Cztery Światy II

Cztery Światy, część II

Dusza Włóczęgi

„Nigdy nie zapominaj:
Chodzimy nad piekłem
Oglądając kwiaty.”

Issa

Uciekała. Zdawała sobie sprawę, że mężczyzna, który ją ściga jest naprawdę blisko. Czuła strach. Była coraz bardziej zmęczona. Przedzieranie się przez śnieżne zaspy sprawiało jej coraz większą trudność. Wszędzie dookoła widziała oślepiającą biel. Marzyła o tym, żeby wreszcie dotrzeć do lasu. Liczyła na to, że tam będzie mogła odpocząć, chociaż przez krótką chwilę. Od dawna nic nie jadła. Spojrzała na idącego tuż przy niej białego wilka.

– Tylko ty mi zostałeś – szepnęła.

Wdrapała się na szczyt niewielkiego wzniesienia. Rozejrzała się dookoła. W oddali widziała zarys lasu. Jeszcze tylko kilka godzin i tam dotrze… Na niebie zbierały się ciemne chmury, wiał coraz silniejszy wiatr. Zapowiadało się na wielką, śnieżną zamieć. Nie mogła tu zostać. Wiedziała, że umrze, jeżeli śnieg ją zasypie na tym pustkowiu. Obejrzała się w drugą stronę. Mężczyzna był coraz bliżej. Miał sanie. Z każdą minutą zmniejszał się dzielący ich dystans. Zdawała sobie sprawę, że musi coś wymyśleć, inaczej ją dogoni. Nie mogła na to pozwolić. Tym razem nie chcieli jej po prostu zabić. Nie była pewna czego od niej chcą, ale wiedziała, że z rąk tych ludzi nie spotka jej nic przyjemnego.

Przed sobą zobaczyła zamarznięte jezioro. Mężczyzna nie będzie mógł przejechać przez nie saniami. Będzie musiał objechać je dookoła. Do da jej trochę czasu. Człowiek, który ją ścigał musiał być naprawdę dobrym tropicielem, skoro jeszcze nie udało jej się go zgubić. Dzięki sprytowi i determinacji już dawno wykiwała pozostałych. Trudno, z tym też będzie sobie musiała jakoś poradzić.

Zbiegła ze wzgórza co jakiś czas zapadając się głębiej w zaspy. Zatrzymała się dopiero przed pokrytym cienką warstwą śniegu lodem. Weszła na taflę zamarzniętego jeziora stąpając ostrożnie i powoli. Wilk zatrzymał się przy brzegu i zaczął rozpaczliwie ujadać.

– Snowy! Chodź! Nie ma na to czasu! – zawołała do niego dziewczyna.

Mężczyzna objechał wzgórze dookoła i był z każdą chwilą coraz bliżej. Wilk kręcił się na śniegu bardzo zdenerwowany. Dziewczyna oddaliła się już o kilkanaście dobrych metrów.

– Snowy! – Zawołała po raz kolejny.

Zwierze wreszcie się zdecydowało. Jednym susem wskoczyło na lód i zaczęło biec w stronę dziewczyny.

– Snowy, NIE! – krzyknęła rozpaczliwie.

Jednak było już za późno. Usłyszała trzask. Lód zaczął pękać. Stały grunt zaczął osuwać się spod łap śnieżnego wilka. Pies wpadł do powstałego w ten sposób przerębla. Szamotał się rozpaczliwie starając wydostać się z wody. Spanikowana dziewczyna nie wiedziała co dalej robić. Była jednak pewna, że nie może go tak zostawić. Śnieżny wilk był jej jedynym towarzyszem i przyjacielem. Tylko jego miała.

Mężczyzna znalazł się nad brzegiem zamarzniętej tafli. Zatrzymał sanie kilka metrów od lodu, specjalnie odwracając je bokiem. Psy stanęły posłuszne słowom swojego pana. Podszedł nad brzeg jeziora. Zmierzył uciekinierkę chłodnym spojrzeniem szarych oczu.

– Wyciągnę go – powiedział na tyle głośno, żeby mogła go usłyszeć – ale najpierw ty tu przyjdziesz.

Przełknęła ślinę. Spojrzała na szamoczącego się w wodzie wilka. Nie było czasu na rozważania. Nie mogła pozwolić zwierzęciu umrzeć. Nie miała wyboru. Musiała mu zaufać. Powoli podeszła do mężczyzny omijając z daleka popękany lód. Jej serce biło ze strachu jak szalone.

– Mądra decyzja – skinął z aprobatą głową. Kiedy znalazła się na brzegu wyciągnął z sań mocny rzemień.  – Podejdź tutaj.

Spojrzała jeszcze raz na przemarzniętego, tonącego wilka i z determinacją wykonała polecenie mężczyzny. Kiedy stanęła przy nim sprawnie chwycił jej nadgarstki i związał ręce dziewczyny rzemieniem. Przywiązał ją do sań. Potem, nie zwlekając dłużej chwycił grubą linę i przewiązał się nią w pasie. Drugi koniec przymocował do pojazdu. Odciął nożem luźny kawałek liny zawiązując na nim luźną pętlę. Ruszył w kierunku tkwiącego w przerębli wilka. Zwierzę resztkami sił walczyło o życie. Ostatnie metry mężczyzna pokonał czołgając się na brzuchu. Zarzucił linę na szamoczącego się psa. Sięgnął rękami tak, żeby założyć mu ją pod łapy. Przerażony wilk nie pozwalał sobie pomóc. Gryzł go i drapał pazurami. Mężczyzna starał się nie zwracać na to uwagi.

Ściemniało się coraz bardziej. Chmury już zupełnie zasłoniły słońce. Wiał porywisty wiatr. Dziewczyna drżała z zimna. Patrzyła zatrwożona na rozgrywającą się kilkanaście metrów od niej scenę. Była wdzięczna losowi, że łowca nagród, który ją ścigał nie rzuca słów na wiatr.

W końcu mężczyźnie udało się wyciągnąć wilka. Kiedy zwierzę stanęło na lodzie ugięły się pod nim nogi. Otrzepało się niepewnie z wody. Jego wybawca zarzucił mu zrobioną z liny pętlę na szyję, traktując ją jakby była obrożą. Pociągnął ledwo idące zwierzę w kierunku sań. Sięgnął po nóż i rozciął więzy krępujące nadgarstki dziewczyny. Zaczął padać śnieg.

– Tam masz koce – wskazał na jeden z leżących w saniach tobołków. – Wysusz go, tylko ostrożnie. Musi sam się ogrzać, bo inaczej możesz mu zaszkodzić. – Spojrzał w górę na zasnute chmurami niebo. – Nie zdążymy już dotrzeć do linii drzew. Musimy zostać tutaj. Rozbiję namiot.

Skinęła głową i bez zbędnych dywagacji zabrała się do roboty. Mężczyzna w tym czasie wyswobodził z zaprzęgu własne psy. Sanie prowadziło sześć pięknie prezentujących się Haskich. Kiedy skończył, wyciągnął z bagaży pomarańczowy namiot.  Rozbił go pospiesznie na śniegu. Wrzucił do środka zawiniątko z kocami, śpiwór i plecak. Resztę rzeczy przykrył białą plandeką. Powoli wprowadził psy przez zapobiegający dostawaniu się śniegu pod tropik rękaw namiotu. Kiedy przyszła kolej wilka, tamten zawył rozpaczliwie, bojąc się najwyraźniej kolejnego wyzwania. Chociaż już całkiem dużych rozmiarów, wyraźnie był jeszcze szczeniakiem. Nie mógł mieć dużo więcej niż pół roku. Dziewczyna weszła pierwsza prowadząc go za sobą. Mężczyzna wszedł tuż za nią. Zamknął za sobą wejście do namiotu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Drżała z zimna i ze strachu. Kiedy znalazł się tak blisko, zobaczyła jego czarną, tajemniczą aurę. To przeraziło ją jeszcze bardziej. Zdała sobie sprawę, że nie jest człowiekiem. Przyjrzała mu się uważnie. Nie mógł być od niej sporo starszy. Dzieliły ich może trzy-cztery lata. Wyglądał jednak groźnie. Jego szare oczy były zimne jak lód. Ciemne włosy opadały mu niesfornie na oczy. Po jego budowie i łatwości z jaką wyciągnął psa poznała, że musiał być bardzo silny. Ogorzała od słońca twarz świadczyła o tym, że jest doświadczony w różnego rodzaju wyprawach. Największy jednak strach budziła w niej jego mroczna, nieludzka aura.

Wziął od niej linkę na której był uwiązany wilk, odplątał ją i wprowadził zwierzę między swoje Haskie, rozsuwając skulone stado na boki. Psy bez protestów zrobiły miejsce dla nowego towarzysza. Sam rozłożył między nimi koc, a na nim śpiwór.

– Rozbierz się – powiedział rozkazująco do dziewczyny. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Westchnął. – Nie musisz rozbierać się do naga – sprostował. – Po prostu zdejmij z siebie wszystko to, co masz mokre.

Niechętnie posłuchała. Zaczęła ściągać z siebie przemoczoną kurtkę. Zdjęła też szalik, czapkę, buty i spodnie. Chłopak pozbył się szybko wierzchniego odzienia. Został jedynie w czarnych bokserkach i koszulce tej samej barwy. Wśliznął się do śpiwora zostawiając dziewczynie miejsce.

– Chodź tutaj – rozkazał. Bała się go na tyle, że bez gadania posłuchała. Dotknął jej przemoczonej sportowej bluzy. – To też ściągaj.

Zadrżała. W jej oczach pojawiły się łzy. Powoli zdjęła z siebie resztę ubrania, zostając jedynie w czarnej, delikatnej bieliźnie. Chłód przeszywał całe jej ciało.

– Dobrze, a teraz połóż się koło mnie – kontynuował wydawanie poleceń, odchylając dla niej koc.

Podeszła do niego niepewnie. Wsunęła się do niezbyt szerokiego śpiwora. Zapiął suwak, po czym nakrył ich jeszcze dwoma kocami. Teraz leżała naprawdę blisko mężczyzny. Ich ciała się dotykały. Cieszyła się, że chociaż leży do niego odwrócona tyłem. Łzy spływały po jej zimnych policzkach. Przyciągnął ją do siebie, obejmując ramionami. Cała zesztywniała. Krzyczała w niej każda komórka przemarzniętego ciała, a jednocześnie doznała czegoś dziwnego. Powoli zaczynała się rozgrzewać. Było jej wygodnie i naprawdę przyjemnie. W jego ramionach czuła się bezpieczna. Zastanawiała się kim on jest i jakie sztuczki na niej stosuje. Nie miała zamiaru się im poddać. Za nic na świecie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Leżeli tak dłuższą chwilę. Jej oczy błyszczały, przestała jednak płakać. Zrobiło się jej znacznie cieplej. Teraz odczuwała okropne pragnienie. Poczuła także nieznośne ssanie w żołądku. Zaburczało jej w brzuchu. Mężczyzna jakby oprzytomniał.

– Jesteś głodna? – spytał. Niepewnie skinęła głową. – Czemu nic nie mówiłaś? – powiedział z naganą w głosie. – Kiedy ty w ogóle ostatnio jadłaś?

Podniósł się na łokciu i sięgnął po plecak przesuwając przy tym zawadzającego mu szaro-białego psa. Wyciągnął termos. Nalał do aluminiowego kubka herbaty. Podał dziewczynie. Usiadła okrywając się kocem. Wzięła od niego ciepły napój. Wypiła go niemal duszkiem. Wyjął z plecaka chleb i spory kawał sera. Wgryzła się w niego natychmiast, kiedy tylko dostała go do ręki. Cieszyła się, że przynajmniej wilk potrafił o siebie zadbać, polując na jakieś mniejsze stworzonka. Łapczywie połykała jedzenie.

– Zwolnij trochę – powiedział spokojnie Szarooki. – Udławisz się zaraz – mówił wyraźnie zmartwionym głosem.

Nalał jej jeszcze jeden kubek herbaty. Popiła nim jedzenie.

– Wracaj tu – powiedział, kiedy skończyła.

Ponownie się przy nim położyła. Zrobiło się jej niewygodnie. Odwróciła się przodem do mężczyzny. Położył swoje ramię, tak, żeby mogła na nim oprzeć głowę. Znów przyciągnął ją do siebie, a potem starannie otulił kocami. Zasnęła, zbyt wyczerpana, żeby się dłużej bać.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Następnego dnia rano ciągle padało. Burza śnieżna rozszalała się na dobre. Mężczyzna zaklął szpetnie wracając z dworu.

– Cholera by wzięła taką pogodę. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze ze dwa dni się stąd nie ruszymy. – Powiedział marudnym tonem.

Dziewczyna siedziała w namiocie otulona kocami. Miała na sobie jego czarną koszulę, która wyschła szybciej niż jej własna bluza. W środku namiotu panowała co prawda dodatnia temperatura, ale i tak było dosyć chłodno, nawet mimo ciepła wydzielanego przez ciała wylegujących się psów. Dla nich taka temperatura była w sam raz.

Mężczyzna wydawał jej się dosyć miłą osobą. Wiedziała jednak, że to tylko pozory. Łowcy Nagród byli bezwzględni i śmiertelnie niebezpieczni, a ten tutaj chciał ją sprzedać jej najgorszym wrogom. Ludziom, którzy polowali na nią od kiedy się tylko urodziła. Do tego nie był człowiekiem. Coraz bardziej niepokoiła ją jego czarna, nieprzenikniona aura. Usiadł przy niej podając jej ostatni kubek ciągle ciepłej herbaty.

– Do tej pory nie odezwałaś się do mnie ani słowem – powiedział cicho.

Spojrzała na niego zaskoczona jej zdaniem nietypową w takiej sytuacji uwagą.

– A co byś chciał ode mnie usłyszeć? – spytała.

– Sam nie wiem – westchnął. – Zachowujesz się zupełnie inaczej – powiedział zagadkowo. – Zajmiemy się tym, kiedy dotrzemy na wyspę.

Prychnęła. Popatrzyła na niego z pogardą.

– Więc aż tak wiele znaczą dla ciebie pieniądze?

Pokręcił głową. W jego oczach widziała prawdziwy smutek.

– Nie o pieniądze tu chodzi – powiedział cicho. – Przykro mi – wyszeptał, a dziewczyna zrozumiała, że mówił szczerze.

– W takim razie o co?

– Chętnie bym ci to wyjaśnił – przyznał – ale powiedzieli mi, że to bardzo ważne, żebym tego nie robił. Dowiesz się wszystkiego jak będziemy na miejscu.

Spojrzała prosto w jego szare, zimne oczy.

– Kiedy dotrzemy do celu – powiedziała poważnym głosem – nie dowiem się niczego, bo po prostu mnie zabiją. Jeżeli chcieli mnie żywą, to tylko dlatego, że mają zamiar wyciągnąć ode mnie jakieś informacje. Niestety zawiodą się, ponieważ ja nic nie wiem. Jeżeli naprawdę nie chodzi ci o pieniądze, to zwyczajnie poderżnij mi gardło. Oszczędzisz w ten sposób sobie kłopotu, a mi cierpienia.

– Nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić – odparł pewnym głosem obejmując dziewczynę delikatnie ramieniem.

Nie wiedziała jak to się stało, ale poczuła motyle w brzuchu. Położyła mu głowę na ramieniu. Co ten cholerny facet z nią zrobił? Czuła się przy nim tak niesamowicie dobrze i bezpiecznie. Była przekonana, że jest pod wpływem jakiegoś dziwnego zaklęcia. Musi jak najszybciej mu uciec.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Padać przestało dopiero następnego dnia. Zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce. Szarooki złożył namiot i z powrotem zapakował wszystko na sanie. Psy zaczęły radośnie podskakiwać, bardziej niż gotowe do dalszej drogi. Dziewczyna zdziwiła się, że jej wilk tak łatwo zaadoptował się do stada. Mężczyzna zaprzągł psy do sań i ruszyli. Siedziała przed nim skulona. Nigdy nie spodziewała się, że tego typu przejażdżka może być takim cudownym przeżyciem. Godzinę później znaleźli się na skraju sosnowego lasu.

Psy zwolniły, kiedy wjechali na obsypaną śniegiem, szeroką, leśną drogę. Szlak prowadził przez przepiękny sosnowy las. Dziewczyna wdychała powietrze przepełnione żywicznym zapachem drzew. Szarooki miał nieodgadniony wyraz twarzy.

– Nie zimno ci? – spytał.

Pokręciła głową. Czuła się całkiem przyjemnie. Prawie zapomniała o tym, że jest tu wbrew swojej woli i grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.  W końcu udało jej się w jakiś sposób przeżyć ponad dwadzieścia lat. Może uda się i tym razem.

– Jutro dotrzemy do przejścia. Kiedy znajdziemy się w naszym świecie to wszystko będzie kwestią kilku godzin – oznajmił.

Dziewczyna poczuła ukłucie strachu. Więc byli już tak blisko… Mimo zapewnień chłopaka zdawała sobie sprawę, że gdy dotrą na miejsce, czeka ją śmierć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan walczył zawzięcie. Nie zamierzał się poddać, mimo iż przeciwników było znacznie więcej. Zauważył jednak, że nie chcą go zabić, a to dawało mu przewagę. Jeżeli się nie mylił ścigało go sześciu mężczyzn. Biegł przez pokryty śniegiem las, zwinnie przemykając między drzewami. Gdy uznał, że od napastników dzieli go odpowiedni dystans przystanął schowany, za pniem jednej z większych sosen. Wyjął z kabury ośmiostrzałowego AMT Commando. Odbezpieczył pistolet i wycelował starannie w jednego ze zbliżających się mężczyzn. Trafił bezbłędnie. Tamten z krzykiem upadł na ziemię, brudząc krwią biały śnieg.

Chiredan znów zerwał się do biegu. Był szybszy i bardziej spostrzegawczy od większości ludzi, miał też znacznie lepszy wzrok. Po dłuższej chwili znowu przystanął. Wycelował i strzelił. Tym razem padły dwa strzały. Oba trafiły w obrane przez chłopaka cele. Nigdy się nie wahał. Wiedział, że albo zabije, albo sam będzie martwy.

W pewnym momencie poczuł ukłucie na biodrze. Obejrzał się. W jego nodze tkwiła strzałka zakończona czerwonymi lotkami. Zdał sobie sprawę, że go przechytrzyli. Musieli być także przed nim. Zagonili go w pułapkę. Jego oczy zamknęły się same. Upadł nieprzytomny na pokrytą śniegiem, leśną ściółkę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Chiredan otworzył oczy, na dworze było już ciemno. Rozejrzał się dookoła. Leżał związany na drewnianej podłodze. Więzy krępujące mu nadgarstki wbijały się boleśnie, raniąc go aż do krwi. Pochylił się nad nim jakiś potężnie zbudowany mężczyzna. Chwycił go za włosy podnosząc jego głowę tak, żeby tamten musiał na niego spojrzeć.

– No, no obudził się wreszcie ptaszek. Długo sobie pospałeś chłopczyku. Narobiłeś nam niezłych problemów. – Mówił niemal przyjaznym tonem. – Zabiłeś dwóch moich ludzi, trzeci jest ciężko ranny. – Mężczyzna bez ostrzeżenia uderzył go pięścią w twarz. Z rozciętej wargi popłynęła krew. Kopnął go z całej siły twardym buciorem w brzuch. Chiredan zgiął się w pół. Tamten ponownie chwycił go za włosy. – Nie życzę sobie więcej takich numerów, czy to jasne?

Młodzieniec splunął mu pod nogi. Tamten pokręcił tylko głową i uderzył leżącego chłopaka ponownie. Razy spadały coraz gęściej. Chiredan skulił się próbując zasłonić brzuch i głowę. W końcu zdyszany, czerwony na twarzy mężczyzna przestał go bić.

– Jeżeli uważasz, że to wyrównuje nasze rachunki, to się grubo mylisz – warknął. – Zajmę się tobą później. Teraz mam ważniejsze sprawy.

Odszedł uśmiechając się pod nosem. Chłopak rozejrzał się po pokoju. Znajdował się w jakiejś drewnianej chacie. Czterech mężczyzn siedziało przy stoliku grając w karty. Był ciekaw ilu strażników postawili na zewnątrz. Zaczął rozważać możliwości ucieczki. Gdyby tylko nie miał związanych rąk…

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Drzwi chaty się otworzyły. Chiredan podniósł głowę, żeby zorientować się w sytuacji. Do środka wszedł młody mężczyzna. Prowadził ze sobą bladą dziewczynę, która rozglądała się po pomieszczeniu spłoszonym, sarnim wzrokiem. Obok nich dreptał pokaźnych rozmiarów śnieżnobiały wilk. Siedzący przy stoliku mężczyźni uśmiechnęli się przyjaźnie na ich widok.

– Przyłączysz się do nas? – zaproponował jeden z nich.

Przybysz skinął głową.

– Chętnie, ale trochę później – odpowiedział przyjaznym tonem.

– Przyprowadziłeś nam zabaweczkę? – spytał rudy dryblas, z bujną umazaną czymś brodą.

Ogarnął dziewczynę lubieżnym spojrzeniem. Wyraz twarzy mężczyzny zmienił się w jednej chwili. Przyjazny uśmiech stał się śmiertelnie groźnym grymasem. Spojrzał na rudzielca lodowatym wzrokiem.

– Jeżeli któryś z was ją dotknie, to go na miejscu zabiję – warknął.

Stojący do tej pory w przeciwległym rogu pokoju, potężnej budowy mężczyzna, wyszedł z cienia.  Odłożył na półkę czyszczoną przed chwilą broń.

– Spokojnie – powiedział cicho. – Na co nam te groźby? Uznajemy twoje prawo własności. Prawda chłopcy? – zwrócił się do grających w karty towarzyszy.

Tamci skwapliwie skinęli głowami. Najwyraźniej nowoprzybyły był kimś, z kim trzeba było się liczyć. Mężczyzna uspokoił się trochę.

– Dziękuję Maevisie – powiedział pojednawczym tonem. – Przypomnij o tym reszcie swoich ludzi – dodał bardzo starając się, żeby nie zabrzmiało to jak groźba.

Nazwany Maevisem, czarnowłosy mężczyzna skinął głową. Cechował go wyraźnie zarysowany orli nos.

– Oczywiście, jak sobie życzysz przyjacielu. Nikt nie dotknie twojej dziewczyny.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan z niekłamaną przyjemnością przypatrywał się siedzącej na futrze pod ścianą dziewczynie. Miała bladą cerę i śliczne, różowe usta. Jasne, falujące włosy sięgały jej niemal bioder. W jej dużych niebieskich oczach lśniły łzy. Widział w nich narastający z każdą chwilą strach. Podejrzewał, że dziewczyna jest jego rówieśnicą. Biały wilk ułożył się przy jej boku. Chłopak zauważył, że pies mimo swoich pokaźnych rozmiarów, był jeszcze szczeniakiem. Zastanawiał się czy ta mała może okazać się dla niego w jakiś sposób pożytecznym sojusznikiem.

Mężczyźni grali w karty. Tym razem siedzieli tam całą, obecną w drewnianym domku, szóstką. Byli pochłonięci grą. Chłopak gorączkowo myślał jak może wykorzystać okazję.

W pewnym momencie poczuł na sobie czyjeś badawcze spojrzenie. Podniósł głowę. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna go obserwuje, równie uważnie jak wcześniej on ją. Uśmiechnął się do niej blado. Zarumieniła się delikatnie, nie spuściła jednak wzroku. Gdyby tak spróbowała go uwolnić… mieli by wtedy jakieś szanse stąd uciec…

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wieczorem Szarooki podszedł do skulonej pod ścianą dziewczyny. Usiadł przy niej. Poczuła jego bliskość. Cała zesztywniała.

– Nie bój się mnie – powiedział bardzo cicho. – Przyniosłem ci kanapkę. Pomyślałem, że może jesteś głodna.

Podał jej zawinięty w papier chleb i jakiś ciepły napój. Kiedy je od niego wzięła wyciągnął rękę w stronę wilka. Podrapał zwierzę za uszami. Potem zaczął je czymś karmić. Szczeniak wstał radośnie merdając ogonem. Usiadł na tylnych łapach przed mężczyzną, czekając na więcej. Dziewczynie ani odrobinę się nie podobało, że przekupił jej psa.

Kiedy skończył dawać wilkowi jedzenie niechętnie wstał. Dziewczyna zobaczyła, że zostawił przy niej swój plecak. Szarooki porozmawiał chwilę z Maevisem i obydwaj wyszli na dwór. Siedząca przy stoliku czwórka mężczyzn zwracała w dalszym ciągu uwagę jedynie na swoją grę. Dziewczyna jak gdyby nigdy nic wzięła plecak i zaczęła go przeszukiwać. W końcu znalazła coś, co mogło jej się przydać. Wstała cicho, nie wykonując żadnych gwałtownych czy podejrzanych ruchów. Biały wilk, który wróciła na swoje poprzednie miejsce zaciekawiony podniósł głowę.

– Zostań – powiedziała cicho.

Odważnie ruszyła przed siebie, idąc prosto do stolika zajętych sobą graczy. Po drodze upuściła wyjęty z plecaka przedmiot tuż za plecami związanego, leżącego na podłodze chłopaka. Pomyślała, że przynajmniej jemu da szansę stąd uciec.

Zdziwieni mężczyźni podnieśli głowy patrząc na nią, dopiero kiedy znalazła się tuż przy nich.

– Czego chcesz? – warknął rudy.

– Muszę skorzystać z toalety – powiedziała spuszczając skromnie wzrok.

– Poczekaj na swojego właściciela – zadrwił wyraźnie dalej obrażony.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie dam rady.

– Bill, daj spokój – uśmiechnął się gładko ogolony brunet. – Jean, chodź ze mną, przypilnujemy dziewczyny. Ci dwa powinni dać sobie radę z jednym związanym dzikusem.

Młodo wyglądający blondyn skinął głową i wstał. Chwycił dziewczynę za ramię niezbyt mocno popychając ją w stronę drzwi. Cała trójka opuściła drewnianą chatę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan obserwował dziewczynę z coraz większym zainteresowaniem. Przestała wyglądać na taką zastraszoną istotkę, jak w chwili kiedy weszła do chaty. Zauważył, że nie boi się siedzących przy stoliku drabów, a jedynie wysokiego mężczyzny z którym przyszła. Zastanawiało go kim on jest. Poruszał się zupełnie jak polujący kot. Do tego momentami tak szybko, że w oczach Chiredana jego ruchy czasem się wręcz rozmazywały. Nie był do końca pewien czy przypadkiem nie oberwał zbyt mocno w głowę.

W pewnym momencie dziewczyna wstała z leżącego na podłodze futra. Podeszła prosto do siedzących przy stoliku mężczyzn, po drodze jednak coś upuściła tuż za jego plecami. Spróbował wymacać przedmiot palcami. To był rozkładany nóż myśliwski. Prawie zawył z radości. Rozłożył go sprawnie, mimo skrępowanych nadgarstków i zaczął przepiłowywać krępujące go sznury, starając się przy tym nie poranić sobie rąk.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dziewczyna rozejrzała się po lesie. Nigdzie nie zauważyła swojego porywacza. Mężczyźni zaprowadzili ją do większego budynku, jedynego z kamienną podmurówką. Odetchnęła z ulgą kiedy zostawili ją samą. Skorzystała szybko z czystej, ładnie urządzonej łazienki przy okazji myjąc się starannie.

Kiedy wreszcie wyszła spotkał ją niecodzienny widok. Blondyn, który ją tu przyprowadził leżał nieprzytomny na drewnianej podłodze korytarza, drugi mężczyzna miał poderżnięte gardło. Nieopodal, oparty o ścianę, stał chłopak, który wcześniej leżał związany na podłodze drewnianej chaty. Trzymał w rękach karabin. Nigdy wcześniej nie podejrzewała, że mogłaby ucieszyć się na widok mężczyzny trzymającego w rękach M4. Wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.

– Zmywamy się stąd – powiedział i nie czekając na odpowiedź chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą na zewnątrz.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Podbiegli do stojącego przy drewnianych domkach dżipa. Był to jedyny, stojący w pobliżu samochód. Drzwi miał otwarte. Pospiesznie wsiedli do środka. Chłopak zajął fotel kierowcy. Pochylił się, otworzył przy pomocy noża stacyjkę i odpalił samochód. Mimo, że trwało to tylko kilka minut, dla dziewczyny czas wlekł się w nieskończoność. Serce biło jej jak oszalałe.

Kiedy tylko ruszyli, zobaczyła Szarookiego w towarzystwie mężczyzny, z którym wyszedł. Biegli w stronę dżipa. Z jednego z domków wyłonił się kolejny mężczyzna. Był bardzo blisko samochodu. Podniósł broń, wycelował i strzelił.

Szarooki stał się rozmazaną smugą. W jednej chwili z miejsca, w którym był, znalazł się pomiędzy strzelającym mężczyzną a samochodem. Potem, odrzucony siłą pocisku, upadł na ziemię. Na jego barku pojawiła się duża plama ciemnej krwi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan otrząsnął się z szoku i wcisnął gaz. Wyjechał na odśnieżoną, leśną drogę. Nikt więcej nie strzelał. To zdarzenie nie było możliwe. Nikt nie był w stanie się tak szybko poruszać. Chłopak zaczął się zastanawiać czy nie cierpi na jakiegoś rodzaju halucynacje. Dziewczyna siedziała obok niego w fotelu. Kurczowo zaciskała ręce na swoich kolanach.

Wyjechali z lasu i znaleźli się na zwykłej, asfaltowej drodze. Chiredan dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w samochodzie było bardzo zimno. Włączył ogrzewanie. Ani on, ani dziewczyna nie mieli na sobie kurtek. Czuł się wykończony i upiornie głodny. Zauważył zaschniętą krew na swoich poranionych sznurem nadgarstkach. Poplamiła mu bluzę. Wszystko w środku bolało go jak cholera. Zastanawiał się czy dowódca tych zbirów którymś z kopniaków nie połamał mu żeber. Życie było do bani, ale przynajmniej udało im się uciec.

Dziewczyna milczała. Chiredan dłuższą chwilę zbierał się w sobie, chciał coś powiedzieć, nie bardzo tylko wiedział jak zacząć rozmowę.

– Będziemy musieli zmienić samochód – oznajmił, żeby w ogóle się jakoś odezwać.

– Masz jakiś plan? – spytała. – Wiesz dokąd chcesz jechać?

Odrobinę speszony chłopak przecząco pokręcił głową.

– Po prostu nie chcę znowu dać się złapać.

– Ja też nie – przytaknęła mu dziewczyna. – Wydaje mi się, że najpierw powinniśmy zmyć z ciebie tą całą krew – powiedziała spokojnie. – Nie możesz się tak nigdzie pokazać.

– Zdaję sobie z tego sprawę – prychnął sarkastycznie. – Jakieś propozycje?

Zdziwił się, kiedy skinęła głową.

– Niedaleko stąd, przy granicy z następną prowincją jest miejsce w którym możemy się zatrzymać. To opuszczona farma, a raczej to co z niej zostało. Nie powinni o niej wiedzieć. Spędzimy tam noc, a rano możemy usiec do Stanów.

Spojrzał na nią jeszcze bardziej zaskoczony.

– Jest tylko pewien dość poważny problem… Zabrali mi dokumenty. Nie przekroczę granicy Kanady.

Uśmiechnęła się do niego niewinnie.

– Zostaw to mnie – odpowiedziała po prostu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Miejsce do którego przybyli przypominało Chiredanowi bardziej „to co z niej zostało” niż farmę jako taką. Z budynku gospodarczego zostały jedynie same osmalone fundamenty. Ślady po pożarze, który musiał wybuchnąć nie tak dawno temu. Chłopak nie miał pojęcia skąd ona wiedziała o tym miejscu, postanowił jednak nie zadawać zbędnych pytań. Chciał dowiedzieć się tylu różnych rzeczy…

Stodoła jednak była cała. Otworzyli szerokie, drewniane wrota i wjechali do niej dżipem, po czym starannie je zamknęli. W środku było dość chłodno, ale przynajmniej nie wiało. Przez kilka godzin jechali na południe, więc było odrobinę cieplej. W tej części kraju przynajmniej całej ziemi nie pokrywała gruba warstwa śniegu. Temperatura była bliższa raczej zeru.

– Poczekaj, zaraz wrócę – oznajmiła dziewczyna, kiedy wysiedli z samochodu.

Chiredan tylko wzruszył ramionami i zabrał się do przeszukiwania dżipa. Miał cichą nadzieję, że znajdzie może jakiś zapas benzyny, ponieważ bak był już prawie pusty. Z tyłu jednak leżała tylko zwinięta w rulon plandeka, linka holownicza, gaśnica i jakiś koc. Chłopak naciągnął płachtę na odsłonięty tył samochodu tworząc w ten sposób prowizoryczny namiot. Będą mogli się tutaj spokojnie przespać, o ile uda im się zasnąć przy takiej temperaturze. Sam jednak był na tyle wykończony i poobijany, że nie miał siły szukać czegokolwiek lepszego. Rozejrzał się po stodole w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się im przydać. Uśmiechnął się szeroko, kiedy wypatrzył znajdujące się na stryszku resztki siana.

Kończył właśnie wrzucanie siana na pakę dżipa, kiedy wróciła dziewczyna. Niosła ze sobą wiklinowy koszyk i puste wiadro.

– Przyniesiesz nam wody? – zapytała podając mu wiadro. – Po prawej stronie stodoły jest pompa, nie powinna być zamarznięta.

Skinął głową i wyszedł w chłodne, wieczorne powietrze.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy wrócił z pełnym wiadrem, dziewczyna przeglądała zawartość schowka w samochodzie. Wyciągnęła z niego dobrze zaopatrzoną apteczkę. Spojrzała na niego.

– Jeżeli zdejmiesz bluzę i usiądziesz tutaj, to pomogę ci zmyć tę krew. – Wskazała na niski, drewniany stołek.

– Jasne – posłuchał dziewczyny i podszedł tam gdzie chciała.

Kiedy się rozebrał, zamoczyła w zimnej wodzie gazę z apteczki. Zmyła mu z twarzy krew, która wypłynęła z rozciętej wargi, potem zajęła się jego rękoma i nadgarstkami. Przemyła je wodą utlenioną i delikatnie owinęła bandażem. Wzięła jego bluzę i wyprała zakrwawione rękawy w wiadrze. Przez cały ten czas chłopak siedział spokojnie i przyglądał się jej z zainteresowaniem. Najwyraźniej jednak wiedziała co robi. Rozwiesiła mokre ubranie na jednej z belek.

– Do rana powinna wyschnąć – oznajmiła. – Przynajmniej mam taką nadzieję.

– Chodź, schowamy się do samochodu, w samej koszulce jest mi jeszcze bardziej zimno – powiedział z bladym uśmiechem.

Zabrał z tylnego siedzenia karabin i zwinnie wdrapał się na tył samochodu. Składany nóż miał wepchnięty do tylnej kieszeni. Dziewczyna wzięła koszyk i poszła za nim.

– Głodny? – zapytała, podsuwając mu wypełniony jabłkami pojemnik.

– Umieram z głodu – przyznał sięgając po ładnie wyglądający owoc. – Skąd je masz?

– To było jedyne co znalazłam w piwniczce – przyznała sama również sięgając po jabłko.

– Jestem Chiredan Blair – zdecydował się w końcu przedstawić chłopak – a jak tobie na imię? Chyba, że chcesz, żebym zwracał się do ciebie per „dziewczyno”. – Uśmiechnął się do niej przekornie.

– Elysoun Bellis Miye Maes – przedstawiła się dziewczyna.

– Więc co tam robiłaś Stokrotko? – zapytał właściwie nie do końca licząc na odpowiedź.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dziewczyna uśmiechnęła się słysząc, że przetłumaczył sobie z łaciny jej drugie imię. Podobał jej się taki skrót. Spojrzała na niego swoimi dużymi, błękitnymi oczami. Podała mu drugie jabłko. Chłopak wgryzł się w owoc, czekając na odpowiedź. Przyjrzała mu się uważnie. Miał długie, związane z tyłu czarnym rzemieniem włosy. Były prawie tej samej barwy co jej własne. Jego oczy były żywo zielone i strasznie ją intrygowały. Przywodziły na myśl wiosenną trawę. Sam Chiredan był wysoki i bardzo szczupły. Budową ciała przypominał bardziej siatkarza niż atletę, widziała jednak na własne oczy, że sprawnie posługuje się nie tylko karabinem, ale i nożem. Jego aura przypominała ludzką, ale nie była ponuro szara, tylko jarzyła się jasnym, błękitnym światłem. W tym chłopaku zdecydowanie było coś dziwnego.

– Ścigali mnie od jakiegoś czasu – zdecydowała się w końcu odpowiedzieć dziewczyna. – Do tej pory zawsze myślałam, że po prostu chcą mnie zabić. Najwyraźniej jednak zmienili zdanie i jestem im do czegoś potrzebna. – Popatrzyła prosto w jego niesamowite szmaragdowe oczy. – Dziękuję, że po mnie przyszedłeś – powiedziała cicho.

– Uwolniłaś mnie, przecież nie mógłbym cię tam zostawić – stwierdził, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Na mnie też polują od dosyć dawna, pierwszy raz jednak udało im się mnie złapać. Stoczyliśmy kilka potyczek, zazwyczaj jednak to ja wychodziłem z nich żywy, a oni martwi. Tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia czego ode mnie chcą.

Zjedli resztę jabłek. Elysoun mimo ciepłej bluzy drżała z zimna. Chiredan ziewnął sennie.

– Chodź do mnie – powiedział i położył się na rozłożonej po podłodze grubej warstwie siana – będzie nam cieplej.

Dziewczyna przysunęła się, kładąc bardzo blisko chłopaka. Przykrył ich, znalezionym wcześniej, wełnianym kocem. Objął ją ramionami i przytulił do siebie. Przylgnęła do niego ufnie. Sama nie wiedziała dlaczego, ale przed oczami stanęła jej twarz szarookiego tropiciela. Chiredan ponownie ziewnął.

– Dobranoc Stokrotko – powiedział cicho, a oczy same mu się zamknęły i odpłynął w sen.

– Dobranoc – wyszeptała.

Po chwili także zasnęła z twarzą wtuloną w jego tors.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki obudził się w nieswoim łóżku. Leżał w kremowej, wełnianej pościeli. Przez klatkę piersiową przewiązany miał szeroki pas bandaży. Kiedy otworzył oczy zauważył niespokojnie chodzącego po pokoju w kółko Maevisa. Gdy tylko tamten zorientował się, że chłopak się obudził spojrzał na niego wściekłym wzrokiem.

– Ty idioto! Co ci odwaliło, żeby pakować się na linię strzału? Mógł cię zabić!

Szarooki zmierzył mężczyznę chłodnym spojrzeniem.

– Nie, nie mógł. Doskonale wiesz kim jestem. Za to mogło mu się udać zabić Elizę. To byłoby znacznie gorsze. – Przymknął oczy głęboko nabierając powietrza. – Bogowie – westchnął – gdzie ona jest? Przez tego kretyna, który strzelał, znów mi uciekła.

Maevis przyjrzał mu się uważnie.

– Kim jest ta dziewczyna, że znaczy na tyle dużo, żebyś przyjmował za nią kule? Jesteśmy przyjaciółmi Matthew, pamiętaj o tym – dodał, kiedy zauważył wahanie chłopaka.

Szarooki westchnął ponownie, ale zdecydował się odpowiedzieć.

– To Elysoun Maes – powiedział cicho – królewna ze Złotego Dworu, córka Władcy Demonów i moja ukochana. Jest też dzieckiem z proroctwa. Jeżeli będzie trzeba oddam za nią życie.

– Ukochana? – zadrwił mężczyzna. – Ucieka przed tobą ponieważ chcesz ją zmusić do małżeństwa?

Matthew popatrzył na niego wrogo.

– Jest pod wpływem zaklęcia. Wydaje się, że w ogóle nic nie pamięta.

Maevis nagle jakby sobie coś uświadomił. Zaczął siarczyście kląć.

– Co jest? – zapytał zaniepokojony Szarooki.

– Ten chłopak, którego złapaliśmy… to Chiredan Blair, wyklęty. Grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.

Matthew gwałtownie zerwał się z łóżka. Zakręciło mu się w głowie. W barku poczuł rozdzierający ból. Zachwiał się, nie przewrócił się jednak.

– Muszę ją jak najszybciej odnaleźć – syknął.

– Pomożemy ci – powiedział tamten uspakajająco. – Najpierw jednak myślę, że potrzebujemy jakiegoś czarodzieja, żeby uzdrowił twoje ramię.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun obudziła się nad ranem bardzo zziębnięta. Przeciągnęła się na sianie i usiadła. Chiredan ciągle spał. Nie była pewna, która jest godzina. Dotknęła zimną ręką policzka chłopaka. Natychmiast otworzył oczy.

– Brr, ale jesteś zimna – powiedział ciągle jeszcze zaspanym głosem.

Złapał jej ręce i schował między swoimi. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało.

– To może byśmy już tak pojechali? – zaproponowała. –  W dżipie jest ogrzewanie.

– Mam złą wiadomość. Jechać będziemy praktycznie na oparach paliwa. Potrzebujemy stacji benzynowej.

– Aha – odpowiedziała – jest wiele rzeczy, które by się nam przydały. Jakoś musimy sobie poradzić.

Zwinęli osłaniającą tył samochodu plandekę i zeskoczyli na ziemię. Otworzyli szerokie drzwi szopy. Chiredan wyglądał na bardzo niewyspanego. Naciągnął na siebie prawie suchą, oliwkowozieloną bluzę.

– Jestem głodny – mruknął, kiedy wsiedli do dżipa. – Nie zostało nam już nic z tych jabłek?

– Nie – odpowiedziała rozbawiona jego tonem. – Niestety wczoraj wszystkie zjedliśmy.

– Świetnie, dopisz jedzenie do listy naszych potrzeb. Najlepiej jeszcze przed benzyną.

– Już się robi – roześmiała się dziewczyna.

Odpalił silnik i włączył ogrzewanie. Ruszyli.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dojechali do Reginy, stolicy prowincji Saskatchewan. Było to piękne, położone nad jeziorem Wascana miasto. Chiredan zaparkował tuż nad wodą. W pobliżu nie kręcili się żadni ludzie.

– Poczekasz tutaj? – poprosił Elysoun.

Kiedy zgodziła się niechętnie zostawił dziewczynę w samochodzie. Wrócił po pół godzinie podjeżdżając na parking nowym Volkswagenem. W stacyjce samochodu tkwiły kluczyki. Wolała nie pytać skąd go wziął. Zauważyła, że chłopak ma na sobie czyste ubranie i ciepłą, wojskową kurtkę.

– Usiądź z tyłu – powiedział zabierając z dżipa M4. – W torbie masz jakieś ciuchy, będziesz mogła się przebrać. Lepiej się stąd szybko zmyjmy.

Elysoun posłuchała. Kiedy tylko wsiadła do samochodu, Chiredan ruszył. Dziewczyna przeszukała rzeczy. Znalazła długie bojówki w kolorze khaki, szarą koszulkę na ramiączkach i ciepłą, rozpinaną bluzę. Leżała tam też wojskowa kurtka. Wszystkie ubrania były mniej więcej w jej rozmiarze. Przebrała się na tyle sprawnie, na ile pozwoliło jej ograniczone miejsce.

– Przydałaby się jeszcze jakaś czysta bielizna – stwierdziła.

– Yyy, sorry, nie przyszło mi do głowy – powiedział lekko zakłopotany. – Kupimy na jakiejś stacji.

Zatrzymali się na dużym parkingu kilka kilometrów za miastem. W niewielkim sklepiku kupili potrzebne im rzeczy. Elysoun z przyjemnością odświeżyła się w małej, ale czystej i zadbanej toalecie. Kiedy wróciła do samochodu, Chiredan z apetytem wgryzał się w trójkątną kanapkę. Podał jej kubek z kawą.

– Skąd masz pieniądze? – spytała z ciekawości.

– Ukradłem – przyznał szczerze. – Razem z samochodem.

– Przecież będzie nas ścigała policja… – zaniepokoiła się dziewczyna.

– Niezbyt szybko, o ile w ogóle. Właściciel samochodu nie żyje, trochę czasu minie, zanim znajdą jego ciało.

– Zabiłeś jakiegoś niewinnego człowieka, żeby zdobyć samochód?! – Elysoun nie mieściło się to w głowie.

– Albo on, albo my – powiedział rzeczowo chłopak, nie patrząc na nią. – Po za tym nie był taki niewinny. Był handlarzem. W sklepie miał całkiem sporo białego proszku.

– Jakim znowu sklepie? Może opowiedz wszystko po kolei…

– Nie ma o czym mówić – stwierdził. – Nie mogłem przecież napaść kogoś na ulicy… Wszedłem do pustego sklepu militarnego. Znałem go z kilku ciekawych historyjek. Zabiłem właściciela, zabrałem mu dokumenty i kluczyki do auta. – Wzruszył ramionami. – Wziąłem też pieniądze i trochę ubrań. Niestety za mało. Nie starczy nam na drogę.

Dziewczyna jęknęła cicho. Wcale jej się to nie podobało. Ścigający ją Łowcy to jedno, ale morderstwo z zimną krwią to zupełnie inna sprawa. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć, ale nie powiedziała nic więcej. Chiredan miał co do jednego rację. Najważniejsze było, żeby przeżyć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Matthew był w bardzo złym humorze. Co prawda, po ranie od postrzału nie było już najmniejszego śladu, ale stracił przez to ponad dwa dni. Siedział na podłodze drewnianej chaty i drapał śnieżnego wilka za uszami.

– Co Snowy? Tęsknisz za swoją panią prawda? – zwrócił się poufale do zwierzęcia. – Ja też za nią tęsknie – powiedział cicho.

Przypomniał sobie uśmiech Elizy, kiedy podarował jej psiaka. Była wtedy taka szczęśliwa… Westchnął. To stało się prawie pół roku temu. Tyle wydarzyło się od tamtego czasu…

Jego rozmyślania przerwał Maevis. Wszedł do pokoju z telefonem komórkowym. Podał go opartemu o ścianę Szarookiemu. Chłopak spojrzał na niego pytająco.

– Devor dzwoni, a konkretniej jego dziewczyna. Na twoim miejscu bym odebrał. Nie sądziłem, że kobiety znają takie słowa.

– Cała Wika – westchnął Matthew i przyłożył słuchawkę do ucha.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki uznał, że odszedł już wystarczająco daleko od siedziby Łowców. Przyjaciele Elizy uznali, że dziewczyna będzie uciekała do USA. Prawdopodobnie mieli rację. Zresztą może zacząć od granicy równie dobrze, jak od każdego innego miejsca. Przestało działać zaklęcie rzucone na nich przez elfiego czarodzieja, a to bardzo osłabiło łączącą ich więź. Chłopak potrafił jedynie wyczuć grożące dziewczynie niebezpieczeństwo, ale kiedy królewną nie targały silne emocje, zwyczajnie nie potrafił jej odnaleźć.

Dookoła Matthew zawirowała srebrna mgła. Po chwili, na miejscu chłopaka, stał sporych rozmiarów wędrowny sokół. To była jego ulubiona postać, jaką przyjmował, żeby szybko pokonywać duże odległości. Do walki i polowań jednak zawsze wyruszał jako czarna pantera.

Rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Przyjaciele dziewczyny, a od kiedy ich poznał, także i jego przyjaciele, mieli przylecieć jak najszybciej z Polski do Stanów Zjednoczonych. Wiedział, że może na nich polegać. Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc Elizie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan dalej nie mógł uwierzyć, że tak zwyczajnie minęli granice. Celnik zapytał czy są Kanadyjczykami, podziękował im za okazanie dokumentów i kazał jechać dalej. Tyle, że oni nie pokazywali żadnych dokumentów… Właściwie to nic mu nie pokazywali. Zastanawiał się jakiej dziwnej sztuczki użyła dziewczyna i nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Była po prostu niesamowita!

– To dokąd teraz? – spytał.

– Może na początek Melbourne na Florydzie?

Uśmiechnął się do niej.

– Właściwie czemu nie… Z Dakoty to tylko jakieś trzy, cztery tysięce kilometrów. Podróż zajmie nam jakiś tydzień. I tak nie mam nic lepszego do roboty.

– Chiredan… ja mówiłam całkiem poważnie.

Wzruszył ramionami.

– Ja też. Tylko zatrzymajmy się w Rapid City, to załatwię nam paszporty i prawo jazdy. Nie ufam tej twojej dziwnej sztuczce… myślisz, że zadziałałaby na policjantów?

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze dziewczyna. – Nie byłam nawet pewna czy teraz zadziała.

– W takim razie potrzebne mi też pozwolenie na broń – westchnął. – Pewnie będę musiał pożegnać się z moim M4.

Elysoun uśmiechnęła się rozbawiona tą uwagą i żalem w głosie chłopaka.

– Trzeba było wstąpić do amerykańskiej armii. Tam takie rozdają każdemu.

– Myślałem o tym – przyznał szczerze. – Niestety przeszkodę stanowiła moja kryminalna przeszłość – wyszczerzył do dziewczyny zęby w uśmiechu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Po zmroku zatrzymali się pod lasem, przy sporej stacji benzynowej. Chiredan zasłonił tablice rejestracyjne. Z tylnego siedzenia wyciągnął pustą, czarną torbę, do której schował karabin i kominiarkę.

– Tylko nikogo nie zabijaj tak dla odmiany – jęknęła dziewczyna.

Spędzili długi dzień kłócąc się o to, jak zdobędą potrzebne im pieniądze. W końcu zwyciężył chłopak, wysuwając argumenty, że w ten sposób będzie najszybciej i najłatwiej, a do tego wbrew pozorom najbezpieczniej. W końcu musiała mu przyznać rację. Uciekali, żeby ratować życie.

– Nie martw się. Nie sprawia mi to przyjemności. – Podniósł wzrok znad torby, wbijając w dziewczynę spojrzenie niesamowitych szmaragdowych oczu. – Potrzebujemy tych pieniędzy, wiesz o tym.

– Uważaj na siebie – powiedziała cicho, w duchu przyznając mu rację.

– Jasne. Schowaj się.

Kiedy zniknął położyła się na tylnym siedzeniu. Jej serce przyspieszyło swój rytm. Bała się, że coś pójdzie nie tak. Chiredan był jej jedynym sojusznikiem, gdyby coś mu się stało, nie wiedziałaby co ma ze sobą zrobić. Nawet nie potrafiła prowadzić. Po za tym, wbrew swojemu rozsądkowi, naprawdę zdążyła polubić chłopaka.

Wrócił po kilkunastu wlokących się w nieskończoność minutach. Wypchaną pieniędzmi torbę rzucił na siedzenie pasażera. Ruszył z piskiem opon. Kiedy wyjechali na autostradę, ściągnął z głowy kominiarkę. Dziewczyna usiadła.

– Wszystko ok.?

– Pewnie, a co miałoby pójść nie tak? – uśmiechnął się do niej wesoło.

– Widzę, że masz wprawę w tego typu rzeczach – westchnęła.

– Owszem, mam – przyznał wcale nie zawstydzony chłopak.

Zatrzymał się na najbliższym zjeździe i odsłonił tablice. Potem ruszyli dalej.

– Chiredan… prowadziłeś cały dzień, może się gdzieś zatrzymamy?

– Jutro, najpierw potrzebne nam są dokumenty – powiedział poważnie. – Do Rapid City już wcale nie tak daleko. Będziemy tam rano. Zjemy coś, załatwimy papiery, a potem znajdziemy za miastem jakiś motel. Może prześpisz się z tyłu? – zaproponował.

– Dobrze, niech będzie po twojemu – zgodziła się niechętnie dziewczyna z powrotem kładąc się na kanapie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki leciał walcząc z instynktami drapieżnego ptaka. Bardzo ciężko było mu powstrzymać chęć polowania. W pewnym momencie poczuł falę strachu. Serce podeszło mu do gardła. Wiedział czyje to emocje. Po kilkunastu minutach Eliza się uspokoiła. Odetchnął z ulgą. Co prawda stracił z nią kontakt, ale teraz przynajmniej wiedział, gdzie powinien się kierować. Będzie musiał zadzwonić i poinformować o tym resztę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Załatwienie dokumentów nie sprawiło Chiredanowi najmniejszych problemów. Czekali na nie około dwóch godzin. W tym czasie spokojnie zjedli i zakupili trochę prowiantu na dalszą drogę. Elysoun uparła się też, żeby kupić jakieś ubrania na zmianę. Chłopak ziewał, wyraźnie wykończony całodobową jazdą.

– Dziewczyny są dziwne, nie sądzisz? – spytał, kiedy włóczyli się po kwadrans wcześniej otwartym centrum handlowym. – Bo mi coraz częściej wydaje się, że w ogóle nie znają słowa logika. Po co nam te wszystkie ciuchy?

– Znają – roześmiała się Elysoun. – Tylko w naszym słowniku jest ona tłumaczona bardziej pokrętnie niż u was.

– Akurat.

– Serio, musisz kiedyś tam zajrzeć. Nie przyszło ci do głowy, że na Florydzie będzie odrobinę cieplej niż tutaj?- uśmiechnęła się do niego uroczo.

– Świetnie – westchnął. – W takim razie koniecznie musimy kupić mi kąpielówki – stwierdził ironicznie.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała mu pogodnie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Trzy godziny później zatrzymali się przed dużym, białym budynkiem hotelu. Chłopak był tak wykończony, że Elysoun namówiła go do zatrzymania się w mieście. Dostali całkiem przyjemnie wyglądający podłużny pokój na czwartym piętrze. Przylegała do niego niewielka, schludnie urządzona łazienka. Chiredan od razu padł na jedno z dwóch szerokich, pokrytych bladoczerwoną narzutą w kwiaty łóżek. Prawie natychmiast zasnął.

Dziewczyna właściwie nie była specjalnie zmęczona, w końcu przespała się kilka godzin w samochodzie. Wzięła długi, gorący prysznic. Potem zastanawiała się czy nie włączyć niewielkiego telewizora, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Nie chciała obudzić wykończonego chłopaka. Włożyła na siebie czyste ubranie i wyszła z pokoju, cichutko zamykają za sobą drzwi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Słońce zbliżało się ku zachodowi. Chiredan obudził się w pierwszej chwili zdezorientowany. Nie wiedział gdzie jest. Potem, zupełnie nagle, przypomniał sobie wszystko. Cała senność natychmiast odpłynęła. Usiadł gwałtownie, szukając wzrokiem dziewczyny. Nie było jej w pokoju. Zaczął się niepokoić. Żałował, że nie kupili telefonów komórkowych.

Zastanawiał się właśnie, czy nie zacząć jej szukać, kiedy drzwi się otworzyły. Do pokoju weszła uśmiechnięta Elysoun. Wykąpana i z rozczesanymi włosami wyglądała zupełnie inaczej. Miała na sobie niebieskie, jasne jeansy i obcisły czarny top. Mimo tego, że był na nią zły, przyglądał jej się oniemiały. Już wcześniej uważał, że była bardzo ładna, ale teraz, uznał ją za prawdziwą piękność. W końcu oprzytomniał.

– Gdzie byłaś? – syknął wściekle. – Dlaczego poszłaś sama?

– Zwiedzałam hotel – stwierdziła zaskoczona jego gniewnym tonem. – Nie wzięłam cię ze sobą, ponieważ spałeś.

Podszedł do niej, jeszcze bardziej zły, ponieważ dziewczyna niczego nie rozumiała. Chwycił ją za ramiona i posadził na łóżku. Spojrzał na nią z góry.

– Czyś ty zwariowała? – warknął. – Nie wiesz jakie to niebezpieczne? Co byś zrobiła, gdyby któryś z nich się tutaj pojawił?

Wzruszyła ramionami.

– Poradziłabym sobie, tak jak robiłam to do tej pory – odparła lekko zdziwiona. – Po za tym nikogo tu nie spotkałam. Nudziłam się. Niby co miałam zrobić twoim zdaniem?

– Włączyć sobie telewizor, a potem przytulić się do mnie – oznajmił. – Szkoda, że tego nie zrobiłaś. Martwiłem się o ciebie.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.

– Najpierw musiałbyś wziąć prysznic – stwierdziła. – Po za tym mają tu basen, wiesz? Kupienie kąpielówek mogło być całkiem niezłym pomysłem.

– Zaraz wrócę – westchnął.

Wygrzebał z torby czyste ubranie i zniknął w drzwiach łazienki.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun siedziała na łóżku wpatrując się w drzwi łazienki. Zaskoczyło ją stwierdzenie chłopaka, że się o nią martwił. Nie przypominała sobie, żeby ktokolwiek kiedyś się nią przejmował. Dzieciństwo spędziła w Turris Ciconia, pałacu czarodziejek. Kiedy skończyła dwanaście lat musiała zacząć uciekać.

Była dzieckiem driady. Zgodnie z obowiązującymi w jej świecie zasadami, powinna zostać w lesie, wśród nimf. Tak się jednak z jakiegoś powodu nie stało. Nie była jedną z nich, nie mogła z nimi zamieszkać. Jako dziewczynka, nie należała jednak także do ojca. Za namową jej matki i sióstr zaopiekowały się nią czarodziejki z Białego Pałacu. Uczyły ją podstawowej wiedzy o magii i otaczającym je świecie.

Pewnego słonecznego dnia, pod Turris Ciconia przybył oddział wojska. Zażądał wydania im magicznego dziecka. Czarodziejki otworzyły dla niej portal do zewnętrznej krainy, świata zamieszkałego przez ludzi, w którym starożytni czarodzieje ograniczyli możliwość korzystania z magii. Ta mistyczna sztuka, została tu zastąpiona przez technikę. Od tej pory dziewczyna błąkała się między różnymi portalami, przebywając raz w jednym, raz w drugim świecie. Nauczyła się dbać sama o siebie, nikomu nie mogła zaufać. Za wszelką cenę starała się zdobyć wiedzę na temat istot cienia, świata, z którego pochodziła jej matka.

Portale były o tyle dobrze pomyślane, że prowadziły na różne kontynenty i do różnych miast. Zostały zaklęte tak, że przechodząca przez nie osoba, zdobywała całą wiedzę dotyczącą kultury i zwyczajów panujących w danym kraju. Posiadała też zdolność rozmawiania w języku, którym posługiwano się w danym państwie. Elysoun całe swoje życie spędziła uciekając.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wiedźma uśmiechnęła się zadowolona. Za swoje zbrodnie przeciwko Sojuszowi Zjednoczonych Królestw została zamknięta w wieży Białego Pałacu. Buntownicy zginęli, a ci którzy przeżyli poddali się składając broń. To jednak nie miało znaczenia. Vivien chciała tylko swojej zemsty.

Wkrótce po jej uwięzieniu w wieży, w jej surowym, pozbawionym wszelakich ozdób pokoju zmaterializował się zakapturzony starzec.

– Ciężko było pokonać ich magiczne bariery – westchnął.

Kobieta przyglądała mu się zdumiona. Nie zdawała sobie sprawy, że posiadał aż tak wielką moc.

– Buntownicy upadli – powiedziała cicho. – W czterech królestwach zapanuje pokój i nic nie możesz z tym zrobić.

– Owszem mogę – uśmiechnął się tajemniczo. – Potrzebuję tylko odrobiny twojej pomocy. Zresztą rebelianci nie mieli dla mnie żadnego znaczenia – roześmiał się chrapliwie. – Od zawszę służę bogini Morrigu, a jej jedynym pragnieniem jest chaos na świecie.

– Jak mam ci pomóc i co z tego będę miała? – spytała Vivien rzeczowo.

Znów się roześmiał.

– Swoją zemstę wiedźmo, swoją cenną zemstę.

Teraz wpatrywała się w wypełnioną wodą misę. Po jej czystej powierzchni przesuwały się obrazy. Widziała cierpienie na twarzy demona i to sprawiało jej radość. Nie sądziła, że ta mała jest taka sprytna. Uciekała im od prawie pół roku, a oni wciąż i wciąż nie mogli jej złapać. Królewna widziała w nich jedynie chcących ją skrzywdzić wrogów. Zabawa dopiero się zacznie, kiedy ją złapią. Chciała, żeby Matthew stracił wszelaką nadzieję.

Wcale nie musiała dużo mieszać, wystarczyło tylko, że usunęła dziewczynie wspomnienia z zewnętrznego świata. Nie pamiętała swojego brata, przyjaciółek, ani tym bardziej demona, w którym się zakochała. Zmienił się też charakter dziewczyny, ponieważ nie miało na niego wpływu wszystko to, co przeżyła mieszkając w zewnętrznym świecie i chodząc do normalnej, ludzkiej szkoły. Vivien była z siebie naprawdę dumna.

Na początku zdenerwowało ją, że do jej planów wtrącił się jakiś dziwny osobnik, ale potem uznała, że to nawet lepiej. Jeżeli coś ich połączy, demon będzie tylko jeszcze bardziej cierpiał.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan stał pod prysznicem. Zamiast ciepłej, odkręcił zimną wodę. Bardzo tego teraz potrzebował. Ta dziewczyna… Jej oczy zniewalały, uśmiech łamał opór, a lekki dotyk jej dłoni dopełniał dzieła zniszczenia. Przymknął oczy. Tak bardzo bał się, że stanie się jej jakaś krzywda. Jeszcze nigdy, w całym jego dwudziestoletnim życiu nie zdarzyło się, żeby się o kogoś naprawdę martwił.

Urodził się w Kanadzie, a przynajmniej tak mu się zdawało, ponieważ tam właśnie trafił do sierocińca. Jako dziecko chorował, więc nie adoptowała go żadna rodzina. Potem tułał się pomiędzy domami dziecka, a rodzinami zastępczymi, jednymi gorszymi od drugich. Miał tego pecha, że nigdy nie trafił na żadnych porządnych ludzi. W końcu miał dosyć bycia bitym i poniżanym. Uciekł. Przyjął go jeden z ulicznych gangów, ale i tam na długo nie zagrzał miejsca. Zaczęli go ścigać tajemniczy mężczyźni, nazywający siebie Łowcami. Usłyszał kiedyś, ze jest wyklętym. Nie miał pojęcia co to oznacza i dlaczego na niego polują. Wiedział tylko jedno – chcieli go zabić.

Umył się szybko i wyszedł spod prysznica. Wytarł ręcznikiem mokre włosy. Rozpuszczone sięgały mu poniżej łopatek. Zawijały się na nich drobne fale. Nie cierpiał tego. Wciągnął spodnie na ciągle jeszcze wilgotne ciało i wrócił do pokoju. Nie chciał zbyt długo zostawiać Elysoun samej.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dziewczyna leżała na łóżku. Podparta na łokciu czytała nudnawe kolorowe czasopismo. Podniosła wzrok, kiedy usłyszała, że otwierają się drzwi do łazienki. Zaparło jej dech na widok Chiredana. Wszedł do pokoju jedynie w samych spodniach. Po jego szczupłej budowie ciała, nigdy nie spodziewałaby się, że jest tak dobrze zbudowany. Jasne włosy opadały mu na ramiona, mokrymi kosmykami. Całości dopełniały niesamowite, zielone oczy. Po prostu nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, który sam cisnął się jej na usta.

Chłopak odwzajemnił uśmiech. Usiadł koło niej na łóżku.

– To jaki mamy plan? – spytała, żeby jakoś zacząć rozmowę.

– Nie jestem pewien. Zbliża się dziesiąta. Chyba zostaniemy tu na noc… Pojedziemy dalej rano. W końcu i tak nigdzie nam się nie spieszy.

– No tak, może oprócz tego, że pewnie nas już dawno szukają – odpowiedziała nie mogąc powstrzymać się od ironii w swoim głosie.

Wzruszył ramionami.

– Co za różnica gdzie będziemy? Równie dobrze mogą nas znaleźć tam jak i tutaj. Stokrotko… im nie da się uciec, wiesz o tym prawda? Prędzej czy później będę musiał po prostu zabić, tych którzy nas ścigają i wszystko zacznie się od nowa.

Westchnęła. Postanowiła zmienić temat.

– Więc co będziemy robić? Nie chce mi się jeszcze spać.

– Prawdę mówiąc nie wiem – położył się przy niej na łóżku. Podparł się na łokciu i patrzył na nią. – Może rzeczywiście szkoda, że nie kupiłem tych kąpielówek. Moglibyśmy popływać.

Dziewczyna położyła głowę na poduszce. Leżała na boku, ciągle odwrócona w stronę chłopaka.

– Boję się – przyznała cicho. – Uciekam prawie całe życie. Mam już dosyć.

– Nie pozwolę im cię skrzywdzić – powiedział chłopak kładąc się tuż przy niej. Mówił z jakąś dziwną determinacją w głosie. – Nigdy na to nie pozwolę.

Wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej policzka. Zamknęła oczy. Zbliżyła twarz do jego twarzy, usta do jego ust. Pocałował ją. Zachwycona odwzajemniła pocałunek. Miał takie miękkie i ciepłe wargi. Wplótł palce w jej złote włosy. Położyła dłoń na jego nagim, wilgotnym torsie. Drugą ręką przesunęła po jego ramieniu. Przyciągnął ją do siebie mocnym, stanowczym gestem. Poczuła się cudownie w jego ramionach.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun obudziła się wtulona w ramiona Chiredana. Chłopak nie spał. Wpatrywał się w nią oczarowany.

– Dzień dobry – uśmiechnęła się do niego. – Czemu tak na mnie patrzysz?

– Jesteś piękna – powiedział cicho. – Znasz historię o kwiecie paproci? – spytał. Niepewnie skinęła głową. – Legenda głosi, że ten kwiat jest najpiękniejszy i że nikt go nie dotknie. Ja myślę, że tych kwiatów musiałoby być kilka milionów, żeby dorównać tobie.

Dziewczyna poczuła motyle w brzuchu. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Pocałowała go delikatnie. Zamruczał cicho i odwzajemnił pocałunek. W tym momencie wszystkie problemy przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Mimo ambitnych planów wyjechać udało im się dopiero koło południa. Chiredan był w doskonałym humorze. Co chwila zerkał na siedzącą obok siebie dziewczynę. Nie mógł uwierzyć w to, że odwzajemniała jego uczucia. Właściwie to najchętniej nie wypuszczałby jej z objęć. Trudność sprawiało mu skupienie się na drodze, ponieważ wszystkie jego myśli wirowały tylko wokół niej.

Przyjaciele Elizy przylecieli do Stanów Zjednoczonych pierwszym możliwym samolotem. Sylwia nalegała na to, żeby udali się na Florydę, zamiast do jakiegoś stanu położonego przy granicy z Kanadą, twierdząc, że Eliza zawsze chciała tam pojechać. Była pewna, że dziewczyna wybierze jakieś ciepłe miejsce, bo to właśnie najbardziej lubiła.

Matthew spędził w powietrzu kolejny dzień. Co jakiś czas wyczuwał silniejsze emocje królewny, więc mniej więcej wiedział gdzie powinien się kierować. W jej uczuciach nie było strachu, mimo to czuł się coraz bardziej zaniepokojony.

Vivien była wniebowzięta. Jej cudowny plan działał lepiej niż przypuszczała. Martwiło ją tylko to, że Kendon, starzec z którym współpracowała, służy bogini chaosu, Morrigu. Wiedziała, jaką trzeba płacić cenę za boską pomoc.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szczelnie otulony płaszczem starzec wszedł do sporego, wysokiego pomieszczenia z ozdobionymi kolorowymi witrażami, dużymi oknami. Wszystkie przedstawiały sceny walk. Ruszył szerokim przejściem między kolumnami. Padł na kolana przed wysokim, czarnym tronem, czołem dotykając marmurowej posadzki.

– Pani, wzywałaś mnie – powiedział z pokorą w głosie.

Z tronu wstała niesamowitej urody kobieta. Miała czarne, sięgające pasa, proste włosy i mlecznobiałą skórę. Ubrana była w przepiękną, jedwabną, czerwoną suknię. Jej szyję i nadgarstki zdobiła delikatna, złota biżuteria.

– Coś ty zrobił kretynie?! – wrzasnęła, a jej głos był jak huragan. Wstrząsnął całym pomieszczeniem.

– Pani… – pisnął – ja…

– Doprowadziłeś nic nie warty idioto do spełnienia się proroctwa! – warknęła. – Popchnąłeś ją prosto w ramiona najmłodszego syna z Silva Magna. Teraz nie jest mi już do niczego potrzebna żywa. Musisz ją zabić. Wynoś się! – wrzasnęła, a fala mocy podniosła mężczyznę z ziemi i cisnęła nim o najbliższą kolumnę jak szmacianą lalką.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Podróż na Florydę zajęła im ponad trzy tygodnie. Postanowili sobie zwiedzić Stany Zjednoczone. Mimo grożącego im niebezpieczeństwa po drodze świetnie się bawili. Zatrzymywali się tam, gdzie mieli ochotę, spali w wygodnych zajazdach i po prostu czuli, że żyją. Z każdą chwilą coraz bardziej pragnęli swojego towarzystwa.

Mimo panującej zimy, na Florydzie było ponad piętnaście stopni. Nie była to pogoda na paradowanie po plaży w kostiumie kąpielowym, ale też nareszcie Elysoun przestała marznąć. Nienawidziła zimy. Po drodze zmienili zdanie co do miejsca docelowego swojej podróży. Uznali, że skoro i tak nie mają gdzie się wybrać, równie dobrze mogą zrobić sobie wakacje. Skręcili na wschodnie wybrzeże i zatrzymali się w małej, urokliwej miejscowości Lauderdale. Było to typowo turystyczne miasteczko. Taka miejscowość wypoczynkowa dla spragnionych słońca, plaży i widoków tropikalnej roślinności wczasowiczów. Było tam bezpiecznie i spokojnie, a wszystko czego potrzebowali znajdowało się w niewielkim dystansie pieszych spacerów.

Zatrzymali się w przyjemnym, ładnie urządzonym pensjonacie. Znajdował się tam niewielki, wyrafinowany, tropikalny ogród, będący namiastką ogrodu botanicznego. Hotel miał też swój własny zewnętrzny basen, który zdobiły artystyczne aranżacje muszli i korali. Piękna piaszczysta plaża znajdowała się dosłownie kilka kroków od pensjonatu.

Kiedy weszli do przytulnie urządzonego, pomalowanego na biało pokoju, Chiredan rzucił na ziemię torbę i usiadł na szerokim, nakrytym jasną kapą łóżku. Przyciągnął do siebie dziewczynę. Roześmiała się siadając mu na kolanach. Objął jej plecy ramionami, a potem namiętnie pocałował. Przewróciła go na miękką pościel, a sama usiadła na nim okrakiem. Jej długie włosy musnęły twarz chłopaka, kiedy się nad nim pochyliła. Zaśmiał się. Zrzucił ją z siebie, przewracając na plecy i zaczął łaskotać. Zwinęła się w kłębek śmiejąc niepohamowanie.

– Przestań – wydusiła z siebie walcząc z nadpływającymi salwami śmiechu.

– Taak? – zapytał – a co będę z tego miał?

– Zrobię co zechcesz, tylko już przestań – udało jej się z trudem powiedzieć.

Chiredan przestał ją łaskotać i pochylił się nad nią, całując delikatnie jej usta.

– Dobrze – wyszeptał jej do ucha – w takim razie kupimy ci spódniczkę z trawy. Widziałem takie w sklepie z pamiątkami.

– Jesteś niemożliwy – roześmiała się dziewczyna.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Devor siedział w miękkim fotelu trzymając na kolanach Wikę. Sylwia przycupnęła obok na rzeźbionym, drewnianym krześle. Na monitorze komputera oglądali film z zainstalowanej w hotelowym pokoju mini kamery.

– No to mamy problem – powiedziała zmartwionym głosem ruda czarownica.

– Aha i to poważniejszy niż nam się wydawało – przyznała siedząca na kolanach Łowcy długonoga blondynka.

– Tylko przypadkiem mu o tym nie mówcie. Już i tak ma dosyć zmartwień – westchnął smętnie mężczyzna.

– Gdzie by nie była, zawsze przygrucha sobie jakieś ciacho – powiedziała cicho Wika, jednocześnie z podziwem i przyganą w głosie.

– Cała ona – uśmiechnęła się Sylwia, jak zwykle próbując rozładować atmosferę. – Mogłaby kiedyś zostawić jakiegoś dla mnie.

– Ten tu jest całkiem, całkiem – przyznała blondynka. – Niezły przystojniak z niego. I jaki ma kształtny tyłeczek.

– Ej! – jęknął ostentacyjnie Devor – mówisz to siedząc swojemu mężczyźnie na kolanach!

Wika roześmiała się wesoło i bez najmniejszego śladu zawstydzenia pocałowała Łowcę w usta.

Od kilku dni zajmowali Penthouse w pięciogwiazdkowym hotelu na wschodnim wybrzeżu Florydy. Sylwia miała rację co do miejsca pobytu przyjaciółki. Zarówno Devor jak i ona odnowili swoje policyjne kontakty i szybko wyśledzili różnego rodzaju dziwne wydarzenia po drodze z Kanady na Florydę. Mocno zaskoczył ich napad na stację benzynową w Północnej Dakocie, ale wszystko zgadzało się z opisem. Wcześniej wyśledzili też ukradzionego Maevisowi i jego Łowcą dżipa. Poznali również dokładny rysopis Chiredana Blair.

Osobiście znaleźli ich dopiero kiedy mijali jezioro Okeechobee. Potem śledzenie uciekającej pary nie stanowiło już żadnego problemu. Dziewczyny były jednak bardzo zaskoczone, że Eliza zatrzymała się w tak małym miasteczku jak Lauderdale By The Sea, zamiast na przykład w Miami.

Przyjaciele doskonale wiedzieli jak niebezpieczny może okazać się Chiredan, dlatego ograniczyli się na razie do śledzenia ich oraz zainstalowania w wynajętym pokoju kamer. Kiedy Łowca pokazał odznakę FBI, właściciele niewielkiego pensjonatu okazali się bardzo chętnymi do współpracy, chcącymi przeżyć niezapomnianą przygodę, ludźmi. Wika i Sylwia bez problemu mogły śledzić Elizę, w końcu dziewczyna nie zdawała sobie sprawy, że kiedykolwiek je poznała.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dla Matthew był to bardzo smutny dzień. Minęło dokładnie pół roku od kiedy Eliza zaczęła przed nim uciekać. Spędzili wspólnie prawie rok. Przez większość czasu mieszkali w nadmorskiej willi Devora w Gdańsku. Królewna kończyła studia dziennikarskie, a on sam podjął pracę ochroniarza. Malutką wróżkę, którą od normalnej pięciolatki wyróżniał jedynie cięty humor, traktowali jakby była ich własną córką. Posłana do przedszkola Myo idealnie odnalazła się w towarzystwie innych dzieci. Od czasu do czasu odwiedzali także Zaginione Królestwo, gdzie prędzej czy później planowali zamieszkać na stałe.

Pewnego ponurego poranka obudził się z paskudnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Spanikowany rzucił się na poszukiwanie królewny, kiedy zdał sobie sprawę, że zniknęła łącząca ich więź. Potem poczuł jej strach. Zorientował się, że jego ukochana jest w jakimś bardzo odległym miejscu. Po długim poszukiwaniu odnalazł ją na wybrzeżu Irlandii. Nie poznała go, uciekała przed nim. Kiedy na niego patrzyła, w jej oczach widział tylko strach.

Szarooki był załamany, pierwszy raz w życiu nie miał pojęcia co robić. Zwrócił się o pomoc do Devora i przyjaciółek Elizy, a oni w całą sprawę wciągnęli Łowców, ze względów politycznych, nie zdradzając im jednak tożsamości dziewczyny. O całej dziwnej sprawie dowiedział się także Leldorin, elf z Wielkiego Lasu i jeden z najwybitniejszych żyjących czarodziei. Razem z Sylwią odkryli rzucone na królewnę zaklęcie. Nie potrafili jednak zdjąć z niej uroku. Była to misternie tkana sieć o niesamowitej mocy, nad którą pracować musiało wiele obdarzonych potężną magią istot. Urok nie pozbawił dziewczyny pamięci, a jedynie wymazał z niej wszystkie wspomnienia dotyczące zewnętrznego świata ludzi. Nie zdawała sobie sprawy z istnienia swojego domu, szkoły, przyjaciółek i brata. Nie pamiętała żadnych związanych z zewnętrznym światem wydarzeń.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Matthew siedział na schodach Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Pokrążony był w ponurych myślach. Zgubił ślad królewny mniej więcej w Missouri. Zastanawiał się, czemu zniknęła łącząca ich magiczna więź. Sylwia próbowała mu wytłumaczyć, że rytuał, który przeprowadził dla nich czarodziej Leldorin, był świadomym wyborem, przysięgą podlegającą prawom magii, a nie niezależnym zaklęciem. Kiedy więc Eliza straciła wszystkie wspomnienia dotyczące zewnętrznego świata, stało się tak, jakby nigdy świadomie przysięgi nie składała. Nie mogła przecież brać udziału w czymś, z czego istnienia nie zdawała sobie nawet sprawy. Tak więc rytuał po prostu przestał obowiązywać. Szarooki tego nie rozumiał. Właściwie to już niczego nie rozumiał. Chciał tylko odzyskać Elizę.

W pewnym momencie usłyszał muzykę, którą ustawił jako dźwięk dzwonka w telefonie. Wyciągnął z kieszeni komórkę i ze smętnym westchnieniem odebrał połączenie od Sylwii.

– Znaleźliśmy ją – powiedziała czarownica, starając się wykrzesać z siebie chociaż odrobinę zwykłego u niej entuzjazmu.

Po tym co widziała nie potrafiła się jednak na to zdobyć, rozmawiając z Matthew.

– Gdzie jesteście? – spytał chłopak, który był zbyt zaaferowany tym co usłyszał, żeby zwrócić uwagę na ton dziewczyny.

Zalała go nowa fala nadziei na odzyskanie ukochanej.

– Na Florydzie, w niewielkim miasteczku Lauderdale By The Sea, tuż przy Fort Lauderdale. Ile czasu zajmie ci dotarcie do nas?

– Będę tam jeszcze dzisiaj – powiedział rozłączając się.

Schował telefon do kieszeni i nie zwracając uwagi na to, że ulicą chodzą ludzie rozpoczął przemianę. Chwilę później leciał wysoko pod chmurami kierując się w stronę wschodniego wybrzeża Florydy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun siedziała roześmiana na ławce przy drewnianym stoliku. Chiredan delikatnie dotknął jej dłoni. Włożyła mu do buzi kolejną frytkę. Znajdowali się w położonym przy plaży, niewielkim barze. Czekali na zamówione long drinki. Po pewnym czasie podeszła do nich kelnerka niosąc na tacy kolorowe napoje z parasolkami. Dziewczyna była uroczą drobną istotą o jasnych, zielonych oczach i burzy rudych loków. Chłopak obejrzał się za nią kiedy odchodziła.

– Ej! – Elysoun kopnęła go pod stołem.

– No co ? – uśmiechnął się do niej. – Ładna była.

– I co z tego? Czy to powód, żeby się na nią gapić?

– Jesteś zazdrosna? – wyszczerzył do niej białe zęby.

– A jeżeli tak, to co?

Roześmiał się obejmując towarzyszkę ramieniem.

– Nie masz o co – powiedział cicho, całując ją tuż przy uchu. – Nie istnieje piękniejsza dziewczyna od ciebie Stokrotko.

Mruknęła usatysfakcjonowana kładąc mu głowę na ramieniu. Zjedli do końca frytki, wypili otrzymane drinki i trzymając się za ręce wybrali na romantyczny spacer po plaży.

W pewnym momencie Elysoun poczuła, że kręci jej się w głowie. Potem przed oczami zobaczyła jasne światło. Osunęła się bezwładnie w ramiona Chiredana.

– Stokroto, co ci jest? – spytał spanikowany, delikatnie potrząsając ją za ramiona.

Po chwili jednak chłopak także przewrócił się na piasek, nie wypuszczając jednak dziewczyny z objęć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan ocknął się z mocnym bólem głowy. Zdał sobie sprawę, że jest związany. Leżał na dywanie w jakimś pokoju. Otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyglądało na drogi, hotelowy apartament. Nagle zaczęły do niego docierać także dźwięki.

– Co z nim zrobimy? – usłyszał kobiecy głos.

– Cholera wie, ale zabrałabym go sprzed oczu Matthew, zanim tu dotrze, bo może się zrobić nieprzyjemnie – odpowiedziała druga dziewczyna.

Spojrzał w stronę skąd docierały głosy. Przy dużym, balkonowym oknie stały dwie dziewczyny. Jedna była smukłą, przypominającą modelkę blondynką, w drugiej rozpoznał uroczą, rudą kelnerkę z baru. Musiała im coś dosypać do napojów. Przeklął się w duchu za nieostrożność. Rozejrzał się po pokoju szukając Elysoun, nigdzie jej jednak nie było.

– O, obudził się wreszcie – powiedziała blondynka przyglądając mu się uważnie. – Słuchaj przystojniaku – zwróciła się bezpośrednio do niego. – Jeżeli nie będziesz sprawiał problemów, to nic ci nie zrobimy. Zależy nam tylko na naszej przyjaciółce.

Chiredan zmierzył ją groźnym wzrokiem. Opanował się jednak. Musiał dowiedzieć się, co stało się Stokrotce.

– Gdzie jest moja towarzyszka? – spytał. – Nic jej nie jest?

Ruda pokręciła głową.

– Jeszcze śpi. Jest w sypialni, razem ze swoim bratem. Chcemy jej pomóc, nie zamierzamy jej skrzywdzić.

– Więc nas wypuście, skoro nie chcecie jej zaszkodzić – syknął. – Nie zdajecie sobie nawet sprawy, jakie grozi nam niebezpieczeństwo.

– Jedynym niebezpieczeństwem jesteś w tym wszystkim ty – oznajmiła spokojnym głosem blondynka.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Devor siedział wygodnie rozparty w wysokim fotelu. Przyglądał się śpiącej dziewczynie. Nie mógł zrozumieć czemu to właśnie w ich życiu co chwila coś się plącze. Obudziła się i rozejrzała po pokoju zaspanym wzrokiem. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim. Zobaczył, że zesztywniała. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku. W jej oczach widział strach. Nie poznawał królewny. Była zupełnie inna od tej odważnej, wygadanej dziewczyny, którą spotkał półtora roku wcześniej. Najwyraźniej wspomnienia ze świata ludzi miały duży wpływ na jej psychikę i charakter. Teraz wyglądała na zdeterminowane, ale jednocześnie ciche i spłoszone stworzenie.

– Cześć – odezwał się do niej najspokojniej jak potrafił. – Nic ci nie jest?

Niepewnie pokręciła głową. Milczała. Łowca stwierdził, że to po prostu coś niesamowitego. Kiedy schwytał ją po raz pierwszy od razu się z nim pokłóciła, potem go okradła i uciekła. Teraz bała się wydusić z siebie choćby jedno słowo.

– Gdzie jest Chiredan? – odważyła się w końcu zapytać. – Co mu zrobiliście?

Devor wstał z fotela. Podszedł do niej. Natychmiast zerwała się z pościeli i odsunęła w róg łóżka. Westchnął.

– Nic mu nie jest. Dziewczyny pilnują go w drugim pokoju.

Nie wierzyła mu. Widział to w jej oczach.

– Jeżeli chcesz, sama możesz sprawdzić – powiedział cicho. – Tylko musisz mi pozwolić do siebie podejść, bo nie sądzę, żebyś dała radę wstać o własnych siłach. Po ziołach, które podała ci Sylwia, będzie ci się jeszcze przez jakiś czas kręciło w głowie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki wylądował na balkonie. Na powrót przyjął swoją ludzką postać. Wpadł do pokoju hotelowego jak burza. Rozejrzał się po apartamencie. Obrzucił Sylwię i Wikę groźnym spojrzeniem, nie chciał, żeby się wtrącały. Podszedł bezpośrednio do osłabionego trucizną czarownicy, związanego Chiredana. Podniósł go do góry i rzucił nim o ścianę. Roznosiła go wściekłość. Podszedł do niego. Zamierzał go uderzyć. Dopiero wtedy zauważył stojącą w drzwiach pokoju złotowłosą dziewczynę. Patrzyła na niego szeroko otwartymi chabrowymi oczami. W jej spojrzeniu czaił się strach. Rzuciła się przez pokój. Uklęknęła na dywanie zasłaniając sobą leżącego na podłodze chłopaka. Spojrzała Matthew prosto w oczy.

– Nie, błagam – wyszeptała rozpaczliwie.

Szarooki oprzytomniał. Jego złość odpłynęła. Zastąpiły ją silniejsze niż kiedykolwiek dotąd żal i gorycz. Devor podszedł do niego. Położył mu rękę na ramieniu.

– Zostaw go – powiedział cicho.

– Niby dlaczego? – syknął. – To przecież wyklęty.

– Chciałabym ci przypomnieć, że ty jesteś demonem – powiedziała Sylwia podchodząc do niego.

– To co innego – warknął do niej.

– Tak, a niby jaka to różnica? – spytała z nutka drwiny w głosie. – Skąd wiesz, że o nich nie krążą takie same brednie jak o tobie?

Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem, ale potem jego uwagę przyciągnęła Eliza. Kiedy się odezwała wszyscy spojrzeli bezpośrednio na nią.

– Wyklęty? – zapytała cicho dziewczyna. – Więc to dlatego go ścigacie?

– To nie my go ścigamy – burknęła Wika. – Nam chodzi tylko o ciebie.

– Ale masz rację – dodał Devor. – To dlatego Łowcy go ścigają. Prawdopodobnie chcą go zabić z tego powodu.

– Świetnie – mruknął słabym głosem leżący na podłodze, poobijany Chiredan. – To może do cholery ktoś mi wreszcie wytłumaczy co to słowo właściwie oznacza.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun odwróciła się słysząc głos leżącego na podłodze chłopaka. Delikatnie dotknęła jego policzka. Odgarnęła mu włosy z twarzy.

– Nic ci nie jest? – spytała ignorując pytanie, które zadał.

– Na razie jakoś jeszcze żyję – uśmiechnął się do niej blado.

Czyjaś silna ręka odciągnęło ją do tyłu. Próbowała się wyrwać, bezskutecznie.

– Trzymajcie ją od niego z daleka – warknął Szarooki popychając ją niezbyt mocno w stronę stojących obok dziewczyn. – Uciekli Łowcom. Nie chcę, żeby znowu nam zwiali.

Wika chwyciła królewnę za ramię i posadziła na szerokiej kanapie. Devor podszedł do Chiredana i uwolnił mu nogi. Potem pomógł chłopakowi usiąść, jednak ręce zostawił mu skrępowane za plecami. Matthew stanął oparty o ścianę przy drzwiach na korytarz. Sylwia przycupnęła na niskiej, miękkiej pufie.

– Dobrze – powiedziała blondynka – zaczniemy od początku.

– Po pierwsze Chiredanie Blair – odezwał się do chłopaka Devor – jesteś wyklętym i nic na to nie poradzisz. To oznacza wyrok śmierci. Wyklęty to dziecko spłodzone podstępem, przy użyciu magii. Twoja matka była wiedźmą, prawdopodobnie wysnutą z wszelkiej moralności, skoro użyła tego typu podstępu… – chłopak szarpnął się wściekle na te słowa obrzucając Łowcę nienawistnym spojrzeniem, tamten jednak kontynuował bezlitośnie. – Uwiodła przy pomocy zaklęć twojego ojca i spłodzili ciebie. Z pewnością musiała mieć w tym jakiś cel, którego niestety nie znamy. Skoro jednak tak zawzięcie szukają cię Łowcy, oznacza to, że twój ojciec jest kimś wysoko postawionym i stanowisz dla niego poważny problem. – Spojrzał chłopakowi w oczy. – Takie dzieci rodzą się złe. To socjopaci. Nie mają sumienia. Kiedy dorastają, ich jedynymi celami są własne dobro i chaos.

– Wyście wszyscy powariowali – syknął Chiredan. – Jaka do cholery wiedźma? Czy wy jesteście jakąś sektą? Wypuśćcie nas!

– Matthew, szybciej będzie jak mu pokażesz – stwierdziła Sylwia, patrząc na Szarookiego. – On chyba nie zdaje sobie sprawy z istnienia magii…

Mężczyzna westchnął, ale spokojnym krokiem wyszedł na środek pokoju. Dookoła niego zawirowała srebrna mgła. Na miejscu Szarookiego pojawiła się wspaniała, czarna pantera. Chiredan rozszerzył ze zdumienia szmaragdowe oczy.

– Co to za sztuczka? –  spytał drżącym głosem.

Pantera przykucnęła i skoczyła. Przewróciła chłopaka na ziemię. Warknęła na niego.

– Teraz już wierzysz? – spytał cicho Devor.

Drapieżny kot odsunął się od niego. Srebrna mgła zawirowała w pokoju, a na miejscu zwierzęcia znowu stał Szarooki. Chiredan z trudem przełknął ślinę. Spojrzał pytająco na Elysoun.

– Oni mówią prawdę – przyznała cicho – to znaczy magia istnieje, a ty jesteś wyklętym. Cały czas widziałam w tobie coś innego… nie wiedziałam tylko co to… Nie mają jednak racji co do wszystkiego. Ty nie jesteś zły.

Chłopak spuścił wzrok. Patrzył teraz w podłogę.

– Świetnie – ucieszyła się Wika – skoro już to załatwiliśmy, to przejdźmy do ciebie – uśmiechnęła się poufale do królewny. – Masz na imię Eliza. Jesteś córką driady, wnuczką króla Ardaniena…

– Wiem kim jestem – weszła jej w słowo dziewczyna. – I mam na imię Elysoun, nie Eliza. Czego ode mnie chcecie?

– Mi pozwól – wtrąciła się Sylwia przesiadając się z pufy na kanapę. Uśmiechnęła się do królewny przyjaźnie. – Masz na imię Elysoun, ale byłyśmy przyjaciółkami, w tym świecie używałaś imienia Eliza, a my mówiłyśmy do ciebie Liska.

– Liska? – dziewczyna obrzuciła ją nieufnym spojrzeniem.

– Aha – przytaknęła – wymyślił to mój młodszy brat Kamil, jest zmiennokształtnym. – Ja mam na imię Sylwia i jestem czarownicą, ta blondynka to Wika, lubi się bić. Ćwiczyła karate i aikido. Ten postawny blondyn – kontynuowała – to twój starszy brat, chłopak Wiki. Ma na imię Devor. – Eliza spojrzała niedowierzająco przyglądając się przystojnemu mężczyźnie. – A tamten przystojniak, to Matthew, jest demonem i twoim…

– Przyjacielem – wszedł jej w słowo Szarooki, patrząc groźnie na rudą czarownicę. – Byłem też twoim strażnikiem, ale zaklęcie które rzucono na ciebie, żebyś straciła pamięć przerwało łączącą nas więź.

– Nie przerwało – wtrąciła Sylwia – tylko unieważniło.

– Co za różnica – westchnął. – Ważne, że zniknęła. Mimo to dalej mam zamiar cię pilnować.

Królewna rozejrzała się po zebranych w pokoju osobach. Jej wzrok spoczął na Chiredanie. Chłopak wyraźnie miał kłopoty ze strawieniem zasłyszanych informacji.

– Jeżeli, tak jak twierdzicie, jesteście moimi przyjaciółmi – odezwała się cicho – to nas wypuśćcie… albo przynajmniej pozwólcie odejść jemu…

– Pewnie – roześmiał się Szarooki. – Wypuścimy go, a potem wróci do nas z kałasznikowem? Jeszcze jakieś życzenia?

– Nie martw się – odezwała się Sylwia – nikt go nie skrzywdzi.

– Mów za siebie – sprostował Devor. – Mam obowiązek oddać go Łowcom. Ciebie też nie możemy wypuścić. – Zwrócił się do Elysoun. – Grozi ci niebezpieczeństwo, zwłaszcza w jego towarzystwie.

– Nikomu go nie oddasz – powiedział cicho Szarooki. Jego ton był chłodny i stanowczy. – Nie jesteś już Łowcom. Zostałeś królem, pamiętasz? Ten chłopak to nie twoja sprawa. Zresztą najwyraźniej Eliza mu ufa, a ja ufam jej. Zapomniałeś już, że widzi aury? Gdyby miał złe zamiary już dawno by to wyczuła. – Spojrzał uważnie na dziewczynę. – Tak długo, jak długo nie będziecie próbowali się z nami bawić, twój przyjaciel może zostać tutaj. Nic mu z naszej strony nie grozi. Tobie też nie, ale gwarantuje ci, ze zostaniesz z nami, nawet jeżeli będziemy musieli cię trzymać związaną w piwnicy. Czy będzie przyjemnie czy nie, zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan siedział na dywanie opierając się plecami o ścianę. Krępujące go więzy boleśnie wpijały mu się w nadgarstki, nie były jednak tak mocno zaciśnięte jak przez Łowców. Kiedy tylko zostawili Elysoun w spokoju, ta natychmiast podeszła do niego. Uklęknęła przy nim.

– Wszystko w porządku? – spytała cicho.

Wika, Sylwia i Devor przenieśli się dyskutować do drugiego pokoju, Szarooki jednak nadal znajdował się przy drzwiach. Dziewczyna nie wiedziała co o nim myśleć, ale to właśnie on powiedział, że nie skrzywdzą Chiredana. Po za tym to, że był demonem najwyraźniej dla całej reszty nie miało najmniejszego znaczenia.

– Trochę za dużo rewelacji jak na jeden dzień – uśmiechnął się smutno. – Sam już nie wiem co mam myśleć i w co wierzyć. Ty też jesteś czarodziejką? – spytał.

Uśmiechnęła się do niego ciepło.

– Nie, ja po prostu jestem córką leśnej nimfy. To nie naturalne w ich świecie, tak samo jak twoje pochodzenie. Wydaje mi się, że ich nienawiść wiąże się z czymś takim, jak tutaj rasizm – wyznała szczerze. – Czasami potrafię coś zrobić, jak ta sztuczka z celnikiem, ale nie zawsze świadome działania mi się udają.

– Ufasz im Stokrotko? – spytał cicho, mając na myśli osoby podające się za jej przyjaciół.

– Nie wiem – powiedziała szczerze. – W każdym razie jeszcze nas nie zabili, a to już coś.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki siedział pod drzwiami. Jego twarz była nic nie wyrażającą maską, w środku jednak targała nim burza uczuć. Cholernie nie podobał mu się sposób w jaki Eliza patrzyła na Chiredana, ale wiedział, że w tym momencie nic nie może zrobić. Jedynym sposobem na zdobycie zaufania dziewczyny, było chronienie chłopaka.

Wstał z podłogi i podszedł do nich niechętnie. Dziewczyna spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Chiredan miał zrezygnowaną minę.

– Rozwiążę cię – powiedział do niego Matthew – ale jeżeli czegoś spróbujesz, będziesz tego później gorzko żałował.

Wyciągnął zza pasa nóż i przeciął więzy na nadgarstkach chłopaka. Tamten natychmiast się na niego rzucił. Było widać, że potrafi walczyć. Szarooki prychnął. Udało mu się znaleźć łatwy sposób, żeby chociaż częściowo móc rozładować swój gniew, jednocześnie nie zrażając do siebie bardziej Elizy.

Chwycił chłopaka za ramię, wykręcając mu rękę do tyłu. Unieruchomił go bez problemu. Potem uderzył go w brzuch. Miał ochotę mu porządnie przyłożyć. Spojrzał w przerażone oczy królewny. Zobaczył jak się skuliła. Puścił Chiredana.

– Nie wiem czy słyszałeś – powiedział cicho, ponurym głosem. – Jestem demonem, a to znaczy, że jestem od ciebie znacznie silniejszy. W uczciwej walce nie masz ze mną najmniejszych szans.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan czuł się zagubiony. Nigdy jeszcze nie był w tak dziwacznej i zagmatwanej sytuacji. Przywykł do tego, że jego wrogowie są śmiertelnie niebezpieczni, ale zazwyczaj przynajmniej byli ludźmi. Pewien był tylko jednej rzeczy. Nie ważne, kim ona była… wiedźmą, wilkołakiem, wampirem, driadą czy czymkolwiek innym. Nikomu nie pozwoli jej skrzywdzić.

Kiedy tylko demon wrócił na miejsce przy drzwiach, przysunął się do dziewczyny. Objął ją ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie. Drżała.

– Nie bój się – wyszeptał. – Wszystko będzie dobrze. Jakoś sobie poradzimy.

Do pokoju wrócili pozostali. Devor wyglądał na zrezygnowanego. Usiadł na kanapie. Idąca za nim Wika wtuliła się w ramię Łowcy. Mężczyzna popatrzył na Elizę i Chiredana.

– Czemu go rozwiązałeś? – syknął do Szarookiego.

– Bo to i tak nie ma znaczenia – wzruszył ramionami chłopak. – Nie ma z nami szans i musi to zrozumieć. Chcę, żeby wiedział, że lepiej od niego ochronimy Elizę.

Sylwia podeszła do siedzącej na podłodze królewny. Ukucnęła przy niej. Elysoun popatrzyła na nią nieufnie i tylko bardziej wtuliła się w Chiredana.

– Chodź ze mną – powiedziała łagodnie ruda czarownica. – Umyjesz się i przebierzesz. Potem będziesz mogła coś zjeść i się przespać.

– Idź z nią – szepnął do dziewczyny Chiredan.

Niechętnie wstała i poszła za Sylwią. Wika zadzwoniła do recepcji zamawiając dla nich kolację. Chiredan poczuł się okropnie głodny. Był ciekaw czy jego też nakarmią. Zdziwił się, kiedy dziewczyna postawiła przed nim wypełniony po brzegi talerz. Uważali go za śmiertelnie niebezpieczną osobę, był ich więźniem, a jednocześnie nie traktowali go jak jeńca. Nawet jeżeli mówili prawdę i rzeczywiście byli przyjaciółmi jego Stokrotki, to i tak nie miał pojęcia, gdzie w tym wszystkim jest jego miejsce.

Dziewczyny wróciły po kilkunastu minutach. Elysoun miała na sobie bawełnianą koszulkę nocną, a na niej narzuconą za dużą męską koszulę. Chiredan uznał, że wygląda cholerniie seksownie.

– Dobra, nakarmcie ją. Teraz my z nim pójdziemy – stwierdził Devor uśmiechając się nieznacznie do Szarookiego.

Chłopaka naszły bardzo złe przeczucia. Okazało się, że nie był w błędzie. Gdy tylko znaleźli się w łazience, Łowca włączył wodę. Chciał w ten sposób zagłuszyć to co będą robili. Potem pchnął Chiredana na wyłożoną kafelkami podłogę.

– Jeżeli skrzywdzisz moją siostrę – warknął – to przyrzekam ci, że twoja śmierć nie będzie należała do szybkich.

Szarooki stał przy drzwiach. Przyglądał się całej scenie. Chiredan nie wytrzymał. Zerwał się z podłogi i rzucił na Łowcę. Wtedy dopiero Matthew interweniował. Odciągnął szamoczącego się chłopaka. Podciął mu nogi i popchnął, tak, że tamten wylądował w kabinie prysznicowej. Wstał chwiejnie. Nie zdążył się do końca wyprostować, kiedy nadszedł cios od Devora. Mężczyzna z całej siły uderzył go pięścią w brzuch. Chłopak zwinął się na podłodze brodzika. Jego ubranie moczyła lecąca z prysznica woda. Zamknął oczy. Na jego ciało spadały mocne kopniaki. To nie miało znaczenia. Miał tylko nadzieję, że chociaż częściowo mówili prawdę i Stokrotka jest z nimi bezpieczna.

– Devor, wystarczy mu już – usłyszał uspakajający głos Szarookiego.

Łowca rzucił demonowi wściekłe spojrzenie, ale posłuchał.

– Przyniosę mu jakieś ubranie – syknął i wyszedł z pomieszczenia.

Chiredan jęknął z bólu próbując się podnieść. Zdziwił się, kiedy Matthew przyszedł mu z pomocą.

– Weź prysznic – rozkazał mu spokojnie. – Tylko tym razem bez ubrania.

Chłopak posłuchał. Nie miał ochoty bardziej oberwać. Musiał być sprawny, inaczej na nic nie przyda się dziewczynie. Po kilku minutach wrócił Devor. Rzucił na szafkę czyste ubranie i znowu wyszedł. Chiredan wytarł się i niechętnie włożył przyniesione rzeczy. Były na niego za luźne. W między czasie zdarzył obejrzeć się w lustrze. Całe jego ciało pokrywały różnobarwne siniaki. Zagryzł zęby.

Wrócili do pokoju. Chiredan podszedł od razu do siedzącej na kanapie Elysoun. Bał się, że ich rozdzielą. Dziewczyna kończyła pić herbatę. Podała mu ze stolika pełen kubek. Wypił go duszkiem. Uśmiechnęła się do niego blado.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Penthouse dzielił się na mały salonik, dwie sypialnie, sporą łazienkę i niewielkie pomieszczenie z jacuzzi.

– Dobra to co robimy ze spaniem? – spytała Wika. – My zabieramy Elizę, a wy chłopaka?

– Nie! – wyrwało się przestraszonej królewnie. Spojrzała błagalnie na Szarookiego. – Proszę, nie pozwól im nas rozdzielić.

Miała nadzieję, że i tym razem się za nią wstawi. W końcu nie skrzywdził jej, kiedy byli razem w Kanadzie. Nie rozumiała jego motywów, ale mimo tego, że budził w niej lęk, powoli zaczynała mu ufać. Matthew westchnął ciężko.

– Zabiorę ich do sypialni. Będziemy się przy nich zmieniać z Devorem. Wy się wyśpijcie dziewczyny.

Tamci zgodzili się niechętnie. Elysoun i Chiredan poszli za demonem do jednej z sypialni. Szarooki usiadł pod ścianą. Dziewczyna położyła się na łóżku. Chłopak przytulił ją do siebie. Nakrył ich kołdrą. Jego organizm źle znosił zioła, które czarownica dosypała im do drinków. Był wykończony, do tego jeszcze całe ciało go bolało, po zabawie, która urządził sobie w łazience Łowca. Leżał chwilę tuląc do siebie ciągle przestraszoną dziewczynę. Delikatnie gładził jej złote włosy. Po kilkunastu minutach po prostu zasnął.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki patrzył na leżącą na łóżku parę. Ten widok sprawiał mu ból. Zdziwił się, kiedy w pewnym momencie dziewczyna zsunęła się z materaca i podeszła do niego. Usiadła przy nim na podłodze.

– Co się stało? – mruknął cicho.

– Zastanawiałam się… – powiedziała niepewnie, jej głos był cichy i drżący.

– Nie bój się mnie – szepnął. – Nie masz powodów, już ci mówiłem.

Dziewczyna głęboko zaczerpnęła powietrza.

– Martwię się o wilka – powiedziała w końcu.

Matthew uśmiechnął się do niej łagodnie.

– Nic mu nie jest. Zaopiekowałem się nim. Został z Maevisem, tak jak reszta moich psów. Nic mu nie będzie. Jest w dobrych rękach.

– Dziękuję – powiedziała patrząc mu w oczy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredana w środku nocy obudził straszliwy ból. Skulił się na łóżku odsuwając od leżącej przy nim dziewczyny. Z trudem oddychał. Zaczął kaszleć. Czuł w ustach smak krwi.  Zwymiotował. Ktoś zapalił światło. Przebudzona Elysoun usiadła koło niego. Delikatnie dotknęła jego ramienia. Szarooki stał nad nimi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Co ci jest? – zapytała zatroskana dziewczyna.

– Nie wiem – jęknął – cholernie boli.

Elysoun spojrzała bezradnie na Matthew. Chiredan znowu zwymiotował. Z jego ust wypłynęła głównie krew.

– Obudź Sylwię, niech zadzwoni po pogotowie – zwrócił się Szarooki do dziewczyny podejmując decyzję.

Wstała zwinnie z łóżka i zniknęła za drzwiami.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Siedzieli na kanapie w poczekalni szpitala. Matthew delikatnie obejmował przestraszoną Elizę. Dziewczyna nie pozwoliła nikomu innemu się do siebie zbliżyć. Szarooki z jednej strony się z tego cieszył, ale jednocześnie cholernie się o nią martwił.

Devor niespokojnie chodził po pokoju. Wika obrzuciła go chłodnym spojrzeniem.

– O co chodzi? – spytała. – Co cię tak straszliwie dręczy? Bo chyba się nie martwisz o chłopaka?

– Martwię się – odpowiedział Łowca – ale nie o to, że coś mu jest, tylko o to, że nie mamy jak go pilnować. Nie wiadomo co mu strzeli do głowy.

Matthew poczuł jak ręce skulonej dziewczyny zaciskają się na jego koszuli. Nie spodobało jej się to co usłyszała. Przytulił ją łagodnie. Była bardziej bezbronna i bezradna niż kiedykolwiek wcześniej. Zastanawiał się jak sobie radziła, zupełnie sama,  przez te długie sześć miesięcy. Pozbawienie jej pamięci o świecie ludzi i ostatnich wydarzeniach znacząco wpłynęło na zmianę jej charakteru i temperamentu. Był przekonany, że wcześniej, w takiej sytuacji czułaby złość i irytację, nie strach. Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała kogoś, kto by się nią zaopiekował. Szarooki żałował tylko, że to miejsce w jej życiu zamiast niego zajął Chiredan. Z całego serca nienawidził chłopaka, a jednocześnie był mu wdzięczny za opiekę nad Elizą. Cholernie też bał się czy tamten jej w jakiś sposób nie skrzywdzi.

Do poczekalni weszła kobieta w białym kitlu. Jej twarz przybrała poważny, współczujący wyraz. Przedstawiła się jako doktor Emma Piterson.

– Wasz przyjaciel ma poważne obrażenia wewnętrzne – oznajmiła. – Prawdopodobnie został pobity. Mieliśmy obowiązek zawiadomić policję. Musieliśmy go operować. Nic mu jednak nie grozi. Obudzi się za kilka godzin. Powinien szybko dojść do siebie. Niestety na salę pooperacyjną możemy wpuszczać tylko rodzinę pacjentów, takie są przepisy. Czy któreś z was jest jego rodziną?

– To jego narzeczona, Elysoun Maes – skłamał gładko Szarooki. – Jestem Matthew Maes, jej brat. Czy to wystarczy?

Pani doktor uśmiechnęła się do niego uprzejmie.

– Tak, oczywiście. Ktoś po was przyjdzie, jak tylko się obudzi. Czy zawiadomiliście jeszcze jakąś rodzinę?

– Chiredan nie ma innej rodziny – powiedziała cicho królewna.

Lekarka wyglądała na odrobinę zmieszaną, ale z jej twarzy nie schodził miły uśmiech.

– Oh, przykro mi to słyszeć. Czy macie do mnie jakieś pytania? – Szarooki pokręcił głową. – W razie czego, gdybyście mnie potrzebowali będę w gabinecie lekarskim. Dowiedzenia.

Kiedy kobieta opuściła poczekalnię Matthew zwrócił się do rudej czarownicy.

– Sylwia, to twoja dziedzina. Dasz radę nam załatwić takie dokumenty? Z pewnością policja będzie chciała nas przesłuchać…

– Myślałam, że to Devor współpracuje z FBI. – Dziewczyna roześmiała się uroczo. – Nie powinno być problemu. Tyle, że mamy tylko kilka godzin… Lepiej zabierzmy się do tego od razu. Wrócimy tu rano.

Szarooki znów poczuł jak wtulona w jego bok królewna sztywnieje. Przez cały ten czas nie puściła jego koszuli. Teraz jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na czarnym materiale.

– Wy idźcie – powiedział odgadując jej niemą prośbę. – My tutaj zostaniemy, Poczekamy, aż chłopak się obudzi.

– Poradzisz sobie? – spytał powątpiewająco Devor. – Już raz ci uciekła.

– Tym razem nie będzie próbowała – powiedział Matthew pewnym głosem. Wiedział, że ma rację.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

– Przyniosłam ci kawę – Eliza uśmiechnęła się do Szarookiego podając mu jeden z papierowych kubeczków które niosła.

– Dzięki – odwzajemnił niepewny uśmiech dziewczyny.

Wziął od niej kubek. Usiadła przy nim na kanapie podwijając pod siebie nogi.

– Dziękuję, że zostaliśmy – powiedziała do niego cicho.

– Twoje życzenia są dla mnie rozkazem. Nawet takie, których muszę się sam domyślać. – Oznajmił z delikatną nutką ironii w głosie.

Roześmiała się cichutko. Potem jej twarz spoważniała

– Matt… – chłopak zdziwił się słysząc właśnie to, używane przez nią najczęściej zdrobnienie swojego imienia – boję się. – Powiedziała cicho. – Strasznie się w tym wszystkim gubię. Moje myśli to jeden wielki chaos.

Szarooki nie spodziewał się takiego wyznania. Postanowił zaryzykować. Objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Wtuliła się w niego wczepiając palcami w jego koszulę jak mała małpeczka. Przymknął oczy wdychając cudowny zapach jej włosów. Z trudem powstrzymał się przed powiedzeniem królewnie, że ją kocha.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Elysoun leżała skulona na kanapie w poczekalni szpitala. Spała z głową na kolanach Matthew. Obudziła się na dźwięk otwierających się drzwi. Do pokoju weszła pielęgniarka. Uśmiechnęła się do nich przyjaźnie.

– Pan Blair już się obudził. Jeżeli państwo chcą, mogą się państwo z nim zobaczyć.

Podziękowali jej grzecznie, wstali i poszli za nią.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan czuł się bardzo senny. Był pod działaniem leków, a i tak go wszystko bolało. Przy łóżku chłopaka stała jakaś monitorująca czynności życiowe aparatura. Był podłączony do kroplówki. Przetaczali mu także krew. Uśmiechnął się blado na widok Elysoun. Dziewczyna, minąwszy drzwi, od razu podbiegła do jego łóżka. Pochyliła się i pocałowała go delikatnie, potem usiadła na materacu obok leżącego chłopaka. Wziął ją za rękę. Przyłożył jej dłoń do swojego policzka. Spojrzała na niego sarnim wzrokiem.

– Tak bardzo się o ciebie bałam – szepnęła.

Zaraz za królewną do pokoju wszedł Szarooki. Stanął przy drzwiach, opierając się o chłodne, zielone kafelki. Jego twarz była lodowatą, nie wyrażającą żadnych uczuć maską. Chiredan obserwował go z niepokojem.

– Jakoś przeżyję – powiedział lekkim tonem, nie spuszczając jednak demona z oczu.

– Co się właściwie stało? – spytała cicho.

– A jak myślisz? – prychnął, czego natychmiast pożałował, bo wszystko w środku rozbolało go jeszcze bardziej. Napotkał pytające, spłoszone spojrzenie dziewczyny. – Twoi rzekomi „przyjaciele” trochę przeholowali dając mi „nauczkę”. Już wcześniej Łowcy połamali mi kilka żeber – przyznał. – Wreszcie musiało się to tak skończyć.

Elysoun spojrzała na Matthew oskarżycielskim wzrokiem. Jej oczy zalśniły od łez.

– Jak mogłeś? – spytała tonem w którym zawarła cały swój zawód i rozczarowanie.

– To nie on, tylko ten drugi – powiedział z rezygnacją Chiredan, właściwie sam nie wiedząc dlaczego broni demona.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Po kilkunastu minutach przyszła pielęgniarka wypraszając ich z sali. Obiecała, że będą mogli zostać dłużej, kiedy przeniosą chłopaka do innego pokoju. Królewna niechętnie wyszła za Szarookim. Matthew zauważył, że dziewczyna z całej siły zaciska dłonie. Położył jej rękę na ramieniu. Natychmiast się od niego odsunęła. Westchnął ciężko.

– Przykro mi – powiedział – naprawdę.

Spojrzała na niego niedowierzająco. Jej oczy wyrażały głęboki żal i smutek.

– Dlaczego tak go nienawidzicie? – spytała. – Nic wam przecież nie zrobił.

– Nie o to chodzi… Boimy się, że on cię skrzywdzi. Devor właściwie uważa, że to Chiredan cię nam zabrał.

– Nawet jeżeli rzeczywiście jestem pod wpływem jakiegoś zaklęcia, to on nie ma z tym nic wspólnego, a wręcz przeciwnie. Jeśli to co mówicie jest prawdą, to powinniście się cieszyć, że go spotkałam.

Szarooki spojrzał na nią poważnie.

– Uwierz mi, jestem mu cholernie wdzięczny za to, że się tobą opiekował. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby stała ci się jakaś krzywda.

– Matt… jeżeli naprawdę jesteś moim przyjacielem to proszę cię, nie pozwól im go skrzywdzić. Bardzo mi na nim zależy – powiedziała patrząc demonowi w oczy. – Sądzę, że go kocham.

Matthew poczuł wielką gulę w gardle. Nie ufał sobie na tyle, żeby cokolwiek powiedzieć. Niepewnie skinął głową.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy weszli do poczekalni dziewczyny już tam siedziały. Sylwia, jak zawsze bardzo zadowolona z siebie, podała im podrobione paszporty. Elysoun zdziwiła się, kiedy znalazła w swoim prawdziwą datę urodzin i czarno-białe zdjęcie, którego nigdy nie robiła.

– Gdzie jest Devor? – spytał zaciekawiony Matthew.

– Rozmawia z policją – stwierdziła Wika. – Będą po kolei przesłuchiwali każde z nas…

Królewna zaniepokojona spojrzała na Szarookiego. Nie chciała iść nigdzie sama, zwłaszcza na przesłuchanie z funkcjonariuszami prawa.

– Wszystko w porządku – powiedział do niej uspakajająco. – Niczym nie musisz się martwić.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Devor uśmiechnął się do siedzącego w gustownie urządzonym, gabinecie dyrektora szpitala, policjanta. Wcześniej pokazał mu odznakę FBI, teraz jego partnerka dzwoniła, żeby wszystko sprawdzić.

– Pracowaliśmy nad sprawą Chiredana Blair już od dłuższego czasu. Miał nas doprowadzić do znacznie grubszej ryby, jednak to już nieaktualne. Spokojnie możecie go aresztować.

Kobieta najwyraźniej skończyła rozmowę, ponieważ wróciła do pokoju. Stanęła przed Devorem i uścisnęła mu serdecznie dłoń.

– Panie Vayandar, jest Pan jedną z policyjnych Legend – uśmiechnęła się do niego uroczo. – Chiredan Blair jest poszukiwany za wymuszenia, napady z bronią w ręku i liczne kradzieże, możliwe, że będzie też oskarżony o morderstwo.

– Proszę, mów mi Devor – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. – Czy przesłuchiwanie moich przyjaciół będzie konieczne?

– Obawiam się, że tak – powiedział przepraszająco policjant. – Proszę się jednak nie martwić, to rutynowa czynność.

– Boję się o ich bezpieczeństwo – wyjaśnił Łowca. – Chiredan Blair to niebezpieczna osoba.

Mężczyzna był w bardzo dobrym humorze. Wszystko układało się po jego myśli. Pozbył się niechcianego problemu, jednocześnie nie wplątując w całą sprawę swoich przyjaciół. Kto by pomyślał, że jego porywczość i gniew potrafią tak wszystko ułatwić.

– Ależ oczywiście, Devorze – odezwała się policjantka – Za kwadrans będą tu posiłki, dwóch uzbrojonych policjantów będzie pilnowało aresztowanego przez całą dobę. Zostanie on oczywiście przeniesiony do izolatki, a kiedy tylko będzie to możliwe, do więzienia tymczasowego.

– Po za tym jego narzeczona nic nie wie o całej sprawie. Jej brat ze mną współpracował. Bardzo proszę być w stosunku do niej delikatnym.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Do poczekalni wszedł Devor w towarzystwie młodej policjantki. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Kobieta porozmawiała z nimi przez chwilę, po czym wyszła zabierając ze sobą Matthew. Łowca usiadł wygodnie rozpierając się na fotelu.

Elysoun była przerażona tym, że została sam na sam z tymi ludźmi. Po tym, co usłyszała od Chiredana, najbardziej obawiała się właśnie Devora. Nie wierzyła ani przez chwilę, że mógłby być jej prawdziwym bratem.

– Z tego twojego chłoptasia jest całkiem niezłe ziółko – powiedział mężczyzna uśmiechając się do niej promiennie. Zachowywał się tak, jakby opowiadał jakiś niezły żart. – Aresztują go za napady, włamania, kradzieże i posiadanie nielegalnej broni. Widzisz? Nawet nie musiałem w to mieszać Łowców. Dobrało się do niego zwykłe, ludzkie prawo.

Dziewczyna skuliła się na kanapie. Ogarnęły ją bezsilność, złość i gniew. Całą sobą nienawidziła tego człowieka.

Nie musieli czekać długo na powrót Szarookiego. Na twarzy chłopaka malowała się wściekłość. Widać było, ze ledwo nad sobą panuje. Kiedy tylko policjantka wyszła zabierając ze sobą Wikę natychmiast rzucił się na Devora. Zaskoczony Łowca pozwolił mu się uderzyć. Później uaktywniły się wymalowane na jego ciele runy. Odepchnął od siebie demona, tak, że Matthew upadł pod fotelem po drugiej stronie poczekalni. Stanął nad nim z zaciśniętymi pięściami.

– O co ci do diabła chodzi? – warknął.

– Zakablowałeś tego chłopaka – syknął demon. – Przez ciebie go aresztowali. Czyś ty rozum postradał?

– Jeden kłopot mniej – wzruszył ramionami Łowca. – Sam też chciałeś się go pozbyć. Powinieneś mi podziękować, zamiast się na mnie rzucać.

– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie ważne czego ja chcę? = powiedział zagniewanym głosem Matthew. – Lepiej to jakoś odkręć i to szybko.

Devor prychnął, naprawdę rozbawiony.

– Ty sobie chyba żarty robisz? Ten typ był niebezpieczny dla mojej siostry. Pozbyłem się problemu i tyle. Nie zamierzam z tym niczego robić.

Elysoun wstała z kanapy. Jej zaciśnięte w pięści dłonie drżały.

– Nie jesteście moimi przyjaciółmi – powiedziała pewnym, mocnym głosem. – A ty na pewno nie jesteś moim bratem Devorze. Gdyby któremukolwiek z was na mnie zależało, nigdy byście mnie tak nie potraktowali. Nienawidzę was! – ostatnie zdanie prawie wykrzyczała.

Rzuciła się do przeszklonych drzwi i wybiegła z poczekalni. Matthew zaklął. Zerwał się z podłogi i rzucił za dziewczyną.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Znalazł ją w korytarzu. Siedziała na podłodze, oparta plecami o ścianę i płakała. Delikatnie postawił ją na nogi. Przylgnęła do niego całym ciałem. Wtuliła zapłakaną twarz w jego koszulę.

– Pomóż mi – powiedziała cichym stłumionym głosem. – Proszę cię Matt, musisz mi pomóc.

– Cii, już dobrze – wyszeptał przytulając ją do siebie. – Najpierw musisz porozmawiać z policją. Potem coś wymyślimy. Zaufaj mi, potrafisz to zrobić?

Skinęła głową. Zawstydzona odsunęła się od niego odrobinę. Szarooki w duchu przeklinał głupotę Devora.

Wróciła policjantka. Matthew poszedł z nią prowadząc ze sobą Elizę. Nie przestawał obejmować jej ramieniem. Zostawił dziewczynę dopiero przed samym gabinetem. Po kilku minutach wyszła z niego jeszcze bardziej zapłakana niż przedtem. Policjantka spojrzała na nią współczująco i poszła przyprowadzić na rozmowę Sylwię.

Szarooki zabrał dziewczynę do otaczającego szpital parku. Usiadł na ławce sadzając ją sobie na kolanach. Wtuliła się w niego ciągle łkając. Delikatnie gładził jej plecy.

– Co chcesz, żebym zrobił? – spytał wzdychając. – Zrobię wszystko, bylebyś tylko przestała płakać.

Spojrzała na niego mokrymi od łez oczami.

– Nie mówisz poważnie, prawda? – spytała ledwo słyszalnym głosikiem.

– Owszem, mówię. Jeżeli chcesz, to wysadzę dla ciebie w powietrze ten szpital, tylko proszę, nie każ mi się bić z Łowcą, bo i tak przegram. W tym świecie jestem od niego znacznie słabszy.

Wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Bezwiednie miętosiła w dłoni kawałek jego rozpiętej koszuli.

– Jeżeli mówisz poważnie – odważyła się w końcu odezwać drżącym od powstrzymywanego łkania głosem – to pomóż mi uwolnić Chiredana i zabierz nas stąd w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzieś daleko od Devora i jego dziewczyny. Matt, nie wiem co oni ci wmówili, ale jestem pewna, że nigdy nie mogliby być moimi przyjaciółmi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wika wróciła do poczekalni szpitalnej czerwona na twarzy. Była wściekła. Do tego jeszcze dobiło ją, kiedy zobaczyła na korytarzy płaczącą przyjaciółkę. W jej oczach płonęły niebezpieczne iskierki. Od drzwi naskoczyła na Devora.

– Ty imbecylu! – wrzasnęła na całe gardło – Co ci strzeliło do głowy kretynie?! Czy coś wyjadło ci mózg?!

Łowca speszył się. Wcisnął głębiej w fotel na którym siedział. Sylwia po cichu wymknęła się z pokoju.

– Yyy… kiedy to wyglądało na dobry pomysł… – wydukał z siebie mężczyzna.

– Czy do ciebie nic nie dociera palancie?! Jak mogłeś jej to zrobić! Miała nam zaufać, a teraz pewnie nas nienawidzi! – krzyczała coraz bardziej purpurowiejąc na twarzy.

– No mnie to już szczególnie – przyznał cicho, zawstydzony Devor.

Powoli zaczęło do niego docierać o co gniewał się Matthew. Zdał sobie sprawę, że to nie Chiredan ich obchodził, a zaufanie Elizy.

– Lepiej coś z tym zróbmy, zanim będzie za późno – stwierdziła rzeczowo.

– Już jest za późno – jęknął. – Przekazałem całą sprawę Łowcom z Miami. Będą tu tak szybko jak się da.

– W takim razie miej nadzieję, że Eliza szybko odzyska pamięć, bo inaczej na zawsze nas znienawidzi i to będzie tylko i wyłącznie twoja wina.

– Przepraszam – szepnął chowając głowę w dłoniach.

Dopiero teraz docierały do niego realne konsekwencje tego co zrobił.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Sylwia znalazła Elizę i Matthew w szpitalnym parku. Siedzieli na pomalowanej zieloną farbą ławce. Szarooki przytulał do siebie dziewczynę, a ta chowała twarz w jego koszuli. Czarownica uśmiechnęła się na ten widok. Uznała, że skoro raz jej przyjaciółka zakochała się w demonie, to zakocha się też drugi. W końcu musiała mieć ku temu jakiś powód. Wszystko dobrze się ułoży, nawet jeżeli nie uda im się przełamać zaklęcia.

Nawet nie zauważyli, kiedy nad nimi stanęła. Odchrząknęła, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. Spojrzeli na nią, Eliza zaniepokojonym, a Matthew pytającym wzrokiem.

– Musimy coś zrobić – oznajmiła. – Podsłuchałam rozmowę Devora i Wiki… Ten idiota zawiadomił Łowców. Jadą tutaj z Miami… będą pewnie za niecałą godzinę… Zabija tego chłopaka, jeśli mu nie pomożemy.

Rozpacz którą zobaczył w oczach królewny spowodowała, że Szarooki podjął natychmiastową decyzję. Wstał z ławki, delikatnie stawiając dziewczynę na ziemi.

– Świetnie – powiedział. – Dajcie mi pół godziny. Spotkamy się przy przejściu na 19th Ave. Portal jest w piwnicy jednego z tych dużych żółtych domów. Nie mogę tu z nimi walczyć, w tym świecie, są dla mnie zasilni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Leldorin stał u boku swojego ojca, króla Traviana. Przyjmowali w swojej twierdzy Łowców. Elf był niezmiernie ciekawy, co to za tajemnicza sprawa, że osobiście pofatygowali się, żeby przekazać im informacje.

– Znaleźliśmy go, królu – odezwał się młody mężczyzna, o jasnych włosach i żywo niebieskich oczach.

– Więc gdzie on jest? – wódz Travian wyglądał na podenerwowanego, wyraźnie się nie mógł czegoś doczekać.

– Uciekł nam, panie.

– Jak to uciekł?! – zdenerwował się król.

– Pomogła mu królewna Elysoun, panie – odpowiedział tamten niepewny, czy nie mówi zbyt wiele.

– Co?! Dlaczego mu pomogła?!

– Rzucono na nią zaklęcie zapomnienia, ojcze. – Wtrącił się Leldornin. – Uważa cały Sojusz za swoich wrogów. Nie pamięta, że pomogliśmy jej przedostać się do świata ludzi i tam ją ukryliśmy. W ogóle nic nie pamięta od czasu, kiedy skończyła dwanaście lat, a przynajmniej jej wspomnienia bardzo różnią się od tych prawdziwych.

– Więc jest teraz z wyklętym? – elfi król wyglądał na przestraszonego tą sytuacją. – Grozi jej niebezpieczeństwo!

– Jak to wyklętym? – zainteresował się czarodziej.

Król Travian zmieszał się odrobinę. Spojrzał niepewnie na syna.

– Ponad dwadzieścia lat temu jedna ze zdeprawowanych wiedźm, Daphne uwiodła mnie zaklęciem miłosny. Poczęliśmy syna. Udało jej się go ukryć nim Łowcy dopadli ją i zabili. W końcu jego też odnaleźli. Wymyka się im od ładnych paru lat. Nie chciałem go zabijać, planowałem zamknąć go w lochu i obserwować… w końcu to mój syn… a nigdy nie mieliśmy okazji sprawdzić w praktyce legend o wyklętych… Teraz jednak sądzę, że nie ma innego wyboru.

Leldorin popatrzył niedowierzająco na ojca, a potem wybuchnął śmiechem. Najwyraźniej towarzystwo ludzi źle na niego wpływało, ponieważ nie mógł się przestać śmiać.

– Ojcze – udało mu się w końcu wydusić z siebie – jesteś największym głupcem jakiego nosił ten świat. – W końcu udało mu się spoważnieć. – Od początku coś mi się w tym wszystkim nie zgadzało, za łatwo poszło. To nie ja jestem najmłodszym synem z Silva Magna, o którym mówi proroctwo, jest nim mój „wyklęty” brat.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wiał silny, porywisty wiatr. Zrobiło się naprawdę chłodno. W końcu była zima, a oni nie znajdowali się już na, wiecznie słonecznej, Florydzie. Eliza zadrżała z zimna. Miała na sobie tylko cienką, rozpinaną koszulę. Spojrzała na Chiredana. Chłopak szedł z trudem, opierając się całym ciężarem ciała na ramieniu Szarookiego. Doskonale zdawali sobie sprawę, że zabieranie go ze szpitala w tym stanie, nie było najlepszym pomysłem, ale po prostu nie mieli innego wyboru. Opatulona w dresową bluzę Sylwia też patrzyła w tamtym kierunku.

– Niedługo przestaną działać leki, Chiredan będzie się skręcał z bólu… – powiedziała cicho. – Zabrałam ze sobą potrzebne zioła, ale kiedy je weźmie, zaśnie na kilka godzin.

– Masz rację – stwierdził Matthew – musimy się gdzieś zatrzymać, ale podejrzewam, że Łowcy już nas tropią.

Eliza nie miała pojęcia, gdzie mogliby się ukryć. Nie znała tej okolicy. Były tu porośnięte trawą wzgórza, a w oddali widziała jakieś drzewa. Portale mogły prowadzić w przeróżne miejsca. W świecie ludzi, poukrywane były mniej więcej co kilkanaście kilometrów, a każdy prowadził w inne miejsce magicznego świata. Dziewczyna coraz bardziej martwiła się o Chiredana. Spojrzała na demona smutnymi, coraz bardziej przestraszonymi, chabrowymi oczami.

– Matt… masz jakiś pomysł? – spytała z nadzieją w głosie. Szczerze wierzyła, że chłopak znajdzie rozwiązanie ich problemów. Właściwie, to naprawdę zaczęła mu ufać. – Czy któreś z was wie, gdzie my w ogóle jesteśmy? Nie poznaję tego miejsca.

Szarooki westchnął, ale skinął głową.

– Niedaleko stąd powinna być jaskinia. Przynajmniej będziemy osłonięci od wiatru. I tak, wiem gdzie jesteśmy. To ziemie Lorda Marcusa, teren Władcy Demonów.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan z trudem usiadł opierając się plecami o skalną ścianę. Był wykończony. Rana na boku bolała go coraz bardziej. Jak przez mgłę pamiętał co działo się wcześniej. Zdziwił się, kiedy w szpitalu zobaczył demona. Szarooki pozbawił przytomności dwóch pilnujących go policjantów i, jak gdyby nigdy nic, go stamtąd zabrał. Później przejechali prawie przez całe miasto. Chłopak nie mógł uwierzyć, kiedy tamten wepchnął go do starej, wyglądającej na głęboką, studni w piwnicy jednego z żółtych domów przy 19th Ave. Nie ufał własnym zmysłom, kiedy po długim upadku znalazł się w tym dziwnym, zielonym miejscu. Właściwie wszystko co się wydarzyło wyglądało dla niego jak jakieś po narkotykowe omamy.

– Wypij to – powiedziała ruda, drobna dziewczyna, podając mu kubek od termosu.

Popatrzył na nią nieufnie i pokręcił przecząco głową. Nie miał siły, żeby inaczej zaprotestować. Elysoun podeszła do niego i uklęknęła przy nim.

– Chiredan, oni chcą nam pomóc. Proszę… musisz wyzdrowieć – powiedziała cicho.

Wzięła od Sylwii naczynie. Przysunęła je do ust chłopaka. Skrzywił się nieznacznie, ale wypił podany mu napój. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamy. Chwilę później odpłynął w błogą nieświadomość.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

– Na pewno nic mu nie będzie? – zapytała z niepokojem Eliza.

Czarownica wyglądała na bardzo niezadowoloną z takiego braku wiary w jej umiejętności.

– Nie martw się – Szarooki uśmiechnął się do królewny. – Sylwia wie co robi. Naprawdę.

Znajdowali się w niewielkiej, naturalnie wyrzeźbionej w skale, jaskini. Naznosili do środka sporo paproci i świerkowych gałęzi, żeby nie musieć siedzieć na gołej ziemi. Dziewczyna podłożyła Chiredanowi pod głowę nieco liści, chciała żeby było mu wygodnie, na tyle, na ile to możliwe w takich warunkach.

Elizie ciągle było zimno, ale w jaskini przynajmniej już nie wiało. Na dodatek bała się tego, co będzie dalej. Kiedy znaleźli to miejsce, demon zniknął na jakiś czas, żeby zatrzeć za nimi ślady. Teraz siedział pod przeciwległą ścianą niewielkiej wnęki. Przyglądał się królewnie. W jego oczach czaił się smutek.

– Zimno mi – jęknęła Sylwia. Ta wycieczka wyraźnie przestała jej się podobać. – Rozpalmy jakieś ognisko.

– Nie możemy, wtedy od razu nas znajdą – powiedział Matthew cierpliwie, jakby tłumaczył coś namolnemu dziecku. – Chodź tutaj do mnie – powiedział uśmiechając się ponuro. Spojrzał na drżącą z zimna Elizę. – Właściwie to obie chodźcie – stwierdził zdejmując z siebie koszulę i podając ją królewnie.

– Dziękuję – powiedziała biorąc od niego okrycie.

Czarownica podeszła do demona, niepewnie siadając obok. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie. Zarumieniła się uroczo. Eliza włożyła czarną koszulę chłopaka i usiadła z drugiej strony. Nieśmiało wtuliła się w bok Szarookiego. Jego ciało było bardzo ciepłe, jakby wytwarzał jakąś specjalną energię.

– Teraz lepiej? – spytał zadowolony.

– Znacznie – przyznała Sylwia. – Jak to zrobiłeś?

– Moją domeną jest ogień – uśmiechnął się do niej. – Mam kilka przydatnych umiejętności. Może się trochę prześpicie? – zaproponował. – Chiredan i tak będzie nie obudzi się przez kilka najbliższych godzin, a wy musicie być w stanie podróżować.

– Pewnie masz rację – westchnęła ruda czarownica. – Dobranoc.

Sylwia przylgnęła do niego mocniej. Zamknęła oczy. Eliza skuliła się na ziemi kładąc mu głowę na kolanach. Objął ją ramieniem, żeby ogrzać dziewczynę najbardziej jak się tylko da.

– Matt – odezwała się cicho królewna. – Dziękuję ci. Za wszystko.

Uśmiechnął się do niej ponuro.

– Śpij – powiedział – jutro czeka nas ciężki dzień.

Wtulona w niego dziewczyna zamknęła oczy. Szarooki ze ściśniętym gardłem obserwował jak zasypia. Zastanawiał się dlaczego wszystko zawsze musi się w jakiś idiotyczny sposób komplikować.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Następnego dnia rano wyruszyli dalej. Szarooki, niewiadomo skąd, przyprowadził dla nich konie. Na dworze panował chłód, ale dało się wytrzymać. Elysoun brakowało jasnego słońca Florydy, mimo to podziwiała piękno zielonych, górzystych terenów. Chiredan w dalszym ciągu wyglądał dosyć marnie, mógł już jednak przynajmniej sam ustać na nogach. Dziewczyna bardzo się o niego martwiła, miała nadzieję, że podróż w siodle nie zaszkodzi mu jeszcze bardziej.

Jechali przez prawie cały dzień robiąc jedynie krótkie przerwy, żeby dać koniom odpocząć. W pewnym momencie Szarooki zatrzymał się.

– Ktoś nas śledzi – oznajmił cicho. – Sprawdzę to, zaczekajcie tutaj.

Zwinnie zeskoczył z konia, podał jego wodze niespokojnie wiercącej się w siodle Sylwii i zaczął biec przez zieloną łąkę. Kiedy oddalił się od koni, zaczęła się nad nim unosić srebrna mgła. Nie zwolnił ani na chwilę. Wkrótce, zamiast chłopaka, przez polanę biegła groźnie wyglądająca czarna pantera.

Chiredan patrzył za nim w dalszym ciągu nie mogąc uwierzyć w to co widzi. To, że demon wcześniej przemienił się na jego oczach, po prostu próbował wyrzucić ze swojej świadomości. Teraz, kiedy poznał ten dziwny, pełen nieprawdopodobnych rzeczy świat, był pewien, że nigdy nie uda mu się uciec ludziom potrafiącym robić takie rzeczy. Wszystko wydawało mu się beznadziejne i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Wiedział jednak, że nie może się poddać. Postanowił za wszelką cenę chronić siebie i Elysoun. Nie miał zamiaru pozwolić im skrzywdzić dziewczyny.

Nagle na polanie, jakby znikąd, pojawiło się tuż przy nich dwóch ludzi. Zbliżyli się z ponurymi minami. Obydwaj mieli przygotowane do strzału strzelby. Królewna rozpoznała w nich Łowców. Jej serce przyspieszyło.

– Przyszliśmy po chłopaka – powiedział wyższy z ponuro wyglądających mężczyzn. – Do was nic nie mamy, możecie spokojnie odejść.

– Czego od niego chcecie? – odezwała się odważnie Sylwia, mimo, że jej zazwyczaj rumiana twarz, zrobiła się biała jak śnieg.

– To nie twoja sprawa panienko – odpowiedział Łowca, siląc się na uprzejmy ton. – Powinnaś wiedzieć jedynie, że jest poszukiwanym przestępcą. Niebezpiecznie jest przebywać w jego towarzystwie.

Nim jeszcze skończył mówić, przed nimi pokazała się czarna, kocia sylwetka. W powietrzu zawirowała szara mgła, a z niej wyłonił się Matthew. Stanął między mężczyznami, a końmi.

– Nie macie prawa tu przebywać – zwrócił się cichym, groźnym tonem do Łowców. – Jesteście ludźmi, a to ziemie demonów.

– Skąd się tu do licha wziąłeś? – wypalił bez zastanowienia niższy, z ogoloną na łyso głową. – Ian i Kevin mieli się tobą zająć…

– Najwyraźniej im to nie posłużyło – Szarooki uśmiechnął się ponuro. – Opuśćcie te strzelby i zmywajcie się stąd – powiedział rozkazującym tonem. – Nie mam ochoty z wami walczyć.

Mężczyźni nie posłuchali. Dalej celowali w siedzącą na koniach trójkę. Ich miny jednak wyrażały niepewność.

– Odejdziemy, ale zabierzemy ze sobą chłopaka – odezwał się po chwili ciszy wyższy blondyn. – Jeżeli nam odmówisz, zastrzelimy go na miejscu.

Elysoun była przerażona. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji. Cokolwiek by nie zrobiła, ci mężczyźni zabiją Chiredana. Spojrzała błagalnie na Szarookiego.

– Matt, nie pozwól im na to, błagam cię – wyszeptała. Wiedziała, że demon ma znacznie lepszy słuch niż ludzie. – Zabij ich.

Matthew spojrzał na nią zaskoczony. Czasami po prostu nie rozpoznawał w niej dawnej Elizy. Jego mina wyrażała niedowierzanie i konsternację. Uznał jednak w końcu, że Łowcy nie zostawili mu dużego wyboru.

– Odejdźcie stąd – powiedział cichym, poważnym głosem. – To wasza ostatnia szansa.

– Znikniemy i nigdy tu nie wrócimy – powiedział łysy – ale tylko z chłopakiem.

Szarooki westchnął, a potem uniósł dłoń. Nie chciał ich zabijać. Wiedział jednak, że Eliza ma rację. Musiał to zrobić. Zagrażali nie tylko Chiredanowi, ale także królewnie.

– Płoń! – rozkazał smutnym głosem.

W jednej chwili ciała mężczyzn stanęły w płomieniach. Obydwaj zaczęli dziko wrzeszczeć. Łysy padł na trawę, starając się turlając ugasić trawiący go ogień. Broń wypadła mu z rąk. Blondyn wystrzelił na oślep. Matthew błyskawicznie znalazł się przy nim. Wyrwał mu strzelbę. Ignorując agonię i wrzaski mężczyzn wrócił do coraz bardziej niespokojnych koni.

– Głupcy – powiedział cicho, mówiąc nie wiadomo czy do umierających ludzi, czy sam do siebie.

Skoro byli Łowcami, to powinni wiedzieć, że na ziemiach demonów jego magia nie była niczym ograniczona. Wskoczył na trzymanego przez Sylwię konia. Czarownica patrzyła niedowierzająco. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu i zdumienia. Na twarzy Chiredana malował się szok. Chłopak przywykł do widoku umierających ludzi, czasem nawet sam zabijał, ale nigdy nie spodziewał się, że można to zrobić w taki sposób, przy pomocy jednego słowa i drobnego gestu. Patrzył teraz na Szarookiego ze znacznie większym respektem. Zaczął się naprawdę cieszyć, że demon najwyraźniej nie działa na ich szkodę. Oczy Elysoun wyrażały głęboki żal i smutek, ale jednocześnie też jakieś zawzięcie i determinację. Matthew był przekonany, że dziewczyna się nie podda. Będzie walczyła za wszelką cenę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Nie ujechali daleko, kiedy na niebie pojawiły się czarne punkty. Szarooki zaklął szpetnie. Tego zwyczajnie nie mógł się spodziewać. Zbliżały się do nich latające rumaki demonów. Były to upiornie wyglądające konie, z pustymi oczodołami i wielkimi, pierzastymi skrzydłami. Matthew zdał sobie sprawę, że leci ich ku nim przynajmniej setka. Zastanawiał się czego mogli od nich chcieć. Jednego był tylko pewien. Ucieczka nie wychodziła w grę, w walce natomiast nie mieli z nimi najmniejszych szans.

Jeźdźcy zaczęli lądować otaczając ich. Koń, na którym siedziała Sylwia, stanął dęba przestraszony widokiem dziwacznych stworzeń. Dziewczyna spadła na trawę. Szarooki zwinnie zeskoczył z siodła. Uklęknął przy dziewczynie.

– Nic ci nie jest? – spytał.

Pokręciła głową z trudem siadając. Była przestraszona i posiniaczona.

– Jakoś przeżyję – oznajmiła uśmiechając się niepewnie.

Koń Elizy zaczął tańczyć. Dziewczyna nie była w stanie go dłużej utrzymać. Przestraszone zwierzę popędziło pełnym galopem przed siebie. Królewna poluźniła wodze i przytuliła się do końskiej szyi. Matthew zerwał się gwałtownie z ziemi. Chciał wskoczyć na konia i popędzić za nią, uniemożliwili mu to jednak odziani w czerń jeźdźcy. Mężczyźni zsiadali z upiornych koni otaczając ich coraz ciaśniejszym kręgiem. Chiredan, zmuszony przez obcych, z trudem zsunął się na ziemię oddając im końskie wodze. Cała trójka stanęła blisko siebie, bacznie obserwowana przez przybyłe demony.

– Kto tu dowodzi i czego od nas chcecie? – spytał zrezygnowany Szarooki.

– Ja – powiedział przystojny mężczyzna w średnim wieku, wysuwając się do przodu. Miał zimne niebieskie oczy i gładko zaczesane, jasne włosy. – Dawno się nie widzieliśmy Matthew. O ile dobrze pamiętam, ostatnio uciekłeś z moją córką z posiedzenia Sojuszu.

– Witaj Marcusie – odezwał się spokojnie Szarooki. – Dlaczego nas zatrzymałeś?

Władca Demonów, Marcus Aquila Verreauxii, obrzucił go chłodnym spojrzeniem.

– Ponieważ jak zwykle stwarzasz problemy, Matthew. Z jakiejś nieznanej mi bliżej przyczyny chronisz wyklętego. Jesteście na moich ziemiach. Muszę go oddać Łowcom, inaczej rozpętam kolejną wojnę.

– Nie możesz tego zrobić – powiedział cicho chłopak. Patrzył mężczyźnie odważne w oczy.

– Dlaczego? – spytał tamten skonsternowany.

– Ponieważ twoja jedyna córka jest w nim obłędnie zakochana i jeżeli Chiredanowi Blair stanie się z twoich rąk jakakolwiek krzywda, ona nigdy ci tego nie wybaczy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza próbowała uspokoić ogarniętego paniką konia. Ten jednak nie zwracał na nic uwagi. Pędził przed siebie gnany jedynie strachem. Dziewczyna mocniej złapała się jego długiej grzywy mając nadzieję, że zwierzę szybko się zmęczy lub chociaż uspokoi na tyle, żeby dała radę je zatrzymać.

W pewnym momencie zobaczyła, że podbiegł do nich drugi koń. Był to potężnie zbudowany, bułany ogier. Jego sierść była prawie żółta. Zarżał głośno. Poruszał się niesamowicie szybko. Zagrodził drogę uciekającemu gniadoszowi na którym siedziała królewna. Tamten zatrzymał się zarywając kopytami w ziemię. Po chwili, już zupełnie uspokojony, odwrócił się bokiem do ogiera i zaczął skubać trawę.

Eliza zsunęła się z siodła. Zachwiała się. Podtrzymał ją wysoki, szczupły chłopak, z jasnymi włosami o prawie żółtej barwie. Na oko mógł mieć może z szesnaście lat. Zaniepokojona rozejrzała się dookoła. Ogiera nigdzie nie było, więc musiał być kolejnym demonem. Przyjrzała się jego dziwnej, mistycznej aurze. Zdecydowanie nie był człowiekiem. Widziała jednak też, że nie ma złych zamiarów.

– Nic ci nie jest, pani? – spytał cichym głosem, brzmiało to tak, jakby krępował się do niej w ogóle odezwać.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała. – Co z pozostałymi?

– Udali się z Lordem Marcusem do twierdzy. Jeżeli pozwolisz pani, to też cię tam zabiorę.

– Dobrze – odpowiedziała stwierdzając, że i tak nic lepszego nie wymyśli. – Jestem Elysoun, a jak tobie na imię?

Chłopak speszył się jeszcze bardziej. Zaczerwienił się na twarzy.

– Wybacz mi proszę, że się od razu nie przedstawiłem. Nazywam się Rajiv Accipiter Tachiro. Jestem uczniem Lorda Marcusa.

– Miło mi cię poznać – stwierdziła całkiem szczerze. – Jak się tam dostaniemy? – spojrzała z obawą na pasącego się nieopodal gniadosza, wcale nie miała ochoty na niego znowu wsiadać.

– Zajmę się tym – powiedział z uśmiechem.

Zagwizdał przeciągle. Przez jakiś czas nic się nie działo, a potem na niebie pojawił się niewielkich rozmiarów czarny punkcik. Powiększał się z każdą chwilą, aż w końcu przed nimi stanęła dziwnie wyglądająca popielata klacz. W międzyczasie Rajiv rozsiodłał rozkoszującego się trawą ogiera dziewczyny.

– Zostawimy go tutaj – oznajmił – nie masz nic przeciwko, pani?

Królewna pokręciła głową. Przyjrzała się z uwagą latającej klaczy. Miała opierzone skrzydła, jak u aniołów, ale wyglądała jak chodzący trup. Jej boki były wychudzone i zapadnięte. Mimo to zdawała się być całkiem zadowolona z życia. Obróciła głowę w stronę Rajiva i zarżała cicho. Chłopak pogłaskał ją po szarawym pysku. Zwinnie wskoczył na siodło, a potem pomógł dziewczynie. Usiadła za nim. Dziwny koń bardziej ją intrygował niż przerażał.

– Lepiej się mocno trzymaj – powiedział Rajiv wyraźnie zażenowany.

Eliza bez skrępowania objęła go w pasie. Kiedy chłopak dał jej sygnał, klacz wystartowała, lecąc prawie pionowo w górę. Wzbili się ponad otaczające ich zielone wzgórza i skierowali ku oddalonej spory kawałek, zbudowanej z szarego kamienia twierdzy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Lord Marcus Aquila Verreauxii, Pan Północnych Ziem i Władca Demonów chodził niespokojnie po komnacie. Znalazł się w trudnej sytuacji i nie miał pojęcia jak z niej wybrnąć. Do pomieszczenia wszedł lokaj w czerwonej liberii z wyhaftowanym na piersi czarnym orłem.

– Panie – powiedział z szacunkiem – przybyli Łowcy.

– Dobrze, zaprowadź ich do sali narad – westchnął mężczyzna.

Musiał się poważnie zastanowić co należy w tej sytuacji zrobić. Nie mógł postąpić wbrew własnemu prawu, ale też nie potrafił skazać na śmierć przyjaciół swojej własnej córki.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wylądowali na dziecińcu olbrzymiej, ufortyfikowanej budowli z szarego kamienia. Przypominała sobą Angielskie zamki. Eliza uznała, że właśnie w takim miejscu mógłby mieszkać król Artur. Rajiv podał wodze siwej klaczy chłopcu stajennemu i poprowadził królewnę dużymi, drewnianymi wrotami do wnętrza twierdzy.

Weszli do sporego pomieszczenia. Przypominało biesiadną salę. Przy długim, drewnianym stole siedzieli Mathhew i Sylwia. Eliza bez wahania udała się w ich stronę. Rajiv nic nie mówiąc poszedł za nią. Chłopak najwyraźniej już znał Szarookiego, ponieważ przywitali się przyjaźnie. Usiedli przy stole.

– Gdzie jest Chiredan? – zapytała zaniepokojona dziewczyna.

– Zamknęli go w lochu – powiedziała drżącym głosem Sylwia.

– Nie martw się, musimy po prostu porozmawiać z Marcusem – stwierdził Szarooki uspakajająco. – Wszystko będzie dobrze.

Eliza poczuła nieprzyjemną gulę w gardle. Wcale nie była tego taka pewna. Do jej umysłu ponownie wdarł się strach.

Nie musieli długo czekać. Po chwili do komnaty wszedł około czterdziestoletni mężczyzna. Królewna uznała, że gdyby nie srogi wyraz twarzy, byłby całkiem przystojny. Obrzucił siedzących przy stole ponurym, chłodnym spojrzeniem.

Niedługo po nim pojawili się dwaj mężczyźni. Jeden miał sięgające ramion, prawie czarne włosy, a drugi krótko przystrzyżoną czuprynę w mysim kolorze. Wyglądali na Łowców. Matthew syknął na ich widok. Nie spodziewał się ich tutaj, a na pewno nie tak szybko. Skłonili lekko głowy przed stojącym w pobliżu stołu mężczyzną.

– Lordzie Marcusie – odezwał się długowłosy – jestem Ian Wallner, a to mój przyjaciel – wskazał na towarzyszącego mu krótko ostrzyżonego mężczyznę – Kevin Lechner. Przybyliśmy tu schwytać Chiredana Blair. Jest niebezpiecznym przestępcą, a do tego to wyklęty. Ubiegłeś nas Lordzie. Żeby nie miał możliwości ucieczki, żądamy jak najszybszej egzekucji więźnia. – Kiedy skończył mówić, omiótł wzrokiem komnatę. Nagle jego spojrzenie zatrzymało się. Patrzył prosto na Szarookiego. Oczy mężczyzny rozszerzyły się. Wskazał na niego palcem. – A ten jest oskarżony o zabicie dwóch naszych towarzyszy, również Łowców. Spalił ich żywcem. Jutro czeka nas podwójna egzekucja – oznajmił zimno.

Władca Demonów pobladł na twarzy. Jego chłodne niebieskie oczy stały się teraz lodowato zimne.

– To bezpodstawne oskarżenia – stwierdził cichym, groźnym głosem.

Ian, aż się wzdrygnął. Pokręcił jednak głową.

– Byliśmy zamknięci w jaskini. To on wywiódł nas w pole. Wzywaliśmy swoich towarzyszy. Dzięki runom umieszczonych na naszych ciałach czuliśmy i widzieliśmy wszystko to co oni. Nigdy jeszcze nie przeżyłem nic tak strasznego. Jeżeli odmówisz wykonania egzekucji Lordzie, będzie to oznaczało wojnę.

Marcus spojrzał na Szarookiego.

– Czy to prawda? – spytał cicho. Matthew tylko skinął głową. – Czyś ty do końca rozum postradał?! Życie ci nie miłe?! Trzeba być skończonym idiotą, żeby atakować Łowców! Co ja mam twoim zdaniem teraz zrobić?! – po długiej litanii przekleństw ochłonął odrobinę. – Dlaczego to zrobiłeś? – spytał już znacznie spokojniej.

– Grozili nam bronią – powiedział cicho Szarooki.

– Wyraźnie powiedzieli, że możecie odejść wolno! – wtrącił się poczerwieniały na twarzy Kevin. – To ty ich zaatakowałeś demonie! Spaliłeś ich żywcem! Zasługujesz na długą, bolesną śmierć!

– Jeżeli w tym momencie nie każesz go aresztować – warknął Ian, zupełnie pomijając już jakiekolwiek pozory grzeczności – natychmiast poinformujemy o tym ataku Sojusz.

Władca Demonów wyglądał teraz jeszcze bardziej złowrogo niż na początku. W jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski.

– Może po prostu was powinienem zabić? – spytał cicho. – Problem rozwiązałby się sam.

– Śmiało – powiedział pewny siebie Kevin. – Naszą śmierć poczują wszyscy znajdujący się w pobliżu Łowcy. To będzie oznaczało koniec twojej rasy, Lordzie.

Matthew wstał.

– Wiem co zrobiłem i jestem gotów ponieść tego konsekwencje – powiedział cicho. – Nie mogłem postąpić inaczej.

– Dlaczego? – nie zrozumiał Marcus.

– To nie ma znaczenia – stwierdził.

Eliza nie miała pojęcia skąd to wie, ale w jednej chwili zrozumiała co musi zrobić. Nie mogła pozwolić, żeby Szarookiemu stała się krzywda. On, jako jedyny, naprawdę chciał ją chronić, po za tym tylko jemu może się udać ocalić Chiredana. Wstała. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Mężczyźni wyglądali na bardzo zaskoczonych tym, że królewna chce coś powiedzieć.

– Musiał ich zabić – powiedziała pewnie – ponieważ ja mu kazałam.

– Kim jest ta dziewczyna? – spytał poirytowany Ian – i czemu się wtrąca w nieswoje sprawy?

– Czy to prawda? – spytał Marcus ignorując pytanie Łowcy. Na jego twarzy pojawił się delikatny, ironiczny uśmiech. Mężczyźni niechętnie skinęli głowami. Szarooki milczał. – To królewna Elysoun Bellis Miye Maes, dziecko z przepowiedni i moja córka. Czy wnosicie przeciwko niej oskarżenie? To chyba będzie oznaczało przymierze pomiędzy demonami, elfami i istotami cienia przeciwko ludziom… nie sądzisz?

Eliza wzdrygnęła się lekko. Nie była pewna skąd o tym wiedziała, ale dopiero kiedy usłyszała te słowa wypowiedziane głośno zaczęło do niej docierać ich znaczenie.

– Nie wiedzieliśmy kim ona jest – jęknął Kevin – my nigdy…

– Nie wnosimy – powiedział chłodnym, ale stanowczym głosem Ian. – To było nieporozumienie. Dalej jednak uważam, że demon powinien zostać ukarany. Zabił dwóch naszych ludzi, nie ważne na czyj rozkaz. Wszedł nam w drogę. Nie może mu to ujść płazem.

Marcus westchnął z rezygnacją.

– Pięćdziesiąt batów, czy to waszym zdaniem odpowiednia kara? – skinęli głowami, Ian spojrzał na Szarookiego z okrutną satysfakcja, nie potrafił znieść myśli, że ktoś go wykiwał. – Jeżeli chodzi o wyklętego, egzekucja odbędzie się jutro o zachodzie słońca.

– Nie! – wyrwało się przerażonej tymi słowami Elizie. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale siedzący przy niej Rjiav, najwyraźniej na jakiś znak swojego nauczyciela, błyskawicznie wstał i położył jej rękę na ustach.

– Jeżeli to już wszystko, służący pokaże wam wasze komnaty – powiedział chłodno.

– Przyjdziemy dopilnować, czy wymierzono demonowi zasłużoną karę – warknął Kevin.

Łowcy niechętnie opuścili salę. Rjiav puścił królewnę. Nie odezwała się, patrzyła z nienawiścią w oczach na Marcusa.

– Pokaż mi mój pokój – poprosiła cicho, stojącego przy niej chłopaka.

Tamten spojrzał pytająco na Władcę Demonów. Mężczyzna skinął głową. Rjiav wraz z Elizą opuścili komnatę. Sylwia zerwała się od stołu i wybiegła za nimi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki obrzucił Marcusa zdumionym spojrzeniem. Opadł ciężko na drewnianą ławę. Władca Demonów usiadł po przeciwległej stronie dębowego stołu.

– Mówiłem ci przecież… – zaczął Matthew.

– Wiem co mówiłeś – przerwał mu mężczyzna. – Tak będzie lepiej. Dla ciebie również. Pozbędziesz się swojego rywala, a ona znienawidzi mnie, a nie ciebie. Zresztą i tak nie pozostawili mi zbyt dużego wyboru.

– Nie możesz tego zrobić! – oczy chłopaka płonęły. – Nie pozwolę ci jej w ten sposób skrzywdzić!

– Nie mam innego wyjścia – warknął Marcus – po za tym to wyklęty. Jest dla niej niebezpieczny.

– Oni tak samo myślą o demonach – powiedział cicho Szarooki. – Uważają, że jesteśmy źli z natury i żyjemy tylko po to, żeby mordować, a naszym hobby są kąpiele w krwi niewinnych ofiar. To zwyczajny rasizm, Marcusie.

– Tym razem tak nie jest. Zrodzone w ten sposób dzieci są naprawdę złe. Włada nimi czarna magia. Ona jest ich częścią.

– Skąd o tym wiesz?

– Walczyłem z wyklętymi, Matthew. Znam ich. To złe istoty. W tym wypadku Łowcy mają rację. Trzeba ich zabijać. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś taki kręcił się w pobliżu mojej córki.

Szarooki pokręcił głową.

– Nie spotkałem w swoim życiu wielu wyklętych, ale ufam Elizie. Chiredan nie może być kimś złym. Pamiętaj, że ona widzi aury. Wie komu może zaufać, jakie kto ma uczucia i zamiary.

– Skoro tak to czemu tyle czasu uciekała przed tobą? – zadrwił Marcus.

– Ponieważ – odpowiedział niechętnie Matthew – widziała w moich myślach pożądanie. Bała się mnie. Teraz już wie, że to bez znaczenia. Nabrała pewności, że jej nie skrzywdzę.

– Żałuję, że zapytałem – jęknął jasnowłosy mężczyzna.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Eliza rano wyszła z komnaty, Rjiav czekał na nią pod drzwiami. Spojrzała na niego odrobinę zdumiona. Miał na sobie lekko wygniecioną lnianą koszulę, a jego blond czupryna wyglądała na odrobinę roztrzepaną.

– Dzień dobry – powiedział niepewnie uśmiechając się do dziewczyny.

– Byłeś tu całą noc? – spytała z niedowierzaniem.

Chłopak skinął głową.

– Przepraszam – powiedział spuszczając wzrok – Lord Marcus kazał mi cię pilnować, pani. Sądzi, że zbuntujesz się przeciwko jego postanowieniom i będziesz próbowała coś z tym zrobić…

– Rozumiem – odparła starając się mówić łagodnym tonem – to nie twoja wina. Gdzie jest Matthew? Chce się z nim zobaczyć.

Rjiav zmieszał się jeszcze bardziej.

– To w tym momencie nie możliwe, pani. Książę Corvidae jest chwilowo niedysponowany.

W jednej chwili królewna przypomniała sobie o karze, jaką wymierzył Szarookiego jej ojciec. Zadrżała.

– Gdzie on jest? – warknęła ostrzej niż zamierzała. – Co mu zrobili?

Chłopak wyglądał na spłoszonego, milczał. Eliza wyminęła go i pobiegła przed siebie szerokim korytarzem. Martwiła się o Matthew, a po za tym, był on jedyną osobą mogącą jej pomóc uratować Chiredana. Rjiav złapał ją zanim dobiegła do prowadzących w dół schodów.

– Puść mnie – syknęła.

– Nie mogę – powiedział przepraszająco chłopak. – Takie dostałem rozkazy.

Uwagę dziewczyny przyciągnęło jakieś poruszenie. Królewna wyjrzała przez duże, wychodzące na dziedziniec, wykuszowe okno. Z jej krtani wydobył się cichy jęk zgrozy. Na placu stał pręgierz, a do niego przywiązany był Szarooki. Chłopak miał na sobie tylko spodnie. Przy nim stał wymierzający mu razy gwardzista, a nie opodal jeszcze kilku. Pod murem z szarej cegły stali dwaj Łowcy. Zauważyła na ich twarzach wyraz mściwej satysfakcji.

– Puszczaj – krzyknęła wyrywając się z rąk Rjiava. Chłopak nie posłuchał. Zaczęła go wściekle okładać pięściami. – Puść mnie! – wrzasnęła.

– Przestań, proszę… – powiedział przyciągając ją bliżej do siebie, żeby móc ją wygodniej złapać.

Nawet nie próbował chwycić rąk dziewczyny. Pozwalał się jej spokojnie bić. W końcu królewna ochłonęła. Po jej policzkach ściekały słone łzy. Przylgnęła do, ciągle trzymającego ją, chłopaka. Zmieszany Rjiav przytulił ją niezdarnie. Była to ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza siedziała skulona w dużym, wygodnym fotelu. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wszystko wydawało jej się beznadziejne. Czekała, kiedy będzie mogła zobaczyć się z Matthew. Coraz bardziej bała się o Chiredana. Zdawała sobie sprawę, że ich sytuacja jest, krótko mówiąc, opłakana. Nie widziała żadnego rozwiązania. Cholerni Łowcy, teraz nienawidziła ich jeszcze bardziej.

Po pewnym czasie do komnaty weszła Sylwia. Minęła bez słowa chodzącego niespokojnie przy drzwiach Rjiava, który nie opuszczał królewny na krok. Ukucnęła przy fotelu Elizy.

– Hej, Liska, nie zamartwiaj się tak. Coś wymyślimy, jak zawsze zresztą – powiedziała starając się zachować pogodny ton.

Dziewczyna spojrzała na nią jakby tamta przybyła z kosmosu.

– Co z Mattem? – zapytała cicho.

– Nic mu nie będzie. Jest demonem, pamiętasz? Ich rany goją się znacznie szybciej niż u ludzi. Co prawda dzisiaj nie będzie mógł się ruszyć, ale jutro już powinno być w miarę ok.

– Chcę się z nim zobaczyć… – utkwiła w Sylwii błagalne spojrzenie – proszę…

– Jasne, myślę, że możemy do niego iść… – spojrzała pytająco na Rjiava.

Chłopak niechętnie skinął głową.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy stanęli przed drzwiami jednej z gościnnych komnat, Sylwia pociągnęła Rjiava za rękaw.

– Niech idzie sama – powiedziała cicho.

Chłopak posłusznie się zatrzymał. Pozwolił Elizie wejść do środka, a sam razem z rudą czarownicą został na korytarzu.

Królewna rozejrzała się po pomieszczeniu. Szarooki leżał na brzuchu, na wielkim, dębowym łóżku. Podbiegła do niego i uklęknęła przy nim. Mimowolnie spojrzała na jego plecy. Były poranione do żywego mięsa.

– Matt… – wyszeptała cicho, w jej błękitnych oczach zalśniły łzy.

– Cii – powiedział do niej uspakajająco.  – Nic mi nie będzie.

Delikatnie dotknęła dłonią jego policzka. Uśmiechnął się do niej blado. Przytrzymał jej rękę przy swojej twarzy.

– To wszystko moja wina, gdybym nie kazała ci ich zabić…

– Oni zastrzeliliby nas bez wahania – przerwał dziewczynie Szarooki. – Posłuchaj, to bardzo ważne. Powiedz Marcusowi, że nie może zabić Chiredana bez porozumienia z Sojuszem. Zażądaj konsultacji z królem Ardanienem w tej sprawie. Nie będzie mógł odmówić.

– I myślisz, że Rada coś tu pomoże? – spytała powątpiewająco.

Matthew pokręcił głową.

– Nie, ale da nam więcej czasu na zastanowienie się, co zrobić.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan leżał skulony na wyściełającym skromną celę sianie. Pogodził się już z tym, że ma umrzeć, dalej jednak odczuwał strach. Martwił się też o Elysoun i sam nie wiedział czemu, ale odczuwał ogromną zazdrość. Cierpiał na samą myśl o tym, że jego Stokrotka, przebywa w towarzystwie szarookiego demona. Nie mógł wyrzucić z myśli obrazu, który ujrzał po przebudzeniu w jaskini. Jego dziewczyna śpiąca na kolach Matthew. Do tego, jakby jeszcze było mało, potwornie bolał go brzuch. Przynajmniej, tym razem, strażnicy traktowali go w miarę humanitarnie. Zacisnął mocniej powieki. Za wszelką cenę próbował przywołać wspomnienia wycieczki na Florydę. Zdawał sobie sprawę, że chwile spędzone w towarzystwie Elysoun były najlepszym rozdziałem jego życia.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

W oczach królewny płonął ogień. Patrzyła na swojego ojca, Władcę Demonów, z czystą, nieskrywaną nienawiścią.

– Nie! – powiedział stanowczo, siedzący w wyściełanym ciemnozielonym aksamitem fotelu, Marcus. – Egzekucja odbędzie się o zachodzie słońca. Nie jesteś w stanie wpłynąć na moja decyzję.

– Nie możesz go zabić – powiedziała lodowatym tonem. – Musisz najpierw porozumieć się z Sojuszem.

– Reprezentują ich Łowcy, a oni wyraźnie zażyczyli sobie śmierci wyklętego – odparł spokojnie. – Nie zamierzam dać wam więcej czasu. Już w wystarczające kłopoty wpakowałaś księcia Corvidae, nie uważasz? Ten idiota zrobi dla ciebie wszystko. Nie potrzeba mu więcej problemów. Zakochany głupiec.

Eliza obrzuciła ojca zaskoczonym spojrzeniem. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy sądzić, że Szarooki jest w niej zakochany. Po za tym, ona sama kochała Chiredana, a Matthew o tym wiedział. Na pewno by jej nie pomagał, gdyby to co powiedział Marcus było prawdą. Wówczas śmierć jej chłopaka byłaby mu jak najbardziej na rękę. Królewna boleśnie zdała sobie sprawę, jak działa na nią obecność Szarookiego. Pragnęła jego bliskości. Chciała, żeby był przy niej. Gdyby to co mówił Władca Demonów było prawdą, stanęłaby przed naprawdę trudnym wyborem.

– Nie możesz go zabić! – powtórzyła błagalnie dziewczyna.

– Owszem mogę i zrobię to – odparł lodowato zimnym tonem. – Chiredan Blair zginie o zachodzie słońca.

– Nienawidzę cię! – wrzasnęła królewna i ze łzami w oczach wybiegła z pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zachód słońca zbliżał się nieubłaganie. Eliza siedziała w ogrodzie pod pięknym, rozłożystym drzewem. Rjiav nie spuszczał jej z oczu. Dziewczyna nie wiedziała co robić. Czuła w sobie przeraźliwą pustkę. Wiedziała, że tym razem Matthew jej nie pomoże, chłopak nie był w stanie się ruszać. Podejrzewała, że Marcus zrobił to specjalnie, żeby w żaden sposób nie mogli mu przeszkodzić. Strach o Chiredana ściskał jej gardło. Z każdą kolejną godziną ogarniała ją coraz większa panika.

U bram ogrodu pojawiły się jakieś postacie. Eliza podniosła wzrok, żeby zobaczyć kto to. Rjiav stanął przed nią w gotowej do ataku pozycji, rozluźnił się jednak rozpoznając Sylwię.

– Liska! – zawołała ruda czarownica podbiegając do królewny. – Długo cię szukaliśmy!

Eliza wzdrygnęła się, kiedy rozpoznała dwie pozostałe osoby. Byli to Devor i Wika. Poczuła jeszcze większy strach.

– Dopiąłeś swojego – warknęła do Łowcy, pod opieką Rjiava czuła się pewniejsza siebie niż zwykle, a w każdym razie wierzyła, że w razie czego chłopak stanie w jej obronie. – Jesteś teraz zadowolony?

– O czym ona mówi? – spytała Wika Sylwii.

– To właśnie ta sprawa o której mieliśmy rozmawiać – oznajmiła czarownica. – Marcus chce stracić Chiredana. Egzekucja odbędzie się za godzinę. Nie mam pojęcia co możemy zrobić.

– Nie uważacie, że jeżeli ten wyklęty zginie, to po prostu pozbędziemy się problemu? – spytał niepewnie Devor.

Eliza posłała mu nienawistne spojrzenie. Ten człowiek nie mógł być jej bratem! Nie miał żadnych uczuć!

– Nie, nie uważamy tak – stwierdziła twardo Wika. – Jest przyjacielem Liski i dlatego musimy go chronić. Nie wiem czy pamiętasz, ale wcale nie tak dawno temu chciałeś też pozbyć się Matthew. Jesteś pochopny, impulsywny i niezbyt bystry, nawet jak na faceta. – oznajmiła.

Devor spojrzał spode łba na blond ślicznotkę.

– W takim razie dlaczego ze mną jesteś? – spytał.

– Masz w sobie też dobre cechy… – stwierdziła. – Na przykład jesteś przystojny… i całkiem niezły w łóżku…

– Ludzie! Nie mamy teraz na to czasu! – wtrąciła się Sylwia.

– Co niby mamy zrobić? – spytał Devor wzdychając ciężko.

– Jeszcze nie wiem – oznajmiła czarownica – ale na pewno nie możemy pozwolić mu umrzeć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Prowadzony przez dwóch strażników Chiredan szedł wyprostowany, patrząc przed siebie śmiałym spojrzeniem przenikliwych, zielonych oczu. Bał się, ale był przygotowany na śmierć. Zabrali go na plac gdzie miała odbyć się egzekucja. Pobladł, kiedy zaprowadzili go na szubienicę, ale w żaden inny sposób nie okazał swojego strachu.

Na placu zebrał się spory tłum. Chłopak szukał wzrokiem Elysoun. Tylko na jej widoku mu zależało. Właściwie błagał w duchu, żeby jej tam nie było. Nie chciał, żeby oglądała jego śmierć. W pewnym momencie zobaczył królewnę. Stała pod wschodnim murem zamku. Patrzyła prosto na niego. Mimo odległości, jaka ich dzieliła, mógłby przysiąc, że widzi w jej oczach łzy. Trzymał ją jakiś wysoki, szczupły chłopak o prawie żółtych, roztrzepanych włosach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się uwolnić. Chiredan poczuł jeszcze większy żal. To właśnie w tym wszystkim było najstraszniejsze, już nigdy więcej jej nie zobaczy.

Dowódca straży dał znak, żeby rozpocząć egzekucję. Strażnicy związali Chiredanowi ręce za plecami. Nałożyli mu na szyję pętlę od szubienicy. Chłopak przymknął oczy. Więc tak miało skończyć się jego życie. Przypomniał sobie przyjemne, spędzone z Elysoun chwilę. Przynajmniej, odchodząc, był pewien, że istnieje coś dla czego warto było żyć. Żałował tylko, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo pokochał Elysoun.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Devor był na siebie wściekły. Wiedział, że wszystko schrzanił. Własna siostra go nienawidziła, a ukochana uważała, że jest skończonym kretynem. Zasłużył sobie na to bez dwóch zdań. Musiał coś zrobić, nie mógł tego tak zostawić.

Kiedy zobaczył jak prowadzą Chiredana na szafot zaczął przedzierać się przez stojący na placu tłum. Zobaczył, że gwardziści założyli stryczek na szyję chłopaka. Herold zaczął czytać oskarżenie.

Stojący tutaj Chiredan Blair jest oskarżony o posługiwanie się czarną magią. Wielokrotnie uciekał przed sprawiedliwością Łowców, wielu z nich poniosło z jego ręki śmierć. Chiredan Blair jest wyklętym…

Na tą wiadomość w tłumie podniosły się niedowierzające szmery. Devor nie tracąc czasu zaczął wspinać się na podwyższenie.

Zagraża zarówno Sojuszowi jak i spełnieniu się proroctwa – kontynuował herold. – Niniejszym skazany zostaje na śmierć przez powieszenie.

Podpisane własną ręką

Lord Marcus Aquila Verreauxii, Władca Demonów

– STOP! – wrzasnął nowo koronowany król Terony, kiedy stanął na szczycie schodów. Odwrócił się do zgromadzonych na placu ludzi. – Marcusie! – zawołał gromkim głosem. – Jestem Devor Vayandar, członek Rady Zjednoczonych Królestw, Łowca i świeżo koronowany król Terony. Jeżeli, bez zgromadzenia Rady Sojuszu, zabijesz tego człowieka, będzie to oznaczało wojnę. Mówię to w imieniu nie tylko ludu Terony, ale i Łowców.

Na placu zapanowała cisza. Nikt nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Devor uważnie patrzył na stojącego na zamkowych flankach samotnego mężczyznę. W pewnym momencie tamten zaczął się zmieniać. Nie był już przystojnym człowiekiem w średnim wieku. Jego ciało urosło. Miał teraz prawie trzy metry wzrostu. Rozdarł koszulę i na jego nagim torsie było widać wszystkie stalowe, naprężone pod skórą mięśnie. Z pleców wyrosły mu olbrzymie, purpurowo-czarne skrzydła. Jego twarz nie przypominała już ludzkiej. Ryknął wściekle jak dzikie zwierzę. Wzbił się w powietrze i wylądował tuż obok Devora.

Młody król Terony z trudem przełknął ślinę. Nie był do końca pewny w co się właściwie wpakował. Spojrzał demonowi prosto w jego czerwone, nieludzkie oczy. Czekał.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza z niedowierzaniem słuchała przemowy swojego brata. Nigdy by się tego po nim nie spodziewała i to właśnie w momencie kiedy straciła resztki nadziei.

– Devorze Vayandar – odezwał się potwór, a jego głos roznosił się echem po całym zamku. – To moje królestwo i mój więzień, a ty nie masz najmniejszych podstaw, żeby wtrącać się w moje sprawy.

Przez jakiś czas spokojna królewna, znowu zaczęła się szarpać. Za wszelką cenę chciała wydostać się z silnego uchwytu Rjiava. W pewnym momencie ugryzła go w rękę. Zaskoczony chłopak wypuścił ją na chwilę. To wystarczyło. W jednej chwili zniknęła w stojącym na placu, zwartym tłumie.

– Owszem, mam podstawy – kontynuował Devor, mimo, iż zdawał sobie sprawę, że nie jest to prawdą. – Nie możesz samodzielnie podejmować tak ważnych decyzji. One należą do Rady Sojuszu.

– Obecni tutaj Łowcy zdecydowali się ich reprezentować – wskazał na stojącą prawie pod samą szubienicą dwójkę. Mężczyźni niepewnie pokiwali twierdząco głowami. Trwożliwie patrzyli to na Marcusa to na Devora. – Kontynuujmy egzekucję – oznajmił chłodno. -Porozmawiamy później.

Eliza przedarła się przez tłum. Wbiegła na prowadzące na podwyższenie schody. Żaden ze strażników nie ośmielił się jej zatrzymać, tak jak wcześniej żaden nie zatrzymał Devora.

– Ojcze! – powiedziała cichym, ale stanowczym głosem. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. – Nie możesz go zabić. Kocham go i noszę w sobie jego dziecko – oznajmiła patrząc poważnie demonowi w oczy.

Potwór ryknął wściekle. Dźwięk, który wydobył się z jego piersi sprawił, że wszyscy zadrżeli.

– Ty idiotko! – syknął.

Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Na podwyższenie wszedł ktoś jeszcze. Kiedy strażnicy próbowali go zatrzymać, wykonał dłonią jeden nieznaczny gest, a oni nagle zamarli niczym zamrożeni. Przybysz spokojnie szedł dalej. Miał na sobie zielony, wełniany płaszcz. Ściągnął z głowy kaptur, odsłaniając złote, splecione w myśliwski warkocz włosy. Devor ze zdumieniem rozpoznał Leldorina, syna króla z Silva Magna i niedoszłego nażyczonego swojej siostry.

– Ona ma rację, Marcusie – powiedział spokojnym, uprzejmym głosem elf. Mimo tego, że nie mówił głośno, cały zgromadzony na placu tłum mógł go usłyszeć. – Chiredan Blair jest półelfem, moim bratem, najmłodszym synem króla Traviana z Wielkiego Lasu, a to czyni go najmłodszym synem z Silva Magna o którym mówi proroctwo. Magia przepowiedni jest silniejsza od każdej innej, dlatego właśnie nie działa na niego czar wyklętych. Twoja córka ma pełne prawo go poślubić, jeżeli taki właśnie jest jej wybór.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Matthew wyglądał przez wychodzące na plac okno. Z trudem mógł utrzymać się na nogach. Nie wiedział co się stanie, jeżeli Chiredan umrze, jednak przebieg wydarzeń zupełnie go zaskoczył.

Dziecko, przymknął oczy, zalała go fala bólu. Czuł się pusty w środku. Ona urodzi jego dziecko. Dlaczego? Jak to możliwe?

Kiedy pojawił się Leldorin, Szarooki zdał sobie sprawę, że musi podjąć decyzję, bo od tego co zrobi będzie zależało całe życie i szczęście Elizy. Zdziwił się, kiedy elf w pierwszej kolejności przyszedł do niego. Oznajmił mu, że potrafi zdjąć wiążące pamięć dziewczyny zaklęcia, powiedział mu też kim jest Chiredan, a potem kazał decydować. Matthew nie potrafił zdobyć się na to, żeby pozwolić Marcusowi zabić chłopaka. Natychmiast wysłał Leldorina na plac. Nie był też pewien czy to dobry pomysł, żeby przywracać Elizie pamięć. Jednego tylko był pewien. Kochał ją i nie chciał, żeby cierpiała. Wiedział, że nigdy nie pokocha nikogo innego.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Łowcy zmyli się z placu od razu, gdy okazało się, że egzekucja nie dojdzie do skutku. Siedzieli teraz smętnie w karczmie popijając piwo.

– O mało co nie doprowadziliśmy do wszechogarniającej wojny – jęknął jeden z nich.

– Skąd do licha mieliśmy wiedzieć Kevinie? – zapytał przyjaciela zrezygnowany Ian.

Do ich stolika podszedł zakapturzony mężczyzna. Był w podeszłym wieku. Przysiadł się bez pytania. Spojrzeli na niego wrogo. Ich miny jednak zmieniły się na wystraszone, kiedy zsunął z twarzy kaptur.

– Partacze – syknął. – Mieliście tylko doprowadzić do śmierci jednego durnego dzieciaka! Czy to naprawdę było takie trudne?

Spojrzeli na niego niedowierzająco.

– Całe szczęście, że się nie udało. Przecież to oznaczałoby koniec proroctwa i wojnę… – szepnął Ian.

– No cóż, właśnie o to mi chodziło – odpowiedział starzec spokojnie. – Dobranoc panowie – powiedział miłym głosem, a kiedy wstawał od stolika leżały na nim martwe ciała Łowców. Wyglądali zupełnie tak, jakby zasnęli w trakcie picia.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Matthew wszedł do sali biesiadnej, wszyscy już tam byli. Rozejrzał się po twarzach zebranych. Wika siedziała na drewnianej ławie, tuląc się do Devora, Sylwia przycupnęła na niskim stołeczku tuż obok wyjścia, a nad nią stał oparty o ścianę Rjiav. Marcus z poszarzałą twarzą zajmował wysoki, wyłożony futrem, dębowy fotel. Leldorin z obojętną miną siedział naprzeciwko króla Terony, pogrążony z nim w cichej dyskusji. Szarookiego coś ścisnęło w środku na widok Elizy i Chiredana. Chłopak siedział przy oknie na jednym, z obitych skórą krzeseł, królewna klęczała na leżących na podłodze futrach, trzymając głowę na jego kolanach. Chiredan delikatnie gładził jej włosy. Gdy Eliza podchwyciła wzrok Matthew uśmiechnęła się do niego delikatnie. Chłopakowi chciało się wyć. Podjął jednak decyzję.

Podszedł do długiego, drewnianego stołu i usiadł obok Leldorina.

– Moja odpowiedź brzmi: nie – powiedział cichym, ale pewnym głosem.

Elf obrzucił go smutnym, ponurym spojrzeniem, ale skinął głową.

– Przykro mi – powiedział tylko.

Lord Marcus nie wyglądał na zadowolonego. Wstał ze swojego miejsca u szczytu stołu. Podszedł do klęczącej na podłodze córki. Podniosła na niego swoje smutne, niebieskie oczy. Ich spojrzenie było równie lodowato-zimne jak jego własnych. Chiredan wstał zasłaniając sobą dziewczynę. Leldorin uleczył jego opatrzone przez Sylwię rany i teraz nie było po nich śladu. Chłopak czuł się zupełnie zdrowy. Był w pełni sił.

– Spokojnie – powiedział cicho Władca Demonów, a w kącikach jego ust zagościł drwiący uśmiech. – Chcę się tylko dowiedzieć co planujecie zrobić. Potem możecie odejść. Nie jesteście zaproszeni na naradę.

Mimo, że mężczyzna wyglądał przerażająco, zwłaszcza po tym jak na oczach wszystkich przyjął swoją demoniczną postać, Chiredan odważnie spojrzał mu w oczy.

– Kocham Elizę – powiedział poważnie, wyraźnie wypowiadając każde słowo. – Jest dla mnie wszystkim. Chcę się z nią ożenić, jeżeli się zgodzi – oznajmił patrząc na dziewczynę z miłością i nadzieją w oczach.

Marcus prychnął. Jego niechętne spojrzenie przeniosło się na królewnę.

– A co ty o tym sądzisz? – zapytał. – Chcesz poślubić tego chłopaka?

Eliza rozejrzała się po sali. Przez chwilę jej zagubione spojrzenie spotkało się ze zrozpaczonym wzrokiem Matthew. Potem przeniosła je na ojca.

– Kocham Chiredana – oznajmiła pewnym głosem – i tak, chcę.

Władca Demonów skinął głową.

– Świetnie – powiedział, a jego głos ociekał sarkazmem. – W takim razie niedługo wyprawimy wesele, a teraz możecie odejść.

Królewna wstała, wzięła za rękę Chiredana i razem wyszli z komnaty. W sali zapanowała grobowa cisza. Marcus podszedł do Szarookiego. Położył mu rękę na ramieniu.

– Jesteś tego pewien Matthew? – zapytał ponuro.

– Tak, jestem – odpowiedział cicho chłopak, a jego twarzy przybrała wyraz lodowatej maski.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szarooki siedział pod drzewem w pałacowym ogrodzie. Miał wszystkiego dość. Po głowie snuły mu się ponure, złowrogie myśli. Na wyłożonej kolorowymi kamyczkami ścieżce pojawiła się Sylwia. Usiadła koło chłopaka. Położyła mu głowę na ramieniu. Wyciągnął rękę i objął ją czułym gestem. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę w milczeniu. W pewnym momencie dziewczyna uniosła się odrobinę i pocałowała chłopaka w usta. Spojrzał na nią zaskoczony, delikatnie odsuwając od siebie czarownicę.

– Sylwia… – łagodnie wymówił jej imię. – Ja nie mogę – westchnął cicho. – Jesteś moją przyjaciółką…

Dziewczyna zerwała się z trawy. W jej oczach pojawiły się łzy.

– Zawsze tak jest – jęknęła. – Wika i Eliza są piękne, co chwila umawiają się z nowymi chłopakami, a mnie tylko każdy traktuje jak przyjaciółkę. Czego mi brakuje? – spytała, a w jej głosie pobrzmiewała nutka rozpaczy.

Matthew wstał. Podszedł do niej. Przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w niego łkając.

– Niczego ci nie brakuje – powiedział cicho chłopak. – Jesteś bardzo atrakcyjna i seksowna – dodał odsuwając ją od siebie odrobinę i wycierając dłonią łzy z jej policzków.

Spojrzała mu w oczy.

– Więc dlaczego mnie nie chcesz?

Chłopak pokręcił głową. Przytulił ją do siebie z powrotem.

– Bo to nie byłoby fair – powiedział poważnie. – Nie jestem człowiekiem, nas obowiązują inne zasady. Jesteśmy jak wilki, albo orły. Łączymy się w pary na całe życie. Kocham Elizę i to zawsze będzie ona. Nigdy nie będę w stanie pokochać kogokolwiek innego.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza nie była pewna swojej decyzji. Właściwie to niczego już nie była pewna. Przypomniała sobie ból i rozpacz w oczach Matthew. Czy to co mówił Marcus mogło być prawdą?

Nie, to nie możliwe – wybiła sobie z głowy dziewczyna. – Gdyby to była prawda, na pewno by coś zrobił. Jakoś zareagował, a on po prostu…– ucięła tą myśl, zanim zastanowiła się nad nią do końca. – Marcus z pewnością mnie okłamał.

Leżała na plecach, na wielkim łożu wpatrując się w kolorowy baldachim. Chiredan umył się i włożył czyste ubranie. Podszedł do dziewczyny. Usiadł przy niej.

– O czym myślisz? – zapytał.

– To nie ma znaczenia – westchnęła.

Chłopak spojrzał na nią. Uśmiechnął się łagodnie. Wziął ją za rękę.

– Ja mówiłem poważnie, naprawdę cię kocham, Stokrotko – oznajmił. – Wszystko się jakoś ułoży, a kiedy dziecko przyjdzie na świat…

– Jakie dziecko? – zdziwiła się dziewczyna przerywając mu w pół słowa.

– Przecież mówiłaś… – nie zrozumiał chłopak.

– O cholera – szepnęła dziewczyna. Wybuchła śmiechem. – Przepraszam cię Chiredanie, to po prostu było pierwsze co przyszło mi do głowy, żeby przekonać Marcusa. Więc jeżeli chodzi o to dziecko… to chyba rzeczywiście będziemy musieli je zrobić – uśmiechnęła się do chłopaka filuternie.

Chiredan z dezaprobatą pokręcił głową. Potem uśmiechnął się do Elizy. Położył się przy niej na łóżku, delikatnie całując jej usta.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Na zamku rozpoczęły się przygotowania do hucznego wesela. Eliza chodziła jak we śnie. Kochała Chiredana, ale wcale nie była pewna czy chce z nim brać ślub. Tak krótko się znali, po za tym dręczyły ją jej własne, niejasne uczucia w stosunku do Szarookiego. Zastanawiała się czy przypadkiem, to co mówił Marcus nie było prawdą. Tak bardzo chciała się dowiedzieć czy Matthew też ją kocha.

Eliza, otulona błękitnym, wełnianym płaszczem siedziała na drewnianej ławce w różanym ogrodzie. Zastanawiała się jak to się dzieje, że róże kwitną przez cały rok. W pewnym momencie usłyszała szczekanie. Do ogrodu wpadł biały wilk tratując wszystko na swojej drodze.

– Snowy! Snowy! – uradowana zawołała psa po imieniu.

Rzucił się na nią radośnie merdając ogonem. Zaraz za psem przybiegła mała dziewczynka. Miała może sześć lat. Pisnęła radośnie i rzuciła się na Elizę jak gdyby nigdy nic odganiając ogromnego psa. Wilk uspokoił się i położył u nóg swojej pani. Mała blondyneczka wdrapała się na kolana królewny.

– Eliza – pisnęła, po jej policzkach spływały łzy. – Pamiętasz mnie? Prawda? Pamiętasz? Powiedz, że pamiętasz! Musisz mnie pamiętać! – z jej ust wypłynął potok słów. Brzmiały jak świergot natrętnego ptaszka. Wtuliła się ufnie w dziewczynę zarzucając jej na szyję drobne ramionka.

Królewna spojrzała na nią ciekawie. Dziewczynka miała złote loczki i niebieskie oczy. Wyglądała jak mniejsza kopia jej samej. Eliza pokręciła głową. To nie było możliwe.

– Jesteś moją córką? – zapytała niepewnym głosem.

Dziewczynka obrzuciła ją zdumionym spojrzeniem.

– Więc nie wiesz kim jestem? – spytała smutnym głosikiem. – Naprawdę nie wiesz?

– Nie, przykro mi – odpowiedziała cicho królewna.

Dziecko spoważniało. Na jego twarzy pojawiła się jakaś dziwna determinacja.

– To nic – powiedziała tylko odrobinę drżącym od wstrzymywanego płaczu głosem. – Ja i tak cię kocham.

Eliza przytuliła ją do siebie czule. Tak bardzo chciała sobie wszystko przypomnieć.

– Nie smuć się malutka – wyszeptała łagodnie. – Powiedz, jak masz na imię?

– Myo, nazwałaś mnie Myo od Myosotis, niezapominajki – oznajmiła blondyneczka cichutko.

– Tak, pasuje do ciebie – przyznała królewna. – Cieszę się, że do mnie przyszłaś Myo. Na pewno sobie wszystko przypomnę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan siedział na fotelu. Czytał oprawioną w skórę, bogato zdobioną książkę. Obrzucił Elizę pytającym spojrzeniem, kiedy weszła do ich wspólnej komnaty prowadząc za rękę mała dziewczynkę. Za nimi wesoło dreptał biały wilk. Królewna wzruszyła ramionami. Niczego już nie była pewna. Mała nieufnie podeszła do chłopaka. Chiredan zsunął się z fotela siadając na dywanie, tak, żeby być na wysokości małej.

– Cześć – powiedział. – Jak ci na imię?

– Myo – wyszeptała dziewczynka nieśmiało.

– Miło mi cię poznać Myo – oznajmił – ja jestem Chiredan. Ile masz lat? – zapytał.

– Sześć – odparła mała z dumą, jednocześnie pokazując mu na palcach.

– Aha, to ty już duża jesteś. Ja mam dwadzieścia. Za miesiąc skończę dwadzieścia jeden. Strasznie stary jestem, co? – Skinęła głową. Podeszła do niego bliżej. – Pokazać ci jakąś sztuczkę? – zapytał.

Z zapałem pokiwała głową. Usiadła przy nim na dywanie. Chłopak mrugnął do Elizy. Zaczął się popisywać przed dziewczynką swoimi zdolnościami w złodziejskim fachu. Myo zaśmiewała się uradowana.

– Myo, co ty tu robisz? – zapytał w pewnym momencie. – Gdzie jest twoja mama?

Dziewczynka wyglądała jakby uznała, że się z niej nabija. W końcu spojrzała mu poważnie w oczy.

– Tutaj – powiedziała wskazując na Elizę. Skinął głową. – A kim jest twój tata? – spytał. – Widzisz, nie znam cię jeszcze i muszę o wszystko pytać – dodał szybko widząc konsternację na jej twarzy. – Skąd mam wiedzieć, jeżeli mi nie opowiesz?

Uśmiechnęła się do niego wesoło.

– Masz rację – powiedziała. – Mój tata jest demonem i zamienia się w panterę. Ma na imię Matt.

Eliza pobladła na twarzy, Chiredan też.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Królewna zostawiła Myo pod opieką Chiredana. Teraz była pewna, że musi odbyć z Matthew bardzo poważną rozmowę. Po długich poszukiwaniach znalazła go w stajni. Czyścił czarnego jak noc, demonicznego konia. Rumak zarżał przyjaźnie na jej widok. Weszła do dużego, wyłożonego czystą słomą boksu.

– Cześć – przywitała się niepewnie z Szarookim.

Uśmiechnął się do niej smutno.

– Co tu robisz? – spytał.

– Musze ci zadać pytanie, a ty przyrzekniesz, że mnie nie okłamiesz.

Popatrzył na nią poważnie. Przez chwilę milczał. W końcu skinął głową.

– Zgoda, pytaj – powiedział.

– Czy Myo jest moją córką? – zapytała. – Naszą córką – poprawiła się po chwili.

Matthew roześmiał się. W tym śmiechu nie było ani odrobiny wesołości. Pokręcił przecząco głową.

– Myo uważa cię za swoją mamę – zastanowił się chwilę jak wytłumaczyć resztę. – Wychowywaliśmy ją, traktowaliśmy jak naszą córkę – przyznał chłopak. – Kiedyś była twoją wróżką. Nadałaś jej imię. Teraz jest po prostu zwykłym dzieckiem. – Spojrzał królewnie w oczy. – Mam nadzieję, że zajmiecie się nią z Chiredanem – dodał poważnie po chwili.

– Matt… co nas łączy – spytała cichutko, nieśmiałym głosem.

Chłopak uśmiechnął się do niej ponuro.

– Już ci mówiłem. Jestem twoim przyjacielem i zawsze nim będę, nie ważne co zrobisz, ani jak długo będziesz przede mną uciekała. Kiedyś łączyła nas magiczna więź – stwierdził. – Byłem twoim strażnikiem, ale już nie jestem. W jakiś sposób przerwało ją rzucone na ciebie zaklęcie. Sylwia ci to lepiej wytłumaczy, jeżeli chcesz.

– Matt… ja odniosłam wrażenie… – zaczęła powoli i nieśmiało. W końcu zebrała się na odwagę. – Matt, czy ty mnie kochasz?

Chłopak spojrzał jej w oczy. Jego twarz była pozbawioną wszelakich uczuć maską.

– Nie – odpowiedział twardo. – Tego typu uczucie nigdy nas nie łączyło.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy królewna wróciła do komnaty, dziewczynka spała skulona w wielkim łożu. Chiredan odetchnął z ulgą usłyszawszy od Elizy historię Myo. Wcale mu się nie dziwiła. Mimo to, ona sama, zamiast radości poczuła nieprzyjemną pustkę. Nie wiedziała jak ani kiedy to się stało, ale była przekonana, że usłyszy od Szarookiego twierdzącą odpowiedź. Dalej nie mogła uwierzyć, że chłopak, patrząc jej w oczy, powiedział, że jej nie kocha. Ona sama, nie pamiętając niczego ze swojego poprzedniego życia, znając go przez ten krótki okres czasu, już zdążyła się w nim zakochać. Miała nieprzyjemną świadomość, że gdyby dostała wybór, między Matthew a Chiredanem to mimo, iż kochała obydwu, bez wahania wybrałaby demona.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Nadszedł dzień ślubu królewny. Sala balowa po brzegi wypełniona była gośćmi. Eliza czuła się bardzo nieswojo. Nie znała tych ludzi. Nie pasowała to tego dziwnego świata, nie była nawet pewna czy chce pasować. Byli tu przedstawiciele każdej z czterech ras. Dziewczyna, w pięknej białej sukni, samotnie przemierzała korytarze olbrzymiej cytadeli. Gorączkowo myślała, co powinna zrobić.

Nagle usłyszała ciche łkanie dobiegające z wnęki za pięknym, przedstawiającym barwne pawie gobelinem. Podeszła tam zaskoczona. Ukucnęła naprzeciwko zwiniętej w kłębek małej dziewczynki. Nie obchodziło jej czy pobrudzi lub zniszczy suknię.

– Myo, kochanie, co się stało?

Mała podniosła na nią zapłakane oczy. Pociągnęła nosem.

– Dlaczego teraz kochasz Chiredana? – spytała cichutko.

Eliza zmarszczyła brwi. Przyjrzała się dziewczynce.

– To źle, że go kocham? Myślałam, że go polubiłaś…

– Lubię go – stwierdziła mała. – Tylko, że… Czemu już nie kochasz Matta?

Królewna spojrzała na nią zaskoczona.

– Kocham go – przyznała cicho – tylko on powiedział, że nie kocha mnie. Chodź tu do mnie – powiedziała, wyciągając do małej ręce. Myo wstała i podeszła do niej wtulając się ufnie w ramiona królewny.

– Matt cię kocha – oznajmiła cichutko dziewczynka – ale to straszny głupol.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza szła korytarzem trzymając za rączkę Myo. Westchnęła. W końcu nie wypada się spóźnić na własny ślub. Zobaczyła przed sobą zakapturzoną postać. Był to jakiś staruszek. Ukłonił się przed nią głęboko. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie i chciała wyminąć, ale wtedy się odezwał.

– Pani – powiedział drżącym, starczym głosem. – Chciałbym dać ci prezent z okazji twojego ślubu. Czy pozwolisz mi pani?

Królewna spojrzała na niego zaskoczona.

– Co to takiego? – zapytała zaciekawiona Myo.

– Jestem czarodziejem – oznajmił starzec. – Mogę przywrócić twojej pani wspomnienia, jeżeli tylko będzie chciała.

Eliza zamrugała oczami.

– Naprawdę? Potrafisz to zrobić? – spytała.

– Tak, potrzebna mi jedynie twoja zgoda, pani.

– Zrób to – szepnęła dziewczyna.

Starzec uśmiechnął się. Zaczął inkantować pieśń do bogini chaosu. Królewna rozpoznała niektóre słowa. Kiedy skończył, po prostu zniknął. Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna opadła na kolana. Wszystkie wspomnienia wracały do niej z niesamowitą, gwałtowną siłą. Czuła się jakby stanęła pod wodospadem. To było okropnie nieprzyjemne uczucie.

– Nie – wyszeptała cicho, w jej chabrowych oczach zalśniły łzy. – Co ja najlepszego zrobiłam… – Wstała. W jej oczach płonął ogień. Na twarzy malowała się determinacja. – Myo, znajdziesz Devora i Wikę. Wiesz, gdzie oni są? – mała skinęła głową. – W takim razie idź do nich i z nimi zostań. Ja muszę wszystko naprawić – powiedziała cicho, a potem rzuciła się pędem zamkowym korytarzem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan siedział na podłodze w komnacie sypialnej. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Pierwszy raz w życiu nikt go nie próbował zabić. Nie musiał uciekać. W jednej chwili jego życie zmieniło się diametralnie. Dostał zupełnie nową szansę. Nie był tylko pewien czy podoba mu się ten dziwny, baśniowy świat. Chciał wrócić do siebie, do Kanady i tam móc normalnie funkcjonować. Owszem, kochał Elizę, ale wcale nie był pewien czy ślub z nią to taki dobry pomysł… tak krótko się znali… Nie był też pewien czy chce, żeby jego ledwo co odzyskana wolność tak szybko się skończyła. Jeśli jednak dziewczyna tego chce, trudno. Chiredan Blair nigdy nie rzucał słów na wiatr.

Chłopak, zdumiony podniósł wzrok, kiedy do komnaty wpadła Eliza. Miała na sobie bogato zdobioną białą suknię. Wyglądała jak anioł. Może jednak ten ślub nie będzie taki zły… Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. W jej oczach widać było jednak smutek.

– Coś się stało, Stokrotko? – spytał zaniepokojony.

– Tak i to cholernie dużo się stało – oznajmiła spokojnym głosem. Usiadła przy nim na podłodze. Położyła swoje dłonie na dłoniach chłopaka. – Chiredan, kocham cię – powiedziała cicho – ale nie chcę brać z tobą ślubu, ani teraz ani nigdy. I myślę, że poznałam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ty też tego nie chcesz.

Niepewnie skinął głową.

– Chcę wrócić do Kanady – przyznał cicho. – Pierwszy raz w życiu nikt nie próbuje mnie zabić – powiedział spuszczając wzrok. Bał się na nią spojrzeć, wiedział, że to nie jest życie, o jakim marzyła. – Ja też cię kocham – dodał po chwili ciszy. – I zrobię wszystko, co będziesz chciała. – Spojrzał jej w oczy. – Jesteś dla mnie ważniejsza niż moje głupie zachcianki.

– Marzenia, Chiredanie. To się nazywa marzenia, nie zachcianki – powiedziała oplatając ramionami szyję chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. – Sylwia czeka na placu. Pokaże ci odpowiedni portal. Nie pójdę z tobą Chiredanie – oznajmiła patrząc mu w oczy. – Chcę tu zostać. Rozumiesz to?

Chłopak niechętnie skinął głową. Z trudem przełknął ślinę. W jego oczach pojawiły się łzy.

– Stokrotko… czy w ten sposób stracę cię na zawsze? – zapytał cicho łamiącym się głosem.

Dziewczyna pokręciła głową. Jej policzki były mokre od łez. Podała mu starannie złożoną karteczkę.

– Tu masz mojego maila. Odezwij się do mnie. Jak tylko będę w świecie, w którym istnieją komputery natychmiast odpowiem – uśmiechnęła się do niego poprzez łzy.

Chłopak przytulił ją do siebie. Czułym gestem pogładził jej włosy. Pocałował czubek jej głowy. Potem wstał i wyszedł z komnaty nie oglądając się za siebie. Wiedział, że jeżeli obejrzałby się chociaż na krótką chwilę, żadna siła nie powstrzymałaby go przed zostaniem z dziewczyną.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Matthew stał przy osiodłanym Hebanusie. Czarny ogier rżał radośnie, gotowy do lotu. Nagle chłopak poczuł coś dziwnego. Wyczuwał obecność królewny. Czyżby więź znowu wróciła? Spełniał się jego najgorszy koszmar. Nie będzie mógł odejść. Każdego dnia będzie musiał patrzeć na Elizę i Chiredana razem. Wziął głęboki oddech i przymknął oczy. Wiedział, że wszystko dla niej wytrzyma. Zdjął siodło z grzbietu potężnego rumaka.

– Jeszcze troszkę poczekasz przyjacielu, ale obiecuję ci, że niedługo polatamy – powiedział głaszcząc jego czarną sierść.

Chwilę później, z gradową miną i uczuciem beznadziei w sercu szedł zamkowym korytarzem, ku wypełnionej weselnymi gośćmi sali balowej. Bocznymi drzwiami wszedł do środka. Stanął pośród kłębiącego się tłumu. W komnacie panowało jakieś poruszenie. Chłopak nie miał pojęcia o co chodzi. Westchnął. Trudno, jeżeli trzeba zniesie też jej ślub. Mimo wszechogarniającej pustki którą w sobie czuł wiedział, że z wszystkim sobie poradzi. Byleby tylko Eliza była szczęśliwa.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Królewna wpadła do sali balowej jak burza. Miała tylko jeden cel, musiała odnaleźć Matthew. W tym momencie całą sobą nienawidziła chłopaka. Była na niego wściekła jak nigdy dotąd. Przez tłum zdziwionych gości przebiegł szum podniesionych głosów. Eliza nie miała zamiaru przejmować się teraz zasadami savoir vivre. Było jej wszystko jedno co na jej temat pomyślą ci wszyscy ludzie.  Chciała tylko odnaleźć Szarookiego.

Czuła bardzo wyraźnie łączącą ich więź. Była teraz znacznie mocniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Uznała, że to dlatego, iż dowiedziała się wszystkiego o jej działaniu i związanych z nią świadomych wyborach. Dokładnie wiedziała, gdzie znajdzie chłopaka. Podeszła prosto do niego, a tłum zdumionych ludzi rozstępował się przed nią na boki.

Po chwili stała już przed zdumionym Matthew. Patrzył na nią pytająco, z lekkim niedowierzaniem w szarych, smutnych oczach. Obrzuciła go pełnym furii spojrzeniem. Podeszła do niego i z całej siły uderzyła zaskoczonego chłopaka w twarz.

– Jesteś skończonym głupcem! – warknęła wściekle. – Kretynem i idiotą! Nigdy więcej nie podejmuj żadnych decyzji „dla mojego dobra”! – wrzasnęła.

Uderzyła go ponownie, a chłopak nawet nie próbował jej powstrzymać. Trzęsąc się ze złości wybiegła z balowej sali ścigana falą zdumionych spojrzeń.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Chiredan szedł przed siebie raźnym krokiem. Mijał kolejne zakręty szerokich korytarzy zamku. W pewnym momencie się zatrzymał. Nie, nie zrobi tego. Postanowił, że nie może odejść jak tchórz, zostawiając Elizę z tym wszystkim samą. Biegiem wrócił do komnaty, w której mieszkał, dziewczyny tam jednak nie było. Popędził ku balowej sali, w której zgromadzili się goście.

Zatrzymał się w drzwiach szeroko otwierając ze zdumienia swoje niesamowite szmaragdowe oczy. Królewna z jakiegoś powodu robiła Matthew awanturę. Uśmiechnął się pod nosem. Uwielbiał charakter tej dziewczyny. Na co dzień była cicha, miła i spokojna, ale jeżeli trzeba było umiała pokazać pazurki. Potem Eliza wybiegła bocznymi drzwiami z komnaty. Po niesamowitej ciszy w sali zapanowało ogromne poruszenie i harmider. Chiredan miał zamiar pobiec za dziewczyną. Bez słowa wyminął stojących przy jednej z bram strażników i wypadł na dziedziniec.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Sylwia zobaczyła biegnącego chłopaka. Stanęła przed nim zagradzając mu drogę swoją drobną osobą. Zatrzymał się w pół kroku.

– Poczekaj! – rozkazała. – Gdzie lecisz?

Spojrzał na dziewczynę lekko zdezorientowany.

– Chcę znaleźć Elysoun – powiedział.

– Nie – odezwała się ruda czarownica patrząc mu prosto w oczy.

– Dlaczego? – spytał Chiredan nie rozumiejąc.

– Ona dokonała swojego wyboru i ty też. Wracasz do domu.

– Nie rozumiesz… – zaczął, ale przerwała mu w pół słowa.

– Doskonale rozumiem – stwierdziła. – Wiem, że Eliza cię kocha, a ty ją. Tylko, że jest ktoś jeszcze. I był zanim w ogóle poznała ciebie. Odpuść Chiredan. To nie jest życie dla ciebie.

Dopiero teraz w głowie chłopaka wszystko zaczęło się układać. Westchnął.

– Więc jednak była z Matthew?

– Była, jest i będzie – odpowiedziała stanowczo Sylwia.

– Czemu uważasz, że on jest dla niej lepszy ode mnie? – spytał buntowniczo chłopak.

Czarownica smutno pokręciła głową.

– On żyje tylko i wyłącznie dla niej. Nic innego go nie obchodzi. Jest w stanie poświęcić dla Elizy po prostu wszystko. Dlatego właśnie milczał, kiedy zobaczył, że jesteście razem. Ty nie mógłbyś się na to zdobyć, Chiredan i doskonale o tym wiesz. Kochasz ją – dodała po chwili patrząc na smutek w oczach chłopaka – więc po prostu zostań jej przyjacielem. To nie znaczy, że masz jej już nigdy więcej nie zobaczyć.

Chłopak niechętnie skinął głową.

– Zabierz mnie do Kanady – poprosił cicho. – Masz rację, odpuszczę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Królewna, sama nie wiedząc kiedy, znalazła się za murami zamku. Biegła przed siebie. Chciała po prostu znaleźć się jak najdalej od tego wszystkiego.

W pewnym momencie ujrzała na niebie cień szarych skrzydeł. Matthew nawet nie wylądował. W locie porwał ją w ramiona i uniósł wysoko w górę. Wtuliła się w niego cicho łkając. Chłopak zatrzymał się dopiero, kiedy nie było już widać zamku. Postawił ją na cudownie zielonej trawie otaczających miasto i zamek równin. Przylgnęła do niego całą sobą. Objął ją ramionami mocno tuląc do siebie.

„Sześć miesięcy” – wysłała mu rozpaczliwą myśl. – „Tyle czasu przed tobą uciekałam. Cholernie pół roku!”

„Kocham cię” – przesłał jej swoją myśl chłopak.

Na niczym innym nie był się w stanie w tym momencie skupić. Myślał tylko o niej, o jej oczach, uśmiechu, jej złotych włosach. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę znowu jest jego. To było jak przebudzenie z okropnego, przerażającego koszmaru.

– Matt… – wyszeptała.

– Tak? – zapytał cicho.

– Nie nic, po prostu chciałam to powiedzieć. Kocham cię – dodała po chwili.

„Kocham cię” – jednocześnie przekazała mu w myślach. – „Matt, przez ten czas, kiedy byliśmy razem zakochałam się w tobie ponownie. Gdybyś tylko powiedział, że odwzajemniasz moje uczucie… nie wahałabym się ani chwili… To zawsze byłeś ty. Tak bardzo cię kocham.”

Szarooki nie był jej w stanie odpowiedzieć. Poczuł niesamowitą lekkość i ulgę. Wypełniały go całego. Odsunął od siebie dziewczynę, ale tylko na tyle, żeby móc ją pocałować. Całował ją z taką pasją i namiętnością jak nigdy wcześniej. Nagle jakby na chwilę oprzytomniał. Przerwał łapczywe pocałunki, żeby złapać oddech.

– Co się właściwie stało? – zapytał cicho. – Nagle po prostu poczułem więź.

– Nie mam pojęcia – przyznała zakłopotana dziewczyna. – Spotkałam jakiegoś czarodzieja. Powiedział, że w prezencie ślubnym może przywrócić mi pamięć.

– Co z Chiredanem? – nagle jęknął wymawiając jego imię. – Będziesz miała dziecko… – szepnął.

Eliza spojrzała na niego z delikatnym, tajemniczym uśmiechem na ustach.

– Myślę, że będę – odpowiedziała zadowolonym głosem. – Jeżeli się pospieszymy, to nastąpi to za jakieś dziewięć miesięcy. Co do Chiredana to jest już pewnie w Kanadzie, z Sylwią – dodała kładąc nacisk na ostatnie słowo.

Chłopak spojrzał na nią zdumiony. Królewna uśmiechnęła się podstępnie. Matthew przewrócił ją na trawę. Nie było specjalnie zimno. W krainie demonów panowała wiosna. Nad głowami mieli czyste, błękitne niebo. Śmiali się poprzez łzy tuląc się nawzajem w swoich objęciach.

„Kocham cie Matt” – dziewczyna wysłała mu swoją najpiękniejszą myśl. – „Zawsze będę cię kochała.”

„Ja ciebie też, moja królewno” – odpowiedział chłopak. – „Nie ważne, co się stanie, wierzę, że zawsze będziemy razem.”

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Eliza miała na sobie zwiewną biała sukienkę. Rozpuszczone, złote włosy opadały jej na plecy i ramiona. Ozdobione były wiankiem z delikatnych, białych kwiatów. Kolejny raz obróciła się dookoła własnej osi, przeglądając w dużym, stojącym lustrze. Tego dnia była absolutnie szczęśliwa.

Do pokoju wpadła rozanielona Sylwia. Promiennie uśmiechnęła się do dziewczyny. Zaraz za nią dumnym krokiem, ale również szeroko uśmiechnięta weszła Wika.

– Pospiesz się – oznajmiła stanowczo. – Spóźnisz się.

– Niech czekają – roześmiała się Sylwia. – Należy im się.

W końcu wszystkie trzy z wesołym śmiechem wyszły z pokoju. Znajdowały się na Hawajach w pięknie zaaranżowanym, otoczonym tropikalną roślinnością hotelu. Udały się w kierunku plaży. Słońce zbliżało się ku zachodowi. Na niebie rozkwitła cudowna gama przeróżnych barw. Białe promienie odbijały się w oceanie. Wszystko było po prostu idealne.

Przy wejściu na plażę czekali na nich Devor i Chiredan. Obydwoje uśmiechnęli się szeroko na ich widok. Myo podskakiwała wesoło. W jasne włosy miała wpięty niebieski kwiatek. Eliza pozwoliła się wziąć pod rękę bratu. Wika i Sylwia otoczyły Chiredana biorąc go za ręce. Mała dziewczynka biegała dookoła nich jednocześnie niecierpliwa i uradowana. Poszli razem w kierunku zachodzącego słońca.

Nad brzegiem oceanu stał Szarooki, rozmawiał z zielonoskórą leśną boginką, Anas. Piękna istota miała na sobie długą, srebrną suknię z delikatnej siateczki. Kobieta z pewnością wyróżniałaby się z tłumu, plaża jednak była pusta. Znajdowali się tam tylko oni.

Eliza podeszła do Matthew. Chłopak miał na sobie grafitowe spodnie i czarną, elegancką koszulę. Uśmiechnął się do niej łagodnie. Jego oczy były pełne szczęścia.

„Wyglądasz zjawiskowo” – przekazał dziewczynie w myślach, a królewna wiedziała, że chłopak naprawdę tak sądzi, bo przez myślowy kontakt nie można było kłamać.

Spojrzała na niego czule, pięknymi, chabrowymi oczami. Niektóre kobiety marzą o hucznym wystawnym weselu i sali pełnej gości, a jedynym czego ona chciała był cichy ślub na plaży, tylko w gronie najbliższych przyjaciół. Niczego więcej nigdy nie pragnęła.

Stali nad brzegiem oceanu, trzymając się za ręce, skąpani w promieniach zachodzącego słońca, a leśna boginka Anas udzielała im ślubu.

„Na zawsze razem” – przekazał królewnie w myślach Matthew, a razem z tym zdaniem odsłonił przed dziewczyną całe swoje wnętrze przepełnione miłością do niej i przeogromną radością spowodowaną tym, co się właśnie działo i jasną, wesołą wizją ich wspólnej przyszłości.

„Na zawsze” – odpowiedziała zachwycona dziewczyna.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Olbrzymi orzeł siedział na skale nieopodal plaży. Obserwował dziejącą się nad brzegiem oceanu scenę. Królewna powiedziała tak, Szarooki ją pocałował. Ptak poczuł w środku jakąś cudowną lekkość i miękkość. Czy tak właśnie wyglądało szczęście? Gdyby tylko orły mogły płakać, po jego policzkach z pewnością spłynęłoby kilka ciepłych, słonych łez. Ptak przekręcił głowę. Rozłożył skrzydła i odleciał w stronę zachodzącego słońca. Przepełniała go radość.

THE END


15 listopada 2010

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

13 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Corvidae

    15 czerwca 2011

    Już kiedyś miałem to powiedzieć…

    Słowo ”dżip” powoduje, że w mojej kieszeni otwiera się nóż…

    Pisz markę samochodu, np ”jeep”, albo po prostu ”’Samochód terenowy”, ewentualnie ”terenówka”.

    • Odpowiedz

      Miye

      15 czerwca 2011

      Yes, Sir! Będę miała chwilę, to poprawię *smile*. Tj. w sumie, ogólnie, bardzo dużo w tej części bym poprawiła szczerze mówiąc…

  2. Odpowiedz

    Anne

    19 września 2011

    Bez zarzutu! 🙂 Pięknie się skończyło, tak romantycznie… ^^

  3. Odpowiedz

    Soko

    15 listopada 2011

    Jestem przy początku, po scenie, jak Matt rozmawia z Maevisem i powiem tyle: łaaał 😀 w życiu by mi nie przyszedł do głowy taki obrót zdarzeń!

  4. Odpowiedz

    smutna55

    11 marca 2012

    Świetne, zresztą jak zwykle 😀

  5. Odpowiedz

    Ania .;D

    3 kwietnia 2012

    Jest super .;) zjawiskowe opowiadanie .

  6. Odpowiedz

    Thiallin

    21 lipca 2012

    I psy husky, na litosc bogow, nie „haski”! No i zdecydowanie „jeep”Poza tym bardzo dobrze napisane opowiadanie.

  7. Odpowiedz

    Mommo

    1 stycznia 2013

    A bd dalsza część tg opowiadania .? Heh bo to opowiadanie jest zajebiste .!

  8. Odpowiedz

    MagiŚ

    8 lutego 2013

    Boże!!!! Kogo obchodzi czy w opowiadaniu byl dżip czy jeep? Albo hasky czy husky!!!! Przeciez wiadomo bylo o co chodzi! Nie rozumiem was ludzie!!!! Jezeli byscie sie faktycznie zaczytali w to opowiadanie to nawet byscie tego nie zauwazyli! Moze sami zaczniecie pisac a nie wytykac innym bledy?! Vicky- jak dla mnie opowiadanie boskie, zreszta jak kazde 😀

  9. Odpowiedz

    klaudia

    29 grudnia 2014

    hej, zastanawiam się dlaczego już tak rzadko dodajesz coś nowego. Jest to jedno z moich ulubionych opwiadań, które napisałaś 🙂 chociaż wszystie są na prawdę świetne. Przeczytałam je już wszystkie jakiś czqs temu, ale od pewnego czasu zaczęłam znowu i wcale się nie zawiodłam wciągają mnie tak, jakbym czytała he pierwszy raz 🙂 Proszę napisz coś nowego

    • Odpowiedz

      Vicky

      29 grudnia 2014

      Dziękuję, cały czas piszę, tylko niestety nieco mniej niż kiedyś. Obecnie niestrudzenie powstaje opowiadanie „Akademia” 🙂

  10. Odpowiedz

    Akairah

    10 lipca 2015

    Nie lubię komentować, ale muszę to powiedzieć – przeczytałam już chyba wszystkie Twoje opowiadania, podobało mi się, pisz tak dalej 😀

    • Odpowiedz

      Vicky

      12 lipca 2015

      Dziękuję za komentarz. Do dalszego pisania brakuje mi właśnie tego typu motywacji.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS