Róże w Kolorze Krwi

Siedziałam na drewnianej ławie, koło Marka. Skończył właśnie opowiadać jakiś dowcip i wszyscy się zaśmiali. Jak zwykle był duszą towarzystwa, a mnie w dalszym ciągu dziwiło, że jesteśmy razem. Byliśmy parą od ponad roku. I był to naprawdę udany związek, mimo, że pochodziliśmy z dwóch diametralnie różnych światów. On, imprezowicz i student prawa, z milionem znajomych, zamiłowaniem do klubów i popu, a ja? Wiecznie zamyślona, zaczytana, żyjąca w swoim własnym świecie, stroniąca od hałasu i tłumów. W tym roku skończyłam liceum, zdałam maturę i teraz czekały mnie najdłuższe wakacje w życiu. Ponad trzy miesiące, które miałam zamiar spędzić właśnie z nim. Wybieraliśmy się na żagle, rodzice udostępnili Markowi i jego przyjaciołom jacht. Planowaliśmy pływać po Europie. Dla mnie była to wycieczka życia. Poczułam na swoim kolanie rękę Marka.

– Jagoda?

Spojrzałam na niego pytająco. Najwyraźniej mówił coś do mnie od dłuższego czasu, a ja jak zwykle nie słuchałam. Westchnął, kiedy wreszcie udało mu się uzyskać z mojej strony jakąś reakcję. Jego znajomi zawsze byli dla mnie bardzo mili, ale jakoś nigdy nie czułam, żeby cokolwiek mnie z nimi łączyło. Mówiąc prościej, najczęściej nudziłam się w ich towarzystwie, a wychodziłam tylko wtedy, kiedy naprawdę zależało na tym Markowi. W innych wypadkach wolałam, żeby chodził sam. Rozumiał to i starał się w jakiś sposób równoważyć wieczory spędzane w gronie przyjaciół i te, które spędzał tylko ze mną.

– Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnęłam się do niego leciutko.

– Nie szkodzi – poddał się bez walki. – Idę po piwo. Przynieść ci coś do picia?

Od rumu z colą już lekko szumiało mi w głowie, ale poprosiłam o jeszcze jedną szklankę. Marek wstał, przepraszając siedzącą obok, pogrążoną w dyskusji z Michałem, Monikę. Kiedy na nią spojrzałam, jeszcze bardziej zdałam sobie sprawę, jak bardzo różniłam się od tych wszystkich dziewczyn z jego środowiska. Właściwie nie miałam o czym z nimi rozmawiać. Nie interesowała mnie moda, nie nosiłam widocznego makijażu, a moja bluzka była ozdobiona wizerunkiem małej karykatury Dartha Vadera. Kiedy przy jakiejś okazji jedna z nich oznajmiła, że czytanie jest dla niej najgorszą z możliwych kar, już wiedziałam, że nie znajdziemy wielu wspólnych tematów do rozmów, dlatego wybierałam najlepsze z możliwych rozwiązań – milczałam. Z Markiem jednak było zupełnie inaczej. Opiekuńczy, troskliwy, zawsze mną zainteresowany, potrafił być dumny z moich osiągnięć, nawet, jeżeli kompletnie go nie dotyczyły. Zawsze był zdolny poprawić mi humor i w jego towarzystwie czułam się naprawdę znakomicie. Był nie tylko moim chłopakiem, ale i przyjacielem.

– Cześć – z zamyślenia wyrwał mnie głos, jakiegoś obcego chłopaka, który górował nad naszym stolikiem.

Spojrzałam w jego szmaragdowe oczy, a potem cały mój świat nagle zniknął. Zdążyłam zauważyć jedynie to, że był wysoki i tkwiło w nim coś dziwnie znajomego. Potem była już tylko ta zielonkawa, bezdenna głębia, która wciągnęła mnie bez reszty. Z powrotem do rzeczywistości sprowadził mnie Marek, który pojawił się stawiając przede mną drinka. Objął przybysza ramieniem przerywając ciepłe powitanie siedzących przy stoliku przyjaciół, którzy najwyraźniej już znali tego chłopaka. Siedzące naprzeciwko mnie Kasia i Malwina słały mu wesołe, zalotne uśmiechy. Piotr z Michałem uścisnęli mu dłonie.

– Danielu, znasz już wszystkich, oprócz mojej dziewczyny – Marek obdarzył go serdecznym uśmiechem. – Jagoda, poznaj mojego młodszego brata – przedstawił nas uprzejmie.

Słyszałam o nim już wcześniej, nigdy jednak nie było mi dane go poznać. Po rozwodzie ich rodziców, na stałe mieszkał w Portugalii wraz z matką Marka, do tego włóczył się po całej Europie. Marek kilkakrotnie wspominał, że Daniel nigdy nie był w stanie zaakceptować nowej żony ich ojca. Był nieco wyższy od brata, do tego naturalnie opalony, ale teraz, kiedy już wiedziałam, rozpoznałam podobieństwo i zdałam sobie sprawę, co było w nim takie znajome, choć tyle ich różniło. Włosy Daniela były ciemnobrązowe i krótko ścięte, Marka natomiast o ton jaśniejsze, do tego te oczy, żywo zielone, bez przebłysku szarości, który tak dobrze znałam. Usiadł naprzeciwko nas, na brzegu ławki, tuż obok Piotra.

– Jak minęła podróż? Od kiedy tu jesteś? – dopytywał się Marek.

– Dzięki, przeżyłem – roześmiał się Daniel – i właściwie to od niecałej godziny, postanowiłem, że najpierw zajrzę tutaj – skrzywił się nieznacznie.

Zdałam sobie sprawę, że mimo iż chłopak odpowiada na pytania brata, to ani na moment nie spuszcza ze mnie wzroku. W normalnej sytuacji zapewne odwróciłabym się spłoszona, ale nie teraz. Było w nim coś takiego… Również przypatrywałam mu się zaintrygowana. Zawsze wydawało mi się, że Marek jest przystojny, ale byli wręcz nieporównywalni. Podczas gdy mój chłopak miał niesfornie kręcące się włosy i urok łobuziaka, Daniel był po prostu boski. Nie miałam pojęcia jak to inaczej ująć. Zresztą to nie o to chodziło. Nie cierpiałam tego typu facetów, zwłaszcza gdy mieli świadomość, jakie wrażenie wywierają na dziewczynach, ale od niego zwyczajnie nie potrafiłam oderwać wzroku. Po prostu musiałam patrzeć. Zwłaszcza w te jego niesamowite oczy. Wbiłam paznokcie w wierzch własnej dłoni, żeby oprzytomnieć. Duszkiem wychyliłam drinka, a potem wstałam od stolika. Czułam, że muszę stąd jak najszybciej uciec, chociaż na chwilę.

– Niedługo wrócę – szepnęłam.

Pocałowałam Marka, w policzek, a potem odeszłam od stolika. Odstałam swoje w kolejce do ciasnej toalety, a potem spędziłam w niej odpowiednio długą chwilę. W lustrze nie poznawałam sama siebie. Byłam blada, zupełnie jakbym zobaczyła ducha. Jasne włosy opadały mi na oczy, a uczucie, że jestem w dżinsach i tej głupiej bluzeczce z Gwiezdnych Wojen, podczas gdy inne dziewczyny przeszły same siebie, by na wieczór perfekcyjnie wyglądać, pierwszy raz w życiu zaczęło mi dokuczać. W końcu wyszłam na duszny korytarz. Daniel! Stał oparty o ścianę, tuż przy zakręcie korytarza. Pub składał się z kilku kameralnych salek i jednej głównej, z parkietem do tańczenia. Całość stanowiła istny labirynt. Spróbowałam się do niego uprzejmie uśmiechnąć, z zamiarem by wyminąć go bez słowa, ale on złapał mnie za rękę i pociągnął gdzieś w bok. Kiedy tylko dotknął mojej dłoni, natychmiast przestałam myśleć. Cały świat stracił znaczenie. Pchnął drewniane, wąskie drzwi i weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia. Wyglądało na biuro. Panował tutaj półmrok. Zamknął je za nami, a potem najzwyczajniej w świecie, jak gdyby nigdy nic, wziął mnie w ramiona. Przyciągnął do siebie stanowczo, zaborczym gestem, wplótł palce w moje włosy i pocałował. Pocałunek był długi i namiętny, a ja go odwzajemniałam. Nie potrafiłam, nie chciałam przestać. W ciszy, wypełnionej jedynie naszymi własnymi oddechami, usłyszałam swój własny jęk zawodu, kiedy na chwilę się ode mnie odsunął. Moje ucho musnęło ciepłe, przyjemne powietrze.

– Você é linda. Eu quero que você – Daniel zamruczał po portugalsku.

Podniósł mnie i posadził na pustym biurku. Wrócił do całowania, a ja oplotłam go nogami. To było czyste szaleństwo. Jak opętani zaczęliśmy nawzajem ściągać z siebie ubrania. Czułam na sobie jego błądzący po całym moim ciele wzrok. Jego pocałunki parzyły. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że leżę na biurku, zupełnie naga. Poczułam w sobie jego palce.

– Cii – zatkał moje usta pocałunkiem, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wydaję z siebie coraz to głośniejsze jęki.

Nie potrzebowałam więcej. Właściwie to chyba nawet tych pieszczot nie potrzebowałam. Wszedł we mnie, mocno, do samego końca. Był tuż nade mną. Objęłam go za szyję. Nie panowałam nad sobą. Paznokciami przesunęłam po jego plecach. Zamruczał, poruszając się szybciej. Dzikość, rządza, namiętność i te cudowne, szmaragdowe oczy, wpatrujące się we mnie z zachwytem i uwielbieniem. Nic więcej nie istniało. Doszliśmy w tym samym momencie, poruszył się we mnie jeszcze kilka razy, a ja zamiast zmęczenia, czułam ciągle narastającą przyjemność. Usiadł, sadzając mnie sobie na kolanach. Zaczął leniwie całować, dłońmi błądząc po moich ramionach i plecach. Nie minęło nawet kilka minut, kiedy znów się we mnie wsunął. Tym razem delikatnie, powoli. Nie mogłam zdecydować się, co było bardziej podniecające, dziki, nieokiełznany seks, czy te łagodne, subtelne ruchy. Czułam delikatną pieszczotę pocałunków, które zostawiał na mojej szyi. Powoli przesuwałam dłońmi po jego ramionach i torsie, czując pod skórą naprężone, twarde mięśnie. Nie przestawał mnie obserwować, zupełnie tak, jakby chciał zapamiętać każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Znów zatonęliśmy w morzu pocałunków. Ponownie doszłam. On też. Dopiero wtedy wstał, stawiając mnie na podłodze. Odsunął się i chaotycznie zaczął podawać mi ubrania. Nie mając pojęcia co właściwie robię, zaczęłam je na siebie wkładać. Kiedy byłam gotowa, przyciągnął mnie do siebie, delikatnym gestem poprawiając rozczochrane włosy. Pocałował. Tym razem szybko, lekko, tak, że aż chciałam zaprotestować. Obudziły mnie jednak jego słowa.

– Idź pierwsza – powiedział cicho – ja tu posprzątam i zaraz przyjdę.

Skinęłam głową, nie zdolna się odezwać, a potem posłusznie opuściłam pomieszczenie. Zerknęłam na komórkę. Nie było mnie jakieś dwadzieścia minut. Kiedy weszłam do sali, w której zajmowaliśmy stolik, mój telefon rozbrzęczał się nieodebranymi połączeniami. Napotkałam zaniepokojone spojrzenie Marka. Dopiero teraz dotarło do mnie co właśnie zrobiłam. Z trudem przełknęłam ślinę. Dupek! Jak on mógł?! Tylko, że ja nie byłam wcale lepsza. Przecież nie zaprotestowałam ani jednym słowem! Zakręciło mi się w głowie, kiedy zdałam sobie sprawę, że gdyby zaproponował, zrobiłabym to jeszcze raz i kolejny… a najchętniej to w ogóle nie opuszczałabym jego ramion. Nie mogłam uwierzyć we własne myśli. Przecież kochałam Marka i za nic na świecie nie chciałabym go skrzywdzić. Jak to się w ogóle mogło stać?

– Bardzo długo cię nie było – westchnął, kiedy usiadłam obok niego. – Martwiłem się.

W jego głosie nie było nawet cienia podejrzliwości, a tylko troska.

– Przepraszam, dziwnie się poczułam – właściwie to nawet nie skłamałam.

Opiekuńczo objął mnie ramieniem. Moje serce na chwilę zamarło, kiedy dołączył do nas Daniel. Zajął swoje poprzednie miejsce. Spojrzał najpierw na obejmujące mnie ramię Marka, a potem w moją twarz. W jego wzroku było coś, jakby pretensja, wyrzut. Nie byłam w stanie ich znieść, więc po prostu zaczęłam wpatrywać się w stół, ale mimo to, ciągle czułam na sobie jego intensywne spojrzenie. Wyszliśmy z pubu koło północy. Mieliśmy wybrać się jeszcze na kręgle. Marek, najwyraźniej zaniepokojony o moje samopoczucie, ciągle nie przestawał mnie obejmować. Przez cały wieczór dziewczyny zagadywały Daniela, który odpowiadał zawsze uprzejmie, ale bez cienia entuzjazmu. Teraz jednak otwarcie zainteresował się Kasią. Dziewczyna promieniała, gdy jego ręka otoczyła jej plecy. Coś ścisnęło mnie w środku. Potwornie zabolało. Poczułam mdłości. Z trudem panowałam nad zaczynającymi lśnić wilgocią oczami. Pośliznęłam się na zalanym deszczem fragmencie chodnika.

– Uważaj – uśmiechnął się do mnie Marek, przytrzymując mnie mocniej.

– Przepraszam, nie czuję się najlepiej – mruknęłam. Wiedziałam, że nie mogę tu zostać ani chwili dłużej. – Myślę, że wrócę do domu.

W jego spojrzeniu ujrzałam zawód. Wiedziałam, jak uwielbiał kręgle, ale czułam też, że jest gotowy mnie odprowadzić. Jak zawsze można było na niego liczyć, a moje potrzeby stawiał wysoko ponad swoimi. Poczułam się jeszcze gorzej. Nie miałam pojęcia, jak mogłam mu to zrobić.

– Nie, dam sobie radę – zaprotestowałam słabo. – Proszę, nie psuj sobie z mojego powodu wieczoru.

– Ja ją odprowadzę – zaoferował się ku zaskoczeniu wszystkich, a chyba mojemu najbardziej, Daniel. – I tak nienawidzę kręgli – oznajmił z drwiącym uśmieszkiem.

– Zrobiłbyś to? – zapytał z nadzieją, patrzący na mnie z niepokojem Marek.

– Jasne, tylko pamiętaj, że wisisz mi przysługę – roześmiał się chłopak, widząc ulgę na twarzy brata.

– Jagódko, nie masz nic przeciwko?

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedziałam, czując jak moje serce puściło się pełnym galopem, a oddech gwałtownie przyspieszył.

Marek pocałował mnie na pożegnanie, a potem rozeszliśmy się w dwie różne strony. Daniel milczał. Ja też nie miałam pojęcia, co mogłabym powiedzieć. W końcu w ogóle go nie znałam. A jednak, mimo tego, najchętniej rzuciłabym mu się w ramiona – tu i teraz, albo gdziekolwiek indziej by sobie zażyczył. Kiedy znowu się potknęłam, złapał mnie, spojrzał na mnie jakby poirytowanym wzrokiem, a potem nie wypuścił już mojej ręki, w dalszym ciągu się jednak nie odzywał. W końcu, kiedy znaleźliśmy się pod moim domem, to ja nie wytrzymałam.

– Na każdą dziewczynę tak lecisz? – zapytałam, zdając sobie sprawę, jak żałośnie to brzmi. – Najpierw ja, potem Kasia…

Zatrzymał się. Obrócił mnie twarzą ku sobie, przytrzymując za ramiona. Od domu dzielił już nas jedynie wysoki płot i rosnący za nim, gęsty żywopłot.

– O nie, królewno – oznajmił nieco sarkastycznym tonem – po prostu chciałem, żebyś choć przez chwilę poczuła, jak to jest. Żebyś zdała sobie sprawę, co czuję.

Oniemiałam.

– Chciałeś żebym była zazdrosna? – spytałam czując się jak idiotka, prowadząc tą nierealną konwersację, z zupełnie obcym chłopakiem.

– Nie chciałem, wiedziałem, że będziesz – wyjaśnił krótko. Kiedy spojrzał mi w oczy, poczułam się tak, jakby zaglądał w głąb moje duszy. – Kiedy z nim zerwiesz? – zapytał prosto z mostu.

– Co? – nie potrafiłam wydusić z siebie żadnej sensownej odpowiedzi.

– Nie musisz mu mówić co robiliśmy – wyjaśnił cierpliwie – po prostu go zostaw.

Zaskoczył mnie.

– Nie zamierzam z nim zrywać. Kocham go i nie mam pojęcia, dlaczego go z tobą zdradziłam. Mogę ci jednak obiecać, że więcej się to nie powtórzy. Zamierzasz mu o tym opowiedzieć?

Daniel wpatrywał się we mnie niedowierzająco. Stał tak przez dłuższą chwilę, a potem się odsunął. Oparł się o heblowane deski płotu i się roześmiał. To nie był wesoły śmiech. Raczej gorzki i pełen bólu.

– Nie, nie zamierzam – odpowiedział krótko. – I naprawdę nie planujesz ze mną nic więcej robić? – Przecząco pokręciłam głową. W jednej chwili znalazł się przy mnie. Bardzo blisko mnie. – Jesteś tego pewna? – zapytał pochylając się lekko, jak do pocałunku, a ja poczułam na twarzy jego ciepły oddech.

Już chwilę później szeptałam do niego cicho, żeby zdjął buty i zabrał ze sobą na górę, tak, żeby moja rodzina nie zauważyła jego obecności. Po niecałych dwóch minutach natomiast leżeliśmy na piętrze, nadzy, w moim łóżku. Teraz jak nigdy cieszyłam się z tego, że mieszkamy w domku jednorodzinnym, a nie w bloku. Do tego do swojej dyspozycji miałam całe piętro. Moi rodzice zajmowali dół. Robiłam coś szalonego, niedozwolonego, na co nawet w przypadku Marka nigdy nie miałam odwagi. Zresztą on nigdy by się na to nie zgodził. Był zbyt rozsądny, racjonalny. Jednak w obecności Daniela wszystko nabierało zupełnie nowego sensu i kompletnie zmieniał się mój świat. Morze pocałunków, zachłanny, uzależniający dotyk. Nie mogliśmy się od siebie oderwać. To było irracjonalne. Nigdy w życiu niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak jego teraz. Kompletnie zawrócił mi w głowie.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Obudziłam się wygodnie wtulona w kogoś, kto leżał obok mnie. Zamruczałam cicho, nie otwierając oczu. Daniel! Czy został u mnie na noc? Zerwałam się niemal gwałtownie.

– Nie chciałem cię przestraszyć – roześmiał się leżący w ubraniu na mojej pościeli Marek – po prostu tak słodko spałaś, że nie mogłem się powstrzymać. Twoja mama mnie wpuściła – dodał.

Odetchnęłam, z powrotem kładąc się na łóżku. Chłopak podniósł się i pocałował mnie delikatnie.

– To co? Wstajesz i się pakujemy? – zaproponował.

Była sobota. W ten weekend miał mieć dom tylko dla siebie, a już w poniedziałek mieliśmy wspólnie wypłynąć jachtem. Zaczynały się wakacje. Zmusiłam się do uśmiechu, zastanawiając się nad tym, czy kiedykolwiek przestanę czuć się tak paskudnie. Zawstydzona zdałam sobie sprawę, że śpię bez ubrania. Zarumieniłam się na myśl o tym, co poprzedniej nocy robiliśmy z Danielem. Poczułam ulgę na myśl o tym, że zdążył się zmyć przed pojawieniem się Marka. Zdałam sobie sprawę, że jestem cholernie złą dziewczyną! Zerwałam z krzesła szlafrok i otulona nim uciekłam do łazienki. Wróciłam dopiero wykąpana i w kompletnym ubraniu. Zeszliśmy razem do kuchni na dół na kawę. Moja mama jak zwykle radośnie przywitała Marka, nadskakując mu na każdym kroku. Była szczęśliwa, że mam takiego miłego i poukładanego chłopaka. Zastanowiłam się co pomyślałaby o Danielu. Dziwne, ale byłam przekonana, że w ogóle by go nie polubiła.

– Robimy przyjęcie-niespodziankę dla mojego brata. Jutro są jego urodziny – wyrwał mnie z zamyślenia głos Marka.

Z trudem powstrzymałam się od jęknięcia. Miałam zamiar, o ile to tylko możliwe, już nigdy więcej nie oglądać go na oczy, a jednak, kiedy tylko o nim pomyślałam, przez całe moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz.

– Dzisiaj będziemy mieli cały dom tylko dla siebie, obiecuję – dodał, najwyraźniej widząc mój skonsternowany wyraz twarzy i rozumiejąc go zupełnie opatrznie. – Nie masz nic przeciwko temu, że jutro będzie impreza?

Ponownie tego dnia zmusiłam się do uśmiechu. Co dało Danielowi prawo do zrujnowania mojego szczęścia?! Dupek!

– Oczywiście, że nie, przecież to twój brat – skłamałam.

Usłyszałam sygnał smsa. Jak zwykle, zupełnie zapomniałam, że w ogóle mam telefon. Zauważyłam, że ten nie był pierwszy. Dziewiąty. Wszystkie od tego samego nadawcy, numeru, którego wcześniej w ogóle tam nie było. Eu te Amo brzmiał portugalski podpis przypisany do numeru telefonu. Poczułam jak coś mnie zmroziło w środku, kiedy zaczęłam przeglądać wiadomości. Zadrżałam. Każda z nich zawierała zdjęcie. Moje zdjęcie. Odkryta kołdra. Moja uśpiona postać, wtulona w poduszkę, bez żadnego ubrania. Gdyby Marek to zobaczył… ale nie, on nigdy bez pozwolenia nie dotknąłby mojego telefonu. Zawsze szanował moją prywatność. Na ostatnim leżałam wtulona w objęcia Daniela, z głową na jego torsie i opadającymi na twarz włosami. Skasowałam wszystkie pozostałe, tego jednego nie potrafiłam. Zapisałam fotografię w pamięci telefonu. W tym momencie przyszedł kolejny sms. Tym razem zawierał tekst.

„Spotkajmy się. O 17:00. Na molo. Będę czekał.”

Spostrzegłam pytające spojrzenie Marka. Odruchowo skasowałam wiadomość.

– Jakaś reklama – mruknęłam.

Nie zamierzałam się z nim spotykać. Nigdy więcej, a już na pewno nie sam na sam. W ciągu dnia gnębiło mnie poczucie winy, nieustannie wiercąc dziurę w brzuchu, ale pod wieczór niemal zupełnie zapomniałam o istnieniu Daniela. Za wszelką cenę chciałam jakoś Markowi wynagrodzić, to co zrobiłam. Zjedliśmy u niego w domu romantyczną kolację, wypiliśmy butelkę czerwonego wina. Zgodnie z jego obietnicą byliśmy zupełnie sami. Pocałowałam go, starając się włożyć w ten pocałunek wszystkie swoje uczucia. Powoli zaczęłam go rozbierać. Nawet jeżeli był zdziwiony moją niezwykłą śmiałością, to w żaden sposób tego nie okazał. Zaniósł mnie na kanapę w salonie. Nie przestawał całować. Jego pieszczoty i dotyk były delikatne. Zbyt delikatne. Przypomniałam sobie to co robiliśmy z Danielem. Natychmiast zalała mnie fala podniecenia. Zrobiłam się wilgotna. Marek uśmiechnął się do mnie. Usiadł oparty na kanapie i posadził mnie na sobie. Nie potrafiłam przestać myśleć o Danielu. Tylko o nim. Całą sobą pragnęłam, żeby to właśnie on tu był. Wyobrażałam sobie jego pocałunki, jego dotyk. Pragnęłam nawet tego drwiącego uśmiechu! Nie miałam pojęcia co mnie opętało i co on ze mną zrobił. Nie potrafiłam spojrzeć Markowi w oczy, więc ta pozycja była dla mnie idealna. Siedząc okrakiem na jego kolanach, przez uchylone drzwi wpatrywałam się w mroczny korytarz. Poruszałam się na jego członku rytmicznie, w górę i w dół od czasu do czasu przymykając oczy i bezwolnie wyobrażając sobie, że pode mną jest Daniel. Kiedy je otworzyłam, on stał w drzwiach. Pojawił się w nich niczym cień. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały, a ja dostrzegłam ten niesamowity, nieludzki ból w jego zielonych oczach. Potem wycofał się po cichu, a ja usłyszałam jak otwierają się, a potem zamykają wejściowe drzwi. Chciałam zerwać się i pobiec za nim. Wiedziałam jednak, że tego nie zrobię. Nie wolno mi. To z Markiem byłam szczęśliwa, a Daniel w moim życiu był po prostu intruzem. Nieznajomym, który odebrał mi szczęście i całe moje życie chciał obrócić w proch.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Nie byłam w stanie zasnąć. Z oczy, po policzkach płynęły mi łzy. Czułam na karku spokojny oddech śpiącego Marka. Obejmował mnie ramionami. Wyplątałam się z nich i szybko ubrałam. Kiedy tylko opuściłam jego pokój, jak najszybciej wybiegłam z domu. Marek mieszkał w dużej willi, niedaleko plaży. Zdałam sobie sprawę, że doskonale wiem, gdzie znajdę Daniela. Nie pomyliłam się. Siedział na samym końcu molo, z nogami spuszczonymi ku wodzie. Nie odwrócił się w moją stronę, kiedy podeszłam i usiadłam obok niego.

– Spóźniłaś się – mruknął.

Było już po drugiej.

– Tylko jakieś dziewięć godzin – odezwałam się lekko drżącym głosem.

Przez chwilę milczał, a ja wręcz namacalnie wyczułam ogarniającą go frustrację.

– Nienawidzę go – szepnął. – Rozumiesz? – zapytał rozgoryczony. – Nienawidzę własnego brata.

Patrzyłam na niego w nocnej ciszy. Ciepły wiatr delikatnie pieścił mi plecy.

– To chyba on ma powody, żeby nienawidzić ciebie, nie na odwrót – odpowiedziałam ponuro.

– To nie moja wina, że on poznał cię pierwszy – odpowiedział gorzko Daniel. Odwrócił się ku mnie. – Zostaw go – poprosił.

– Nie! – odpowiedziałam stanowczo, odwracając wzrok ku lekko zmarszczonemu morzu.

Nie odezwał się więcej. Siedzieliśmy na molo, obok siebie, nasze dłonie leżały obok siebie, wzajemnie się nie dotykając. Zrobiło się zimno. Za naszymi plecami zaczęło wschodzić słońce. Usłyszałam ciche kroki. Odwróciłam się. On się nie odwrócił. W naszym kierunku szedł Marek.

– Hej – usiadł przy mnie ziewając. Okrył moje ramiona niesioną w dłoniach kurtką. – Wszędzie cię szukałem – wyjaśnił. – Zaniepokoiłem się, kiedy się obudziłem a ciebie nie było. Czy ty w ogóle dzisiaj spałeś? – zwrócił się do Daniela.

Objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w jego tors.

– Nie martw się o mnie – odburknął tamten, nie patrząc na nas.

Jego dłoń zacisnęła się w pięść. Całe jego ciało było napięte do granic możliwości. Wydawało się, że Marek w ogóle tego nie zauważył. Nie wiem co mnie podkusiło, ale przesunęłam rękę i dotknęłam delikatnie dłoni Daniela. Siedzieliśmy tak, że Marek nie mógł tego zauważyć. Ręka chłopaka rozluźniła się odrobinę. Rozprostował palce. Poczułam jak delikatnie przesuwa nimi po wierzchu mojej dłoni. Poczułam się okropnie. Jak ostatnia dziwka, a jednocześnie nie potrafiłam cofnąć ręki. W poniedziałek wypływaliśmy i wtedy wszystko wróci do normy, a Daniel raz na zawsze zniknie z mojego życia.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

W domu Marka był tłum ludzi. Ja sama znałam tylko kilka osób. Właściwie w ogóle nie chciałam tu być. Miałam ochotę znaleźć się gdziekolwiek indziej – byleby nie na imprezie urodzinowej Daniela. Nie planowałam również dawania mu jakiegokolwiek prezentu, a jednak ściskałam w dłoniach, tą głupią, opakowaną w srebrny papier, koszulkę Jacka Danielsa. Kiedy nikt nie zwracał na mnie uwagi, uciekłam na górę. Miałam nadzieję w spokoju posiedzieć w pokoju Marka. Usłyszałam za sobą kroki na schodach. Odwróciłam się by napotkać spojrzenie zielonych oczu. Chłopak wyglądał na nieco rozbawionego.

– Uciekasz? – spytał.

– Tak – przyznałam cicho.

Spojrzał na paczuszkę, którą trzymałam w dłoniach. Podszedł bliżej.

– Masz dla mnie prezent? – kąciki jego ust uniosły się w leciutkim, drwiącym uśmieszku.

Zirytował mnie, ale nie było sensu zaprzeczać. Podałam mu zawiniątko.

– Wszystkiego najlepszego – mruknęłam.

Nie odpowiedział. Pchnął mnie w głąb zaciemnionego korytarza. Plecami oparłam się o jakieś drzwi. Naparł na mnie swoim ciałem i zaczął całować. Łapczywie, namiętnie. Potrzebowałam tego jak powietrza. Ramionami oplotłam jego szyję. Wyraźnie czułam jego ciepłe wargi na moich ustach. Jego język splatał się z moim. Nie zamykał oczu. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Nagle odsunął się odrobinę. Położył mi palec na ustach. Wyszedł z wnęki zostawiając mnie samą.

– Co tu robisz? – usłyszałam jego głos.

– Zniknąłeś tak nagle, zaczęliśmy ciebie szukać – usłyszałam głos Kasi.

– Sorry, potrzebowałem chwili dla siebie – wyjaśnił ponuro Daniel. W rękach ciągle trzymał zawinięty w srebrny papier pakunek. – Wracamy na dół?

Dziewczyna skinęła głową i już po chwili usłyszałam na schodach ich kroki. Odetchnęłam, mimo, że serce zatrzepotało mi z zazdrości. Przemknęłam się do sypialni Marka, ale przystanęłam pod drzwiami. Zamiast nacisnąć klamkę, weszłam naprzeciwko, do pokoju, który z tego co wiedziałam, kiedy tu przebywał, zajmował Daniel. Wzięłam z półki pierwszą z brzegu książkę i położyłam się z nią na podłodze, na miękkim dywanie. Spędziłam w ten sposób przynajmniej trzy kwadranse, kiedy drzwi się uchyliły, a potem otworzyły na pełną szerokość. Jednak w przejściu zamiast Daniela, tym razem pojawił się Marek.

– Co tu robisz? – zapytał lekko zaskoczonym tonem.

– Ukrywam się – odpowiedziałam patrząc na niego z lekkim, zaniepokojonym uśmiechem.

– Nie wchodź tutaj więcej – westchnął zbliżając się do mnie i pomagając mi wstać. – To pokój mojego brata, nie lubi, kiedy ktoś tu jest.

Zaskoczona skinęłam głową, a potem pozwoliłam poprowadzić się na dół, z powrotem w kierunku znienawidzonej imprezy. Zrobiło mi się cieplej w środku, kiedy zobaczyłam, że Daniel ma na sobie moją koszulkę. Nie spojrzał nawet na mnie, a ja nie próbowałam do niego podejść. Za to od Marka odciągnęły mnie dziewczyny.

– Farbujemy sobie włosy – oznajmiła Malwina, ciągnąc mnie w kierunku dużej łazienki. – Tobie też zmienimy kolor. W końcu to wakacje naszego życia – mrugnęła do mnie.

Farb jak się okazało dziewczyny miały całą gamę. Ja dla siebie wybrałam płomiennie rudy. Uznałam, że przyda mi się jakaś odmiana.

– To nieźle wyszło. Będzie nas po równo – oznajmiła Monika rozbawionym głosem. –  I jeżeli niczego w tej sprawie nie zrobisz, przypadnie ci towarzystwo Piotrka, Mali. Kaśka już ostro wzięła się do dziania, a mu to chyba nawet pasuje.

– O czym w mówicie? – zainteresowałam się nagle dziwnie przestraszona.

– Jak to o czym? – zdziwiła się dziewczyna. – Oczywiście o naszej wycieczce. Płyniemy w ósemkę. Ty masz Marka, ja Michała, do podziału zostali Daniel i Piotrek. No cóż… obie wolą Daniela – Monika spojrzała na przyjaciółkę rozbawiona. – Może zrobić się gorąco.

Z moich ust wydobył się cichy jęk. Nie potrafiłam go powstrzymać. Przynajmniej tubka z farbą, którą trzymałam nad włosami Malwiny, nie wypadła mi z rąk.

– Nie przepadasz za nim co? – roześmiała się Monika. – Zauważyłam to od początku. Wpatrywał się w ciebie, jakby uznał, że ukradłaś mu brata. Nie martw się, to dziwny typ, różnie się zachowywał, ale przywykniesz. Naprawdę da się go lubić.

Zamrugałam zdziwiona. Więc one tak to odbierały?

– Ale za to jaki przystojny – zamruczała Malwina. – Może się zachowywać jak tylko chce, byleby był mój – oznajmiła. – Mam ochotę posmakować jego ust.

Na samą myśl o tym, że ktoś inny mógłby całować Daniela zrobiło mi się niedobrze. Ponad dwa miesiące na jednej, cholernie małej łodzi z nim i z Markiem! Nie miałam pojęcia jak ja to wytrzymam. A jeżeli sobie mnie odpuści? Jak egoistyczne by to nie było, nie mogłam sobie wyobrazić patrzenia na niego z inną dziewczyną. Kocham Marka! Zaczęłam powtarzać sobie w duchu, jak mantrę. Tylko dlaczego przed oczami cały czas stała mi drwiąco uśmiechnięta twarz Daniela?

– Coś ty zrobiła z włosami? – zaatakował mnie Marek zaraz kiedy skończyłyśmy. – Czy to zejdzie?

Rude pukle opadały mi na ramiona i plecy. Skręcały się w niesforne loki. Dziewczynom się podobały. Podkreślały bladość mojej cery, której w żaden sposób nie dało się opalić, no chyba, że na czerwono i niebieski odcień oczu. Ja zresztą też poczułam się dobrze w tym kolorze. Natychmiast posmutniałam.

– Za jakieś dwa miesiące – wyjaśniła Malwina, gromiąc go wzrokiem.

Marek westchnął. Spojrzał na mnie nieprzychylnym wzrokiem.

– Jasne, co tylko chcecie.

Wyszłam na taras z widokiem na plażę. Do oczu cisnęły mi się łzy. Jak mało wystarczyło, żeby zepsuć mi humor! Jednak głupia uwaga! Poczułam za plecami czyjąś obecność. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to.

– Mnie się podoba – mruknął cicho. – Będziesz moją małą czarownicą. – Spojrzałam na niego w samą porę, by zobaczyć jak szczerzy zęby w szerokim uśmiechu. – Wyglądasz niesamowicie seksownie – dodał.

– Nie płyń jutro z nami – poprosiłam cicho.

Jego uśmiech natychmiast zniknął.

– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo – warknął. – Nie poddam się bez walki!

W moim wnętrzu rozlało się jakieś takie przyjemne ciepło.

– Nie płyń – powtórzyłam jeszcze ciszej. – Nie zniosłabym widoku ciebie z inną dziewczyną. Jeżeli czujesz się chociaż w połowie tak paskudnie, kiedy ja jestem z Markiem, to zrobisz sobie krzywdę płynąc.

Spojrzał na mnie z lekkim niedowierzaniem. Uśmiechnął się z przekąsem.

– Zaryzykuję – stwierdził ponuro. – I tak nie zamierzałem tu zostać, kiedy wróci moja rodzina – niemal wypluł to słowo. – Marek! – zawołał głośno do wnętrza domu. – Już wiem co chcę od ciebie na urodziny – uśmiechnął się wrednie, kiedy jego brat wyszedł domu.

– Co to takiego? – westchnął z udawanym cierpieniem tamten, wyraźnie ciekawy, co wymyślił Daniel.

– Chcę, żeby pocałowała mnie twoja dziewczyna. Zgadzasz się?

Marek w pierwszym momencie wytrzeszczył oczy, ale potem wzruszył ramionami.

– Jeżeli ona się zgodzi… Dam ci wszystko co zechcesz, ale uprzedzam, Jagoda nie jest moją własnością i w razie czego potrafi się bronić.

Niemal wszyscy wylęgli już na dwór, wpatrując się w nas z zainteresowaniem. Dostrzegłam również wrogie spojrzenie Kasi. Przełknęłam ślinę.

– Mogę? – spytał mnie wyzywająco.

Niepewnie skinęłam głową. Nie był to taki pocałunek jak tamte, ale mimo to, do przyjacielskich również nie należał. Zakręciło mi się w głowie. Przyjaciele Daniela i Marka zaczęli wariować i krzyczeć „gorzko, gorzko”. Nawet sam Marek nam kibicował. Kasia odeszła zniesmaczona. Malwina patrzyła odrobinę ponuro, ale bez urazy. W końcu chłopak oderwał się od moich ust.

– Wspaniały prezent – podziękował bratu i zniknął we wnętrzu domu.

Marek objął mnie ramieniem.

– Nie wiem czy dziękować ci czy przepraszać – westchnął przewracając oczami. – Daniel czasami tak ma no i jest narwany.

– Nie martw się, nic się nie stało – uśmiechnęłam się do niego nieśmiało.

Nie miałam pojęcia w co Daniel pogrywa. Nie byłam też tak do końca pewna o co mu tak właściwie chodzi i jakie ma zamiary. W każdym razie tego wieczora już się przy mnie więcej nie pojawił.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Następnego dnia o świcie wypłynęliśmy z zatoki. Teraz byłam już pewna, że Daniel gra, a jego zabawa była okrutna i bezlitosna. Po pierwsze, przy każdej lepszej okazji, pod byle pretekstem robił mi zdjęcia – nie ważne komórką czy aparatem. Po drugie, nie było miejsca, w którym przypadkiem nie musnąłby mnie dłonią, nie otarł się o mnie ramieniem, nie pomógł w czymś, nie przytrzymał delikatnie, kiedy zakołysało jachtem – a przy tym, tak naprawdę nie mogłabym powiedzieć, że był nachalny. Nie, wszystko to wyglądało, jakby robił te rzeczy zupełnie naturalnie. Po trzecie i chyba najdziwniejsze, od rana, co jakiś czas w swoich rzeczach, pod ubraniami, na śpiworze, znajdowałam krótko ścięte, burgundowe róże. Nie miałam pojęcia skąd on je bierze na jachcie. Do tego, tak naprawdę, Daniel w ogóle się do mnie nie odzywał. Był uprzejmy, zupełnie jak dla wszystkich innych, a poza tym, kompletnie ignorował moją obecność. Za to wszystko co robił miałam ochotę go udusić. Plan był taki, że w dzień pływaliśmy i spaliśmy, a pod wieczór zawijaliśmy do portu, żeby się wyszaleć. W praktyce następnego dnia na wodzie większość grupy leczyła potężnego kaca i zastanawiała się co robili w nocy. Za wszelką cenę starałam się unikać przebywania sam na sam z Danielem, a jednocześnie ciągnęło mnie do niego coraz bardziej. Tego dnia nad ranem jako pierwsza pojawiłam się na jachcie. Wsunęłam się do pomieszczenia na rufie, w którym zostawiłam swój śpiwór. Przebrałam się w piżamę i mimo tego, że było ciepło, starannie przykryłam. Słyszałam szum fal rozbijających się o burty i nadbrzeże. Ktoś za mną wszedł do pomieszczenia. Wolałam nie otwierać oczu, mimo to, byłam pewna, że poczułam jego obecność. Położył się obok. W środku było ciasno i nie było tu miejsca na nic poza materacem, więc leżał bardzo blisko. Mimo to mnie nie dotykał. Nie odezwał się również ani słowem. Powoli uchyliłam powieki, by napotkać spojrzenie wpatrzonych we mnie intensywnie zielonych oczu. Nie mogłam się powstrzymać. Wysunęłam dłoń ze śpiwora i dotknęłam jego policzka. Nie poruszył się, ale poczułam jak jego oddech przyspieszył. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego co robię. Podniosłam odrobinę głowę i pocałowałam go. Odwzajemnił mój pocałunek, jakby całowanie się ze mną było rodzajem narkotyku, do którego nie miał dostępu przez kilka dni, a od którego był uzależniony. Nagle odsunął się gwałtownie. Zerwał się niemal uderzając głową w niski sufit. Zaklął cicho i wysunął się z pomieszczenia. Chwilę po nim w środku pojawił się lekko podchmielony Marek. Położył się obok.

– Słodkich snów, słoneczko – zamruczał.

Ziewnął, przytulił się do mnie by ledwie po kilku minutach już spać. Poczułam wibracje leżącego pod poduszką telefonu.

„Eu te Amo” brzmiała treść smsa. Wyplątałam się z ramion śpiącego Marka i po cichu wymknęłam z pomieszczenia. W piżamie weszłam na pokład. Wypłynęliśmy już z portu i teraz jedna osoba przy sterze w zupełności wystarczyła. Chłopacy zmieniali się przy tym we czwórkę. Liczyłam na to, że tym razem jest kolej Daniela. Była. Usiadłam przy nim na drewnianej ławce. Kiedy na mnie spojrzał uśmiechał się leciutko. Wszyscy inni już spali. Szarość poranka zaczynało rozjaśniać wschodzące słońce. Chłopak objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. To mi wystarczyło. Sama nie wiedziałam kiedy, usnęłam skulona z głową na jego kolanach.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Minęły już dwa tygodnie, a Daniel w dalszym ciągu nie odpuszczał, natomiast mnie bez przerwy prześladowały te jego intensywnie zielone oczy. I róże. Zawsze towarzyszyły mi róże w kolorze krwi. Najgorsze było to, że nie potrafiłam żadnej z nich wyrzucić i teraz miałam plecak pełen Put Pure. Byliśmy w Hiszpanii. Upał panujący w tym kraju był niemal nie do zniesienia. Natomiast klub, do którego się wybraliśmy miał cudowną klimatyzację. Siedzieliśmy przy stoliku, w loży, na obitych czarnym materiałem kanapach. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale znalazłam się między Markiem a Danielem. Poczułam jak przeszywa mnie dziwny dreszcz. Daniel przesunął dłoń i położył ją na moim kolanie. Instynktownie odsunęłam się, przesuwając bliżej Marka. Obydwaj spojrzeli na mnie pytająco.

– Mam ochotę zatańczyć – rzuciłam pierwsze co mi przyszło do głowy.

Marek uśmiechnął się szeroko. Nie słyszał tego często. Właściwie, to taka sugestia z mojej strony zdarzyła się pierwszy raz. Wyraźnie zadowolony zaprowadził mnie na parkiet. Wtuliłam się w jego ramiona, kołysząc w takt hiszpańskiej muzyki. Kątem oka zobaczyłam wstającego od stołu Daniela. Miał zaciśnięte pięści. Minął parkiet, bar i wyszedł z klubu. Poczułam jak coś ściska mnie w żołądku. Czy to, że zranię Marka było naprawdę aż tak ważne? Ważniejsze od tego jak bardzo ranię jego? Poczułam dławiący w gardle strach. Zwyczajnie bałam się z nim zerwać. Czułam się cholernie nie fair. Bałam się zaufać Danielowi. Był zbyt idealny. Przez cały czas miałam wrażenie, że on się mną po prostu bawi. Jednak czy to spojrzenie zielonych oczu, ten żar, mogły nie być szczere? Nie mogłam doczekać się kiedy wreszcie skończy się utwór. Co ja tu w ogóle robiłam? Przecież nienawidziłam tańczyć! Już przy ostatnich nutach piosenki przeprosiłam Marka i wybiegłam za Danielem na dwór. Nigdzie nie mogłam go znaleźć. W końcu, zniechęcona, postanowiłam, że wrócę na jacht. Coś mnie jednak powstrzymało i przystanęłam po drodze. Mijałam właśnie niewielkich rozmiarów, gęsty zagajnik. Wydawało mi się, że widzę gdzieś między drzewami smukłą sylwetkę. Wystarczyło tylko bym minęła pierwszą linię drzew i już, bez żadnych wątpliwości, rozpoznałam Daniela. Stał w ciemności oparty plecami o gruby pień.

– Wynoś się – warknął, kiedy zdążyłam podejść jeszcze bliżej.

Nie posłuchałam, mimo, że w jego głosie było słychać jakieś dziwne ostrzeżenie. Przysunęłam się do niego. W ręce trzymał nóż. Ostre, żeglarskie ostrze, do przecinania lin w razie nagłych wypadków.

– Daniel… – zaczęłam niepewnie, ale później zorientowałam się co sobie robi. Zobaczyłam spływającą po jego rękach krew. – Ty idioto! – krzyknęłam w ciemności. – Co ty wyprawiasz?!

Wyciągnęłam mu z dłoni nóż. Poczułam jak drży, ale posłusznie oddał mi narzędzie. Spojrzał na mnie z mieszaniną bólu i irytacji.

– Potrzebuję tego – wyjaśnił cicho.

Miałam ochotę się na niego rzucić z pięściami, powiedzieć mu co o nim myślę, ale wiedziałam, że niewiele by to dało.

– Chodź – wzięłam go za rękę i pociągnęłam za sobą na jacht.

Kiedy weszliśmy do jasno oświetlonej, niewielkiej kuchni, wyjęłam apteczkę. Ostrożnie przemyłam cięcia, które sobie sam zrobił, a potem owinęłam je bandażami. Poszperał w swoich, schowanych pod jedną z ław, rzeczach i nałożył koszulę z długimi rękawami, podczas gdy ja odłożyłam na miejsce apteczkę.

– Jak mogłeś sobie coś takiego zrobić, kretynie?! – nie wytrzymałam.

– Tylko to mi pomaga – westchnął. – Nie miałaś tego widzieć – stwierdził, jakby to usprawiedliwiało wszystko.

– Nie zgadzam się! Rozumiesz? – tym razem napadłam na niego uderzając go otwartą dłonią w tors. – Nie możesz sobie robić krzywdy! A już na pewno nie z mojego powodu!

Daniel przytrzymał mi ręce, nie pozwalając się dalej bić. Spojrzał mi w oczy, a potem pocałował. Wyczuwałam w tym pocałunku tak niesamowitą ulgę, że aż zakręciło mi się w głowie. Jego ręce objęły moje plecy, gładziły ramiona. Daniel… Tak bardzo go pragnęłam! Zerwę z Markiem. Muszę to zrobić! Uświadomiłam sobie, że nawet jeżeli Daniel się mną bawi, jeżeli nie będziemy razem, a cały ten sen się skończy, to i tak zachowuję się niesprawiedliwie, wobec Marka, bo to nie jego kocham. Był moim przyjacielem, w roli chłopaka spisywał się doskonale, ale to… to zdecydowanie nas nie łączyło.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Musiałam przed samą sobą przyznać, że jestem tchórzem. Postanowienie przyszło mi znacznie łatwiej niż wykonanie. Niemal cały dzień próbowałam trzymać się od Marka z daleka, żeby uniknąć nieprzyjemnej rozmowy. Natomiast wieczorem, kiedy zatrzymaliśmy się w kolejnym porcie, spakowałam książkę, koc i po prostu uciekłam. Miałam ochotę pobyć trochę czasu w samotności, a noc była ciepła i jasna. Okryte płachtą gwiazd niebo dawało przyjemne światło i nieodparte wrażenie, że warto żyć i marzyć. Zadrżałam na myśl, że taką noc chciałabym spędzić nie sama, a z Danielem. Przez długi czas siedziałam ukryta w cieniu drzew i rozmyślałam. Czułam się okropnie, a jednocześnie znacznie bliżej upragnionej wolności niż kiedykolwiek. W pewnym momencie dotarły do mnie głosy, mimo, że były ciche, bardzo dobrze je rozumiałam. Jeden z nich z pewnością należał do Daniela. Podniosłam się i podkradłam bliżej, intuicyjnie czując, że nie powinien mnie zobaczyć. Moje serce zamarło, kiedy zobaczyłam, że stoi pod ceglanym murem z Kasią. I tym razem poczułam mdłości, na myśl, że ona może go dotykać, że będą cokolwiek ze sobą robić. Ogarnęła mnie nie tylko fala, ale cały przypływ zazdrości. Mimo, że nie słyszałam wyraźnie słów, a tylko głosy, coś innego przyciągnęło moją uwagę. Daniel był wyraźnie rozgniewany. Coś mu się nie podobało. Zaciśnięte pięści, wąska linia ust, płonące zielone oczy. Czy ta dziewczyna tego nie widziała? Chwyciła go za przegub. Chłopak syknął. Ku konsternacji innych, mimo upału, przez cały dzień chodził w koszuli z długimi rękawami, tak, żeby nikt nie zobaczył bandaży. To jak go dotknęła naprawdę musiało boleć. W końcu skinął głową, a Kasia się uśmiechnęła. Uczepiła się jego ramienia, a on jej nie odtrącił. Razem poszli w kierunku jachtu. Opadłam na ciągle ciepłą po całodziennym skwarze ziemię. Łzy same zaczęły spływać po moich policzkach. Najgorsze było uczucie, że cokolwiek by się teraz nie działo między nimi, to tylko i wyłącznie moja wina. Byłam zdeterminowana. Wstałam, zwinęłam spod drzewa swój koc i wcisnęłam go do plecaka, a potem pobiegłam za nimi. Zawołałam, kiedy byli tuż przed jachtem. Zatrzymali się. Odwrócili. Daniel spojrzał na mnie chłodno i objął Kasię ramieniem. Zabolało jeszcze bardziej.

– Możemy porozmawiać? – spytałam cicho.

Spojrzał na dziewczynę, jakby pytał jej o pozwolenie. Skinęła głową, wspinając się na palce i całując go w usta. Nie zaprotestował. Żołądek podjechał mi aż do gardła. Ból był niesamowity. Nie do zniesienia.

– Tylko przyjdź do mnie szybko – zamruczała, znikając na jachcie.

Spojrzałam przerażonym, błagalnym wzrokiem na Daniela. Nie potrafiłam zadać żadnego pytania. Nie musiałam.

– Między nami koniec – oznajmił chłodno, nie zbliżając się do mnie. – To od początku nie miało sensu. Masz rację, lepiej będzie, jeżeli zostaniesz z moim bratem. Miłej nocy, Jagoda – pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu, ale miast upragnionego dźwięku, było to jak silny cios.

Odwrócił się w stronę nadbrzeża i ruszył w jego kierunku szybkim krokiem.

– Daniel! – dogoniłam go po chwili, chwytając za rękę. – Ja…

Wyrwał ją z mojej dłoni.

– Po prostu zapomnij – syknął i poszedł dalej, zostawiając mnie na chodniku zalaną łzami.

Uciekłam. Przez większą część nocy płakałam, skulona między drzewami. Wiedziałam, że jestem idiotką, że nie powinnam, ale nie potrafiłam inaczej. Na jacht wróciłam dopiero nad ranem. Zanim jednak weszłam na pokład, ktoś z tyłu chwycił mnie za ramię. Spojrzałam w zagniewane, zimne oczy Marka. Podsunął mi telefon, na ekranie którego było zdjęcie mnie i Daniela – razem, w łóżku, a do tego bez ubrania.

– Możesz mi to wyjaśnić? – spytał cicho.

Wszystko we mnie zamarło. Cały ból i rozpacz zastygły, a ja czułam jedynie palący wstyd i przerażenie. Przecząco pokręciłam głową.

– Ja… – zaczęłam niepewnie nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć.

– Mój diabelski braciszek postanowił cię sprawdzić – oznajmił zimnym jak lód głosem – i to najwyraźniej on miał co do ciebie rację, a ja się myliłem. Cholernie mnie zawiodłaś, Jagoda. Masz mi coś do powiedzenia?

Nie miałam. Zupełnie nic nie potrafiłam z siebie wydusić. Daniel… On… Przez cały czas… Po moich policzkach ponownie popłynęły łzy.

– Tak właśnie myślałem. Odpływamy – oznajmił puszczając moje ramię, ale nie patrząc na mnie. – Ciebie nie chcę widzieć na pokładzie.

– Co? Jak to? – byłam pewna, że się przesłyszałam.

– Wynoś się – powiedział jadowitym głosem – zarówno z mojego jachtu jak i mojego życia!

Potem odwrócił się i zniknął na łodzi. Zobaczyłam, że moja torba już stoi na brzegu, a oni odcumowywali. Żadne z pozostałych na mnie nie patrzyło. Daniela, Michała i Moniki nigdzie nie było widać, najwyraźniej musieli być pod pokładem, za to Kasia uśmiechała się tryumfalnie. Nie mogłam w to uwierzyć! Zaczynało wschodzić słońce, a ja byłam sama, w Hiszpanii. Jak on mógł mi to zrobić? To było podłe! Rozumiałam, że mógł mnie teraz nienawidzić, ale… Moja sytuacja była beznadziejna. Odpływali, zostawiając mnie na brzegu. Nie mogłam na to patrzeć. Uciekłam, ponownie chowając się między drzewa. Przepłakałam kolejny kwadrans, użalając się nad własną naiwnością i głupotą. Jak mogłam uwierzyć w miłość?! Tylko, że moje uczucie do Daniela było tak cholernie prawdziwe i tak paskudnie, nieziemsko teraz bolało! Poczułam jak zaczyna na mnie kapać jakaś woda. Deszcz? Cudownie! Jeszcze tego mi brakowało! Podniosłam głowę i zamarłam. Napotkałam na wpół zmartwione, na wpół ironiczne spojrzenie zielonych oczu. Z jego koszulki i włosów kapała woda. Zamrugałam. Ukucnął przy mnie.

– Daniel? – zapytałam niedowierzająco.

– Ten kretyn, mój brat, chciał cię tu zostawiać samą – syknął wściekle.

– A ty nie chciałeś? – szepnęłam. – Myślałam… Ty i Kasia…

Skrzywił się nieznacznie.

– Nie sądziłem, że zostawisz w telefonie to zdjęcie. Ona grzebała w twojej komórce i je znalazła. Zagroziła, że jeżeli tego nie zrobię, to wyśle zdjęcie Markowi.

– Najwyraźniej i tak wysłała – odezwałam się nie mogąc powstrzymać oskarżycielskiego tonu.

Skinął głową.

– Taak. Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że odpuści, kiedy osiągnie cel.

– Dlaczego jesteś cały mokry? – zapytałam.

– Spałem i obudziłem się dopiero, kiedy wypłynęliśmy z portu. Kiedy zorientowałem się, że Marek cię zostawił, kazałem mu zawrócić. Nie posłuchał, więc wskoczyłem do wody.

Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

– Przypłynąłeś tu? – spytałam oszołomiona.

Przytaknął. Spojrzałam na jego ręce. W kontakcie ze słoną wodą, to musiało piekielnie boleć. On również na nie spojrzał. Uśmiechnął się lekko.

– Nie było tak źle – wzruszył ramionami, ale widziałam, że krzywi się na samo wspomnienie. Instynktownie przytuliłam się do niego, nie zwracając uwagi na mokre ubranie. Wtulił policzek w moje włosy, coraz szybciej oddychając. – Nie mógłbym cię zostawić – szepnął niemal niedosłyszalnie.

– Chciałam z nim zerwać – mruknęłam cichutko. Poczułam, jak przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej. Opiekuńczo otacza ramionami. – Co zrobimy teraz?

Odsunął mnie od siebie, ale nie za daleko, tylko na tyle, żeby móc spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnął się szeroko.

– Oczywiście wycieczkę do Portugalii.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Do przebycia mieliśmy tak naprawdę kawał drogi, ponieważ byliśmy mniej więcej na wysokości Sevilli, a Daniel mieszkał tuż pod Lisboną. I tak jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności było to wyjątkowo blisko. Gorące, letnie słońce Hiszpanii szybko wysuszyło ubranie chłopaka. Przerzucił sobie przez ramię moją torbę, a ja wzięłam plecak. Jego rzeczy zostały na jachcie. Południe spędziliśmy w leśnym zagajniku, ponieważ iść przy takiej temperaturze po prostu się nie dało. Później wędrowaliśmy wzdłuż szosy, od czasu do czasu łapiąc stopa. Mimo zmęczenia i przykrego uczucia, które we mnie pozostało, dawno tak dobrze się nie bawiłam, jak wędrując ramię w ramię w towarzystwie Daniela. W dalszym ciągu nie mogłam uwierzyć w to, że po mnie wrócił. Pod wieczór zupełnie mnie zaskoczył, ciągnąc do jakiegoś przytulnie wyglądającego pensjonatu. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że mnie na to zapewne nie stać, z rozbawieniem wyciągnął z nieco tylko wygniecionych spodni kartę kredytową.

– Brat dostał od ojca na wszelki wypadek, a mnie się dzisiaj rano spieszyło i wziąłem jego spodnie – wyjaśnił odrobinę zakłopotany.

Spojrzałam na niego powątpiewająco, ale rozbroił mnie swoim łobuzerskim uśmiechem.

– Jesteś niedobry! – oznajmiłam z całą rozbawioną stanowczością, na jaką było mnie stać.

– Zło i niedobro to cały ja – nie zaprzeczył.

Już po kilku minutach weszliśmy do wynajętego w recepcji pokoju. Wyglądał tak samo przytulnie jak reszta budynku. Drewniane meble, jasne zasłony i suszone kwiaty na stole. Natychmiast chwyciłam leżące w misce jabłka i sięgnęłam po stojącą na tacy wodę mineralną. Umierałam z głodu i pragnienia.

– Poczekasz? – zapytał Daniel – Przyniosę nam jakieś jedzenie i kupię sobie coś na zmianę do ubrania – stwierdził krytycznie patrząc na własny strój.

Uśmiechnęłam się do niego lekko przestraszona. Nie chciałam zostać sama. Skinęłam jednak tylko potakująco głową, a chłopak wyszedł z pokoju. Rozebrałam się i poszłam pod prysznic. Daniel wrócił po trochę ponad kwadransie. Nie zdążyłam jeszcze skończyć kąpieli. Bez skrępowania wszedł do łazienki.

– Mogę się przyłączyć? – zapytał rozbrajająco, pozbywając się swojego ubrania.

Natychmiast zaszumiało mi w uszach i poczułam pragnienie by znaleźć się jak najbliżej niego. Nawet nie zaczekał na odpowiedź, po prostu wsunął się do kabiny i stanął za mną. Na rękach w dalszym ciągu miał nieco przybrudzone bandaże. Miałam ochotę znowu nakrzyczeć na niego za głupotę, ale nie dał mi dojść do słowa. Jego usta znalazły się na moich ustach, dłonie zaczęły wędrować od ramion, poprzez piersi aż na pośladki i uda. Ciepła woda spływała na nas z góry, mocząc mi włosy i twarz. Daniel delikatnie namydlił moje ciało. Poczułam jak ociera się sztywnym członkiem o moje plecy. Zadrżałam z trudem nad sobą panując i myśląc jedynie o tym jak bardzo go pragnę. Dalej to było już tylko czyste wariactwo. Pamiętałam jak owinął mnie ręcznikiem, nie byłam jednak pewna, w jaki sposób znaleźliśmy się w pokoju. Żar namiętnych pocałunków zlewał się w jedno z jego dotykiem. Robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia. Uklęknął przede mną z czerwoną różą w zębach. Wtedy również go sfotografowałam. Potem rzucił mnie na łóżko ciągle całując. Kiedy skończył z ustami, zszedł niżej, na dekolt, a potem piersi. Palcami drażnił moje sutki. Tym razem mnie nie uciszał, kiedy wydawałam z siebie mimowolne jęki. Po raz pierwszy robiliśmy wszystko legalnie, sami, w hotelowym pokoju. Odwrócił mnie na brzuch, a ja wypięłam w jego stronę pupę. Jego dłonie znalazły się między moimi nogami. Niewiele mi było potrzeba, a mimo to on nie posuwał się dalej. Włożył we mnie palce, poruszając nimi szybko.

– Daniel… – poprosiłam.

Roześmiał się, mimo, że czułam jego podniecenie, słyszałam mocne bicie serca i przyspieszony oddech. Z ciągle wypiętą pupą odwróciłam się w jego stronę. Chciałam na niego patrzeć. Wszedł do środka, dopiero gdy poczuł, że doprowadza mnie do orgazmu. Przez chwilę myślałam, że zwariuję. Nie był delikatny. Od początku poruszał się mocno i szybko. Jego dłonie przesunęły się z moich pośladków na biodra. Mimowolnie sięgnęłam ręką do własnej łechtaczki, masując ją delikatnie. Daniel przyspieszył jeszcze bardziej. Mimo podniecenia skończył dopiero po jakimś kwadransie, a ja ponownie doszłam wraz z nim. Opadł na poduszki, przyciągając mnie do siebie i całując leniwie. Wtuliłam się w jego ramiona.

– Kocham cię, Jagoda – zamruczał w moje włosy, przytulając do nich policzek.

Cała zesztywniałam. Tak krótko się znaliśmy… To co było między nami było szalone i nieokiełznane. Dzikie. Była to jednak przede wszystkim instynktownie działająca chemia. Wiedziałam, że jestem w nim zakochana, ale nie potrafiłam uwierzyć w jego miłość. Milczałam, najwyraźniej jednak wcale nie oczekiwał odpowiedzi, bo już po chwili poczułam na karku jego wyrównany, miarowy oddech.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Jak cudownie było się obudzić w ramionach Daniela! Kiedy poczuł mój ruch, zamruczał i przyciągnął mnie do siebie. Pocałowałam go, z rozbawieniem wyślizgując się z jego ramion. Nie chciałam go budzić. Włożyłam na siebie te same znoszone szorty co zwykle i czystą koszulkę, a potem zeszłam na dół. Po drodze zgarnęłam aparat, licząc, że automat, który widziałam w holu poprzedniego dnia nie jest zepsuty. Po prostu musiałam wydrukować sobie to zdjęcie – Daniela klęczącego z różą w zębach. Z uśmiechem schowałam je do książki, a potem poszłam na śniadanie. Chłopak dołączył do mnie po niecałym kwadransie. Mimo tego, że był wyraźnie zaspany i tak wyglądał kusząco i jak zwykle sama jego obecność na mnie działała niczym afrodyzjak. Zjedliśmy kontynentalne śniadanie, złożone z dużej ilości przeróżnych owoców, pełnej gamy płatków do wyboru, mocnej kawy, soku pomarańczowego i mleka, a potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem dopisało nam szczęście. Samotna kobieta, która zatrzymała się przy drodze, żeby nas zabrać, przekraczała granicę Portugalii i potem jechała w kierunku stolicy. Do tego była oczarowana Danielem, więc praktycznie podwiozła nad pod same drzwi jego domu. Dwa dni podróży zamiast zakładanego tygodnia. Wszystko poszło perfekcyjnie, a mimo to, ja sama, odczuwałam coraz większy niepokój i strach. To był jakiś instynkt. Chłopak wyjął z bagażnika moją torbę, pożegnaliśmy naszego kierowcę, a potem stanęliśmy pod drzwiami skromnego, pomalowanego starannie białą farbą, jednorodzinnego domu. Daniel najwyraźniej zauważył moje wahanie.

– Nie bój się – ścisnął mocniej moją rękę. – Moja mama należy do tych miłych osób – oznajmił mi nieco rozbawiony.

Zadzwonił do drzwi. Po dłuższej chwili otworzyła nam szczupła kobieta o kasztanowych włosach, ubrana w letnią, kremową sukienkę. Twarz miała zaczerwienioną, jakby godzinami płakała. Stanęła w drzwiach oniemiała, nie mogąc się poruszyć. Niedowierzająco wpatrywała się w postać Daniela.

– Mamo? – zapytał niepewnie wyraźnie zdziwiony jej zachowaniem.

Kobieta jakby wróciła do rzeczywistości. Z jej ust wydobyło się długie, przeciągłe „och”, a z oczu popłynęły łzy. Rzuciła się Danielowi na szyję. Chłopak przytulił ją do siebie, a ja widziałam jego zaskoczoną minę.

– Mamo, co się stało? – zapytał odsuwając ją łagodnie od siebie, wciągając mnie do domu i zamykając drzwi, najwyraźniej nie chcąc robić przedstawienia dla sąsiadów.

– Myślałam, że nie żyjesz – jęknęła rozpaczliwie, wchodząc głębiej do domu i opadając na ratanową kanapę, jakby ustanie na nogach było dla niej zbyt dużym wysiłkiem.

– Dlaczego? – spojrzał na nią nie rozumiejąc.

– Och, Danielu – westchnęła, łamiącym się głosem. Podszedł do kanapy, kucając przy kobiecie, podczas gdy ja niezdecydowana stałam w drzwiach. – Był sztorm. Jacht, którym mieliście płynąć uderzył w tankowiec. Nastąpił wybuch. Nie wyłowili jeszcze wszystkich ciał, ale powiedzieli, że wszyscy, którzy nim płynęli nie żyją. Nie było najmniejszych szans na to, żeby… – nagle się ożywiła. – A Marek? Co z moim Mareczkiem?

Dopiero po chwili dotarł do mnie sens jej słów. Moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Przestałam cokolwiek czuć. Jak to nie żyją? Chłopak pokręcił głową. Zobaczyłam jego pobladłą twarz. Do niego najwyraźniej również wszystko dopiero co dotarło i teraz trawił przerażające informacje.

– My się pokłóciliśmy – przyznał cicho. – Zostawili mnie i Jagodę na brzegu – nieco przekształcił wersję wydarzeń – a sami popłynęli dalej.

Nagle coś do mnie dotarło.

– Moi rodzice! – krzyknęłam. – Czy oni też myślą, że nie żyję? – spojrzałam na swoją bezużyteczną w Portugalii komórkę. – Danielu! Ja muszę zadzwonić!

Kobieta jakby zmuszona do działania zerwała się z kanapy, podając mi stojący pod ścianą bezprzewodowy telefon.

– Oczywiście, że musisz i to jak najszybciej – przyznała gorliwie. – Jeżeli przezywają to samo co ja…

Wybrałam numer. Po chwili w słuchawce odezwał się apatyczny głos mojego ojca i już wiedziałam, że rodzice opłakują moją śmierć.

– Tato, to ja Jagoda, mnie nie było na tym jachcie! – wykrzyknęłam do słuchawki.

Niedowierzanie, płacz, wyjaśnienia, ogromna ulga i radość. W końcu, po godzinie, ze wstydem zakończyłam rozmowę, zastanawiając się na jaki rachunek naciągnęłam Daniela rodzinę. Znalazłam ich w drugim pomieszczeniu – jasnej, przestronnej kuchni. Siedzieli przy stole, pochyleni, cicho rozmawiając. Na mój widok chłopak zerwał się z krzesła.

– Mamo, chciałem ci oficjalnie przedstawić Jagodę – zawahał się, a ja wyraźnie wyczułam, że walczy ze sobą czy nie powiedzieć czegoś jeszcze.

Kobieta spojrzała na mnie przyjaźnie, ale też odrobinę podejrzliwie.

– To ty jesteś… byłaś dziewczyną mojego syna? – ni to spytała ni stwierdziła fakt. – Marek wiele dobrego o tobie opowiadał – uśmiechnęła się nieco blado. – Mów mi Joyce.

Poczułam jak płoną mi policzki. Było mi wstyd, jeszcze bardziej niż do tej pory. Zraniłam go, zdradziłam, a teraz on… był martwy. Daniel objął mnie ramieniem.

– Bardzo mi miło – wydukałam.

– Jesteśmy zmęczeni – stwierdził. – Obydwoje. I musimy to wszystko przegryźć. – Wyjaśnił. – Pokażę Jagodzie pokój.

– Tak, oczywiście – zgodziła się szybko kobieta.

Kiedy tylko weszliśmy po drewnianych, nieco krętych schodach, na górę, Daniel natychmiast przyciągnął mnie do siebie. Bez słowa przytulił. Położyłam głowę na jego torsie. Coś we mnie pękło, jakaś niewidzialna bariera. Łzy same spłynęły mi po policzkach. Nawet nie wiedziałam kiedy, znaleźliśmy się w jakimś pokoju. Leżałam na łóżku, wtulona w jego ramiona. Nic nie mówił, ani słowa pocieszenia, czułam natomiast jak obejmuje mnie coraz mocniej, jak całuje moje włosy. Płakałam tak długo, aż zupełnie zabrakło mi łez.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Moi rodzice tak bardzo chcieli mnie zobaczyć – całą i zdrową, że następnego dnia Daniel odwiózł mnie na lotnisko. Nie był z tego powodu zadowolony. Widziałam też jak bardzo jest nieszczęśliwy i przerażały mnie jego smutne, zielone oczy.

– Dlaczego nie polecisz ze mną? – spytałam ponuro.

Westchnął.

– Z tego samego powodu, z którego ty chcesz polecieć – stwierdził, tuląc mnie do siebie.

– Daniel, ja…

– Cii – przyłożył mi palec do ust. – Zadzwoń jak już dotrzesz na miejsce – poprosił, odchodząc, gdy nadeszła moja kolej do przejścia przez bramkę.

Ani razu się nie odwrócił by na mnie spojrzeć, po chwili jednak usłyszałam sygnał smsa.

„Kocham cię. Cokolwiek by się nie stało” brzmiała wiadomość.

Po całym moim wnętrzu rozlało się przyjemne ciepło. Zrobiło mi się lżej na sercu. Nie zdążyłam odpisać. Wsiadłam do samolotu, gdzie zgodnie z zasadami bezpieczeństwa musiałam wyłączyć telefon.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Na lotnisku czekali na mnie rodzice, ale ku mojemu zdziwieniu – nie tylko. Towarzyszyła im policja. Zaprowadzili nas do służbowych pokoi i przez dobrą godzinę przesłuchiwali. Podobno wybuch łodzi nie był wypadkiem, a ja nie miałam pojęcia jak to możliwe. Najdziwniejsza jednak była zupełnie inna rzecz.

– Kto ci towarzyszył kochanie? – powtórzyła pytanie policjanta moja matka.

– Daniel, brat Marka – odpowiedziałam po raz kolejny. – Pokłóciłam się z Markiem i postanowił zostawić mnie na brzegu, w Hiszpanii, ale Daniel uznał, że nie zostawi mnie samej. Zabrał mnie do siebie do domu, stamtąd do was dzwoniłam – spojrzałam na matkę, bo łatwiej było mi z nią rozmawiać niż z obcym policjantem.

– Marek Kamiński nie miał brata, był jedynakiem – wyjaśnił po raz kolejny policjant.

Miałam ochotę na niego warknąć, nie zrobiłam jednak tego.

– Ich rodzice się rozwiedli i Daniel mieszkał w Portugalii wraz z matką, Joyce, która nie jest Polką. Prawdopodobnie nosił jej nazwisko. Nie wiem, nie pytałam.

– Joyce Maes miała tylko jednego syna – wyjaśnił rzeczowo policjant – i był nim Marek, który po rozwodzie rodziców postanowił zostać w ojcem w Polsce. Nie mogłaś jej spotkać, ponieważ zmarła w wypadku, kilka dni temu. Mieszkała sama, nikt nie zgłosił jej zaginięcia. Dopiero przedwczoraj znaleziono jej ciało. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności – oznajmił chłodno policjant.

Przez chwilę zaniemówiłam. Czy oni uważali mnie za kłamczuchę czy za wariatkę? Może to jakiś test?

– Proszę dać dziewczynie odpocząć – wtrącił się towarzyszący nam do tej pory w milczeniu policyjny psycholog. – Jest przemęczona. Można do tego wrócić jutro. Dzisiaj i tak nic rozsądnego nie powie.

Wreszcie dali mi spokój, zapowiadając, że odwiedzą nas jutro w domu. Dostałam swoje skrzętnie przeszukane bagaże. Pierwsze co zrobiłam to wyjęłam komórkę. Wybrałam numer Daniela.

„Abonent czasowo niedostępny” odezwał się uprzejmy głos w słuchawce.

Miałam ochotę się rozpłakać. Rodzice obserwowali mnie zaniepokojonymi spojrzeniami. W samochodzie postanowiłam, że zostawię mu przynajmniej smsa. Otworzyłam folder z wiadomościami, które wymienialiśmy i zamarłam. Był pusty. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać zdjęcia. W telefonie znalazłam różne ujęcia z jachtu, na żadnym nie było Daniela. Zniknęła również ta pamiętna fotografia, przez którą Marek dowiedział się, że go zdradzam. Spanikowałam. Gorączkowo sięgnęłam po aparat. To samo. Ani śladu po naszej hotelowej sesji. Otworzyłam plecak. Nie było nawet mojego Put Pure z róż, a z wnętrza nie unosił się ten przyjemny zapach, do którego już się tak przyzwyczaiłam! Poczułam, że tracę zmysły. Zaczęłam przeszukiwać moje rzeczy. Nie znalazłam ani śladu – najmniejszego dowodu na istnienie Daniela. Kiedy dotarliśmy do domu, zamiast położyć się spać, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i pobiegłam do domu Marka. Był zamknięty, a w środku najwyraźniej nikogo nie było.

– Nikt ci nie otworzy – wyjaśnił usłużnie wyglądający zza wysokiego płotu sąsiad. – Sprzedali dom, od ręki, wiele na tym tracąc, a potem wyjechali. Prawdopodobnie z powodu śmierci syna. Zginął na morzu… – zawahał się na moment, zawieszając na mnie spojrzenie. Potrząsnął siwiejącą czupryną. – Zaraz czy to nie ty byłaś jego dziewczyną? Chyba cię poznaję.

– Tak, ja – odpowiedziałam niepewnie.

– Więc miałaś szczęście, ze nie było cię z nimi na łodzi – uśmiechnął się do mnie smutno.

Odsunęłam się od gorliwie naciskanego dzwonka.

– Przepraszam, muszę już iść, dowidzenia – rzuciłam i pobiegłam przed siebie, nie mając pojęcia przed czym właściwie uciekam.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Nie pamiętałam ile razy wybrałam numer Daniela. Ile smsów wysłałam w próżnię. Dzwoniłam nawet do pensjonatu, w którym spaliśmy, a którego numer znalazłam w sieci, ale ich angielski był tak samo marny jak mój, więc dowiedziałam się z grubsza tyle, że nikt o tym nazwisku u nich nie przebywał. W końcu, nad ranem usnęłam, bezgranicznie zrozpaczona i przemęczona własną dezorientacją.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Przez kilka dni sprawdzałam wszystkie możliwości, wypytując o Daniela znajomych Marka i mimo braku rezultatów ciągle do niego dzwoniąc. To był jakiś horror. Nikt nie słyszał o jego istnieniu, nikt nic nie wiedział. W końcu, po tygodniu, rodzice zabrali mnie do psychologa, a ja tylko zastanawiałam się czemu nie do psychiatry. Kobieta, z którą rozmawiałam, stwierdziła, że to szok, który spowodowała wiadomość o śmierci moich przyjaciół i chłopaka kazały mi stworzyć sobie towarzysza, który wraz ze mną ocalał z wypadku. Nie wierzyłam w to. Całą sobą wiedziałam, że nie wymyśliłam sobie Daniela. Zielone oczy, drwiący uśmiech, opalenizna i krótko ścięte włosy – to wszystko stało mi przed oczami. Zaczynałam wariować. Potrzebowałam dowodu – choćby najmniejszego – na to, że on naprawdę istniał. Tym razem metodycznie, bez zbędnego chaosu, zaczęłam sprzątać pokój. Pierwsze rezultaty pojawiły się dopiero po godzinie. W jednej z  niechlujnie rzuconych reklamówek znalazłam paragon – dowód na to, że kupowałam koszulkę Jacka Danielsa. To jednak dalej nie było wystarczające. Zmęczona rzuciłam się na łóżko z książką w ręku. Niechętnie przewracałam strony, w poszukiwaniu fragmentu, na którym skończyłam. Coś wypadło spomiędzy stron. Zdjęcie. Chłopak, bez koszulki klęczący z czerwoną różą w zębach. Daniel! Usiadłam gwałtownie. Łzy ulgi spłynęły po moich policzkach. Dlaczego wszystko inne zniknęło? Czemu nie to? Odpowiedź była prosta. Nikt inny o tym, że wydrukowałam zdjęcie nie wiedział, nawet on sam. Tylko czemu chciał się mnie tak drastycznie ze swojego życia pozbyć? Czemu policja chciała, żebym wierzyła, że nigdy nie istniał? Coś było piekielnie nie tak! Skręcił mi się żołądek na myśl, że miałabym go już nigdy więcej nie zobaczyć. Pustka i ból otoczyły moje serce. Spakowałam pospiesznie plecak i po cichu wyszłam z domu. Musiałam go odnaleźć! Nawet jeżeli miałoby to oznaczać wycieczkę do Portugalii.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Miałam szczęście. Udało mi się złapać poranny lot „last minute”. Koło południa następnego dnia znalazłam się pod domem Daniela. Nikt nie odpowiadał na dzwonek, ale drzwi były otwarte, więc weszłam do środka. Rozejrzałam się po wnętrzu, nawołując Daniela i Joyce. Dom okazał się pusty. Z telefonu stacjonarnego po raz kolejny wybrałam numer chłopaka. Znowu nic. Z pokoi zniknęły wszystkie rzeczy, nawet meble. Wszędzie było pełno kurzu. Wyglądało to tak, jakby od dłuższego czasu nikt tu nie mieszkał, a przecież byłam w tym miejscu zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Zrezygnowana usiadłam na gankowych schodkach. Przymknęłam oczy myśląc jak bardzo za nim tęsknię. Wyciągnęłam zdjęcie, które na wszelki wypadek zeskanowałam i zapisałam na dysku, żeby i jego nie stracić. Przyjrzałam się mu uważnie. Gdzie do cholery był? Dlaczego tak nagle zniknął z mojego życia? Z zamyślenia wyrwał mnie obcy głos. Kilka kroków ode mnie stał ciemnowłosy mężczyzna, o orlim nosie. Mówił po Portugalsku. Nie zrozumiałam ani słowa. Zdezorientowana pokręciłam głową. Przerzucił się płynnie na angielski.

– To prywatna własność – oznajmił. – Nie wolno tu przebywać.

– Tak, wiem, to dom mojego przyjaciela – odpowiedziałam cicho.

– Przyjaciela? – zapytał kpiąco, patrząc na zdjęcie w moim dłoniach.

– Tak, przyjaciela – odparłam coraz bardziej poirytowana i to chyba był mój błąd.

Błyskawicznie zbliżył się do mnie. Poczułam na ustach twardą dłoń, z nawilżonym czymś materiałem. Na podjazd wjechał srebrny samochód z zaciemnianymi szybami, a potem straciłam świadomość.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Ocknęłam się związana i odrętwiała. Leżałam na podłodze w pustym pokoju. Jakiś sznur boleśnie krępował mi nadgarstki. Zaschło mi w ustach. Czułam nieprzyjemne zawroty głowy. Przez otwarte drzwi zobaczyłam dwóch mężczyzn. Mieli ze sobą karabiny. Jeden z nich spojrzał na mnie twardym wzrokiem. Uśmiechnął się paskudnie, kiedy dostrzegł, że mam otwarte oczy. Jęknęłam kiedy podniósł mnie do pozycji siedzącej. Wszystko mnie bolało i potwornie chciało mi się pić. Z moich ust wyjął knebel o nieprzyjemnym smaku, a ja gwałtownie zaczęłam chwytać powietrze.

– Nie zrobimy ci krzywdy – wyjaśnił powoli, zdziwiłam się, bo mówił odrobinę kaleczoną polszczyzną – jeżeli powiesz nam gdzie on jest. To nie o ciebie tu chodzi.

Spojrzałam na niego zmieszana. Nie miałam pojęcia co się dzieje i o co mu chodzi.

– Twój chłoptaś – wyjaśnił tamten, pokazując zdjęcie Daniela – chcemy go znaleźć.

– Nie wiem – odpowiedziałam zachrypniętym z pragnienia głosem.

Uderzył mnie w twarz. Skuliłam się na tyle, na ile pozwalały mi więzy.

– Zostaw ją – wtrącił się ten drugi w języku angielskim – pewnie i tak niczego nie wie. Jeżeli nie dorwiemy go dzięki niej, to po prostu ją zabijemy i po kłopocie.

– O nie – kucający przede mną mężczyzna wstał. – Zanim to nastąpi przewiduję długą zabawę.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Nie miałam pojęcia ile czasu minęło od kiedy mnie tu przywieźli. Pomieszczenie nie miało nawet okien, żebym mogła zorientować się w porze dnia. Jedynym wyznacznikiem czasu była wymiana strażników. Przy drzwiach, na zewnątrz, zawsze stało dwóch mężczyzn z karabinami. Starałam się myśleć, że mam szczęście, ponieważ nie traktowali mnie źle, a po prostu ignorowali – chociaż w dalszym ciągu na nadgarstkach i kostkach miałam otarcia po sznurze, którym mnie pierwszego dnia związali. Mimo niewygody starałam się jak najwięcej spać. Z jednej z takich apatycznych drzemek ktoś obudził mnie ostrym szarpnięciem. Postawił na nogi, a potem, nie siląc się na delikatność, wypchnął za drzwi. Zasłonili mi oczy i kazali wsiąść do samochodu. W trakcie jazdy zdjęli mi opaskę. Siedziałam skulona na tylnej kanapie, pomiędzy dwoma rosłymi mężczyznami. Srebrny samochód pędził po szosie z niedozwoloną prędkością. Rozmawiali o czymś, ale ja nie rozumiałam ani słowa. Wzdrygnęłam się, kiedy jeden z nich położył rękę na moim udzie. Nie miałam nawet dokąd się odsunąć. Obydwaj się roześmieli. Wreszcie samochód się zatrzymał, a oni wysiedli zabierając mnie ze sobą. Byliśmy na jakimś placu, za wysokim płotem piętrzyły się góry złomu, a nieopodal, za mostem, znajdowała się szosa.

– Przyszedł – odezwał się po Polsku jeden z nich, szturchając mnie w ramię, z wyraźną nutą rozbawienia w głosie. – Nie wierzyłem, że przyjdzie, przecież i tak już jesteś martwa – wyszeptał, a po moich plecach przeszły nieprzyjemne ciarki. Idź! – rozkazał. – Tylko powoli, bo cię zastrzelę.

Dopiero teraz ujrzałam stojącą pod słońce smukłą sylwetkę. Odezwał się krótkim, portugalskim zdaniem, a potem czekał. Przerażona ruszyłam w jego kierunku. Nie mogłam uwierzyć, w to co się dzieje i że Daniel tu naprawdę jest. Z trudem powstrzymałam się, żeby do niego nie podbiec. Chciałam się do niego przytulić, zarzucić mu ręce na szyję, ale on najwyraźniej to przewidując, odsunął się ode mnie.

– Znikaj stąd – syknął. – Wrócisz do domu – odezwał się cicho – tylko nie samolotem, bo wtedy od razu znajdą cię i zabiją. Zaraz za mostem czeka taksówka.

– Daniel… – byłam zbyt przerażona, żeby go posłuchać.

– Wynoś się, natychmiast! – uciął krótko.

Usłyszałam zniecierpliwiony głos jednego z mężczyzn, którzy mnie tu przywieźli. Daniel spojrzał na mnie błagalnie. Zaczęłam się wycofywać. Kilka metrów od mostu już biegłam. Rozległ się wystrzał. Obejrzałam się za siebie. Jeden z porywaczy we mnie celował, ale nie z karabinu, a ze zwykłego pistoletu. Strzelił jeszcze raz, ale i tym razem spudłował. Usłyszałam rozwścieczony głos Daniela. Mężczyzna z pistoletem ponownie wycelował. Nawet z tej odległości widziałam jego podły uśmiech. Za mostem pojawiło się dwóch kolejnych ludzi. Obydwoje byli uzbrojeni w pistolety.

– Złomowisko – usłyszałam krzyk Daniela.

Gwałtownie skręciłam. Zaczęłam biec w stronę płotu. Nie zatrzymując się zniknęłam za narożnikiem. Słyszałam za sobą wrzaski. Gonili mnie. W pewnym momencie moich pleców dopadł Daniel.

– Biegnij, szybciej! – rozkazał zdyszany. – Cały czas przede mną, nie będą ryzykowali, że mnie zabiją.

Posłuchałam. W pewnym momencie chwycił mnie za brudną koszulkę, odciągając w tył. Gwałtownie się zatrzymałam. Gestem wskazał mi dziurę w płocie. Nie była zbyt duża, ale wystarczyła, żebym się w nią wcisnęła. On poszedł zaraz za mną. Nie przerywaliśmy biegu, lawirując między sterami metalu i porozbijanych samochodów. Nie byłam w stanie złapać tchu. Ze zmęczenia zaczęłam się potykać.

– Już niedaleko – szepnął błagalnie.

W oddali rozległo się wycie policyjnych syren. Daniel zaczął przeklinać. Chwycił mnie za ramię i teraz już ciągnął za sobą. Wybiegliśmy z drugiej strony przez bramę. Chłopak dopadł zaparkowanego przed nią motocykla. Błyskawicznie założył mi kask, a potem usiadł zakładając swój. Niepewnie usiadłam za nim. Natychmiast ruszył. Objęłam go w pasie. Zamknęłam oczy. Wszystko było jak w filmie. To nie działo się naprawdę. Nie mogło się dziać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Jechaliśmy przez dłuższy czas, klucząc po mieście. W końcu Daniel najwyraźniej upewnił się, że nikt nas nie ściga, ponieważ wjechał na podwórko jednej z zabytkowych kamienic. Zaparkował, a potem w milczeniu otworzył drzwi budynku i zaprowadził mnie na górę, na samo poddasze. Posłusznie podążałam za nim. Weszliśmy do niewielkiego mieszkania, które było niemal puste, poza leżącym na podłodze szerokim materacem i nierówną stertą książek pod ścianą. Kiedy chłopak zamknął drzwi, przez chwilę wpatrywał się we mnie intensywnie. Dalej nie odezwał się ani słowem, a ja nie miałam zamiaru przerywać ciszy, za to moje serce znów zaczęło bić jak oszalałe. W pewnym momencie Daniel przysunął się do mnie. Pchnął mnie na ścianę, przywierając do mnie całym ciałem. Wszystko wokół nas ucichło i przestało istnieć. Na kilka chwil świat znieruchomiał. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu i wydawało mi się, że trwa to całą wieczność. To on przerwał ten zastój. Zaczął całować – namiętnie, gorliwie i z pasją – a ja odwzajemniałam jego gorące pocałunki. W końcu oprzytomniałam. Poczułam się bardzo głupio, brudna i w noszonym przez kilka dni ubraniu. Odepchnęłam go od siebie, ale on mi na to nie pozwolił. Otoczył mnie ramionami, przyciągając jeszcze bliżej.

– Omal cię nie zabili, przeze mnie – wyszeptał.

– Jestem zmęczona i marzę o kąpieli – powiedziałam patrząc mu w oczy – nie mam teraz siły na tą rozmowę – to była prośba.

Chłopak jakby oprzytomniał. Niechętnie się ode mnie odsunął. Pokazał mi łazienkę i dał mi ręcznik. Chwilę później przyniósł też czystą koszulkę.

– Nic innego tu nie mam – usprawiedliwił się przepraszająco.

– Dzięki.

Skinęłam głową i zamknęłam drzwi. Przez dłuższy czas brałam gorący prysznic, starając się nie myśleć o tym, co się wydarzyło, a potem, jak grom z jasnego nieba, uderzyła mnie pewna myśl. Gardło ścisnął mi strach. Co zrobię, jeżeli Daniel znowu zniknie? Pospiesznie skończyłam kąpiel, wciągając na ciągle wilgotną skórę za długiego na mnie t-shirta. Niemal wybiegłam z łazienki. Odetchnęłam z ulga, dopiero gdy zobaczyłam, że leży w niedbałej pozycji, oparty na łokciu, na materacu. Spojrzał na mnie. W jego wzroku było zachłanne pożądanie. Usiadłam obok niego, a on natychmiast przyciągnął mnie do siebie, kładąc na plecach. Teraz pochylał się nade mną. Znów zaczął porywczo całować. Oplotłam ramionami jego szyję, zdając sobie sprawę, jak bardzo za nim tęskniłam. Jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele. Poczułam na brzuchu wypukłość, która rysowała się w jego spodniach. W pewnej chwili zwolnił. Z jękiem położył się obok, na plecach, nie patrząc na mnie.

– Przepraszam – westchnął. Wyraźnie starał się uspokoić oddech. – Wiem, że jestem cholernym egoistą i to z pewnością nie powinna być pierwsza rzecz, o której myślę.

– Teraz to już trochę za późno – warknęłam na niego w udawanej złości, bo czułam, że tej prawdziwej nie jestem w stanie w sobie wywołać, nawet, mimo świadomości, że powinnam. Był blisko mnie, a to było najważniejsze.

Usiadłam i zaczęłam rozpinać jego rozporek. Spojrzał na mnie podejrzliwie, a potem się uśmiechnął. Jego zielone oczy płonęły. Zsunął spodnie. Posadził mnie na sobie. Byłam aż nazbyt wilgotna. Jęknął, kiedy wśliznęłam się na jego członek. Jego ręce powędrowały najpierw na moje piersi, a potem biodra. Poruszałam się rytmicznie, widząc z jakim błogim uwielbieniem się we mnie wpatruje. Odgarnął z policzka moje mokre włosy.

– Kocham cię – szepnął.

Przylgnęłam do niego, przez cały czas nie przestając się poruszać. Objął mnie ramionami. Poczułam na szyi jego miękkie usta. Drżał. Zdałam sobie sprawę, że Daniel ledwo nad sobą panuje. Miał ochotę na więcej. W końcu nie wytrzymał i również zaczął się poruszać. Zagłębiał się we mnie coraz mocniej, a ocieranie się o niego, sprawiało mi coraz większą rozkosz. Moje serce zatrzymało się na moment. Ogarnęła mnie błoga przyjemność. Daniel zauważył, że doszłam. Przetoczył się tak, że teraz on znalazł się nade mną. Przyspieszył, ciągle patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się do niego. To co się ostatnio działo, cały mój strach, stały się irracjonalnym snem. Daniel i jego bliskość, to cudowne uczucie spełnienia, jedyne one stanowiły moją rzeczywistość. Nic innego nie miało znaczenia.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Usiadłam na materacu przecierając zaspane oczy. Nagle ogarnął mnie dziki strach. Daniela nigdzie nie było! W panice zerwałam się na równe nogi. Pobiegłam do łazienki, a potem do drzwi. Były zamknięte. Zostawił mnie! Znowu mnie zostawił! Jak on mógł?! Z powrotem usiadłam na materacu. Zwinęłam się w kłębek, a po policzku zaczęły spływać mi łzy. Drzwi się otworzyły. Podniosłam odrobinę głowę. Daniel stanął w drzwiach. W ręku trzymał reklamówki. Spojrzał w moje zapłakane oczy. Upuścił wszystko na podłogę, trzasnął drzwiami i natychmiast znalazł się przy mnie.

– Jagoda, nic ci nie jest? – zapytał zatroskany, oplatając moją postać ramionami.

Na jego widok ogarnęła mnie tak wielka ulga, że przez chwilę nie byłam z siebie w stanie wydobyć ani jednego słowa.

– Myślałam, że znowu mnie zostawiłeś – szepnęłam, wtulona w jego tors.

Chłopak przymknął oczy. Westchnął.

– Miałem nadzieję, że zdążę wrócić, zanim się obudzisz – stwierdził przepraszającym tonem. – Przyniosłem nam śniadanie – wymownie spojrzał w kierunku porzuconych siatek. – Mam też dla ciebie coś, co możesz na siebie włożyć – usprawiedliwił się jeszcze bardziej.

– Wytłumacz mi, dlaczego w ten sposób zniknąłeś – poprosiłam. – Mięli mnie za wariatkę, kiedy mówiłam im o tobie.

Skrzywił się.

– To, że zabili Marka, nie było przypadkiem – mruknął. – Mieliśmy szczęście, że wtedy zostawił cię w porcie, inaczej też byś nie żyła. Szukali mnie – westchnął. – Myślałem, że to już koniec, że mogę żyć normalnie. Próbowałem. Widziałem coś, czego nie powinienem był nigdy widzieć i ukradłem pewną rzecz… – przyznał cicho. – Teraz za to płacę. Policja stworzyła dla mnie i mojej matki zupełnie nową tożsamość, ukrywali nas. To coś, jak system ochrony świadków. Wszystko przycichło – nie patrzył na mnie. – To dlatego nasi rodzice się rozwiedli – przyznał niechętnie. – To moja wina. Kiedy myślałem, że już wszystko skończone, oni zabili mojego brata i naszych przyjaciół – zmroziło mnie, jak bardzo jego głos wyprany jest z wszelkich emocji. Nie było w nim nawet cienia żalu. Tym razem spojrzał na mnie. – Miałem nadzieję, że w Polsce cię nie znajdą. Policja z Interpolu znowu pomogła nam zniknąć. Nie przypuszczałem, że mogą w jakikolwiek sposób połączyć cie ze mną…

Skrzywiłam się odrobinę.

– Sama wpakowałam się w kłopoty – przyznałam. – Nikt nie chciał mi uwierzyć, kiedy mówiłam, że istniejesz, dlatego przyjechałam do Portugalii. Chciałam cię znaleźć.

– To wiele wyjaśnia – stwierdził cierpko, tuląc mnie do siebie mocniej

Nagle coś sobie uświadomiłam.

– Dlaczego więc uciekaliśmy przed policją? – spojrzałam na niego pytająco.

Jego twarz ozdobił smutny uśmiech.

– Ponieważ to właśnie ktoś z nich musiał mnie wydać. Nie ma innej możliwości. To z winy policji zginął Marek.

Musiałam przetrawić to co mi powiedział. Wyplątałam się z jego ramion, żeby wstać.

– To co, robimy to śniadanie? – spytałam, żeby zmienić temat. – Jestem upiornie głodna. Ci ludzie nie karmili mnie najlepiej.

Rozpakowaliśmy zakupy. Były wśród nich nowe ubrania, rozmiarem mniej więcej pasujące na moją osobę. Nie chciałam nawet myśleć o tym, co teraz zrobimy. To wszystko było dla mnie przerażające, a do tego ciągle surrealistyczne i nierealne. Daniel zaklął brzydko.

– Zaraz wrócę – rzucił. – Zostawiłem w sklepie na dole jeszcze jedną siatkę.

Westchnęłam.

– Dobrze, wezmę w tym czasie prysznic – stwierdziłam niechętnie.

Rozebrałam się i poszłam do łazienki. Ciepła woda koiła nerwy i pomagała zebrać myśli. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam, że ktoś wchodzi do łazienki. Rozsunął drzwi kabiny prysznicowej, a ja zamarłam. To nie był Daniel! Rozpoznałam jednego z mężczyzn, którzy pilnowali mnie przez tyle dni. Oblałam go wodą i prześliznęłam się obok. Złapał mnie w drzwiach łazienki. Uderzył.

– Ty mała dziwko, tym razem mi się nie wymkniesz – warknął po angielsku.

Serce z przerażenia biło mi jak oszalałe. Poczułam, jak zapina na moich nadgarstkach kajdanki. Moje próby wyrwania się, kopnięcia, ugryzienia, czegokolwiek, spotykały się z biciem.

– Pożałujesz nawet tego, że pomoczyłaś mi koszulę – syczał.

Na podłodze w pokoju zobaczyłam linę. Podniósł ją i przeciągnął pod kajdankami, a potem przyczepił do belki pod sufitem. Moje nagie ciało wygięło się w łuk. Z trudem stałam na palcach, chciwie chwytając powietrze. Kiedy już rozprawił się z liną ponownie uderzył mnie w brzuch. W oczach stanęły mi łzy. Zachłysnęłam się. Chwycił mnie za włosy, a moją głowę odciągnął w tył.

– Będziesz tego bardzo długo żałowała, szmato – zamruczał, wyraźnie rozkoszując się tymi słowami.

Wyciągnął długi nóż. Nigdy jeszcze dotąd nie czułam tak obezwładniającego strachu. Drzwi się otworzyły, a moim oczom ukazała się szczupła sylwetka Daniela. Zamarł w progu. Wypuścił z dłoni ostatnią reklamówkę. Usłyszałam brzdęk tłuczonego szkła. Mężczyzna coś powiedział, przejeżdżając po mojej wilgotnej skórze nożem i zostawiając cienką linię, z której zaczęła skapywać krew. Daniel wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Porywacz wydał kolejne polecenie, a chłopak posłusznie ukląkł na podłodze, splatając za głową ręce.

– Kto by pomyślał, zależy mu – szepnął stojący za mną mężczyzna, w lekko łamanym języku polskim. – Myślisz, że jesteś taki sprytny – roześmiał się, ciągle mówiąc po Polsku, najwyraźniej życząc sobie, żebym ja również zrozumiała. – Naprawdę uważasz, że nie znaliśmy tej kryjówki?

– Wypuść ją, to nie jej potrzebujesz – zaryzykował Daniel.

– Och nie, ale stanowi przyjemną nagrodę za pracę – oznajmił z rozbawieniem porywacz.

Przesunął dłońmi po moim ciele, na chwilę zatrzymał je na piersiach, a potem zaczął schodzić niżej, błądząc nimi po pośladkach i udach. Z całej siły zacisnęłam nogi. Daniel zerwał się z kolan. Jego oczy płonęły żądzą mordu.

– Nie radzę – oznajmił spokojnie mężczyzna, przystawiając mi do szyi nóż.

Potem wypowiedział jeszcze kilka słów w języku Portugalskim, a chłopak z powrotem opadł na kolana. Z bólem i bezsilnością patrzył na spływające po moich policzkach łzy.

– Może się teraz z nią zabawię… – zasugerował ociekającym słodyczą głosem porywacz.

Teraz, kiedy stałam tak rozciągnięta na palcach, nie był ode mnie wiele wyższy. Jego usta znajdowały się tuż przy moim uchu. Mdlił mnie jego zapach. Daniel był napięty jak struna. Widziałam panikę w jego zielonych oczach.

– Powiem ci gdzie to jest – szepnął – nawet więcej, zabiorę cię tam, tylko ją wypuść – poprosił.

– Masz mnie za głupca? – roześmiał się tamten. – Doskonale wiem, że gdybym na twoich oczach zgwałcił twoją matkę i tak nic byś nie powiedział. Przyniesiesz to tutaj – rozkazał – a ja w tym czasie zaopiekuję się dziewczyną – swoje słowa potwierdził siłą rozsuwając mi nogi.

Krzyknęłam. Poczułam jak oprócz koszmarnego strachu, do mojego umysłu wdziera się również histeria. Szarpnęłam się, a mężczyzna na chwilę odsunął się ode mnie. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Z niedowierzaniem obserwowałam jak Daniel wyciąga broń, jak strzela do mężczyzny, bezbłędnie trafiając. Tamten osunął się na kolana. Chłopak podszedł i z bliska strzelił jeszcze raz. Z przerażeniem i niedowierzaniem obserwowałam jak bandyta na moich oczach umiera. Daniel uwolnił moje dłonie. Zdawało mi się, że chciał mnie przytulić, ale to co zobaczył w moich oczach, sprawiło, że się cofnął.

– Ubierz się, szybko! – rozkazał chłodno.

Posłuchałam, pospiesznie wciągając na siebie nowe ciuchy i już po chwili razem wybiegaliśmy z domu.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Leżałam skulona wzdłuż niewygodnych siedzeń w pociągu. Nie spałam, ale miałam zamknięte oczy, ponieważ nie chciałam patrzeć na Daniela. Właściwie w tym momencie marzyłam jedynie o tym by wrócić do domu. To nie było moje miejsce. Wzdrygnęłam się mimowolnie, gdy poczułam, że dotyka mojego ramienia. Przecież jeszcze tego dnia, na moich oczach, z zimną krwią zabił człowieka! Może i złego, bandytę, ale przecież to go nie usprawiedliwiało. Teraz dopiero boleśnie zdałam sobie sprawę, jak niewiele o nim wiem. Czy cokolwiek z tego co słyszałam było prawdą?

– Jagoda, obudź się – wyszeptał, pochylając się nade mną. Posłusznie usiadłam. – Chodź, są tutaj.

Poszłam za nim na korytarz. Po raz kolejny obudził się we mnie strach. Uciekaliśmy od kilkunastu godzin, a ja nie miałam pojęcia czy Daniel w ogóle ma jakiś plan. Poganiając ciągnął mnie za sobą przez wagony, aż doszliśmy na sam koniec pociągu. Zobaczyłam, jak zaczął mocować się z łańcuchem oplatającym drzwi.

– Co robisz? – spytałam skonsternowana.

– Wyskoczymy – oznajmił spokojnie.

Spojrzałam na niego niedowierzająco.

– Przecież on pędzi co najmniej sto pięćdziesiąt na godzinę!

– Nie mamy wyjścia – odpowiedział spokojnie Daniel. – Albo to, albo cię zabiją, a jeżeli dam im to, czego chcą, to mnie również. Nie martw się – dodał po chwili jeszcze ciszej – przed wiaduktem zwolni.

Daniel objął mnie ramieniem. Drzwi się otworzyły i do środka wpadło zimne powietrze. Widziałam jedynie zostające z tyłu tory. Moje serce biło jak oszalałe. Usłyszałam strzał. Chłopak zaklął.

– Za szybko – mruknął zirytowany.

Na korytarzu usłyszałam ciężkie kroki. Biegli. Musieli wiedzieć, że tu jesteśmy. Poczułam jak Daniel przyciąga mnie do siebie. Całuje. Patrzy mi w oczy, a potem, jak w najgorszym koszmarze, wypycha z pociągu.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Kiedy się obudziłam, wszędzie dookoła mnie była biel. Mdliło mnie. Czułam, że kręci mi się w głowie.

– Ocknęła się – usłyszałam nad sobą profesjonalny głos, musieli mówić po angielsku, bo większą część rozmowy rozumiałam.

Jacyś ludzie sprawdzali mój puls, tętno, otaczające mnie urządzenia pikały. Ubrana w śnieżny fartuch kobieta uśmiechnęła się do mnie uprzejmie.

– Nic ci nie będzie – odezwała się w języku Polskim. – Tylko trochę się potłukłaś. Są tutaj twoi rodzice.

Potłukłam? Więc dlaczego nic mnie nie boli? Przypomniała mi się ucieczka i to, jak Daniel wypchnął mnie z wagonu. Co z nim? Czy nic mu nie jest? Zobaczyłam pełną ulgi twarz mamy, zatroskaną twarz ojca. Pielęgniarka wyszła, zostawiając nas samych.

– Gdzie Daniel? – zapytałam, bo to musiałam wiedzieć najpierw.

Rodzice popatrzyli po sobie.

– Kochanie, zadzwoniła do nas policja, powiedzieli, że jesteś w szpitalu. Przylecieliśmy pierwszym samolotem. Od rana odpędzamy się od różnych detektywów i śledczych.

– Dlaczego nic mnie nie boli? – zadałam kolejne pytanie.

– Dostałaś dość dużo środków przeciwbólowych – wyjaśnił mój ojciec – jesteś mocno poobijana. Nie chcieli powiedzieć nam co ci się stało…

Przerwał w połowie zdania, ponieważ jego uwagę odwrócił stojący w drzwiach mężczyzna. Wyciągnął odznakę. Włosy miał przyprószone siwizną, mimo, że wyglądał jakby jeszcze nie przekroczył czterdziestki. Nie uśmiechał się, ale w wyrazie jego twarzy było coś takiego, że poczułam, iż mogę mu zaufać.

– Państwo Topolewscy? – spytał.

Rodzice niechętnie potwierdzili.

– Nazywam się Sebastian Frej. Chciałbym zamienić kilka słów z waszą córką, jeżeli nie macie nic przeciwko temu. Na osobności – dodał, patrząc na mnie.

Ociągając się opuścili mój pokój, a policjant przystawił sobie krzesło. Przynajmniej był Polakiem… Naprawdę nie chciałam z nim rozmawiać, ale może on powie mi co się stało z Danielem…

– O czym chce pan rozmawiać? – spytałam lekko zachrypniętym głosem.

– Co ci przyszło do głowy, żeby skoczyć z pędzącego pociągu? – spytał bez ogródek.

Skrzywiłam się.

– Nie skoczyłam. Zostałam wypchnięta. Co z Danielem? Nic mu nie jest? – zadałam pytanie, na które po prostu musiałam jak najszybciej poznać odpowiedź. Niepewność była gorsza od wszystkiego innego.

Tym razem do detektyw się skrzywił.

– Posłuchaj, jeżeli cokolwiek wiesz na jego temat, to powinnaś mi powiedzieć. To niebezpieczna – zawahał się chwilę, najwyraźniej szukając odpowiedniego określenia – osoba.

– Nic o nim nie wiem – przyznałam szczerze – chciałabym mieć pewność, że żyje. Nie mam pojęcia co się dzieje dookoła mnie – poskarżyłam się detektywowi – a najwyraźniej w jakiś sposób jestem w to wplątana.

– Jeżeli go spotkasz, natychmiast zadzwoń pod ten numer – położył na szafce wizytówkę – sprawa jest tajna, ale zdradzę ci tyle, ile mogę, zgoda? – skinęłam głową, bo to i tak było więcej niż do tej pory ktokolwiek mi oferował. W moich myślach panował jeden, wielki mętlik.

– Twój przyjaciel był członkiem gangu – wyjaśnił cicho – ma na swoim koncie tyle, że zebrałoby mu się na dożywocie. Zajmowali się głównie przemytem diamentów z Kolonii Portugalskiej. W zamian za zeznania, rząd ofiarował mu amnestię. Cała sprawa utknęła w martwym punkcie, ponieważ we wszystko zamieszani byli czołowi politycy. Daniel nie wyłożył od razu wszystkich kart. Z tego co wiem, ukrywa dowody, które ich pogrążą. Krążą plotki, że ukrył również sporo gotówki. Wiele osób chce go dopaść i mimo tego, że otrzymał nową tożsamość, najwyraźniej i tak udało im się go znaleźć.

Słuchałam z zapartym tchem, rewelacji, które przedstawił mi detektyw. Czułam się, jakbym grała w filmie sensacyjnym. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać.

– Jeżeli go zobaczysz, koniecznie do mnie zadzwoń – kontynuował niewzruszenie policjant. – Musisz być ostrożna. Jest naprawdę niebezpieczny i nie zawaha się nawet przed tym, żeby zabić. Podejrzewamy, że to on wysadził w powietrze jacht, żeby zatuszować swoje zniknięcie.

Zamrugałam niedowierzająco.

– Sądzi pan, że zabił własnego brata?

Mężczyzna posmutniał, ale jego twarz miała zacięty wyraz.

– Uwierz mi, naprawdę jest do tego zdolny.

Nagle zaczęłam martwić się o kogoś więcej niż tylko o Daniela.

– Co z moimi rodzicami? Nic im nie grozi?

– Przez jakiś czas zamieszkacie na wsi – wyjaśnił rzeczowo. – Dopóki sprawa nie przycichnie. Tak będzie najlepiej. – Wstał z krzesła. – Jeżeli będziesz miała jakieś pytania lub coś ci się przypomni, również zadzwoń. Jestem dostępny o każdej porze dnia i nocy.

Pożegnał się i wyszedł, a ja zostałam sama z burzą czarnych myśli, co do których nie miałam pojęcia, jak je pozbierać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Moje życie nagle stało się leniwe i spokojne, a mnie wcale z tym nie było dobrze. Tęskniłam za Danielem i to w taki sposób, że niemal fizycznie czułam, że popadam w depresję. Nie cieszyły mnie zachody słońca, ani otaczający drewniany domek las. Prawie nic nie jadłam i przesypiałam ponad połowę doby. Rodzice widzieli, że coś jest ze mną nie tak, ale podejrzewali setki innych przyczyn niż nieszczęśliwe zadurzenie. Byłam im wdzięczna za to, że zostawili mnie w spokoju. Taki stan trwał już prawie dwa tygodnie i nie wyglądało na to, żeby cokolwiek miało się zmienić. Przynajmniej moje siniaki już niemal całkowicie się wyleczyły. Szłam zamyślona leśną ścieżką, pragnąc jedynie tego, żeby być zupełnie gdzie indziej, gdy nagle poczułam czyjąś obecność. Ktoś znalazł się za mną. Chwycił mnie, zasłaniając mi dłonią usta. Próbowałam się wyrwać z silnych, otaczających mnie ramion, jednak na próżno.

– Nie walcz ze mną, bo zrobię ci krzywdę – zagroził trzymający mnie w stalowym uścisku chłopak.

Odwróciłam lekko głowę, by napotkać niebieskie oczy postawnego blondyna. Nie mógł być wiele starszy ode mnie, nie wyglądał jak jeden z tamtych mężczyzn, ale mimo to zrodziła się we mnie panika.

– Jeżeli krzykniesz lub zrobisz cokolwiek innego, pożałujesz tego – ostrzegł, a potem odsłonił mi usta, brutalnie ściskając jedynie ramię. – Teraz grzecznie pójdziesz ze mną – oznajmił.

– Czego ode mnie chcesz?! – spytałam.

– Dowiesz się na miejscu – warknął, wyraźnie niezadowolony.

Chcąc nie chcąc, od czasu do czasu ciągnięta na siłę, niechętnie poszłam za nim przez z każdą chwilą gęstniejący las. Z ulgą zdałam sobie sprawę, że ciągle oddalamy się od domu, co miałam nadzieję znaczyło, że przynajmniej moi rodzice są bezpieczni.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Przez las szliśmy prawie trzy godziny, aż w końcu, stromymi schodami, wspięliśmy się do położonego nad jeziorem domu. Dopiero tu chłopak mnie puścił. W otwartych drzwiach, oparta o futrynę, stała śliczna dziewczyna z burzą rudych loków, okalającą jej urodziwą twarz.

– To ona? – spytała patrząc na mnie powątpiewająco.

Blondyn z ponurą miną skinął głową.

– Nie rozumiem czemu tyle o nią zachodu – warknął.

– I nie musisz – usłyszałam znajomy głos.

Moje serce zamarło. Chwilę później w wejściu do domu ukazała się szczupła sylwetka Daniela. Spojrzałam w jego zielone oczy. Serce puściło się dzikim galopem, oddech przyspieszył. Nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. To nie działo się naprawdę! Chłopak już był przy mnie. Patrzył błagalnie, jakby prosił o przyzwolenie, tylko nie wiedziałam na co. Wyciągnęłam rękę by niedowierzająco dotknąć jego pokrytego kilkudniowym zarostem policzka. To mu najwyraźniej wystarczyło. Przyciągnął mnie do siebie, zamknął w swoich ramionach, czułam z jaką ulgą oddycha, jego serce trzepotało się w piersi tak samo szybko jak moje. Zniesmaczony blondyn zniknął we wnętrzu domu, ale stojąca w drzwiach dziewczyna w dalszym ciągu się na nas gapiła.

– Kat, potrzebujesz czegoś? – odwrócił się w końcu do niej, nie wypuszczając mnie jednak z objęć.

– Tak, żebyś się opamiętał – odpowiedziała mu drwiącym tonem. – Przez twoje szaleństwo nas pozabijają.

– Odczep się – odpowiedział jej warknięciem.

– Pewnie, przecież wszyscy jesteśmy tu dla ciebie, gotowi oddać życie za twoje durne pomysły – syknęła, a potem zniknęła we wnętrzu domu.

– Czy ty mi wreszcie powiesz o co w tym wszystkim chodzi? – spytałam właściwie specjalnie na to nie licząc.

– Wejdźmy do środka – poprosił zamiast mi odpowiedzieć.

Posłusznie poszłam za nim, trzymając go za rękę. Oprócz blondyna i rudej dziewczyny, nazwanej przez Daniela Kat, w pokoju przypominającym myśliwski salon, z głową jelenia wiszącą nad kominkiem, dywanem w kształcie niedźwiedzia i obciągniętą brązową skórą kanapą siedział jeszcze jeden chłopak. Był niski i bardzo szczupły. Podczas gdy inni wyglądali na rówieśników Daniela, on mógł mieć najwyżej szesnaście lat. Na nasz widok natychmiast ucichli. Chłopak nie zwrócił na to uwagi, ciągnąc mnie za sobą na górę, po drewnianych schodach. Znaleźliśmy się sami w pokoju. Mimowolnie przylgnęłam do niego. Zaczął mnie całować, najpierw powoli, łagodnie, jakby upewniając się, że w dalszym ciągu tego chcę, a potem zachłannie, namiętnie i z pasją.

– Jak ja za tobą tęskniłem – szepnął, gdy na chwilę oderwał się od moich ust. – Jesteś dla mnie jak powietrze, potrzebuję cię by żyć.

Nie zdążyłam mu odpowiedzieć w żaden sposób, ponieważ moje usta znów zamknęły jego pocałunki. Znowu nie byłam w stanie myśleć. Istniały dla mnie tylko jego usta i oczy. Daniel był centrum mojego wszechświata. W jego ramionach odnajdywałam szczęście. Mimowolnie sięgnęłam do guzików jego koszuli. Jego dłonie znalazły się pod moją bluzką. Z ekscytacją przesuwał nimi po moich plecach i brzuchu, kiedy ją ze mnie zdejmował. Zsunęłam mu z ramion rozpiętą koszulę. Ręce położyłam na twardym torsie. Wtedy to zobaczyłam. Od jego ramion, aż po nadgarstki, ciągnęły się krótkie, białe, podłużne blizny. Widok mnie otrzeźwił.

– Co to? – zapytałam wskazując palcem, jednak nie odsuwając się od niego.

Skrzywił się. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wiem i nie chciał mnie upewniać.

– Nic takiego – spróbował wymijającej odpowiedzi – nie przejmuj się tym.

– Daniel! – zażądałam.

Usiadł na drewnianym łóżku, jedynym meblu w tym pokoju, sadzając mnie sobie na kolanach.

– Przepraszam – powiedział błagalnie patrząc mi w oczy. – Nie jestem sobie w stanie poradzić sam ze sobą, kiedy nie ma cię przy mnie – wyjaśnił cichym głosem.

– Dlatego sam siebie krzywdzisz?! – niemal krzyczałam. – Nie starczy ci, że robią to inni?!

– Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię zobaczę – przyznał szczerze.

– Co?! – to było dla mnie jak cios. – Więc czemu tu jestem?

Skrzywił się.

– Ktoś cię odnalazł. Nie tylko ja. Musiałem cię stamtąd zabrać – wyjaśnił łagodnie.

– Odnalazł? A moi rodzice? – zapytałam czując panikę.

Chłopak westchnął, chciał mnie przytulić, ale ja go odepchnęłam. Zerwałam się z jego kolan.

– Nic im nie grozi – oznajmił pewnym głosem. – Nie zainteresują się nimi, nie będą chcieli wchodzić w konflikt z policją, jeśli ciebie tam nie będzie. Nie warto.

– Jesteś tego pewien? – spytałam.

– Przyrzekam, że tak jest – potwierdził. – Proszę, zaufaj mi, chociaż trochę.

 Roześmiałam się. To było zbyt wiele.

– Niby jak, skoro albo nie mówisz mi niczego, albo kłamiesz?

– Jagoda, proszę… – jego zielone oczy patrzyły na mnie z tak bezgranicznym smutkiem, że prawie mu uległam. – Kocham cię.

Podniosłam z podłogi swoją bluzkę, pospiesznie ją na siebie nakładając.

– Chcę wyjaśnień – odparłam – czy możesz mi je dać?

Przecząco pokręcił głową.

– Więc jeżeli chcesz mnie tu zatrzymać, będziesz to musiał zrobić siłą – powiedziałam, bez zbędnego zastanawiania się wychodząc z pokoju.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Zbiegłam po schodach jak szalona. W tym momencie nienawidziłam go całą sobą, a jednak wiedziałam, jak bardzo źle postępuję uciekając.

– Hej, blondie, dokąd to? – Kat stanęła w drzwiach blokując mi drogę.

– Nie twoja sprawa – odwarknęłam jej, ale ona już patrzyła pytająco na schodzącego z góry Daniela.

– Puść ją – powiedział chłopak, nie patrząc na mnie.

– Ale… – zaprotestowała dziewczyna.

– Powiedziałem, puść – odezwał się bardziej stanowczym głosem. – Nie ucieknie i tak nie ma dokąd pójść.

Kat wzruszyła ramionami i odsunęła się z drogi. Jeszcze bardziej wściekła wyszłam na dwór. Miał rację. Nie miałam dokąd iść. To była sytuacja bez wyjścia. Cholerne Bory Tucholskie! Ciągnęły się w nieskończoność, a tak naprawdę nic tu nie było. Minęłam pierwsze drzewa i zaczęłam iść dalej. Mimowolnie stwierdziłam, że to miejsce jest naprawdę piękne. Nic dziwnego, że agroturystyka tak kwitła. Zatrzymałam się nad wąskim, płynącym przez las kanałem o wartkim nurcie. Czekałam aż przyjdzie Daniel. Byłam pewna, że za chwilę się pojawi. I rzeczywiście, przyszedł. Stanął w odległości kilku metrów ode mnie. Milczał. Cała moja złość opadła. Teraz było mi przykro. Chciałam to wszystko zrozumieć. Czułam potrzebę, by znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?”.

– Jagoda… – wymówił moje imię w taki sposób, że poczułam w brzuchu stadko wściekłych motyli – przepraszam – odezwał się cicho. – Za wszystko. Nigdy nie powinienem pojawiać się w twoim życiu. To od początku było niewłaściwie.

– Było i jest – przyznałam szczerze, podchodząc do niego.

Przytulił mnie do siebie, a ja stałam, z głową opartą na jego torsie.

– Nie chcę ci nic mówić, ponieważ to niebezpieczne – wyszeptał. – Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Proszę… – wyszeptał. – Kiedyś to wszystko się skończy. Musi się skończyć.

Przypomniałam sobie, jak mówił, że gdyby nie groziło mi niebezpieczeństwo, nigdy by po mnie nie wrócił. Chciał to skończyć, raz na zawsze. Poczułam ból i rozpacz.

– Jeżeli naprawdę ci na mnie zależy, to opowiedz mi, o wszystkim – powiedziałam stłumionym głosem, ponieważ twarz w dalszym ciągu wtulałam w jego t-shirta. – I nigdy, przenigdy, już mnie nie zostawiaj.

– Opowiem – obiecał, tuląc mnie do siebie, tak, jakby już nigdy nie chciał wypuścić mnie z ramion. – Tylko jeszcze nie teraz. Daj mi trochę czasu.

Westchnęłam. Kolejne tajemnice… i numer detektywa Freja w mojej pamięci. On, jak do tej pory wyjaśnił mi najwięcej. Ile potrzebował Daniel? Dzień? Tydzień? Miesiąc? Przypomniałam sobie pistolet w jego dłoni, to jak strzelał, pędzący pociąg, z którego mnie wypchnął. Kochałam go w dalszym ciągu, tego byłam pewna. Nie miałam tylko pojęcia, czy w ogóle potrafię mu jeszcze zaufać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Niezbliżanie się do Daniela kosztowało mnie naprawdę wiele wysiłku. Chciałam, żeby wziął mnie w ramiona, chciałam na ustach czuć jego pocałunki, a jednak uparcie go ignorowałam. Kat przestała być wściekła i traktowała mnie z chłodną niechęcią. Podczas kilku następnych dni poznałam Jaime’go, który jak słusznie oceniłam miał szesnaście lat i jego brata, blondyna, który mnie w to miejsce przyprowadził,  Tomasa. Cała trójka doskonale mówiła po polsku i prócz Kat, która wydawało mi się, robi to złośliwie, starali się w mojej obecności używać tego właśnie języka, choć Jaime, kiedy się zapomniał, również przerzucał się na portugalski, a potem przepraszał zawstydzony, tłumacząc mi to co powiedział. Ja sama zaczynałam już wyłapywać kilka portugalskich słów i byłam z tego powodu bardzo zadowolona. Mimo wszystko, planowałam poznać język kraju, w którym mieszkał Daniel, nawet jeżeli on mnie już nie chciał. Dowiedziałam się, że byli przyjaciółmi, że znali się od bardzo dawna i właściwie niewiele więcej. Żadne z nich nie było zadowolone, z powodu, że chłopak mnie tu sprowadził, poza Kat jednak również nikt nie zamierzał otwarcie protestować. Najwyraźniej słuchali go, nawet gdy uważali, że postępuje głupio. Potem Daniel zniknął. Nie było go przez całą dobę, a ja zdałam sobie sprawę, że to najgorsze dwadzieścia cztery godziny moim życiu. Kiedy wreszcie wrócił, poczułam taką ulgę, że niemal gotowa byłam mu wszystko wybaczyć, ale on nie patrząc na mnie zarządził pakowanie. Wkrótce potem jechaliśmy szosą terenowym Mitsubishi, Kat z przodu, przy prowadzącym samochód Danielu, a ja z tyłu, ściśnięta pomiędzy szczupłym Jaime’m, a potężnie zbudowanym Tomasem. Nikt nie zadał pytania dokąd jedziemy, więc i ja nie pytałam. Jechaliśmy kilka godzin, musiałam przysnąć, bo obudziłam się z głową na ramieniu Jaime’go, kiedy samochód się stanął. Chłopak spojrzał na mnie lekko zaczerwieniony.

– Przepraszam – mruknęłam.

Spłonił się jeszcze bardziej.

– Nic nie szkodzi – bąknął, powoli ruszając ręką.

– Przez trzy godziny bał się poruszyć – roześmiał się Tomas, zawstydzając brata jeszcze bardziej – żebyś się przypadkiem nie obudziła – szczerzył zęby w uśmiechu.

Uśmiechnęłam się promiennie, odgarniając z czoła ciągle rudą, opadającą na oczy grzywkę. Daniel wysiadł z samochodu, gwałtownie trzaskając drzwiami i dopiero to zwróciło naszą uwagę, wdzierając się brutalnie w ogólną wesołość.

– Nie przejmuj się, przejdzie mu – mruknął Tomas, wysiadając z samochodu i zostawiając dla mnie otwarte drzwi.

Zatrzymaliśmy się pod hotelem, a ja zdumiona poznałam gdzie jesteśmy. Duży budynek, z rozległym teren wokół – hotel Gołębiewski w Mikołajkach. Co my tu do cholery robiliśmy?! Okazało się, że mamy zarezerwowane pokoje, przejściowy, pięcioosobowy apartament, z dwoma pokojami sypialnymi i mniejszym salonikiem. Kiedy tylko się ulokowaliśmy, Daniel znowu zniknął, nie zabronił nam jednak poruszać się po hotelu, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. W ciągu pierwszych pięciu minut Jaimie rzucił pomysł by iść na basen. Nie było żadnych sprzeciwów. Aquapark okazał się wielką wodną halą z wszelkimi możliwymi atrakcjami. Nawet Kat wydawała się odzyskać dobry humor i zaniechała drobnych złośliwości, po prostu moją obecność ignorując. Natomiast z Tomasem i Jaimie’m bawiliśmy się w najlepsze, jakbyśmy przyjaźnili się od dawna. Zmęczona, jako pierwsza wracałam do pokoju. Był już wieczór. Postanowiłam, że kupię sobie coś jeszcze do jedzenie, w hotelu zamawiało się wszystko na numer pokoju – za nic nie trzeba było płacić z góry. Przy galerii ekskluzywnych sklepów, stanęłam zaskoczona. Zobaczyłam go w barze z longdrinkami. Siedział z ładną kobietą. Była starsza od niego, musiała mieć koło trzydziestki. Dłoń położył na jej udzie. Śmiali się. Zemdliło mnie. Miałam ochotę uciec, ale zmusiłam się, żeby na to patrzeć. Nachylił się ku niej, bardzo blisko. Coś wyszeptał, skinęła głową, a potem obydwoje wstali. Kobieta przylgnęła do jego ramienia i razem wyszli z baru, kierując się ku windom. Stałam jak wmurowana, nie byłam zdolna zrobić ani kroku. Minęli mnie. Nasze spojrzenia się spotkały, a on mnie kompletnie zignorował. Nawet nie spuścił wzroku, po prostu poszedł dalej, jakbym była kimś obcym. Po chwili zniknęli w windzie. Rozpacz, która mnie ogarnęła była nie do zniesienia. Dupek! Podły drań! Jak on mógł?! Nie myśląc o tym co robię, wybiegłam z hotelu, potrącając po drodze spacerujących po głównym holu ludzi. Chciałam znaleźć się gdziekolwiek indziej, byleby jak najdalej stąd.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Tuż nad brzegiem jeziora dopadł mnie Tomas. Niejasno zdałam sobie sprawę, że wybrałam idiotyczny kierunek, bo przecież teren był ogrodzony. W mieście mogłam przynajmniej zniknąć, albo może nawet złapać stopa, a tak…

– Co się stało? – spytał rzeczowo, mocno chwytając moje ramię.

Przylgnęłam do niego, nie wiedząc czy jestem w stanie mówić i czy to, co mogłabym powiedzieć w ogóle miałoby sens. Przecież to ja sama zostawiłam Daniela… nie był moją własnością, niczego mi nie obiecywał, miał pełne prawdo do… do tego co robił z tą kobietą. Ból w środku był nie do zniesienia. Tomas niezdarnie objął mnie ramieniem. Był ode mnie sporo wyższy, ale nie tak wysoki jak Daniel. Oplotłam ramionami jego szyję i zmusiłam, żeby się ku mnie nachylił, żebym mogła go pocałować. Jedyne lekarstwo na ten potworny, rozdzierający ból, jakie przyszło mi do głowy.

– Jagoda, to nie jest dobry pomysł – odezwał się lekko zachrypniętym głosem, odsuwając mnie od siebie łagodnie.

– Proszę – szepnęłam – potrzebuję tego. Chcę bliskości. – Spojrzałam mu w oczy z nutą desperacji. – On się nie dowie. Nikt się nie dowie.

Westchnął ciężko, ale pozwolił przyciągnąć się z powrotem. Tym razem odwzajemnił mój pocałunek. Całował coraz żarliwiej, przyciskając mnie do ściany budynku, w którym trzymano łodzie. Kierowały mną desperacja i potrzeba, pragnienie uwolnienia się od obrazu Daniela i nieznajomej. Poczułam jak ręce Tomasa wędrują pod moją kupioną w tutejszym sklepie, dresową, szarą bluzę. Położył dłonie na ciągle wilgotnej po basenie skórze. Przymknęłam oczy, starając się nie myśleć. Czułam ciepło jego ciała, żarliwe pocałunki, tak inne od tych, które na moich ustach składał Daniel. Kiedy przysunął się jeszcze bliżej, poczułam jego sztywny członek. To zaczynało wymykać się spod kontroli! Nie tego chciałam, a jednak, to ja go sprowokowałam. Chciałam coś powiedzieć, uwolnić się, ale trzymał mnie mocno. W ustach czułam jego natarczywy język. Jęknęłam, a on wziął to za przyzwolenie, nie protest. Poczułam panikę, a potem ktoś Tomasa odciągnął w tył. Zobaczyłam Daniela. Uderzył przyjaciela pięścią, łamiąc mu nos. Polała się krew. Chłopak zatoczył się w tył. Daniel stał, bardzo szybko oddychając. Nie patrzył na mnie, nie spojrzał ani razu.

– Wynoś się stąd i nie pokazuj mi się więcej na oczy – syknął do Tomasa.

Zamrugałam. To była moja wina. Wróciłam do rzeczywistości.

– Zostaw go! – krzyknęłam na Daniela. – Co on ci zrobił?

Zdjęłam przez głowę swoją bluzę i podałam Tomasowi, żeby zatamował nią krwawienie. Tym razem spojrzał na mnie. Zielone oczy płonęły.

– Myślałem, że on… – szepnął.

– To źle myślałeś – odpowiedziałam chłodno, czując, jak w oczach stają mi łzy.

Twarz Daniela stała się pozbawioną wszelkiego wyrazu maską. Zignorował mnie, zwracając się bezpośrednio do Tomasa.

– Jeżeli jeszcze raz jej dotkniesz, nie obchodzi mnie czy będzie tego chciała czy nie – warknął – przestaniesz być jednym z nas.

Potem odwrócił się i odszedł. Spojrzałam przepraszająco na Tomasa. Wzruszył ramionami, ale wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. No cóż, przynajmniej wiedziałam, że Daniel nie pieprzy się w tym momencie z nieznajomą. Chociaż po tym, co właśnie zobaczył pewnie wszystko przede mną… Usta same zacisnęły mi się w wąską linię, a ręce w pięści. Niesforna grzywka zasłaniała mi oczy, a ja nawet nie miałam siły, żeby ją odgarnąć. Usłyszałam westchnięcie Tomasa.

– Lepiej wracajmy – poprosił.

Skinęłam głową, a każdemu mojemu oddechowi towarzyszył tępy ból. Teraz byłam pewna, że czego Daniel by nie zrobił i tak będę go kochała, a to mnie przerażało. Nie chciałam myśleć, nie chciałam czuć. U boku ponuro milczącego Tomasa wróciliśmy do hotelu, a ja czułam jak moje i tak już paskudne życie, staje się jeszcze większym koszmarem.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

W porcie, w Mikołajkach, wsiedliśmy na jacht, a mnie zdecydowanie nie spodobał się ten pomysł. Miałam wystarczające powody, by zacząć bać się łodzi. Cieszyłam się, że Tomas mnie nie unika, nie dotykał mnie wprawdzie, nawet przelotnie, tak jak miał to w zwyczaju wcześniej, ale kręcił się w pobliżu, rzucając Danielowi wyzywające spojrzenia. Jaime natomiast nie miał przed tym oporów i najwyraźniej wyczuł mój strach, ponieważ pokrzepiająco położył mi rękę na ramieniu. Uśmiechnęłam się do niego nieco blado i pozwoliłam wepchnąć się do środka. Gdy wypływaliśmy z portu, czułam jak wszystkie moje mięśnie napinają się do granic możliwości, byłam więc wdzięczna za każde, nawet najdrobniejsze wsparcie. Jacht nie był duży, najwyżej sześcioosobowy, a jednak w kuchennym pomieszczeniu dalibyśmy radę zmieścić się wszyscy. Kiedy tam weszłam, zamarłam jednak jeszcze w drzwiach. Całą przestrzeń kuchni zajmowały ławki i stół. Od strony butli z gazem, na podłodze, siedziała kobieta. Natychmiast ją rozpoznałam, to z nią był wtedy w barze Daniel. Była związana w niezbyt wygodnej pozycji, jej opięta sukienka była brudna w kilku miejscach, a makijaż rozmazany od łez, w ustach miała gruby knebel. Nie wydawała mi się już taka piękna, jak wtedy w hotelu, teraz była wręcz żałosna, a ja nienawidziłam go jeszcze bardziej.

 – Co ona tu robi? – zapytałam Daniela, który wszedł tuż za mną, starając się by mój głos nie drżał zbyt mocno.

Chłopak wzruszył ramionami, przepchnął się obok mnie i usiadł na ławce. Jego oczy były zimne niczym morska toń.

– Anna jest córką jednego z parlamentarzystów, zamieszanych w naszą sprawę, odpowiedzialnych za śmierć mojego bata – wyjaśnił. – Przypadkiem dowiedzieliśmy się, że przebywa na wakacjach w Polsce. Szczęśliwy zbieg okoliczności.

Zamrugałam niedowierzająco.

– Porwałeś ją?! – spytałam głupio.

Uśmiechnął się drwiąco.

– Nie było to trudne. Wystarczyło kilka dni, żeby z własnej woli ze mną poszła.

Poczułam jak w środku gotuję się z wściekłości. Rzuciłam się na niego z pięściami. Nie potrafiłam już dłużej powstrzymać własnych łez.

– Ty dupku, wykorzystałeś ją, a potem porwałeś! Czy ona w ogóle jest czemukolwiek winna?!

Stanowczo przytrzymał moje ręce, nie pozwalając się dłużej bić. Tym razem to na jego twarzy pojawił się grymas złości.

– O nie, moja królewno. Nie jestem Tobą! Nigdy bym cię nie zdradził – oznajmił stanowczo. – Jestem wierny, jak cholerny pies, a przy niej byłem dżentelmenem w każdym calu.

Poczułam się, jakby mnie uderzył. Oszołomienie odebrało mi głos i mogłam jedynie na niego patrzeć.

– I nie, nie jest niczemu winna – dodał, puszczając moje dłonie. Chłód w jego głosie mroził moje wnętrze. – Jest taką samą ofiarą tego wszystkiego, jak ty.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Leżałam zwinięta w kłębek w kabinie na dziobie. Łzy spływały mi po policzkach i kompletnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Uczucia kotłowały się we mnie jak podczas burzy. Z jednej strony wszystko we mnie śpiewało na myśl o tym, że Daniel mnie nie zdradził, z drugiej miałam wyrzuty sumienia z powodu tego, że chciałam się na nim odegrać i całowałam się z Tomasem, a najgorsza z tego wszystkiego była ta kobieta. Jeżeli chłopak działał w ten sposób, znaczyło to, że detektyw Frej miał rację i Daniel zdecydowanie nie jest dobrą osobą – nie lepszą od moich porywaczy. Dalej jednak nie wierzyłam, że to on mógł zabić Marka. Nie potrafiłam wyobrazić sobie jak się zachować ani co powinnam zrobić. W końcu zdecydowałam się wyjść z kabiny. Chciałam go dotknąć. Tak bardzo pragnęłam, żeby mnie przytulił! Nie wierzyłam w to, że jest zły, że mógłby mnie skrzywdzić, nie Daniel. Widziałam, jak siedząca na pokładzie Kat obdarza mnie przeciągłym, ostrzegawczym spojrzeniem, kiedy kierowałam się ku zejściu pod pokład. Zignorowałam to. Niedługo mieliśmy stanąć w porcie, a ja musiałam z nim porozmawiać, zanim znowu zniknie. Jeszcze zanim otworzyłam drzwi, usłyszałam hałas i portugalskie przekleństwa. Rozhisteryzowana kobieta leżała na podłodze w rozdartej sukience, a przy niej stał Tomas. Daniel patrzył na niego wściekłym wzrokiem z rogu pokoju. Krzyczeli na siebie nawzajem, a ja nie rozumiałam żadnego słowa. Kiedy Tomas ją podniósł, ona również zaczęła wrzeszczeć i szarpać się mimo więzów.

– Zamknij się! – warknął Daniel podchodząc i mocno uderzył ją w twarz.

Natychmiast zamilkła, teraz tylko cicho pochlipując. Po cichu się wycofałam. Drżąca usiadłam na pokładzie koło Kat.

– Ostrzegałam – mruknęła dziewczyna, nieco bardziej przyjaznym tonem niż zwykle.

Wyraźnie było jej przykro. Milczałam, bo nie miałam pojęcia, co mogłabym odpowiedzieć. Kiedy przybiliśmy do portu, podjęłam decyzję. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie pilnuje, zresztą nikt nie podejrzewał, że mogłabym chcieć uciec, bo niby dokąd? Weszłam do klubu jachtowego, podeszłam do mocno wymalowanej barmanki i poprosiłam, żeby pożyczyła mi komórkę. Ku mojemu zdumieniu zgodziła się prawie natychmiast, jednak cały czas czujnie mnie obserwując. Wybrałam zapamiętany numer. Detektyw odebrał już po pierwszym sygnale. Przedstawiłam się i powiedziałam gdzie jestem. Zaczął zadawać pytania, opowiedziałam mu o porwanej kobiecie i o tym, że jest tutaj Daniel. Powiedziałam mu też, że chłopak zabrał mnie dlatego, że ktoś dowiedział się, gdzie się ukrywam. Uspakajał mnie miarowym głosem, jednocześnie zapewniając, że niedługo pojawi się policja, a potem już wszystko będzie dobrze. Nie wierzyłam mu ani przez chwilę, ale chciałam, żeby pomogli tej kobiecie. Wtedy zobaczyłam patrzącego na mnie szeroko otwartymi oczami Jaimie’go. Stał zaledwie kilka metrów dalej.

– Muszę kończyć – powiedziałam detektywowi, rozłączając się mimo jego protestów.

Przełknęłam ślinę. Mimo, że miał szesnaście lat i szczupłą sylwetkę to jednak był znacznie wyższy ode mnie, a podejrzewałam, że również sporo silniejszy. Jeżeli będzie chciał mi coś zrobić… on jednak tylko spojrzał na mnie ponuro, pokręcił głową i wyszedł z lokalu. W jednej chwili podjęłam decyzję by pobiec za nim.

– Jaimie! – chwyciłam go za ramię.

Odtrącił moją dłoń.

– Ty nic nie rozumiesz – powiedział cichym, ale ostrym tonem. – To nie jakaś głupia zabawa. Oni nas po prostu zabiją!

– Jaimie, dzwoniłam na policję, chciałam tylko, żeby Daniel… żeby nic nie stało się Annie – wyszeptałam.

Roześmiał się gorzko. Wziął mnie za rękę i pociągnął ze sobą na łódź.

– Musimy się stąd jak najszybciej wynosić – wyjaśnił. – Kiedy tu dotrą, zabiją nas wszystkich. – Spojrzał na mnie poważnie. – Ciebie też, Jagoda. Chodź – ponaglił widząc moje wahanie. – Nawet po tym co zrobiłaś, nie sądzę, żeby on pozwolił cię skrzywdzić. Za bardzo mu na tobie zależy.

Zanim skończył mówić, usłyszeliśmy wycie policyjnych syren. Z daleka rozległy się strzały. Kiedy tylko znaleźliśmy się na pokładzie, Jaime odciął cumy, nie fatygując się ich rozwiązywaniem.

– Jak oni nas do cholery znaleźli?! – warknął Daniel, pojawiając się na pokładzie.

Spuściłam wzrok.

– Jagoda postanowiła ich zaprosić – zadrwił Jaime. – Dzwoniła do jakiegoś detektywa.

Byli coraz bliżej. Strzelali do nas. Daniel zmusił mnie, żebym położyła się na pokładzie.

– Frej? Rozmawiałaś z Sebastianem Frejem? – zapytał rozwścieczony.

Niechętnie skinęłam głową. Chłopak rzucił kolejną wiązanką przekleństw. Cicho zawołał Kat, a po chwili ona i Tomas pojawili się na pokładzie. Poczułam na sobie jego pełne zawodu spojrzenie.

– Teraz nas nie widać – ponaglił Daniel, kiedy wpłynęliśmy za bramę basenu portowego. – Zsuwacie się do wody i chowacie pod plandeką pierwszej z brzegu łodzi. Czy to jasne?

Wszyscy skinęli głowami i tylko ja wpatrywałam się w niego niedowierzająco.

– Pilnujcie jej – dodał patrząc prosto na Jaime’go.

Chłopiec znów przytaknął, a potem wziął mnie za rękę i pociągnął, bym zaraz za nim, po cichu wsunęła się do wody. Jacht z Danielem i Anną na pokładzie odpłynął, a mnie prześladowało jego pełne bólu i zawodu spojrzenie.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Leżeliśmy ściśnięci na dnie jednej z niewielkich, cumujących w porcie łodzi. Był późny wieczór i mimo letniej pory zaczynało robić się chłodno, a przemoczone ubrania ani trochę nie pomagały.

– Skąd oni wiedzieli, gdzie jesteśmy? – westchnęła Kat.

Zdziwiło mnie, że tym razem Jaime milczał. Zebrałam się jednak na odwagę i sama postanowiłam się przyznać.

– Zadzwoniłam do znajomego detektywa – przyznałam cicho – sądziłam, że policja pomoże Annie. Bałam się, że Daniel ją skrzywdzi – wyjaśniłam ponuro.

– Teraz już wiesz, jak jest – fuknęła na mnie Kat.

W ciemności widziałam jedynie zarys ich sylwetek, natomiast doskonale słyszałam nierównomierne oddechy.

– On nie chciał jej skrzywdzić – odezwał się po dłuższej chwili milczenia Tomas. – Ta sytuacja, którą widziałaś pod pokładem… – zaczął niepewnie – to moja wina. Myślałem, że coś wie i chciałem ją porządnie nastraszyć. Daniel mi nie pozwolił, dlatego się pokłóciliśmy.

Nie odpowiedziałam. Poczułam jak moje oczy znowu stają się mokre. Po raz kolejny go oceniłam i znowu niewłaściwie.

– Wiem, że ta propozycja wam się nie spodoba, dziewczyny – odezwał się Jaime, chyba też trochę po to, żeby rozładować napięcie – ale sugeruję, żebyśmy wszyscy zdjęli te mokre ciuchy, bo się pochorujemy tutaj, a sądzę, że spędzimy tu całą noc.

– Zboczeniec – warknęła na niego Kat, ale najwyraźniej posłuchała, bo poczułam jak się porusza obok mnie w ciasnej przestrzeni.

Ja również zdjęłam przemoczoną bluzę i spodnie, kładąc je obok adidasów, które zsunęłam z nóg już wcześniej. Jaime włożył mi pod głowę swoje ramię, przyciągając mocno do siebie. Poczułam, że robi mi się odrobinę cieplej i wygodniej. Z drugiej strony miałam przylegającą do mnie Kat, która drżąc wtulała się w ramiona Tomasa. Byli przyjaciółmi. Poczułam się bardzo źle z tym, że to ja ich zdradziłam.

– Kiedy spotkamy się z Danielem? – zapytałam. – Czy macie jakieś umówione miejsce albo coś w tym stylu?

Odpowiedziała mi cisza. W końcu, kiedy już myślałam, że nikt nic nie powie, odezwała się Kat.

– Nie spotkamy się z nim – wyjaśniła szeptem. – Odciągnie ich kawałek, a potem da się złapać, żeby dali nam spokój.

Jęknęłam cicho, zamykając oczy.

– Nie martw się – odezwał się Jaime tuż do mojego ucha. – Nie zabiją go, dopóki nie da im tego, czego chcą, a w tym momencie nie mają go czym szantażować.

Cudowne pocieszenie! W myślach błagałam jedynie, żeby nie zrobili mu krzywdy.

– Czy to naprawdę była policja? – zapytałam.

– I tak i nie – odpowiedziała mi Kat. – Widzisz, Daniel ma dowody pogrążające polityków i to nie tylko portugalskich. Są zakodowane, to cholerne rzędy cyfr, z których nie jesteśmy w stanie zrobić żadnego użytku – wyjaśniła. – Oni jednak są, dlatego wszyscy chcą go dopaść. Na dodatek rozpuścili plotkę, że Daniel ukradł pieniądze. W ten sposób poluje na niego więcej ludzi. Ci szukający skarbu chcą go mieć żywego, tak samo jak portugalski rząd, inni jednak woleliby żeby zginął, bo wtedy te dane prawdopodobnie nigdy nie wyjdą na jaw.

Usłyszałam ciche warknięcie Tomasa.

– Czemu jej to mówisz?! – spytał rozeźlony. – Przecież to przez nią mamy kłopoty.

– Może gdyby wiedziała wcześniej, to by tego nie zrobiła – odcięła się Kat. – Uważam, że to nie fair, że on niczego jej nie powiedział. Niewiedza wcale nie zapewni jej bezpieczeństwa. Tkwi w tym tak samo jak my.

– A jak wy się w tym znaleźliście? – ośmieliłam się zapytać.

Ponownie odpowiedziało mi milczenie. Tym razem to Jaime zdecydował się odpowiedzieć.

– Daniel pracował dla przemytników diamentów. Wozili towar na statkach z portugalskich kolonii w Afryce. – Mówił takim tonem, jakby opowiadał przygodową historię, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Daniel z jakiegoś powodu jest jego bohaterem. – Zgarnął nas do pomocy. Zorganizował całą grupę. Zanim się nami zajął, żyliśmy na ulicy. Było nas około dwudziestki, ale przeżyliśmy tylko my.

– Przyszli w środku nocy i zabili wszystkich na statku – wtrąciła się Kat, a ja poczułam jak drży. – Potem okazało się, że chodzi o jakieś dane z dowodami i listą. Daniel je wykradł, gdyby tego nie zrobił, my również byśmy nie żyli, tak jak i on. To było trzy lata temu – kontynuowała – od tego czasu właściwie ciągle uciekamy.

Jaime przyciągnął mnie do siebie mocniej.

– Niedawno zabili jego matkę – powiedział bardzo cicho. – Mimo, że ukrywał ją Interpol. Dlatego właśnie postanowił odnaleźć ciebie.

Z trudem przełknęłam ślinę. Kolejna ofiara tej dziwnej, chorej gry, dla której, jak do tej pory, nie widziałam żadnego rozwiązania. Teraz przestały mnie dziwić szramy na jego rękach, już nie zastanawiałam się, dlaczego chciał zniknąć z mojego życia i dlaczego tak bardzo żałował, że się w nim pojawił. W dalszym ciągu nie mogłam uwierzyć, że to moja rzeczywistość.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Podróż do Portugali była niczym sen. Nie miałam pojęcia skąd Tomas wziął samochód i wolałam o to nie pytać. Kupiliśmy również nowe ubrania i prowiant. Kat dzwoniła do kogoś. Dowiedziała się, że Daniel, oskarżony o porwanie Anny, trafił do portugalskiego więzienia i dlatego tam właśnie jechaliśmy. Pozostali wyglądali na bardzo przerażonych tym faktem, a ja mimo strachu nie wiedziałam dlaczego. Kiedy dotarliśmy na miejsce, spaliśmy pod namiotem na jakimś kempingu. Nie byłam w stanie spać ani jeść. Wszystkie moje myśli krążyły wokół Daniela i w żaden sposób nie potrafiłam się od tego uwolnić. Spędziliśmy tam dwa tygodnie i właśnie wtedy stwierdziłam, że mam dość. Poczułam, że muszę coś zrobić, nie miałam tylko pojęcia co. Nie chciałam jednak w żaden sposób narażać pozostałej trójki. Nad ranem wymknęłam się z kempingu i złapałam jadący do miasta autobus. Kiedy na końcowym przystanku otworzyły się drzwi, tuż za mną wysiadł mężczyzna w czarnym garniturze, zauważyłam go kątem oka, a potem towarzyszyła mi tylko ciemność.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Ocknęłam się obolała  i przemarznięta od leżenia na kamiennej podłodze. Niejasno wracały do mnie wspomnienia. Znowu zachowałam się jak idiotka. W pomieszczeniu z wysoko umieszczonymi oknami panował półmrok. Upiornie bolała mnie głowa, a oczy powoli przyzwyczajały się do kiepskiego światła. Usiadłam, próbując skupić się na jednym punkcie. Zakręciło mi się w głowie. Po chwili otworzyły się ciężkie, okute metalem, drzwi. Jakiś mężczyzna kogoś wepchnął do środka, a potem z powrotem je zamknął. Moje serce na moment zamarło, a potem puściło się dzikim galopem. Minęły niecałe trzy tygodnie, a on wyglądał koszmarnie. Nie miał na sobie koszulki i widziałam, że sporo schudł. Jego ciało pokrywały siniaki, kontrastujące z podłużnymi bliznami na rękach, w różnym stadium gojenia  i ślady po gaszonych papierosach. Włosy chłopaka miały może dwa milimetry, co znaczyło, że musieli ogolić go na łyso. I tylko żywo zielone oczy patrzyły wciąż tak samo. Nie mogłam złapać tchu. To była moja wina i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Podszedł do mnie szybkim krokiem, opadł przy mnie na kolana, położył dłonie na moich ramionach.

– Jagoda, nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony.

Przecząco pokręciłam głową, nie będąc pewna czy dam radę mówić. Odetchnął z ulgą, przyciągnął mnie do siebie, tuląc w objęciach.

– Przepraszam – udało mi się w końcu wyszeptać. – Przepraszam.

Pokręcił głową, obejmując mnie tylko jeszcze mocniej.

– To moja wina. Namieszałem w twoim życiu. Nigdy nie powinienem był się do ciebie zbliżać. Po prostu nie potrafiłem się powstrzymać – westchnął. – Wybacz mi.

– Przykro mi z powodu śmierci Joyce – odezwałam się cichutko.

– Skąd wiesz? – spytał zaskoczony, delikatnie odsuwając mnie od siebie.

Skrzywiłam się lekko.

– Rozmawialiśmy, przepraszam.

– Nie, nic się nie stało – mruknął, podnosząc mnie i prowadząc pod ścianę przy drzwiach. – Już dawno powinienem był z tobą porozmawiać. Za wszelką cenę chciałem cię chronić, a tylko wszystko zepsułem.

Usiadł na podłodze, oparty plecami o ścianę, a mnie posadził tuż przy sobie. Wtuliłam się w niego, a on objął mnie mocno.

– Gdzie jesteśmy i jak się tu znalazłeś? – zapytałam.

– Nie mam pojęcia – odpowiedział niechętnie. – Policja zamknęła mnie do więzienia, a ci ludzie mnie stamtąd wyciągnęli i zabrali tutaj. Koniec historii. Kiedy to wszystko się skończy, przyrzekam ci, że już nigdy więcej nie będziesz musiała oglądać mnie na oczy – dodał po chwili, nie patrząc na mnie i zapewne nie zdając sobie sprawy, że to najgorsze słowa, jakie usłyszałam kiedykolwiek w życiu.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Noc spędziłam na podłodze w objęciach Daniela, trochę rozmawialiśmy, ale głównie towarzyszyło nam milczenie. Nad ranem pojawili się jacyś mężczyźni. Nie miałam pojęcia kim są. Jeden z nich odciągnął mnie od Daniela. Wyglądał na rozbawionego i bardzo dobrze mówił po polsku, czego nie omieszkał mi uświadomić, rzucając złośliwe uwagi i komentarze. Widziałam jak kajdankami przykuwają Daniela do prostego, drewnianego krzesła. Zaczęli go bić. Szarpnęłam się, ale jedyną reakcją na moje starania by się uwolnić był śmiech. Wstrzyknęli mu w żyłę jakieś świństwo. Chłopak zadrżał.

– To tiopental – oznajmił z szyderczym uśmiechem trzymający mnie mężczyzna. – Substancja psychoaktywna za pomocą której można uzyskać informacje od człowieka, który nie chce ich ujawnić. Tak zwane serum prawdy – wyjaśnił usłużnie.

Nie potrafiłam powstrzymać jęknięcia, a on tylko się roześmiał. Potężnie zbudowany, stojący nad Danielem mężczyzna znów go uderzył. Z rozciętej wargi chłopaka sączyła się krew. Wyglądał na coraz bardziej oszołomionego. Wyraźnie z czymś walczył. Przestali go bić. Zaczęli z nim rozmawiać. Zadawali proste, niezłożone pytania, a on na nie odpowiadał, zupełnie tak, jakby starał się przekazać jak najwięcej. Kiedy zbaczał z tematu, mężczyzna zawracał go z powrotem na właściwie tory. To o co im chodziło, rzeczywiście było rzędami cyfr, a na dodatek zapisanymi w zwykłym telefonie komórkowym. Zakodowana lista czołowych polityków, którzy w jakiś sposób zostali przekupieni. Okazało się jednak, że Daniel go nie miał, nie wiedział również gdzie jest, gdyż spodziewał się takiej ewentualności jak ta. Komórkę przekazał niczego nieświadomemu Markowi – jeszcze jak byliśmy w Polsce. Teraz prawdopodobnie leżała z nim na dnie oceanu. O dziwo mężczyźni nie byli niezadowoleni ani rozczarowani. Rozkuli chłopaka i pchnęli na podłogę. Skulił się bardzo szybko oddychając. Podeszłam do niego zapłakana. Położyłam się przy nim. Tuliłam go do siebie, a on, na wpółprzytomny, nie mógł przestać mówić. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie, o Marku i o tym jak bardzo mnie kocha.

– Nie chciałem tego – wyznał cicho – to po prostu samo się stało. Ja nigdy… po prostu nie mogłem nad sobą zapanować. Potem, kiedy powiedziałaś mi, że nie zerwiesz z moim bratem, to było okropne, jak cios. Chciałem cię ukarać – wyznał – a jednak tego też nie potrafiłem. Tak bardzo cię kocham, Jagoda i nawet nie wiem dlaczego, to się po prostu stało. Najpierw mnie tylko cholernie pociągałaś, a potem… teraz zrobiłbym dla ciebie wszystko. Marzę o tym, żebyśmy uciekli i zamieszkali gdzieś razem, nikt inny nie jest mi potrzebny.

– I tak właśnie zrobimy – odpowiedziałam zdecydowanym tonem, delikatnie dotykając jego twarzy. – Ja też cię kocham, choć wolałabym, żebyś wyznał mi to w innych okolicznościach – mruknęłam uśmiechając się blado.

Nasze ręce splotły się ze sobą, a chłopak mówił dalej. Leżeliśmy na zimnej podłodze, wtuleni w siebie nawzajem, aż w końcu zamilkł, a jego oddech się wyrównał. Wpatrywałam się załzawionymi oczami w ciemność, zastanawiając się co z nami teraz będzie.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Nie miałam pojęcia ile czasu minęło, kiedy znów wpadli do środka. Tym razem gdzieś nas ze sobą zabrali. Kiedy wepchnęli nas do jakiegoś pokoju, Daniel jeszcze bardziej zesztywniał. Gdy spojrzał na jednego z mężczyzn, najwyraźniej tego, który tu dowodził, w jego zielonych oczach dostrzegłam przerażenie. Postawili nas pod jedną ze ścian. Chłopak nie puszczał mojej ręki, a ja czułam jak zaciska ją zbyt mocno na mojej dłoni. Jego przerażenie mnie sparaliżowało. Sprawiło, że nie byłam w stanie się ruszyć. Coś było cholernie nie tak, jeszcze gorzej niż zanim tu przyszliśmy, a ja nie miałam pojęcia co. Później do pomieszczenia wciągnęli kogoś jeszcze. Więzień na głowie miał czarny worek. Zamarłam, kiedy go z niego zdjęli. Nie uwierzyłam w to co widzę, bo przed moimi oczami stał duch. Marek! Blady, wychudły, ale jednak w dalszym ciągu on! Wściekłym, wzrokiem spojrzałam na Daniela, myśląc, że znów mnie okłamał, ale on wpatrywał się w brata tak samo niedowierzająco jak i ja. Przywiązali chłopaka do stołu, tak, że jego głowa znajdowała się niżej niż nogi. Usta zatkali mu jakąś szmatą, a potem zaczęli wlewać wodę. Szarpał się i wyrywał, na jego twarzy malowało się przerażenie. Rzuciłam się w jego stronę, ale Daniel przytrzymał mnie stanowczo, przyciągając do siebie. Czytałam o takich torturach w jakiejś gazecie. Jemu się wydawało, że tonie! Sam widok mroził mnie w środku, a jednak, Daniel stał tam opanowany i milczał.

– Nie pomożesz mu – syknął, ściskając moje przedramię – a sobie możesz zaszkodzić.

Miał rację i doskonale o tym wiedziałam, a mimo to, nie potrafiłam wybaczyć mu tej racjonalności. Przecież to był jego brat! Na dodatek cudem żywy. To znaczy jeszcze żywy… bo byłam teraz przekonana, że wszyscy troje tutaj zginiemy. Nie miałam pojęcia ile czasu to się ciągnęło, ale trwało zdecydowanie zbyt długo. W końcu odwiązali go i pchnęli na podłogę. Drżał cały, nie podnosząc wzroku. Ktoś wyciągnął po mnie ręce. Krzyknęłam. Uderzył mnie w twarz. Poczułam jak mężczyzna rozdziera brudny materiał szarej bluzki, odsłaniając mój stanik. Daniel już nie stał tak spokojnie. Rzucił się na trzymającego mnie faceta. Wcześniej miał rację. Na to właśnie czekali. Mężczyzna odepchnął mnie mocno, a ja upadłam, uderzając plecami o ścianę. Zaczęli bić chłopaka, a ja łkałam skulona, starając się na to nie patrzeć. Przestali dopiero, kiedy stracił przytomność. Odrobinę zdyszani, niczym po ciężkiej pracy, rozluźniając ramiona, z zadowolonymi uśmiechami wyszli z celi, zostawiając nas pogrążonych w kompletnej ciemności.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

W pomieszczeniu panowała kompletna ciemność. Nie było tu żadnych okien. Nawet z wąskiej szpary pod drzwiami nie dochodziło światło. Usłyszałam, że Marek się poruszył. Poczułam jego ciepło, gdy znalazł się bliżej.

– Nic mu nie będzie – szepnął lekko zachrypnięty, jakby natężenie jego głosu mogło cokolwiek zmienić.

Dotknął mojego ramienia. Otulił mnie swoją koszulą.

– Wiem, że to niewiele – mruknął.

Skrzywiłam się na samo wspomnienie tamtego mężczyzny w pobliżu mnie, wiedząc, że tego nie widzi. W rozdartej, szarej koszulce czułam się zupełnie naga.

– Dziękuję – powiedziałam równie cicho. Przez chwilę milczałam, a potem nie byłam w stanie dłużej wytrzymać. – Jakim cudem żyjesz? – musiałam zapytać. – Powiedziano mi, że jacht został wysadzony w powietrze.

– I tak było, ale oni chcieli mnie żywego.

– Więc jesteś tutaj od tego czasu?

– Tak – przyznał ponuro.

Wzdrygnęłam się mimowolnie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić co przeżył i czuł. To było jak horror. Objął mnie i przyciągnął do siebie, a ja wtuliłam się w niego.

– Cieszę się, że was widzę – westchnął – również nie miałem pojęcia czy żyjecie. Choć wolałbym spotkać cię w innej sytuacji…

– Ja też – mruknęłam opierając głowę o jego tors – możesz mi wierzyć, że ja też.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Obudził mnie dotyk dłoni. Otworzyłam oczy. Daniel przesuwał palcami po moim policzku. Leżał naprzeciwko mnie i wpatrywał się we mnie uważnie. Obejmujący mnie w pasie Marek, z którego nieświadomie zrobiłam sobie poduszkę, w dalszym ciągu spał. Poczułam się bardzo nieswojo, ale nie ruszyłam się z miejsca, nie chcąc go obudzić.

– Kocham cię, Jagoda – szepnął.

Poczułam w brzuchu stado wściekłych motyli. Mówił cicho. Jemu najwyraźniej też zależało na tym, żeby nie obudzić brata. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej, ale z ulgą przyjęłam, że najwyraźniej nic poważnego mu się nie stało. Wzięłam go za rękę. Uśmiechnął się do mnie nieco blado.

– Cześć – usłyszałam za plecami mruknięcie Marka, który odsunął się ode mnie.

Powoli usiadłam. Bałam się tego, co nas czeka, co może się jeszcze wydarzyć. Do tego w tym momencie czułam się bardzo nieswojo. Daniel chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie usłyszeliśmy wybuch. Ktoś wysadził w powietrze drzwi. Chłopak odruchowo wstał, zasłaniając mnie sobą. Stanęłam za jego plecami, czując z boku obecność Marka. Do środka wpadli odziani na czarno mężczyźni, byli w maskach i z karabinami. Poczułam zaskoczenie, gdy opuścili broń. Jeden z nich ściągnął nakrycie głowy i wystąpił do przodu, podczas gdy inni stanęli w drzwiach. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, Marek stanął przed nami i uścisnął mu dłoń. Z ulgi zakręciło mi się w głowie. To nie mógł być zły znak.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Byliśmy w hotelu! Prawdziwym! Z prysznicem i restauracją. Jedzenie! Kiedy się do niego dorwałam, myślałam, że nigdy nie przestanę jeść. Woda, mydło i czyste ubrania były równie cudowną rzeczą. Nie miałam pojęcia co się właściwie wydarzyło, ale ludzie, którzy nas uratowali, to byli Amerykanie, a Marek w jakiś sposób z nimi współpracował. Znaleźli nas dzięki temu, że śledzili Daniela. Traktowali nas dobrze i zarówno oni, jak i Marek, zapewniali, że teraz nic nam już nie grozi. Mimo to nie ufałam im i wiedziałam, że Daniel również nie ufa.

Kiedy wyszłam z łazienki, po ponad półgodzinnej kąpieli, na moim łóżku czekał Daniel. Miał połamanych kilka żeber, ale poza tym nic mu nie dolegało. Opatrzono jego wszystkie zadrapania i rany. Poruszał się dosyć sztywno, ale przynajmniej mógł chodzić. Chciałam powiedzieć mu tyle rzeczy, o tylu sprawach musieliśmy porozmawiać, ale nie potrafiłam zrobić nic innego, jak tylko rzucić mu się w ramiona. Całował mnie zachłannie, łapczywie i już po chwili leżałam na łóżku. Nawet nie zauważyłam, kiedy nasze ubrania znalazły się na podłodze. Starałam się być delikatna, bojąc się, że sprawię mu niepotrzebny ból. On się nie starał. Jego oczy płonęły z pożądania, nawet nie próbował się powstrzymywać. Jego dłonie były wszędzie. Na moim brzuchu, piersiach, pośladkach. Rozkosz rozchodziła się po całym moim ciele. W końcu, niecierpliwie, posadził mnie na sobie. Jego dłonie ani na moment nie przestawały mnie dotykać, kiedy rytmicznie poruszałam się, siedząc na nim. Wpatrywał się we mnie w z takim cudownym zachwytem! Doszliśmy w tym samym momencie, za bardzo spragnieni siebie nawzajem. Położyłam się obok, a on przyciągnął mnie do siebie zaborczo. Nagle do moich myśli wkradł się strach. Co, jeżeli to miało być pożegnanie? Nie chciałam, żeby Daniel mnie zostawiał. Nigdy! Za wszelką cenę pragnęłam być z nim.

– Nie znikniesz? – zapytałam cicho, a on natychmiast w moim głosie wyczuł obawę.

Spojrzał na mnie poważnie.

– Kocham cię. O niczym bardziej nie marze niż bycie z tobą – oznajmił.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – warknęłam odsuwając się od niego.

Przyciągnął mnie do siebie z powrotem.

– Jeżeli tylko nie będziesz przez moją obecność bardziej narażona na niebezpieczeństwo, nie zostawię cię. Przenigdy.

Wiedziałam, że tym razem to moje oczy płoną niezdrowym blaskiem.

– Znajdę cię, nawet jeżeli spróbujesz uciec. Będę szukała tak długo aż znajdę.

Uśmiechnął się, czule głaszcząc moje włosy.

– Liczę na to – zamruczał.

Dopiero gdy to powiedział, zrobiłam się spokojniejsza. Nie zostawi mnie. Nie po tym wszystkim. Nasz śmiech i przekomarzanie się przerwał wchodzący do pokoju Marek. Gwałtownie okryłam się kołdrą. Skrzywił się, ale niczego nie skomentował. Obrzucił nas tylko ponurym spojrzeniem.

– Jak już skończycie – powiedział zupełnie spokojnie – to przyjdźcie do mojego pokoju. Musimy porozmawiać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Siedzieliśmy na łóżku Marka, podczas gdy on zajął jedno ze stojących przy stoliku krzeseł. Czułam się skrępowana, ale mimo tego, nie potrafiłam powstrzymać się przed chociażby ukradkowym dotykaniem Daniela. On również co chwila palcami muskał moją dłoń. Marek udawał, że tego nie widzi.

– Zapewne chcecie wiedzieć, co się stało? – zapytał patrząc bratu w oczy.

Daniel przytaknął, nie wchodząc mu w słowo.

– Wiedziałem co mi zostawiłeś – wyjaśnił ponuro. – Kontaktowała się ze mną nasza matka. Chciała, żebyśmy byli bezpieczni. Przekazałem listę jej przyjacielowi, który jest jednym z księży Werbistów, misjonarzem, a on jakimś cudem skontaktował się z amerykańskim rządem. To co dostała portugalska mafia, nie było prawdziwe. Nie zrezygnowałem z rejsu, bo wydał mi się idealnym pomysłem. Ucieczką. – Spuścił wzrok. – Teraz przeze mnie oni wszyscy nie żyją.

Widziałam ból na twarzy Daniela.

– Też tak sądziłem – mruknął niechętnie. – Co się stało z listą i dlaczego jeszcze żyjemy? – spytał ponuro.

Wzruszył ramionami.

– Zapewne ma ją FBI, kolejna rzecz, którą Amerykanie będą mogli szantażować inne kraje.

Daniel skrzywił się, ale nie skomentował.

– A co z nami? – zapytałam.

Tym razem to Marek nie wyglądał na zadowolonego.

– Obiecali nam ochronę, tyle, że w Stanach. To oznacza rezygnację ze wszystkiego. Rodziców, przyjaciół, kraju i całego dotychczasowego życia. Jeżeli jednak nie chcemy ich narażać, to chyba nie mamy wyboru.

Nieświadomie ścisnęłam rękę Daniela. Nie zważając na obecność brata objął mnie ramieniem, przytulając do siebie.

– Proszę, nie róbcie tego – odezwał się Marek, przepełnionym żalem głosem, a my gwałtownie odskoczyliśmy od siebie. – Nie przy mnie – westchnął. – Miałem wiele czasu na przemyślenia i pogodziłem się z tym, że brat ukradł mi dziewczynę, ale nie potrafię wam wybaczyć – nie patrzył na nas – jeszcze nie teraz.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Siedziałam w samolocie, przy oknie i przyglądałam się temu, jak ucieka przed nami ziemia. Na niebie były jedynie niewielkie, białe chmurki, wśród których teraz się unosiliśmy. Nie bałam się lotu, ani trochę. Natomiast bałam się nowego życia. Poczułam na ramieniu rękę siedzącego obok mnie Marka. Uśmiechnął się do mnie, jednocześnie pokrzepiająco i jakoś tak dziwnie, nieśmiało.

– Boisz się, prawda – odezwał się cicho. Skinęłam głową, mimo, że było to raczej stwierdzenie niż pytanie. – Ja też – przyznał. Przez chwilę milczał, ale nie spuszczał ze mnie wzroku. – Mój brat cię kocha, a ty kochasz jego i nie potrafię was za to winić, chociaż przyznam, że mam do was żal – tu skrzywił się nieznacznie – o sposób, w który to załatwiliście. Tylko mu o tym nie mów, jeszcze nie teraz, dobrze?

Uśmiechnęłam się do niego ciepło. Skinęłam głową. Nawet teraz, po tym, co zrobiłam, nie przestał być moim przyjacielem. Kiedy lot się wreszcie ustabilizował, a stewardesa pozwoliła odpiąć pasy, Marek wstał. Myślałam o tym, jak długo nie będę mogła zobaczyć rodziców. Czy kiedykolwiek będę mogła bezpiecznie wrócić do swojego kraju? Wysyłali nas na jakiś odległy uniwersytet, położony w stanie Floryda, w obcej, niewielkiej, nadmorskiej miejscowości. Mieliśmy tam spędzić kilka najbliższych lat. Pocieszała mnie tylko świadomość, że nie będę sama. Kat, Tomas i Jaime podobno już tam byli. Ten ostatni miał uczęszczać do pobliskiej szkoły. Ze mną był Marek i przede wszystkim Daniel… którego naprawdę, każdą komórką swojego ciała kochałam. Jak na zawołanie zjawił się przy mnie. Opadł na miękki fotel. Gdy tylko się zbliżył, motyle w moim brzuchu zaczęły odstawiać swój wariacki taniec. Był zadowolony, jak kot, który opił się śmietanki. Oparłam głowę na jego ramieniu.

– Tak jak chciałaś – zamruczał w moje włosy, całując je delikatnie. – Będziemy razem i to tak długo, że w końcu ci zbrzydnę.

Razem! Co za cudowne słowo.

– Nie ma na to najmniejszych szans – oznajmiłam mu, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu.

The End


Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

45 komentarzy

  1. Odpowiedz

    Tyna

    20 grudnia 2011

    Suuper!!

  2. Odpowiedz

    Rose

    23 grudnia 2011

    Właśnie takie opowiadania w Twoim wykonaniu lubię najbardziej:)

    • Odpowiedz

      Vicky

      23 grudnia 2011

      W sensie zboczone? 🙂

      • Odpowiedz

        Rose

        24 grudnia 2011

        Nie koniecznie zboczone ale ‚nie fantasy’ 😛 chociaż te erotyczne wątki też są ok bo fajnie je opisujesz 🙂

  3. Odpowiedz

    Kamm.

    30 grudnia 2011

    Lekki mindfuck. Pisz dalej, bo nie wiem w ogóle co się dzieje.

    • Odpowiedz

      Vicky

      31 grudnia 2011

      Niedługo to skończę. W planach miałam przed Nowym Rokiem, ale nie jestem pewna czy jutro mi się uda.

      • Odpowiedz

        Kamm.

        31 grudnia 2011

        Mindfuck się powiększył. Więcej. :<

  4. Odpowiedz

    czarnaaa

    31 grudnia 2011

    Vicky, Twoje opowiadania są cudowne!!!! za fantasy nie przepadam….. ale te są najlepsze! jestem nowa, ale od pewnego czasu śledze Twoją twórczość i jestem pełna podziwu bo kiedyś sama próbowałam ;ppp ale to była porażka… wracając do Ciebie, pisz dalej, nie trać weny i dawaj nam czytającym jeszcze więcej przyjemności. tylko denerwuje mnie to, że rozpoczynasz nowe opowiadania i nie kończysz starych, dopiero po pewnym czasie piszesz dalsze części. czytając Twoje opowiadania w mojej głowie powstał obraz mojego przyszłego chłopaka- brunet z zawadiacko opadajacą na oczy grzywką, wysportowany z aroganckim uśmiechem;) kończ to opowiadanie bo jestem ciekawa gdzie do cholery podział się Daniel?!

    • Odpowiedz

      Vicky

      1 stycznia 2012

      Dziękuję! Nie kończę opowiadań, jak nie mam na nie weny. Czasami pisałam coś na siłę i niestety muszę przyznać się do porażki. Tak po prostu się nie da. Muszę mieć wizję czegoś. Jeżeli chodzi o fantasy, to takim najnormalniejszym, jest „Magia Miłości” tj wątek fantasy jest tam malutki. 🙂 Może jestem próżna (najwyraźniej troszeczkę), ale przyznam, że Twój komentarz wprowadził mnie w bardzo dobry nastrój na Nowy Rok. 🙂

      • Odpowiedz

        czarnaaa

        1 stycznia 2012

        Niestety(lub stety) ‚Magię Miłości’ miałam przyjemność już przeczytać na Nastku….;p na szczęście odnalazłam Twojego bloga i jestem troszkę do przodu:) co do pisania na siłę masz rację, ale wiesz, że czytelnik bywa często krytyczny i niecierpliwy..:)ja naprawdę im więcej czytam Twoich opowiadań, tym bardziej nie mogę się doczekać kolejnych i kolejnych…. apetyt na więcej rośnie;D jesteś wspaniała! zapewne nie tylko ja Ci to mówię bo czytelników masz mnóstwo;) i przepraszam, że tak sie rozpisałam i nie na temat opowiadania, ale musiałam gdzieś wyrazić mój podziw dla Ciebie. wiem, że masz rownież inne zajęcia ale pisz w kazdej wolnej chwili i szukaj weny wszędzie;) i czekam na dalsze losy Jagody i Daniela…..;)

  5. Odpowiedz

    kolorowaann

    16 stycznia 2012

    Kiedy beda kolejne czesci ? 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      16 stycznia 2012

      Prawdopodobnie dzisiaj coś dodam. 😉

  6. Odpowiedz

    :):)

    19 stycznia 2012

    proszę dalszy ciąg:)

  7. Odpowiedz

    Alexisss

    22 stycznia 2012

    Ja tez prosze o ciag dalszy 😉 .!

  8. Odpowiedz

    Vicky

    22 stycznia 2012

    Muszę sobie przeczytać od początku, żeby nie pisać bzdur 😉 w najbliższym czasie powinien pojawić się nowy fragment.

  9. Odpowiedz

    Nana17

    12 lutego 2012

    Czytam Twoje opowiadania już od jakiegoś czasu. Bardzo podoba mi się styl w jakim piszesz:) Czekam na ciąg dalszy:P

    • Odpowiedz

      Vicky

      12 lutego 2012

      Dziękuję. Ostatnio mam mniejszą motywację, bo jak ktoś coś chce, to zamiast komentować, na Facebooku się odzywa 😉 a kiedyś było tak fajnie i wszystko znacznie bardziej żyło.

  10. Odpowiedz

    Nana17

    14 lutego 2012

    Na początku czytałam Twoje opowiadania na nastek.pl ale na prywatnej stronce masz to lepiej i przejrzyściej poukładane:) Podoba mi sie tutaj:) Lubie czyta,ć a Twoje opowiadania bardzo szybko się czyta:) większość już przeczytałam:) Oby tak dalej, pozdrawiam:)

  11. Odpowiedz

    Ania

    16 lutego 2012

    Mniejszą motywację ? ;( to ja tutaj czekam z niecierpliwoscią na kolejną część a tu takie wyznanie. 🙁 zdecydowanie prosimy o wiecej, jestem pewna, ze nie jestem jedyna tutaj !

  12. Odpowiedz

    marteczka185

    19 lutego 2012

    Kiedy dalszy ciąg??:

  13. Odpowiedz

    Nana17

    19 lutego 2012

    Kiedy znów zaczniesz pisać:P ??

  14. Odpowiedz

    Vicky

    19 lutego 2012

    Cały czas piszę. Po prostu chwilowo jest to kontynuacja „Krwi Czarownic”. Jeżeli chodzi o Róże~ to na pewno będą przed sobotą, bo potrzebuję następnej części do wrzucenia na nastka. 😉

  15. Odpowiedz

    Vicky

    24 lutego 2012

    No dobrze… wracamy tutaj 🙂

  16. Odpowiedz

    smutna55

    24 lutego 2012

    O ale miło moja imienniczka 😀 Skąd takie imię jak Jagoda tutaj? 😛

  17. Odpowiedz

    Soko

    26 lutego 2012

    proszę o jeszcze 😉

  18. Odpowiedz

    Estijana

    1 marca 2012

    Piszesz świetnie, pisz dalej. Zazdroszczę ci, bo sama nieraz zaczynałam pisać opowiadania, książki, ale nie mogłam skończyć, wiec nic z tego nie wyszło. Przeczytałam już ,,Nowe życie” i ,,Kropla łez” , a teraz zaczęłam to. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać wszystkie twoje opowiadania, a zaczęło się od czytania twoich recenzji;) Teraz wolę twoje historie od książek, znanych autorów;)

  19. Odpowiedz

    Soko

    2 marca 2012

    A ja nie bardzo wiem skąd to nagłe niezbliżanie się do Daniela. W sensie, że scena poprzednia kończy się przytuleniem, a potem wyskakuje z decyzją, by go ignorować. Tzn. jest to zrozumiałe, ale jak dla mnie za szybko to wprowadziłaś, przydałoby się coś to rozwinąć – skąd, jak, dlaczego 🙂 jestem rozpieszczona przez Ciebie, że nie muszę się domyślać i sobie dopowiadać 😛

    • Odpowiedz

      Vicky

      2 marca 2012

      Patrz trzy wcześniejsze zdania. Uznałam, że one to wyjaśniają ;).

      • Odpowiedz

        Soko

        2 marca 2012

        Przedstawiają jej wątpliwości co do jego osoby, ale żeby zaraz niezbliżanie się.. 😉

  20. Odpowiedz

    Soko

    3 marca 2012

    Ale powiem Ci, że jakaś przerwa dobrze Ci zrobiła.. podoba mi się to bardzo, głównie przez kilka zmian w stylu, akcji.. super 🙂

    • Odpowiedz

      Vicky

      3 marca 2012

      Czasami po prostu na coś kończy mi się wena, wtedy odkładam to na później, a teraz – o zgrozo – mam kolejny pomysł.

      Powstaje nowe opowiadanko z działu inne – nazywa się „W Lustrzanym Odbiciu”. Obiecuję jednak, że Róże~ też będę przy okazji kończyła. 😉

      • Odpowiedz

        Soko

        4 marca 2012

        Ja, gdy coś już odłożę, to do tego za nic nie mogę wrócić.. 🙂 więc gdy kończy mi się wena, automatycznie dopisuję dwa zdania zakończenia na „odwal się” i the end 😉

  21. Odpowiedz

    Soko

    4 marca 2012

    Dlaczego nie można edytować komentarzy? Ciągle nowe muszę pisać.. 😉 zobaczyłam że recenzujesz w Nowej Czytelni i, ponieważ zmagam się ostatnio z nadmiarem wolnego czasu, chciałam zapytać czy nie mogłabym się przyłączyć? A przede wszystkim, komu miałabym wysłać próbne recenzje i jakie są warunki – o ile są i o ile bierzecie pod uwagę przyjęcie kogoś nowego 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      4 marca 2012

      NC to portal należący do bardzo miłego pana, ale powiem Ci, że kiedy ja napisałam tam z tym samym pytaniem, odpowiedź była prosta i jednoznaczna – NIE. Dopiero po jakimś czasie wyszło, że mnie tam przygarnęli i jestem do tej pory (jakim cudem nie wiem, bo niektóre książki trzymam od Świąt). 😉

      Natomiast recenzentów ciągle szukają na stacjakultury.pl (tyle, że najpierw jest miesiąc wrzucania newsów – mnie się np. nie chciało), Elizjon.pl (tylko fantastyka) – tutaj mail do osoby odpowiedzialnej – islu@elizjon.pl, nakanapie.pl ma takie akcje, ale trzeba być aktywnym w portalu (mnie się raz na dwa miesiące udaje dostać książkę) i w sumie to tyle z miejsc, które znam.

      • Odpowiedz

        Soko

        4 marca 2012

        Eh no cóż, ale spróbować napisać do NC nie szkodzi.. ja z fantastyki za mało czytam, by ją recenzować – preferuję coś jak Llosa, Saramago 🙂

  22. Odpowiedz

    Soko

    6 marca 2012

    Ooo jejku 😀 niby nic zaskakującego, rozwiązanie często spotykane, ale po Tobie nigdy nie wiadomo, co i jak 🙂

  23. Odpowiedz

    Vicky

    8 marca 2012

    Tylko nie mordujcie za to, że to już koniec. Pomyślałam, że to dobry moment na zakończenie, a jak mnie nawiedzi wena, to ułożę drugą część. 😉

  24. Odpowiedz

    Soko

    8 marca 2012

    No tak się zastanawiam, czy Cię nie wysadzić w powietrze jakoś..

  25. Odpowiedz

    Paula

    9 marca 2012

    Spodziewałam się innego zakończenia ale i tak mi się podobało 😉

  26. Odpowiedz

    Cam

    9 kwietnia 2014

    Jednym słowem super 😀 Chętnie będę śledzić twoją stronę 😀 Powodzenia w tworzeniu 😀 taki talent musi kiedyś wydać bestseller 😀

    • Odpowiedz

      Vicky

      9 kwietnia 2014

      Dziękuję! Jak widzisz miałam długą przerwę, a teraz znów wróciłam do aktywnego pisania i taka motywacja jak Twoja jest bardzo mile widziana 🙂

  27. Odpowiedz

    katie

    31 stycznia 2015

    nie wiem, ile razy czytalam wszystkie twoje opowiadania. sa cudowne. wlasciwie poza tym nie mam nic do dodania. pisz wiecej 🙂

  28. Odpowiedz

    nastuchpastuch

    12 lutego 2015

    To było pierwsze opowiadanie Vicky, jakie przeczytałam. Wracam do niego co jakiś czas i absolutnie mi się nie nudzi, a nawet uważam, że jest jednym z najlepszych Twoich opowiadań 😉

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS