozpaczliwie wołać w myślach, próbując odnaleźć wyblakłą nić połączenia, które kiedyś, gdy wspólnie ratowali Jaya, pomiędzy nimi powstało. O dziwo zadziałało, bo już po chwili, na niewielką polanę, wpadł śnieżnobiały tygrys. Przybrał swoją ludzką postać, bez zbędnych pytań, sam orientując się w sytuacji. – Cholera! Czy oni powariowali?! – zapytał z ciągle uniesioną ku niebu głową. – Hikaru jakoś wpłynął na umysł Jaya i Jay się wkurzył – wyjaśniła pokrótce Emi, również nie odrywając wzroku od toczącej się w górze bitwy. – Do tego nie chciał pozwolić, żebym z nim poszła – dodała nieco ciszej. – Musimy to przerwać, on go zabije – zdecydował zupełnie już spokojnym głosem, zrezygnowany Damien. Chłopak podszedł ku podnoszącej się z trawy dziewczynie. Spojrzała na niego pytająco. – Jak chcesz to zrobić? Wzruszył ramionami. – Nie mam jeszcze do końca pojęcia, ale potrzebny nam drugi smok… – wytłumaczył niezbyt jasno. – Pomożesz mi? Emi skinęła głową. – Co mam robić? – Pożycz mi swoją magię, sam nie dam rady – mruknął. – Tak jak robiliśmy to już wcześniej. Dziewczyna bez zastanowienia wsunęła drobną dłoń w jego rękę. – W takim razie zaczynajmy. Damien splótł swoje palce z jej palcami, a potem cały świat jakby zwolnił. Tocząca się w przerażającym tempie walka, była teraz bitwą dwóch ślimaków. Emi wyraźnie widziała płynne ruchy Jaya i zakończone niepowodzeniem próby Hikaru, żeby czarnoskrzydłego czymkolwiek uderzyć. Jay również nie trafiał, ale dziewczynę przerażała różnica w konsekwencjach tego, co jeden może zrobić drugiemu. Gdyby to smok uderzył czarnoskrzydłego, zapewne po prostu by go zabił, natomiast trafienie Jaya, nawet zaostrzonym, połyskującym w słońcu mieczem, mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej Hikaru wkurzyć. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Sylwetka Jaya rosła. Zmieniał się w obarczonego czarnymi skrzydłami wilka. Emi czuła, jak Damien wysysa z niej całą moc i energię. – Co robisz? – spytała zaniepokojona. – Zaufaj mi, to najlepsze co jestem w stanie wymyśleć – odezwał się z wysiłkiem. – Gdybyśmy zmienili go w smoka, nie miałby pojęcia, jak w tej postaci walczyć. Ogromnych rozmiarów zwierzę rosło coraz bardziej, wkrótce już dorównując rozmiarami zdumionemu, czarnemu smokowi. Jay wyjątkowo szybko odnalazł się w nowej, dziwacznej sytuacji. Nie miał co prawda miecza, ale dysponował teraz pazurami i rzędem ostrych zębów. Błyskawicznym ruchem rzucił się do szyi smoka. Hikaru syknął wściekle i sparował atak, odrzucając zwierzę do tyłu, na jego odsłoniętej w tym miejscu skórze, pojawiła się jednak ciemna krew. Dalej toczyła się zacięta walka. Szala zwycięstwa tym razem zaczęła przechylać się na stronę Jaya. Wilk kąsał w każde, możliwe, nie pokryte sztywnymi łuskami miejsce, w błyskawicznym tempie odskakując za każdym razem do tyłu. Smok, nie przyzwyczajony do walki z równym przeciwnikiem, broczył krwią z coraz większej ilości niewielkich ran i skaleczeń. W końcu, wycieńczony, opadł na ziemię. Jay przygotował się do skoku, wyraźnie planując zakończyć tą walkę śmiercią przeciwnika. Emi przymknęła oczy, z wysiłkiem utrzymując się na nogach. – Jay, nie zabijaj go! – wrzasnęła resztkami sił. – Jeżeli go zabijesz, nigdy w życiu się już do ciebie nie odezwę! – dodała pierwszy argument, który przyszedł jej do głowy. Wilk warknął nieprzyjaźnie, ale ustąpił. Stanął nad przeciwnikiem, jeżąc sierść i czekał. Pierwszy swoją ludzką postać przybrał Hikaru, dopiero potem zrobił to on sam. Emi osunęła się na trawę, Damien, z pobladłą twarzą oparł się o drzewo. To kosztowało ich zbyt wiele. Smok usiadł, podtrzymując się na rękach. Jego twarz była teraz pełną wściekłości maską. – Jak śmiesz się wtrącać? – syknął rozeźlony bezpośrednio do Damiena. – Mam takie samo prawo zabijać jak ty! – Nie moich przyjaciół – odpowiedział mu z trudem blondyn. – Taaak? – zadrwił Hikaru. – To może opowiedz im o dziewczynie, którą zamordowałeś z zimną krwią? Bo ona chyba była ich przyjaciółką – odezwał się z podłą satysfakcją w głosie. – Z twojego umysłu wyczytałem nawet jej imię. Nazywała się Ana – rzucił z czającym się w spojrzeniu okrucieństwem, wpatrując się bezpośrednio, w błękitne oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było dziwne uczucie, taka pustka, kiedy wie się, że się przegrało. Damien ze stoickim spokojem obserwował pytające, niedowierzające twarze Emi i Jaya. – Zabiłeś ją? – z ust dziewczyny padło cichutkie, nieuniknione pytanie. Damien poczuł się teraz bardziej zmęczony niż kiedykolwiek dotąd. Niechętnie skinął głową. – Dlaczego? – nie mogła zrozumieć Emi. To jednak nie miało znaczenia, jej żal, jej łzy w oczach, nie mogły konkurować ze wściekłym spojrzeniem Jaya. – Ty padalcu! – warknął czarnoskrzydły. – Przez cały ten czas miałem cię za przyjaciela, a ty… ty chciałeś mojej śmierci! – Nie, to nie tak… – spróbował bez przekonania Damien, ale nigdy nie dane było mu dokończyć. Szary wilk o bursztynowych oczach, rzucił się na niego, przygważdżając blondyna do ziemi. Damien nie zamierzał się bronić, bo to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Leżał rozciągnięty pod drzewem, na trawie i czekał na zbliżającą się śmierć. Nagle wilk zaskowyczał. Stanął w płomieniach. Sturlał się z chłopaka i zaczął tarzać w trawie. – Andre, przestań! Przestań! – krzyczała już Emi, do wyłaniającego się z lasu brata. Ogień zgasł, a wilk zerwał się z trawy wściekle warcząc. Hikaru, mimo, że brudny i podrapany, a na twarzy jeszcze bledszy niż zwykle, wyraźnie bawił się zaistniałą sytuacją. – On nie chciał skrzywdzić Jaya – wyjaśnił Andre, patrząc tylko na swoją siostrę. – Wymyślił po prostu durny sposób na to, żeby go chronić. – Bo przecież on tak baaaardzooo go kocha – dodał rozbawionym głosem smok. – No cóż, pech chciał, że czarnoskrzydły woli dziewczyny – roześmiał się mrużąc szmaragdowe oczy. Jay przybrał swoją ludzką postać i gapił się jak ogłuszony na przyjaciela. Kiedy tamten spojrzał mu w oczy, wzdrygnął się mimowolnie. Damien poczuł jak wszystko w nim drży. Na twarz starał się przybrać wyćwiczoną przez lata, obojętną maskę, ale zwyczajnie nie potrafił. Zaczął żałować, że Jay nie rzucił mu się od razu do gardła, bo gdyby to zrobił, on teraz byłby martwy, a oprócz śmierci, pragnął jedynie zapaść się pod ziemię. Emi, odrobinę chwiejnie wstając z trawy, podeszła do czarnoskrzydłego, wplatając mu się pod ramię. Jay natychmiast zignorował całe otoczenie, po prostu przytulając ją do siebie, jakby wszystko inne nie istniało. Damien nie potrafił tego dłużej wytrzymać. Przybrał postać białego tygrysa i nie zwracając na nic więcej uwagi, popędził przez las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Znajdowali się w jednej z nieużywanych, pałacowych komnat. Jay niespokojnie chodził po pokoju. Emi skonsternowana wpatrywała się w niego już od dłuższego czasu. – Przestań wreszcie – zażądała, nie mogąc już dłużej wytrzymać. Chłopak zatrzymał się, spojrzał na nią, a potem jakby opadł z sił. – Nienawidzę go – oznajmił. – Nienawidzę! – Wcale nie – stwierdziła dziewczyna podchodząc do niego bliżej. Przytulił ją mocno do siebie. – Jest twoim przyjacielem – wyjaśniła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwił, kiedy dowiedział się, w jaki sposób cię ukarano. Chyba spodziewał się, że zabijając Anę i zrzucając na ciebie odpowiedzialność za jej morderstwo, po prostu nas rozdzieli. – Dlaczego w ogóle chciał to zrobić? – bursztynowe oczy Jaya płonęły. Emi spuściła wzrok. – Nasi rodzice zaplanowali nasz ślub – mruknęła cichutko. – Wszystko wskazywało na to, że w żaden sposób nie damy rady go uniknąć. Jay warknął nieprzyjaźnie. – Widziałem, że jest zazdrosny, ale przez cały czas myślałem, że ten skurwiel zakochany jest w tobie! Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. – We mnie? – nie mogła powstrzymać się od leciutkiego uśmiechu. – To ty nie wiedziałeś, że Damien jest gejem? – Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze Jay. Westchnęła, a on przytulił ją do siebie jeszcze mocniej. – Co nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię mu tego wybaczyć. – Ja też nie – niechętnie przytaknął jej Jay. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Robert Lander, do tej pory najlepszy przyjaciel Andre, nienawidził teraz czarodzieja z całego serca. Och, udawał, że jest zadowolony z przebiegu wydarzeń, bo co innego mu pozostawało? Wielka bitwa, współpraca z Illi’andin, przejęcie szkoły. Tylko dlaczego, skoro po swojej stronie mięli smoka, nie pozabijali od razu tych wszystkich przeklętych szumowin? No tak, Andre wytłumaczył mu ich szansę, tą samą, którą wraz z Damienem Hayazakim przedstawił przed Illi’andin. Jego mała, spłoszona siostrzyczka – najchętniej wyplułby to słowo – wcale nie była człowiekiem. I mimo, że jej matką była czarodziejką, zgwałconą przez jedną z tych bestii, ona sama pozostawała w jakiś sposób, żeńską wersją arystokratów Illi’andin. Najzabawniejsze było to, że teraz wszyscy o tym wiedzieli – wszyscy, tylko nie ona sama. Teraz, kiedy zobaczył przeklętą dziewuchę, kiedy samotnie zmierzała w kierunku lasu, bez zastanowienia postanowił udać się za nią, w nadziei, że znajdzie jakiś sposób, żeby się jej pozbyć, raz na zawszę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała nad krawędzią głębokiego, skalistego wąwozu, w którym spalono wszystkie ciała, składając hołd umarłym. Zastanawiała się czy było to lepsze od praw, jakimi rządził się sojusz. Zmuszanie młodych dziewcząt do małżeństw, z rozbestwionymi, pozwalającymi sobie na wszystko chłopakami, nie było niczym dobrym, tak samo jak narkotyki, które podawano Illi’andin, ale czy równoważyło tą całą śmierć? Nie potrafiła jednak tak szczerze, do końca żałować, bo dzięki bitwie, dzięki zdobyciu szkoły, właśnie dzięki tej całej śmierci, żył Jay. Był tutaj i nikt, nigdy więcej, nie zabroni im bycia razem. W pewnym momencie coś poruszyło się między szarymi cieniami drzew. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, w samą porę, by zobaczyć błysk stali. Poczuła jak chłód rozlewa się po całym jej ciele, kiedy w jej brzuch wbił się wąski sztylet. – Giń suko! – usłyszała znajomy, ale tym razem pełen nienawiści, głos Roberta. Chłopak jednak nie zdążył wyciągnąć sztyletu, żeby pchnąć jeszcze raz, bo w tym właśnie momencie, rzucił się w jego kierunku, olbrzymi, biały cień. Tygrys przewrócił czarodzieja na trawę, a potem obaj stoczyli się z krawędzi wąwozu. Emi poczuła jak odpływa. Ból był nie do zniesienia. Osunęła się na trawę, by po chwili stracić przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ – Nic jej nie będzie? – spanikowanym głosem dopytywał się Andre. – Zamknij się, albo wyjdź – usłyszała ostry głos czarnoskrzydłego. Z trudem uniosła powieki. Poczuła szorstką rękę Jaya, która łagodnym gestem odgarnęła jej włosy ze spoconego czoła. Zobaczyła ulgę w jego bursztynowych oczach. – Jay… – wyszeptała cicho, a potem nagle coś sobie przypomniała. – Damien, co z Damienem? Gdyby nie on, pewnie już bym nie żyła… Czarnoskrzydły skrzywił się odrobinę, ale nic nie odpowiedział. Andre podszedł i usiadł po drugiej stronie siostry. – Razem z Robertem wpadł do wąwozu – wyjaśnił. – Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie twój smok. Otworzył jakiś portal, do którego obydwaj wpadli. Potem sam w niego zanurkował i wrócił razem z Damienem. Roberta więcej nie widzieliśmy. I dobrze, bo inaczej sam bym go zabił – powiedział poważnym głosem. – O ile zdążyłbyś zrobić to przede mną – warknął ponuro Jay. – Więc gdzie oni są teraz? – spytała odsłaniając kołdrę i patrząc na swój zupełnie zdrowy, nawet nie zadraśnięty brzuch. Jay i Andre wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, jakby bali się reakcji dziewczyny. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się jej brat.  – Hikaru odpoczywa w twoim pokoju. Wyleczenie twojej rany mocno go wyczerpało – wyjaśnił. – A Damien? – nie zamierzała przestać się dopytywać. – Damiena nie ma – oznajmił twardo Jay. – Zostawił list. – List? – nie zrozumiała dziewczyna. – Uznał, że lepiej będzie, jeżeli na jakiś czas się usunie – wyjaśnił niechętnie Andre. – Uciekł jak tchórz – sprecyzował czarnoskrzydły. Andre zmierzył go nieprzyjemnym wzrokiem, ale to przemilczał. Nagle Emi coś jeszcze przyszło do głowy. – Dlaczego Robert próbował mnie zabić? Co by mu to dało? – spytała niespokojnie. Znowu odpowiedziało jej ponure milczenie. Tym razem przerwał je Jay. – Ponieważ jesteś jedną z nas – odezwał się patrząc jej w oczy. – Jesteś Illi’andin. Stwierdzenie to wydało się Emi tak absurdalne, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Oni się jednak nie śmiali. Mówili całkiem poważnie. A potem było już tylko gorzej. Andre opowiedział siostrze historię, jak jeden z arystokratów zgwałcił jej matkę. Opowiedział też o tym, jak dla dobra sojuszu, zatuszowano całą sprawę. Dziewczyna tak mocno zacisnęła usta, że stały się teraz wąską, białą linią. – Wiedziałeś o tym? – spytała Andre. – Obydwaj wiedzieliście? Jej brat przecząco pokręcił głową. – Ja wiedziałem, ale Jay dowiedział się dopiero dzisiaj, ponieważ Damien wspomniał o tym w liście. – Czy moglibyście wyjść? – poprosiła, nie zwracając uwagi na to, że znajdowali się w pokoju Andre. – Chciałabym zostać sama. Niechętnie skinęli głowami. – Kocham cię – szepnął na pożegnanie Jay, pochylając się i całując skroń dziewczyny. – Nie obchodzi mnie kim jesteś. Kimkolwiek byś nie była, ja i tak zawsze będę cię kochał. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wypchany plecak ciążył Andre coraz bardziej. Ciążyło mu również to, że stąd odchodzi. Po cichu i ukradkiem, jak włamywacz. – Znajdziesz go? – podskoczył zaskoczony, na dźwięk znajomego głosu. Odwrócił się, by stanąć twarzą twarz, z opartym o pień drzewa Jayem. – Nie wiem ile zajmie mi to czasu, ale znajdę, a potem wrócimy tutaj. Razem. Czarnoskrzydły skinął głową. Uśmiechnął się ponuro. – Mam nadzieję, że szybko go przekonasz. Jest moim przyjacielem. Cokolwiek by myślał czy zrobił. Poza tym uratował Emi. To dzięki niemu żyje. Przekonaj go, żeby wrócił. – Przekonam – oświadczył Andre, któremu zrobiło się trochę lepiej. – Powiedz jej, że ją kocham. – Przekażę – mruknął czarnoskrzydły. Potem, kiedy nie było już nic do powiedzenia, Andre odwrócił się i odszedł, a Jay stał jeszcze chwilę, wpatrując się w jego, oddalającą się, samotną sylwetkę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała na trawie, wtulając się w ramiona Jaya. Milczeli, skupieni na własnych myślach. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Oparła się na łokciu, pochylając nad chłopakiem, by miękko pocałować go w usta. – Co teraz będzie się działo? – spytała. – Nic – oznajmił. – My zachowany swoje treningi, a wy powinniście zachować lekcje magii. Jeżeli chcemy dalej walczyć o swoje, mogą się nam wkrótce przydać. – Czy myślisz, że kiedyś ludzie oswoją się z Illi’andin? Będziemy potrafili żyć w pokoju? Jay spojrzał jej prosto w oczy. – Jeżeli kiedykolwiek się to uda, to jestem pewien, że stanie się to w tej właśnie szkole. Dziewczyna westchnęła. Z powrotem opadła na trawę. – Kocham cię – mruknęła cicho, wtulając się mocno w jego ramię. – No widzisz? – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, jego bursztynowe oczy błyszczały. – Jeżeli nam się udało, to czemu miałoby się nie udać innym? – Jay! – powiedziała z nutką nagany w głosie. Roześmiał się. – Ja też cię kocham – przyznał, wiedząc, że to właśnie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżał w białej pościeli, wpatrując się w ozdobione niebieskimi kwiatami, drewniane meble i zastanawiał się co on właściwie tu robi? Bitwa się zakończyła, a oni wygrali, na Dareshii nie został już ani jeden dorosły czarodziej czy Illi’andin. Wszyscy ci, którzy złożyli broń, zostali pokojowo przeprowadzeni przez portale. Reszta po prostu zginęła, a ich ciała spalono w leśnym wąwozie. Co prawda w szkole na nowo utworzyły się dwa obozy – czarna wieża dla Illi’andin i biały pałac dla czarodziejów, a młodzi ludzie podchodzili do siebie nawzajem jak pies do jeża, ale wyraźnie widać było wzajemny podziw obu stron, dla wykazanej podczas bitwy odwagi i nieśmiałe próby kontaktów, zwłaszcza między czarodziejkami, a chłopakami Illi’andin. Z pewnością go już nie potrzebowali, więc dlaczego tu jeszcze był? Hikaru przeciągnął się, a potem syknął z bólu. Pierwszy raz w życiu odczuwał negatywne skutki walki i wyczerpania leczeniem. Zazwyczaj po prostu nikt nie miał z nim szans, a pomagać nie miał komu, bo nie litował się nad innymi. Więc co się zmieniło? Może to, że tak naprawdę nie chciał tego sukinsyna zabić… może bał się ujrzeć nienawiść w karmelowych oczach… a może… Jego rozważania przerwał hałas otwierających się drzwi. – Cześć – Emi wśliznęła się do środka i usiadła obok niego na łóżku. W dłoniach trzymała parujący kubek. – Przyniosłam ci kakao – uśmiechnęła się łagodnie – pamiętam twój rozmarzony wyraz twarzy, kiedy wspominałeś o słodyczach – wyjaśniła. Smok usiadł, dziwiąc się w jakim stopniu może kogoś boleć jego własne ciało. Pieprzony wilk! Czemu dał mu się tak pogryźć? – Dzięki – mruknął, zastanawiając się czy w ogóle powinien coś powiedzieć. Dziewczyna podciągnęła nogi, opierając się tuż przy nim o ścianę, w końcu to było jej własne łóżko… – Namieszałeś – westchnęła zasmucona. – Wiem – przyznał czując się dziwnie skonsternowany. Nie tego się po niej spodziewał. Powinna powiedzieć, że go nienawidzi, robić mu wyrzuty, rzucić się na niego z pięściami czy cokolwiek takiego, ale nie. Ona siedziała tutaj, wpatrując się w swoje kolana i czekała na jego wyjaśnienia. Wyjaśnienia, których nie było. Chciał ją zabrać na czerwoną planetę, albo gdziekolwiek indziej, w końcu była mu to winna. Nienawidziłaby go, a on by się dobrze bawił, robiąc jej na złość. Coś go jednak powstrzymywało i na to „coś” był bardziej wkurzony niż na całą tą głupią planetę, czarodziejów, rasę Illi’andin i samego siebie. – Co teraz zrobisz? – zapytała. – Będę tak samo nieznośny jak do tej pory – odpowiedział szczerze. Coś w nim drgnęło, kiedy obdarzyła go promiennym uśmiechem. – To znaczy, że z nami zostajesz? Mimo, że wcześniej nie miał jasno sprecyzowanych planów, to teraz wiedział, że tak. Przecież tych głupich dzieciaków trzeba było pilnować, bo inaczej gotowi pozabijać się nawzajem. Nie będąc pewnym własnego głosu, po prostu skinął głową. Emi pisnęła. Oplotła ramionami jego szyję, delikatnie pocałowała go w policzek. Potem jednak odsunęła się gwałtownie. – Obiecaj, że nawet nie spróbujesz zabić któregokolwiek z moich przyjaciół – zażądała. Smok prychnął, ale ponownie skinął głowa. – Obiecuję – westchnął, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało jego nowe, ciekawsze życie. The End   Słowniczek: Wairudo – dziki Hayazaki – wczesny kwiat Senshi – żołnierz Hikaru – zbyt jasny Fukkura – puszek [...] Read more...
Deja Vu
Deja VuRozdział I Czuł jej strach. Wiedział, że to jego się bała. Dobrze. Tak właśnie powinno być. Siedziała na otomanie, w białej, sięgającej ziemi, koszuli nocnej. Długie, kasztanowe włosy splecione miała w luźny warkocz. Piękna, cudowna i tylko jego. Jej przyspieszony oddech, szybsze bicie serca… to wszystko sprawiało, że ledwo nad sobą panował. Podniosła na niego okolone długimi rzęsami, orzechowe oczy. Lśniły w nich łzy. Już dawno przestała go błagać. Zrozumiała, że nie ma to sensu, ale on, w dalszym ciągu, lubił sprawdzać granice jej wytrzymałości. Usiadł tuż obok niej. Zaczął powoli, delikatnie. Przyciągnął ją do siebie, objął ramionami. Jego usta znalazły się przy jej szyi. Całował jej włosy, kark. Powoli zaczął zsuwać z ramion jej staromodną koszulę. Z ust dziewczyny wydobył się cichy ni to jęk, ni westchnienie, gdy kciukiem musnął jej wciąż zasłoniętą pierś. Jej ciało reagowało na jego dotyk, nawet wbrew jej własnej woli. To cieszyło go jeszcze bardziej. Czuł jej napięcie. Czekała na ten moment, kiedy przestanie być łagodny. On jednak nie zamierzał się spieszyć. Posadził ją sobie na kolanach, odgarniając rozłożysty materiał. Jego dłoń powędrowała po jej gładkiej, zgrabnej nodze. Zamarła, gdy dotknął palcami jej intymnego miejsca. Gładził jej łono, powoli wsuwając się do środka. Koszula już zupełnie zsunęła się z jej ramion. Drugą ręką dotykał jej biustu, od czasu do czasu mocniej ściskając między palcami sutki. – Jesteś taka piękna – zamruczał jej do ucha, przesuwając się tak, by móc dotknąć jej piersi językiem. Zachłysnęła się powietrzem, gdy wargami objął jej sutek. Ssał go, jednocześnie poruszając w jej wnętrzu palcami. Gdy uznał, że wystarczy, posadził ją na kanapie, a sam zsunął się niżej. Podwinął spódnicę koszuli, zupełnie odsłaniając łono i brzuch dziewczyny. Jego ręce rozsunęły jej nogi. Językiem zaczął przesuwać po jej podbrzuszu, a potem schodził niżej i niżej. Jego palce znów znalazły się w środku. Była wilgotna, nawet bardzo. Zaczął zagłębiać się w nią mocniej. Nie przestawał lizać. Kilka cichych westchnień. Ciało dziewczyny zaczęło drżeć. Na to właśnie czekał. Podniósł się, znów siadając obok niej. Pocałował ją – mocno, niemalże brutalnie. Na sobie miał jedynie spodnie, których teraz szybko się pozbył. Pchnął ją na stertę leżących z boku poduszek. Schowała w nich twarz. Uniósł jej biodra, zupełnie zsuwając z dziewczyny koszulę. Uniósł dłoń, a ta po chwili opadła na jej wypięte pośladki. Następny klaps był mocniejszy, a po nich jeszcze kilka. Słyszał jak tłumi łkanie. Objął jej biodra dłońmi, klękając tuż za nią. Jego członek otarł się o jej nagą pupę. Kolanami rozsunął jej nogi, po czym wbił się do środka. Mocne, szybkie pchnięcia, przeradzały się czasami, zupełnie niespodziewanie, w jeszcze mocniejsze, a każde jęknięcie, które wydawała, przynosiło mu satysfakcję. Z bioder dziewczyny przełożył dłonie na jej pośladki. Rozsunął je palcami, a potem wsunął jeden do środka, poruszając nim w rytmie swoich własnych ruchów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy usłyszał jak gwałtownie wciągnęła powietrze. Przyspieszył. Kilkanaście minut, to nie było zbyt długo, ale jej ciało działało na niego jak czerwona płachta na byka. Gdy poczuł, że dochodzi, wysunął się z jej wnętrza, opryskując pośladki i plecy dziewczyny lepką, przezroczystobiałą cieczą. Skuliła się na poduszkach. Obrócił ją ku sobie, by znów ją pocałować. Była niczym lalka. Mógł z nią zrobić wszystko co chciał. Wstał i założył spodnie. – Słodkich snów, Bella – zamruczał, wypełniony satysfakcją, opuszczając jej pokój. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Obudził się zlany potem. Gwałtownie usiadł. Znów o niej śnił. Dziewczyna, śliczna jak marzenie, delikatna niczym motyl, a on… on każdej nocy ją krzywdził. Nigdy nie podejrzewał siebie o skłonności sadystyczne. Te sny jednak były tak realne, tak prawdziwe… Czyżby o tym właśnie marzyła jego podświadomość? Christopher nie mógł zapomnieć jej mokrej od łez twarzy. Całym sobą zapragnął ją przytulić, pocieszyć. obiecać, że już nigdy więcej tego nie zrobi. Tylko, że ona przecież nie istniała. Bella była wytworem jego – najwyraźniej chorej – wyobraźni. Spojrzał na stojący przy łóżku budzik. Dochodziła szósta. I tak za chwilę musiałby wstawać. Niechętnie wyśliznął się z pościeli. Wykonał serię porannych ćwiczeń. Wziął szybki prysznic. Wciąż nie mógł przestać o niej myśleć. Z trudem przełknął przygotowane dla niego przez gosposię śniadanie. Rodziców już nie było w domu, choć w ich przypadku, całkiem możliwe było, że jeszcze. Nie pamiętał kiedy ostatnio widział ich dłużej niż kwadrans. Gdy Jack, jego najlepszy kumpel, zatrąbił klaksonem swojego sportowego auta, Christopher był już gotowy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Musiała być bardzo głodna. Od kilku dni jadła jedynie niewielkie ilości wodnistej zupy. To była kara za to, że próbowała się zabić. Chciał, żeby zapamiętała, że nie tylko ona sama, ale także jej życie należy do niego. W przezroczystym, srebrnym skrawku materiału, który zdawał sie nie być ani bluzką, ani sukienką, a raczej przypominał mgłę, klęczała na podłodze, przy jego krześle. Wpatrywała się w swoje splecione na podołku dłonie, by nie patrzeć na to, jak on je. Od czasu do czasu karmił dziewczynę winogronami, wsuwając jej je bezpośrednio do ust. Podniósł ze stołu wypełniony winem kielich i podsunął jej do spragnionych warg. Kropelki czerwonego płynu spłynęły z kącików jej ust. Uznał, że widok ten jest niezwykle podniecający. To mu wystarczyło, by gwałtownie jej zapragnąć. Rozpiął, w obecnej chwili, zbyt ciasne spodnie. – Chodź tutaj – polecił. Przysunęła się bliżej. Wiedziała czego od niej oczekuje. Oswobodziła zupełnie jego nabrzmiałą męskość. Przytrzymując drobną dłonią, powoli zaczęła lizać sam czubek. Położył rękę na jej włosach, zmuszając ją, by znalazła się jeszcze bliżej. Znalazł się w jej ustach. Posłusznie ssała go, w rytmie, który jej wyznaczył. Czuł, jak przesuwa po nim językiem. Nie był w stanie pozostać biernym i sam zaczął się poruszać. Silną dłonią przytrzymywał ją przy sobie. Puścił dopiero, kiedy sperma wypełniła jej usta. Pozwolił dziewczynie się odsunąć. Teraz już w ogóle nie podnosiła wzroku, uparcie wpatrując się w wyłożoną drewnianym parkietem podłogę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Samochód się zatrzymał, a Christopher ocknął się gwałtownie. Do tej pory nie miewał snów na jawie. Czyżby wariował? Może powinien znaleźć sobie jakąś ładną dziewczynę, żeby zaspokoiła jego potrzeby? Tyle, że on nie chciał żadnej dziewczyny i boleśnie zdawał sobie z tego sprawę. Pragnął Belli – tylko i wyłącznie Belli, ale ona przecież nawet nie istniała. – Hej, co z tobą? – zawołał Jack, wysiadając z samochodu. – Nie ważne – odburknął Chris – po prostu się nie wyspałem. Kiedy weszli do klasy, większość już tam była. Nikt, nigdy nie spóźniał się na angielski, chyba, że chciał zostać drugi rok w tej samej klasie. Tym razem to jednak nauczyciel przyszedł kilka minut po dzwonku. Do tego nie był sam. U boku pana Graves’a stała szczupła, blada dziewczyna. Wyglądała jak porcelanowa lalka. Niebieskie dżinsy i biała bluzka w różowe, drobne kwiatki zupełnie do niej nie pasowały. Powinna nosić sukienki. – Dzień dobry wszystkim – zaczął nauczyciel. – Przywitajcie nową uczennicę. To Isabella Evans, która przyjechała do nas z Francji. Od dzisiaj będzie uczyła się w naszej szkole. Proszę, zajmij wolne miejsce – polecił dziewczynie. Christopher wpatrywał się w nią oniemiały. To była Bella! Dziewczyna z jego snów! Długie, kasztanowe włosy, opadały jej na ramiona i twarz, zasłaniając oczy. Sprawiała wrażenie spłoszonej. Kiedy jednak podniosła wzrok, ich spojrzenia natychmiast się spotkały. Zaskoczenie, panika – niemal fizycznie poczuł jej strach. Zdał sobie sprawę, jakby irracjonalne to nie było, że ona również musiała go w jakiś sposób rozpoznać. Spuściła głowę, wbijając wzrok we własne, znoszone trampki, a potem posłusznie ruszyła przez klasę, by zająć wskazane jej przez nauczyciela miejsce. Rozdział II Związane ręce miała wysoko uniesione nad głową. Krępujący je sznur zwisał z podwieszonej pod sufitem belki. Był na tyle krótki, że dziewczyna z trudem stała na palcach. Oczy miała zasłonięte czarną przepaską – niczym skazaniec. Poza tym była zupełnie naga. Kasztanowe włosy niesfornie opadały na jej ramiona i plecy, odrobinę przysłaniając również kształtne piersi. Kiedy podszedł i przesunął po nich dłonią, jej oddech przyspieszył, ale się nie poruszyła. Nie szarpała się, nie marnowała energii na bezowocne próby uwolnienia się. Paraliżował ją strach. Czekała na jego ruch. Uniósł trzymany w dłoniach bat. Krzyknęła, gdy uderzył ją po raz pierwszy. Gdy wymierzał kolejne razy, jedyną reakcją dziewczyny było ciche łkanie. Rzemień owijał się wokół jej ciała, brutalnie pieszcząc uda, pośladki i plecy. Kiedy wreszcie przestał, jej ciało poznaczone było cienkimi, różowymi smugami. Nożem przeciął krępujące ją więzy, a ona osunęła się na podłogę. Wziął ją na ręce. Na dzisiaj to mu wystarczyło. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie wiedział czy to on, czy ona, ale któreś z nich uwięzione było w koszmarze. Gdy tylko dzwonek oznajmił koniec lekcji, natychmiast zebrał swoje rzeczy. Gdy Bella wyszła na korytarz, on już tam na nią czekał. – Hej… – zaczął nie za bardzo wiedząc, co chce powiedzieć. Zatrzymała się, jakby oszołomiona. Spojrzała na niego dużymi, orzechowymi oczami, w których tliło się nieskrywane przerażenie. Z jej ramienia zsunęła się sztruksowa, srebrnoszara torba. Dziewczyna cofnęła się kilka kroków, nie spuszczając z niego wzroku. – Nie… nie możesz tu być – wyszeptała cicho, a potem odwróciła się i rzuciła pędem przed siebie, zwinnie przemykając pomiędzy wychodzącymi z klas uczniami. Nie było sensu za nią biec. Nie mógł jednak przestać wpatrywać się w korytarz, w którym zniknęła. Ocknął się dopiero, gdy w ramię trącił go Jack. – Niezła ta nowa, co nie? – zaczął po swojemu. – Chociaż trochę jakaś dziwna. Christopher jedynie przytaknął. W tym momencie nie miał ochoty rozmawiać, a już na pewno nie na temat Belli. Podniósł upuszczoną przez dziewczynę torbę. Gdy jej ją zwróci, będzie musiała z nim chociaż przez chwilę porozmawiać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Leżała na białym obrusie. Jej ciało ozdobione zostało bitą śmietaną, w której tkwiły artystycznie ułożone owoce – truskawki, maliny, jeżyny, czarne jagody. Lekko rozchylone nogi posłusznie się nie poruszały. Zadowolony przyglądał się swojemu dziełu, w dłoni trzymając kieliszek czerwonego wina. Podszedł, dotknął jej ramienia, by powoli zacząć przesuwać palce wzdłuż jej nagiego ciała. Ze wszystkich sił starała się nie drżeć. Kiedy jednak jego ręka znalazła się między jej nogami, to przestało być wykonalne. Przez dłuższą chwilę droczył się z dziewczyną, delikatnie przesuwając palcami po jej łonie. Kiedy uznał, że jest dostatecznie wilgotna, sięgnął po stojącą obok butelkę z winem. Uzupełnił swój kieliszek, a potem oblał ją resztą trunku. Pisnęła, gdy zimne wino dotknęło jej nagiej skóry. Gdy butelka była pusta, jej szyjkę wsunął między nogi dziewczyny. Pieszcząc ją palcami drugiej ręki, sprawiał, że szkło wędrowało głębiej i głębiej. Jej ciało mimowolnie wygięło się w łuk. Popatrzył jej w oczy. Spojrzeniem błagała, żeby przestał. Jednocześnie wcale tego nie chciała, bo zdawała sobie sprawę, że będzie to oznaczało jego kolej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher niecierpliwił się coraz bardziej. Nie było innego wyjścia ze szkoły, tylko ta piekielna brama, a jej wciąż tutaj nie było. Czekał od niemalże godziny. Już dawno skończyła się ostatnia lekcja. Może zerwała się wcześniej? Nie, to nie było możliwe. Widział jak wchodzi i wychodzi z coraz to kolejnych klas. Nie opuszczała zajęć. Nie pierwszego dnia. W końcu się pojawiła. Niepewnym krokiem opuściła budynek szkoły. Podeszła do niego, spuszczając wzrok. Sprawiała wrażenie osoby, która się poddała. – Co zaplanowałeś? – zapytała cichym, lekko drżącym głosem, kiedy oddał jej torbę. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Jak to zaplanował? Przecież on niczego nie planował! Po prostu… Właściwie czemu nie? Jego rodziców i tak nie będzie, dom będzie stał pusty, wiec będą mogli spokojnie porozmawiać. Zwłaszcza, że Jack zmył się od razu po zajęciach, zostawiając mu auto. Z miasta miał wrócić z kumplami. – Zaproszę cię do siebie na obiad – oznajmił stanowczo. – O ile oczywiście przyjmiesz zaproszenie… – dodał nieco bardziej zakłopotany. Skinęła głową, a potem posłusznie poszła za nim do auta. Przez całą drogę żadne nie odezwało się ani słowem. Christopher w duchu błogosławił istnienie starych, rockowych kawałków. Gdyby nie one, chyba by zwariował. W domu obiad jak zawsze czekał gotowy. Wystarczyło tylko go podać. Kotlety z kurczaka, tłuczone ziemniaki, mizeria. Mogli trafić gorzej. Bella siedziała na wysokim stołku, powoli dłubiąc w swoim talerzu. Kroiła wszystko na drobne kawałeczki. Kotlet i ziemniaki były już sieczką. Chłopak próbował na nią nie patrzeć. Wszystkie myśli starał się skupić na swoim jedzeniu. W końcu nie wytrzymał. – Bella, zjedz coś wreszcie – poprosił. Wzdrygnęła się, słysząc jego głos. Posłusznie wsunęła widelec do ust. Potem nabrała następną porcję i jeszcze kolejną. Pobladła jeszcze bardziej. Zerwała sie z miejsca. Po kilku krokach opadła na podłogę, podpierając się rękami. Klęcząc zwymiotowała. Natychmiast do niej podszedł. – Co się stało? – spytał zaniepokojony, pochylając się nad nią. – Ja… nie jem mięsa… Muszę… do łazienki – jęknęła. Wstała i pobiegła przez dom. Westchnął. Posprzątał, a potem cierpliwie czekał. Dziewczyna jednak nie wracała. W końcu, zniecierpliwiony, również udał się do łazienki. – Bella? -zawołał. – Wszystko w porządku? Odpowiedziała mu cisza. Pchnął drzwi i wszedł do środka. Stanął jak wryty. Siedziała na podłodze, w kałuży krwi, niczym bezwładny manekin. Obok niej leżały kawałki szkła. Miała pokaleczone ręce. Chyba… poprzecinane wzdłuż żyły. Wyciągnął z kieszeni komórkę. Wybrał numer pogotowia, jednocześnie przyskakując do niej z czystym ręcznikiem. Przełączył telefon na głośnik, odkładając go na bok. Spanikowanym głosem podał dystrybutorce adres i posłusznie zaczął wykonywać jej polecenia. Sam nie był w stanie logicznie myśleć. Paraliżował go zimny, dławiący strach. Rozdział III Karetka pogotowia przyjechała wyjątkowo szybko. Dwóch młodych mężczyzn i jeden znacznie starszy, wszyscy w granatowych kombinezonach, z wprawą zaczęło zajmować się dziewczyną, odsuwając Christophera na bok. Przyglądał się przerażony. – Nic jej nie będzie? – domagał się potwierdzenia swoich słów. – Jej stan wydaje się być stabilny, ale to się okaże w szpitalu – odparł najstarszy z ekipy. – Czy mogę z nią jechać? – zapytał zdławionym głosem, gdy znaleźli się już przy drzwiach. Chłopak z chaotyczną plątaniną ciemnoblond loków, niewiele starszy od niego, za to znacznie potężniej zbudowany, zatrzymał się i odwrócił. Nienawiść w jego szarozielonych oczach płonęła żywym ogniem. Pięść chłopaka wystrzeliła do przodu, przewracając Christophera na podłogę. Zaskoczony i oszołomiony nie zdążył nawet wstać, kiedy za tamtym zatrzasnęły się wejściowe drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bezradność. To właśnie teraz czuł. Coś się stało, a jego tam nie było. Nie było go przy niej! Leżała w czystej, białej, szpitalnej pościeli, ubrana w idiotyczną, zieloną, jednorazową piżamę. Potrzebowała zarówno kroplówki jak i transfuzji krwi, ale na szczęście nic poważniejszego sobie nie zrobiła. – Andre? – zapytała cichutko, odwracając ku niemu głowę. Uśmiechnął się do niej blado, nie potrafiąc zdobyć się na więcej. – Jestem – mruknął, siadając obok niej na łóżku. Wyciągnął rękę, by pogładzić jej miękkie włosy. Zdjął górę od swojego służbowego uniformu, ale mocne, sztywne spodnie nie do końca były wygodne. – To dobrze – westchnęła uspokojona. Zagryzł zęby, walcząc z sobą o zadanie jej tego pytania. Wiedział, że musi je zadać. Zdawał sobie jednak również sprawę, że na nowo obudzi w nim złość. – Skrzywdził cię? – ze wszystkich sił starał się nie warczeć ani nie podnosić głosu. – Ten chłopak. Zrobił ci coś złego? Bella odwróciła wzrok, nie odpowiedziała. Krew Andreasa zawrzała. Niech on tylko dorwie tego gnojka! Z korytarza usłyszeli wołanie. Przeklęta zmiana! Nie miał zamiaru… nie chciał jej teraz samej zostawiać! Dziewczyna dotknęła delikatnie swoją pokaleczoną dłonią jego ręki. – Musisz już iść – uśmiechnęła się do niego bladym uśmiechem. – Nie! – niemalże warknął na nią. – Dam sobie radę – szepnęła uspokajająco. – Ktoś inny cię teraz potrzebuje. Przyjdziesz do mnie jak skończysz zmianę. Gdy jego kolega z ekipy ratowniczej zajrzał do środka przez uchylone drzwi, natarczywie go ponaglając, Andreas boleśnie zdał sobie sprawę, że Bella ma rację. Musiał wracać do pracy i musiał ją tu zostawić. Bo jeśli ktoś przez jego opieszałość tego dnia umrze, dziewczyna nigdy mu tego nie wybaczy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Drewniana belka nie była zbyt szeroka i dziewczyna czuła, jak boleśnie wbija się w jej plecy. Jej związane za głową ręce były unieruchomione w taki sposób, że oplatały drewno od spodu. Nogi miała szeroko rozsunięte, a jej pośladki odrobinę wystawały. Nagą skórę drażnił nieprzyjemny chłód. – Bella mia – zamruczał stojący nad nią chłopak, przesuwając dłońmi po jej alabastrowych udach. W tym wypadku słowa te miały podwójne znaczenie. Dotknął jej brzucha, piersi, sterczących sutków, lekko rozchylonych warg. Była jego. Należała do niego. Mógł z nią zrobić co tylko chciał. Jej oczy zrobiły się wielkie z przerażenia, gdy sięgnął po stojący na stole, potrójny świecznik. – Nie, proszę… – jęknęła błagalnie. Uśmiechnął się do niej chłodno. Jedną ze zgaszonych świeczek powoli wsunął między jej nogi. Kolejną wetknął w pupę, rozsuwając pośladki Belli. Ignorował jej przyspieszony oddech, to jak przymknęła oczy. Zignorował również drżenie jej ciała i łzy. Trzecią z nich zapalił, odstawiając z powrotem świecznik na stół. Zbliżył się z nią i przechylił nad ciałem dziewczyny. Krzyknęła, gdy pierwsza kropla gorącego wosku skapnęła na jej brzuch. Następne pojawiały się coraz gęściej. Brzuch, piersi, łono. Dziewczyna cicho łkała, a on czuł jak narasta w nim coraz większe podniecenie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bolała go nadwyrężona szczęka. Czemu do cholery ten dupek mu przywalił? Czy uznał, że to on coś zrobił Belli? Był wściekły na niego, wściekły na nią, wściekły na cały świat, a przede wszystkim na samego siebie. Nie powinien był jej zostawiać samej. Mógł z nią od razu porozmawiać. Mógł jej pilnować. Mógł cokolwiek… choć w dalszym ciągu nie miał pojęcia co. Czy ona również śniła te same sny? Coraz mocniej zaczynał w to wierzyć, bo jeśli nie, to czemu by się w ten sposób zachowywała? Żałował teraz, że nie ma auta. Oczywiście rodzice kupili mu samochód. Kupowali mu wszystko co chciał, chyba głównie po to by zagłuszyć wyrzuty sumienia spowodowane tym, że ciągle ich nie ma. Choć może wcale takich wyrzutów nie mieli, a kupowali po prostu dlatego, że było ich na to stać. Christopherowi było wszystko jedno. Nie miał auta, bo sam je rozbił i zrobił to specjalnie. Chciał zwrócić na siebie uwagę. Teraz bardzo tego żałował. Zwłaszcza, że idiotyczny wyczyn poszedł na marne, a ojciec kazał mu po prostu wybrać nowe, na które teraz czekał. Szybko wybrał numer Jacka i z ulgą upewnił się, że jego kumpel ciągle bawi się w mieście, więc jeszcze nie chce zabierać swojego samochodu. Niemalże wybiegł z domu, by jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Gdy podał portierce swoje nazwisko, dostanie się do Belli okazało się wcale nie takie trudne i nie ważne było co mówiły przepisy. Wystarczyło jak oznajmił, że to jego przyjaciółka i bardzo mu na tym zależy. Gorzej zaczęło być dopiero, gdy już znalazł się w jej pokoju. Leżała blada w białej pościeli, która jeszcze tą bladość pogłębiała. Gdy otworzyła oczy i zobaczyła go, stojącego w progu, natychmiast odwróciła wzrok. – Hej… – zaczął niezbyt przekonany, zbliżając się do niej o kilka kroków. – Dobrze się czujesz? – zapytał głupio. Skinęła głową. Spojrzała na niego. Tym razem strach w jej oczach zastąpiła rezygnacja. – Co ze mną zrobisz? – zapytała cicho. Bezwiednie usiadł obok niej na łóżku. Instynktownie dotknął jej białej, lezącej na kołdrze dłoni. To było silniejsze od niego. Była taka delikatna… – Chcę tylko porozmawiać – odezwał się łagodnie. Prychnęła. Niczym kotek. Nawet to było urocze. – Dlaczego się mnie boisz? – próbował kontynuować rozmowę. Spojrzała na niego niedowierzająco. – To jakiś test? – zapytała. Mocniej chwycił jej rękę. – Bella, nie skrzywdzę cię, przyrzekam – zapewnił gorączkowo. – Nigdy nie mógłbym zrobić ci nic złego. Roześmiała się smutnym, dźwięcznym śmiechem. – Chyba nie uda ci się wymyślić nic gorszego niż to co już zrobiłeś – oznajmiła, odwracając się na bok, tak, by być odwrócona do niego plecami. – Bella… – ona jednak nie zareagowała już na żadne jego słowa. W końcu, któryś już raz z kolei wypraszany przez pielęgniarkę, poddał się i postanowił tego dnia dać jej już spokój. Jej słowa dźwięczały mu w głowie aż nazbyt wyraźnie. Nie wiedział jeszcze jak jej to wytłumaczy ani o co powinien zapytać, zdawał sobie jednak sprawę, że nie da rady tak tego zostawić. Za wszelką cenę będzie musiał sprawić, by jednak chciała z nim, choć jeszcze przez krótką chwilę, porozmawiać. Rozdział IV Krzyknęła. Gwałtownie usiadła. Jej serce uderzało w dzikim rytmie. Drżała. Teraz, gdy wiedziała, że był to tylko sen – złe wspomnienie – próbowała uspokoić oddech. Na próżno i ani odrobinę nie pomagała w tym szarość za oknem. Uchyliły się drzwi do jej pokoju. – Koszmarny sen? – zapytał stojący w progu chłopak, który miał na sobie jedynie luźne spodnie od piżamy. Uczucie ulgi, wywołane tym, że przyszedł z sąsiedniego pokoju pomogło jej się odrobinę uspokoić. Nieśmiało skinęła głową. – Zostać z tobą? – zapytał, podchodząc do jej łóżka. Spojrzała na niego z nadzieją i znów leciutko przytaknęła. Położyła się, a on wsunął się obok niej pod kołdrę. Przytulił się do jej pleców, wkładając rękę pod jej głowę, a drugą obejmując dziewczynę w pasie. Wtuliła się w niego niczym mały kotek. Zamknęła oczy, z nadzieją, że jeżeli uda jej się zasnąć, to tym razem nie będzie już śniła żadnych, głupich koszmarów. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Andreas nie mógł przestać się martwić. Przez parę dni Bella nie chodziła do szkoły. W domu, a właściwie niewielkim mieszkanku, dziewczyna prawie nie opuszczała swojego pokoju. Już od kilku miesięcy mieszkała razem z nim i jego matką. do której zwracała się ciociu, choć tak naprawdę nie była jej ciocią. Znaczyła jednak znacznie więcej niż czasem mogłaby znaczyć rodzina. To była dziwna historia, a Bella właściwie pojawiła się znikąd. Ann była kobietą w późnym, średnim wieku. Od wielu lat pracowała w szpitalu jako salowa i naprawdę lubiła swoją pracę, choć ta niekiedy bywała bardzo męcząca. To tam pewnego dnia przywieziono dziewczynę, z którą nikt nie miał pojęcia co należy zrobić. Była wygłodzona i pobita, ktoś się nad nią fizycznie znęcał. Nie odzywała się ani słowem. Nosiła ślady po samobójczych próbach. Nie zgłosili się po nią żadni krewni. Gdy w końcu ktoś w jakiś magiczny sposób odnalazł jej metrykę, uzyskano informację, że matka dziewczyny nie żyje, a ojciec jest nieznany. Ona sama natomiast mieszkała do tej pory we Francji. Okazało się również, że jest jeszcze niepełnoletnia, ale już na tyle dorosła i po takich przejściach, że znalezienie dla niej rodziny zastępczej graniczyłoby z cudem. Najlepszym wyborem wydawał się być szpital psychiatryczny. To przed nim uratowali ją Ann i jej syn, Andreas. Nie chodziło o to, że Ann była po prostu sympatyczną kobietą. Coś, jakaś siła wyższa, zaczęło ją przyciągać do ciągle milczącej Belli. Za swój święty obowiązek uznała zaopiekowanie sie skrzywdzoną przez los dziewczyną. Każdego dnia rozmawiała z nią, nie uzyskując odpowiedzi. Przynosiła jej ciastka i jabłka. Potem, zaciekawiony historią matki, pojawił sie Andreas. To do niego pierwszego odezwała się Bella. Później, cały personel szpitala odetchnął z ulgą, gdy Ann poprosiła o opiekę tymczasową i zabrała dziewczynę do siebie do domu. Jej samej wydawało się to zdarzenie dość surrealistycznym, a jednak wiedziała, że nie potrafiłaby postąpić inaczej. Od tego czasu ani razu nie pożałowała swojej decyzji. Bella niewiele jadła i prawie cały czas spała. Andres nie potrafił namówić jej na wyjście z pokoju, a co dopiero z domu. Wcześniej dziewczyna robiła wszystko by nie być dla Ann ciężarem. Sprzątała, prała, prasowała, próbowała gotować, co nie zawsze dobrze jej wychodziło. Teraz nie robiła kompletnie nic i wyglądało na to, że znów stara się zamknąć w sobie. On jednak nie zamierzał jej na to pozwolić. – Musisz iść do szkoły – nalegał – będę cię odwoził, a potem przyjeżdżał po ciebie. Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził. – Nie dam rady – szepnęła, nie wstając z łóżka. Odwróciła się do niego bokiem. – Jeszcze nie teraz. – Jeśli nie teraz, to kiedy? – usiadł obok dziewczyny, odgarniając delikatnym gestem kasztanowe kosmyki z jej twarzy. Przytuliła się policzkiem do jego dłoni. Była jak odtrącony psiak, który potrzebował bliskości. – Nie wiem – przyznała. – Bella, jesteś silniejsza niż myślisz – oznajmił z pełnym przekonaniem. – Musisz wrócić do normalnego życia. Nie podniosła na niego wzroku, ukryła twarz jeszcze bardziej w poduszce. – Wrócę, tylko nie każ mi tego robić już teraz – wyszeptała błagalnie. Westchnął i spróbował wstać, ale ona nie puściła jego ręki. Uśmiechnął się smutno i położył za jej plecami, przytulając dziewczynę do siebie. Powinien wychodzić, ale chwilę jeszcze mógł z nią zostać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher snuł się bez celu. Bella po weekendzie nie przyszła do szkoły. Następnego dnia również nie. Za każdym razem, gdy widział kasztanowe włosy, serce podskakiwało mu do gardła, a chwilę później nadzieja pryskała niczym bańka mydlana. Sny nie minęły, a tylko nasiliły się jeszcze bardziej. Urywki, fragmenty tego co działo się z dziewczyną, a raczej tego co robił jej on sam. To było nie do zniesienia. Tym bardziej, że teraz nabrał irracjonalnej pewności, że ona dzieli te same sny. Świruska, wariatka, próbowała sie zabić – szepty po korytarzach rozchodziły się same. Jak to w niewielkich miasteczkach bywa każdy każdego znał przynajmniej z widzenia. Christopher miał ochotę komuś przyłożyć. Co stanie się jeżeli nie zaakceptują Belli, gdy wróci do szkoły? Jak zareaguje na to zbyt delikatna i nadmiernie wrażliwa dziewczyna? Na horyzoncie pojawił się wiecznie wesoły, rozgadany Jack. To jego w tym momencie najmniej chciał widzieć, ale również i jego właśnie potrzebował. – Słyszałeś już o Isabelli? No wiesz, tej nowej… – zaczął entuzjastycznie dzielić się informacjami. – Podobno próbowała się zabić. Trafiła do szpitala… – Jack! – Christopher przerwał mu stanowczo, odciągając go na bok. Przyjaciel spojrzał na niego pytająco. – To stało się u mnie… u mnie w domu – dodał na tyle cicho, żeby nikt inny nie usłyszał. – Co ona robiła u ciebie w domu? – oczy tamtego szeroko otworzyły się ze zdumienia. – Lubię ją. Zaprosiłem ją na obiad – rzucił półprawdę Chris. – Jeżeli ta sprawa wyjdzie na jaw… Załatwisz to? – spytał patrząc prosto na przyjaciela. Jack zrozumiał. Nigdy niczego nie trzeba było mu powtarzać dwa razy. Plotki to była jego specjalność. Choć nie rozprzestrzeniał ich sam, zawsze potrafił w cudowny sposób zmanipulować robiące to dziewczyny. – Jasna sprawa, ale będziesz mi winny naprawdę potężną przysługę – zapowiedział. – Co tylko sobie zażyczysz – westchnął, uwolniony od przynajmniej jednego problemu, Chris. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W lesie panował półmrok. On jednak coraz bardziej zagłębiał się między drzewa. W dłoni trzymał skórzaną smycz, w drugiej ręce natomiast miał podłużne opakowanie. W końcu uznał, że wystarczy. Zatrzymał się. Gdy spojrzał na idącą za nim na czworaka dziewczynę, ta natychmiast uciekła wzrokiem. Poza zapiętą na szyi obrożą, była zupełnie naga. – Nie ruszaj się – polecił, a ona posłusznie zatrzymała się w miejscu. Ukucnął. Przesunął dłonią po jej wciąż zaczerwienionych od chłosty pośladkach. Wyczuł, że ze wszystkich sił stara się nie wzdrygnąć ani nie odsunąć. Jęknęła, gdy jego dłoń powędrowała między jej nogi, a on gwałtownie włożył w nią palce. Przez chwilę nimi poruszał, a potem podsunął dziewczynie do oblizania. – Zobacz, jaka jesteś słodka – zamruczał, gdy posłusznie wzięła je do ust. Odsunął dłoń i otworzył pudełko, z którego wyjął związane razem zimne ognie. Końcówki wcisnął w jej, odrobinę teraz wilgotną, szparkę. Drugą, sterczącą ku górze, niczym ogon, stronę podpalił. Drżała. W jej oczach widział przerażenie. Zimne ognie zaczęły sypać iskrami. Coraz gęściej i coraz bardziej widowiskowo. Lodowate, naelektryzowane iskry opadały na jej plecy, nogi i pośladki, nieprzyjemnie szczypiąc, a ona bała się poruszyć. Poczekał aż się zupełnie wypalą i dopiero wtedy wyjął z niej poczerniałe, bezużyteczne już patyki. – Rozepnij mi spodnie – rozkazał lekko zachrypniętym z podniecenia głosem. Posłuchała. Uklęknęła przed nim. Rozpięła mu rozporek, uwalniając sterczącego, gotowego do akcji członka. – Zrób mi loda – wydał kolejne polecenie. Widział, jak dziewczyna walczy sama ze sobą. W dalszym ciągu się jeszcze nie poddała. To tylko podnieciło go jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Wzięła do ręki jego męskość. Najpierw zaczęła lizać samą główkę, potem przesuwała językiem od nasady aż po czubek. Wreszcie wsunęła go sobie do ust. Wszedł niemal do połowy. Zaczęła poruszać głową, jednocześnie pieszcząc czubek językiem. Przytrzymał jej włosy i nadał własne tempo. Po pewnym czasie chwycił mocniej, unieruchamiając głowę dziewczyny przy swoich lędźwiach. Skończył pozostawiając w jej ustach słodkawo-słony płyn. Z trudem przełknęła, a on dopiero wtedy ją puścił. Odsunął się od niej, schował ciągle jeszcze sterczący członek i zapiął spodnie. Niezbyt mocno pociągnął za smycz. – Grzeczna dziewczynka – zamruczał, głaszcząc jej włosy, a potem ruszył w powrotną drogę, prowadząc ją za sobą. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Prawie cały dzień spędziła sama, więc gdy tylko otworzyły się drzwi wejściowe, z entuzjazmem podbiegła by przywitać się z Andre. Zamarła w pół kroku. Chłopak, który przeszedł przez próg wyglądał strasznie. Pogniecione, podarte ubranie, zadrapania, kilka szwów. – Co się stało? – zapytała przerażona. – Nic specjalnego – mruknął wyraźnie niechętny by o tym mówić. Zdjął buty i ciężko opadł na stojącą w niewielkim salonie, wytartą, ciemnozieloną kanapę. Otrząsnęła się z pierwszego szoku i natychmiast usiadła obok niego, oplatając ramionami jego szyję. Przytuliła się do niego mocno, ale natychmiast odskoczyła, gdy syknął z bólu. Uśmiechnął się do niej ponuro. – Wybacz – westchnął przyciągając ją do siebie z powrotem. Tym razem była znacznie delikatniejsza i tylko oparła głowę na jego ramieniu, kuląc się obok. – Co ci się stało? – powtórzyła cichutko swoje pytanie. Przez dłuższą chwilę milczał, ale wiedziała, że jej powie. Jeśli wymagał od niej by dzieliła się z nim swoimi problemami, nie mógł przed nią ukrywać własnych. – W sumie, to sam nie wiem – przyznał niechętnie, jakby zawstydzony. – Kiedy wychodziłem z pracy, szło za mną kilku podejrzanie wyglądających typów. Dopadli mnie i zrobili to co widzisz… – kontynuował z coraz większą niechęcią. – Powiedzieli, że to ostrzeżenie, tylko nie mam pojęcia przed czym i za co… Potem wróciłem do szpitala, Karl mnie opatrzył i odwiózł do domu. Bella zapomniała, że trzeba oddychać. Ona była pewna, że wie o co chodzi. Więc nie tylko ją odszukał, nawet i tutaj… Znalazł również sposób by znów była jego. – Wiesz, miałeś rację – szepnęła cichutko. – Chyba nie mogę wiecznie się ukrywać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Odetchnął z ulgą, gdy pojawiła się w szkole. Nie wiedział co wymyślił Jack, ale zadziałało. Rówieśnicy nie drwili z dziewczyny, nie szeptali po kątach. Zamiast tego pojawiły się współczujące spojrzenia i grono przymilnych koleżanek. Co prawda Bella sprawiała wrażenie jakby chciała od nich uciec, ale i tak było to lepsze od wytykania palcami. Gdy rozważał co zrobić, by móc porozmawiać z nią sam na sam, jednocześnie nie płosząc dziewczyny, ona sama do niego podeszła. Orzechowe oczy płonęły. Niemalże wepchnęła go do pustej klasy. Zbyt zaskoczony by jakkolwiek zareagować, z wrażenia oparł się plecami o jedną z ławek. – Nigdy więcej tego nie rób! – odezwała się pewnie, rozkazująco, co zupełnie nie pasowało do roztaczanego przez nią wizerunku spłoszonej, nieśmiałej osóbki. Zamrugał. Pytająco spojrzał na dziewczynę. Zdał sobie sprawę, że jej chwilowa pewność siebie była jedynie maską. Wpatrywała się w niego ze strachem, jakby przerażona tym co przed chwilą powiedziała. – Czego mam nie robić? – zapytał łagodnie. – Zostaw Andre w spokoju – to już nie był rozkaz, a raczej rozpaczliwe błaganie. – Zrobię wszystko co zechcesz, tylko go do tego nie mieszaj. Christophera zamurowało jeszcze bardziej. Czego ona od niego chciała i kim do cholery był Andre? Milczenie okazało się błędem. Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Podeszła do niego bliżej. Ramionami oplotła jego szyję. Normalnie sięgała mu ledwie do ramienia, teraz jednak gdy opierał się tyłem o ławkę, ich twarze znalazły się na równej wysokości. Ich usta dzieliły od siebie centymetry. – Proszę – wyszeptała, znajdując się tak blisko. Jej ciało dotykało jego ciała, jej usta znalazły się przy jego ustach, a on poczuł jak płonie. Nie było myśli, nie było świata, nie było niczego poza nią. Gdy go pocałowała, przyciągnął ją do siebie stanowczo. Namiętnie, gorliwie odwzajemnił pocałunek. Smakowała tak słodko. Upojnie… Gdy wreszcie się od siebie odsunęli, z trudem łapał oddech. Poczuł jak niewygodnie zrobiły się, zbyt ciasne w tym momencie, dżinsowe spodnie. Bella opadła na podłogę, klękając przed nim. Drobnymi dłońmi, o smukłych palcach, sięgnęła do jego rozporka. Oprzytomniał. – Zwariowałaś?! – niemalże warknął, chwytając ją za ramiona i podnosząc do góry. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem. – Zrobiłam coś nie tak? – zapytała niepewnie. Miał ochotę walić głową o ścianę. Był pewien, że jeżeli zaraz nie ochlapie się zimną wodą, to jej na to pozwoli. Budziła w nim tak silne uczucia… I to piekielne, palące pragnienie. Przyciągnął ją do siebie. Przytulił, głaszcząc jej włosy. Ze wszystkich sił starał się zebrać w sobie i w jakiś sposób uspokoić. Rozdział V Chciała się z nim spotkać. Po szkole. Było jej wszystko jedno gdzie. Skąd ta nagła zmiana? Wcześniej próbowała go unikać. Zdawało mu się, że panicznie się go boi, a teraz… zachowywała się tak, jakby była jego dziewczyną. Na korytarzu odnalazła jego rękę i wsunęła w nią swoją drobną dłoń. Na każdej przerwie, gdy mieli oddzielne lekcje, przybiegała pod drzwi jego klasy. Chodziła za nim niczym cień. Christopher już się zdążył kompletnie pogubić i po prostu jej na to wszystko pozwalał. Umówili się na wieczór w kawiarni, ale on miał nieco większe plany. Nareszcie dostał nowy samochód, mógł więc zaprosić Bellę na przejażdżkę za miasto. Wycieczkę, na której wreszcie będzie mógł z nią spokojnie porozmawiać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Znów na chwilę udało jej się przysnąć. Mimo skrajnego wyczerpania te drzemki jednak nie trwały zbyt długo. Męczyła się tak przez całą noc. Ręce miała wyciągnięte nad głową, związane w nadgarstkach i przymocowane do ramy szerokiego łóżka. Na początku zdrętwienie było tylko uporczywe, teraz jednak po prostu koszmarnie ją bolało. Na nagim ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie było zimno, ale chłód poranka był wystarczająco nieprzyjemny. Między złączonymi nogami czuła twardość sztucznego członka. Pragnęła się go pozbyć, skulić się otulając własnymi ramionami. Teraz jednak pozostawało jej tylko czekać. Cierpliwie wytrzymać do czasu, aż leżący obok niej chłopak się obudzi. Gdy wreszcie otworzył oczy, znów powrócił strach. Na jej widok uśmiechnął sie aroganckim, leniwym uśmiechem. Wysunął spod kołdry dłoń, a ta zaczęła błądzić po jej naprężonym ciele. – Bonjorno, Bella – przywitał się uprzejmym, zmysłowym głosem. – Dobrze spałaś? Nie odpowiedziała, a on się tym nie przejmował. Odrzucił na bok kołdrę, przesunął się nieco w górę i rozwiązał jej ręce. Nie potrafiła powstrzymać westchnienia ulgi. Jego usta znalazły się na jej szyi. Całował dekolt dziewczyny, później powędrował niżej, ku jej piersiom, które jednocześnie pieścił dłońmi. Był delikatny, niemalże łagodny. Posłusznie leżała, poddając się jego pieszczotom. Zadrżała, gdy jedna z jego rąk przesunęła się jeszcze niżej, gładząc znajdujące się między jej nogami, wrażliwe miejsce. Powoli zaczął z niej wysuwać drażniącą jej wnętrze zabawkę. Odłożył ją na bok, a sam zsunął się niżej, leniwie całując jej podbrzusze, a potem łono. Językiem zaczął pieścić najbardziej intymne miejsca. Wbrew sobie poczuła podniecenie. Kiedy zaczęła myśleć, że zaraz oszaleje, on nagle przestał. Przetoczył się na plecy, splatając pod głową ręce. Zaprezentował swoją sterczącą w całej okazałości męskość. – Chcę, żebyś na mnie usiadła – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. Posłuchała. Strach przed tym, co mogłoby się stać, gdyby nie wykonała jego rozkazu, dławił ją w gardle. Wpatrywał się w nią intensywnie, wyraźnie zadowolony. Powoli zaczęła się poruszać. Oswobodził dłonie, by położyć je na jej biodrach i nadać ruchom dziewczyny odpowiedni rytm. Czuła go w sobie aż nazbyt mocno. Wypełniał ją całą, a jej zdradzieckie mięśnie same zaciskały się na jego członku jeszcze bardziej. Rozkosz mieszała się z bólem, ale posłusznie nie przestawała się poruszać. Jedna z jego rąk powędrowała ku jej piersi. Przymknęła oczy. Straciła poczucie rzeczywistości. Czas nie miał znaczenia. Przez jej umysł przestały płynąć jakiegokolwiek myśli. W pewnym momencie przyciągnął ją do siebie, oplatając ramionami, tak, że się na nim położyła. Teraz to on zaczął się poruszać, coraz szybciej i mocniej wsuwając się w jej wnętrze. Wtuliła twarz w jego szyję. Zadrżała pod wpływem tego cudownego uczucia, którego wcale nie chciała przy nim czuć. Oddech chłopaka przyspieszył. Poczuła, że on również kończy. Jeszcze kilka mocnych pchnięć i powoli się z niej wysunął. Zamknął ją w stalowym uścisku swoich ramion, a ona wtuliła się w niego niczym mała dziewczynka. Przez chwilę wydawało jej się, że jest zupełnie tak jak kiedyś. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, jak szybko on rozwieje te złudne, naiwne marzenia. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kurczowo zaciskała dłonie. Tak bardzo bała się spóźnić, że w rezultacie przyszła pół godziny za wcześnie. Teraz siedziała nad kubkiem, w tym momencie juz zupełnie zimnego, waniliowego latte. Gdy w drzwiach ujrzała zarys jego smukłej sylwetki, natychmiast poczuła paniczny strach. Starała się wolno i głęboko oddychać. Nie zrobi jej krzywdy. Nie ośmieli się. Nie tutaj. Zobaczył ją. Jego przystojną twarz rozjaśnił przyjazny uśmiech. To był on, ale wyglądał zupełnie jak nie on. To znaczy… jego ciemne włosy w dalszym ciągu pozostawały krótko ścięte, oczy miały tą samą, szaroniebieską – niemalże srebrzystą barwę, szerokie ramiona zasłonięte były czarną koszulką. Na nogach miał grafitowe dżinsy i adidasy w podobnej kolorystyce. To wszystko było dokładnie takie samo. Tylko to jego niepewne spojrzenie zupełnie Belli nie pasowało. Ani jaśniejące na jej widok oczy i łagodność, którą w nich odnalazła. Christopher Sariel jakiego znała był podły, zimny i wyrachowany, natomiast ten chłopak… Nie! To jakaś podła sztuczka. Znów stała się jego zabawką, ale tym razem się nie podda. Może ją mieć, zrobić z nią co zechce, ale nie zniszczy jej psychicznie. Nie po tym, gdy z tak wielkim trudem to wszystko w sobie odbudowała. – Hej, długo na mnie czekasz? – zapytał z brzmiącym w głosie poczuciem winy, jakby przeszkadzało mu to, że to nie on pojawił się pierwszy. – Nie – skłamała, starając się oderwać od niego wzrok. – Przynieść ci coś? – zaproponował uprzejmie. Przecząco pokręciła głową, a potem przyszło jej na myśl, że być może to go urazi. – Właściwie to… – patrzyła na niego niezdecydowana, bojąc się, że udzieli złej odpowiedzi. Christopher westchnął. – Nie pogniewasz się, jeśli sam coś wybiorę? – znów obdarzył ją tym swoim ciepłym, czarującym uśmiechem. – Zanotowałem już sobie w pamięci, że nie jadasz mięsa. Przyrzekam. – Dobrze – przytaknęła mu z ulgą, nie mogąc zrozumieć jego zachowania. Wyglądało to zupełnie tak, jak gdyby się o nią martwił… Gdy odszedł od stolika, z całej siły wbiła paznokcie w wierzch własnej dłoni. Musi być dzielna. Musi wszystko wytrzymać. Nie może pozwolić na to, by przez nią ktokolwiek skrzywdził osoby, które pokochała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Jej strach urósł do gigantycznych rozmiarów w momencie gdy Christopher zaproponował wycieczkę. Myślała – była przekonana, że udało jej się uciec, a teraz koszmar zaczynał się od początku. W samochodzie siedziała spięta, milcząca. W tle grała cicha muzyka z radia. Chłopak również się nie odzywał. Po półgodzinnej drodze zatrzymał się na niepozornym, leśnym parkingu. Bella wysiadając z auta starała się nie drżeć. Zauważył to, mimo jej starań. – Zimno ci? – zapytał z troską. Tego wieczoru starała się wyglądać ładnie. Miała na sobie niebieską, sięgającą kolan sukienkę i białe zakolanówki ozdobione kokardkami w nieco jaśniejszym odcieniu błękitu. Na ramiona narzuciła mięciutki, cienki, srebrzysty sweterek, ale nie – nie było jej zimno. To strach sprawiał, że drżała. Przecząco pokręciła głową, gdy uporczywie nie spuszczał z niej wzroku. Wziął ją za rękę. To było takie naturalne. Wolnym krokiem ruszyli przez las, by chwilę później znaleźć się nad jeziorem. Christopher zatrzymał się na pomoście. Wiosna była w tym roku wyjątkowo ciepła, a wieczór pogodny. Usiedli na drewnianych, pachnących żywicą deskach. Wciąż nie spuszczał z niej wzroku, a ona, o ile to tylko możliwe, bała się coraz bardziej. Wyglądało na to, że chłopak nad czymś się zastanawia. – Czy będziesz odpowiadała na moje pytania? – zaczął po dłuższej chwili milczenia. – Tak – zgodziła się automatycznie. Siedzieli po turecku naprzeciwko siebie. Schował jej drobne dłonie w swoich rękach. – Skąd mnie znasz? Spotkaliśmy się kiedyś? Kim według ciebie jestem? Dlaczego się mnie boisz? – wyrzucił z siebie. Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę chciał, żeby mu odpowiedziała? To jakaś nowa gra? Test? Co jej zrobi jeśli nie odpowie? Głęboko zaczerpnęła powietrza. – Nazywasz się Christopher Sariel i przez ostatnie dwa lata mieszkałeś we Francji, ale z pochodzenia jesteś Włochem – zaczęła cicho, a on jej nie przerywał. – Nasi rodzice się przyjaźnili, a konkretniej moja mama z twoimi rodzicami. Chyba od zawsze. My również – dodała nieco mniej pewnie. – Potem moja mama zachorowała i umarła, a wy zabraliście mnie do siebie. Kiedy pojechałeś do Francji, wyjechałam razem z tobą, a wujek i ciocia zostali na Sycylii. Zakochałam się w tobie, a ty chyba we mnie – do oczu napłynęły jej łzy. Postanowiła skrócić historię do jednego zdania, ponieważ mówienie o tym sprawiało jej zbyt duży ból. Miała nadzieję, że nie będzie wymagał niczego więcej. – Przez rok byłam szczęśliwa, a potem wszystko się zmieniło. Ty się zmieniłeś. Twoja rodzina ma posiadłość na Lazurowym Wybrzeżu. Tam właśnie mieszkaliśmy. Odprawiłeś prawie całą służbę. A potem… – mimo że do tej pory patrzyła bezpośrednio na niego, teraz spuściła wzrok i wbiła go w deski pomostu. – Potem zacząłeś robić te wszystkie rzeczy. Uciekłam – dodała jeszcze ciszej – ale ty mnie i tak znalazłeś. Jest dokładnie tak jak mówiłeś. Przed tobą nie da się uciec. Nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Gdy znów na niego spojrzała, Christopher wyglądał jakby opadła mu szczęka. Coś było nie tak, ale ona nie miała pojęcia co to takiego. – Większość tych rzeczy się zgadza – odezwał się w końcu. – To znaczy rzeczywiście nazywam się Christopher Sariel i dwa lata temu przeprowadziłem się z Sycylii. Tylko, że razem z rodzicami. Do Stanów. Do Kaliforni. Do Fresno. Natomiast ciebie od roku widzę w moich snach – skończył niezbyt pewnie. – Nigdy cię wcześniej nie spotkałem. Bella nie rozumiała zasad tej gry. O co mu tym razem chodziło? Czemu to robił? – Mhm – przytaknęła na wszelki wypadek. – Bella, popatrz na mnie – poprosił, a ona spełniła polecenie. Nieco mocniej ścisnął jej dłonie. – Nie jestem osobą, która cię skrzywdziła. Nigdy bym nie zrobił niczego wbrew twojej woli. Nigdy nie mógłbym zrobić ci nic złego. Rozumiesz? Jego głos był natarczywy, pełen pasji. Jakby to co mówił było bardzo ważne. Sytuacja wydała jej się surrealistyczna. Gdyby tak się nie bała, zapewne wybuchłaby śmiechem. Teraz jednak po prostu to przemilczała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Odwiózł ją do domu, w jej głowie pozostawiając mieszaninę szybko wirujących myśli. Nie wierzyła mu. Ani przez chwilę. Tylko, że całym swoim sercem pragnęła mu uwierzyć. Może coś się stało? Może stracił pamięć? Może teraz był kimś zupełnie innym? Nie! To tylko podła gra, kolejny pomysł na to, by ją skrzywdzić. Wiedziała, powtarzała sobie w duchu, że tych właśnie myśli musi się trzymać, inaczej uda mu się kompletnie ją zniszczyć. Otworzyła drzwi i nie podnosząc wzroku weszła do mieszkania. – Gdzie byłaś?! – ulga w głosie czekającego na nią Andre mieszała się z naganą i pretensją. Nie zdążyła jeszcze dobrze wejść do środka, gdy chłopak chwycił ją w ramiona i przyciągnął do siebie. Wtuliła się w niego niczym mała dziewczynka, pozwalając mu na to, by dłuższą chwilę obejmował ją ramionami. – Nie martw się o mnie – uśmiechnęła się do niego blado, patrząc mu w oczy, gdy odrobinę ją od siebie odsunął. – Niby jak mam się nie martwić? – zapytał zirytowany. – Odebrałem cię ze szkoły i przywiozłem tutaj, potem poszedłem do pracy, a ty w międzyczasie zniknęłaś. Bałem się o ciebie – przyznał już nieco ciszej. – Przepraszam, umówiłam się z przyjacielem – Bella mimowolnie zastanowiła się jak często teraz będzie musiała kłamać. Spojrzał na nią podejrzliwie, ale w żaden sposób tego nie skomentował. – Informuj mnie o swoich planach, proszę – jego głos brzmiał w taki sposób, że nie była pewna czy to rozkaz czy błaganie. – Dobrze, spróbuję – obiecała, wcale nie mając pewności na ile będzie w stanie dotrzymać danej mu obietnicy. Rozdział VI Nigdy nie myślała o Andre w ten sposób, to znaczy nie, że jest przystojny. Opiekował się nią, martwił. Był jej aniołem stróżem. Przyjacielem. Bratnią duszą. To było coś w rodzaju olśnienia. Głupiego i bardzo niechcianego. Do tego spłynęło na nią w najgorszym, możliwym momencie. Zabrał ją na plażę, nad morzę. Siedziała skulona na kocu podczas gdy on brodził w wodzie. Z koleżankami. Z wpatrzoną w niego Jane. Złotowłosą, opaloną i naprawdę śliczną. Od czasu do czasu było słychać ich wesoły śmiech. Miał na sobie szorty. Szerokie plecy chłopaka osłaniała ciemnoniebieska koszulka. Skrzywiła się na myśl, że zakrywa całkiem świeże, nieprzyjemne siniaki. W wyobraźni widziała jego roziskrzone, szarozielone oczy. Dlaczego to przy niej nigdy nie mógł się w ten sposób śmiać? Wiedziała dlaczego. Przynosiła ze sobą same problemy, kłopoty, zmartwienia. Ona sama prawie nigdy się nie śmiała, więc dlaczego ktokolwiek miałby to robić przy niej. Patykiem rysowała na pisku zawiłe wzory. Idiotka. Głupia, głupia, głupia idiotka. Ma przecież większe problemy niż jakaś tam durna zazdrość. A Andre… nie chciała o nim myśleć. Nie teraz. Nie miała zamiaru płakać przy jego przyjaciołach, a do oczu cisnęły się jej niechciane łzy. – Bella? – podbiegł do niej, kucając przed dziewczyną. Boleśnie zdała sobie sprawę, że uśmiech zupełnie zniknął z jego twarzy. – Nie jest ci zimno? – zapytał zatroskany. Chciała zaprzeczyć, ale on już podnosił swoją, leżącą obok niej na kocu, bluzę. Okrył nią odsłonięte ramiona dziewczyny. Dopiero teraz zauważyła, że pojawiła się na nich gęsia skórka. Przeklęła w duchu swoją delikatność. Nie chciała być taka. Wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę, albo lalkę. Marzyła o tym, by być taka… podniosła wzrok by napotkać rozbawione spojrzenie opierającej się dłonią o ramię Andre złotowłosej dziewczyny… chciała być taka jak Jane. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella wyglądała jakby sama nie wiedziała czy czuje się bardziej zadowolona czy winna. Spojrzała zachłannie na gofra z polewą toffi, którego dla niej kupił. Jego przyjaciele poszli zwiedzać nadmorskie jaskinie, a on nie miał zamiaru ciągnąć tam zmarzniętej dziewczyny. Dlatego się rozdzielili, a Belli najwyraźniej to odpowiadało. Jemu zresztą także. Dziewczyna jadła tak, jakby za chwilę ktoś miał jej tego gofra zabrać. Wcale nie jak dobrze ułożona, schludna panienka, na którą zazwyczaj wyglądała. Nie mógł powstrzymać śmiechu gdy nieco słodkiego sosu skapnęło na jej podbródek. – No co? – spytała zirytowana, próbując się oblizać. – Teraz będziesz słodka – Andre nie przestawał się śmiać. – Ja zawsze jestem słodka – mruknęła w odpowiedzi wkładając do buzi resztę ciasta. Zaczęła szukać w plecaku chusteczek, ale on ją uprzedził. Przysunął się bliżej i oblizał miejsce, w którym pojawiła się plamka z toffi. – Ej! – wydała z siebie okrzyk zaskoczenia. Andre się zmieszał. To był impuls. Nie planował tego. Po prostu zawsze była tak blisko… taka śliczna i pełna uroku… Tylko, że nie powinien był. Na chwilę zapomniał o tym przez co Bella przeszła i że z założenia miał być jej przyjacielem i… nikim więcej. – Tak? – roześmiał się nieszczerym śmiechem, odsuwając nieco. – Jesteś nie tylko słodka, ale również naprawdę smaczna – oznajmił, za wszelką cenę starając się obrócić to niefortunne zajście w żart. Przeklinał się w duchu, błagając by dziewczyna znów nie zamknęła się w sobie. Nie przy nim. Bella westchnęła, a jej orzechowe oczy nieco przygasły. Andre z trudem przełknął ślinę. Już chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć się, przeprosić, ale wtedy ona wstała. Wzięła go za rękę. – Przejdziemy się brzegiem? – poprosiła cicho. Z ulgą dołączył do dziewczyny, która najwyraźniej nie miała mu za złego tego co zrobił. Wiedział, że będzie się musiał bardziej pilnować. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby zrobił jej jakąkolwiek krzywdę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Dręczyło ją poczucie winy. Jane dawała tak wyraźne sygnały zainteresowania Andre, że nawet ślepy by zauważył. Kiedy jednak zaproponowała mu wspólne wyjście, on po prostu odmówił, choć doskonale się przy niej bawił. Zrobił to, ponieważ czuł się w obowiązku nią opiekować, a ona… ona tego nie chciała. Gdy już wreszcie udało jej się zasnąć, znów obudziła się z krzykiem. Koszmarne sny chyba już nigdy nie przestaną być jej towarzyszami. Andre, odrobinę zaspany, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i tym razem pojawił się w jej pokoju. Położył się tuż za jej plecami, przyciągając do siebie roztrzęsioną dziewczynę. Odgarnął z jej twarzy włosy, które niesfornie wysunęły się z luźnego warkocza. – Spróbuj zasnąć – poprosił, przytulając do jej głowy szorstki policzek. – Nie chcę spać – odpowiedziała mu ciągle jeszcze lekko drżącym głosem Bella. – Więc co byś chciała? – zapytał lekko sennym mruknięciem. Bella boleśnie zdawała sobie sprawę jak jest jej teraz dobrze, bezpiecznie, wygodnie i ciepło. Uwielbiała bliskość Andre. Potrzebowała jej teraz jak powietrza. To on pilnował dla niej tej cienkiej granicy między utratą zmysłów, a rzeczywistością. – Nie musisz być przy mnie cały czas – jej słowa były idealnym zaprzeczeniem tego, czego naprawdę by chciała. – To znaczy – wyjaśniła zakłopotana – przykro mi, że z mojego powodu zrezygnowałeś z randki. – Randki? – zdziwił się Andre. – Spotkania na które zapraszała cię Jane – westchnęła cicho dziewczyna. Chłopak roześmiał się dźwięcznie. – Przepraszam, że tak to odebrałaś – mruknął. – Po prostu uznałem, że jesteś dobrą wymówką. Nie chciałem się z nią spotykać. – Nie chciałeś? Dlaczego nie chciałeś? – zaskoczenie Belli było tak wielkie, że nie zdążyła ugryźć się w język. – Nie jestem nią zainteresowany – oznajmił stanowczo. – Więc kim jesteś? – zdziwiła się sama sobie jak bardzo jest przy nim odważna, jak mocno się otwiera. Znów się roześmiał, ale nie udzielił jej odpowiedzi. Przylgnęła do niego jeszcze bardziej i wtedy właśnie to poczuła. Jego twardy członek otarł się o jej wypięta pupę. Cienkie, luźne spodnie od piżamy nie zdołały ukryć wypukłości. Zorientował się, że zauważyła. – Cholera, Bella, ja przepraszam… – mruknął, odsuwając się od niej nieznacznie. Skrzywił się gdy na niego spojrzała. – Zawsze kładłem między nami kołdrę… – usprawiedliwił się zawstydzony. Patrzyła na niego niedowierzająco, a potem to ona się roześmiała. Z dziwną ulgą i nietypową dla niej wesołością. – Wiesz, nie jestem małą dziewczynką – oznajmiła mu buntowniczo. – Nie jestem też porcelanową lalką. – Wiem – przyznał niepewnie, nie mając pojęcia do czego ona zmierza – ale i tak jesteś ode mnie sporo młodsza. – Sporo? – ponownie się roześmiała. – Andre, ledwo co skończyłeś college. Dzielą nas może jakieś cztery lata. Szczupłymi palcami dotknęła jego policzka. Chwycił jej dłoń w swoją. – Bella, nie rób tego – poprosił nieco zachrypniętym głosem. – Dlaczego? – zapytała niewinnie, obserwując jak topnieje jego opór. Przynajmniej tyle mogła mu dać. Był to idealny sposób na to, by mu się odwdzięczyć za wszystko co dla niej zrobił. Otarła się o niego delikatnie. Nogą dotknęła jego nogi. Nie musiała nic więcej robić. To on ją pocałował. Nachylił się nad nią i pocałował. Delikatnie, ciepło. Oplotła ramionami jego szyję. Przyciągnęła go do siebie. Pogłębił pocałunek. Teraz stał się pełen pasji, namiętny. Poczuła w ustach jego język. Przymknęła oczy, mimowolnie porównując go do Christophera. To było zupełnie coś innego. Czystsze, wspanialsze. To napięcie w powietrzu, motyle w brzuchu, drżenie… Całą sobą czuła jak bardzo Andre na niej zależy. Po raz pierwszy odkryła, że nie tylko ona go potrzebuje – potrzebują siebie nawzajem. Jego ręka znalazła się pod jej piżamą, zaczęła błądzić po odsłoniętym brzuchu. Coś jednak było nie tak. Przerwał pocałunek. Spojrzał na nią. W jego wzroku ujrzała obawę i troskę. – Naprawdę tego chcesz? – zapytał zdecydowanie zbyt szybko oddychając. Czy on naprawdę musiał o to pytać? I psuć taki moment? Nie była niegrzeczną dziewczynką, ale dla niego… dla niego mogła być. W odpowiedzi oplotła nogami jego tułów, na powrót go do siebie przyciągając. Zadrżał. Tym razem już nie miał oporów by błądzić ręką pod jej piżamą. Jęknęła cicho gdy dotknął jej piersi. Tak czule… delikatnie… to było właśnie to, czego tak bardzo pragnęła. Jego usta delikatnie dotkały jej ust, by na moment oderwać się, znaleźć na jej szyi, przy uchu, a za chwilę znowu do nich powrócić. Jego dłonie zaczynały błądzić po jej ciele z coraz większa pewnością, a ona po prostu poddała się delikatnym pieszczotom. Powoli zdjął z niej piżamę, odrzucając ją na podłogę. Zsunął również swoje spodnie. Oplotła go ramionami. Całowała z równą pasją i gorliwością, z jaką on ją całował. Poczuła na brzuchu jego sztywny członek. Zadrżała z podniecenia. W tej chwili była już w stanie myśleć wyłącznie o nim. Jego usta znalazły się na jej piersiach. Palcami dotykał twardych sutków. Andre nie przestawał być delikatny i czuły, mimo że powstrzymywanie się musiało go kosztować wiele wysiłku. Przesunął dłoń na jej łono, jakby sprawdzając czy jest wilgotna. W końcu podniósł się tak, żeby być nad nią. W stłumionym świetle znajdujących się za oknem latarni widziała jego błyszczące, szarozielone oczy. Nie pamiętała o żadnych złych rzeczach, które jej się przydarzyły. Była tylko ona i on. Pragnienie. Ogień. Andre. – Jesteś piękna – wymruczał jej do ucha, powoli wsuwając się do środka. Ponownie oplotła go nogami. Przymknęła oczy, żeby nie czuć zażenowania, patrząc na niego. Przyglądał jej się z takim niesamowitym, niekłamanym zachwytem! Zaczął poruszać się coraz szybciej. Drżała, znajdując się pod nim. Mimowolnie wbiła paznokcie w jego szerokie ramiona. Nie zwrócił na to uwagi, ani na moment nie zwolnił. Wchodził coraz głębiej, silnymi, mocnymi pchnięciami, zupełnie jakby pragnął tego od dawna. Czuła coraz większą rozkosz. Nigdy wcześniej jej ciało tak na nikogo nie reagowało. Do tej pory nie spotkała się z tak silnymi odczuciami, z takim kompletnym zatraceniem. Nawet na początku z Christopherem nie było tak cudownie. Nawet dopóki nie zaczął… Nie chciała o tym teraz myśleć. Nie była w stanie myśleć. Pragnęła by istniał tylko Andre. I wtedy rozlało się po jej ciele to ciepłe uczucie, a świat się na chwilę zatrzymał. On jednak nie przestawał. Pragnął więcej. Otworzyła oczy i napotkała jego zachłanny wzrok. Z trudem powstrzymywała się od coraz głośniejszych jęków. Poczuła jak ciało chłopaka drży, jak z trudem łapie oddech. W końcu położył się obok, przyciągając stanowczo do siebie jej nagie ciało. Leżała w jego ramionach wsłuchana w przyspieszone bicie dwojga serc. – Kocham cię – wyszeptał tuż przy jej uchu. To było cudowne. Zarówno to co powiedział jak i to co się stało. Jego oddech sie wyrównał i zapadł w sen. Ona jednak nie mogła zasnąć. Leżała wtulona w jego ramiona, wpatrując się w panujący w pokoju mrok. Rozdział VII Wsunęła dłoń w jego rękę. Zaskoczony odwrócił się ku niej. Podeszła tak cicho, że w ogóle jej nie usłyszał. Właściwie to chyba nie było trudne. Stał zamyślony, a wokół panował zwyczajowy hałas i rozgardiasz. Ucieszył się z jej obecności. Ostatni raz widział ją gdy spotkali się w piątek po szkole, potem bez śladu przepadła na cały weekend. A teraz… teraz stała tu obok, po prostu, jak gdyby nigdy nic. Postanowił pozwolić, by to ona przerwała dzielące ich milczenie. Zrobiła to, gdy odruchowo splótł palce z jej palcami. – Co dzisiaj będziemy robić? – zapytała pogodnym głosem. Skrzywił sie nieznacznie. Jack planował na resztę dnia wagary. Było ciepło, mieli jechać nad jezioro, tyle, że w tym momencie on sam nade wszystko pragnął zostać w szkole. Z podążającą za nim wszędzie, niczym szczeniak, Bellą. Nie zdążył nic odpowiedzieć, bo jego drugiego ramienia znienacka uczepiła się kolejna dziewczyna. – Chodźcie, zwiewamy – zawołała wesoło. – O, Isabell też z nami jedzie? – tuż przy nich pojawił się Jack. – Fantastycznie, że udało ci się ją namówić. Spłoszona Bella mocniej ścisnęła jego dłoń. Opiekuńczo objął ją ramieniem, przytulił do siebie. – To Emily i Jack – przedstawił przyjaciół. – Planowaliśmy jechać nad jezioro – wyjaśnił – ale jeśli nie chcesz… – Nie, w porządku – uśmiechnęła się do niego leciutko. – Chętnie z wami pojadę. – No to spadamy – ponagliła ich Emily, chwytając za rękę Jacka i we czwórkę ruszyli na szkolny parking. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher westchnął. Jack i Emily dość szybko zajęli sie sobą, wiec on i Bella zostali sami. Naprawdę bardzo chciał zrozumieć, ale nie rozumiał. Ani tego co sobie wyjaśnili, ani tym bardziej własnych snów. Natomiast ona… ona zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Jakby znali się od lat. Jakby byli ze sobą. I oczywiście jakby się go panicznie bała. Choć w tym momencie Bella była radosna jak skowronek. Zachowywała się jak mała dziewczynka. Jakby na świecie nie istniały żadne problemy, a z pewnością nic złego nie mogłoby dotyczyć jej samej. – Zobacz jakie piękne! – roześmiała się, pokazując mu zebrane naręcze polnych kwiatów. Chwilę później usiadła na trawie, splatając z nich wianek. W wytartych dżinsach, które nosiła do szkoły, niebieskiej, krótkiej bluzeczce i z wplecionymi we włosy kwiatami wyglądała dość niecodziennie, a jednocześnie jej zachowanie i drobna postać były pełne uroku. Siedział oparty o pień zwalonego drzewa, przyglądając się jej z ciekawością. Była jak nimfa leśna. Kusząca i niedostępna. Tej nocy znów o niej śnił. Sen był tak niesamowicie realistyczny… Christopher nie mógł uwierzyć, że to co się w nim wydarzyło nie działo się naprawdę. Jednocześnie nigdy nie chciałby dopuścić do tego, żeby to co robił w tych snach Belli naprawdę się wydarzyło. Na chwilę przymknął oczy, a gdy je otworzył, ona była tuż obok niego. Uklęknęła przy nim. Dłonią dotknęła jego policzka, potem przesunęła nią po jego ciemnych włosach. Pochyliła się by go pocałować. Z trudem przełknął ślinę i zmusił się, by ją powstrzymać. – Chris, co to za gra? – w jej oczach zalśniły łzy. – Ja nie chcę w nią grać – szepnęła rozpaczliwie. – Proszę cię, powiedz mi co mam zrobić, żebyś mnie chciał… Przysunęła się bliżej, tak że teraz siedziała między jego rozstawionymi nogami. Była zbyt blisko, a na niego miało to zgubny wpływ. – Nie chcę cię skrzywdzić – odezwał się cicho, wiedząc, że jeżeli ona się nie odsunie, to on nie wytrzyma. Sama jej obecność działała na niego jak czerwona płachta na byka. Właściwie to nie potrzebował nawet obecności… wystarczyła sama myśl na jej temat. Teraz jednak, gdy była tak blisko, gdy go dotykała… czuł, że zaraz straci nad sobą kontrolę. – Pragnę cię – wyszeptała mu do ucha, obsypując jego twarz pocałunkami. Gdy odnalazła jego usta, przyciągnął ją do siebie stanowczym gestem. Przytulał ją, całował, dotykał. Nie zaprotestowała, gdy wsunął ręce pod jej bluzkę, zamiast tego odwdzięczyła się tym samym. Szczupłe dłonie dotykały jego brzucha, pleców, a potem zaczęły rozbierać go z longsleeva. Rozpiął jej koronkowy stanik, a ona zdjęła go, odrzucając na trawę. Palcami delikatnie przesunął po jej piersiach. Dotknął twardych, sterczących sutków. Niemalże fizycznie wyczuwał jej podniecenie. Całowała go bez opamiętania. Nie zwrócił nawet uwagi na to, kiedy zdążyła rozpiąć jego spodnie. Położył się na miękkim mchu, a ona usiadła na nim. Pozbyła się zarówno jego jak i swoich dżinsów. Christopherowi przemknęło przez myśl, że ktoś ich może zobaczyć, ale już po chwili zupełnie o tym zapomniał. Cały świat przestał istnieć. Jego rzeczywistością była teraz Bella. Dziewczyna o orzechowych oczach, w których płonął ogień. Był podniecony do granic możliwości. Gdy ujęła w rękę jego sterczący członek, pomyślał, że za chwilę zwariuje. Uniosła się odrobinę, a potem powoli na nim usiadła. Nie był w stanie tego wytrzymać, mimowolnie zaczął poruszać biodrami. Poczuł na skórze lepką wilgoć jej wnętrza. Był w niej i było to cudowne uczucie. Pasowali do siebie idealnie. Ona była jego częścią. – Bella – wyszeptał jej imię, dłońmi przesuwając po perfekcyjnym ciele dziewczyny. Na chwilę położyła się na nim, delikatnie przygryzając płatek jego ucha. Pocałowała go w usta, a potem znowu usiadła. Uśmiechnęła się, z rozmarzeniem wpatrując się w jego oczy. Przesunął dłonie na jej uda, wzdychając. Poruszała lekko biodrami, ale on czuł, że to zbyt wolno. Chciał… pragnął… musiał mieć więcej! Jego ciało krzyczało z rozpaczliwego pożądania. Dłonie, którymi do tej pory pieścił jej uda i pośladki, przesunął na biodra dziewczyny. Dostosował jej rytm do swojego, nie mogąc powstrzymać się od własnych ruchów. Jej duże oczy zrobiły się jeszcze większe i bardziej zamglone. Nie była w stanie powstrzymać cichych jęków i westchnień. Położyła się na nim, jedynie delikatnie unosząc głowę, tak by jej twarz była naprzeciwko jego twarzy, a on jej na to pozwolił, nie przestając się w niej poruszać. – Śniłem o tobie, śniłem o tym – wpatrywał się w jej rozanielone oczy i dopiero teraz nabrał całkowitej pewności, że do niczego dziewczyny nie zmusza. Christopher przytulił ją do siebie jedną ręką, drugą dotykając jej piersi. Teraz poruszali się we wspólnym rytmie, który idealnie odpowiadał im obydwojgu. W pewnym momencie Bella jęknęła gardłowo, prężąc się przez chwilę, a potem przytulając do niego jeszcze bardziej. Uniósł ją delikatnie i położył na plecach, by sam móc znaleźć się nad nią. Wchodził w nią mocnymi, szybkimi pchnięciami, a ona przesuwała dłońmi po jego plecach. Jeszcze chwilę trwało zanim doszedł z kilkoma, głośnymi westchnięciami. Przymknął oczy oddychając ciężko. Położył się na trawie, przyciągając ją do siebie stanowczo. Objął ją ramionami i powoli, leniwie zaczął całować, a ona odwzajemniała jego pocałunki. Nagle zerwała się gwałtownie, słysząc szelest liści i łamane gałązki. Pospiesznie zaczęła wciągać spodnie. – Świetne wyczucie czasu – mruknął niezadowolony, ale nie tracąc czasu dołączył do niej. Bella, oprócz kwiatów, we włosach teraz miała także liście. Nie było czasu doprowadzić się do porządku. Między drzewami pojawił się Jack i tak samo roztrzepana jak Bella, Emily. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. – Nie traciliście czasu – skomentował sytuację rozbawiony Jack. Ku zdumieniu Christophera, Bella roześmiała się srebrzyście i wsunęła pod jego ramię. Przytulił ją do siebie zaborczym gestem. Wolną ręką wyciągnął z jej włosów kilka listków, a potem pocałował dziewczynę w czubek głowy. Była jego i czuł się, jakby to było spełnienie wszystkich marzeń. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella nie rozumiała jak to się mogło wydarzyć. Powoli, z dnia na dzień, zakochiwała się w Christopherze na nowo. Tak naprawdę nigdy nie przestała go kochać. Czegokolwiek by nie robił. Teraz jednak czuła się zupełnie jakby ostatni rok nigdy nie istniał. Mimowolnie, ale nieubłaganie zaczęła wierzyć w historię chłopaka. Przecież mogło stać się tyle rzeczy… Mógł na przykład częściowo stracić pamięć. W dalszym ciągu jednak czuła przed nim strach. Bała się przede wszystkim tego, że to z jego strony zupełnie nowa, najbardziej podła ze wszystkich, gra. Być może postanowił oddać jej, jej ukochanego Christophera tylko po to, by za chwilę brutalnie jej go pozbawić. Kiedy jednak była przy nim, to nie miało żadnego znaczenia. Czuła się jak we śnie. Właściwie, to pierwszy raz od bardzo dawna mogła powiedzieć, że jest szczęśliwa. Z jednej strony otaczali ją opiekuńcza Ann, która traktowała ją jak własną córkę i kochany, będący przy niej zawsze gdy go potrzebowała, Andre. Z drugiej natomiast Chris, taki sam jak we Włoszech, taki sam jak wtedy gdy była mała. Polubiła nawet wiecznie czymś rozbawionego, sprośnie żartującego Jacka i Emily, z którymi dość często się spotykali. Wszystko układało się zbyt dobrze, żeby mogło być prawdą, a trwało już niemal trzy tygodnie. Siedziała na jego łóżku, przeglądając zabrany z biurka szkicownik. Początek był śliczny. Na rysunkach była ona – w zwiewnych sukienkach, między kwiatami. Później jednak, ze strony na stronę, robiło się coraz gorzej. Koszmar powracał. Związane ręce, smagane batem plecy, upokorzenie i ból. W tej chwili przekonanie, że zachowanie Christophera to jedynie podła gra, powróciło do Belli ze wzmożoną siłą. Nawet nie zauważyła, kiedy wrócił do pokoju. – O tym właśnie między innymi miałem sny – odezwał się, wyjmując z jej dłoni szkicownik. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem, przekonana, że zrobiła coś złego i teraz on pokaże na co go stać. Chłopak jednak po prostu usiadł obok niej na łóżku, plecami opierając się o pomalowaną na niebiesko ścianę. Przysunęła się do niego bliżej, a on ją przytulił. To było takie nierzeczywiste… – Boję się – przyznała się do tego wbrew sobie. – Boję się, że znowu się zmienisz. – Nie zmienię się – oznajmił stanowczo Chris – po prostu nigdy nie byłem inny. Bella – odsunął ją od siebie, tylko odrobinę, tak by móc spojrzeć jej w oczy – wiem, że mi nie ufasz, ale nie skrzywdzę cię. Nigdy. Przyrzekam. Miał rację, nie ufała mu. I choć bardzo chciała w to co się działo uwierzyć, po tym co ją spotkało po prostu nie wierzyła. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Wyśliznęła się z jego domu w środku nocy. Po cichu, tak, żeby go nie obudzić. Spędzała z nim coraz więcej czasu. Pragnęła zrozumieć to co było dla niej zupełnie niezrozumiałe. I oczywiście była też jej nowa rodzina. Nie mogła pozwolić na to, by w jakikolwiek sposób skrzywdził Andreasa, a to, że cała jego uwaga skupiała się na niej, działało jak najbardziej skutecznie. Do domu nie miała tak daleko. Zaledwie kilka przecznic, a noc była przyjemna i ciepła. Spacer jej ani trochę nie martwił. Oznaczał po prostu kilka chwil na własne przemyślenia. Zatrzymała się zaskoczona, gdy na kogoś wpadła. Podniosła wzrok, by napotkać spojrzenie szarozielonych oczu. – Andre, co tu robisz? – ulga, że to on, zmieszanie, sama nie wiedziała co w tym momencie czuje. – Co ty robiłaś tam?! – niemalże warknął na nią, przytrzymując ją za ramiona. – Byłam u Christophera – odpowiedziała szczerze, nie zrozumiawszy intencji pytania. – Sypiasz z nim? – zapytał wprost. – Tak – odpowiedziała przyzwyczajona do mówienia mu prawdy. – Zmusza cię do tego? – zapytał coraz bardziej rozgniewany, zbyt mocno zaciskając trzymające ją ręce. – Nie… – wyszeptała niemal niedosłyszalnie. Jego spojrzenie się zmieniło. Gniew gdzieś wyparował. Teraz było pełne smutku. Bólu.  Andre puścił ją. Odwrócił się od niej. – Chodźmy do domu – odezwał się tekturowym, wypranym z emocji głosem. – Zaczekaj – chwyciła go za rękę. Otrącił jej dłoń, ale ponownie spojrzał na dziewczynę. – Myślałem… byłem przekonany, że coś dla ciebie znaczę – wyrzucił z siebie – że my… Łzy. W jego oczach pojawiły się łzy. Bella czuła się, jakby jej serce rozpadało się na milion, drobnych kawałków. – Andre… – zaczęła, ale on przecząco pokręcił głową. – Wracajmy do domu – powtórzył i ruszył nie czekając na nią. – Andre, to nie tak – dogoniła go prawie od razu. Roześmiał sie gorzko. – Wiesz, ze wszystkich dziewczyn, jakie poznałem – mówił nie zwalniając kroku – nie spodziewałem się, że akurat ty… – Andre! – krzyknęła, a potem zamilkła, zdając sobie sprawę jak już jest późno. Nabrała w płuca powietrza, by odetchnąć głęboko i uspokoić swój własny głos. Efekt jednak osiągnęła, bo chłopak znów się zatrzymał. – Ja nie mogę pozwolić na to, żeby stało ci się coś złego – chwyciła go za rękę. – Żeby on w jakikolwiek sposób cię skrzywdził. Proszę, zrozum – szeptała gorączkowo. – On jest zdolny do wszystkiego, z zimną krwią mógłby… Chłopak przyciągnął ją do siebie i zamknął jej usta pocałunkiem. Wpatrywała się w niego oniemiała. Niepewnie odwzajemniła jego pocałunek. Od tamtego jednego razu nic się między nimi nie działo. Andre przytulał ją do siebie, całował jej włosy, trzymał za rękę, ale nigdy nie inicjował niczego więcej. To z Christopherem przez ten czas sypiała. – Nigdy… więcej… się z nim nie spotkasz – jego głos był cichy, ale stanowczy. Namiętne pocałunki przerywały słowa. – Andre… – próbowała coś powiedzieć, ale zmroził ją inny, równie znajomy głos. Stał niedbale oparty o maskę czarnego, sportowego Porsche. Bella mogłaby przysiąc, że jeszcze przed chwilą nie było tu ani jego, ani drogiego auta. Wpatrywał się w nich intensywnie, a jego srebrzyste oczy w świetle latarni wyglądały niczym kocie. – Proszę, proszę – uśmiechnął się arogancko, a ona zadrżała na widok tego uśmiechu – zagubiona dziewczynka i pies, którego sobie przygruchała. Czyż to nie piękna scena? – szydził. Belli zabrakło powietrza. Zaczęła ogarniać ją panika. Andre stanął w taki sposób, by znaleźć się między nią, a nieznajomym. Nie! To nie działo się naprawdę! Nie mogło się dziać! Pełna pięknych marzeń bańka właśnie się rozbiła, a jej nowa, idealna rzeczywistość rozsypała się w pył. Rozdział VIII Chłopak, który przed chwilą jeszcze stał przy aucie, teraz z gracją wyminął Andre, zupełnie tak, jakby go tam w ogóle nie było. Chwycił Bellę za ramię, mocno i stanowczo przyciągając do siebie. – Uważałaś, że było ci źle? – zapytał chłodno. – Teraz będzie znacznie gorzej. Andre czuł się jak we śnie. Ogarniała go dziwna, lepka masa. Jego ciało było zbyt ociężałe, żeby się ruszać. Gdy jednak zobaczył przerażone, orzechowe oczy, otrząsnął się na tyle, żeby dotarło do niego, że musi coś zrobić. Powinien ją obrobić, zabrać stąd, a nie stać jak idiota. Ogromnym wysiłkiem woli przejął kontrolę nad własnym ciałem. – Zostaw ją! – warknął, odpychając od Belli chłopaka. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które jednak już po chwili zastąpiła lodowato zimna maska. Andre w jednej chwili go rozpoznał. To u niego w domu Bella próbowała się zabić. To od niego właśnie wracała i to jemu wtedy przyłożył. Najwyraźniej musi to zrobić jeszcze raz, a potem zabrać stąd przerażoną dziewczynę – jak najdalej. Tym razem jednak nie poszło tak łatwo. Nieznajomy zwinnie uniknął jego ciosu. – Dość tego! – rozkazał, a Andre poczuł, że znów nie jest w stanie się ruszać. W srebrzystych oczach chłopaka pojawiła się teraz iskierka drwiącego rozbawienia. – Do samochodu. Obydwoje. Natychmiast. Polecenia były krótkie i ostre, a Andre dopiero otwierając drzwi Porsche zdał sobie sprawę, że je wykonuje. To nie miało sensu. Dlaczego to robił? Bella wsiadła do środka, więc nie miał już wyboru. Cokolwiek by się nie działo, nie zamierzał zostawić jej samej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Jechali przez kilkadziesiąt minut, by w końcu zatrzymać się przed okazałą willą z widokiem na morze. Bella milczała zbyt przerażona, żeby w jakikolwiek sposób zareagować. Dopiero teraz, gdy ujrzała ją po raz trzeci, zauważyła wyraźną zmianę. Christopher jej nie okłamał. Tamten Christopher jej nie okłamał. Nie zamierzał jej skrzywdzić. Ten jednak był inny, a przemiana była tak wyraźna, że nie miała pojęcia jak wcześniej mogła jej nie dostrzec. Zupełnie jakby nie był sobą. Choć jednak… to w dalszym ciągu był on. Gdy zaparkował, posłusznie wysiadła z samochodu i weszła do budynku. Tuż za sobą czuła obecność Andre, który zachowywał się jakby ktoś odurzył go narkotykami. Niejednokrotnie widziała już jak Christopher wpływał w ten sposób na ludzi. Nie miała pojęcia co dokładnie robił, ale wiedziała, że to właśnie on. Zaprowadził ich do zajmującego całe drugie piętro, rozległego salonu, który opływał we wszelkie możliwe luksusy. Na ścianie wisiał ogromny telewizor, nieopodal którego stał barek z drogimi alkoholami. Skórzane meble wyglądały klasycznie i dość surowo, ale jednocześnie sprawiały wrażenie wygodnych. – Długo musiałem cię szukać – oznajmił z lekką nutką podziwu w głosie Christopher, wprowadzając ją do pokoju. – Udało ci się całkiem dobrze ukryć – przyznał. Chciała mu odpowiedzieć. Uzmysłowić, że przecież widzieli się kilka chwil wcześniej, że przecież cały czas tam był. Wolała jednak milczeć. Tak było bezpieczniej. Rozsądniej. Christopher swoje chłodne spojrzenie przeniósł na Andreasa. Uśmiechnął się, a Bella wiedziała, że ten uśmiech nie wróży niczego dobrego. – Usiądź tam – rozkazał mu, wskazując jeden z foteli, a Andre posłusznie, bez słowa protestu, wykonał jego polecenie. Podszedł do barku i do dwóch szklanek nalał whisky. Jedną z nich podał siedzącemu w fotelu chłopakowi, a potem oparł się o blat stołu, sam trzymając w dłoni drugą. Bella znowu poczuła na sobie jego spojrzenie. Tym razem obok chłodu szaroniebieskich oczu pojawiło się pożądanie. Mimowolnie zadrżała, nie mając pojęcia co tym razem ją czeka. – Rozbierzesz się dla nas, powoli i bardzo zachęcająco – oznajmił cichym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. – Potem pomyślę co zrobimy dalej – uśmiech, którym ją obdarzył mógł zmrozić w żyłach krew. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pewności czy w ogóle był w stanie myśleć. Patrzył na pobladłą z przerażenia twarz Belli i w żaden sposób nie reagował. Tylko dlaczego? Na to pytanie nie potrafił sobie odpowiedzieć. Posłusznie siedział w fotelu, od czasu do czasu popijając nalany dla niego alkohol. Ciemnowłosy chłopak przesuwał dłońmi po ciele nagiej dziewczyny. Andreas czuł do niego nienawiść. To, że jej dotykał, sprawiało mu ból. Bella powoli zaczęła rozbierać również jego, jakby w ogóle nie przejmując się obecnością Andreasa. Tamten całował ją zapamiętale. Podniósł dziewczynę z ziemi, a ona oplotła go nogami. – Myślę, że pójdziesz z nami – zwrócił się do niego z nieprzyjemnym uśmiechem, na chwilę odrywając swoje usta od alabastrowej skóry Belli. Andreas chciał zaprotestować, ale nie był w stanie tego zrobić. Posłusznie wstał z fotela i niczym skazaniec, udał się za nimi do innego pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Bella leżała na szerokim łóżku, starając się nie zwracać uwagi na to, co robił z jej ciałem Christopher. Nie potrafiła jednak zignorować milczącej obecności Andre. Chłopak klęczał pod ścianą, z założonymi za głową rękami, mimowolnie się w nią wpatrując. To było nie do zniesienia. Zarówno dla niego jak i dla niej. Przymknęła oczy, starając się wyobrazić sobie, że jest zupełnie gdzie indziej. Może znowu na leśnej polanie? Christopher był delikatny, niemalże czuły. Całował jej ciało, w przyjemny sposób pieścił piersi. Bella czuła narastające podniecenie. Chłopak zbyt dobrze ją znał. Gdy przesunął się niżej, językiem przesuwając po jej intymnym miejscu, nie potrafiła powstrzymać cichego jęku. Przestał idealnie w momencie, gdy poczuła, że już dłużej nie wytrzyma. Silnymi dłońmi zmusił ją, żeby uklęknęła i wypięła pupę. Podparła się na rękach. Christopher dopilnował, żeby twarzą skierowana była w stronę Andreasa. Zawstydzona spuściła wzrok. – O nie, będziesz patrzyła mu w oczy – usłyszała drwiący rozkaz, którego bała się nie wypełnić. Rozsunął jej nogi, by móc uklęknąć między nimi. Wszedł w nią mocno, brutalnie, bez zapowiedzi. Zachłysnęła się powietrzem. Na chwilę wstrzymała oddech. Na policzkach Andreasa pojawiły się łzy. Ona sama, z trudem powstrzymywała się, żeby nie zacząć płakać. Nie zamierzała dać Christopherowi tej satysfakcji. Mocne, szybkie pchnięcia, przeradzały się czasami, zupełnie niespodziewanie, w jeszcze mocniejsze. Nie była w stanie powstrzymać jęków i westchnień. Jego ręce znajdowały się na jej biodrach, zmuszając ją, by także się poruszała. Po kilku minutach wtuliła twarz w poduszkę, a on jej na to pozwolił, nie przestając się jednak poruszać. Był tam, był w niej, a ona czuła go całą sobą. Równie boleśnie, co na samym początku, zdawała sobie również sprawę z obecności, obserwującego tą scenę załzawionymi oczami, Andre. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Obudził się zlany potem. Gwałtownie usiadł. Bella! Nie było jej przy nim. Za to była… była w jego śnie. Zadrżał, bo to było gorsze od wszystkiego, co śniło mu się do tej pory. I wydawało się takie rzeczywiste… Wstał i poszedł pod prysznic. Wiedział, że już na pewno nie zaśnie. Ciepła woda sprawiała, że myślał coraz jaśniej. A co jeżeli… Skoro ona znała jego sny… Mimo pary, która unosiła się w kabinie nagle ogarnął go chłód. Co jeżeli jego sny w jakiś sposób były prawdą? Widział dom do którego pojechali. Znał to miejsce. Zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Pospiesznie wciągnął na siebie grafitowe dżinsy i czarną koszulkę. Jego myśli, serce i oddech nie uspokoją się dopóki nie dostanie potwierdzenia, że to co mu się śniło nie działo się naprawdę. Przez dom wszedł do garażu by dostać się do auta. Rodzice spali albo w ogóle ich nie było. I tak nie miało to żadnego znaczenia. Gdy wsiadał do samochodu i odpalał silnik, miał przed sobą jasno wytyczony cel podróży. Rozdział IX Christopher zaklął cicho. Czarne Porsche stało dokładnie w tym miejscu, w którym je zostawił. To znaczy – zostawił w swoim śnie. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę, ale jeżeli się działo, to w takim razie Bella… Wiedział, że musi to sprawdzić. Tylko jak? Uśmiechnął sie do siebie na myśl, że może rodzice wreszcie go zauważą, gdy będą musieli zapłacić kaucję, kiedy zostanie aresztowany za włamanie. Kuszący pomysł. Ostatecznie postanowił, mimo wczesnej godziny, po prostu zadzwonić do drzwi. W ten, jakże banalny sposób, będzie mógł udowodnić sobie, że jest kompletnym wariatem. Zaparkował swoje sportowe auto obok Porsche i, ze zbyt szybko bijącym sercem, wysiadł by zrealizować swój plan. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W pierwszej chwili chciał zignorować natręta – jeszcze nie skończył zabawy. Gdy jednak wyjrzał przez okno, zorientował się, że niezapowiedziany gość przyjechał tutaj specjalnie do niego, na dodatek wcale nie tanim samochodem, więc istniała możliwość, że był to ktoś, z kim trzeba się liczyć. Włożył na siebie spodnie i tylko w nie ubrany zszedł na dół. Było to działanie celowe. Chciał, żeby natręt zorientował się, że w czymś mu przeszkodził. – O co chodzi? – zaczął otwierając drzwi, ale zamilkł gdy tylko uchyliły się do połowy. Na dworze stał on, a przynajmniej ktoś do niego bliźniaczo podobny. Stał i wpatrywał sie w niego tak samo zaskoczonym wzrokiem jak jego własny. Nieproszony gość otrząsnął się pierwszy i mijając go w drzwiach wszedł do środka. – Kim jesteś? – zażądał odpowiedzi. Christopher zatrzasnął drzwi. – Takie samo pytanie mógłbym zadać tobie – oznajmił. – Nazywam się Christopher Sariel – wzruszył ramionami nieznajomy, jakby już spodziewał się, usłyszenia takiej samej odpowiedzi. – Szukam przyjaciółki. Czy jest tutaj? – jego głos stał się natarczywy. Rozkazujący. A on, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, rozpoznał w nim swój własny ton. To było dziwne, ale i intrygujące. Christopher jednak zdał sobie jasno sprawę, że ta wymiana zdań jest kompletnie pozbawiona sensu. – Przedyskutujemy to na górze – oznajmił, formując te słowa w taki sposób, jakby były rozkazem. Jego oczy spojrzały na niego zaskoczone. Chłopak nieufnie ocenił go wzrokiem. – Nie – oznajmił w końcu. – Nigdzie nie pójdziemy, dopóki nie powiesz mi gdzie jest Bella. W tym momencie Christopher zaczął czuć, że traci kontrolę. Ten nieznajomy… bez trudu… bez najmniejszego wysiłku… ignorował jego rozkazy! To nie było możliwe! – Chirs? – znajomy głos przerwał im mierzenie się wrogimi spojrzeniami. – Chris! – krzyknęła Bella, zbiegając po schodach. Obydwaj, jak na komendę, podnieśli na nią wzrok. Miała na sobie biały szlafroczek, z miękkiej froty i najwyraźniej nic więcej. Poplątane, rozwiane włosy i zaróżowione policzki. Jej widok sprawił, że coś ścisnęło go w dołku. Obydwaj zareagowali, każdy jednak inaczej. – Wracaj na górę! – zażądał w ten samej chwili, w której nieznajomy podbiegł do dziewczyny, chwytając ją w ramiona. Tego było za wiele! Miał także inne metody. Nie polegał jedynie na sile uroku. Skrzywił się, gdy Bella ufnie wtuliła się w tors obcego chłopaka – jego sobowtóra. Powoli, spokojnym krokiem podszedł do stojącej w korytarzu komody. Z górnej szuflady wyciągnął rewolwer, a potem, z równym spokojem, jak gdyby nigdy nic, po prostu wystrzelił. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Padł wystrzał. Bella krzyknęła. Na plecach zarówno jednego jak i drugiego pojawiła się krwawa plama. Stojący przy komodzie Christopher osunął się na podłogę, upuszczając broń. Chłopak, który wciąż był przy Belli, ciężko się o nią oparł. Przerażona pomogła mu usiąść na schodach. Jęknął z bólu. Musiała coś zrobić, ale nie miała pojęcia co. Nie chciała go zostawiać, a może właściwie ich zostawiać? – Andre! – krzyknęła rozpaczliwie, mając nadzieję, że tamten obudził się z transu. Najwyraźniej urok Christophera przestał na niego działać, gdyż już po chwili był obok niej. – Co do cholery?! – stanął oniemiały, nie mogąc zrozumieć sytuacji. – Pomóż, mi proszę – ponagliła go Bella. Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że obydwaj są ranni. Przykucnął przy siedzącym na schodach chłopaku. Obejrzał ranę. – Wygląda na draśnięcie. Trzeba je zszyć i opatrzyć. Zadzwoń na pogotowie – rozkazał – a ja ich dokładniej obejrzę. Co się w ogóle wydarzyło? To bliźniacy? Dziewczyna przecząco pokręciła głową. – Zadzwonię na pogotowie i jak im to wyjaśnimy? – spytała cicho. – Uważasz, że to naprawdę konieczne? – dodała błagalnie. Z jakiejś przyczyny intuicja podpowiadała jej, że to byłby naprawdę zły pomysł. Christopher by sobie poradził, ale nie zdziwiłaby się, gdyby na przykład o strzelanie do nich oskarżył Andre. Nie wątpiła, że wszyscy by mu uwierzyli. Na myśl przyszło jej również kilka innych, jeszcze gorszych scenariuszy. – Doskonale – wzruszył ramionami próbując nie okazać niezadowolenia i swojej niechęci. – Jest tu jakaś apteczka? – rzucił w powietrze. – W łazience – mruknął pełnym bólu głosem gospodarz. Andreas pomógł Belli zaprowadzić obydwu chłopaków na górę. Wiedziała, że zapewne myśli o tym, by ich tu zostawić i zniknąć jak najszybciej. To wszystko było tak irytująco dziwne… a jednak, ona sama była już do tego przyzwyczajona. Myśl o ucieczce była kusząca, ale nie skorzystała z okazji. Nie potrafiłaby ich w ten sposób zostawić. Obydwaj, bez góry, tylko w samych spodniach, siedzący obok siebie. Wyglądali idealnie jak jednojajowe bliźniaki. Nikt by ich nie odróżnił. Chociaż nie… Bella wiedziała, że by ich rozpoznała. Jeden Christopher siedział niezbyt pewnie, jakby zastanawiał się o co chodzi. Gdy jego wzrok kierował się ku niej był pełen ciepła i troski. Drugi, mimo tego co się stało, już zdążył się otrząsnąć i znowu był panem sytuacji. W jego spojrzeniu był chłód i zimna kalkulacja. Zastanawiał się o co chodzi, zaciekawiony zagadką, na którą trafił. Była przekonana, że myśli, jakie może z tego wyciągnąć korzyści. Nie myliła się. – Intrygujące – mruknął Christopher przyglądając się swojemu sobowtórowi, gdy Andreas skończył zajmować się jego postrzałową raną. – Kto cię tutaj przysłał? – zapytał patrząc prosto w swoje odbicie. – Sam się przysłałem – odwarknął mu tamten. – Przyszedłem po Bellę i w dalszym ciągu zamierzam ją stąd zabrać. – Cóż – szeroki uśmiech Christophera nie obejmował szaroniebieskich oczu – w takim razie chyba obydwaj powinniśmy się cieszyć, że tak kiepsko strzelam. Inaczej Bella zostałaby zupełnie sama. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Coś musiało pójść nie tak, tylko kiedy i przy jakiej okazji? Christopher tego nie wiedział, ale jego sobowtór fascynował go coraz bardziej. Był… nim, a jednocześnie zupełnie się od niego różnił. Tyle, że odczuwali dokładnie to samo. Z rozmysłem przesunął żyletką po przedramieniu, tnąc się do krwi, by zorientować się czy to samo stanie się z drugim chłopakiem. I rzeczywiście. Tamten nawet nie zauważył, że z niezbyt głębokiej rany spływają stróżki krwi. Nie miało to kompletnie żadnego sensu – najmniejszej racji bytu, a przez to intrygowało go tylko jeszcze bardziej. – Nic ci nie jest? – wykrzyknęła Bella, zrywając się z fotela na którym siedziała i podbiegając do chłopaka. Skrzywił się nieznacznie na myśl o tym, że to nie nim się zainteresowała, gdy wyszedł z łazienki sprawdzić efekt swojej pracy. Rana z boku pleców bolała przy każdym kroku, mogło jednak być gorzej. Znacznie gorzej. Przyglądał się jak dziewczyna delikatnie zmywa płynącą po ręce tamtego krew. Jak przykłada w miejscu skaleczenia gazę. Miał ochotę odciągnąć ją stamtąd, musiał jednak mieć jakiś plan. Na spokojnie to wszystko przemyśleć, żeby nie popełnić po raz drugi jakiegoś głupstwa. Skoro raniąc tamtego ranił również sam siebie… – Idziemy do domu – oznajmił spokojnym, ale stanowczym głosem Andreas, podchodząc do dziewczyny. Wziął ją za rękę. – Nic im nie będzie – dodał, gdy spojrzała na niego niepewnie. – Nie zabierzesz jej stąd! – Nie ma mowy! – Christopher zdziwił się gdy obydwaj zaprotestowali niemal chórem. – Wy nie macie w tej kwestii nic do powiedzenia – odwarknął im w odpowiedzi blondyn. Bella wyrwała mu rękę. Cofnęła się o krok. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie Christopher – ten drugi Christopher – wstał. – Wracaj do domu – zwrócił się do Andreasa, a Christopher usłyszał w jego głosie swój własny ton. – Zapomnij o Belli. Ona zostanie ze mną, a ja dopilnuję, żeby nikt jej nie skrzywdził. Chłopak przez chwilę patrzył na niego bezmyślnie, pustym wzrokiem, jakby nie wiedział w ogóle co tutaj robi. Potem odwrócił się, zszedł po schodach i wyszedł z domu. Bella przylgnęła do boku drugiego Christophera, a on otoczył ją ramieniem, w opiekuńczym geście. – Tak będzie najlepiej – powiedział do niej cicho, a ona skinęła głową. Tak, całkiem możliwe – przyznał w myślach Christopher – że właśnie tak będzie najlepiej. Rozdział X Obudziła się, choć dalej czuła się zmęczona. Nie, to chyba oni ją obudzili. Kłócili się o coś i robili to zbyt głośno. Przeciągnęła się ziewając. Nic dziwnego, że obydwaj byli ciekawi siebie nawzajem. Ona sama również była ciekawa tego co się stało i jak się to wydarzyło. Wstała, szybko się ubrała i umyła, by do nich dołączyć. Rewelacje jednak już na nią czekały. W końcu doszli do porozumienia. Jechali do Francji i zabierali ją ze sobą. W pierwszej jednak kolejności Christopher, ten którego uważała za dobrego, zabrał ją do miasta, by kupić niezbędne na podróż i kilka późniejszych dni rzeczy. Gdy na chwilę zostawił ja samą przy stoliku, w kawiarni, w centrum handlowym, by zamówić dla nich napoje, do środka wszedł Andreas. W pierwszej chwili skamieniała, nie wiedząc jak chłopak na nią zareaguje, potem jednak dostrzegła, że nie był sam. Towarzyszyła mu uwieszona jego ramienia, złotowłosa Jane. Śmiali się wesoło. Zupełnie, jakby się nic nie wydarzyło… Andreas spojrzał na nią przelotnie, tak jak rozejrzał się po innych, nielicznych o tej porze gościach kawiarni, a potem wraz z przyjaciółką zajął miejsce dwa stoliki dalej. Bella poczuła jak pęka jej serce. Kąciki oczy dziewczyny stały się wilgotne, a ona ze wszystkich sił powstrzymywała się od płaczu. – Wszystko w porządku? – spytał Christopher, który w międzyczasie zdążył wrócić z kawą. – Tak – wyszeptała, gdy podążył za jej wzrokiem. Chłopak usiadł koło niej, obejmując ją opiekuńczo ramieniem. – Nie pamięta cię – powiedział cicho. – Nikt cię nie pamięta. Próbował mi to wytłumaczyć, ale tylko tyle z tego zrozumiałem – westchnął. – Przykro mi – powiedział tuląc ją do siebie mocniej. Bella oparła głowę o jego ramię. – Nie, to mi nie powinno być przykro – odezwała się niemalże bezgłośnie – tak jest znacznie łatwiej i… lepiej. Wiedziała, że ma rację, choć serce ze wszystkich sił krzyczało, że ono wie lepiej. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rano mieli lecieć do Europy. Zarezerwowali już bilety samolotowe. Bella wierciła się w zbyt dużym dla jednej osoby łóżku, w eleganckiej willi “tego drugiego” Christophera. “Pierwszy” Chris, ten który był dla niej dobry, wyszedł tylko na chwilę i zaraz miał wrócić, ale minuty dłużyły się w nieskończoność. Nie lubiła kiedy zostawiał ją samą. Jeszcze do niedawna o niczym innym nie marzyła, ale teraz… teraz chciała, żeby był przy niej. Już niemal zasypiała, kiedy wreszcie do niej wrócił. Na jego widok uśmiechnęła się sennie. Położył się obok niej, pozwalając by wtuliła w niego swoje plecy. – Bella – zamruczał, odgarniając jej włosy i wargami muskając kark dziewczyny. Zadrżała, pragnąc nie tylko jego bliskości. Położył rękę na jej udzie, a ona lekko rozsunęła nogi. Sama jego obecność wystarczyła, by przestała być śpiąca. – Na pewno? – zapytał cicho. – Nie chcę, żebyś była zmęczona przed podróżą… – zaczął zatroskanym głosem. W odpowiedzi odwróciła się uśmiechając do niego łagodnie. Otoczyła ramionami jego szyję. W jednej chwili znalazł się nad nią. Jego dotyk… jego pocałunki… Bella przymknęła oczy. Ostatnią rzeczą, której teraz pragnęła był sen. Odpoczynek mógł poczekać. Zsunął z niej majtki, podciągnął do góry koszulkę dziewczyny i zaczął całować jej piersi. Palcami przesunął po jej łonie. Oplotła go nogami, a on po chwili wszedł w nią delikatnie. Patrzył jej w oczy, poruszając się coraz szybciej. Czuła go w sobie i pragnęła, żeby nie przestawał. Oplotła go mocniej nogami, jej ręce błądziły po jego plecach. Całą sobą czuła go w środku. Skończyli niemal w tym samym momencie. Fala przyjemności rozeszła się po wilgotnym od potu ciele dziewczyny. – Kocham cię – szepnął Christopher, opadając obok niej i przyciągając ją do siebie. Wtuliła się w niego ufnie. – Ja ciebie też – przyznała, zamykając oczy. – Dawno nie było tak, żebyś ty też tego chciała – stwierdził rozbawionym głosem. Coś nie pasowało jej w tym co powiedział, było jednak na granicy świadomości. Gwałtownie usiadła, kiedy do niej dotarło. Jej spojrzenie spotkało się ze wzrokiem stojącego w drzwiach chłopaka, który z wściekłością obserwował tą scenę. – Ty dupku! – warknęła na leżącego obok niej Christophera. Roześmiał się w odpowiedzi. Szaroniebieskie oczy spojrzały na niego groźnie, w odpowiedzi jednak ujrzały jedynie wzrok pełen triumfu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Nie odzywała się do niego – i bardzo dobrze. Nawet nie patrzyła w jego stronę. Siedziała obok tego pieprzonego sobowtóra, a cała ta farsa zupełnie już przestawała być zabawna. Zapłacił wysoką cenę, by osiągnąć to co miał, a ten tam po prostu się pojawił i, z jakiejś nieznanej nikomu przyczyny, dysponował równą mu mocą. Christopher miał dość. Chciał, żeby tamten się odczepił, oddał mu Bellę, a potem rozpłynął się w powietrzu. O tak, to byłoby idealne rozwiązanie. Wróciłby do swojego dawnego życia i nigdy więcej nie pozwoliłby na to by ktokolwiek mu przeszkadzał. Nagle zdał sobie sprawę co to za uczucie i dlaczego zamiast po prostu wziąć siłą dziewczynę, udawał czułego kochanka. Był zwyczajnie, piekielnie zazdrosny. Bo ona, oczywiście gdyby miała jakikolwiek wybór, wolałaby tamtego. Mimo że jego sobowtór był nim, to jednak nim nie był. Zagadka do rozwiązania powoli znów zaczynała stawać sie zabawna… ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Christopher nie poznawał tego miejsca, a jednak wiedział, że już tu kiedyś był. Nawet, jeżeli tylko w snach. W końcu przecież one również na swój sposób stawały się prawdziwe. Francuski dworek okazał się być właściwie ponurym zamczyskiem, a już na pewno starym domiszczem, idealnym jako tło dla podrzędnych horrorów. – Chris, coś ty zrobił z tym miejscem? – wykrzyknęła Bella, wysiadając z czarnego samochodu, którym tu przyjechali. – Tu było tak pięknie – odezwała się z żalem. Chłopak skrzywił się lekko, patrząc na popękane kamienie na ścianach, zachwaszczony ogród, wysokie, kolczaste pnącza i popękane szyby w oknach. Nawet znajdujący się za domem, zielony las, wyglądał jakoś tak złowrogo. Najwyraźniej nieco go poniosło. Kiedy uciekła zupełnie przestał nad sobą panować… sobą, swoimi eksperymentami i mroczną energią, która czasami, niechcący wydzierała się spod kontroli. – I znowu będzie – obiecał, wzruszając ramionami, by ukryć własne zaskoczenie. Christopher zamrugał oniemiały. Przez chwilę nie był sobą. Czuł, myślał, wiedział dokładnie to samo co ten drugi chłopak. Jak to się mogło stać? Postanowił, że to przemilczy, przynajmniej dopóki nie okaże się, że jest to wiedza niezbędna do rozwiązania tej dziwnej zagadki. To jednak nie było tak przerażające, jak sam fakt, że gdy poznał myśli tamtego, jego uczucia… Christopher go zrozumiał. Zupełnie jakby byli tą samą osobą… Rozdział XI Dom ledwo nadawał się do zamieszkania. Wnętrze również wyglądało na zapomniane i zniszczone. Bella czuła smutek. Niegdyś naprawdę kochała to miejsce, ale później… teraz… – Właściwie jak udało ci się uciec? – spytał zaciekawiony chłopak. Siedzieli na nieco zakurzonej, kremowej kanapie, stojącej w przestronnym, niegdyś pięknym i gustownie urządzonym salonie. Z dawnej świetności pozostały jedynie marne resztki. Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał od lat, nie zaledwie od kilku miesięcy. Bella przez chwilę milczała. Spojrzała niepewnie na drugiego Christophera, w jej oczach tliło się nieme pytanie, czy powinna o tym mówić. – To może być ważne – westchnął tamten, najwyraźniej również nie wiedząc czy mogą zaufać temu drugiemu. – Zostawiłeś przy sobie tylko jedną osobę, żeby zajmowała się nami i domem – odpowiedziała cicho. – To on mnie stąd zabrał. – Jonathon?! Niemożliwe! – oznajmił stanowczo Christopher. – Był zbyt lojalny – stwierdził z całym przekonaniem. – Więc dlaczego go tutaj nie ma? – wyszeptała cicho Bella, nie mogąc przestać rozglądać się po wymarłym domu. Miała rację. Nie było go tutaj. Zniknął wtedy, kiedy ona. Coraz więcej zagadek wymagało jak najszybszego rozwiązania. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Coś się działo, a on wcale nie był pewien czy jest to dobre czy złe. Kiedy znaleźli się w tym miejscu, granica między rzeczywistością a mistycyzmem zaczęła się zamazywać. Christopher coraz częściej poznawał myśli bliźniaczego chłopaka. Coraz częściej czuli to samo. Czuli obydwaj. Teraz już wiedział, że nie dotyczy to tylko jego. Chciał odkryć prawdę, rozwiązać zagadkę tak samo mocno jak tamten. Tylko, że bał się o bezpieczeństwo Belli. Może, gdyby jej tutaj nie było… Może wcale nie powinni zabierać jej ze sobą? Dopiero teraz jasno uświadomił sobie, że to wszystko nie było snem. Przecież Bella istnieje naprawdę, a on… on naprawdę ją kocha. Powinien ją stąd zabrać. Jak najszybciej. Gdy tylko o tym pomyślał, poczuł fale złości. Uczucia tamtego drugiego zlewały się z jego własnymi. – Nie ma mowy – zawarczał drugi Christopher i już nie było sensu niczego przed nim ukrywać. – Wychodzimy, teraz – oznajmił chłopak wstając z kanapy, na wszelki wypadek zasłaniając sobą dziewczynę. – Nigdzie nie idziecie! – Chris nie był pewien czyją złość tak wyraźnie czuje, zdawał sobie jednak sprawę, że aż gotuje się w środku. – Idziemy – oznajmił odwracając się do niego plecami i biorąc za rękę dziewczynę, która już również zdążyła wstać i teraz wpatrywała się w nich wielkimi z przerażenia oczami. To był błąd. Wystarczyła chwila nieuwagi. Obudziła sie furia. Tamten rzucił się na niego, przewracając go na pokryty kurzem dywan. Bella puściła jego dłoń i odskoczyła przestraszona. Żadnego z nich w tym momencie nie obchodziło, że ta bijatyka jest bez sensu. Żaden z nich nie mógł wygrać. Obydwaj chcieli zadać sobie nawzajem ból, nawet kosztem tego, że zadają go samym sobie. – Przestańcie! – prosiła cofająca się pod ścianę dziewczyna. Nie słuchali jej. Jednemu z nich udało się wstać, ale drugi natychmiast popchnął go, tak, że ten wpadł na drewniany stolik. Po chwili znów znaleźli się na podłodze, okładając się pięściami. Ziemia zaczęła się trząść. Cały dom zadrżał w posadach. Bella krzyknęła. Ozdobne naczynia pospadały z półek, tworząc na podłodze nieukładalną zbieraninę puzzli. Masywny regał runął na ziemię i gdyby nie odtoczyli się w ostatniej chwili, przygniótłby ich swoim ciężarem. Bella kucała przyklejona do ściany i wpatrywała się w coś za ich plecami. Na chwilę oprzytomnieli. Odwrócili się za siebie, by tam, gdzie wcześniej stał regał, ujrzeć ziejącą czernią dziurę w ścianie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Popatrzyli po sobie nawzajem. Nie musieli porozumiewać się słowami – juz nie musieli. Uczucia i myśli przelewały się pomiędzy nimi wartkimi strumieniami. Złość, chęć posiadania, egoizm, sadyzm, samozadowolenie mieszało się z miłością do Belli, dobrocią, łagodnością, chęcią bezkonfliktowego rozwiązywania problemów. Żaden z nich nie czuł się sobą, ale łączyło ich jedno – zrozumienie. Chris zniknął gdzieś na chwilę, by moment później wrócić z latarką. – Zostajesz tutaj – odezwali się jednogłośnie do Belli. – Nie ma mowy – prychnęła, jakby cały strach sprzed kilku minut zdążył już z niej wyparować. – Pozabijacie się tam nawzajem. Obydwaj obdarzyli ją podobnymi, ponurymi uśmiechami i wzruszeniem ramion. Najwyraźniej jednak zdecydowali się nie protestować, zdając sobie sprawę, że i tak jej nie powstrzymają – przynajmniej nie bez udziału ekstremalnych metod. Latarką oświetlając sobie drogę weszli w paszczę ciemności. Ostrożnie, krętymi schodami zeszli w dół. Były tu kurz i pajęczyny – tak samo jak w pozostałych częściach zaniedbanego domu. Na dole jednak czekała ich niespodzianka. Niewielkie, kwadratowe pomieszczenie o kamiennych, nie pokrytych niczym ścianach. Wyglądało jak pracownia – albo, gdyby zabrać stąd biurko, krzesło, fotel z wysokim oparciem i regał z książkami, mogłoby również być celą więzienną. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z istnienia tego pomieszczenia. Pokój wyglądał zupełnie inaczej niż reszta domu. Był zupełnie niezniszczony, cegły nie były popękane, a kurz zapomniał się tu osiąść. – Co do cholery? – zapytał Christopher, zbliżając się do biurka, na którym leżała oprawiona w skórę książeczka. To wszystko nie miało sensu. Niechęć by otworzyć notatnik była tak ogromna, że Christopher z trudem się do tego zmusił. Całe strony zapisane były jego równym charakterem pisma. Nie pamiętał, żeby je zapisywał, to jednak zupełnie go już nie zdziwiło. Zaczął czytać, a z każdym poznanym słowem robił to coraz szybciej i zachłanniej. Rozwiązanie zagadki właśnie dostało się w jego ręce. – Ta moc miała uczynić mnie złym. Bezwzględnym. Bez duszy i sumienia. Myślałem, że go wykiwam – szepnął. – Dlatego stworzyłem ciebie – odwrócił się by spojrzeć w srebrzyste oczy swojego sobowtóra, ale Christophera nigdzie nie było. – Bella? – pytająco wypowiedział imię stojącej tuż za nim dziewczyny. Wyglądała na zmieszaną. Zaskoczoną. Znowu przestraszoną, a on poczuł z tego powodu nieprzyjemny, wewnętrzny chłód. – Bella, wszystko dobrze, ja… – zaczerpnął głęboko powietrza i zdał sobie sprawę, że wszystkie uczucia i myśli na powrót stały sie jego własnymi. – To ja prosiłem Jonathona, żeby w razie jakichkolwiek kłopotów zabrał cię ode mnie. Jak najdalej. Tak, żebym cię nie odnalazł. Chyba wiedział, że będzie mnie dwóch – westchnął – i miał nadzieję, że moja dobra wersja cię ochroni. Patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem, ale on już wiedział co się wydarzyło. Zawarł pakt, na mocy którego jego dobra strona, wszystkie pozytywne uczucia, zostają sprzedane w zamian za moc, którą posiadł. Teraz również przypomniał sobie do czego mu ona była. Jego rodzice zostali zamordowani przez sycylijską mafię, a Bella, ona widziała to na własne oczy. Była niebezpiecznym świadkiem. Sprawił, że zapomniała. Chciał ją chronić. Nie wyszło, bo najgorszy okazał się on sam. Niemalże stracił cały majątek. Niewiele brakowało by ich także zabili, ale ta moc… zabawa z demonami… to miało pomóc. Zdawał sobie sprawę, że coś może pójść nie tak, dlatego stworzył drugiego siebie i schował tam wszystkie najcenniejsze wspomnienia i uczucia. W ten sposób powstał dobry i zły Christopher. Żaden jednak o niczym nie wiedział, bo cała tajemnica ukryta została w notatniku. – Bella… jego już nie będzie – odezwał się po chwili milczenia. – To wszystko co sie wydarzyło… mogę sprawić, że o tym zapomnisz. Mogę znów wysłać cię do Ameryki. Możesz zacząć wszystko od nowa… – zaproponował walcząc z bólem, jaki niosła ze sobą ta propozycja. Czuł się dziwnie. Nie stał się dobry, właściwie to się wcale nie zmienił. Po prostu boleśnie uświadomił sobie jak bardzo mu na niej zależy, jak mocno ją kocha. Wróciły do niego wszystkie uczucia i sumienie. Zupełnie jakby stopił się lód. Potrafiłby być bezwzględny, zimny i bezlitosny, ale… ale nie w stosunku do niej. – Nie! Chcę tu zostać – oznajmiła stanowczo. – Zostanę z tobą – dodała znacznie ciszej. Zamiast odsunąć się podeszła bliżej. Bezwiednie wyciągnął do niej ręce, a ona wsunęła się w jego uścisk, wtulając się w jego ramiona. To wszystko da się naprawić, był tego pewien – a nawet jeżeli nie, nie zamierzał wyzbywać się jedynej rzeczy, która trzymała go przy zdrowych zmysłach – musiała mu pozostać nadzieja. Epilog Po remoncie dworek odzyskał dawną świetność. Wyglądał po prostu pięknie. Bella przypomniała sobie dlaczego kiedyś tak bardzo kochała to miejsce. Dom, który później stał się jej więzieniem. Teraz postanowiła jednak, że nie dopuści do tego już nigdy więcej. Będzie pilnowała Christophera na każdym kroku, żeby znowu nie popełnił jakiegoś głupstwa. Dowie się wszystkiego czego będzie trzeba na temat demonów i czarnej magii, nie ważne co będzie musiała poświęcić. To stało się bez znaczenia. Liczyło się to, że on do niej wrócił. I to naprawdę był on. Nareszcie niczego w nim nie brakowało. Pisnęła gdy otoczyły ją silne ramiona, unosząc w górę i okręcając dookoła. Gdy postawił ją na ziemi, oplotła go ramionami. Pochylił sie, by ją pocałować. Bella po raz kolejny zdziwiła się tym niezwykłym uczuciem. Do tej pory nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek będzie potrafiła być naprawdę szczęśliwa. The End [...] Read more...
Chabrowa Róża
Chabrowa RóżaPołożył dziewczynę na kanapie podwijając jej koszulkę wyżej, tak, żeby odsłonić biust. Całował jej szyję i dekolt jednocześnie rozpinając spodnie dziewczyny. Zdjęła jeansy pokazując delikatne, błękitne majteczki. Sam także szybko pozbył się swoich spodni, które zdecydowanie, w tym momencie, za bardzo go uwierały. Chciwym spojrzeniem ogarnął jej ciało. Przestał myśleć logicznie.  ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział I ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Istnieje wiele podobnych do siebie miast, a w każdym z nich można zobaczyć dzielnice pełne starych obdrapanych kamienic, dziurawych ulic i szarych podwórek z samotnymi trzepakami i niechlujnie stojącymi pojemnikami na śmieci. W takim właśnie miejscu dorastała Eliza. Dziewczyna była ładną, szczupłą blondynką o niebieskich, smutnych oczach. Jej rodzina zajmowała niewielkie trzypokojowe mieszkanie. Nigdy nie było jej dane poznać swojego ojca, a matkę straciła gdy była jeszcze bardzo mała. Na tyle mała, że nawet nie potrafiła odnaleźć jej w swojej pamięci. Eliza tak naprawdę nie miała przyjaciół. Była bardzo cicha i nieśmiała, a towarzystwo rówieśników ją krępowało. Do tego bardzo się wśród nich wyróżniała.  Nie malowała się, nie było jej stać na „fajne ciuchy”, za to uwielbiała nosić we włosach chabrowo-niebieskie pasemko. Była typową indywidualistką, nigdy nie podążającą za grupą, na każdy temat posiadała własne zdanie. To w połączeniu z nieśmiałością często powodowało, że stawała się obiektem drwin i podłych żartów. Cieszyła się, że już tak blisko do matury, w tym roku skończy liceum i pójdzie na swoje wymarzone dziennikarskie studia. Gdyby dostała stypendium nareszcie mogłaby wyprowadzić się z domu, z maleńkiego pokoiku, który dzieliła ze swoimi młodszymi kuzynkami Beatą i Dorotą. Przestałaby być ciężarem dla ciotki i wuja. Zawsze zastanawiała się czemu mimo swojej kiepskiej sytuacji materialnej postanowili się nią zaopiekować. Mogli ją przecież oddać do domu dziecka, ale oni traktowali Elizę jak własną córkę. Byli jej jedyną rodziną. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tego wieczoru Eliza była w bardzo dobrym nastroju. Jak co tydzień wybierała się na koncert do Coco Club. Uwielbiała zespół Cuervo, była na ich wszystkich koncertach, ale jeszcze bardziej niż sam zespół i graną przez nich rockową muzykę kochała ich wokalistę – Matta. To nie było już nawet zauroczenie, to była obsesja. Z tygodnia na tydzień żyła jedynie tym, że będzie mogła go zobaczyć. Często wyobrażała sobie jakby to było, gdyby odważyła się do niego odezwać po koncercie. Nie opuściła żadnego od pół roku. Tym razem, jak zwykle stanęła pod sceną, ale odrobinę z boku, żeby móc w spokoju obserwować obiekt swojej adoracji. Wokalista Cuervo był wysokim, szczupłym w tali i szerszym w ramionach dwudziesto-paroletnim chłopakiem. Miał nieco przydługie ciemne włosy, zawsze układające się w artystyczny nieład, delikatnie opadającą na czoło grzywkę i szare, okolone ciemnymi rzęsami oczy. Był niewątpliwie przystojny. Eliza wiedziała, że nie jest jedyną dziewczyną, która do niego wzdycha. Tylko, że nie zachwycał jej jedynie jego wygląd. Wiedziała, że sam układa słowa piosenek, które szalenie do niej przemawiały. Tak bardzo kochała jego muzykę, że to czasem aż bolało. Stanowiła jej integralną część. Uwielbiała także słuchać jego głosu, a dzięki słowom poznawać myśli chłopaka. Od dawna już wiedziała, że jest w nim zakochana bez pamięci. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Po koncercie Eliza z żalem wyszła z klubu. Jak zwykle czuła w sobie pustkę i tęsknotę. Do domu miała kawałek drogi, a zamiast kurtki ubrana była tylko w rozpinaną cienką bluzeczkę, więc drżała z zimna. To było stanowczo za mało jak na taki chłodny wieczór. Żałowała, że zwiedziona wiosennym ociepleniem nie pomyślała wcześniej o tym, że po koncercie może zrobić się zimniej. Dziewczyna była przyzwyczajona do chodzenia samotnie po mieście, nawet o tak późnej porze. Zazwyczaj ulice były puste. Teraz spostrzegła jakichś chłopaków stojących w wąskiej uliczce. Otaczające ją z obu stron kamienice skierowane były ku niej ślepymi ścianami. Wychodziły na nią jedynie wysokie, strychowe okna. Serce Elizy przyspieszyło swój rytm. Chłopacy nie wyglądali specjalnie przyjaźnie, a ona będzie musiała koło nich przejść. Wzięła głęboki oddech i dzielnie ruszyła w ich stronę. – Hej mała, przyłączysz się do nas? – zapytał wyraźnie wstawiony blondyn. Zignorowała go i spróbowała wyminąć. Chłopak stojący przy blondynie chwycił ją za ramię. Odwrócił dziewczynę w swoją stronę. – No laleczko, kolega mówił coś do ciebie. Zostaniesz tu i zabawisz się z nami. – Puść mnie – syknęła. Eliza była przerażona. Dzielnica nie należała do najlepszych. Zdawała sobie sprawę, że w razie czego nikt nie zwróci uwagi na jej wrzaski. Roześmieli się wszyscy trzej. Blondyn przytrzymał ją i przygniótł do ściany jednego z domów. Ten który nazwał ją „laleczką” zaczął rozpinać jej bluzkę. Krzyknęła. Natychmiast poczuła na ustach nieprzyjemną, twardą dłoń. Strach sparaliżował ją zupełnie. Nie była nawet w stanie myśleć o tym, żeby jakoś próbować się bronić. W pewnym momencie usłyszeli warkot silnika, roznoszący się echem po pustych ulicach. Przez skrzyżowanie przejechał jakiś motocykl. Spojrzeli w tamtym kierunku bez większego zainteresowania. Nie spodziewali się, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Silnik jednak zgasł i motocykl zatrzymał się tuż przed wjazdem w wąską uliczkę. Ubrana na czarno postać zdjęła kask i ruszyła alejką w ich stronę. Blondyn trzymał Elizę ciągle zatykając jej dłonią usta, ale pozostała dwójka zwróciła się ku nadchodzącemu mężczyźnie. – Puść dziewczynę – powiedział przybysz rozkazującym tonem. Eliza aż za dobrze znała ten głos. Jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej. – Tak? A jak nie, to co nam zrobisz? – zadrwił jeden z chłopaków. Wyciągnął nóż. Motocyklista spojrzał na niego z politowaniem. Podszedł bliżej. Szybkim, niespodziewanym ruchem kopnął pijanego chłopaka w rękę, tak, że broń upadła na ulicę. Potem padło kilka kolejnych ciosów, przed którymi tamci próbowali się nieporadnie bronić. Po chwili leżeli na asfalcie. – Puść ją – motocyklista ponownie zwrócił się do blondyna. Tamten natychmiast wykonał polecenie po czym wycofał się i po kilku krokach rzucił do ucieczki. – Nic ci nie jest? – spytał przybysz z troską w głosie. Eliza pokręciła głową. Wpatrywała się w chłopaka jak w marzenie. To był Matt, wokalista zespołu Cuervo. Zamurowało ją zupełnie, nie wiedziała co powiedzieć, mimo, że rozmowę z nim wyobrażała sobie na milion różnych sposobów. Zadrżała z zimna. Szybko zapięła swoją cienką bluzkę. Chłopak najwyraźniej to zauważył, bo bez wahania zdjął z siebie skórzaną, motocyklową kurtkę i podał dziewczynie. – Włóż to – powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Jeżeli powiesz mi gdzie mieszkasz, to odwiozę cię do domu. Otuliła się jego kurtką, nie wierząc w to co się właśnie działo. – Dziękuję – powiedziała cicho – mieszkam na Wyspiańskiego, przy Grobli. – Chodź. Ruszył w stronę motocykla nie oglądając się na nią więcej. Poszła niepewnie za nim. Podał jej kask. – Zwiń włosy – poradził. Splotła włosy w luźny warkocz i wepchnęła pod kask. Usiadła za nim żałując, że nie jest w stanie nic sensownego powiedzieć. Kiedy ruszyli, złapała chłopaka w pasie. Nie była przyzwyczajona do jazdy na motorze i bała się przytrzymać uchwytu z tyłu. Przejażdżka jak na gust Elizy skończyła się zbyt szybko. Niechętnie przestała obejmować chłopaka. – Poradzisz sobie? – spytał kiedy oddała mu kask. – Tak, dziękuję, za wszystko… – nie wiedząc co jeszcze mogłaby powiedzieć zeszła z motocykla i poszła w stronę domu. Matt poczekał aż otworzy drzwi i dopiero wtedy odjechał. Eliza zdała sobie sprawę, że ciągle ma na sobie jego kurtkę. Będzie musiała ją oddać w przyszłą sobotę. Miała nadzieje, że przy następnym spotkaniu nie zrobi z siebie kompletnej idiotki i będzie w stanie coś sensownego powiedzieć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza przez cały tydzień żyła tym, że w sobotę odda Mattowi kurtkę. W szkole nie była w stanie się na niczym skupić. W domu siedziała cicha, bezwiednie zapatrzona w przestrzeń. – Kochanie, źle się czujesz? – spytała ciocia Alicja z troską w głosie, zastawszy siostrzenicę skuloną na piętrowym łóżku z zeszytem na kolanach. – Prawie nic nie zjadłaś. – Nic mi nie jest – powiedziała Eliza starając się przywołać na twarz pogodny uśmiech. Ciotka wyszła z pokoju z cichym westchnieniem. Miała na głowię naprawdę wiele problemów, ale zawsze najbardziej martwiły ją te dotyczące dzieci, a Elizę traktowała jak własną córkę. Sobotni koncert minął dziewczynie w pełnym napięcia oczekiwaniu. Czuła się bardzo podekscytowana. Wśliznęła się za kulisy, zdziwiona tym, jak łatwo przepuścił ją ochroniarz, gdy wytłumaczyła mu po co przyszła. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Wszyscy członkowie zespołu zmyli się dość szybko. Matt został sam. Był odrobinę rozkojarzony po koncercie. Nie miał ochoty tego dnia imprezować. Wróci do domu, poczyta coś, może obejrzy jakiś film… Był zadowolony, że z zespołem układało się coraz lepiej, mieli coraz liczniejszą, za każdym razem lepiej bawiącą się publiczność. Rozmyślanie przerwał mu hałas otwierających się drzwi. Zaskoczył go widok dziewczyny, która weszła do pomieszczenia za sceną. Była ładna, drobnej budowy, jej sięgające pasa blond włosy były ozdobione z przodu zabawnym, niebieskim pasemkiem. Podobała mu się taka oryginalność. Pamiętał ją, to jej pomógł w zeszłym tygodniu. Nie spodziewał się szczerze mówiąc, że jeszcze kiedyś ją zobaczy. – Cześć – zaczęła nieśmiało – przyniosłam twoją kurtkę. Wyciągnęła ją z plecaka i podała chłopakowi. Spojrzał na nią zaintrygowany. Czyli wtedy pewnie musiała wracać z ich koncertu… ucieszył się, że wiedziała gdzie go znaleźć. – Dzięki – wziął od niej kurtkę, której tak naprawdę nie spodziewał się kiedykolwiek odzyskać. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Wyglądała uroczo. Tak niewinnie. Zastanawiał się ile może mieć lat. Stała teraz i wpatrywała się w niego niepewnie, jakby nie za bardzo wiedziała, co chce powiedzieć. Przywodziła mu na myśl spłoszoną sarenkę. – Jeżeli masz czas, to możemy iść wypić jakieś piwo – zaproponował w końcu, nie będąc do końca pewnym czy to rzeczywiście dobry pomysł. Coraz bardziej miał na nią ochotę, a nie miał zamiaru jej wykorzystywać. – Jasne – uśmiechnęła się do niego jak dziewczynka, która w Boże Narodzenie, rozpakowuje właśnie swoją pierwszą lalkę. Patrzyła na niego ufnie swoimi pięknymi chabrowymi oczami. Teraz nabrał przekonania, że źle robi, ale nie miał już jak wycofać się z propozycji. Wyszli na zewnątrz, jego motor stał zaparkowany w pobliżu tylnego wyjścia. Z trudem przełknął ślinę, kiedy dziewczyna objęła go w pasie. Mocno postanowił sobie, że pojadą do miasta, ale już przy pierwszej możliwości skrętu, wiedział, że zabierze ją do mieszkania. Nie przypominał sobie, żeby jakaś dziewczyna działała na niego w taki sposób. Podobał się wielu, ale zazwyczaj śmieszyły go próby flirtowania czy nawet to, jak co odważniejsze, otwarcie próbowały zaciągnąć go do łóżka. Był zdecydowanym przeciwnikiem przygodnego seksu, to nie było w jego stylu, ale w przypadku tej małej, po prostu nie potrafił się powstrzymać. Miał cichą nadzieję, że może ona nie będzie chciała. Zatrzymali się przed ładną, pomalowaną na pistacjowo kamienicą. Całe dolne piętro wypełnione było kolorowymi wystawami wiele obiecujących sklepów. Poprowadził dziewczynę schodami na górę, do przytulnie urządzonego, dwupoziomowego mieszkania pod samym dachem. Było ono jasne i przestronne. Rozejrzała się zaciekawiona. – Sam tu mieszkasz? – spytała. – Mam współlokatora, to jego mieszkanie, ale jest teraz w Londynie. Planuje wrócić dopiero po wakacjach. Zaprowadził dziewczynę do salonu połączonego otwartym łukiem z jadalnią i nowoczesnym aneksem kuchennym. Usiadła na kanapie. Podał jej puszkę piwa z lodówki. – Nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał się. W końcu kiedyś wypadało zapytać. Policzki dziewczyny zaróżowiły się uroczo. – Eliza. – Ja jestem Mateusz, ale wszyscy mówią do mnie Matt. Miło mi cię oficjalnie poznać – uśmiechnął się do niej. Usiadł po drugiej strony kanapy, nie za blisko dziewczyny. Nie chciał jej krępować. – Często bywasz na naszych koncertach? – spytał, nie do końca wiedząc jak zacząć rozmowę. Na jej twarzy znów zagościł rumieniec. – Właściwie to byłam na każdym. Najpierw spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem wybuchnął śmiechem. Dziewczyna zawstydziła się jeszcze bardziej. – Nie wiedziałem, że mamy swoich stałych fanów. Miło to słyszeć. Rozmawiało się z nią całkiem przyjemnie. Była inteligenta i dowcipna, tylko strasznie nieśmiała. Po dwóch piwach rozluźniła się na tyle, żeby usiąść wygodnie, opierając się o poręcz kanapy. Podobało mu się, jak się śmieje. Sprawiała wrażenie szczerej i sympatycznej osoby. Zdjęła bluzę, odsłaniając koszulkę na ramiączkach, z nadrukiem z filmu Tima Burtona, spod której nieśmiało wyglądało błękitne ramiączko stanika. Miał na nią coraz większą ochotę. Przysunął się do dziewczyny z laptopem pokazując zabawny film ze studia nagraniowego. Położyła mu głowę na ramieniu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Kusisz los kociaku, pomyślał. Kiedy odstawił komputer, przysunęła się do niego jeszcze bliżej. Sam nie wiedząc co robi, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Dziewczyna odwzajemniła pocałunek oplatając ramionami jego szyję. Poczuł się bardzo podniecony, zdecydowanie bardziej niż powinien. Jego członek domagał się uwolnienia z ciasnych jeansów. Nie, powiedział sobie w myślach. Dziewczyna coraz bardziej ośmielona usiadła mu na kolanach podwijając jego koszulkę i kładąc mu na plecach drobne dłonie. Czuł, że jeszcze chwila, a nie będzie odwrotu. Przypomniał sobie scenę na ulicy. Nie miał pewności co nią kierowało. Wielkim wysiłkiem woli odsunął ją delikatnie od siebie. Spojrzała na niego pytająco, lekko spłoszonym, sarnim wzrokiem. – Nie musisz tego robić – powiedział cicho, lekko zachrypniętym z podniecenia głosem – nie jesteś mi nic winna. Roześmiała się dźwięcznie, jakby uspokojona tym co powiedział. Pocałowała go tuż przy uchu. – A nie mogę po prostu mieć na to ochoty? – wyszeptała niewinnie. W stanie, w jakim był obecnie, taka odpowiedź wystarczała mu w zupełności. Wsunął ręce pod koszulkę dziewczyny i rozpiął jej stanik. Zsunęła go z ramion, nie zdejmując przy tym koszulki, on w tym czasie pozbył się swojego t-shirta. Była taka piękna! Jej złote włosy delikatnie opadały na ramiona i sięgały niemal bioder. Wydawała się bardzo krucha i bezbronna. Z trudem opanował pragnienie, żeby się na nią rzucić. Przysunęła się jeszcze bliżej, przy każdym poruszeniu drażniąc jego i tak już sztywny członek. Znowu zaczął ją całować. Wsunął ręce pod jej koszulkę przesuwając dłońmi po plecach dziewczyny. Powoli przesunął je na jej drobne piersi. Wyprężyła się jak mały kotek, zamruczała mu do ucha. Nie dość, że urocza, to jeszcze seksowna, pomyślał. O tak, naprawdę jej pragnął. Położył dziewczynę na kanapie podwijając jej koszulkę wyżej, tak, żeby odsłonić biust. Całował jej szyję i dekolt jednocześnie rozpinając spodnie dziewczyny. Zdjęła jeansy pokazując delikatne błękitne majteczki. Sam także szybko pozbył się swoich spodni, które zdecydowanie, w tym momencie, za bardzo go uwierały. Chciwym spojrzeniem ogarnął jej ciało. Przestał myśleć logicznie. Położył się obok dziewczyny całując jej piersi. Sutki zachwycały taką samą różowością co usta. Wsunął palce pod materiał bielizny i przesunął nimi delikatnie po jej wilgotnej cipce. Jęknęła cicho. Przylgnęła do niego całym ciałem, oplatając go nogami. Kiedy wsunął w nią palec wygięła się w łuk. Zdjął z niej majteczki. Ujrzał jej śliczną, równiutko ogoloną cipkę. Objął dziewczynę drugą ręką, przytulając ją do siebie. Całowała go w szyję, jej dłoń powędrowała do jego członka. Poczuł się naprawdę przyjemnie. Nie chciał za szybko w nią wchodzić, miał ochotę sprawić jej rozkosz. Wsunął drugi palec w wilgotną szparkę dziewczyny. Była bardzo ciasna. Zauważył, że skrzywiła się lekko. Wyciągnął z niej palce, były delikatnie ubrudzone krwią. Jęknął. – To twój pierwszy raz? – zapytał z góry znając odpowiedź. Skinęła głową, ale tylko przytuliła się do niego bardziej. Był tak cholernie podniecony, ale przecież nie mógł tego zrobić… – Nie powinnaś tu być ze mną, powinnaś to zrobić z kimś kogo kochasz – mówił to do niej, jednocześnie starając się przekonać samego siebie. Spojrzała mu w oczy. – Kiedy ja właśnie chcę to zrobić z tobą. Odsunął się od niej. – Ubierz się – powiedział cicho, myśląc tylko o zimnym prysznicu. – Odwiozę cię do domu. – Nie, proszę – powiedziała błagalnym tonem – chcę zostać. Nie podobam ci się? Znowu jęknął, ta rozmowa nie prowadziła do niczego dobrego. – Cholernie mi się podobasz – przyznał – ale to nie w porządku. – Dlaczego? Przyciągnęła go z powrotem do siebie. Zdziwił się widząc u niej taką stanowczość. Wiedział, że wygrała. Miał tylko nadzieję, że nie będzie tego żałowała. Pocałował ją, jego palce wróciły do pieszczenia jej łona. Była naprawdę wilgotna. Podniósł się i przesunął tak, że jego głowa znalazła się między nogami dziewczyny. Całował jej uda i miejsca wokół cipki umyślnie potęgując jej podniecenie. Była tam cała śliska i mokra. Pocałował jej szparkę. Eliza zaczęła wić się z rozkoszy kiedy tak lizał i ssał jej łechtaczkę. Zajmował się całą jej cipką, płatkami i guziczkiem. Smakowała wspaniale. Co jakiś czas wkładał palec do środka. Nie trwało to jednak długo gdyż dziewczyna doznała silnego orgazmu, na który czekał. Czuł pulsowanie jej cipki. Widział jak Eliza wije się z rozkoszy, a ręce mocno zaciska na obiciu kanapy. Cichutko jęczała, było jej cudownie. Spojrzał na dziewczynę z satysfakcją. W końcu uznał, że już dłużej nie wytrzyma. Po krótkiej przerwie uklęknął nad nią i opuścił powoli biodra. Przesunął się tak, żeby być nad dziewczyną. Jego członek już dawno był gotowy do działania. Czuł tak silną żądzę, że erekcja sprawiała mu niemal ból. Stała się istną udręką. Chwilę jeszcze ocierał się główką penisa o jej szparkę. Wreszcie wszedł delikatnie do jej wnętrza. Była taka rozpalona. Przytuliła się do niego mocno. Poruszał się powoli, łagodnymi ruchami. Walczył ze sobą, żeby gwałtownie nie przyspieszyć. Nie chciał zrobić jej krzywdy. W końcu wtargnął w nią głębiej, wsuwając swój członek po same jądra. Eliza jęknęła cicho z całej siły zaciskając dłonie na jego ramionach. – Mam przestać? – spytał cicho, mimo, że bardzo tego nie chciał. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Przymknęła oczy. Poruszał się teraz w jej wnętrzu długimi, mocnymi pchnięciami. Było mu niesamowicie dobrze, w jej ciepłej, ciasnej szparce. Poczuł jak dziewczyna dochodzi, rozkosznie pulsowała w środku, zaciskając się dookoła jego członka. Wysunął się z niej i skończył na jej brzuchu i nagich piersiach. Próbował uspokoić swój mocno przyspieszony oddech. Wytarł ją swoim t-shirtem i przytulił do siebie. Zamruczała jak mały kotek. Zamknęła oczy. Delikatnie gładził ją po plecach. Przykrył ich wiszącym na poręczy kanapy kocem i sam też zamknął oczy starając się nie myśleć o tym czy postąpił właściwie. Było mu naprawdę bardzo dobrze i przyjemnie. Wkrótce obydwoje zasnęli w swoich objęciach. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza obudziła się bardzo zadowolona. Patrzyła z uśmiechem na leżącego obok siebie chłopaka. Delikatnie musnęła dłonią jego policzek. Zamruczał coś przez sen. Przysunęła się do niego i złożyła na jego ustach miękki pocałunek. Obudził się. Nie otwierając oczu zaczął ją namiętnie całować. Poczuła na udzie jego sztywny penis. Otarła się o niego, umyślnie prowokując chłopaka. Jego ręka zawędrowała między jej uda. Przesunęła językiem po jego szyi. Otworzył oczy i spojrzał na nią. Uśmiechnęła się. – Dzień dobry – powiedziała pogodnie. Przesunęła się tak, żeby znaleźć się nad nim. Usiadła na chłopaku okrakiem, oplatając go nogami. Gładził jej plecy i pośladki. Położyła się na nim czując jak jej nagie piersi ocierają się o jego klatkę piersiową. – Oj tak, zdecydowanie dobry – odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech. Teraz on przejął inicjatywę. Poczuła jego rękę między swoimi udami. Delikatnie dotknął jej łechtaczki, a potem wsunął do środka dwa palce, sprawdzając czy jest odpowiednio mokra. Najwyraźniej usatysfakcjonowany położył dłonie na jej biodrach i nasunął dziewczynę na swój sterczący członek. Jego ręce z powrotem powędrowały ku jej pupie. Eliza zachłysnęła się powietrzem, kiedy się w nią wsunął. W takiej pozycji był zdecydowanie za duży na jej ciasną, jeszcze poprzedniego wieczora dziewiczą szparkę. Czuła jak boleśnie wpija się w jej delikatne wnętrze. Chłopak podniósł się i przytulił ją do siebie. Teraz kochali się na siedząco. Oplotła go mocniej nogami. Ból minął, zostało tylko podniecenie i rozkosz. Poruszał się w niej delikatnie i powoli. Zapragnęła więcej. Sama zaczęła unosić biodra i poruszać się szybciej. Przesuwała się to w górę, to w dół. Czuła go w sobie, wypełniał ją w całości. Zaczęła namiętnie całować jego usta. Jej myśli wirowały chaotycznie, czuła, że za chwilę zwariuje. Kiedy przerwali pocałunek w pokoju słychać było tylko ich wspólny oddech. Dziewczyna przyspieszyła jeszcze bardziej. Matt trzymał ją za pośladki i unosił delikatnie. Nagle Eliza znalazła się w niebie. Chłopak syknął zsuwając ją gwałtownie ze swojego członka. Poczuła ciepłą spermę na swoich udach i brzuchu. Nachyliła się i pocałowała go w usta. Jego ciepła dłoń przesunęła się po jej plecach. – Prysznic? – zaproponował, kiedy skończyli namiętny pocałunek. – Tak, chyba tak – odpowiedziała uśmiechając się zadowolona. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt odwiózł Elizę do domu koło południa, potem wrócił do siebie. Nie mógł przestać myśleć o tej dziewczynie. Miała w sobie coś takiego… Przypominała mu łagodne, płochliwe zwierzątko leśne. Był nią niesamowicie zafascynowany. Przeklinał się w duchu za to, że zapomniał poprosić o jej numer. Znał mniej więcej adres pod którym mieszkała, ale nie chciał naruszać jej prywatności. Czekał więc niecierpliwie do soboty mając nadzieję, że i na tym koncercie się pojawi. I rzeczywiście, była tam. Tym razem zobaczył ją ze sceny. Stała w kącie przy kolumnie. Uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła jego uśmiech, tak jak zresztą kilka innych dziewczyn, które były pewne, że jest właśnie dla nich. Nie zwrócił na nie większej uwagi. Po koncercie stanęła przy wejściu za kulisy, razem z innymi fanami, nie próbując nawet wyminąć ochroniarza. Skrzywił się na myśl ,że będzie musiał tam wyjść, jeżeli chce się z nią zobaczyć. Bardzo tego nie lubił. Mimo, że nie miał nic przeciwko występowaniu na scenie, otoczony tłumem fanów czuł się bardzo nieswojo. – Matt, idziesz? – przerwał jego rozmyślania Majkel, jednocześnie gitarzysta Cuervo i ich prywatny menager. Jak co tydzień, umówili się w pubie. Tym razem nie miał jak się od tego wykręcić. Był ciekawy, co powiedzą, jeżeli zabierze ją ze sobą. Koledzy z zespołu jeszcze nigdy nie widzieli go z dziewczyną. – Tak, dołączę do was za chwilę. Muszę coś załatwić. Szybko zmienił ubranie, gotowy na spotkanie z wyższą koniecznością. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Po koncercie Eliza stanęła przy wejściu za kulisy. Nie próbowała się dostać dalej. W końcu co miałaby mu powiedzieć? Nie była istotą naiwną. Nie spodziewała się, żeby ta noc miała dla Matta jakiekolwiek znaczenie, w końcu sam dał jej to wyraźnie do zrozumienia. Mimo to naiwnie pragnęła ponownie znaleźć się w jego ramionach. Najgorsze było to, że w rzeczywistości okazał się cudowniejszy nawet od jej najśmielszych marzeń. Bała się mieć nadzieję, że cokolwiek jeszcze ma szansę się wydarzyć. Odczekała chwilę, po czym wyszła na dwór. Było jej smutno, mimo, że przygotowała się na tą sytuację i nie spodziewała niczego więcej. Czuła się bardzo rozczarowana, że nawet się z nią nie przywitał. Starała się powstrzymać napływające do oczu łzy. Usiadła na murku podwijając pod siebie nogi. Siedziała tak dłuższą chwilę. Klub zupełnie opustoszał. Dziewczyna zebrała się w sobie. Zamierzała wracać do domu. Wstała. Usłyszała warkot motocykla. Zatrzymał się tuż przy niej. Chłopak zdjął kask. Patrzyła na niego z lekkim niedowierzaniem. Co on tutaj robił? – Hej, szukałem cię – odezwał się niepewnie. – Myślałem, że może pójdziesz z nami na piwo, ale jeżeli nie masz ochoty, to chciałem cię chociaż odwieźć do domu. Eliza impulsywnie podbiegła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. Wyglądał na trochę zmieszanego, ale po chwili objął ją delikatnie. – To jak, chcesz iść? – Tak, pewnie – uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Nałożyła kask i wsiadła na motor wtulając się w plecy Matta. Ruszyli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W Krypcie, pubie na Starym Mieście siedział już cały zespół. Jeden z chłopaków, blondyn o kręconych, długich włosach przytulał jakąś rudą dziewczynę, dwóch pozostałych dyskutowało o czymś żarliwie nad piwem. Lokal znajdował się w piwnicy, na dół prowadziły kręte wąskie schody. Kiedy tylko zeszli, Matt opiekuńczo objął Elizę ramieniem i poprowadził do stolika. – Hej, sorry, że tak długo – rzucił w stronę kumpli. – Teraz widzimy czemu tak długo – wyszczerzył się w jego stronę naprawdę postawny brunet o piwnych oczach. Był nie tylko bardzo wysoki, ale na dodatek szeroki, zajmował swoją osobą prawie dwa miejsca. – Jestem Darek, ale mówią mi Seth – uśmiechnął się do Elizy i podał jej rękę. – Eliza – odpowiedziała nieśmiało. – To jest Ren, a po Polsku Rafał – wskazał na chłopaka z czerwonym irokezem – Majkel i Julia – Przedstawił przytuloną parę. Matt posadził Elizę przy stoliku obok Setha, a sam poszedł do baru. Po chwili wrócił niosąc dla dziewczyny piwo, a dla siebie sok porzeczkowy. Nie zamierzał wracać piechotą. – Skąd się znacie? – zainteresował się Ren. – Z koncertu – odpowiedział Matt po prostu – mamy swoją fankę – wyszczerzył się w uśmiechu. – Szkoda, że najbardziej twoją – roześmiał się Seth. – Czemu to mi się nigdy nic fajnego nie przydarzy? – jęknął ostentacyjnie Ren. Eliza nie odzywała się odrobinę zakłopotana. Nie bardzo wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Siedzieli tak przez prawie dwie godziny. Dziewczynie spodobał się światopogląd Setha, chłopak był zabawny, słuchało się go z przyjemnością. Jeszcze bardziej spodobało jej się to, że Matt obejmował ją od niechcenia ramieniem i bezkarnie mogła się do niego tulić. Po pewnym czasie pożegnali się ze wszystkimi i wyszli z pubu. – Masz ochotę się przejść? – zaproponował chłopak. – Pewnie – ucieszyła się Eliza. Było już grubo po północy. Wszystko było pięknie oświetlone białym światłem reflektorów. Najlepszy widok przedstawiały sobą katedra i stary przycmentarny kościół obecnie przerobiony na galerię. To w jego podziemiach znajdował się pub. Spacerowali nad rzeką, ich ręce złączyły się w naturalny sposób. Dziewczyna czuła się jak w bajce. Zatrzymali się na chwilę popatrzeć na wodę. Chłopak pocałował ją delikatnie. Objęła jego szyję ramionami odwzajemniając pocałunek. Stali tak przez dłużą chwilę po prostu tuląc się do siebie, żadne słowa nie były im potrzebne. Matt odwiózł Elizę do domu dopiero koło drugiej. – Spotkamy się jutro? – spytał niepewnie. Serce dziewczyny zatrzepotało. Była zachwycona tym, że chłopak znowu chce się z nią spotkać. – Chętnie, o której i co będziemy robić? – spytała najbardziej opanowanym tonem, na jaki było ją stać. – Może poszwędamy się po lesie? Byłbym po ciebie koło południa. – Fajny pomysł. – Uśmiechnęła się do niego, przytuliła na pożegnanie i delikatnie pocałowała w usta. – Dobranoc. Eliza zniknęła w budynku starej kamienicy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział II ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Popołudniowe słońce świeciło jasno na bezchmurnym niebie. Pąki na drzewach, zielona trawa i pierwsze kwiaty nastawiały wszystkich pozytywnie do życia. Cały świat budził się z zimowego snu. Eliza nigdy dotąd nie była jeszcze tak szczęśliwa. – Matt! – dziewczyna podbiegła i rzuciła mu się na szyję. Roześmiał się przytulając ją do siebie czule. Czekał na nią na parkingu pod szkołą, tak jak miewał to w zwyczaju. Spotykali się już od kilku tygodni i było cudownie. Widywali się niemal codziennie, choćby na krótką chwilę. Kiedy nie pracował, dziewczyna praktycznie mieszkała u niego w mieszkaniu. Jednak Matt nie był zbyt pewny tego co robił. Bał się. Zaczynało mu zależeć na tej dziewczynie. Nie chciał tego. Nie miał zamiaru się angażować. Od zawsze był sam i mógł polegać jedynie na sobie. Jego ojciec zginął w wypadku na budowie, gdy chłopak skończył pięć lat. Matka umarła przy porodzie. Nigdy nie miał żadnej, prawdziwej rodziny. Przyzwyczaił się już do przelotnych, nic nie znaczących związków. Jednak Eliza była inna, nie spodziewał się, że to zajdzie aż tak daleko. Niepokoił się tym, że ta bajka po prostu się skończy i to nie będzie happy end. Bał się też, że z łatwością jest w stanie skrzywdzić tą kruchą niewinną dziewczynę. Była dla niego jak pisklak. Wzbudzała w nim potrzebę, żeby ją chronić i opiekować się nią. – Cześć kociaku – uśmiechnął się do niej ukrywając ponure myśli. Pojechali razem na pizzę, a potem zabrał ją do mieszkania. Seks w ich związku był cudowny. Pod tym względem pasowali do siebie idealnie. Od ich pierwszego razu dziewczyna praktycznie cały czas miała na to ochotę, do tego pozwalała mu robić ze sobą co tylko chciał. Kiedy ośmielił się na tyle, żeby kupić jej wibrator miała bardzo zadowoloną minę, wyglądała jak kociak, który nielegalnie opił się śmietanki. Potem coraz częściej wymyślali różnego rodzaju erotyczne zabawy. Tym razem dziewczyna posadziła go na kanapie i włączyła muzykę. Zaczęła erotyczny taniec rozbierając się powoli. Wziął aparat. Nie protestowała. Już dawno miał ochotę porobić jej takie zdjęcia, bo normalne pstrykał przy każdej lepszej okazji. Zrobił jej zdjęcie, potem kilka kolejnych. – Jesteś śliczna – mruknął. Roześmiała się wdzięcznie. Zdjęła z siebie bluzę odsłaniając czarny gładki stanik. – A teraz? – Mrrrr – chłopak nie przestawał fotografować. Miał prawdziwy talent do robienia zdjęć i naprawdę uwielbiał to robić. W końcu nie przestając mu pozować zdjęła z siebie także jeansy. Spodobała jej się ta zabawa. – O, to wrzucę sobie na pulpit – powiedział pokazując jej ekran aparatu. Zarumieniła się uroczo. Odłożył aparat na stolik i przysunął się do niej. Posadził ją sobie na kolanach. Oplotła go nogami. Przesunął dłońmi po jej plecach. Uśmiechnął się odrobinę złośliwie. – Mam ochotę na coś innego… Serce dziewczyny gwałtownie przyspieszyło. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza leżała na jego łóżku. Ręce miała przywiązane do barierki jedwabnym szalem. Na sobie miała jednie białą delikatną koszulkę nocną, tą w której zwykle u niego sypiała. Jej włosy złotą kaskadą rozpływały się po poduszce. Matt podszedł do niej z drwiącym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust. Na sobie miał już tylko ciasne, szare jeansy. Położył coś na pościeli tuż poza zasięgiem wzroku dziewczyny. Uklęknął przy niej kolanem rozsuwając jej nogi. Pochylił się nad nią i wargami otworzył jej usta wsuwając do środka swój język. Po dłuższej chwili zakończył nachalny pocałunek i wyprostował się kładąc ręce na jej biuście uprzednio zsuwając z niej delikatną tkaninę koszulki. Zsunął materiał z jej ramion i piersi, tak, że teraz zakrywał jedynie kawałek jej brzucha. Swobodnie uniósł dłonią jej jędrne piersi, tak by móc je dokładnie obejrzeć. Podobało mu się to, w jaki sposób na niego patrzyła szeroko otwartymi niewinnymi oczami. Jedynie jej przyspieszony oddech zdradzał podniecenie i lęk. – Piękna i niewinna – szepnął. Spojrzała na niego i spłonęła rumieńcem, on zaś pocałował ją ponownie. Dobrze wiedział o czym dziewczyna może myśleć patrząc na niego. Był od niej zaledwie o cztery lata starszy, wysoki i ciemnowłosy, miał smukłe ciało, co czyniło go bardzo gibkim. Do tego jego zamiłowanie do sztuk walki sprawiało, że zawsze był w dobrej formie. Czuł teraz nie tyle dumę, ile niezmierną satysfakcję. Zazwyczaj ignorował wodzące za nim wzrokiem dziewczyny, ale teraz był niezwykle zadowolony z wrażenia jakie wywiera na Elizie. Zaczął przesuwać palcami po wewnętrznej stronie jej uda, coraz wyżej, wreszcie delikatnie głaszcząc króciutkie, czarne kręcone loczki. Jęknęła cichutko. Zanurzył w niej palec. Uśmiechnął się z satysfakcją. – Tak szybko jesteś wilgotna? – zapytał z nutką drwiny w głosie. Nie odpowiedziała. Chłopak sięgnął po to, co odłożył obok. Poczuła jak wsuwa coś dużego i twardego w jej wnętrze. To był naznaczony różnymi wypustkami żelowy wibrator. Poruszył nim kilkakrotnie aż wszedł naprawdę głęboko. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem. Matt włączył wibracje. Pochylił się podwijając jeszcze bardziej jej koszulkę, tak, że teraz stała się jedynie cienkim jedwabnym paseczkiem. Pocałował dziewczynę w podbrzusze. Potem przesunął się wyżej pieszcząc jej piersi, co jakiś czas dopychając wibrator głębiej. Poczuła jego rękę między pośladkami. Wciągnęła głęboko powietrze unosząc wysoko biodra. W pupę dziewczyny włożył śliski od czegoś palec. Jęknęła. Poruszył nim delikatnie, a potem dołączył do niego drugi. Wibrator w cipce i jego palce w pupie wypełniały ją całkowicie. Chłopak wyjął z niej palce. Podniósł z pościeli kolejną zabawkę. Było to niewielkie wibrujące jajeczko. Wsunął je głęboko między pośladki dziewczyny. Przymknęła oczy. Czuła wibracje w obu swoich dziurkach. Nie była pewna jak długo to jeszcze wytrzyma. Matt zsunął spodnie razem z bielizną. Uklęknął przy jej ramieniu. Włożył swojego sztywnego członka do ust dziewczyny. Zaczęła pieścić go językiem. Chłopak poruszał się rytmicznie, niespiesznie wsuwając i wysuwając go z jej ust. Był na tyle duży, że krztusiła się, kiedy wkładał go głębiej niż do połowy. Mimo to starała się ssać go najlepiej jak potrafiła. Wreszcie wyjął go zupełnie. Przesunął się z powrotem między nogi dziewczyny. Podniósł z szafki nocnej prezerwatywę i wprawnym ruchem założył na swojego penisa. Nie potrafiła powstrzymać jęknięcia kiedy poruszył wibratorem tkwiącym w jej szparce. Wyjął go i zastąpił swoim sztywnym, nabrzmiałym członkiem. Chwycił jej nogi pod kolanami i delikatnie uniósł do góry jej biodra. Objęła go w pasie udami. Poruszał się w niej szybko, długimi, mocnymi pchnięciami. Czuła jak jej mięśnie zaciskają się jednocześnie na jego penisie i tkwiącym w pupie wibrującym jajeczku. Wiła się pod nim i pojękiwała co chwilę. Wchodził w nią tak, żeby każde pchnięcie było silne, wyjątkowe, niezapomniane. Obserwował ją uważnie, chciał widzieć jej podniecenie. Czuł satysfakcję z każdego głośniejszego westchnięcia dziewczyny czy nie powstrzymanego jęku. Doszli prawie jednocześnie. Zalała ich fala rozkoszy. Poruszył się jeszcze kilkakrotnie, potem wyszedł  z niej i wyjął z jej pupy jajeczko kładąc się na boku koło dziewczyny. – Jesteś tylko moja – szepnął całują ją w szyję i odwiązując jej ręce. – Jestem, należę do ciebie – powiedziała wtulając się w jego ramiona usatysfakcjonowana i naprawdę szczęśliwa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt lubił się bawić z Elizą na różne sposoby. Cholernie kręciło go to, że pozwalała mu praktycznie na wszystko. Po za tym bardzo podobało mu się, że jest jej pierwszym facetem. Była taka pełna ufności i niewinna. Starał się przy niej hamować swoje zapędy, ale zauważył, że dziewczynie też podobają się tego typu zabawy. Uwielbiała czuć się bezradna, zdana tylko na jego łaskę. To podniecało go jeszcze bardziej. Zdarzało mu się już macać ją w zatłoczonym autobusie czy na ławce w parku. Czasem też zabawiali się na imprezach organizowanych przez jego kumpli z zespołu. Dziewczyna była taka uroczo nieśmiała i bezbronna. Tego dnia wybierali się na „domówkę” do Majkela. Chłopak mieszkał w dużym domu pod miastem, jego rodzice często wyjeżdżali, miał więc cały dom tylko dla siebie. Urządzali ognisko. Kiedy impreza się rozkręciła i wszyscy byli już trochę podpici odciągnął ją na bok, kawałek za dom. Stanęli pod ładną, gęsto obrośniętą pergolą. Zaczęli się namiętnie całować. Czuł jak dziewczyna wtula się w niego całą swoją drobną osobą. Uwielbiał to uczucie. Po dłuższej chwili odsunął ją od siebie delikatnie. Musiał skorzystać z toalety. Po co pił tyle piwa? – Zaraz wrócę – powiedział – przyniosę nam po piwie. – Dobrze – dziewczyna usiadła skromnie na drewnianej ławeczce dyndając nogami. Kiedy Matt odszedł oparła się o ścianę z cichym westchnieniem.  Już nie mogła doczekać się jego dotyku. Z mroku alejki wyłoniła się jakaś dziewczyna. Zataczała się odrobinę. – Hej, można? – i nie czekając na odpowiedź usiadła koło Elizy. – Czemu siedzisz tak sama? – Czekam na kogoś – odpowiedziała zgodnie z prawdą dziewczyna. – Może na mnie? – uśmiechnęła się tamta i przysunęła do niej bliżej. Eliza roześmiała się. Dziewczyna wyglądała na naprawdę mocno pijaną. Była zgrabną, przyjemną dla oka istotą. Postrzępione rude włosy kapryśnie opadały na jej policzki i kark. – Dobrze się bawisz? – kontynuowała zagadywanie. – Tak, nie narzekam – Eliza znowu się roześmiała, nie miała zbyt wielu koleżanek i zazwyczaj cieszyła się, kiedy ktoś się nią zainteresował. – Jestem Kate – przedstawiła się nieznajoma. – Eliza – podały sobie ręce. – Na kogo czekasz? – Na chłopaka. – Chłopaka? Uuu oni są tacy nudni. Nie lepiej pogadać z dziewczyną? – Czasem pewnie lepiej – przyznała Eliza, mimo że w najmniejszym stopniu nie uważała, żeby Matt był nudny. Dziewczyna objęła ją przyjacielsko ramieniem. – No, to rozumiem. Na ścieżce pojawił się Matt. Zatrzymał się jak wryty w ziemię, kiedy zobaczył je razem. – Kate, zabieraj łapy – syknął – ona jest ze mną. – Dobrze, dobrze – dziewczyna wstała niechętnie i oddaliła się w mrok. Eliza spojrzała na niego pytająco. – Yhh… ona woli dziewczyny… poczułem się odrobinę zazdrosny – wytłumaczył swój wybuch. – Dziewczyny? – nie do końca dotarło do Elizy. – No tak, jest lesbijką – jakoś głupio było mu o tym mówić, po prostu wszyscy się do tego przyzwyczaili, przyjmowali do wiadomości i nikt nie mówił o tym głośno, chyba, ze w rubasznych żartach. Wcale nie podobało mu się, ze Kate napaliła się na jego dziewczynę. Eliza wstała z ławeczki i przysunęła się do niego wsuwając ręce pod jego koszulkę. – Jesteś zazdrosny? – uśmiechnęła się uradowana. – Trochę… – przyznał. Pochylił się, żeby ją pocałować. Przesunęła dłońmi po jego twardym brzuchu. Postawił ją tak, żeby zasłaniać dziewczynę sobą, przed ewentualnymi niezapowiedzianymi gośćmi. Wsunął rękę pod jej koszulkę. Zaczął pieścić jej piersi. Mruknęła cicho. Włożył rękę w jej spodnie. Objęła go i przesunęła paznokciami pod koszulką po jego plecach. Wsunął palec w jej szparkę jednocześnie pieszcząc ją pozostałymi. Wygięła się w łuk i przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Była bardzo podniecona. Chłopak czuł jej ciepłą wilgoć pod palcami. Bawił się tak wsuwając w nią palce i pieszcząc jej łechtaczkę przez kilkanaście minut. Od czasu do czasu ściskał w palcach jej twarde sutki. Dziewczyna czuła się coraz cudowniej. Wręcz rozpływała się pod jego dotykiem. Po chwili przeszył ją rozkoszny dreszcz. Na ścieżce pojawiła się jakaś para. Matt szybko wyciągnął rękę z jej spodni. – Wracamy – szepnął całując jej ucho. Minęli się z nimi na ścieżce. Wrócili do ludzi bawiących się przy ognisku. Matt usiadł na służącej za ławkę kłodzie, sadzając sobie dziewczynę na kolanach. Wtuliła się w niego ufnie. Życie było cudowne. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Był jeden z pierwszych, naprawdę ciepłych, wiosennych dni. Matt zabrał Elizę nad morze. Była zachwycona tą wycieczką. Spacerowali razem po skąpanej w świetle zachodzącego słońca plaży. Dziewczyna wtulała się w niego z uczuciem bezgranicznego szczęścia, kiedy otoczył jej ramiona swoim. Nawet nie zauważyła, że odeszli już naprawdę spory kawałek od wejścia na plażę. Chłopak rozłożył koc, który niósł ze sobą przewieszony przez ramię. Usiedli obok siebie. Eliza jak zaczarowana wpatrywała się w spokojne morze. Tam skąd przyszli zachodziło słońce, odbijające się w wodzie promienie współtworzyły z cudowną paletą barw nieba obraz jak z bajki. Na wschodzie widać było duży, na wpół przezroczysty księżyc. Wyglądało to tajemniczo, niesamowicie i cudownie. Dziewczyna czuła się jak w niebie. Siedziała tu teraz, wtulona w ramiona mężczyzny swoich marzeń, czuła jego ciepło i bliskość. Otaczał ich cudowny baśniowy krajobraz. Nie chciała niczego zmieniać. Wstali dopiero, kiedy słońce zupełnie zniknęło za horyzontem. Zaczynało się ściemniać. Wyszli z plaży innym zejściem, prowadzącym przez las. Matt trzymał Elizę za rękę. Szła posłusznie, zatopiona we własnych myślach. W pewnym momencie się zatrzymał, stając plecami przy drzewie. Przyciągnął ją do siebie i pocałował namiętnie. – Teraz zrobisz mi loda – powiedział przerywając pocałunek. Spojrzała na niego niepewnie, pytającym wzrokiem. – Tutaj? – zapytała cicho. Roześmiał się drwiąco, przywykła już do tego. W kącikach jego ust ciągle błąkał się ironiczny, rozbawiony uśmiech. – Coś nie tak? – spytał kpiąco. Pokręciła głową. Już dawno postanowiła sobie, że zrobi wszystko, czego on zażąda, nie ważne co by to było. Za wszelką cenę pragnęła z nim być i nie zamierzała dać mu najmniejszego powodu, żeby mógł ją zostawić. Dotknęła przez spodnie członka chłopaka, był już sztywny. Rozpięła mu rozporek i odrobinę zsunęła spodnie, tak by móc swobodnie wziąć go do ręki. Uklęknęła przed chłopakiem i zaczęła delikatnie muskać językiem jego przyrodzenie. Postanowiła się z nim odrobinę podrażnić, on jednak tego dnia szybko miał dosyć takiej zabawy. – Wiem, że stać cię na więcej – zamruczał tym swoim cudownym, aksamitnym głosem. Chłopak był już bardzo podniecony. Wsunęła sobie jego penisa do ust, nie przestając drażnić go językiem. Jednocześnie przesuwała po nim dłonią. Szybko nabierała wprawy i stawała się w tym coraz lepsza. Mimo jego wielkości potrafiła już bez dławienia się wsunąć sobie do ust sporo ponad połowę jego członka. Zaczęła coraz szybciej poruszać dłonią i ustami. Drugą ręką delikatnie złapała jego jądra. Wiedziała, że w tym stanie chłopak długo tego nie wytrzyma. Obserwowała go uważnie, nauczyła się już rozpoznawać kiedy chłopak był bliski orgazmu. Wreszcie zorientowała się, że zaraz dojdzie. Matt przytrzymał jej głowę przy swoim kroczu. Poczuła w ustach ciepłą, słonawą ciecz. Przełknęła nie chcąc się udławić. Pozwolił jej się odsunąć dopiero, kiedy zupełnie skończył. – Grzeczny kociak – powiedział stawiając dziewczynę na nogi i przytulając do siebie delikatnie. Podciągnął spodnie, zapiął rozporek, a potem pocałował ją namiętnie, nie zwracając uwagi na fakt, że przed chwilą miała w ustach jego spermę. Przesunął ją tak, że zamienili się miejscami. Teraz to ona stała w miejscu, w którym mogła swobodnie oprzeć się o pień drzewa. Zsunął z niej jeansy. Włożył jedną rękę pod jej bluzkę i zaczął pieścić piersi dziewczyny. Drugą dłonią sięgnął niżej. Delikatnie przesunął palcami po cipce Elizy. Wsunął je do środka. Jęknęła cicho. Potem uklęknął przed dziewczyną, jednocześnie zsuwając z niej delikatnie koronkowe majteczki. Przysunął się i zaczął lizać jej łechtaczkę. Oddech dziewczyny przyspieszył. Wsunął w nią dwa palce, a jego ręka powędrowała na pupę Elizy. Pieścił jej pośladki nie przerywając lizania i wkładania palców w wilgotną szparkę. Jego dłoń znalazła się między jej pośladkami, rozchylił je leciutko i wsunął palec w pupę dziewczyny. Przymknęła oczy. Nie minęło dużo czasu kiedy doprowadził ją do orgazmu. Przeszył ją dreszcz rozkoszy. Chłopak wstał z wyrazem satysfakcji na twarzy. Oblizał palce uśmiechając się do niej drwiąco. – Ubierz się – powiedział – wracamy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tego dnia Matt miał wyjątkowo paskudny humor. W klubie, w którym pracował jako ochroniarz, była bójka, jacyś mężczyźni mieli noże. Adrenalina już opadła, ale do tej pory czuł w sobie agresję. Wszedł do mieszkania wściekle kopiąc buty. Zdjął z siebie kurtkę i poszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic próbując się uspokoić. Wszedł do swojego pokoju owinięty ręcznikiem kąpielowym. Dziewczyna spała w jego łóżku. Wyglądała uroczo. Kołdra zsunęła się z jej ramion i biodra. Tuliła się do niej jak do pluszowego misia. Momentalnie poczuł jak jego członek sztywnieje. Była naga, czekała na niego. Wściekłość mieszała się w nim z podnieceniem. Otworzył szufladę i wyciągnął z niej kilka rzeczy. Odsunął kołdrę ze śpiącej dziewczyny. Mruknęła coś przez sen. Wprawnym ruchem przewrócił ją na brzuch. – Matt? – zapytała cicho, nie do końca rozbudzona. Złapał jej nadgarstki jedną ręką, wyginając ramiona dziewczyny do tyłu i wiążąc jej ręce na plecach długim szalem. Uniósł do góry jej biodra, wsuwając pod brzuch dziewczyny zrolowaną poduszkę. – Matt… Nie zwrócił uwagi na słabe protesty dziewczyny. Kolanem rozsunął jej nogi. Był cholernie podniecony. Zaczął bawić się jej cipką, zrobiła się delikatnie wilgotna. Dobrze… Wsunął się w nią bez ostrzeżenia. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Wiedział, że to mu dzisiaj nie wystarczy. Zanurzył palec w oliwce dla dzieci i powoli włożył między jej pośladki rozsuwając drugą dziurkę. – Matt?! Co robisz? – jęknęła błagalnie nie na żarty przestraszona dziewczyna. Rozbudziła się już zupełnie. Zignorował ją. Kiedy uznał, że wystarczy, wyszedł z niej wsuwając w jej cipkę mocno wibrujące niewielkie jajeczko, a sam zaczął napierać członkiem na jej pupę. Dziewczyna przestała protestować. Oddychała bardzo szybko i płytko. Wszedł do środka. Zanurzył się najpierw tylko do połowy powoli wchodząc coraz głębiej. Była bardzo ciasna. Sięgnął śliskimi palcami do jej łechtaczki. Zaczął ją pieścić naciskając mocno. Dziewczyna milczała, od czasu do czasu wydobywało się z niej stłumione poduszką jęknięcie. Poruszał się w niej miarowo, wolnymi, długimi pchnięciami. Kiedy poczuł, że dochodzi, wysunął się i skończył na jej pupie i plecach. Nie przestawał pieścić dziewczyny między nogami. Wreszcie, mimo bólu, który jej sprawił ona też doszła. Wyciągnął z niej wibrującą zabawkę i rozwiązał jej ręce. Opadła na łóżko, podwijając pod siebie złączone nogi i kuląc się na boku. Położył się obok przytulając do jej pleców. Po policzkach dziewczyny spływały łzy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza czuła się fatalnie. Kiedy wtulony w jej plecy chłopak zasnął wyśliznęła się z jego objęć i wstała. Od razu ugięły się pod nią nogi. Bolała ją pupa. Tego też nigdy wcześniej nie robiła… a do tej pory Matt owszem wsuwał w nią palce, czasem nawet niewielki wibrator, ale to zdecydowanie nie było to samo. Na nogach jak z waty podreptała do łazienki. Pokój był całkiem sporym, podłużnym pomieszczeniem wyłożonym niebieskimi kafelkami w przyjemne falujące wzory, znajdowała się tam spora wanna i nowoczesny prysznic. Eliza wybrała wannę. Gorąca woda pomogła się jej rozluźnić. Czy to źle, że wcale jej się nie podobało? A co, jeżeli chłopak będzie chciał to robić częściej? Wiedziała, że mu na to pozwoli, że nie będzie protestować. Za bardzo się bała, że z niej zrezygnuje. Była gotowa zrobić dla niego wszystko. Wykąpała się, ubrała szybko i poszła do szkoły. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt obudził się niespecjalnie wypoczęty. Jęknął, kiedy przyszło do niego wspomnienie tego co zrobił rano. Wiedział, że w końcu dojdzie do takiej sytuacji. Płakała przez niego. Czuł się podle. Czas z tym skończyć. Dziewczyna była zbyt niewinna i bezbronna jak dla niego. Miała za łagodny charakter. Nie powinien tego dłużej ciągnąć, tylko dlaczego miał niejasne poczucie, że te ostatnie tygodnie były najlepszymi w jego życiu… Dochodziła druga. Jeszcze zdąży podejść pod jej szkołę. Zwlókł się z łóżka, szybko ubrał i wyszedł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt czekał na nią na parkingu, jak prawie każdego dnia. Uśmiechnęła się na jego widok, mimo, że chłopak wcale nie wyglądał na zadowolonego. Oplotła jego szyję ramionami delikatnie całując w usta. – Przejdźmy się – zaproponował dość sztywno reagując na jej przywitanie. Zaczęła się niepokoić. Co mogła zrobić nie tak? Dlaczego się na nią gniewał? Poszli do pobliskiego parku. Usiedli na jednej z zielonych drewnianych ławek. Milczeli przez dłuższą chwilę. W powietrzu prawie można było wyczuć gęstą, nieprzyjemną atmosferę. – Posłuchaj – powiedział w końcu – uważam, że nie powinniśmy się dłużej spotykać. Dziewczyna podniosła na niego swoje piękne niebieskie oczy. Zalśniły w nich łzy. – Ale dlaczego…? Co zrobiłam źle? Jak niby miał jej wytłumaczyć o co chodzi? – To nie twoja wina. Po prostu to był zły pomysł, od samego początku. Nic gorszego chyba nie mógł powiedzieć. Gwałtownie wstała z ławki i nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem pobiegła między drzewa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Przebiegła przez niewielki mostek i teraz siedziała skulona na trawie za gęstwiną krzaków. Płakała. Czy naprawdę jest tak bardzo do niczego? Skoro nigdy jej nie chciał, czemu dawał jej złudną nadzieję, że jest coś między nimi? Przez ostatnie tygodnie żyła jak we śnie. Wszystko było takie cudowne, a teraz… teraz znalazła się w koszmarze. Kochała Matta jeszcze zanim go poznała, potem tylko zakochała się w nim jeszcze bardziej, ale to było dużo gorsze, niż jakby nigdy nie zwrócił na nią uwagi. Naprawdę uważała, że się mu podoba, że ją lubi. Nie chciała uwierzyć w to co powiedział. Była przekonana, że to ona zrobiła coś, co nie spodobało się chłopakowi. Musi to naprawić. Wytarła łzy wierzchem dłoni, zebrała się w sobie i wstała z mocnym postanowieniem, że odzyska chłopaka. Za wszelką cenę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt do domu wrócił dopiero pod wieczór. Czuł się naprawdę podle. Wypicie kilku piw u Majka wcale mu nie poprawiło nastroju. Ani trochę nie cieszył się, że wszystko się tak paskudnie skończyło. Przeklinał w duchu swoją niesamowitą elokwencję, dzięki której zranił Elizę jeszcze bardziej. Właściwie najchętniej wymazałby ze swojego życia te dwa ostatnie dni. Czuł się pusty w środku, a wiedział, że z upływem czasu będzie tylko gorzej. Sam siebie próbował przekonać, że dobrze zrobił zrywając z dziewczyną, że nie powinna z nim być. Wszedł po schodach na górę. Na widok smętnie wyglądającej postaci siedzącej pod drzwiami jego serce gwałtownie załomotało. – Co tu robisz? – spytał dziewczyny. – Musimy porozmawiać – powiedziała cicho nie podnosząc na niego wzroku. – To może wejdźmy do środka… – zaproponował niechętnie. Nie spodziewał się jej tutaj. Jej widok sprawił mu jeszcze większy ból. Weszli do mieszkania, usiedli na kanapie w salonie. – Matt – zaczęła cicho dziewczyna łamiącym się głosem. Wpatrywała się w swoje kolana. – Nie zostawiaj mnie proszę. Wiem, że jestem do niczego, ale zrobię wszystko co tylko zechcesz. Chłopak poczuł się jeszcze gorzej. Co za bzdury ona wygadywała? Naprawdę uważała, że to jej wina? – Eliza… to nie o to chodzi… – postanowił zwyczajnie powiedzieć jej prawdę, nie chciał jej jeszcze bardziej ranić. – Widziałaś jak się zachowałem dzisiaj rano, wiesz jakie rzeczy mnie kręcą, to nie jest dla ciebie dobre. Nie chce cię skrzywdzić. Spojrzała na niego z determinacją. – Możesz ze mną zrobić co zechcesz, nie obchodzi mnie to. Tylko pozwól mi być przy tobie, proszę. Zaskoczyła go pewność w głosie dziewczyny, teraz już zupełnie nie wiedział jak się zachować. – Kociaku… posłuchaj… – Nie! To ty posłuchaj – przerwała mu stanowczo. – To moje ciało i mogę nim dysponować jak zechcę. Gdyby mi się nie podobało to co ze mną robisz, na pewno bym zaprotestowała w wystarczającym stopniu, żebyś przestał. – Sama zdziwiła się jak gładko przeszło jej to kłamstwo przez usta. – Więc nie wymyślaj sobie powodów dla których mnie nie chcesz, po prostu powiedz mi prawdę. Teraz pogubił się już do reszty. Nie znał jej od tej strony. Była pewna siebie i stanowcza. Nigdy wcześniej tego u niej nie widział. – Eliza… Ku wielkiemu zaskoczeniu Matta uklęknęła przy nim na kanapie i pocałowała go w usta. Mechanicznie odwzajemnił pocałunek. Zaczęła go rozbierać. Pozwolił jej na to. Zdjęła z niego koszulę i spodnie. Potem sama się rozebrała. Seksownie wypięła pupę i zaczęła lizać jego sztywniejący członek. Chłopak patrzył na nią niepewnym wzrokiem. To by było na tyle, jeżeli chodzi o chęć chronienia dziewczyny… Wiedział, że kolejny raz nie będzie potrafił się zmusić, żeby z nią zerwać. Pierwszy raz w życiu uświadomił sobie, że się zakochał. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kilka godzin później leżeli razem na kanapie przykryci kocem. W telewizji leciała „Twierdza”. Eliza wtuliła się w Matta jak mały kotek. – Nie zostawisz mnie prawda? – zapytała niepewnie dziewczyna. Chłopak westchnął ciężko. – Nie, nie zostawię. – Kocham cię – wyszeptała, splatając palce swojej dłoni z jego i ocierając się o jego ramię policzkiem. Chłopak spojrzał a nią lekko spłoszonym wzrokiem. Pierwszy raz w życiu usłyszał od kogokolwiek te słowa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Był sobotni poranek. Eliza wstała i zaczęła szykować się do wyjścia. Krzątała się po pokoju w poszukiwaniu swoich porozrzucanych po dywanie rzeczy. – Nie możesz jeszcze trochę zostać? – spytał nie do końca rozbudzony chłopak. – Muszę iść do domu, włożyć czyste ubranie i takie tam. Potem do ciebie przyjdę. – Yhh… po co ty w ogóle chodzisz do domu? Nie moglibyśmy przenieść twoich rzeczy tutaj, a tam byś tylko wpadała czasem z wizytą? Przecież i tak zawsze tutaj nocujesz… Popatrzyła na niego dziwnie, jakby trochę nie pewnie. – Czy ty mi proponujesz, żebym z tobą zamieszkała? – No tak… Jeżeli chcesz zaraz wstanę, wezmę samochód współlokatora i przywieziemy twoje rzeczy – zapalił się do tego pomysłu. Bardzo nie lubił rozstawać się z dziewczyną. – A on nie będzie miał nic przeciwko? – Daniel? Na pewno nie. Zresztą i tak wróci pewnie najwcześniej po wakacjach. Teraz spędza czas na zabawie w Londynie. – No dobrze, niech będzie – uśmiechnęła się do niego uroczo. Chłopak usiadł na łóżku i przytulił ją do siebie, potem wygrzebał się z pościeli i zaczął pospiesznie ubierać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział III ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza weszła do mieszkania z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Prawie podskoczyła, kiedy w drzwiach salonu stanął jakiś chłopak. Oparł się luzacko o framugę i spojrzał na nią pytająco unosząc brew. Wyglądem przywodził jej na myśl modeli z reklamówek firmy Abercrombie & Fitch. Jego lekko przydługa jasna grzywka rozkosznie opadała chłopakowi na oczy. Eliza była przekonana, że żadna z jej szkolnych koleżanek nie przeszłaby koło niego obojętnie, na dziewczynie jednak nie robił specjalnego wrażenia. Zwyczajnie nie był w jej typie. Nie znała go, a on najwyraźniej czuł się tutaj jak u siebie. – Taak? – zapytał niezbyt uprzejmie, jakby przyjmował jakiegoś natrętnego, nieumówionego gościa. Dziewczyna nie pozostawała mu dłużna. Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem. – Kim jesteś i co tu robisz? – spytała wściekłym głosem. Roześmiał się. Najwyraźniej minęła chwila zaskoczenia i teraz bawiła go zaistniała sytuacja. – Nazywam się Daniel i mieszkam tutaj, a ty? Tym razem to dziewczyna się roześmiała. Zdjęła w przedpokoju buty, minęła go bez słowa i usiadła na kanapie. – Eliza – rzuciła od niechcenia – Matt wspominał o tobie, ale nie spodziewał się, że wrócisz tak szybko. Od kilku tygodni mieszkam z wami. Chłopak przyjrzał jej się podejrzliwie. Wyglądał na zafascynowanego. Miał niesamowite, zielone oczy. – Jesteś jego dziewczyną? – spytał jakby odrobinę zaskoczony. – Aha, coś w tym dziwnego? – spojrzała na niego wrogo, uznając, że się z niej nabija. – No raczej tak, nigdy tu nawet żadnej nie przyprowadził, a teraz słyszę, że z jakąś mieszka… Wyszczerzył się do niej w uśmiechu. Eliza spojrzała na niego pytająco. Matt był cholernie przystojny i na pewno nie miał problemów ze znalezieniem dziewczyny. Najwyraźniej nigdy nie było to nic specjalnie poważnego. Bardzo ją to ucieszyło. Daniel usiadł koło niej nieskrępowanie rozwalając się na kanapie. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tego dnia Matt był w bardzo dobrym humorze. Wracał do domu naprawdę zadowolony z życia. Kiedy wszedł do mieszkania usłyszał z salonu dziwną rozmowę. – Buka jest bardziej przerażająca – mówiła ożywionym głosem Eliza wspominając, mrożącego wszystko wokół pragnąc się ogrzać, potwora z „Muminków”. – Strachy z dzieciństwa bardziej działają na wyobraźnię. – Cthulhu i nie ma dyskusji! Wielcy przedwieczni też są mistrzowsko opisani. Poznajemy ich przez półsłówka, szeptane ostrzeżenia, legendy i to jest sto razy straszniejsze niż ich widok – oponował Daniel. – I są groźni. Naprawdę niebezpieczni i potężni. Buka jest po prostu nieszczęśliwa i nie życzy nikomu źle. – Ja jakoś „śpiących” mniej się obawiam. Po za tym o ile postać Cthulhu może być różnorako przedstawiona na sesjach, o tyle Buka jest jedna i jest mroczna! – Ja tam się niczego nie boję oprócz tej takiej dziwnej dziewczynki z „Muminków” – wtrącił Matt wchodząc do pokoju – Buka to przy niej Przytulanka.  Ta jej dziwna twarz, brrry… Eliza na jego widok zerwała się z kanapy i rzuciła mu na szyję. Przytulił ją do siebie czule. – Widzę, że już zdążyłaś poznać Daniela? – zaśmiał się złośliwie. – Co ty w ogóle tu robisz? – zwrócił się do chłopaka. Rozwalony na kanapie Daniel wzruszył ramionami. – Nudziło mi się, więc wróciłem wcześniej. Też się cieszę, że cię widzę. Matt spojrzał na niego krzywo. Cieszył się z powrotu przyjaciela, ale jednocześnie oznaczało to pewnie ograniczenia dla ich różnego rodzaju „zabaw”. – Idziemy na pizzę, idziesz z nami? – Jasne, przecież nie skończyliśmy naszej dyskusji – wyszczerzył się do Elizy. Matt jęknął. – Czy ja jestem w tej rozmowie niezbędny? – Skoro już się wtrąciłeś… – rzuciła złośliwie Eliza. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ We trójkę mieszkało im się całkiem przyjemnie. Eliza chodziła do szkoły, Matt pracował przez cztery noce w tygodniu, a w sobotę grał koncerty w Coco Club. Miał też dość częste próby zespołu, nie tylko było to ich pasją, ale także wiązali nadzieje na przyszłość z karierą muzyczną. Daniel obijał się całymi dniami, wychodząc jedynie na basen, jogging i spotkania z kumplami w siłowni. Dziewczyna opiekowała się nimi obydwoma, sprzątała, prała, gotowała. Nie podobało jej się, że nie dokłada się do mieszkania, a Matt musi ją karmić, ale po prostu nie miała z czego. Kiedy Daniel zauważył jak się stara, zaczął dziewczynie pomagać. Za pierwszym razem poczuła się bardzo zaskoczona. – Dam sobie radę – uśmiechnęła się do niego, kiedy pewnego dnia wyjął jej odkurzacz z ręki. – Nie wątpię, ale to nie w porządku, że zasuwasz za całą trójkę. – Wam nie przeszkadza bałagan, więc można powiedzieć, że robię to dla siebie – uśmiechnęła się promiennie. Chłopak roześmiał się. – Daj spokój. Pomogę ci i już. Nie ma o czym dyskutować. Od tej pory sama została tylko z gotowaniem, bo tego Daniel wolał nie próbować. Był przekonany, ze potrafi przypalić gotującą się wodę. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel był chłopakiem idealnie w typie Elizy koleżanek z liceum. Wysoki, wysportowany, jego blond grzywka, kiedy nie była postawiona do góry, uroczo opadała mu na oczy. Najczęściej nosił bojówki lub luźne jeansy i nieodłączne bluzy z kapturem. Nic więc dziwnego, że kiedy Ula z Patrycją zobaczyły niedbale opartego o ścianę chłopaka postanowiły za wszelką cenę zwrócić na siebie jego uwagę. Znajdowali się w sklepie z odzieżą New Yorker, chłopak stał przy przymierzalniach. Były bardzo ciekawe na kogo czeka. Przyglądały mu się z rosnącym zainteresowaniem. W jednej z przymierzalni drzwi się uchyliły i wyjrzała z niej drobnej budowy, blond włosa dziewczyna. Natychmiast do niej podszedł i zaczął komentować przymierzane ubranie. – Zaraz, to czasem nie Eliza? Chodzi z nami do klasy… – zwróciła się Ulka do Patrycji. – Yh Eliza? Ta cicha myszka? Z takim facetem? Daj spokój! – Może to jej brat, albo kuzyn? – zasugerowała Ula. Patrycji aż się oczy zaświeciły na samą myśl. – W każdym razie to całkiem sprzyjająca sytuacja, żeby go poznać, nie sądzisz? – Widzę, że myślimy o tym samym. Uśmiechnęły się do siebie przebiegle. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kiedy Eliza i Daniel wychodzili ze sklepu podeszły do nich dwie dziewczyny. – Hej Eliza, miło cię widzieć, co tam u ciebie? – zaczęła przyjaźnie Patrycja. Była wysoką i szczupła tlenioną blondynką, z krótkimi, modnie przyciętymi włosami. Miała na sobie ostry makijaż i obcisły, czarny sweterek. Dziewczyna popatrzyła na nią zdezorientowana. Nigdy do tej pory się nie zdarzyło, żeby ktoś z jej licealnej klasy podszedł do niej na mieście. – Może pójdziemy na jakąś kawę, pogadamy? – wtrąciła Ulka. Była prawdziwą pięknością. Naturalnie kręcone czarne włosy upodabniały ją do Diany Barry z „Ani z Zielonego Wzgórza”. Jej bujne piersi i zgrabna sylwetka też nie pozostawiały wiele do życzenia.  – Nie przedstawisz nas swojemu koledze? Daniel wyglądał na odrobinę rozbawionego sytuacją. Eliza wzruszyła ramionami. – Daniel, Ula, Patrycja – wymieniła niedbale imiona. Ciągle nie była pewna o co w tym chodzi. Nigdy nie zdarzyło jej się zamienić z tymi dziewczynami więcej niż dwa słowa. Bez czekania na odpowiedź pociągnęły dziewczynę w stronę Seventh Heaven. Specjalnie wybrały stolik przy którym stały tylko fotel i kanapa. Miały nadzieję, że w ten sposób chłopak będzie zmuszony usiąść w najgorszym wypadku przynajmniej obok jednej z nich. Eliza spojrzała na Daniela szukając w nim wsparcia, ale on najwyraźniej świetnie się bawił zaistniałą sytuacją. – Pójdę dla nas po kawę – oznajmił Elizie, zostawiając dziewczynę na pastwę koleżanek. – Idę z tobą – szybko odezwała się Patrycja podążając w ślad za chłopakiem. Ula chcąc nie chcąc musiała zostać. Postanowiła nie marnować tego czasu. Zajęła miejsce na kanapie. Eliza skuliła się w obszernym fotelu. – To twój chłopak? Jak go poznałaś? – zaczęła Ula bez zbędnych wstępów. Eliza roześmiała się cicho. Więc chodzi im o Daniela? Z tym przynajmniej mogła sobie poradzić. – To mój współlokator, nie jest moim chłopakiem – w sumie odpowiedziała na oba pytania. Twarz Uli rozjaśniła się w uśmiechu. – A ma jakąś dziewczynę? – Z tego co wiem to nie… Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. Więc Daniel był wolny! Można było rozpocząć polowanie. Daniel i Patrycja wrócili z kawą. Dziewczyna usiadła na kanapie przy poręczy. Zostawiły między sobą spory kawałek miejsca dla chłopaka. Daniel postawił dwie kawy na stoliku, a sam, ku wielkiemu rozczarowaniu dziewczyn usiadł na poręczy fotela Elizy naturalnie obejmując dziewczynę ramieniem. – Jesteście parą? – spytała ciągle nie znająca faktów Patrycja. Daniel najwyraźniej postanowił przejąć inicjatywę. – Jeszcze nie – wyszczerzył zęby w uśmiechu – ciągle mi się opiera, ale sądzę, że przed końcem lata będzie moja. Eliza popatrzyła na niego zaskoczona, Patrycji zrzedła mina, Uli też. Dopili kawę raczej  w gęstej atmosferze, mimo, iż dziewczyna zauważyła, że Daniel pokazuje się z jak najlepszej strony. Był uprzejmy, zabawny i zachowywał się jakby naprawdę za wszelką cenę usiłował ją poderwać. Dziewczyny dopiły kawę, pożegnały się i wyszły. Kiedy zniknęły z pola widzenia chłopak wybuchnął śmiechem. Przesiadł się na kanapę. Eliza popatrzyła na niego pytająco. Dalej nie wiedziała co to za gierki. – Sorry – powiedział hamując śmiech – wkurzają mnie takie laski, a ty też nie wyglądałaś jakbyście się lubiły. Eliza uśmiechnęła się do niego nieśmiało. – „Lubiły?” Nie sądziłam w ogóle, że one wiedzą jak mam na imię… Długo musiały sobie pewnie przypominać. Daniel znów wybuchnął śmiechem. – Więc nie masz mi za złe? – Nie, nie mam. Tym razem jej uśmiech stał się szerszy. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel lubił patrzeć na uśmiechniętą Elizę. Strasznie spodobały mu się te zakupy, mimo, że od zawsze nienawidził różnego rodzaju sklepów. Matt zmusił dziewczynę, żeby poszła po coś eleganckiego na maturę, ale sam nie kwapił się, żeby jej towarzyszyć. Dał jej swoją kartę i wysłał do centrum handlowego. Daniel zlitował się nad dziewczyną i poszedł z nią na zakupy. Teraz wcale tego nie żałował, jak zwykle w jej towarzystwie świetnie się bawił. Sam też kupił jej kilka ubrań, po prostu dlatego, że się wtedy cieszyła. Kiedy protestowała ucinał dyskusję po prostu idąc do kasy. Dla niego to nic nie znaczyło, jego rodzice byli naprawdę bogaci, mieli sieć hoteli w całej Europie i wiele innych mniejszych przedsiębiorstw. Gdyby chciał, co tydzień mógłby jeździć nowym samochodem. Nie zależało mu jednak na tym. Właściwie na niezbyt wielu rzeczach mu zależało, a teraz zdał sobie sprawę, że jedną z nich stała się właśnie ona. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza siedziała w fotelu oglądając horror. Przykryła się kocem, ale to nie dodawało jej odwagi. Film był straszny. Prawie podskoczyła gdy do mieszkania wszedł Daniel. – Rany! Tak się cieszę, że jesteś w domu! Oglądam Cujo. – Sama?! – zapytał wyraźnie zdziwiony. – Tak! Co się stało z tym psem?! – Była już scena jak są uwięzieni w samochodzie… i Cujo rzuca się na przednią szybę? – spytał zdejmując buty i podchodząc do niej, tak, żeby widzieć telewizor. – Nie! Nie! Poważnie, co się stało temu psu?! – zadała pytanie podnieconym głosem. – Chcesz obejrzeć resztę filmu ze mną? – spojrzała na niego z nadzieją. – Dobra. Tak. – Nigdy nie myślałam, że powiem coś takiego o tym filmie, ale naprawdę mam nadzieję, że ten pies zginie. Daniel usiadł na brzegu kanapy. Spojrzała na niego pytająco. – Co ty tam robisz? Chodź tu do mnie i mnie chroń. – Jasne. Czemu nie? Wstał i przysiadł się do dziewczyny zajmując miejsce na poręczy fotela i obejmując ją ramieniem. – Dobra, to on! To Cujo! To Cujo! – wtuliła się w niego wczepiając palce w jego rękaw. – Dobrze, wiem, wiem – przytulił do siebie dziewczynę głaszcząc jej włosy. – Wszystko będzie dobrze. – O mój Boże. Co on teraz zrobi? Nie mogę patrzeć! – schowała twarz w jego bluzie. – Poważnie, jak możesz to oglądać? Nie boisz się? – spytała go przestraszona. – Jestem przerażony. – przyznał szczerze chłopak, ale wcale nie miał na myśli filmu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ – Daniel, oddaj to, to nie twoje! – Eliza wychyliła się prawie kładąc na chłopaku, próbowała odebrać mu zeszyt. Siedzieli na kanapie w salonie, Daniel przeskakiwał z kanału na kanał, a Eliza pisała. Tak było, do momentu kiedy chłopak obrał za punkt honoru zobaczyć, o czym dziewczyna tak zawzięcie pisze. Teraz rozpętała się mała, prywatna wojna. – Oddam jak przeczytam – wyszczerzył się do niej w uśmiechu. – Ej no! Oddawaj! Widząc, że nic w ten sposób nie zdziała, zaczęła łaskotać chłopaka. Zaczął się zwijać ze śmiechu. Próbował się odsunąć, ale nie był w stanie nad sobą zapanować, trafiła w jego czuły punkt. Nie dawała za wygraną. Upuścił zeszyt na podłogę. Natychmiast rzuciła się w jego kierunku. Daniel przytrzymał dziewczynę i przewrócił ją na plecy. Teraz to on ją łaskotał. Zwinęła się w kłębek śmiejąc niepohamowanie. Usiadł na niej przytrzymując jej nadgarstki jedną ręką, podczas gdy drugą sięgnął po zeszyt. – Hmm, interesujące – stwierdził czytając – czy zielonooki to ja? – Oddawaj – pisnęła wyślizgując się z jego uchwytu. Ugryzła go w rękę. Musiał odłożyć zeszyt, żeby móc ją skuteczniej przytrzymać. Posadził sobie dziewczynę na kolanach. – Drapieżna z ciebie istota – roześmiał się pokazując jej ślad po ugryzieniu. – Zasłużyłeś sobie na to! Jesteś paskudny! – Jestem – zamruczał – zło i niedobro, to cały ja. Teraz ona się roześmiała. Daniel, jeśli tylko chciał, potrafił być naprawdę rozbrajający. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Leżeli na kanapie, Daniel obejmował Elizę ramieniem. Dziewczyna opierała się o niego plecami. Chłopak czuł się cudownie. Uwielbiał z nią spędzać czas. Bardzo mu na niej zależało. Cierpiał z powodu tego, że nic nie powinno ich łączyć, że była dziewczyną jego najlepszego przyjaciela. Wtulił twarz w jej włosy wdychając ich delikatny, słodki zapach. Oglądali tandetny horror zaśmiewając się wspólnie. Lubili podobne rzeczy, ten sam typ filmów, te same książki, taką samą muzykę. Doskonale się dogadywali i świetnie się razem bawili. Matt pracował jako ochroniarz w nocnym klubie, miał też częste próby zespołu, więc kiedy go nie było, Daniel z przyjemnością zajmował się Elizą. Na początku był bardzo niezadowolony z powodu nowej współlokatorki, ale kiedy poznał dziewczynę lepiej, uznał, że nic fajniejszego nie mogło mu się przytrafić. Nie była typową panienką z jakimi Daniel miał do czynienia na co dzień. Posiadała swój charakterek, ale zazwyczaj była miłą osobą. Nie miała do niego nigdy żadnych pretensji, przyjmowała go po prostu takim jakim był. Czasem wydawała się taka nieporadna i zagubiona, że miał ochotę się nią opiekować. Przez te kilka tygodni stała się jego dobrą przyjaciółką. Był z tego powodu bardzo szczęśliwy. Po pewnym czasie jednak zaczął sobie zdawać sprawę, że to mu nie wystarcza. Zrobił się chorobliwie zazdrosny o Matta, cierpiał widząc ich razem. Podobała mu się, pociągała go fizycznie, chciał ją mieć tylko dla siebie. Była po prostu idealna. Żałował, że to nie on spotkał ją pierwszy. Drzwi wejściowe się otworzyły i do mieszkania wszedł Matt. Eliza, ku rozczarowaniu Daniela, zerwała się z kanapy, podbiegła do swojego chłopaka i zarzuciła mu ramiona na szyję całując go w usta na powitanie. Daniela zalała fala zazdrości. Zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. Ona nie jest i nigdy nie była moja, próbował sobie powtarzać w myślach. Nic to jednak nie dawało. Przez te dwa miesiące wspólnego mieszkania stała się dla niego kimś naprawdę ważnym. Niejasno zdawał sobie sprawę, że ją kocha. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tej nocy rozpętała się burza. Matt pracował do rana. Eliza kuliła się w łóżku naciągając kołdrę na głowę. Lubiła burze, ale teraz , gdy tak leżała całkiem sama, a pokój co jakiś czas oświetlały błyskawice budziły się w niej różnego rodzaju lęki z dzieciństwa. W końcu zebrała się w sobie, wstała, zabrała ze sobą kołdrę i wyszła z sypialni. Chwilę później pukała już do drzwi pokoju Daniela. – Taak? – usłyszała zaspany głos chłopaka. – Mogę wejść? – Jasne… Otworzyła drzwi i weszła do środka. Daniel zapalił nocną lampkę. Stanęła w progu tuląc do siebie kołdrę. – Mogę spać u ciebie? – spytała cicho, niepewnym głosem – boję się być sama… Nie wiedziała, czy chłopak jej nie wyśmieje. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się głupio i dziecinnie, ale nie potrafiła nic na to poradzić. On jednak nic takiego nie zrobił. -Yh, możesz, o ile podasz mi z szuflady bokserki… przyzwyczaiłem się sypiać nago… Jej policzki zaróżowiły się delikatnie. Otworzyła wskazaną szufladę i wyjęła z niej slipki. Rzuciła je chłopakowi, a on wciągnął je na siebie szybko pod kołdrą. Zrobił jej miejsce. Położyła się obok niego otulając własną kołdrą. Zgasił światło. – Przepraszam, że cię obudziłam – szepnęła. – Nie szkodzi, przyjemnie jest kiedy się budzisz i widzisz w swoim pokoju ładną dziewczynę. Zaśmiała się dźwięcznie. Przez chwilę milczeli, a potem znów usłyszeli grzmot, a błyskawica rozświetliła pokój. Eliza zadrżała i skuliła się pod kołdrą. Daniel to zauważył. – Chodź tutaj – powiedział. Przysunęła się do niego bliżej. Wysunął rękę i położył jej głowę na swoim ramieniu. Przyciągnął ją do siebie otaczając drugą ręką. – Tak lepiej? – Tak – powiedziała wtulając głowę w jego ramię. Ręce położyła na jego brzuchu. – To teraz śpij – powiedział nie wypuszczając jej z objęć. Zamknęła oczy. On sam nie był już w stanie zasnąć. Jego członek nieznośnie próbował się przebić przez bokserki. Cieszył się, że dzieli ich warstwa kołdry i dziewczyna nie ma szans tego zauważyć. To dziewczyna Matta, powtarzał sobie w myślach. Powinna być dla mnie jak siostra! Tylko czemu musi być taka… taka… Cholernie jej pragnął. Poczuł wielką gulę w gardle, kiedy uświadomił sobie, że nie może jej mieć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ – Matt, pojedźmy w sobotę do Aquaparku. Mam na to straszną ochotę. Siedzieli przy stole, jedli ugotowany przez dziewczynę obiad. Daniel wszedł do pomieszczenia wstawiając swój pusty talerz do zlewu. – O! Aquaparku? Zgadzam się z tobą w stu procentach. Matt pojedźmy do Aquaparku. Skierował błagalne spojrzenie w stronę chłopaka. Eliza roześmiała się na ten widok. – Sorry, odpada, mam w sobotę próbę. Jedźcie sobie sami. – Zabierzesz mnie? – Eliza zwróciła się tym razem do Daniela. Chłopak wzruszył ramionami. – Jasne, z przyjemnością. Sami sobie pojedziemy do Sopotu, on nam do szczęścia nie potrzebny. – Pewnie, że nie – zachichotała dziewczyna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W sobotę rano wsiedli do samochodu Daniela i pojechali do Trójmiasta. Chłopak kupił im karnety z nieograniczonym czasem. Założyli, że będą się dobrze bawić. Kiedy dziewczyna wyszła z przebieralni Daniel już na nią czekał. Miał na sobie ciasne granatowe kąpielówki. Uznała, że wygląda całkiem seksownie. Był wysportowany, wiedziała, że dużo pływa lubił też chodzić na siłownię z kumplami. Nigdy by nie przyszło jej do głowy, że polubi tego typu chłopaka, a jednak stało się. Daniel został jej najlepszym przyjacielem. Właściwie to ze smutkiem zdała sobie sprawę, że chyba jedynym przyjacielem. Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. – Yyy, to twój kostium? Przyjrzała się swojemu jednoczęściowemu strojowi z lekkim zakłopotaniem. Był na nią trochę za duży, a na boku miał lekkie przetarcie, ale nie wyglądał tak najgorzej. – Coś nie tak? – Poczekaj tutaj – powiedział. Włożył koszulkę, klapki i wyszedł z przebieralni. Po chwili wrócił podając jej jakąś siatkę. – Wracaj tam i przebierz się. Spojrzała na niego pytająco. – Noo, idź już, mam ochotę wejść do wody. Wzruszyła ramionami i weszła z reklamówką do przymierzalni. Wyciągnęła ze środka błękitne bikini Triumpha z przewiązywaną w pasie mini spódniczką a’ la pareo.  Ledwo się powstrzymała, żeby nie pisnąć z radości. Włożyła je szybko i wyszła z przymierzalni. Było cudne. Rzuciła się Danielowi z impetem na szyję prawie go przy tym przewracając. – No znacznie lepiej – roześmiał się przyglądając się dziewczynie. Długie blond włosy upięła spinką z tyłu głowy, ale one nadal niesfornie próbowały się wydostać, co tylko nadawało jej uroku. Skąpe bikini zasłaniało intymne miejsca dziewczyny, chłopak mógł jednak bezkarnie podziwiać jej gładko ogolone zgrabne nogi, płaski brzuch i szczupłe ramiona.   – Teraz się mogę z tobą publicznie pokazywać. – Wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. Spędzili razem cudowny dzień. Zjeżdżali na wszystkich możliwych zjeżdżalniach, pływali rwącą rzeką, bawili się na zewnętrznym basenie. Zrobili sobie przerwę na frytki i lody jedzone nad wodą. Eliza bardzo szybko przestała żałować, że nie ma z nimi Matta. Naprawdę uwielbiała spędzać czas z Danielem. – Chodź, widzę wolne jacuzzi  – chłopak entuzjastycznie pociągnął ją za rękę. Ze śmiechem pobiegła razem z nim. Zajęli wolną wannę. Woda była naprawdę ciepła i przyjemna. Zmęczona całym dniem na basenie dziewczyna oparła się o niego kładąc mu głowę na ramieniu. Przymknęła oczy. Było jej bardzo przyjemnie. Objął ją delikatnie muskając palcami jej przedramię. – Ktoś do nas idzie – szepnął po kilku minutach ciszy. Otworzyła oczy, w ich kierunku szły jakieś dwie starsze panie. O niedoczekanie ich! Wdrapała się Danielowi na kolana oplatając go ramionami. Pocałowała go w usta. Objął ją natychmiast odwzajemniając żarliwie pocałunek. Zerknęła przez ramię. Kobiety zmieniły kierunek. Odsunęła się od chłopaka nie schodząc mu jednak z kolan. Jego oddech przyspieszył, poczuła na udzie coś twardego. – Daniel? – powiedziała niepewnie, nie wiedząc o co chodzi. Chłopak przestał myśleć logicznie. Przyciągnął ją z powrotem do siebie i zaczął całować rozchylając jej wargi językiem. Poczuła się bardzo dziwnie. Lubiła jego bliskość, ale nigdy nie myślała o nim w ten sposób… Nie próbowała go powstrzymać, to było bardzo przyjemne doświadczenie. Takie inne, niż z Mattem… Matt! – Daniel! – odsunęła go od siebie – co ty wyprawiasz? Spojrzał na nią jakby wymierzyła mu policzek. – Ja wyprawiam? To ty zaczęłaś. – Chciałam tylko, żeby sobie poszły. Zadziałało. – Taaak, aż nazbyt skutecznie – jęknął. – Daniel, ja mam chłopaka, on jest twoim przyjacielem! – Wiem – chłopak znowu jęknął. – Ja nie mogłem się powstrzymać. Pragnę cię prawie od samego początku. Dziewczyna poczuła się bardzo nieprzyjemnie. – Więc dlatego byłeś dla mnie taki miły? Myślałam, że ci na mnie zależy – syknęła. Wstała, żeby wyjść z wanny. Chwycił ją za rękę i pociągnął w dół. – Zależy mi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy – każdego dnia żałuję, że to Matt poznał cię pierwszy, a nie ja. Jesteś dla mnie ważniejsza, nawet niż nasza przyjaźń. – Ja go kocham – powiedziała cicho nie patrząc na niego. Usiadła obok chłopaka. Delikatnie wziął ją za rękę. – A ja kocham ciebie. – Chciała coś powiedzieć, ale jej nie pozwolił. – Wiem, że nie mogę cię mieć. Pogodziłem się już z tym. Po prostu mnie nie odtrącaj, dobrze? Chciałbym, żebyś dalej była moją przyjaciółką. Skinęła głową. Przytuliła twarz do jego ramienia. Objął ją delikatnie. Bała się tego, co usłyszała przed chwilą. Nie tyle tego, że chłopak coś do niej czuł, ale tego, że sama czuła coś do niego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza poszła z Danielem do pubu. Była z tego powodu bardzo szczęśliwa, nie miała zbyt wielu własnych znajomych, a Matt pracował przez całą noc. Minął już ponad tydzień, a oni ani razu nie wrócili do rozmowy z Aquaparku. Teraz siedzieli sobie beztrosko, rozmawiali, pili piwo. Dziewczyna czuła się zupełnie rozluźniona. Lubiła przebywać w towarzystwie Daniela, a jego znajomi także byli mili. Wszyscy traktowali ją przyjaźnie, przy stoliku toczyła się luźna, zabawna i niezobowiązująca rozmowa. Tak naprawdę Eliza rzadko spotykała się z taką akceptacją i tolerancją. Najczęściej trzymała się gdzieś na uboczu, różniła się od tych wszystkich mocno umalowanych, modnych dziewczyn. Teraz czuła się naprawdę szczęśliwa. Daniel przyniósł jej kolejne piwo. Objął ją od niechcenia ramieniem. Oparła się o niego, było jej bardzo wygodnie. Mimo, że przedstawił ją na początku jako dziewczynę Matta, którego najwyraźniej wszyscy tutaj dobrze znali, to i tak dziewczyna siedząca po drugiej stronie Daniela i wyraźnie z nim flirtująca poczuła się trochę speszona. Obrzuciła Elizę bardzo wymownym i niechętnym spojrzeniem. Dla niej samej przytulanie się do niego od dawna już było na porządku dziennym, mimo to zrobiło jej się bardzo przykro. Nie chciała od samego początku przysparzać sobie wrogów. Dopiła piwo, przeprosiła grzecznie i wyszła na dwór. Poczuła się bardzo nieprzyjemnie, postanowiła, że zostawi tamtej wolną rękę. Odetchnęła świeżym, wiosennym powietrzem. Zdziwiła się, kiedy chwilę później zobaczyła wychodzącego z pubu Daniela. Przytulił się do jej pleców obejmując od tyłu ramionami. Oparła się o niego z cichym westchnieniem. – Coś się stało? – spytał lekko zaniepokojonym głosem. – Nic takiego, za dużo wypiłam – odparła starając się, by zabrzmiało to beztrosko, nawet specjalnie nie kłamała, rzeczywiście dosyć dawno nie zdarzyło jej się wypić tylu piw jednego wieczora. – Chcesz się przejść? – spytał łagodnie. – Jasne – odpowiedziała szybko, zadowolona z propozycji. Poszli nad rzekę. Daniel nie przestawał obejmować jej ramieniem. Zatrzymali się na moście wpatrując się w wodę. Chłopak stanął za jej plecami, a ona oparła się o niego ufnie. Zadrżała kiedy przesunął dłonią po jej brzuchu. Było jej bardzo dobrze, alkohol wpływam na nią rozluźniająco, nie myślała wiele. Odwróciła się do Daniela oplatając jego szyję ramionami. Pocałowała go w usta. Chłopak wyglądał na odrobinę zaskoczonego, ale już po chwili odwzajemniał pocałunek. Przyciągnął ją do siebie bliżej. Gładził dziewczynę po plecach i ramionach. Przesunął rękę na jej pośladki. Otarła się o niego jak kociak. Poczuła jak coś twardego dotyka jej brzucha. Delikatnie przesunęła dłonią po jego rozporku. – Nie dotykaj – szepnął – tu są kamery. Uśmiechnęła się do niego i pociągnęła na drugą stronę mostu. Weszli w krzaki, tu byli zupełnie osłonięci. Rozpięła mu spodnie i ciągle całując wzięła do ręki jego członka. Chłopak musiał być bardzo podniecony, bo wytrysnął prawie od razu. Odsunęła się od niego wyraźnie z siebie zadowolona. Daniel wytarł się szybko, zapiął spodnie i zbliżył się do dziewczyny. – Wracamy? – spytała uśmiechając się ślicznie. Westchnął. Przyciągnął ją do siebie i pocałował namiętnie. – Niegrzeczna dzisiaj jesteś – szepnął jej do ucha. – To źle? – zapytała przekornie. – Jak dla mnie to nawet bardzo dobrze – uśmiechnął się do niej łagodnie. Roześmiała się. Wrócili razem do lokalu. Wypiła kolejne piwo, a potem jeszcze jedno. Nie do końca wiedziała co się wokół niej dzieje, ani kiedy właściwie wyszli. Żegnali się z nią jacyś ludzie, kogoś nawet przytulała, a potem byli już w domu. W jakiś sposób znalazła się w pokoju Daniela. Wyraźnie czuła bliskość chłopaka, nie miał na sobie koszulki, był bardzo ciepły. Poczuła się naprawdę przyjemnie. Zdjęła z siebie ubranie, była teraz tylko w majtkach i koszulce. Położyła się na łóżku, Daniel położył się obok niej, nakrył ich kołdrą. Czuła jego dłonie błądzące po swoim ciele. Przysunęła się bliżej, wtulając w chłopaka. Sama nie wiedziała kiedy zasnęła. Obudziła się w środku nocy. Daniel leżał obok niej, obejmował ją ramieniem. Gwałtownie zsunęła się z łóżka i pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. Uznała, że piwo to był naprawdę zły pomysł. Bolała ją głowa. Poczuła jak ktoś delikatnie odgarnia jej włosy, kiedy klęczała na podłodze nad miską. Zrobiło jej się strasznie głupio. Chłopak zaplótł jej luźny warkocz i związał gumką. Przytulił ją delikatnie do siebie. – Dobrze się czujesz? – spytał cicho. – Trochę lepiej – odparła, w głowie jej się kręciło i była bardzo senna. Pomógł jej wstać. Umyła się, a potem zaprowadził ją z powrotem do łóżka. Otulił ją kołdrą. – Śpij – powiedział – posprzątam i zaraz do ciebie przyjdę. Zasnęła prawie natychmiast. Potem obudziła się na chwilę, kiedy poczuła, że oplatają ją ciepłe, silne ramiona. Po chwili znów zapadła w głęboki, spokojny sen. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza obudziła się w łóżku Daniela. Bolała ją głowa. Chłopak spał spokojnie obejmując ją ramieniem. Przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego dnia. Jęknęła cicho. Najpierw mówi mu nie, a potem sama zaczyna… dobrze, że przynajmniej paradoksalnie była zbyt pijana, żeby cokolwiek mogło się między nimi wydarzyć. Zwinnie wyśliznęła się z łóżka i poszła pod prysznic. Wyszła z łazienki owinięta ręcznikiem, planowała się przemknąć do swojego pokoju. W korytarzu stał Matt. Uśmiechnął się, kiedy ją zobaczył. – Mhmm co za niespodziewany widok z samego rana. Zarumieniła się ślicznie i uciekła do sypialni. Poszedł za nią. Kiedy wszedł do pokoju leżała pod kołdrą, jej wilgotne włosy rozsypane były po poduszce. Ręcznik, którym wcześniej była owinięta leżał teraz na podłodze. Chłopak zdjął z siebie ubranie i zanurkował w jej pościel. Wtuliła się w niego. Z przyjemnością zauważył, że była zupełnie naga. Jej skóra była jeszcze wilgotna po niedawnym prysznicu. – Wcześnie dzisiaj wróciłeś – powiedziała nie podnosząc głowy. – Aha, nie byłem już potrzebny. Widzę, że dobrze się stało. Delikatnie pocałował jej mokre włosy. Zamruczała ocierając się o niego. – Na co masz dzisiaj ochotę? – zapytała zalotnie. – Hmmm jeszcze o tym nie myślałem, sądziłem, że jak wrócę, do domu to pójdę spać. – Możemy iść spać… – podniosła się nie łokciu i uśmiechnęła do niego filuternie. – Nie sądzę, żebym teraz dał radę zasnąć. Przewrócił ją na plecy, a sam znalazł się nad nią. Jedną ręką przytrzymał jej nadgarstki, a drugą położył na piersi dziewczyny. Pieścił ją drażniąc jej sutki. Eliza zaczęła się wić. Kolanem rozsunął jej nogi. Przesunął palcami po jej intymnym miejscu. Zdążyła zrobić się tam bardzo wilgotna. Chłopak trzymał ją mocno. Lubiła się czuć taka bezradna. Pocałował ją namiętnie, z pasją. Poczuła na brzuchu jego sztywny członek. Przesunął się niżej. Wsunął się w nią od razu mocno i głęboko bez żadnych wstępów. Jęknęła cicho. – Matt… – westchnęła dziewczyna. – Mmm? Patrzyła na niego spod półprzymkniętych powiek. – Nie, nic… chciałam to powiedzieć. Chłopak uśmiechnął się szeroko. Pchnął mocno, do samego końca. Eliza wciągnęła głośno powietrze, unosząc wysoko biodra. Poruszył się tak jeszcze kilkakrotnie. Potem wchodził w jej ciasną szparkę szybkimi, silnymi ruchami. Dziewczyna czuła narastającą w niej z każdą chwilą przyjemność. Nie trwało to długo. Doszli w tym samym momencie. Matt wykonał jeszcze kilka delikatnych pchnięć i wyszedł z dziewczyny. Wykończony opadł na łóżko. Przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w niego ufnie. Okrył ich kołdrą, która w międzyczasie zsunęła się na podłogę. Kiedy zasnął Eliza ubrała się i wyśliznęła z pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel siedział w kuchni. Uśmiechnął się na jej widok. Nalał jej szklankę soku pomarańczowego. – Dobrze się czujesz? – zapytał. – Koszmarnie, głowa mnie boli. Mam kaca. Z przyjemnością wypiła sok, mając nadzieję, że może ugasi to straszliwe zżerające ją pragnienie. Chłopak stanął za nią i delikatnie zaczął masować jej ramiona. Mruknęła cicho. Nachylił się i pocałował ją w kark. Odskoczyła od niego gwałtownie. Spojrzał na nią odrobinę speszony. – Daniel – jęknęła – ja wcale nie zmieniłam zdania. – Spuściła wzrok. – Przepraszam cię za wczoraj… strasznie się spiłam… – Rozumiem – powiedział cierpkim głosem, ale widać było, że wcale nie rozumie. Spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa, odwrócił się i wyszedł z kuchni. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział IV ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Został tydzień do matury. Eliza nie miała czasu myśleć o niczym innym. Martwiła się o Daniela, ale po ich porannej rozmowie nie wracał już do tego tematu. Zachowywał się zupełnie normalnie. Wyglądało tylko na to, że stara się jej unikać. Miała nadzieję, że mu przejdzie i znów będą przyjaciółmi. Na maturze zdawała język angielski i wiedzę o społeczeństwie, to co miało jej się najbardziej przydać na dziennikarstwie. Ostatniego dnia po maturze ustnej z angielskiego wyszła całkiem z siebie zadowolona, dostała bardzo dobry. Była teraz zupełnie pewna, że dostanie stypendium nie tylko socjalne, ale też naukowe. Nie będzie musiała dłużej żerować na wujostwie, ani tym bardziej na Mattcie. Przy drzwiach wyjściowych stały dziewczyny z jej klasy. Szeptały coś do siebie co chwila zerkając w kierunku trybun. – Jaki słodki, ciekawe na kogo czeka – usłyszała zdanie Moniki. – Mam nadzieję, że się nie doczeka, wtedy na pewno pójdę go pocieszyć – roześmiała się Karolina. Eliza zerknęła w tamtą stronę. Jej serce zatrzepotało. Przy boisku stał Matt oparty niedbale o budynek szatni. W ręku trzymał długą niebieską różę. W czarnych jeansach i skórzanej motocyklowej kurtce wyglądał naprawdę seksownie. Jego rozwiewane przez wiatr ciemne włosy opadały nieskładnie na oczy. Miała straszliwą ochotę je odgarnąć. Ledwo się powstrzymywała, żeby do niego nie podbiec. Kiedy tylko zobaczył ją wychodzącą ze szkoły pomachał w jej stronę z uśmiechem. Za plecami usłyszała poruszenie. Pewnie zastanawiały się na kogo czeka, jej w ogóle nie brały pod uwagę. Czuła dziwną mroczną satysfakcję. Szła wolnym krokiem w kierunku chłopaka. Kiedy stanęła przed nim wspięła się na palce i delikatnie pocałowała go w usta. Podał jej różę. Żałowała, że nie widzi min koleżanek. – To chyba twój ulubiony kolor, mam rację? – Tak, jak zwykle – uśmiechnęła się do niego szczęśliwa. – Jak poszło? – Świetnie, dostałam piątkę. Jakie mamy plany? – Seth organizuje ognisko, będziemy nocowali w leśniczówce. Masz ochotę? – Jasne – nie mogła przestać się uśmiechać. Wszystko było takie cudowne! – To będzie nasz pierwszy wakacyjny wyjazd. – He he, ja wakacji nie mam już od kilku ładnych lat, niestety. Matt w marcu skończył dwadzieścia trzy lata, z racji zamiłowania do sztuk walki, zaraz po technikum z łatwością dostał pracę jako ochroniarz w nocnym klubie. Dzięki temu miał czas na swoje dwie pozostałe życiowe pasje, zespół muzyczny i fotografię. Teraz doszła mu jeszcze Eliza. Nigdy dotąd jeszcze nie był taki szczęśliwy. Dzieciństwo spędził w różnego rodzaju domach dziecka i rodzinach zastępczych. Pierwszy raz w życiu czuł się naprawdę potrzebny i kochany. – No, ale lubisz swoją pracę, po za tym całymi dniami i tak jesteś wolny – roześmiała się wesoło – to prawie jak wieczne wakacje. – Kto ci powiedział, że lubię swoją pracę? Po prostu nie mam na co narzekać… Idziemy na lody, a potem do domu. Jedziemy samochodem Daniela, ja będę prowadził, bo on pewnie jak zwykle się spije i do wieczora nie wytrzeźwieje. – On też jedzie? – Pewnie, że tak – odpowiedział z entuzjazmem, nie zauważywszy nutki niepokoju w głosie dziewczyny. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt roześmiał się rozradowany. Bawiła go ta rozmowa. Opowiadał Elizie o Danielu. Poznali się wiele lat temu, chodzili do tej samej szkoły. Matt do trzeciej klasy, Daniel wówczas do pierwszej. Chłopak cholernie działał mu na nerwy, kilkakrotnie nieomal go pobił. Sam już trzeci raz zmieniał szkołę, właśnie przez wdawanie się w różne bójki. Nie był tolerancyjną osobą i wystarczało mu wtedy, że ktoś na niego krzywo spojrzał. Na tej szkole jednak mu wyjątkowo zależało, ponieważ po jej ukończeniu mógł stać się wreszcie niezależny. Na jednej z wycieczek szkolnych jego koledzy mocno pożarli się z przyjaciółmi Daniela. Jak to często bywa szpanerskie chłopaki z bogatych rodzin interesujące się głównie sportem, samochodami i panienkami contra grupa punków, metali i tego typu mrocznych indywiduum. Przy nauczycielach, blisko grupy czuli się bezpiecznie wyśmiewając ich i wyzywając od brudasów. Jednak pech chciał, że Matt z dwoma kolegami trafił na Daniela samotnie włóczącego się po korytarzu ośrodka w którym nocowali. Gdyby był sam, być może by mu odpuścił, ale przecież przy kumplach nie mógł. Zabrali go do łazienki i po prostu chamsko pobili. Jego koledzy zmyli się pierwsi, Matt został przypilnować chłopaka, żeby na nich nie doniósł. Ktoś ich jednak widział na korytarzu i naskarżył dyrektorowi. Ten zjawił się niezwłocznie zastając w łazience pobitego Daniela leżącego na kafelkach i stojącego nad nim Matta. Na widok dyrektora chłopak wstał chwiejnie podpierając się o ścianę, Matt przytrzymał go odruchowo. – Panie Cuttbert, zostaje Pan wydalony ze szkoły, Panie Maes proszę niezwłocznie udać się do pielęgniarki. Dyrektor wiedział o ich długotrwałej niechęci i teraz nie miał najmniejszych wątpliwości co tutaj zaszło. Daniel obrzucił Matta zagadkowym spojrzeniem. – Panie dyrektorze… on tu właśnie przyszedł… próbował mi pomóc… nie ma z tym nic wspólnego. Dyrektor spojrzał na nich z niedowierzaniem. – W takim razie Panie Cuttbert należą się Panu przeprosiny. Zaprowadzi Pan teraz kolegę do pielęgniarki. Wyszli na korytarz, gdy tylko zniknęli za zakrętem Matt zatrzymał się gwałtownie. Pchnął Daniela na ścianę. Chłopak z trudem utrzymał równowagę, nie przewrócił się jednak. – Czemu mu to powiedziałeś? – Matt patrzył na niego wrogo. Nie rozumiał jego motywów, a to go cholernie niepokoiło. – Odczep się – warknął Daniel. – Nie wystarczy ci jeszcze? Zrobiłem tak jak uważałem. Matt odpuścił, ale od tej pory traktował Daniela z większym szacunkiem. Kilkakrotnie obronił go przed własnymi kolegami. Coraz częściej rozmawiali. W końcu okazało się, ze chłopak jest dla niego całkiem przyjemnym kompanem. Mieli wiele wspólnego, wbrew pozorom Daniel nie był nadętym bogatym dupkiem. Coraz częściej chodzili razem na piwo, Daniel zawsze stawiał, co Mattowi bardzo odpowiadało, bo nie miał własnych funduszy. Grali w role playing games, w wakacje zwiedzili „na stopa” pół Europy. Kiedy rodzice Daniela postanowili przeprowadzić się do wiejskiej posiadłości, kupili synowi mieszkanie w mieście, żeby spokojnie skończył szkołę. Właściwie nigdy się nim za bardzo nie przejmowali. On natychmiast zaproponował przyjacielowi, żeby z nim zamieszkał, co dla Matta było niesamowitą okazją, żeby się usamodzielnić. W jakiś sposób rozmowa zeszła na dziewczyny Daniela. Matt zauważył, że Eliza za punkt honoru obrała znalezienie mu jakiejś. Cieszył się, że się zaprzyjaźnili. Nie musiał się przynajmniej martwić, że będzie siedziała sama, kiedy on jest w pracy lub na próbie. – Daniel? – roześmiał się Matt – jeszcze żadna go nie usidliła. Jego koleżanki, powiedzmy, są dość dziwne. Nie to, żeby dziewczyny się nim nie interesowały, tylko takie, które się nim interesują, raczej nie są w jego typie. Po za tym jego rodzice są dość zamożni. Często odtrącał dziewczyny uważając, że lecą na ich kasę. Eliza siedziała na trawie wtulona w Matta. Byli w sadzie należącym do leśniczówki, przy której imprezę urządzał Seth. Chłopak opierał się o szeroki pień drzewa, robiąc jej ze swoich rąk, nóg i klatki piersiowej coś w rodzaju prowizorycznego fotela. Przyjechali tu na urządzane przez kolegów Matta ognisko. Mieli wracać dopiero następnego dnia, więc chłopak czuł się swobodny i rozluźniony. Jeżeli za dużo wypije, po prostu wrócą pod wieczór. Eliza zdała maturę, więc mieli co świętować. Złożyła swoje papiery na dziennikarstwo w Gdańsku. Postanowiła, że będzie tam po prostu dojeżdżać, w końcu nie było to aż tak daleko. Zwłaszcza, że Daniel po roku obijania się uznał dziennikarstwo za całkiem fajny kierunek i postanowił, że będzie studiował razem z nią. Miała nadzieję, że to dalej aktualne. Była z tego powodu naprawdę szczęśliwa. Znacznie lepiej czuła się z myślą, że nie będzie sama wśród zupełnie obcych ludzi. – Trzeba mu jakąś znaleźć – stwierdziła dobitnie. To by rozwiązało ich mały problem. Matt roześmiał się wesoło. – To może nie być łatwe. Jest cholernie wybredny. On dalej jest prawiczkiem. Wyznaczyłaś sobie naprawdę trudne zadanie. – Prawiczkiem? – dziewczyna była bardzo zaskoczona, chłopak nie był w jej typie, ale widziała przecież jak patrzyły na niego inne dziewczyny, chociażby Ulka czy Patrycja. Ona sama przecież nieomal… ale o tym nie chciała teraz myśleć. – W sensie nigdy nie spał z żadną dziewczyną – wytłumaczył, jakby uznał, że Eliza nie zrozumiała tego stwierdzenia. – Widzisz, to ciężki przypadek. – Coś wymyślę – mruknęła ocierając się o Matta jak kociak. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Impreza trwała w najlepsze. Eliza oddaliła się od reszty. Miała wiele rzeczy do przemyślenia. Potrzebowała chwili spokoju. Z tyłu, pod rozłożystym dębem leżały ich rzeczy. Usiadła rozkładając sobie na ziemi kurtkę Matta. Podniosła jego aparat. Od niechcenia zaczęła przeglądać sobie zdjęcia. Chłopak pasjonował się fotografią. Niektóre ujęcia były bardzo ciekawe, inne wręcz wzruszająco piękne. Przeglądała je zauroczona. Nagle na ekranie pojawiła się jakaś dziewczyna. Ubrana była w obcisłą skórzaną mini i krótką czarną bluzeczkę. Eliza zmarszczyła brwi przewijając zdjęcia dalej. Piękna szatynka stała przy niepozornie wyglądającym krześle, teraz była już w samej czerwonej, koronkowej bieliźnie. Eliza poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Na kilku kolejnych ujęciach dziewczyna pokazywała się nago, w różnych erotycznych pozycjach, to unosząc wysoko nogę, aż na oparcie krzesła, to zachęcająco wypinając pupę. Do oczu Elizy napłynęły łzy. Przewijała zdjęcia dalej. Tamta zaczęła robić sobie dobrze wibratorem, potem ujeżdżała go na krzesełku. Eliza przewinęła zdjęcia do końca. Wyłączyła aparat, odłożyła, wstała i odeszła stamtąd szybkim krokiem. Za wszelką cenę starała się powstrzymać wzbierający w niej płacz. Nie da mu tej satysfakcji. Nie patrzyła dokąd idzie. – Hej kruszynko! Napijesz się z nami? – usłyszała wołanie Setha. Siedział przy drewnianym stoliku wraz z dwójką innych chłopaków, których znała z widzenia. Mieli ze sobą butelkę Johnniego Walkera. Tak alkohol… tego właśnie potrzebowała… Podeszła do nich i usiadła przy stoliku. Zgodnie zawyli z radości, że dała się namówić. Seth nalał jej pełną szklankę. Zamiast mieszać, dla zabawy, po prostu popijali whisky colą. Dotrzymywała im kroku w piciu. Towarzyszyły temu dzikie wybuchy radości. – Co to za dziewczyna, wysoka szatynka o migdałowych oczach, mocno opalona, długie nogi, bujne piersi – odważyła się w końcu zapytać. – Widziałam ją, ale chyba jeszcze jej nie znam. Byli najwyraźniej zbyt pijany, żeby zastanowić się nad jej zainteresowaniem. – Uuu, mówisz o Selenie? – ucieszył się rudy dryblas, był dość blady, miał piegowatą cerę. – Ah Selena! Każdy ma na nią ochotę – podchwycił długowłosy blondyn. – Taak, ale ona leci tylko na Matta – dodał rudy, chyba nie zdając sobie sprawy, że Eliza jest jego dziewczyną. Seth wybuchnął śmiechem, dziewczynie wcale nie było wesoło. Wypiła z nimi kolejną szklankę. Przyjemnie szumiało jej w głowie. Podziękowała im i odeszła od stolika. Postanowiła odszukać Daniela. Siedział sam na pomoście, machając nogami nad wodą. W dłoni trzymał wypełniony jakimś płynem papierowy kubek. Podeszła do niego, uklęknęła za nim i objęła go od tyłu ramionami. Spojrzał na nią pytająco. Chciał coś powiedzieć. – Cii – wyszeptała. Pocałowała go w usta rozsuwając językiem jego wargi. Odetchnął głęboko z pasją odwzajemniając pocałunek. – Eliza… – wyszeptał, kiedy na chwilę przerwali. – Mam na ciebie ochotę – zamruczała mu do ucha – chodźmy do twojego pokoju. – Nie wiem czy to dobry pomysł – powiedział wahając się – znowu jesteś pijana… – Już mnie nie chcesz? – w uroczy sposób wydęła usteczka. Przymknął oczy. – Oczywiście, że cię chcę, zawsze będę cię chciał. – Więc zróbmy to. Nie mógł zaprzeczyć jej logice. Tyle, że nigdy nie spał z żadną dziewczyną, a po za tym ona była z Mattem, no i przecież wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nic od niego nie chce… ale tak cholernie jej pragnął! Nigdy jeszcze nie czuł niczego takiego. Wstał odrobinę chwiejnie z pomostu. Natychmiast przylgnęła do niego, wślizgując mu się pod ramię. Znów ją pocałował. Razem poszli w stronę leśniczówki w której nocowali. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Wrócili razem do leśniczówki. Nie dość, że nigdy wcześniej tego nie robił, to jeszcze Eliza była dziewczyną jego najlepszego przyjaciela. Czemu do cholery zawsze musiał mieć takiego życiowego pecha? Dlaczego musiał zakochać się akurat w niej? Daniel nie był zbyt pewny siebie, ale dotykanie dziewczyny, było cholernie przyjemne. Nie mógł się powstrzymać. Pocałował ją przy uchu, lekko się schylając. Alkohol robił swoje. Weszli do pokoju. Zamknął drzwi na zamek. Dziewczyna odwróciła się do niego, drapiąc go leciutko paznokciami w talii, pod bluzką. Chłopak uśmiechnął się do niej i schylił, tym razem całując w usta. Dziewczyna żarliwie odpowiedziała na pocałunek, lekko penetrując językiem jego wargi. Ostrożnie pociągnęła go w kierunku łóżka, nie odsuwając się ani na milimetr. Daniel dał się poprowadzić do łóżka, odwzajemniając pocałunek. Miała bardzo miękkie usta. Dziewczyna uniosła jego koszulkę, zdejmując ją z niego i zaczęła powoli przesuwać paznokciami po nagiej skórze, całując go coraz śmielej. Chłopak westchnął cicho, nie do końca pewny, ale przesunął dłoń na jej talię, a po chwili na plecy, rozpinając tył bluzki. Bardzo go podniecała, nie chciał już dłużej z tym walczyć. Kiedy skończył, odsunęła się odrobinę  i  z szelmowskim uśmiechem ściągnęła top, zostając  w błękitnym, koronkowym staniku. Uśmiechnął się do niej i wsunął dłonie pod biustonosz, całując jej policzek. Odwzajemniła uśmiech, całując go po szyi i dobierając mu się z gracją do rozporka. Daniel wsunął jedną dłoń w jej włosy, a drugą nadal pieścił biust. Mimo zdenerwowania czuł się, jakby cała jego krew spłynęła w dół. Eliza westchnęła cicho, ciągnąc go na łóżko. W międzyczasie zdążyła mu już spuścić spodnie. Chłopak uśmiechnął się do niej. Była taka śliczna. Półleżąc na niej, zaczął rozpinać pospiesznie jej bojówki. Dobrze, że zostawili buty przy wejściu i nie trzeba było się teraz martwić ich ściąganiem. Dziewczyna wzięła głębszy oddech, czując jego rękę na swoim podbrzuszu i poruszyła lekko biodrami, obejmując go. Daniel nie czuł się pewnie. Kiedy zsunął jej spodnie i zobaczył siateczkowe niebieskie majteczki, które owszem były śliczne, ale jakoś nie bardzo wiedział jak się do nich zabrać. Poczuł się jakoś dziwnie, robił coś zakazanego, do czego nigdy nie powinien dopuścić, wiedział jednak, ze nie jest w stanie się powstrzymać, po za tym dziewczyna też tego chciała. Pocałował namiętnie jej wargi, a palcami przesunął po jej majtkach. Była za nimi lekka wilgoć, a Eliza poruszyła nieznacznie biodrami, ocierając się o jego dłoń. Wsunęła mu rękę w bieliznę. Było mu niesamowicie przyjemnie. Daniel zamruczał, a jego oddech przyspieszył, przesunął rękę na jej pośladki. Jego język penetrował całe usta dziewczyny gwałtownie i namiętnie. Poczuł, jak ujmuje go przy nasadzie i ściska wprawnie, wyciągając się do niego. Wymacał dłonią swoje spodnie i wyciągnął z nich pospiesznie prezerwatywę. Przestało go obchodzić, że nie powinien tego robić. Dziewczyna była śliczna i cholernie go kręciła. Eliza odsunęła się nieco, by ściągnąć z niego bieliznę, lekko popchnęła go na plecy, pochylając się nad jego kroczem i patrząc na niego niemal drapieżnie. Chłopak uśmiechnął się do niej zaskoczony. – Hm? – mruknęła pytająco, przesuwając powoli rękę w górę jego członka i liżąc lekko jądra chłopaka. Daniel czuł jak mu z każdą chwilą twardnieje coraz bardziej. Westchnął głośno. Wiedział, że nie wytrzyma tego długo. – Co piękna? – spojrzał na nią z uśmiechem. – Jak myślisz?  – zamruczała, przesuwając językiem w górę jego członka i masując lekko jądra. – Myślę, że leciałaś na mnie od pierwszej sekundy – roześmiał się, wsuwając palce w jej włosy. – Dobrze myślisz! – przygryzła lekko kawałek luźnej skórki i wzięła żołądź do ust, przesuwając po niej delikatnie językiem. Daniel jęknął czując jej usta. Po trochu wsuwała go głębiej bawiąc się tak może z pięć minut, by w końcu wypuścić penisa i szybko zsunąć swoje majteczki. Chłopak pospiesznie założył prezerwatywę. Eliza uśmiechnęła się lekko, przygryzając dolną wargę i siadając mu okrakiem na klatce piersiowej. Poczuł jej słodki zapach. Jej cipka była gładziutko wygolona. Chłopak spojrzał na nią niepewnie z dołu. Jego penis dopraszał się o więcej. – Nie chcesz już…? – przesunął dłoń na jej udo. Zachichotała ze zdziwieniem. – Chcę, ale jeszcze nie teraz. – dotknęła kciukiem jego warg. – To uhm… czego teraz chcesz? – spytał z uśmiechem, trochę zażenowany tym, że pewnie powinien wiedzieć. – Może mi poliżesz? – zasugerowała, przeciągając się nieznacznie. Serce Daniela zabiło mocniej. Miał na to straszliwą ochotę. Położył ręce na jej biodrach podciągając ją wyżej. Oparła dłonie na poduszce wyginając się w łuk. Przesunął językiem po jej łechtaczce. Zaczął delikatnie lizać jej szparkę. Był podniecony do granic możliwości. Po kilku minutach ujęła go znowu w rękę, kocim ruchem przesuwając się nad jego członek. Daniel jęknął cicho, wypinając nieco biodra. – Mm… tak… Powoli się na niego opuściła, wzdychając cicho. Gdy całkiem usiadła na nim poczuł na skórze lepką wilgoć. Przesunął dłonie na jej uda, wzdychając. Eliza uśmiechnęła się z rozmarzeniem. Westchnęła, poruszając lekko biodrami, nie unosząc się, ale po prostu przesuwając je poziomo. Daniel jęknął całkiem głośno, zaskoczony, pieszcząc palcami jej uda i pośladki. Dziewczyna zrzuciła stanik i teraz jej niewielkie piersi podrygiwały przy każdym ruchu. Ujeżdżała go coraz szybciej, lekko dotykając się palcami między nogami. Była raczej cicha i jedynymi odgłosami, jakie z siebie wydawała, były przeciągłe westchnięcia. Chłopak przesunął jedną z dłoni na jej biust, poruszając biodrami w jej rytmie. Miał nadzieję, że sprawia jej przyjemność. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała równomiernie. W pewnym momencie jęknęła gardłowo, prężąc się i nieco mocniej drapiąc go paznokciami. Poczuł też nieco więcej wilgoci, ale dziewczyna po chwili jakby wróciła do siebie i znów przyspieszyła swoje ruchy, patrząc na niego namiętnie. Wtedy zaczął dopiero naprawdę czuć rosnące podniecenie. Przełknął ślinę, sam poruszając gwałtownie biodrami. Jeszcze chwilę trwało zanim doszedł z kilkoma głośnymi westchnięciami, przymknął oczy, oddychając ciężko. Eliza zsunęła się z jego członka i położyła na nim, całując lekko jego usta. Chłopak objął ją ramionami, całował powoli i leniwie. – Jesteś głodny? Bo ja bardzo! – roześmiała się po chwili, cmokając go szybko. – Mm… zjadłbym coś. – powiedział z uśmiechem. – To może najpierw szybki prysznic, hm? – była pełna energii, może dziewczyny tak miały… On właściwie miał ochotę iść spać najlepiej przytulony do niej, ewentualnie mógłby to powtórzyć jeszcze raz… Spojrzał na nią, starając się wykrzesać z siebie trochę energii. – Mm, pewnie, zaraz… Roześmiała się głośno. – To ja zaraz wracam! – Zsunęła się z niego  i nago weszła do łazienki. Daniel uśmiechnął się, zagapiając się za nią. Boże jak to szybko się potoczyło… przymknął na chwilę oczy. Ani się obejrzał a była z powrotem, cała świeża i w skowronkach. – Łazienka wolna – powiedziała, zakładając czyste czarne majteczki. Daniel uśmiechnął się do niej, zwlekając z łóżka i drepcząc do łazienki, przeciągnął się i ziewnął. Miał nadzieję, że pójdą pod prysznic razem, ale uznał, że nie można mieć wszystkiego. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać skąd u niej ta nagła zmiana. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza odrobinę wytrzeźwiała. Wróciły do niej cały ból i rozpacz, ale jednocześnie pojawiła się też nadzieja. Może nic ich nie łączy? Może pożyczył aparat jakiemuś kumplowi? Cała rzeka wątpliwości zalała jej myśli. Szła pod rękę z Danielem praktycznie nie zwracając na niego uwagi. Chłopak też był dziwnie milczący. Czuła, że wykorzystała go podle, ale nie była w stanie o tym teraz myśleć. Wrócili do ekipy bawiącej się przy ognisku. Eliza postanowiła znaleźć Matta. Zobaczyła go już po chwili. Zatrzymała się jak wryta, ścisnęła mocno przedramię Daniela. Matt stał w towarzystwie uroczej szatynki, rozpoznała w niej dziewczynę ze zdjęć. Coś najwyraźniej ich bardzo rozbawiło. Selena wspięła się na palce i cmoknęła chłopaka w policzek. Eliza poczuła w sobie pustkę. Nic już nie miało znaczenia. – Zabierz mnie stąd, proszę – szepnęła do Daniela. – Yyy? – najwyraźniej wyrwała chłopaka z zadumy. – Dlaczego? – Daniel, proszę cię – spojrzała na niego błagalnie. Tamten tylko westchnął. – Dobrze, ale po drodze opowiesz mi o co chodzi. Skinęła głową. Poszli do samochodu. Daniel nie był pewien czy powinien prowadzić, ale tego dnia nie wypił zbyt dużo, najpierw nie był w nastroju, a potem wylądował z Eliza w łóżku. Teraz czuł się już zupełnie trzeźwy. Najwyżej dostanie mandat. Dziewczyna milczała dłuższą chwilę. – Znasz tą całą Selenę? – zapytała. – Nie za dobrze, w zeszłym roku dobierała się do Matta, ale dał jej kosza. Czemu pytasz? – No to chyba nie do końca. Znalazłam u niego w aparacie jej nagie zdjęcia. Były z przedwczoraj… – skuliła się w fotelu, łzy spływały po jej policzkach – takie zdjęcia jakie mi robił – szepnęła, łkając.- Myślałam, że może pożyczył komuś aparat, ale jego kolega, ten rudy powiedział, że ona leci tylko na Matta, Seth nie zaprzeczył… a teraz, kiedy zobaczyłam ich razem – jej głos się załamał. Daniel wjechał w jakaś leśną drogę. Zatrzymał samochód. Przytulił ją do siebie. Nie obchodziło go w tym momencie, że to z tego powodu się z nim przespała. Po prostu chciał, żeby przestała płakać. Miał ochotę wrócić tam i walnąć Matta, ale bardziej zależało mu na tym, żeby teraz zająć się dziewczyną. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt nigdzie nie mógł znaleźć Elizy. Wiele razy dzwonił na jej telefon, nikt nie odbierał. Zaczął się o nią martwić. – Gdzie ta twoja niewiasta? – zapytała Selena. – Naprawdę chciałabym ją poznać. – Też chciałbym to wiedzieć. Może jest z Danielem – przyszło mu do głowy – jego też nigdzie nie ma. Selena roześmiała się rozbawiona. – Zostawiasz ją samą z takim ciachem jak on? Nie jesteś o niego zazdrosny? – O Daniela? – nie zrozumiał. – Dlaczego miałbym być o niego zazdrosny? Jest moim przyjacielem. – Nie znasz życia Matti, jest słodki i taki niewinny, sama bym się chętnie nim zaopiekowała. – Z tego co wiem jest wolny, ale chyba CV musisz składać do Elizy, to ona szuka mu dziewczyny. Odszedł kawałek i wybrał numer Daniela. Chłopak odebrał dopiero po kilku długich sygnałach. – Tak? – Jest z tobą Eliza? – Aha, ale raczej nie chce z tobą rozmawiać. – Dlaczego? Coś się stało. – Daj spokój – Daniel mówił rozwścieczonym głosem – jeszcze pytasz? – Gdzie jesteście? – Wracamy do domu. Sorry, muszę kończyć. Matt usłyszał dźwięk zakończonego połączenia. Próbował zadzwonić jeszcze raz, ale wyglądało na to, że tamten wyłączył telefon. Przez cały wieczór szukał kogoś na tyle trzeźwego, żeby prowadzić samochód. Bez skutku. Wściekle uderzył pięścią w drzewo. Był skazany na zostanie tutaj do rana. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza i Daniel weszli do mieszkania. Dziewczyna wyciągnęła torbę i zaczęła pakować swoje rzeczy. – Przestań – chłopak zabrał jej torbę z ręki – to moje mieszkanie, nie chcę, żebyś się stąd wyprowadzała. – Zostaw mnie, wracam do domu. – Eliza… proszę cię, zostań. – Nie mogę, musze to wszystko przemyśleć. Nagle wtuliła się w niego jak dziecko i znów zaczęła płakać. Nie bardzo wiedział co zrobić. Delikatnie gładził jej włosy. – Wszystko będzie dobrze – szepnął. – Zobaczysz, wszystko się ułoży. Nie próbował jej więcej zatrzymywać. Pomógł jej spakować torbę i odwiózł dziewczynę do rodziny. – Dziękuję – szepnęła na progu mieszkania. – Nie chcesz mnie więcej widzieć? – spytał ze smutkiem w oczach. – Skąd ten pomysł? Oczywiście, że chcę! Po prostu potrzebuję chwili samotności… Uśmiechnął się wcale nie wesoło. – Tak, jasne. – Daniel… może spotkamy się jutro? Zadzwonisz do mnie? – Ok., tylko włącz telefon… Przytuliła się do niego mocno, pocałowała go w policzek i weszła do mieszkania. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ – Jak ty mogłeś jej to zrobić – warknął Daniel, kiedy następnego dnia rano przyjaciel wrócił do domu. – Jej zrobić co? – Matt nie rozumiał, nie wiedział też w jaki sposób jego życie z pięknej bajki nagle zmieniło się w malowniczy koszmar. – Jeżeli wolisz Selenę, to trzeba było najpierw ją zostawić! Jeżeli planowałeś tylko ją zdradzić, to mogłeś się z tym przynajmniej lepiej ukrywać! – Daniel był naprawdę wściekły. – Hmm? Selenę? – Matt się zupełnie pogubił. – Eliza znalazła jej nagie zdjęcia w twoim aparacie, erotyczne zdjęcia – syknął Daniel. Matt jęknął opadając na kanapę. – Potem porozmawiała z twoimi kolegami, dowiedziała się, że Selena leci na ciebie no a na koniec widziała jak flirtujecie przy ognisku. – Potem ci wszystko wytłumaczę – rzucił chłopak zrywając się z kanapy – muszę porozmawiać z Seleną – dodał po czym wybiegł z domu. Daniel powiódł za nim wrogim spojrzeniem. Miał ochotę go walnąć. Jak on mógł w ten sposób potraktować Elizę. Zastanawiał się, co teraz powinien zrobić. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Uroczyste rozdanie świadectw skończyło się w szkole koło drugiej. Kiedy Eliza wychodziła z budynku przejechał koło niej sportowy czerwony samochód. Wysiadła z niego piękna szatynka. Dziewczyna natychmiast ją rozpoznała. Patrzyła na nią osłupiała. – Wsiadaj – usłyszała. – Hmm? Dlaczego? – spytała zaskoczona. – Bo cokolwiek ci powiem i tak mi nie uwierzysz, lepiej będzie jak ci pokażę. – W co niby mam wierzyć? Eliza nie chciała nigdzie z nią jechać, nie chciała nawet z nią rozmawiać. – Po prostu wsiądź – westchnęła tamta. Dziewczyna posłuchała, niechętnie wsiadła do samochodu. Dojechały w milczeniu na Stare Miasto. Selena wysiadła z auta, Eliza też. Szatynka zaprowadziła ją do ładnego, urządzonego w pastelowych kolorach mieszkania. Dziewczyna nie była ciekawa, co tamta chce jej pokazać, właściwie było jej już wszystko jedno. Może chciała się po prostu nad nią pastwić? Co za różnica. – Siadaj – wskazała jej kremową kanapę przed telewizorem. Eliza niechętnie usiadła na brzegu. Selena włączyła telewizor. Była do niego podłączona niewielka kamera. Zobaczyła film, był kręcony z jednej perspektywy, jakby kamera stała na jakimś statywie. Było na nim dokładnie to samo co na zdjęciach, więc jednak chciała się nad nią pastwić? Szatynka na filmie wyprężyła się zalotnie. – Chodź tu do mnie – mruknęła uwodzicielskim tonem – chociaż jednego buziaka. W tle usłyszała śmiech Matta. Jej wnętrze przeszył sopel lodu. – Daj spokój – odezwał się jego głos – nic z tych rzeczy. Nigdy z tobą nie spałem i nigdy nie będę. – No chodź, proszę, nie będziesz żałował. – Selena, przestań – tym razem ton był ostrzejszy – mojej dziewczynie by się to nie spodobało. Rozmawialiśmy o tym. Wiesz, że nie chciałem się zgodzić na tą sesję. – Ale… – buzia szatynki wygięła się w uroczą podkówkę. – Żadnego „ale” – tym razem było to już warknięcie – igrasz z moją cierpliwością. Szatynka włożyła na siebie czerwony jedwabny szlafroczek i urażona wyszła z pokoju. Kamera zaczęła śnieżyć. Eliza wpatrywała się w dziewczynę, nie bardzo rozumiejąc. Selena westchnęła. – Miesiącami błagałam go o tą sesję. Bałam się fotografa, który będzie chciał mnie skrzywdzić, a potrzebowałam nowego port folio. W końcu się zgodził, nie wiem dlaczego. – Jesteś modelką? – spytała głupio. – Tak, chcę reklamować ubrania i zabawki erotyczne. Sporo za to płacą. Nie chciałam między wami namieszać… Naprawdę lubię Mattiego. Elizie dalej nie podobało się to, że fotografował Selenę, ale zobaczyła jakiś promyczek nadziei przedostający się przez czarny mur rozpaczy. – Kazałam mu być na Podzamczu. Daj mu szansę się wytłumaczyć. Potem rób jak uważasz. Jeżeli chcesz mogę cię podwieźć… – Nie, dzięki – odparła Eliza, odrobinę skołowana. – Pójdę już – rzuciła i wyszła z mieszkania. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt od godziny czekał na Podzamczu. Nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Cholerna Selena! Gdyby nie ona i ta jej durna sesja… Z daleka zobaczył Elizę. Odetchnął z ulga. Dziewczyna podeszła do niego niespiesznie, patrząc w ziemię. Zatrzymała się parę kroków przed nim. – Eliza… Spojrzała na niego smutno. – Wiem, że mnie nie zdradziłeś – powiedziała cicho – ale nie wiem czemu fotografowałeś tą dziewczynę. Nie mam pojęcia co o tym myśleć… – Dosyć dużo mi za to zapłaciła – powiedział wzdychając. – Czemu mi o tym nie powiedziałeś? Nie możesz przede mną mieć tego typu tajemnic… Skoro uważasz, że nie robiłeś nic złego to czemu nie powiedziałeś? – Ja… – chłopak zmieszał się odrobinę. W końcu sięgnął do plecaka i wyjął z niego podłużną kopertę. Podał dziewczynie. Popatrzyła na niego nie rozumiejąc. Otworzyła kopertę. W środku były dwa bilety lotnicze do Paryża na 14 sierpnia, jeden na nią, drugi na Matta. Jej urodziny! Nogi się prawie pod nią ugięły. – Matt… – Przepraszam – szepnął – chciałem, ci zrobić niespodziankę. Nie powinienem był… Nie dała mu dokończyć. Przytuliła się do niego całą sobą, obejmując go przy tym w pasie. Delikatnie otoczył ją ramionami. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ – Na pewno już wszystko w porządku? – zapytał Matt po raz setny. – Kocham cię – powiedziała przytulając się do niego. Wróciła do mieszkania. Ku radości kuzynek zabrała swoje rzeczy, żeby z powrotem mieszkać z Mattem i Danielem. Przez wakacje będą miały pokój tylko dla siebie. – Jesteś pewna, że mam iść do pracy? – Tak, jestem pewna – to też powiedziała tego dnia po raz niewiadomo który. Chłopak westchnął. – Dobrze, w razie czego dzwoń do mnie. Bałem się, że cię straciłem na dobre… Pocałowała go delikatnie w usta. Niechętnie wstał z kanapy, cały czas oglądając się na nią. Bardzo niezadowolony wyszedł z domu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ – W bajce znowu wszystko pięknie? Happily Ever After? – usłyszała ironiczny głos Daniela. Chłopak wyszedł ze swojego pokoju, kiedy Matt zniknął za drzwiami. Stał wpatrując się w nią niechętnym wzrokiem. Teraz dopiero przypomniała sobie o jego istnieniu. To co mu zrobiła, jak go wykorzystała… a do tego zdradziła Matta. Jęknęła cicho. – Nie jestem już ci potrzebny prawda? – spytał uśmiechając się smuto, w sumie nawet nie oczekiwał od dziewczyny odpowiedzi. – Danielu! Zawsze jesteś mi potrzebny. Chodź  tutaj – wskazała miejsce obok siebie na kanapie. – Nie zamierzam z tobą dyskutować na stojąco. Chłopak posłusznie usiadł obok niej. Oparł się i zamknął oczy. – Wiedziałem, że to zbyt piękne, żeby miało być prawdziwie – wbrew pozorom mówiąc to wcale nie myślał o zerwaniu Elizy z Mattem. Przytuliła się do niego, sama nie wiedząc co nią kieruje pocałowała go w usta. Spojrzał na nią niepewnie. Delikatnie pogładziła dłonią jego szorstki policzek. – Daniel, ja nie wiem co mam robić – powiedziała – Kocham go, ale ciebie też kocham… – dodała bardzo cicho. Przytulił ją do siebie mocno. Dłuższą chwilę milczał. – Na razie nic nie rób – powiedział w końcu. – Niech będzie tak jak jest. – To znaczy? – spytała niepewna. – To znaczy, że będę twoją słodką tajemnicą, a z czasem wszystko się ułoży. Nie był tego wcale taki pewien, bo jedyne „ułoży” dla niego wiązało się z pozbyciem się Matta. Nie chciał naciskać dziewczyny, po pierwsze miał dosyć patrzenia jak cierpi, a po drugie, był prawie pewien, że gdyby musiała wybierać, nie wybrałaby jego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział V ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza siedziała z głową opartą na ramieniu Daniela. Popijała miód pitny z kieliszka. Oglądali Więzy Krwi. Serial wydawał się im bardzo zabawny. Chłopak delikatnie położył rękę na jej nodze. Dziewczyna zadrżała. Przesunął dłoń na wewnętrzną stronę jej uda. Poczuła przyjemne ciepło. Podniosła głowę i pocałowała go delikatnie. Natychmiast odwzajemnił jej pocałunek. Objął ją ramieniem. Przesunęła się niżej i zaczęła całować go po brzuchu podwijając jego koszulkę. – Półtorak był dobrym pomysłem – mruknął, kiedy się podniosła, wstał, żeby nalać im więcej miodu. Wrócił na kanapę z dwoma pełnymi kieliszkami. Podał jeden dziewczynie. Kiedy usiadł znów się do niego przysunęła. Jego ręka wróciła na wewnętrzną stronę jej uda. Podwinęła mu rękaw przesuwając palcami po jego nadgarstku. Pocałował ją w skroń. Mruknęła cicho przesuwając dłonią po jego nodze. Ponownie objął ją ramieniem wsuwając rękę pod jej bluzę, a później w spodnie, kładąc ją na pośladku dziewczyny. Eliza poczuła podniecenie. Zdawała sobie sprawę, że Daniel też nie był już w stanie skupić się na filmie. Musnął językiem jej policzek. Zaczęli się całować. Daniel odstawił kieliszek. Zdjął z siebie t-shirta. Obejmując dziewczynę jedną ręką, drugą wsunął pod jej bluzę. Sięgnął ku jej piersiom. Zaczął je delikatnie pieścić. Nie miała na sobie stanika. Całowała jego tors. – Mmmm – wymruczał Daniel. – Tak? – odrobinę podniosła głowę. – Podobasz mi się – oznajmił. – Taaak? – Aha, jesteś seksy. Położył rękę na jej policzku głaszcząc go delikatnie. Zaczęła całować wnętrze jego dłoni. Kiedy odsunęła się odrobinę chłopak zdjął spodnie. Teraz miał na sobie tylko obcisłe ciemnozielone bokserki. – Zrobiło mi się niewygodnie w spodniach, wiesz?  – Powiedział kiedy spojrzała na niego pytająco. – Nie przeszkadza ci to? Uśmiechnęła się do niego. Pokręciła głową. – To dobrze, nie chciałbym, żebyś sobie poszła. Przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w niego. Zaczęła gładzić dłonią wypukłość w jego bokserkach. – Mhmm… Zatrzymał film i włączył hentaia. Zaczął przesuwać dłonią po jej udzie w końcu kładąc palce między nogami dziewczyny. Pieścił ją delikatnie. Zdjął bokserki, potem zsunął spodnie dziewczyny wraz z majtkami. Wsunął palec w jej wilgotną szparkę. Usiadła chłopakowi na kolanach, odwrócona do niego plecami, nasuwając się na jego sztywny członek. Delikatnie pieścił jej piersi drażniąc sutki dziewczyny. Poruszała biodrami oglądając animowanego pornosa lecącego na komputerze. Było jej coraz przyjemniej. Chłopak wsunął dłoń między jej nogi, delikatnie pieszcząc łechtaczkę dziewczyny. W końcu poczuła, że już więcej nie wytrzyma. Jej ciało przeszył dreszcz. Dziewczyna znalazła się w niebie. Kiedy Daniel poczuł jak Eliza dochodzi przewrócił ją na plecy. Po kilku mocnych pchnięciach wysunął się z niej i gwałtownie skończył na swoje nogi. Eliza uśmiechnęła się do niego podając mu chusteczki. Ubrała się szybko. Chłopak wytarł się i założył bokserki. Usiadła obok niego. Objął ją ramieniem. Przytuliła się do niego. Daniel ponownie włączył film. Pocałował jej włosy. – Kocham cię – wyszeptał bardzo cicho. Wtuliła się w niego mocniej. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Razem z Majkelem, Renem i Sethem z zespołu pojechali do Sopotu. Cuervo grali tam koncert. Matt zabrał ze sobą Elizę i Daniela. Ponieważ zaczęły się już wakacje było tam mnóstwo ludzi. Publiczność na koncercie była wspaniała, kilkakrotnie prosili o bis. Do tego organizatorzy opłacili im hotel tuż przy sopockim deptaku. Żyć, nie umierać. Eliza i Daniel koncert oglądali z wąskiego balkoniku otaczającego salę. Chłopak nie pozwolił jej iść pod scenę. Bał się puścić ją w taki tłum. W opiekuńczym geście objął ją ramionami, a ona oparła się plecami o jego tors. Dziewczyna czuła się cudownie. Jak zwykle obserwowała Matta, był niesamowity, a piosenka którą śpiewał była… dziewczyna zdała sobie sprawę, że była o niej. Słyszała ją po raz pierwszy. Jej serce zatrzepotało. On naprawdę śpiewał o niej. Daniel musiał przytrzymać dziewczynę, żeby przypadkiem nie wypadła przez barierkę. Po koncercie poszli do hotelu. Daniel dzielił pokój z Majkelem, Ren z Sethem, a Matt oczywiście z Elizą. Umówili się, że za godzinę pójdą na molo, a potem na imprezę przy plaży. – Wykąpiemy się? – zamruczał Matt, kiedy weszli do pokoju. Dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego mocno. – Co tylko zechcesz – powiedziała promiennie się do niego uśmiechając. – Tak? Co zechcę? – zapytał lekko rozbawionym tonem. – Przecież wiesz, że możesz ze mną zrobić na co masz ochotę, należę do ciebie – dziewczyna mówiła całkiem poważnie, zresztą wielokrotnie już tego dowiodła. – Jesteś tylko moja – wyszeptał jej do ucha przyciągając ją do siebie i całując namiętnie. Wziął ją na ręce i zaniósł do łazienki. Rozebrał ją powoli błądząc dłońmi po jej nagim ciele. Zrzucił z siebie ubranie i weszli pod prysznic. Namydlił starannie dziewczynę, na koniec przesuwając dłonią pomiędzy jej nogami. Była tam bardzo śliska i wilgotna. Wyprężyła się w jego stronę. – O nie, na dzisiaj mam inne plany, nie dam ci skończyć tak łatwo – uśmiechnął się paskudnie. Dziewczyna jęknęła, ufała Mattowi, ale już mniej więcej wiedziała, co znaczą w jego wykonaniu te „inne plany”. Bała się tych jego zabaw, a jednocześnie kręciły ją tak samo jak jego. Była podniecona do granic możliwości. Chłopak niesamowicie na nią działał, kiedy był taki władczy i dominujący. Otarł się sztywnym członkiem o jej pośladki. – Za to ty zajmiesz się mną teraz – oznajmił, a w kącikach jego ust błąkał się drwiący uśmieszek. Uklęknęła i wzięła go do buzi. Ssała go jednocześnie pieszcząc górę językiem. Dłonią delikatnie przesuwała po jądrach chłopaka. Po krótkiej chwili odsunął ją odrobinę kończąc jej na twarzy i piersiach. Teraz stała się jeszcze bardziej podniecona, pragnęła by jej dotknął. Podniósł ją z kolan i umył starannie, potem wyszli spod prysznica. Matt wytarł Elizę i owinął suchym ręcznikiem po czym zajął się sobą. Kiedy prowadził ją do pokoju z twarzy nie schodził mu pełen samozadowolenia uśmieszek. Jej serce zabiło szybciej, kiedy zobaczyła przygotowane na łóżku ubranie. Z trudem przełknęła ślinę. Teraz, gdy już wiedziała co zaplanował bała się jeszcze bardziej. Chciała zaprotestować, a jednocześnie nie mogła doczekać się wyjścia. Chłopak przytulił się do jej pleców. – Sama powiedziałaś, że wszystko – wymruczał. – Jestem twoja, możesz ze mną zrobić co zechcesz – powiedziała, bo i tak była przekonana, ze zrobi to, czego on sobie zażyczy. Pocałował ją w szyję. Przesunął dłońmi po jej ciele schodząc aż na biodra. Zdjął z niej ręcznik. Zanurzył palec w jej wilgotnym wnętrzu. Zadrżała z podniecenia. Podniósł z łóżka fioletowe majteczki z przytwierdzonym do nich niewielkim wibratorem. Rozsunął dziewczynie nogi i delikatnie włożył go w jej wnętrze. Eliza oparła się o niego, bojąc się, że straci równowagę. Jej oddech przyspieszył. Zawiązał sznureczki od majtek tuż nad jej biodrami. Podszedł do wiszących na oparciu krzesła spodni i wyciągnął z nich niewielkiego pilota. Włączył wibracje. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem. – Ubierz się – powiedział uśmiechając się do niej – musimy wychodzić. Tak szybko jak była w stanie Eliza włożyła długie podkolanówki w czarno-białe pasy, koronkowy stanik, krótką koszulkę na ramiączkach, czarną, króciutką postrzępioną spódniczkę i delikatny, cienki sweterek. Chłopak przyglądał jej się z zachwytem, sam już dawno kompletnie ubrany. Dziewczyna miała ze sobą długie, czarne glany, które idealnie pasowały do tego zestawu. Rozczesała włosy pozwalając im luźno spływać po lewym ramieniu. Jej niebieskie pasemko odznaczało się wyraźnie na tle jasnej fali. Matt znalazł się za nią. Objął ją w pasie. Pocałował Elizę w szyję, musnął jej ucho językiem. – Uroczo wyglądasz – wymruczał. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Przywykła do chodzenia w spodniach, w krótkiej spódniczce czuła się nieswojo. Kiedy wyszli na korytarz zastali Daniela niedbale opartego o ścianę naprzeciwko ich drzwi. Otwarcie zagapił się na Elizę nie wierząc w to co widzi. Zawsze mu się podobała, ale teraz wyglądała niesamowicie, a do tego cholernie seksownie. Poczuł jak jego członek przestaje mieścić się w spodniach. Przeklął się w duchu za włożenie ciasnych jeansów. Z trudem zapanował nad sobą, starając się by jego głos zabrzmiał możliwie normalnie. – Co tak długo? Reszta czeka na dole. – Coś nas zatrzymało – Matt wyszczerzył się do niego w uśmiechu. Daniel stwierdził, że zdecydowanie woli nie wiedzieć co takiego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Szli sopockim deptakiem przedzierając się przez tłumy ludzi. Matt i Eliza trzymali się za ręce. Daniel przyglądał im się zazdrośnie. Dziewczyna wyglądała na dziwnie spiętą. Może krępowała się tego, że ma na sobie mini? W końcu on sam, nigdy wcześniej nie widział jej w takim stroju. Spacerowali po molo. Daniel udawał, że słucha tego co mówi Majkel, a w rzeczywistości starał się po prostu nie myśleć o tym, co robią Matt i Eliza. Stali w rogu pomostu tuląc się do siebie i całując namiętnie. Nie zwracali najmniejszej uwagi na to, że znajdują się w miejscu publicznym. W chłopaku obudziła się potworna zazdrość. Po spacerze poszli do pubu w którym odbywała się impreza. Daniel nawet nie fatygował się wchodzeniem do środka. Udał się bezpośrednio na plażę. Usiadł na piasku pod ścianą baru. Patrzył smutno na spokojne morze i szczęśliwe snujące się przy brzegu pary. Zorientował się, że ktoś do niego podszedł. Podniósł głowę. To była Eliza. Usiadła obok niego kładąc mu głowę na ramieniu. Położyła swoją dłoń na jego leżącej na piasku ręce. Cały jego smutek i frustracja odpłynęły gdzieś w kąt umysłu. Kiedy znalazła się przy nim poczuł się znacznie lepiej. – Coś się stało? – spytała z troską w głosie – Czemu tu siedzisz? – Nie, nic. Przyszłaś do mnie? – Tak, wiesz, że najlepiej bawię się właśnie z tobą – przyznała szczerze. Uśmiechnął się do niej. Kiedy przyjrzał się jej uważniej zaniepokoił się odrobinę. Zwykle blada miała teraz mocno zaróżowione policzki, a przecież nie zdążyła jeszcze nic wypić. – Źle się czujesz? – zapytał wprost. – Nie, tylko… nie ważne. – Oczywiście, że ważne. Jeżeli zaraz nie powiesz o co chodzi wracamy do hotelu. – Daniel … to nic takiego. Spojrzał na nią unosząc brwi. – Taak? Westchnęła. – Nie odpuścisz, prawda? – Nie, raczej nie. Wstała ciągnąc go za sobą. – Chodź, nie tutaj. Zaprowadziła go do lasu. Stanęła dopiero, kiedy porządnie zagłębili się między drzewa. Upewniła się, że nikogo nie ma w pobliżu. W lasku panował półmrok. Daniel zastanawiał się co jej chodzi po głowie, dlaczego go tu przyprowadziła? – Mhm? – spytał, kiedy przylgnęła do niego wtulając twarz w jego bluzę. Wzięła go za rękę, przesuwając ją między swoje nogi. Jego dłoń znalazła się pod spódnicą dziewczyny. Wsunął palce pod jej majtki i wtedy wyczuł coś twardego. Miała w sobie wibrator! Jego członek zaczął pulsować rosnąc coraz bardziej. – Eliza… – szepnął. – Cii – przerwała mu rozpinając jego spodnie – pomóż mi proszę. Zwariuję przez to zaraz. Dziewczyna ciągle opierała się o niego. Przytulił ją mocniej. Zaczął delikatnie pieścić palcami jej łechtaczkę. Pocałował ją w usta. Ochoczo odwzajemniła ten pocałunek. Rozchylił jej wargi językiem, wsuwając go do środka i splatając z językiem dziewczyny. Nie przestawał poruszać palcami między nogami Elizy. Dziewczyna była tak podniecona, że nie potrzebowała długich pieszczot. Doszła po krótkiej chwili. Dreszcz rozkoszy przeszedł przez jej ciało. Wzięła do ręki jego członka. Przesunęła po nim dłonią zaledwie kilka razy. Był na tyle podniecony wibratorem w jej cipce, że wystrzelił prawie natychmiast. Jego sperma skropiła miękkie leśne poszycie. Z cichym westchnieniem zapiął spodnie. – Dlaczego mu na to pozwalasz? – spytał chwytając ją za ramiona. – To nie twoja sprawa – odpowiedziała po prostu. – Miałeś się do tego nie wtrącać. Obiecałeś. – Eliza ja… – nie bardzo wiedział jak ująć w słowa to co chciał powiedzieć. – Wracamy? – przerwała mu. – Tak, wracajmy – ustąpił. Objął ją delikatnie ramieniem, a ona pozwoliła mu na to. Po kilku minutach znaleźli się w pubie. Daniel podsunął jej kartę drinków. – Wybieraj co chcesz, ja stawiam. Przyda ci się. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Też była tego zdania. Kiedy chłopak poszedł po drinki podeszła do Matta. Rozmawiał z kimś przy zatłoczonym stoliku. Eliza wśród obcych ludzi rozpoznała jedynie Setha. Matt uśmiechnął się do niej, otoczył dziewczynę w talii ramieniem i posadził sobie na kolanach. – Niedługo pójdziemy do hotelu – szepnął – wytrzymasz jeszcze trochę? Skinęła głową tuląc się do niego. Podniosła głowę szukając wzrokiem Daniela. Stał przy barze. Patrzył na nich, jego usta zaciskały się w wąską linię. Westchnęła. Powinna z nim o tym porozmawiać. Była przekonana, że sytuacja między nimi jest jasna, ale najwyraźniej było zupełnie inaczej. Pocałowała delikatnie Matta i wstała z jego kolan. – Idę do Daniela. – Baw się dobrze – uśmiechnął się do niej. Eliza przeszła przez salę i stanęła przy barze. Chłopak odwrócił się do niej uśmiechając krzywo. Drinki były już gotowe, poszli z nimi na taras. Była piękna, ciepła noc. – Daniel… – zaczęła – co to ma być? – Przepraszam – wziął ją za rękę – jestem o ciebie po prostu cholernie zazdrosny. – Nie tak się umawialiśmy. Mieliśmy się dobrze razem bawić. – Wiem, przepraszam. Dam sobie z tym radę. Nie przejmuj się. Zatańczymy? Westchnęła odstawiając drinka na poręcz balkonu. – Żebym tylko tego nie żałowała. Leciał właśnie jakiś wolny kawałek, którego nie znała. Był całkiem przyjemny. Daniel nie puszczając jej ręki zaprowadził dziewczynę na parkiet. Przytulił ją do siebie, a ona oplotła ramionami jego szyję. Kołysali się delikatnie w takt muzyki. – W ten sposób przynajmniej mogę cię przytulać publicznie – szepnął jej do ucha. Elizie jego zachowanie nie podobało się coraz bardziej. Przecież dała mu jasno do zrozumienia, że nic poza przyjaźnią nie może ich łączyć. Nie mogła zaprzeczyć temu, że nawzajem potrzebowali swojego dotyku, ale wydawało jej się to coraz bardziej nie w porządku, zwłaszcza, że Daniel traktował ją w zupełnie inny sposób. Nie chciała go krzywdzić, a wyglądało to tak, jakby się w niej naprawdę zakochał. Wypili jeszcze kilka drinków, Eliza poczuła się znacznie bardziej rozluźniona. Wibrator nie przeszkadzał jej już tak bardzo, starała się o nim po prostu nie myśleć. Siedziała z Danielem przy niewielkim stoliku w rogu sali. Rozmawiali. Podeszła do nich Jasmin, śliczna wysoka brunetka, którą Eliza znała z kilku imprez na których była z Mattem. Dziewczyna wydawała jej się bardzo miłą osobą. – Cześć – zwróciła się do Elizy – nie obrazisz się, jeżeli pożyczę twojego przyjaciela na jeden taniec? – Uśmiechnęła się zalotnie do Daniela. – Jasne – odpowiedziała uprzejmie – jest cały twój. – Sorry, ja nie tańczę – burknął chłopak, zaprzeczając wyraźnie faktowi, że jeszcze niedawno tańczył z Elizą, obrzucił Jasmin wrogim spojrzeniem. Dziewczyna zakłopotana odeszła od stolika. – Daniel?! – syknęła Eliza. – No co? – Czemu ją tak potraktowałeś? – Nie miałem ochoty z nią tańczyć. – Dlaczego? Jest ładna i miła, mogłeś się poświęcić. – Sorry, nie mam zamiaru się poświęcać. Nie lubię tańczyć. – Ze mną tańczyłeś… – Ale ona nie jest tobą. Eliza popatrzyła na niego smutno. Teraz już była przekonana, że musi coś z tym zrobić. – Daniel, my nie jesteśmy parą. Musimy z tym skończyć. – Nie chcę z tym kończyć. Chłopak przestraszył się nie na żarty. Wolał, żeby była jego chociaż w ten sposób, niż w ogóle. Nie chciał… nie mógł jej stracić. Dziewczyna dopiła swojego drinka. – Danielu, on jest dla mnie najważniejszy, zawsze będę stawiała go na pierwszym miejscu. Przykro mi. Najlepiej by było jakbyś znalazł sobie jakąś dziewczynę. – Nie chcę jakiejś dziewczyny, chcę ciebie. Proszę, Eliza, zostawmy to tak jak jest. Chłopak cholernie bał się, że ona go odrzuci. Żałował, że dał po sobie poznać co czuje. – Nie, Daniel. Jesteśmy tylko przyjaciółmi i tak zostanie. Pamiętaj o tym. Wstała nie dając mu czasu na odpowiedź. Odeszła zostawiając go przy stoliku samego. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kiedy podeszła do Matta chłopak wstał. Objął ją ramieniem. Pożegnali się ze wszystkimi przy stoliku, a potem poszli do hotelu. Dziewczyna tuliła się do niego przez całą drogę. Myślała o Danielu. Było jej przykro, że tak go zostawiła. Nie chciała, żeby przez nią cierpiał. Po za tym kręciło się wokół niego naprawdę wiele ładnych dziewczyn, wystarczyłoby tylko, żeby to zauważył. Zastanawiała się momentami, czy nie wybrał jej tylko dlatego, że akurat jej nie mógł mieć. Nagle poczuła jak wibrator w jej wnętrzu przyspiesza. Nie była już w stanie martwić się o Daniela, teraz myślała tylko o Mattcie. Chłopak uśmiechnął się do niej przekornie. Nareszcie znaleźli się w hotelu. Weszli do swojego pokoju. Matt przysunął się do niej bardzo blisko. Położył dłonie na jej niczym nie okrytych udach. Zadrżała. Chciała, żeby ją dotykał, żeby wreszcie w nią wszedł. Najwyraźniej on też nie zamierzał tego ciągnąc w nieskończoność, bo zdjął spodnie. Był już bardziej niż gotowy. Usiadł w fotelu. Nie rozebrał jej, rozwiązał jedynie podtrzymujące majteczki paski i wyciągnął z jej wnętrza wibrator. Ciągle była niesamowicie podniecona. Jęknęła, kiedy przesunął palcami po jej cipce. Posadził ją na sobie, poczuła jego sztywny członek napierający na jej szparkę. Nareszcie znalazł się w niej. Oplotła ramionami szyję chłopaka przytulając się mocno do niego. Gładził ją dłonią po plecach, drugą położył na jej pupie. Nie potrzebowali dużo czasu. Prawie w tym samym momencie obydwoje doszli. Dziewczyna znalazła się w niebie. Matt przytulił ją czule. W jego ramionach zawsze czuła się cudownie. Kiedy ją obejmował była bezpieczna i szczęśliwa. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel wrócił do hotelu. Był wściekły na siebie i swoje słabości. Był wściekły na Matta, że ma Elizę, na dziewczynę, że go zostawiła, a pod maską złości kryła się bezdenna rozpacz i żal. Nie mógł jej w ten sposób stracić. Nie tak po prostu… W pubie wypił jeszcze kilka wściekłych ,więc był teraz mocno wstawiony. Majkel spotkał jakąś dziewczynę, nie planował wracać na noc do hotelu. Dobrze… Daniel znalazł się w hotelowym pokoju. Pierwsze co planował to prysznic. Wszedł do łazienki zrzucając z siebie po drodze ubrania. Zza ściany usłyszał jakieś głosy. Eliza… i Matt. Czemu do cholery ich łazienka musiała łączyć się ścianą akurat z jego?! Usiadł na podłodze opierając się plecami o zimne kafelki. Zakręcili wodę, teraz ich głosy stały się wyraźniejsze. Usłyszał srebrzysty śmiech Elizy. – Tutaj też powinienem cię umyć? – odezwał się Matt zalotnie. – Tak, myślę, że tak – powiedziała dziewczyna próbując zachować powagę. – Mrrr… Daniel nie mógł dłużej tego znieść. Wciągnął na siebie spodnie i wypadł z łazienki. Otworzył hotelowy barek i nalał sobie whisky. Pierwsza szklankę praktycznie opróżnił duszkiem. Kiedy wypił drugą, zacisnął na niej rękę tak, że ta pękła zamieniając się w odłamki szkła. Najwyraźniej musiała być bardzo kiepsko wykonana. Daniel przyglądał się urzeczony jak po rozciętej dłoni spływa krew. Po takiej ilości alkoholu nawet nie poczuł, że się skaleczył. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza nie mogła zasnąć. Wyśliznęła się z objęć śpiącego Matta, zabrała ze stolika telefon komórkowy, nałożyła hotelowy szlafrok i wyszła z pokoju. Kiedy znalazła się na korytarzu wybrała znajomy numer. Przez dłuższą chwilę nikt nie odbierał, ale potem usłyszała w słuchawce zachrypnięty głos. – Co chcesz? – Jesteś w pokoju? – Taa… – Otwórz mi. Po chwili uchyliły się drzwi przed którymi stała. Dziewczyna weszła do środka. Pokój wyglądał jak istne pobojowisko. Na podłodze walały się odłamki szkła, wszędzie były jakieś skołtunione części garderoby, na stoliku stała prawie pusta butelka po whisky. Chłopak wcale nie prezentował sobą lepszego widoku. Był w samych spodniach, miał zwichrzone włosy, czerwone zapuchnięte oczy, a jego brzuch i ręce umazane były zaschniętą krwią. – Ty idioto, co ty zrobiłeś? – warknęła na niego. Wzruszył ramionami. – Stłukłem szklankę – odpowiedział uznając, że chodzi jej o szkło. Jęknęła. – Chodź. Złapała go za ramię i pociągnęła do łazienki, uważając, żeby po drodze bosymi stopami nie wdepnął w szkło. Rana na jego dłoni ciągle krwawiła. Dziewczyna wyciągnęła z hotelowej apteczki wodę utlenioną i bandaże. Obejrzała jego dłoń, żeby upewnić się, że nie ma w niej odłamków szkła. Przemyła wodą utlenioną jego rękę, przyłożyła do niej gazę i owinęła bandażem. Potem namoczyła w wodzie ręcznik i wymyła chłopaka z krwi. Daniel stał spokojnie, tylko się przyglądając, kiedy poddawała go tym wszystkim zabiegom. Zaprowadziła go z powrotem do pokoju i posadziła na łóżku, a sama zajęła się zbieraniem szkła z podłogi. Kiedy skończyła usiadła koło niego obejmując go w pasie. Wtuliła głowę w jego ramię. Siedzieli tak w milczeniu przez dłuższą chwilę. – Nie zostawiaj mnie, proszę – powiedział w końcu chłopak przerywając ciszę. – Nie zostawię – westchnęła dziewczyna. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rano Elizę obudził telefon. Leżała na łóżku wtulona w Daniela jak mały kociak. Chłopak coś tylko mruknął przez sen. – Słucham – powiedziała zaspanym głosem. – Gdzie jesteś? – w słuchawce odezwał się głos Matta. – Z Danielem – odpowiedziała po prostu – strasznie się spił w nocy, pociął się szkłem. – Co ten kretyn znowu wyprawia?! – ton Matta zmienił się diametralnie, był jednocześnie wściekły i zatroskany. – Nie martw się, nic mu nie jest. Zaraz przyjdę się przebrać. – Dobrze, spotkamy się na śniadaniu. Dziewczyna zostawiła śpiącego Daniela, ubrała się szybko i zeszła do hotelowej restauracji. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel dołączył do nich prawie pół godziny później. Ze szwedzkiego stołu wziął jedynie sok pomarańczowy, męczył go straszny kac. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia poprzedniego dnia i to, że kładł się spać z wtuloną w siebie Elizą. Jego prawa ręka owinięta była bandażem. Bolała jak cholera. Kiedy przysiadł się do wspólnego stolika dziewczyna uśmiechnęła się do niego ciepło, ale Matt obrzucił go zimnym, złowrogim spojrzeniem. To zaniepokoiło Daniela nie na żarty. Przychodził mu do głowy tylko jeden powód dla którego przyjaciel mógłby być na niego wściekły. Po śniadaniu wrócili do pokoi po swoje rzeczy. Na korytarzu Matt przytrzymał Daniela za ramię czekając aż wszyscy przejdą. Był od niego sporo wyższy, a do tego potrafił się bić, w końcu pracował jako ochroniarz w nocnym klubie. Po za tym hobbystycznie trenował karate. Daniel nie był mięczakiem, ale zdawał sobie sprawę, że z Mattem nie miałby żadnych szans. Kiedy zostali na korytarzu sami, tamten chwycił go za górę bluzy i popchnął na ścianę. – Co ty do cholery sobie myślisz? Co to za popisy wczoraj?- warknął. Daniel z trudem przełknął ślinę, nie wiedząc co odpowiedzieć. – Moja dziewczyna, zamiast spędzić noc ze mną, połowę przesiedziała u ciebie przez twoje głupie, dziecinne humory. Chłopaka zalała fala ulgi, a więc tylko o to chodziło. – Nikt jej o to nie prosił – rzucił – sama przyszła. – Oczywiście, że przyszła kretynie. Martwiła się o ciebie. – Nie musi się o mnie martwić, poradzę sobie. – Ja też się o ciebie martwiłem – przyznał Matt. Daniel był dla niego jak młodszy brat. – Sorry, więcej tego nie zrobię. To był wypadek. Za dużo wypiłem… Matt przyjrzał mu się uważnie. W końcu puścił jego bluzę. – Eliza cię lubi, dobrze się rozumiecie. Nie krzywdź jej w ten sposób. Za to ty możesz na inne? Pomyślał Daniel, ale nic nie powiedział. Wiedział, że Matt ma rację. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział VI ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel delikatnie położył dziewczynę na łóżku ciągle całując. Jego ręce znalazły się pod jej koszulką. Rozpiął jej stanik, ściągnął go i odrzucił na podłogę. Eliza gładziła dłońmi jego plecy. Przysunęła się bliżej ocierając udem o jego krocze. Był bardzo podniecony, niepokoił się, że za szybko skończy jeżeli tak dalej będzie robiła. Zaczął całować jej dekolt, szyję, a potem piersi. Rozpiął jej jeansy zsunął z niej i odrzucił na bok. Sam nie miał już na sobie koszulki, szybko pozbył się spodni. Dziewczyna zamruczała całując jego szyję. Przesunęła dłońmi po umięśnionych ramionach chłopaka. Zsunęła z niego majtki. Wyprężył się przysuwając do niej. Zdjął z niej resztę bielizny, wsunął rękę miedzy nogi dziewczyny. Zadrżała. Zamruczał z rozkoszy, była taka mokra. Wsunął w nią palec, potem dołączył drugi. Jęknęła cicho przytulając się do niego. Przesunął się tak, żeby być nad nią. Objęła jego szyję ramionami. Wsunął się w nią delikatnie i powoli. Pochylił się niżej, żeby móc ją całować. Poczuł przyjemne dreszcze, kiedy przesunęła paznokciami po jego plecach. Zaczął poruszać się szybciej i wchodzić głębiej. Po kilkunastu minutach poczuł jak jej ciasna cipka zaciska się na jego członku, a dziewczyna drży. Nagle w pokoju zrobiło się jasno. Usłyszał niedowierzające westchnięcie. Doszedł w dziewczynie, zaskoczony, nie zdążył się z niej wysunąć. Ktoś chwycił go brutalnie za kark i pchnął na podłogę. – Matt… – usłyszał błagalny szept Elizy. Momentalnie usiadła na łóżku i okryła się kołdrą. Chłopak uderzył Daniela, w jego oczach malowała się furia. Potem nadszedł następny cios i kolejny. Daniel skulił się na podłodze. Nie był w stanie trzeźwo myśleć. – Matt, nie! – krzyknęła przestraszona dziewczyna. W jakiś sposób znalazła się miedzy nimi. Daniel zobaczył jego gniewny wzrok. Nie chciał, żeby ściągała na siebie jego uwagę, ale było już za późno. – Za mało ci ze mną? – syknął do niej. Pokręciła głową, odsunęła się od niego. Chwycił dziewczynę za rękę, wyginając ją brutalnie. – Zostaw ją – warknął Daniel, mimo bólu zrywając się z podłogi i rzucając na Matta. Tamten roześmiał się, nie było w tym śmiechu ani odrobiny wesołości. Pchnął go tak, że chłopak uderzył plecami o ścianę. Puścił dziewczynę i uderzył go pięścią w brzuch. – Wynoś się stąd – syknął wściekle – zniknij mi z oczu. Chciał zaprotestować, ale Eliza spojrzała na niego błagalnie. – Daniel, wyjdź – poprosiła cicho. Była naprawdę przestraszona. Obydwoje zdawali sobie sprawę, że w bójce z Mattem nie miałby najmniejszych szans. Kiedy tamten go puścił chwiejnie wyszedł z pokoju, patrząc na dziewczynę przepraszająco. Miał tylko nadzieję, że jej nie skrzywdzi w żaden sposób. Czuł się podle, zwłaszcza, że nie miał pojęcia co mógłby zrobić. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Kiedy tylko Daniel wyszedł z pokoju Matt obrzucił Elizę chłodnym spojrzeniem. Dziewczyna zwinęła się w jeszcze ciaśniejszy kłębek, odsuwając się w róg łóżka. – Przy nim zachowujesz się jak ostatnia dziwka, a przy mnie się zasłaniasz? – warknął, kiedy zobaczył, że dziewczyna ciągle ściska kurczowo kołdrę. – Matt… – wyszeptała błagalnie jego imię. Nagle znalazł się przy niej, wyrwał jej kołdrę z ręki odkrywając dziewczynę i odrzucił ją na podłogę. Odruchowo odsunęła się na skraj łóżka. Przyciągnął ją do siebie brutalnie. – Jemu dajesz dupy, a ja nie mogę już nawet na ciebie popatrzeć? – spytał drwiącym tonem. Zmusił ją, żeby uklęknęła, złapał jej nadgarstki jedną ręką i przygniótł do materaca. Kolanem rozsunął jej nogi. – Nie, proszę – jęknęła. – Jesteś moja – warknął – zrobię z tobą co zechcę. Wolną ręką rozpiął spodnie. Jego członek stał już gotowy. Wszedł w nią brutalnie od tyłu, nie sprawdzając nawet czy jest wilgotna. Po policzkach dziewczyny popłynęły łzy. Nie odezwała się więcej. Brał ją ostro i brutalnie. Doszedł sprawiając jej więcej bólu niż przyjemności. Skończył na jej pośladkach i plecach. Przytrzymał ją za włosy i na siłę wepchnął jej swojego penisa do buzi. Jęknęła tylko, była zbyt przestraszona, żeby chociaż próbować się wyrwać. Jej policzki były mokre od łez. Kiedy jego członek ponownie zesztywniał, pchnął dziewczynę na plecy, ciągle przytrzymując jej ręce. Wziął ją ponownie, tym razem kończąc w środku. Wreszcie odsunął się od niej. Skuliła się drżąca. Zapiął spodnie. Usiadł na brzegu łóżka i patrzył na nagą, szlochającą, leżącą w pozycji embrionalnej dziewczynę. Jego lodowato zimna maska opadła. Teraz na twarzy chłopaka zagościły bezgraniczny smutek i rozczarowanie. – Dlaczego? – zapytał cicho. Dziewczyna milczała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Siedział tak dłuższą chwilę, złość opadła z niego zupełnie, nie mógł już dłużej wytrzymać jej łkania. Nie musiała mu odpowiadać na pytanie „dlaczego?”. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co przed chwilą jej zrobił, sam już znał na nie odpowiedź. Coś ścisnęło go w środku. Tak… Daniel zdecydowanie był lepszy od niego, on by jej czegoś takiego nigdy nie zrobił. Matt po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że mu na kimś naprawdę zależy. Westchnął ciężko. Pozwoli jej odejść. Niech będą razem, a on usunie się w cień. Chciał tylko, żeby Eliza była szczęśliwa. Żałował, że już nie może cofnąć tego, co jej zrobił. Naprawdę nie chciał, żeby dziewczyna go znienawidziła. – Idź do niego – to były najtrudniejsze i najbardziej bolesne słowa, jakie w życiu wypowiedział. Ta cholerna dziewczyna zawładnęła nim zupełnie. Kochał ją jak nikogo na świecie. Nic poza nią nie miało już znaczenia. Spojrzała na niego pytająco, ocierając łzy wierzchem dłoni. Jej oczy błyszczały, przestała jednak płakać. Zacisnął usta. Nawet zapłakana, z zapuchniętymi oczami wyglądała pięknie. – Chcesz być z nim, więc idź do niego. – Odetchnął głęboko. Mówienie tego sprawiało mu ból. – Z mojej strony nic wam nie grozi. Jeżeli kochasz Daniela powinnaś być z nim, nie ze mną. – Matt… – wyszeptała, a chłopaka przeszły ciarki na dźwięk własnego imienia. Tak błagała go, żeby ją zostawił, a on wziął dziewczynę wbrew jej woli. Czuł się teraz naprawdę podle. Usiadła i przysunęła się do niego bliżej. Patrzyła mu prosto w oczy. – Tak, kocham Daniela – odpowiedziała szczerze, a Matt poczuł, jak coś lodowatego wbija się w jego serce – ale ciebie też kocham i jeżeli mam wybierać miedzy wami, to zawsze będziesz to ty. Co mam zrobić, żebyś mnie nie zostawiał? – zapytała z błagalną nutą w głosie. On nie zostawiał jej? Poczuł taką niesamowitą ulgę i lekkość, że chciało mu się wyć z radości. Opanował się i przyciągnął dziewczynę do siebie. Przytulił ją mocno, a ona przylgnęła do niego całym ciałem. Kocham cię, pomyślał, nigdy nie mógłbym cię zostawić, ale nie potrafił powiedzieć tego na głos. Teraz, kiedy był pewny, że Eliza jest jego, znowu obudziła się w nim zazdrość. – Nie odezwiesz się do niego ani słowem – oznajmił cicho – będziesz go traktowała jak powietrze. Chce, żebyś udowodniła, że naprawdę na mnie zależy ci bardziej. Wiedział, że zachowuje się dziecinnie, a do tego jak ostatni cham, ale po prostu nie był w stanie tych słów powstrzymać. – Zrobię wszystko co zechcesz, tylko proszę, nie zostawiaj mnie – mówiła cichym, ale zdeterminowanym głosem. Zdziwiło go, że dziewczyna tak po prostu się na to zgodziła. Wiedział, że nie sprawi to bólu wyłącznie Danielowi, ale jej samej także. Przylgnęła do niego jeszcze mocniej. Teraz był już pewien, że robi coś bardzo, bardzo złego, ale mimo wszystko nie zamierzał się z tego wycofać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel siedział smętnie na podłodze pod ścianą. Kiedy wyszli wstał szybko i podszedł do nich. Matt spojrzał na niego groźnie, ale chłopak nie zwrócił na to uwagi. Za bardzo bał się o dziewczynę. – Eliza! – delikatnie dotknął jej ramienia, odsunęła się od niego gwałtownie i schowała za Mattem. – Zostaw ją w spokoju – chłopak wypowiedział te słowa powoli, cedząc każde, jakby mówił do idioty. Delikatnie pchnął dziewczynę w stronę swojego pokoju i obydwoje zniknęli za drzwiami. Daniel spojrzał za nimi wzrokiem zbitego psa. Nic nie rozumiał. Oparł się o ścianę osuwając na podłogę. Podciągnął zgięte w kolanach nogi i ukrył twarz w dłoniach. Jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak cholernie przykro i źle. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt w dalszym ciągu był w podłym humorze. Czuł potrzebę udowodnienia przed samym sobą, że Eliza jest tylko jego. Chciał sprawdzić jak daleko może się posunąć. Siedziała teraz na jego łóżku i wpatrywała się w niego dużymi niebieskimi oczami w których lśniły łzy. Wyciągnął telefon i wybrał numer Rena. – Hej, plany na dzisiaj aktualne? – Jasne, zmieniłeś zdanie i postanowiłeś jednak wpaść? – usłyszał w słuchawce standartowo zachrypnięty głos kumpla. – Można tak powiedzieć, będę z dziewczyną. To do wieczora. – Na razie. Matt rozłączył się i schował telefon. – Wychodzimy – zwrócił się do Elizy. Dziewczyna posłusznie wstała ze swojego miejsca i stanęła przy drzwiach. Wziął ją za rękę i poprowadził do korytarzyka. Usiadła i zaczęła nakładać glany. W przejściu między pokojami pojawił się Daniel. – Gdzie idziecie? – spytał cicho, zrezygnowanym głosem. – Nie twoja sprawa – warknął na niego Matt. Widok chłopaka uświadomił mu, że jego złość ani trochę nie minęła. Eliza ze wszystkich sił starała się ignorować ich rozmowę. – Idę z wami – oznajmił tamten i włożył adidasy nie fatygując się schylaniem, żeby je rozwiązać. Matt zrobił groźną minę, zamierzał odwarknąć mu, że nie ma mowy, ale się rozmyślił. Przyszedł mu do głowy lepszy pomysł. Obrzucił go chłodnym spojrzeniem. – Właściwie to niech ci będzie. Przyda nam się kierowca. Eliza gwałtownie wciągnęła powietrze. Wieczór z Danielem… bez możliwości odezwania się do niego, powiedzenia mu, że wszystko w porządku. Zdawała sobie sprawę, że przez cały czas będzie zmuszona ranić chłopaka. Nie była pewna jak ma sobie z tym poradzić, wiedziała tylko, że nie ma innego wyjścia. Kiedy wstała Matt otoczył ją ramieniem przyciągając do siebie. Wtuliła się w niego starając się nie myśleć o niczym. – Jedziemy do centrum handlowego, jeżeli chcesz z nami iść na imprezę, poczekasz w samochodzie – zwrócił się do Daniela kiedy zeszli przed kamienicę. Chłopak ze złości zagryzł zęby, ale tylko skinął głową. Matt posadził Elizę na tylnym siedzeniu samochodu, sam siadając obok niej. Rzucił przyjacielowi wyzywający uśmiech, kiedy przytuliła się do niego ufnie. Tamten ciągle milczał. Zatrzymali się na podziemnym parkingu centrum handlowego. Chłopak zabrał dziewczynę do pierwszego lepszego sklepu z ubraniami dla młodzieży. Szybko znalazł to o co mu chodziło. Kupił wybrane rzeczy i zaprowadził Elizę do toalety. – Przebierz się – powiedział cicho – tylko szybko. Spojrzała na niego pytająco, nie była nawet do końca pewna co właściwie kupił. Wzięła jednak siatkę i poszła z nią do damskiej łazienki. Jęknęła cicho, kiedy obejrzała rozpakowane rzeczy. Zastanawiała się czemu chłopak jej to robi. Wiedziała jednak, że zwłaszcza teraz, zrobi wszystko, czego Matt od niej zażąda. Nie chciała go stracić. Nie mogła. Tak bardzo się bała. Usłyszała w komórce sygnał smsa. Wyjęła z kieszeni telefon i odczytała wiadomość. Na ekranie pojawił się sms od Matt „nie wkładaj stanika”. Dziewczyna zadrżała. Zebrała się w sobie i szybko włożyła czarne mocno wycięte stringi. Właściwie przypominały bardziej cieniutki sznurek niż majtki. Potem wciągnęła na siebie czarną mini spódniczkę, która była tak krótka, że ledwo zasłaniała jej biodra i bardzo obcisły czarny top odsłaniający większość brzucha. W tym stroju czuła się bardzo nieswojo. Swój stanik, jeansy i koszulkę szybkimi ruchami wepchnęła do siatki. Z powrotem założyła glany i wzięła głęboki oddech zanim wyszła z toalety na korytarz. Spostrzegła, że w kącikach ust Matta błąka się ponury, drwiący uśmieszek. Wziął od niej reklamówkę. Obrzucił ją spojrzeniem od góry do dołu. – Może być – stwierdził chłodno – teraz jedziemy coś zjeść, a potem na imprezę. Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. Było jej już wszystko jedno jak jest ubrana i co będą robili, ale nie chciała, żeby Daniel ją tak zobaczył. Zdawała sobie jednak sprawę, że to nieuniknione. Chłopak stał niedbale opierając się o maskę samochodu. Nie wiedział co powinien zrobić, nie mógł jednak pozwolić, żeby to wszystko po prostu tak się skończyło. Zamierzał walczyć o Elizę, nie ważne ile miałoby go to kosztować. Kiedy zobaczył zbliżającą się parę po prostu go zatkało. Nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego sensownego słowa. Bezmyślnie gapił się na idącą w jego kierunku dziewczynę. Matt jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi i wpuścił ją do środka. Odezwał się dopiero kiedy Daniel zajął fotel kierowcy. – Najpierw jedziemy coś zjeść, myślałem o meksykańskiej, potem do Bowla na imprezę. Blondyn odwrócił się obrzucając przyjaciela wściekłym spojrzeniem. – Chyba nie zamierzasz pozwolić jej wyjść tak ubranej? – syknął. – Dlaczego nie? Uważam, że wygląda całkiem nieźle. Matt uśmiechnął się prowokacyjnie, przynajmniej częściowo osiągnął zamierzony skutek. – Bo wygląda jak dziwka – warknął chłopak – naprawdę chcesz, żeby inni oglądali ją w takim stroju? Eliza skuliła się na tylnym siedzeniu wtulając w ramię Matta. Poczuła się naprawdę okropnie. – A niby czemu nie? Ty widziałeś ją nago, więc jakie to ma znaczenie w co jest ubrana? – powiedział drwiąco Matt – a inni mogą sobie patrzeć, wiedząc, że to co oglądają należy do mnie i nigdy nie będą tego mieli. Jedziemy czy może się rozmyśliłeś? Dla mnie lepiej… Daniel nie mówiąc nic więcej odpalił samochód. Kolację zjedli w milczeniu. W powietrzu wyraźnie było czuć nieprzyjemną atmosferę. Do klubu dojechali koło dziewiątej wieczorem. Matt wszedł do środka szukając znajomych. Zajmowali dwie loże w głębi pomieszczenia. Ren popijając piwo grał w bilard z jakąś jasnowłosą ślicznotką. Kiedy podeszli do niego zagapił się niedowierzająco na Elizę. – Hej, no to jesteśmy – głos Matta wyrwał go z osłupienia. – Myślałem już, że znowu zmienisz zdanie – stwierdził, z trudem panując nad tonem swojego głosu. Basista Cuervo wyszczerzył się do nich w uśmiechu. Podali sobie ręce, potem Ren przywitał się też z Danielem. Usiedli przy stoliku. Matt wpuścił dziewczynę pierwszą chcąc mieć pewność, że nie będzie siedziała przy chłopaku. Eliza czuła się bardzo nieswojo, najgorsze było to, że Daniel co chwila na nią zerkał. Mattowi nie schodził z twarzy drwiący uśmiech. Kiedy spokojnie toczył rozmowę, poczuła jego rękę na swoim udzie. Wsunął dłoń głębiej, pod jej spódniczkę, dotknął cienkiego paseczka stringów. Dziewczyna oblała się rumieńcem, siedziała jednak najspokojniej jak potrafiła. W loży panował przyjemny półmrok. Na podłużnym stoliku paliło się kilka świeczek. Tego wieczora Matt z kolegami pili one-shoty, Eliza przyłączyła się do nich. Czuła straszną potrzebę, żeby się upić i chociaż na chwilę uwolnić myśli od tego całego chaosu. Daniel, wrobiony w bycie kierowcą, w milczeniu popijał sprita. – Za pięć minut w męskiej toalecie – wyszeptał do dziewczyny Matt wstając od stolika. Wstała niedługo po nim i poszła we wskazanym kierunku. Daniel ruszył jej śladem przez zatłoczoną salę. Złapał ją za rękę. – Puść mnie – syknęła cicho. – Nie – odpowiedział stanowczo. – Najpierw upewnię się, że nic ci nie jest. Co on w ogóle sobie myśli?! – W przeciwieństwie do ciebie jest moim chłopakiem i może sobie robić i myśleć co chce – warknęła próbując wyrwać rękę z jego uścisku. Przyciągnął ją do siebie bliżej. – Nie jesteś jego własnością. Nie może cię tak traktować. – Właśnie, że może. Zrobię wszystko co będzie chciał, a tobie nic do tego. – Eliza… proszę… – spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. – Daj mi spokój. Nic od ciebie nie chcę. Bolało ją to, że w podły sposób rani chłopaka, który po prostu się o nią martwił, ale Matt był dla niej ważniejszy od wszystkiego. Kochała go i chciała z nim być za wszelką cenę, nawet jeżeli miałoby to spowodować, że Daniel ją znienawidzi. – Za to ja chcę od ciebie – powiedział cicho, przyciągnął ją jeszcze bliżej, otoczył ramieniem jej talię i pocałował dziewczynę w usta. Matt który od pewnego już czasu obserwował całą scenę teraz podszedł i odciągnął Daniela od Elizy. Popchnął go tak, że chłopak zatoczył się do tyłu potrącając jakiegoś mężczyznę niosącego piwo. – Ej! Wy tam! – rzucił w ich stronę jeden z pilnujących klubu i dyskoteki ochroniarzy. – Sorry – powiedział do niego Matt pojednawczo – przystawiał się do mojej dziewczyny, zresztą my już wychodzimy. Wziął Elizę za rękę i pociągnął ją w stronę wyjścia. Ostatni raz obejrzała się na Daniela i poszła za swoim chłopakiem. Na dworze zdjął z siebie czarną koszulę i przykrył nią nagie ramiona dziewczyny. – Przepraszam, za wszystko… – powiedział cicho przytulając ją do siebie – to się już więcej nie powtórzy, obiecuję. Wyprowadzimy się pod koniec miesiąca. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Tego wieczoru Matt pierwszy raz zabrał Elizę do klubu w którym pracował. Chłopak nie chciał, żeby spędziła noc sam na sam z Danielem. Bał się tego. Nie miał ochoty kusić losu. Klub Propaganda był eleganckim szykownym lokalem w stylu amerykańskim. Tancerki poruszały się na scenie połączonej z barem, w związku z czym goście mogli je podziwiać sącząc drinki. Chłopak jak zwykle pracować miał od dwudziestej do piątej rano. Eliza nie była pewna co ma robić przez te dziewięć godzin, ale nie protestowała, kiedy Matt zasugerował jej, że powinna z nim pójść. Weszli tylnym wejściem dla pracowników. Chłopak zaprowadził ją do małego socjalnego pomieszczenia przylegającego do całkiem sporej nowoczesnej kuchni, w końcu klub proponował pełne menu amerykańskiego jedzenia. Posadził ją na miękkiej pluszowej kanapie. – Poczekaj tu chwilę, zaraz wracam – oznajmił dziewczynie. Po chwili przyszedł z powrotem prowadząc ze sobą pulchną, przyjemnie wyglądającą brunetkę. – To jest Basia, zaopiekuje się tobą dzisiaj. Przyjdę jak tylko będę mógł. Matt pocałował Elizę delikatnie w policzek i wyszedł z pomieszczenia. – Cześć słonko – brunetka uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Sprawiała wrażenie naprawdę miłej osoby. – Cześć – przywitała się niepewnie Eliza. – Pracujesz tutaj? – spytała nie bardzo wiedząc jak zacząć rozmowę. – Tak, jestem jedną z kucharek. Większość nocy mam wolną. W tygodniu nie mamy tutaj zbyt dużego ruchu, a jeżeli nawet to klienci nie przychodzą jeść. Bardzo cieszę się, że tu jesteś. Damian jest naprawdę miłym facetem, ale rozmawianie z nim za często robi się nużące i szczerze mówiąc szybko zaczynam się nudzić. Eliza nie bardzo wiedziała kto to ten cały Damian, ale dziewczyna rozgadała się już na dobre, nie chciała więc jej przerywać. Właściwie to nawet czuła się dość zadowolona, że sama nie musi się odzywać zbyt wiele. Dowiedziała się najświeższy plotek o osobach których nie znała oraz tego, że Basi skończył się dzisiaj różowy lakier do paznokci, ostatnio kupiła śliczną przecenioną bluzeczkę, a na śniadanie jadła kanapkę z indykiem, która jej wyraźnie nie smakowała. Na pewno dowiedziałaby się znacznie więcej gdyby do pokoju nie zaczęły schodzić się dziewczęta. Wszystkie były wystrojone w kraciaste mini spódniczki lub obcisłe króciutkie spodenki, miały na sobie wysokie kowbojskie buty. Większość niosła ze sobą także kapelusze. – Wieczór country – prychnęła smukła blondynka z włosami zaplecionymi w dwa grube warkocze – też mi pomysł. – O – zdziwiła się pofarbowana na rudo dziewczyna w wyzywającym, półprzezroczystym, białym topie – jesteś tu nowa? – Swoje słowa kierowała wyraźnie do siedzącej na kanapie Elizy. – Daj spokój, to dziewczyna Matta – usłyszała słodki głos Seleny – z jakiegoś powodu zabrał ją dzisiaj ze sobą. – Naprawdę? On ma dziewczynę? – wtrąciła inna robiąc smutną minkę. – Jaka szkoda… – Ma i nie sądzę, żeby szybko planował z niej zrezygnować. Po za tym ta dziewczyna siedzi przed tobą, więc uważaj na słowa. – Ucięła dosyć ostro Selena, za co Eliza mimo wszystko poczuła do niej odrobinę sympatii. Kiedy wreszcie cała czwórka opuściła niewielkie pomieszczenie Basia odetchnęła z ulgą. – Miałaś właśnie to nieszczęście spotkać Lunę, Aurorę i Dianę, jak widzę Selenę znałaś już wcześniej. Wredne z nich suki. Wszystkie co do jednej uważają, że świat należy do nich. Chociażby to, że wszystkie przybrały sobie imiona mitologicznych bogiń świadczy o tym najlepiej. O, a teraz poznasz też Damiana – uśmiechnęła się na widok smukłego, opalonego chłopaka o latynoskiej urodzie, który właśnie wszedł do pokoju. – Witam miłe panie – ukłonił się przed nimi dwornie. – Ominęło mnie spotkanie z panteonem? – Cześć misiu – Basia podniosła się z kanapy i cmoknęła go w policzek – właśnie sobie poszły. Poznaj Elizę, to dziewczyna Matta. – Miło mi, jestem Damian – uśmiechnął się do niej przyjaźnie, ale mina odrobinę mu zrzedła. – Jest zazdrosny – szepnęła Basia konspiracyjnie, czyli tak, że jej słowa usłyszałyby pewnie nawet osoby stojące za drzwiami, gdyby tam jakieś były – sam ma na niego ochotę. Miał pewne związane z nim nadzieje, bo tak dzielnie opierał się boginią – mrugnęła do niej – a teraz właśnie jego teoria upadła. Najwyraźniej Basia plotkować lubiła nie tylko za plecami różnych osób. Damian zarumienił się wściekle. Jednak dziewczyna nie zwróciła na to najmniejszej uwagi i ciągnęła swój wywód w najlepsze. Chłopak odchrząknął, żeby zwrócić jej uwagę. – Zostawimy cię na chwile – zwrócił się do Elizy – musimy przygotować kuchnię. – Poradzisz sobie? – zmartwiła się odrobinę Basia. – Jasne – dziewczyna uśmiechnęła się do niej, mimo, że wcale nie miała ochoty zostawać tu sama. Kiedy obydwoje zniknęli wyciągnęła z torby telefon. Wyciszyła go wcześniej, żeby nie denerwować Matta. Na ekranie wyświetliło się kilkadziesiąt nieodebranych połączeń, a skrzynka zapełniona była smsami. Westchnęła. Było jej bardzo żal Daniela, martwiła się o niego, ale nie mogła stracić Matta. To było dla niej najważniejsze. Skasowała wszystkie wiadomości nie czytając żadnej. Będzie musiał jakoś sobie poradzić bez niej, zwłaszcza, że mieli się od niego wyprowadzić z końcem miesiąca. Jej uwagę przyciągnął jakiś hałas. Drzwi się otworzyły i do środka wszedł jakiś mężczyzna po pięćdziesiątce. Był ubrany w elegancki markowy garnitur. Przyjrzał jej się uważnie. – Hmm, wstań, żebym mógł cię lepiej obejrzeć… Piersi trochę małe, ale myślę, że się nadasz… – powiedział jakby oceniając jakiś okaz. – Płacę sto złotych za godzinę, plus napiwki które sama zarobisz oczywiście. Rozumiem, że potrafisz tańczyć? Eliza poczuła się bardzo zmieszana. Kim jest ten facet i o czym on do mnie mówi? Patrzyła na niego niepewnie, pytającym wzrokiem. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. W drzwiach kuchni pojawił się Damian. Wyglądał na rozbawionego. – Dzień dobry szefie. Nie spodziewaliśmy się tu Pana dzisiaj. To moja kuzynka – skłamał gładko, najwyraźniej, żeby nie wpakować Matta w jakieś kłopoty – przyszła tu dzisiaj ze mną bo chciałem jej pokazać gdzie pracuję… mam nadzieję, że to nie jest problem? Mężczyzna nie wyglądał na ani trochę zmieszanego. – Oh… jaka szkoda. – Wyciągnął do dziewczyny wizytówkę, a ta wzięła ją odruchowo. – Gdybyś jednak szukała pracy, zadzwoń do mnie. Na pewno znajdzie się dla ciebie miejsce. Dystyngowanym krokiem wyszedł z pomieszczenia. Eliza patrzyła za nim szeroko otwartymi oczami. – No, no – roześmiał się Damian – właśnie dostałaś propozycję wstąpienia do panteonu. – Skorzystasz? – uśmiechnął się do dziewczyny przekornie. – Raczej nie – odparła otrząsnąwszy się z szoku. Skrzywiła się lekko chowając wizytówkę do torby. Chłopak nie skomentował. Po dłuższym czasie pojawił się Matt w towarzystwie jakiegoś postawnego blondyna. Eliza postanowiła przemilczeć spotkanie z jego szefem. Usiadł koło dziewczyny obejmując ją ramieniem. – Wiktor, Eliza – przedstawił ich pobieżnie – Basia jesteśmy głodni – jęknął wychylając się przez oparcie kanapy. – Już, chwilkę – dobiegło ich wołanie z kuchni. – Eliza, lubisz tortillę? – Pewnie – odpowiedziała entuzjastycznie, mimo, że nie była przekonana czy ma ochotę na jedzenie. Po kilku minutach Basia wyszła z kuchni niosąc trzy duże talerze, na których leżały tortille z kurczakiem, sałata i jakiś biały sos. Wyglądało to naprawdę smacznie. Dziewczyna zastanawiała się jak tamtej udaje się nie upuścić tego wszystkiego. – Smacznego – uśmiechnęła się brunetka zostawiając talerze po czym wróciła do kuchni. Wiktor i Matt zajadali z apetytem, Eliza od niechcenia skubała swoją porcję. Jedzenie było naprawdę dobre, ale ona ani trochę nie była głodna. Przyjrzała się uważnie swojemu chłopakowi. Miał na sobie czarne jeansy i obcisłą czarną koszulkę bez rękawów. Lubiła go w tym „służbowym stroju”. Damian wyszedł z kuchni i przypatrywał się jedzącym mężczyzną bez skrępowania. Wiktor obrzucił go wrogim spojrzeniem. – To ja już pójdę – powiedział i odstawiając pusty talerz wyszedł z pokoju. Matt wzruszył ramionami. – Będziesz to jadła? – spytał Elizy wskazując na jej prawie nietkniętą porcję. – Nie, częstuj się – uśmiechnęła się do niego podając mu swój półmisek. Chłopak zaczął jeść także jej porcję. Damian przysiadł się do nich na kanapę. – Długo jesteście razem? – spytał od niechcenia. – Niedługo minie pół roku – powiedział Matt przełykając to co miał w buzi. – O, a my dopiero teraz o tobie słyszymy? – zwrócił się do Elizy. – Planujecie coś romantycznego? – Tak – uśmiechnęła się dziewczyna – wycieczkę do Paryża. – Słodko – chłopak wyglądał na naprawdę zachwyconego – nie wiedziałem, że on jest romantykiem. – Bo nie jestem – odparł Matt z pełnym przekonaniem. – Też już muszę lecieć. Odstawił talerz, delikatnie pocałował Elize i zniknął za drzwiami. – Lubisz go prawda? – spytała cicho dziewczyna. – Tak – odparł szczerze Damian – jako jedyny nie traktuje mnie jakbym był trędowaty tylko dlatego, że jestem homo… Fajnego masz chłopaka – wyszczerzył się do niej w uśmiechu. Jaki jest w łóżku? – zażartował. Eliza roześmiała się wesoło. Porozmawiali jeszcze przez chwilę, potem Damian musiał wracać do pracy, a ona zwinęła się w kłębek na kanapie i zasnęła. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matta obudził w nocy nieprzyjemny odgłos kaszlu. Zapalił nocną lampkę. Eliza siedziała na łóżku i próbowała odkrztusić. Chłopak podał jej wodę. Pokręciła głową. Zwymiotowała na podłogę. Podsunął jej pudełko chusteczek. – Przyniosę ci miskę. Wstał z łóżka i wyszedł na korytarz. Zapalił światło. Zobaczył Daniela, który wyszedł właśnie ze swojego pokoju. – Co jest? – zapytał tamten. – Nie wiem… Eliza źle się czuje. – Mogę? – spytał wyraźnie zaniepokojony patrząc w stronę ich sypialni. Matt skinął głową. Nie bardzo wiedział co powinien zrobić. – Przyniosę miskę. Daniel wszedł do pokoju. Eliza leżała skulona na kołdrze. Chłopak usiadł koło niej. Dotknął dłonią jej czoła. Była rozpalona. Matt wrócił z miską i ręcznikiem papierowym. Posprzątał podłogę. Daniel wstał. – Ma gorączkę, zaraz wrócę. – Wyszedł, by po chwili pojawić się znowu przynosząc pyralginę.  – Jak się czujesz? – zwrócił się do Elizy. – Nie dobrze mi – jęknęła. Matt przysunął jej miskę. Czuł się zagubiony. Natychmiast znowu zwymiotowała. Daniel pomógł jej się wytrzeć, a potem napić wody i połknąć tabletkę. Trzęsła się cała. – Rano zadzwonimy po lekarza, a teraz spróbuj zasnąć – powiedział łagodnie okrywając ją kołdrą. Dziewczyna drżała z zimna. Chwyciła go za rękę. – Nie idź – poprosiła cicho. Daniel spojrzał pytająco na Matta. Tamten wzruszył ramionami. Położył się z tyłu za dziewczyną. Wtuliła się w niego plecami. Nie przestawała się trząść. – Zaraz przyjdę, przyniosę ci drugą kołdrę – wyswobodził rękę z jej uchwytu. Po chwili wrócił ze swoją kołdrą. Nakrył nią starannie dziewczynę, a sam usiadł na podłodze przy łóżku. To była długa nieprzyjemna noc. Dziewczyna była bardzo osłabiona. Nie była w stanie nawet sama dojść do łazienki. Wszystko co wypiła prawie natychmiast zwracała. Rano przyszedł lekarz. Stwierdził, że to pewnie coś w rodzaju grypy żołądkowej i przejdzie za kilka dni. Wypisał jakąś receptę, pożegnał się i wyszedł. Elizie na przemian było to zimno to gorąco. Spała niespokojnie budząc się co chwilę. Woleli nie zostawiać jej samej. Matta zaczęła dręczyć obecność Daniela, ale nic nie mówił, za bardzo martwił się o dziewczynę. Siedzieli przy niej na zmianę. Gorączka nie spadała. Obudziła się i rozejrzała spłoszonym wzrokiem po pokoju. Daniel siedział oparty o ścianę czytając jakąś książkę. Spojrzała na niego. – Daniel… – zaczęła cicho. – Tak? – chłopak podniósł wzrok znad książki. – Przytulisz mnie? – poprosiła. – Jasne – położył się obok dziewczyny. – Widziałam jak wieża się na mnie przewraca, paskudny sen – przylgnęła do niego drżąca. Delikatnie objął ją ramionami. Z powrotem zasnęła. Przymknął oczy. Tak strasznie za nią tęsknił! Wyczerpany po nieprzespanej nocy zasnął z Elizą wtuloną w swoje ramiona. Matt wszedł do sypialni. Na widok Daniela leżącego koło dziewczyny jego ręce same zacisnęły się w pięści. Ledwo nad sobą zapanował. Wyszedł z pokoju tłumiąc złość, pospiesznie włożył buty i wybiegł z mieszkania. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt siedział na kanapie w mieszkaniu Seleny. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy, nie wiedział co ze sobą zrobić, ani gdzie pójść. – Miałaś rację co do Daniela – powiedział smutno. – Chciałem cię prosić o przysługę… – W czym miałam rację Matti? Zalecał się do niej? – Przespała się z nim. – A to dziwka – wyrwało się Selenie. Chłopak poczuł przypływ adrenaliny. Miał ochotę ją uderzyć. Gwałtownie wstał. – Zapomnij – powiedział kierując się do drzwi wyjściowych, nagle przyjście tutaj wydało mu się cholernie złym pomysłem. – Matti, zaczekaj – dziewczyna wstała i próbowała go zatrzymać kładąc mu dłoń na ramieniu. – Przepraszam, wyrwało mi się. Powiedz o co chodzi. Odsunął się od niej, ale z powrotem usiadł na kanapie. – Wspominałaś, że Daniel jest w twoim typie… poderwij go. Chcę, żeby przestał myśleć w ten sposób o Elizie. – On chyba za mną nie przepada… – powiedziała dziewczyna wzdychając. – Zmienimy to – uśmiechnął się do niej niewinnie. – Skoro tak, to jestem za – powiedziała z niekłamanym entuzjazmem, naprawdę spodobał jej się pomysł uwiedzenia Daniela. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział VII ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel długo nie wracał do domu. Eliza zaczynała się martwić. Po jej chorobie sytuacja między nimi się odrobinę poprawiła, a w każdym razie Matt nie chciał się już wyprowadzać z mieszkania. Mimo wszystko dziewczyna unikała zostawania sam na sam z Danielem. Nie chciała krzywdzić Matta. Nie potrafiła się jednak powstrzymać od ukradkowych spojrzeń, muśnięć dłoni i tego typu niewinnych gestów. Obydwoje nie potrafili. Najbardziej chciała się do niego zwyczajnie przytulić, ale tego też się bała. Chwilami zastanawiała się czy rzeczywiście nie lepiej byłoby się wyprowadzić. Matt szykował się do pracy. Nagle rozległ się dzwonek w jego komórce, po nim nastąpiła krótka rozmowa. Chłopak wyszedł z sypialni pobladły na twarzy. – Dzwonili ze szpitala… coś się stało Danielowi… jest nieprzytomny… miał mnie wpisanego w telefonie jako kontakt w razie nagłych wypadków. Ubierz się, pojedziemy tam. Dziewczyna wpatrywała się w niego przerażona. Chwyciła bluzę i zaczęła wkładać buty. Wyszli z domu. – Zadzwonię do pracy powiedzieć, że nie przyjdę – stwierdził, kiedy znaleźli się pod szpitalem. – Nie będziesz miał przez to problemów? – Pewnie będę… – Więc jedź, dam sobie radę, przyjdziesz tu rano. Westchnął. – Pewnie masz rację – przytulił ją delikatnie. – W razie czego dzwoń do mnie. Odjechał, kiedy zniknęła w drzwiach szpitala. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ W dyżurce na OIOM’ie siedziała mocno znudzona pielęgniarka. Było już po dwudziestej, więc pewnie miała spędzić tu całą noc. – Informacji możemy udzielać tylko rodzinie, czy jest pani rodziną? – Jestem jego narzeczoną – wymyśliła na poczekaniu Eliza – czy to się liczy? Co mu jest? – Pan Maes musiał przejść operację i zostanie w szpitalu przez kilka dni. Szczegółów udzieli lekarz. – Powiedziała kobieta, obojętnym tonem, wskazując dziewczynie drzwi. – Dziękuję – odpowiedziała po prostu i poszła we wskazanym kierunku. Na rozmowę z lekarzem czekała dłuższą chwilę. Dowiedziała się, że Daniel został pobity. W wyniku pobicia doznał licznych obrażeń wewnętrznych. Jego stan lekarz określił jako ciężki. Chłopak znalazł się na stole operacyjnym. Teraz spał. Prosto z gabinetu lekarskiego udała się do sali po zabiegowej. Pielęgniarka wpuściła ją tylko na krótką chwilę, obiecując, że jak tylko się obudzi przeniosą go do normalnego pokoju, gdzie będzie mogła siedzieć ile chce. Zabrała ze sobą plecak chłopaka i usiadła na korytarzu podwijając pod siebie nogi.  Ukryła twarz w dłoniach. Czemu wszystko musiało się tak psuć? Po dłuższej chwili zadzwoniła do Matta. Powiedziała mu co się stało. Chłopak się wyraźnie zaniepokoił. Obiecał, że przyjedzie do niej rano. Eliza z nudów otworzyła plecak Daniela. Miała nadzieję, że znajdzie tam jakąś książkę. W środku był jego telefon. Uznała, że dobrym pomysłem byłoby zadzwonić do jego rodziców. Wybrała numer mamy Daniela. Przedstawiła się grzecznie i opowiedziała co się stało. Kobieta oznajmiła, że będą w szpitalu tak szybko, jak się da. Po około dwóch godzinach Eliza zobaczyła elegancko ubraną kobietę i na oko może szesnastoletnią dziewczynę. Obydwie wyglądały na dość zaaferowane. Dama natychmiast zaczęła doniosłym głosem wykłócać się o coś z pielęgniarką. Dziewczyna podeszłą do siedzącej w poczekalni Elizy. Była szczupła i bardzo blada, co jeszcze bardziej podkreślały jej proste pofarbowane na czarno włosy. Miała niesamowite zielone oczy, upodabniało ją to odrobinę do niesfornego kociaka. – Hej – zagadnęła – to ty jesteś dziewczyną mojego brata? Eliza nie była pewna co odpowiedzieć, w końcu tak nakłamała pielęgniarką, a nie chciała zostać stąd wyrzucona. – Mieszkam z nim – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Eliza, prawda? – dziewczyna entuzjastycznie rzuciła się jej na szyję, co odrobinę zdumiało Elizę. – Daniel opowiadał mi o tobie. Jestem Ola. Czemu miałby komuś o niej opowiadać? Zwłaszcza rodzinie… nie zdążyła się jednak nad tym głębiej zastanowić bo elegancka kobieta podeszła do nich dystyngowanym krokiem. – Mamo, to jest Eliza, dziewczyna Daniela – przedstawiła ją Ola. – Ja właściwie… – zaczęła Eliza. – Och miło mi cię wreszcie poznać – zaszczebiotała tamta przerywając dziewczynie, w jej głośnie brzmiał wyraźny zarzut. – Jestem Nikola Maes. Eliza niepewnie uścisnęła jej rękę. Kobieta wyglądała jakby bardzo siliła się na to, żeby być uprzejmą. Zabrała córkę i pojechały do hotelu. Dziewczyna znów została sama. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Daniel leżał na szpitalnym łóżku. Był w osobnej sali, najwyraźniej jego matka działała skutecznie. Chłopak był podłączony do kroplówki, w oczy rzucało się to, że miał zszywaną brew, jednak po za tym nie wyglądał najgorzej. Eliza uśmiechnęła się do niego i usiadła bez skrępowania na brzegu łóżka. O nic nie pytała, wiedziała, że jeżeli będzie chciał jej powiedzieć, po prostu to zrobi. – Cześć – powiedział do niej lekko przymulonym głosem. – Mam twój plecak – oznajmiła – i przyniosłam ci wodę. Postawiła butelkę na nocnej szafce. Uśmiechnął się do niej blado. – Dzięki. – Martwiłam się o ciebie. – Tak? Nie było widać, myślałem, że bawi cię ignorowanie mnie. – Przestań – powiedziała cicho – wiesz, że to nie prawda. – Taak, po prostu on jest dla ciebie ważniejszy – powiedział z sarkazmem w głosie. – Daniel, proszę… – Nie ważne, przepraszam. Cieszę się, że przyszłaś do mnie. Położyła się obok niego przytulając się do boku chłopaka. Objął ją ramieniem. – Nie wiem co robić – wyszeptała cicho. – Wszystko jest nie tak. Westchnął. – Teraz jest dobrze. Przynajmniej dopóki sobie nie pójdziesz. Uśmiechnęła się do niego delikatnie i cmoknęła chłopaka w policzek. – Przykryć cię kocem? – zapytała. – Jest cholernie gorąco, a ty pod tą kołdrą. – Byłbym wdzięczny. Wstała i podniosła z krzesła koc. Odsunęła kołdrę, okrywającą Daniela, składając ją starannie w nogach łóżka. Chłopak był posiniaczony, a na boku miał spory opatrunek. Nie miał na sobie ubrania. Nie mogła powstrzymać śmiechu, kiedy zobaczyła, że jego członek zesztywniał. – No co? – zapytał. – Czy ty zawsze i wszędzie możesz? – Yhh właściwie to tak, przynajmniej kiedy jesteś przy mnie. Dziewczyna zerknęła na drzwi, były zamknięte. Uznała, ze w razie czego zdąży go przykryć, gdyby ktoś miał wejść. Położyła się przy nim ponownie, nie okrywając go jednak. Koc odłożyła obok. Przesunęła rękę na jego sterczący penis. Mruknął cicho. Jego członek we wzwodzie był bardzo imponującej wielkości. Szeroki, a nad nim znajdowała się spora kępka jasnych włosów. Eliza schodziła coraz niżej zostawiając po sobie ślady ukąszeń i wilgotnych pocałunków. Daniel drgnął, kiedy poczuł na swoich jądrach szczupłe dłonie Elizy. Ostrożnie zebrała jego krocze dłonią, lekko je uciskając, a sama zanurkowała pomiędzy jego nogi i zaczęła całować wewnętrzną stronę ud chłopaka. Daniel jęknął przymykając oczy i odchylając głowę. O tak, było mu bardzo dobrze. Usta dziewczyny wydawały się coraz bardziej niecierpliwe. Eliza ostrożnie lizała mosznę, jednocześnie co jakiś czas przesuwając dłoń w górę i w dół jego członka. Nagle wzięła jedno z jego jąder do ust i zaczęła je delikatnie ssać. Chłopak aż podskoczył. Kiedy dziewczyna podniosła głowę miała na ustach pełen satysfakcji uśmiech. – Patrz na mnie… – powiedziała. Nie spuszczając z niego wzroku, polizała jego męskość od samej nasady aż po czubek, który zaczęła pieścić okrężnymi ruchami języka. Blondyn zagapił się na nią jak zahipnotyzowany. Usta Elizy przy jego penisie niesamowicie go podniecały. Znowu kilka razy gwałtownie poruszyła ręką, a potem zaczęła go całować, raz za razem w absolutnie przypadkowych miejscach. W końcu Eliza uniosła się, zagarnęła włosy za uszy i wpatrując się Danielowi w oczy zaczęła powoli opuszczać twarz, wsuwając sobie jego członek w usta, z racji jego grubości powoli, centymetr po centymetrze. Daniel mógł wyraźnie wyczuć, jak jego żołądź prześlizguje się po podniebieniu dziewczyny, a potem zanurza się głębiej. Niemal krzyknął głośno od tego niesamowitego wrażenia, a jego klatka piersiowa momentalnie zaczęła się szybciej poruszać. – O boże, tak! – nie przestawał się gapić, próbując sięgnąć dłonią do włosów Elizy. Zachęcona tym entuzjazmem dziewczyna kilkakrotnie poruszyła głową, by potem wygiąć mocno szyję i wsunąć go jeszcze bardziej w siebie. W pewnym momencie omal się nie udławiła, ale nie przestawała zadowolona z tego, jak reaguje Daniel. Chłopak nie był w stanie tego wytrzymać dużo dłużej. Było mu tak dobrze. Doszedł z przeciągłym jękiem, wyginając nieświadomie biodra. Skończył dziewczynie w ustach. Oddychał ciężko. Eliza zlizała z mięknącego członka resztę spermy, wyjęła z ust włosek, który w międzyczasie się tam zaplątał i przytuliła policzek do brzucha wycieńczonego Daniela. Chłopak nadal oddychał ciężko. Wsunął palce we włosy Elizy, głaszcząc ją delikatnie. Nie miał siły otworzyć oczu. – Podobało się? – spytała nieśmiało. – O tak… – wyrzucił z siebie z wydechem, uśmiechając się szeroko z pełną satysfakcją. – Chodź wyżej – zamruczał. Spojrzała na niego niepewnie. – Mm? – Pociągnął ją delikatnie za ramię. Eliza podsunęła się wyżej, przytulając do niego. Daniel objął ją ramieniem. Przykryła go kocem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Chwilę później w drzwiach stanęła Pani Maes wraz z Olą. Eliza gwałtownie usiadła speszona ich przyjściem. Poczuła, że się rumieni. Kobieta udała, że niczego nie zauważyła. Dziewczyna chciała wyjść, ale Daniel chwycił ją za rękę. – Zostań, proszę – powiedział ledwo dosłyszalnym szeptem. Eliza przesiadła się z łóżka na jedno z krzeseł. Czuła się nieswojo, chciała się schować jak najbardziej w kącie. Pocieszała się tym, że niedługo przyjdzie Matt, który wpadł do szpitala rano, wmusił w nią śniadanie i wrócił do domu odsypiać nocną pracę. Kiedy tak o nim myślała chłopak właśnie pojawił się w drzwiach. Matka Daniela wytrzeszczyła na niego oczy. – Co on tu robi? – syknęła nieprzyjaźnie. – Wyraźnie powiedziałam ci, że nie życzę sobie żebyś zadawał się z takimi ludźmi! – zwróciła się do syna. Matt zorientowawszy się w sytuacji skinął tylko głową Danielowi i wyszedł na korytarz. Eliza przeprosiła i wymknęła się za nim. Stał z boku oparty o ścianę. Dziewczyna natychmiast przytuliła się do niego całą sobą. Schowała twarz w jego koszuli. Objął ją delikatnie. – Wszystko w porządku? – spytał. – Nie wiem – odpowiedziała szczerze – właściwie to ostatnio wszystko jest nie tak. Czemu jego matka tak cię nie lubi? – Właściwie to nie wiem do końca. Kiedyś u niego byłem, nie spodobało im się to, że mieszkamy razem. Pewnie myśli, że na nim żeruję. Taka niechęć od pierwszego wejrzenia. – Uśmiechnął się do niej łagodnie odsuwając od siebie odrobinę, ale nie przestając jej obejmować. – W ogóle czemu podałaś się za jego narzeczoną? – Nie chcieli mnie wpuścić, powiedzieli, że informacji udzielają tylko rodzinie. Roześmiał się. – No tak. Głupie przepisy. – Najgorzej, że jego rodzina myśli teraz, że jestem jego dziewczyną, a on wcale nie chce ich wyprowadzać z błędu – westchnęła. – Nie dziwię mu się. Też bym nie chciał. No, ale póki co moją jedyną rodziną jesteście ty i Daniel – zażartował, ale Elizie wcale nie wydało się to szczególnie zabawne. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza nie pytała co dokładnie stało się Danielowi, słyszała jak rozmawiał o tym z Mattem, ale kiedy tylko weszła natychmiast umilkli. Najwyraźniej nie chcieli, żeby była w to zamieszana, a ona nie zamierzała się dopytywać. Była teraz znacznie spokojniejsza, lekarz powiedział, że z chłopakiem będzie wszystko w porządku i tylko ma się przez kilka tygodni za bardzo nie nadwyrężać. W szpitalu Daniel spędził prawie tydzień. Cała trójka odetchnęła z ulgą po wyjeździe jego matki. Jedno tylko tak naprawdę pocieszało Elizę, przyjaciele znów ze sobą normalnie rozmawiali, a ona, przynajmniej jak na razie nie musiała ignorować Daniela. Nie wiedziała co będzie dalej, ale rodziła się  w niej coraz większa nadzieja, że jakoś to wszystko się ułoży. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Rozdział VIII ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Po wyjściu ze szpitala między Mattem a Danielem zapanował niepisany rozejm. Nie unikali się nawzajem, ale nie przyjaźnili się też jak wcześniej. Za wszelką cenę starali się nie wchodzić sobie w drogę. Matt nie zmuszał więcej Elizy do ignorowania chłopaka, ale ciągle czuł się bardzo nieprzyjemnie, kiedy przebywali razem, zwłaszcza pod jego nieobecność. Nie ufał już ani jemu ani dziewczynie. Najbardziej bał się, że Eliza po prostu go zostawi decydując się na bycie z Danielem. Kiedy szedł do pracy coś go podkusiło i zostawił w kieszeni wiszącej w salonie bluzy włączony dyktafon. Miał nadzieję, że przynajmniej w ten sposób dowie się na czym stoi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Eliza siedziała w salonie zwinięta w kłębek na kanapie, oglądała lecący w telewizji film. Daniel wyszedł ze swojego pokoju i usiadł koło niej. – Co oglądasz? – spytał przysuwając się bliżej do dziewczyny. – Kolejny odcinek Poirot’a. Nudzę się. – Chłopak objął ją ramieniem. – Daniel przestań – odsunęła się od niego. – Dlaczego? – Nie będziemy tego więcej robić. Ani teraz ani nigdy. Chłopak spojrzał na nią poważnym wzrokiem. – Niby czemu? Przecież tego chcesz. – To nie ma znaczenia. Nie zamierzam go więcej ranić. – A mnie? Ja nic dla ciebie nie znaczę? – Nie mów tak – powiedziała twardo dziewczyna. – Eliza… kocham cię, nic innego mnie nie obchodzi. Ty nic do mnie nie czujesz? Ponownie spróbował się do niej przysunąć. Dziewczyna gwałtownie wstała z kanapy. W jej oczach zalśniły łzy. – Tak kocham cię – powiedziała nieszczęśliwym głosem w którym brzmiała mieszanina gniewu i rozpaczy – tak bardzo zależało ci, żeby to usłyszeć? To i tak nic nie zmienia, bo to zawsze będzie on, a nie ty! Kiedy to wreszcie zrozumiesz? Chłopak wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym wstał z kanapy, odwrócił się bez słowa i wyszedł z domu. Eliza usiadła skulona wtulając twarz w kolana. Nie była już w stanie powstrzymać łez. Zaczęła cicho płakać. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Matt odsłuchał nagranie następnego dnia. Sam już nie wiedział co powinien zrobić. Chciał, żeby wszystko się samo ułożyło, ale zdawał sobie sprawę, że to nie jest możliwe. Eliza stała się dla niego najważniejsza na świecie, a wszystkie opcje które mu przychodziły do głowy wiązały się z ranieniem dziewczyny. Cały dzień zastanawiał się nad ewentualnymi możliwościami i w końcu podjął decyzję. Przynajmniej na jakiś czas wydawała mu się jedynym sensownym rozwiązaniem. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~ Wieczorem Eliza wróciła do mieszkania, większość dnia spędziła z rodziną. Matt i tak musiał odespać nocną pracę, a z Danielem nie miała ochoty się widzieć. Weszła do pokoju, który dzieliła z Mattem. Zdumiona zatrzymała się w progu. Wieczorny półmrok rozświetlały światełka setek poustawianych wszędzie świeczek. Łóżko nakryte było białą atłasową narzutą, a na niej rozsypane były płatki szkarłatnych róż. Poczuła jak ktoś obejmuje ją od tyłu. Matt delikatnie pocałował szyję dziewczyny. Podał jej kieliszek czerwonego, półsłodkiego wina. – Podoba Ci się? – spytał szepcząc do jej ucha. Odwróciła się do niego i pocałowała go w usta. Nie wiedziała co powiedzieć. Kiedy skończyli pocałunek uśmiechnął się do niej delikatnie. Miał na sobie rozpiętą czarną koszulę. Eliza zamruczała z radości i podniecenia. Przesunęła dłonią po jego odsłoniętym torsie. Matt zbliżył się do Elizy. Chwilę patrzyli sobie w oczy, aż w końcu tym razem on ją pocałował. Odwzajemniła pocałunek. Przerwali na chwilę. Eliza spojrzała na niego, oplotła ramionami jego szyję i ponownie utonęli w morzu pocałunków, szybkich i namiętnych. Pomału przesuwali się w stronę obsypanego płatkami róż łóżka, nie przestawali się całować. Po drodze zrzucili ubrania. Wziął ją na ręce i położył na atłasowej narzucie. Zobaczył przed sobą smukłe, piękne ciało. Całował dziewczynę po szyi, potem dekolcie. Rozpiął jej czarny biustonosz. Pojawiły się przed nim piękne, jędrne piersi. Zaczął je delikatnie całować. Eliza czuła się cudownie. Wypełniała ją rozkosz. Matt ssał jej sutki, delikatnie przygryzał, gładził jej ciało. Całował brzuch dziewczyny. Zaczął pieścić językiem wewnętrzną stronę jej ud. Eliza wiła się z rozkoszy. Jej ciało domagało się więcej. Ściągnął jej czarne koronkowe majteczki. Spojrzał z podziwem na wypielęgnowaną, gładko wygoloną cipkę. Nie zapomniał o najczulszych częściach jej rozgrzanego ciała. Pieścił łechtaczkę i wilgotne wargi. Lizał, ssał, kąsał, dotykał. W pewnym momencie delikatnie wszedł w jej wnętrze. Eliza wydała z siebie cichy jęk. Poczuła przyjemny dreszcz na całym ciele. Czuła ciepło i ucisk na wrażliwe miejsce w pochwie. On także czuł błogość, niesamowity, subtelny dotyk na każdym milimetrze penisa. Pasowali do siebie idealnie. Zaczął poruszać się rytmicznie, wchodził coraz mocniej i głębiej. Potem kochali się na siedząco. Matt pieścił piersi Elizy. Ich ruchy były zsynchronizowane. Dziewczyna popchnęła chłopaka na plecy. Usiadła na nim. Była teraz na górze. Zaczęła się wolno poruszać, a potem coraz szybciej i szybciej. Matt nie potrafił leżeć spokojnie, zaczął unosić biodra i wsuwać się w dziewczynę w rytm jej ruchów. W końcu ich uniesienie sięgnęło zenitu. Opadli na łóżko. Byli spoceni, zmęczeni, ale szczęśliwi. Leżeli tak koło siebie w milczeniu. Eliza była zadowolona, czuła się naprawdę cudownie. Otaczała ich delikatna woń różanych płatków. Światło świec przyjemnie rozjaśniało pokój. Po chwili odpoczynku dziewczyna obróciła się do chłopaka bokiem. Wyciągnęła rękę i pogładziła jego podbrzusze. Dotknęła jego członka. Zaczęła delikatnie drażnić jego żołądź. Czuła jak rośnie. Położyła się na Mattcie. Zaczęła ocierać swoje ciało o jego. Chłopak pieścił dłonią jej łechtaczkę. Schodziła coraz niżej i niżej. Subtelnie całowała go po podbrzuszu. Czuła i słyszała jego podniecenie. Pieściła językiem czułe miejsca. Weszła na niego niespiesznie, spokojnie. Poczuła przyjemny impuls przebiegający po jej ciele… Nie miała jeszcze dosyć. Matt też nie miał. Przetoczył się tak, że znów leżała pod nim. Wszedł w nią do samego końca. Eliza całą sobą czuła jego członek. Oplotła chłopaka nogami. Wchodził w nią głęboko, prawie się nie wysuwając. Chciał sprawić dziewczynie jak największą przyjemność. Przyspieszył ruchy dopiero gdy poczuł jak jej szparka zaciska się dookoła jego penisa. Było to niesamowite uczucie. Dziewczyna przesunęła dłońmi po jego uniesionych plecach. Pocałowała jego tors. Wreszcie doszedł kończąc w dziewczynie. Poczuła w sobie rozlewające się ciepło. Opadł na łóżko przyciągając ją do siebie. – Kociaku… – powiedział przytulając do siebie dziewczynę. – Tak? – spytała rozanielonym głosem. – Kocham cię – powiedział cicho, jakby wypowiedzenie tych słów sprawiało mu dużą trudność. Przylgnęła do niego mocniej. Nigdy wcześniej jej tego nie mówił. Wiedziała, że Matt nie należy do osób uzewnętrzniających swoje uczucia. To co jej powiedział było naprawdę wyjątkowe. W tym momencie czuła się niesamowicie szczęśliwa. Chciała coś powiedzieć, ale uciszył ją delikatnym gestem. – Jesteś dla mnie najważniejszą istotą na świecie – kontynuował. – Wiem, że jesteśmy w cholernie dziwnej sytuacji, ale nie chcę, żebyś cierpiała. – Dziewczyna uniosła się na łokciu patrząc na niego pytająco, tysiące myśli biegało jej po głowie, bała się tego, co może za chwilę usłyszeć. – Nie chcę już, żebyś trzymała się od niego z daleka. To sprawia ci ból. Możesz z nim robić co chcesz – dodał cicho. Eliza spodziewała się wszystkiego, ale na pewno nie tego. – Matt, o czym ty mówisz? Spojrzał jej w oczy. – O Danielu. Dopóki jesteś moja to nie ma znaczenia. Po prostu nie chcę nic o tym wiedzieć. – Matt… kocham cię, nigdy nie chci