Kolorowe morze / Kolorowy las – Nastja Holtfreter

Date
lip, 11, 2019

Propozycji książeczek dla najmłodszych jest teraz tak wiele, że trudno wypatrzyć jakąś w tłumie. Musi wyróżniać się czymś naprawdę wyjątkowym. Czy takie właśnie są tytuły „Kolorowe morze” i „Kolorowy las” autorstwa Nastji Holtfreter?

Moja opinia i przemyślenia

Książeczki są kartonowe i liczą sobie po osiem stron każda. Skierowane zostały typowo do najmłodszych czytelników. Na kolorowych obrazkach w jednolitej tonacji przedstawione są różne zwierzęta i rośliny: ptaki, ryby, jeżowce, meduzy, grzyby, drzewa i wiele, wiele innych. Zadaniem dziecka jest wskazanie pojawiających się na nich nieprawidłowości. Przykładowe polecenia, które można spotkać w książeczce: znajdź pudla w stadzie wilków; które drzewo jest liściaste?;  czy są tu same koniki morskie?; jeden żółw wodny różni się od reszty. To bardzo ciekawe zadania i wbrew pozorom, niektóre stanowią dla maluchów nie lada wyzwanie. 

Nastja Holtfreter stworzyła ciekawe publikacje, które w prosty i przystępny sposób wspierają rozwój dziecka. Pomagają ćwiczyć spostrzegawczość, uczą dostrzegać różnice i zwracać uwagę na szczegóły. Do tego książeczki zachowane zostały w przyjemnej, jednolitej tonacji, a zdobią je przyjazne, miłe dla oka ilustracje. Myślę, że dzięki nim dziecko również zapamięta kilka fajnych ciekawostek ze świata przyrody. 

Podsumowanie

Tytuły „Kolorowe morze” i „Kolorowy las” mogłabym podsumować prostym stwierdzeniem: są małe i niepozorne, a cieszą. To takie sympatyczne, ładnie wydane publikacje do wspólnej zabawy dla dziecka i rodzica. Każdego dnia warto poświęcić kilka chwil na edukację nawet naszych najmłodszych pociech, a te książeczki są właśnie takim narzędziem do prostego wdrożenia tych planów w życie. Publikacje serdecznie wszystkim polecam! Ja i moja młodsza córka bardzo miło spędziłyśmy z nimi czas. 

 

Dziękuję!

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

33 komentarze

  1. Odpowiedz

    Drusilla

    11 lipca 2019

    Moja siostrzenica bardzo lubi takie książeczki 🙂

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Moja młodsza córeczka też 🙂

  2. Odpowiedz

    Trendy Mama

    12 lipca 2019

    Świetne propozycje. Piękne ilustracje i tematyka. Dzieciom na pewno się spodoba. My też z córcią uwielbiamy książeczki. Czytamy od zawsze.

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Cudownie słyszeć, że ktoś czyta dzieciom. Niestety mimo różnych promocji czytelnictwa, większość osób woli włączy bajkę i mieć spokój.

  3. Odpowiedz

    Kasia

    12 lipca 2019

    Super. Mysle ze poziom zagadek idealny dla mojego synka

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Wiekowo powiedziałabym, że 3-4 lata 🙂

  4. Odpowiedz

    Katarzyna Krasoń | Pasieka Kulturalna

    12 lipca 2019

    Idealne dla mojego syna, który kocha książki. Bardzo podobają mi się obrazki 🙂

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Mają swój niewątpliwy urok 🙂

  5. Odpowiedz

    Monika Kilijańska

    12 lipca 2019

    Pięknie ilustrowane książeczki dla najmłodszych.

  6. Odpowiedz

    Bookendorfina Izabela Pycio

    12 lipca 2019

    Z pewnością sprawią wiele radości najmłodszym miłośnikom czytelniczych przygód. 🙂

  7. Odpowiedz

    Małgorzata

    12 lipca 2019

    Fajne, kolorowe, zagadkowe książeczki. Z pewnością maluchy będą zachwycone 🙂

  8. Odpowiedz

    Edi i Marco Voyager

    12 lipca 2019

    Śliczne te książeczki. Ucieszą nie jednego malucha.

  9. Odpowiedz

    Magia_ksiazek

    12 lipca 2019

    Taka książeczka będzie dawać na pewno dużo radości najmłodszym. Takie niepozorne książki zazwyczaj są bardzo ciekawe.

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Dzieci lubią wszystko co jest choć trochę interaktywne 🙂 Nasz ukochany tytuł to “W tej książce jest potwór”

  10. Odpowiedz

    zaczytanamarzycielka8

    12 lipca 2019

    O książki idealne dla mojego syna, on uwielbia takie tematy.

  11. Odpowiedz

    Marysia K

    12 lipca 2019

    Na widok tych ilustracji nasuwa mi się jedno określenie: sympatyczne 🙂 na pewno spodobają się maluchom

  12. Odpowiedz

    Aleksandra_B

    12 lipca 2019

    Ta książka na pewno sprawi wiele frajdy najmłodszym, które uczą się poprzez zabawę.

    • Odpowiedz

      Aleksandra_B

      15 lipca 2019

      Na pewno ja sama, będą o te paręnaście lat (jak i nie więcej) lat młodsza, sama chciałabym obcować z tymi książeczkami, bo z miejsca przykuwają uwagę.

  13. Odpowiedz

    Marlena H.

    12 lipca 2019

    Śliczne książeczki, idealne dla mojej najmłodszej pociechy. Koniecznie muszę ich poszukać. 🙂

  14. Odpowiedz

    Dominika D.

    13 lipca 2019

    Wygląda na ciekawą książkę. Pewnie dzieciom bardzo się podoba 😉

    • Odpowiedz

      Vicky

      13 lipca 2019

      Moja córka co chwila mi je podsuwa, żebym czytała jej zagadki, nawet pomimo tego, że zna je już na pamięć. 🙂

  15. Odpowiedz

    skucińska

    14 lipca 2019

    fajne książki

  16. Odpowiedz

    Gosia O

    16 lipca 2019

    Mój synek już za duży, ale ksiażki bardzo mi się podobają. Uwielbiamy czytać.

  17. Odpowiedz

    Anszpi

    16 lipca 2019

    Dzieciaki lubią takie książki, moja córka na pewno by się ucieszyła na ich widok

  18. Odpowiedz

    BooksDeer

    16 lipca 2019

    Jakie przepiękne książeczki dla najmłodszych. Jak tylko moja bratanica troszkę podrośnie to kupię jej te książeczki, na razie jest na etapie Pucia, które uwielbia 🙂

  19. Odpowiedz

    Kinga

    16 lipca 2019

    Szkoda, że za naszych czasów jak się było młodszym nie było takich fajnych książeczek. Nie mniej mam jeszcze 2latka w domu, któremu mogłabym to przedstawić. Poza tym niedługo w rodzinie znów pojawi się kolejny potomek, więc na preznet jak znalazł.

  20. Odpowiedz

    Olka

    19 lipca 2019

    Kolorowy las mnie absolutnie urzekł <3

  21. Odpowiedz

    AMN

    19 lipca 2019

    Uwielbiam takie książeczki 😉 Mam jedną nawet w domu, tak ku pamięci 😉

  22. Odpowiedz

    Wiewiórka w okularach

    19 lipca 2019

    Urocze książeczki i sama frajda dla dziecka z ich przeglądania. 🙂

  23. Odpowiedz

    Toukie

    21 lipca 2019

    Wow. Bardzo dziękuję za pokazanie mi tych książeczek. Są świetne! Idealne na kształtowanie percepcji wzrokowej dziecka. Muszę kupić moim znajomym oraz samej sobie – dla dziecka w sam raz!

  24. Odpowiedz

    Viki

    22 lipca 2019

    To coś dla nas mamy już w domu gdzie jest wolly i wiosnę na ulicy czeresniowej A te proponowane przez Ciebie idealnie sprawdziły by się w podróży do samochodu 🙂 W piątek wyjeżdżamy i tak się zastanawiam czy zdążymy by nam jeszcze przyjść przed piątkiem: D

  25. Odpowiedz

    Stacja Książka

    28 lipca 2019

    Nie mam dzieci, ani dzieci w tym wieku w rodzinie, więc raczej mi się ta rekomendacja nie przyda 😉

  26. Odpowiedz

    Karolina Kosek

    20 grudnia 2020

    już widzę jak moje maluchy szalałby za tą serią! szkoda, ze dowiedziałam się o niej dopiero teraz 😉

Leave a comment

Najnowsze Patronaty


  • Wiedzmy-Kijowa
  • lonely-heart
  • nastepca-tronu

Ostatnie Recenzje

  • Ogromne okno

Najpopularniejsze Opowiadania


Pieśń Księżyca
Pieśń KsiężycaRozdział I Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści. Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi. Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny. – Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej. Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko. Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi’andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić. – Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej. – Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie. – Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła. Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra. Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew. Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi’andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi’andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi. Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze.  Rozdział II Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi’andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt. Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?! W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania… Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila. – Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?! Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech. – Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia? Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać. – I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość. Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie. – Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła. Irytowała go coraz bardziej. – I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. – Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś. Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy. – Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom. – Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem. Pokręciła głową. – Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie… – dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie… – Oprócz nas i naszych łowów? –  przerwał jej aroganckim tonem. Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku. Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi’andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia. Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów. – Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet. Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata. – Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj. – Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie. Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza. – Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata. Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać. – Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową. Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością. Rozdział III Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna. Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą. Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał. – Emi… – zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku. – Tak? – spojrzała na niego pytająco. – Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz. Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi’andin. Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło. Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem. – Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę. Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie. – Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom. W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi’andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć. Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona. – W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi’andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz. Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie. Młodzieńcy Illi’andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć. – Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos. Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła. – Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku – dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć. Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem. Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata. Rozdział IV Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi’andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi’andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Byli szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami. Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę. Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju. – Co to za zapach? – spytał zaciekawiony. – Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan. – To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien. – Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak. – Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy. Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła… właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi’andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy. – Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy. Rozdział V Był piękny, słoneczny ranek. Emi z prawdziwą radością wymknęła się z zamku. Dusiła się w czterech ścianach. Potrzebowała kontaktu z naturą, pragnęła wolności, jaką dawał jej tylko las. Szła ścieżką wsłuchując się w wiosenny śpiew ptaków. Rozpoznawała tu niemal wszystkie gatunki. Całą swoją duszą kochała ich trele. Skręciła z wytyczonego, bezpiecznego szlaku, zagłębiając się w gęsty, liściasty las. To była droga na jej ukochaną polanę. Zanim jeszcze wyszła z pomiędzy drzew, poczuła czyjąś obecność. Chwilę później zobaczyła znajomą sylwetkę, jej uwagę przyciągnęły czarne, potargane włosy. Chłopak stał bosymi stopami na miękkim mchu. Znów miał na sobie tylko spodnie. Najwyraźniej w ten sposób było wygodniej używać mu skrzydeł. – Cześć – powiedział, jak gdyby nigdy nic, kiedy tylko weszła na niewielką, pokrytą dywanem z niebieskich, drobnych kwiatków, polanę. Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Co on tu robił? Chciała podziękować za to, że ją wtedy zabrał z lasu, ale słowa uwięzły jej w gardle, na myśl o tym, jak został za to ukarany. Bez słowa podeszła do niego. Spojrzał na nią odrobinę zakłopotany. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Ominęła go, stanęła za nim. Ze zgrozą spojrzała na jego poranione od chłosty plecy. Musiały sprawiać mu ból. Nie chciała, żeby cierpiał. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę. Błyskawicznie odwrócił się ku niej. Złapał ją za nadgarstek. – Nie! – odezwał się stanowczym głosem. Zamrugała. Spojrzała na niego nie rozumiejąc. Przecież chciała go tylko uleczyć. – Dlaczego? – zapytała cichym, lekko zirytowanym głosem. – Złamałem zasady, spotkała mnie za to zasłużona kara – powiedział spokojnie. – Od początku wiedziałem co robię i byłem gotowy ponieść tego konsekwencje. – Zasłużona?! – warknęła na niego. – Zwariowałeś?! Przecież nie zrobiłeś nic złego. Przyjrzał jej się zaskoczony. Roześmiał się. Jej blade policzki zarumieniły się delikatnie. Zawstydzona odwróciła wzrok. – Przepraszam – mruknął,  z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. – Nie spodziewałem się, że ktoś się kiedyś tak przejmie moim losem – zakpił. – Pozwól mi – poprosiła cicho, kiedy puścił jej rękę. – Nie – odpowiedział łagodniej, ale ciągle stanowczym tonem. – Nie przejmuj się mną. To nie pierwszy raz. Jay doskonale pamiętał swoje pierwsze przewinienie. Wówczas uleczył go Damien. Nauczyciele szybko zorientowali się, że tylko on  mógł to zrobić. Chłopak wcale nie miał ochoty pamiętać, jak jego przyjaciel został za to ukarany. Illi’andin ze szlacheckich rodów nie karano chłostą. Mieli znacznie gorzej. Jay odgonił od siebie ponure wspomnienia. Przyrzekł sobie wtedy, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Emi wzruszyła ramionami. Nie była zadowolona, że nawet tego nie może zrobić, ale postanowiła odpuścić. Obeszła dookoła polanę. Wcześniej tego nie zauważyła, zbyt zaabsorbowana obecnością chłopaka, ale teraz wiedziała, że coś w tym miejscu było na niej nie tak. – Nie mogę tu zostać – jęknęła. Teraz czuła to wyraźnie. Jej ukochaną polanę znaczyło znamię śmierci. – Jakieś stworzenie niedawno tutaj umarło. Jay uśmiechnął się uśmiechem drapieżnika. Wzrok miał odrobinę rozmarzony. – Aha – mruknął. – Wczoraj upolowaliśmy tutaj sarnę. – Podszedł do jednego z młodych, wpraszających się na polanę klonów. – Dokładnie tutaj, są jeszcze ślady krwi – pochwalił się nie zwracając uwagi na pobladłą twarz dziewczyny. Emi z trudem przełknęła ślinę. Cofnęła się o krok. – Przepraszam! – wyrzuciła z siebie, a potem odwróciła się na pięcie i pobiegła przez gęsty las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay skonsternowany patrzył za znikającą między drzewami dziewczyną. Co on niby takiego powiedział?! Był dumny, ponieważ wczorajsze polowanie należało do naprawdę udanych. Może jednak nie powinien się chwalić? Wkurzony zacisnął pięści. Nie po to czekał tu na nią od kilku godzin, nie wiedząc właściwie czy w ogóle przyjdzie, żeby teraz tak po prostu mu zwiała. W ułamku sekundy przybrał postać szarego wilka i rzucił się w pogoń za dziewczyną. Nie było to trudne. Już po kilku minutach, warcząc, zagrodził jej drogę. Zatrzymała się opadając na kolana. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Towarzysząca Jayowi złość w jednej chwili opadła. Poczuł zakłopotanie. Przybrał swoją ludzką postać. Ukucnął przy dziewczynie. – Boisz się mnie? – spytał naprawdę zainteresowany jej odpowiedzią. Przecząco pokręciła głową. – Nie, to nie to – odpowiedziała poprzez łzy. – Wiem, że musisz polować. Po prostu… – przerwała nie wiedząc jak mu to wyjaśnić – nie potrafię być szczęśliwa w miejscu, w którym tak niedawno pojawiła się śmierć – dokończyła po chwili ciszy. Chłopak zastanawiał się przez chwilę. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Westchnął. Wstał zwinnie. – Jeżeli chcesz to pokażę ci inne, równie ładne – oznajmił spokojnie. – Nic tam ostatnio nie umierało, o ile się dobrze orientuję – dodał z ponurym uśmieszkiem. To była propozycja. Był ciekaw czy dziewczyna przyjmie ją czy odrzuci. Fascynowała go coraz bardziej. I ten jej kuszący zapach… Emi podniosła na niego lśniące od łez oczy. – Mógłbyś? – zapytała z nadzieją. – Jasne – odpowiedział, gotowy do lotu, rozkładając skrzydła. Przysunął się do dziewczyny, żeby ją unieść w powietrze. Nie była zbyt ciężka. Nie przeszkadzała mu w locie. Odsunęła się od niego. – Możemy iść piechotą? – spytała nieśmiało. – Nie podobało ci się latanie? – zapytał zawiedziony. – Nie o to chodzi – uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Jeżeli polecimy, to nie będę potem mogła tam sama trafić – wyjaśniła lekko zawstydzona. – Czy to bardzo daleko? Zawsze możemy wrócić powietrzem… – dodała niepewnie. Jay uznał, że to całkiem logiczny powód. Wzruszył ramionami. – Jakieś dwie godziny marszu – oznajmił. – Idziemy? Emi skinęła głową. Z jej oczu zupełnie zniknęły już łzy. Wstała z pokrytej liśćmi ściółki i ruszyła raźnym krokiem, za prowadzącym przez las chłopakiem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Miejsce do którego zaprowadził ją czarnowłosy Illi’andin wyglądało jak z obrazka. Zachwycona Emi rozejrzała się dookoła. Polana była znacznie większa od tej, na której tak lubiła przebywać. Na skraju lasu rozpościerało się całkiem spore jeziorko, do którego skalnym wodospadem spływał chłodny, górski strumyk. Nad wodą pochylały się wiekowe, płaczące wierzby. Barwne, wiosenne kwiaty, zdobiły skąpaną w promieniach południowego słońca łąkę. Dziewczyna pisnęła z zachwytu. Jak mała dziewczynka rzuciła się w kierunku krystalicznie czystego jeziora. Po drodze zdjęła z nóg wysokie buty i podwinęła nogawki spodni. Woda była wyjątkowo ciepła, jak na ta porę roku. Jay z rozbawieniem przyglądał się zachwytowi dziewczyny. Patrzył jak rozglądając się dookoła brodzi przy brzegu w sięgającej do kolan wodzie. Rozszerzył oczy ze zdumienia, kiedy wybiegła na brzeg i płynnym ruchem zsunęła z siebie spodnie, a potem delikatną, ciemnozieloną tunikę. W samej, śnieżnobiałej bieliźnie, weszła z powrotem do wody. Jej szczupła sylwetka i drobna postać, otoczona welonem z brązowych włosów, stanowiły całkiem przyjemny widok. Jay poczuł w środku nieprzyjemne ukłucie. Równie dobrze mógłby być częścią tego pieprzonego lasu, bo dokładnie tyle samo zwracała na niego uwagi. Ani trochę mu się to nie podobało, zwłaszcza, że uroczą sarenką z wielkimi oczami pewnie zainteresowałaby się bardziej. Zanim jednak w jego bursztynowych oczach zdążyły rozbłysnąć iskierki złości, Emi odwróciła się ku niemu. Pomachała mu ręką. – Nie idziesz? – zawołała wesoło. – Uwielbiam pływać – oznajmiła zanurzając się w wodzie po samą szyję. Potem na chwilę zanurkowała, a kiedy się wynurzyła, włosy opadały na jej twarz i ramiona wilgotną kaskadą. Jay wahał się krótką chwilę, a potem po prostu zrzucił z siebie spodnie i wszedł do wody w ślad za dziewczyną. Pływali przez dobrą godzinę. Emi z zachwytem przyglądała się co chłopak potrafi wyczyniać w wodzie dzięki skrzydłom. Unosiły go na wodzie niczym tratwa, a złożone wcale nie przeszkadzały w  szybkim pływaniu czy nurkowaniu. W końcu, posiniała z zimna dziewczyna, stwierdziła, że najwyższy czas wyjść z wcale nie najcieplejszej wody. Wciągnęła na mokre ciało ubrania i usiadła na samym środku polany, żeby wysuszyć się w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca. Jay włożył porzucone na trawie spodnie i usiadł przy niej. Jemu ani trochę nie było zimno. Ziewnął przeciągle, na brzuchu kładąc się w miękkiej trawie. Emi położyła się obok, z zainteresowaniem przyglądając się jego czarnym, opierzonym skrzydłom. Delikatnie dotknęła piór, przesuwając po nich palcami. – Coś ci się w nich nie podoba? – mruknął zrezygnowany. – Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu z leciutkim uśmiechem, błąkającym się na twarzy jak u porcelanowej lalki. – Uważam, że są wspaniałe. Tak bardzo zazdroszczę ci, że możesz latać, kiedy tylko zechcesz. Jaya znowu zaskoczyło stwierdzenie dziewczyny. Nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczał. Potem przyszło mu do głowy zupełnie inne zagadnienie. – Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał rozbawiony. – Jestem Jay Wairudo – przedstawił się dla porządku. – Emily Maria Morrington – przedstawiła się z promiennym uśmiechem dziewczyna – ale i tak od zawsze jestem Emi. – W takim razie miło mi cię poznać Emi – oznajmił zadowolony, że wreszcie poznał jej imię. Potem ziewnął przeciągle. Z bólu nie spał prawie przez całą noc. Przymknął oczy i nawet sam nie wiedząc kiedy, ogrzewany promieniami wiosennego słońca, odpłynął do krainy snów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy Jay otworzył oczy. Obudził się wypoczęty, ale równocześnie upiornie głodny. Przeciągnął się i usiadł. Rozejrzał się po skąpanej w półmroku polanie. Zaczął przeklinać się w duchu za nieostrożność. Spanie w Anduriańskiej puszczy nie mogło być dobrym pomysłem, chyba, że ktoś chciał się nigdy więcej nie obudzić. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy ujrzał kucającą na skraju polany Emi. Dziewczyna drapała po brzuchu jakieś stworzenie. Mimo doskonałego wzroku, Jay dopiero po chwili zorientował się, że jest to olbrzymi pająk. Na początku jego umysł zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Przeklął cicho. Momentalnie zmienił się w wilka i z groźnym warknięciem znalazł się tuż przy stworzeniu. Pająk był włochaty i czarny, dodatkowo swoją długością przewyższał wzrost dziewczyny, a Jay był przekonany, że jest to jedno z mniejszych stworzeń, które zwały ten las swoim domem. W odpowiedzi na warknięcie, pająk syknął wściekle. Wszystkie siedem par oczu zwróciły się w kierunku zagrożenia. Zanosiło się na walkę. Emi wstała z ziemi. – Jay, proszę, przestań – obrzuciła wilka błagalnym spojrzeniem. Bursztynowe oczy drapieżnika pociemniały. Przestać?! On miał przestać?! Przecież to nie on sprowadził podczas jej snu na polanę olbrzymiego pająka! Warknął jeszcze groźniej. Pająk zabulgotał, nastroszył się tak, że jego włochaty kadłub wyglądał teraz jak szczotka do czyszczenia butelek. Dziewczyna stanęła między nimi, tyłem do pająka. Potem uklęknęła między nimi, wyciągając dłoń, by dotknąć szarej sierści na pysku wilka. – Okazu, idź już – poprosiła cicho, najwyraźniej zwracając się do pająka. Czarna kula futra podniosła się na całą długość ośmiu cieniutkich nóg. Syknęła niezadowolona. Emi obróciła głowę i spojrzała na niego. Pająk obrzucił ją ostatnim, jakby tęsknym spojrzeniem i zniknął między drzewami, zupełnie tak, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna z powrotem utkwiła wzrok karmelowych oczu w wilku. Na jej porcelanowej, bladej twarzy wydawały się naprawdę wielkie, a w tym momencie także mocno zatroskane. – Gniewasz się na mnie za coś? – spytała łagodnie, przysuwając się bliżej wilka. Jay odskoczył jak oparzony. Poczuł się głupio. Z przykrością zdał sobie sprawę, że spośród dwóch drapieżników, to on był tym mniej oswojonym od głupiego pająka. Poza tym ogarnęło go niezrozumiałe uczucie zazdrości. Chciał mieć Emi tylko i wyłącznie dla siebie. Nie zamierzał się z nikim dzielić. Nawet z pająkiem. Z powrotem przybrał ludzką postać. – Nie – mruknął naburmuszony. – Po prostu jestem głodny. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Z płóciennej torby wyjęła zawiniątko. Usiadła na miękkiej trawie, sama otwierając drugie. Zaskoczony Jay niemal rzucił się na kanapkę. Uspokojony rozsiadł się wygodnie, tuż obok niej. Na niebie pojawił się już piąty z siedmiu księżyców. Chłopak westchnął. Zupełnie zaniedbał przygotowania do porannego treningu. Musiał poćwiczyć, jeżeli nie chciał na placu oberwać. Emi dostrzegła jego niepokój. – Wracamy? – zapytała cicho. Skinął głową. Skończyli jeść. Potem porwał ją w powietrze i zostawił tuż przed szkołą, na skraju lasu. Przez całą drogę zadowolony, ale jednocześnie lekko skonsternowany, obserwował jak bardzo dziewczyna zachwycona jest lotem. Kiedy postawił ją na ziemi, Emi uśmiechnęła się do niego promiennie. Wspięła się na palce, przytuliła się do niego. Stał niezdolny wykonać żadnego ruchu, gapiąc się na nią zaskoczony. – Dobranoc – powiedziała wesoło, odwróciła się i pobiegła w kierunku białego pałacu i jego majaczących w księżycowym świetle, pokrytych niebieską dachówką, wież. – Dobranoc – mruknął, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze, ale dziewczyna już nie była w stanie go usłyszeć. Rozdział VI To był pierwszy rok, który Emi spędzała w szkole, więc wszystko było dla niej zupełnie nowe i niesamowite. Przyzwyczaiła się już do większości rzeczy, ale dalej czuła się w tym miejscu wyobcowana. Zawsze też było coś, co potrafiło ją zaskoczyć. W szkole każdy ubierał się jak chciał, panowała w niej więc mieszanka mody praktycznie z całego świata. Były zarówno zgrzebne wełniane suknie, togi, jedwabie, różnobarwne chusty jak i zwykłe, bliskie śmiertelnikom jeansy czy mini spódniczki. Nikt tak naprawdę nie był w stanie się wyróżnić w kolorowym tłumie. Emi zazwyczaj wkładała to, w czym wygodnie było jej włóczyć się po lesie. Lubiła wyciągnięte swetry i długie tuniki w tonacjach brązu i zieleni. Właściwie nic specjalnego. Kiedy jednak rozpakowała przysłaną przez rodziców paczkę, wpadła w zachwyt jaki poczułaby każda dziewczyna w jej wieku. Mama wysłała jej przepiękną, liliową suknię, którą mogła założyć na bal z okazji Nocy Walpurgii oraz bardziej codzienną, jeansową spódniczkę podszytą warstwami białej koronki i niebieski, dobrany do kompletu sweterek. Emi po raz pierwszy od kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły poczuła się jak dorastająca dziewczyna, a nie spłoszony potworek, który dopiero co wybiegł z lasu. Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, zachwycona prezentem, włożyła nowe ubranie już następnego dnia rano. Jej pokój w zamku był niewielki, ale jasny i przytulny. Meble były w białym kolorze, zdobione malunkami kremowych kwiatów o przepięknych kielichach i jasnozielonych łodygach. Miała w nim łóżko, na którym trzymała całą piramidę mięciutkich poduszek, przestronną szafę, stolik z dwoma krzesłami i duże, wolnostojące lustro. Teraz przejrzała się w nim, z niesmakiem obserwując swoje potargane, brązowe włosy. Zaśmiała się sama z siebie. No tak, dzikim zwierzętom jej wygląd ani odrobinę nie przeszkadzał, dlatego tak rzadko do tego lustra zaglądała. Nic dziwnego, że wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę. Starannie rozczesała włosy drewnianą szczotką. Na boku zrobiła prościutki przedziałek. Nie spodobało jej się, więc z powrotem zaczesała je do tyłu. Teraz jednak znowu opadały na oczy i ramiona. Wyjęła z szuflady białą opaskę, którą dostała od Andre na szesnaste urodziny. Rzadko kiedy ją nosiła, ale do spódniczki i sweterka pasowała wręcz idealnie. Poza tym jej brat się ucieszy… o ile oczywiście w ogóle zauważy… Całości dopełniły białe rajstopy i wysokie, zamszowe buty. Emi z radosnym błyskiem w karmelowych oczach stwierdziła, że sama swojego odbicia nie poznaje w tym dużym, niezbyt często używanym lustrze. Ładnie ubrana i starannie uczesana, w świetnym humorze zeszła na śniadanie. Jak zwykle przyszła jako jedna z ostatnich. Po cichu zajęła swoje miejsce obok Andre. Brat spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Potem uśmiechnął się z przekąsem. – Nareszcie wyglądasz jak człowiek – stwierdził zadowolony. – Dzięki – burknęła Emi, wiedząc, że lepszego komplementu i tak nie mogła od niego usłyszeć. Przy śniadaniu jak zwykle dyrektorka, Hanna Rosenberg, monotonnym głosem zaczęła czytać ogłoszenia. Była to sroga, starsza kobieta, przywodząca na myśl jedynie pannę Minchin z „Małej Księżniczki” Francesa Burnetta. Emi czuła do niej niejaką nić sympatii. Kobieta należała do osób surowych, ale sprawiedliwych. W każdym sporze zawsze była gotowa wysłuchać obydwu stron. W pewnym momencie jej monotonny głos ożywił się odrobinę. – Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, za trzy tygodnie odbędzie się bal z okazji Nocy Walpurgii, święta złych duchów i wszystkich magicznych mocy. Doskonale wiemy, że magia tego święta to jedynie zabobon – napomknęła na wszelki wypadek srogim głosem – ale, tak jak przystało czarodziejskim rasom, będziemy kultywować starożytną tradycję i mam nadzieję, dobrze się przy tym bawić. Dzisiaj z tej okazji, dziewczęta z najmłodszych klas będą miały zajęcia łączone z uczniami z Czarnej Wieży – Emi zaczęła uważniej słuchać. Poczuła się jak głupiutka dziewczynka, mając irracjonalną nadzieję, na wspólną lekcję z Jayem. Miała olbrzymią ochotę na to, by znów go zobaczyć. – Illi’andin z arystokratycznych rodów będą wam towarzyszyć w nauce tańca – dziewczyna poczuła, że uchodzi z niej powietrze jak z pękniętego balonika. Sama nie wiedziała dlaczego poczuła taki zawód. Niewiele wiedziała o rasie demonów, jednego była jednak zupełnie pewna, Jay był wojownikiem, nie arystokratą. – Mam nadzieję dziewczynki, że będzie to dla was ciekawe doświadczenie i będziecie się dobrze dzisiaj bawiły – zakończyła ogłoszenia pani dyrektor. W sali rozległy się coraz głośniejsze szepty. Mimo odwiecznej nienawiści, czarodziejki zachłannie patrzyły na przystojnych, wysportowanych chłopców Illi’andin, zwłaszcza tych, którzy nie mieli skrzydeł, przez co wyglądali zupełnie jak ludzie. Teraz, w nowej epoce, stanowili naprawdę łakome kąski. Nie jedna marzyła o romantycznej miłości czy choćby balu spędzonym w ramionach księcia demonów. Illi’andin nie posiadali własnych kobiet. Od wieków mieli umowę zawartą z driadami. Wspólnie płodzili dzieci, w lesie nimf zostawały wszystkie dziewczynki, a oni do siebie zabierali chłopców. To była dobra umowa, jednak nie wystarczająca. Driad na świecie było coraz mniej, ponieważ umierały tak, jak przestawały istnieć, brutalnie wyniszczane przez ludzi, ich drzewa. Emi poczuła na ramieniu rękę brata. Spojrzała pytająco w karmelowe oczy Andre. – Będziesz na siebie uważała siostrzyczko? – poprosił. Dziewczynę złościło, że ciągle traktuje ją jak małe dziecko, nie potrafiła mu jednak mieć tego za złe. W końcu od zawsze się o nią troszczył. Zmusiła się do pogodnego uśmiechu. – Pewnie, że będę – odpowiedziała wstając od długiego stołu i własnego, niedojedzonego śniadania. Zupełnie straciła apetyt. – Idę się przejść – rzuciła cicho i nie niepokojona przez nikogo, wyszła z jadalnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ranek był pogodny i ciepły. Emi przed zajęciami chciała się chociaż trochę przewietrzyć. Kiedy wyszła z zamku, wbrew sobie, wiedziała już dokąd pójdzie. Po kilkunastu minutach spaceru siedziała już na szerokim, otaczającym chwilowo pustą arenę murze. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że wcale nie jest sama przy placu ćwiczeń. Przy szerokim murze zaczęły pojawiać się dziewczęta w różnym wieku. Otoczyły arenę wianuszkiem, co chwilę zerkając w dół. Chichotały i rozmawiały ze sobą zadowolone, pełnymi przejęcia i zachwytu głosami. Emi zauważyła z ciągle rosnącym zdumieniem, że w pewnym oddaleniu od czarodziejek stoją nawet pracujące w pałacu służące, tak samo niecierpliwie i z przejęciem zerkając na plac ćwiczebny. Po chwili na placu pojawili się Illi’andin. Dziewczyna z rozbawieniem zdała sobie sprawę, jak chłopcy udają, że nic nie robią sobie z obecności zachwyconych obserwatorek, jednocześnie popisując się przed nimi jak tylko mogli. Tak niewiele różnili się od dzieci czarodziei! Emi obserwowała ich równie uważnie, co pozostałe dziewczęta, jednak ona wypatrywała konkretnego celu. Czarodziejki rozpływały się nad ich gibkimi i smukłymi, ale w pełni wyćwiczonymi ciałami. Chłopcy byli nadzy od pasa w górę, co wzbudzało tylko jeszcze większy zachwyt. Opaleni byli równą, powstałą po długotrwałych ćwiczeniach na powietrzu, opalenizną. Zauważyła, że jedynie nieliczni młodzi wojownicy mają skrzydła, a do tego żadne nie przypominały skrzydeł Jaya. Wszystkie były pokryte błoną, jak u nietoperzy,  a kolor miały nie czarny, a szary lub błotniście brązowy. Większość Illi’andin wyglądała po prostu jak ludzie. Dobrali się w pary i pod okiem złowrogo wyglądającego wojownika, z podłużną blizną na policzku, rozpoczęli ćwiczenia. Dopiero wtedy zauważyła Jaya. Stał razem z czterema innymi chłopakami o czarnych jak noc, pokrytych piórami skrzydłach. Nie przyłączyli się do ćwiczeń. Dopiero po dłuższej chwili, do stojącej samotnie grupy podszedł odziany na czarno mężczyzna. Wówczas i oni zaczęli trening. Emi nie była w stanie dostrzec ich ruchów. Były zbyt szybkie, zamazywały się przed jej oczami. Po rozgrzewce dostali broń. Nie ćwiczebną, jak pozostali, a prawdziwą, ostrą stal. Dziewczyna obserwowała trening z zapartym tchem. To było coś niesamowitego. Wyglądało jak prawdziwa walka, taka na śmierć i życie. Unosili się w powietrzu, robili salta i uniki. W pewnym, burzliwym momencie Emi zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. Zachłannie zaczerpnęła powietrza. Walczący na arenie Jay odwrócił głowę, spojrzał na nią. Ich oczy na chwilę się spotkały. Jego przeciwnik natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi. Powalił chłopaka na ziemię. Jay z warknięciem poderwał się na nogi, ale wyraźnie nie potrafił się skupić na toczonej zawzięcie walce. Co jakiś czas zerkał w kierunku dziewczyny, za każdym razem obrywając za to bezlitośnie. Emi zdała sobie sprawę, że otaczające ją dziewczęta zaczynają się zbierać. Spojrzała na słońce. Nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie, dzielące śniadanie od zajęć godziny. Z żalem oderwała wzrok od kocich, pełnych gracji ruchów Jaya. Walka Illi’andin wyglądała jak taniec. Dziewczyna, z zachwytem, uświadomiła sobie, ze była prawdziwą sztuką. Niechętnie wstała, zsuwając się z muru i w ślad za innymi, powlekła się w kierunku szkolnych sal. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, Emi zawsze udawało się spóźniać. Nie robiła tego specjalnie, tak po prostu wychodziło, samo z siebie. Teraz, kiedy dotarła wreszcie na korytarz prowadzący ku wielkiej sali, na zajęcia z savoir vivre, oczywiście również była spóźniona. Zaskoczona stanęła w przejściu. Po obu stronach korytarza, pod ścianami ściskały się dziewczęta. Przez środek przejścia natomiast rozciągała się pulsująca błękitną poświatą bariera magiczna. Jak niby ona miała przecisnąć się przez ten tłum do wielkiej sali?! Zadanie zakrawało na niewykonalne. Czego one tu wszystkie chcą?! Kiedy zaczęła się przepychać pomiędzy warczącymi na nią czarodziejkami, odpowiedź przyszła sama. W ogrodzonym magiczną barierą przejściu pojawili się Illi’andin. Siedmioro młodych chłopaków i starszy, poważnie wyglądający, ale pełen gracji i dostojeństwa nauczyciel. Szli spokojnie, nie rozglądając się ma boki. Na ich twarzach malowała się obojętność. Emi wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami, jak reszta dziewczyn. Oni byli po prostu cudowni! Równie dobrze mogliby być aniołami, o dziwo brakowało im tylko skrzydeł. Mieli na sobie białe, idealnie skrojone mundurki, z drogiego materiału. Większość musiała być mniej więcej w wieku jej brata, ale dwóch było też wyraźnie młodszych. Nie można było jednak w żadnym razie powiedzieć, żeby wyglądali smarkato. Emi oderwała od nich wzrok. Rozejrzała się po twarzach oczarowanych dziewcząt. Wyglądało to tak, jakby tylko ona była w stanie zignorować ich urok. Miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie, musiała w jakiś sposób dotrzeć do wielkiej sali. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie będzie to łatwe. Bariera, która dzieliła korytarz na trzy części była jak szklana tafla akwarium, zupełnie nie do przebycia. Zaczęła przepychać się dalej, tworząc w ten sposób harmider i nieprzyjemne zamieszanie. Stojące do tej pory w miarę spokojnie dziewczyny, zaczęły się nawzajem popychać. Emi została przyciśnięta do niebieskiej poświaty bariery, jednak zamiast się na niej zatrzymać, poczuła jakby przechodziła pod strumieniem wody. Popchnięta przez którąś z czarodziejek, upadła na kamienną posadzkę na środku korytarza, tuż za przechodzącymi środkiem Illi’andin. Zaczęła przeklinać w duchu. W oczach stanęły jej łzy. Teraz już na pewno będzie pośmiewiskiem całej szkoły. Bariera najwyraźniej miała ją przepuścić, pewnie dlatego, że powinna być już dawno w wielkiej sali. Idący na samym końcu chłopak zatrzymał się. Odwrócił w jej stronę. Na jego obojętnej do tej pory twarzy pojawił się blady uśmiech. Świetnie, tylko tego jeszcze mi brakowało, pomyślała Emi, żeby dodatkowo oni się ze mnie nabijali. Zdziwiła się, kiedy podszedł do niej, podając jej rękę. Zaczerwieniła się wściekle, ale pozwoliła mu pomóc sobie wstać. Poczuła na plecach żar zazdrosnych spojrzeń. Usłyszała ciche westchnienia. Chłopak zachowywał się jakby świat za barierą nie istniał, postanowiła więc, że zrobi dokładnie to samo. – Dziękuję – odezwała się cicho, walcząc ze sobą, żeby nie wlepić w niego cielęcego wzroku. Był po prostu idealny. O głowę wyższy od niej, smukły i odrobinę blady, ale to tylko dodawało mu uroku. Złote kosmyki niesfornie opadały mu na czoło. Duże, niebieskie oczy miał okolone ciemnymi rzęsami. Wiedziała, że bez trudu, mogłaby utonąć w ich głębi. – Masz teraz z nami zajęcia? – spytał kiedy stanęła przy nim. Jego tenor był miękki i aksamitny. Brzmiał jak pieszczota. Chwilę zajęło zanim dotarł do niej sens jego słów. Onieśmielona skinęła głową. – Nazywam się Damien Nataniel Hayazaki – przedstawił się ponownie podając jej dłoń. – Emily Maria Morrington – odpowiedziała mechanicznie dziewczyna. – Miło mi cię poznać, Emily – obdarzył dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała. Kolana się pod nią ugięły, z trudem utrzymała się na nogach. Zagryzła zęby, nie miała zamiaru na oczach wszystkich zamienić się w galaretę. W miarę spokojna, poszła u jego boku, znikając z pola widzenia rozczarowanych czarodziejek w wielkiej, balowej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że w sali było ich tylko dwanaście. Ona i jej koleżanki z pierwszego roku. Kiedy tylko weszli do środka podeszła do nich, stając przy fortepianie w rogu olbrzymiej komnaty. Wszystkie wyglądały na bardzo podekscytowane. Zauważyła, że to same czarodziejki, ze starych, szanowanych rodów. Nie było wśród nich żadnych dziewcząt półkrwi. Ukłuło ją nieprzyjemne dotknięcie niesprawiedliwości. Więc te zajęcia miały być poczytywane jako swoistego rodzaju zaszczyt. No cóż, rozejrzała się po twarzach koleżanek, one na pewno tak to traktowały. Lekcję prowadziła pani dyrektor we własnej osobie. Przez chwilę rozmawiała przyciszonym głosem z nauczycielem Illi’andin. Emi rozbawiło, że obydwoje mają iście greckie, orle nosy, podczas gdy jednak twarzy mężczyzny dodawało to dostojeństwa i uroku, u starszej, eleganckiej kobiety, wyglądało to po prostu srogo. Nie dziwiła się, że wszyscy się jej naprawdę bali. Dziewczyny szturchały się nawzajem, cicho komentując stojących naprzeciwko chłopaków. Obojętność na ich twarzach zastąpiły aroganckie uśmiechy. Patrzyli na nie z góry, jakby były czymś gorszym. Emi była przekonana, że czarodziejki w ogóle nie zdają sobie sprawy z tych nieprzyjemnych spojrzeń. Mimowolnie spojrzała w kierunku Damiena. Zauważył jej wzrok. Uśmiechnął się do niej leniwie. Wyglądał na mocno znudzonego, ale w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Za to właśnie go polubiła. Po chwili narady między nauczycielami rozpoczęły się zajęcia. – Nazywam się Hanna Rosenberg – przedstawiła się pani dyrektor na użytek Illi’andin – jestem zwierzchniczką Białego Pałacu, a to – wskazała dostojnego mężczyznę, w średnim wieku – Robert Del’rante, nauczyciel manier i tańca z Czarnej Wieży. Dzisiejsze zajęcia będą wyjątkowe, ponieważ przygotowujemy się na bal, który stanowi połączenie dwóch kultur. Proszę, dobierzcie się w pary, będziemy ćwiczyć Wiedeńskiego Walca. Ponieważ chłopców jest mniej, dwie pary będą czysto damskie, a prowadziły będziecie na zmianę. Jest was nieparzysta liczba, więc jedna z dziewcząt tańczyła będzie ze mną. Ruszajcie się, szybko, nie mamy czasu – ponagliła nauczycielka zaskoczoną młodzież. Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, była przekonana, że to właśnie jej przypadnie taniec z dyrektorką. Illi’andin przez chwilę rozmawiali między sobą, a potem z kocimi uśmiechami podeszli wybierać dziewczyny. Zdziwiła się, kiedy Damien podszedł bezpośrednio do niej. – Zatańczysz? – spytał uprzejmie. Skinęła głową, ponieważ nie była pewna własnego głosu. Rozpoczęły się zajęcia, a Emi nic nie widziała wokół siebie. Umiała tańczyć, ale z pewnością nie tak jak on. Prowadził jednak tak genialnie, że niemal płynęła w jego ramionach. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Nie słyszała surowego głosu pani Hanny i cichych, ale stanowczych porad pana Roberta. Była tylko ona i tańczący z nią Damien. Wszystko działo się jak we śnie. Dwie godziny zajęć upłynęły zbyt szybko. Chłopak pożegnał się z nią grzecznie i odszedł razem z resztą swojej grupy. Przez cały dzień nie potrafiła skupić się na niczym innym. W umyśle widziała jedynie niebieskie, roziskrzone oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość. W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?! – Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby. Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi. – Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic. – Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany. Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu. – O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia? – Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem. Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona. – Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. – Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. – No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego. Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął. – Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie. – Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła. Spojrzał na nią. – Ty naprawdę nie wiesz? – Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób… nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi. Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył. – Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko. Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie. – Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie. – Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej. Rozdział VII Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział… odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej. Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka. Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi’andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del’rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba. Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle. – Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem. – O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie. – Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie. Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste. – Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej. – Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington. Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął. – To niewykonalne – powiedział niepewnie. – Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz… James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu. – Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał. – Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał. – Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa! Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno. – Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie. – Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?! – Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać. – Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre. – Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować? Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya. – Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona. – Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać. – Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi. Wzruszył ramionami. – Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz. Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej. – Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony. – Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona. Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć. – Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach. Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało. – Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem. Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem. – Dlaczego? – zapytał prostolinijnie. Emi miała ochotę go udusić. – Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś… – warknęła na chłopaka. – Świetnie, w takim razie teraz zapraszam – rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa. – Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej. Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości. – Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho. – Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy. – Dlaczego? – warknął na nią. – Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko. Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo. – Lubisz mnie? – zapytał. Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem. – Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością. – Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony. Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat. – Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko. Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła. – Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie! Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay… – Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili. Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego. – W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy. Rozdział VIII Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi’andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu. – Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami. – To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego. Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości. – Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową. – Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del’rante, nauczyciela manier i tańca Illi’andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?! – Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie. Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi’andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił. – Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del’rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem. – Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił. Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi’andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie? – Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie. Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie… to była jego zwykła codzienność. – Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi. Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs. – To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem. Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej. – Dlaczego? – zapytała spokojnie. – Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem. Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić. – Poznaliśmy się, na początku tygodnia… – stwierdziła wzruszając ramionami. – Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni… – westchnął cicho. Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać. – Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka. – Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze. Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule. – Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi… Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją. – Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności… ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą. Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem”. Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi’andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Gdy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy. Rozdział IX Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową” ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą. Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie… Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi’andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi’andin.  Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę. – Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem. – Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek. Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała… To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami. – Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu. Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka. – Damien, proszę… ja naprawdę muszę tam iść… Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona. – Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to? Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi’andin. Niechętnie skinęła głową. – Damien… – zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya. Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce. – Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to? Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że… Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu. – Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya. Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny. – W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki. Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę. Rozdział X Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu… Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że… Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał. – Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny. – Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia. Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek. – Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii… To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni. Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały. – Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę. Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść. – Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco. Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą. – Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze. – Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał. Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie. – Płoń – rozkazał stanowczo. Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona. – Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat? Chłopak roześmiał się. Magia Illi’andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy. – Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę. Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała  nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien. Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi’andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze. – No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych. – Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur. Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem”, ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi… Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi’andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani. – O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob. – Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu. Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem. Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko. – Nic ci nie jest? – zapytał z troską. Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał. – Chodź – mruknął. Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę. – Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne. – Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko. Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej. – I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł. Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło. – Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. – Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie. Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu. – Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien szedł przez Czarną Wieżę jak burza. Wszyscy schodzili z drogi na widok jego gradowej miny. Czuł strach, nie pamiętał kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Nie było go tylko przez godzinę, a ona w tym czasie zdążyła już zniknąć! To nie było bezpieczne, nie chciał nawet myśleć, co może się jej stać. Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi na szóstym piętrze i bez pukania wszedł do środka. Tylko tutaj mógł szukać pomocy. – Jay, potrzebuję… – zaczął, ale w jednej chwili zamilkł. Zamknął za sobą drzwi i stanął jak wryty. Na łóżku Jaya leżała Emi, a jego przyjaciel tulił ją w swoich objęciach. Więc posunąłeś się aż tak daleko, przyjacielu? Zdecydowanie zbyt daleko! Cokolwiek łączyło do tej pory tą dwójkę, dla ich własnego dobra, jak najszybciej będzie musiało zniknąć. Maska obojętności i leniwy, arogancki uśmiech natychmiast wpłynęły na twarz Damiena. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Oparł się o stojący pod ścianą stolik i czekał. Spojrzeli na niego zaskoczeni. Emi zaczerwieniła się uroczo, usiadła. Jay spojrzał z żalem na dziewczynę, która zwinnie wyplątała się z jego ramion. – Damien, przepraszam, że wyszłam – zaczęła cicho – musiałam… – ale Jay nie pozwolił jej dokończyć zdania. Gwałtownie zerwał się z łóżka. W jego bursztynowych oczach pojawiła się złość. – Więc to ty jesteś jej opiekunem?! – warknął na przyjaciela. Brutalnie złapał go za poły eleganckiej koszuli. – Jak mogłeś puścić ją samą?! Odwaliło ci?! Wyobrażasz sobie co mogło się stać?! Blondyn obrzucił swojego prześladowcę lodowatym spojrzeniem. Ogarnął go zimny gniew. Gdyby stał teraz przed nim ktokolwiek inny niż Jay, w ułamku sekundy pożegnałby się z życiem. – Nigdy nie pozwoliłem jej wyjść – odezwał się chłodno. – Zostałem wezwany przed radę. Była tylko przez chwilę sama i od razu mi zwiała. – Mogłeś pilnować jej lepiej – syknął Jay. – Jackob się właśnie do niej dobierał, kiedy ją znalazłem. Damien drgnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go słowa przyjaciela obeszły. Chciał cos powiedzieć, ale tym razem przerwała im Emi. Podeszła do nich. Swoimi drobnymi dłońmi odgięła, zaciśnięte kurczowo na eleganckiej koszuli, palce Jaya. Stanowczo odepchnęła chłopaka i stanęła między nimi. Damien patrzył na nią z pobladłą twarzą. Był przekonany, że żeby ją ochronić naprawdę będzie musiał skrzywdzić przyjaciela. Jay jednak posłusznie dał się odsunąć, zupełnie jak skarcony psiak. – Przestańcie, obydwaj – poprosiła dziewczyna, w jej głosie była jednak moc i stanowczość. – To moja wina, przepraszam was, że musieliście się o mnie martwić. Damien, przepraszam, że wyszłam. Mówiłam ci, że muszę iść do lasu, ale nie dałeś mi dokończyć, nie pozwoliłeś powiedzieć dlaczego – westchnęła. – To była jedyna okazja, kiedy mogłam znaleźć Jaya. Chciałam go przeprosić za to, że mnie nie było no i bałam się, że będzie się o mnie martwił. Damien w jednej chwili się opanował. Nie do końca był pewien co się tutaj dzieje, ale skoro Emi była bezpieczna, dalej toczyła się gra. – Bałem się o ciebie, nie strasz mnie w ten sposób nigdy więcej – powiedział łagodnie, obejmując ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego ufnie. Jay wytrzeszczył oczy. Warknął. Wtargnął między Emi, a Damiena, odpychając ich od siebie. Stanął zasłaniając sobą dziewczynę. – Nie dotykaj jej – syknął. Damien starał się powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech. Jay najwyraźniej nie miał bladego pojęcia jak się przy niej zachowywać. Na wszelki wypadek przygotował osłonę dla siebie i Emi. Nie zawiódł się na dziewczynie. Kopnęła chłopaka z całej siły w piszczel. W bursztynowych oczach Jaya mignęła złość. Damien nie mógł wyjść z podziwu, że jego przyjaciel mimo wszystko panuje nad sobą i nawet nie próbuje oddać dziewczynie. – Nie jestem twoją lalką! – wrzasnęła na niego. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie! Pomogłeś mi, za co jestem ci bardzo wdzięczna, ale to nie czyni mnie twoją pieprzoną własnością! Damien obserwował z rosnącym zdumieniem, jak gniew w oczach Jaya zamienia się w niezrozumienie, a potem rozgoryczenie i smutek. Skulił się w sobie, odsunął. – Masz rację – powiedział cicho, spuszczając głowę. Blondyn zagryzł zęby. Chciało mu się wyć. Dlaczego jego porywczy, impulsywny przyjaciel w ten sposób na nią reaguje?! Czemu zrobił jedyną rzecz, która mogła uratować tę sytuację?! Był dziki, drapieżny, jeżeli trzeba było, potrafił być okrutny i sadystyczny, a zachowywał się jak zbity psiak! Cała złość zniknęła z twarzy Emi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podeszła do Jaya. Dotknęła dłonią jego policzka. Odgarnęła mu z twarzy niesfornie opadające na oczy kosmyki. – Jay, przepraszam, ja nie chciałam… – szepnęła. – Po prostu strasznie nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. Nie gniewaj się na mnie, proszę. Tym razem to Damiena roznosiło w środku. Stał jednak spokojnie, masochistycznie przyglądając się sprawiającej mu ból scenie. Bursztynowe oczy spojrzały na Emi ponuro. Chłopak odsunął od siebie jej rękę. Nie skomentował. – Kiedy zdążyłeś zapisać się do programu? – zadał pytanie, zwracając się do Damiena, zupełnie jakby starał się zignorować obecność dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kwadrans później siedzieli w eleganckim salonie Damiena na siódmym piętrze Czarnej Wieży. Jay nosił w sobie jakieś bardzo nieprzyjemne, przykre uczucie.  Nie był tylko do końca pewien co to takiego. Emi siedziała skulona w jednym z obitych zielonym aksamitem foteli, Damien usiadł naprzeciwko niej, a on sam rozwalił się wygodnie na kanapie. Nie był do końca przekonany, czy ta rozmowa ma szansę mu się spodobać. Poza tym wolałby być bliżej Emi, ale nie pozwalała mu na to własna duma. – Znamy się z Emi od wczesnego dzieciństwa – kontynuował Damien – nie mogłem uwierzyć, kiedy poczułem na tobie jej zapach, ale ty oznajmiłeś mi, że to „nic takiego” – powiedział z wyrzutem. – W każdym razie, kiedy dowiedziałem się, że jej rodzice życzą sobie, żeby wzięła udział w wymianie, nie mogłem pozwolić, żeby trafiła do kogoś innego. Tyle. Teraz twoja kolej na opowiadanie – mruknął. Jay stwierdził, że to go odrobinę uspokoiło. Dalej gniewał się na Emi, ale przynajmniej nie zżerała go już z taką siłą zazdrość, a nawet zaczął się cieszyć, że Damiena i Emi łączy jakaś nić przyjaźni, bo wspólnie będzie łatwiej ją chronić. Nieprzyjemnie brzmiały mu tylko w głowie słowa dziewczyny sprzed kilku dni, kiedy oznajmiła mu „już jestem z kimś umówiona” gdy oznajmił jej, że idą razem na szkolny bal. Teraz był pewien, że tym kimś jest właśnie Damien. – Właściwie nie ma o czym – mruknął Jay. – Nie powiedziałem ci, że spotkałem Emi, bo wiem jak bardzo nienawidzisz ludzi. Przez twarz Damiena przemknął gniew, chłopak jednak szybko się opanował. Dziewczyna pojrzała zaskoczona. Jay zdał sobie sprawę, że powiedział coś nie tak. Wyglądało na to, że przyjaciel z jakiegoś powodu ukrywał przed nią ten fakt. – Wszyscy Illi’andin nienawidzą ludzi – odpowiedział na pytające spojrzenie Emi Damien. – Jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak naprawdę niewielu myśli inaczej. Zresztą ludzie, a zwłaszcza czarodzieje, też nas nienawidzą. Opowiadaj dalej Jay – powiedział z naciskiem. Chłopak nie wiedział, dlaczego Damien nie mówi Emi prawdy, nie miał jednak zamiaru narażać się na jego gniew, kontynuując tę dyskusję przy dziewczynie. Porozmawiają o tym później. – Szukałem dobrego terenu do polowań, bawiłem się w kotka i myszkę, z grupą magów, byłem nieuważny i wpadłem w sidła. Nie chciałem stracić ręki więc w nich siedziałem, nie mogąc się przemienić – Jay opowiadał jakby zdawał suchą, wojskową relację. – Pojawiła się Emi, uwolniła mnie. Następnego dnia natknąłem się na tą idiotkę – w tym miejscu pierwszy raz w głosie chłopaka pojawiły się jakiekolwiek emocje –  na wybranym na łowy obszarze. Zabrałem ją stamtąd. W sumie to wszystko. Jay nie miał ochoty zdradzać przyjacielowi, ani nikomu innemu żadnych więcej szczegółów. Emi uśmiechnęła się nieśmiało. – Skoro już to sobie wyjaśniliście, to może pójdziemy na zajęcia? – zapytała zwracając się do Damiena. – Ja zawsze się spóźniam, ale chyba nie wypada… Jay przeklął, zerwał się z kanapy. Dla niego kara za spóźnienie byłaby przykra, o tym co czekałoby Damiena wolał nawet nie myśleć. – To na co czekacie? – warknął na nich. – Odprowadzę was i odbiorę, tak na wszelki wypadek – mruknął patrząc ponuro na przyjaciela. Chłopak wstał. Przeczesał palcami jasne włosy. Po raz pierwszy tego dnia obdarzył Jaya bladym uśmiechem wdzięczności. Doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka za spóźnienie i nie był pewien czy jeżeli dostanie „karę” będzie w stanie zaopiekować się Emi. Od kiedy tylko obaj pojawili się w szkole, byli boleśnie uzależnieni od swojej bezwarunkowej przyjaźni. Rozdział XI Emi pierwszy raz od kiedy opuściła hol Czarnej Wieży miała okazję zobaczyć swoje koleżanki. Większość z nich wyglądała na mocno wystraszone. Potulnie słuchały swoich nowych opiekunów. Kilka jednak uśmiechało się promiennie, z dumą i nonszalancją. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że to te, które stoją obok chłopaków, z którymi mieli lekcję tańca. Arystokraci Illi’andin najwyraźniej traktowali je znacznie lepiej od wojowników. Emi była naprawdę wdzięczna losowi, że trafiła właśnie na opiekującego się nią Damiena. Wspólne zajęcia okazały się wyjątkowo nudne. Słuchali sztandarowych przemówień nauczyciela na temat polityki i nowożytnej historii. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Wyglądało to niemal tak, jakby opiekunowie chcieli sprawdzić, czy czarodziejki po dobie spędzonej w towarzystwie Illi’andin w dalszym ciągu żyją. Mężczyzna oschłym głosem zawiadomił ich, że następnego dnia po południu zaplanowana jest wycieczka do jednego z pobliskich miast, a potem kazał im się rozejść. – Hayazaki, ty i twoja podopieczna zostajecie – rozkazał na koniec. Emi niemal namacalnie mogła wyczuć niepokój Damiena, jego twarz była jednak nieprzeniknioną maską. Kiedy wszyscy wyszli, nauczyciel zwrócił się bezpośrednio do nich. – Złamaliście regulamin, poniesiecie tego konsekwencje. Za takie wykroczenie karą jest zielony. Podejdźcie tu, obydwoje – rozkazał obojętnie. Dziewczyna wstała, żeby wykonać polecenie nauczyciela, ale Damien zagrodził jej drogę. – Żartujesz, prawda? – zwrócił się niegrzecznie do nauczyciela. – Ona nie jest jedną z nas! – oznajmił stanowczo. – Nasze prawo jej nie dotyczy. – Teraz mieszka w Czarnej Wieży, więc jej także dotyczą nasze reguły – oznajmił sucho mężczyzna, był w średnim wieku i wyglądał raczej nijako niż dostojnie, jak większość Illi’andin. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. Najwyraźniej karanie uczniów sprawiało mu niekłamaną przyjemność. – Emi wyjdź – powiedział cicho Damien. – Jay czeka na zewnątrz. – Jak śmiesz! – zaczął mężczyzna, ale wystarczyło jedno spojrzenie w lodowato zimne oczy Damiena, żeby się zamknął. – Dobrze, niech dziewczyna wyjdzie – pozwolił niechętnie. Przestraszona, nie rozumiejąca co właściwie przed chwilą się stało, Emi wyszła z sali, wpadając prosto w ramiona czekającego na zewnątrz Jaya. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Emi zniknęła za drzwiami, Damien posłusznie podszedł do biurka nauczyciela. Mężczyzna trząsł się z nieskrywanej złości. Z szuflady wyciągnął drewnianą skrzynkę. Z nienawiścią spojrzał na chłopaka. – Za impertynencję twoja kara wzrosła do czerwonego – oznajmił uśmiechając się z satysfakcją. Chłopak stał spokojnie, wpatrując się w niego chłodnym wzrokiem. Obojętność i znudzenie na jego twarzy przyprawiały mężczyznę o gęsią skórkę. Otworzył pudełko, w którym na aksamitnym materiale, rzędem leżały pojemniki z kolorowymi płynami. Wyjął ten z czerwonym. Z drugiej szuflady wyciągnął strzykawkę, napełnił ją kolorową cieczą, założył igłę. Damien ze stoickim spokojem podwinął rękaw koszuli i podał mu rękę. Próbował już wszystkich i czerwony wcale nie był z nich najgorszy. Kiedyś, gdy uleczył plecy Jaya po chłoście, za karę podali mu czarny. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Nauczyciel z dużą wprawą wbił igłę w żyłę chłopaka. Damien czuł, jak płyn wsącza się w jego ciało paląc żyły żywym ogniem. Nie zmienił jednak obojętnego wyrazu twarzy. Nie zamierzał dawać temu mężczyźnie satysfakcji. – Czy to już wszystko? – zapytał, kiedy tamten skończył. Nauczyciel skinął głową, starannie zamykając drewnianą skrzynkę. – Tak, możesz już odejść – powiedział niechętnie. Damien odwrócił się i wyszedł, zaraz za drzwiami opierając się o zimną, kamienną ścianę. Bolało jak cholera, ale to nie to było karą. Pieczenie było jedynie efektem ubocznym. Wiedział, że czeka go naprawdę paskudna noc. Co gorsza, znaczyło to, że będzie musiał zostawić Emi sam na sam z Jayem, co ani odrobinę mu się nie uśmiechało. Odetchnął głęboko i ruszył przed siebie korytarzem. Zaskoczony przystanął, kiedy za rogiem, w jednej z wnęk, wyłożonego surowym kamieniem, korytarza zobaczył czekających na niego przyjaciół. Emi natychmiast przypadła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Dużo wysiłku woli kosztowało go, żeby się nie skrzywić. Całe jego ciało płonęło, dotyk dziewczyny sprawiał mu tylko dodatkowy ból. Przytulił ją do siebie delikatnie. Jay jednak wiedział. Podszedł i stanowczo odciągnął ją od przyjaciela. – Czerwony – odpowiedział niechętnie Damien na pytające spojrzenie przyjaciela. – Mogę spać dzisiaj u ciebie? – spytał niemal błagalnie. To było najlepsze co przychodziło mu w tym momencie do głowy. Nie był w stanie zbyt jasno myśleć. – Zgoda, gdzie mam ją zabrać? – zapytał Jay. – Do mnie – mruknął niechętnie Damien. – Nikt nie będzie wam przeszkadzał. Założyłem osłony. Emi chciała coś powiedzieć, ale Jay jej na to nie pozwolił. Obrzucił przyjaciela współczującym spojrzeniem i pociągnął protestującą dziewczynę w stronę kamiennych schodów. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po kwadransie i zawziętej szarpaninie znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Dopiero kiedy zamknęły się za nimi solidne, drewniane drzwi, Jay zdecydował się puścić wkurzoną, wyrywającą się mu dziewczynę. Natychmiast się ku nim rzuciła. W ułamku sekundy zagrodził jej drogę. – Możemy się tak bawić przez całą noc – westchnął znużony. – Tylko czy naprawdę musimy? – Dlaczego nie chcesz mnie puścić do niego? – spytała łamiącym się głosem Emi. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co się dzieje, ale wiedziała, że jest to coś bardzo niedobrego. – Nie widzisz, że on sobie tego nie życzył? – warknął na nią. Dziewczyna odsunęła się od drzwi. Usiadła na dywanie pod kanapą. Skuliła się oplatając ramionami kolana. W jej oczach zalśniły łzy. – Co mu jest? – szepnęła cicho. Jay westchnął. Usiadł koło niej obejmując czarodziejkę ramieniem. Pozwoliła mu na to, potrzebowała tego. Wtuliła się w niego ufnie, jak mała dziewczynka. Chłopak wyraźnie zastanawiał się co i ile jej może powiedzieć. – Illi’andin dzielą się na trzy klasy społeczne – zaczął. – Są senshi, skrzydlaci i arystokracja. Wszyscy jesteśmy wojownikami, ale każdy walczy inaczej. Ponieważ nasza szkoła, to coś jakby koszary, panuje tutaj surowa dyscyplina i za każde przewinienie są kary. Są one jednak zależne od klasy do której się należy. Senshi od zwykłych ludzi różnią się tylko swoją siłą i szybkością. Dla nich podstawową karą są dodatkowe ćwiczenia fizyczne, za naprawdę ciężkie wykroczenie karani są chłostą. Skrzydlaci są sprawniejsi w walce, nasze rany szybciej się goją, każdy z nas ma swoje zwierzę, którego postać potrafi przybierać. Cokolwiek wbrew regulaminowi byśmy nie zrobili, dostajemy razy. Arystokraci mają najgorzej. Nie dorównują nam siłą ani kondycją fizyczną, dopóki nie zmienią się w swoją drugą postać. Za to władają magią, są więc najbardziej niebezpieczni. Nauczyciele się ich boją, najczęściej boją się ich również właśni ojcowie, tak jak w przypadku Damiena – uśmiechnął się smutno. – W każdym razie dyscyplinarnie karani są za wszystko, co tylko znalazło się choćby odrobinę za wyznaczoną przez regulamin linią. Gdyby dostawali chłostę, ich obrażenia goiłyby się tak samo wolno, co u ludzi. Dlatego powstał inny system. Podają im narkotyki o różnych właściwościach. System działa o tyle dobrze, że żaden z nich nie popełni z własnej woli najmniejszego nawet wykroczenia. Musiałby być naprawdę zdesperowany. Tak jak Damien dzisiaj, pomyślała Emi. Słuchała tego co mówił Jay z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie. – U nas, jeżeli ktoś coś przeskrobie, to zostaje po lekcjach – powiedziała cichutko. Niewiele mijało się to z prawdą, ponieważ kary w Białym Pałacu polegały zazwyczaj na pomocy wyznaczonym nauczycielom w wolnym od zajęć czasie. Jay prychnął, z trudem powstrzymał się od śmiechu. – Nie martw się, nic mu nie będzie – mruknął, a dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej. – Rano będzie z nim już wszystko w porządku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien dotarł do drzwi pokoju Jaya, w swoich żyłach czuł już tylko płynny ogień. Zdjął z siebie drażniące nadwrażliwą skórę ubranie. Z niemałym trudem położył się na twardym łóżku. Zwinął się w ciasny kłębek. Oddychał powoli, myśląc tylko o tym, żeby nie zasnąć. Wiedział, że wtedy będzie tylko jeszcze gorzej. W końcu jednak przegrał walkę z płynącym w jego żyłach narkotykiem i zapadł w krótki, niespokojny sen. Czerwony płyn był wyciągiem z liści narumi, rzadkiej rośliny spotykanej jedynie w północnych lasach Dareshi, połączonym z jadem mirwińskich jaszczurek. Oprócz bólu który powodował, przywoływał także senne koszmary. Damien obudził się z zupełnie zaschniętym gardłem, nie miał jednak siły wstać, żeby napić się wody. Drżał na całym ciele. W przerażającym, nazbyt realnym śnie, wielokrotnie widział jak zabija Jaya. Ból powrócił. W swoich żyłach znów poczuł płynny ogień. Po kilku, wlokących się w nieskończoność minutach, ponownie zapadł z niespokojny sen. Śnił mu się las. Skąpana w promieniach słońca polana. Emi uśmiechająca się do niego wdzięcznym, dziewczęcym uśmiechem. Zamek. Lecące nad wschodnią wieżą stado olbrzymich nietoperze. Ojciec, obserwujący z rozbawieniem jego reakcję na trzymany w rękach list. Zamknięta, niewielka skrzynia. Ciasnota. Brak powietrza. Strach. Jasna przestronna komnata. Emi, strach w jej oczach, gdy podchodzi do niej by wpuścić w jej żyły oszałamiający narkotyk. Więzienna cela. Jay patrzący przez kraty pełnym zawodu i nienawiści wzrokiem. Kamienny ołtarz. Zakrwawiony nóż w jego własnych rękach. Złożona ofiara. Różany ogród. Emi, ból i odraza w jej oczach. Strach i nienawiść. Damien obudził się zlany zimnym potem. Zaczynało świtać. W swoich żyłach czuł już tylko lekkie pieczenie. Działanie narkotyku ustawało. Ze wstydem zauważył, że zmoczył łóżko. Przynajmniej nie krzyczał, tak jak inni… Wstał, jeszcze odrobinę chwiejnie. Telepatycznie przywołał najbliższego służącego. Kazał mu posprzątać pokój. Sam zgarnął swoje wymięte ubranie z podłogi i wolnym krokiem, dochodząc do siebie, udał się do łaźni. Po ciepłej kąpieli, zupełnie już doszedł do siebie. W garderobie czekał na niego czysty, nowy strój. Doprowadził się do porządku, przeczesał palcami mokre włosy i niespiesznie ruszył do swoich komnat. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy Damien wszedł do sypialni, Jay i Emi jeszcze spali. Chłopak z trudem odgonił od siebie zimny gniew. To co ujrzał, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Jego przyjaciel tulił dziewczynę w swoich ramionach. Wyglądali razem tak naturalnie… Damien po cichu wyszedł z pokoju. Nie zamierzał ich budzić. Zacisnął wargi, tak, że uformowały się w cienką linię. Jak najszybciej będzie musiał coś z tym zrobić. To co było między nimi zaszło już stanowczo zbyt daleko, mimo, że nigdy nie powinno mieć miejsca. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy słońce w całości pojawiło się na niebie, Jay popędził na trening. Damien siedział na kanapie wpatrując się w przestrzeń. Emi skuliła się przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Jej bliskość wyrwała chłopaka z ponurej zadumy. Jak zwykle niespecjalnie dbała o swój wygląd i po wstaniu rano, wyglądała jak mały, nastroszony kociak. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. – Na pewno nic ci nie jest? – spytała cichutko, mimo zapewnień Jaya, wcale nie uważała, że wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się do niej odrobinę blado. Przytulił ją do siebie. – Nie martw się o mnie, u nas to jest ‘normalne’ i wcale nie zdarza się rzadko – mruknął. – Zjedzmy śniadanie – zaproponował. – Czeka nas dzisiaj paskudna wycieczka. Emi westchnęła. Zapewnienia Damiena także wcale jej nie uspokoiły. Skinęła jednak głową i razem przeszli do jadalni, w której już czekał suto zastawiony stół. Dziewczyna nie była w stanie prawie nic zjeść. Damien przyglądał się jej zaniepokojony. – Nie jesteś głodna? – spytał. – Nie mam ochoty – powiedziała cicho. – W takim razie co byś zjadła? – uśmiechnął się kusząco. Działanie narkotyków się ulotniło i znowu był zupełnie sobą. – Na przykład maliny – westchnęła Emi, tak bardzo nie mogła doczekać się lata! – Dobrze, niech będą maliny – stwierdził rozbawiony, a ona spojrzała na niego pytająco. Chłopak wysypał na talerz miskę płatków, a potem spojrzał na nie ponaglająco. – Rośnijcie – mruknął cicho, rozkazującym tonem. Leżące na talerzu, owsiane płatki zaczęły się powiększać i puchnąć, powoli zmieniając się w ciemnoróżowe owoce. One po prostu stały się malinami! Kiedy Damien skończył, podsunął zszokowanej dziewczynie pełne owoców naczynie. Spróbowała. Smakowały zupełnie jak dojrzewające w letnim słońcu maliny. Zamrugała. – Myślałam, że władasz ogniem – powiedziała oskarżycielskim tonem. Roześmiał się dźwięcznie. Pokręcił głową. – Nasza magia jest inna, mówiłem, że ci to później wytłumaczę. Jesteś czarodziejką – stwierdził. – Jaki jest twój talent? Dziewczyna spuściła wzrok. – Chwilowo żaden – mruknęła zasmucona. – Potrafię wiele rzeczy, ale niczego nie robię dobrze. Zaskoczył ją błysk zainteresowania w oczach Damiena. – Co na przykład możesz zrobić? – spytał starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Emi wzruszyła ramionami. – Kiedy przepowiadano nam talenty, dowiedziałam się tylko, że jestem czarodziejką natury, wieszczka nie powiedziała mi nic konkretnego. Umiem odrobinę leczyć, jeżeli naprawdę mi zależy, to moje roślinki szybko rosną no i porozumiewam się ze zwierzętami, co chyba jednak nie jest magią. – I nie próbowałaś innych rzeczy? – zapytał ponaglająco chłopak. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Nie miała pojęcia do czego on dąży. – Niby po co miałam próbować? – spytała skonsternowana. – Widzisz, my nie czerpiemy mocy z otoczenia, tak jak czarodzieje – powiedział uśmiechając się kapryśnie. – Nie mamy kontaktu z duchami, nie wykorzystujemy żywiołów, to co nazywacie czarami zależy po prostu od naszej siły woli. Emi nie rozumiała. Od zawsze uczono ją czego innego. Wpatrywała się pytająco w Damiena. Chłopak wstał od stołu. W ten sposób jej niczego nie wytłumaczy. Wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził do bawialni. Wskazał na jedną ze srebrnych, leżących na ciemnozielonej kanapie poduszek. – Wznieś się – mruknął, a przedmiot po chwili już lewitował w powietrzu. Moment później podleciał i znalazł się w jego dłoniach. – Spróbujesz? – zaproponował z uśmiechem. – Musisz skupić się na tym co chcesz zrobić, pomyśleć o tym, a potem ukierunkować swoje pragnienie jakimś słowem. To nic trudnego. Dzięki temu nie jesteśmy ograniczeni, tak jak czarodzieje, do jednego źródła. Możemy zrobić wszystko, na co starczy nam sił. – I naprawdę myślisz, że ja też tak potrafię? – spytała powątpiewająco. – A co szkodzi ci spróbować? – uśmiechnął się do niej uroczo. – Najwyżej się nie uda i już. – Położył poduszkę na podłodze. – Podnieś ją – zaproponował. Emi nie bardzo wierzyła w powodzenie takiej próby, nie chciała jednak sprawić patrzącemu wyczekująco chłopakowi przykrości. Spróbowała. Wyobraziła sobie latającą poduszkę. Z całego serca zapragnęła, żeby ta się ruszyła. – Wznieś się – powiedziała surowym tonem do srebrnego przedmiotu. To co stało się później przypominało tornado. Cały pokój zaczął wirować. W powietrzu zaczęły latać obite zielonym aksamitem fotele i kanapa. Z półek pospadały wszystkie książki i one też zaczęły unosić się w powietrzu, wirując w dzikim tańcu. To samo stało się ze stołem i krzesłami. Dywan uciekł spod ich stóp przewracając ich na podłogę. Damien rzucił się do przodu, zakrywając sobą leżącą dziewczynę. Postawił wokół nich najmocniejszą osłonę, na jaką go było stać. – Emi, przestań! – krzyknął rozpaczliwie. – Proszę cię przestań! Oszołomiona dziewczyna zamarła, przymknęła oczy, przestała oddychać. Przedmioty zaczęły spadać na podłogę, uderzając w rozciągniętą przez Damiena osłonę. Wszystko zwaliło się na bezładną kupę. Kiedy pokój się uspokoił chłopak wstał. Zaczął się śmiać. Emi była wyczerpana. Z trudem usiadła. Spojrzała na niego jak na wariata. – No co? – spytała zirytowana. Chłopak wskazał ręką na drewniany parkiet przed nimi. – Ruszyło się wszystko – powiedział pomiędzy wybuchami niekontrolowanego śmiechu – tylko nie ta cholerna poduszka! Rozdział XII Drżąca ze strachu Ana siedziała na twardym, drewnianym krześle. To był jakiś koszmar. Do tej pory bardzo entuzjastycznie podchodziła do wymiany uczniowskiej z Illi’andin, ale teraz, kiedy znalazła się w Czarnej Wieży doskonale zrozumiała dlaczego ludzie tak bardzo ich nienawidzą. Serce stanęło jej na moment, kiedy pomyślała o tym co mogłoby się stać, gdyby nie jej talent. Chłopak, który miał się nią opiekować, najzwyczajniej w świecie próbował ją zgwałcić. Nie wiedział jednak, że panowała nad dźwiękami, nie spodziewał się ataku. Potworny hałas ogłuszył go, a ona zdołała uciec. Kiedy jednak zgłosiła całe zajście pilnującemu ich wychowawcy, ten wzruszył ramionami, wyznaczył chłopakowi karę, a ją odesłał do innego, z listy rezerwowej. Nie było mowy o powrocie do Białego Pałacu. Teraz siedziała w niewielkim, przypominającym celę w koszarach pokoiku, zastanawiając się nad tym, czy może być jeszcze gorzej. Wzdrygnęła się, kiedy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chłopak. Jak oni wszyscy nie nosił koszulki, a jego tors zdobiły wyraźnie zarysowane pod opaloną skórą mięśnie. Z pleców chłopaka wyrastały ogromne, pokryte czarnymi piórami skrzydła. Przystanął zaskoczony jej widokiem. – Co tu robisz?! – warknął, a w jego miodowych oczach zobaczyła gniew. – Pan Del’rante mnie tu przysłał – odezwała się cicho. – Po pewnym „incydencie” – wstydziła się dokładnie opowiedzieć co się stało – zmienił mi opiekuna, a ty byłeś na liście rezerwowej. Chłopak syknął. Podskoczyła na krześle, kiedy uderzył pięścią w kamienną ścianę. Spojrzał na nią z obrzydzeniem, jakby była jakimś ohydnym robakiem. – Zostań tu – warknął, po czym trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay szedł szerokim, kamiennym korytarzem. Był wściekły, Na śmierć zapomniał o tej piekielnej liście rezerwowej. Teraz jeszcze nauczyciel powiedział mu, że nic się nie da zrobić. Zależało mu na tym, owszem, ale dopóki nie dowiedział się, że Emi bezpiecznie mieszka z Damienem. Był zły, ale wiedział, że to tylko i wyłącznie jego własna wina. Za głupotę się płaci. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie potrafił coś na to poradzić. Nie zamierzał spędzić kolejnych dwóch tygodni na niańczeniu jakiejś głupiej dziewuchy, a potem jeszcze dwóch następnych w Białym Pałacu. Z rozmachem otworzył drzwi własnego pokoju. Dziewczyna siedziała tam gdzie ją zostawił. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. W Jayu aż się zagotowało. Obudziły się jego łowieckie instynkty. Czuł jej strach. Miał ochotę rozszarpać jej gardło. Zamiast tego brutalnie chwycił ją za ramię i wypchnął z pokoju. Zaczęła protestować. Zignorował to. Chwilę później wspinali się już po prowadzących na siódme piętro schodach. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drzwi, przez które wepchnął ją chłopak Illi’andin prowadziły do przestronnego, jasnego salonu. Rozejrzała się po nim oszołomiona. Na ciemnozielonej, pokrytej aksamitem kanapie siedziała czarodziejka, a obok niej elegancko ubrany blondyn. Obydwoje byli czymś bardzo rozbawieni. Ana musiała w duchu przyznać, że to najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziała. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Blondyn przeczesał palcami ułożone w artystyczny nieład, jasne włosy. Spojrzał pytająco na nieproszonych gości. Oczy miał tak niesamowicie niebieskie, że serce Any aż podskoczyło w środku. Poczuła niesamowitą zazdrość, o dziewczynę, która tak beztrosko siedziała na kanapie tuż obok niego. Czemu jej samej coś takiego nie mogło się trafić? Nie, ona zawsze musiała mieć pecha. Czarnoskrzydły wypchnął ją na środek pokoju. Spojrzał spode łba na siedzącą na kanapie dwójkę. – Zrób coś z tym – zażądał stanowczo. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Miał znudzony wyraz twarzy, uważny obserwator mógł jednak zauważyć, że cała sytuacja go niezmiernie bawi. – A kto to w ogóle jest? – zapytał. – Czarodziejka, nie widać? – warknął jej ciemiężyciel. Siedzący na kanapie chłopak zignorował jego gniewny ton. – Co ona tu robi? – zapytał aksamitnie brzmiącym tenorem. Czarnoskrzydły westchnął. Podszedł do siedzącej na kanapie pary. Usiadł obok brązowowłosej dziewczyny. – To mój przydział – mruknął niechętnie. – Byłem na liście rezerwowej. Damien, możesz to jakoś załatwić? – spytał, ale tym razem w jego głosie brzmiała prośba. Brunetka zerwała się z kanapy. Jej karmelowe oczy zalśniły złością. Obydwaj spojrzeli na nią pytająco. – Czy wyście obydwaj powariowali? Mówicie o niej jakby była jakąś rzeczą! – wrzasnęła na nich. – Jay, skoro nie chciałeś brać w tym udziału, to po jakie licho zapisałeś się na tą listę?! – Ana niedowierzająco patrzyła jak czarnoskrzydły spuszcza głowę, odwracając od drobnej, dziewczęcej postaci wzrok. – Damien, ani się waż z tym czegokolwiek robić. Na własnej skórze przekonałam się, jak traktujecie czarodziejki! Z Jayem chociaż będzie bezpieczna. – Chłopak chciał zaprotestować, ale zignorowała go podchodząc do zaskoczonej Any. – Jestem Emi – przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem, podając jej dłoń. – Ana – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, uścisnąwszy jej dłoń. Nie znała tej czarodziejki, więc prawdopodobnie była z młodszej, przybyłej w tym roku do Białego Pałacu, grupy. W każdym razie najwyraźniej dobrze się złożyło, że ją spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Złość Jaya ustąpiła miejsce niechęci i konsternacji. Dodatkowo co chwila, gdy tylko Emi znalazła się chociaż o centymetr bliżej Damiena niż jego, ogarniała go zazdrość z którą nie potrafił sobie poradzić. Dzień zapowiadał się paskudnie. Kilka dzielących ich od wycieczki godzin spędzili wspólnie we czwórkę. Damien wyglądał na znudzonego, usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać oprawioną w skórę książkę. Emi rozmawiała z Aną, która wyraźnie się ożywiła i przestała wyglądać jak zahukana sarenka. Śmiertelnie obrażony Jay wyciągnął się na kanapie, rozprostowując skrzydła i ignorując wszystkich dookoła. Przynajmniej dobre było to, że teraz jego też dotyczyły plany wycieczki do Morven, jednego z pobliskich miast Illi’andin, która nie koniecznie miała być dla czarodziejek bezpieczna. Po południu zebrali się do wyjścia. Emi pogoniła ich półgodziny wcześniej, wiedząc już co czeka chłopaków za jakiekolwiek naruszenie surowej dyscypliny panującej w Czarnej Wieży. Jay spojrzał zaskoczony, kiedy wychodząc z komnat, Emi złapała go za rękę, swoją drobną dłonią. – Jay, nie pozwól, żeby ktoś ją skrzywdził – poprosiła cicho. Chciał na nią wrzasnąć, wygarnąć jej, że to nie leży w jego interesie. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odmówić, nie mógłby znieść zawodu w tych karmelowych oczach. W odpowiedzi więc tylko niechętnie skinął głową. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem i pociągnęła za sobą korytarzem, by dogonić znikających za rogiem Damiena i Anę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu czarodziejek, miasto Illi’andin wyglądało aż nazbyt zwyczajnie. Pobielone domy, starannie kryte, równiutko ułożoną strzechą, stały rządkiem wzdłuż głównej ulicy. Sklepy przyciągały uwagę barwnymi wystawami. Drzewa i klomby kwiatów na skwerach wyglądały zachęcająco i dawały przyjemny cień. Jedyną cechą, która różniła Morven od ludzkich miast, była górująca nad osadą wieża garnizonu. Ulice były jednak puste, nikogo nie było na nich widać. Ana rozglądała się dookoła zaciekawiona. W pobliżu wesołej, roztrzepanej Emi, która święcie wierzyła w to, że w razie czego chłopcy Illi’andin je obronią, ona także przestała się bać. Jej serce zabiło jak oszalałe, kiedy zbliżył się do nich leniwie, arogancko uśmiechnięty Damien. Pozazdrościła nowo poznanej koleżance, że to właśnie ją od niechcenia, jak gdyby nigdy nic objął ramieniem. – To na pokaz – mruknął cicho, ale tak, żeby obie mogły go usłyszeć. – Tak naprawdę większość Illi’andin całe życie mieszka w koszarach. Nie potrzebujemy żadnych miast. Arystokraci dla odmiany mają zamki – dodał uśmiechając się ponuro. – Oczywiście warowne – dodał ironicznie. – Żyjemy po to by walczyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Popołudnie spędzili siedząc na trawie, ogrodzonego pastwiska i słuchając kolejnego propagandowego wykładu z historii ludzi i Illi’andin. Znudzona Emi rozglądała się dookoła. Obrażony na cały świat Jay siedział tuż przy jej boku milcząc, natomiast Damien cichym głosem tłumaczył coś zafascynowanej Anie. Po wysłuchaniu nauczyciela poszli obejrzeć garnizon, jednak tylko z zewnątrz. Uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie areny, podobne w budowie do tej w szkole, jednak znacznie mniejsze. Na jednej z nich coś zaczęło się dziać. Zaciekawiona Emi podeszła do otaczającego ją muru. Trzech rozbawionych mężczyzn wyszło na środek piaszczystego placu, mieli ze sobą długie włócznie. Przez inne drzwi wypuszczono rozszalałego, ogromnego niedźwiedzia. Rozpoczęła się walka, a raczej z tego co zauważyła dziewczyna, rzeź. W oczach stanęły jej łzy, kiedy pierwszy brutalny cios dosięgnął oszołomione, rozdrażnione zwierzę. Illi’andin poruszali się niesamowicie szybko. Umysł Emi wypełniła gorycz i złość. To była rozrywka, nie walka. Jak oni mogli? Dziewczyna skupiła całą swoją wolę. Wyobraziła sobie, że niedźwiedź rośnie, że się przekształca. Po niecałej minucie oniemiali mężczyźni uciekali przed ogromnym, ziejącym ogniem jaszczurem. Arenę otoczyła cała wycieczka. Ktoś coś krzyczał. Do dziewczyny nic nie docierało. Stała oszołomiona, wpatrując się w atakującego mężczyzn smoka. Nagle poczuła na ramieniu delikatny dotyk Damiena. – Emi, przestań, proszę – wyszeptał tuż do jej ucha. – Jak? – jęknęła, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co robi. – Wyobraź sobie, że to znowu niedźwiedź – poprosił. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy wpatrywali się w smoka. Dziewczyna zaczęła błagać w myślach, żeby ten piekielny smok zniknął. Z całych sił zaczęła w myślach przemieniać go z powrotem w niedźwiedzia. Nie mogła uwierzyć, kiedy podziałało. Zlani potem mężczyźni uciekli z areny, na której zwierzę zostało zamknięte. Jak w pułapce. – Oni go zabiją – wyszeptała ze łzami w oczach. Damien przymknął oczy. Westchnął. – Przenieś się – mruknął. Niedźwiedź jakby rozpłynął się w powietrzu. – Nic mu nie będzie – powiedział cicho do dziewczyny. Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa, poruszenie i harmider nie ustały. Przed grupą uczniów znaleźli się dwaj, pilnujący ich nauczyciele. Pojawił się także starszy, dostojnie wyglądający, czarnoskrzydły Illi’andin. – Który to zrobił? – zapytał surowym, ale wyjątkowo spokojnym głosem. – Jeżeli będę musiał użyć serum prawdy, kara będzie po stokroć gorsza – dodał cicho. Wśród uczniów zapanowało podniecenie. Podniesione szepty niosły się echem po pustym placu. Emi widziała, jak pobladły twarze wszystkich arystokratów. Tylko oni władali magią. Nikt nie spodziewał się, żeby była do tego zdolna którakolwiek z czarodziejek. Zadrżała. Damien stanął przednią. Hardo spojrzał w oczy czarnoskrzydłego. – Ja – powiedział pewnie, a na jego twarz wpełzł leniwy, arogancki uśmiech. – Jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna. – Damien Nataniel Hayazaki – odpowiedział bez cienia lęku chłopak. – Miałeś w tym jakiś konkretny cel? – kontynuował czarnoskrzydły. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Damiena. Zarówno Illi’andin jak i czarodziejki całą swoją uwagę skupiali właśnie na nim. Cała grupa patrzyła na chłopaka niedowierzająco, pełnymi trwogi spojrzeniami. Damien przeczesał palcami złociste włosy. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednak wzroku z ciemnych oczu mężczyzny. Z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmiech. – Nudziło mi się – odpowiedział hardo. Nauczyciele wyglądali na mocno zaskoczonych. Czarnoskrzydły przez chwilę coś rozważał, jednak to Jay wykonał pierwszy ruch. Od początku, kiedy tylko Damien przyznał się do winy, zaciśnięte w pięści dłonie chłopaka drżały. W jego oczach malowała się złość. Teraz podszedł, by stanąć jedynie o krok od przyjaciela. Był od niego niemal o głowę wyższy i znacznie szerszy w ramionach. Ogarnięty furią wyglądał naprawdę groźnie. – Ty idioto! – wrzasnął, chwytając Damiena za ramiona. – Co ci odwaliło?! Uważasz, że to świetny moment na popisywanie się?! Blondyn nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na Jaya. Czarnoskrzydły chłopak pchnął go na ziemię. Rzucił się na niego z pięściami. Natychmiast został odciągnięty przez stojących dookoła nich Illi’andin. Damien wstał, w dalszym ciągu go ignorując. Otrzepał starannie ubrudzoną piaskiem marynarkę. Wyczekująco spojrzał na mężczyznę, z którym wcześniej rozmawiał. Tamten też zignorował całe zajście. – Srebrny – oznajmił stanowczo, a potem nie powiedziawszy ani słowa więcej oddalił się w kierunku garnizonu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zamieszanie ucichło, ale wszyscy w dalszym ciągu wlepiali pełne podziwu, zalęknione spojrzenia w wyprostowaną, pełną wdzięku i arogancji sylwetkę Damiena. Kiedy tylko ruszyli w powrotną drogę do szkoły, Emi natychmiast przypadła do chłopaka. Wtuliła się w jego ramię. – Ja…- zaczęła cichutko, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć, ani jakimi słowami mogłaby mu podziękować. Z całego serca też pragnęła go przeprosić. – Cii – odezwał się do niej spokojnie. – To nie twoja wina – szepnął jakby czytając jej w myślach. – Możesz go uspokoić? – spytał wskazując głową idącego na końcu grupy, zaciskającego pięści Jaya. – Spróbuję – mruknęła, wiedząc, że będzie to nie lada wyzwanie. Niechętnie puściła rękę Damiena i poczekała aż wszyscy przejdą by zrównać krok z czarnoskrzydłym. – Jay… – zaczęła cicho. – Nie teraz! – warknął, nie patrząc na nią. – Jay, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę – powiedziała łagodnie. Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem bursztynowych oczu. – Widziałaś co zrobił, zamierzasz go broni? – zapytał rozdrażniony. – Jay, to nie on to zrobił, tylko ja – szepnęła cichutko, zawstydzona, jak to miała w zwyczaju, zasłaniając twarz długimi włosami. Twarz chłopaka z gniewnej zmieniła się w zaskoczoną. Potem śmiertelnie pobladł. Z trudem przełknął ślinę. Brutalnie chwycił jej ramię. Spojrzała na niego przestraszona. – Nigdy więcej nie waż się powtórzyć tego na głos – warknął na nią, cedząc słowa przez zęby. Popchnął ją przed siebie, ale zdążyła jeszcze zauważyć, jak cały drży. Gniew w jego oczach zastąpił strach, a ona wiedziała, że bał się właśnie o nią. Rozdział XIII Szli szerokim korytarzem Czarnej Wieży. Emi z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Przez swoją bezmyślność i nieświadomość narobiła Damienowi kłopotów. Usłyszała, jak idący za nią Illi’andin rozmawiają przyciszonymi głosami. Byli mocno podnieceni. – Jak zwykle nie brakuje mu tupetu i odwagi – stwierdził jeden, a dziewczyna była przekonana, że rozmawiają właśnie o Damienie. – Ja bym to raczej nazwał głupotą – mruknął jeden z arystokratów. – Srebrny jest jak ogień w żyłach. Ma za zadanie tylko i wyłącznie sprawiać ból. Nigdy nie chciałbym na niego zasłużyć. Emi przełknęła ślinę. Przyspieszyła kroku. Nie chciała słuchać tej rozmowy. Musiała coś zrobić! Nie miała tylko pojęcia co… Doszli na siódme piętro. Otworzyli drzwi komnat Damiena. Chłopacy rozmawiali o czymś cicho, wpuszczając do środka niczego nieświadomą Anę. Nikt w tym momencie nie zwracał na Emi uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać. Znała już narysowany przez Jaya plan Czarnej Wieży na pamięć. Wycofała się po cichu i zniknęła za zakrętem korytarza. Udało jej się przemknąć bez zwracania czyjejkolwiek uwagi i już chwilę później stała pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zauważyła idącą korytarzem grupkę chłopaków Illi’andin. Doskonale pamiętała co stało się ostatnio. Niewiele myśląc otworzyła drzwi gabinetu i zniknęła w środku. Niewielki wypoczynkowy salon był pusty, ale na zachodniej ścianie znajdował się szereg prostych, drewnianych drzwi. Jedne z nich były otwarte. Za drewnianym, prostym biurkiem siedział mężczyzna o szpakowatym nosie i łasicowatych oczkach. Emi nieśmiało weszła do jego pokoju. Zaskoczony podniósł na nią wzrok. – Czego tu szukasz? – warknął nieuprzejmie. Dziewczyna wiedziała, że zbliża się wieczór. Uznała, że to dlatego w pokoju jest pusto. Na późną porę zrzuciła też nieuprzejmy ton mężczyzny. – Ja chciałam porozmawiać o dzisiejszym „wypadku” w Morven – zaczęła cicho. – Damien Hayazaki tego nie zrobił… Oczy siedzącego za biurkiem, szczupłego Illi’andin pociemniały. – Jesteś podopieczną arystokraty? – spytał złowieszczo. Zdezorientowana Emi skinęła głową. Co to niby miało do rzeczy? – Wiesz jaka kara grozi za kłamstwo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem na ustach. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. O co mu chodziło? Czy z nimi w ogóle dało się normalnie porozmawiać? Emi spodziewała się raczej rozmowy zbliżonej do tej, jaką mogłaby odbyć z dyrektorką Białego Pałacu. Teraz była zupełnie zbita z tropu. – Podejdź tu – rozkazał, a ona posłuchała. Wyciągnął ampułkę z niebieskim płynem, napełnił nią strzykawkę. – Skoro mieszkacie u nas, powinny was dotyczyć takie same prawa jak uczniów Illi’andin. Za kłamstwo karą jest niebieski – oznajmił gwałtownie wstając zza biurka i przytrzymując jej rękę. Dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, nie zdążyła jednak się w porę odsunąć. Błyskawicznie podwinął jej rękaw i z prawą wbił igłę w żyłę pod zgięciem łokcia. Emi pisnęła. Gwałtownie otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego. Damien, z ogniem w błękitnych oczach, wszedł do pomieszczenia. Wyglądał jak sama śmierć. – Tnij – rozkazał lodowato zimnym głosem. Ręce mężczyzny, który trzymał Emi opadły na podłogę, równiutko oddzielone od ciała. Trysnęła krew. Dziewczyna krzyknęła. Po jej żyłach krążyła błękitna substancja. Poczuła przeraźliwy chłód. Osunęła się na podłogę drżąc. Okaleczony nauczyciel darł się w niebogłosy, ona jednak nie słyszała. Jedyne z czego zdawała sobie sprawę, to przenikający ją do szpiku kości chłód. W końcu mężczyzna stracił przytomność. Emi poczuła na sobie czyjś dotyk. Z trudem otworzyła oczy. – Jay – szepnęła. Chłopak wziął ją na ręce. Przytulił do siebie. Damien skinął mu głową i razem wyszli na korytarz. Dziewczyna czuła bijące od Jaya ciepło. Na całym ciele, wszędzie tam, gdzie jej nie dotykał, czuła przeraźliwe, wręcz namacalne zimno. Zamknęła oczy, wtulając się jak najbardziej potrafiła, w dające ciepło, przynoszące ukojenie ciało chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez korytarze Czarnej Wieży szli jak burza. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Niedługo później znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Blondyn obrzucił wrogim spojrzeniem skuloną w fotelu Anę. – Jeżeli spróbujesz przejść przez te drzwi – wskazał na wyjście z pokoju – moja osłona cię zabije. Jeżeli przez tamte – wskazał na sypialnie, w której zniknął niosący Emi na rękach czarnoskrzydły – prawdopodobnie zrobi to Jay. Tak więc na twoim miejscu bym się stąd nie ruszał, ale zrobisz jak zechcesz – dodał ponuro. Potem, ignorując przerażone spojrzenie Any, zniknął, w ślad za Jayem, za drzwiami sypialni. Zastał przyjaciela siedzącego na łóżku. Chłopak tulił do siebie drżącą, na wpół przytomną Emi. – Rozbierz ją – rozkazał, sam zrzucając na podłogę elegancką marynarkę. Potem zaczął rozpinać jedwabną koszulę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego Jay z obłędem w oczach. Przygarnął do siebie dziewczynę jeszcze bardziej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem. – Sam też mógłbyś zdjąć spodnie – dodał ponuro Damien ignorując oburzenie przyjaciela. – Tak będzie lepiej. Jay delikatnie ułożył Emi na pościeli. W jednej chwili znalazł się tuż przy blondynie. Odwrócił jednak od przyjaciela zagniewaną twarz, ponieważ leżąca na łóżku dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Spojrzał na nią bezradnym, pełnym bólu wzrokiem. – Jak jej pomóc? – zapytał cicho. – Dostała niebieski – mruknął niechętnie Damien. – Jej umysłowi wydaje się, że przez żyły płynie lód. Jedyne ciepło, jakie teraz do niej dotrze, to cudze. Jeżeli chcesz mi pomóc – dodał patrząc Jayowi w oczy – to ją rozbierz. Jeżeli nie, to wyjdź. Chłopak niechętnie wykonał polecenie blondyna. Posadził sobie Emi na kolanach. Była jak lalka. Posłusznie poddawała się wszystkiemu co z nią robił. Delikatnie zdjął z niej tunikę, a potem getry, zostawiając dziewczynę w samej bieliźnie. Śladem Damiena zsunął z siebie spodnie, zostając tylko w bokserkach. Blondyn odsunął jedwabną kołdrę. Jay położył Emi na łóżku, a potem sam ułożył się obok niej. Drżała, ale natychmiast się do niego przysunęła, wtulając twarz w jego tors. Dawał jej ciepło. Otulił ją ramionami, z całej siły starając się nie reagować na dotyk jej ciała. Damien położył się, wtulając w plecy dziewczyny. Przykrył ich kołdrą. Emi przestała drżeć, dalej jednak nie otwierała oczu. Zaczęła regularnie oddychać. Po chwili zapadła w niespokojny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżeli w ciemnej sypialni już od kilku godzin. Emi budziła się co jakiś czas, drżąc z narkotycznego zimna, a potem ponownie zasypiając. Damien z trudem odpędzał od siebie ogarniającą go senność. Wiedział, że nie może odpłynąć, bo wtedy otaczająca komnaty osłona po prostu zniknie, niczym rozwiana przez wiosenny wiatr. Spojrzał na przyjaciela. Ciemności dla Illi’andin nie stanowiły najmniejszego problemu, widzieli w nich równie dobrze jak w jasnym świetle dnia. Jay także nie spał. Zaniepokojony wpatrywał się w leżącą pomiędzy nimi Emi. – Mów coś do mnie – poprosił cicho Damien. Tym razem czarnoskrzydły nie protestował. Uśmiechnął się ponuro. – Oberwie nam się za to – mruknął. – Nie nam, tylko mi – westchnął blondyn. – Ty mnie chciałeś powstrzymać, zapamiętaj to sobie. – Jay chciał zaprotestować, ale Damien uciszył go niedbałym gestem. – Ktoś musi zostać, żeby pilnować Emi. Sam widzisz, że jeżeli tylko może w coś się wpakować, to to zrobi. Zawsze taka była – westchnął. – Damien – odezwał się cicho czarnoskrzydły, nie chciał obudzić śpiącej dziewczyny – zawsze myślałem, że nienawidzisz ludzi… Dlaczego się nią opiekujesz? – zadał nurtujące go od dłuższego czasu pytanie. – A ty? Co w niej widzisz? – zainteresował się blondyn. – W twoim świecie człowiek to ofiara, prawda? Obiekt polowań… Czym ona się różni? Jay uśmiechnął się leniwie. – Głównie zapachem – mruknął. Przyjaciel spojrzał na niego niedowierzająco. – Naprawdę tylko tyle? – Mhm – przytaknął Jay. – Poza tym mi pomogła, mimo, że nie chciałem. Ona jest inna. Zresztą ja nic do ludzi nie mam. Ani mnie ziębią ani grzeją, jak zresztą cała reszta leśnych stworzeń. Nie są wrogami, dopóki nie zaczną atakować – spojrzał twardo na przyjaciela. – Teraz ty mi odpowiedz. – Emi nie jest człowiekiem – oznajmił stanowczo Damien. Czarnoskrzydły spojrzał na niego pytająco. Jego bursztynowe oczy zalśniły w skąpym, przedostającym się przez grubą kotarę, świetle siedmiu księżyców. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ wtulona w jego ramiona dziewczyna zadrżała. Otworzyła oczy. – Jay? – zapytała cichutko. – Jestem przy tobie – mruknął łagodnie, wtulając twarz w jej rozczochrane, brązowe włosy. Damien wstał. Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale niewiele widziała w zalewającym sypialnię mroku. – Zostańcie tutaj, przynajmniej do wschodu słońca – poprosił. – Idę załatwić „pewne sprawy” – westchnął wkładając na siebie pospiesznie, rozrzucone po podłodze ubranie i wychodząc z pokoju. Kiedy Damien zamknął za sobą drzwi, Emi z powrotem odwróciła się do Jaya. Przylgnęła do niego całą sobą. W jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła cicho płakać. Chłopak mocniej otulił ją ramionami, czule przytulając do siebie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu pozwolił jej się wypłakać. Rozdział XIV Chcąc nie chcąc, Jay zabrał Emi i Anę na poranne ćwiczenia. Bał się zostawić je same, a nie miał pojęcia, kiedy wróci Damien. Tego ranka naprawdę porządnie oberwał. Przeklinał się w duchu za własne słabości. Po nocy spędzonej tak blisko Emi, jego uwaga rozpraszała się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie mógł oderwać wzroku od jej drobnej postaci. Boleśnie przypomniał sobie moment, kiedy powiedziała, że nie należy do niego. Poczuł jak ogarnia go ogromna fala zazdrości. Nawet na pieprzony bal szła nie z nim, tylko właśnie z Damienem. Tylko jak niby miał walczyć o dziewczynę z najlepszym przyjacielem? Po treningu zjedli późne śniadanie w salonie Damiena. Coraz bardziej zaniepokojony Jay czekał na pojawienie się gospodarza. Chłopak wrócił jednak dopiero pod wieczór. Był dziwnie markotny i przygnębiony, za wszelką cenę starał się jednak to ukryć. Wyglądało na to, że robi dobrą minę do złej gry. Ana niczego nie zauważyła, ale Emi była tak samo zaniepokojona, co Jay. Po krótkiej, wspólnej rozmowie, Damien odciągnął czarnoskrzydłego na bok. – Zabierz stąd Anę i zniknijcie na noc – zażyczył sobie na tyle cicho, żeby tylko przyjaciel mógł go usłyszeć. W Jayu zagotowało się z zazdrości. Spojrzał na niego z wyrzutem. Więc jednak chodziło o Emi? Do tej pory łudził się, że to nieprawda i że łączy ich tylko przyjaźń, ale Damien na każdym kroku upewniał go, że jest inaczej. – Każesz mi wyjść? – spytał buntowniczo. – Jeżeli będę musiał – odpowiedział ponuro Damien, a jego twarz stała się nieprzeniknioną maską. Dłonie Jaya same zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok od przyjaciela. Na Emi też wolał nie patrzeć, bo nie był pewien co zrobi. Poszedł prosto ku drzwiom. Zaniepokojona Ana spojrzała na niego pytająco. – Idziemy – warknął, ponieważ nie potrafił już panować nad swoją złością, i nie czekając na dziewczynę wyszedł z komnaty. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko znalazł się we własnym pokoju, buntowniczo rzucił się na łóżko. Nie chciało mu się nawet zdejmować butów. Odwrócił się przodem do ściany. Ana stanęła przy drzwiach. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. – Gdzie ja mam spać? – zapytała niepewnie. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się drwiąco. Przynajmniej na niej mógł rozładować swoją złość. – Mam to gdzieś – prychnął wyraźnie akcentując słowa. W oczach dziewczyny pojawił się strach. Jay poczuł jak Ana ponownie staje się zwierzyną. Wyglądała teraz jak przestraszona łania. Napawał się tym uczuciem do czasu, aż dziewczyna nie otworzyła drzwi. – Gdzie idziesz? – spytał obcesowo. Nie obchodziło go co się z nią stanie, ale przecież obiecał Emi… Nie chciał łamać danej jej obietnicy, nawet jeżeli ona wolała Damiena. – Wracam na górę – oznajmiła, wyraźnie starając się, żeby jej głos stał się wyzywający, ale wyszedł jedynie drżący i odrobinę piskliwy. Jay roześmiał się. Pokręcił głową. Spojrzał na nią z politowaniem. – Nawet jeżeli nikt nie zaczepi cię po drodze, co zakrawałoby na cud, to i tak nie przejdziesz przez osłony Damiena. Zaplanował sobie dzisiaj „ciekawą” noc – mruknął cicho, a kiedy dotarły do niego własne słowa, poczuł w środku przeszywający ból i pustkę. Takie, jakich jeszcze nigdy nie poznał. Rzucił w nią poduszką, potem na podłogę powędrowała też kołdra. Ponownie odwrócił się do ściany. – Dobranoc – powiedział sucho i zamknął oczy, starając się nie myśleć co w tej chwili robią Damien i Emi. Całym sobą żałował, że nic nie może na tą sytuację poradzić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi wstała z pokrytej zielonym aksamitem kanapy. Zamrugała. Podeszła do wpatrującego się w zamknięte drzwi Damiena. – O co chodzi? – spytała cicho. – Dlaczego on poszedł? Co się stało? – Nic – powiedział siląc się na obojętny ton. – Obiecałaś mi dwa tygodnie, pamiętasz? Jaya nie było w planach. Chłopak usiadł na jednym z wysokich foteli. Przeczesał palcami jasne włosy. – Damien, to nie jest… – zaczęła cicho, ale chłopak jej natychmiast przerwał. – Bali się wymierzyć mi jakąkolwiek karę, rozumiesz? Oni się mnie bali – roześmiał się gorzko. – Wezwali mojego ojca. Zawarłem z nim pewien układ. Nie był ani trochę przyjemny. Emi, naprawdę cię teraz potrzebuję – szepnął błagalnie. Dziewczyna podeszła do niego. Usiadła na dywanie, kładąc głowę na jego kolanach. Przymknął oczy, wplatając palce w jej rozwichrzone, brązowe włosy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że są wiecznie rozczochrane. Tak, zdecydowanie wiele trzeba będzie w niej zmienić. Gdyby tylko potrafił trzymać Jaya przez jakiś czas z daleka… Da im jeszcze tę jedną noc, a resztę załatwi po balu… – Damien, czemu tu jesteś? – zapytała cicho dziewczyna. – Sam mówisz, że się ciebie boją… a mnie wydaje się, że po prostu nienawidzisz tego miejsca. Dlaczego nie odejdziesz? Leniwy uśmiech na twarzy chłopaka zmienił się w niechętny grymas. – Nie domyślasz się? – spytał. Emi podniosła głowę z jego kolan. Spojrzała na niego zaciekawiona. – Nie – przyznała. – Cała arystokracja Illi’andin, wszyscy jesteśmy posłuszni, nikt się nie buntuje, mimo, że każdy z nas prawdopodobnie mógłby znieść jakiś oddział z powierzchni ziemi – powiedział drwiąco. – Gdybym mógł już dawno zabiłbym swojego ojca – stwierdził zimno. Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. Nie mieściło jej się w głowie to o czym mówił Damien. – Wcale tak nie myślisz – szepnęła. Roześmiał się. W jego oczach w kolorze wiosennego nieba tańczyły jednak niebezpieczne płomienie. – Narkotyki, Emi. Podają nam różne środki, od których jesteśmy uzależnieni. Tylko nasi ojcowie wiedzą co dostajemy – powiedział gorzko. – W ten sposób nie muszą czuć się przez nas zagrożeni, a my musimy ich słuchać. Prosty układ, nie sądzisz? – uśmiechnął się leniwie do zszokowanej dziewczyny. – Buntowałem się, uciekałem z domu, kilka razy zdarzyło się, że byłem na głodzie i uwierz mi, nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. Dlatego właśnie robię wszystko co on mi każe. Dziewczyna podniosła się z podłogi. Spojrzała na niego buntowniczo, a on zauważył, że w jej karmelowych oczach zalśniły łzy. Potem wcisnęła się do niego na fotel i przywarła do chłopaka całą sobą. Położyła mu głowę na ramieniu, oplatając rękoma jego szyję. Damien przymknął oczy. Odetchnął głęboko. Spodziewał się wszystkiego z jej strony, ale na pewno nie tego. Nie wymagał od niej współczucia, po prostu chciał, żeby zrozumiała. Wiedział, że dostał znacznie więcej niż to na co liczył. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi obudziła się wypoczęta. Leżała w jedwabnej pościeli wielkiego, wygodnego łoża Damiena. Usiadła przecierając oczy. Uśmiechnęła się do leżącego przy jej nogach, olbrzymiego śnieżnego kota. Drapieżnik przyglądał się jej uważnie. Przeciągnął się leniwie, ziewając. Przypomniała sobie jak wieczorem było jej zimno i jak ucieszyła się, kiedy przyszedł ją ogrzać. Jej pogodny uśmiech stał się jeszcze szerszy. Dotknęła sztywnej sierści na karku zwierzęcia. Pochyliła się by przytulić policzek do jego głowy. Mruknął usatysfakcjonowany. Kiedy się od niego odsunęła, płynnym ruchem zeskoczył z łóżka i zmienił postać. Jego eleganckie ubranie było w nienagannym stanie. Delikatnie przydługie włosy, układały się w artystyczny nieład. Jak zwykle wyglądał idealnie. Za to Emi wyglądała jak niesforny kociak. Przeciągnęła się. Ziewnęła. Zsunęła się bosymi stopami na pokrywający całą podłogę, puchaty, drogi dywan. Damien skrzywił się nieznacznie, kiedy wyszła do łazienki, zupełnie omijając po drodze lustro. Tak, zdecydowanie musiał nad nią popracować, najpierw jednak chciał pozbyć się Jaya. Miał cichą nadzieję, że wystarczy zapach, który zostawił na niej dzisiejszej nocy. Jeżeli jednak nie, będzie musiał sięgnąć po znacznie bardziej radykalne środki. Kiedy jednak wyszła z łazienki jeszcze bardziej potargana niż bezpośrednio po spaniu, zwyczajnie nie wytrzymał. – Protestuję! – oznajmił. – Przeciwko czemu? – zdziwiła się Emi. – Jesteś dziewczyną, a wyglądasz gorzej niż Jay – mruknął. Spojrzała na niego rozbawiona. – Jakoś będziesz musiał z tym żyć – stwierdziła w ogóle nie wzruszona. – Nie ma mowy – powiedział uśmiechając się leniwie. – Siadaj – rozkazał wskazując na stojące przy wysokim lustrze krzesło. Zrezygnowana Emi posłusznie usiadła. Damien z jednej z szuflad zdobionej, dębowej komody wyciągnął szczotkę ze sztywnego włosia. Delikatnie zaczął rozczesywać włosy dziewczyny. W międzyczasie wysłał telepatyczne żądanie do jednego z jaszczuro-podobnych służących. Zamierzał postawić na swoim. Kiedy skończył, w salonie już czekały na czarodziejkę nowe ubrania. Zamiast ukochanych spodni Emi, były tam modne spódniczki i sukienki. – Damien – jęknęła błagalnie. Dla jego satysfakcji była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie wszystko. – Myślałem, że masz ochotę na kolejne lekcje „naszej” magii – mruknął kusząco, szantażując dziewczynę – ale jeżeli nie… Zamrugała. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. – Jesteś podły! – stwierdziła. – Dlaczego akurat sukienki?! – Bo mam taki kaprys – uśmiechnął się do niej czarująco. Warknęła na niego, a potem, z ponurą miną, wzięła pierwszą lepszą kreację i zniknęła z nią w sypialni, żeby, ku wielkiemu zadowoleniu Damiena, niechętnie ją na siebie włożyć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jay stanął w drzwiach komnaty. Z trudem przełknął ślinę. Jego Emi, zwykle rozczochrana, wściekła kotka, tym razem wyglądała olśniewająco. Miała na sobie niebieską, długą suknię. Jej włosy były delikatnie spięte i jednocześnie puszczone tak, że spływały kaskadą po lewym ramieniu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie. Jej oczy zalśniły. Chłopak zapragnął ją do siebie przytulić, ale w tym momencie pojawił się Damien. Objął Emi ramieniem, wyzywająco patrząc na przyjaciela. Jay podszedł do nich, teraz naprawdę spięty. Wszystko w nim krzyczało. Z trudem zachowywał spokój. – Mamy jakieś święto? – zapytał drwiącym tonem, walcząc z sobą, żeby nie powiedzieć dziewczynie jak ślicznie wygląda. – I tak byś nie zauważył – mruknął Damien uśmiechając się arogancko. Jay boleśnie zdał sobie sprawę, że wszystkie jego najgorsze obawy się jednak ziściły. Wszędzie dookoła dzikiego, kuszącego zapachu Emi unosił się słodkawy, intensywny zapach Damiena. Żeby był tak trwały, musieli spędzić w swoich objęciach przynajmniej całą noc. Jay zagryzł zęby z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na przyjaciela z pięściami. „Nie jestem twoją lalką! Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie!” – przypomniał sobie raniące słowa dziewczyny. Jeżeli spędziła z Damienem noc, był to tylko i wyłącznie jej wybór. To zabolało Jaya jeszcze bardziej. Właściwie czemu miałaby chcieć właśnie jego? Nie był ani tak olśniewająco przystojny jak on, ani nie władał magią, nie był też księciem. Wybór był więc prosty, a on się tylko idiotycznie łudził. Zdał sobie sprawę, że jak głupi gapi się na dziewczynę. Gwałtownie odwrócił wzrok. – Zostawiam wam Anę – mruknął ignorując kąśliwą uwagę przyjaciela. – Muszę trochę potrenować – rzucił pierwszą wymówkę jaka przyszła mu do głowy. Zobaczymy się później. Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem Emi ruszył w kierunku drzwi. Na zewnątrz puścił się pędem przed siebie. Przystanął dopiero w swoim pokoju. Uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się krew. To nie miało znaczenia… a jednak, przynosiło chociaż złudną ulgę. Poczuł, że musi się na czymś wyżyć, bo inaczej te wszystkie, kotłujące się w nim uczucia, po prostu rozerwą go od środka. Całym wysiłkiem woli, skupił się na tym, żeby wyrzucić z umysłu obraz Emi, stojącej przed nim w błękitnej sukni. Jego Emi, w ramionach Damiena. Rozdział XV Wiosenne dni mijały niezwykle szybko. Emi robiła duże postępy w nauce korzystania z magicznego talentu, postanowili jednak z Damienem, że jej niezwykłe zdolności lepiej będzie zachować w tajemnicy, przynajmniej przez jakiś czas. Dziewczyna martwiła się o Jaya. Chłopak jak mógł, unikał ich towarzystwa. Zastanawiało ją na co mógł się tak bardzo obrazić. Nie była pewna czy zły jest na nią czy na Damiena. Naprawdę bardzo za nim tęskniła. Martwił ją także brak leśnych wycieczek. Zbyt długo przebywała z dala od swoich przyjaciół z puszczy. Za nimi także tęskniła. Najbardziej jednak niepokoiła ją zbliżająca się Noc Walpurgii, święto złych duchów i ofiara, którą musiała złożyć. Wiedziała, że będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, żeby się na to zdobyć. Nie mogła jednak postąpić inaczej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Przez cały tydzień Jay zwyczajnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Trenował znacznie intensywniej niż zwykle, a pod wieczór zmęczony padał na łóżko. Te krótkie chwile w których widział Emi, sprawiały mu niemal fizyczny ból. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek może mu się coś takiego przydarzyć. Do tego cierpiał z powodu zbliżającego się balu. Wiedział, że będzie musiał na niego iść. Dla Illi’andin to był po prostu kolejny obowiązek, nie forma rozrywki. Nie wiedział jak spojrzy Damienowi w oczy. Rano na treningu wpadł na prosty pomysł. Uznał, że dzięki niemu poczuje się choć odrobinę lepiej. Arenę jak zwykle obserwował zza wysokiego muru tłum czarodziejek. Uśmiechnął się szelmowsko. Podszedł do Any, którą zostawił na trybunach. Spojrzała na niego zaskoczona. Zazwyczaj, poza wydawaniem prostych poleceń, w ogóle się do niej nie odzywał. – Widzisz tą blondynkę? – zapytał wskazując kierunek głową. Ana skinęła głową, nie będąc pewna do czego chłopak dąży. – Wiesz jak ma na imię? – uśmiechnął się do niej kocim uśmiechem. – To Kathrin – stwierdziła obojętnie przecząc iskierkom zazdrości, które zatańczyły w jej brązowych oczach. – Dzięki – mruknął Jay i nie czekając na odpowiedź wzbił się w powietrze. Stojące za murem dziewczyny zamarły, na widok podlatującego do nich, czarnoskrzydłego Illi’andin. Chłopak poczuł dziwną satysfakcję, kiedy zauważył jak zachłannie wlepiają wzrok w jego wyćwiczone, opalone ciało. Podleciał bezpośrednio do upatrzonej wcześniej blondynki. Była naprawdę ładna. Nie bała się. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, spod długich czarnych rzęs. – Hej – zaczął uśmiechając się leniwie – masz na imię Kathrin, prawda? Stojące wokół niej czarodziejki wstrzymały powietrze. Zazdrośnie zerkały na koleżankę. W napięciu czekały na rozwój sytuacji. – Tak – odpowiedziała dziewczyna, trzepocząc rzęsami. – A ty? – Jestem Jay – przedstawił się uprzejmie. – Chciałem zapytać, Kathrin, czy poszłabyś ze mną na bal? – Z miłą chęcią – odpowiedziała zaintrygowana dziewczyna uśmiechając się do niego uroczo. – Doskonale – stwierdził – w takim razie jesteśmy umówieni. Do zobaczenia przed balem Kathrin. Obdarzył ja na pożegnanie szelmowskim uśmiechem, a potem pikując wrócił na dół. Oddalając się słyszał jeszcze podniecone szepty i porady jak dziewczyna powinna spławić Terrego, z którym już wcześniej była umówiona. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Minęły dwa tygodnie po których Emi, z żalem musiała wrócić do Białego Pałacu. Pocieszała ją tylko myśl, że znowu całe dnie będzie mogła spędzać w  Anduriańskiej Puszczy, a za trzy dni, Damien przez dwa tygodnie będzie mieszkał u niej. Żałowała tylko, że nie zobaczy chłopaka na balu z okazji Nocy Walpurgii, tłumaczył jednak, że właśnie wtedy będzie coś załatwiał w domu. Jakąś niezwykle dla niego ważną sprawę. Emi nie naciskała więcej. Andre czekał na nią tuż na granicy terenu pomiędzy Czarną Wieżą, a Białym Pałacem. Zdziwiło ją, że był sam. Przyzwyczaiła się, że zawsze towarzyszą mu kumple lub wianuszek wiernych fanek. Niespokojnie chodził w miejscu. Kiedy się pojawiła, w pierwszej chwili spojrzał na nią jakby zobaczył ducha, szybko jednak się otrząsnął i wziął ją w ramiona. – Martwiłem się o ciebie – westchnął tuląc do siebie siostrę. Uniósł ją w powietrze, okręcił dookoła. Był naprawdę szczęśliwi, że ją widzi, a przede wszystkim, że jest cała i zdrowa. Uśmiechnęła się do niego promiennie. – Nie było tak źle – oznajmiła. Przyjrzał jej się uważniej. Miała na sobie zieloną, idealnie skrojoną sukienkę, a jej zwykle niesforne włosy, teraz były gładko uczesane i to w taki sposób, że jej twarz z dziecięcej, stała się kobieca, a duże, karmelowe oczy, zamiast nadawać dziewczynie spłoszony wygląd, kusząco przyciągały uwagę. – Wyglądasz inaczej – mruknął. – To dlatego, że nie podobały mu się moje spodnie – westchnęła cierpiętniczo. – Nie mówmy o tym, dobrze? – Mu? – spytał brat, starając się nie zabrzmieć groźnie. – Nigdy nie zgadniesz, kogo dostałam w przydziale – uśmiechnęła się do niego, wiedząc, że jak mu powie, to wtedy dopiero Andre naprawdę się zdenerwuje. Czasami lubiła podrażnić brata, zwłaszcza kiedy jej zdaniem zachowywał się bez sensu. Cała jej rodzina naprawdę bała się o ich kochaną Emi spędzającą długie godziny w towarzystwie „kotka”. – Mów – rozkazał ponuro. – Mieszkałam z Damianem Hayazaki – jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. – Niewiele się przez te kilka lat zmienił. Twarz Andre stała się kredowo biała. Nie tego spodziewała się Emi. – Nie – szepnął chłopak, odsuwając ją delikatnie od siebie. Spojrzał jej w oczy. – Nie! Przyciągnął ją z powrotem i szczelnie zamknął w swoich ramionach. – Andre, przestań! Udusisz mnie – pisnęła Emi, ale on nie zwracał na to uwagi. Przytulał ją do siebie, jakby to miało ochronić jego młodszą siostrę, przed całym, okrutnym światem. Rozdział XVI Bal z okazji Nocy Walpurgii był w szkole wielkim wydarzeniem. Cały Biały Pałac był na tą okazję uroczyście przystrojony. Dziewczęta chwaliły się przed sobą nawzajem przepięknymi sukniami i nawet wszyscy chłopcy wyglądali wyjątkowo wytwornie. Emi jeszcze raz obróciła się dookoła własnej osi, patrząc jak wiruje jej śliczna, liliowa sukienka. Za wszelką cenę starała się odgonić od siebie myśli o tym, co będzie musiała zrobić tej nocy. Przynajmniej do tego czasu postanowiła się dobrze bawić. Kiedy wyszła, przed drzwiami jej pokoju czekał zdenerwowany Jasper z bukietem margaretek. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wdzięcznie przyjęła kwiaty i wzięła chłopaka pod ramię. Wesoło pomachała do obejmującego w pasie ładną blondynkę brata. Andre odwzajemnił jej uśmiech, zadowolony, że jego mała siostrzyczka nie idzie na bal sama. W Sali balowej było prawie tylu samo Illi’andin co i ludzi. Prawie każdy z nich był w parze z jakąś czarodziejką. Emi słyszała nieprzyjemne szepty czarodziejów na temat tego, że zabierają im dziewczyny. Nauczyciele, zarówno ci z Białego Pałacu jak i z Czarnej Wieży, bardzo spięci pilnowali wielkiego pomieszczenia. Na takim mieszanym, integracyjnym balu, mogło wydarzyć się niemal wszystko. Emi postanowiła się niczym nie przejmować. Miała ochotę potańczyć, Jasper był jednak wyjątkowo niezdarnym partnerem, szybko więc z tego zrezygnowała. Nie chcąc urazić chłopaka, usiadła razem z nim pod ścianą. Rozmawiali w pogodnej atmosferze. Po pewnym czasie dziewczyna wstała, żeby przynieść im coś do picia. Wolała nie wyobrażać sobie co mogłoby się wydarzyć, gdyby to Jasper miał iść po napoje. Nie miała zamiaru się z niego naśmiewać, ale nie zaprzeczała też faktom, że był jaki był i nie pokładała w jego grację i wyczucie równowagi zbyt wielkiego zaufania. Kiedy odchodziła od stołu jej wzrok przyciągnęły czarne skrzydła. Rozpoznała wysoką, wytrenowaną sylwetkę Jaya. Chłopak miał na sobie czarną koszulę, szytą tak, żeby miała wycięcia na skrzydła. Emi uznała, że wygląda to naprawdę interesująco. Przyglądała mu się uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Dopiero po chwili zorientowała się, że Jay rozmawia z bardzo ładną, złotowłosą dziewczyną. Śmiała się perliście, najwyraźniej z czegoś, co chłopak przed chwilą powiedział. Emi poczuła jak coś ściska ją w środku. Blondynka wzięła Jaya za rękę i poprowadziła na parkiet, dumnie pusząc się przed patrzącymi zazdrośnie koleżankami. Emi zauważyła, że wszystkie czarodziejki, które przyszły na bal z którymś z chłopców Illi’andin przyciągają takie właśnie spojrzenia. Tylko dlaczego ona sama też czuła się tak cholernie zazdrosna? Wróciła do Jaspera z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Czego ona się niby spodziewała? Sama odmówiła mu pójścia na bal.. Miał nie przyjść wcale czy może przyjść sam? Tylko dlaczego czuła się tak cholernie paskudnie? A na dodatek dalej nie wiedziała za co właściwie Jay się na nią gniewa. Starała się wrócić do radosnego nastroju, ale rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z Illi’andin. Uśmiechnął się arogancko. Bez pytania chwycił Emi za rękę i postawił na nogi. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem i zamarła. Pamiętała spojrzenie szarych oczu i ostrzyżone tuż przy skórze włosy. Kojarzyła pokryte błoną, brązowe skrzydła. – Cieszę się, że znowu cię widzę – powiedział zadowolonym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna groźba. – Tym razem nikt nam nie przerwie – zapowiedział. – Puść mnie! – syknęła wściekle. – O nie – odpowiedział spokojnie. – Najpierw ze mną zatańczysz, a potem zobaczymy co dalej… – w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek. Emi spróbowała się wyrwać, ale przytrzymał ją mocno. Był zdecydowanie silniejszy. Stanął za nią obejmując dziewczynę ramionami. – Puszczaj! – niemal wrzasnęła przestraszona Emi, mimo, że bardzo nie chciała zwracać na siebie uwagi. – Jeżeli jeszcze raz krzykniesz – powiedział cicho, tuż przy jej uchu – to skręcę twojemu koledze kark – oznajmił wskazując na pobladłego, wpatrującego się w nich przerażonym wzrokiem Jaspera. Dziewczyna przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia co może zrobić. Chłopak Illi’andin stanowczo wypchnął ją na parkiet. Przysunął się do niej. Jego ręce znalazły się na talii dziewczyny, zaczęły schodzić niżej. Emi spojrzała jak kredowobiały na twarzy Jasper wymyka się z sali. Błagała w duchu, żeby się przynajmniej po drodze nie przewrócił. – Czemu to robisz? – spytała Emi, patrząc na skrzydlatego z rozpaczą. – Mieszkałaś u nas dwa tygodnie i jeszcze nie nauczyłaś się, że robimy to na co mamy ochotę? – roześmiał się. – Jesteśmy silniejsi, takie nasze prawo. Emi poczuła jego dotyk. Nad strachem zapanowała wściekłość. Z całej siły ugryzła natarczywego chłopaka. Nie zamierzała być tą słabszą. Odsunął się od niej gwałtownie. – Ty mała! – warknął. – Ja ci pokażę! – Co pokażesz, Jackob? – spytał Jay, pojawiając się jakby znikąd i stając pomiędzy nimi. – Nie twoja sprawa! – warknął tamten. – Odpierdol się! – Chcesz się ze mną zmierzyć? – spytał drwiąco czarnoskrzydły. Ostrzyżony na jeża chłopak syknął. Spojrzał wyzywająco na Jaya. – Zamierzasz bić się o dziewczynę? – spytał niedowierzająco. – Jeżeli będę musiał… – odpowiedział Jay wzruszając ramionami. – Zresztą każdy powód jest dobry – oznajmił z leniwym, aroganckim uśmiechem. Jackob nie odpowiedział. Obrzucił chłopaka nienawistnym spojrzeniem i zniknął w tłumie. Jay wziął Emi za rękę i zaskoczoną pociągnął za sobą w stronę rozległego tarasu, który kończył się prowadzącymi do ogrodów schodami. Zaprowadził ją w pusty, zaciemniony róg. – Gdzie Damien?! – warknął na nią. – Powinien się tobą opiekować! – Damien? – spojrzała na niego zaskoczona. – Przecież to z nim przyszłaś, prawda? – zapytał coraz bardziej rozeźlony. Emi pokręciła głową. – Mówiłam ci, że już z kimś idę – westchnęła. – Uznałeś, że cię okłamałam? – Jeżeli nie z nim, to z kim? – Jay wyglądał na naprawdę zaskoczonego. – Zaprosił mnie kolega z klasy – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Co w tym złego? Jeżeli chodzi o Damiena, to też mnie zapraszał i jemu także odmówiłam. W rezultacie w ogóle nie przyszedł. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia w domu. Chłopak patrzył na nią niedowierzająco. W jego bursztynowych oczach czaiła się dziwna niepewność. – Myślałem, że jesteś z Damienem – mruknął skonsternowany. – To znaczy, że jesteście parą. Emi zamrugała. Teraz to ona wyglądała na zagubioną. Czy to było to o co Jay się na nią gniewał? – Skąd taki wniosek? – zapytała oszołomiona. – Spędziłaś z nim noc – powiedział odwracając wzrok. – Czułem na tobie jego zapach. Wszędzie go czułem… Dziewczyna nie zrozumiała. – I co w tym złego? O ile pamiętam z tobą też spędziłam i to nie jedną – mruknęła. – Było mi zimno, Damien przyszedł mnie ogrzać… Pod postacią kota – dodała na wszelki wypadek – często tak sypialiśmy w dzieciństwie. Jay ze złości zacisnął pięści, przeklinając się w duchu za to jak łatwo dał się oszukać. Tyle niepotrzebnie zmarnowanego czasu… Jednocześnie jakaś niesamowita ulga i lekkość rozlały się po całym wnętrzu chłopaka. – Więc ty i Damien, nie jesteście… – zaczął. – Nie! – oznajmiła stanowczo dziewczyna. – Jest moim przyjacielem, to wszystko – powiedziała pewnie. Za plecami Jaya zobaczyła czerwoną sukienkę, mignęły jej złote loki. Dziewczyna, z którą przyszedł tutaj czarnoskrzydły, najwyraźniej szukała go niespokojnie. – Jay… dziękuję, że go ode mnie odgoniłeś – powiedziała cicho. – Teraz już sobie poradzę, idź do swojej partnerki, na pewno się niecierpliwi. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Przez chwilę jakby zastanawiał się czego ona od niego wymaga. Potem na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmieszek, który cechował większość dumnych chłopców Illi’andin. – Mam ją gdzieś – mruknął przyciągając Emi bliżej do siebie. Dziewczyna wstrzymała oddech, a potem jej serce załomotało jak szalone. Jay oplótł ją ramionami, pochylił się, a potem po prostu ją pocałował. Przymknęła oczy. Otoczyła rękami jego szyję. Wplotła palce w lekko przydługie, rozwichrzone, czarne włosy. Chłopak całował delikatnie, ale stanowczo. Jego usta rozchyliły się, jakby pragnąc coraz więcej. Emi czuła, że się rozpływa. Tak bardzo tego chciała! Tyle czasu o tym śniła! Jej marzenia spełniły się w dniu, kiedy poznała Jaya, ale teraz… teraz było po prostu idealnie! Od początku wiedziała, że chłopak jest jej bratnią duszą. To był jej pierwszy w życiu pocałunek i była szczęśliwa, że całuje się właśnie z nim. Całym swoim szesnastoletnim, dziewczęcym sercem, wiedziała, że go kocha. W końcu Jay odsunął się od niej odrobinę, przestając całować. Emi spojrzała na niego z żalem. Wcale nie chciała, żeby przerwał! Zamierzała coś powiedzieć, ale podeszła do nich dziewczyna w czerwonej sukni. Obrzuciła przytuloną parę oburzonym spojrzeniem. Jay na wszelki wypadek stanął tak, by zasłonić sobą Emi. Uśmiechnął się arogancko. – Co to ma być?! – wydarła się blondynka. – Cześć Kathrin – powiedział leniwym głosem. – Znudziłaś mi się – oznajmił spokojnie – więc znalazłem sobie „ciekawsze” zajęcie. Twarz dziewczyny przybrała barwę jej sukni. Drżała z wściekłości. – Ale ona… – zaczęła obrzucając Emi pogardliwym spojrzeniem – dlaczego z nią?! Kathrin uznała, że to poniżej jej godności, nie dość, że traci swoją randkę to jeszcze na rzecz jakiejś szarej myszy. Potem przyjrzała się uważniej czarodziejce, którą zasłaniał sobą Jay. Znała ją jako cichutką siostrę przystojnego Andre, ale wyraźnie coś się w dziewczynie zmieniło. Było niemal nieuchwytne, ale jednak w niej tkwiło. Nie była jakąś niesamowitą pięknością, za to przyciągała wzrok nietypową urodą, wielkimi karmelowymi oczami i jeszcze czymś innym, czymś zupełnie niezwykłym. – Ładniej od ciebie pachnie – stwierdził Jay z rozbawionym błyskiem w oczach, po czym odwrócił się do blondynki plecami, uznając rozmowę za skończoną. Dziewczyna wydała z siebie wściekłe, nieprzystojące damie warknięcie. Rzuciła się na chłopaka z pięściami. Zwinne złapał ją za ręce. Odepchnął od siebie. Zawirowała czerwona suknia. Kathrin straciła równowagę i klapnęła pupą na kremowe kafelki tarasu. – Robisz z siebie pośmiewisko – oznajmił spokojnie Jay. – Miej trochę godności – dodał rozbawiony. Wziął Emi za rękę i, omijając dużym łukiem purpurową na twarzy blondynkę, pociągnął za sobą w stronę pałacowego ogrodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zatrzymali się dopiero pod rozłożystym drzewem, którego obsypane białymi kwiatkami gałęzie sięgały niemal ziemi. Słońca na niego już dawno nie było, ale nawet Emi doskonale widziała w jasnej poświacie siedmiu księżyców. Jay zbliżył się do Emi, na powrót chcąc ją przytulić. Spojrzał w pełne tłumionej wściekłości oczy dziewczyny. Zamarł zaskoczony. Nie tego się w nich spodziewał. – Dlaczego ją tak potraktowałeś?! – warknęła na niego. – Co ona ci zrobiła?! Jay zamrugał. – Nie lubię jej – powiedział cicho – to wszystko. – Więc po co ją zapraszałeś? – spytała z trudem panując na swoim rozgniewanym głosem. – Jest ładna, a ja potrzebowałem akurat ładnej dziewczyny – mruknął chłopak nie patrząc na Emi. – Byłem przekonany, że przyjdziesz z Damienem, a to cholernie bolało – westchnął. – To nie daje ci prawda do takiego traktowania… – Emi – przerwał jej – miałem tej dziewuchy serdecznie dość. Powinna trafić na Jackoba, byłby nią zachwycony. Nawet nie wiesz ilu sprośnych propozycji się dzisiaj nasłuchałem. Gdybym był miły, w życiu by się ode mnie nie odczepiła. A ja naprawdę chciałbym być tylko z tobą… Dziewczyna westchnęła. Czuła jaką trudność sprawia Jayowi mówienie o tym. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że ona i Damien… zwłaszcza, że Damien był… no cóż Jay najwyraźniej tego nie wiedział i nie od niej się dowie. Przemknęło jej przez myśl, że na początku, dopóki nie wiedziała kim jest rzeczywiście ją fizycznie pociągał. To nie miało jednak znaczenia, bo wiedziała, że jak przystojny by nie był i tak nie poczułaby do niego niczego więcej. Na pewno nie mogłaby o nim myśleć, w ten sam sposób w jaki myślała o Jayu. Damien był przyjacielem. Kochała go jak brata i, mimo różnych żartów, do których wymiany dochodziło między nimi, była pewna, że chłopak czuje do niej dokładnie to samo. – Nie zachowuj się tak więcej – poprosiła podchodząc do niego bliżej. – Wiesz co? – zapytała. – Miałam dzisiaj straszną ochotę zatańczyć i ani razu mi się nie udało. Przytuliła się do chłopaka. Oplótł ją ramionami. Byli zdecydowanie bliżej siebie niż pozwalały na to zasady kurtuazji, ale odeszli na tyle daleko, żeby nikogo w pobliżu nie było. Od strony Białego Pałacu dolatywały ciche dźwięki, wolnej, przyjemnej dla ucha, muzyki. Emi kołysała się w tańcu, wtulona całą swoją postacią w Jaya. Zamknęła oczy rozkoszując się jego bliskością. Przytulił ją mocniej. Zdawało jej się, że płynie. W pewnej chwili zorientowała się, że unoszą się w powietrzu. Wtuliła twarz w jego ramię. Niedotykanie stopami ziemi było naprawdę cudownym uczuciem. – Emi… – odezwał się cicho, czule całując jej włosy. Wydawał się być odrobinę zaniepokojony. – Czy tym razem też muszę o coś pytać? To znaczy, nie chciałbym, żeby wyszło tak jak z tym balem… Nie do końca znam wasze zasady… Dziewczyna nie potrafiła się nie roześmiać. Jej oczy zalśniły. Wspięła się na palce całując go w usta. Obdarzyła go promiennym uśmiechem. – Nie, Jay – powiedziała łagodnie – tym razem nie musisz. – Więc to znaczy, że jednak chcesz być trochę moja? – dalej drążył temat, wyraźnie się upewniając. – Myślę, że będziemy musieli odbyć dłuższą rozmowę na temat zwyczajów naszych ras – mruknęła rozbawiona – ale chwilowo możemy przyjąć, że bardzo chcę. – To dobrze – westchnął uspokojony. W oświetlającym ich srebrnym świetle księżyców odpłynęli w upojny, powolny taniec, rozkoszując się nawzajem swoją bliskością. Ta noc, ta chwila, to wszystko było tylko dla nich. Cały świat przestał istnieć, czas stanął w miejscu, istnieli tylko oni. Zaklęta w tańcu para i jasne światło księżyców. Rozdział XVII Emi zupełnie straciła poczucie czasu. Tak dobrze czuła się w ramionach Jaya! Niemal przegapiła północ, a musiała wszystko załatwić zanim zacznie świtać. Niechętnie uwolniła się z objęć chłopaka i odrobinę odsunęła od niego. Spojrzał na nią pytająco. Wcale nie chciał jej puszczać. – Jay, muszę iść – powiedziała cicho. – Zobaczymy się jutro? Chłopak nie zamierzał tak łatwo dać się zbyć. – Dokąd idziesz? – zapytał. – Muszę coś załatwić – westchnęła smętnie i od razu poczuła, że smutny ton był jej poważnym błędem. W oczach czarnoskrzydłego pojawił się niepokój. – Świetnie, cokolwiek by to nie było idę z tobą – warknął nieprzyjaźnie. – Ale Jay… – zaczęła i przerwała widząc jego stanowczą, zaciętą twarz. – Nie jestem pewna czy chcesz przy tym być – mruknęła. – Przekonajmy się – powiedział wojowniczo. – Spotkamy się tam gdzie zwykle, dobrze? – zaproponowała Emi. – Potrzebuję z pałacu kilku rzeczy. Jay tylko skinął głową. Nie skomentował. Dziewczyna pobiegła z powrotem w stronę balowej sali, by po chwili zniknąć w tłumie barwnych, tańczących par. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Noc była naprawdę piękna. Upojny zapach lasu unosił się w ciepłym, wiosennym powietrzu. Było na tyle ciemno, że Emi widziała jedynie drogę przed sobą i smukłe sylwetki najbliższych drzew. Trzymała za rękę idącego tuż obok niej Jaya, to pomagało, chociaż trochę. Dodawało jej otuchy. Bała się jednak, że po tym, co chłopak zobaczy, nie będzie jej już więcej chciał. Była pewna, że w jego bursztynowych oczach pojawi się gorycz i obrzydzenie. Nie miała jednak zamiaru go okłamywać. To była jego decyzja. Między innymi dlatego bez większych protestów zgodziła się, żeby z nią poszedł. Był zresztą dzieckiem lasu, tak jak i ona. To dotyczyło także i jego. – Wytłumaczysz mi wreszcie co tu robimy? – zapytał skonsternowany Jay. Emi westchnęła. Nie była pewna ile powinna mu powiedzieć. Lepiej niech sam zobaczy. – Jak pewnie wiesz, mamy Noc Walpurgii. To czas złych duchów. Święto Nordyckiej Bogini śmierci Hel – mówiąc dziewczyna uparcie wpatrywała się w ziemię. – Czarodzieje nie wierzą w moc tej nocy, ale ona jest prawdziwa – stwierdziła z przekonaniem. – Widziałam na to namacalne dowody – wzdrygnęła się. – Złe duchy co roku porywają dusze dzieci, więżąc je poza czasem. Trzeba im złożyć ofiarę, żeby od tego odstąpiły. Dzięki mocy Hel, jeżeli zechce pomóc śmiertelnym duszom, jest szansa, że wyswobodzą te, które już mają. Dopiero teraz Emi spojrzała na idącego obok niej chłopaka. Zaskoczyło ją to, że się z niej nie śmieje. On zupełnie poważnie myślał nad tym, co powiedziała. – Jaka to ofiara? – spytał rzeczowo. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. – Zobaczysz – mruknęła niechętnie, a Jay jedynie skinął głową. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Dotarli na jedną z niewielkich, osłoniętych gęstą ścianą lasu, polan. Jay był zaniepokojony smutkiem w głosie i oczach Emi. Miał nadzieję, że nie wymyśliła nic specjalnie głupiego. Z trudem wmówił sobie, że powinien jej zaufać. Udało mu się to tylko dlatego, iż wiedział, że jeżeli będzie się działo coś złego, on będzie w pobliżu, żeby ją obronić. – Zostań tutaj i nie wychodź na polanę, choćby nie wiem co – poprosiła cicho dziewczyna. Jay niechętnie posłuchał. Stanął oparty o gruby pień drzewa, rosnącego tuż przy obrębie polany. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać. Emi, już bez balowej sukni, ubrana w swoją ukochaną, zieloną tunikę i obcisłe, brązowe spodnie, usiadła na usianej leśnymi, wiosennymi kwiatami trawie. Na kolanach położyła swoją szmacianą torbę. Jay zwalczył w sobie potrzebę, żeby do niej podejść, przytulić ją do siebie. W biały świetle księżyca wyglądała zupełnie jak nimfa leśna, dzika i niedostępna. Dziewczyna nie robiła nic konkretnego, ale wyczuł w niej wyraźną zmianę. Jej zapach z kuszącego i drapieżnego stał się słodki i delikatny. Dalej uwodził, ale w zupełnie inny sposób. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Potem, na skąpaną w delikatnym, księżycowym świetle polanę, powoli, nieśmiało wyszła młodziutka sarna. Jay ani drgnął. Przyglądał się zaintrygowany. Łania podeszła do dziewczyny, trącając ją nosem. Emi w milczeniu, łagodnie dotknęła jej pyska. Nagle chłopak poczuł się jak we śnie. Cały świat zaczął się rozpływać, wszystko widział jakby przez gęstą mgłę. Jego łagodna, niewinna Emi, płynnym ruchem wyciągnęła z torby myśliwski nóż. Potem, z zimną krwią, ufnie trącającemu ją nosem zwierzęciu wbiła w krtań jego ostrze. Z tętnicy szyjnej trysnęła krew. Dziewczyna chciała zabić, a wyraźnie nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Usłyszał jak cicho wymawia jakieś słowa w nieznanym mu języku. Cała jej drobna postać umazana była w ciemnej, tętniczej krwi. Jeszcze przed chwilą elegancko upięte włosy, teraz opadały niesfornie wyślizgując się ze spinki, zasłaniając dziewczynie większość twarzy. Jay zobaczył w jej karmelowych oczach łzy. Chciał podejść, ale zdał sobie sprawę, że nie może się nawet poruszyć. Co tam się do cholery działo? Młoda sarna leżała przed dziewczyną, wijąc się w ostatnich, konwulsyjnych drgawkach. Emi wyjęła z torby jakieś naczynie. Przyłożyła je do otwartej rany na ciele zwierzęcia. Napełniło się krwią. Uniosła je do ust i po wyszeptaniu kilku słów zaczęła pić. Krew, czerwoną strugą spływała jej po brodzie. Składała ofiarę leśnym duchom, a sama była jednym z nich. Jay próbował się szarpać w niewidzialnych więzach, ale nic z tego. Chciał krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Powiał silny wiatr. Na zamglonej polanie pojawiły się jakieś cienie. Otoczyły dziewczynę ciasnym kręgiem. Powiał od nich nieprzyjemny, przenikliwy chłód. Chłopak zauważył też coś innego. W cieniu drzew, po drugiej stronie polany, kryły się niewielkie postacie. Były zamglone i przezroczyste. Jay wiedział kim są. To duchy dzieci, o których mówiła Emi. Bystry wzrok Illi’andin pozwolił mu, mimo panującej w lesie ciemności, zobaczyć wszystko ze szczegółami. To wcale nie był przyjemny widok. Dzieci, wszystkie co do jednego, nosiły ślady przeróżnych obrażeń. Od wbitych w ich serca noży po sine pręgi od szubienicy. One nie umarły same. Wszystkie, z premedytacją, zostały oddane w ofierze złym duchom. Porywy wiatru ustały. Polanę rozświetliło jasne, srebrzyste światło niewiadomego pochodzenia. Otaczające Emi postacie zawyły. Dzieci pojedynczo lub parami wychodziły spomiędzy drzew. Kiedy tylko ich niewielkie, zmasakrowane, eteryczne ciała dotknęły światła, rozpływały się w srebrzystą mgłę i odlatywały ku niebu. Jay nie wiedział ile czasu minęło, ale jemu wydawało się, że upłynęła cała wieczność. W końcu otaczające dziewczynę cienie zaczęły się rozpływać, a po chwili Emi na polanie została sama, z martwą sarną u swych stóp. Chłopak zobaczył rozpacz w jej karmelowych oczach, ściekające po bladych policzkach łzy. Przypomniał sobie, jak nie mogła przebywać w miejscu, w którym wyczuwała śmierć. Jak wiele, to co zrobiła, musiało ją kosztować? Uwolniony z magicznych więzów natychmiast rzucił się ku dziewczynie. Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem. Uklęknął przy niej. Otoczył ją ramionami. Dopiero wtedy się rozpłakała. Całował jej włosy, policzki po których spływały słone łzy, nie zwracając uwagi na to, że brudzi się krwią martwego zwierzęcia. Tuliła się do niego, jak mała dziewczynka. Jej ciało drżało. Całym sobą pragnął coś dla niej zrobić, nie miał tylko pojęcia co. Przez to, że myślał tylko o Emi, stracił swoją zwyczajową czujność. Płonące w mroku oczy, zobaczył dopiero, kiedy były tuż przy nich. To był olbrzymi pająk! Dziewczyna w jego ramionach nawet nie drgnęła więc i on się nie poruszył. Do pająka dołączył drapieżny, drzewny kot. Po chwili pojawiły się też niedźwiedź i lis. Nie atakowały, nie wykonywały żadnych agresywnych ruchów. Wpatrywały się w martwą, leżącą na polanie sarnę. Zwierząt przychodziło coraz więcej, aż w końcu cała polana zapełniła się drapieżnymi stworzeniami, które w żadnym wypadku nie powinny ze sobą koegzystować. Lis podszedł do martwej sarny i zaczął ostrymi zębami wydzierać kawałki mięsa, nie zjadał ich jednak, tylko porzucał na trawie. Po kolei podchodziły do nich inne drapieżniki. Jay zrozumiał. W ten sposób ofiara dziewczyny nie szła na marne. Niechętnie wypuścił ją z objęć, a sam przemienił się w wilka. On też chciał wziąć w tej ceremonii udział. Drapieżne stworzenia zjadały, każdy swoją porcję mięsa, a potem odchodziły w mrok. Na koniec na polanie zostali jedynie Emi, wielki szary wilk i olbrzymi pają. Włochaty stwór podszedł do dziewczyny, a ona delikatnie dotknęła jego skłębionego futra. – Dziękuję – wyszeptała cicho, a potem i on się oddalił, zabierając ze sobą to co zostało z martwej sarny. Jay na powrót przybrał swoją ludzką postać. Podniósł czarodziejkę z trawy delikatnie tuląc w ramionach i wzbił się w powietrze. Wylądował nad ich wspólnym, leśnym jeziorem. Posadził dziewczynę na trawie. Zdjął z siebie zakrwawione ubranie, a potem ją zaczął rozbierać. Nie protestowała. Patrzyła przed siebie, jakby nic nie widziała, jakby nic jej już dłużej nie obchodziło. Jay zaniósł ja do ciepłej wody i obmył z krwi. Przylgnęła do niego mocno, wtulając twarz w jego ramię. – Już po wszystkim, wystarczy tego rozpaczania – mruknął. Dziewczyna podniosła na niego swoje karmelowe, lśniące od łez, pełne smutku oczy. – Gdybym chociaż wiedziała, czy mi się udało – szepnęła cicho. Jaya zamurowało. Był tam i widział co się działo. Jak ona mogła pomyśleć, że nie wyszło? Czyżby… – Emi – powiedział łagodnie – nie widziałaś otaczających cię duchów? Dziewczyna zamrugała. – Jakich duchów? – spytała zaintrygowana. – Co się według ciebie wydarzyło na polanie? – zaczął dociekać patrząc jej w oczy. – Przywabiłam do siebie sarnę – powiedziała niechętnie, chciała spuścić wzrok, ale on jej na to nie pozwolił. – Potem ją zabiłam i odprawiłam rytuał. A potem pojawiłeś się ty i moi przyjaciele. No i zabrałeś mnie tutaj. To wszystko. – W takim razie nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cała reszta imprezy cię ominęła – mruknął tuląc ją do siebie czule. Zabrał ją z wody. Posadził na trawie, otulając najpierw swoją, w miarę czystą koszulą, a potem silnymi ramionami. Oparła się o jego tors, zamykając oczy. – Opowiesz mi? – poprosiła. – Dookoła ciebie było pełno cieni – powiedział cicho – otaczały cię, a ja nie mogłem się nawet poruszyć. Potem pojawiły się duchy dzieci i jasne, zalewające całą polanę światło. One szły do tego światła, a potem rozpływały się we mgle i ulatywały ku niebu – Jay postanowił, że oszczędzi jej nieprzyjemnych szczegółów. – To było coś niesamowitego, Emi. Dziewczyna spojrzała na niego zaniepokojona. Nie była pewna, jak zachowałaby się, gdyby ona sama to wszystko mogła dostrzec. – Więc udało mi się zrobić, to co trzeba – wyszeptała, uśmiechając się smutno. – Jay, nauczysz mnie zabijać? – poprosiła cicho. Chłopak zakrztusił się własną śliną. To było coś, czego nigdy nie spodziewał się od niej usłyszeć. – Od zabijania masz mnie – warknął. Pokręciła głową. – Nie, nie rozumiesz – powiedziała drżącym głosem. – Gdybym wiedziała jak się do tego zabrać, nie musiałabym jej dzisiaj zadawać tyle bólu – szepnęła. – Jay, błagam… Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będę musiała coś takiego zrobić, to wolę być przygotowana. Pokażesz mi jak to się robi? Proszę… Czarnoskrzydły westchnął. Na twarz przywołał leniwy, arogancki uśmiech. – Nauczę cię – powiedział spokojnie – ale jeżeli jeszcze raz czegoś takiego spróbujesz, to osobiście przyłożę ci w tyłek – zagroził. – Od zabijania masz mnie – powtórzył stanowczo. Uśmiechnęła się do niego. Pocałowała go delikatnie. Położył się na trawie, tuląc ją w swoich ramionach. Po krótkiej chwili jej oddech zwolnił, stał się rytmiczny i spokojny. Usnęła w jego objęciach. Jay jeszcze długo wpatrywał się w śpiącą przy nim dziewczynę wdychając jej cudowny, upojny zapach. Spanie w Anduriańskiej Puszczy nie było dobrym pomysłem, a on, za jej bezpieczeństwo był gotowy zapłacić każdą cenę. W końcu jednak i jego po ciężkim dniu, zmorzył lekki, ale pokrzepiający sen. Rozdział XVIII Obudzili się dopiero koło południa. Niechętnie rozstali się na skraju lasu, wiedząc, że spotkają się za kilka godzin, na wymianie międzyszkolnej, tym razem, w Białym Pałacu. Emi miała szczerą nadzieję, że ich nauczyciele zaplanowali coś ciekawszego od historycznej propagandy. Nie lubiła się nudzić. Jeszcze zanim zdążyła wejść do siebie do pokoju, w korytarzu dopadł ją Andre. Chwycił ją mocno za ramiona, stanowczo zatrzymując w miejscu. W jego karmelowych oczach aż gotowało się z wściekłości, zobaczyła w nich jednak też strach i to kazało jej milczeć. – Gdzieś ty była?! – warknął na nią obrzucając ją od góry do dołu wrogim spojrzeniem. Miała na sobie ciasne, brązowe, pobrudzone krwią spodnie i czarną, za dużą na nią koszulę Jaya. Nie miała pojęcia jak wytłumaczy to bratu. – W lesie – mruknęła cicho. – Przez całą noc?! – spytał niedowierzająco wściekłym głosem. – Tak – odpowiedziała szeptem. – Z kim?! – syknął na nią. – To bez znaczenia – westchnęła. Wiedziała, że cokolwiek mu powie i tak będzie miała kłopoty, nie miała jednak zamiaru narobić problemów także Jayowi. Andre zazgrzytał zębami. – W trakcie balu przybiegł do mnie panicznie przerażony Jasper, mówiąc, że groził ci jeden z tych psów! Potem zniknęłaś. Nigdzie nie mogłem cię znaleźć! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałem – krzyczał chłopak. – A ty mi teraz mówisz, że „to bez znaczenia”?! – Przepraszam – szepnęła, spuszczając wzrok. Nawet nie pomyślała o tym, że może zaniepokoić brata. – Rzeczywiście przyczepił się do mnie jeden chłopak Illi’andin, ale mój przyjaciel go odgonił. Potem musiałam załatwić pewną sprawę – westchnęła. – W puszczy?! – wydarł się na nią. – Andre, uspokój się – poprosiła. – Nie rób przedstawienia dla całej szkoły… Syknął wściekle, ale posłuchał. Zaprowadził ją do jej pokoju, nie odstępując siostry na krok. Stanął przy drzwiach, podczas gdy ona zaczęła przebierać swoje rzeczy w poszukiwaniu czystego ubrania. – Nie wiem co robiłaś i nie chcę wiedzieć – powiedział siląc się na obojętny ton. – Ale nigdy więcej nie pójdziesz już do tego pieprzonego lasu, a po zakończeniu wymiany, nigdy nie będziesz miała już kontaktu z żadnym, przeklętym Illi’andin i ja tego dopilnuję. Wojna z bratem, tylko tego mi brakowało, pomyślała Emi. Nie miała jednak pojęcia w jaki sposób przekonać go do swoich racji, a z wycieczek do puszczy i kontaktu z Jayem i Damienem, na pewno nie zamierzała zrezygnować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Tym razem Jay także nałożył koszulę. Nie chciał, żeby Emi zobaczyła ślady po razach, które dostał za to, że nie przyszedł na trening. Był pewien, że dziewczyna zacznie się o to obwiniać. Stał razem z Damienem i grupą innych Illi’andin w jednej z sal Białego Pałacu, słuchając przemówienia pani dyrektor. W pomieszczeniu, poza Aną, nie było żadnej innej dziewczyny, która towarzyszyła w Czarnej Wieży któremuś z wojowników Illi’andin. Jay doskonale wiedział dlaczego. Zastąpiły je nowe, niczego nieświadome czarodziejki. Tu dalej trwała, mniejsza, ale równie okrutna wojna. Kiedy pani Rosenberg, starsza, surowo wyglądająca kobieta, o lekko szpiczastym nosie, skończyła przemówienie, Emi podeszła do nich z radosnym uśmiechem. Miała na sobie kraciastą mini spódniczkę i czarny, opięty top. Jak, od kiedy tylko wszedł do sali, nie mógł oderwać od niej wzroku. Teraz, zawstydzony, zdał sobie sprawę, że po prostu się na nią gapi. Dla niego, po prostu mogły nie istnieć żadne inne dziewczyny. – Damien, czy teraz jesteś usatysfakcjonowany moim strojem? – spytała rozbawiona, na powitanie. Blondyn przyjrzał się jej uważnie. Uśmiechnął się drwiąco. – Mnie się podoba, ale myślę, że powinien być odrobinę mniej wyzywający, bo Jay zaraz będzie zbierał szczękę z podłogi – mruknął mściwie. Czarnoskrzydły zagotował się w środku, ale wiedział, że jego przyjaciel mówił prawdę. Do tego czuł piekielną zazdrość, że to nie dla niego tak się ubrała. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo dyrektorka rozesłała ich do pokoi i chcąc nie chcąc, zupełnie nieszczęśliwy, powędrował za Aną. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pokój Emi był niewielki, ale bardzo przytulny. Białe meble były pomalowane w niebieskie kwiaty, a łóżko przykryte podobnie zdobioną narzutą. Pod jedną ze ścian stała szafa i duże lustro, pod drugą natomiast zgrabne biureczko i wygodne krzesło z wysokim oparciem. Nie były to przestronne, bogate komnaty Damiena, ale Emi bardzo lubiła swój maleńki pokój. Usiadła na łóżku tuż obok chłopaka, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Przywiozłem coś dla ciebie – mruknął uśmiechając się do niej leniwie. Odgarnął dziewczynie włosy i delikatnie zapiął na jej szyi cieniutki łańcuszek z misternie wykonanym wisiorkiem w kształcie liścia. Emi przyjrzała się pięknemu przedmiotowi. Jej oczy zalśniły. – Damien, jest śliczny – szepnęła wzruszona. – Dziękuję. Położyła chłopakowi głowę na ramieniu, tuląc się do niego. Blondyn wplótł palce w jej włosy, przyciągnął do siebie dziewczynę i delikatnie pocałował. Odskoczyła od niego gwałtownie, szeroko otwierając z przerażenia oczy. – Wiedziałem, że to nie będzie takie proste – westchnął, kładąc się bokiem na łóżku. Głowę oparł na łokciu, przyglądał się skulonej postaci Emi. – Damien, ja nie mogę… – zaczęła cicho –  poza tym, przecież ty… – Dla ciebie zrobię wyjątek – mruknął wpatrując się w nią uważnie. – Nie kochasz mnie? – spytał. – Jesteś moim przyjacielem – jęknęła. – Kocham cię jak brata. Nic więcej nas nie łączy… Jay… Damien, on jest… – zdziwiła się jak trudno jej to powiedzieć. – To jego… Gwałtownie usiadł. Przyciągnął ją do siebie. Położył rękę na jej ustach. – Nic więcej już nie mów – rozkazał stanowczo. – Próbowałem, za wszelką cenę próbowałem – szepnął gorączkowo, tuląc ją do siebie. – Naprawdę, uwierz mi, ja też kocham Jaya, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić! – w jego głosie pojawiła się nutka bólu i wściekłości. Zabrał rękę z twarzy zdumionej dziewczyny. Wyjął z kieszeni złożoną starannie kartkę. Podał jej. Nosiła na sobie ślady wielokrotnego czytania. Odsunął się od niej i położył oparty na łokciu, obserwując ją uważnie. Jego twarz stała się obojętną maską, ale w oczach miał niemalże nieuchwytny, tajemniczy smutek. Emi rozłożyła kartkę. Już po pierwszej linijce rozpoznała charakterystyczne pismo własnego ojca. Wyraz zdumienia na jej twarz zastąpiły ciekawość i konsternacja. Z każdą przeczytaną linijką jej oczy powiększały się coraz bardziej. Nie rozumiała. To był układ, pomiędzy jej rodzicami, a ojcem Damiena. Traktat pokojowy miał wiele warunków, a to o czym oni pisali, było właśnie jednym z nich. Emi spojrzała zszokowana na blondyna. List wypadł jej z ręki. – Nie! – wyszeptała. – Wiem, mnie też się to nie podoba – mruknął przewracając się na plecy. – Miałem nadzieję, że się we mnie zakochasz, wtedy nigdy nie musiałabyś o tym wiedzieć. – Damien, ale jak? Dlaczego? – spytała niepewnie, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. – Chodź do mnie – westchnął, a ona położyła się przy nim. Objął ją ramieniem. – Widzisz, to bardzo proste… Niezbyt obiecująca, młoda czarodziejka, kompletnie bez talentu. – Jego słowa sprawiły jej przykrość. Spojrzała w jego głębokie, niebieskie oczy. – Nie patrz tak na mnie – mruknął – mówię ci jak oni to widzą, tylko my wiemy, że jest inaczej – uśmiechnął się do niej smutno. – W każdym razie niepotrzebna nikomu do niczego córka i nieposłuszny, krnąbrny syn, nad którym nie da się zapanować. Wymyślili idealny sposób, żeby się nas pozbyć, a na dodatek staliśmy się dzięki temu „przydatni”. – Na kiedy zaplanowali nasz ślub? – zapytała cichutko, tuląc się do niego mocniej. – Ma odbyć się pod koniec lata – odpowiedział niechętnie. – Doskonale, więc mamy przynajmniej cztery miesiące, żeby cos z tym zrobić – odezwała się buntowniczo. Rozdział XIX Damien był zły, ponieważ Emi nie rozumiała. Nie miała pojęcia jak wielką krzywdę robi Jayowi. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela. Gdyby dziewczyna po prostu go olała, nie byłoby z nim tak źle, ale jeżeli dowie się, że Emi zwyczajnie nie ma wyjścia i sama jest nieszczęśliwa… Damien nawet nie chciał myśleć o tym, jak będzie czuł się Jay. Nie zamierzał, po prostu nie mógł tego tak zostawić, nawet jeżeli Emi będzie miała go za to znienawidzić. Chłopak podszedł do okna, przeciągnął się leniwie. Dziwnie było mieszkać w pałacu, w którym nie ma służby i wszystko trzeba robić samemu. Jeszcze bardziej niezwykłą rzeczą był fakt, że miał jeść we wspólnej jadalni, razem ze wszystkimi. Uśmiechnął się wyglądając na zewnątrz. Mimo zmiany otoczenia, Illi’andin nie porzucili swoich treningów. Walczyli teraz na placu, obserwowani przez stadko zachwyconych czarodziejek. Nie zdziwił się wcale, że to Jay wydaje rozkazy. Wychwycił też niechętne spojrzenia stojących pod zadaszoną częścią placu magów. Dla nich ciągle byli wrogami. Damien wiedział, że to, tak naprawdę jedyne słuszne podejście, zdawał sobie też jednak sprawę, że sojusz był i jest konieczny, dla obu ras. Usiadł na łóżku, przy ciągle śpiącej Emi. Jej brązowe włosy rozsypały się po błękitnej poduszce, do której się przytulała. Wyglądała uroczo, jak mały, roztrzepany kociak. Mimo wszystko cieszył się, że to właśnie na nią wypadło. Nie był wcale pewien, jak długo inna dziewczyna pożyłaby w jego obecności. Gdyby tylko nie Jay… Czarodziejka otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego na powitanie. Naprawdę lubił ten jej dziecięcy, promienny uśmiech. – Wyspałaś się? – zapytał uprzejmie, starając się by jego wypracowany głos brzmiał jednocześnie niedbale i uwodzicielsko. – Aha – mruknęła przeciągając się i siadając. Zerknęła za okno. Spostrzegła trening Illi’andin. – Skoro nie chce, żebym była przy ich ćwiczeniach, to po jakie licho robi je pod moim oknem – westchnęła rozbrajająco. – Zero konsekwencji – roześmiał się Damien. – Czemu Jay nie chciał, żebyś oglądała treningi? – Stwierdził, że go rozpraszam – powiedziała skonsternowanym tonem dziewczyna, zawstydzona spuszczając wzrok. – Podobno przeze mnie obrywa… Blondyn przełknął ślinę. Poczuł palącą zazdrość. Szybko przywołał na twarz wyuczony, leniwy, arogancki uśmiech. – Czasem należało by mu się lanie – odpowiedział wesoło. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pierwsze śniadanie Illi’andin w Białym Pałacu było wielkim wydarzeniem. Przyciągali uwagę całej szkoły. Emi zauważyła, że niektórzy czarodzieje patrzą na chłopaków z nieskrywaną nienawiścią. Jednym z nich był jej starszy brat Andre. W pewnym momencie napotkał wzrok Damiena. Zdziwiła się, gdy jego harde, odważne spojrzenie, natychmiast uciekło w inną stronę, jakby się czymś spłoszył. Blondyn uśmiechnął się z satysfakcją. Emi nie miała pojęcia, co jest pomiędzy nim, a jej bratem, ale miała zamiar się tego jak najszybciej dowiedzieć. Dziewczyna siedziała jak na szpilkach. Tego ranka, tak naprawdę, czekała tylko na jedną osobę, a jego jak na złość nie było. W końcu pojawił się w sali jadalnej, kłócąc się o coś zażarcie z Aną. Emi, dużym wysiłkiem woli, odgoniła od siebie uczucie zazdrości. Bolało ją, że to właśnie Ana, a nie ona sama, spędzi z nim w Białym Pałacu, każdą wolną chwilę. Jay usiadł koło niej uśmiechając się szelmowsko. Miała ochotę go pocałować. Wiedziała, że nie może. Nie tutaj, nie na oczach brata. Poczuła przyjemny dreszcz, kiedy ich ramiona na chwilę się zetknęły. Tak bardzo potrzebowała jego bliskości! Szczerze liczyła na to, że uda im się wspólnie wymknąć do lasu. Chciała, choć przez chwilę, być sam na sam z Jayem. – Jay, czemu nie chcesz się zgodzić? – zapytała płaczliwie, siedząca naprzeciwko Ana. – Bo to bez sensu! – warknął na nią. – Nie i już! – Na co nie chcesz się zgodzić? – zainteresowała się Emi. – Ta idiotka wymyśliła, że będziemy trenować razem z „chętnymi” czarodziejami, pokazując im naszą sztukę walki – syknął wściekle. – Wcale nie ja to wymyśliłam! – oznajmiła zdenerwowanym głosem Ana. – To chłopaki o to poprosili! – Czemu uważasz, że to głupie, Jay? – zapytała cicho Emi. Jego twardy wzrok odrobinę złagodniał, kiedy spojrzał na nią. – Są za słabi, dostaną niezłego łupnia, a nam się za to oberwie – mruknął. – Poza tym nie powinno się zdradzać swoich technik przed wrogiem. Ana spojrzała na niego zmieszana. Najwyraźniej ona nie usłyszała od niego takiego rzeczowego i prostego wyjaśnienia. Emi wzruszyła ramionami. – W takim razie uprzedźcie ich na co się piszą – uśmiechnęła się do niego – i zróbcie to za zgodą któregoś z nauczycieli. W najgorszym wypadku to wy będziecie mieli rozrywkę. Jay zazgrzytał zębami. Obrzucił teraz i ją wściekłym wzrokiem. – Pomyślę nad tym – mruknął niezadowolony, że nie przyjęła jego strony. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po śniadaniu rozpoczęły się zajęcia. Znacznie ciekawsze niż te w Czarnej Wieży. Opowiadali sobie nawzajem o swoich zwyczajach i kulturze, pokazywali co potrafią, a potem Illi’andin zwyczajnie uczestniczyli w zajęciach czarodziei. Po południu Emi wymknęła się do lasu. Jay już tam czekał. Uśmiechnął się do niej na powitanie, a ona po prostu wpadła mu w ramiona. Natychmiast ją od siebie odsunął. Spojrzała na niego pytająco. – Nie lubię, kiedy tak pachniesz – powiedział cierpko. – Jak? – nie zrozumiała dziewczyna. – Nim – odpowiedział prosto. – Nawet nie wiesz jak jestem piekielnie zazdrosny – westchnął, przyciągając ją do siebie z powrotem. Rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze, tuląc dziewczynę w swoich ramionach. Po cudownym, jak na gust Emi, zdecydowanie zbyt krótkim, locie, znaleźli się na swojej polanie. Kiedy tylko ich stopy stanęły na miękkiej trawie, dziewczyna oplotła ramionami szyję Jaya. Pocałowała go w usta. Zachłannie odwzajemnił jej pocałunek. Zaborczym gestem przyciągnął czarodziejkę bliżej. Nie potrafili się od siebie oderwać. Nie chcieli. Przez krótką chwilę, wbrew temu, co ustalili z Damienem, Emi zamierzała mu o wszystkim powiedzieć. Jednak, kiedy tylko spojrzała w jego bursztynowe oczy, zmieniła zdanie. Załatwią to sami, nie ma potrzeby go niepokoić. Poza tym nie była pewna w jaki sposób mógłby zareagować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre wpadł do pokoju swojej siostry jak oszalały. Był sam. Na wpół leżący na łóżku Damien obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Czarodziej spurpurowiał na twarzy. Jego karmelowe oczy płonęły. – Gdzie ona jest?! – warknął. Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. – Jeżeli mówisz o Emi, to nie mam pojęcia – mruknął zupełnie spokojnie. Jego głos był aksamitny i miękki. Brzmiał jak pieszczota. – Widziałem jak wychodziła z tym, z tym… – Andre trząsł się ze złości. – Pewnie masz na myśli mojego przyjaciela – Damien specjalnie podkreślił ostatnie słowo – Jaya? W takim razie na pewno są w lesie – stwierdził obojętnie. – W puszczy?! – karmelowe oczy Andre się rozszerzyły. – Czemu ona tam ciągle chodzi? – spytał wzdychając. – Czy nie wie jakie to niebezpieczne?! Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Usiadł przy biurku Emi. Pochylił głowę wpatrując się we własne dłonie. – Nie martw się o nią – mruknął ciągle beznamiętnym głosem Damien, odkładając na pościel, grzbietem do góry, czytaną właśnie książkę. – Z Jayem jej tam nic nie grozi, nie sądzę, żeby w tym lesie był groźniejszy drapieżnik niż on. – To też mnie niepokoi – westchnął cierpiętniczo Andre. – Czy nie mógłbyś jej… – Nie – uciął stanowczo blondyn. – Tak myślałem, ale warto było spróbować – mruknął Andre, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. – Jesteś pewien tego swojego „przyjaciela”? – zapytał z obrzydzeniem niemal wypluwając ostatnie słowo. Damien prychnął. Z trudem powstrzymał się od gorzkiego śmiechu. – Jestem – oznajmił tylko w odpowiedzi. Dopiero teraz Andre podniósł wzrok. Wstał. Spojrzał pełnymi bólu oczami na podpartego na łokciu chłopaka. – Więc mam nadzieję, że się nie mylisz – powiedział sucho, odrobinę łamiącym się głosem, a potem gwałtownie otwierając drzwi, wyszedł z pokoju ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Pływali w jeziorze, tulili się do siebie, rozmawiali. Do późnej nocy leżeli na trawie wpatrując się w gwiazdy. Jay był absolutnie szczęśliwy. Niczego więcej w życiu nie potrzebował. Żałował, że nie mogą na stałe zamieszkać w lesie. Tylko on i Emi. Ta dziewczyna była spełnieniem jego marzeń. Jedyną osobą, poza Damienem, która znaczyła coś więcej dla chłopaka. Nie tylko ją kochał, ale czuł także, że łączy ich jakaś niesamowita, tajemnicza więź. Odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu. Czuł nieodpartą potrzebę popatrzenia na Emi. Wolał ją właśnie taką, w wybrudzonej trawą tunice, z potarganymi przez wiatr włosami. Nie lubił kiedy stroiła się dla Damiena. Wydawało mu się wtedy, że przyjaciel chce z niej zrobić bezwolną lalkę. Nigdy nie mógłby na to pozwolić. On sam chciał ją po prostu taką, jaka była. Teraz wyglądała na zamyśloną. – Jay… – zaczęła nieśmiało – tak się zastanawiam… nie wiesz skąd można wziąć próbkę narkotyków które podają Damienowi? Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. – Po co ci to? – spytał ostro. – Jestem w tym dobra – szepnęła nie patrząc na niego. – Gdybym znała skład, może mogłabym jakoś zneutralizować ich działanie… W pałacowej szklarni, mamy sadzonki wszystkich ciekawych roślin z Dareshii i wiele więcej… – Dobrze, przyniosę ci – oznajmił poważnie, odprężając się lekko. – W każdym razie warto spróbować – uśmiechnął się do niej łagodnie. Spojrzała z czułością w jego bursztynowe oczy. Była pewna, że już zawsze będzie mogła na niego liczyć. Chłopak przygarnął ją do siebie, wtulając twarz w jej ciemnobrązowe włosy, a ona zasnęła, czując się zupełnie spokojna i bezpieczna, w jego ramionach. Rozdział XX Damiena coraz bardziej irytowało to, że Emi z Jayem każdego wieczora znikają w lesie. Do tego chłopak, jego zdaniem, zachowywał się jak wierny psiak. Chodził za czarodziejką dosłownie wszędzie, a na dodatek bez gadania spełniał jej życzenia. Z niesmakiem spojrzał na odbywający się na palcu trening. Illi’andin ćwiczący ramię w ramię z kilkoma odważniejszymi czarodziejami. To nie było normalne. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że w całym tym żenującym przedstawieniu bierze udział Andre. Tego nigdy by się nie spodziewał. Emi podeszła do okna przy którym stał. Damien przybrał na twarz zwyczajową maskę, ukrywając swoją irytację. Objął dziewczynę ramieniem. Trudno, będzie ją sobie musiał wychować. Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem. Był pewien, że Emi może stać się idealna. – Idziemy popatrzeć na dwór? – zapytał aksamitnym, kuszącym głosem. – Obiecałam mu, pamiętasz? – obrzuciła go nieszczęśliwym spojrzeniem dziewczyna. – Aha, ale to na oficjalnych treningach… ten tutaj zdecydowanie do takich nie należy – mruknął. – Nie chcesz zobaczyć co wyczynia twój brat? – spytał wskazując biegającą razem z innymi sylwetkę. Emi bardzo chciała. W końcu dała się namówić Damienowi i razem wyszli na zamkowy plac, który teraz służył Illi’andin za miejsce do ćwiczeń. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Trening był bardzo forsowny, zarówno Illi’andin jak i czarodzieje dawali z siebie wszystko, ponieważ jedni chcieli popisać się przed drugimi. Andre należał do wysportowanych osób, ale nie mógł się równać, z codziennie trenującymi chłopakami Illi’andin. Zaciekle jednak walczył o swoją pozycję. Kątem oka zauważył swoją siostrę. Zazgrzytał zębami. Jak zwykle była w towarzystwie Damiena. Obejmował ją. Chciało mu się wyć. Czarnoskrzydły z którym walczył, też się na nich zagapił. Więc to był on… Andre postanowił wykorzystać swoją szansę, by choć raz drasnąć ćwiczebną bronią znacznie lepszego przeciwnika. Zdziwił się, jak łatwo mu się to udało. Illi’andin warknął. Ponownie skupił całą uwagę na swoim przeciwniku, nie dając już się więcej podejść. Po forsownym treningu udali się na śniadanie. Andre bolały wszystkie mięśnie. Uznał, że ćwiczenia to okropnie zły pomysł, ale teraz już nie mógł się z nich wycofać. Był na to zbyt dumny. Poza tym nie zamierzał ośmieszyć się w oczach swojej siostry… i przede wszystkim w oczach Damiena. Po drodze spotkał Roberta. Chłopak był tak samo zmarnowany jak on, miał jednak znacznie lepszy humor. Dołączyli do nich jeszcze trzej koledzy, którzy nie brali udziały w treningu. Zaczęli radośnie zachwalać odwagę przyjaciół. Nagle Andre przystanął, jak wmurowany w ziemię. Na korytarzu, samotnie, pod jedną ze ścian stał Damien. Blondyn nie zwracał na nich uwagi. Uporczywie wpatrywał się w okno. Robert trącił przyjaciela w ramię. – Świetna okazja, żeby pokazać kto tu rządzi – mruknął z paskudnym uśmieszkiem. Koledzy roześmieli się. Podeszli do samotnie stojącego przy oknie chłopaka Illi’andin. Dopiero wtedy odwrócił się. Spojrzał na nich obojętnie. – Czego chcecie? – zapytał znudzony. Andre dobrze znał tę wystudiowaną minę. Zbyt dobrze. W błękitnym oczach Damiena czaił się jednak niepokój. Zdawał sobie sprawę, że chłopak, jak dobry by w swojej sztuce nie był, z całą piątką nie ma najmniejszych szans. – Oh, mamy zamiar się zabawić – oznajmił zadowolony z siebie Robert. Blondyn przeczesał palcami przydługie włosy. Popatrzył na nich zimnym, niechętnym wzrokiem, który na chwilę dłużej zatrzymał się na karmelowych oczach Andre. Potem nagle wykonał ruch, zaczął wypowiadać słowa. Nie był jednak wojownikiem. Brakowało mu szybkości i siły walczących Illi’andin. Wyższy od niego i masywniejszy Robert przygniótł go do ściany. Zatkał mu dłonią usta. Dookoła chłopaka zaczęły pojawiać się czarne cienie, domena czarodzieja nocy. Reszta chłopaków podeszła bliżej. Na ich twarzach gościły drwiące, zadowolone z siebie uśmiechy. Andre wreszcie zdołał się poruszyć. Zacisnął pięści. – Zostawcie go – powiedział rozkazującym głosem – jestem zmęczony i głodny. Idziemy na śniadanie. – Wymiękasz? – zadrwił Robert. – Jeszcze nawet dobrze nie zaczęliśmy. Skinął głową. Jeden ze stojących obok chłopaków kopnął trzymanego przez niego Damiena kolanem w brzuch. Blondyn zgiął się w pół. Robert przytrzymał go brutalnie nie pozwalając mu upaść. Nagle między nimi stanęła ściana ognia. Robert, chcąc nie chcąc, puścił chłopaka. Syknął z bólu odskakując. Ogien ogarnął Damiena, ale najwyraźniej go nie parzył. Koledzy spojrzeli niedowierzająco na Andre. Karmelowe oczy płonęły. Nie spojrzał na nich. Nie spojrzał też na blondyna. Odwrócił się i zaczął iść korytarzem. – Ruszcie się – rzucił zza pleców. – Powiedziałem, że jestem głodny. Zaskoczeni, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszyli za Andre w stronę jadalni. Dopiero kiedy zniknęli za rogiem, trawiący korytarz, magiczny ogień, zgasł. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien oparł się plecami o zimną ścianę, osuwając na podłogę. Z trudem oddychał. Bolał go brzuch, jego ciało nie przywykło do przemocy fizycznej. Do tego zdziwiło go zachowanie Andre. Po tym co mu zrobił… kto mógłby się spodziewać…  Po dłuższej chwili wstał. Wyjrzał przez okno. Jaya i Emi już tam nie było. Zacisnął wargi w wąską, białą linię, na samo wspomnienie o tym, jak się obściskiwali, schowani w cieniu rozłożystego orzecha. Stracił cały apetyt. Powoli, z dumnie uniesioną głową, wrócił do pokoju. Położył się na łóżku dziewczyny. W powietrzu, jego własny zapach mieszał się z zapachem Emi i Jaya. Była to dziwna, pobudzająca zmysły mieszanka. Westchnął. Dłużej już nie mógł czekać. Musiał zrobić coś, żeby to wszystko się skończyło i wiedział, że zrobi to dzisiaj. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ana z ponurą miną wracała z zajęć. Co ta dziewczyna w sobie takiego ma? Dlaczego wszyscy się tak bardzo nią interesują? Proste brązowe włosy miała zawsze w nieładzie, karmelowe oczy były zbyt duże, a jej twarz była niemal twarzą dziecka. Dlaczego ona? Ana całą sobą nienawidziła Emi. Była o nią tak cholernie zazdrosna! Jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia, bo przecież dziewczyna nigdy nic złego jej nie zrobiła, a wręcz przeciwnie, mimo, że trochę dziwna, zawsze była dla niej miła i pomocna. Teraz, kolejny wieczór z rzędu, zniknęła zaraz po zajęciach, w towarzystwie Jaya. Chłopak był w nią zapatrzony jakby była gwiazdą. Dla Any, to że ją tak traktował, było nie do zniesienia. No i jeszcze Damien… Cudowny, przystojny, o głębokich niebieskich oczach i jasnych, układających się w coś, co można było określić jedynie mianem artystycznego nieładu, włosach. On także wydawał się biegać za Emi. Może nie aż tak jawnie i w nachalny sposób, jak Jay, ale jednak… Czy ta dziewczyna nie mogła między nimi wybrać?! Musiała mieć ich obu? – Cześć – usłyszała tuż za plecami, miękki, aksamitny tenor. Ten głos… w jej głowie rozbrzmiewał jak najczulsza pieszczota. – Jesteś zajęta? – spytał delikatnie. – Nie, czemu pytasz? – nawet gdyby była, nigdy w życiu by się do tego nie przyznała, nie w takiej chwili. Ana nie była jakąś niesamowitą pięknością, ale niczego jej nie brakowało. Głęboko też wierzyła we własną urodę i osobowość. Uważała się za niepowtarzalną i wyjątkową. Dziwne więc było dla niej, kiedy jakiś chłopak uparcie jej nie chciał, a nie w momencie kiedy wyraził zainteresowanie. Podszedł bliżej. Niewinnym gestem dotknął jej ramienia. Przez całe ciało dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz. Poczuła jak jej oddech przyspiesza. – Nudzę się – mruknął uśmiechając się do niej kusząco. – Może spędzimy trochę czasu razem? Dziewczyna zatrzepotała długimi rzęsami, oszołomiona jego uwodzicielskim uśmiechem. Niedbale objął ją ramieniem. – Chodźmy do mojego pokoju – zaproponowała odrobinę zbyt szybko, bojąc się, że to tylko sen i, że zaraz się z niego obudzi. On jednak najwyraźniej tego nie zauważył, albo udawał, że nie widzi. – Prowadź – mruknął. Wydawał się być z jej propozycji naprawdę zadowolony. Przeszli długim korytarzem Białego Pałacu, do sypialni czarodziejek. Ana otworzyła pomalowane na biało drzwi i zaprosiła chłopaka do środka. Usiadł na gładko zaścielonym łóżku. Przeczesał palcami jasne włosy. Spojrzał na nią uśmiechając się leniwie. Dziewczyna pragnęła zatonąć w tych głębokich, niebieskich oczach. – Na co masz ochotę? – zapytała błagając  w duchu o jakiś genialny pomysł, ostatnim czego chciała, to okazać się nudną. – Jeszcze nie wiem – mruknął. – Może koło mnie usiądziesz? – zaproponował. Ana posłuchała. Jej serce biło jak oszalałe. Delikatnie odgarnął z policzka włosy dziewczyny. Przysunęła się do niego bliżej. Jego twarz znalazła się przy jej twarzy, usta przy jego ustach. Pocałował ją, a ona poczuła, że się rozpływa. Nigdy jeszcze nie przeżyła niczego tak cudownego! Delikatnie zaczął zsuwać z jej ramion obcisłą bluzeczkę. Nie protestowała. Chciała, żeby ją rozebrał. Pragnęła być jego. Dalej nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Całował ją delikatnie i leniwie. Usiadła mu na kolanach. Ramionami oplotła szyję chłopaka. Tak! Wszystko w niej chciało śpiewać. Położył ją na łóżku, na idealnie wygładzonej, fiołkowej narzucie. Pochylił się nad nią i znów zaczął całować. Dłońmi sięgnęła do jego eleganckiej koszuli. Zaczęła rozpinać guziki. Podniósł się odrobinę, powoli od niej odsunął. Nie potrafiła powstrzymać cichego jęknięcia. Wracaj tutaj! – miała ochotę wykrzyczeć rozkazująco. – To chcesz dzisiaj robić? – spytał przyglądając się jej uważnie. – Tak – powiedziała, a zabrzmiało to natarczywie, błagalnie. – Ja chyba mam inne plany – mruknął uśmiechając się arogancko. – Giń – rozkazał cicho, wyobrażając sobie w myślach, jak czyjeś silne ręce, bez trudu przetrącają kark bezbronnej dziewczyny. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien z niechęcią pochylił się nad ciałem martwej czarodziejki. Rozerwał zsuniętą z jej ramiona bluzkę. Potem zabrał się za resztę ubrania, dokańczając dzieła zniszczenia. Przy pomocy magii usunął z komnaty swój specyficzny zapach. Skorzystał z przylegającej do pokoju łazienki, żeby starannie umyć ręce. Dotykanie tej dziewczyny napawało go obrzydzeniem, starał się jednak wmówić sobie, że było naprawdę konieczne. Jeszcze tylko kilka drobnych szczegółów i może spokojnie czekać na efekty swojego przedsięwzięcia. Póki co, wszystko szło zgodnie z planem. Rozdział XXI W powietrzu czuć było zbliżające się lato. Poranek zapowiadał piękny, ciepły dzień. Emi uśmiechnięta wracała z lasu. Chwilami było tak cudownie! Żałowała, że niedługo miną te dwa tygodnie, które chłopcy Illi’andin spędzali w Białym Pałacu. Jay popędził wcześniej, bo nie mógł znieść widoku „swojej dziewczyny” bawiącej się z wielkim, włochatym pająkiem, jakby był małym psiakiem. Czarnoskrzydły dotrzymał danej jej obietnicy i kilka dni wcześniej, wykradł z Czarnej Wieży podawane w ramach kary narkotyki. Emi męczyła się po zajęciach, w tajemnicy przed wszystkimi rozpracowując ich skład. Po jednej z lekcji zielarstwa, przyłapała ją Annani, starsza, przygarbiona nauczycielka, o łagodnych oczach dobrej babci. Zamiast przegonić natrętną dziewczynę zaproponowała jej pomoc. Teraz praca szła znacznie szybciej i czarodziejka była pewna, że sobie z nią poradzi. Na dzielących Czarną Wieżę i Biały Pałac błoniach panowało straszne zamieszanie. Emi przystanęła zaskoczona. Nie miała pojęcia co się dzieje. Czarodzieje rozmawiali przyciszonymi głosami. Illi’andin rzucali złowrogie spojrzenia w kierunku ludzi. Panowała złowieszcza, nieprzyjazna atmosfera. Dziewczyna wzrokiem odnalazła brata. Podeszła do niego szybkim krokiem. W pewnym jednak momencie zatrzymała się jak wmurowana. Andre rozmawiał z Damienem, a raczej wyglądało, że na niego wrzeszczał. – To mogła być Emi! On mógł to zrobić mojej siostrze! – krzyczał patrząc oskarżycielsko na szczupłą sylwetkę arystokraty. – Nie, nie mógł – odpowiedział spokojnie blondyn. – Emi nic nigdy z jego strony nie groziło. – Skąd masz pewność?! – warknął Andre. – Najwyraźniej niewiele widziałeś na temat swojego „przyjaciela”! – wypluł ostatnie słowo. – Zgwałcił ją, zanim przetrącił jej kark! Rozumiesz to?! Zgwałcił ją! – O co chodzi? – spytała Emi podchodząc do nich wolno. Obydwaj spuścili wzrok. Patrzyli w ziemię. Żaden z nich nie chciał jej odpowiedzieć. – Ana nie żyje – mruknął w końcu cicho Damien. – Co?! – wykrzyknęła czarodziejka niedowierzająco. – Jak to? – Zabił ją twój czarnoskrzydły, z którym włóczysz się po nocach – syknął na nią wściekłym głosem Andre. Emi odsunęła się od niego. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć przerażającym, obłudnym słowom brata. – Nie! – wyszeptała. – Damien, on nie mówi poważnie, prawda? – zwróciła się do blondyna, patrząc na niego błagalnie. – Co to za dziwna gra? Nie chcę brać w niej udziału! – Emi – powiedział cicho chłopak, podchodząc do niej. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył jej w oczy. – Jedynym zapachem zarówno w pokoju jak i na jej ciele był zapach Jaya… Sama wiesz, jaki bywa porywczy, kiedy się zdenerwuje. Ciągle się o coś kłócili z Aną… Poza tym może czegoś potrzebował… Czegoś, czego nie chciałaś mu dać… Mógł się bać, że nie wytrzyma i zrobi ci krzywdę… Dziewczyna spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Odsunęła się. – Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz – szepnęła. – Damien, on nie… Andre znalazł się przy niej. Zmusił siostrę, żeby popatrzyła w jego stronę. – Ten chłopak cię okłamywał, Emi, we wszystkim! – powiedział stanowczo. – Dodatkowo zabił niewinną dziewczynę, bo taki miał kaprys. Zostanie odpowiednio ukarany, zapomnij o nim. Tak będzie lepiej. – Ukarany? – spytała niepewnie dziewczyna. Damien także spojrzał pytająco na Andre. W świecie Illi’andin nie było kar za spowodowanie śmierci. Jedyne co mogło, co powinno, grozić Jayowi, to chłosta za nieposłuszeństwo. – Hanna Rosenberg osobiście stawiła się w Czarnej Wieży, żądając sprawiedliwości. Ogłoszono, że publicznie dostanie 50 razów, a potem przez czterdzieści osiem godzin będzie dostawał narkotyk, taki sam jakim każą arystokrację – tu wymownie spojrzał na Damiena. – Kiedy będzie już po wszystkim, czarnoskrzydły nie zostanie dłużej w szkole, odeślą go na dalsze szkolenie, do jednego z odleglejszych garnizonów. Blondyn zachwiał się na nogach. Przecząco pokręcił głową. – To niemożliwe! – jęknął, jakby jego słowa mogły cokolwiek zmienić. Emi wpatrywała się w brata rozszerzonymi ze zdumienia i strachu oczami. Nie Jay! Tylko nie Jay! To nie działo się naprawdę! To musiał być jakiś koszmarny, aż nazbyt realny sen. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre nie odstępował Emi na krok, w przeciwieństwie do Damiena, który po ich rozmowie, natychmiast gdzieś zniknął. Dla dziewczyny cały świat jakby przestał istnieć. Czy Jay naprawdę mógł to zrobić? Wszystkie dowody wskazywały na to, że tak… Ale dlaczego, przecież on… Nie wątpiła w to, że potrafiłby zabić człowieka, był jak każdy inny drapieżnik, do tej pory, szczerze jednak wierzyła, że nigdy nie mógłby zrobić tego bez powodu. Do tego, to co zrobiono z ciałem Any, przekraczało wszelkie granice. Koło południa Emi poszła na arenę. Wyglądało na to, że na błonia wylała się tego dnia cała szkoła. Andre stanął za nią, gotowy walczyć z każdym kto śmiałby zaczepić jego siostrę. Obawiał się, że będą ją kojarzyć z czarnoskrzydłym, z mordercą i gwałcicielem. Dziewczyna stała przy murze, przypatrując się otępiała, jak Jaya wyprowadzają na plac. Chłopak stał spokojnie, jednak Emi dostrzegła, że ma zaciekły wyraz twarzy. Jego oczy płonęły, wargi zacisnął w wąską, białą linię. Coś go wyraźnie złościło. W pewnym momencie podniósł głowę, spojrzał na nią. Ich oczy się spotkały. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jay wyrwał się strażnikom Illi’andin. Wzbił się w powietrze. W jednej chwili znalazł się przed nią. Stanął na ziemi. Złożył skrzydła. Emi spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem. W oczach chłopaka była bezdenna rozpacz. – Emi, nie zrobiłem tego – powiedział cicho, błagalnie. – Proszę, uwierz mi. Nic innego nie ma znaczenia, tylko to, żebyś ty mi uwierzyła. – Jay… – zaczęła cicho, ale zasłonił ją sobą Andre. Wyzywająco patrzył w bursztynowe oczy chłopaka. – Odczep się od mojej siostry – wycedził słowa przez zęby. Czarnoskrzydły nic więcej nie zdążył powiedzieć. Pochwycili go strażnicy. Poddał się bez żadnej walki. Emi bezradnie patrzyła jak zabierają go z powrotem na arenę, jak przywiązują do pręgierza. Jak wymierzają bolesne razy. Całą sobą zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Nie mogła zapomnieć nocy spędzonej w lesie. Tak jak każdej poprzedniej, spędzonej u boku Jaya. Rozdział XXII W pokoju panował półmrok. Zaszło już słońce, a on nie zamierzał się pofatygować, o to, żeby zapalić światło. Dlaczego był takim idiotą? Czemu nie wziął tego pod uwagę? Siedział skulony na podłodze, pod ścianą. Tym razem nie obchodziło go nawet to, że brudzi i gniecie ubranie. Jay… Co oni mu zrobią? To wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a ten fakt przerażał go jeszcze bardziej. Ktoś wszedł do pokoju. Damien nawet nie podniósł głowy, ale i tak wszędzie rozpoznałby ten kuszący, przyjemny zapach. Emi nic nie powiedziała. Podeszła do niego wolniutko. Usiadła przy chłopaku, kładąc mu głowę na ramieniu. Damien bez zastanowienia objął dziewczynę. W jej karmelowych oczach błyszczały łzy. Według planu, Jay miał zostać odwołany z Białego Pałacu i umieszczony na powrót w Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a on sam planował ją pocieszać. W najgorszych nawet myślach, nie spodziewał się, że to dziewczyna, będzie musiała pocieszać jego. – Damien, nic mu nie będzie, prawda? – spytała cichutko. Zaskoczony podniósł wzrok. Nie spodziewał się, że ona martwi się o to samo co on. Nie takie były jego założenia. Teraz jednak nie potrafił nad sobą zapanować. – Oni podali mu czarny, Emi! Czarny, rozumiesz? Chcą mu go podawać przed dwie doby! Wiesz co on robi? – dziewczyna przecząco pokręciła głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, karmelowymi oczami. – Dostałem go raz i nigdy więcej nie chcę! Sprawia, że ciało wszystko odczuwa tysiące razy bardziej – odpowiedział ponuro. – Zimno, gorąco, najlżejszy szept jest wtedy dla ciebie jak krzyk, a ból… Emi, po tych razach dzisiaj na placu, on tego zwyczajnie nie przeżyje! Dziewczyna cała się trzęsła. Łzy spływały po jej bladych, porcelanowych policzkach. Spojrzała Damienowi w oczy. – Musimy coś zrobić – oznajmiła gorączkowo. – Pomóż mi, proszę… Blondyn roześmiał się gorzko odrzucając głowę do tyłu. – Co niby mamy zrobić?! – warknął na nią, nie panując nad sobą. – Nawet jeżeli udałoby mi się go stamtąd zabrać, on umrze, jeżeli znajdzie się na zewnątrz. Narkotyk go zwyczajnie zabije! Nic się nie da zrobić! Po prostu nic, to już koniec, Emi. Dziewczyna wstała. Drobne dłonie zacisnęła z całej siły w pięści, tak, że aż zbielały jej kłykcie. W karmelowych oczach płonął ogień. – A co, gdyby nie działał? Zabrałbyś go stamtąd? – zapytała cicho, poważnym głosem. – Gdybym widział jakąkolwiek szansę, spróbowałbym – oznajmił twardo Damien. – Nawet, gdyby znaczyło to, że sam przy tym zginę. – Doskonale – powiedziała podchodząc do drzwi. – W takim razie spotkamy się za godzinę pod szkołą. Przygotuję antidotum – oznajmiła niemal wybiegając na korytarz. Blondyn wpatrywał się w zamykające się za dziewczyną drzwi. Skąd? Jak? To co mówiła nie miało najmniejszego sensu, ale w zamarzniętym do tej pory sercu Damiena, pojawiła się cicha, rozpaczliwa nutka nadziei. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zbliżała się północ. Emi siedziała po środku, rozjaśnionej światłem księżyców polany, skupiając się na tym, żeby utrzymać magiczne połączenie pomiędzy sobą, a Damienem. Plan był prosty. Chłopak miał dotrzeć do Jaya, podać mu antidotum, a potem przetransportować go tutaj. Problem leżał w tym, że milion rzeczy mogło się nie udać. Emi nawet nie chciała myśleć o tym, co wtedy się stanie. Powietrze zadrżało. Poczuła jak stworzony ich wspólnymi siłami portal uchyla się lekko. Chwilę później na trawie, kilka metrów przy niej leżał nieprzytomny Jay. Obok czarnoskrzydłego klęczał na wpół przytomny ze zmęczenia Damien. – Co się stało? – spytała zaniepokojona dziewczyna. – Musiałem uleczyć jego plecy – mruknął. – To wyczerpało moje siły. Dobrze, że byłaś ze mną – westchnął. Emi przysunęła się do leżącego na trawie Jaya. Położyła sobie jego głowę na kolanach. Delikatnie odgarnęła mu z czoła posklejane włosy. Nawet nie chciała myśleć, przez co musiał przejść czarnoskrzydły. – Wszystko z nim w porządku? – zapytała cichutko Damiena. – Nie wiem – westchnął blondyn podchodząc do nich. – Zobaczymy jak się obudzi. Nie mam tylko pojęcia co dalej – mruknął cicho. – Wiesz, że muszę tam wrócić… Emi niechętnie skinęła głową. Nie odrywała wzroku od pobladłej, zmarnowanej twarzy Jaya. – Wrócimy – powiedziała cichutko. – Obydwoje. Potem ułożymy jakiś plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien chodził niespokojnie w kółko, podczas gdy Emi siedziała na trawie, delikatnie głaszcząc włosy Jaya. Z nadzieją i trwogą czekali, aż chłopak się obudzi. W końcu, po prawie godzinie, otworzył bursztynowe oczy. Odbijało się w nich jasne światło księżyca, ale było tam coś jeszcze… coś przerażającego. Czarnoskrzydły jednym, płynnym ruchem zerwał się z ziemi. Ostrzegawczo warkną na wpatrującą się w niego dziewczynę. Emi ani drgnęła. Jay z niesamowitą prędkością znalazł się przy Damienie. Powalił go na trawę. – Zwariowałeś?! – warknął na niego blondyn. Czarnoskrzydły rzucił mu się do gardła. Chłopak z trudem trzymał go z daleka od siebie. Gdyby Jay myślał logicznie, Damien nie miałby z nim w fizycznej walce, najmniejszych nawet szans. – Jay, przestań – jęknęła błagalnie Emi. Czarnoskrzydły odwrócił wzrok. Spojrzał na nią wrogo. – Chodź do mnie – poprosiła łagodnym tonem, wyciągając do niego ręce. Z ust chłopaka wydobył się zwierzęcy warkot. Patrzył to na nią to na Damiena. Wyraźnie się wahał. – Jay… – poprosiła cicho. Chłopak wstał, niechętnie, jak skarcony uczniak, podszedł do niej. – Damien podejdź do linii drzew, tylko powoli – poprosiła cicho, tym samym łagodnym tonem. – To jego terytorium. On działa instynktownie. Blondyn niechętnie posłuchał. Stanął na skraju lasu. – Świetnie – mruknął Damien, obrzucając ponurym spojrzeniem Jaya, który przykucnął w gotowej do ataku pozycji, zasłaniając sobą Emi. – Dlaczego ty możesz tam być, a ja nie? – zapytał cierpkim tonem. – Chyba uznał, że jesteś jego rywalem – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Spojrzała błagalnie na chłopaka. – Damien co się z nim dzieje? On nie zdaje sobie sprawy kim jest, czuję w nim tylko drapieżnika… – Emi… – westchnął blondyn, pokręcił głową, odganiając od siebie ponure myśli – ten narkotyk… wydaje mi się, że jego umysł nie potrafił sobie poradzić z takim bólem… Dziewczyna poruszyła się odrobinę. Czujne oczy Jaya natychmiast spojrzały na nią. Wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego odsłoniętego ramienia. Potem pogładziła go po szorstkim policzku. Zamruczał. Przysunął się do niej bliżej. – Musimy coś zrobić – szepnęła. – Nie mam pojęcia co – powiedział Damien stanowczo, zagryzając zęby – ale coś wymyślę. Emi skinęła głową. W jej oczach zalśniły łzy. Oplotła ramionami szyję Jaya, przytulając się do niego mocno. Zaskoczony wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem przygarnął do siebie opiekuńczym gestem. – Wróć do mnie proszę – wyszeptała cichutko, załamującym się głosem. – Kocham cię Jay, nie możesz mnie tak zostawić. Błagam cię, wróć. Rozdział XXIII Damien szedł szybkim krokiem, szerokim korytarzem Białego Pałacu. Musiał tu wrócić. Potrzebował kolejnej dawki narkotyku i wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez następnych. Niechętnie zostawił Emi i Jaya samych w lesie. Piekielnie się o nich bał. O to, że jego przyjaciel może nieświadomie skrzywdzić dziewczynę, o to, że jakieś stworzenie może skrzywdzić jego, ale przede wszystkim obawiał się tropicieli, którzy z pewnością zostaną wysłani na poszukiwanie czarnoskrzydłego. Ktoś zagrodził mu drogę. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył górującą nad sobą postać Andre. Brat Emi patrzył na niego wściekłym wzrokiem. – On uciekł i nie uwierzę, że nie miałeś z tym nic wspólnego! – warknął. – Gdzie ona jest?! Gdzie moja siostra?! – pytał rozgniewanym głosem. Damien próbował go zignorować, po prostu wymijając, Andre jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Chwycił chłopaka za ramiona i popchnął go na ścianę. Blondyn syknął z bólu. Potem, na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmiech. – No dalej, pokaż na co cię stać – mruknął uwodzicielskim, aksamitnym głosem. Andre odskoczył jak oparzony. Niechętnie, z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na Damiena. Potem, jakby uszło z niego powietrze. – Gdzie jest Emi? – zapytał cicho, niemal błagalnie. – Czy nic jej nie jest? Illi’andin westchnął. Spojrzenie jego błękitnych oczu spotkało się z karmelowymi tęczówkami Andre. – Nie tutaj – powiedział stanowczo. – Jeżeli chcesz porozmawiać, to chodźmy gdzieś indziej. W bardziej odosobnione miejsce – zaznaczył. Brat Emi rozejrzał się po korytarzu. Byli na nim sami. Niechętnie skinął głową i ruszył w kierunku własnego pokoju, a Damien, z bardzo mieszanymi uczuciami powlókł się za nim. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien półleżał rozwalony na wygodnym, drewnianym łóżku. Znudzonym wzrokiem wodził za chodzącym niespokojnie, po własnym pokoju, Andre. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez spędzone z ojcem lata wyćwiczył to w sobie do perfekcji, w środku jednak wszystko się w nim kotłowało. – Chcesz powiedzieć, że zostawiłeś moją siostrę sam na sam z mordercą?! – wrzasnął na niego Andre. – On tego nie zrobił – powiedział cichym, spokojnym głosem Damien. – Nie zabił jej? – syknął brunet. – Skąd masz pewność? Wszystkie dowody wskazują przeciwko niemu! To, że to twój „kochaś” raczej do mnie nie przemawia… Może mu się znudziłeś i chciał spróbować dziewczyny, tylko trochę go poniosło? Damien prychnął rozbawiony. Do tej pory sam chciał, żeby Andre tak właśnie myślał, ale teraz, przytłoczył go czarny humor zaistniałej sytuacji. Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę. Nie obchodziło go co myśli o nim Andre, poza tym był przekonany, że chłopak nigdy w życiu nie skrzywdzi swojej siostry. – Jay to stuprocentowy hetero – oznajmił przypatrując się uważnie reakcji czarodzieja – który na domiar złego kocha twoją siostrę. – Przecież mówiłeś, że jest twoim przyjacielem… – zawahał się Andre. – Bo jest – odparł z prostotą Damien – ale nie koniecznie musi o mnie wszystko wiedzieć – westchnął. – Tak czy inaczej to nie daje mu żadnego alibi! Co jeżeli skrzywdzi Emi? – zapytał czarodziej odwracając wzrok od blondyna. Nerwowo splótł przed sobą ręce. Wyjrzał przez okno. Wyglądało na to, że robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na wyciągniętego na jego łóżku Illi’andin. – Nie skrzywdzi – powiedział uspokajająco Damien. – I to nie on zabił Anę. – Skoro nie on, to kto?! – warknął Andre, gwałtownie odwracając się od okna. Blondyn spojrzał mu prosto w oczy. Jego twarz była nieprzeniknioną maską. Po chwili milczenia, uśmiechnął się drapieżnym, aroganckim uśmiechem. – Ja – oznajmił ze stoickim spokojem, nie spuszczając wzroku z karmelowych oczu Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Zaczynało świtać. Emi leżała na wilgotnym od rosy kocu. Tuż obok niej spał Jay. Czarnoskrzydły oddychał spokojnie i miarowo, ale dziewczyna była pewna, że zbudziłby się na nawet najcichszy, niepokojący odgłos. Obiecała Damienowi, że rankiem wróci do szkoły, ale nie chciała jeszcze wstawać. Poza tym nie była pewna, jak na jej odejście zareaguje Jay. Rozczesała palcami jego splątane, nieco przydługie włosy. Przytuliła się do pleców chłopaka. Była przekonana, że on wiedziałby co zrobić w tej sytuacji. Spędziła dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w niego. Nie był taki cudownie, oszałamiająco przystojny jak Damien. Było w nim raczej coś dzikiego, groźnego, ale jednocześnie przyciągającego uwagę Emi. Pochyliła się nad nim, Dłonią musnęła policzek chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. Otworzył oczy, spojrzał na nią. Czarodziejce przez chwilę wydawało się, że widzi błysk zrozumienia w bursztynowych oczach, ale potem czarnoskrzydły wstał, ziewnął leniwie odsuwając ją od siebie, rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze zapewne, aby zapolować. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała na kocu, a potem, niechętnie ruszyła w kierunku szkoły, ufając, że czary których użył na Jayu, Damien nie pozwolą chłopakowi podążyć za nią. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zakręciło się w głowie od zasłyszanych informacji. Śmierć czarodziejki, to, że ją zamordowano, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ogarnął go jeszcze większy strach. Teraz nie bał się już tylko o Emi, ale także o to, co stanie się z Damienem, jeżeli o jego czynie dowie się ktokolwiek z zewnątrz. Całą duszą, wszystkimi myślami, pragnął nienawidzić Damiena i całym sobą zwyczajnie nie potrafił. Poczuł jak zalewa go fala złości. – Idiota! Kretyn! – rzucił się na łóżko, potrząsając leżącym na nim chłopakiem. – Czemu to zrobiłeś?! Miałeś przynajmniej jakiś motyw czy była to po prostu kolejna z twoich chorych zabaw?! – Przestań – rozkazał Damien, odsuwając się od niego. – Zabić Anę, tak, żeby wszyscy myśleli, że zrobił to Jay, wydawało mi się doskonałym pomysłem. W każdym razie najlepszym jaki przyszedł mi do głowy – oznajmił. – Jay miał zostać odwołany do Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a Ana i tak była już martwa, ponieważ z tego co wiem, na wrzesień zaplanowano jej ślub z Jonathanem Brownem, a każdy wie, że to sadysta. Długo by charakteru tej dziewczyny nie wytrzymał. – Damien na chwilę przymknął oczy. – Nie przewidziałem tylko konsekwencji. Nie sądziłem, że w ten sposób go potraktują. Schrzaniłem sprawę, a sam problem w żaden sposób się nie rozwiązał. Andre opadł na łóżko, wpatrując się w sufit. Wyglądał na zrezygnowanego. – Skoro Jay to hetero, czemu aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby ich rozdzielić? – spytał niechętnie. – Ponieważ miałem dosyć tej chorej sytuacji – mruknął Damien. – Nasi rodzice postanowili, że pod koniec lata mam wziąć ślub z Emily. Jay od zawsze miał zostać kapitanem straży w moim domu. Nie chciałem patrzeć jak z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. On naprawdę ją kocha – westchnął cicho – a ja kocham jego – dodał prawie niedosłyszalnym szeptem. – Ale jak to? – spytał niedowierzająco Andre. – Przecież twój ojciec wie o twojej orientacji… Jak mógł zaplanować twój ślub z Emi? Damien popatrzył na niego delikatnie rozbawiony. – Tym większą sprawiło mu to przyjemność – powiedział, jakby wyjaśniał oczywistą rzecz dziecku – a ja, jak zawsze, nie mam możliwości się nie zgodzić. Rozdział XXIV Kiedy Emi wracała do szkoły, zobaczyła jak las przeszukują po prostu całe oddziały. Widziała latających nad drzewami Illi’andin. Zadrżała. Błagała w myślach, żeby ich czary zadziałały. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co zrobią z chłopakiem, jeżeli go znajdą. Wiedziała, że pomogłaby mu nawet, jeżeli to on zamordował Anę, chociaż szczerze nie chciała w to wierzyć. Gdyby Jay chciał fizycznych zbliżeń, tak jak mówił Damien, po prostu poderwałby sobie jakąś ślicznotkę, udowodnił już, że potrafi. Takie bezsensowne zabójstwo kompletnie nie miało sensu, nie pasowało do niego, za czym idzie, ktoś chciał go wrobić. Tylko dlaczego? Dziewczyna przeszła przez lśniący bielą, kamienny most. Wróciła do szkoły, tak jak obiecała Damienowi, ale wiedziała, że nie zostanie tu długo. Musieli uciekać. Przebywanie w puszczy, tak blisko szkoły, było dla Jaya zbyt niebezpieczne. Rozumiała dlaczego Damien musi zostać. Wiedziała, że jeżeli go zmuszą, to prędzej czy później opowie co się z nią stało, jednak miała nadzieję, że ona i Jay, dotrą już w tym czasie wystarczająco daleko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien podniósł wzrok znad czytanej książki, gdy tylko Emi weszła do pokoju. Jego leniwie wyciągnięta na łóżku postać stała się spięta i nerwowa. – Co z nim? – zapytał bez zbędnych wstępów. Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Wyspał się, a potem poleciał polować – mruknęła. – Zostawiłam go tam i wróciłam do pałacu. Martwię się – westchnęła siadając przy chłopaku. Blondyn usiadł. Objął ją ramieniem. – Wszystko będzie dobrze – powiedział, jakby starał się sam siebie o tym przekonać. Emi uśmiechnęła się leciutko. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak tylko wrócić do lasu, tam gdzie był Jay. Wiedziała, że nic nie będzie w porządku, dopóki go nie zobaczy. – Damien, ja nie mogę tu zostać – powiedziała cicho. – On też nie może. Szukają go całe oddziały. Chłopak skinął głową. – Jay nie może, ale ty zostaniesz – powiedział chłodno. – Zabiorę go do zamku w Dorfen, mój ojciec się nim zajmie. Rada się na to zgodzi, ponieważ nie będzie miała wyjścia, a Jay dostanie narkotyki, tak na wszelki wypadek. Karmelowe oczy Emi rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania. – Damien, ty chcesz mu zrobić to co oni zrobili tobie? – zapytała przerażona. – Chcesz go uwiązać jak psa na łańcuchu? – Lepiej to, niż żeby go zabili – warknął rozeźlony jej słowami chłopak. Emi wstała. Przecząco pokręciła głową. – Sądzę, że Jay wolałby zginąć, niż się na to zgodzić – powiedziała odwracając się od Damiena i wybiegając z pokoju. Chłopak z powrotem opadł na łóżku. Nikt nie powiedział, że życie będzie usłane różami i łatwe. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Kiedy tylko Damien opuścił jej pokój, Emi wróciła, żeby się spakować. Wrzuciła trochę rzeczy do płóciennego plecaka i przewiesiła przez ramię sztruksową torbę. Będzie musiało wystarczyć. Jeżeli nie mogła liczyć na Damiena, trudno, poradzi sobie sama. Jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiej determinacji, jak w tym momencie. Jeszcze w korytarzu dziewczynę zatrzymał Andre. Siłą zaciągnął ją do swojego pokoju. Zaskoczona spojrzała na siedzącego na łóżku brata, Damiena. Co on tu robił? – Miałeś rację – przyznał niechętnie brunet, starannie zamykając za nimi drzwi. W jego karmelowych oczach było zniechęcenie i smutek. – Emi postanowiła nas bez słowa opuścić. – Wcale nie bez słowa – zaprotestowała dziewczyna. – Napisałam do ciebie list – dodała usprawiedliwiająco. Andre z trudem powstrzymał się przed warknięciem. – Nigdzie nie idziesz – powiedział ostro, z całej siły ściskając jej ramiona. – Nie zamierzam stracić siostry przez jakiegoś przeklętego Illi’andin! Damien, możesz zdjąć rozciągnięte w lesie osłony – zwrócił się do siedzącego spokojnie, z ponurą miną, blondyna. – Nie! – krzyknęła Emi rozpaczliwie. – Nie możesz mu tego zrobić! Damien uśmiechnął się z przekąsem. – Już ci mówiłem, jaki mam plan – mruknął. – Nic mu nie będzie. Dziewczyna nie wierzyła. Jakkolwiek nie ułożyliby się z Damienem, Emi była przekonana, że go skrzywdzą, być może nawet zabiją, w imię swoich dziwnych, niepisanych zasad. – Nie rób tego – poprosiła cicho. – Pozwól mi z nim odejść. – I co potem? – zapytał wkurzony Andre. – Dokąd pójdziecie? Co zrobicie? Dareshia to dosyć mała planeta. Nie zdołacie się tu na dłużej ukryć. Emi spojrzała na niego zaskoczona. – Kto powiedział, że planuję tutaj zostać? Przez Anduriańską Puszczę dotrzemy do portali, a potem… potem rozpocznie się nowe życie. Damien roześmiał się gorzko. Wstał i podszedł do dziewczyny. Teraz obydwaj nad nią stali. – Zwariowałaś – skwitował jej pomysł. Dziewczyna popatrzyła na nich skonsternowana. Przez dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na Damienie, a potem zrozumiała. Wiedziała już co może, co potrafi zrobić. – Chodź ze mną – zaproponowała patrząc mu w oczy. Znów się roześmiał. – Czy nie wytłumaczyłem ci dosyć jasno, co mnie tu trzyma? – zapytał. – Naprawdę uważasz, że nie próbowałem się od tego uwolnić? Nie jestem dość silny, żeby wytrzymać bycie na głodzie. – Więc zawsze już będziesz więźniem swojego ojca? Niewolnikiem rady? – zapytała ostro. – Damien, zawsze byłeś sam – powiedziała cicho – próbowałeś, ale wtedy nikt cię nie wspierał. Teraz będziesz miał mnie i Jaya. Pomyśl o tym, błagam. – Nie dam rady – odpowiedział jej gorzko Damien. – I nie masz racji, nie byłem sam. Przy wcześniejszych próbach był ze mną Andre. Rozdział XXV Mimo, że dzień był jasny i słoneczny, pod gęsto rosnącymi drzewami Anduriańskiej Puszczy panował półmrok. Szary wilk, z dumą, niósł w pysku, upolowaną przez siebie zdobycz. Była to niewielkich rozmiarów sarna. Na tyle stara, by nie być już koźlęciem, a jednocześnie na tyle młoda, by nie móc stać się jeszcze matką. To była dobra zdobycz. Skonsternowany przystanął tuż na krawędzi drzew. Polana, na której powinna czekać jego partnerka, była pusta. Rzucił sarnę na trawę. Rozejrzał się dookoła. Wyczuł jej słodki, kuszący zapach. Mimo to, dziewczyny już tutaj nie było. Zaniepokojony ruszył jej tropem. Po kilkunastu minutach, zaskoczony, wrócił w dokładnie to samo miejsce. Warknął wściekle, a potem spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. Pusta, pełna uroku, polana. Po kilkunastu kolejnych podejściach, przybrał swoją ludzką postać. Rozłożył czarne, jak noc, pokryte piórami skrzydła i wzbił się w powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała we własnym łóżku, wtulając twarz w błękitną poduszkę. Spakowany plecak stał oparty o ścianę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. Damien zdjął magiczne osłony, więc to, kiedy znajdą Jaya, było jedynie kwestią czasu. Przez cały dzień pilnowali jej na zmianę z Andre, więc ona sama nic nie była w stanie zrobić. Schwytają go, a potem na zawsze stanie się ich niewolnikiem. Była przekonana, że tak naprawdę, Jay wybrałby raczej śmierć. I całkiem możliwe, że dostanie taki właśnie wybór. Jej brat siedział przy biurku, czytając książkę i coś z niej zawzięcie przepisując. Emi zaczęła się zastanawiać, który z nich będzie dla niej łatwiejszym przeciwnikiem, Damien czy Andre. Jedno wiedziała na pewno – musiała stąd jakoś uciec. Nie zostawi Jaya samego, nawet jeżeli to on zamordował Anę. W pewnym momencie poczuła coś, jakby silniejszy podmuch wiatru. Duże, wychodzące na dziedziniec okno, się uchyliło, a nieprzytomny Andre osunął się na podłogę. Szeroko otwartymi, karmelowymi oczami, wpatrywała się w stojącego nad jej bratem Jaya. Czarnoskrzydły w rękach miał myśliwski nóż. Uklęknął przy nieprzytomnym chłopaku, odwracając go tak, by łatwiej było poderżnąć mu gardło. – Nie! – wyrwało się z ust przerażonej dziewczyny, kiedy rzuciła się w stronę klęczącego Jaya. – Proszę, nie – jęknęła błagalnie, kiedy spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem. Chwyciła go za rękę i odciągnęła na bok. Warknął na nią, ale z ulgą przyjęła, że pozwolił jej na to. Podniosła z podłogi swój spakowany plecak. Ledwo zdążyła zarzucić go na plecy, kiedy Jay porwał ją w ramiona i wyskakując przez okno, wzbili się w powietrze. Wylądował dopiero na ich wspólnej polanie. Postawił dziewczynę na ziemi. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie zauważyli ich żadni, przeszukujący teren Illi’andin, jakoś się jednak udało i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wtuliła się na powrót, w odsłonięty tors Jaya, a on niezbyt pewnie, objął ją ramionami. – Jak dobrze, że nic ci nie jest – wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy ulgi. Rozejrzała się po polanie. – Nie możemy tu zostać, musimy uciekać. Oni chcą cię złapać i uwięzić – odezwała się gorączkowo. Jay najwyraźniej zrozumiał, ponieważ warknął gardłowo, a potem rozprostował, czarne jak noc, pokryte sztywnymi piórami, skrzydła. – Nie, nie w ten sposób – zaprotestowała dziewczyna. – Tak będzie znacznie łatwiej nas wypatrzyć. Pójdziemy piechotą – powiedziała stanowczo i biorąc Jaya za rękę, zagłębiła się w gęstwinę Anduriańskiej puszczy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Mimo, że nie było to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie, szli przez całą noc. Emi nie bała się niczego co żyło w lesie, bała się natomiast polujących na Jaya Illi’andin. Chłopak przez cały czas szedł spięty, gotowy odeprzeć jakikolwiek atak. Dziewczyna wyraźnie czuła jego napięte mięśnie. Widziała też, że jego ręka bez przerwy błądzi przy pochwie od myśliwskiego noża. Wzdrygnęła się na myśl, że bez wahania gotowy był, z zimną krwią, zamordować jej nieprzytomnego brata. Może naprawdę mógł zabić Anę? Próbowała odegnać od siebie mroczne myśli, ale zmęczenie i strach, robiły swoje, rozbudzając od środka jej umysł. Nie! Powiedziała sobie stanowczo, mógłby, ale tego nie zrobił! Zatrzymali się dopiero, kiedy nie była w stanie już dalej iść. Nigdy jeszcze nie odchodziła aż tak daleko, więc nie znała tej części puszczy. Wiedziała, że od tej pory, będzie musiała zawierzyć swojemu i Jaya instynktowi. Kiedy tylko opadła pod rozłożystym drzewem, na miękki mech, chłopak przybrał postać wilka. Natychmiast się poderwała. Szedł polować. – Jay, nie – zatrzymała go pełnym prośby głosem. – Zabrałam ze sobą jedzenie, zostań ze mną, proszę. Odetchnęła z ulgą, kiedy posłuchał. Przemienił się z powrotem i usiadł przy niej na trawie. Bez wahania przyjął od niej jedną z wyjętych z plecaka kanapek. Zjedli w milczeniu. Przysunęła się do niego, zwijając się przy nim w jak najciaśniejszy kłębek. Przymknęła oczy. Poczuła jak chłopak układa się na mchu, tuż za jej plecami. Niczego w tej chwili tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby wrócił. Chciała, żeby znowu był sobą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze w pokoju leżał nieprzytomny Andre. Emi nigdzie nie było. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi, ale kiedy szok minął, natychmiast wyczuł w komnacie specyficzny zapach Jaya. Na chwilę przymknął oczy. To nie wyglądało dobrze. Jeżeli Illi’andin znajdą ich razem, po prostu ją zabiją. Uklęknął przy chłopaku. Nie miał czasu na subtelności. Skupił się na odnalezieniu umysłu Andre, a potem siłą woli, brutalnie go przebudził. Karmelowe oczy otworzyły się, chłopak cicho jęknął. Z trudem usiadł. – Co się stało? – zapytał ciągle odrobinę nieprzytomny. – Był tu Jay, zabrał Emi i uciekli – wyjaśnił gorzko Damien. – To nie wróży nic dobrego. Andre zaczął przeklinać, na czym świat stoi. Gwałtownie wstał. Zakręciło mu się w głowie, ale chwycił oparcie krzesła. Jego karmelowe oczy, w których mogłaby zatonąć żeńska połowa szkoły, rozbłysły. Pojawiły się w nich groźne iskierki. – W takim razie musimy ją znaleźć – oznajmił stanowczo. Damien nie potrafił się nie uśmiechnąć. Był pewien, że to właśnie ten ogień płonął kilka lat wcześniej w Andre. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Po trzech dniach mozolnej, uciążliwej wędrówki, nareszcie osiągnęli cel. Przez całą drogę Jay działał czysto instynktownie, a Emi wyczuwała w nim jedynie drapieżnika, jakby coś bardzo głęboko w umyśle zakopało jego własne „ja”. Opiekował się nią, był blisko, ale to nie był do końca on. Tak bardzo pragnęła, żeby do niej wrócił! Teraz, kiedy wreszcie dotarli do jaskini, w której znajdowały się magiczne portale, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób będzie mogła mu pomóc. Wiedziała, że po prostu musi coś z tym zrobić. Kiedy tylko minęli linię drzew, wychodząc na porośniętą trawą i purpurową koniczyną polanę, Jay zatrzymał się w miejscu. Warknął ostrzegawczo, ale było już za późno. Dookoła nich pojawili się uzbrojeni w miecze i topory Illi’andin. To była zasadzka, a oni nieświadomie w nią wpadli. – Zabić dziewczynę! Chłopaka wziąć żywcem! – czarnoskrzydły mężczyzna po czterdziestce wydał rozkaz, a składający się z siedmiu, skrzydlatych Illi’andin oddział, z wyjętą, gotową do ataku bronią, ruszył w ich stronę. Jay warknął. Zasłonił sobą Emi, mimo, że kompletnie nie miał z nimi szans. Coś ścisnęło ją w środku. Była przekonana, że chłopak będzie walczył i zginie tu razem z nią. Nie mogła do tego dopuścić. Skupiła się i całą siłą woli wyobraziła sobie otaczającą ich mydlaną bańkę, taką, której w żaden sposób nie da się przebić. – Tarcza – wyszeptała rozciągając w myślach przezroczystą materię. Zaskoczeni żołnierze odbili się od niewidzialnej bariery. Jay spojrzał na nich zdezorientowany. Emi uśmiechała się przez chwilę, a potem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie swojej tarczy w żaden sposób poruszyć. Byli w pułapce. Illi’andin spróbowali się przebić jeszcze kilka razy, a potem zrezygnowani stanęli w gotowości bojowej. Po jakimś kwadransie dziewczyna poczuła, że szybko się męczy. Usiadła na trawie, a Jay przykucnął tuż przy niej. Wyraźnie już oswoił się z nową sytuacją. Czuła, że po prostu w ten sposób odwleka własną śmierć. Musiała coś wymyślić i to naprawdę szybko. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Biały tygrys obserwował z krzaków znudzony, ale ciągle czujny i gotowy do ataku oddział brązowoskrzydłych Illi’andin. Cieszył się, że tyle czasu poświęcili na rozwijanie magicznego talentu Emi. Tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Gdyby nie to, byłoby już za późno. Wycofał się po cichu, wracając do miejsca, w którym zostawił zaniepokojonego Andre. Przyjął swoją ludzką postać. – Nic im nie jest, zdolna dziewczyna – stwierdził. – Rozciągnęła nad sobą i Jayem tarczę. Żołnierze nie mogą się przez nią przebić. Brat Emi spojrzał na niego niedowierzająco. – Ona? Tarczę? Przecież ona nie ma żadnego talentu… – Ma większy niż myślisz – uśmiechnął się Damien. – Nie udawaj, przecież świetnie wiesz kim był jej ojciec. – Wiem – syknął Andre z nienawiścią w głosie. – Był potworem, który zgwałcił moją matkę. Emi to jednak nie dotyczy. Ona nie jest nim! – W każdym razie to po nim odziedziczyła naszą magię. Jest naprawdę silna – mruknął z uznaniem – tylko jeszcze nie do końca potrafi nad tym panować. Zresztą sam zobaczysz, teraz nie mamy czasu na omawianie tego, co twoja siostra potrafi zrobić. Andre tylko skinął głową, nie komentując. Obydwoje, skradając się, podeszli do linii drzew. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają szans z całym oddziałem. Jedyną nadzieją, było odwrócenie ich uwagi i szybka ucieczka, ku znajdującym się w jaskini portalom. W pewnym momencie całą trawę ogarnął ogień, rozdmuchiwany przez coraz silniejszy wiatr. Wojownicy wznieśli się w powietrze. Na to tylko czekał Andre. Rozpętał się istny huragan. Damien, pod postacią białego tygrysa, podkradł się tuż pod otaczającą Emi i Jaya przezroczystą bańkę. Otaczające go płomienie w żaden sposób nie robiły mu krzywdy. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, Jay zawarczał groźnie. Damien przybrał swoją ludzką postać. – Nie mamy czasu – powiedział cicho – uspokój go, błagam! Jedyna szansa, że wyjdziemy z tego żywi, to portale. Emi skinęła głową. Bańka pękła, a ona chwyciła Jaya za rękę i zaczęli biec. Damien dotrzymywał im kroku. Przed samą jaskinią dołączył do nich Andre. Wojownicy wylądowali tuż za ich plecami. Wejście do groty ogarnęły płomienie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie powstrzymają ich na długo. Illi’andin popełnili podstawowy błąd i nie doceniając przeciwnika, nie zabrali ze sobą żadnego czarodzieja. Wiedzieli, że tak naprawdę, tylko dzięki temu udało im się przeżyć. Teraz stali w oświetlonej dziwnym, różnobarwnym światłem grocie a przed nimi znajdowało się siedem, emanujących kolorowym blaskiem portali. – Który? – spytał rzeczowo Damien, zwracając się do Emi. – Nie mam pojęcia – jęknęła dziewczyna. – Szybciej! – ponaglił ich Andre – zaraz tu będą! Damien przewrócił oczami i skoczył w pierwszy z brzegu, a cała trójka podążyła za nim. Rozdział XXVI Miejsce w którym się znaleźli, wyglądało jak Raj na Ziemi. Otoczona zielonymi wzgórzami dolina tętniła życiem. Na wschodzie widać było barwną tęczę. Kolorowe kwiaty bujnie porastały zieloną trawę. Krzewy owocowały setkami przeróżnych jagód, a drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Emi westchnęła z zachwytu. – Jak tu pięknie! – odezwała się zauroczona. – I pewnie równie niebezpiecznie – zdusił jej entuzjazm brat. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i postąpiła kilka kroków do przodu. Jay warknął. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, a w tym samym momencie, z bujnej trawy wyłoniły się jakieś stworzenia. Chowały się tam, zupełnie niewidoczne dla ich oczu. Bestie były olbrzymie, włochate, o nieco krowich pyskach. To nie były jednak zwierzęta, o czym świadczyły zgrabnie przycięte kawałki ubrań i pozaplatane na długiej sierści warkoczyki. Mieli też broń i teraz, w ich kierunku zwracały się złowrogo długie włócznie. – Jak śmiecie bezcześcić naszą ziemię? – odezwał się gromkim głosem, w zrozumiałych dla nich języku, jeden z nich. Wyglądał na starszego, ponieważ jego zwierzęca twarz była przyprószona siwizną. Skórzana toga, którą miał na sobie, przywodziła na myśl rzeźnicki fartuch. W dłoniach, zamiast drzewca włóczni, trzymał gruby, naznaczony sękami, kij. Emi poczuła, jak wszystkie mięśnie ciągle trzymającego ją Jaya, napinają się do walki. Do przodu wystąpił jednak Andre. – Nazywam się Andre Lucas Morrington, wraz z siostrą i dwójką przyjaciół przechodziliśmy przez portale i trafiliśmy tutaj przypadkiem – wyjaśnił pewnym głosem. Tamten lekko zmrużył zamglone oczy. Po chwili, jakby namysłu skinął głową. – Jeżeli nie macie nic na sumieniu, przejdźcie granicę kręgu – odezwał się stanowczo, wskazując porośnięty barwnymi kwiatami i niewielkimi, kolorowymi grzybkami obszar, w którego centrum stali. – Pojedynczo. Inaczej magia was zabije. Andre wzruszył ramionami, powtarzając wcześniejszy gest swojej siostry, a potem ruszył w kierunku postaci, które rozstąpiły się, robiąc mu przejście. Kiedy stanął między nimi, owłosione bestie opuściły broń. – Witaj w naszej krainie, Andre Lucasie Morringtonie, teraz jesteś naszym gościem, nie wrogiem – odezwał się jeden z wojowników. – Idź Jay – szepnęła cicho Emi, wiedząc, że i tak nie mają dużego wyboru, a nie wyczuwała wrogości od tych stworzeń, co dziwniejsze nawet, zdawała sobie sprawę, że są roślinożerne. Popchnęła go leciutko w kierunku Andre. Warknął na nią, ale posłuchał i po chwili stał już obok jej brata. Damien przewrócił oczami i ruszył w ślad za nim. Minął granicę grzybów, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jakby go nigdy tam nie było. Emi przerażonym wzrokiem spojrzała w smutne, zamglone oczy bestii z drewnianą laską, na zaskoczone oblicze Andre, a potem rzuciła się do miejsca, w którym zniknął Damien, by sama nigdy nie pojawić się po drugiej stronie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien rozejrzał się, a potem zaczął przeklinać. No cóż, tego właśnie przecież mógł się spodziewać. Zdawał sobie sprawę, że powinien o tym wiedzieć. To było w zakresie teorii, którą mu od dziecka wpajano. Gdyby tylko przykładał do niej odrobinę większą wagę… Cholerni szamani i ich magiczne kręgi! Wzdrygnął się na myśl o przypominających krowy na dwóch nogach, owłosionych bestiach. Zabił z zimną krwią niewinną istotę i to go tutaj ściągnęło, samego, z dala od przyjaciół. Stał na twardej, zabarwionej czerwienią skale, a dookoła niego rozciągało się zamglone pustkowie. Ani jedna roślina nie przebijała się przez twardy grunt. Nie żyło tu żadne zwierzę, a on sam, również pojawił się w tym miejscu, by go zabiło. Nagle, pojawiając się znikąd, upadł przy nim jakiś kształt. – Co do cholery?! – zapytał ni to siebie, ni to dziwnego pustkowia, a potem rozpoznał Emi. Natychmiast przypadł do dziewczyny, pomagając jej wstać. – Co ty tu robisz? – szepnął niedowierzająco. Dziewczyna pozbierała się z ziemi i rozejrzała dookoła, ignorując jego pytanie. – Gdzie my jesteśmy? – zadała swoje własne. – Pojęcia nie mam – przyznał niechętnie, z nienawiścią patrząc na czerwone, płaskie skały i niemal w tej samej barwie niebo. – Dlaczego nas rozdzielili? – spytała ponownie. Damien przecząco pokręcił głową. – To nie oni, to magia ich krainy – westchnął. Potem spojrzał na nią z zainteresowaniem. – Ja wiem czemu tu jestem, ale dlaczego ty się ze mną w tym miejscu znalazłaś? Żeby krąg cię nie przepuścił, trzeba kogoś z zimną krwią zabić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Jednym, szybkim ruchem, Jay rzucił się ku miejscu, w którym zniknęła Emi. Zdezorientowany uchwycił tylko powietrze. Andre, z pobladłą twarzą wpatrywał się w przestrzeń. Nieświadomie sprawił, że na jego wyciągniętych dłoniach pojawiły się płomienie. – Co zrobiliście z moją siostrą? – spytał oskarżycielsko odzianego w skórę szamana. – My nic – odpowiedział mu smutnym głosem olbrzymich rozmiarów stwór – to magiczny krąg – wskazał na otaczające trawę grzyby – przepuszcza tylko istoty niewinne, które nie mają na sumieniu cudzej śmierci. – Emi nie skrzywdziłaby nawet muchy! – oznajmił Andre wściekłym głosem. – Gdzie ona jest?! – W miejscu, z którego nikt jeszcze nie wrócił, żeby móc o nim opowiedzieć – odparł ze szczerym żalem i współczuciem tamten. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Włóczyli się już od kilku godzin po skalistym, zabarwionym na czerwono, pustkowiu. Nie znaleźli nic, ani śladu czegokolwiek, dzięki czemu mogliby się z tego miejsca wydostać. Kiedy zaszło krwiste, niesamowite słońce, a niebo pociemniało, przybierając jeszcze groźniejszą barwę, powietrze ogarnął nieprzyjemny chłód. – Co robimy? – zapytała zrezygnowana Emi. – Nie mam pojęcia – przyznał szczerze Damien, rozważając czy powiedzieć dziewczynie, co w tym momencie bardziej go dręczy od faktu, że znaleźli się w jakiejś dziwnej, magicznej pułapce. Ostatecznie jednak zrezygnował. – Może odpoczniemy przez chwilę? – spytał siląc się na obojętny ton. – Przybiorę swoją drugą postać, to będzie wygodniej i cieplej – westchnął. Emi przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważając propozycję chłopaka, a potem po prostu skinęła głową, zbyt zmęczona, by odpowiadać. Postać Damiena zaczęła się rozmywać i przez krótki moment, w tym samym miejscu znaleźli się jasnowłosy młodzieniec i olbrzymi, biały tygrys. Później drapieżny kot podszedł do dziewczyny, w milczeniu układając się tuż przy jej nogach. Emi usiadła, opierając się plecami o śnieżnobiałą sierść. Zamknęła oczy, by niedługo potem zapaść w nieprzyjemny, przerywany sen.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To nie było normalne. Przecież on jest, on jest! Andre zabrakło nie tylko słów, ale i myśli. Siedział na niskim, drewnianym zydlu, ze stoickim spokojem przyglądając się wściekle warczącemu, chodzącemu w tę i z powrotem, po ciasnej chacie, Jayowi. – Naprawdę aż tak cię to obchodzi? – zapytał z zainteresowaniem. Wściekły wzrok czarnoskrzydłego po raz pierwszy zatrzymał się bezpośrednio na nim. Około godziny wcześniej, szamani z plemienia Quem di Dilligunt, tytułujący siebie „Wybrańcami Bogów”, zirytowani przemieszanym z ognistą furią, paniczny strachem chłopaka lli’andin sprawili, że Jay odzyskał swoją pamięć i zmysły. To jednak było poważnym błędem z ich strony. Rozszalały chłopak, zamiast się uspokoić, odzyskawszy swoje ja, wpadł tylko w jeszcze większą furię, niszcząc wszystko co spotkał na swojej drodze. Żeby go uspokoić, siły musieli połączyć wszyscy szamani, wojownicy i magowie, z tak naprawdę, pokojowo nastawionego plemienia. Teraz siedzieli tu, zamknięci i zapieczętowani magią, w drewnianej chacie, czekając na decyzję starszyzny tych pokrytych sierścią, o twarzach przypominających krowie, istot. – A ciebie nie? – syknął wściekle Jay. – Rozumiem, że możesz nas nienawidzić, ale to przecież twoja siostra! Jak możesz być taki spokojny?! Bursztynowe oczy błyszczały gniewnie. Obydwaj wiedzieli, że do walki między nimi jak dotąd nie doszło tylko z jednego, prostego powodu – Emi. – Wcale nie jestem spokojny – przyznał niemal obojętnie Andre. – Po prostu uważam, że siedząc tutaj, w żaden sposób im nie pomożemy. – Im? – zadrwił Jay, ale nie zdążył nic więcej odpowiedzieć, ponieważ drewniane, niezbyt wysokie drzwi, otworzyły się z wielkim hukiem, wpuszczając do pomieszczenia świeże, pachnące trawą powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien czuł, jak całe jego wnętrze płonie. Wpatrywał się uporczywie we wtuloną w jego śnieżną sierść dziewczynę. Nadal spała. Może to i lepiej… Teraz był pewien, że jeszcze trochę, może kilka godzin, a może nawet cały dzień, ale prędzej czy później zdradziłby swoich przyjaciół, byleby zaspokoić ten upiorny, palący wnętrzności głód. Co za ironia losu. Teraz, jak wielkie nie byłoby jego pragnienie, i tak nie miał pojęcia jak się stąd wydostać by móc je zaspokoić. Emi otworzyła karmelowe oczy. Przeciągnęła się. Ziewnęła. – Hej – przywitała się leciutko uśmiechając. – Mamy jakiś plan? – spytała ufnie. Odsunęła się od Damiena, a chłopak na powrót przybrał swoją ludzką postać. Zaniepokojona spojrzała w jego pobladłe oblicze. – Coś się stało? – spytała. – Nic – mruknął odwracając wzrok. – Chodźmy – rzucił pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, by odwrócić uwagę dziewczyny. Wstał z ziemi, a Emi niechętnie podążyła za jego przykładem. Szli przed siebie w milczeniu przez prawie godzinę. Damien czuł jak trawi go gorączka. Ignorował zmartwione, pytające spojrzenia dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że przyznanie się do tego co mu jest, oznaczało klęskę. To by było tak, jakby się poddał. Palące, czerwone promienie słońca, zaczęły rozmazywać się przed jego oczami. Zamiast twardych skał, zaczął widzieć jedynie zamglone światło. To co czuł, było nie do wytrzymania. Wiedział, że zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko zaspokoić ten okropny, rozrywający go na strzępy od środka, głód. Musiał iść, po prostu iść przed siebie. W końcu nie wytrzymał. Potknął się o jeden z leżących na szkarłatnym piasku, luźny odłamek skały. Przewrócił się i już nie miał siły wstać. Zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, walcząc z samym sobą, by z bezsilności, nie zrobić krzywdy, towarzyszącej mu Emi. Rozdział XXVII Jaskinia zalana była złowieszczym, zielonkawym światłem, a do tego te oczy… Były wszędzie. Płonęły w mroku obłędnym szkarłatem. Damien zaczął zastanawiać się czy umarł i znalazł się w otchłani. Ale nie, coś było nie tak. Pragnienie i ból sprawiały, że nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak właściwie się w tym miejscu znalazł. – Zjedzzzzmy go, na pewno będzie sssssmaczny – usłyszał chłodny, syczący głos. – Ani się waż! – warknął na niego młodszy, niemal dziecięcy głosik. – To ja ich znalazłem i są moi! – Taak? – zadrwił jeszcze inny. – A co z nimi zrobisz? Teraz dopiero w bladym, zielonym świetle, Damien zauważył leżące na skałach, zbielałe kości. Zmrużył oczy, z nadzieją, że zobaczy należące do tajemniczych głosów postacie, w dalszym ciągu widział jednak tylko płonący szkarłat. Nigdzie, w zasięgu wzroku, nie było również Emi. – Ona ładnie pachnie – przyznał ten brzmiący najmłodziej, jakby nieco zawstydzony. – Dosssssskonale, niech więcccc tutajjjj zosssssstanie. A jjjjjego mmmożemy zjjjjeść – odpowiedział syczący, stanowczo, jakby właśnie rozwiązał cały problem. – Kiedy ona nie chce – mruknął niechętnie jego rozmówca. Dwaj pozostali warknęli na niego nieprzyjaźnie, ale w tym momencie do nozdrzy Damiena dotarł kuszący, przyjemny zapach. Więc jednak tu była, pomyślał z uczuciem ulgi. W takim razie Jay go nie zabije, przyszło mu bez składnie do głowy, a potem ponownie stracił przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi przykucnęła przy leżącym bezwładnie, na dnie groty, chłopaku. Palcami przeczesała jego jasne włosy. Łagodnie dotknęła czoła by stwierdzić, że ma gorączkę. – Co się stało twojemu towarzyszowi? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem olbrzymi, włochaty pająk, podchodząc odrobinę bliżej. Dziewczyna westchnęła. Jakby bezwiednie zmierzwiła czarne, matowe i rozkudłane futro, porastające osadzony na ośmiu, długich nogach korpus. – Sądzę, że to substancje, które zażywał tak z nim robią – wyjaśniła smutno. – Teraz, kiedy mu ich brakuje, jego organizm domaga się więcej. Pająk spojrzał na nią zagadkowo. – Po tym jak wpuściłem mu swój jad, nie powinien niczego czuć – stwierdził. – A jednak on nawet się budzi. Co z nim nie tak? – Nnnnawet nnnie nnnadaje ssssssię do jjjjedzenia – syknął z mroku jaskini obrażony głos. – Mmmmoże, gddddyby udało ssssię oczyśccccić mu krew… – rozmarzył się na moment. Emi gwałtownie wstała. Spojrzała w ciemność. Jej karmelowe oczy spotkały się z wielkimi, błyszczącymi, szafirowymi ślepiami. – Mógłbyś to zrobić? – zapytała z nadzieją. – Nnnnie! – warknął stanowczo głos. – Wwwwasza mmmowa mnie mm męczy – syknął. – Mammmm dddość! Odwrócił się, a dziewczyna w nikłym, zielonym blasku, ujrzała długi, pokryty łuskami ogon. Potem na kamiennej posadzce zadudniły głuche kroki, wielkich łap. Emi nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim. Dogoniła go dopiero, po trzech zakrętach, wysokiego korytarza, z którego ściany porastał fosforyzujący, wydzielający zielone światło mech. – Zaczekaj, proszę! – spróbowała dotknąć olbrzymiego ogona, ale on zniknął w ciemnościach. Pobiegła znowu. Po chwili, za kolejnym zakrętem, oślepiło ja zbyt jasne, zabarwione czerwienią światło. Wybiegła na zawieszoną kilkaset metrów nad rozpadliną, skalną półkę. Nie spodziewając się tego i nie widząc krawędzi, zbyt późno zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. Nie zdążyła wyhamować. Strach ścisnął jej gardło. Zamknęła oczy, szykując się na niosący śmierć upadek. Poczuła na nadgarstku silny uścisk, a potem ktoś wciągnął ją z powrotem. Uniosła powieki, by spojrzeć prosto w rozgniewane, szafirowe oczy. Trzymająca ją dłoń boleśnie zaciskała się na jej ręce. – Powiedziałem nie! – warknął wściekle wysoki, ciemnowłosy chłopak. – Proszę… – szepnęła błagalnie Emi, próbując zignorować ból. Wreszcie ją puścił. Z brutalną siłą odepchnął w głąb jaskini. – Tutaj nie trafia się przypadkiem – syknął. – Nie znaleźliście się w tym miejscu bez przyczyny, więc nie widzę powodu, żeby wam pomagać – oznajmił drwiącym tonem. – Więc dlaczego ty tu jesteś? – spytała ponownie podchodząc do niego. – Hikaru, proszę… Roześmiał się. Tym razem już nie większe od jej własnych, szafirowe oczy zalśniły. Błysnęły w nich psotne iskierki. – Zbyt wiele tego, żebym miał wymieniać – oznajmił z zadowoleniem. – Poza tym to nie ja jestem tutaj uwięziony, tylko wy jesteście. Emi spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc. Spędzili niemal dwa dni bezładnie włócząc się po skalistej, pustej krainie. Nie było tu kompletnie niczego. Dopiero potem odnalazły ich pająki. Dziewczyna była przekonana, że gdyby nie doświadczenie z jej przyjacielem, Okazu, już dawno by nie żyła. Poza tym te stworzenia były zupełnie inne. Potrafiły rozmawiać, znały ludzki język. To nie były tylko zwierzęta. Poznała też mieszkającego z nimi Hikaru. Musiała przyznać, że olbrzymi, pokryty czarną, pochłaniającą światło łuską, smok, wywarł na niej piorunujące wrażenie. Z pewnością jednak diametralnie inne od tego, jakiego się spodziewał. – Chcesz powiedzieć, że wiesz jak stąd wyjść? – upewniła się wpatrując się w niego intensywnie. – Oczywiście, że tak – uśmiechnął się przekornie chłopak. – Pomóż mojemu przyjacielowi – poprosiła, ponownie zmieniając temat. Chłopak odwrócił się do niej plecami i usiadł na samym brzegu skalnej półki, spuszczając nogi, tak, że obute w wysokie, skórzane buty stopy, zwisały beztrosko nad przepaścią. – Niby dlaczego bym miał? – zapytał nie patrząc na nią. – A dlaczego nie? – spytała, stając tuż za jego plecami. Starała się mówić spokojnie, ale Hikaru irytował ją coraz bardziej. Nie potrafiła rozgryźć jego motywów, więc nie miała pojęcia, jak mogłaby go przekonać. Wiedziała tylko jedno, nie poradzą sobie bez jego pomocy. – Nudzę się – oznajmił rozbrajająco. – Jeżeli stąd odejdziecie, na pewno nie zrobi się ciekawiej. A w ten sposób twój przyjaciel umrze, a ty zostaniesz ze mną. – Zostanę z tobą – powzięła decyzję Emi – zrobię, co będziesz chciał, tylko najpierw nam pomóż. Hikaru się odwrócił. Jego szafirowe oczy rozbłysły. Dziewczyna słyszała o jego gatunku przeróżne opowieści. Fakty zgadzały się lub nie, jedno jednak pozostawało niezmienne. Umowa ze smokiem nigdy nie wróżyła niczego dobrego. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Damien otworzył oczy. Wpatrywały się w niego czerwone ślepia, należące do… Chłopak gwałtownie usiadł, co przypłacił zawrotem głowy. Całym sobą nienawidził pająków, a to co nad nim stało, było olbrzymie! Monstrualne! Stworzenie fuknęło, szczerząc swoje ostre, jadowe kły. Mimo palącego go wewnątrz głodu, Illi’andin zaczął zbierać w sobie całą dostępną mu jeszcze magię. – Fukkura, przestań straszyć mojego przyjaciela – Damien usłyszał ganiący głos Emi. Pająk posłusznie, jakby odrobinę zawstydzony, wycofał się, żeby przepuścić dziewczynę. Emi przykucnęła, odgarniając mu z czoła jasne włosy, ale on kompletnie nie zwracał już na nią uwagi. Wpatrywał się niedowierzająco, w to co było za nią. Wiedział, że to nie możliwe i musi mieć spowodowane głodem narkotykowym halucynacje. Za plecami dziewczyny stał z założonymi rękoma i ze znudzonym wyrazem twarzy, najprawdziwszy w świecie smok. Mimo, że przybrał ludzką postać, szafirowe, długowieczne oczy mówiły same za siebie. Damien nie wiedział czy śmiać się czy płakać, a był już taki pewien, że nie może przydarzyć się im nic gorszego… Ciemnowłosy chłopak podszedł do niego bliżej. Ubrany był praktycznie, w skórzany, myśliwski strój. Włosy, dla wygody, ścięte miał niemal przy samej skórze. Był wysoki i szczupły, a cerę miał porcelanowo wręcz bladą, prawie tak jak Emi. Damien mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądał w swojej prawdziwej postaci. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Ukucnął przy Emi. Położył dłoń, na jej, dotykającej Damiena dłoni. – To cię będzie drogo kosztować – mruknął z satysfakcją, a potem Damien nie usłyszał już niczego więcej, ponieważ ponownie odpłynął w ciemność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ból, który czuł, był nieporównywalny z niczym innym. Całe jego ciało, każda nawet najdrobniejsza komórka, paliły. Przestał oddychać, przestał mieć możliwość oddychania. Gdyby nie ten piekielny, płomienny ból, byłby pewien, że umarł. Świat przestał istnieć, a potem w jednym momencie wszystko wróciło. Puls, oddech, własne ciało. Damien był pewny, że ktoś go ukarał, każąc mu dalej żyć. – Coś ty mu do cholery zrobił?! – wrzasnęła histerycznie, pełnym pretensji głosem Emi. Hikaru roześmiał się podłym śmiechem. – To czego sobie życzyłaś – odpowiedział rozbawiony. – Teraz jest czysty, zupełnie jakby nigdy niczego nie zażywał. Na chwilę zabrałem mu krew i wymieniłem na nową – sprostował. Karmelowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia i zgrozy. – Przecież to powinno go zabić – westchnęła. – Istniała taka możliwość – przyznał lekkim tonem. – Przecież nie twierdziłem, że potrafię to zrobić, tylko, że może mi się udać. – Ty draniu! – warknęła na niego Emi, rzucając się na chłopaka z pięściami. Brutalnie chwycił jej ręce, łapiąc je w nadgarstkach i unieruchamiając. Znowu się śmiał. – Udało się, więc o co ci chodzi? – zapytał odrobinę poważniejąc. Syknęła, próbując się wyrwać z jego uścisku. – Jesteś coraz zabawniejsza – zamruczał. Powietrze między nimi przecięła błękitna błyskawica. Zaskoczony Hikaru odskoczył od dziewczyny. Szafirowe oczy zapłonęły gniewem, kiedy zorientował się skąd przyszedł ten nagły atak. Jednym susem przyskoczył do chwiejnie wstającego z podłogi Damiena. – Nie, Hikaru! Obiecałeś! – zaprotestowała Emi. Chłopak cofnął się. Zasyczał. – Jeżeli jeszcze raz się wtrąci, to przyrzekam, że go zabiję – warknął do dziewczyny, a potem nie odwracając się za siebie, opuścił grotę. Rozdział XXVIII Andre już od pierwszej minuty nienawidził tego lasu. Teraz, kiedy musiał czołgać się na brzuchu, pod nisko zwisającymi gałęziami młodych świerków, nie cierpiał go jeszcze bardziej. Czuł się jak w koszmarze. Do tego nie mógł znieść towarzystwa tego przeklętego Illi’andin. Ba! Nie tolerowałby go nawet, gdyby tamten był człowiekiem, bo w zupełności wystarczyłby sam fakt, że jest chłopakiem jego młodszej siostry, z czym Andre naprawdę nie potrafił się pogodzić. No i jeszcze pozostawała kwestia Damiena… Nieprzyjemne uczucie zazdrości pojawiło się w myślach chłopaka, uczucie, które ze wszystkich sił próbował w sobie zgasić. Leżący obok, na ściółce leśnej Jay, klepnął go w ramię, nakazując milczenie. Dopiero po chwili Andre usłyszał ciche kroki wprawnych łowców. Uciekli przy pomocy wywołanego magią żywiołów zamieszania, ale najwyraźniej po rozróbie, którą urządził im Illi’andin, plemię istot o krowich pyskach nie zamierzało odpuścić. Mimo, że patrzyli na siebie nawzajem z wrogością i nienawiścią, byli sprzymierzeńcami, łączył ich jeden, wspólny cel – odnaleźć Emi i Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ W jaskini było chłodno, a zielonkawa poświata mchu, zaczynała przyprawiać o mdłości. Dziewczyna była bardzo blada i marzyła teraz tylko o tym, żeby znów zobaczyć księżyc i słońce. Zniechęcona usiadła na przygotowanym dla niej przez Fukkurę, miękkim sienniku. Damien wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał przejrzeć dziewczynę na wylot. – Umowa Emi, jaką zawarłaś z nim umowę? – To bez znaczenia – odpowiedziała cicho, uciekając przed jego wzrokiem. – To ma znaczenie! Piekielnie duże znaczenie! – warknął na nią. – On jest pieprzonym smokiem, a ty stałaś się jego zabawką! Brązowe, lekko rozczochrane włosy zakrywały teraz Emi niemal całą twarz. Obdarzyła przyjaciela bladym uśmiechem. – Gdyby nam nie pomógł, to byś tu umarł – stwierdziła stanowczo. – Nie miałam wyboru. – I tak jestem już martwy – powiedział ze złością. – Jay mnie zabije, kiedy się o tym dowie! W końcu przestał chodzić w kółko i usiadł obok niej na ułożonym z miękkiego, suchego mchu, sienniku. Emi przytuliła się do niego, oplatając się jego ramieniem. – On nam pomoże się stąd wydostać – mruknęła cicho. – Obiecał. – Och, w to nie wątpię… Tylko za jaką cenę… – westchnął zbolałym głosem Damien. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Czujny, niespokojny sen, przyniósł Jayowi niewiele odpoczynku. Tak bardzo tęsknił za Emi! Nie mógł znieść myśli, że coś mogło jej się stać. Do tego ten sen… Chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Jego Emi, jego roztrzepana kotka, w objęciach kogoś zupełnie innego. Stała, opierając się plecami, o szczupłego, wysokiego chłopaka o szafirowych oczach, a on oplatał ją swoimi ramionami. Ta wizja była dla Jaya zwyczajnie nie do zniesienia. Jednak w jego śnie było coś jeszcze. Jakby wiadomość. Srebrna, ulotna poświata i szmaragdowe jezioro. Chłopak usiadł, otrząsając się z resztek nieprzyjemnego snu. Andre, który pełnił ostatnią wartę, obdarzył go niechętnym spojrzeniem. Jay spochmurniał jeszcze bardziej. – Śniła mi się Emi – mruknął zdawkowo. Andre zamrugał. Teraz jego spojrzenie było naprawdę zaniepokojone. – Mi też – przyznał. – Była tam moja siostra i jakiś nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że chcą, żebyśmy odnaleźli jezioro. Jay z trudem powstrzymał warknięcie. Więc jednak jego wizja była realna, a koszmar stawał się rzeczywistością. To jednak w tej chwili nie miało znaczenia. Najpierw musiał ją odnaleźć i upewnić się, że jest bezpieczna. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała, ufnie oparta plecami o Hikaru. Teraz odsunęła się od niego, wpatrując się w intensywnie szafirowe oczy chłopaka. Damien nie miał racji. Może i Hikaru był smokiem, ale na pewno nie zamierzał jej oszukać. Nie znała jego pobudek, jednak jak do tej pory, zrobił znacznie więcej niż jej obiecał. Mimo, że bardzo irytowało ją zachowanie chłopaka, powoli zaczynała mu ufać. – Myślisz, że zadziałało? – spytała z nadzieją. Skinął głową, z lekko rozbawionym wyrazem twarzy. – O tak, możesz być tego pewna. – Więc zabierzesz nas do nich? Ponownie przytaknął. – Jeżeli tylko twoim przyjaciołom uda się dotrzeć do jeziora, to i my tam będziemy – oznajmił z kąśliwym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust. – Później zastanowimy się, co zrobić z wami dalej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Ten lot był niesamowity! Zupełnie inny niż w objęciach Jaya. Szczelnie otulona skórzaną, myśliwską kurtką Emi, siedziała na pokrytym czarnymi łuskami grzbiecie. Tuż za nią, z pobladłą, niemal zieloną twarzą, znajdował się Damien. Chłopak kurczowo obejmował ją w pasie i widać było po nim, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Rozmiary Hikaru, pod postacią smoka były ogromne, a do tego był wspaniały, dostojny i piękny. Czarne, lśniące łuski, masa wyrobionych mięśni i olbrzymi, pełen niebezpiecznych zębów pysk. Zarówno Emi, jaki Damien zdawali sobie sprawę, że smok byłby w stanie zabić ich jednym machnięciem ogromnego ogona, kiedy jednak ujrzeli go na tle czerwonego nieba, żadne z nich nie mogło oderwać od jego postaci wzroku. Szafirowe oczy hipnotyzowały, porywając w swoją kuszącą głębię. Dziewczyna widziała jego sylwetkę już wcześniej, ale w mętnym, wydzielanym przez mech, zielonym świetle, nie była aż tak imponująca jak na zewnątrz. Teraz, swojego zachwytu, nie potrafiłaby opisać zwykłymi słowami. Ten lot, to, że ich ze sobą zabrał, zdaniem Emi było po prostu cudowne. Pragnęła rozkoszować się każdą, wspaniałą chwilą. Po prawie trzech godzinach, wreszcie dotarli do celu, a był nim niewielki, czarny punkt, unoszący się wysoko pod czerwonym niebem – jedyne wyjście z tej pustynnej krainy. Dziewczyna zadrżała, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gdyby nie pomoc pająków i Hikaru, prawdopodobnie nigdy by stamtąd nie wyszli. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Szmaragdowe jezioro, na którego brzegu się znaleźli, było naprawdę piękne. Woda w nim była tak przejrzysta, że bez trudu można było ujrzeć piaszczyste dno. Jaya jednak nie interesował wspaniały widok, ani ten, ani żaden inny. Właściwie niewiele go teraz interesowało. Stał, z całej siły zaciskając pięści i z trudem panując nad własnym gniewem. Mimo, że zarówno on jak i Andre, w jakiś tajemniczy sposób, podświadomie wiedzieli, którędy iść, to trafienie nad jezioro, wcale nie okazało się rzeczą łatwą. Co chwila musieli wymijać stworzone przez istoty z krowimi pyskami patrole, które zostały wysłane zapewne po to, by w ich poszukiwaniu przeczesać las. W końcu jednak dotarli. Byli tutaj, a teraz… nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Czarnoskrzydły z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w dziejącą się nad jeziorem, sielankową scenę. Emi, w czymś białym, co pod wpływem wody zrobiło się niemal przezroczyste, z piskiem uciekała przed ochlapującym ją wodą, wysokim chłopakiem. Tym samym, którego widział w swoim śnie. Rozciągnięty na trawie Damien przyglądał im się z nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Lekko zdyszany Andre, któremu wreszcie udało się dogonić gnającego niczym wicher Jaya, wypadł na polanę. On również przystanął nieco zaskoczony, ale już po chwili otrząsnął się i zaczął wołać imię swojej siostry. Rozchichotana dziewczyna podniosła głowę, a kiedy ich tylko zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w ich stronę, brodząc po kostki w szmaragdowej wodzie. Wpadła z impetem w wyciągnięte ramiona brata, a Andre przytulił ją do siebie opiekuńczo. – Nic ci nie jest? – zapytał jej na wszelki wypadek. Emi przecząco pokręciła głową, wyplatając się z jego uścisku. Teraz stanęła naprzeciwko Jaya, który w tym momencie nie był zdolny zrobić ani jednego kroku. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć, ale wtedy za jej plecami pojawił się Damien, wraz z nieznajomym. Chłopak stanął tuż za nią, a wtedy Jay instynktownie się cofnął. Emi opuściła dłoń. Miała zmartwiony wyraz twarzy. – To Hikaru – przedstawiła swojego towarzysza, nie dodając niczego więcej. – Poznaj mojego brata Andre i przyjaciela Jaya. Chłopak skinął im na powitanie głową, jakby pozostając w bezpiecznej odległości, wciąż za plecami Emi. Słowo „przyjaciel” zabolało Jaya do żywego. Było jak zimny prysznic. Do tej pory był przekonany, że są kimś więcej niż przyjaciółmi, kimś znacznie więcej. Wściekłość i zazdrość mieszały się w jego umyśle w jedno, próbując wydostać się rwącą, niebezpieczną rzeką. Chciał coś powiedzieć, ale zobaczył panikę w oczach Damiena. Zbyt długo i zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, żeby zignorować tak wyraźny sygnał, więc z trudem się powstrzymał, zmuszając do milczenia. – Czy to już wszyscy? – zapytał Hikaru, jakby się upewniając. – Tak – odpowiedziała mu spokojnie Emi. – Doskonale – mruknął w odpowiedzi, a jego przystojną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek. – W takim razie wynośmy się stąd. Potem cała ziemia zawirowała, uciekając Jayowi spod stóp. Uderzył go silny pęd powietrza. Zaniepokojony rzucił się w kierunku Emi, ale dziewczyny już tam nie było. Właściwie, to nie było tutaj niczego. Miejsce, w którym się znalazł, unosiło się, w zabarwionej fioletowymi cieniami, pustce. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Unosili się w powietrzu, a jednocześnie stali na twardym gruncie. Hikaru usiadł po turecku, w zabarwionym fioletowymi cieniami powietrzu. Emi spojrzała po zaniepokojonych twarzach przyjaciół, a potem wzruszyła ramionami i śladem chłopaka usiadła, podkulając pod siebie nogi i oplatając je ramionami. Nie miała pojęcia co to za miejsce, ale była pewna jednego – jest tutaj bezpiecznie, inaczej Hikaru by go przecież nie wybrał. Niepokoiła się tylko o to, co stało się z Jayem, ale cieszyło ją, że najwyraźniej był już sobą, szkoda tylko, że z jakiejś przyczyny bardzo niezadowolonym sobą. Damien niechętnie dołączył do nich, a ślad za nim podążyli nieco zdezorientowani Andre i Jay, z czego ten pierwszy, bez ustanku wodził zaniepokojonym spojrzeniem karmelowych oczu za Damienem. – Gdzie my jesteśmy? – zapytał chłodno brat Emi. – W miejscu poza czasem – wzruszył ramionami najwyraźniej świetnie się bawiący Hikaru. – Czemu tu jesteśmy? – drążył dalej ostrym głosem Andre. – Ponieważ nas tu przeniosłem – uśmiechnął się leniwie smok. – Dlaczego… – zaczął znowu czarodziej, a jego karmelowe oczy błyszczały z irytacji i niepokoju. – Przestańcie! – przerwała im Emi. – Jesteśmy tutaj, ponieważ Hikaru chce nam pomóc. Przedstawiłam mu naszą sytuację. – Niby dlaczego miałby chcieć nam pomagać? – zainteresował się Jay, starannie omijając Emi wzrokiem. Coś było nie tak, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu, ani co z tym zrobić. Błagalnie spojrzała na Jaya, który zupełnie ją zignorował. – Bo mu się nudziło – wtrącił się do rozmowy ponurym głosem Damien. – Co się w ogóle z wami działo? Gdzie byliście? Po waszym zniknięciu Jay rozpętał prawdziwe piekło i do tej pory nas ścigają ci krowio-ludzie – zaznaczył pełnym pretensji tonem Andre. – Bardzo też chciałbym się dowiedzieć, kogo zabiła z zimną krwią moja siostra, żeby się tam znaleźć, o ile to co słyszeliśmy było prawdą – mruknął pełnym nagany głosem starszego brata. Emi skuliła się jeszcze bardziej, a brązowe, lekko rozczochrane i przybrudzone włosy, zasłoniły jej niemal całą twarz. Wpatrywała się teraz w tańczące w pustce, fioletowe cienie. – Wolałabym o tym nie mówić – szepnęła błagalnie. Hikaru przyglądał im się z zainteresowaniem. Jego spojrzenie leniwie wodziło po ich twarzach, w kącikach ust chłopaka pojawił się ironiczny, drwiący uśmiech. – Obserwowanie was było ciekawe… z początku… ale teraz robicie się już nudni – stwierdził rozbawiony – dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam kilka spraw. Magia nie jest doskonała – zaczął, wyciągając przed siebie nogi i podpierając się rękami o nieistniejące podłoże. – Czasami traktuje rzeczy zbyt dosłownie i nawet takie spłoszone, pełne dobrych intencji coś, jak twoja siostra obrywa – zwrócił się do Andre. – Hej! – zaprotestowała Emi. Chłopak roześmiał się, a ona doskonale wiedziała, jak bardzo polubił ją irytować. – No co? Czyżbym nie miał racji? – zwrócił się do niej w dalszym ciągu rozbawiony. – Nie zabiłaś w dobrej intencji? Szkarłatna planeta to miejsce zesłania dla wszelkiej maści przestępców i czarnych charakterów, nie znalazłaś się tam bez powodu. – Więc czemu magia mnie również tam nie zabrała? – warknął Jay, jakby stając w obronie dziewczyny. – Poluję niemal od zawsze, zabijam, a to ona, z powodu zabicia głupiej sarny, się tam znalazła! Dlaczego nie ja?!  Hikaru przewrócił oczami, spojrzał na Jaya jakby był małym dzieckiem, a raczej, konkretniej rzecz ujmując, kłopotliwym, przygłupim smarkaczem. – To proste. Jesteś Illi’andin. Polujesz, żeby przeżyć. Nie robisz tego dla zabawy. Nigdy, nikogo, ani niczego nie zabiłeś bez powodu, z zimną krwią – wyjaśnił cierpliwie. – Ona musiała to zrobić. – Miała powód – oznajmił ostro czarnoskrzydły. – Uratowała setki niewinnych dusz, poświęcając za nie jedno życie! Coraz bardziej zainteresowani Andre i Damien spojrzeli na niego zaskoczeni, przenosząc swoje spojrzenia na bladą twarz Emi. – Nikt nie powiedział, że magia będzie sprawiedliwa – stwierdził pojednawczym głosem Hikaru. – Co do niego natomiast – wskazał podbródkiem w kierunku Damiena – to zwykły morderca i gdyby Emi mnie tak ślicznie nie prosiła – uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem do dziewczyny – w życiu bym mu nie pomógł. W każdym razie – kontynuował ignorując to, że zarówno spojrzenie Emi, jak i Jaya, pytająco zwróciło się w kierunku Damiena i tylko Andre, z całej siły, starał się odwrócić wzrok – nie jesteśmy tu po to, żeby opowiadać sobie mrożące krew w żyłach historie. Obiecałem, że wam pomogę i zamierzam dotrzymać słowa. Nie będzie to jednak zabawa w ucieczkę i ukrywanie się przed światem po wszeczasy – stwierdził szczerząc zęby w uśmiechu. – Mam pewien plan. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Andre zerwał się z miejsca. Plan nieznajomego był czystym wariactwem i pod żadnym pozorem nie mógł być brany pod uwagę! Ani teraz, ani nigdy. – To niedorzeczne! – oznajmił rozgniewany. – Tracimy czas – dodał ostro. – Usiądź – mruknął uspakajająco Damien. – Właściwie, moim zdaniem to mogłoby się udać. Mimo, że sam pomysł jest dość szalony, to zawiera w sobie nieco logiki. – Logiki? – burknął Andre. – Niby gdzie?! On proponuje frontalny atak i podporządkowanie sobie całej szkoły! – wykrzyknął. – Widzisz jakiś inny sposób, na to, żebyśmy mogli tam wrócić? – spytał ponuro Damien. – Bo ja nie. Zresztą mamy pewną przewagę i asa w rękawie – uśmiechnął się gorzko. – Róbcie co chcecie, ja zabieram moją siostrę i wracam do szkoły – zagroził chłopak. – Nie pozwolę ci na to – odezwał się chłodnym głosem, milczący do tej pory Jay. – Zabiją ją, jeżeli się tam pojawi. Damien poruszył się. Spojrzał prosto w karmelowe oczy Andre. – Nie zastanowiło cię, dlaczego jeszcze nie jestem na głodzie narkotykowym? – spytał prosto z mostu. Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, jakby do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Damien uśmiechnął się ponuro. – Hikaru znalazł sposób, żeby oczyścić moją krew – wyjaśnił. – Jeżeli zgodzi się pomóc arystokratom, będziemy mieli ośmiu silnych sprzymierzeńców. Nie wydaje mi się też, żeby innym podobał się obecny stan rzeczy. Jestem pewien, że z przyjemnością się zbuntują. – A co z czarodziejami? – spytał nieco mniej pewnie brat Emi. – W tym już będzie twoja rola – uśmiechnął się odrobinę mniej ponuro Damien. – Hikaru – zwrócił się do rozpartego wygodnie, w pełnej fioletowych cieni pustce, smoka – pokaż mu, co ich przekona. Rozdział XXIX Jeffrey niespokojnym krokiem chodził po bogato zdobionym pokoju. Jego nienaganne zwykle ubranie było teraz wygniecione i nieco brudne, a jasne pukle włosów, zamiast układać się w drobne loki, sterczały na wszystkie strony. To przez tego cholernego głupca teraz cierpiał. Konsekwencje ucieczki Damiena Hayazaki ponosili oni wszyscy. Gdyby tylko potrafił udzielić odpowiedzi na zadawane mu pytania… Zrobiłby to bez najmniejszego wahania! Ale jak miał zdradzić coś, czego zwyczajnie nie wiedział?! Nagle odwrócił się w stronę wielkiego, zajmującego niemal całą ścianę okna. Katem oka dostrzegł prześlizgujący się za grubą zasłoną cień. Wstrzymując powietrze, zaczął zbierać w sobie magię. Wystarczyłoby jedno jego słowo… Nie zdążył. Coś gwałtownie spadło na niego, przewracając go na ziemię i przygniatając jego twarz do grubego, jasnego dywanu. Potem ucisk zelżał, jakby napastnik nagle gwałtownie stracił na wadze. Jeffrey z trudem odwrócił głowę. Zamrugał niedowierzająco. – Damien? – zapytał zaskoczony. – Teraz będziesz milczał i posłuchasz co mam do powiedzenia – wyjaśnił siedzący na nim chłopak, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Potem jego błękitne oczy rozbłysły. – Jeżeli jednak w międzyczasie odezwiesz się chociaż słowem… – zamruczał, z premedytacją pokazując Jeffreyowi niedwuznaczny gest. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było czyste szaleństwo, a oni to doskonale rozumieli. Rozumieli i… godzili się na to! Tylko właściwie jaki mieli wybór? Lepsza była wieczna niewola czy śmierć? Plan, który przedstawił im Damien Hayazaki dawał to, czego w życiu potrzebowali najbardziej – nadzieję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać współpracowanie z ludźmi. Zresztą magowie wcale nie byli w lepszej sytuacji. Ich siostry, przyjaciółki, dziewczyny, wszystkie one były zagrożone poprzez nieprzemyślane działanie sojuszu. Zmuszanie młodych czarodziejek do zaplanowanych przez rodziny małżeństw z chłopcami Ili’andin było wystarczającym powodem do buntu. Było cienką nicią, która mogła zmusić ich do współpracy. Teraz, na skraju lasu, na polanie nad jeziorem, pojawili się wszyscy, bez wyjątku. Stała tu cała ósemka, uczęszczających do szkoły w czarnej wieży, arystokratów Illi’andin. Z nienawiścią i rezygnacją obserwowali stojącego w blasku trzech księżyców Damiena, ale w ich spojrzeniach było jednocześnie coś innego. Na wymęczonych tygodniami podawania serum prawdy i różnych innych narkotyków twarzach, malowała się nadzieja. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wykończony Hikaru opadł na trawę. Nie chciał, żeby którekolwiek z nich wiedziało, jak wiele własnej siły kosztowało go oczyszczenie krwi arystokratów. Czuł się wśród nich dziwnie nie na miejscu i to co miało być rozrywką, zmieniało się w niechętny przymus. W powietrzu zaczął się unosić przyjemny, lekki zapach. Nawet nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto znalazł się w pobliżu. – Ilu z nich przeżyło? – spytała siadając na trawie. – Pięciu – odpowiedział smok – a to i tak nieźle. Mieli szczęście. Dziewczyna skinęła głową, co bardziej wyczuł niż zobaczył. Wiedział też, że jest smutna, ale zdeterminowana. Poczuł ukłucie dziwnej przykrości, na myśl, że za chwilę zgasi cały jej zapał. – Wracam do domu – oznajmił siadając. Emi spojrzała na niego zdezorientowana. Zamrugała, przez co jej duże, karmelowe oczy stały się jeszcze większe. – Nie możesz! Przecież obiecałeś! – wyjaśniła niczym ufne, małe dziecko. Chłopak zawahał się przez chwilę. – Najpierw zabiorę was tam, dokąd będziecie chcieli – oznajmił niezbyt chętnie. – I nie martw się, skoro to ja rezygnuję, nasza umowa jest nieważna. Dziewczyna gwałtownie zerwała się z trawy. – To ty rozpocząłeś naszą wojnę, ale z tobą, czy bez ciebie – odezwała się gorączkowo – my ją dokończymy! Potem odwróciła się i po prostu uciekła, znikając między drzewami, niczym rusałka. Hikaru z westchnieniem opadł na trawę. To, co kłębiło się w jego wnętrzu, to było coś zupełnie nowego. Innego, niż znał do tej pory. Na dodatek wcale, a wcale mu się to nie podobało. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Drogi Pamiętniku, tego dnia rozpętała się wielka bitwa. Magowie walczyli ramię w ramię z Illi’andin. Nie chcieliśmy takiego losu, nikt nie chciał, ale każde z nas rozumiało, że nie mamy innego wyjścia. Naszym założeniem było pokojowe przeprowadzenie do portali wszystkich tych, którzy nie popierali naszych idei. To jednak się nie udało. Nauczyciele z czarnej wieży wezwali na pomoc garnizon z Morven. Umierali zarówno czarodzieje, jak i Illi’andin, a ja drżałam ze strachu o życie najbliższych. Wszystko wskazywało na to, że przegramy, a oni, mściwie pozabijają nas wszystkich. Wtedy jednak okazało się, że Hikaru został. Do tej pory zadaję sobie pytanie, co nim kierowało. Ze smokiem nawet wojownicy Illi’andin nie mieli szans. Szalę zwycięstwa na naszą stronę ostatecznie przechyliły leśne zwierzęta, które tłumnie zebrały się na skraju Anduriańskiej Puszczy, by nas wspomóc. Ostatecznie wszyscy nauczyciele i niechętni nam uczniowie Białego Pałacu, zostali wygnani z Dareshii, a prowadzące do zewnętrznego świata portale, zostały zniszczone. Żaden Illi’andin nie odważył się opuścić niewielkiej planety. Dla nich nie było odwrotu. Każdego z nich czekałaby śmierć.  Siedząca, pod rozłożystym dębem, Emi podniosła głowę znad trzymanego na kolanach zeszytu. Spojrzała w bursztynowe oczy stojącego nad nią Jaya. – Uspokoili się? – spytała posępnie, z góry przewidując odpowiedź. Chłopak prychnął. – Nie ma na to najmniejszych szans. Illi’andin i ludzie zawarli sojusz. Łączy nas wspólny wróg, ale nie ta dwójka – mruknął cierpiętniczo. – Damien i Andre prędzej się pozabijają niż którykolwiek z nich odpuści. – Doskonale – Emi przewróciła oczami. – W takim razie ja walnę w łeb mojego głupiego brata, a ty zajmiesz się Damienem. Jay uśmiechnął się do dziewczyny, ale jego uśmiech natychmiast zrzedł, bo właśnie tuż przy nim, spomiędzy drzew, wysunęła się szczupła sylwetka Hikaru. Smok zupełnie zignorował chłopaka. – Skoro już po wszystkim, to się zbieramy – oznajmił rozkazującym tonem, zwracając się do Emi. – Chcę wracać do domu. Dziewczyna przepraszająco spojrzała na Jaya, a potem powoli wstała ze swojego miejsca pod drzewem. Obietnica to obietnica, a ona wiedziała, jak niebezpiecznym by było nie dotrzymanie swojej. W końcu Hikaru wywiązał się ze swojej części umowy, został i im pomógł. Czarne skrzydła Jaya rozpostarły się w niemym proteście. – Zbieramy? Idziesz z nim? – spytał zaskoczony i rozczarowany. Emi spuściła głowę, tak, że długie, brązowe włosy, zasłoniły kurtyną jej twarz i karmelowe oczy. – Taką mieliśmy umowę – przyznała cicho. – Więc ty i on nie… – zaczął Jay, którego umysł jakby się przebudził ze snu i otępienia, a uczucia i nadzieja wydostały się spod gęstej, zasnuwającej je mgły. Jakoś dopiero teraz do niego dotarło, że to przecież jego Emi i ona nigdy by… Stojący podpierając się pod boki Hikaru, ziewnął przeciągle. Wyglądał na mocno znudzonego. – Chciałem, żebyś tak myślał – wyjaśnił spokojnie – to ułatwiało sprawę. No cóż, może w ten sposób będzie zabawniej. Emi, zabieraj swoje rzeczy i idziemy – zwrócił się rozkazująco do dziewczyny. Jay bez chwili wahania chwycił miecz, który bez przerwy nosił w pochwie, przy pasie, od czasu rozpoczęcia się walk. – Przestań! Odłóż to! – zażądała dziewczyna, ale on kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Hikaru roześmiał się, bez trudu unikając pierwszego, szybkiego ciosu. Potem się przemienił. Olbrzymie, czarne cielsko smoka, ledwo mieściło się na polanie, między pojedynczymi drzewami. – Nie! Przestańcie! – ponownie zaprotestowała dziewczyna. Wielki, twardy, ciemny ogon powalił ją na ziemię. Czarnoskrzydły wzbił się w powietrze, próbując zaatakować z wysokości, ale zaraz za nim wzleciał ku niebu, coraz mniej rozbawiony, a bardziej wkurzony smok. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To co rozpętało się w powietrzu, było niesamowite. Przyglądająca się z trawy Emi, widziała na niebie tylko czarne, zamazane smugi. Nie mogła zrozumieć jakim cudem, olbrzymich rozmiarów smok, potrafił poruszać się z taką prędkością?! Po chwili otępiałego zaskoczenia, jej umysł zaczął pracować aż nazbyt sprawnie. Wielką falą zaczęła zalewać ją panika. Jay! Przecież Hikaru go zabije! Może i czarnoskrzydły był wojownikiem, ale ze smokiem z pewnością nie miał szans. „Damien! Damien!” – zaczęła rozpaczliwie wołać w myślach, próbując odnaleźć wyblakłą nić połączenia, które kiedyś, gdy wspólnie ratowali Jaya, pomiędzy nimi powstało. O dziwo zadziałało, bo już po chwili, na niewielką polanę, wpadł śnieżnobiały tygrys. Przybrał swoją ludzką postać, bez zbędnych pytań, sam orientując się w sytuacji. – Cholera! Czy oni powariowali?! – zapytał z ciągle uniesioną ku niebu głową. – Hikaru jakoś wpłynął na umysł Jaya i Jay się wkurzył – wyjaśniła pokrótce Emi, również nie odrywając wzroku od toczącej się w górze bitwy. – Do tego nie chciał pozwolić, żebym z nim poszła – dodała nieco ciszej. – Musimy to przerwać, on go zabije – zdecydował zupełnie już spokojnym głosem, zrezygnowany Damien. Chłopak podszedł ku podnoszącej się z trawy dziewczynie. Spojrzała na niego pytająco. – Jak chcesz to zrobić? Wzruszył ramionami. – Nie mam jeszcze do końca pojęcia, ale potrzebny nam drugi smok… – wytłumaczył niezbyt jasno. – Pomożesz mi? Emi skinęła głową. – Co mam robić? – Pożycz mi swoją magię, sam nie dam rady – mruknął. – Tak jak robiliśmy to już wcześniej. Dziewczyna bez zastanowienia wsunęła drobną dłoń w jego rękę. – W takim razie zaczynajmy. Damien splótł swoje palce z jej palcami, a potem cały świat jakby zwolnił. Tocząca się w przerażającym tempie walka, była teraz bitwą dwóch ślimaków. Emi wyraźnie widziała płynne ruchy Jaya i zakończone niepowodzeniem próby Hikaru, żeby czarnoskrzydłego czymkolwiek uderzyć. Jay również nie trafiał, ale dziewczynę przerażała różnica w konsekwencjach tego, co jeden może zrobić drugiemu. Gdyby to smok uderzył czarnoskrzydłego, zapewne po prostu by go zabił, natomiast trafienie Jaya, nawet zaostrzonym, połyskującym w słońcu mieczem, mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej Hikaru wkurzyć. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Sylwetka Jaya rosła. Zmieniał się w obarczonego czarnymi skrzydłami wilka. Emi czuła, jak Damien wysysa z niej całą moc i energię. – Co robisz? – spytała zaniepokojona. – Zaufaj mi, to najlepsze co jestem w stanie wymyśleć – odezwał się z wysiłkiem. – Gdybyśmy zmienili go w smoka, nie miałby pojęcia, jak w tej postaci walczyć. Ogromnych rozmiarów zwierzę rosło coraz bardziej, wkrótce już dorównując rozmiarami zdumionemu, czarnemu smokowi. Jay wyjątkowo szybko odnalazł się w nowej, dziwacznej sytuacji. Nie miał co prawda miecza, ale dysponował teraz pazurami i rzędem ostrych zębów. Błyskawicznym ruchem rzucił się do szyi smoka. Hikaru syknął wściekle i sparował atak, odrzucając zwierzę do tyłu, na jego odsłoniętej w tym miejscu skórze, pojawiła się jednak ciemna krew. Dalej toczyła się zacięta walka. Szala zwycięstwa tym razem zaczęła przechylać się na stronę Jaya. Wilk kąsał w każde, możliwe, nie pokryte sztywnymi łuskami miejsce, w błyskawicznym tempie odskakując za każdym razem do tyłu. Smok, nie przyzwyczajony do walki z równym przeciwnikiem, broczył krwią z coraz większej ilości niewielkich ran i skaleczeń. W końcu, wycieńczony, opadł na ziemię. Jay przygotował się do skoku, wyraźnie planując zakończyć tą walkę śmiercią przeciwnika. Emi przymknęła oczy, z wysiłkiem utrzymując się na nogach. – Jay, nie zabijaj go! – wrzasnęła resztkami sił. – Jeżeli go zabijesz, nigdy w życiu się już do ciebie nie odezwę! – dodała pierwszy argument, który przyszedł jej do głowy. Wilk warknął nieprzyjaźnie, ale ustąpił. Stanął nad przeciwnikiem, jeżąc sierść i czekał. Pierwszy swoją ludzką postać przybrał Hikaru, dopiero potem zrobił to on sam. Emi osunęła się na trawę, Damien, z pobladłą twarzą oparł się o drzewo. To kosztowało ich zbyt wiele. Smok usiadł, podtrzymując się na rękach. Jego twarz była teraz pełną wściekłości maską. – Jak śmiesz się wtrącać? – syknął rozeźlony bezpośrednio do Damiena. – Mam takie samo prawo zabijać jak ty! – Nie moich przyjaciół – odpowiedział mu z trudem blondyn. – Taaak? – zadrwił Hikaru. – To może opowiedz im o dziewczynie, którą zamordowałeś z zimną krwią? Bo ona chyba była ich przyjaciółką – odezwał się z podłą satysfakcją w głosie. – Z twojego umysłu wyczytałem nawet jej imię. Nazywała się Ana – rzucił z czającym się w spojrzeniu okrucieństwem, wpatrując się bezpośrednio, w błękitne oczy Damiena. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ To było dziwne uczucie, taka pustka, kiedy wie się, że się przegrało. Damien ze stoickim spokojem obserwował pytające, niedowierzające twarze Emi i Jaya. – Zabiłeś ją? – z ust dziewczyny padło cichutkie, nieuniknione pytanie. Damien poczuł się teraz bardziej zmęczony niż kiedykolwiek dotąd. Niechętnie skinął głową. – Dlaczego? – nie mogła zrozumieć Emi. To jednak nie miało znaczenia, jej żal, jej łzy w oczach, nie mogły konkurować ze wściekłym spojrzeniem Jaya. – Ty padalcu! – warknął czarnoskrzydły. – Przez cały ten czas miałem cię za przyjaciela, a ty… ty chciałeś mojej śmierci! – Nie, to nie tak… – spróbował bez przekonania Damien, ale nigdy nie dane było mu dokończyć. Szary wilk o bursztynowych oczach, rzucił się na niego, przygważdżając blondyna do ziemi. Damien nie zamierzał się bronić, bo to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Leżał rozciągnięty pod drzewem, na trawie i czekał na zbliżającą się śmierć. Nagle wilk zaskowyczał. Stanął w płomieniach. Sturlał się z chłopaka i zaczął tarzać w trawie. – Andre, przestań! Przestań! – krzyczała już Emi, do wyłaniającego się z lasu brata. Ogień zgasł, a wilk zerwał się z trawy wściekle warcząc. Hikaru, mimo, że brudny i podrapany, a na twarzy jeszcze bledszy niż zwykle, wyraźnie bawił się zaistniałą sytuacją. – On nie chciał skrzywdzić Jaya – wyjaśnił Andre, patrząc tylko na swoją siostrę. – Wymyślił po prostu durny sposób na to, żeby go chronić. – Bo przecież on tak baaaardzooo go kocha – dodał rozbawionym głosem smok. – No cóż, pech chciał, że czarnoskrzydły woli dziewczyny – roześmiał się mrużąc szmaragdowe oczy. Jay przybrał swoją ludzką postać i gapił się jak ogłuszony na przyjaciela. Kiedy tamten spojrzał mu w oczy, wzdrygnął się mimowolnie. Damien poczuł jak wszystko w nim drży. Na twarz starał się przybrać wyćwiczoną przez lata, obojętną maskę, ale zwyczajnie nie potrafił. Zaczął żałować, że Jay nie rzucił mu się od razu do gardła, bo gdyby to zrobił, on teraz byłby martwy, a oprócz śmierci, pragnął jedynie zapaść się pod ziemię. Emi, odrobinę chwiejnie wstając z trawy, podeszła do czarnoskrzydłego, wplatając mu się pod ramię. Jay natychmiast zignorował całe otoczenie, po prostu przytulając ją do siebie, jakby wszystko inne nie istniało. Damien nie potrafił tego dłużej wytrzymać. Przybrał postać białego tygrysa i nie zwracając na nic więcej uwagi, popędził przez las. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Znajdowali się w jednej z nieużywanych, pałacowych komnat. Jay niespokojnie chodził po pokoju. Emi skonsternowana wpatrywała się w niego już od dłuższego czasu. – Przestań wreszcie – zażądała, nie mogąc już dłużej wytrzymać. Chłopak zatrzymał się, spojrzał na nią, a potem jakby opadł z sił. – Nienawidzę go – oznajmił. – Nienawidzę! – Wcale nie – stwierdziła dziewczyna podchodząc do niego bliżej. Przytulił ją mocno do siebie. – Jest twoim przyjacielem – wyjaśniła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwił, kiedy dowiedział się, w jaki sposób cię ukarano. Chyba spodziewał się, że zabijając Anę i zrzucając na ciebie odpowiedzialność za jej morderstwo, po prostu nas rozdzieli. – Dlaczego w ogóle chciał to zrobić? – bursztynowe oczy Jaya płonęły. Emi spuściła wzrok. – Nasi rodzice zaplanowali nasz ślub – mruknęła cichutko. – Wszystko wskazywało na to, że w żaden sposób nie damy rady go uniknąć. Jay warknął nieprzyjaźnie. – Widziałem, że jest zazdrosny, ale przez cały czas myślałem, że ten skurwiel zakochany jest w tobie! Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. – We mnie? – nie mogła powstrzymać się od leciutkiego uśmiechu. – To ty nie wiedziałeś, że Damien jest gejem? – Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze Jay. Westchnęła, a on przytulił ją do siebie jeszcze mocniej. – Co nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię mu tego wybaczyć. – Ja też nie – niechętnie przytaknął jej Jay. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Robert Lander, do tej pory najlepszy przyjaciel Andre, nienawidził teraz czarodzieja z całego serca. Och, udawał, że jest zadowolony z przebiegu wydarzeń, bo co innego mu pozostawało? Wielka bitwa, współpraca z Illi’andin, przejęcie szkoły. Tylko dlaczego, skoro po swojej stronie mięli smoka, nie pozabijali od razu tych wszystkich przeklętych szumowin? No tak, Andre wytłumaczył mu ich szansę, tą samą, którą wraz z Damienem Hayazakim przedstawił przed Illi’andin. Jego mała, spłoszona siostrzyczka – najchętniej wyplułby to słowo – wcale nie była człowiekiem. I mimo, że jej matką była czarodziejką, zgwałconą przez jedną z tych bestii, ona sama pozostawała w jakiś sposób, żeńską wersją arystokratów Illi’andin. Najzabawniejsze było to, że teraz wszyscy o tym wiedzieli – wszyscy, tylko nie ona sama. Teraz, kiedy zobaczył przeklętą dziewuchę, kiedy samotnie zmierzała w kierunku lasu, bez zastanowienia postanowił udać się za nią, w nadziei, że znajdzie jakiś sposób, żeby się jej pozbyć, raz na zawszę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi stała nad krawędzią głębokiego, skalistego wąwozu, w którym spalono wszystkie ciała, składając hołd umarłym. Zastanawiała się czy było to lepsze od praw, jakimi rządził się sojusz. Zmuszanie młodych dziewcząt do małżeństw, z rozbestwionymi, pozwalającymi sobie na wszystko chłopakami, nie było niczym dobrym, tak samo jak narkotyki, które podawano Illi’andin, ale czy równoważyło tą całą śmierć? Nie potrafiła jednak tak szczerze, do końca żałować, bo dzięki bitwie, dzięki zdobyciu szkoły, właśnie dzięki tej całej śmierci, żył Jay. Był tutaj i nikt, nigdy więcej, nie zabroni im bycia razem. W pewnym momencie coś poruszyło się między szarymi cieniami drzew. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, w samą porę, by zobaczyć błysk stali. Poczuła jak chłód rozlewa się po całym jej ciele, kiedy w jej brzuch wbił się wąski sztylet. – Giń suko! – usłyszała znajomy, ale tym razem pełen nienawiści, głos Roberta. Chłopak jednak nie zdążył wyciągnąć sztyletu, żeby pchnąć jeszcze raz, bo w tym właśnie momencie, rzucił się w jego kierunku, olbrzymi, biały cień. Tygrys przewrócił czarodzieja na trawę, a potem obaj stoczyli się z krawędzi wąwozu. Emi poczuła jak odpływa. Ból był nie do zniesienia. Osunęła się na trawę, by po chwili stracić przytomność. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ – Nic jej nie będzie? – spanikowanym głosem dopytywał się Andre. – Zamknij się, albo wyjdź – usłyszała ostry głos czarnoskrzydłego. Z trudem uniosła powieki. Poczuła szorstką rękę Jaya, która łagodnym gestem odgarnęła jej włosy ze spoconego czoła. Zobaczyła ulgę w jego bursztynowych oczach. – Jay… – wyszeptała cicho, a potem nagle coś sobie przypomniała. – Damien, co z Damienem? Gdyby nie on, pewnie już bym nie żyła… Czarnoskrzydły skrzywił się odrobinę, ale nic nie odpowiedział. Andre podszedł i usiadł po drugiej stronie siostry. – Razem z Robertem wpadł do wąwozu – wyjaśnił. – Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie twój smok. Otworzył jakiś portal, do którego obydwaj wpadli. Potem sam w niego zanurkował i wrócił razem z Damienem. Roberta więcej nie widzieliśmy. I dobrze, bo inaczej sam bym go zabił – powiedział poważnym głosem. – O ile zdążyłbyś zrobić to przede mną – warknął ponuro Jay. – Więc gdzie oni są teraz? – spytała odsłaniając kołdrę i patrząc na swój zupełnie zdrowy, nawet nie zadraśnięty brzuch. Jay i Andre wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, jakby bali się reakcji dziewczyny. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się jej brat.  – Hikaru odpoczywa w twoim pokoju. Wyleczenie twojej rany mocno go wyczerpało – wyjaśnił. – A Damien? – nie zamierzała przestać się dopytywać. – Damiena nie ma – oznajmił twardo Jay. – Zostawił list. – List? – nie zrozumiała dziewczyna. – Uznał, że lepiej będzie, jeżeli na jakiś czas się usunie – wyjaśnił niechętnie Andre. – Uciekł jak tchórz – sprecyzował czarnoskrzydły. Andre zmierzył go nieprzyjemnym wzrokiem, ale to przemilczał. Nagle Emi coś jeszcze przyszło do głowy. – Dlaczego Robert próbował mnie zabić? Co by mu to dało? – spytała niespokojnie. Znowu odpowiedziało jej ponure milczenie. Tym razem przerwał je Jay. – Ponieważ jesteś jedną z nas – odezwał się patrząc jej w oczy. – Jesteś Illi’andin. Stwierdzenie to wydało się Emi tak absurdalne, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Oni się jednak nie śmiali. Mówili całkiem poważnie. A potem było już tylko gorzej. Andre opowiedział siostrze historię, jak jeden z arystokratów zgwałcił jej matkę. Opowiedział też o tym, jak dla dobra sojuszu, zatuszowano całą sprawę. Dziewczyna tak mocno zacisnęła usta, że stały się teraz wąską, białą linią. – Wiedziałeś o tym? – spytała Andre. – Obydwaj wiedzieliście? Jej brat przecząco pokręcił głową. – Ja wiedziałem, ale Jay dowiedział się dopiero dzisiaj, ponieważ Damien wspomniał o tym w liście. – Czy moglibyście wyjść? – poprosiła, nie zwracając uwagi na to, że znajdowali się w pokoju Andre. – Chciałabym zostać sama. Niechętnie skinęli głowami. – Kocham cię – szepnął na pożegnanie Jay, pochylając się i całując skroń dziewczyny. – Nie obchodzi mnie kim jesteś. Kimkolwiek byś nie była, ja i tak zawsze będę cię kochał. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Wypchany plecak ciążył Andre coraz bardziej. Ciążyło mu również to, że stąd odchodzi. Po cichu i ukradkiem, jak włamywacz. – Znajdziesz go? – podskoczył zaskoczony, na dźwięk znajomego głosu. Odwrócił się, by stanąć twarzą twarz, z opartym o pień drzewa Jayem. – Nie wiem ile zajmie mi to czasu, ale znajdę, a potem wrócimy tutaj. Razem. Czarnoskrzydły skinął głową. Uśmiechnął się ponuro. – Mam nadzieję, że szybko go przekonasz. Jest moim przyjacielem. Cokolwiek by myślał czy zrobił. Poza tym uratował Emi. To dzięki niemu żyje. Przekonaj go, żeby wrócił. – Przekonam – oświadczył Andre, któremu zrobiło się trochę lepiej. – Powiedz jej, że ją kocham. – Przekażę – mruknął czarnoskrzydły. Potem, kiedy nie było już nic do powiedzenia, Andre odwrócił się i odszedł, a Jay stał jeszcze chwilę, wpatrując się w jego, oddalającą się, samotną sylwetkę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Emi leżała na trawie, wtulając się w ramiona Jaya. Milczeli, skupieni na własnych myślach. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Oparła się na łokciu, pochylając nad chłopakiem, by miękko pocałować go w usta. – Co teraz będzie się działo? – spytała. – Nic – oznajmił. – My zachowany swoje treningi, a wy powinniście zachować lekcje magii. Jeżeli chcemy dalej walczyć o swoje, mogą się nam wkrótce przydać. – Czy myślisz, że kiedyś ludzie oswoją się z Illi’andin? Będziemy potrafili żyć w pokoju? Jay spojrzał jej prosto w oczy. – Jeżeli kiedykolwiek się to uda, to jestem pewien, że stanie się to w tej właśnie szkole. Dziewczyna westchnęła. Z powrotem opadła na trawę. – Kocham cię – mruknęła cicho, wtulając się mocno w jego ramię. – No widzisz? – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, jego bursztynowe oczy błyszczały. – Jeżeli nam się udało, to czemu miałoby się nie udać innym? – Jay! – powiedziała z nutką nagany w głosie. Roześmiał się. – Ja też cię kocham – przyznał, wiedząc, że to właśnie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~ Leżał w białej pościeli, wpatrując się w ozdobione niebieskimi kwiatami, drewniane meble i zastanawiał się co on właściwie tu robi? Bitwa się zakończyła, a oni wygrali, na Dareshii nie został już ani jeden dorosły czarodziej czy Illi’andin. Wszyscy ci, którzy złożyli broń, zostali pokojowo przeprowadzeni przez portale. Reszta po prostu zginęła, a ich ciała spalono w leśnym wąwozie. Co prawda w szkole na nowo utworzyły się dwa obozy – czarna wieża dla Illi’andin i biały pałac dla czarodziejów, a młodzi ludzie podchodzili do siebie nawzajem jak pies do jeża, ale wyraźnie widać było wzajemny podziw obu stron, dla wykazanej podczas bitwy odwagi i nieśmiałe próby kontaktów, zwłaszcza między czarodziejkami, a chłopakami Illi’andin. Z pewnością go już nie potrzebowali, więc dlaczego tu jeszcze był? Hikaru przeciągnął się, a potem syknął z bólu. Pierwszy raz w życiu odczuwał negatywne skutki walki i wyczerpania leczeniem. Zazwyczaj po prostu nikt nie miał z nim szans, a pomagać nie miał komu, bo nie litował się nad innymi. Więc co się zmieniło? Może to, że tak naprawdę nie chciał tego sukinsyna zabić… może bał się ujrzeć nienawiść w karmelowych oczach… a może… Jego rozważania przerwał hałas otwierających się drzwi. – Cześć – Emi wśliznęła się do środka i usiadła obok niego na łóżku. W dłoniach trzymała parujący kubek. – Przyniosłam ci kakao – uśmiechnęła się łagodnie – pamiętam twój rozmarzony wyraz twarzy, kiedy wspominałeś o słodyczach – wyjaśniła. Smok usiadł, dziwiąc się w jakim stopniu może kogoś boleć jego własne ciało. Pieprzony wilk! Czemu dał mu się tak pogryźć? – Dzięki – mruknął, zastanawiając się czy w ogóle powinien coś powiedzieć. Dziewczyna podciągnęła nogi, opierając się tuż przy nim o ścianę, w końcu to było jej własne łóżko… – Namieszałeś – westchnęła zasmucona. – Wiem – przyznał czując się dziwnie skonsternowany. Nie tego się po niej spodziewał. Powinna powiedzieć, że go nienawidzi, robić mu wyrzuty, rzucić się na niego z pięściami czy cokolwiek takiego, ale nie. Ona siedziała tutaj, wpatrując się w swoje kolana i czekała na jego wyjaśnienia. Wyjaśnienia, których nie było. Chciał ją zabrać na czerwoną planetę, albo gdziekolwiek indziej, w końcu była mu to winna. Nienawidziłaby go, a on by się dobrze bawił, robiąc jej na złość. Coś go jednak powstrzymywało i na to „coś” był bardziej wkurzony niż na całą tą głupią planetę, czarodziejów, rasę Illi’andin i samego siebie. – Co teraz zrobisz? – zapytała. – Będę tak samo nieznośny jak do tej pory – odpowiedział szczerze. Coś w nim drgnęło, kiedy obdarzyła go promiennym uśmiechem. – To znaczy, że z nami zostajesz? Mimo, że wcześniej nie miał jasno sprecyzowanych planów, to teraz wiedział, że tak. Przecież tych głupich dzieciaków trzeba było pilnować, bo inaczej gotowi pozabijać się nawzajem. Nie będąc pewnym własnego głosu, po prostu skinął głową. Emi pisnęła. Oplotła ramionami jego szyję, delikatnie pocałowała go w policzek. Potem jednak odsunęła się gwałtownie. – Obiecaj, że nawet nie spróbujesz zabić któregokolwiek z moich przyjaciół – zażądała. Smok prychnął, ale ponownie skinął głowa. – Obiecuję – westchnął, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało jego nowe, ciekawsze życie. The End Słowniczek: Wairudo – dziki Hayazaki – wczesny kwiat Senshi – żołnierz Hikaru – zbyt jasny Fukkura – puszek [...] Read more...
Kropla Łez
Kropla ŁezSiedziałam skulona na podłodze, w rogu pokoju. Plecami opierałam się o zimną ścianę. Czułam się tak cholernie samotna, jak nigdy dotąd. Przez całe swoje życie wierzyłam w magię, a dziś… to wszystko było tylko głupim snem! Dotknęłam dłonią piekącego po silnym uderzeniu policzka. Dlaczego? Czy nic, już nigdy, nie będzie dobrze? Ten dzień rozpoczął się jak prawdziwy koszmar, a ja, mimo zachodu słońca, dalej w nim trwałam. Od ponad roku mieszkam tylko z bratem, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Ojciec opuścił nas, gdy byłam jeszcze mała, mama długo chorowała, a młodsza siostra, Julka przez prawie cały czas przebywa w szpitalu. Marek, mój brat, nie jest złym chłopakiem, zwyczajnie sobie nie radzi z tym wszystkim. Musiał rzucić szkołę i podjąć się pierwszej lepszej pracy, żeby nas utrzymać po śmierci mamy. Żebym ja mogła spokojnie skończyć liceum. Nie dał rady, popadł w długi, zaczął pić. Wciągnęły go narkotykowe zabawy. Teraz często wraca do domu w takim stanie jak dzisiaj. Wściekły, gotowy pod byle pretekstem zrobić nieprzyjemną awanturę lub nawet, co zdarza się ostatnio coraz częściej, uderzyć mnie. Dzisiaj wcale nie było inaczej. – Ty głupia szmato! – wrzasnął Marek, ledwie przekroczywszy próg naszego niewielkiego mieszkania. Jego oczy były rozszerzone od jakiegoś świństwa, które znowu postanowił wziąć. – Znowu nic nie robisz! Przez ciebie stracimy to pieprzone mieszkanie! Nawet nie próbowałam się odezwać. Dobrze wiedziałam, że nie ma to najmniejszego sensu. Tak bardzo pragnęłam stąd wyjść, ale zwyczajnie nie miałam dokąd, poza tym byłam pewna, że i tak by mi na to, w takim stanie, nie pozwolił. Skuliłam się z szybko bijącym sercem w rogu pokoju. Marek wszedł, nie fatygując się nawet, żeby zdjąć buty. Odrzucił byle jak kurtkę na jedno ze zniszczonych, drewnianych krzeseł. – Co jest do jedzenia? – warknął nie patrząc na mnie. – Nic nie ma – odpowiedziała cicho, coraz bardziej przestraszona. Przemierzył dzielącą nas przestrzeń zaledwie w kilku susach. Brutalnie chwycił mnie za ramię. W jego oddechu czuć było alkohol. – Jak to nic nie ma?! – krzyknął wściekle. – Nie miałam za co kupić – odpowiedziałam niepewnie, wiedząc, że ignorowanie jego pytań, kiedy jest w takim stanie to duży błąd. Wtedy mnie właśnie uderzył. W oczach stanęły mi łzy, kiedy wymierzył mi silny policzek. – Jesteś nic nie wartą dziwką – syknął. – Jeżeli jeszcze raz się to powtórzy to mnie popamiętasz – warknął gniewnie, potem odsunął się ode mnie, zabrał z krzesła swoją sportową kurtkę i trzaskając drzwiami wyszedł z domu, a ja znów zostałam sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rano obudziłam się bardzo niewyspana. Przez prawie całą noc nie mogłam zmrużyć oka, myśląc jedynie o Marku, na przemian to gniewając się na niego, to zamartwiając się, że nie wrócił na noc do domu. Ziewnęłam, przeciągnęłam się i wstałam z leżącego pod ścianą materaca. Nasze mieszkanie było naprawdę małe. Jeden pokój zajmujący dosłownie kilka metrów kwadratowych, przy drzwiach niewielka prowizoryczna kuchnia i odgrodzona kartonowo-gipsową ścianą miniaturowa łazienka. To wszystko czym dysponowaliśmy. Zerknęłam na stojący na szafce zegarek. Zaczęłam przeklinać. Cholerne urządzenie znowu stanęło, a ja z pewnością byłam już spóźniona do szkoły. Najszybciej jak potrafiłam wciągnęłam na siebie poprzecierane jeansy, niebieską koszulę w kratę i mój popielaty, jesienny płaszcz, który odziedziczyłam jeszcze po mamie. Chwyciłam granatowy plecak i pędem wypadłam ze starej kamienicy, w chłodne, wczesnojesienne powietrze. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nasza szkoła, liceum ekonomiczne imienia Mikołaja Kopernika, było zupełnie zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się budowlą z szarego kamienia. Korytarze miała chłodne, wąskie i mało przytulne. To jednak nikomu nie przeszkadzało w toczeniu ożywionych rozmów pod salami lekcyjnymi. Gwar i śmiechy uczniów zagłuszały nie tylko moje własne słowa, ale i myśli. – Znowu nie byłaś na polskim – niemal krzyknęła Marta, żeby dotarły do mnie jej słowa. – Co się stało? Pociągnęłam przyjaciółkę za rękę do damskiej łazienki. Tu było znacznie ciszej. – Marek dalej coś bierze, całą noc nie spałam – opowiedziałam przyciszonym głosem Marcie. Była moją jedyną, za to niezawodną przyjaciółką. Jej mogłam powiedzieć wszystko. – Do tego chcą nas wyrzucić z mieszkania, bo zalegamy z czynszem za trzy miesiące. – Paskudnie – odpowiedziała tylko – wiesz, że w razie czego zawsze możesz zatrzymać się u mnie… Moja matka nie będzie miała nic przeciwko. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie. – Ja tak, ale Marek nie – westchnęłam cicho. – Ehh, no na to nie ma szans – przyznała szczerze. – Wpadasz dzisiaj do mnie na noc? Jest piątek… trzeba chociaż trochę się rozerwać. Może coś razem wymyślimy? – Dobrze – uśmiechnęłam się do niej, kryjąc pod tym uśmiechem wszystkie moje zmartwienia. – Dzięki za zaproszenie. To co było na tym polskim? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy po szkole wróciłam do domu, Marek siedział na krześle. Miał przygarbione ramiona i ogólnie wyglądał jak ktoś, na kogo spadło naprawdę wiele nieszczęść. Na mój widok podniósł głowę. Wstał z krzesła. Jego twarz była bardzo blada. Wyraźnie rysowały się na niej duże, szare oczy. – Emilka – wypowiedział moje imię czułym, przepełnionym smutkiem głosem. – Przepraszam za wczoraj, ja nie… Jak zwykle nie dałam mu skończyć. Przylgnęłam do niego, oplatając go w pasie ramionami. Objął mnie delikatnie. – Przepraszam siostrzyczko – powtórzył cicho, tuląc mnie do siebie czułym gestem. Nie chciałam, żeby cokolwiek mówił. Nie chciałam od niego obietnic, których i tak nie dotrzyma. Dopóki był sobą, to i tak nie miało znaczenia. Odsunęłam się od niego niechętnie, rzucając w kąt mój granatowy plecak. – Idę do szpitala, pójdziesz ze mną? – zapytałam zmieniając temat. Chodziłam tam niemal codziennie, Marek tylko wtedy, kiedy nic nie brał, a ostatnio zdarzało mu się to coraz rzadziej. – Jasne, że pójdę – oznajmił z bladym uśmiechem. – Musimy przecież odwiedzić naszą małą Julkę. Pół godziny później staliśmy pod drzwiami dyżurki na oddziale chorób przewlekłych. Moja młodsza siostra miała szesnaście lat, chorowała na białaczkę. Na przemian, w zależności od jej stanu, zajmował się nią to szpital, to hospicjum. Rzadko kiedy czuła się na tyle dobrze, żeby normalnie chodzić do szkoły, a leczenie, które mogłoby cokolwiek zmienić, polegające w tym wypadku na przeszczepie szpiku kostnego, jak wszystko inne, wymagało pieniędzy. Tego, czego akurat nie mieliśmy. – Jak to nie możemy wejść? – zdenerwował się Marek. – To przecież nasza siostra! – Dzisiaj nie czuje się najlepiej – odpowiedziała spokojnie, obojętnym głosem pielęgniarka. – Teraz śpi. Jest po zabiegu. Możecie przyjść jutro. Marek nie miał jeszcze dwudziestu lat, a ja wiosną skończyłam osiemnaście. Tak naprawdę, nigdy nikt nie traktował nas poważnie. Widziałam, że mój brat zamierza się kłócić. To nie miało sensu, a jedynie nastawi do nas nieprzychylnie pielęgniarki. Położyłam mu rękę na ramieniu. – Wrócimy jutro – powiedziałam cicho. – Proszę jej przekazać, że byliśmy. Kobieta obdarzyła mnie zdawkowym, służbowym uśmiechem. – Oczywiście skarbie, przekażę jej – odpowiedziała, na powrót zagłębiając się w lekturze kolorowego pisma dla pań. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem znalazłam się u Marty. Siedziałyśmy na jej łóżku zajadając krakersy i popijając je sokiem żurawinowym produkcji jej mamy. Zawsze zazdrościłam przyjaciółce kompletnej rodziny, to jednak nigdy, w żaden sposób, nie wpływało na nasze stosunki. – Więc potrzebujesz jakiejś pracy! – stwierdziła dobitnie Marta. Jak zwykle rozmawiałyśmy o moich problemach, ona chyba tak naprawdę nie miała żadnych. Nawet kiedy podobał jej się jakiś chłopak, zawsze miała w sobie dość odwagi, żeby się tym sama zająć. Nie potrzebowała mojego wsparcia, natomiast dla mnie przyjaciółka była czymś w rodzaju liny ratunkowej. – Gdyby to było takie łatwe! – westchnęłam. – Wszędzie próbowałam… nigdzie mnie nie zatrudnią, dopóki chodzę do szkoły, a nie mogę zrezygnować z tego cholernego liceum, bo zabiorą nam opiekę nad Julką i stypendium socjalne. Marek po raz kolejny stracił pracę, wszystko wygląda beznadziejnie. – Jak bardzo jesteś zdeterminowana? – zapytała mnie Marta, a w jej oczach pojawiły się niebezpieczne błyski, jak zawsze wtedy, kiedy miała zamiar zdradzić cudzą tajemnicę. – Doskonale wiesz, jak bardzo – jęknęłam. – Wiesz jak zarabia na te wszystkie ciuchy i kosmetyki Kinga? – zapytała konspiracyjnym szeptem. – Przecież jej rodzina jest bardzo uboga… Pokręciłam głową, nie miałam pojęcia. – Znalazła sobie wujka z ameryki? – spytałam żartobliwie. – Coś w tym stylu… – uśmiechnęła się pogodnie Marta. – Ma sponsora, faceta, który płaci jej za seks. Spojrzałam na przyjaciółkę niedowierzająco, wyglądała zupełnie jakby właśnie oznajmiła mi prawdę objawioną. – Żartujesz, prawda? – zapytałam niedowierzająco. – Sugerujesz mi, że powinnam zostać dziwką? Marta skrzywiła się na te słowa. – Nie zupełnie… to nie to samo… – powiedziała nie patrząc na mnie. – Chodzi o znalezienie faceta, albo dwóch, którzy będą ci płacili za to, że z nimi sypiasz od czasu do czasu, a nie oddawanie się każdemu kto jest gotowy zapłacić. – Ty sobie naprawdę ze mnie jaja robisz – powiedziałam kręcąc głowa. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie. – Nie wracajmy już do tego tematu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W sobotę rano wróciłam do domu. Marka nie było, za to kiedy tylko weszłam usłyszałam mocne, właściwie nie pukanie, a walenie do drzwi. Niechętnie otworzyłam. W progu stał właściciel budynku. Łysawy facet w średnim wieku, z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem piwnym. No tak, ten cholerny czynsz… – Jesteście mi winni pieniądze za trzy miesiące – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jeżeli nie macie, to równie dobrze możecie się wynieść już teraz. Popatrzyłam na niego nieugiętym wzrokiem. – Zapłacimy pod koniec przyszłego tygodnia – oznajmiłam pewnym głosem, nie wierząc jednak za bardzo we własne słowa. On też mi nie uwierzył. – W następną niedzielę ma was tu nie być, gdyby nie moja żona, wyrzuciłbym was natychmiast, jej możecie podziękować – warknął i zniknął w ponurym, szarym korytarzu kamienicy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Przez cały dzień snułam się po dworze. Chłodne jesienne powietrze działało na mnie orzeźwiająco, w żaden jednak sposób nie pomagało na moje problemy. Dzięki temu, że śniadanie jadłam u Marty, nie czułam się przynajmniej głodna, cieszyłam się też, że w mieszkaniu, na kuchennym blacie zostawiłam kanapki dla Marka. Westchnęłam. Coś w końcu kiedyś musi zacząć się pomyślnie układać. Coraz poważniej zaczęłam zastanawiać się nad sugestią Marty. Nie byłam jakąś niesamowitą pięknością, ale nie należałam też do brzydkich dziewczyn. Nie jeden raz jakiś chłopak zachłannie wodził za mną wzrokiem. Mam metr siedemdziesiąt, długie blond włosy sięgają mi niemal do pasa, a moje szaro-niebieskie oczy są duże i mają ładny kształt. Jestem szczupła, nawet miejscami za bardzo, przez to, że zdarzało mi się naprawdę źle odżywiać, mimo to nigdy nie narzekałam na swój wygląd. Najczęściej był mi po prostu obojętny. Koło siedemnastej znów stałam w drzwiach mieszkania Marty. Przyjaciółka przywitała mnie, jak zwykle, bardzo ciepło, wyglądała jednak na odrobinę zdziwioną, że znowu się u niej pojawiłam. – Marta, jak to się robi? – zapytałam, gdy tylko znalazłyśmy się u niej w pokoju. – Robi się co? – nie zrozumiała dziewczyna. – Szuka tego całego sponsora – odpowiedziałam lekko nachmurzona. – Zmieniłaś zdanie? – spytała niepewnie. – Tak, zmieniłam – odparłam z ciężkim westchnieniem. Chwilę później siedziałyśmy przed komputerem czytając różnego rodzaju ogłoszenia na towarzyskich portalach. Marta zasugerowała, żebym umieściła tam własne, ja jednak wolałam na razie skorzystać z już istniejących. Wybrałyśmy kilkanaście sensownie napisanych, a potem moja przyjaciółka powysyłała do ogłoszeniodawców maile. Przez cały kolejny tydzień w szkole opowiadała mi treść różnego rodzaju, głównie wulgarnych maili na które odpisywała. W końcu jednak, w czwartek, oznajmiła mi, że umówiła mnie na spotkanie z jakimś całkiem sensownym i kulturalnym gościem. Miałam przyjść do niej zaraz po szkole, przygotować się, a potem iść na spotkanie. Planował być z kolegą. Marta zaproponowała, że pójdzie ze mną, ja jednak nie chciałam. Wolałam stawić temu czoła sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Bardzo denerwowałam się czekającym mnie spotkaniem. Przez całą drogę próbowałam sobie wmówić, że to nic takiego, ale wiedziała, że wcale tak nie jest. Chciałam zrobić coś paskudnego, coś zupełnie amoralnego, a jednak, nie widziałam nigdzie innego wyjścia. Dzięki temu los Juli, los Marka, mój los miały sporą szansę się poprawić. Byłam zdeterminowana i gotowa na wszystko. Martwiło mnie teraz jedynie moje zniszczone codziennie ubranie i brak jakiegokolwiek makijażu. Głupia polonistka, że też akurat dzisiaj, kiedy byłam umówiona na to nieszczęsne spotkanie, musiała mnie zatrzymać po lekcjach! Nie zdążyłam zajść do Marty, żeby się przygotować, jak planowałyśmy poprzedniego dnia. Niezbyt pewna siebie otworzyłam przeszklone drzwi kawiarni, w której miało odbyć się nasze spotkanie. Przy stole w rogu, na wyblakłej, czerwonej kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Zdziwiło mnie to, że byli tacy młodzi, żaden z nich na pewno nie dotarł jeszcze do trzydziestki, ale idealnie pasowali do podanego opisu. Pierwszy z nich był blondynem, z typu tych, którzy całe dnie spędzają na siłowni i solarium. Miał na sobie markowe, sportowe ubranie, a na jego twarzy gościł rozbawiony uśmiech. Wyraźnie nie czuł się ani trochę skrępowany zaistniałą sytuacją. Drugi miał kasztanowe, delikatnie przydługie włosy i sceptyczny, ponury wyraz twarzy. Jego usta zaciśnięte były w wąską kreskę. Na sobie miał koszulę w kolorze wytrawnego wina i modnie skrojoną marynarkę. Podeszłam do nich ukrywając wstyd i zmieszanie pod maską uprzejmego uśmiechu. W duchu przeklinałam swoje wytarte jeansy i kraciastą koszulę. Pierwszy raz w życiu miałam za złe swoim włosom, że zawsze tak niesfornie wyplatają się z gumki. Przywitałam się grzecznie, przedstawiłam, zdjęłam popielaty płaszcz i usiadłam. Oni także podali swoje imiona, ten elegancko ubrany nazywał się Sebastian, drugi natomiast przedstawił się jako Rafał. Blondyn rzucił mi spojrzenie okraszone drwiącym uśmieszkiem, które bez trudu odczytałam jako słowa, których jednak nie wypowiedział „Czego ty tu właściwie szukasz smarkulo? To nie piaskownica. Jesteś dokładnym przeciwieństwem tego, o co nam chodziło.”. Czekoladowe oczy bruneta pozostały lodowato zimne, a twarz nie wyrażała niczego. Kiedy spojrzał bezpośrednio na mnie, jakby oceniając moją osobę wzrokiem, poczułam dziwny, irracjonalny strach. Było w nim coś złowieszczego. Szybko otrząsnęłam się z tych dziwnych myśli, starając się skupić całą uwagę na luźno rzucanych przez blondyna pytaniach. – Więc jesteś pełnoletnia? – zapytał jakby odrobinę rozbawiony. – Tak, skończyłam osiemnaście lat w marcu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Po jego twarzy widziałam, że mi nie uwierzył. Przeklęta polonistka! Dlaczego musiała sobie wybrać na zatrzymanie mnie po lekcjach akurat dzisiejszy dzień? – Robiłaś to już kiedyś? – zadał kolejne pytanie. – Masz na myśli seks czy seks za pieniądze? – spytałam coraz bardziej zirytowana jego postawą, zapominając o tym, że powinnam wobec niego być miła i uprzejma. Teraz otwarcie się roześmiał. – I jedno i drugie – powiedział nie kryjąc drwiącego uśmiechu. – Nie jestem dziewicą – powiedziałam patrząc na niego wyzywająco – ale nigdy nie zarabiałam w ten sposób. Pytań było jeszcze kilka. Brunet przez cały czas milczał jedynie przyglądając mi się uważnie. W końcu blondyn podziękował i oznajmił, że dadzą mi znać. Jego spojrzenie znów mówiło „nie licz na to, mała”. Pożegnałam się, wstałam od stolika naciągając na ramiona płaszcz i wyszłam z kawiarni w chłodne, wieczorne powietrze. W gardle czułam nieprzyjemny ucisk. Nie sądziłam, że nasza rozmowa będzie wyglądała w taki sposób, ale niby czego innego mogłam się spodziewać? Byłam już prawie na przystanku, kiedy dogonił mnie blondyn. Miał bardzo ponurą minę. Obrzucił mnie jednocześnie pogardliwym i niedowierzającym spojrzeniem. Do ręki wcisnął mi jakąś wizytówkę. – Jeżeli jesteś zainteresowana – powiedział złowrogo – to bądź pod tym adresem jutro o dziewiętnastej. Miłej nocy – rzucił odwracając się i odchodząc z powrotem w stronę zatłoczonej kawiarni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Z drżącym sercem minęłam bramę strzeżonego osiedla. Tym razem przynajmniej wyglądałam w miarę sensownie. Miałam na sobie pożyczoną od Marty granatową tunikę, cienkie rajstopy, wysokie buty i delikatny, chłodny makijaż. Mimo to, w dalszym ciągu, czułam się cholernie niepewnie. Ze wszystkich sił starałam się uspokoić oddech wjeżdżając windą na czwarte piętro nowo wybudowanego bloku. Kiedy stanęłam pod drzwiami przymknęłam oczy, starając się nie myśleć o tym po co i dlaczego w ogóle tu przyszłam. Z wnętrza mieszkania usłyszałam głosy. Jeden z nich mówił z wyraźnym wyrzutem, niezbyt miłym, niezadowolonym tonem. Rozpoznałam dźwięczny głos Rafała. – Dlaczego akurat ona? Z pośród dwudziestu naprawdę ładnych dziewczyn wybrałeś akurat tą, która wyglądała jakby dopiero co z podstawówki wyszła! Nie jestem przekonany czy ona kiedykolwiek słyszała takie słowo jak „moda”- powiedział rozżalony. Potem do moich uszu dotarł głęboki, ale wcale  nie wesoły śmiech. – Wybrałem ją, ponieważ widziałem jak ci się nie podoba – powiedział ironicznie, drwiącym tonem drugi głos. – Czasami po prostu nie potrafię się powstrzymać przed zrobieniem ci na złość. Dla mnie to nie miało najmniejszego znaczenia, która to będzie. – Jestem ciekaw czy przyjdzie – burknął w odpowiedzi głos Rafała. – Nie wyglądała na zbyt pewną tego co robi. – Przyjdzie – odpowiedział z całą stanowczością Sebastian – widziałem to w jej oczach. Była zdecydowana. Jak się pojawi, przyślij ją do mnie. Potem głosy umilkły, a ja nie byłam w stanie się nawet poruszyć. Zaciskałam w pięści drżące dłonie. W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do drzwi. Rafał otworzył mi prawie natychmiast. Spoczął na mnie jego lekko niedowierzający wzrok. – Wyglądasz o niebo lepiej niż wczoraj – stwierdził beznamiętnie, a potem wpuścił mnie do środka. – Dzięki – bąknęłam nie będąc pewną jak się w stosunku do niego zachować. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mieszkanie było przestronne i ładne. Urządzone w dość surowym, ale jednocześnie nie odpychającym stylu. Czarne, skórzane meble idealnie współgrały ze szklanymi blatami stołu i barku. Na ścianach wisiały nowoczesne, oprawione w anty-ramy obrazy. Z miejsca nie przypadły mi do gustu, nigdy takich nie lubiłam. Dla mnie sztuka powinna przedstawiać coś pięknego, a nie jakieś nic nie wyrażające kreski. Rafał zabrał ode mnie płaszcz, a potem zaprowadził mnie pod drzwi jednego z trzech pokoi. Chciał mnie pod nimi zostawić, ale chwyciłam go za rękę. Szybko odsunęłam się od mężczyzny, kiedy tylko zorientowałam się co zrobiłam. – Co znowu? – spytał zrezygnowany. – Czego ode mnie oczekujecie? – spytałam niepewnie. Blondyn przewrócił oczami. – Po prostu rób to, czego on od ciebie chce, ni mniej ni więcej – westchnął. – Dasz sobie radę – powiedział odrobinę łagodniejszym głosem. Potem otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka, zamykając je za mną, jakby odcinał ostatnią drogę ucieczki. Stanęłam w progu sporej sypialni, urządzonej w różnych odcieniach szarości. Na środku stało spore łóżko, w rogu była szafa z pomalowanego na czarno drewna, a po drugiej stronie pokoju okno i otwarte, prowadzące na balkon drzwi. Podeszłam tam i wyjrzałam przez nie. Sebastian stał na balkonie paląc papierosa. Miał na sobie grafitowe jeansy i czarną koszulkę bez rękawów. Wyglądał naprawdę nieźle. Coraz bardziej zaczęło mnie zastanawiać dlaczego taki facet chce płacić za seks. Wiedziałam jednak, że zadawanie pytań i zaspakajanie własnej ciekawości nie należy do moich praw. – Dobry wieczór – przywitałam się nieśmiało, kiedy odwrócił się w moją stronę. – Cześć – odpowiedział spokojnie paląc dalej. W milczeniu czekałam aż skończy, wpatrując się w kolorowe światła miasta. Mieszkanie, w którym przebywaliśmy znajdowało się w ścisłym centrum Krakowa. Okolica była jasno oświetlona i naprawdę ładna. Wreszcie Sebastian zgasił niedopałek w stojącej na parapecie popielniczce i wszedł do środka, zamykając za sobą balkonowe drzwi. Spojrzał teraz prosto na mnie, a ja znów poczułam irracjonalny strach. Sama tego chciałaś, zgodziłaś się na to, powtarzałam sobie w myślach, starając się nie pokazać mu swoich uczuć. – Rozbierz się – rozkazał, tak po prostu bez żadnych wstępów. – Chcę cię zobaczyć. Z trudem przełknęłam ślinę. Mówił całkiem poważnie. Lekko drżącymi dłońmi sięgnęłam do sznurowanego zapięcia tuniki. Starałam się myśleć o czymkolwiek innym, ale rozpraszało mnie natarczywe spojrzenie chłopaka. Czułam wstyd. Całą siłą woli walczyłam z pojawiającymi się na mojej twarzy bladymi rumieńcami. W końcu zrezygnowałam z prób myślenia o czym innym, zwyczajnie nie byłam w stanie. Przyjrzałam się Sebastianowi. Ile mógł mieć lat? Może dwadzieścia siedem? Wiedziałam dlaczego ja znalazłam się w tej sytuacji, ale dlaczego on? Coraz silniej nie dawało mi to spokoju, mimo, że próbowałam sobie wmówić, że to nie moja sprawa. Powoli zdejmowałam z siebie ubranie, aż w końcu zostałam w samej, koronkowej bieliźnie. Jeszcze bardziej zawstydziłam się na myśl, że nawet to musiałam pożyczyć od Marty. – Podejdź tu – powiedział, a ja natychmiast posłuchałam. Rozpiął mój stanik, odrzucając go na podłogę, na stertę reszty moich ubrań. Jego twarz w dalszym ciągu była nieprzeniknioną maską, oczy błyszczały jednak z podniecenia. Położył dłoń na mojej delikatnej piersi. Ścisnął ją niezbyt mocno, kciukiem przesuwając po sterczącym sutku. Mimo, że w pokoju nie było zimno, zadrżałam. – Rozepnij mi spodnie – rozkazał lekko zachrypniętym z podniecenia głosem. Posłuchałam. Rozpięłam mu rozporek, uwalniając sterczącego, gotowego do akcji członka. Przestraszyłam się jeszcze bardziej widząc jego wielkość. Nie miałam w tych sprawach zbyt dużego doświadczenia. Miałam już za sobą tę pierwszą, jedyną w życiu noc, ale właściwie nic więcej. Chłopak, z którym straciłam dziewictwo, mimo zapewnień o wielkiej, dozgonnej miłości, kiedy tylko dostał to czego chciał, więcej się do mnie nie odezwał. – Zrób mi loda – usłyszałam kolejne polecenie Sebastiana. W pierwszym odruchu, chciałam mu odpowiedzieć, że nie chcę. Potem jednak sama siebie upomniałam, gdzie jestem i co właściwie tutaj robię. Nikt nie obiecywał, że będzie jak w bajce. Uklęknęłam przed mężczyzną biorąc do ręki jego męskość. Nigdy tego jeszcze nie robiłam, starałam się jednak jak najlepiej umiałam. Najpierw zaczęłam lizać samą główkę, potem przesuwałam językiem od nasady aż po czubek. Wreszcie wsunęłam go sobie do ust. Wszedł niemal do połowy. Zaczęłam poruszać głową, jednocześnie pieszcząc czubek językiem. Jedyną oznaką podniecenia Sebastiana był jego przyspieszony oddech. To jednak wystarczyło mi za wskazówkę, że robię to tak, jak powinnam. Zaskoczyło mnie, kiedy w pewnym momencie, przytrzymał moją głowę przy swoich lędźwiach. Poczułam w ustach słodkawo-słony smak. Przełknęłam niechętnie płyn, żeby się nie udławić. Mężczyzna odsunął się ode mnie dopiero po chwili. Schował ciągle jeszcze sterczący członek i zapiął spodnie. – Na dzisiaj wystarczy – stwierdził – drzwi po lewej to łazienka, na stole leży koperta, to jest zaliczka. Rafał wezwie dla ciebie taksówkę – oznajmił beznamiętnym tonem, po czym jak gdyby nigdy nic wyszedł z pokoju. Zostałam sama. Opadłam na popielaty dywan. W oczach stanęły mi łzy. Nie płakałam jednak. Nigdy nie płakałam, już dawno zapomniałam jak to się robi. Jaki zresztą sens mają łzy, gdy nie ma przy tobie nikogo, kto mógłby cię pocieszyć? Musiałam być silna. Pozbierałam porozrzucane po podłodze ubrania i wciągnęłam je na siebie najszybciej jak potrafiłam. Nie skorzystałam z łazienki, nie obchodziło mnie jak wyglądam. Jak najszybciej chciałam znaleźć się w domu. Kiedy weszłam do salonu, blondyn leżał rozwalony na skórzanej kanapie. Głową wskazał leżącą na stole kopertę. Wzięłam ją nie zaglądając do środka. W tym momencie było mi wszystko jedno. – Zostaw mi swój numer – powiedział Rafał patrząc na mnie z niechęcią. Zmieszałam się odrobinę. – Nie mam… – odpowiedziałam cicho. – Yhh? Jak to nie masz? – zdziwił się chłopak. – Po prostu, nie używam telefonu komórkowego – odpowiedziałam zawstydzona. Nie potrzebne mi dodatkowe wydatki, dodałam w myślach.  Blondyn spojrzał na mnie jak na przybysza z kosmosu. – Dobra – stwierdził w końcu. – Jutro o dziewiętnastej tutaj. Pasuje? – Skinęłam głową. – Zadzwonić po taksówkę? – zapytał. – Nie – odpowiedziałam – poradzę sobie. Dobranoc. Zdjęłam z wieszaka swój popielaty płaszcz i wyszłam z mieszkania. – Do jutra – rzucił za mną Rafał nie ruszając się z kanapy. Prawie wybiegłam z budynku. Czułam się naprawdę paskudnie. Gniewne słowa mojego brata nabrały nowego znaczenia. Teraz naprawdę byłam dziwką. Do koperty zajrzałam dopiero stojąc na pustym przystanku autobusowym. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia. W środku był tysiąc złotych, w pięciu banknotach po dwieście. Tyle mi zapłacił za głupiego loda?!  Mówił, że to zaliczka… ale przecież mogłam do niego nie wrócić… wiedziałam, że wrócę. Dzięki tej cholernej kopercie zapłacę zaległy czynsz za mieszkanie, a może jeszcze nawet coś zostanie. Zadrżałam z zimna. Poczułam w sobie determinację. Zrobię wszystko co będzie trzeba, żeby pomóc Markowi i Julce. Wreszcie podjechał autobus, a ja wsiadłam do niego z nadzieją na nowe, lepsze życie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wróciłam do domu dochodziła jedenasta. Marka nie było. Na kuchennym blacie znalazłam wydartą z zeszytu kartkę. „Możesz jutro spać u Marty? Potrzebuję mieszkania na noc. Z góry dzięki.” – głosił pospiesznie nabazgrany napis. U Marty, nie u Marty, co za różnica, pomyślałam, grunt, że mnie nie będzie. Obok kartki znalazłam foliową reklamówkę z zupkami chińskimi. Zaburczało mi w brzuchu. Uśmiechnęłam się na myśl, że jednak mój kochany braciszek czasami myślał też o mnie. Zjadłam jedną z zupek, wykąpałam się i położyłam spać. Mimo zmęczenia długo nie mogłam zasnąć. Coraz bardziej martwiła mnie sobota i kolejny wieczór, który miałam spędzić w towarzystwie Sebastiana. Rano, nie do końca wyspana, spakowałam pożyczone od przyjaciółki ubrania i poszłam zapłacić zarządcy kamienicy czynsz. Ucieszyłam się, kiedy drzwi otworzyła jego żona. Była pulchną, zawsze uśmiechniętą kobietą po pięćdziesiątce. Przywitała mnie z odrobinę zakłopotaną miną, ale zaprosiła do środka. Już po chwili siedziałam w jej jasnej kuchni jedząc kanapki z zielonym ogórkiem i popijając malinową herbatą. Kiedy podałam jej kopertę, smutny uśmiech na jej twarzy zastąpiło początkowo niedowierzanie, a potem prawdziwa ulga. Wszyscy uważali mojego brata za hultaja i nieudacznika i chyba tak naprawdę nikt nie wierzył, że uda nam się spłacić długi. Grzecznie podziękowałam za gościnę i pożegnałam się z gospodynią. Zostało mi jeszcze trochę gotówki i mimo, że wydawało się to w mojej sytuacji absurdalną rzeczą, wiedziałam, co z tymi pieniędzmi zrobię. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Koło południa weszłam do pomalowanej na biało, sprawiającej niemal sterylne wrażenie, szpitalnej sali. Julka miała na sobie flanelową, rozpinaną piżamę w żółte, drobne kwiatki. Wyglądała bardzo blado i smętnie, w moich oczach z każdym dniem coraz gorzej. Siedziała na łóżku i czytała książkę. Kiedy zorientowała się, że ktoś przyszedł podniosła znad niej głowę. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie. – Jak się czujesz słoneczko? – zapytałam wesoło podchodząc do niej. Nie była ode mnie dużo młodsza, a jednak od zawsze się nią opiekowałam, a ona przyjmowała to z uśmiechem, jak prawdziwy dar niebios. Ogólnie zawsze była bardzo pogodna i wesoła, zdecydowanie bardziej niż ja kiedykolwiek potrafiłabym być. – Dobrze – powiedziała swoim cichym, słabym głosem. – Bardzo chciałabym wrócić do domu. – Niedługo – powiedziałam jak zwykle okłamując  siostrę. – A teraz mam coś dla ciebie. Rozpięłam swój granatowy, wysłużony plecak i wyjęłam z niego blok rysunkowy w twardej oprawie i suche pastele. Oczy Julki rozbłysły. Zatańczyły w nich wesołe iskierki. Na policzki wpełzł delikatny rumieniec. Zawsze uwielbiała malować. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie, a ona odpowiedziała mi pełnym entuzjazmu i dziecięcej radości uśmiechem. Resztę popołudnia spędziłyśmy na wspólnym malowaniu, a ja nie potrafiłam wyobrazić sobie przyjemniej płynących chwil. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po szesnastej znalazłam się w mieszkaniu Marty. Przyjaciółka natychmiast zaczęła mnie o wszystko wypytywać, a ja nie miałam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Usiadłyśmy u niej w pokoju, a ona zaczęła przetrząsać swoją szafę. – Poczekaj Emila! Zaraz znajdę coś idealnego dla ciebie – oznajmiła entuzjastycznie skacząc dookoła mnie jak mały króliczek. Przyglądałam się jej siedząc na łóżku, jak wyciąga coraz to nowe ubrania z szafy powiększając jedynie rosnącą na fotelu bezładną stertę. – Wiesz Martuś, nie sądzę, żeby ich tak naprawdę obchodziło w co jestem ubrana… – powiedziałam delikatnie, nie chcąc urazić przyjaciółki. Odwróciła się do mnie gwałtownie. Na jej twarzy malowało się przerażenie. – Ich?! – zapytała. – Robisz to więcej niż z jednym?! Roześmiałam się, tak absurdalnie to dla mnie zabrzmiało. Zresztą, co za różnica… – Nie Martuś, robię to z jednym, a właściwie jeszcze tego z nim nie robiłam, zapłacił mi za zrobienie sobie laski… – Więc czemu mówiłaś w liczbie mnogiej? – zapytała wracając do przekopywania szafy. – Bo jest ich dwóch – westchnęłam – tyle, że ten drugi najwyraźniej załatwia za Sebastiana wszystkie interesy. – Sebastian? – zapytała zamyślona. – Ładne imię – stwierdziła. – Jest chociaż trochę przystojny? – Ujdzie – powiedziałam wymuszając na swojej twarzy uśmiech. Przed oczami natychmiast stanęły mi jego lodowato zimne, złowieszcze, czekoladowe oczy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kilka minut przed dziewiętnastą stałam pod drzwiami mieszkania w centrum Krakowa. Tym razem ze środka przywitała mnie jedynie głucha cisza. Zadzwoniłam do drzwi. Po dłuższej chwili otworzył mi wyraźnie zaspany Rafał. – Shit! Już tak późno? – niemal jęknął. – Sebastiana jeszcze nie ma, wejdź – powiedział odsuwając się, żebym mogła wejść do środka. Odrobinę skrępowana zdjęłam popielaty płaszcz i usiadłam na samym brzegu skórzanej kanapy. Blondyn przyjrzał mi się uważnie. Tym razem miałam na sobie białą, krótką sukienkę w drobne czarne kwiaty, kabaretki i delikatny makijaż wyraźnie podkreślający oczy. Wysoko upięte włosy spływały kaskadą po moim lewym ramieniu. W takim stroju czułam się znacznie bardziej pewna siebie. – Z każdym dniem lepiej wyglądasz – stwierdził z ponurym wyrazem twarzy. – Znowu to on miał rację, a ja się myliłem. Nawet nie wiesz, jak bardzo tego nienawidzę. – Dzięki, jeżeli to miał być komplement – mruknęłam w odpowiedzi. Uśmiechnął się do mnie bezczelnie. – Owszem, miał – odpowiedział – a jednocześnie chciałem ponarzekać na mój los idioty – stwierdził sarkastycznie. Roześmiałam się. Zdziwiło mnie, jak swobodnie czułam się w towarzystwie Rafała. Ogromnie mnie irytował, ale jednocześnie nie potrafiłam nie odpowiedzieć uśmiechem na jego szeroki uśmiech. Rozsiadł się wygodnie na jednym z towarzyszących kanapie wysokich, czarnych foteli. – Posłuchaj, jest taka sprawa – powiedział przyglądając mi się uważnie. – On chciałby, żebyś została na dłużej… powiedział, że się zgodzisz… nie wiem skąd wysnuł takie wnioski, ale jeszcze nie widziałem, żeby się kiedyś pomylił. Skinęłam głową. – Miał rację – powiedziałam cicho, nie zastanawiając się nad tym specjalnie. – Zostanę. – Tyle, że jest kilka „ale” – oznajmił jakby niepewnie. – Po pierwsze on chce mieć cię na wyłączność, dopóki będzie twoim sponsorem, nie będziesz miała żadnych innych, nazwijmy to, zobowiązań. Wzruszyłam ramionami, nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby coś takiego planować. Dopóki będzie mi płacił, nie miało to zresztą większego znaczenia. – Masz na myśli partnerów do seksu? – spytałam uszczypliwie. – Nie planowałam żadnych innych. – Świetnie – odparł ponuro – uznaję, że to zgoda na ten warunek. Po drugie, jakichkolwiek przekonań byś nie miała – kontynuował – dostaniesz telefon komórkowy i zaczniesz go używać. Pasuje? Skinęłam głową. To był kolejny nieistotny szczegół. – Po trzecie – ciągnął dalej – ale za to najważniejsze, Sebastian potrzebuje dziewczyny nie tylko do seksu… Będziesz musiała uczestniczyć w jego życiu towarzyskim, oczywiście o ile się nadasz – dodał cierpko. – Czy to stanowi dla ciebie jakiś problem? – Nie, nie stanowi – odpowiedziałam nie do końca zastanawiając się nad tym, co Rafał powiedział. Chciał dodać coś jeszcze, ale w słowo wszedł mu głośny dzwonek telefonu. Usłyszałam znajome słowa piosenki Nirvany. Zaskoczona spojrzałam na blondyna, który szybkim ruchem sięgnął po leżący na stole telefon. Odebrał. Rozmawiał przez krótką chwilę. Właściwie to najwyraźniej słuchał dzwoniącej osoby, bo jedynie od czasu do czasu coś potwierdzał lub przytakiwał. Odetchnął jakby z ulgą, kiedy zakończył toczoną rozmowę. Niedbale odrzucił telefon na stół. – Dzwonił Sebastian, będzie za kilkanaście minut – oznajmił. Odwrócił ode mnie wzrok. Wyglądał na lekko zawstydzonego. – Chciał żebyś poszła do niego do sypialni i czekała rozebrana na łóżku. – Jasne – odpowiedziałam wstając z gracją z kanapy – w końcu to jego życzenia mam spełniać. Rzuciłam Rafałowi przelotny uśmiech i zniknęłam za drzwiami, poznanej ostatnio, sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Leżałam naga na srebrnoszarej narzucie łóżka. Bałam się. Oczekiwanie na to co nieuniknione jedynie wzmagało mój strach. Nie chciałam żeby przychodził, a jednocześnie całą sobą błagałam żeby się nareszcie pojawił i żeby było już po wszystkim. Kiedy wreszcie stanął w drzwiach serce biło mi jak oszalałe. Mimo całego wysiłku woli na jaki byłam w stanie się zdobyć nie potrafiłam uspokoić przyspieszonego oddechu. Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie. W kącikach jego ust błąkał się ironiczny uśmieszek. Wyglądał niesamowicie. Był gładko ogolony, miał na sobie grafitowe jeansy i czarną, klasyczną koszulę. Gdyby nie ten drwiący uśmiech i lodowato zimne oczy, uznałabym, że jest nieziemsko przystojny. Sebastian zapalił nocną lampkę, zgasił górne światło i wolnym krokiem podszedł do łóżka na                                   którym leżałam. Usiadł na brzegu, łakomie wpatrując się w moje ciało. Podniosłam się na łokciu. – Nie wstawaj – powiedział cicho, jednak w tonie jego głosu słyszałam wyraźny rozkaz. Nie zamierzałam protestować. Spojrzał mi w oczy, a ja znów poczułam niewyjaśniony, irracjonalny lęk. Jakim sposobem oczy w kolorze czekolady mogły być aż tak zimne? Twardą, ciepłą dłonią przesunął po moim udzie. Nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Nie zwrócił na to uwagi. Jego ręka powędrowała na mój naprężony ze zdenerwowania brzuch, a potem piersi. Zdjął z siebie koszulę i spodnie. – Odwróć się na brzuch – rozkazał zupełnie wypranym z wszelkich emocji tonem. Posłuchałam. Uklękłam na łóżku, podpierając się na rękach. Głowę położyłam na przykrytej srebrnoszarą tkaniną poduszce. Sebastian znalazł się za mną. Poczułam na swoich pośladkach jego sztywny członek. Nie przestawał mnie dotykać. Rozsunął mi nogi. Jego palce zaczęły się przesuwać po moim intymnym miejscu. Przymknęłam oczy walcząc ze sobą, żeby się od niego nie odsunąć. Miałam ochotę zaprotestować, nie pozwolić mu na to. Jego dłoń stawała się coraz bardziej natarczywa. Wsunął we mnie palec, potem dołączył do niego drugi. Moje ciało reagowało na jego dotyk, mimo ponurych myśli stawałam się coraz bardziej wilgotna. W końcu przerwał na chwilę, podniósł z podłogi spodnie i wyciągnął z nich zafoliowaną paczkę prezerwatyw. Naciągnął jedną z nich na swój naprężony, sterczący członek. Uklęknął za mną, podciągając mnie odrobinę wyżej. Wtuliłam twarz w poduszkę. Zamiast się rozluźnić, tak jak powinnam to zrobić, spięłam się tylko jeszcze bardziej. Wszystko we mnie krzyczało w głośnym proteście. Mężczyzna ostatni raz przesunął palcami po moim łonie, a potem zaczął napierać członkiem na moją ciasną szparkę. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, kiedy wszedł do środka. Zaczął się we mnie poruszać. W dole brzucha poczułam ostry, kujący ból. Zagryzłam zęby. Dłonie Sebastiana błądziły po moich wyprężonych w łuk plecach i napiętych pośladkach. Wchodził we mnie coraz głębiej, za każdym razem szybszymi i mocniejszymi pchnięciami. Podniecenie i przyjemność mieszały się w moim umyśle z bólem i upokorzeniem. Nie tak wyobrażałam sobie moje życie seksualne. Nikt jednak nie okłamywał mnie, że marzenia się spełniają. Coraz boleśniej odczuwałam jego niegasnące podniecenie. Całą sobą błagałam, żeby wreszcie skończył. Dopiero po kilkunastu minutach poczułam jak jego męskość zaczyna prężyć się i pulsować. Wyszedł ze mnie po kilku stanowczych, końcowych pchnięciach. Zdjął wypełnioną białą cieczą prezerwatywę, zawiązał na supeł i odrzucił na podłogę, potem, zmęczony, opadł obok mnie na łóżko. Usiadłam czekając na to, co będzie dalej. – To wszystko – powiedział nie patrząc na mnie. – Możesz już iść. Poczułam się bardzo nieprzyjemnie, jakbym była jakąś zabawką. Zabrałam ze stojącego pod szafą krzesła swoje ubrania i przemknęłam się do znajdującej się za sąsiednimi drzwiami łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Chciałam się stąd wynieść, najlepiej natychmiast, ale po prostu po tym co się stało, nie mogłam się nie wykąpać. Czułam się naprawdę paskudnie. Wyszłam spod prysznica na wiśniowe kafelki podłogi. Oparłam się o zimną ścianę. Za wszelką cenę starałam się powstrzymać napływające do oczu łzy. W końcu wytarłam się jednym z leżących na szafce, złożonych w równą kostkę, białych ręczników. Pospiesznie włożyłam na siebie ubranie i otworzyłam drzwi z jedną przewodnią myślą w głowie – byle tylko znaleźć się jak najdalej stąd. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Zegar w salonie pokazywał godzinę drugą. Jęknęłam w duchu. Marek miał randkę, a o tej porze nie będę przecież dobijała się do Marty. Musiałam coś zrobić ze sobą przez resztę nocy. Na dworze było naprawdę chłodno, a nocne spacery nigdy nie należały do moich ulubionych zajęć. Włożyłam swoje długie buty i sięgnęłam po popielaty płaszcz. Kiedy wychodziłam, w drzwiach zatrzymał mnie Rafał. – Poczekaj, wezwę ci taksówkę – powiedział wciskając mi do ręki stuzłotowy banknot. – Dzięki – odpowiedziałam ponuro, w tym momencie nie potrafiąc się zdobyć nawet na lekki uśmiech – poradzę sobie. Schowałam pieniądze do kieszeni i wyszłam z mieszkania. Noc była chłodna, a ja nie wzięłam nawet głupiego szalika. Stanęłam na przystanku, chowając się przed porywistym wiatrem, w przeszklonej wiacie. Zastanawiałam się dokąd mogłabym pojechać. Był sobotni wieczór, a właściwie to już niedzielny ranek, a ja nie miałam żadnego pomysłu co mogłabym ze sobą zrobić. Usłyszałam czyjeś szybkie kroki. Nie podniosłam nawet głowy, dopóki nie usłyszałam wkurzonego głosu. – Co ty do cholery robisz na przystanku?! – warknął stojący nade mną Rafał. – Miałaś wsiąść w taksówkę i jechać do domu! Spojrzałam na niego zaskoczona. Czy on za mną wyszedł? Po co? Dlaczego? Nie miałam najmniejszej ochoty mu się tłumaczyć. – To nie twoja sprawa co robię w wolnym czasie – prychnęłam. – To mój prywatny wybór. – Właśnie, że moja – warknął. – Wyszłaś od nas i czuję się za ciebie odpowiedzialny. Pomyśl co mogłoby ci się stać! Rozbawił mnie jego komentarz. Prychnęłam. – Poradzę sobie – odpowiedziałam jednak tylko gorzkim tonem. – Świetnie – odparł. – Odprowadzę cię na taksówkę, a potem radź sobie dowoli. – Czekam na autobus – oznajmiłam coraz bardziej zirytowana. Spojrzał na mnie spode łba. – Ok. Super. Dokąd jedziemy? – zapytał ironicznie. – Nie mam zielonego pojęcia – odparłam już zupełnie zrezygnowana. – Yyy, jak to? – obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. – Normalnie – odpowiedziałam wzdychając – mój brat ma dzisiaj randkę, więc w domu mogę pokazać się najwcześniej o dziesiątej. Nie przejmuj się mną, poradzę sobie. Zawsze sobie jakoś radzę. – Zauważyłem – mruknął, a ja nie miałam pojęcia co to stwierdzenie miało właściwie oznaczać. – Chodź, pogadamy gdzieś, gdzie jest ciepło. Jestem upiornie głodny. Ja stawiam – dodał uprzedzając jakiekolwiek protesty z mojej strony. Niechętnie powlekłam się za chłopakiem w kierunku ciągle tętniącego życiem, rozświetlonego setkami ulicznych latarni, centrum miasta. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kwadrans później siedzieliśmy w otwartym przez całą dobę Mc Donaldzie. Rafał zostawił mnie na chwilę samą przy stoliku, a potem wrócił z kawą i jakimiś dużymi zestawami. Nie wiedziałam dlaczego tu ze mną przyszedł, ale było to o niebo lepsze od samotnego, nocnego spaceru, po jesiennym, ponurym Krakowie. Miałam tylko szczerą nadzieję, że chłopak niczego nie oczekuje „w zamian”. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie jest mi wszystko jedno. Burczało mi w brzuchu. Uświadomiłam sobie, że właściwie jadłam tego dnia jedynie kanapki, którymi rano poczęstowała mnie sąsiadka, ale to była moja norma. Niemal rzuciłam się na frytki, które wyciągnęłam ze swojej papierowej torby. Rafał obrzucił mnie rozbawionym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że jest przynajmniej równie głodny co ja. Przez restaurację przewijało się sporo, najwyraźniej imprezujących w sobotnią noc, grup i par. Właściwie to z zewnątrz w żaden sposób nie różniliśmy się od innych. Sytuacja wydała mi się tak abstrakcyjna i absurdalna, że wybuchłam śmiechem. – Co cię tak rozbawiło? – spytał blondyn kończąc przeżuwać swojego hamburgera. – Nic, nic – odpowiedziałam próbując stłumić swoją wesołość. Rafał tylko wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz – powiedział obojętnie. – Mieszkasz tylko z bratem? – zapytał. Skinęłam głową. – Zazwyczaj kiedy się umawia z dziewczynami śpię u przyjaciółki, nie włóczę się nocami po mieście – odpowiedziałam. – Nie mogłaś nic powiedzieć? – zapytał z lekkim wyrzutem. – A niby po co? – prychnęłam. – Twój przyjaciel nie płaci mi za narzekanie. – Ja nie płacę ci za nic – oznajmił obrzucając mnie zagadkowym spojrzeniem. – Za to tak długo jak u nas przebywasz, jestem za ciebie odpowiedzialny, tyczy się to też bezpiecznego powrotu do domu. Następnym razem wolałbym wiedzieć, ok.? – Jak chcesz – odpowiedziałam wpatrując się w swoją kawę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Przesiedzieliśmy w restauracji prawie godzinę, a potem Rafał uparł się, że nie zostawi mnie samej. Razem wyszliśmy w chłodne, jesienne powietrze. Chłopak miał na sobie trekkingową, ocieplaną polarem kurtkę, ale ja w swoim starym, znoszonym płaszczu zwyczajnie drżałam zimna. – Gdzie chcesz iść? – zapytał. Wzruszyłam ramionami. Nie miałam pojęcia. Po prostu poszłam przed siebie, a on, z malującą się na twarzy konsternacją, poszedł za mną. – Posłuchaj Rafał – powiedziałam zatrzymując się i odwracając się w jego stronę. – Dziękuję za kolację, śniadanie czy co to tam było, ale naprawdę sobie poradzę. Nie musisz za mną chodzić. Teraz znów zaczął wyglądać na rozbawionego całą sytuacją. – Spoko – odpowiedział – i tak chwilowo nie mam nic lepszego do roboty. Tyle, że włóczenie się po nocy chyba nie jest dobrą opcją. Zmarzniesz. Jeżeli chcesz, pokażę ci miejsce, do którego zawsze uciekam. To niedaleko. Popatrzyłam niepewnie na chłopaka, a potem westchnęłam zrezygnowana. Było mi naprawdę cholernie zimno. – Jasne, prowadź – odpowiedziałam  mu, po chwili wahania. Szybkim krokiem minęliśmy planty i skręciliśmy w jedną z otaczających je, wąskich uliczek. Mniej więcej kwadrans później Rafał zatrzymał się przed jedną z zakratowanych, sklepowych wystaw. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął klucz, otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Nie zapalając światła popchnął mnie w kierunku drzwi na zaplecze. Dopiero tam włączył dającą nikłe światło, podwieszoną pod sufitem żarówkę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Był to swoistego rodzaju, niewielki magazyn. Znajdowało się w nim pełno sportowego sprzętu. Na podłodze pod jedną ze ścian leżały gąbkowe materace. – Nic wielkiego – powiedział blondyn – ale przynajmniej nie jest tu zimno. – Siadaj – powiedział wskazując zielony materac, a sam zabrał się za uruchamianie olejnego grzejnika. Zdjęłam z siebie płaszcz i usiadłam pod ścianą nakrywając nim nogi. Chłopak rzucił mi koc, po czym sam usiadł pod przeciwległą ścianą niewielkiego pomieszczenia. Przykryłam się, otulając starannie polarową tkaniną. – Zaraz zrobi się ciepło – oznajmił wesoło. – Cieszę się – odpowiedziałam. – Zamarzam. Uśmiechnął się do mnie szelmowsko. – No widzisz, a chciałaś się całą noc włóczyć po Krakowie – powiedział z naganą. – Teraz możesz mi podziękować, za to, że cię uratowałem. Westchnęłam teatralnie. – Dobrze, niech ci będzie: dziękuję! – oznajmiłam dobitnie. – Jesteś moim księciem na białym koniu czy kimkolwiek tam chcesz być. – Właśnie, tak ma być – roześmiał się wesoło. Wyciągnął rękę i sięgnął do niewielkich rozmiarów turystycznej lodówki. Wyjął z niej dwa butelkowe piwa. Otworzył jedno, wstał i mi podał, potem z drugim wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego lekko zaskoczona, ale nie protestowałam. Mimo, że rzadko piłam, teraz byłam przekonana, że alkohol zdecydowanie mi się przyda. – Rafał, co to za miejsce? – zapytałam po dłuższej chwili ciszy. Chłopak znów się roześmiał. Spodobało mi się to, że jego oczy śmieją się wraz z nim. – Sklep mojego dziadka – odpowiedział wesoło. – Kiedyś często tu przychodziłem, przestałem, kiedy zacząłem pracować dla Sebastiana. Mam teraz znacznie mniej wolnego czasu. Za to przynajmniej kasy mi nie brakuje. – Myślałam, że to twój przyjaciel – odpowiedziałam zaskoczona. – Co właściwie dla niego robisz? – On nie ma przyjaciół – odpowiedział ciągle rozbawiony. – Załatwiam za niego różne sprawy. Na przykład ciebie. – Skrzywiłam się nieznacznie. Nie zabrzmiało to miło. Rafał zauważył moją konsternację. – Przepraszam, nie chciałem cię urazić – powiedział patrząc mi w oczy. – Po prostu starałem się wyjaśnić co robię dla Sebastiana. – Jasne, nie ma sprawy – odpowiedziałam przyglądając się jego żywo niebieskim oczom. Zafascynowały mnie. Były autentycznie niebieskie, a nie takie szaro-nijakie jak u mnie czy mojego brata. – Coś jeszcze robisz poza tym? – zapytałam, żeby podtrzymać rozmowę. – Studiuję na AWF-ie – odpowiedział, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. – No co? – zapytał. – Nie, nic – uśmiechnęłam się do niego – myślałam, że jesteś trochę starszy. Znowu się roześmiał, zdążyłam polubić jego szczery śmiech. – No to pewnie cię zaskoczę, mówiąc, że w tym roku zdaję licencjat? – zapytał wesoło. Przytaknęłam. Nie mogłam uwierzyć, że Rafał ma dwadzieścia jeden lat, wyglądał znacznie poważniej od mojego brata. Przynajmniej ten AWF tłumaczył jego sylwetkę sportowca, a sklep dziadka markowe ciuchy. Wypiliśmy po jeszcze jednym piwie, a potem poczułam się zbyt zmęczona na dalszą rozmowę. Co drugie słowo podkreślałam ziewnięciem. Położyłam się na materacu przykrywając kocem. Było mi ciepło i wygodnie. Z całych sił starałam się nie zamykać oczu. – Idź spać – powiedział chłopak, sam również układając się wygodnie, na swoim materacu. – Jutro niedziela, możemy tu zostać do której chcemy. Zamknęłam oczy i wtuliłam twarz w płaszcz, z którego zrobiłam sobie poduszkę. – Rafał… – zaczęłam cichutko. – Mhm? – mruknął sennie. – Dziękuję… – Spoko, nie ma za co – odpowiedział jakby speszony. Wystarczyła chwila ciszy, żebym pogrążyła się w spokojnym, pokrzepiającym śnie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rankiem obudziła mnie piosenka Nirvany. Usłyszałam znajome słowa, które rozbrzmiewały teraz w całym pomieszczeniu: ”Load up on guns and bring your friends. It’s fun to lose and to pretend. She’s over bored and self assured. Oh no, I know a dirty word.” Dopiero po chwili zorientowałam się gdzie ja właściwie jestem i, że muzyka wydobywa się z telefonu komórkowego śpiącego obok Rafała. Chłopak spał w najlepsze. Podniosłam się ze swojego materaca i ukucnęłam przy nim potrząsając go za ramię. Otworzył oczy, spojrzał na mnie, a potem jakby oprzytomniał. Błyskawicznie sięgnął po leżący przy materacu telefon, który dzwonił już drugi raz. Natychmiast odebrał. Po krótkiej, wyraźnie niezbyt miłej rozmowie, odłożył komórkę i zaczął przeklinać. Usiadł na materacu. Popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. – Emilko, muszę cię przeprosić – powiedział smętnym, zaspanym głosem. – Dzwonił Sebastian, jest zły, że mnie nie ma. Jest już po dziewiątej, poradzisz sobie? Uśmiechnęłam się do niego ciepło, byłam mu naprawdę wdzięczna, za to, że się mną zaopiekował poprzedniej nocy. – Oczywiście, że sobie poradzę, zawsze sobie radzę, zapomniałeś? – zapytałam wesoło. Rafał odwzajemnił mój szczery uśmiech. Pozbieraliśmy się szybko i odprowadził mnie na przystanek autobusowy. Pogoda była w dalszym ciągu paskudna. Świat opanowała szaruga, w twarz co chwilę uderzały mnie porywiste podmuchy wiatru. – Emilko, możesz być jutro o siedemnastej w Galerii Krakowskiej? – spytał mnie chłopak, jakby nagle z czegoś zdał sobie sprawę. – Sebastiana nie będzie, ale we wtorek czeka cię „sprawdzian” – oznajmił niechętnie – i musisz mieć jakieś lepsze ubranie… – Przecież potrafię się ubrać elegancko – zaprotestowałam. – Nie aż tak elegancko – roześmiał się Rafał. – Poza tym musimy rozwiązać kwestię telefonu. Przyjdziesz? – Skoro nie będzie Sebastiana, to mogę zabrać przyjaciółkę? – zapytałam nieśmiało, byłam pewna, że Marta będzie zachwycona, chociażby dla samej satysfakcji zaspokojenia swojej próżnej ciekawości. – Pewnie – uśmiechnął się zawadiacko – a ładna ta przyjaciółka? – zapytał szczerząc zęby. – A idź ty – roześmiałam się wsiadając do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek. – Do zobaczenia jutro – zawołał za mną, zanim zamknęły się przeszklone drzwi pojazdu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wysiadłam z autobusu zaczynało padać. Bardzo nie lubiłam takiej wietrznej, mżystej pogody. Szybkim krokiem weszłam do naszej kamienicy. Kiedy stanęłam pod drzwiami niewielkiego mieszkania usłyszałam rozwścieczony głos Marka. Z jakiegoś powodu krzyczał na swoją dziewczynę, a ona histerycznie płakała. Przez chwilę zastanawiałam się czy wejść do środka, ale po namyśle zrezygnowałam. Po chwili znowu znalazłam się na zewnątrz, a zimny, jesienny wiatr targał moimi włosami i płaszczem. Padało coraz mocniej. Wielkie krople deszczu uderzały o puste ulicy, rozbryzgując się na wszystkie strony. Uśmiechnęłam się do siebie, jak wariatka. Przyszło mi do głowy, że lubię deszcz, bo w deszczu nie widać łez. Dwadzieścia minut później suszyłam się w pokoju Marty. Moja przyjaciółka przecierała dłońmi zaspane oczy. Miała na sobie wyciągniętą różową piżamę z niebieskim króliczkiem. Jej krótko ścięte kasztanowe włosy sterczały na wszystkie strony jak u stracha na wróble. Taka zaspana i rozczochrana wyglądała przeuroczo. Jej mama powiesiła na kaloryferze mój mokry płaszcz, a potem przyniosła gorącej herbaty z miodem i malinami. Ścisnęło mnie w gardle na wspomnienie tego, jak robiła to moja własna mama. Wiedziałam, że nie będę płakać, nigdy nie płakałam. Marek miał mi ciągle za złe, że nie uroniłam ani jednej łzy na jej pogrzebie, a ja po prostu nie potrafiłam. Gdybym się wtedy rozpłakała, nie przestałabym już chyba nigdy. Szybko przebrałam się w swoje własne ubranie, podarte jeansy i spraną flanelową koszulę. Opowiedziałam jej pokrótce historię wczorajszych wydarzeń i zapytałam czy pójdzie ze mną jutro do centrum, a ona wcale nie zaskoczyła mnie zadając tylko jedno pytanie. – Przystojny ten cały Rafał? – zapytała uśmiechając się nerwowo jak dziecko, które oczekuje na gwiazdkowe prezenty – On zadał dokładnie to samo pytanie – roześmiałam się – kiedy spytałam czy możesz przyjść usłyszałam tylko „a ładna ta twoja przyjaciółka?”. Marta wybuchła śmiechem. – Widzisz, w takim razie idealnie do siebie pasujemy! – oznajmiła dobitnie. – Zapowiada się ciekawy poniedziałek. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W poniedziałek lekcje kończyłyśmy o szesnastej, więc do Galerii Krakowskiej poszłyśmy od razu po szkole. Usiadłyśmy na ławce przy roztańczonej fontannie. Rafał spóźnił się o ponad kwadrans. – Cześć, przepraszam, że tak późno – rzucił podchodząc do nas – odwoziłem Sebastiana na lotnisko i po drodze były korki… Jestem Rafał – przedstawił się uśmiechając zawadiacko do mojej przyjaciółki. – Marta – powiedziała wesoło, podając mu rękę, kiedy obie wstałyśmy z ławki. W jej oczach zobaczyłam te niepokojące iskierki. Byłam przekonana, że wybrała chłopaka na nowy cel swoich licznych podbojów. Marta była naprawdę ładną i przebojową dziewczyną. Bez najmniejszego wysiłku potrafiła zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Miała w zwyczaju zakochiwać się przynajmniej raz w miesiącu. Wybierała zawsze tych najprzystojniejszych chłopaków, a potem, kiedy już rozkochała w sobie takiego delikwenta, zostawiała go ze złamanym sercem, najczęściej w rękach jakiejś innej pocieszycielki, bo dziewczyny jak sępy polowały na odrzucone zdobycze Marty. Zawsze jednak powtarzała, że kiedy naprawdę się zakocha, będzie zupełnie inaczej. Na twarzy Rafała i tym razem gościł pogodny uśmiech. Wyglądał tak, jakby z jakiegoś powodu odczuwał wyraźną ulgę. Zastanawiałam się czy może spowodował to, chwilowy, wyjazd jego szefa. W sumie teraz chyba „naszego szefa”, pomyślałam niechętnie. – Jesteście prosto ze szkoły, dziewczyny? – zapytał. – Może chcecie zostawić kurtki i plecaki w samochodzie? Dopiero teraz zauważyłam, że on sam był tylko w szarej, dresowej bluzie. – W sumie to chętnie – powiedziałam podnosząc z ziemi swój wyładowany zeszytami plecak. Rafał pokręcił głową i zabrał mi go z ręki, a potem schylił się po drugi, stojący koło Marty. Chwilę później chodziliśmy już labiryntem podziemnego parkingu Galerii. Blondyn zatrzymał się przy czarnym Volvo z przyciemnianymi szybami. Wrzucił do bagażnika nasze ciężkie plecaki. Podałyśmy mu kurtki. – To samochód Sebastiana – odpowiedział na moje pytające spojrzenie, uśmiechając się ponuro. – Jeżdżę nim czasem, kiedy on chce wypić, albo jak go nie ma. Ułożył nasze płaszcze na tylnym siedzeniu, a potem starannie zamknął auto. Wróciliśmy do barwnego, wypełnionego oglądającymi wystawy ludźmi centrum handlowego. – Bogaty ten twój facet – szepnęła do mnie konspiracyjnie Marta, kiedy mijałyśmy zawiły labirynt podziemnego parkingu. Popatrzyłam na nią wrogo, ale nic na to nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że nigdy nie mogłabym pomyśleć o Sebastianie w kategoriach „mój facet”. Wątpiłam nawet, czy kiedykolwiek byłabym w stanie go polubić. Przypomniało mi się, co dwa dni wcześniej powiedział mi Rafał. „On nie ma przyjaciół” brzmiały słowa chłopaka, a ja ani odrobinę nie byłam zdziwiona dlaczego. W każdym razie tak długo, jak długo zamierzał mi płacić, mogłam go uważać po prostu za swojego szefa i wcale nie musiałam go przy tym lubić. Za to czułam coraz większą sympatię to wiecznie uśmiechniętego Rafała. Najpierw poszliśmy po telefon. Blondyn bez mrugnięcia zapłacił za zestaw startowy na kartę, co zdziwiło mnie najbardziej, wcale nie wybrał najtańszego. Potem zaczął się raj dla Marty. Rafał nieprecyzyjnie wytłumaczył, że szukamy ubrań na kolację w restauracji, więcej nie potrafił powiedzieć. Zwiedziliśmy przynajmniej dwadzieścia różnych sklepów, a ja wybór pozostawiłam całkowicie w rękach Marty. Wreszcie, po prawie trzech godzinach, skończyliśmy z długą tuniką w brązowo-kremową kratę, ciemnobrązowym jesiennym płaszczem, wysokimi, skórzanymi oficerkami, zamszową torebką i delikatną, jasną bielizną w złociste wzory. Blondyn był wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja bałam się spojrzeć nawet na ceny ubrań, biorąc pod uwagę sklepy, w których robiliśmy zakupy. Mimo bardzo zadowolonej miny Rafała i wręcz oczarowanej Marty, czułam się nieprzyjemnie i nieswojo. Nie potrafiłam zapomnieć w jakim celu kupujemy te wszystkie rzeczy. Po skończonych zakupach chłopak zaprosił nas na kawę. Atmosfera była naprawdę wesoła i przyjazna. Rafał okazał się być bardzo miłym, zwyczajnym chłopakiem. Żartował i śmiał się razem z nami. Pożałowałam, że to nie on jest na miejscu Sebastiana. Kiedy tak siedzieliśmy nad gorącymi kubkami z kawą, blondyn rozpakował telefon, włożył do niego kartę i wpisał mi numer do siebie i swojego szefa, potem spisał sobie mój i dopiero wtedy wręczył mi telefon, mówić, że mogę z nim robić co chcę. Potem Marta, niby to w żartach, wyciągnęła numer do niego. Bawiłam się coraz lepiej, zupełnie zapominając dlaczego się tu znalazłam. Było koło dziewiątej, kiedy Rafał zaproponował, że odwiezie nas do domu. Z jakiejś przyczyny poczułam, że nie chcę, żeby wiedział gdzie mieszkam. – Martuś, mogę dzisiaj zostać u ciebie? – zapytałam niemal błagalnie. – Jasne, nie ma sprawy – uśmiechnęła się do mnie przyjaciółka. – Jaśminowa czternaście – oznajmiła chłopakowi wesoło. – Ok. – stwierdził tylko prowadząc nas podziemnym parkingiem do samochodu – skąd cię jutro odebrać Emilko? – zapytał. – Kolacja jest na dziewiętnastą, Sebastian będzie jechał prosto z lotniska, ale żebyśmy się wyrobili to najpierw przyjadę po ciebie, tak o osiemnastej. Wiem, że masz szkołę, ale koło południa umówiłem cię z fryzjerem… Poradzisz sobie? Spojrzałam na niego zaskoczona. Jakim do licha fryzjerem? Nie chciałam opuszczać zajęć, ale zdarzało mi się to już niejednokrotnie wcześniej. Westchnęłam. Moje nowe życie było chyba ważniejsze. – Niech będzie, ale nie rób tego więcej – poprosiłam. – Obiecuję – obdarzył mnie pogodnym uśmiechem – to wyjątkowa sytuacja. Przyrzekam, że się nie powtórzy. – Będę u Marty – powiedziałam nie chcąc rozmawiać więcej o opuszczaniu szkoły. Rafał odwiózł nas pod dom mojej przyjaciółki. Wyciągnął z bagażnika nasze zakupy, pożegnał się z nami uprzejmie i odjechał. Podekscytowana Marta mówiła o nim przez prawie pół nocy, a ja tylko słuchałam uprzejmie, starając się nie myśleć o tym, co czeka mnie następnego dnia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po wizycie u fryzjerki, kosmetyczki i w nowych, markowych ubraniach, sama siebie nie byłam w stanie rozpoznać. Włosy skręcały mi się w drobne loki, niesfornie opadając na ramiona. Moją twarz zdobił  delikatny makijaż w odcieniach ciepłych zieleni i brązów. Moje duże, szaro-niebieskie oczy teraz wydawało się jeszcze większe, a ich wyraz zdecydowanie bardziej głęboki i jakby uwodzicielski. Gdyby nie szybko bijące serce i ogarniający mnie paniczny strach, mogłabym się poczuć jak gwiazda filmowa. Tym razem Rafał przyjechał punktualnie. Kiedy wysiadł z czarnego volvo zobaczyłam jego szeroko otwarte ze zdumienia oczy. Przez chwilę poruszał wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnował. Otworzył mi tylne drzwi samochodu zapraszając do środka. Usiadłam na miękkiej, skórzanej kanapie. Spodobało mi się wrażenie, jakie wywarłam na chłopaku. – Emilko, muszę cię o coś prosić – powiedział. – Wiem, że może ci się to wydać głupie, ale w razie czego będziesz mówiła ludziom, że masz dwadzieścia jeden lat, dobrze? Zresztą w ten sposób ubrana i tak wyglądasz na więcej. Kłamstwo ma być dla mnie problemem? Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. I tak nic nie przebije seksu za pieniądze. – Nie ma sprawy – odparłam obojętnie. – Ile lat ma Sebastian, że potrzebna mu dziewczyna akurat w takim wieku? – Skończył w sierpniu dwadzieścia pięć i uważa za niestosowne pokazywać się z młodszą – westchnął Rafał. – Pewnie ma rację, to on się na zna na tym całym savoir vivre, nie ja. Gdybyś nie była pełnoletnia, w ogóle nie brałby cię pod uwagę. – Gdybyś nie patrzył na mnie takim niechętnym wzrokiem, pewnie też nie – powiedziałam odrobinę rozbawiona. Moralność Sebastiana wydała mi się dziwną rzeczą, seks za pieniądze – tak, stosunek z małolatą – nie. Sama przestałam już dostrzegać tą granicę. – Skąd wiesz? – speszył się odrobinę Rafał. – Kiedy stałam pod drzwiami słyszałam waszą rozmowę, dokładnie wiem co o mnie myśli. To nie ma najmniejszego znaczenia – westchnęłam. – Cholernie potrzebuję pieniędzy, a on mi płaci. Tylko tyle się liczy. Blondyn skinął głową. – Tak, to zupełnie jak w moim przypadku. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy dotarliśmy na lotnisko, Rafał zostawił mnie w samochodzie, a sam poszedł po swojego szefa. Nie trwało to długo. Kiedy wrócili, Sebastian zajął miejsce obok mnie na tylnej kanapie volvo. Wyglądał jeszcze lepiej niż zapamiętałam. Zanim wsiadł do samochodu zdjął długi, czarny płaszcz i gruby, wełniany szalik. Został w dobrze skrojonej, czarnej marynarce i jednolitej, grafitowej koszuli. Wyglądał elegancko, a jednocześnie delikatnie przydługie, brązowe włosy nadawały mu jakiś taki buntowniczy i zawadiacki wygląd. To sprawiło, że poczułam tylko jeszcze większy lęk. Na krótką chwilę zatopiłam spojrzenie w jego głębokich, czekoladowych oczach, ale kiedy spojrzał bezpośrednio na mnie, natychmiast odwróciłam wzrok. – Ujdzie – oznajmił, nie przyglądając mi się dłużej. Zarówno w jego oczach, jak i głosie był tylko lód. Serce biło mi tak szybko, jakby miało zamiar wyskoczyć z piesi. Czułam coraz większy, niemal paniczny lęk. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Rafał otworzył mi drzwi, a ja z samochodu wysiadłam na miękkich nogach. Byliśmy pod pięciogwiazdkowym hotelem w centrum miasta. Sebastian podał mi ramię i razem poszliśmy w kierunku restauracji, zostawiając Rafała przy volvo. – Teraz zobaczymy twoją grę aktorską – szepnął do mnie mężczyzna, kiedy szliśmy szerokim, jasnym korytarzem. Z trudem przełknęłam ślinę. Nie byłam pewna, czego on właściwie ode mnie oczekuje, ale wiedziałam jedno – nie mogłam dać plamy. Sebastian zostawił nasze płaszcze w szatni i poszliśmy dalej. W restauracji minęliśmy główną salę i weszliśmy do mniejszego, bardziej kameralnego pomieszczenia. Przy zastawionym na dziesięć osób stole siedzieli pogrążeni w dyskusji ludzie. Mężczyźni wstali na widok Sebastiana, witając się uprzejmie. – To moja towarzyszka, Emilia Sadowska – przedstawił mnie przywołując na usta polityczny uśmiech. Potem usiedliśmy, najwyraźniej czekając na brakujących gości. Po krótkiej chwili, w moim kieliszku, jako aperitif znalazło się czerwone wino o ziołowym zapachu i dosyć cierpkim, słodkawym smaku. Moja mama przez długie lata pracowała w eleganckiej firmie cateringowej, więc potrafiłam zachować się w towarzystwie. Byłam ciekawa czy zdziwi to w jakikolwiek sposób Sebastiana. Mężczyzna zachowywał się swobodnie, jakby cały świat należał do niego. Zastanawiałam się czy w razie jakichkolwiek skierowanych do mnie pytań, powinnam przyjąć taktykę słodkiej idiotki, czy może wymyślić coś bardziej oryginalnego. Postanowiłam w samą porę, bo już po chwili zwrócił się do mnie siedzący po mojej lewej stronie, starszy mężczyzna. – Pani się jeszcze uczy pani Emilio? – zapytał uprzejmym, ciepłym głosem. – Wygląda pani tak młodo. – Tak, uczę się – odpowiedziałam postanawiając trochę nagiąć rzeczywistość. – Studiuję ekonomię na drugim roku – skłamałam wybierając dobrze mi znany kierunek mojego byłego chłopaka. Poczułam, że siedzący obok mnie Sebastian sztywnieje i zaczęłam się zastanawiać czy popełniłam błąd, nie zamierzałam jednak psuć wszystkiego wycofując się teraz z rozmowy. – Oh, ekonomię, powiada pani? – uśmiechnął się do mnie z radosnym błyskiem w oczach. – Jestem bardzo ciekawy opinii młodszego pokolenia na temat Inbound Marketingu – powiedział wyraźnie mając nadzieję na ciekawą dyskusję. Uśmiechnęłam się do mężczyzny swoim najbardziej czarującym uśmiechem. Nie miałam zamiaru go rozczarować. Mimo, że jeszcze nie skończyłam liceum, ekonomia od zawsze była moją pasją. – Uważam, że Internet daje teraz firmą naprawdę duże możliwości. Ludzie czują wstręt do wpychania im reklam na siłę i wymuszani na nich zgody do ich otrzymywania, a dzięki temu systemowi, to klient sam szuka potrzebnej mu firmy. Poza tym – kontynuowałam swój wywód – taka reklama jest zdecydowanie bardziej ekologiczna. Nie niszczy się w ten sposób milionów drzew, nie zaśmieca ulic. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej. Teraz dopiero zaczął się rozkręcać. Nawet nie zauważyłam, kiedy zapełniły się wszystkie miejsca przy stole, a kelnerzy przynieśli przystawki. Staruszek przeprosił i wstał od stołu, wycofując się dyskretnie. Zachłysnęłam się powietrzem, kiedy na swoim udzie poczułam ciepłą dłoń Sebastiana, chłopak jednak nawet nie przerwał prowadzonej z jakąś damą w średnim wieku rozmowy. Zaczęłam się uważniej przysłuchiwać o czym rozmawiają ci ludzie. Tematów było sporo, wszystkie jednak dotyczyły prawa i ekonomii. Po kwadransie nie byłam pewna czy jestem w stanie powstrzymać ziewnięcia. Przeprosiłam grzecznie i wstałam od stołu. Wzięłam swoją zamszową torebkę i udałam się prosto do hotelowej toalety. Niezdecydowana stanęłam przed lustrem, poprawiając nieznacznie niesforne włosy. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała tam wrócić. Ciągle czułam na sobie dotyk ciepłej dłoni Sebastiana, a po głowie snuły mi się jedynie ponure myśli. – O pani Emilia! – zaczepiła mnie szczupła kobieta w średnim wieku. Wyciągnęła z torby kosmetyczkę i zaczęła przed lustrem poprawiać i tak perfekcyjnie wyglądający makijaż. – Z tymi mężczyznami można się zanudzić! Nie sądzi pani? Uśmiechnęłam się do niej uprzejmie, zastanawiając się co powiedzieć, ale ona z przyjemnością pozbawiła mnie tego problemu. Buzia jej się nie zamykała. Zaczęła opowiadać o swoim mężu Arturze, o synu Damianie, salonach piękności i bieżącej modzie. Pochwaliła moje ubrania z najnowszych, jesiennych kolekcji, a potem weszła na temat Sebastiana, wypytując mnie gdzie się poznaliśmy, jak długo razem jesteśmy i co wspólnie planujemy. Nie miałam na te pytania żadnych odpowiedzi, ale wyobraźnia jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Zaczęłam opowiadać, jakim Sebastian jest cudownym mężczyzną, jaki z niego dżentelmen, jak się mną zaopiekował, kiedy tego potrzebowałam. Mówiłam o nim jak o tęczy, a kobieta wręcz promieniała, z zachwytem słuchając nowych plotek. – Tak, Sebastian znowu odżył – skwitowała moją wypowiedź. – Dawno go takiego nie widziałam – oznajmiła. – Nie od czasu tego okropnego incydentu! – Skinęłam tylko głową, nie mając pojęcia o czym mówi ta kobieta, a ona kontynuowała dalej nieprzerwany potok słów. – Ale czasem nikt nie jest w stanie zrozumieć jego zachowania. Na przykład jak wtedy, kiedy zajął się tym chłopakiem… nikt się tego nie spodziewał. Pobił z innymi chuliganami komorników, kiedy przyszli z powodu długów zlicytować sklep jego dziadka, słusznie wsadzili go do więzienia. No, a Sebastian, zamiast zająć się swoją pracą, wpłacił za tego dzieciaka kaucję, pożyczył im pieniądze i zatrudnił go u siebie, żeby miał mu z czego spłacić dług. Nie do pomyślenia! – oznajmiła dobitnie. W odpowiedzi skinęłam tylko głową ze sztucznym uśmiechem na ustach, rozmyślając nad sensem słów kobiety. Ona jednak uznała to za udział w jej świętym oburzeniu i zaczęła rozprawiać o tym, jak trzeba sobie wychowywać mężczyzn. Tym razem z prawdziwą ulgą wróciłam do restauracyjnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Reszta wieczora upłynęła całkiem przyjemnie. Specjalnie najadłam się wcześniej u Marty, żeby przypadkiem podczas kolacji nie burczało mi w brzuchu i to zdało idealnie egzamin. Posiłek umilał mi staruszek, który zdążył już zająć swoje miejsce, zapewne na długo przede mną. Naprawdę miło mi się z nim rozmawiało. Nawet nie zauważyłam, kiedy wypiłam czwarty, a potem piąty kieliszek czerwonego wina. Przyjemnie szumiało mi w głowie. Zdałam sobie sprawę, że z dziecięcym zachwytem uśmiecham się do deseru, który właśnie podali kelnerzy. Były to ozdobione egzotycznymi owocami i dużą ilością bakalii, płonące lody. Staruszek zauważył mój entuzjazm i zaczął wychwalać pod niebiosa tego typu rzeczy. Żartowałam wraz z nim, jedząc powoli swój deser. Potem w dyskusję wciągnął go siedzący po drugiej stronie sąsiad, a ja znów zamilkłam jedynie przysłuchując się rozmowom. Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Sebastian przypatrywał mi się dość dziwnie. W jego oczach, oprócz zwyczajowego chłodu, dostrzegłam mieszankę jakiejś dziwnej, mrocznej satysfakcji. Kiedy skończyłam jeść swoje lody, ludzie zaczynali się żegnać. Sebastian wstał od stolika, podając mi ramię. Przylgnęłam do niego, nie będąc pewna czy po takiej ilości wina uda mi się samej prosto chodzić. Wiedziałam, że to był mój błąd, ale tak się zagadałam, że nie zwracałam uwagi, na to, że kelner wciąż dolewa mi trunku. Następnym razem będę pamiętała, że jestem tu w pracy, a nie dla zabawy, o ile w ogóle będzie następny raz, pomyślałam. – Wynająłem tu pokój – wyszeptał mi cicho do ucha – zostaniemy na noc. Skinęłam głową w odpowiedzi i pozwoliłam mu się prowadzić. Wjechaliśmy windą na samą górę. Weszliśmy do luksusowo urządzonego apartamentu. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a Sebastian objął mnie od tyłu ramionami. Jego usta znalazły się przy mojej szyi. Całował mój kark i ramiona, jednocześnie zsuwając ze mnie tunikę. Wino szumiało mi w głowie przytępiając strach, który czułam w jego obecności. Odwróciłam się do niego i oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie zaprotestował. Po chwili jakby wahania, pocałował mnie w usta. Był to przyjemny pocałunek, miękki i ciepły. Ręce Sebastiana błądziły po moim ciele, rozpinając ubranie. Ośmielona alkoholem postanowiłam nie pozostawać mu dłużna. Zsunęłam z jego ramion marynarkę, potem zaczęłam powoli rozpinać guziki grafitowej koszuli. Wyglądał na zadowolonego. Powoli pomagał mi zdejmować ubranie, aż w końcu zostałam w samej, jasnokremowej bieliźnie. Pisnęłam, kiedy poderwał mnie z ziemi i zaniósł na szerokie, hotelowo łóżko. Wyglądał na rozbawionego. Znowu mnie pocałował, a ja odwzajemniłam jego namiętny pocałunek. Zsunął spodnie, zostając jedynie w czarnych, ciasno opiętych bokserkach. Przyciągnął mnie do siebie stanowczo. Poczułam na udzie jego sztywny członek. Wplotłam palce w jego brązowe włosy, okazały się być nadzwyczaj miękkie i delikatne. Drugą dłonią przesunęłam po jego plecach, delikatnie drapiąc ciało chłopaka. Mruknął z zadowolenia. Rozpiął mój stanik, wyswobadzając spod niego moje jędrne piersi. Sutki natychmiast zareagowały na dotyk jego ciepłej, twardej dłoni. Sebastian zsunął się niżej. Rękoma znów zaczął błądzić po moim ciele, ustami całował szyję, piersi, a potem brzuch. Kiedy zdjął ze mnie majtki i musnął palcami znajdującą się pod nimi kępkę włosów, nie mogłam powstrzymać cichego jęku. Zdjął własne majtki, a potem położył się na plecach. Posadził mnie na sobie, oplatając ramionami i przyciągając bardzo blisko. Zaczął mnie namiętnie całować, a moje ciało reagowało na jego dotyk i pocałunki. Stawałam się coraz bardziej wilgotna i podniecona. Jedna jego ręka znów znalazła się między moimi nogami, drugą poczułam na swoich piersiach. Poruszyłam się nieznacznie, niechcący ocierając się o jego sztywny członek. – Załóż mi prezerwatywę – mruknął cicho, zachrypniętym z podniecenia głosem. – Jest w kieszeni marynarki. Wstałam  zwinnie, wyjmując zaczętą już, niebieską paczkę. Otworzyłam jedną z pozostałych prezerwatyw i nasunęłam na jego sztywno stojącego penisa. Sebastian położył ręce na moich biodrach, sadzając mnie na sobie. Mimo szumiącego mi w głowie alkoholu poczułam bolesne kłucie w brzuchu, kiedy we mnie wchodził. Tym razem, chyba jakimś sposobem zauważył grymas bólu na mojej twarzy, bo otoczył mnie ramionami i przyciągnął do siebie. – Wszystko w porządku? – zapytał cicho. – Tak – odpowiedziałam całując go tuż przy uchu. Przytulił mnie mocno, przyciągając jeszcze bliżej, tak, że teraz bezpośrednio na nim leżałam. Ostry ból minął, a ja poczułam rozlewającą się po moim ciele przyjemność. Całowałam Sebastiana, po szyi, od czasu do czasu delikatnie przygryzając płatek jego ucha. Jego dłonie dotykały moich piersi, a potem przeniosły się na plecy i pośladki. Poruszałam biodrami w rytm jego ruchów. W pewnym momencie, przez całe moje ciało, przeszedł cudowny dreszcz nieopisanej rozkoszy. Moje mięśnie zaczęły się samodzielnie zaciskać, na wypełniającym mnie członku. Czułam błogie spełnienie. Sebastian poruszył jeszcze kilka razy biodrami, a potem zsunął mnie z siebie ostrożnie. Pozbył się zużytej prezerwatywy, a potem na powrót mnie do siebie przyciągnął. Zaskoczona położyłam głowę w zagłębieniu jego ramienia. Poczułam jak jego klatka piersiowa chaotycznie unosi się i opada. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jego ciało drży od hamowanego z trudem śmiechu. Ciągle ośmielona alkoholem uniosłam się lekko na łokciu i spojrzałam pytająco na rozbawioną twarz chłopaka. – Nawet nie wiesz, jak byłem na ciebie wściekły, kiedy powiedziałaś mu, że studiujesz ekonomię. Wiesz, kto to był? – zapytał nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. – Profesor Jagodziński – odpowiedział, kiedy przecząco pokręciłam głową. – Znany specjalista w dziedzinie handlu i dystrybucji. Wykładał u mnie na studiach prawo handlowe. A dzisiaj zagięła go licealistka – teraz już śmiał się otwarcie. – I to nie jeden raz. Ledwo zdołałem powstrzymać się od śmiechu. Dawno tak dobrze się nie bawiłem na tych nudnych spotkaniach. – Chodź, idziemy pod prysznic – powiedział po kolejnym ataku śmiechu. Kiedy stanęłam przy nim na podłodze, znów wziął mnie na ręce i zaniósł do sporej, luksusowej łazienki. Odkręcił ciepłą wodę i zamknął nas razem w kabinie. Pożądliwie spojrzał na moje wilgotne, lśniące od spływającej po nim wody ciało. Jego członek zesztywniał, znowu gotowy do akcji. Sebastian namydlił mnie, powoli i delikatnie przesuwając dłońmi po całym moim ciele. Potem skierował na mnie strumień ciepłej wody z wiszącego wysoko prysznica i sam zaczął się myć. Moja ciekawość jak zwykle zwyciężyła nad rozsądkiem. – Kim była ta dama ze sznurami korali na szyi? – zapytałam niepewnie. – Rozmawiała ze mną w toalecie – dodałam, kiedy spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony pytaniem, które zadałam. – To już wiem, skąd te komentarze, że jestem dla ciebie jak słońce i świata poza mną nie widzisz – roześmiał się chłopak, a ja z ulgą przyjęłam taką reakcję. – To Mariola Dębińska, żona komendanta policji. Nie potrafi niczego co usłyszy zachować dla siebie. Co jej powiedziałaś? Opowiedziałam Sebastianowi wymyśloną na poczekaniu historię, którą uraczyłam panią Dębińską, a on znów zaniósł się śmiechem. – Nie wiedziałem, że taki ze mnie romantyk – powiedział, kiedy wreszcie przestał się śmiać. – Tylko teraz już trzymaj się tej wersji, dobrze? Skinęłam głową. Czy to znaczyło, że jednak będzie następny raz? Chłopak spłukał z siebie mydliny i wyszedł z kabiny prysznicowej. Zadrżałam z zimna, kiedy rozsunął szerokie, przeszklone drzwi. Otulił mnie dużym, białym ręcznikiem, a potem wytarł się pospiesznie. Z zimna jego członek znowu opadł. Po raz kolejny tego wieczora poderwał mnie z podłogi i zaniósł na łóżko. Przykrył nas atłasową, białą kołdrą. Spojrzał na mnie zagadkowo, a potem zgasił świecącą przy łóżku lampkę. Położył się na boku, przyciągając mnie do siebie, tak, że leżałam oparta o niego plecami. Dalej byłam przemarznięta po wyjściu spod prysznica, ale on był już na powrót ciepły, ogrzewało mnie całe jego ciało. – Dobranoc – wyszeptał w moje wilgotne włosy, a po kilku minutach słyszałam już tylko jego równy, miarowy oddech. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Otworzyłam oczy. Ziewnęłam. Leżałam sama w wielkim, hotelowym łóżku. Przeciągnęłam się, usiadłam i rozejrzałam dookoła. Mgliście napływały do mnie wspomnienia z poprzedniej nocy. Bolała mnie głowa. Wstałam z łóżka rozglądając się po pokoju. Z leżącej na podłodze przy drzwiach torby wyjęłam swój nowy telefon. Jęknęłam. Była prawie dziesiąta. Mieliśmy środek tygodnia, a ja znów opuszczałam szkołę! Umyłam się szybko i ubrałam. Starannie zmyłam resztki makijażu. Przyjrzałam się sobie w nowych ubraniach. Czy mogę tak iść do szkoły? Stracę przez to kolejną lekcję, ale chyba warto było się przebrać, nie narażając się na niepotrzebne pytania, które musiałabym zostawić bez odpowiedzi. Kiedy wyszłam z sypialni do niewielkiego salonu, moją uwagę przyciągnęła leżąca na stole, biała koperta. Ładnym charakterem pisma było na niej naniesione jedno słowo, moje imię – Emilia. Nie zaglądając do środka wrzuciłam ją do torby i wyszłam z hotelowego pokoju. W połowie korytarza zatrzymałam się zaskoczona. Na zielonym fotelu, zaczytany w jakimś kolorowym piśnie siedział Rafał. Podeszłam bliżej, żeby przekonać się, że tak wciągnął chłopaka „Przegląd Sportowy”. – Cześć – odezwałam się do niego pogodnie, kryjąc swoje zdziwienie. – O, obudziłaś się wreszcie – uśmiechnął się do mnie odkładając gazetę. – To świetnie, bo umieram z głodu. Idziemy na śniadanie. Chwilę później siedzieliśmy na parterze, w hotelowej restauracji. Blondyn nałożył sobie wszystko, co tylko się dało z suto zastawionego, szwedzkiego stołu. Ja zadowoliłam się płatkami, twarożkiem i kilkoma plastrami żółtego sera. Z zainteresowaniem przyglądałam się jedzącemu chłopakowi. Wczoraj poznałam jego tajemnicę, wiedziałam już czemu pracuje dla Sebastiana. Byłam ciekawa czy w głębi duszy jest z tego tytułu bardziej zły czy zadowolony. Wolałam jednak nie zadawać mu krępujących pytań. Będzie kiedyś chciał, to sam mi o tym opowie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nowe ubrania zostawiłam u Marty i następnego dnia do szkoły poszłam w swoich zwyczajowych poprzecieranych jeansach i wyciągniętym, szarym swetrze. Nauczyciele jak zwykle, krzywo patrzyli zarówno na mój strój jak i nieusprawiedliwione nieobecności. Kolejny raz musiałam zostać po lekcjach na długiej, nieprzyjemnej rozmowie z wychowawczynią. Kobieta wyglądała na zatroskaną, ale jednocześnie wyraźnie niezadowoloną, że w tym wypadku nie może rozwiązać zaistniałego problemu, po prostu wzywając do szkoły moich rodziców. Kiedy wychodziłam, poczułam w kieszeni wibracje przychodzącego smsa. Zaskoczona wyjęłam telefon, mój numer mieli tylko Sebastian i Rafał, nikomu nie zamierzałam chwalić się telefonem. „Jak daleko pozwolisz mi się posunąć?” – brzmiała treść wysłanej przez Sebastiana wiadomości. Przez moje ciało przeszedł bardzo nieprzyjemny, zimny dreszcz. Poczułam strach. „Co masz na myśli?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. „Co mogę z tobą zrobić?” – inaczej sformował zdanie. Z trudem przełknęłam ślinę, ale z góry wiedziałam co mu odpowiem. „Wszystko, wszystko co zechcesz.” ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy wieczorem znalazłam się na osiedlu w centrum Krakowa czułam jedynie zimny strach. Nie miałam pojęcia co chodzi Sebastianowi po głowie, ale bardzo się tego bałam. Z szybko bijącym sercem wsiadłam do windy. Wjechałam na czwarte piętro i stanęłam przed znajomymi drzwiami, żeby uspokoić oddech. W końcu zebrałam się w sobie i zadzwoniłam do drzwi. Spodziewałam się Rafała, zdziwiłam się bardzo kiedy otworzył mi Sebastian. Miał na sobie szare jeansy i ciemnoczerwoną, niedopiętą koszulę. – Wejdź – powiedział uprzejmie, wpuszczając mnie do środka. Odwiesiłam swój płaszcz i torbę na znajdujący się przy drzwiach wieszak. Moje zaskoczenie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy zamiast do sypialni, zaprowadził mnie do salonu. Usiadłam na skórzanej, czarnej kanapie. Strach narastał we mnie z każdą chwilą. Podświadomie czułam, że coś jest nie tak. Mężczyzna wziął dwa kieliszki, podszedł do barku i nalał do nich czerwonego wina. Usiadł koło mnie na kanapie, podając mi jeden z nich. – Napij się – powiedział – chcę, żebyś się rozluźniła przed tym co będziemy robić. Spojrzałam na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Bałam się zapytać, co takiego zaplanował. Nie chciałam wiedzieć, ale byłam przekonana, że i tak wkrótce się dowiem. Przyglądał mi się w milczeniu, kiedy piliśmy wino. Uświadomiłam sobie boleśnie jak wielki niepokój i strach wzbudza we mnie Sebastian. Kiedy opróżniłam mój kieliszek, natychmiast nalał mi następny. Przyszło mi do głowy, że doskonale wyczuwa mój niepokój i z premedytacją się ze mną drażni. W końcu przysunął się do mnie bliżej, a ja nie mogłam zapanować nad swoim przyspieszonym oddechem. Jego twarz zbliżyła się do mojej twarzy, usta delikatnie dotknęły moich ust. Jego palce wplotły się w moje rozpuszczone włosy, a on przyciągnął mnie do siebie bliżej. Wargi Sebastiana znalazły się tuż przy moim uchu. – Rozepnij mi koszulę – wyszeptał polecenie. Drżącymi dłońmi sięgnęłam ku wiśniowo czerwonej tkaninie. Powoli zaczęłam odpinać guziki. Znowu mnie pocałował. Zaczął zdejmować ze mnie rozpinany sweterek Marty, potem zajął się bluzką. Kiedy zostałam w samym koronkowym staniku i spodniach, wyciągnął zza kanapy jakąś torbę. Wyjął z niej długi, ciemny szal. Odsunął mnie od siebie łagodnie, a potem zawiązał mi nim oczy. Ogarnęła mnie panika. Mój i tak szybki i płytki oddech nienaturalnie przyspieszył. Mimo, że tkanina była stosunkowo cienka i tak nic przez nią nie widziałam. Nie potrafiłam logicznie myśleć. Moje ciało drżało, kiedy wiązał mi ręce nad głową. Po chwili leżałam na kanapie, mocno do czegoś przywiązana, na tyle skutecznie, że nie byłam w stanie się sama uwolnić. Sebastian rozpiął mój stanik, odpinając od niego ramiączka i zdejmując go ze mnie. Ciepłymi, twardymi dłońmi zaczął dotykać moich sterczących piersi. Z premedytacją drażnił sztywne już sutki. Mimowolnie, z mojej krtani, wydobywały się ciche jęki. Poczułam na swoim ciele jego wilgotne usta. Całował mnie i dotykał, a mnie ogarniała coraz większa panika. Czułam się bezradna, zdana jedynie na jego łaskę. Bałam się co może ze mną zrobić, ale jeszcze bardziej przerażało mnie samo oczekiwanie na jego niecodzienne kaprysy. Mężczyźnie wyraźnie nigdzie się nie spieszyło. Jego usta błądziły po moim nagim ciele. Jego dłonie natarczywie drażniły piersi. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, przesunął dłoń na moje udo, potem położył ją między nogami. Rozpiął moje sztruksy i zsunął je ze mnie powoli. Mruknął cicho, wsuwając palce pod delikatną tkaninę majtek. Czułam własną wilgoć, mimo, że nie miałam pojęcia skąd się tam wzięła. Jęknęłam, kiedy zdjął ze mnie majtki i zagłębił palec w mojej ciasnej szparce. Na chwilę przerwał pieszczoty, a potem poczułam jak wsuwa mi między nogi coś naprawdę twardego. Przez chwilę drażnił się, napierając przedmiotem na moje łono, a potem wsunął go do środka. Pochylił się nade mną i zaczął całować moje usta, jednocześnie wpychając twardą rzecz coraz głębiej. To coś we mnie było naprawdę duże. Czułam się całkowicie wypełniona, a on tym bez przerwy poruszał. W pewnym momencie przedmiot zaczął drżeć. Namiętnie zaczęłam odwzajemniać pocałunki Sebastiana, żeby choć na chwilę przestać myśleć. Mężczyzna oderwał usta od moich ust, nie przestając poruszać tkwiącym w moim wnętrzu wibratorem. Jego pocałunki zeszły teraz niżej, na szyję, potem piersi i brzuch. Jego ciepły, miękki język lizał moje gładko ogolone podbrzusze. Sebastian zszedł jeszcze niżej. Pieścił językiem moją łechtaczkę, od czasu do czasu przerywając i całując wewnętrzną stronę ud. W pewnym momencie poczułam jego dłoń na swoich pośladkach. Mężczyzna przestał poruszać tkwiącym we mnie wibratorem, wpychając go niemalże do końca. Z moich ust wydobył się stłumiony jęk. Sebastian przesunął ręką po mojej pupie. Ciągle liżąc moje łono, wsunął w nią palec. Gwałtownie wciągnęłam powietrze. Czułam jego dotyk na delikatnych ściankach mojej ciasnej szparki. Myślałam, że zaraz zwariuję. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, nie zdawałam sobie sprawy, że można coś takiego w ogóle czuć. Moim ciałem zaczęły wstrząsać gwałtowne dreszcze. Mój umysł wariował. Całą mnie zalewały fale ciepła i błogości. Sebastian zabrał palec, jednocześnie rozsuwając szerzej moje nogi. Wyjął ze mnie wibrator i zastąpił go swoim członkiem. Czułam go całą sobą. Pochylił się nade mną, delikatnie całując przy uchu. – Uwielbiam twoje ciało i to jak na mnie reaguje – mruknął. – Chcę, żebyś na mnie patrzyła. Zsunął prowizoryczną przepaskę z mojej twarzy. Moje migdałowe, szare oczy spotkały się z jego niesamowitymi, czekoladowymi oczami. Widziałam w nich podniecenie, rządzę i chęć posiadania. Jęknęłam, kiedy Sebastian przyspieszył. W pewnym momencie wszedł we mnie najmocniej jak potrafił, a ja znów poczułam tę niesamowitą błogość. Wszystkie moje mięśnie spazmatycznie zaciskały się na jego tkwiącym we mnie, twardym członku, który po chwili również zaczął drżeć. Mężczyzna został jednak we mnie, poruszając się teraz łagodnie i delikatnie. Dopiero po kilku minutach wysunął się ze środka i opadł na kanapę tuż obok mnie. Leżał tak przez dłuższą chwilę, błądząc dłońmi po moim chaotycznie unoszącym się brzuchu i piersiach. Potem wstał, nie rozwiązując mi jednak rąk. Znów powróciła panika. Sebastian usiadł na kanapie, tak, żeby znaleźć się między moimi nogami. Rozłożył je delikatnym, ale stanowczym gestem. – Jeszcze nie skończyliśmy – powiedział uśmiechając się drwiąco. Pokazał mi niebieski, żelowy wibrator w kształcie delfina. Był naprawdę duży. Ponownie wsunął go w moje wnętrze. Jęknęłam. Czego on jeszcze ode mnie chce? Byłam wykończona i miałam już naprawdę dosyć. W jego dłoni, jakby znikąd, pojawił się drugi, znacznie mniejszy wibrator. Po chwili poczułam jak Sebastian napiera nim na moją pupę. Żelowy członek, gładko wszedł do środka, sporą częścią wystając na zewnątrz. Potem, z przerażeniem obserwowałam, jak mężczyzna ubiera się pospiesznie. Nowa fala paniki ogarniała mój umysł. Co mu chodzi po głowie? Czy jeszcze mu na dzisiaj nie wystarczyło? – Poczekasz tu na mnie – powiedział zachłannie pożerając mnie wzrokiem. – Nie złączaj nóg, chcę, żeby przywitał mnie właśnie taki widok. Obrzucił mnie jeszcze ostatnim, tęsknym spojrzeniem, po czym wyszedł z mieszkania, a ja z szybko bijącym sercem i bardzo niespokojnym oddechem zostałam zupełnie sama. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Leżałam tak przez dłuższą chwilę, nie mogąc zebrać myśli. Wibratory w moich dziurkach pulsowały, na nowo budząc podniecenie. Po co poszedł? Czemu mnie zostawił? Ściskający za gardło strach nie dawał mi spokoju. Z całą stanowczością usiłowałam sobie przypomnieć powód, dla którego to wszystko robię. Przymknęłam oczy. Spróbowałam wyswobodzić ręce, jednak bezskutecznie. Przy każdym ruchu, wibratory drażniły mnie coraz bardziej, postanowiłam więc leżeć spokojnie. Zaraz wróci, powtarzałam sobie w myślach, a w duchu błagałam, żeby to była prawda. Po ciągnących się w nieskończoność minutach usłyszałam przekręcany w zamku klucz. Poczułam jednocześnie niesamowitą ulgę i niepewność. Do pokoju jednak, zamiast drwiąco uśmiechniętego Sebastiana wszedł Rafał. Spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, szeroko otwierając usta. Gapił się nie mogąc zrobić kroku ani w jedną, ani drugą stronę. Dopiero teraz naprawdę zdałam sobie sprawę ze swojej nagości i położenia. Poczułam bezradność i upokorzenie. Odwróciłam od blondyna wzrok, on jednak ani drgnął. Po chwili do mieszkania, jak burza wpadł Sebastian. Jego przystojną twarz wykrzywił grymas gniewu. Jednym, sprawnym ruchem wypchnął Rafała z pokoju, zamykając za nim drzwi. Usłyszałam odgłos uderzenia. – Czy ty do kurwy nędzy nie rozumiesz co znaczy „nie przychodź dzisiaj”?! – warknął gniewny głos Sebastiana. – Ja… – zaczął w odpowiedzi Rafał, ale nie powiedział nic więcej. Usłyszałam jak frontowe drzwi otwierają się, a później zamykają. Po chwili do pokoju wrócił Sebastian. Rzucił na stół nową paczkę prezerwatyw. Sprawnie rozwiązał mi ręce i wyjął ze mnie wibratory. Potem posadził mnie obok siebie, otulił wiszącym na oparciu kanapy kocem i przytulił do siebie mocno. Czułam się paskudnie. Wtuliłam się bardziej w ramiona znienawidzonego mężczyzny. Po policzku spłynęła mi ciepła, słona kropla łez. – Przepraszam – wyszeptał w moje włosy – cholernie cię przepraszam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Sama nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam. Zmęczenie najwyraźniej jednak zwyciężyło nad rozżaleniem i upokorzeniem. Obudziłam się otulona śnieżnobiałą, atłasową kołdrą. Rozejrzałam się po utrzymanej w szarej tonacji sypialni. Leżałam sama w wielkim łóżku Sebastiana, a jego samego nigdzie w pobliżu nie było. Zerknęłam na stojący przy łóżku budzik. Dochodziła ósma. Jęknęłam. Znowu spóźnię się do szkoły! Wstałam szybko, wzrokiem szukając swoich ubrań. Leżały poskładane na krześle. Przyjrzałam się brązowym sztruksom. Uznałam, że tak mogę pokazać się w szkole, więc nie muszę zahaczać o dom, jeżeli się pospieszę, ominę tylko pierwszą lekcję. Czemu każdy pieprzony dzień musiał zaczynać się językiem Polskim?! Pospiesznie włożyłam na siebie ubranie i przemknęłam się do łazienki. Spięłam włosy spinką na czubku głowy, tak, że niesfornie się spod niej wymykały, ale na nic lepszego nie miałam w tej chwili czasu. Starannie zmyłam z twarzy ciepły, utrzymany w wiosennych barwach, makijaż. Nie miałam ze sobą plecaka, ale lepsze były pretensje nauczycieli o brak zeszytów niż całkowita nieobecność. Chciałam jak najszybciej wyjść z mieszkania, ale zatrzymałam się zaskoczona na widok siedzącego przy kuchennym blacie Sebastiana. – Dzień dobry – przywitałam się najpogodniejszym głosem, na jaki potrafiłam się zdobyć. – Część – odezwał się jak zwykle chłodnym i beznamiętnym tonem. – Podwieźć cię gdzieś? Tym pytaniem zupełnie mnie zaskoczył. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Szybko jednak oprzytomniałam i przecząco pokręciłam głową. – Dziękuję – odparłam grzecznie. – Dam sobie radę. Nie chcę ci robić problemu. Uśmiechnął się do mnie ponuro. – I tak jadę do pracy – oznajmił tylko. – Chodź. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Chwilę później siedziałam na przednim siedzeniu czarnego volvo. Sebastian podwiózł mnie na parking pod szkołą. Przez całą drogę nie odezwał się do mnie ani słowem. Odpowiadało mi to, ani trochę nie miałam ochoty na rozmowę, a już na pewno nie z nim. Kiedy wysiadłam z samochodu, rzucił jedynie chłodne „na razie” i prawie natychmiast odjechał. Odetchnęłam z ulgą. Zadrżałam na wspomnienie wczorajszego, koszmarnego wieczoru. Kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam przypatrujące mi się ciekawie koleżanki z klasy. Stały pod płotem paląc papierosy. Wyglądały na zafascynowane. Zagryzłam ze złości zęby. Wiedziałam, że stanę się tematem dzisiejszych plotek, a jeżeli do nich nie podejdę z jakąś ciekawą bajeczką, będzie tylko jeszcze gorzej. – Cześć – rzuciłam niedbale, podchodząc do rozszczebiotanego grona. Jedna z nich poczęstowała mnie papierosem. Jak zwykle odmówiłam. Nie zamierzałam palić, tylko dlatego, że inni tak robią. Nigdy nic nie robiłam tylko z tego powodu. – To twój facet Emily? – zapytała ożywionym głosem Karolina, wysoka i szczupła blondynka, jedna z największych plotkarek w szkole. – Niezłe ciacho z niego, tylko chyba trochę od nas starszy? – Przyjaciel – odpowiedziałam pewnym tonem. Wiedziałam, że nie mogę dać się jej podpuścić. – I nie tak znowu wiele starszy. W lecie skończył dwadzieścia pięć lat – powtórzyłam słowa Rafała. Karolina wyglądała na wyraźnie zawiedzioną, ale już po chwili wesoło plotkowała o kłótni między Darią, a Szymonem, naszą klasową idealną parą. Kiedy szłyśmy wspólnie do szkoły, na bok odciągnęła mnie Kinga. Była jedną z tych dziewczyn, które sponsoring traktują jako sposób na dodatkowe kieszonkowe, żeby kupić sobie nowe spodnie czy kosmetyki. Wcale nie ukrywała tego, że sypia z mężczyznami za prezenty i pieniądze. Ja się tego zwyczajnie wstydziłam. – Emily – odezwała się do mnie wesoło, przekształcając moje imię, jak robili to wszyscy w szkole – nie wierzę, w to co powiedziałaś. Przyznaj się, nie chcesz się nim podzielić! Takie ciacho! Też bym nie chciała! Dużo ci płaci? Wiedziałam, że nie ma sensu dalej brnąć w moją nietrzymającą się kupy historyjkę. Zresztą Kinga nie była Karoliną. – Kinguś, nie chcę o tym mówić – odezwałam się delikatnie, nie mając zamiaru ranić jej uczuć. Diametralnie różniło się nasze postrzeganie świata, ale poza tym całkiem się lubiłyśmy. – Nie jestem tobą. To dla mnie krępujące. Dziewczyna westchnęła teatralnie. – Jasne, jasne – uśmiechnęła się z przekąsem. – Rozumiem. Nikomu nie powiem – oznajmiła lekkim tonem, ale ja wiedziałam, że mówi prawdę. – Mam jednak nadzieję, że jak do tego dojrzejesz, to porozmawiamy o tym – uśmiechnęła się do mnie wesoło i wzięła mnie pod rękę. Razem poszłyśmy w kierunku szkoły, zmieniając temat o sto osiemdziesiąt stopni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem przyszedł do mnie sms od Rafała. Długo wpatrywałam się w ekran telefonu, zanim odważyłam się go przeczytać. „Jest mi strasznie głupio, możemy o tym po prostu zapomnieć? Sebastian kazał ci kupić trochę normalnych ubrań. Masz czas się jutro spotkać?” – brzmiała jego treść. Westchnęłam. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam teraz ochotę było spotkanie się z Rafałem. Nie mogłam jednak stchórzyć. Co za różnica ilu facetów ogląda mnie nago? W tak cholernie krępującej i jednoznacznej sytuacji, musiały dodać moje nieproszone myśli. Wiedziałam też, że czy ogląda mnie tylko Sebastian czy jeszcze ktoś inny stanowi, z jakiegoś powodu, OGROMNĄ różnicę. „Ok. jutro o siedemnastej? Tylko błagam nie rozmawiajmy o tym! NIGDY!” – odpisałam na smsa Rafała. „Umowa stoi” – odpisał błyskawicznie chłopak. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia, po szkole, spotkałam się z Rafałem w centrum handlowym. Chłopak miał opuchnięty, siny ślad pod okiem. Starał się omijać mnie wzrokiem. Ja jednak postanowiłam wziąć się w garść i nie psuć naszych stosunków tą głupią, nieprzyjemną wpadką. – Co ci się stało? – zapytałam zdziwiona. – Sebastian – odpowiedział ponuro. – Kiedyś nauczę się dokładnie słuchać poleceń. Więc to słyszałam wtedy w korytarzu. Zadrżałam na tamto wspomnienie. Odegnałam od siebie ponure, nieprzyjemne myśli. Blondyn w dalszym ciągu omijał mnie wzrokiem. – Rafał, przestań! – powiedziałam stanowczo. Spojrzał na mnie zaskoczony, pytającym wzrokiem. – Stało się, nic na to nie poradzisz – odezwałam się spokojnie – ale jeżeli mamy razem „pracować” – powiedziałam z przekąsem – to nie możesz mnie zacząć unikać, a ja nie chcę między nami takiej dziwnej atmosfery. – Masz rację – westchnął chłopak – po prostu zjada mnie poczucie winy. Mogę ci chociaż postawić kawę na przeprosiny? Uśmiechnął się do mnie niepewnie, a ja skinęłam głową. – Chodźmy na tą kawę – stwierdziłam pogodnie. Siedzieliśmy wygodnie na kanapie w Coffee Haven popijając jesienną mieszankę kaw z papierowych kubeczków. Atmosfera między nami się rozluźniła. Rafał w końcu doszedł do siebie i śmiał się wesoło, zupełnie jak wcześniej. Po kawie zrobiliśmy największe w moim życiu zakupy. Poczułam jednocześnie ukłucie strachu i ulgę na myśl, że Sebastian wyraźnie planował ze mną jakąś dłuższą współpracę. Kiedy szliśmy w kierunku podziemnego parkingu, usłyszałam za sobą czyjeś wołanie. Odwróciłam się, żeby stanąć twarzą w twarz z rozanieloną Karoliną i jej dystyngowanie wyglądającą mamą. Niechętnie przedstawiłam im obładowanego zakupami Rafała. Po krótkiej, jednak dla mnie ciągnącej się w nieskończoność, rozmowie kontynuowaliśmy naszą wędrówkę do samochodu. Tym razem nie wsiedliśmy do czarnego volvo, a do wysłużonego, zielonego opla. Blondyn uśmiechnął się do mnie wesoło, wyraźnie dumny ze swojego samochodu, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że naprawdę lubię jego uśmiech. Z ulgą zdałam sobie sprawę, że mimo tego co się stało, w dalszym ciągu potrafię czuć się swobodnie w towarzystwie Rafała. Chłopak podwiózł mnie pod dom Marty, pomógł wypakować zakupy, pożegnał się ciepło i odjechał. Nie chciałam dawać Markowi powodów do jakiejkolwiek podejrzliwości, dlatego postanowiłam nie trzymać nowych rzeczy w domu. Zostawiłam wszystko u przyjaciółki i poszłam odwiedzić Julkę. Moja młodsza siostra była zdziwiona tym, że za każdą wizytą przynoszę jej jakieś drobne prezenty, a to czekoladę, a to pomarańczę, czasem jakiegoś miśka czy ubranie, ale przyjmowała wszystko ze słonecznym uśmiechem i oczami pełnymi szczęścia. Nie zadawała żadnych pytań, a ja sama nie miałam ochoty jej niczym martwić. Miała dość własnych problemów. Chociaż dzięki tym krótkim chwilą obie mogłyśmy być szczęśliwe. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Z Sebastianem spotykałam się trzy – cztery razy w tygodniu. Coraz częściej zabierał mnie na różnego rodzaju towarzyskie spotkania i przedstawiał wszystkim jako swoją dziewczynę, a ja starałam się wywrzeć na tych poważnych, elegancko ubranych ludziach jak najlepsze wrażenie. Zauważyłam, że chłopak doskonale się bawi, jakby kpiąc z nich wszystkich, przy użyciu mojej osoby. Zawsze po takich spotkaniach miał wyśmienity humor, jednak kiedy w jego niesamowitych, czekoladowych oczach nie było pożądania, widziałam w nich tylko lód. Wydawało mi się, że Sebastian planuje spełnić ze mną wszystkie swoje erotyczne fantazje. Czasami był czułym i niesamowitym kochankiem, innym razem traktował mnie jak lalkę. Zawsze jednak to on przejmował inicjatywę, mówiąc mi co mam dla niego zrobić. Nienawidziłam tych spotkań całą sobą, a jednocześnie zawsze nie mogłam doczekać się następnego. Było w nim coś dziwnego, coś co mnie do niego przyciągało. Tak upłynął mi koniec października i cały listopad. Z nadejściem grudnia jednak czekały mnie zupełnie nowe, niekoniecznie przyjemne niespodzianki. Był chłodny, grudniowy wieczór, kiedy po wizycie w szpitalu, stanęłam pod domem Marty. Kiedy zadzwoniłam do drzwi, otworzyła mi jej matka, ale zamiast uprzejmie zaprosić mnie do środka, spojrzała na mnie pełnym chłodu i niechęci wzrokiem. – Nie przychodź tu więcej – powiedziała zimnym tonem. – Nie chcę, żeby moja córka zadawała się z takimi jak ty! – oznajmiła stanowczo, po czym zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Wróciłam do domu z lśniącymi od powstrzymywanych łez oczami. Marka jak zwykle nie było. Zwinięta w kłębek położyłam się na swoim wytartym materacu. Przytuliłam do siebie miśka, którego dostałam na osiemnaste urodziny od Marty. Czy naprawdę tak ogromna część mojego świata legła dzisiaj w gruzach? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Nazajutrz w szkole, Marta dopadła mnie jeszcze przed lekcjami. Rzuciła mi się na szyję niemal mnie przewracając. – Emily! Tak strasznie cię przepraszam! Naprawdę bardzo! – wykrzyczała, a połowa idących po korytarzu ludzi odwróciła się w naszą stronę. – To wszystko moja wina! Stchórzyłam! Mama zabroniła mi się z tobą przyjaźnić, ale mam to gdzieś! Poza tym jestem pełnoletnia i nie obchodzi mnie jej zdanie! – Martuś, spokojnie – odezwałam się do przyjaciółki, odciągając ją na pustą i zupełnie spokojną klatkę schodową. – Co się właściwie stało? W duchu czułam jednak niesamowitą ulgę, że nie straciłam najlepszej przyjaciółki. Marta głęboko zaczerpnęła powietrza. – Moja matka, jak się okazuje nie jest taka głupia – powiedziała już znacznie ciszej dziewczyna. – Widziała jak Rafał podjeżdża po ciebie tym czarnym volvo, albo cię nim odwozi do mnie, zobaczyła ile nowych ciuchów i kosmetyków mam w pokoju i uznała, że się obie puszczamy, a ja jej powiedziałam, że to twoje i nie masz gdzie tego trzymać – niemalże jęknęła wypowiadając ostatnie słowa. – Emily! Tak bardzo cię przepraszam! Uśmiechnęłam się do niej ponuro. – Nie martw się, jakoś przeżyję, pod warunkiem, że dalej będziemy się przyjaźnić – stwierdziłam stanowczo. – Oczywiście, że będziemy! – znów wykrzyknęła Marta. – Nie mogłabym inaczej! Mimo nieprzyjemnej sytuacji, humor mi się znacznie poprawił. Po raz kolejny Marta dowiodła, że nie sposób się na niej zawieść. Zadzwonił dzwonek. Trzymając się za ręce, zupełnie jak pierwszoklasistki, poszłyśmy razem, przez zatłoczony korytarz, w kierunku lekcyjnej sali. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W piątek wieczorem po raz kolejny pojawiłam się w luksusowym mieszkaniu Sebastiana. Moje serce jak zwykle pędziło w pełnym galopie, a ja za każdym razem miałam nadzieję, że w końcu się do tych spotkań przyzwyczaję. Nie potrafiłam jednak i nie byłam przekonana czy kiedykolwiek będę w stanie. Rafał otworzył drzwi witając mnie przyjaznym uśmiechem. Zabrał ode mnie płaszcz i zaproponował, że zrobi coś do picia. – Sebastian jest zajęty, wypełnia jakieś dokumenty – oznajmił. – Da znać, jak skończy, a tymczasem ja się tobą zajmę, jeżeli nie masz nic przeciwko. Nie miałam, a wręcz odetchnęłam z ulga, że przynajmniej trochę odwlecze się nieuniknione. Rozmawialiśmy, jak zwykle bez skrępowania. Przez ten czas, zaczęłam go traktować jak przyjaciela, a nie zło konieczne jak w wypadku Sebastiana. Opowiedziałam mu to, co wydarzyło się w domu Marty, a on patrzył na mnie przepraszająco, swoimi cudownymi błękitnymi oczami. Chciał coś powiedzieć, ale przerwał w pół słowa. Mój wzrok powędrował w tę samą stronę co jego i spostrzegłam stojącego w drzwiach Sebastiana. Opierał się o framugę, słuchając naszej rozmowy, wyraźnie nie zamierzając nam przerywać. Zaczerwieniłam się wściekle. Wcale nie planowałam mu o tym opowiadać. Kiedy się jednak odezwał, mówił na zupełnie inny temat, co przyjęłam z prawdziwą ulgą, która jednak w błyskawicznym tempie przerodziła się w kompletne zakłopotanie. – Potrzebuję cię na cały weekend, Emilko – powiedział poważnym tonem. – Moi rodzice się już tyle o tobie nasłuchali, że muszę cię im w końcu przedstawić. Jedziemy jutro rano. Zdębiałam. Zamrugałam z niedowierzania. Co on znowu wymyślił? Jacy rodzice? – Jak to? – spytałam głupio. – Nie przejmuj się – powiedział, źle odczytując moje zaskoczenie. – Mój ojciec jest sędzią, matka sekretarką na emeryturze, to dla ciebie żadne towarzyskie wyzwanie. – Dokąd jedziemy? – spytałam zrezygnowana, dalej nie mając pojęcia dlaczego chce mnie przedstawiać sowim rodzicom. – Lipnik, taka niewielka wieś pod Krakowem – odpowiedział z drwiną w głosie. – Moi rodzice mają tam dom. Niepewnie skinęłam głową. Jak zwykle nie potrafiłam nadążyć za jego tokiem myślenia. Rafał wstał z kanapy. Pożegnał się i wyszedł z mieszkania. Od czasu, kiedy zobaczył mnie nagą w erotycznej pozycji, unikał jak ognia przebywania w tym samym miejscu co ja i Sebastian, podczas naszych spotkań. Wstałam z kanapy i podeszłam do ciągle stojącego w drzwiach mężczyzny. Oplotłam ramionami jego szyję, a on stanowczym gestem przyciągnął mnie do siebie. Lubił, kiedy przychodziłam do niego sama. Uwielbiał też pokazywać, że jest silniejszy. Natarczywie i dziko pocałował mnie w usta, a ja, podniecona z powodu samej jego bliskości, odwzajemniłam jego namiętny, długi pocałunek. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W sobotę rano wsiedliśmy do czarnego volvo i wyjechaliśmy za granicę miasta. Cieszyłam się, że część swoich rzeczy trzymam u Sebastiana, bo przynajmniej nie musiałam odwiedzać swojego mieszkania. Marek i tak nie zwróci uwagi, że mnie nie ma. Nigdy go specjalnie nie obchodziło co właściwie robię. Nawet nie zdziwiło go to, że od jakiegoś czasu nie brakuje nam jedzenia, a czynsz za mieszkanie płacony jest regularnie. Nie miałam jednak zamiaru z nim o tym dyskutować. Po godzinie zatrzymaliśmy się pod dużą, pomalowaną na biało willą. Dom był otoczony sadem, który ośnieżony przedstawiał sobą cudowny wręcz widok. Sebastian wyciągnął z bagażnika nasze rzeczy i bez pukania weszliśmy do środka. Z zainteresowaniem rozejrzałam się po domu. Był przytulnie urządzony i bardzo czysty. Przez myśl przeszło mi natrętnie, skąd Sebastian bierze pieniądze, bo taki dom, do osób ubogich raczej nie należał, ale na pewno nie był też domem milionerów. W korytarzu przywitała nas szczupła, wyjątkowo ruchliwa kobieta. Miała siwe, splecione w dobierany warkocz włosy. Nosiła zabawny, granatowy fartuch kuchenny, z napisem „Kiss the Cook”. Uśmiechała się pogodnie i sprawiała sobą bardzo przyjazne wrażenie. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie matkę Sebastiana. Kobieta uściskała mnie na powitanie jakbym była jej własną córką, a jej twarz promieniowała szczęściem. Potem zaprowadziła nas do przestronnej, ładnie urządzonej kuchni. Sebastian zniknął na chwilę z naszymi rzeczami, a potem wrócił i usiadł obok mnie na drewnianej, kuchennej ławie. Od niechcenia objął mnie ramieniem. Siedzieliśmy i piliśmy ciepłą herbatę, kiedy do pomieszczenia wszedł wysoki, potężnie zbudowany, starszy mężczyzna. Przywitał się ze mną serdecznie, a potem uściskał Sebastiana. Nie tak wyobrażałam sobie jego ojca. Po kim on do cholery odziedziczył ten drwiący, pogardliwy sposób bycia i to lodowato zimne spojrzenie? Rodzice Sebastiana okazali się być najmilszymi ludźmi na świecie. Przerzucali się drobnymi złośliwościami, ale widać było, że bawi to ich obydwoje. Sprawiali wrażenie zachwyconych moją skromną osobą i tym, że ich syn „wreszcie” przyprowadził do domu jakąś dziewczynę. Mimo, że kłóciło się to z moją moralnością i porządkiem świata, nareszcie zrozumiałam, dlaczego Sebastian postanowił mnie tu ze sobą przywieźć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem usiedliśmy wspólnie do kolacji. Mimo, że to wszystko było jedną wielką farsą, cieszyłam się z rodzinnej atmosfery, której tak bardzo brakowało mi w moim własnym, dość ponurym życiu. Ojciec Sebastiana co chwilę opowiadał jakieś dowcipy, natomiast jego matka zasypywała mnie dosłownie gradem różnych pytań. – Powiedz mi, gdzie studiujesz, Emilko? – zapytała pogodnie kobieta, od początku mówiła do mnie „na ty”, co przyjęłam z prawdziwą ulga. Chciałam powiedzieć, to co mówiłam wszystkim znajomym Sebastiana, chłopak jednak nie pozwolił mi dojść do słowa. – Emila kończy liceum – odpowiedział patrząc kobiecie w oczy – w marcu skończy dziewiętnaście lat. Zaskoczyło mnie, że powiedział matce prawdę, ale jeszcze bardziej zdziwiona byłam faktem, że pamiętał, kiedy mam urodziny. Kobieta przełknęła to jednak gładko, z pogodnym uśmiechem na twarzy. – Dobry wiek, sześć lat różnicy to nie taka znowu przepaść – roześmiał się tubalnie ojciec Sebastiana. – Moja Ewunia, jest ode mnie młodsza o osiem, a patrzcie jak się dobrze dogadujemy. – To dlatego, że mężczyźni się znacznie wolniej rozwijają psychicznie – docięła im obu matka Sebastiana. Roześmiali się obydwoje, a ja na twarzy siedzącego przy mnie chłopaka zauważyłam blady, ponury uśmiech. Potem kobieta zaczęła wypytywać mnie o moje zainteresowania i rodzinę. Tu miałam większy problem, ale skoro Sebastian zaczął od mówienia im przynajmniej większości prawdy, ja postanowiłam zrobić to samo. Opowiedziałam im o śmierci matki, chorobie mojej siostry i opiekującym się mną bracie. Mimo, że opisywałam wszystko w jak najweselszych barwach, wyglądali na odrobinę zmieszanych, jednak nie wydawali się być zaskoczeni. W końcu powiedzieliśmy sobie dobranoc. Sebastian wziął mnie za rękę i zaprowadził do przytulnego, położonego na drugim piętrze pokoju. – Wymyśliłaś bardzo barwną historyjkę – mruknął, kiedy wchodziliśmy po schodach. – Nie uważasz, że trochę przesadziłaś? – spytał. – Niczego nie wymyślałam – odpowiedziałam gniewnym głosem, bo z jakiejś przyczyny to, że mi nie uwierzył naprawdę mnie zabolało. Prychnął. Uśmiechnął się swoim kocim, drwiącym uśmiechem. Potem jednak odrobinę spoważniał. – Na co choruje twoja siostra? – spytał cicho. Nie chciałam mu odpowiadać. Miałam ogromną ochotę powiedzieć mu, żeby się odwalił, nie zrobiłam tego jednak. – Ma białaczkę – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Skinął tylko głową, nie zadając więcej pytań. Tej nocy nie uprawialiśmy seksu. Kiedy znaleźliśmy się w łóżku, Sebastian władczo przyciągnął mnie do siebie, mocno oplatając ramionami. Było mi przyjemnie. Czułam ciepło jego ciała. Miałam ochotę wtulić się  w niego najbardziej jak się da. Z całych sił walczyłam z ogarniającym mnie uczuciem, wpatrując się w zalewającą pokój ciemność grudniowej nocy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W poniedziałek na pierwszej lekcji Marta siedziała jak na szpilkach. Koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Roznosiło ją. Kiedy wreszcie wyszłyśmy z sali, natychmiast odciągnęła mnie do kąta. – Nie uwierzysz co się stało! – powiedziała pełnym entuzjazmu głosem. – W sobotę był u mnie Rafał! Nawet nie wiesz, w jakim szoku byłam, kiedy stanął w moich drzwiach! – Rafał? – spytałam zaskoczona. – Czego on od ciebie chciał? Marta posmutniała odrobinę, ale po krótkiej chwili na jej twarzy na powrót zagościł rozanielony uśmiech. – Nie ode mnie chciał! Poprosił o możliwość rozmowy z moją mamą! – oznajmiła podekscytowana. – Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, byłam strasznie zdziwiona! A on przedstawił się mojej mamie grzecznie, powiedział, że jest studentem AWF’u, pokazał jej nawet legitymację… a potem oznajmił, że jest twoim chłopakiem i może nie jest zbyt bogaty, a jak przyjeżdża volvo, to tylko dlatego, że szef mu pożyczył, ale ponieważ pracuje dorywczo to kupuje ci czasem prezenty, bo to mu sprawia przyjemność! Powiedział, że pochodzisz z nie za bogatej rodziny i ciebie samej nie byłoby na to stać, a on lubi patrzeć jak się uśmiechasz! Potem zapytał mojej mamy, czy naprawdę widzi w tym coś złego! – mówiła bardzo szybko, robiąc przerwy jedynie na to, żeby nabrać tchu. – Nawet nie wiesz, jakiego buraka puściła moja matka! Musisz dzisiaj do mnie przyjść! On chce cię sama oficjalnie przeprosić! Nie mogłam uwierzyć w to co mówiła Marta. Brzmiało tak bardzo zaskakująco i surrealistycznie! Skąd Rafałowi przyszedł do głowy ten pomysł? Pomyślałam także o czymś innym. – Martuś, to wszystko pięknie, ale ja nie mogę – westchnęłam. – Przecież doskonale wiesz, że twoja matka miała rację… – Bzdury gadasz! To ja cię do tego namówiłam, to był mój pomysł! – oznajmiła pewnym głosem. – Więc to, że to robisz to tak jakby moja wina. Poza tym znam cię Emilko! Ty masz w głębokim poważaniu, to że dostałaś nowe ubrania, dla ciebie ważne jest to, że masz z czego utrzymać siostrę i brata. Mam rację? – Masz – odpowiedziałam cicho, dalej nie będąc przekonaną, czy powinnam się pokazywać jej mamie na oczy. – Poza tym on się w tobie buja! – oznajmiła stanowczo. – Kto? – zapytałam zaskoczona zmianą tematu. – No jak to kto? Rafał oczywiście! – powiedziała z pełnym przekonaniem. – Inaczej czemu miałby się zdobyć na coś takiego? Uśmiechnęłam się do niej wesoło. Moja przyjaciółka zawsze miała zbyt bujną wyobraźnię. – Martuś, pragnę ci przypomnieć, że sypiam z jego szefem – powiedziałam ironicznym tonem. – To wyklucza jakiekolwiek uczucia między nami. Kiedykolwiek. – Jak sobie chcesz – oznajmiła spokojnie Marta, ale w jej oczach widziałam, że nie zamierza odpuścić, w myślach z pewnością zaplanowała nam już ślub, a potem biały domek z ogródkiem, żółtego labradora i całą gromadkę rozbrykanych dzieci. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ .           Zaczynała się druga połowa grudnia. Stałam zupełnie naga, z potarganymi włosami i nienawistnym wzrokiem patrzyłam na Sebastiana. To był pierwszy raz, kiedy postanowiłam mu się otwarcie sprzeciwić. Jeżeli nie będzie chciał mnie więcej widzieć, trudno! Święta były dla mnie zbyt ważne. – Nigdzie nie pojadę! – powiedziałam po raz trzeci tego ranka. – Nie w czasie Bożego Narodzenia! Chłopak w dalszym ciągu wyglądał na ogromnie zaskoczonego moim sprzeciwem. Uważał, że przedstawił mi naprawdę niezłą ofertę. Mieliśmy polecieć samolotem do Włoch na prawie dwa tygodnie. Wigilia, Boże Narodzenie, a potem Sylwester. – Dlaczego nie chcesz jechać? – zapytał. – Przecież to tylko głupie Święta! Czemu tak bardzo ci zależy? – Boże Narodzenie się spędza z rodziną! – niemal krzyknęłam, nie potrafiąc powstrzymać swojego rozgoryczenia i irytacji. To mogły być ostatnie Święta Julki, każdy kolejny rok mógł być dla niej ostatnim. – Z osobami, które się kocha! Sebastian spochmurniał. Spojrzał na mnie wyzywająco. Chciał coś powiedzieć, ale potem jakby zmienił zdanie. – Ok. porozmawiamy o tym później – oznajmił pełnym goryczy głosem. – Zmywaj się do szkoły. Pozbierałam porozrzucane po podłodze ubrania i ciągle zdenerwowana wymknęłam się do łazienki. Byłam przekonana, że Sebastian wcale nie odpuścił. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wieczorem siedziałam z Rafałem w ozdobionym świątecznymi dekoracjami centrum handlowym. Piliśmy kawę z cynamonem. Chłopak nalegał na spotkanie. Powiedział, że to ważna i pilna sprawa, a ja, mimo, że wiedziałam dokładnie o co chodzi, spotkałam się z nim niechętnie, nie chcąc mu narobić dodatkowych kłopotów. – Sebastianowi zależy na tym wyjeździe – powiedział cicho blondyn, nie patrząc na mnie. – Kazał mi cię przekonać. – Skoro mu tak zależy, to niech jedzie sam! – starałam się mówić spokojnie, pamiętając, że przecież rozmawiam z niczego nie winnym Rafałem, a nie, sprawcą wszelkiego zła na świecie, Sebastianem. – Nie wiem o co chodzi – przyznał szczerze chłopak – ale naprawdę mu zależy, żebyś tam z nim była. – Niech on do cholery zrozumie, że mam rodzinę, z którą planuję spędzić święta! – syknęłam. – Dlaczego to do niego nie może dotrzeć? Jeżeli nie rozumie to trudno, zawsze może przestać mi płacić i ma mnie z głowy. – Problem w tym – powiedział cicho Rafał – że on nie chce się ciebie pozbywać. Pasujesz mu – oznajmił. – Dlatego, mam ci przedstawić pewną ofertę, która pewnie będzie dla ciebie nie do odrzucenia – westchnął odwracając ode mnie wzrok. Poczułam jak przechodzą mnie ciarki. Ani odrobinę nie spodobały mi się słowa Rafała i wcale nie chciałam wiedzieć, co wykombinował Sebastian, żeby dopiąć swego. – Słucham – powiedziałam niechętnie. Chłopak podniósł z podłogi skórzaną teczkę. Wyciągnął z niej jakieś dokumenty, a potem niechętnie przesunął je do mnie po blacie stołu. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wzięłam do ręki spięte razem kartki. Przeleciałam dokument wzrokiem, a potem zaczęłam czytać. Była to lista jakiejś fundacji. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens wyczytanych słów. To była fundacja, finansująca leczenie dzieci chorych na raka. Na liście, na pierwszym miejscu do przeszczepu szpiku, widniało imię: Julia Sadowska. Zadrżały mi dłonie. Do oczu napłynęły łzy. Nie rozpłakałam się jednak. Nadzieję i radość, wypchnęły z moich myśli gniew i nienawiść. To był zwyczajny szantaż! Spojrzałam pytająco na Rafała. Czekałam na potwierdzenie moich domysłów. – Jeżeli z nim pojedziesz – powiedział cicho chłopak – fundacja zajmie się leczeniem twojej siostry. Sfinansują całość. – A co jeżeli nie pojadę? – spytałam gorzko. Rafał ze spuszczoną głową wpatrywał się w swoje dłonie. Milczał. Gwałtownie zerwałam się od stolika. Nie wiedziałam co zrobić z całą swoją złością i żalem. Chłopak także wstał. Podszedł do mnie i objął ramionami. Przytulił mnie do siebie czule. Wtuliłam twarz w jego sportową bluzę. Delikatnie gładził moje włosy. – Będzie dobrze – powiedział cicho. – Nienawidzę go! Podły szantażysta! – szepnęłam stłumionym głosem. – Tak bardzo go nienawidzę! ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Marek był niezadowolony, że nie spędzę wigilii z nim i z Julką, ale przyjął moje mętne  tłumaczenie, że chcę ją spędzić z chłopakiem. Moja siostra jednak zareagowała na to znacznie gorzej. Nie robiła mi wyrzutów, nie protestowała, po prostu zaczęła płakać. Kiedy ze ściśniętym sercem wychodziłam z jej szpitalnego pokoju, w oczach w dalszym ciągu miała łzy. W czwartek, dwudziestego trzeciego grudnia, Rafał odwiózł nas na lotnisko. Za każdym razem kiedy widziałam Sebastiana, ręce same zaciskały mi się w pięści, w bezsilnym gniewie. Nie sądziłam, że będę kiedykolwiek w stanie tak bardzo nienawidzić drugiego człowieka. On tylko patrzył na mnie niechętnie, pochmurnym wzrokiem, od czasu do czasu uśmiechając się drwiąco, jakbym to ja zrobiła coś złego. W samolocie nie odezwał się do mnie ani słowem, a ja byłam mu za to naprawdę wdzięczna. Z lotniska pod Wenecją odebrał nas kierowca. Dalej jechaliśmy luksusowym samochodem. Po niecałej godzinie, znaleźliśmy się w pięciogwiazdkowym hotelu. Sebastian zaprowadził mnie do pokoju, a potem nie powiedziawszy ani słowa, zostawił samą. Odetchnęłam z ulgą. Rozpakowałam swoje rzeczy, wzięłam długi, gorący prysznic i przebrałam się w świeże, czyste ubranie. Nie zamierzałam spędzić całego dnia zwiedzając hotelowy pokój. Wzięłam ze stolika służącą do otwierania drzwi kartę magnetyczną i wyszłam na korytarz. Zostawiłam ją w recepcji i wymknęłam się z hotelu, w popołudniowe, zimowe powietrze. Podczas gdy w Polsce zalegały tony śniegu, tutaj temperatura była dodatnia, a na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury. Z hotelu udałam się na plac Świętego Marka, a potem oglądałam świątecznie ozdobione wystawy sklepów. Gdyby nie podła sytuacja w jakiej się znalazłam, z pewnością wzbudziłyby mój niekłamany zachwyt. Kiedy wracałam do hotelu było już naprawdę ciemno. Idąc spacerowym krokiem podziwiałam poumieszczane na mostach i latarniach dekoracje świąteczne pływającego miasta. Kiedy wróciłam do naszego pokoju, Sebastian już tam czekał. Spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem. – Gdzieś ty do cholery była? – warknął. – Zwiedzałam miasto – odpowiedziałam spokojnie mimo strachu jaki odczuwałam przed tym mężczyzną. Bardzo nie spodobał mi się jego ton. – Nie jesteś tu na wycieczce – oznajmił patrząc na mnie z pogardą. – Chyba wystarczająco dużo zapłaciłem ci za ten wyjazd? Spojrzałam w jego lodowato zimne, czekoladowe oczy. – O tak, aż nadto – odpowiedziałam ponuro. – W takim razie, skoro się zgadzamy, bądź tak dobra i, zgodnie z umową, poudawaj zakochaną we mnie dziewczynkę – odezwał się drwiąco, tym razem w jego głosie nie było jednak wściekłości, a raczej coś przypominającego rozczarowanie. – Nie martw się o to – powiedziałam cicho – w udawaniu, że cię lubię jestem naprawdę dobra. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Cały wieczór spędziliśmy w hotelowym pokoju. Sebastian położył się na łóżku. włączył telewizor i oglądał jakiś włoski program, z którego nic nie rozumiałam. Sama usiadłam na fotelu i wyciągnęłam szkicownik. Nie miałam takiego talentu, jak moja siostra, ale był to całkiem niezły sposób na zabicie czasu. Rysowałam, słuchając włoskiego speakera. Po głowie snuły mi się jedynie ponure myśli. Czy tak miały wyglądać całe moje święta? Po jakimś czasie zaczęłam ziewać. Złożyłam szkicownik i zniknęłam za drzwiami łazienki. Kiedy wróciłam, umyta i przebrana w kusą nocną koszulkę, zastałam Sebastiana bawiącego się moim telefonem. Poczułam jak na policzki wpełzają mi gniewne rumieńce. Dlaczego ten przeklęty facet naruszał moją prywatność? Mężczyzna spojrzał na mnie bez skrępowania. Odłożył telefon na nocną szafkę. – Czemu masz tylko trzy numery? – spytał z zainteresowaniem. Nie widziałam potrzeby wpisywać kogoś więcej niż jego, Rafała i Martę. Wcześniej doskonale radziłam sobie bez telefonu i wcale nie paliło mi się do tego, żeby to zmieniać. – To przecież „służbowy” telefon – odparłam chłodno – po co miałabym mieć więcej? – Jak chcesz  – niedbale wzruszył ramionami. – To twoja sprawa. Przezwyciężając swoją niechęć położyłam się na brzegu szerokiego łóżka, które zajmował Sebastian. Wsunęłam się pod miękką kołdrę. Mężczyzna wstał, wyłączył telewizor i zniknął w łazience. Zamknęłam oczy i skuliłam się na boku. Po krótkiej chwili Sebastian wrócił, zgasił światło i położył się za moimi plecami, wślizgując pod kołdrę. Przysunął się bardzo blisko, zbyt blisko! Czułam ciepło jego nagiego ciała. Jego sztywny członek ocierał się o moje pośladki. Zadrżałam. Myślałam, że chociaż dzisiaj, kiedy jest na mnie taki wściekły, odpuści. On widocznie jednak myślał zupełnie inaczej. Ręce mężczyzny błądziły po moim, ciągle wilgotnym, po niedawnym prysznicu ciele. Wsunęły się pod moją nocną koszulę, dotykając piersi. Potem zjechały niżej, podważając delikatną tkaninę majtek. Nie zdejmował ich ze mnie, tylko podciągnął tak, że dolny pasek wpił się w moją szparkę. Jęknęłam. Zamknęłam oczy. Poczułam na szyi jego nachalne pocałunki. Kiedy uznał, że jestem wystarczająco wilgotna, odwrócił mnie na plecy, rozsunął mi nogi i po prostu we mnie wszedł. Prezerwatywę musiał nałożyć jeszcze w łazience, bo teraz nie zrobił ani chwili przerwy. Czułam się paskudnie. Bawił się mną, jakbym była lalką. Ale przecież taki był i tylko do tego mnie potrzebował, a ja o tym doskonale wiedziałam od samego początku, więc dlaczego wszystko w moim środku chciało wyć? Czemu ciągle spodziewałam się po nim czegoś zupełnie innego? Tym razem nie obchodziło go, żeby mi sprawić przyjemność. Kiedy skończył, po prostu ze mnie wyszedł. Zdjął z lekko opadającego już członka pełną prezerwatywę, zawiązał ją w supeł i odrzucił na podłogę, potem wciągnął na siebie czarne bokserki, rozwinął leżący w nogach łóżka koc i nakrył się nim zostawiając mi kołdrę. Przynajmniej dłużej nie musiałam go dotykać. Dopiero teraz, gdy było już po wszystkim, w oczach stanęły mi łzy. Moje życie wydawało się stawać coraz bardziej ponure i paskudne. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W wigilię Sebastian zostawił mnie na cały dzień samą, wysyłając do hotelowego salonu piękności. Przecierpiałam ten czas nudząc się w samotności. Nie znałam włoskiego i nie byłam nawet w stanie porozmawiać z zajmującymi się mną kobietami. Pod wieczór do pokoju hotelowego przyniesiono mi suknię. Była naprawdę piękna. Miała prosty krój i sięgała niemal do ziemi, mieniła się odcieniami srebra i szarości. Sebastian przyszedł po mnie tuż przed dziewiętnastą. Zapiął mi na szyi delikatny, srebrny naszyjnik, ozdobiony kwiatami, które miały drobniutkie, szafirowe płatki. Owinęłam ramiona cienkim, srebrzystym szalem i wspólnie zeszliśmy na dół, do ozdobionej zimowymi motywami, balowej sali. Na szczęście przynajmniej tutaj większość gości mówiła w języku Polskim. Szłam wtulona w ramię Sebastiana uśmiechając się uprzejmie do każdego kto na mnie spojrzał. Nie starałam się nawet zapamiętać nazwisk przedstawianych mi ludzi. Rozmyślałam o Julce i Marku, którzy zostali w domu. Zastanawiałam się nad tym, jak spędzają wigilię i czy bardzo im mnie brakuje. Moje własne serce płakało z tęsknoty za nimi. Nie mogłam się pogodzić z tą cholerną niesprawiedliwością. Przecież były święta! W pewnym momencie poczułam, że po prostu musze się wyrwać z atmosfery otaczającego mnie splendoru i wesołości. Chciałam znaleźć się gdziekolwiek indziej, chociaż na krótką chwilę. Przeprosiłam Sebastiana, wymówiwszy się toaletą. Poszłam tam, mając nadzieję, że tym razem nie spotkam jakiejś zawodowej plotkary. Stałam przed lustrem, próbując uspokoić mój skręcający się w supeł żołądek. Marzyłam o tym, żeby przestać czuć targające mną gniew i rozpacz. Chciałam się uspokoić i stać zupełnie martwa w środku. Do toalety weszły dwie, młodo wyglądające, rozchichotane dziewczyny. Popatrzyły na mnie z wyższością, a potem jedna z nich, mocno opalona szatynka zatrzymała się bezpośrednio przede mną. – Skąd to masz? – spytała oskarżycielsko, pełnym zawiści tonem, wskazując na zdobiący moją szyję wisiorek. O co tej dziewczynie chodziło? Nie miałam zamiaru robić sobie kolejnych, bezsensownych wrogów. – Dostałam od Sebastiana – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wcale nie będąc pewna czy taka odpowiedź usatysfakcjonuje szatynkę. Dziewczyna zgrzytnęła zębami, a w jej oczach zapłonął ogień. – Jesteś partnerką Sebastiana Blake’a? – zapytała przyglądająca się nam z boku, blond włosa dziewczyna. – Tak – odpowiedziałam po prostu – a konkretniej jego dziewczyną – dodałam tak jak kazał mi mówić. Szatynka prychnęła, mrużąc nieprzyjaźnie oczy. – To miało należeć do mnie – powiedziała niemal z gadzim sykiem. Świetnie, chętnie bym jej oddała naszyjnik i wszystko inne, byleby tylko się ode mnie odczepiła, nie sądziłam jednak, żeby tak naprawdę stanowił moją własność. – Andżelika jest narzeczoną Sebastiana – powiedziała nieprzyjemnym głosem blondynka. – Chyba ex-narzeczoną – prychnęłam zarówno wkurzona jak i odrobinę rozbawiona sytuacją. – Mieszkam z nim prawie od pół roku i jakoś nigdy nawet o niej nie wspomniał. Ogólnie niewiele rozmawialiśmy. Uprawialiśmy seks, za który na dodatek mi płacił, a do tego jedynym uczuciem jakie do niego żywiłam, była nienawiść w czystej postaci, ale tego przecież Andżelika nie musiała wiedzieć. Wyminęłam obie, wpatrujące się we mnie z wrogością dziewczyny i wyszłam z toalety. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy znalazłam Sebastiana, rozmawiał z jakimiś ludźmi. Podeszłam do niego, a on przyciągnął mnie do siebie obejmując ramieniem. Przedstawił mnie wszystkim, a potem przeprosił i odeszliśmy na bok. – Gdzie zniknęłaś na tak długo? – spytał z naganą w głosie. – Spotkałam Andżelikę – odpowiedziałam z niejaką satysfakcją. Oczy Sebastiana pociemniały. Po chwili jednak uśmiechnął się kocim uśmiechem. – Co ci ciekawego powiedziała? – zapytał. – Oznajmiły mi, ona i jej przyjaciółka, że Andżelika to twoja narzeczona – odpowiedziałam zrezygnowana. – A co ty na to? – zainteresował się Sebastian. – Odpowiedziałam im, że jestem twoją dziewczyną, mieszkam z tobą od pół roku i nigdy nawet o niej nie wspominałeś – westchnęłam. – A potem sobie poszłam. Uśmiech na twarzy mężczyzny stał się jeszcze szerszy. Jego oczy jednak jak zwykle pozostały zimne. – Dobrze zrobiłaś – stwierdził. – Po to chciałeś, żebym tu przyjechała? – spytałam nie potrafiąc ukryć goryczy. – Dlatego mi dałeś ten naszyjnik? Chciałeś, żeby była zazdrosna? – Tak – odpowiedział po prostu Sebastian, pełnym satysfakcji głosem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Staliśmy przy suto zastawionym szwedzkim stole, a ja z minuty na minutę coraz bardziej musiałam ze sobą walczyć, żeby się nie odsunąć od obejmującego mnie ramieniem Sebastiana. Ten mężczyzna był skończonym, wyrafinowanym dupkiem! Czułam do niego nienawiść i pogardę, czułam je też do siebie samej. To się musiało skończyć! I skończy się, powtarzałam sobie w myślach, jak tylko Julka będzie zdrowa. Zdziwiłam się, kiedy podeszły do nas Andżelika z przyjaciółką. Szatynka uśmiechała się zalotnie. Zaczęło mnie zastanawiać co właściwie zaszło między nią, a Sebastianem. Miałam szczerą nadzieję, że się pogodzą. Obydwoje byli siebie warci. – Sebastian, kochanie, mogę cię na chwilę prosić? – zaczęła mówić słodkim głosem. Nie czekając na odpowiedź chłopaka, wzięła go pod rękę i odciągnęła na bok, a ja zostałam sam na sam z blondynką. Andżelika uśmiechała się zalotnie coś szepcząc do Sebastiana. Wpatrywał się w nią w milczeniu. W końcu wsunęła mu do kieszeni marynarki kartę magnetyczną i dalej do niego mówiła z coraz szerszym uśmiechem na ustach. – Wiesz dziewczynko, żal mi ciebie – powiedziała rozbawionym, ociekającym samozadowoleniem tonem blondynka. – Twój „chłopak” jest bez pamięci zakochany w Andżelice. Od zawsze tak było, a ona postanowiła go odzyskać.  Sądzę, że pójdzie dzisiaj do niej w nocy, a ty zostaniesz zupełnie sama. Twarz Sebastiana ozdobił szeroki uśmiech. Powiedział coś do Andżeliki równie cicho, co wcześniej ona do niego. Policzki szatynki stały się niemal purpurowe. Zatrzepotała zalotnie długimi rzęsami. Potem Sebastian podszedł do mnie i rozpiął wiszący na mojej szyi wisiorek. Teraz ja poczułam, jak moje policzki zaczynają płonąć żywym ogniem. – Ani słowa – wyszeptał mi do ucha. Wrócił do Andżeliki i założył jej naszyjnik. Z jego twarzy ani na chwilę nie schodził zadowolony, koci uśmiech. Wyszeptał do szatynki kilka słów, a ona spłoniła się jeszcze bardziej. Podeszła do blondynki, która co chwilę patrzyła ku Sebastianowi zadowolonym wzrokiem, wzięła ją pod ramię i razem wyszły z pełnej bawiących się gości sali. Kiedy chłopak wrócił do mnie, z jego twarzy ani na chwilę nie znikał pełen samozadowolenia, koci uśmiech. Upokorzenie paliło mnie żywym ogniem. Żołądek miałam ściśnięty w mocny supeł. Jak niewiele o sobie wiem! Naprawdę nie sądziłam, że będę w stanie go jeszcze bardziej nienawidzić! To była najgorsza wigilia w moim życiu, nigdy jeszcze nie przeżyłam większego koszmaru. – Zmywamy się stąd – oznajmił cicho. – To wszystko co tu chciałem załatwić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Kiedy tylko wróciliśmy do hotelowego pokoju, on prawie natychmiast z niego wyszedł, zostawiając mnie samą. Szybko przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Mimo całej mojej nienawiści do Sebastiana, nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu mnie tu zostawił. Długo w nocy nie mogłam zasnąć, a on ciągle nie wracał. Z jakiejś przyczyny zbierało mi się na mdłości na myśl o nim i Andżelice. Dotykał jej tak jak mnie, całował i z pewnością nie traktował tej dziewczyny jak jakiejś zabawki. Nie, tak jak powiedziała blondynka, był w niej zakochany i tylko to miało dla niego znaczenie. Wiedziałam, że to koniec naszej znajomości, ale zamiast ulgi, którą powinnam poczuć, odczuwałam jedynie ból, rozgoryczenie i żal. Kiedy tylko pomyślałam o zadowolonej z siebie, patrzącej na mnie z pogardą Andżelice, zalała mnie niewytłumaczalna, monstrualna fala zazdrości. Zasnęłam dopiero nad ranem, a kiedy się obudziłam jego w dalszym ciągu nie było. Umyłam się, ubrałam i usiadłam na łóżku bez zainteresowania oglądając jakąś włoską bajkę w telewizji. Sebastian wrócił dopiero koło dziesiątej. Nie miał na sobie marynarki, jego koszula była wymięta i pachniało od niego alkoholem, ale na jego twarzy, mimo wyraźnego zmęczenia, w dalszym ciągu gościł ten paskudny, koci uśmiech samozadowolenia. – Możesz robić co chcesz – powiedział zamykając za sobą drzwi. – Bylebyś wracała na noc. Nie martw się, mnie i tak tu nie będzie – oznajmił zmęczonym głosem, po czym zniknął za drzwiami łazienki. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie miałam zamiaru czekać aż wyjdzie. Chwyciłam swoją torbę i wymknęłam się cicho z hotelowego pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Dni spędzałam samotnie snując się po Wenecji, a nieprzespane noce wpatrując się w sufit. To były dla mnie naprawdę smutne święta. Sebastiana nie widywałam wcale. Pojawił się dopiero ostatniego dnia grudnia. Było koło siedemnastej, kiedy wszedł do pokoju. Siedziałam na łóżku i przeglądałam jakieś kolorowe, włoskie czasopismo. Syknął na mój widok. – Czemu jesteś jeszcze nie gotowa? – niemalże warknął. Spojrzałam na niego pytająco. – Gotowa na co? – zapytałam cicho. – Przecież idziemy na sylwestra! – oznajmił zdenerwowanym głosem. – Miała po ciebie przyjść stylistka. – Nie było mnie tutaj – powiedziałam. – Od rana chodziłam po Wenecji, wróciłam dopiero przed chwilą. Po co mam iść tam z tobą? – Bo nie mogę się tam pokazać sam! – warknął teraz już naprawdę rozwścieczony. – Niewystarczająco ci za to zapłaciłem? Kiedy wrócimy do Polski, możesz sobie robić co chcesz, ale dopóki jeszcze jesteśmy tutaj, ciągle pracujesz dla mnie! Spojrzałam na niego smutnym wzrokiem. Nie zostało już we mnie ani odrobiny wcześniejszego gniewu. Teraz czułam w sobie jedynie upragnioną pustkę. – Tak, zapłaciłeś wystarczająco – odpowiedziałam cicho i wyszłam z pokoju, żeby poszukać zaginionej stylistki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Bal sylwestrowy był organizowany za miastem, w domu przypominającym raczej pałac niż willę. Rozległe tereny wokół ozdobione były barwnymi lampionami. Na stołach stało wino, a na kryształowych paterach leżały wszystkie rodzaje egzotycznych owoców jakie tylko mogłam sobie wymarzyć. Twarz trzymającego mnie pod ramię Sebastiana była nieprzeniknioną maską. Z zainteresowaniem rozglądałam się dookoła, ale wśród tłumu gości, nigdzie nie dostrzegłam ciemnych włosów Andżeliki. Czyżby jej tu w ogóle nie było? Może miała jakieś inne plany i dlatego Sebastian musiał zabrać mnie? Nie chciałam się tym dłużej zadręczać. Odrętwiała w środku, nie czując już właściwie niczego, towarzyszyłam Sebastianowi na wystawnym, sylwestrowym balu, uśmiechając się sztucznym, wypracowanym uśmiechem. Następnego dnia mieliśmy wracać do Polski, a tam mój koszmar miał się wreszcie skończyć. Nie rozumiałam jedynie dlaczego, mimo wszystko, na myśl o tym, że już nigdy więcej nie zobaczę Sebastiana, na nowo w moim sercu rodził się ból. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia wróciliśmy do domu. W Polsce prószył biały, lepki śnieg. Kiedy wysiedliśmy z samolotu, na Krakowskim lotnisku, Rafał już na nas czekał. Sebastian kazał mu odwieść mnie do domu, a sam został w bagażowej hali. – Jak było? – zapytał ponuro uśmiechnięty Rafał, kiedy znaleźliśmy się w czarnym samochodzie. – Nie pytaj – westchnęłam cicho. – Aż tak źle? Przykro mi Emilko… – powiedział cicho. Zdziwiłam się, kiedy zamiast pojechać prosto do domu, zatrzymał samochód na jakimś położonym na uboczu parkingu. – O co chodzi? – zapytałam cicho. – Emilko, chciałem z tobą porozmawiać… – wyszeptał. – Nie musisz już dla niego pracować. Proszę, nie rób tego więcej. Zdziwiły mnie słowa Rafała. Nie miałam pojęcia, dlaczego chłopak to mówił. Nie zamierzałam dłużej mieć nic wspólnego z Sebastianem, ale co miało to wspólnego z Rafałem? – Dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc. – Przez cały czas, kiedy cię nie było coś zżerało mnie od środka – westchnął chłopak. – Nie mogłem znieść myśli o tobie i o nim razem. Niemal od początku tego nie wytrzymywałem. Kocham cię, Emilko – wyszeptał, a kiedy nic mu nie odpowiedziałam, jedynie patrząc szeroko rozwartymi ze zdumienia oczami, pochylił się ku mnie i pocałował mnie w usta. Odepchnęłam go od siebie gwałtownie. Spojrzał na mnie zaskoczony. Potem w jego oczach zobaczyłam zawód. – Rafał… stałeś się moim przyjacielem – powiedziałam cicho. – Naprawdę bardzo cię lubię, ale nic takiego do ciebie nie czuję. Przepraszam… – Rozumiem – westchnął cicho chłopak, odwracając wzrok. – Jeżeli cię to pocieszy – powiedziałam patrząc w zaśnieżone okno – nie będę już dla niego pracowała. Nigdy więcej nie będę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rafał odwiózł mnie do domu, odprowadzając smutnym wzrokiem. Nie pozwoliłam mu się odprowadzić pod drzwi, mimo, że bardzo na to nalegał. Moja torba nie była zbyt ciężka, więc bez problemu zaniosłam ją do mieszkania. Kiedy weszłam do środka, mój brat siedział przy kuchennym blacie. Wdychał do nosa jakiś biały proszek. – Marek, miałeś z tym skończyć! – krzyknęłam od wejścia. Mój brat gwałtownie wstał. W jednej chwili znalazł się przy mnie. W jego nienaturalnie rozszerzonych źrenicach widziałam wściekłość. – Tak? Jak miałem skończyć z narkotykami, jak ty się zaczęłaś puszczać za pieniądze dziwko! – warknął. – Marek, ja… – zaczęłam odrobinę mniej pewnie. Uderzył mnie w twarz. Odepchnęłam go od siebie. Przytrzymał mnie za ręce. Uderzył drugi raz, tak, że tym razem upadłam na podłogę. – Skąd wziąłeś na to pieniądze? – zapytałam cicho, ale z góry znałam już na to pytanie odpowiedź. – Były schowane pod twoim materacem. Domyśliłem się skąd je masz – warknął. – Ty draniu! – krzyknęłam. – To były pieniądze na czynsz i jedzenie! Odkładałam je na powrót Julki! Jak mogłeś je wydać na to świństwo?! – Julka do nas nie wróci, nie rozumiesz, że ona nie wyzdrowieje? – syknął. – Wyzdrowieje – odpowiedziałam cicho – zajmie się nią fundacja. W połowie stycznia będzie miała przeszczep. – Co? – spojrzał na mnie szeroko otartymi oczami, jakby nie do końca dotarło do niego to co powiedziałam. – To, cholerny kretynie, że nie mam pojęcia z czego teraz będziemy żyć! – wrzasnęłam ze łzami w oczach. Marek wyminął mnie i wyszedł z mieszkania, wściekle trzaskając drzwiami. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Siedziałam na podłodze, chowając twarz w dłoniach. W moich oczach lśniły z trudem powstrzymywane łzy. Czemu nigdy nic nie mogło pójść dobrze? Wstałam i podeszłam do kuchennego blatu, na którym ciągle leżał woreczek z białym proszkiem. Zamknęłam go szczelnie i wzięłam do ręki. Od września udało mi się odłożyć ponad osiem tysięcy, a on to wszystko wydał na ten głupi mały woreczek? A może gdzieś było tego więcej? Stałam wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Potem okazało się, że jednak może być jeszcze gorzej. Gwałtownie otwierając drzwi, do mojego mieszkania wpadła policja. Mężczyzna w rękawiczkach wyjął mi z ręki woreczek. Policjanci skuli mi ręce kajdankami. – Gdzie jest Marek Sadowski? – zapytał jeden z nich. – Nie wiem – odpowiedziałam patrząc na nich przerażona. Zaprowadzili mnie do samochodu i odwieźli na komisariat. Ze spuszczoną głową siedziałam na drewnianym, twardym krześle. Dookoła mnie chodzili jacyś ludzie. Zadawali pytania, na które nie znałam odpowiedzi. – To znaleziono przy niej – usłyszałam dochodzący z korytarza beznamiętny głos. Do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Kiedy podniosłam głowę, całe moje ciało przeszyła lodowata, nieprzyjemna błyskawica. Jednym z nich był człowiek, w rękawiczkach, który odebrał ode mnie woreczek, a drugim… drugim był Sebastian! Wpatrywał się we mnie zaskoczonym wzrokiem. Spojrzałam na niego błagalnie, zupełnie jakbym wierzyła, że może mi jakoś w tej sytuacji pomóc. Wyglądał jakby nad czymś rozmyślał. Obrzucił mnie jednocześnie pogardliwym i gniewnym wzrokiem, a potem jego ponury wyraz twarzy zmienił się w zacięty i stanowczy. Znałam go już na tyle, żeby wiedzieć, że właśnie powziął jakąś nieodwołalną, ostateczną decyzję. Sebastian wyjął z ręki drugiego mężczyzny przezroczysty worek, w którym znajdował się trzymany wcześniej przeze mnie woreczek z białym proszkiem. Otworzył go i wyjął ten mały ze środka, potem przesypał substancję do większego i oddał go drugiemu mężczyźnie. Tamten patrzył na niego szeroko rozwartymi ze zdumienia oczami, jednak zachował milczenie. Sebastian, z kieszeni spodni wyciągnął zapalniczkę. Podszedł do znajdującego się w rogu pomieszczenia niewielkiego zlewu. Położył w nim woreczek, a potem podpalił go zapalniczką. Plastik zaczął się gwałtownie topić, aż została z niego jedynie ciemna, brzydka smuga. Potem brutalnie chwycił mnie za ramię, podnosząc z krzesła, a ja oszołomiona stanęłam przy nim. – Tej dziewczyny tu nigdy nie było – powiedział cicho, do stojącego z głupią miną mężczyzny. – Dopilnuj, żeby jej nazwisko nie widniało w żadnych dokumentach. Odwdzięczę się jakoś za to. Ten w rękawiczkach niepewnie skinął głową, a Sebastian popchnął mnie w kierunku drzwi. Wyszliśmy przed komisariat przez nikogo nie zatrzymywani. Zobaczyłam na parkingu czarne volvo Sebastiana. Zatrzymał się tuż przy nim. Otworzył drzwi. Uśmiechnął się smutno. W jego oczach widziałam ból i tęsknotę. Potem obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym była kompletnie nic nie warta. Poczułam się gorzej, niż gdyby mnie uderzył. Pokręcił głową, jakby odganiając od siebie jakieś ponure myśli. – Naprawdę mnie rozczarowałaś. Wyciągnęłaś ode mnie dziesięć tysięcy za głupi wyjazd i postanowiłaś to wydać na prochy? Sprawiałaś wrażenie, że bardziej zależy ci na rodzeństwie, a ja się jak głupi dałem na to nabrać – powiedział spokojnie, pełnym zawodu głosem. – To prezent od mojego ojca na święta – westchnął, podając mi złożoną na cztery części kartkę. – Nie przychodź do mnie nigdy więcej – oznajmił poważnie, a w jego oczach nie było już smutku ani tęsknoty. Tak jak wcześniej, widziałam w nich tylko lód. Sebastian nie czekając na żadną odpowiedź wsiadł do samochodu i natychmiast odjechał. Stałam tak oniemiała wpatrując się w znikające w oddali volvo, a w rękach trzymałam rozłożoną kartkę. To była ta głupia lista z fundacji, z nazwiskiem mojej siostry na pierwszym miejscu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wróciłam do domu, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić, nie miałam pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Oczami wyobraźni ciągle widziałam to pogardliwe spojrzenie Sebastiana. Jakie cholerne dziesięć tysięcy? Czemu on tak źle o mnie myślał? Zaczynało do mnie powoli docierać, że to wszystko było na marne, że przez mojego głupiego brata znowu nie mamy żadnych pieniędzy. Do tego najwyraźniej ścigała go policja. Było gorzej niż na początku! Położyłam się na materacu, zwinięta w ciasny kłębek. To się po prostu nie mogło naprawdę dziać! Następnego dnia rano postanowiłam iść prosto do Marty. Musiałam się komuś wyżalić, inaczej to wszystko zwyczajnie rozsadziłoby mnie od środka. Kiedy szłam przez pokryty bielą park, usłyszałam, jak ktoś wołał moje imię. Zaskoczona podeszłam do odzianej w futro kobiety, która trzymała na smyczy małego, ubranego w czerwony, wełniany sweterek pieska. – Oh, pani Emilko, jak miło znów panią widzieć! – zaszczebiotała kobieta, a ja rozpoznałam w niej żonę komendanta policji, którą poznałam na swojej pierwszej kolacji w towarzystwie Sebastiana. – Całe Włochy mówią tylko o pani! – Jak to? – spytałam nie rozumiejąc o co jej chodzi. – Stała się pani sensacją! Niech nie będzie pani taka skromna, pani Emilko! Musi pani być jakąś czarodziejką, bo Sebastian jest wyraźnie pod wpływem pani osoby! – szczebiotała dalej nie zwracając uwagi na moje zmieszanie. – No i ta okropna Andżelika Davies! Wreszcie dostało jej się za swoje! Tylko kto by pomyślał, że on śmie obrazić ją publicznie i to w taki sposób! O czym do licha mówiła ta kobieta? Czy ona nasłuchała się o tej samej Wenecji w której ja byłam? – Nie rozumiem… – powiedziałam niepewnym głosem. Uśmiechnęła się do mnie szeroko. – Ach co za skromność! Pani Emilko! Wszyscy przecież tam byli i to widzieli! – kontynuowała zadowolona swój wywód. – Składała jakieś niemoralne propozycje naszemu cudownemu Sebastianowi, mimo, że wyraźnie widziała, że przecież jest z panią i już ani odrobinę się nią nie interesuje! A on, zapytał ją czy dalej jej się podoba, ten szmaragdowy naszyjnik, który pani miała na sobie. Kiedy stwierdziła ochoczo, że owszem, Sebastian podszedł do pani, zabrał go pani i założył jej, mówiąc, że pani go nie potrzebuje, bo jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu spotkał, natomiast jej samej z pewnością się przyda! Przynajmniej dziesięć osób to słyszało! Potem oznajmił, że on sam nigdy więcej nie chce mieć z nią nic wspólnego. Toć to dla niej towarzyski skandal! – ciągnęła nieprzerwanym potokiem słów. – Andżelika Davies, która do tej pory uważała się za miss uniwersum, jest towarzysko skończona. Wyjechała jeszcze tego samego dnia. Och pani Emilko! Wszyscy są panią zachwyceni! Nikt nie mógł się tego spodziewać. Ludzie nie darzyli jej sympatia, a szeptali jedynie za jej plecami. Teraz wszystko się zmieniło – roześmiała się w głos kobieta. Nie do końca docierało do mnie to co mi powiedziała, ale byłam pewna, że może opowiadać znacznie dłużej. Jej mały piesek zaszczekał, a ja wykorzystałam ten moment, żeby ją grzecznie przeprosić i po prostu stamtąd uciec. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rozmowa z żoną komendanta dała mi naprawdę wiele do myślenia. Miałam mętlik w głowie. Zupełnie już nie wiedziałam, co sądzić na temat Sebastiana. Zdałam sobie natomiast sprawę z tego, jak bardzo za nim tęskniłam. Wiedziałam jednak, co on myśli o mnie i to mnie przerażało. Minęłam ostatnie drzewa parku i znalazłam się pod domem Marty. O tej porze jej mamy już nie było w domu, my jednak do lekcji miałyśmy jeszcze ponad dwie godziny. To był dzień, w którym chyba wszystko miało mnie zaskakiwać. Przyjaciółka otworzyła drzwi i zaprosiła mnie do środka. Na kanapie, w niewielkim saloniku siedział Rafał. Oczy miał czerwone i zapuchnięte. Na mój widok niemal wyskoczył w powietrze. – Rafał ma ci coś do powiedzenia – oznajmiła pewnym głosem Marta, patrząc na blondyna karcącym wzrokiem, a ja wcale nie byłam pewna czy chcę to usłyszeć. Rafał opowiedział krótką historię, o tym, jak ukradł dziesięć tysięcy Sebastianowi, wrabiając w to mnie. Usprawiedliwiał się mówiąc, że miał nadzieję, na to, że znienawidzę mężczyznę na tyle, że przestanę się z nim widywać. Teraz sam nie wiedział co ma ze sobą zrobić. – Oddaj mu te pieniądze – wypowiedziałam cicho swoje zdanie. – Przyniosłem je – westchnął blondyn – ale nie chcę mu ich oddawać. Myślę, że ty powinnaś je zatrzymać. W końcu tyle ci właśnie zapłacił. – Nie! – odpowiedziałam stanowczo. – Nawet za tyle bym z nim wtedy nie pojechała – szepnęłam. – Chodziło o życie mojej siostry. Jak mogłeś mi to zrobić Rafał? Przez cały czas myślałam, że on… – z cichym jękiem opadłam na kanapę, podkulając pod siebie nogi. – Emilko, przepraszam… – zaczął po raz kolejny Rafał. – Oddaj mu je, jeżeli chcesz mnie przeprosić! – oznajmiłam stanowczo. – Nie mogę – w oczach chłopaka pojawiła się prawdziwa panika. – Jeżeli się dowie, że je ukradłem, pójdę siedzieć. – Dobrze – westchnęłam – przyjedź po mnie o trzeciej, wtedy kończę lekcje. Ja sama mu je oddam, nie mówiąc, że to był twój pomysł. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ W szkole na długiej przerwie zaczepiła mnie Kinga. Zaciągnęła mnie do damskiej łazienki. Wyciągnęła z przewieszonej przez ramię torby kolorowe pismo. Na okładce zobaczyłam zdjęcie Sebastiana. Gazeta była z zeszłego roku. Spojrzałam pytająco na koleżankę. – Wiedziałam, że go skądś znam! – niemal wykrzyknęła tamta. – Takich jak on się nie zapomina! Emily, ty to masz naprawdę farta! Mnie nigdy nie trafiła się taka szansa. Otworzyła pismo na środkowych stronach i podsunęła mi je pod nos. Były tam kolorowe zdjęcia Sebastiana i jego rodziców. „Odziedziczył fortunę, przekazał ją fundacjom leczącym dzieci.” – głosił nagłówek artykułu. Usiadłam na kafelkach w łazience i zaczęłam czytać. Z pisma dowiedziałam się tyle, że Sebastian odziedziczył po wuju z Ameryki całkiem sporo pieniędzy. Większą ich cześć oddał fundacjom, między innymi tej, która dawała szansę dzieciom chorym na raka. Jej założycielem był kilkanaście lat wcześniej ojciec chłopaka. Nie chciałam nawet myśleć, jak pokaźne jest jego konto w banku. Co dla Sebastiana znaczyło te dziesięć tysięcy? Potem jednak przypomniałam sobie jego pogardliwie spojrzenie, to jak się wtedy czułam i wiedziałam, że jestem zdecydowana oddać mu te pieniądze, nawet jeżeli to Rafał je ukradł.  Oddam je, chociażbym miała tego żałować do końca życia! W artykule rozbawił mnie jeden, drobny szczegół. Sebastian skończył studia prawnicze i od ponad roku, był policyjnym prokuratorem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Po lekcjach Rafał zawiózł mnie pod mieszkanie Sebastiana. Przez całą drogę, bał się spojrzeć mi w oczy. Kiedy zatrzymał się na strzeżonym osiedlu, w centrum Krakowa, wysiadłam z samochodu. – Wiesz – zaczął cicho, zanim zdążyłam zatrzasnąć drzwi – nienawidzę go całym sobą, zawsze go nienawidziłem. On jest taki… Do tej pory nie rozumiem, czemu właściwie mi pomógł. Nie wiem też, czemu pomógł tobie. Potrzebował dziewczyny, ale nie chciał się z żadną wiązać, więc namówiłem go, żeby został sponsorem. Ale on nie zachowywał się normalnie, musiał być sobą. Kiedy zorientował się, że nie pozwoliłaś mi zamówić taksówki, natychmiast kazał mi za tobą lecieć i dopilnować, żebyś bezpiecznie wróciła do domu. – Popatrzył na mnie ponuro. – To on kazał mi iść porozmawiać z mamą Marty, ja sam bym w życiu na to nie wpadł. Byłem o ciebie tak cholernie zazdrosny! Cały czas pozwalałem ci myśleć o nim jako o skończonym dupku. Przepraszam, Emilko… Obdarzyłam go delikatnym uśmiechem. Było mi już wszystko jedno. Straciłam już Sebastiana, nie chciałam stracić Rafała. Wiedziałam, że czegokolwiek w przeszłości nie zrobił, w dalszym ciągu był moim przyjacielem. Cieszyło mnie, że przyznawał się do swoich błędów i starał się je za wszelką cenę naprawiać. – Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży – odpowiedziałam po prostu, po czym zamknęłam drzwi samochodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Wjechałam windą na czwarte piętro i niepewnie stanęłam pod drzwiami dobrze znanego mieszkania. Przez całe moje ciało przechodziły nieprzyjemne ciarki. Serce biło mi jak oszalałe, ale byłam zdeterminowana. Spojrzałam zaskoczona, kiedy otworzyła mi jakaś owinięta w biały ręcznik kąpielowy kobieta. – Czy jest Sebastian? – zapytałam cicho. – Bierze prysznic – odpowiedziała uprzejmie. – Chcesz na niego poczekać? Przecząco pokręciłam głową. Nie chciałam. – Czy mogłaby mu pani to oddać? – poprosiłam grzecznie, podając kobiecie czarną teczkę. Uprzejmie skinęła głową, wzięła ode mnie teczkę, a kiedy jej podziękowałam, pożegnała się i zamknęła drzwi. Pobiegłam do windy, a potem z bloku do samochodu czekającego w napięciu Rafała. To był naprawdę koniec. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Następnego dnia w szkole rozmawiałam z Kingą. Obiecała mi znaleźć jakiegoś innego sponsora. Po całym dniu smsowania, oznajmiła tryumfalnie, że umówiła mnie z kimś na wieczór. Mężczyzna nie płacił tyle, co Sebastian, ale gdybym sypiała z kilkoma takimi, bez problemu mogłabym utrzymać siebie i Julkę. Punktualnie o siedemnastej stanęłam przed drzwiami mieszkania mojego przyszłego sponsora. Ogarnęła mnie jeszcze większa panika niż przy spotkaniach z Sebastianem. Na nie zresztą najczęściej oczekiwałam z drżeniem w sercu, a tutaj czułam jedynie odrazę do samej siebie i szalony, dziki strach. Drżącą dłonią nacisnęłam na przycisk znajdującego się przy drzwiach dzwonka. Otworzył mi szczupły, nieogolony mężczyzna. Był przeciętnej urody, ale miał łagodny wyraz twarzy. Zaprosił mnie do środka i zaproponował coś do picia. Siedzieliśmy na kanapie, pijąc herbatę i rozmawialiśmy o szalejącej na zewnątrz zamieci. Mężczyzna był wyraźnie speszony, chyba nie robił tego zbyt często. W końcu, po ciągnących się w nieskończoność minutach, ośmielił się na tyle, żeby usiąść tuż przy mnie. Położył rękę na moim udzie, a ja po prostu nie wytrzymałam. Gwałtownie zerwałam się z kanapy. – Przepraszam! – rzuciłam tylko, chwytając swój stary płaszcz i wybiegając z mieszkania w chłodne, zimowe powietrze. Włóczyłam się bez celu po dworze. Śnieg wpadał mi za kołnierz i do nieprzystosowanych na tą porę roku butów. Drżałam z zimna. Nie wiedziałam jak utrzymam siebie i Julkę która już w lutym miała wrócić do domu, ale po prostu nie mogłam tego zrobić. To nie był Sebastian, który fascynował mnie od samego początku. Ten mężczyzna nie wywoływał we mnie żadnych emocji, poza odrazą i obrzydzeniem do samej siebie. Marek nie pojawił się w mieszkaniu od tego dnia, w którym zatrzymała mnie policja. W dalszym ciągu trwałam w tym paskudnym, nie kończącym się koszmarze. Nie miałam pojęcia czy to się w ogóle kiedykolwiek zmieni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Rankiem nie byłam w stanie zwlec się z łóżka. Miałam wysoką gorączkę, wstrząsały mną dreszcze. Zadzwonił telefon. Nie miałam siły odebrać. Męczyłam się tak to budząc się, to zasypiając. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Powtarzał się natarczywie, a ja nie mogłam wstać, żeby otworzyć. Wreszcie udało mi się podnieść, z materaca, ale kiedy przeszłam kilka kroków, z powrotem osunęłam się na podłogę. Potem chyba musiałam stracić przytomność. Zobaczyłam nad sobą twarz Rafała. Chłopak podniósł mnie z podłogi. Przytuliłam się do niego ufnie. – Wszystko będzie dobrze – wyszeptał – wszystko się jakoś ułoży. Po tych słowach znowu osunęłam się w nicość. Obudziłam się w urządzonej w odcieniach szarości sypialni Sebastiana. Gorączka wyraźnie spadła, ponieważ świat już nie był taki rozmazany, ale wiedziałam, że w dalszym ciągu trawi mój organizm. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły jakieś podniesione głosy. Rozpoznałam je. Rafał i Sebastian kłócili się o coś zażarcie. Wstałam odrobinę chwiejnie, wychodząc niepewnie z pokoju. – Jak mogłeś mi to zrobić?! – warknął wściekle Sebastian. – Jak mogłeś jej to zrobić?! Co ty sobie w ogóle myślałeś?! Po co ci były te cholerne pieniądze?! Za mało ci płacę?! – Nie chodziło o pieniądze – syknął Rafał. – Widziałem jak ją traktujesz! Nie byłem już w stanie na to patrzeć! Co ona ci złego zrobiła? – Nic, nic mi złego nie zrobiła, byłem przekonany, że to druga Andżelika – wyszeptał cicho Sebastian. Nie mogłam już dłużej ustać na nogach. Przewróciłam się. Dopiero wtedy spostrzegli moją obecność. Obydwaj rzucili się w moją stronę. Sebastian był jednak pierwszy. Delikatnie wziął mnie na ręce. – Nie powinnaś wstawać – oznajmił cicho. Zaniósł mnie do sypialni, zamykając Rafałowi drzwi przed nosem. – Dostałaś lek przeciwgorączkowy, ale miałam naprawdę wysoką temperaturę, twój organizm jest bardzo osłabiony. Pewnie nic nie jadłaś ostatnio – westchnął. Miał rację, nie jadłam. Nie byłam w stanie o tym myśleć, nie było na to ani czasu ani pieniędzy. Położył mnie delikatnie na łóżku. – Zimno mi – wyszeptałam. Uśmiechnął się do mnie niepewnie. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby miał taki zatroskany i łagodny wyraz twarzy. Otulił mnie kołdrą, a potem sam położył się obok mnie, obejmując ramionami moje ciało. Wtuliłam się  w niego jak mała dziewczynka. – Przepraszam cię, za wszystko – westchnął. – Nie powinienem nigdy zgadzać się na propozycję tego idioty. Naprawdę myślałaś, że mógłbym cię szantażować zdrowiem twojej siostry? Nie patrzyłam na niego, skinęłam jednak głową. – Za to ty naprawdę myślałeś, że wzięłam od ciebie dziesięć tysięcy, a potem wszystko wydałam na prochy… – szepnęłam. – Dlaczego mimo to mi pomogłeś? Roześmiał się. Przytulił mnie mocniej do siebie. – Zawsze bym ci pomógł – oznajmił łagodnie. – Cokolwiek by się nie stało. Gdyby nie moja głupia kuzynka, która zapomniała powiedzieć, że ktoś zostawił dla mnie teczkę, wszystko rozwiązałoby się znacznie wcześniej – westchnął. – Więc to była twoja kuzynką? – zapytałam głupio, a mój żołądek gwałtownie podskoczył aż do gardła. – Tak – odpowiedział cicho. – Masz jeszcze jakieś pytania? Ton jego głosu wskazywał na to, że na wszystkie mi dzisiaj odpowie. – Mam – musiałam zaspokoić swoją ciekawość. Tym razem spojrzałam mu w oczy. – Co się stało między tobą, a Andżeliką? Sebastian skrzywił się nieznacznie. – Nic specjalnego. Byłem nią zauroczony przez jakieś pół roku. Nawet zdążyłem się jej oświadczyć – westchnął. – Potem zdarzyło się, chyba dość szczęśliwie dla mnie, że podsłuchałem jej rozmowę z kochankiem. Mówili o tym, że będzie cudownie jak Andżelika zostanie moją żoną, a potem będzie mogła mnie oskubać z pieniędzy. Opuściłem Włochy, nawet nie zrywając z nią zaręczyn. Wszyscy myśleli, że mi odbiło, a ja nikogo nie chciałem wyprowadzać z błędu. Dopiero ty pomogłaś mi się z tym uporać. – Więc gdzie znikałeś na całe dnie i noce, skoro nie byłeś u niej? – nie potrafiłam powstrzymać się od tego pytania. Roześmiał się. – Ciebie też wtedy nie chciałem widzieć. Myślałem, że jesteś taka sama jak ona – westchnął. – Całe dnie przesypiałem u kuzynki, a nocami piłem w barach. Miałem wszystkiego dość. – Jestem gorsza od Andżeliki – wydusiłam z siebie, chowając twarz w jego czarnej, eleganckiej koszuli. – Mnie płaciłeś za wszystko. – To nie ma znaczenia – roześmiał się Sebastian. – Najmniejszego znaczenia. – Przez jakiś czas tulił mnie do siebie w milczeniu. Potem odsunął mnie delikatnie, na tyle tylko, żeby móc spojrzeć mi w oczy. – Emilko – zaczął cicho – twój brat jest na odwyku, w prywatnym ośrodku do walki z uzależnieniami. To czy wyzdrowieje, czy raczej wyląduje w więzieniu, zależy tylko i wyłącznie od niego… – Poradzi sobie, wierzę w niego – oznajmiłam cichutko, stłumionym głosem. – Dziękuję, za to co dla nas zrobiłeś. W odpowiedzi jedynie skinął głową. Czułam się teraz cudownie. Większość dręczących mnie rzeczy rozpłynęła się w przestrzeni, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sebastian delikatnie gładził moje włosy. Leżałam chłonąc ciepło jego ciała, a potem zasnęłam wtulona w jego ramiona. Ramionach mężczyzny, którego od samego początku, kochałam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Śnił mi się cudowny sen. Biegałyśmy z Julką, po łące pełnej białych kwiatów. Wszędzie dookoła unosił się cudowny, słodki zapach. Otworzyłam oczy. Zamrugałam. Czy to wszystko dalej mi się śniło? Pokój w którym leżałam, zalewało jasne światło. Na dużym oknie nie było zasłony i wpadały przez nie odbite od śniegu promienie słońca. Jednak nie to tak mnie zaskoczyło. Cały pokój wypełniony był białymi liliami. W powietrzu unosił się cudowny, słodki zapach. Na brzegu łóżka siedział Sebastian, wpatrywał się we mnie. – Wreszcie się obudziłaś – uśmiechnął się do mnie swoim kocim uśmiechem. Usiadłam, odrzucając na bok białą kołdrę. Przetarłam dłońmi oczy. – Skąd te wszystkie kwiaty? – zapytałam. Przysunął się do mnie bliżej. Ciepłą, twardą dłonią dotknął mojego policzka. – Mam do ciebie sprawę i chciałem cię trochę przekupić, a tylko to przyszło mi do głowy. Uśmiechnęłam się do niego z zachwytem. Odwzajemnił mój uśmiech. W jego zazwyczaj lodowato zimnych, czekoladowych oczach, teraz tańczyły wesołe iskierki. – Mów – powiedziałam. – Emila, nigdy nie sądziłem, że tak się stanie, ale zakochałem się w osiemnastolatce! – jęknął teatralnie. – Prawie dziewiętnastolatce – poprawiłam go z uśmiechem, a moje serce zatrzepotało. Jedyne czego w tym momencie pragnęłam, to znaleźć się na powrót w jego ramionach. Chciałam całować, jego miękkie usta i czuć ciepły dotyk jego dłoni. – Zamieszkajcie ze mną – powiedział cicho – ty i twoja siostra, kiedy wyjdzie ze szpitala. Kupię dom, na obrzeżach miasta, kupię co tylko będziesz chciała. – Niczego nie chcę – oznajmiłam klękając przy nim. Oplotłam ramionami jego szyję i wtuliłam twarz w jego ramię. Wyraźnie źle zrozumiał moją odpowiedź. – Kocham cię, Emilko, ale do niczego nie będę cię zmuszał – powiedział pewnym głosem. – Jeżeli chcesz, mogę zatrudnić cię na takiej samej zasadzie jak pracuje u mnie Rafał. To co robiłem, było złe. Nie zamierzam cię więcej wykorzystywać. I naprawdę potrzebuję zaufanych ludzi, do załatwiania różnych spraw. Pocałowałam go, przewracając przy tym na łóżko. Przez chwilę nie reagował, wyraźnie zaskoczony, a potem zaczął odwzajemniać, mój gorący, pełen ulgi i nadziei pocałunek. – Kocham cię, Sebastianie – wyszeptałam odrywając swoje usta od jego spragnionych moich pocałunków ust. – Od początku nie wiedziałam tylko, czy bardziej cię kocham czy nienawidzę. Za każdym razem, kiedy się rozstawaliśmy, nie chciałam tu już nigdy wracać, a jednocześnie nie mogłam się doczekać kiedy cię wreszcie zobaczę. Położył się na boku oplatając mnie ramionami. Mocno, zachłannie do siebie przyciągnął. Wtuliłam się w niego wczepiając palce w jego czarna koszulę. – Więc zamieszkacie ze mną? – spytał z nadzieją. – Zamieszkamy – odpowiedziałam z uśmiechem, ponownie całując go w usta. Powietrze przesycone było cudownym, upojnym zapachem. Kochaliśmy się w pełnej kwiatów lilii sypialni, a ja nie mogłam oderwać wzroku, od niesamowitych czekoladowych oczu Sebastiana. Były teraz zupełnie inne. Mężczyzna patrzył na mnie z czułością i troską. Jego oczy były pełne miłości, a ja widziałam w nich nadzieję, na lepszą przyszłość. THE END   [...] Read more...
Jak w Bajce
Jak w BajceStałam przed budynkiem mojej nowej szkoły. Był środek marca, a ja dopiero teraz miałam zacząć drugi semestr. Liceum imienia świętego Franciszka samo w sobie nie wyglądało groźne, przerażało jednak swoim ogromem i rozmachem. Żółty budynek z białą fasadą stanowił przyjemny widok dla oka, tu jednak znajdował się tylko sekretariat i niektóre sale lekcyjne. Cały kompleks szkolny był znacznie rozleglejszy. Mieściły się tutaj boiska, sale gimnastyczne, hala z basenem, a główny budynek oprócz centralnej części i holu, monstrualnych wręcz rozmiarów, oraz nieustępującej mu wielkością sali teatralnej, miał jeszcze dwa oddzielne skrzydła. Do tego wszystkie te miejsca dzielił przepiękny, modrzewiowy park. Czułam się tutaj, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Moje nowe liceum było szkołą elitarną, taką jedynie dla bogatych dzieci. Ja sama znalazłam się w nim zupełnie przez przypadek. Przez całe swoje nastoletnie życie mieszkałam razem z babcią. Nie opływałyśmy w dostatek, ale nie cierpiałyśmy też biedy. Małe mieszkanko na drugim piętrze czynszowej kamienicy było schludne, czyściutkie i bardzo przytulne. Pieniędzy z ubezpieczenia po rodzicach i babcinej emerytury spokojnie starczało na życie. Właściwie to byłam tam całkiem szczęśliwa. Dopiero w szesnaste urodziny objawił się wuj, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Był bratem mojego ojca, którego zresztą też nigdy nie dane mi było poznać. W liście, który od niego dostałyśmy, składał babci propozycję nie do odrzucenia i tak oto znalazłam się tutaj, przed okazałym gmachem liceum świętego Franciszka, w moim nowym domu, w Anglii i mojej nowej szkole. Od tej chwili całe moje życie miało ulec drastycznej przemianie. Zaczerpnęłam głęboko wczesnowiosennego powietrza i przez zdobioną mosiężnymi okuciami bramę weszłam na teren szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mundurek?! Oni tutaj naprawdę nosili mundurki?! To było dla mnie rzeczą nie z tego świata. Bardzo miła pani z sekretariatu podała mi przygotowany specjalnie dla mnie strój. Wisiał na wieszaku, w czarnym, ochronnym futerale na ubrania. Dostałam także eleganckie, miękkie buty. Kobieta wskazała mi pokój, w którym mogłam się przebrać. Wyglądał jak klasyczny, angielski salon, jeden z tych, które znałam z filmów i obrazów. Sofa i dwa fotele z wzorami w drobne róże, okrągły, drewniany stolik na którym stał wypełniony kwiatami wazon i tapeta w pionowe pasy. Przypominało to wszystko: hotelowy hol, herbaciarnię, salon w bogatym domu, ale na pewno nie szkołę. Rozpięłam czarny pokrowiec i zamarłam. Moim oczom ukazała się plisowana, granatowa spódniczka, jasno niebieska koszula i ciemna marynarka. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie prychnąć śmiechem. Wyobraziłam sobie postacie rodem z japońskich bajek. Czy ja też będę tak właśnie wyglądała? Niechętnie przebrałam się w nowy strój, poprawiając niesfornie opadające na moją twarz, długie, jasne włosy. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że mundurek był idealnie skrojony, właśnie na mnie, mimo, że nikomu nie podawałam wcześniej swoich wymiarów. Czułam się bardzo nieswojo, ale zwinęłam stare jeansy i brązowy sweter do sztruksowej torby, wypychając ją niemal do granic możliwości. Wytarte adidasy wzięłam do ręki i wyszłam z pokoju, żeby znów stanąć przed młodą kobietą z sekretariatu. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Dała mi wydruk planu zajęć, na którego odwrocie był narysowany układ szkolnych sal. Uznałam, że taka mapka to naprawdę świetny pomysł w tak ogromnej placówce. Rozmowę przerwała nam dziewczyna o rozwianych, rudawych warkoczach. Wpadła do sekretariatu otwierając na oścież drzwi. – Dzień dobry – przywitała się radośnie. – Cześć – podeszła do mnie wyciągając rękę – jestem Nataly Danstown, będę twoją przewodniczką przez kilka pierwszych dni. Przyjrzałam się zarumienionej dziewczynie. Była mniej więcej mojego wzrostu. Dwa warkocze sięgały jej za ramiona, jak u małej dziewczynki. Marynarkę miała niechlujnie rozpiętą. Jej zarumienioną od pośpiechu twarz zdobił ładny, przyjazny uśmiech. Na jej widok odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Może nie miało być aż tak źle… – Marika Merownig – przedstawiłam się nowej koleżance, uścisnąwszy jej dłoń. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Szłam z Nataly szerokim korytarzem szkoły. Dziewczyna wyglądała na bardzo pogodnie nastawioną do życia. Buzia nie zamykała jej się ani na chwilę. Zauważyłam jednak, że mijani przez nas ludzie rzucają nam nieprzychylne spojrzenia. Ona jednak po prostu to ignorowała. Najpierw zaprowadziła mnie do szatni, w której zostawiłam swoje, jak to zaczęłam określać w myślach „cywilne ciuchy”, a później poszłyśmy po moje nowe książki, które także czekały na mnie przygotowane w eleganckiej paczuszce. Nataly od razu rzuciła się do pomocy w noszeniu, za co byłam jej naprawdę wdzięczna. Krętymi korytarzami, niczym przez labirynt udałyśmy się do głównej części budynku. Tu znajdowały się szafki, zupełnie jak w amerykańskich szkołach, tylko trochę bardziej eleganckie. Uznałam, że to dobre rozwiązanie, bo przynajmniej nie będę musiała nosić ze sobą wszystkich książek, tak jak przyzwyczaiłam się to robić w polskim gimnazjum. Na korytarzu robił się coraz większy tłum, oznaka zbliżających się zajęć. Otworzyłam emaliowane drzwiczki i zaczęłam się wypakowywać, sprawdzając na planie, co będzie mi na najbliższe zajęcia potrzebne. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu Nataly. Przy jednej z pobliskich szkolnych szafek stał wysoki, ciemnowłosy chłopak o śniadej cerze. Swoim wyglądem przywodził na myśl księcia z bajki, mrocznego księcia. Rozmawiał z drobną dziewczyną, która sprawiała wrażenie bardzo spłoszonej. Miał niesamowite, niebieskie oczy, od których nie potrafiłam oderwać wzroku. Stałam przy swojej szafce, wkładając do niej resztę odebranych przed chwilą książek, bez skutku starając się zignorować, stojącą blisko mnie parę. Chłopak roześmiał się. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. – Ty naprawdę myślałaś, że mógłbym się umawiać z kimś takim jak ty? – roześmiał się perfidnie. W jego oczach nie było jednak widać nawet cienia wesołości. – Nie jesteś ani ładna, ani zbyt bystra, skąd pomysł, że mógłbym pójść właśnie z tobą na wiosenny bal? – spytał pogardliwie, nie ukrywając rozbawienia. Twarz dziewczyny stała się czerwona. W jej oczach pojawiły się łzy. Z uwagą przyjrzałam się niewielkiej postaci. Chłopak kłamał. Drobna brunetka była nadzwyczaj słodką i urokliwą dziewczyną. Nikt nie mógłby z czystą szczerością stwierdzić, że nie jest ładna, ponieważ naprawdę była. – Ale ja myślałam… – zaczęła cichym, drżącym głosem. – To źle myślałaś – warknął na nią, ucinając dalszą rozmowę. Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła już dłużej powstrzymać cisnących się do oczu łez. Odwróciła się na pięcie i z płaczem pobiegła wypełnionym ludźmi korytarzem. Kiedy tylko zniknęła z twarzy chłopaka natychmiast ulotnił się drwiący, arogancki uśmiech. Stała się zimną, nieprzeniknioną maską. Mroczny książę wzruszył ramionami i odwrócił się, do najwyraźniej swojej szafki, by wyjąć potrzebne mu książki. – To Martin Corvidae – mruknęła Nataly, dotykając mojego ramienia, a ja niemal podskoczyłam z zaskoczenia. Ta dziewczyna była jak kot. Nigdy nie wiadomo było gdzie i kiedy można się jej spodziewać. – Średnio raz na tydzień łamie serce i rozwiewa marzenia, jakiejś naiwnej dziewczyny. Wiesz co dziwi mnie najbardziej? Mimo, że o tym doskonale wiedzą, to ciągle próbują. Każda myśli, że to właśnie ona będzie tą jedyną, której nie odmówi. Zawstydziłam się odrobinę, że przyłapała mnie na wpatrywaniu się właśnie w niego. Był przystojny, bez dwóch zdań, ale to nie jego wygląd przyciągnął moją uwagę. W jego oczach był tak głęboki smutek i samotność… Przez chwilę wydawało mi się, że tak jak ja, skrywa jakąś smutną, przytłaczającą go tajemnicę. Wiedziałam, że muszę się mylić. To co wyczytałam z jego postaci kompletnie gryzło się z wyobrażeniem szkolnego play-boya. To przedstawienie, które odbyło się przed chwilą na korytarzu spowodowało, że stał się ostatnią osobą, którą miałam ochotę tu poznać. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Na stołówce było tłoczno i głośno. Nie miałam ochoty nic jeść. Zabrałam swoją kawę, marząc tylko o tym, żeby zaszyć się w jakiś cichy, spokojny kąt. Przepychanie się przez rozgadane grupki wcale nie należało do łatwych rzeczy. W pewnym momencie ktoś mnie popchnął. Potknęłam się. Moja torba upadła na podłogę. Rozsypały się ledwo co skserowane notatki. Przewróciłam się, wpadając na jakiegoś stojącego przy stoliku chłopaka. Kawa wylała się z kubka, zachlapując jego granatowy mundurek. Odwróciłam się ku niemu. To był „mroczny książę”, którego widziałam godzinę temu, dającego kosza brunetce na korytarzu. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem. – Idiotka! – warknął. – Patrz jak chodzisz! – Przepraszam, ja… – zaczęłam cicho. – Co mnie obchodzi twoje nic nie warte „przepraszam”? – syknął rozeźlony. – Przez ciebie jestem cały mokry! Spojrzałam na niego poirytowana. No dobrze, może oblałam go kawą, ale to przecież nie koniec świata. Ktoś stanął między nami. – Odpuść, Martin – powiedział spokojnym głosem nieznajomy. Tamten obrzucił mnie wściekłym wzrokiem, ale tylko wzruszył ramionami i odszedł w stronę drzwi, a ja ze zdziwieniem zauważyłam, jak tłum rozstępuje się na boki, przepuszczając wściekłego jak osa chłopaka. Wróciłam spojrzeniem do nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie pogodnie. Miał bardzo ładny, miły uśmiech. – Jestem Eric Devree – przedstawił się kucając, by pozbierać z podłogi moje rozsypane kartki. – Ty jesteś tą nową dziewczyną, która przyszła do nas w trakcie semestru, prawda? – Tak – odpowiedziałam przyglądając się uważnie chłopakowi, miał jasne, zwijające się w drobne loki włosy i żywo zielone oczy, był niezwykle przystojny i urokliwy, ale najbardziej mnie w nim urzekło to, że stanowił kompletne przeciwieństwo Martina, z którym nie chciałam mieć nic wspólnego. – Nazywam się Marika Merowing. Wydawało mi się, że spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, kiedy wymieniłam swoje nazwisko, ale to musiało być tylko złudzenie, bo już po chwili znowu uśmiechał się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem. – Jeżeli masz teraz historię, to możemy pójść razem – zaproponował podając mi plik notatek. – Jesteśmy w tej samej grupie, mam rację? Skinęłam głową, uśmiechając się do niego z wdzięcznością. Mimo, że dostałam plan na którym naszkicowany był szczegółowy rozkład szkoły, to nawet z nim, w liceum świętego Franciszka, bez trudu można było się zgubić. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Miałam dość. Chociaż przez chwilę chciałam pobyć sama. Godzina wolnego, a tu nawet w bibliotece, a właściwie bibliotekach, ponieważ były aż trzy, panował hałas. Wspięłam się na czwarte piętro, a potem jeszcze na piąte. Z ulgą odkryłam, że tutaj nie ma już tylu ludzi. Przeszłam przez cały korytarz, sprawdzając co jest na jego końcu. Zdziwiłam się kiedy zobaczyłam kolejny zakręt, a potem jeszcze jedne schody, zdecydowanie węższe od tych głównych. Nikogo tutaj nie było. Z niejaką dozą satysfakcji i zawsze zwyciężającą we mnie ciekawością, wspięłam się na tajemnicze schody. Kończyły się dwuskrzydłowymi drzwiami, które były lekko uchylone. Weszłam przez nie, rozglądając się po pomieszczeniu. Leżały tu jakieś skrzynie, pod ścianą stały oparte wysłużone materace i zakurzone meble. To musiał być jakiś strych. Do pomieszczenia wpadało przez połaciowe okna stłumione, dzienne światło. Idealnie. Cisza i spokój. Szczerze wątpiłam, żeby ktoś tu zaglądał. Usłyszałam znaczące chrząknięcie. Przeklęłam w duchu. Dopiero teraz zauważyłam opartego o jedną ze skrzyń chłopaka. Znowu on! – Natychmiast przyszło mi na myśl. „Mroczny książę”, Martin Corvidae, stał leniwie oparty o skrzynię, na której leżała jego poplamiona kawą marynarka. W ręce trzymał papierosa. Włożył go do ust, niedbale zaciągając się dymem. – Przestraszyłaś mnie – odezwał się patrząc na mnie nieprzyjaźnie. – Cieszę się – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Prychnął, ale nie skomentował. – Spływaj stąd, mała – powiedział rozkazującym tonem. Niczego bardziej nie pragnęłam niż sobie pójść, ale w momencie gdy to powiedział, po prostu, na przekór, poczułam nieodpartą chęć, żeby zostać. – Bo co mi zrobisz? – zapytałam, patrząc mu wyzywająco w oczy. – Co zrobię? – mruknął rozbawiony. Zgasił papierosa. Podszedł do mnie. Stanął bardzo blisko, zbyt blisko. Popatrzył na mnie z góry. Na schodach usłyszeliśmy kroki ciężkich butów. Chłopak przeklął. Chwycił swoją marynarkę i pociągnął mnie w głąb strychu, brutalnie ściskając moje ramię. Zaczęłam protestować. Dłonią zatkał mi usta. – Cicho bądź – syknął. Przykucnął w rogu pomieszczenia, za zakurzonymi, drewnianymi skrzyniami. Pociągnął mnie za sobą na podłogę, nie zdejmując ręki z moich ust. Przytrzymał mnie stanowczo. Chciałam się wyrwać, ale w jego oczach zobaczyłam niemą prośbę. Zastygłam w bezruchu. Do środka wtargnęło pięciu chłopaków. Niewyraźnie widziałam zarysy ich sylwetek, przez luźne deski skrzyni. Zaczęli się rozglądać jakby czegoś szukali. – Nie ma go tutaj – oznajmił wyraźnie zawiedzionym głosem jeden z nich. – Musi tu być! – warknął inny. – Sprawdzaliśmy już pozostałe miejsca. Pewnie chowa się w mysiej norze, szczur jeden – dodał z mściwą satysfakcją. Na strych wdrapała się kolejna osoba. – Panowie, co tu robicie? – odezwał się starszy głos. – Tu nie wolno wchodzić. Niezadowoleni chłopacy wyszli ze strychu, mrucząc coś pod nosem. Starszy mężczyzna, prawdopodobnie woźny, również się oddalił, zamykając za sobą drzwi. Dopiero wtedy Martin mnie puścił. Odetchnął z ulgą. Podniósł się z podłogi, otrzepując zakurzone spodnie. – To ciebie szukali? – zapytałam cicho. – A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Czego od ciebie chcieli? – drążyłam dalej. Spiorunował mnie wzrokiem. Nie odpowiedział, ale jego oczy mówiły mi wystarczająco wiele. Wzdrygnęłam się. Przez chwilę poczułam ciekawość, co takiego im zrobił, ale potem pomyślałam, że wolę jednak nie wiedzieć. Ruszyłam w kierunku drzwi. Chwycił mnie za ramię, odwracając w swoją stronę. – Dokąd idziesz? – zapytał groźnie. – Przed chwilą kazałeś mi spływać – stwierdziłam obojętnie. – Chyba się dostosuję. – Poczekaj – powiedział, a ja mogłabym przysiąc, że w jego głosie wyczuć można było prośbę. – Dlaczego? – westchnęłam. – Bo nie mam ochoty oberwać – mruknął. Wzruszyłam ramionami, ale posłusznie zawróciłam. Podciągnęłam się na rękach i usiadłam na skrzyni, o którą wcześniej opierał się chłopak. Ona przynajmniej nie była zakurzona. Martin wyciągnął kolejnego papierosa. Stanął wyglądając przez połaciowe okno. Nie odezwał się więcej. Po kwadransie miałam serdecznie dość jego milczącego towarzystwa. – Czy już mogę iść? – spytałam ironicznie. Skinął głową, nawet na mnie nie spojrzawszy. Zsunęłam się ze skrzyni i z prawdziwą ulgą wyszłam z zakurzonego strychu. Zatrzymałam się u stóp schodów. – Musi tam być – usłyszałam. – Kiedyś będzie musiał wyjść, a my tu na niego cierpliwie poczekamy. Cała piątka siedziała rozwalona na korytarzu. Jeden z nich odbijał piłkę o pomalowaną na żółto ścianę. Po cichu z powrotem schowałam się we wnęce, w której zaczynały się schody. Przez chwilę walczyłam z własnym sumieniem. Niby dlaczego miałam go uprzedzać? Jeżeli ma oberwać, to na pewno sobie na to zasłużył. Szepczący mi na ucho aniołek tym razem jednak przegonił diabełka. Powoli, starając się iść jak najciszej, ponownie wspięłam się na schody. Kiedy wróciłam na strych Martin siedział na moim wcześniejszym miejscu, na drewnianej skrzyni. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. – Znowu tu jesteś – stwierdził cierpko, a ja natychmiast pożałowałam, że przyszłam. – Czekają na ciebie na dole – oznajmiłam tylko, odwracając się z powrotem ku drzwiom. Chłopak wstał. Poruszył się zwinnie. Zagrodził mi drogę. – A ty dokąd? – zapytał. – Wracam na lekcje – powiedziałam spokojnie, starając się go ominąć. – Tak? – spojrzał na mnie rozbawiony. – I co im powiesz, że skąd się tu wzięłaś? – A co ich to obchodzi? – spytałam zdezorientowana. – Jesteś głupia – stwierdził z całą stanowczością, z politowaniem kręcąc głową. – Chodź – mruknął popychając mnie w kierunku okna. – Zwariowałeś! – oznajmiłam, patrząc na niego niedowierzająco. – Ciesz się, że wróciłaś – szepnął mi do ucha, a ja ponownie, niemal boleśnie poczułam jego bliskość. – Gwarantuję ci, że nie byliby dla ciebie mili. Potem wyminął mnie, otworzył okno i podciągnął się na rękach na dach. Stałam i patrzyłam w ślad za chłopakiem. Co on sobie wyobrażał?! – Idziesz? – zapytał lekko rozbawionym tonem, wyglądając przez otwór. Mimowolnie podeszłam bliżej, a on po prostu, jak gdyby nigdy nic, podniósł mnie i wyciągnął do siebie na dach, po czym zamknął okno. Rozejrzałam się wokół. Staliśmy w osłoniętym od wiatru miejscu, pomiędzy dwoma wyższymi punktami o spadzistych dachach. Spojrzałam w dół. Było stąd widać niemal cały teren szkoły. Modrzewiowy park, skąpany był we wczesnowiosennym słońcu. Martin zsunął się niżej, schodząc ostrożnie po czerwonych dachówkach. Niechętnie poszłam za nim. Potknęłam się. Upadłam na pupę. Zsunęłam się kilka metrów w dół. – Uważaj – mruknął łapiąc mnie za rękę. Świetnie, łatwo mu mówić „uważaj”. Niby jak mam uważać chodząc po cholernym dachu?! Stanęłam na nogach. Chłopak zaczął iść dalej, nie puszczając mojej ręki. Szłam za nim niepewnie stawiając nogi. Kiedy znaleźliśmy się niżej, poza osłoniętą częścią dachu, zadrżałam z zimna. Czułam teraz na sobie wyraźne, silne podmuchy marcowego wiatru. Moja sięgająca kolan, plisowana spódniczka nadymała się jak balonik. Byłam przekonana, że łażenia po dachach, zwłaszcza w mundurku szkolnym, nie dodam do listy swoich ulubionych czynności. W końcu znaleźliśmy się przy przeciwpożarowej drabinie. Martin puścił moją rękę i zaczął schodzić bez najmniejszego wahania. Doskonale! Teraz drabiny. Ruszyłam za nim. Kiedy dotarliśmy wreszcie na dół, chłopak zwinnie zeskoczył, lądując na ziemi miękko, niczym kot. Spojrzałam na niego przestraszona. Wydawało mi się, że ta drabina kończy się piekielnie wysoko nad ziemią! Westchnął. – Po prostu skocz – mruknął. Pokręciłam głową. Miałam skoczyć z takiej wysokości? – Odbiło ci! – powiedziałam z pełnym przekonaniem. Uśmiechnął się szelmowsko. – Złapię cię, tchórzu – obiecał. Rzuciłam mu swoją torbę, zamknęłam oczy i zeskoczyłam. Martin działał na mnie, jak czerwona płachta na byka. Zrobiłabym wszystko, byleby mu dokuczyć. Chwycił mnie w powietrzu, nie pozwalając upaść na ziemię. Postawił na nogi. – Znikaj do szkoły – rozkazał. Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Chwyciłam swoją torbę i nie oglądając się za siebie wyszłam z wąskiego, ślepego zaułka pomiędzy dwoma budynkami. Poprawiłam ubranie i włosy. Byłam przekonana, że moje policzki i tak są wystarczająco zaczerwienione. Z prawdziwą ulgą, nieniepokojona przez nikogo, weszłam do jednego z budynków szkoły. Sprawdziłam swój plan oraz mapkę budynku. Przeklęłam w duchu. Byłam już spóźniona. Schowałam obie kartki i popędziłam pustym korytarzem na kolejne zajęcia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Nataly okazała się dobrą koleżanką. Nić porozumienia, którą złapałyśmy pierwszego dnia, ciągnęła się między nami, rozwijając przez kolejny tydzień. Jeżeli jednak chciałam być szczera sama ze sobą, musiałam przyznać, że to dość dziwna dziewczyna. Była na przykład, nie tyle fanką, co maniaczką wszystkich dzieł Szekspira. Zachowywała się też bardzo entuzjastycznie i często skakała wokół mnie jak mały króliczek. Do tego upewniłam się w tym, że koleżanki z klasy wyraźnie jej z jakiegoś powodu nie lubią. Byłam naprawdę ciekawa dlaczego. – Hej, usiądź z nami! – zawołała na długiej przerwie Kate. Dołączyłam do stolika rozgadanych dziewczyn. Właściwie to nowe koleżanki z klasy niespecjalnie się mną interesowały, nie były jednak też wrogo nastawione. Stanowiłam dla nich coś w rodzaju egzotycznej ciekawostki. Zauważyłam, że lubią wypytywać mnie o różne rzeczy, często zresztą niezbyt taktownie. Gdyby nie Nataly, czułabym się jednak w tej szkole bardzo samotna. Kończyłam jeść drugie śniadanie, starając się przysłuchiwać ich niewiele obchodzącym mnie plotkom. – O, Nataly, chodź do nas, kochana – odezwała się ociekającym miodem tonem, jedna z siedzących naprzeciwko mnie dziewczyn. Nataly podeszła niechętnym krokiem do pełnego stolika. Wyglądająca jak gwiazda filmowa blondynka, o skręcających się w grube loki włosach wstała, trącając łokciem trzymaną przez dziewczynę tacę. Kubek z ciemnym płynem i sałatka z kolorowym sosem wylądowały na plisowanej spódnicy Nataly. – Jak zwykle straszna z ciebie niezdara – ofuknęła ją blondynka. Pozostałe dziewczyny zawtórowały jej śmiechem. W oczach mojej nowej przyjaciółki stanęły łzy. Odwróciła się i uciekła. Wiedziałam, że postępuję bardzo głupio, ale nie potrafiłam inaczej. Zerwałam się od stolika. Siedząca obok Kate chwyciła mnie za rękę. – Na twoim miejscu uważałabym na towarzystwo, z którym się zadajesz – szepnęła cicho. Wyswobodziłam się z jej uścisku. – Dzięki, poradzę sobie – odpowiedziałam równie cicho i ignorując resztę towarzystwa pobiegłam za zapłakaną Nataly. Dopadłam ją w damskiej toalecie. Nerwowymi gestami czyściła ręcznikiem papierowym swoją spódnicę. – Pomogę ci – powiedziałam zabierając od niej rolkę. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem. – Nie musisz się ze mną przyjaźnić – powiedziała poważnym głosem. Roześmiałam się. – Oczywiście, że nie muszę – odpowiedziałam jej spokojnie – i oczywiście, że chcę. Zaczerwienioną twarz dziewczyny ozdobił pełen nadziei uśmiech. Taki, dzięki któremu wiedziałam, że bez względu na czekające mnie konsekwencje, postąpiłam właściwie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W angielskiej szkole zajęcia wyglądały nieco inaczej niż w polskich. Tutaj, niezależnie od klasy, wybierało się na jakie lekcje i o jakim stopniu zaawansowania chce się uczęszczać, tak więc wspólnie z Nataly miałam jedynie trochę ponad połowę godzin. Za to na prawie wszystkich spotykałam się ze złotowłosym Ericem. Najwyraźniej oprócz mnie tylko on był na tyle pomylony, żeby do zaawansowanej matematyki i fizyki wybrać sobie rozszerzone literaturę i historię. Wielu kolegów i koleżanek z klasy traktowało mnie jak kogoś gorszego pokroju, tylko dlatego, że byłam z urodzenia Polką. On nie miał takiego podejścia. Od początku był dla mnie miły, a jego uprzejmość nie skończyła się po incydencie na stołówce. Dodatkowo szybko ucichły szeptane za moimi plecami komentarze o łatwych polskich dziewczynach, a ja byłam przekonana, że to właśnie za jego sprawą. – Cześć piękna – przywitał się ze mną, kiedy podeszłam pod klasę. Zauważyłam nieprzychylne spojrzenia Angeli i Pauliny, dziewczyny nie przepadały za mną od czasu incydentu z Nataly, a to, że lubił mnie Eric najwyraźniej tylko pogarszało sprawę. Postanowiłam się tym nie przejmować, tak jak ignorowałam wszystkie inne nieprzyjemne zaczepki. – Hej – uśmiechnęłam się do niego pogodnie. – Mam pewne pytanie, na które być może potrafisz mi odpowiedzieć – zaczęłam, kiedy odeszliśmy razem kawałek na bok. – Słucham – oznajmił z wesołym uśmiechem. – Dlaczego dziewczyny z naszej klasy tak bardzo nie lubią Nataly Danstown? – zapytałam siadając na szerokim parapecie korytarzowego okna. Mina Erica spochmurniała. Wyglądało na to, że nie takiego pytania się spodziewał. Szybko jednak zamaskował zaskoczenie, ponownie się uśmiechając. – Jej ojciec to szalony artysta – mruknął. – Jest malarzem, dorobił się na swoich dziwacznych obrazach, nie ma nic wspólnego z błękitną krwią, arystokracją ani żadnymi wpływowymi firmami. A ona chyba jest do niego dosyć podobna… W każdym razie chyba nie mogą ścierpieć, że taka „dziwna” osoba, ma lepsze koneksje i większe wpływy od nich. – I tylko o to chodzi? – spytałam niedowierzająco. Eric wzruszył ramionami. – Tyle w tej szkole zupełnie wystarczy. – Więc ja tutaj zupełnie nie pasuję – uśmiechnęłam się wesoło. – Pasujesz bardziej niż ci się wydaje – oznajmił chłopak, ale nie zdążył wyjaśnić co ma na myśli, bo do klasy przyszedł nauczyciel i zaczęliśmy powoli wchodzić do środka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             WF był dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chodzi o to, że nie lubiłam ćwiczeń fizycznych. Po prostu odnosiłam wrażenie, że koleżanki z klasy za wszelką cenę starają się uprzykrzyć mi życie, a godzina wf-u była do tego idealną okazją. Tego dnia grałyśmy w koszykówkę. Zaliczyłam już kilka zadrapań i siniaków, kiedy ktoś „przypadkiem” podstawił mi nogę, ale najgorszą zdobyczą był wielki siniak na policzku, po tym, jak Angelica z całej siły rzuciła we mnie twardą piłką. Mimo najszczerszym chęciom, po prostu nie mogłam uwierzyć, że to był zwykły wypadek. Rozumiałam już dlaczego Nataly w ogóle nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego, ja jednak nie zamierzałam rezygnować. Nie należałam do osób, które łatwo się poddają. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w szkolny mundurek, splotłam jasne włosy, w długi, luźny warkocz i ruszyłam korytarzem zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami dzisiejszego dnia. Stanęłam przy swojej szafce. Włożyłam rękę do sztruksowej torby, żeby wyciągnąć książki, które miałam tutaj zostawić. Pisnęłam z bólu. Wyjęłam zakrwawioną dłoń, w której tkwiły malutkie odłamki szkła. Znowu przyszły mi do głowy dziewczyny z mojej klasy. Tego już nie mogłam uznać za wypadek, tylko dlaczego one tak mnie nienawidzą? Przecież nic im nie zrobiłam! – Chodź – usłyszałam nad sobą stanowczy głos. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Martin stał przy swojej szafce i przyglądał się całej scenie. Chłopak był w starszej klasie, więc ku mojej wielkiej uldze, nie widywałam go zbyt często. Wziął moją torbę, chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą długim korytarzem. Po chwili znaleźliśmy się w gabinecie lekarskim. Zaklął brzydko, kiedy okazało się, że nikogo w środku nie było. Wyjął z przeszklonej gabloty wodę utlenioną i sam przemył mi dłoń. Sprawnie wyciągnął pęsetką kawałki szkła. Syknęłam z bólu. Zaśmiał się. Wyraźnie go to rozbawiło. – Kto i za co cię tak nie lubi? – zapytał, zawijając bandażem moją wymytą z krwi dłoń. Czułam, że coraz bardziej nienawidzę tej szkoły. – Myślę, że dziewczyny z mojej grupy – mruknęłam niechętnie – ale dlaczego, nie mam pojęcia. Wcześniej myślałam, że to nieprzyjemne wypadki, ale teraz sama już nie wiem… Dopiero wtedy przyjrzał mi się uważniej. Mimowolnym gestem wyciągnął rękę i dotknął brzydkiego siniaka na moim policzku. – Skąd to masz? – zapytał. Skrzywiłam się nieznacznie. – Angelica uderzyła mnie piłką, jak grałyśmy na wf-ie w kosza. – Podwinęłam rękaw i pokazałam mu nieprzyjemne otarcie powyżej łokcia. – A to zrobiła mi Paula, jak wchodziłyśmy do klasy. Pojęcia nie mam o co chodzi. Przyjaźnię się z dziewczyną, której nie lubią, ale chyba nie mogą mnie za to aż tak nienawidzić… Martin bez słowa otworzył moją torbę, wysypał z niej książki i resztki potłuczonego szkła. Wypadła też złożona na cztery części kartka. Rozłożył ją i uśmiechnął się z przekąsem „odwał się od Erica, zdziro” głosił duży, czarny napis. Zamrugałam zaskoczona. Moje koleżanki z klasy to psychopatki! – Mhm, więc teraz przynajmniej wiesz o co chodzi – mruknął patrząc na mnie lekko rozbawiony. – Nie spodobało im się, że podrywasz „ich” Erica – zakpił. – Rewelacja – warknęłam coraz bardziej rozwścieczona. Co za idiotyzm! – Tylko, wyobraź sobie, że nikogo do jasnej cholery nie podrywam, za czym idzie nawet nie mam jak przestać! Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. To chyba była nowość, że jakaś dziewczyna nie leciała na Erica. Spakowałam z powrotem swoją torbę i chciałam wyjść z gabinetu. Zatrzymał mnie przed drzwiami. – Zaproś mnie na wiosenny bal – powiedział cicho, poważnym głosem. – Co?! – zapytałam kompletni wyprowadzona z równowagi. – To co słyszałaś – powiedział, a na jego ustach zabłąkał się drwiący uśmieszek. – Na długiej przerwie, w stołówce. Im więcej osób zobaczy, tym lepiej. Potem to on wyszedł z gabinetu i nie odwracając się odszedł korytarzem. Stałam zaskoczona, wpatrując się w jego znikające w oddali plecy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wchodziłam na stołówkę widziałam jak nieprzychylnie patrzą na mnie Paula z Angeliką. Uśmiechy mściwej satysfakcji zagościły na ich twarzach, gdy zobaczyły moją owiniętą bandażem rękę. Planowałam zignorować Martina i radzić sobie sama, ale kiedy poczułam sól w swojej kawie, uznałam, że mam dość. Pewnym krokiem podeszłam do chłopaka. Zaprosić go na bal? Niby co mi to miało dać? – Cześć, możemy porozmawiać? – zaczęłam niepewnie. Spojrzał na mnie wyczekująco. Skinął głową. Na jego twarzy zagościł leniwy, arogancki uśmiech. Zdałam sobie sprawę, że zamilkły rozmowy przy kilku najbliższych stolikach. – Pójdziesz ze mną na bal? – zapytałam niezbyt przekonana. Roześmiał się. Przeczesał palcami ciemne, opadające na oczy włosy. – Niezły żart – oznajmił dość głośno, żeby słyszały go nie tylko stojące w pobliżu osoby. Potem odwrócił się i odszedł do wyjścia ze stołówki. Po raz kolejny tego dnia oniemiała wpatrywałam się w jego plecy. To jakiś rodzaj gry? Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Panująca wokół cisza przeszła płynnie w podniesione szepty. Jednak już chwilę później podeszła do mnie Paula. Miała współczujący wyraz twarzy. – Nie przejmuj się – powiedziała kładąc mi rękę na ramieniu – on wszystkim dziewczynom odmawia. Chodź, pójdziemy razem na literaturę – zaproponowała przywołując gestem Angelę. Czy ja wyglądałam na załamaną? Ani trochę nie rozumiałam co tu się właśnie stało. Nie tylko Paulina i Angela były przez resztę dnia dla mnie miłe. Pocieszały mnie też pozostałe dziewczyny z klasy. Dręczyły mnie ich współczujące, pełne zrozumienia spojrzenia. Po zajęciach, na korytarzu złapała mnie Nataly. Od razu odciągnęła mnie na bok. Znalazłyśmy się na klatce schodowej. Byłyśmy na niej same. – Czemu to zrobiłaś? – zapytała gorączkowo. – Odwaliło ci zupełnie? Coś ty sobie myślała? – O co ci chodzi? – westchnęłam lekko poirytowana. – Naprawdę myślałaś, że z tobą pójdzie? – zadała pytanie zniesmaczonym głosem. – Zdawało mi się, ż jesteś inna – stwierdziła zrezygnowana. – Uspokój się Nataly – mruknęłam nie wiedząc czy jestem bardziej zaskoczona czy rozbawiona. – Kazał mi. Dziewczyna zamrugała. – Jak to? – zapytała zupełnie zbita z tropu. – Martin powiedział, żebym go zaprosiła. Posłuchałam go. Nie miałam pojęcia co planuje – wytłumaczyłam koleżance. – To miało mi pomóc z Paulą i Angelicą. Jak durne by nie było, ostatecznie podziałało. – Rozmawiał z tobą? – zdumiała się jeszcze bardziej. Skinęłam głową. Czy to było naprawdę takie dziwne? Martin był klasycznym przykładem dupka, ale dlaczego miałoby być czymś niezwykłym, że ze mną rozmawia? – Był mi winien przysługę – sprostowałam. – Mariko, jesteś najbardziej zaskakującą i nieprzewidywalną osobą jaką znam – oznajmiła stanowczo i bezpośrednio Nataly. – Myślę, że się zakochałam! – powiedziała, chwytając mnie pod rękę i prowadząc ze sobą do klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Po lekcjach poszłam do biblioteki. Tu było mi znacznie łatwiej odrabiać lekcje niż w niewielkim pokoju, który wynajmowałam razem z koleżanką z Polski – Martą. Zrezygnowałam z akademika, który zaproponował mi wuj, żeby móc mieszkać właśnie z nią. Wolałam dzielić skromny pokój z przyjaciółką niż siedzieć sama w obcym miejscu, nawet jeżeli miałoby być luksusowe i dostatnie. Biblioteka była o tej porze zupełnie pusta. Siedziałam odrabiając zadanie z fizyki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że z aroganckim uśmieszkiem na twarzy, podszedł do mnie Martin. Rzuciłam w niego ciężką książką, ponieważ była to pierwsza lepsza rzecz jaką miałam pod ręką. Złapał ją w locie. – Ty draniu! – wrzasnęłam na niego. – O co ci chodzi? – zapytał patrząc na mnie urażonym wzrokiem zbitego psa. – Nie chcę brać udziału w twoich głupich grach! – warknęłam na niego sięgając po kolejny tom. W jednej chwili znalazł się przy mnie. Złapał mnie za rękę. – Odpłaciłem ci za przysługę – oznajmił cichym, poważnym głosem. – Przestały ci dokuczać, mam rację? – Tak, ale nie w tym rzecz – rzuciłam ostro, wyrywając mu rękę. – Więc o co chodzi? – teraz wyglądał na lekko rozbawionego. – Chciałaś iść ze mną na ten durny bal? W tym momencie poczułam się jak idiotka. – Oczywiście, że nie – odpowiedziałam szybko. – W ogóle tam nie idę. – To dlaczego się na mnie gniewasz? – zapytał rzeczowo. – Bo mogłeś mnie uprzedzić co zamierzasz zrobić – warknęłam. Roześmiał się. – Nie jesteś zbyt dobrą aktorką – oznajmił z chłopięcą szczerością. – Nic by wtedy z tego nie wyszło. Warknęłam na niego wściekle. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Chabrowe oczy zalśniły. – Teraz w każdym razie jesteśmy kwita – oznajmił oddając mi książkę. – Przyszedłem ci to powiedzieć. Trzymaj się mała – rzucił drwiącym tonem i wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą w dużej, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, pustej bibliotece. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Początek kwietnia był ładny i słoneczny. Aber było niewielkim miasteczkiem położonym na granicy Morza Irlandzkiego, jakby ściśnięte pomiędzy Zatoką, a Narodowym Parkiem Snowdonia, w Walii, gdzie podobno mieszkał mój wuj, którego nigdy nie widziałam na oczy. W każdym razie, zwłaszcza o tej porze roku, było tu naprawdę pięknie. Uwielbiałam zarówno lasy jak i usiane poszarpanymi klifami morskie wybrzeże. Często chodziłam na samotne spacery, nawet do oddalonej pół godziny drogi od mojej kamienicy szkoły, wolałam chodzić piechotą niż tłoczyć się w załadowanym po brzegi autobusie. Tego ranka, kiedy wchodziłam przez, zdobioną przy pomocy kowalstwa artystycznego, bramę mojej szkoły, podbiegł do mnie Eric. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wyglądało to tak, jakby tutaj na mnie czekał. – Cześć piękna – przywitał mnie wesołym uśmiechem, zabierając ode mnie torbę z książkami. – Hej, co tak wcześnie? – zapytałam przyzwyczajona, że chłopak pojawia się dopiero przed samym dzwonkiem. – Mam do ciebie sprawę – oznajmił. – Zaprosiłaś już kogoś na bal? – zapytał. Spojrzałam na niego pytająco. Co oni wszyscy z tym balem? Poza tym co to za głupi zwyczaj, żeby dziewczyny zapraszały chłopaków? – Nie planuję tam iść – odpowiedziałam mu wzruszając ramionami. – W takim razie może zmieniłabyś zdanie i poszlibyśmy razem? – uśmiechnął się ujmująco. Patrzył na mnie takim wzrokiem, a ja naprawdę go polubiłam i nie chciałam mu sprawiać przykrości. – Jeżeli ci na tym zależy – mruknęłam. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. – W takim razie jesteśmy umówieni – oznajmił wesoło i razem poszliśmy w kierunku szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ Owinięta dużym, kąpielowym ręcznikiem wracałam z basenu do przebieralni. Myślałam o tym, jakie konsekwencje będzie miało, to, że pójdę na bal z Ericem. Słyszałam już dzisiaj przed zajęciami, jak Kate z wypiekami na twarzy prosiła go, żeby z nią poszedł. Chłopak grzecznie i tajemniczo odmówił, mówiąc, że jest już zajęty i nie zdradzając żadnych więcej szczegółów. Co jednak zrobią, kiedy się dowiedzą, że to właśnie o mnie chodzi i że to ja „zaprosiłam” na bal Erica. W pewnym momencie drogę zagrodził mi barczysty blondyn. Nie znałam go nawet z widzenia. Miał na sobie tylko kąpielówki. Spojrzałam na niego pytająco. – Hej laska, jesteś Polką, prawda? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. – Wy lubicie obciągać – oznajmił z pewnym siebie uśmieszkiem. Na chwilę wmurowało mnie w ziemię. Bez słowa spróbowałam go wyminąć, ale mi na to nie pozwolił. Próbował mnie złapać, odskoczyłam gwałtownie. W dłoniach został mu tylko mój niebieski ręcznik. Zadrżałam z zimna w samym, wilgotnym, sportowym stroju kąpielowym. Podszedł do mnie bliżej. Z tyłu były szafki. Nie miałam już gdzie się cofać. – Zrobisz mi loda i dam ci spokój – zaproponował, kiedy znalazł się tuż przy mnie. Chciałam go uderzyć. Z wściekłą miną złapał mnie za rękę. W tym momencie ktoś odciągnął go do tyłu. Ze zdziwieniem zobaczyłam chłodne spojrzenie niebieskich oczu. Mimo tego, że znajdowaliśmy się w hali basenu, Martin był kompletnie ubrany. Popchnął zaskoczonego blondyna, tak, że tamten wpadł na drewnianą ławkę i potykając się o nią runął na kremowe kafelki posadzki. – Odwal się od niej – warknął stając nad nim. Podniósł mój ręcznik. Rzucił mi go niedbale. – Wynoś się! – rozkazał, nawet nie patrząc na mnie. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Przytuliłam do siebie niebieski materiał i mając nadzieję, że nie pośliznę się na mokrych kafelkach, pobiegłam do przebieralni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Już w mundurku szkolnym, ale zupełnie nie gotowa na kolejne lekcje, wyszłam na miękkich nogach z hali basenu. To co się przed chwilą stało wyprowadziło mnie z równowagi. Przed budynkiem szkoły, na drewnianej ławce czekała na mnie Nataly. Usiadłam przy niej kładąc głowę na ramieniu przyjaciółki. – Co się stało? – zapytała od razu widząc, że coś jest nie tak. – Nienawidzę tej szkoły – mruknęłam. – Ci ludzie nie są normalni. Dlaczego ci kretyni mają mnie za dziwkę? Co zrobiłam, żeby mogli tak sądzić? Nataly uśmiechnęła się smutno. Pogłaskała mnie po ramieniu. – Myślałam, że nie słyszysz tego lub jeśli słyszysz to ignorujesz – stwierdziła cicho. – Oni mają się za lepszych, bo w większości są Walijczykami. Poza tym nie wszyscy są tacy. Zresztą w naszej klasie żaden chłopak o tobie złego słowa nie powie, już Eric o to zadbał. – Zaprosił mnie na bal – westchnęłam. – Kto, Eric? – spytała wcale nie zaskoczona Nataly. – Aha – mruknęłam. – Potem pewnie dopiero rozpocznie się piekło. – Nie sądzę – uśmiechnęła się do mnie pogodnie przyjaciółka. – Po przedstawieniu z Martinem, dziewczyny raczej będą ci kibicować. – Obyś miała rację – westchnęłam smętnie. – Mam już dosyć tej całej pochrzanionej sytuacji. I wiesz co? – uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Ja naprawdę lubię Erica. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mieliśmy wolną godzinę. Wszyscy wyszli na dwór i tylko ja, opustoszałym korytarzem szłam w kierunku biblioteki. Zatrzymałam się na chwilę, kiedy w jednej z kameralnych wnęk zobaczyłam siedzącego na szerokim parapecie Martina. Właściwie nie chciałam z nim rozmawiać, miałam ochotę zawrócić i uciec byle dalej od chamskiego chłopaka, ale uznałam, że wypada mu podziękować, w końcu, gdyby nie on, nie wiadomo co by się dzisiaj stało. Podniósł na mnie pytające spojrzenie kiedy podciągnęłam się na rękach, siadając przy nim na parapecie. Niechętnie wyłączył mp3 playera. – Tak? – odezwał się zrezygnowany. – Wiem, że masz to w dupie – mruknęłam – ale chciałam ci podziękować. Czego słuchasz? – spytałam od niechcenia. – Masz – westchnął podając mi słuchawkę – bylebyś siedziała cicho. Sama nie wiedziałam dlaczego nie zaprotestowałam. Usiadłam przy nim, wyciągając z torby książkę, którą miałam czytać w bibliotece. Martin włączył muzykę. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że słyszę znajome piosenki. Najpierw leciał System, potem Metallica, zupełnie jakbym słuchała swojej listy utworów. Brakowało mi tylko Polskich piosenek i mniej znanych zespołów takich jak Decard, za to w zamian za nie słyszałam jakiś Francuski hard rock i nieco skoczniejsze Walijskie kawałki. Wyjęłam z torby swoje mp3, podałam mu rozbawiona. – Przejrzyj listę – roześmiałam się. Spojrzał na mnie skonsternowany, ale zaczął przeglądać moją play listę. Najwyraźniej był bardziej zaskoczony niż ja, bo jego chabrowe oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia. Przeczesał palcami ciemne, rozwichrzone włosy. – Zamieńmy się do jutra – zaproponował. – Chętnie posłucham tego, czego nie znam. – Ok. – odpowiedziałam zsuwając się z parapetu, właściwie nie miałam nic przeciwko przegraniu sobie kilku fajniejszych kawałków. Podał mi swojego czarnego ipoda, zatrzymując moje poczciwe, bez firmowe mp3. – To do jutra – powiedziałam odchodząc. – Na razie – mruknął zakładając słuchawki na uszy i na cały regulator włączając muzykę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Następnego dnia szłam do szkoły słuchając muzyki z czarnego ipoda. Wyjmowałam go właśnie przed szkołą z torby, kiedy dopadł mnie Eric. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie. – Skąd to masz? – zapytał ostro. – A co za różnica? – odwarknęłam bezmyślnie. – Bo to nie twoje – oznajmił patrząc mi w oczy. Zamrugałam. O co mu do licha chodziło? – Nie, nie moje – odpowiedziałam spokojnie. Wziął mnie za rękę. Pociągnął do wnętrza szkoły. – Oddaj – rozkazał. – Co? – popatrzyłam na niego niedowierzająco, a on po prostu wyjął mi go z ręki, a potem oddalił się korytarzem. Przeklęłam w duchu. Co ja niby powiem Martinowi?! Pobiegłam za Ericem na drugie piętro. Zamarłam, kiedy wyjrzałam zza rogu schodów. Chłopak stał naprzeciwko Martina. – Mam twoje mp3 – oznajmił podając mu ipoda. Tamten przeczesał palcami ciemne włosy, uśmiechnął się ironicznie. – Dzięki – mruknął, a potem odwrócił się i odszedł korytarzem. Oszołomiona spojrzałam na Erica. Czy on do cholery pomyślał, że go ukradłam? Dlaczego Martin nie zaprotestował?! W tym momencie nienawidziłam go jeszcze bardziej niż przedtem. Zbiegłam na dół nie patrząc przed siebie. Usiadłam w jakiejś wnęce na pustym korytarzu. Do oczu napłynęły mi łzy. Zasłoniłam je rękami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ktoś przy mnie jest. Eric ukucnął przy mnie, odciągnął ręce od mojej twarzy. – Zostaw mnie – syknęłam. Spojrzał na mnie jakby nie rozumiejąc. – To był ipod Martina, tego chłopaka, na którego wpadłaś pierwszego dnia w stołówce. Oddałem mu go – powiedział powoli. – Naprawdę sądzisz, że go ukradłam? – spytałam wpatrując się intensywnie w jego zielone oczy. – Ukradłaś? – spytał zaskoczony. – Nawet nie przyszło mi to do głowy – uśmiechnął się do mnie łagodnie – ale teraz rozumiem dlaczego się na mnie gniewasz. Podejrzewam, że to dziewczyny ci go podrzuciły… Widziałem, że ci trochę dokuczają, a uwierz mi, nie chciałabyś mieć w nim wroga. Gdyby się dowiedział… On potrafi się mścić. – Więc mu go oddałeś, żeby on tak nie pomyślał? – zapytałam zaskoczona. – Dokładnie – powiedział podając mi dłoń, żeby pomóc wstać z podłogi. Chwyciłam jego rękę. Podniosłam się zgrabnie, wierzchem drugiej dłoni ocierając łzy. Wspięłam się na palce, całując Erica w policzek. Uśmiechnął się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem. – Muszę się umyć – powiedziałam cicho, lekko zażenowanym głosem – spotkamy się pod salą, dobrze? Skinął głową, a ja pobiegłam korytarzem. Umyłam twarz zimną wodą, żeby nie było widać moich łez. Potem poszłam po książki. W szafce leżało moje mp3. – Dupek – mruknęłam pod nosem, wkładając je do torby. Szybkim krokiem, z myślą, że chętnie bym coś, a najlepiej kogoś, kopnęła po drodze, poszłam pod drzwi naszej klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Nadeszła połowa kwietnia, długo wyczekiwany przez wszystkich dzień wiosennego balu. Zaskoczyło mnie, że zostałam wezwana do sekretariatu, w którym czekała na mnie długa, błękitna, wieczorowa suknia. Mój wuj, po prawie czternastu latach, nareszcie zaczął spełniać swoje obowiązki, podobno, prawnego opiekuna. Uśmiechnęłam się kwaśno. Nie chciałam wkładać tej sukni, ale wiedziałam, że zrobię to, głównie ze względu na Erica. Nie chciałam, żeby przeze mnie źle się bawił. Jemu najwyraźniej na tym balu zależało znacznie bardziej niż mi. Nataly kategorycznie odmówiła pójścia na bal, ale zaprosiła mnie do siebie, postanawiając, że zrobi ze mnie swoją lalko-modelkę i zabawi się w tworzenie artystycznego makijażu i fryzury. Zapaliła się do tego jak mała dziewczynka, dlatego umówiłam się z Ericem właśnie pod jej domem. Punkt dziewiętnasta, chłopak czekał pod drzwiami z bukietem czerwonych róż. Promiennie uśmiechnął się na mój widok. Wsiedliśmy do prowadzonej przez elegancko odzianego szofera białej limuzyny i pojechaliśmy na mój pierwszy w życiu bal. Właściwie, w towarzystwie Erica, bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko odbywało się w wielkim holu naszej szkoły. Był cudownie przystrojony biało-różowymi, wiosennymi kwiatami. Sprawiał wręcz baśniowe wrażenie. Śmiałam się i tańczyłam tyle co nigdy dotąd. Nataly miała rację. Kiedy Eric zostawił mnie samą na krótką chwilę, natychmiast podeszła do mnie podekscytowana Angela, chwilę potem dołączyła do niej Paula. Zamiast grozić i straszyć zaczęły jedna przez drugą gratulować oraz udzielać dobrych rad. Więc jednak Martin miał na moje życie też jakiś pozytywny wpływ. Wrócił Eric. Zatańczył z zachwyconymi dziewczynami. Całkiem zadowolona z życia wpatrywałam się w wirujące na parkiecie barwne pary. Potem jednak na moim błękitnym niebie pojawiła się jedna czarna chmura. – Co tu robisz?! – warknął na mnie Martin. – Nie miało cię tu być. Zamrugałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazł się przy mnie. Miał na sobie idealnie skrojony, czarny garnitur, nie miał jednak kotyliona, więc najwyraźniej był na balu sam. – Ale przyszłam – odpowiedziałam zaskoczona. – Zresztą, co cię to obchodzi? – Z kim? – zapytał. – Co z kim? – nie zrozumiałam. – Z kim przyszłaś? – dokończył pytanie. – To jakaś różnica? – mruknęłam poirytowana. – Jestem tu z Ericem, jeżeli chcesz wiedzieć. – Kretyn – warknął z jakiegoś powodu wkurzony Martin. Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia z sali. – Ej, puszczaj! – spróbowałam się wyrwać, ale chłopak trzymał zbyt mocno. Pociągnął mnie na schody, protestującą zaprowadził na górę. Zaczęłam krzyczeć. Zatkał mi usta dłonią, mimo, że i tak nie sądziłam, że przy tak głośnej muzyce ktokolwiek może mnie usłyszeć. – Zamknij się – syknął na mnie, wpychając do jakiegoś pokoju. Zamknął za nami drzwi. To było pomieszczenie ochrony. Na kilku sporych monitorach widziałam odbywający się na dole bal. Wreszcie Martin mnie puścił. Odskoczyłam od niego jak oparzona, odsuwając się w najdalszy kąt pokoju. Prychnął. Z politowaniem pokręcił głową, odwracając się w stronę ekranów. Na sali pojawiły się duże, różnobarwne pinaty. Rozbawieni ludzie zaczęli je rozbijać. Coś było nie tak. Ze zgrozą zobaczyłam, jak zamiast papierowych kwiatów i cukierków, z zabawek wylewają się tonące w paskudnej cieczy owady. Przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Potem włączył się alarm przeciwpożarowy. Z sufitu trysnęła woda, zalewając całą salę. Tłum gęstniał przy wszystkich możliwych wyjściach. Dziewczyny krzyczały w panice. Zapanował chaos. Patrzyłam na to wszystko osłupiała. Pobladłam na twarzy. – Jesteś psychopatą – odezwałam się chłodno do, wpatrującego się w monitory, najwyraźniej zadowolonego z siebie chłopaka. – Być może – odpowiedział, a w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek. Chłopak wyciągnął telefon. Wybrał numer. – Mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła – mruknął do słuchawki – pokój ochrony, drugie piętro. Potem się rozłączył. Chwilę później do pomieszczenia wpadł Eric. Jego zielone oczy płonęły. Z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że on także był zupełnie suchy. Odgoniłam od siebie oskarżycielskie myśli. Musiał mnie pewnie szukać po szkole. Na mój widok odetchnął z ulgą. Rozłożył ręce, a ja wpadłam w jego ramiona. Przytulił mnie do siebie i wyprowadził z pokoju. Zanim zamknął drzwi, zobaczyłam jeszcze ostatni, drwiący, nieco pogardliwy uśmiech na twarzy Martina. – Przepraszam – powiedział cicho Eric, kiedy jako jedni z ostatnich wychodziliśmy ze szkoły. – Przepraszam, że zostawiłem cię samą. Uśmiechnęłam się do niego blado. Eric odwiózł mnie do domu, a ja o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o znalezieniu się we własnym łóżku. Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało, a już na pewno nie w to, że taki chaos zaplanował właśnie Martin. Chociaż z drugiej strony, właściwie to do niego całkiem pasowało. Tylko jaki mógł mieć motyw? ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Była niedziela. Piękne, słoneczne, kwietniowe popołudnie. Wybrałam się na długi spacer po lesie. Dręczyły mnie wydarzenia z balu. Nie rozumiałam, dlaczego Martin to zrobił, ale jeszcze większą zagadką było dla mnie, czemu nie zostawił mnie na dole razem z innymi. Co właściwie łączyło jego i Erica? Usłyszałam hałas jadących polną drogą quadów. Nienawidziłam kiedy ludzie zakłócali leśny spokój „tymi rzeczami”. Nie miałam nic przeciwko – niech sobie jeżdżą, ale powinni to robić na wyznaczonych torach, a nie tam gdzie popadnie. Zwłaszcza nie tutaj, na wybrzeżu, gdzie teren oznaczony był jako ścisły rezerwat przyrody. Pojazdy zatrzymały się między drzewami. Słyszałam głośne śmiechy chłopaków. Podeszłam odrobinę bliżej, chowając się za drzewami. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam, żeby mnie zauważyli. Zaskoczona rozpoznałam kolegów ze szkoły, a wśród nich szczupłą sylwetkę Erica. Już miałam wyjść, przywitać się z nimi, kiedy zobaczyłam coś jeszcze. Michael i Alan wyciągnęli coś, a raczej kogoś, co spostrzegłam dopiero po chwili, z jednego z zaparkowanych quadów. Bezceremonialnie rzucili chłopakiem o ziemię, jakby był workiem ziemniaków. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć, kiedy rozpoznałam ciemne, niesfornie opadające na oczy włosy. Stałam jak wmurowana w ziemię i ze zgrozą obserwowałam jak moi koledzy kopią leżącego na ziemi Martina. Cała moja sympatia do przystojnego, uroczego Erica prysła jak bańka mydlana. Leżący na trawie chłopak próbował się podnieść, nie pozwolili mu na to. Zobaczyłam, że ma związane ręce. Czy oni powariowali? Nogi się pode mną ugięły. Nie miałam pojęcia co mogę zrobić. Czy w ogóle istniało coś takiego? Nie miałam nawet pieprzonego telefonu! Zresztą i tak nie wiedziałabym do kogo mam zadzwonić. Alan przyczepił linę do związanych nadgarstków Martina. Chłopaki z powrotem wsiedli do quadów. Ruszyli. Chłopak z początku próbował biec za nimi, ale bardzo szybko potknął się i przewrócił. Spory kawałek pokonał szorując brzuchem po nierównej drodze, a potem Michael odciął naprężoną linę i odjechali, zostawiając go leżącego na drodze. Byłam w szoku. Chwilę zajęło mi zanim odzyskałam władzę w nogach. Podbiegłam do niego. Z trudem usiadł. Jego elegancka koszula była podarta i pobrudzona w wielu miejscach. Przez policzek chłopaka przebiegało podłużne, nieprzyjemne zadrapanie. Nadgarstki Martina były poobcierane do krwi. Kiedy usłyszał moje kroki, podniósł wzrok. Widziałam jak zaskoczenie na jego twarzy zmienia się we wściekłość. – Zjeżdżaj stąd! – warknął nieprzyjaźnie nieco zachrypniętym głosem. – Nie! – tym razem dla odmiany nie zamierzałam go posłuchać. Usiadłam przy nim na ziemi, nie zwracając uwagi, na to, że brudzę swoje jasne jeansy. Pomogłam mu rozwiązać ręce. Boleśnie chwycił mnie za nadgarstki. – Wynocha! – syknął. – Nie! – powtórzyłam stanowczo poprzez łzy, które w międzyczasie napłynęły mi do oczu. Spojrzał mi w oczy. Puścił. – Nic nie widziałaś, jasne? – odezwał się zrezygnowany. – Ale… – zaczęłam, jak niby mogłam to zlekceważyć? – To nasze prywatne sprawy – uciął krótko. – Ciebie to nie dotyczy. Milczałam. Chłopak wstał. Zachwiał się. Skrzywił się przy pierwszym kroku. Jego twarz była blada jak płótno. Zerwałam się z ziemi. Przysunęłam do niego. Objęłam go w pasie. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie. – Odprowadzę cię – wyjaśniłam najspokojniejszym głosem, na jaki było mnie stać. Wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz – mruknął tylko. Przez las szliśmy grubo ponad pół godziny. Martin nie odezwał się do mnie ani słowem. W końcu nie wytrzymałam. Ciekawość zwyciężyła nad dumą. – Czemu oni ci to zrobili? – zapytałam cichutko, czemu Eric brał w tym udział? – dodałam w myślach, to co zabolało mnie najbardziej. – Czy to zemsta za zepsucie balu? Chłopak prychnął. – Nie sądzę. Zresztą „bal” – niemal wypluł to słowo – to nie do końca moja sprawka. – Mamy pewne „porachunki” – burknął. – Dla własnego dobra, nie mieszaj się w to – powiedział, a ja w tonie jego głosu wyczułam nie tyle rozkaz, co raczej prośbę. Postanowiłam w tym momencie nie drążyć tego tematu. Skończył się las. Zatrzymaliśmy się przed wysokim, kamiennym murem. Spojrzałam pytająco na Martina. Wzruszył ramionami. Bez specjalnego problemu wspiął się na rosnące przy murze drzewo. Już po chwili stał na szczycie płotu. Wpatrywałam się w niego skonsternowanym wzrokiem. – Idziesz czy nie? – ponaglił. Niechętnie wspięłam się na drzewo. Wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją i przy jego pomocy znalazłam się na murze. Martin zgrabnie zeskoczył po drugiej stronie. Usłyszałam szczekanie. W stronę chłopaka biegły dwa pokaźnych rozmiarów rotwailery. Na chwilę zamarłam przerażona, ale psy zamiast warczeć czy atakować radośnie podskakiwały u nóg Martina. – Max, Ouran, siad – rozkazał, a one posłuchały bez najmniejszych protestów. Zsunęłam się z muru, a chłopak objął mnie w pasie, zanim zdążyłam dotknąć ziemi. – Widzę, że często łazisz po płotach i dachach – mruknęłam. Obrzucił mnie skonsternowanym spojrzeniem. – No co, chyba nie myślałaś, że w takim stanie wejdę od frontu? – zapytał ironicznie. Psy podeszły do mnie obwąchując ciekawie. Martin przez chwilę pozwolił im na to, a potem złapał mnie za rękę i przez równiutko przystrzyżony trawnik pociągnął w stronę domu. Willa w której mieszkał była ogromna. Zdziwiło mnie jednak, że nikogo w niej nie ma. Chłopak zaprowadził mnie na drugie piętro, do rozległych, urządzonych w ciemnych tonacjach pokoi. – Tu masz łazienkę – oznajmił otwierając przede mną jedne z wielu ciemnobrązowych drzwi. – Czyste ręczniki leżą na szafce. Zaraz przyniosę ci jakąś górę – stwierdził patrząc na moją umorusaną błotem dresową bluzę. Chwilę później przyszedł do mnie z czarnym longsleevem. Niechętnie wzięłam szybki prysznic. Wolałabym to zrobić w domu, ale uznałam, że tym razem Martin ma rację. Głupio bym się czuła, gdybym miała taka umorusana błotem iść ulicami miasta. Włożyłam z powrotem swoje niebieskie jeansy i jego, zdecydowanie za dużą, bawełnianą bluzę. Kiedy weszłam do pokoju, chłopak stał w samych spodniach, przerzucając ubrania w dużej, rozsuwanej szafie. Skrzywiłam się widząc na jego ciele siniaki i poobcieraną w wielu miejscach skórę. – Szybka jesteś – mruknął wkładając na siebie czystą, czarną koszulę. Wzruszyłam ramionami. – Odprowadź mnie do wyjścia – poprosiłam. – Jeżeli poczekasz chwilę, to cię odwiozę – oznajmił uśmiechając się leciutko. – Na pewno jesteś w stanie? – zapytałam powątpiewająco. Skinął głową, ale nie zdążył nic powiedzieć, kiedy usłyszeliśmy kroki na schodach. Martin zaklął. Pociągnął mnie w stronę kolejnych drzwi. – Błagam, nie wychodź stąd – poprosił wpychając mnie do środka. Znalazłam się w jego sypialni. W pokoju stało duże, równiutko zaścielone łóżko z pomalowanego na czarno drewna i prosta, nocna szafka, na której leżała książka. Właściwie nie było tu nic więcej. Zaskoczona rozpoznałam okładkę jednej z powieści Pratchetta. Ciekawość jak zwykle we mnie zwyciężyła i wyjrzałam przez szparę w lekko uchylonych drzwiach. Zamrugałam zaskoczona. Do dużego pokoju wszedł Eric. Wyglądał na mocno zaniepokojonego. – Nic ci nie jest? – zapytał podchodząc szybkim krokiem do Martina. – Tym razem przegięli i to bardzo – powiedział przepraszającym tonem. – Za nic nie chcieli mnie słuchać. – Przeżyję – usłyszałam ironiczny głos Martina. – Naprawdę uważasz, że warto? – niechętnie spytał Eric. – Tak – odpowiedział pewnym głosem Martin – a teraz przepraszam, ale mam coś do załatwienia – oznajmił odprowadzając drugiego chłopaka do drzwi – porozmawiamy później. Eric zawahał się w progu, a potem niechętnie wyszedł. Martin zatrzasnął za nim drzwi. Niepewnie wysunęłam się z sypialni. Obrzuciłam chłopaka pytającym spojrzeniem. – Co on tu robi? – spytałam nie mogąc się powstrzymać. Teraz to Martin wyglądał na zaskoczonego. – Eric jest moim bratem, nie wiedziałaś? – zapytał rozbawiony. Zamrugałam. – Pod żadnym względem nie jesteście do siebie podobni – odpowiedziałam czując w sobie ulgę, że jednak nie pomyliłam się co do Erica, że wcale nie bawiło go to co robili jego koledzy. – Poza tym z tego co wiem, macie różne nazwiska… Martin uśmiechnął się ironicznie. – Mamy inne matki – odpowiedział. – Mój ojciec ożenił się z Heleną po śmierci swojej żony. Miałem wtedy niecałe dwa lata. Ona jest dosyć znaną aktorką i nigdy nie zmieniła nazwiska, a Eric nosi to po matce. – Och – wymknęło mi się nieproszone. Nie miałam pojęcia jak to skomentować, więc postanowiłam przemilczeć. – Idziemy? – zapytał otwierając przede mną drzwi. – Nie mów mu, że tu byłaś – poprosił cicho, kiedy przechodziłam obok. – Jak chcesz – odpowiedziałam tylko wzruszając ramionami. Tego dnia zdecydowanie miałam dosyć natłoku nowych informacji. Wyszliśmy razem przed dom, a potem weszliśmy do sporych rozmiarów garażu. Próbowałam ukryć zaskoczenie, kiedy Martin podał mi kask. – Trzymaj – rzucił mi skórzaną, motocyklową kurtkę. Włożyłam ją na siebie i usiadłam za nim na wiśniowo-czerwonej Hondzie. Nigdy do tej pory nie jechałam na motorze, więc lekko przestraszona objęłam Martina w pasie. Ruszyliśmy przejeżdżając pilnowaną przez dwóch uzbrojonych strażników bramą. Wzdrygnęłam się na myśl o tym, że wchodziliśmy do środka przez płot. – Dokąd jedziemy? – zapytał siedzący przede mną chłopak, a ja podałam mu adres. Pół godziny później zatrzymaliśmy się pod kamienicą w której wynajmowałam pokój. Zsunęłam się z motocykla, oddając Martinowi kask. Zdziwiłam się, kiedy chłopak też wstał. Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem. – No co? – spytał z drwiącym uśmieszkiem na ustach. – Nie zaprosisz mnie do środka? – Jeżeli chcesz – odpowiedziałam obojętnie. Weszliśmy do zbudowanej z czerwonej cegły kamienicy. Potem po schodach na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi do niewielkiego pokoju pod samym dachem. Pod pochyłymi ścianami stały dwa wąskie łóżka, a pod jedyną prostą niewielki stolik i szafa. – Tutaj mieszkasz? – spytał Martin zaintrygowany. – Aha, mam współlokatorkę – dodałam, ciesząc się w duchu, że akurat jej nie ma. Nie miałam ochoty przedstawiać jej Martina, właściwie nikomu nie miałabym ochoty go przedstawiać. Dalej nie miałam pojęcia jak to możliwe, że był bratem tak diametralnie innego od niego Erica. – Przytulnie – mruknął, a jego głos niemalże ociekał ironią. – Może już sobie pójdziesz, jak ci się nie podoba? – zapytałam z nadzieją. – Zostanę – oznajmił siadając na moim łóżku. – Czy dokuczanie mi cię bawi? – zapytałam zupełnie szczerze. – W pewnym sensie – odpowiedział podpierając się na łokciu. – Nie zaproponujesz mi nic do picia? – zapytał. – To bardzo niegrzecznie z twojej strony. Warknęłam. Roześmiał się. – Wynocha! – syknęłam. – Idź już sobie! Wstał. Uśmiechnął się łobuzersko. Podałam mu kurtkę. Pokręcił przecząco głową. – Przyda ci się jutro – mruknął. – Rano po ciebie przyjadę. Potem wyszedł, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby nie rzucić czymś ciężkim, w zamykające się za nim drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rankiem przekonałam się, że Martin nie rzuca słów na wiatr. Kiedy wyszłam z kamienicy, okazało się, że czeka pod moim domem, on i jego wiśniowo-czerwona Honda. Skąd on w ogóle wiedział, że wychodzę tak wcześnie?! Kiedy tylko mnie zobaczył, jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku. – Trzeba było włożyć spodnie – mruknął podając mi kask. – Nie jadę z tobą – warknęłam na niego, wygładzając ręką swój szkolny mundurek. – Ok., jak sobie chcesz – odpowiedział zsiadając z motocykla. – Możemy iść na piechotę, albo pojechać autobusem. Spojrzałam na niego jak na wariata. – A może zrobimy tak – zaproponowałam –  ja pójdę piechotą, sama – dodałam dobitnie – a ty rób co chcesz? – Nie – odpowiedział uśmiechając się do mnie wrednie. – Odprowadzę cię do szkoły czy tego chcesz, czy nie. Jeżeli pojedziemy motorem, szybciej się mnie pozbędziesz – zasugerował. – Nie martw się – dodał słysząc moje zrezygnowane westchnięcie – wysadzę cię przed szkołą, nikt nas razem nie zobaczy. Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona jego słowami. Przecież nie o to mi chodziło… W końcu, bez zbędnych słów, wzięłam od niego kask i zajęłam miejsce pasażera Hondy. Z miną zwycięscy usiadł przede mną i odpalił silnik. Zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce, tuż koło szkoły. Zsunęłam się z motocykla zdejmując kask. Oddałam go chłopakowi. – Jutro masz być w spodniach i kurtce – rozkazał – przebierzesz się w szkole – a potem, nie czekając na odpowiedź po prostu odjechał. Miał rację, w sięgającej kolan, plisowanej spódnicy było mi chłodno i niezbyt przyjemnie, do tego Martin bardzo starannie omijał wszystkie kałuże, żeby przypadkiem nie zachlapać mojego mundurka. To miało sens. Tylko dlaczego w ogóle uparł się, żeby podwozić mnie do szkoły? To już zupełnie go nie miało. Dopiero teraz zobaczyłam rude warkocze. Biegła ku mnie rozgorączkowana postać. Jej mina wyrażała szok i zdumienie. Dopadła mnie zanim jeszcze porządnie stanęłam na chodniku. – Opowiadaj! – Nataly krzyknęła niemal histerycznie. – Natychmiast musisz mi o wszystkim opowiedzieć! – Ale o czym? – zamrugałam zaskoczona, przeklinając w myślach cholernego Martina. – Marika! Ty wariatko! Każda dziewczyna w szkole marzy o tym, żeby Martin Corvidae przewiózł ją na swoim motorze, a ty jeszcze pytasz o czym?! – wykrzyknęła gorączkowo. – Co? Jak? Dlaczego? Wzruszyłam ramionami. – Pomogłam mu, potem on pomógł mnie, a potem uparł się, żeby uprzykrzać mi życie. Koniec historii. Proszę cię, nie mów nikomu, że z nim przyjechałam – spojrzałam błagalnie na przyjaciółkę. – Jakbym nie miała wystarczającej ilości kłopotów, to jeszcze on uparł się, że będzie podwoził mnie do szkoły. – Podwoził? Codziennie? – westchnęła zszokowana Nataly. – I pomyśleć, że się na ciebie złościłam, kiedy zaprosiłaś go na bal… a teraz wydaje mi się całkiem realne, że gdybyś go zaprosiła, tak na poważnie, to naprawdę by z tobą poszedł. Przyjaciółka wzięła mnie pod rękę i razem ruszyłyśmy w kierunku szkoły, na której dziedzińcu z każdą kolejną minutą coraz bardziej gęstniał tłum ludzi. – Wątpię – uśmiechnęłam się do Nataly, przypominając sobie paskudne zdarzenia z balu. – Znacznie większą frajdę sprawiło mu popsucie wszystkim innym zabawy niż bal jako taki. – Co masz na myśli? – zapytała nie rozumiejąc. – Poczekaj, zaraz pewnie o tym usłyszysz – mruknęłam, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum. I rzeczywiście o niczym innym nie mówiono. Głównym tematem była katastrofa, która wydarzyła się na balu. Szukano winnego, jednak szkolne kamery niczego nie zarejestrowały. I nic dziwnego, pomyślałam, skoro to właśnie nimi bawił się Martin. Dziewczyny wzdrygały się na wspomnienie sypiących się z pinat robali. Nataly przysłuchiwała się wszystkiemu ze szczerym zdumieniem, ale i jakąś ponurą, pełną satysfakcji miną. Takiej jej jeszcze nie znałam i nie byłam pewna czy chcę ją taką poznać. – Brr, ty też to przeżyłaś? – zapytała wzdrygając się, kiedy poszłyśmy razem do toalety. Przecząco pokręciłam głową. – Tuż przed tym Martin wyciągnął mnie z sali – mruknęłam niechętnie. – Nie wiem dlaczego mnie stamtąd zabrał. Jestem też cholernie ciekawa o co w tym wszystkim chodziło. Nataly wzruszyła ramionami. – W końcu jesteś dziewczyną jego brata – stwierdziła – a wbrew pozorom, Martin dba o Erica. Coś sprawiło, że po tych szczerych słowach poczułam się bardzo nieprzyjemnie. To jednak wiele wyjaśniało. Boleśnie przypomniałam sobie słowa chłopaka, które wypowiedział do słuchawki, w pokoju ochrony „mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła”. Wtedy nie zwróciłam na nie uwagi, zbyt poirytowana sytuacją, ale teraz wreszcie nabrały dla mnie sensu… Jeżeli choć przez chwilę łudziłam się, że Martin mnie lubi, to złudzenia rozwiały się właśnie w powiewach wiosennego wiatru, wraz z opadającymi z drzew, białymi kwiatami wiśni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Martin dotrzymał słowa i codziennie rano czekał pod moją kamienicą, za to w szkole ignorowaliśmy się nawzajem z uporem godnym lepszej sprawy. Natomiast Eric był przy mnie teraz na każdej przerwie, nawet wtedy, kiedy nie mieliśmy wspólnych zajęć. Staliśmy pod salą, w której za chwilę miałam wraz z Nataly mieć biologię. On miał teraz chemię na jednym z wyższych pięter. Wcale się jednak tym nie przejmował. Uśmiechnął się do mnie czarującym, chłopięcym uśmiechem. W jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki. – Mimo wszystko, cieszę się, że jednak ze mną poszłaś na ten bal – powiedział zadowolonym głosem, obejmując ręką moje ramiona – nawet jeżeli sama w sobie zabawa była kompletną katastrofą. Poczułam się nieswojo. Minął już prawie tydzień, a ja do tej pory nie zapytałam go o szczegóły dotyczące tamtego zajścia, on natomiast udawał, że wszystko jest w porządku i nic takiego się nie stało, poza jednym, drobnym szczegółem – smsem o treści: „Dziękuję Ci, że nie próbowałaś wydać Martina.”. Później temat zginął śmiercią naturalną, a ja dalej żyłam z niezaspokojoną, chorą ciekawością i maleńkim, prawnie niezauważalnym, poczuciem winy. – Ja mam mieszane uczucia – mruknęłam. – Chyba już nigdy więcej nie wybiorę się na żaden bal. Dostarczają zbyt wielu mocnych wrażeń. Stojąca przy nas Nataly parsknęła śmiechem. Twarz Erica oblała się delikatnym rumieńcem, ale nie skomentował mojej wypowiedzi, nie wybiła go jednak z rezonu. – Dobrze, więc wiemy już, że nie lubisz bali – powiedział z uśmiechem – ale chyba nie masz nic przeciwko ogniskom? Bo widzisz – ciągnął, kiedy przecząco pokręciłam głową – w piątek szykuje się takie jedno, imprezowe i oczywiście jesteś na nie zaproszona, obie jesteście – dodał z szelmowskim uśmiechem patrząc na lekko zaskoczoną Nataly. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Mimo, że moja nowa przyjaciółka jak zwykle odmówiła wzięcia udziału w zabawie, ja zdecydowałam się pójść. Eric był naprawdę uroczy, czarujący i lubiłam jego towarzystwo. Na ognisku było sporo osób z naszej klasy, ale ja i tak czułam się tam zupełnie sama. Nie do końca byłam pewna czy pasuję do tych ludzi. Kiedy jednak podszedł do mnie Eric, natychmiast rozwiały się wszystkie moje wątpliwości. Zaproponował mi piwo, mimo, że wszyscy pili, odmówiłam. Nie nalegał. Siedziałam przy nim cały wieczór, a on poświęcał mi większość swojej uwagi, naturalnym gestem obejmując mnie ramieniem. Śmiałam się z jego żartów, wpatrywałam się w niesamowite, zielone oczy. Marzyłam o tym, żeby mnie pocałował. Wreszcie nadeszła ta chwila. Eric pochylił się ku mnie. Łagodnie dotknął moich ramion. Poczułam przepływ energii, chciałam przymknąć oczy, nie zrobiłam tego jednak. Kątem oka dostrzegłam stojącą pod drzewem, tuż na granicy światła, płynącego od ogniska ciemną sylwetkę. Martin stał z założonymi na torsie rękami i wpatrywał się w nas z ponurą miną. Mimowolnie odsunęłam się od Erica. – Ja, nie mogę… – szepnęłam cicho. Chłopak gwałtownie zerwał się z drewnianej ławki, na której siedzieliśmy. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem, a potem szybkim krokiem opuścił polanę. Zostałam sama, czując ssanie w żołądku i nieprzyjemną gulę w gardle. W końcu zebrałam się w sobie na tyle, żeby wstać. Poszłam w stronę bawiących się ludzi. Kiedy mijałam linię drzew, zobaczyłam smukłą sylwetkę Erica. Chciałam do niego podejść, przeprosić, ale zatrzymałam się w pół kroku. Chłopak najwyraźniej zdążył pocieszyć się już sam, ponieważ stał tam trzymając w ramionach Angelicę, natarczywie wsuwając język do jej ust. Poczułam się bardzo nieswojo. Z trudem przełknęłam ślinę. Odwróciłam się. Szybkim krokiem przeszłam leśną ścieżką, z powrotem na skąpaną w świetle księżyca polanę. Ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nie jestem zazdrosna. W innych okolicznościach nie miałabym nic przeciwko Ericowi i Angeli, ale teraz chłopak zachował się po prostu bardzo nie fair. Dotarło do mnie też coś innego. Naprawdę nie chciałam go pocałować. Odgoniłam od siebie nachodzące mnie, natrętne myśli o tym, czego naprawdę chcę. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że polana wcale nie była pusta. Na ławce, z której wstałam kilka minut wcześniej, siedział Martin. Palił papierosa. Poczułam przemożną ochotę na to, by wyrwać mu go z ręki i cisnąć do ogniska. Nienawidziłam, kiedy to robił. Ogólnie całej jego mrocznej postaci, każdego ruchu, każdego gestu, przez większość czasu po prostu nienawidziłam. Podniósł na mnie wzrok. Przyjrzał mi się obojętnie. – Cześć – mruknął, mimo, że widzieliśmy się rano. Wbrew sobie podeszłam do ławki, na której siedział. Usiadłam obok niego. – Mógłbyś przy mnie nie palić? – poprosiłam. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, kiedy po prostu zgasił papierosa, odrzucając go na bok. Nie tego się po nim spodziewałam. Małe ognisko dogorywało. Wszyscy uczestnicy imprezy grzali się i bawili przy większym i o to niewielkie, rozpalone w leśnym zaciszu, nikt już nie dbał. Zadrżałam z zimna. Martin znów mnie zaskoczył. Zdjął z siebie skórzaną, motocyklową kurtkę, narzucając mi ją na ramiona. – Udało ci się zdenerwować mojego brata? – zapytał z cieniem drwiącego uśmiechu na ustach. – Już się zdążył pocieszyć – mruknęłam. – Angela mu pomogła. – Angela? – zdziwił się chłopak. – Wydawało mi się, że widzę go z Paulą. Wzruszyłam ramionami. – Co za różnica. – Nie martwi cię to za bardzo – skomentował. – Nie specjalnie – odpowiedziałam szczerze, zapinając zamek w jego kurtce. Kwietniowy wieczór był urokliwy, baśniowy, ale wcale nie specjalnie ciepły. Martin spojrzał mi w oczy. Po całym moim ciele przeszły dziwne dreszcze. Jeżeli myślałam, że pomiędzy mną, a Ericem była jakaś energia, to tutaj po prostu nastąpił wybuch słońca. Cały świat w jednym momencie przestał istnieć. Mój oddech gwałtownie przyspieszył, z całej siły próbowałam opanować drżenie. Wyciągnęłam rękę, delikatnie odgarnęłam opadający mu na policzek, kosmyk ciemnych włosów, odsłaniając podłużną bliznę. Chwycił moją dłoń, nie odsuwając jej jednak. Przytrzymał ją przy swoim policzku. Delikatnie pochylił się w moją stronę, a ja byłam pewna, że zaraz mnie pocałuje. On jednak puścił moją rękę i wstał. – Chodź, odwiozę cię do domu – powiedział tylko. Wstałam i jak we śnie powlekłam się za nim. Wszystko we mnie chciało krzyczeć z rozczarowania i rozpaczy. Dupek! Cham! Czy to miała być zemsta za Erica? Dlaczego on mi to zrobił? Posłusznie usiadłam za nim na wiśniowym motorze i pozwoliłam się odwieść pod zbudowaną z czerwonej cegły kamienicę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy zsiadałam z motocykla, chłopak również zdjął kask. Patrzył na mnie w milczeniu. Ruszyłam w kierunku drzwi, a potem zatrzymałam się i wróciłam. Było mi już wszystko jedno czy będę czuła się głupio, czy zbędzie mnie jakimś wrednym komentarzem. Po prostu musiałam wiedzieć! Martin odłożył obydwa kaski i stanął przede mną. Od Erica, któremu sięgałam idealnie do ramienia, był wyższy niemal o głowę, mimo to spojrzałam mu w oczy. – Martin… – zaczęłam cicho. – Mhm? – zapytał dając do zrozumienia, że mnie słucha. – Czy ty mnie chciałeś dzisiaj pocałować? – zapytałam jeszcze ciszej, wiedząc, że jeżeli nie chciał, to robię z siebie kompletną kretynkę. – Tak – odpowiedział po prostu. Na moment przestałam oddychać, zaskoczona tą prostą i szczerą odpowiedzią. – Więc dlaczego nie pocałowałeś? – zmusiłam się by ciągnąć to dalej. Uśmiechnął się ponuro. – Jedno zadrapanie na policzku mi wystarczy, nie potrzebuję kolejnych – oznajmił. – Co prawda Erica potraktowałaś stosunkowo łagodnie, ale jestem dziwnie przekonany, że ze mną nie postąpiłabyś tak samo… Zamrugałam. Czy on mówił poważnie? – Ty nie jesteś Ericem – powiedziałam ostro. – Nie jestem – przyznał lekko rozbawiony. – Ciebie chciałam pocałować – dodałam spuszczając wzrok. W chłopaku zaszła jakaś dziwna zmiana. Jednym krokiem pokonał dzielącą nas odległość. Delikatnie uniósł mój podbródek. Czułym gestem odgarnął z twarzy moje długie, jasne włosy. Przyciągnął mnie do siebie, a potem pocałował. Gorąco, namiętnie, z pasją. Poczułam jak uginają się pode mną nogi. Ramionami oplotłam jego szyję. Odwzajemniłam pocałunek. Przygarnął mnie do siebie zaborczym gestem. Przytulił. Czas się zatrzymał. Fajerwerki to zdecydowanie za mało, żeby opisać to co czułam. Było jak w bajce, nie jak w barwnej powieści Science Fiction! Nasz pocałunek powodował wybuchy gwiazd, powstawanie nowych galaktyk i konstelacji. Oderwaliśmy się od siebie na chwilę, by złapać oddech. Zbyt długą chwilę. To Martin nie wytrzymał. Porwał mnie w powietrze i posadził na kamiennym murku, otaczającym moja kamienicę. Teraz moja twarz była idealnie naprzeciwko jego twarzy. Stanął blisko. Oplotłam go nogami. Wróciliśmy co całowania. Wplotłam palce w jego rozwichrzone, ciemne włosy. Zatraciłam poczucie czasu. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale zaczęłam drżeć z zimna. Martin to zauważył. Odsunął się niechętnie. – Przejdziemy się? – zaproponował, a ja skinęłam głową. Kiedy szliśmy wąskim, brukowanym chodniczkiem, w kierunku parku, wziął mnie za rękę. Nie było jeszcze widać wschodu słońca, ale niebo z ciemnogranatowego, zrobiło się teraz raczej szare. Zbliżał się świt. W parku było zupełnie pusto. Martin usiadł na ławce, sadzając mnie na swoich kolanach. Wtuliłam się w niego. Objął mnie czule, delikatnie rozcierając moje zziębnięte ramiona. Dotknęłam jego twarzy. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Przymknęłam oczy, kiedy znów mnie pocałował. Zabłądziliśmy w jakimś własnym, cudownym świecie. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Przeklęłam w duchu, kiedy zobaczyłam blady wschód słońca. Miałyśmy rano z Martą sprzedawać kwiaty. Niechętnie oderwałam swoje usta od ust chłopaka. Zsunęłam się z jego kolan. Spojrzał na mnie zaskoczony. – Wracajmy – poprosiłam. Wstał. Wtuliłam się w jego ramię. Bez słowa objął mnie ręką. Chwile później staliśmy przy wiśniowym motorze, pod drzwiami mojej kamienicy. Wspięłam się na palce, pocałowałam Martina w policzek i zniknęłam za drzwiami. Wiedziałam, że jeżeli zrobię cokolwiek innego, to nie będę potrafiła od niego odejść. Wbiegłam na pierwsze piętro. Wyjrzałam przez okno. Chłopak stał przy motorze. Nawet z tej odległości zobaczyłam wyraz wściekłości malujący się na jego przystojnej twarzy. Z całej siły uderzył pięścią w kamienny mur. Kopnął coś co leżało na ziemi. Potem nałożył kask, drugi przymocował do bagażnika i odjechał. Patrzyłam w ślad za znikającym motorem, a w oczach stały mi łzy. Czy aż tak bardzo tego żałował? Wbiegłam do niewielkiego pokoju. Zdjęłam buty i rzuciłam się na łóżko. Marta spała jak zabita. Wtuliłam twarz w poduszkę, by stłumiła mój cichy szloch. W końcu, po wielu ciągnących się w nieskończoność minutach, zmęczona własnym łkaniem, usnęłam. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kilka godzin później obudziła mnie Marta. Musiała się mocno wysilić, żebym wstała z łóżka. Byłam kompletnie nie wyspana. Moja przyjaciółka, mimo, że niewiele starsza ode mnie, nie uczyła się nigdzie, pracowała w firmie odzieżowej i łapała wszelkie możliwe dorywcze prace, w które zazwyczaj dla towarzystwa wciągała też mnie. Mimo, że starczało mi na skromne utrzymanie, lubiłam na siebie zarabiać, a ona tego naprawdę potrzebowała. Ubrałam się szybko i po prostym śniadaniu wyszłyśmy z domu. Odebrałyśmy tulipany oraz żonkile i Marta żartując, a ja ziewając ruszyłyśmy ulicami miasta. – Patrz jakie ciacho – mruknęła moja przyjaciółka, kiedy na chwilę usiadłyśmy odpocząć, na schodach fontanny, na jednym z placów starego miasta. Było południe. Cały rynek oświetlało jasne słońce. Pod jedną ze sklepowych witryn stał chłopak, którego wskazała Marta. Wszędzie rozpoznałabym te krótkie, zwijające się w drobne loki włosy. To był Eric. Miał na sobie błękitną koszulę, grafitową marynarkę i niebieskie, proste jeansy. Rozmawiał z jakimś ubranym w ciemny garnitur mężczyzną. Odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się do mnie, pomachał. Marta wlepiła we mnie pytające spojrzenie. – To mój kolega z klasy – mruknęłam cicho, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo chłopak zaczął iść w naszą stronę. Stanął tuż przed fontanną. Elegancko odziany mężczyzna szedł kilka kroków za nim. – Cześć dziewczyny – odezwał się do nas. – Jestem Eric Devree – przedstawił się Marcie, z eleganckim ukłonem. – Marta Wiśniewska – bąknęła rumieniąc się na twarzy. Chłopak uśmiechnął się do niej, a ja przez chwilę zastanawiałam się czy przypadkiem nie będę musiała jej wepchnąć do wody, żeby otrzeźwiała. – Mariko, chciałem cię przeprosić za wczoraj… – powiedział pełnym pokory głosem – zachowałem się jak idiota. Czy mógłbym was zaprosić do kawiarni? Mimo nadziei w oczach Marty, przecząco pokręciłam głową. – Pracujemy dzisiaj – odpowiedziałam z uśmiechem, żeby załagodzić odmowę. – Sprzedajemy kwiaty. Na jego twarzy zagościł czarujący uśmiech. – A jak to wszystko sprzedacie, będziecie wolne? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Doskonale – mruknął. – Victor – zwrócił się do mężczyzny. – Zapłać paniom, a potem zawieź kwiaty mojej matce, wróć za powiedzmy dwie godziny – uśmiechnął się szelmowsko. Mężczyzna skinął głową, a ja rozpoznałam w nim kierowcę limuzyny, z którym jechaliśmy na bal. Rozliczył się z Martą, a potem Eric pomógł nam wstać i z moją przyjaciółką po jednej stronie, a ze mną po drugiej, ruszył w kierunku kawiarni.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Eric jak zwykle był uroczy i czarujący. Przeprosił mnie za swoje zachowanie chyba z milion razy. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym się na niego gniewać. Marta była nim zauroczona. Sama nie należała do brzydkich dziewczyn i jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakiś chłopak wywarł na niej tak piorunujące wrażenie. – Marika, masz na początku maja siedemnaste urodziny – zaczął wesoło – mam rację? – Zaskoczona skinęłam głową. Skąd on o tym, do cholery, wiedział? Odniosłam wrażenie, że wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko nie ja. – Masz już jakieś plany? – zapytał. – Ona? Plany? – wyrwało się Marcie. – Pewnie gdybyś jej nie przypomniał, zapomniałaby, że kończy siedemnaście lat. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale milczałam. Eric uśmiechnął się zadowolony. – Doskonale, w takim razie jedziemy nad morze – oznajmił. – Oczywiście zaproś kogo chcesz, ja się wszystkim zajmę – uśmiechnął się wesoło. Nie byłam do końca przekonana czy to dobry pomysł. Właściwie uznałam, że jest bardzo zły, ale patrząc na pełne nadziei, zielone oczy Erica i zachwycony wyraz twarzy Marty po prostu nie mogłam odmówić. Później chłopak zaproponował, żebyśmy resztę dnia spędziły u niego na basenie, a ja, widząc szczenięce spojrzenie i nieme błaganie Marty, ponownie nie byłam w stanie zaprotestować. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy spytałyśmy czy powinnyśmy podjechać do domu po stroje, Eric tylko się roześmiał. Victor zawiózł nas do rozległej willi, a ja pierwszy raz weszłam na jej teren od frontu. Tym razem dom nie był pusty. W przepięknym, bogato udekorowanym salonie, siedziała młoda kobieta. Skąpana w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca wyglądała jak bogini. – Marika – potrąciła mnie w ramię Marta, to ta aktorka, Helena Devree – szepnęła mi do ucha podekscytowana. – O Boże! – wymknęło jej się, gdy skojarzyła wszystkie fakty. Kobieta wyglądała moim zdaniem zdecydowanie zbyt młodo jak na matkę siedemnastolatka. Nieprzyjemnie nasunął mi się na myśl chłód w głosie Martina, kiedy o niej wspominał. Ku mojemu zdumieniu, Eric zaprowadził nas prosto do salonu. – Mamo, to przyjaciółka, o której ci opowiadałem, Marika Merowing i jej koleżanka z Polski Marta Wiśniewska. Dziewczyny, poznajcie moją mamę – uśmiechnął się ciepło. – Dzień dobry pani – przywitałam się uprzejmie, kiedy wstała z kanapy. – Och, proszę, mów mi Heleno – powiedziała uśmiechając się łagodnie. Jej uśmiech był równie czarujący, co Erica, a może nawet jeszcze bardziej. Złote włosy splecione miała w nienaganny kok. Sukienka w biało-czarne pasy układała się idealnie opinając jej szczupłą sylwetkę. – Chcieliśmy popływać. Pomyślałem, że to idealna okazja, żebyś sprawdziła swoje stroje, na żywych modelkach – odezwał się wesoło Eric – widzicie, moja mama projektuje w wolnych chwilach ubrania, to taka jej pasja – wyjaśnił.  – Wspaniały pomysł – zaśpiewała kobieta i wyglądało na to, że mówi zupełnie szczerze – chodźcie, chodźcie! Janna – zawołała służącą – zaprowadź dziewczynki do garderoby. Ty nie będziesz podglądał – zwróciła się żartobliwie do syna – poczekaj na koleżanki na basenie. Poszłyśmy za ubraną w dopasowany strój pokojówką. Znalazłyśmy się w czymś w rodzaju pracowni krawieckiej i studia. Helena pokazywała nam swoje kreacje, przy których pracowało na bieżąco kilka osób i mimo, że zachowywała się dystyngowanie i z gracją, wszędzie jej było pełno. Doszłam do wniosku, że matka Erica, wbrew moim obawom, sprawia wrażenie naprawdę sympatycznej, pogodnej osoby. Wreszcie pokazała nam stroje kąpielowe, przepraszając, że są jeszcze niedopracowane. Były przepiękne! Marcie dostał się odsłaniający plecy, wiązany po bokach, jednoczęściowy strój w kolorze dojrzałych wiśni, co idealnie pasowało do jej opalonej cery i ciemnobrązowych włosów, a mnie błękitne bikini z mini spódniczką a’la pareo, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam. Cały mój sceptycyzm prysł jak bańka mydlana. Helena nalegała, żebyśmy pozwoliły się uczesać i zrobić sobie delikatny makijaż, co kompletnie nie miało dla mnie sensu, skoro za chwilę planowałyśmy pływać. Jakiś fotograf zrobił nam serię zdjęć. Wreszcie, po ponad godzinie, Janna zaprowadziła nas, odziane w jedwabne szlafroczki, na kryty basen. Eric już tam czekał. Zagwizdał przeciągle na nasz widok. Skłonił się żartobliwie, pełnym gracji ruchem. Przejrzałam się w lustrze. Właściwie nie wyglądałam najgorzej. Wysoko upięte, jasne włosy nadawały mi powagi. Niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, a w tym kostiumie, moja szczupła sylwetka, wyglądała po prostu rewelacyjnie, jakby był skrojony specjalnie dla mnie. Może nie byłam taką pięknością, jak Marta, ale niczego mi nie brakowało. Basenowa hala wyglądała raczej jak tropikalna dżungla. Wszędzie rosły palmy, pod którymi stały wygodne, ratanowe meble. Pomieszczenie było naprawdę ogromne. Dodatkowo oprócz samego basenu, było tu też jacuzzi i sauny. Czułam się jak w Aquaparku, tylko takim prywatnym. Brakowało jedynie zjeżdżalni. Pływaliśmy, graliśmy w piłkę, jedliśmy owoce i popijaliśmy jakiś dziwny napój. Bawiłam się naprawdę nieźle. – Zaraz przyjdę – oznajmiłam roześmianym przyjaciołom i ociekająca wodą poszłam poszukać toalety. Kiedy wracałam, szerokim, wyłożonym ciemnozielonymi kafelkami korytarzem, ktoś gwałtownie chwycił mnie za rękę. Odwróciłam się zaskoczona. Martin przez chwilę gapił się na mnie oniemiały, a potem jego twarz oszpecił grymas gniewu. Jego niebieskie oczy stały się lodowato zimne. – Co tu robisz? Bawi cię to?! – warknął na mnie. – Dlaczego ze mną igrasz?! Spojrzałam na niego pytająco, wyrywając nadgarstek z jego uścisku. Czułam, jak pieką mnie policzki. Podły drań bawił się moim kosztem! – O co ci chodzi? – zapytałam wprost. – Czego ode mnie chcesz? Nie potrafiłam zapomnieć wczorajszej nocy. On… To zdecydowanie nie był ten sam chłopak. Nie mogłam znieść jego chłodnego spojrzenia. – Czego chcę? – z niedowierzaniem pokręcił głową. – Chcę, żebyś się stąd wyniosła i nigdy więcej nie przychodziła do mojego domu! – syknął. Przez chwilę cofałam się tyłem, a potem odwróciłam się i uciekłam. Do oczy napłynęły mi łzy. Strumieniami spływały po moich policzkach. Wpadłam na basen, chwyciłam swoje rzeczy. Pospiesznie zaczęłam wkładać ubranie, na ciągle wilgotny strój. Ktoś chwycił mnie za rękę. Wyjął z niej moją bluzkę. Podniosłam wzrok tylko p oto, by napotkać pytające spojrzenie Erica. – Co się stało? – zapytał cicho. Pokręciłam głową, zabierając mu swoje ubranie. – Nie chcę o tym mówić – szepnęłam poprzez łzy. Eric przyciągnął mnie do siebie, przytulił. Delikatnie gładził moje plecy. – Pieprzony dupek – syknął. – Co takiego powiedział ci mój uroczy braciszek? – zapytał. – Kazał mi się wynosić – odpowiedziałam cichutko, wtulając się w ramię Erica. Chłopak zazgrzytał zębami. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. – To też mój dom i ja cię do niego zaprosiłem – oznajmił siląc się na spokój. – On nie ma nic do gadania. – Eric, proszę – podniosłam na niego błagalne spojrzenie. – Chcę stąd wyjść. Chłopak westchnął. Niechętnie skinął głową. – Ubierz się, królewno – powiedział, delikatnie odgarniając mi z twarzy wysuwające się ze spinki, wilgotne włosy – ale powoli i używając ręcznika. Nie chcę, żebyś się przeziębiła. Zabiorę was gdzie indziej. Daleko od mojego kochanego braciszka – dodał ponuro. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy w poniedziałek pod moim domem zobaczyłam wiśniowy motocykl, po prostu stanęłam oniemiała. Ten to miał tupet! Coś się jednak nie zgadzało. Kiedy kierowca zdjął kask, zobaczyłam, że zamiast Martina, siedzi na nim Eric. Uczucia, to rzecz dziwna, bo kiedy go zobaczyłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie zawodu. Kryjąc je pod maską wesołego uśmiechu, podeszłam do chłopaka. – Co tu robisz? – zapytałam. – Podwożę cię do szkoły – oznajmił z szelmowskim uśmiechem. Usiadłam za nim. Objęłam go w pasie rękami. Uwielbiałam jeździć na motorze, ale z Ericem to nie było to samo co z Martinem. Chłopak nie wysadził mnie nigdzie wcześniej. Wjechał, jak gdyby nigdy nic, na szkolny parking. Widziałam omiatające mnie zazdrosne spojrzenia, zaskoczenie w oczach dziewczyn, kiedy Eric zdjął kask. Natychmiast podbiegła do nas Paula. – Super! Brat pożyczył ci motor? Przewieziesz mnie? – zaszczebiotała. Chłopak wyglądał na nieco zmieszanego. Patrzył na mnie z poczuciem winy w zielonych oczach. Uznałam, że będę musiała pomyśleć nad tym, jak wystarczająco jasno dać mu do zrozumienia, że możemy być tylko przyjaciółmi. W końcu niechętnie skinął głową. – Po lekcjach, jeżeli będziesz chciała – oznajmił. Paula aż podskoczyła z radości. We trójkę weszliśmy do budynku szkoły. Eric podał mi wypchaną kopertę. – Co to? – zapytałam zaciekawiona. – Twoje zaproszenia – oznajmił rozbawiony. – Zgodziłaś się, pamiętasz? W piątek jedziemy nad morze. Zamrugałam. – To ile osób mam zaprosić? – Ile tylko chcesz, zaproszeń jest setka, ale zawsze możemy dorobić… – mruknął zmieszany. – Nie, nie! – zaprotestowałam szybko. Gdzie ja znajdę sto osób? Czy ja w ogóle chociażby z widzenia znałam aż tyle? – Eric… nie będziesz zawiedziony, jeżeli tych osób będzie znacznie mniej? Roześmiał się. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. – Oczywiście, że nie. To twoje urodziny. Odetchnęłam z ulga wywijając się spod jego ręki. – Idę poszukać Nataly – oznajmiłam tylko, znikając w drzwiach naszej klasy. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Klasy w liceum imienia świętego Franciszka różniły się od tych w zwykłych szkołach przede wszystkim komfortem. Ławki były wygodne, a krzesełka miękkie. Nauczyciele używali laptopów i rzutników, na tablicach zamiast kredą pisaliśmy mazakami. Wychyliłam się z ławki, rzucając Nataly na blat czarno-białą, elegancką karteczkę i klasyczną różą na wierzchu. – Co to? – zapytała szeptem. – Zaproszenie – mruknęłam niechętnie. – Na moje urodziny, podobno. Dziewczyna rozłożyła kartkę i przeczytała zawartość. Skrzywiła się. – Bardzo ci zależy, żebym tam była? – spytała niechętnie. – Jeżeli byś mogła – spojrzałam na nią błagalnie. Roześmiała się. – Widzę, że jesteś tak samo zachwycona swoimi urodzinami, jak ja. – Pochyliła się ku mnie odrobinę bliżej. – Nie będziesz miała nic przeciwko temu, że zabiorę swojego chłopaka? Nie chodzi do naszej szkoły – dodała ciszej. Kolejna nowa rzecz, której dowiedziałam się o Nataly! Więc miała chłopaka. Uznałam, że poznanie go będzie interesujące. – Jasne, że nie – uśmiechnęłam się do przyjaciółki, podając jej niewypełnioną biało-czarną kartkę. Sama wyciągnęłam jeszcze jedną i położyłam przed sobą na ławce. Wpatrywałam się w nią przez dłuższy czas, a potem, mimowolnie, zaczęłam wypisywać litery.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Na przerwie rozpętała się istna nawałnica. Podchodziły do mnie tłumy ludzi, zagadując niewinnie lub otwarcie pytając czy dam im zaproszenie. Nie miałam pojęcia skąd oni w ogóle o nich wiedzą. Angela szybko rozwiązała mój problem. – Pomóc ci? – zapytała rozbawiona moją paniką. – Błagam – jęknęłam teatralnie. Szybko, na parapecie wypisałam jedno dla niej i drugie dla Pauli. Miałam co do tych dziewczyn naprawdę mieszane uczucia, ale uznałam, że nie chcę znowu mieć w nich zaciętych wrogów. Po chwili namysłu, na kolejnym napisałam nazwisko, od początku uprzejmej dla mnie, Kate. W rezultacie wyszło na to, że w ciągu pierwszej przerwy zaprosiłam całą, kilkunastoosobową klasę. To jednak nie był koniec. Najgorzej zrobiło się na stołówce. Oddałam resztę zaproszeń Angeli, mówiąc, żeby zrobiła z nimi co chce i uciekłam, na szczęście, prawie pustym korytarzem. Wspięłam się na samą górę, na strych, błagając w duchu, żeby nikogo tam nie spotkać, zwłaszcza Martina. W pomieszczeniu było pusto. Odetchnęłam z ulga, siadając na stojącej pod oknem skrzyni. Długa przerwa na lunch trwała trzy kwadranse, czyli zostało mi jeszcze jakieś pół godziny. Wyciągnęłam książkę i mp3 playera, zatapiając się w lekturze i muzyce. Z zadumy wyrwał mnie głośny hałas. Ktoś wbiegł po schodach, trzasnęły drzwi. Rozpoznałam smukłą sylwetkę Martina. Chłopak podbiegł do okna, otworzył je. Zauważył mnie dopiero w momencie, kiedy podciągał się na rękach na parapet. Zsunął się zaskoczony. – Co ty tu do jasnej cholery robisz?! – warknął na mnie. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo na strych wparowało trzech kolejnych chłopaków. Rozpoznałam w nich Antona i Michaela, kolegów Erica. Trzeciego znałam jedynie z widzenia. Stanęli zmieszani przy drzwiach. Byli wyraźnie zaskoczeni moją obecnością. – Co to za laska? – spytał niezbyt uprzejmie, ten, którego nie znałam. – Yyy, to dziewczyna Erica Devree – odpowiedział mu nieco zmieszany Anton. Odruchowo chciałam zaprotestować, że wcale nie jestem jego dziewczyną, ale powstrzymał mnie chłodny wzrok Martina. – Super – ucieszył się chłopak podchodząc do mnie bliżej – może z nami też będzie miała ochotę się zabawić? Martin w jednej chwili znalazł się pomiędzy mną, a nieznajomym chłopakiem. – Spływaj stąd, w tej chwili – syknął bardzo cicho, a sam rzucił się z pięściami, na szerszego w barach chłopaka. Zsunęłam się ze skrzynki, chwyciłam swoją torbę i mijając otępiałych kolegów, wybiegłam na schody. Zatrzymałam się dopiero na samym dole. Serce biło mi jak oszalałe. Przeklinałam się w duchu za to, że w ogóle tu przyszłam. Co za durny pomysł! Zbiegłam jeszcze niżej, z postanowieniem, że znajdę Erica. Dopadłam go jeszcze w stołówce. Nachalnie odciągnęłam na bok. – O co chodzi? – spytał zaskoczony. – Martin ma kłopoty – powiedziałam cicho. – Anton i Michael chcą go pobić. – Nie przejmuj się tym, to nie twoja sprawa – mruknął cicho Eric. – Mój brat sobie poradzi. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a potem przypomniałam sobie jego rozbawioną minę, w lesie, przy quadach. Czy był aż takim dobrym aktorem? – Eric… – zaczęłam cicho – trzeba komuś powiedzieć, oni zrobią mu krzywdę. – Ani się waż! – powiedział ostro, chwytając mnie za rękę. – Krzywdę, to oni zrobią tobie, jeżeli na nich naskarżysz. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. Wyrwałam się z jego uścisku i roztrzęsiona, ze łzami w oczach, wybiegłam ze stołówki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Dłuższą chwilę czekałam na korytarzu ostatniego piętra, ukrywając się w jednej z zacisznych wnęk. Wreszcie usłyszałam odgłos ciężkich kroków, świadczący o tym, że chłopacy zeszli na dół. Wyjrzałam zza rogu. Ten, którego nie znałam miał podbite oko, a Anton kulał na lewą nogę. Najwyraźniej Martin postanowił się z nimi bić. Kiedy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, najciszej jak umiałam, wbiegłam na prowadzące ku strychowi schody. Chłopak siedział na podłodze, oparty plecami o drewnianą skrzynię. Miał potargane, rozdarte w niektórych miejscach ubranie. Spojrzał na mnie wrogo. – Czego chcesz? – zapytał ostro. Zignorowałam jego pytanie. Przyklęknęłam przy nim. – Nic ci nie jest? – spytałam cicho. Pokręcił głową. – Idź już sobie – poprosił zrezygnowany. Niechętnie wstałam. Sięgnęłam jednak do torby i położyłam na podłodze, obok chłopaka czarno-białe zaproszenie, które wypisałam na pierwszej lekcji. – Zrobisz z tym co będziesz chciał – mruknęłam, a potem przeszłam przez skrzypiące, drewniane drzwi strychu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Piątek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko, a z nim, długo wyczekiwany przez wszystkich, oprócz mnie, wyjazd nad morze. Ja się tego zwyczajnie bałam. Poza tym lubiłam naszą zatokę i nie widziałam powodów, dla których mamy wybierać się gdzieś dalej. Pojechaliśmy do Aberystwyth, turystycznej miejscowości na wybrzeżu Walii. Był ciepły, słoneczny dzień, ale odrobinę wiało, więc wzburzone face co chwilę uderzały o poszarpane klify. Zaraz po przyjeździe, poznałam chłopaka Nataly, Thijsa. Był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem w koszulce Slayera i czarnej bluzie z kapturem. Niewiele mówił, ale chyba przez to bardziej do siebie pasowali, bo moja szkolna przyjaciółka potrafiła być naprawdę rozgadaną osobą. Chwilę później zgarnął mnie Eric. Objął ręką moje ramiona i poprowadził wzdłuż brzegu, pokazując mi urokliwą, prywatną plażę. Kiedy wreszcie udało mi się od niego uwolnić, natychmiast dopadła mnie Angelica. – Marika… chciałam zapytać, to znaczy – wahała się dziewczyna – czy ty chodzisz z Ericem? Wszyscy mówią, że jesteś jego dziewczyną… – Nie jestem – odpowiedziałam prosto, żeby przynajmniej jej wbić to do głowy – naprawdę go lubię, ale nie w ten sposób – dodałam na wszelki wypadek. Twarz Angelicy ozdobił wesoły uśmiech. – Więc, nie będziesz miała nic przeciwko temu, że go poderwę? – zapytała pogodnie. Ona mnie o to pyta? Od kiedy stałyśmy się takimi przyjaciółkami? Mimowolnie sięgnęłam ręką do policzka, na którym dalej gościł, prawie już zupełnie wyblakły siniak po uderzeniu piłką do koszykówki. – Nie, jasne, że nie – odpowiedziałam uprzejmie, mając cichą nadzieję, że może to załatwi problem podrywającego mnie Erica. Potem zaczepiały mnie kolejne osoby, a każdy czegoś ode mnie chciał. Nie wszystkich nawet znałam. Wytrzymałam może półgodziny, a później stwierdziłam, że mam dość. Nie lubiłam być w centrum uwagi. Za to spostrzegłam, że moja przyjaciółka, Marta, naprawdę to uwielbia. Stała na plaży otoczona wianuszkiem chłopaków. Uśmiechnęłam się na ten widok. Przynajmniej ona dobrze się bawiła. Wykorzystałam chwilę, w której zostałam sama i przeskakując biały płotek, wymknęłam się na dziką, przyozdobioną stromymi klifami część plaży. Tutaj nareszcie nie było nikogo. Wsłuchałam się w krzyki mew i szum, rozbijających się o skały, morskich fal. W tym miejscu było tak pięknie! Moja dusza wzlatywała w przestworza. Idąc brzegiem, odeszłam spory kawałek od prywatnej plaży. Miałam na sobie sandały, zwiewną, białą sukienkę oraz niebieski sweterek. Stałam i pozwalałam by wiatr rozwiewał moje ubranie i rozpuszczone, jasne włosy. Obejrzałam się za siebie. Byłam tu tylko ja i ta dzikość. Cudowne uczucie! Szłam dalej przed siebie, na samej granicy klifów. Wiał coraz silniejszy wiatr. Pode mną rozbryzgiwała się morska piana. W pewnym momencie przyszła wyższa fala. Nie spodziewałam się tu takiej. Podmyła mi nogi. Pośliznęłam się, zsuwając z klifu do wody. Nie było zbyt wysoko, ale upadek i tak mnie zamroczył. Zanurzyłam się w wodę. Dookoła kłębiła się piana. Wszędzie było tak samo ciemno. Nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół. Zaczynało mi brakować powietrza. Nadludzkim wysiłkiem walczyłam z morskim prądem. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Poczułam na sobie czyjeś ręce. Ktoś ciągnął mnie w górę. Oślepiło mnie jasne słońce, gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, a potem znów nakryła mnie morska fala. Otoczyły mnie silne ramiona. Chwilę, później plując i kaszląc wodą, znalazłam się na brzegu. – Wszystko w porządku? – zapytał Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. Skinęłam głową, pozbywając się z ust kolejnej porcji słonej wody. Zadrżałam z zimna. Chłopak przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. Miał na sobie tylko przemoczone spodnie, był na bosaka. Wstał, podniósł mnie ze żwirowatego piasku. Na plaży walały się porozrzucane części jego ubrania. Schylił się i podniósł koszulę. Postawił mnie na ziemi. Ugięły się pode mną nogi. Przytrzymał mnie obejmując w pasie. – Zdejmuj ten mokry sweter – rozkazał. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał zagniewanym, ale i pełnym ulgi głosem. Posłusznie zdjęłam sweter. Nie protestowałam, kiedy rozpiął moją doszczętnie przemoczoną sukienkę. W międzyczasie musiałam gdzieś zgubić buty. Kiedy zostałam w samej bieliźnie, chłopak okrył mnie swoją koszulą. Sięgała mi do połowy ud. Zaczął zapinać guziki. – Chciałam trochę pobyć sama – mruknęłam cicho. – Śledziłeś mnie? – przyszła mi nagle do głowy irracjonalna myśl, którą wypowiedziałam na głos. Martin odwrócił wzrok. – Poszedłem za tobą – przyznał. – Ale dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc. – Martwiłem się – uśmiechnął się leciutko. – Jesteś wmieszana w zbyt wiele naszych spraw. Ktoś mógł cię skrzywdzić. – To dlatego odwoziłeś mnie do szkoły? – zgadłam. – I dlatego przez ostatni tydzień pożyczałeś Ericowi motor? – Zasugerowałem mu, że może cię podwozić do szkoły – przyznał. – Tak na wszelki wypadek. Westchnęłam. Martin, który do tej pory nie przestał mnie obejmować w pasie, wziął mnie na ręce. Odruchowo oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzałam na chłopaka pytająco. – Schowamy się przed wiatrem – mruknął. Zaniósł mnie za linię drzew. Posadził na trawie. Znaleźliśmy się na niewielkiej, skąpanej w majowym słońcu polanie. – Poczekaj – poprosił. Pobiegł na plażę, by po chwili wrócić z naszymi ubraniami. Otulił mnie swoją kurtką, a potem usiadł przy mnie. Przez chwilę siedzieliśmy wpatrując się w siebie w milczeniu. Wreszcie nie wytrzymałam. – Martin, jesteś jedną wielką zagadką! – wybuchłam. – Raz mnie nienawidzisz, trzymasz się ode mnie z daleka, a potem mnie całujesz, kiedy myślę, że wszystko jest ok. wywalasz mnie ze swojego domu, a teraz martwisz się o mnie i właściwie ratujesz mi życie. O co w tym chodzi? Czego ty do diabła chcesz? Uśmiechnął się ponuro. Jego chabrowe oczy zalśniły. – Chciałbym, żebyś nie była dziewczyną mojego brata – oznajmił patrząc mi w oczy. – Przecież do cholery nie jestem i nigdy nie byłam! – warknęłam. – Więc pogrywasz z nami obydwoma – prychnął. – Brawo! A sądziłem, ze jesteś kiepską aktorką – dodał pogardliwie. Zamrugałam. – O czym tu mówisz? Nic mnie nie łączy z Ericem i nic nigdy nie będzie łączyło. – On twierdzi co innego – powiedział odrobinę mniej pewnie. – Niech sobie mówi co chce! – warknęłam wkurzona. – To i tak nie zmienia faktów. – Więc dlaczego wtedy ode mnie uciekłaś? – zapytał wpatrując się we mnie intensywnie. – I co następnego dnia robiłaś u nas w domu? – Uciekłam? – nie mogłam uwierzyć, że on naprawdę coś takiego wymyślił. – To dlatego byłeś wtedy taki wściekły? Myślałeś, że się tobą bawię? – Nie – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Sądziłem, że mścisz się na Ericu, za to co robił na ognisku. Dlatego byłem wkurzony. – Poszłam wtedy od ciebie, bo już wschodziło słońce i miałam może trzy godziny, żeby się wyspać. W sobotę od rana sprzedawałyśmy z Martą kwiaty. Gdybym pożegnała się w jakikolwiek inny sposób, nie potrafiłabym odejść – wyznałam szczerze, a w moich oczach z jakiegoś powodu zalśniły łzy. – Na Starym Mieście zgarnął nas Eric, chciał przeprosić. Kupił od nas wszystko co sprzedawałyśmy, zaprosił nas do kawiarni, a potem na basen. Koniec historii. Martin siedział wpatrując się we mnie. Potem zbliżył się jeszcze bardziej. Przyciągnął do siebie. Wplótł palce w moje mokre włosy. Pocałował. Potem kolejny raz i znowu. To było inne od poprzedniego razu. Jeszcze bardziej intensywne. Czułam w nim taką niesamowitą ulgę, że aż przechodziły mnie dreszcze. – Jestem idiotą, kretynem – szepnął tuż przy moim uchu. – Przepraszam. Powinienem był zapytać ciebie co jest grane, nie jego. Oplotłam mu szyję ramionami. Usiadłam na jego kolanach, nie zwracając uwagi na to, że nie mam na sobie spodni. Pisnęłam, kiedy moja skóra dotknęła zimnego, mokrego materiału. Roześmiał się. Położył mnie na trawie, a sam pochylił się nade mną. Znów poczułam jego usta na swoich. Czy tak wygląda niebo? Odgarnęłam mu z twarzy opadające na oczy kosmyki ciemnych włosów. Jeszcze niedawno żywe, czerwone zadrapanie na policzku, było już teraz tylko cienką, białą kreską. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie. Przyszło mi do głowy, że jednak, mimo wszystko, spędzenie urodzin nad morzem, mogło być całkiem niezłym pomysłem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wracaliśmy brzegiem morza, trzymając się za ręce. Martin niósł moją mokrą sukienkę i sweter, a ja ciągle miałam na sobie jego koszulę i motocyklową kurtkę. Kiedy na horyzoncie ukazał nam się biały płot, dzielący prywatną plażę od dzikiej, chłopak puścił moją dłoń. Spojrzałam na niego pytająco. – Lepiej, żeby nikt nie zobaczył nas razem – powiedział cicho. Co?! To było dla mnie jak policzek. – Wstydzisz się mnie? – zadałam pierwsze pytanie jakie przyszło mi na myśl. – Nie o to chodzi… – zaczął. – Jakoś Eric nie miał oporów żeby pokazywać się ze mną przy znajomych, albo przedstawić mnie matce – warknęłam. Martin spojrzał na mnie zaskoczony. – Przedstawił cię Helenie? Niemożliwe! – oznajmił z całym przekonaniem. – Nie przedstawiłby jej byle kogo. – Więc jestem byle kim?! – wrzasnęłam na niego. – Nie o to mi chodziło – próbował sprostować. – Miałem na myśli, że jesteś osobą, która niewiele znaczy… Nie pozwoliłam mu skończyć. Uderzyłam go w twarz. – Jesteś prawdziwym dupkiem, Martinie Corvidae! – krzyknęłam na niego, wyrywając mu swoje ubrania, a potem odwróciłam się i najszybciej jak potrafiłam pobiegłam w stronę prywatnej plaży. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Znajomi ze szkoły obrzucali mnie zaskoczonymi spojrzeniami, a ja tylko biegłam po plaży, boso i w za dużej czarnej koszuli. Nie patrzyłam przed siebie. Wpadłam na kogoś. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że stoję na piasku, naprzeciwko zdezorientowanego Erica. Patrzył na mnie pytająco. Uznałam, że należą mu się wyjaśnienia. Nie wyglądał na zachwyconego faktem, że stałam przed nim w koszuli i motocyklowej kurtce jego brata. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, żeby się uspokoić. W międzyczasie otoczyła nas całkiem pokaźna grupa, na czoło której wysunęła się Marta. Sytuacja była najwyraźniej zbyt abstrakcyjna, ponieważ nikt się nie odezwał. – Zsunęłam się z klifu – powiedziałam cicho, patrząc tylko na Erica. – Utopiłabym się gdyby nie twój brat. Jak wściekła nie byłabym na Martina, to jednak taka była prawda. W zielonych oczach chłopaka pojawił się gniew, ale i jakaś dziwna ulga. Marta pisnęła. Przyskoczyła do mnie oplatając mnie ramionami. Chwilę później zrobiła to samo Nataly oraz Angela. Dziewczyny zabrały ode mnie mokre ubranie. Słyszałam zadawane różnymi głosami pytania czy wszystko w porządku czy nic mi nie jest. Eric objął mnie ramieniem, niemal wyrywając koleżankom. Wyprowadził z tłumu i pociągnął gdzieś za sobą. Spojrzałam na niego pytająco. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał gorączkowo, prowadząc w kierunku wyjścia z plaży. – Było tam ładnie – mruknęłam odrobinę zawstydzona. Chłopak z dezaprobatą pokręcił głową. – Dokąd idziemy? – zapytałam, kiedy wspięliśmy się po drewnianych schodach. – Nie będziesz przecież chodziła w mokrym ubraniu – oznajmił stanowczo, nie patrząc na mnie. Potem jednak, jakby mimowolnie, spojrzał. W jego oczach zobaczyłam niechęć. – A tak tym bardziej nie będziesz – westchnął. Wsadził mnie do samochodu i zawiózł do jakiegoś sklepu. Miałam tylko nadzieję, że skoro prowadzi, znaczy to, że nic jeszcze nie wypił, w końcu mieliśmy tu zostać na noc. Kiedy tylko zaciągnął mnie do środka, natychmiast ruszyłam z powrotem w stronę wyjścia. Chłopak zagrodził mi drogę. – Eric, daj spokój – poprosiłam. – Moje rzeczy szybko wyschną, poza tym nie stać mnie na ten sklep – to była filmówka, jedna z tych, w których ceny zazwyczaj są obłędne. – Trudno – niemal warknął chłopak, a ja czułam, że w środku aż go roznosi. Wyglądało na to, że z trudem nad sobą panował. Uśmiechnęłam się na myśl, że może jednak jest w nim jakieś podobieństwo do Martina… – Mnie stać – oznajmił, po czym zawołał jedną z elegancko ubranych ekspedientek. Eric opowiedział co się stało. Sprzedawczynie nie tylko znalazły mi nowe ubranie – całe, od bielizny aż po buty – ale także wysuszyły mi włosy i pomogły się uczesać. Były bardzo miłe. Jedna z nich nawet wyjęła podręczną kosmetyczkę, żeby poprawić mój rozmazany przez morską wodę makijaż. Kiedy skończyłyśmy, Eric wyglądał na zadowolonego. Bez mrugnięcia przyjął do wiadomości obłędną sumę i zapłacił za ubrania kartą kredytową. Gdy wreszcie udało nam się wyjść ze sklepu, miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się z nowego ubrania i faktu, że nie będę przyciągała za dużą koszulą Martina jeszcze większej uwagi, a z drugiej czułam się głupio w stosunku do Erica. W dalszym ciągu boleśnie pamiętałam nieprzyjemne słowa, Martina, że jego brat, nie przedstawiłby matce byle kogo. Więc może jednak dla Erica, nie byłam „byle kim”. – Ślicznie wyglądasz – oznajmił chłopak, z zadowoloną miną obejmując mnie ramieniem. Uśmiechnęłam się do niego promiennie. Miałam na sobie kraciastą spódniczkę, czarny golf bez rękawów i również czarny, bardzo przyjemny w dotyku, mięciutki sweterek. Na nogach natomiast miałam wysokie, skórzane buty. Bardzo spodobał mi się mój nowy strój. Rozpuszczone, jasne włosy, spływały mi na ramiona falującą kaskadą. Tego dnia, zdecydowanie bardziej niż zwykle przypominałam sobą dziewczynę. No cóż, w końcu jakby nie patrzeć, to były moje urodziny! Wsiedliśmy do czerwonego samochodu. Kiedy dojechaliśmy do plaży, Eric zwlekał z wysiadaniem. Wyraźnie walczył sam ze sobą. – Co robi tutaj Martin? – zdecydował się w końcu zapytać. Wzruszyłam ramionami. – Zaprosiłam go. Wtedy, kiedy uznałeś, że „sobie poradzi” – mruknęłam. – Pamiętasz? Masz coś przeciwko? – zapytałam. Eric przecząco pokręcił głową. – Nie, jasne, że nie. To przecież twoje urodziny – oznajmił. – Po prostu nie chciałbym, żeby ci je zepsuł. Odrobinę posmutniałam na myśl, że na to, to już jest chyba za późno. Nie zamierzałam się jednak przejmować głupim Martinem. Uświadomiłam sobie, że Eric ma rację. To moje urodziny i będę się na nich dobrze bawić. Nachyliłam się ku chłopakowi i pocałowałam go w policzek. – Dziękuję, za wszystko – powiedziałam obdarzając go promiennym uśmiechem, a potem wysiadłam z samochodu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje pojawienie się na plaży, w nowym, suchym ubraniu, wywołało spore poruszenie. Zwłaszcza, w momencie, gdy dogonił mnie Eric, naturalnym gestem obejmując ramieniem moją talię. Zobaczyłam Martina. Siedział jak zwykle oddalony od wszystkich i wszystkiego. Już nie był w samych, przemoczonych spodniach. Miał na sobie, najwyraźniej pożyczony od kogoś, zbyt szeroki na niego, czarny t-shirt i jakieś suche jeansy. Postanowiłam, że będę go ignorować. Eric przeprosił mnie na chwilę i podszedł do brata. Oddał mu jego ciuchy. Potem już nie widziałam co się między nimi dzieje, bo na bok odciągnęła mnie Marta, gorliwie i zapewne w dobrej wierze, wypytując mnie o wypadek, Martina i przede wszystkim Erica. W towarzystwie przyjaciółki, z Nataly i jej chłopakiem, a nawet z Angelą i Paulą bawiłam się całkiem nieźle. Wreszcie zaszło słońce, zbliżał się wieczór. Chłopacy na plaży rozpalili ognisko. Stanęłam nad brzegiem morza, patrząc na spienione fale. W nocy morze też było cudowne, chociaż przechodziły mnie dreszcze na wspomnienie tego, jak dzisiaj do niego wpadłam. Tak, zdecydowanie piękniejsze było z brzegu! Stałam tak przez dłuższą chwilę, zupełnie sama, aż w pewnym momencie poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się dość gwałtownie. Z mroku wyłoniła się ponura sylwetka Martina. Chciałam odejść, ignorując jego obecność, ale chwycił mnie mocno za rękę. – O nie! Nie tym razem – oznajmił stanowczo. – Najpierw porozmawiamy. – Świetnie! – warknęłam. – Dzisiaj już wystarczająco wiele mi powiedziałeś o tym, co sądzisz na mój temat. Nie mam ochoty na więcej. – Posłuchaj, nie miałem na myśli niczego złego – westchnął. – Chodziło mi o to, że zarówno Eric jak i jego matka, bardzo zwracają uwagę na pochodzenie i stan majątkowy ludzi – tym razem ujął wypowiedź nieco bardziej dyplomatycznie. – Z tego co wiem, jesteś w naszej szkole na stypendium i nie masz ani jednego ani drugiego, zresztą przecież widziałem jak mieszkasz… Dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie, kiedy powiedziałaś, że przedstawił cię Helenie. Roześmiałam się. – Najwyraźniej to ty zwracasz na to większa uwagę niż on – oznajmiłam spokojnie. Chciał wyraźnie powiedzieć coś jeszcze, ale podszedł do nas Eric. Martin puścił moje ramię. Eric oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego wdzięcznie, tylko po to, żeby zrobić Martinowi na złość. – Coś nie tak? – zapytał Eric patrząc na brata wrogim spojrzeniem. – Rozmawialiśmy – syknął Martin, najwyraźniej mocno niezadowolony, że ktoś mu przerwał. – Skończyliśmy – odparowałam, biorąc Erica pod rękę. – Mam ochotę się czegoś napić, idziemy? – zaproponowałam chłopakowi, a on skinął głowa. Uśmiechnął się zwycięsko, w jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki. Razem poszliśmy w stronę ogniska, zostawiając Martina samego, nad brzegiem wzburzonego morza. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W poniedziałek w szkole zaczepiało mnie bardzo wiele osób. Głównym tematem dnia były moje weekendowe urodziny. Poznałam wielu nowych ludzi, dostałam całą masę prezentów i nawet nie wiedziałam co jest od kogo, więc na wszelki wypadek ogólnie dziękowałam wszystkim. Dziwnie było z dnia na dzień stać się popularną i powszechnie lubianą osobą. Wiedziałam, że całe to zamieszanie zawdzięczam Ericowi, ale wcale nie byłam pewna czy jestem z niego zadowolona. Na długiej przerwie miałam już serdecznie dość. Wymknęłam się bocznym korytarzem, żeby ominąć zatłoczoną stołówkę. Tam natknęłam się na Martina. Siedział na parapecie, słuchając mp3. Zamyślony patrzył w okno. Jego szczupła sylwetka, ciemne, lekko przydługie włosy i ta cudowna aura tajemniczości. Boleśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi się ten chłopak podoba! Kiedy odwrócił głowę i mnie spostrzegł, jego obojętna twarz zmieniła się w gradową chmurę. Zeskoczył z parapetu. Wyłączył muzykę. Podszedł do mnie, obrzucając pogardliwym spojrzeniem. – Ile ci zapłacił? – zapytał. – Naprawdę było warto? Spojrzałam na niego oniemiała. – O co ci chodzi? Pokręcił głową. Prychnął. Wyciągnął z plecaka kolorowe pismo. – Myślałem, że jesteś inna – stwierdził i rzucił mi je pod nogi odchodząc. Zdumiona podniosłam gazetę. To nie był brukowiec, czego się spodziewałam, tylko jakieś pismo o modzie. Zaskoczona, szeroko otworzyłam oczy. Na okładce byłam właśnie ja! Razem z Martą uśmiechałyśmy się, pozując do zdjęcia w strojach kąpielowych. Ogarnęła mnie złość. Jak Eric mógł wymyśleć coś takiego za moimi plecami?! Dogoniłam znikającego za rogiem Martina. Spojrzał na mnie ponuro. – Co jeszcze tu jest? – warknęłam. Spojrzenie chłopaka zmieniło się. Dalej było chłodne, ale już nie takie lodowate. Otworzył gazetę pokazując mi rozkładówkę z moją postacią. Musiałam przyznać, ze na tych zdjęciach wyglądałam rewelacyjnie. Zupełnie jak nie ja. Z pewnością nie była to ta sama osoba, którą na co dzień oglądałam w lustrze. Przeczytałam co głoszą nagłówki: „Koleżanki syna Heleny Devree, Erica pomagają sławnej aktorce i od niedawna uznanej projektantce mody promować kolekcję nowych kostiumów kąpielowych.” Tylko dlaczego nikt nie raczył zapytać mnie o zgodę na jakąkolwiek publikację?! – Nie wiedziałaś o tym? – spytał domyślnie Martin. Przecząco pokręciłam głową. – Nie miałam pojęcia – westchnęłam. – To znaczy fotograf robił nam jakieś zdjęcia, kiedy byłyśmy u was na basenie, ale nie miałam pojęcia, że chcą to gdzieś publikować. Myślałam, że to taka zabawa… – mruknęłam. Teraz cały obraz tego nonsensu, który spotkał nas u Erica w domu, stał się dla mnie zupełnie jasny. – Przepraszam – odezwał się cicho Martin. – Mogłem się tego domyślić. Ta suka nigdy nie wahała się przed wykorzystywaniem ludzi do własnych celów. Zamurowało mnie. Wpatrzyłam się w niego szeroko otwartymi ze zdumienia i zgrozy oczami. – Martin, ty mówisz o swojej matce… – szepnęłam. – To nie jest moja matka – oznajmił twardo chłopak. – Nie jest i nigdy nią nie była! Nie miałam teraz na to czasu, miałam zamiar rozmówić się z Ericem, zanim skończy się długa przerwa. – Pozwolisz, że wezmę to pisemko? – spytałam zmieniając temat. Chłopak skinął głową. Uśmiechnął się łobuzersko. – Jest twoje. Mam w domu drugi egzemplarz – mruknął. – Co zamierzasz z nim zrobić? Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie skomentowałam. – Planuję pokazać je Ericowi – westchnęłam. – I jeżeli będzie trzeba, wepchnąć mu je do gardła – dodałam mściwie. Kąciki ust Martina uniosły się w leciutkim uśmiechu. – W takim razie idę z tobą – oznajmił, a ja nie protestowałam. Erica znaleźliśmy na stołówce. Jak zwykle był w centrum uwagi. Zaskoczonego odciągnęliśmy na bok. – Co to ma być? – spytałam pokazując mu pismo. Chłopak spojrzał na mnie nie rozumiejąc. Jego zielone oczy patrzyły na mnie pytająco. Martin przyglądał się całej scenie, stojąc z boku z założonymi na torsie rękami. – Zdjęcia… – stwierdził niepewnie, przeglądając pismo. – Dlaczego tutaj są?! – warknęłam na niego. – O co ci chodzi, przecież są całkiem niezłe – oznajmił wzruszając ramionami. – A skoro podpisałaś umowę… – Podpisałam co?! – syknęłam na niego. – Niczego nie podpisywałam! Eric zamrugał. – Księżniczko – zaczął poważnym tonem – twoja przyjaciółka Marta, dostała do ręki umowę w dwóch egzemplarzach. Dostała też pieniądze za sesję. Obie umowy wróciły podpisane. Nie podpisywałaś jednej z nich? – Do cholery, niczego… – zaczęłam, ale w słowo wszedł mi Martin. Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem. – Marika, zastanów się – powiedział cichym, ale jednocześnie takim, że musiałam zwrócić uwagę na każde, poszczególne słowo, głosem. – Fałszerstwo to poważny zarzut. Grozi za nie więzienie. Warknęłam na niego wkurzona, ale musiałam przyznać mu rację. Najpierw powinnam rozmówić się z Martą. – Porozmawiamy o tym później – rzuciłam do Erica i zostawiając ich obydwu w stołówce, wyszłam na korytarz, by zaczekać pod klasą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wiadomość o moich zdjęciach w znanym czasopiśmie rozeszła się po szkole lotem błyskawicy. Chłopacy gwizdali na mój widok, a dziewczyny gratulowały lub rzucały zazdrosne spojrzenia. Ani trochę nie byłam z tego zadowolona. W tym wypadku akurat Martin miał rację. Nie byłam taka. Nie odpowiadało mi tego typu życie. Nie chciałam takiego zainteresowania. Dlatego wieczorem, w mieszkaniu, napadłam na przyjaciółkę kiedy tylko weszła. – Podpisałaś za mnie umowę na publikację zdjęć?! – krzyknęłam na nią. Marta stanęła przy drzwiach zmieszana. Na jej twarzy pojawił się czerwony rumieniec. – Podpisałam za ciebie umowę – przyznała – ale mieli opublikować tylko moje zdjęcia. Dostałam za to całkiem sporo kasy… – mruknęła. – Nie gniewaj się, proszę. Wcisnęłam jej do ręki pismo, a potem położyłam się na łóżku. Byłam naprawdę wściekła. – Cała szkoła o tym gada – syknęłam. Marta zaczęła przeglądać gazetę. – To bardzo ładne zdjęcia – stwierdziła. – Nie dziwię się, że o nich mówią. Marika, pomyśl! To dla nas wielka szansa! Po takim debiucie, mogłybyśmy zostać modelkami! – uśmiechnęła się rozmarzona. – Oczywiście, skoro twoje zdjęcia też tu są, to podzielę się z tobą pieniędzmi… – dodała szybko. – Nie chcę być modelką! – powiedziałam twardo. – I nie chcę żadnych pieniędzy. Zatrzymaj je i na przyszłość nigdy, przenigdy nie waż się robić niczego za mnie – oznajmiłam. Marta podeszła, usiadła przy mnie na łóżku. – Mari, nie gniewaj się na mnie, przepraszam – powiedziała potulnie, dotykając mojego ramienia. – Spędziłam wtedy naprawdę cudowny dzień… – Nie gniewam się – westchnęłam stwierdzając, że naprawdę, cała złość na przyjaciółkę mi przeszła. – Tylko proszę, nigdy więcej tego nie rób. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie. – Obiecuję – powiedziała pewnym głosem. – Bardzo, bardzo przepraszam! Szkoda, że ten cały Eric jest tak strasznie zapatrzony w ciebie – dodała po chwili żartobliwie – bo naprawdę niezłe z niego cicho i chętnie bym sobie takiego przygruchała! – To nie jest mój Eric – stwierdziłam cicho, będąc przekonana, że być może popełniam poważny błąd. Nie chciałam, żeby chłopak zranił Martę, a ciągle żywo przed oczami stały mi pocałunki Erica z Angelą. – Masz wolną rękę, tylko błagam, uważaj na niego! Migdałowe oczy Marty błysnęły niebezpiecznym blaskiem. – Możesz być o tym przekonana – zapewniła. – Tylko pamiętaj, że i tak dowiem się, w kim jesteś zakochana, skoro pomyliłam się i nie jest to cudowny książę Eric. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy się uspokoiłam, nareszcie byłam w stanie zabrać się za lekcje. Wypakowałam swoją torbę. Spojrzałam zaskoczona, kiedy na łóżku wylądowała płyta CD. Była rozpakowana. Zajrzałam do środka. Zaschło mi w gardle. Koncertowy album Blind Guardian z podpisami całego zespołu! W środku była także złożona na cztery części biała kartka z papeterii, z moim imieniem napisanym, równiutkim, ale zdecydowanie męskim, charakterem  pisma. Rozłożyłam ją, zaglądając do środka. „Przepraszam, jestem durniem, ale to już wiesz. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Chciałem Ci dać prezent w piątek, ale sama wiesz, jak wyszło. Jeżeli masz ochotę porozmawiać, to będę czekał o siódmej, na wzgórzu w parku Martin” Głosił staranny napis. Była już prawie dziesiąta. Coś się we mnie zagotowało. Całą sobą nienawidziłam tego chłopaka. Nie podobało mi się, że tak na mnie działa. Pewnie i tak już dawno go tam nie ma! Chwyciłam kurtkę, włożyłam na nogi adidasy i pędem wybiegłam z mieszkania. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje serce zabiło jak oszalałe, kiedy zobaczyłam siedzącą na ławce, smukłą sylwetkę. Naprawdę, nie spodziewałam się, że jeszcze będzie czekał, ale mimo to musiałam sprawdzić. On jednak tam był. Siedział ze spuszczoną głową i słuchawkami na uszach. Był wyraźnie zrezygnowany, ale mimo wszystko nie odchodził. Kiedy podniósł na mnie wzrok, zobaczyłam jakąś dziwną, niesamowitą determinację w jego niebieskich oczach. Usiadłam przy nim w milczeniu. Wyłączył muzykę. – Nie sądziłem, że jeszcze przyjdziesz – przyznał szczerze. – Dopiero teraz przeczytałam twoją kartkę – odpowiedziałam wpatrując się w ukryte w mroku drzewa. Parkowe alejki oświetlało rozproszone światło nielicznych latarni. Nie było tu żywego ducha, nikogo poza nami. Dodatkowo znajdowaliśmy się na stromym wzgórzu, z którego, jeśli wyszlibyśmy zza krzaków, podziwiać można było panoramę miasta. Martin uśmiechnął się z przekąsem. Nie odpowiedział. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę, a ja tak bardzo chciałam się do niego przytulić! Przypomniały mi się jego niemiłe słowa, to, że nie chciał się nikomu ze mną pokazywać, ale mimo tego pragnienie, żarliwa ochota, ani trochę się ode mnie nie odsunęły. Gwałtownie odwrócił się w moją stronę. – Marika, kocham cię – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Prawnie na samym początku się w tobie zakochałem. Zerwałam się z ławki, żałując, że nie mam niczego, czym mogę w chłopaka rzucić. – Ty draniu! – krzyknęłam, nie zwracając na nic uwagi. W oczach zalśniły mi łzy. – Znowu chcesz się ze mną pobawić? Co ja ci takiego zrobiłam?! Martin westchnął. W kącikach jego ust pojawił się smutny uśmiech. Odwróciłam się i chciałam odejść. Nie pozwolił mi. Chwycił mnie za rękę. Nie puszczając z powrotem posadził na ławce. – Posłuchaj co chcę, ci powiedzieć – rozkazał gniewnym głosem – proszę – dodał jakby reflektując się po chwili. Niechętnie skinęłam głową. Jego słowa, przekonanie o tym, że nie były szczere, paliły mnie żywym ogniem. – Jest wiele rzeczy, o których muszę ci powiedzieć – westchnął – ale dwie z nich są najbardziej istotne. Po pierwsze, nigdy, przenigdy nie myśl, że mógłbym się ciebie wstydzić – jego niebieskie oczy płonęły. Zacisnął dłoń na moim nadgarstku. – Nie chcę, żeby nas razem widzieli, bo się o ciebie cholernie boję. Rozumiesz? – Przecząco pokręciłam głową. Po policzkach spływały mi łzy. – Sama widziałaś co się dzieje, mruknął. Za dwa tygodnie mam zeznawać w sądzie, przeciwko rodzicom Antona i Michaela. Wtedy to się skończy. – Jak to? – nie zrozumiałam. Czegoś takiego po prostu nie przyszło mi do głowy się spodziewać. Uśmiechnął się przekornie. – Ich rodzice mają duże fabryki. Zatrudniali pracowników z różnych krajów, a potem wyrzucali nie płacąc. Robią też wiele innych nieciekawych rzeczy. Przeglądałem dokumenty, widziałem jak je fałszują, byłem przy czymś, czego nie powinienem był widzieć – oznajmił cierpko. – Nie potrafiłem odpuścić. Jest przeciwko nim proces i zamierzam w nim zeznawać jako świadek. – Przecież jesteś jeszcze uczniem… – Mam dziewiętnaście lat – roześmiał się chłopak. – W tym roku kończę liceum. W świetle prawa jestem już bardziej niż pełnoletni. – Czemu Eric bierze w tym udział? – spytałam mimochodem. Martin wzruszył ramionami. – Wielokrotnie prosił mnie, żebym zrezygnował. Widział co się dzieje. Nie potrafiłem. Prokurator uświadomił mi, że bez moich zeznań, prawdopodobnie nic nie będą im w stanie udowodnić. Dlatego się na mnie uwzięli. Eric dołączył do nich, bo się bał, że naprawdę zrobią mi krzywdę. – A ta druga sprawa? – spytałam nie do końca potrafiąc sobie ułożyć to wszystko w głowie. – Najpierw mi powiedz, czy nie robię z siebie idioty i czy ty też w ogóle coś do mnie czujesz? Roześmiałam się. – Zważywszy, że siedzę z tobą w środku nocy w parku, to chyba było zbędne pytanie – mruknęłam. – Nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia z dziewczynami – przyznał. – Większość z nich leciała na kasę mojego ojca i na tym kończyły się nasze znajomości. Mojemu bratu to odpowiada, mnie nie. – Jestem pewna, że widziały w tobie coś więcej – mruknęłam – przynajmniej do momentu, aż się nie odezwałeś – dodałam. Warknął na mnie, ale tym razem na jego twarzy widziałam pełen ulgi uśmiech. Jego niebieskie oczy iskrzyły się łobuzersko, kiedy przyciągnął mnie do siebie i zaczął łaskotać. Potem na powrót spoważniał, nie wypuścił mnie jednak z objęć. Oparłam się o niego wygodnie. – Więc chodzi o powód – zaczął niechętnie – dla którego tak się zdziwiłem, że Eric przedstawił cię Helenie. Nie masz tytułu, nie jesteś bogata. Widzisz, istnieje coś takiego jak mezalians. Gdyby nasz związek zaszedł za daleko, ojciec zapewne postawi mi ultimatum. Prawdopodobnie każe mi ożenić się z córką jednego ze swoich partnerów handlowych. Poczułam jak coś boleśnie ściska mnie w środku. Gwałtownie usiadłam. Czy on właśnie proponował mi związek zabawę?! Wszystko fajnie, ale do czasu?! Znów poczułam przemożną ochotę, żeby go czymś uderzyć.  – A ty to zrobisz? – zapytałam, żeby się upewnić. Roześmiał się. – Nie, nie to miałem na myśli – stwierdził odwracając wzrok. – Po prostu jeżeli tego nie zrobię, to mnie wydziedziczy. Będę zdany tylko na siebie, rozumiesz? – zapytał cicho. – Mam gdzieś ojca i jego pieniądze, ale chciałem żebyś wiedziała. Żeby nie to kierowało twoimi decyzjami… – Jesteś głupszy niż myślałam! – warknęłam na niego. – Naprawdę sądziłeś, że lecę na kasę twojego ojca?! Nie uważasz, że to idiotyczne? Znacznie łatwiej byłoby mi być w takim wypadku z Ericem i po prostu przymykać oczy na jego głupie wyskoki. – Wiem, wcale tak nie myślałem, gdybym myślał, nie czekałbym tu na ciebie przez trzy godziny – mruknął, naśladując ton mojej wcześniejszej wypowiedzi. – Po prostu chciałem, żebyś wiedziała. Dasz mi szansę? – zapytał cicho. Odwróciłam się ku niemu. Oplotłam ramionami jego szyję, wplatając palce w ciemne, rozwichrzone włosy. Pocałowałam go w usta. Poczułam jak całe moje ciało przeszywają przyjemne dreszcze, kiedy objął mnie, a potem odwzajemniał przepełniony ulgą i nadzieją pocałunek. Tak brzmiała moja odpowiedź. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Następnego dnia rano jeszcze z okna zauważyłam wiśniowy motocykl. Pędem zbiegłam po schodach, nie mogąc się doczekać spotkania z Martinem. Pocałował mnie na powitanie, mocno przyciągając do siebie. Przymknęłam oczy, wtulając się w jego ramiona. Ten chłopak był tak cudownie nieznośny! Usiadłam za nim, mocno wtulając się w jego plecy. Zostawił mnie jak zwykle w bocznej uliczce pod szkołą. Tym razem jednak nie miałam nic przeciwko. Do rozległego budynku liceum weszłam naprawdę zadowolona z życia. Wesoło rozmawiałam z Ericem i Nataly. Tego dnia nawet nikt mnie specjalnie nie zaczepiał. Po prostu żyć nie umierać. Na długiej przerwie wspięłam się schodami na najwyższe piętro. On już tam czekał. Przytulił mnie do siebie, a ja czułam się jakbym nie widziała go całe wieki, a nie ostatni raz rano. Objął mnie w pasie i posadził na drewnianej skrzyni. Nie mogłam oderwać rąk od jego włosów i twarzy, ust od jego ust, nie chciałam! Uśmiechnął się, kiedy objęłam go nogami w pasie. Nawet nie zauważyłam, kiedy długa, prawie godzinna przerwa, dobiegła końca. Niechętnie zsunęłam się ze skrzyni, kierując w stronę drzwi. Chwycił mnie za rękę. – Zaczekaj – poprosił. – Nie możesz zostać? – Przecież wiesz, że nie – westchnęłam. – Mam lekcje. O ile byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli pokazywać się razem! Wtedy spędzałabym z Martinem swobodnie każdą przerwę. – Marika, to nie do zniesienia – szepnął przyciągając mnie do siebie bliżej. Objął mnie ramionami. Przytulił. – Jest gorzej, niż kiedy myślałem, że wcale cię nie mam. – Zobaczymy się wieczorem, prawda? – spytałam z nadzieją. Skinął głową. Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. – Mamy apartament nad morzem. Pojedziesz tam ze mną na weekend? – zapytał z nadzieją. – Zauważyłem, że lubisz morze – dodał złośliwie. Kopnęłam go w kostkę. Roześmiał się. Właściwie, to czemu nie? – Dobrze, pojadę – odpowiedziałam i obdarzając go promiennym uśmiechem zniknęłam za drewnianymi drzwiami strychu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Istnieje taka tęsknota serca, pragnienie. Nadzieja, że może uda się wreszcie uchwycić coś ulotnego. Wszystko w środku w człowieku krzyczy, gdzieś się wyrywa. Odnajdują się dawno zapomniane marzenia. I to piękno! Takie rzeczy, na które patrzenie sprawia niemal fizyczny ból. Stałam nad brzegiem morza, plecami opierając się o obejmującego mnie ramionami Martina i patrzyłam na najcudowniejszy w świecie zachód słońca. Miałam ochotę mruczeć z rozkoszy. To miejsce, ta chwila, wszystko było takie cudowne! Jak w bajce! Do pokoju wróciliśmy dopiero, kiedy zupełnie się ściemniło. Właściwie to apartament, w którym mieliśmy spać, ciężko nazwać było „pokojem”. Było to urządzone w dobrym stylu studio, z salonem, własną kuchnią, oddzielną sypialnią i wielką łazienką z jacuzzi. Do środka natomiast wchodziło się jak do hotelu – poprzez restaurację i recepcję. Były też sprzątające po wizytach gości pokojówki. Jeszcze w progu Martin wziął mnie na ręce i zadowolony z siebie zaniósł na wielkie, wyściełane atłasową pościelą łóżko. Sam położył się, tak, że był bezpośrednio nade mną. Pocałował mnie łapczywie, niemal nachalnie. Jego dłoń zachłannie wodziła po mojej bluzce. – Martin, zwolnij – szepnęłam, odrywając się od niego z niemałym trudem. Całą sobą chciałam więcej, a jednocześnie panicznie się bałam. – Przepraszam – powiedział, niechętnie odsuwając się ode mnie. Położył się przy mnie na łóżku. Leżał na plecach wpatrując się w sufit. Jego oddech i puls były przyspieszone. Podniosłam się, kładąc mu głowę na ramieniu. Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu, próbując uspokoić oddechy. Tym razem to ja nie wytrzymałam. Podniosłam się na łokciu, zaczęłam go całować. Wolną ręką sięgnęłam do guzików jego czarnej koszuli, rozpinając je powoli. Zamruczał zadowolony, przyciągając mnie do siebie bliżej. Przesunęłam dłonią po jego odsłoniętym, płaskim brzuchu. Podniósł się gwałtownie, przewrócił mnie na plecy. Pocałunki stały się żarliwsze, gorętsze, ale tym razem nie protestowałam. W pewnym momencie odsunął się ode mnie, przeklął brzydko. Usłyszałam przekręcający się w drzwiach klucz. Oczy chłopaka zapłonęły gniewem, a potem, tak jak na co dzień w szkole, stały się lodowato zimne. – Zostań tutaj – rozkazał cicho, a sam, nie domykając do końca drzwi, wyszedł z pokoju. Jak zwykle nie mogłam opanować ciekawości. Wyjrzałam przez wąską szparę. Zamrugałam. Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę! Do środka wszedł Eric, a u jego boku, wtulona w ramię chłopaka, stała Marta. Martin stanął w drzwiach, blokując im swoją osobą przejście dalej. Bracia spojrzeli na siebie pytająco. Obydwaj mieli skonsternowane spojrzenia. – Co ty tu robisz?! – zażądał wyjaśnień Eric. – A na co ci to wygląda?! – warknął Martin wymownie patrząc na swoją, już całkiem rozpiętą, koszulę. Na twarzy Erica zobaczyłam wyraz prawdziwego zaskoczenia. – Jesteś tutaj z dziewczyną? – zapytał zdziwiony. – Nie, z chłopakiem – uśmiechnął się drwiąco Martin. Poczułam przypływ zazdrości, kiedy spostrzegłam, że Marta wpatruję się w mojego chłopaka łakomym wzrokiem. Co ona w ogóle tu robiła?! – Na długo zostajesz? – zapytał niechętnie Eric. – Do końca weekendu – oznajmił chłodno Martin. Blondyn westchnął. – Poczekaj na zewnątrz, księżniczko – zwrócił się do mojej przyjaciółki. – Wynajmiemy pokój w hotelu, tylko najpierw, jeżeli pozwolisz, rozmówię się z bratem. Marta niechętnie puściła jego ramię i wyszła na korytarz. Eric zamknął drzwi. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo pobladł na twarzy. – Ty nie mówiłeś poważnie, prawda? – zapytał niezbyt pewnie. – Nie jesteś gejem? Martin uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem, ani na milimetr nie odsuwając się od drzwi. – A jeśli jestem, to co? – zapytał lekko rozbawiony. – Nic – powiedział cicho Eric spuszczając wzrok. Nigdy jeszcze nie widziałam u niego takiej postawy. – Po prostu nie afiszuj się z tym za bardzo – poprosił. Martin roześmiał się. Klepnął brata w ramię przyjacielskim gestem. – Nie martw się, mam dziewczynę – powiedział uspokajającym tonem – ale przedstawię ci ją dopiero po procesie – dodał. – Nie chcę, żeby ktoś ją przeze mnie skrzywdził. Eric obdarzył brata pełnym ulgi uśmiechem. Jego zielone oczy zalśniły. – Słuchaj, mam prośbę – oznajmił. – Nie mów nikomu, że tu byłem z tą dziewczyną, zwłaszcza jej nie mów. – Jakiej jej? – spytał ponuro Martin. W jego głosie czuć było napięcie i delikatną groźbę, której Eric jednak najwyraźniej nie zauważył. – Marice – odpowiedział wprost. – Schrzaniłem to, ale mam zamiar dalej o nią walczyć. – W takim razie dlaczego jesteś tutaj z tą laską? – zapytał Martin, groźnie marszcząc brwi. Eric roześmiał się. – Taki mały skok w bok – mruknął. – Jest całkiem niezła i leci na mnie. Bardzo – dodał przeciągając ostatnią sylabę. – Marika to coś poważniejszego. – Dlaczego? – spytał poważnym głosem Martin. – Słyszałem, że przedstawiłeś ją Helenie. Zdziwiło mnie to. Blondyn zamrugał. – To ty nie wiesz? – roześmiał się naprawdę rozbawiony. – Jesteś mało spostrzegawczy, braciszku. To Marika Merowing – oznajmił dumnie, wyraźnie zadowolony z siebie. – Nic nie mówi ci to nazwisko? – Martin pobladł na twarzy, ale Eric mimo to ciągnął dalej. – Jest siostrzenicą Lorda Duncana, a po tym jak jego syn zginął w wypadku, to właściwie jego jedyną dziedziczką. Naprawdę niezła partia. – Idź już – poprosił cicho Martin. – Bawcie się dobrze. – Nawzajem – odpowiedział z pogodnym uśmiechem Eric, posłusznie wychodząc z pokoju. Martin natychmiast zamknął za nim drzwi, wyraźnie, sporym wysiłkiem woli, starając się, żeby nimi nie trzasnąć. Przekręcił klucz w zamku. Zdziwiłam się, kiedy zamiast wrócić do mnie, usiadł na kanapie. Milczał. Wysunęłam się z pokoju. Podeszłam do niego, siadając obok. Spojrzałam pytająco. – Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał zrezygnowany. – O czym? – nie zrozumiałam. – O tym, że twój wuj ma tytuł lordowski – westchnął. Doskonale! Eric postanowił wykorzystać dla zabawy moją przyjaciółkę, a on przejmuje się tylko tym, że mój wuj jest jakimś kretyńskim lordem! Zresztą co za różnica, przecież to on nim jest, nie ja. – A to jakaś różnica? – warknęłam na niego. – Zresztą nawet nie zapytałeś jak się nazywam. Sam jesteś sobie winien. – Zrobiłaś to z premedytacją – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Martin, o co ci do cholery chodzi?! – zapytałam gniewnie. – Czy to naprawdę aż tyle dla ciebie znaczy? Mój ojciec nie żyje, a ja nigdy w życiu nie widziałam nawet swojego wuja na oczy! Jego tytuły mnie nie dotyczą. Gwałtownie chwycił mnie za rękę. Jego spojrzenie nie było chłodne. Było lodowato zimne. – Dotyczą bardziej niż myślisz – warknął. – Martin, proszę cię, to boli – szepnęłam, próbując zabrać dłoń. W oczach zalśniły mi łzy. Czemu zawsze, wszystko musi się w jakiś paskudny, idiotyczny sposób schrzanić. Chłopak puścił moją rękę. – Przepraszam – powiedział cicho. Położył głowę na oparciu kanapy. – Muszę sobie to wszystko poukładać. Jeżeli się spakujesz, to odwiozę cię do domu – mruknął. – I tak nie możemy tu zostać, skoro Eric tu jest. Spojrzałam na niego niedowierzająco. Wstałam z kanapy i z deszczem spływających po policzkach łez, zniknęłam za drzwiami sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Usiadłam na podłodze. Skuliłam się pod ścianą. Oplotłam ramionami kolana. Na dworze padało, więc po prawie dwugodzinnej jeździe na motorze, miałam zupełnie przemoczone spodnie. W obecności Martina, z całej siły walczyłam ze swoimi łzami, ale teraz coś we mnie pękło i po prostu pozwoliłam im płynąć. W końcu, po kwadransie takiego bezsensownego siedzenia wstałam, przeszłam przez niewielki pokój, który na codzie dzieliłam z Martą i wyjrzałam przez okno. Zamrugałam z niedowierzaniem. Na niewielkim podjeździe w dalszym ciągu stał wiśniowy motocykl. Martin chodził niespokojnie wzdłuż płotu. Z wściekłością godną lepszej sprawy, z całej siły kopnął jakiś leżący na ziemi kamień. Z nieba lały się strugi deszczu. Decyzją chwili otworzyłam drzwi i zbiegłam po schodach na sam dół. Bez kurtki, tylko w przemoczonych spodniach i względnie suchej koszulce, wyszłam przed kamienicę. Martin odwrócił się w moją stronę, spojrzał zaskoczony. Jego niebieskie oczy zapłonęły. – Zwariowałaś?! – warknął. Przyskoczył do mnie wpychając z powrotem do kamienicy. On także był cały przemoczony. – Czemu tu stoisz? Dlaczego nie pojechałeś do domu? – zapytałam. – Przeziębisz się. Właściwie nie zdając sobie z tego sprawy, wzięłam go za rękę i pociągnęłam na górę. Szedł posłusznie za mną. – Nie mogłem – powiedział cicho, spuszczając wzrok. W pokoju zdjęłam z niego ociekającą wodą kurtkę. Uśmiechnął się do mnie ponuro. Zsunął z nóg wysokie, motocyklowe buty. Sama drżałam z zimna. Przez tą potworną ulewę, majowa noc stała się naprawdę chłodna. Decyzją chwili zgasiłam światło, rozebrałam się do bielizny i wśliznęłam pod ciepłą kołdrę. To było zaproszenie, on zrobi z nim co będzie chciał. Chłopak stał przez chwilę przy drzwiach, najwyraźniej zastanawiając się co powinien zrobić, potem jednak usłyszałam jak na ziemię opadają jego spodnie. Podszedł do łóżka i położył się obok. Objął mnie ramionami, delikatnie unosząc moją głowę. Wtulił twarz w moje włosy. – Mokre – mruknął rozbrajająco. Roześmiałam się poprzez łzy, które na nowo zaczęły płynąć. Wtuliłam się plecami w jego tors, kradnąc ciepło z jego odsłoniętego ciała. Zauważył, że płaczę. Obejmującą moje ramiona ręką, sięgnął ku wilgotnym policzkom. Delikatnie otarł mi z twarzy łzy. – Czemu tak się przejmujesz moim wujem? – zapytałam cichutko, wiedząc, że jeżeli nie będzie miał ochoty odpowiedzieć, to znowu wszystko się schrzani. – Naprawdę tyle dla ciebie znaczą jakieś pieprzone tytuły? Przygarnął mnie do siebie mocniej, otoczył ramionami, jakby chciał ukryć przed cały światem. Kiedy myślałam, że już nic nie powie, on w końcu się odezwał. – Masz rację – powiedział cicho – mam w dupie wszystkie tytuły świata – przyznał. – Ta wiadomość tak mnie dotknęła, ponieważ przyjaźniłem się z synem Duncana Merowing, Robertem i jak się okazuje, twoim kuzynem. Jeździliśmy razem. Zabił się na motorze. Nie chciał rozjechać jakiegoś cholernego psa i wjechał w drzewo. Byłem przy tym. Nie widziałam co powiedzieć. Odwróciłam się w jego stronę. Wtuliłam się w jego ramiona, jak najbardziej się dało, pragnąc tylko tego, by być przy nim. Jak najbliżej. – Nie miałam pojęcia – przyznałam stłumionym od łkania głosem. – Wiem – szepnął. – Czasem po prostu nie myślę. Jesteś taka inna od wszystkich dziewczyn, które do tej pory znałem… Przepraszam, że przeze mnie płakałaś. – Ty myślałeś, że ja… – zaczęłam niedowierzająco, a ta wredność i złośliwość o które mnie podejrzewał, nie mieściły mi się w głowie. – Nie wiem co myślałem – przerwał mi gwałtownie. – Twoje nazwisko wychodzące z ust Erica, było dla mnie po prostu jak zimny prysznic. I cokolwiek bym wtedy nie pomyślał, wiem, ze się pomyliłem. Zdałam sobie sprawę, jak trudno jest Martinowi przyznać się do błędu. Najwyraźniej nie był do tego przyzwyczajony, a przy mnie i tak ciągle to robił. Postanowiłam zmienić temat. Podniosłam na niego wzrok. – Martin, skoro nie mogliśmy zostać nad morzem, to może zostaniesz tutaj? – zaproponowałam niepewnie. – Skoro Marty i tak nie będzie… W półmroku, który rozświetlało jedynie światło stojących za oknem latarni, zobaczyłam jak kąciki jego ust unoszą się do góry w niewielkim uśmiechu. W jednej chwili przewrócił mnie na plecy. Znalazł się nade mną. – Jeżeli tego chcesz – mruknął z ustami tuż przy moim uchu. Potem mnie pocałował. Tym razem starał się być delikatny i czuły, ale w jego pocałunku i tak była ta cudowna pasja i pragnienie. Oplotłam ramionami jego szyję. Przeczesałam palcami ciągle mokre, ciemne włosy. Przymknęłam oczy, niecierpliwie czekając na więcej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rano obudziłam się wtulona w ramiona Martina. Chłopak już nie spał, wpatrywał się we mnie z rozmarzonym uśmiechem. Kiedy zobaczył, że otworzyłam oczy, przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Delikatnie pocałował moje włosy. – Dzień dobry – mruknęłam zadowolona. – Dzień dobry, kociaku – odpowiedział. – Wiesz, jak cię kocham? – zapytał cicho, po dłuższej chwili milczenia. –  Tak jak mówią, że się nie powinno. Obsesyjnie, wariacko, pragnieniem! Zamruczałam cicho, wtulona w jego tors. Pocałowałam go w usta. Wplotłam palce, w jego nieco przydługie, ciemne włosy. Gorliwie odwzajemnił mój pocałunek. W pewnym momencie na korytarzu usłyszałam hałas. Oderwaliśmy się od siebie zaskoczeni. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Marta. Zszokowana stanęła w progu. Popatrzyła niedowierzająco na leżącego w moim łóżku Martina. Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy na twarzy dziewczyny pojawił się cień rozpoznania. Poczułam się bardzo nieswojo. Nie chciałam, żeby Marta wiedziała, że umawiam się z bratem Erica. – Cześć – przywitałam przyjaciółkę, wyglądając znad ramienia Martina. – Miało cię nie być do niedzielnego wieczoru… Mamy sobotę… – Zmieniły mi się plany – mruknęła nieco zmieszana Marta. – Pójdę do kuchni – stwierdziła odstawiając przy drzwiach swoją podróżną torbę – dam wam czas, żebyście się ogarnęli – dodała z psotnym uśmiechem i wyszła zamykając za sobą drzwi. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Niechętnie wyplątałam się z pościeli i wstałam z łóżka. Martin spojrzał na mnie z żalem, ale także usiadł. Wyglądał na lekko skonsternowanego. – To twoja współlokatorka? – zapytał w końcu ponuro. – Tak, Marta – odpowiedziałam – przecież już ją znasz… Chłopak wzdrygnął się nieco. – Taaak – mruknął – to ta panienka, która była nad morzem z Ericem… Spojrzałam na niego rozbawiona. – Przecież widziałeś ją na zdjęciach w piśmie… Pozowała razem ze mną… No i później na plaży, na moich urodzinach – dodałam. Roześmiał się gorzko. – Możesz mi wierzyć lub nie, ale w tym piśmie widziałem tylko jedną osobę i to na pewno nie była ona – mruknął. – Jeżeli natomiast chodzi o twoją imprezę, to byłem na niej za bardzo wkurzony, żeby kogokolwiek zauważyć. Wzruszyłam ramionami. – To teraz będziesz miał okazję ją poznać – stwierdziłam. Po tym co powiedział Martin, poczułam się naprawdę bardzo przyjemnie. Marta była prawdziwą pięknością i rzadko który chłopak był w stanie jej „nie zauważyć”. Martin wstał z łóżka, naciągając pospiesznie spodnie. Stanął za mną i oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego ufnie. Zamruczałam zadowolona, kiedy poczułam jego ciepłe usta na swoim karku. – Skoro nici z weekendu w łóżku, to może masz ochotę gdzieś się przejechać? – zaproponował. – Chciałbym spędzić z tobą jak najwięcej czasu – przyznał. Ranek nie był co prawda słoneczny, ale również nie padało. Odwróciłam się ku niemu, oplatając ramionami jego szyję. Skinęłam głową. – Masz jakiś pomysł? – spytałam. – Mam – odpowiedział tajemniczo, nie wyjaśniając niczego więcej. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wytłumaczyłam Martinowi gdzie jest kuchnia, a sama poszłam wziąć prysznic. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Nawet wtargnięcie Marty nie mogło popsuć mojego cudownego dnia. Obudziłam się w ramionach Martina, a po śniadaniu mieliśmy jechać na zaplanowaną przez niego, tajemniczą wycieczkę. Życie potrafiło naprawdę cudownie zaskakiwać! Ubrałam się i zbiegłam po schodach na niższe piętro, na którym znajdowała się wspólna kuchnia. Zatrzymałam się dopiero pod samymi drzwiami, żeby złapać oddech i nie pokazywać się Martinowi taka zdyszana. Rozmawiali. Usłyszałam ładnie brzmiący śmiech Marty. Z trudem opanowałam ogarniającą mnie zazdrość. Zajrzałam do pomieszczenia. – Wiesz… – mruknęła dziewczyna, podchodząc do Martina bardzo blisko – jeżeli znudziła by ci się moja koleżanka, to ja zawsze chętnie ją zastąpię. Poczułam jak miękną mi nogi. Jak we śnie odsunęłam się od drzwi. Usłyszałam głuchy odgłos, nieprzyjazne warknięcie. – Dzięki nie skorzystam – odpowiedział chłopak, ociekającym jadem głosem. – Mam już dość tanich dziwek, w zupełności wystarczy, że dajesz dupy mojemu bratu. Odskoczyłam od gwałtownie otwierających się drzwi. Zobaczyłam wściekłą minę Martina. Nawet się nie zatrzymał. Po prostu mnie wyminął i szybkim krokiem ruszył schodami na dół. W pierwszej chwili nie wiedziałam co zrobić, ale w końcu pobiegłam za nim. Dogoniłam go na samym dole. Stał przed kamienicą. Dłonie z całej siły zaciskał w pięści. – Chyba jej nie uderzyłeś? – spytałam cicho, podchodząc do niego. Jego spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecząco pokręcił głową. – Więc wszystko słyszałaś? – ni to zapytał, ni stwierdził chłopak. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał smutek.  – Chyba rozwaliłem stół – mruknął. Wyciągnął papierosa, zapalił. Oparł się o kamienny murek. – Interesująca ta twoja „przyjaciółka” – stwierdził niemal wypluwając ostatnie słowo. Dopiero po jego słowach uświadomiłam sobie jak cholernie zabolała mnie ta bezpośrednia propozycja Marty. – Nie mówmy o tym – poprosiłam cicho. Chłopak skinął głową. W milczeniu skończył palić. Potem podszedł do mnie powoli. Wierzchem dłoni delikatnie dotknął mojego policzka. – Chodź, kociaku – powiedział odrobinę ponuro – przejedziemy się. Spróbuję ci jakoś poprawić humor – dodał łagodnym tonem. Bez słowa przytuliłam się do niego na moment. Objął mnie ramionami, przyciągając do siebie. Potem, ciągle milcząca, usiadłam za nim na wiśniowym motocyklu. Wtulona w jego plecy, starałam się nie myśleć o niczym, rozkoszując powiewem wiatru i szybką, cudowną jazdą. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Rzeczywiście, przy Martinie zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Chłopak zabrał mnie na wycieczkę do ogrodu dendrologicznego. Maj to cudowna pora! Rozkwitały magnolie i rododendrony, ciesząc oko barwnymi kwiatami. Ich widok w takim zagęszczeniu, a jednocześnie swoistym odosobnieniu, był iście rajski. Najbardziej jednak zaintrygowały mnie tulejniki. Rozpościerały swoje żółte i białe kielichy, jakby prosząc niebo o deszcz. Odwiedziliśmy także nowo otwartą oranżerię, gdzie wśród śpiewu ptaków i szumu wody, podziwiać można było roślinność typową dla klimatu śródziemnomorskiego. Pod szklanym dachem zgromadzono wiele ciekawostek botanicznych, takich jak: pistacje, akanty, wawrzyny, zimozielone dęby, a także przepiękne, owocujące oliwki. Oczy zachwycały kamelie, granaty, pinie i różne gatunki sosen. Cała przestrzeń została podzielona na części, w których starano się odtworzyć krajobrazy typowe dla rejonu Morza Śródziemnego. Były tu fragment gaju oliwnego, pejzażu toskańskiego, włoskiej ulicy, ogrodu warzywnego i ziołowego, oczko wodne i obsadzone niesamowitymi różami gazebo. Kiedy obeszliśmy cały ogród, przez prawie dwie godziny, siedzieliśmy w drewnianej altance jednego z najpiękniejszych zakątków. Z prawdziwym żalem w sercu opuszczałam to cudowne miejsce. – Może chcesz, żeby rozbić ci tutaj namiot? – zaproponował rozbawiony Martin, kiedy szliśmy wydeptaną, żwirową ścieżką w stronę wyjściowej bramy, a ja bez przerwy oglądałam się za siebie. – Tak, poproszę – odpowiedziałam ożywiona – o tam, koło tego krzaczka mimozy jest trochę miejsca – wskazałam ręką pusty, zielony trawnik. Chłopak nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Porwał mnie na ręce i przeniósł przez szeroką, żeliwną bramę. – Koniec wycieczki – oznajmił stanowczo. – Jestem upiornie głodny, jedziemy coś zjeść. Z żalem oderwałam oczy od rajskiego ogrodu. Zjedliśmy pizzę, a potem Martin odwiózł mnie do domu. – Słuchaj, na pewno chcesz wracać? – spytał powątpiewająco, zdejmując kask. – Zawsze możesz spać u mnie lub możemy coś wynająć. To nie problem. Przecząco pokręciłam głową. – Prędzej czy później i tak będziemy musiały odbyć tą rozmowę – westchnęłam. – Dziękuję, że mnie tam zabrałeś – uśmiechnęłam się do niego wesoło. Przyciągnął mnie do siebie nie wstając z motocykla. Pocałował w usta. – Zobaczymy się jutro? – zapytał. – Jeżeli chcesz, to przyjadę po ciebie. Niechętnie wyplątałam się z jego objęć. Delikatnie, pożegnalnym gestem musnęłam jego policzek. – W takim razie do jutra – rzuciłam znikając w drzwiach własnej kamienicy. Tym razem, kiedy wyjrzałam przez okno na piętrze, chłopaka już nie było. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy weszłam do pokoju, Marta siedziała na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Przeglądała jakieś kolorowe czasopismo. – Cześć, jak się udała randka? – rzuciła na mój widok. Spiorunowałam ją wzrokiem. Czy dla niej, to co robiła rano w kuchni, jest aż tak cholernie normalne? – Proponowałaś seks mojemu chłopakowi! – warknęłam na nią. – Chyba, nie myślisz, że ja tak na poważnie? – spytała obrażonym tonem. – Przecież jesteśmy przyjaciółkami! Chciałam go sprawdzić, to wszystko. W końcu jest bratem Erica… skąd miałam wiedzieć, czy to nie taki sam dupek jak on? To ty byłaś z nim nad morzem? – zapytała bez ogródek. – Tak, ja – powiedziałam cicho, siadając na własnym łóżku. Przestałam być pewna, co mam o tej nieprzyjemnej sytuacji myśleć, dalej jednak nie podobało mi się zachowanie Marty. – Ty za to pojechałaś z Ericem… – dodałam ni to pytając ni to stwierdzając fakt. – Chyba nie jesteś o niego zazdrosna? – zapytała niepewnie. – W końcu dałaś mi wolną rękę, wiec uznałam, że mogę… Uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Eric mnie nie interesuje – oznajmiłam wprost – ale licz się z tym, że on podrywa różne dziewczyny, nie tylko ciebie. Marta wzruszyła ramionami. – Wszystko mi jedno – powiedziała lekkim tonem. – Po prostu chciałam się rozerwać. – Jak chcesz – mruknęłam. Moje spojrzenie stwardniało. – Ale od Martina trzymaj się z daleka. Cholernie nie podobała mi się wasza dzisiejsza rozmowa. – Nie przejmuj się – roześmiała się Marta. – Eric był w szoku, kiedy opuścił apartament nad morzem. Powiedział, że pierwszy raz widzi brata w takim stanie i, że Martin musi być naprawdę zakochany. W każdym razie, rozwiązała się zagadka twojego tajemniczego Romeo – dodała rozbawiona. – A ja naprawdę myślałam, że za nim  nie przepadasz, zwłaszcza po tej historii na basenie, kiedy wyprosił cię z domu… – Nie lubiłam go – przyznałam cicho – dalej mnie irytuje, ale to niczego nie zmienia. Potem rozgadałyśmy się na dobre. Przyjemnie było tak siedzieć, w ciepły, majowy wieczór i rozmawiać z przyjaciółką. Zwłaszcza teraz, kiedy zawładnęło mną poczucie ulgi, że Marta w dalszym ciągu nią jest. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Całą niedzielę spędziłam razem z Martinem. Czułam się jak w bajce, ale wraz z nadejściem poniedziałku, powróciła szkolna rzeczywistość i kolejny, miałam nadzieję, że już ostatni, tydzień ukrywania się. Dodatkowo irytował mnie fakt udawania przy Ericu, że wszystko w porządku, mimo, że aż gotowałam się w środku, żeby mu powiedzieć, co myślę na temat wykorzystywania przez niego dziewczyn, a zwłaszcza Marty, nawet jeżeli ona sama twierdziła, że nie ma nic przeciwko temu. Nie mogłam mu jednak tego wygarnąć, nie ujawniając, skąd o tym wiem. Na długiej przerwie zostałam wezwana do sekretariatu. Zaskoczona tym faktem, przemierzałam kręte korytarze szkoły, jednocześnie z żalem pisząc smsa do Martina, że nie przyjdę się z nim spotkać. Kiedy wreszcie trafiłam na miejsce, uprzejma, młoda kobieta, skierowała mnie ku drzwiom gościnnego salonu. Jeszcze bardziej zdziwiona, weszłam do środka. Na obitej materiałem w kolorowe pasy sofie siedział mężczyzna. Miał na sobie elegancki garnitur. W jego ciemnych włosach, widać już było pasy siwizny. Na mój widok wstał. Przyjrzał mi się, jakby oceniając moją postać wzrokiem. – Marika, prawda? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać. Jestem Duncan Merowing. Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc jak się zachować. Więc tak właśnie wyglądał mój wuj? Niebieskie oczy, takie same, jakie ja podobno odziedziczyłam po ojcu, a jednak ich wyraz był znacznie chłodniejszy i trochę jakby smutny… Szczupła, wysoka sylwetka i ciemne włosy. Był podobny do mojego ojca, a przynajmniej do tego wizerunku, który znałam ze zdjęć. – Co tu robisz? – zadałam pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy. Czy powinnam zwracać się do niego „proszę pana”? A może „szanowny wuju”? Albo „wasza lordowska mość”? Uśmiechnął się do mnie smutno. – Pomyślałem, że wypadałoby wreszcie poznać córkę mojego brata – powiedział spokojnym, odrobinę apatycznym głosem. – Zabierz swoje rzeczy – oznajmił, a ja poczułam nieprzyjemny, brzmiący w jego głosie rozkaz. – Dzisiaj już nie wrócisz na lekcje, zwolniłem cię. Zjemy razem obiad – dodał jak gdyby nigdy nic. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Posłusznie weszłam do eleganckiej, utrzymanej w tonacji brązów i ciemnej zieleni restauracji. W duchu zaczęłam się zastanawiać czy jeżeli narażę się temu człowiekowi, będzie to oznaczało, że już nigdy więcej nie zobaczę się z Martinem? Musiałabym wtedy zapewne wrócić do zwyczajnej, polskiej szkoły. Na początku niczego innego nie pragnęłam, ale teraz… Miałam tu przyjaciół, byłam zakochana, nie chciałam wracać. Usiedliśmy przy objętym rezerwacją, kameralnym stoliku. Zdziwiłam się, kiedy wuj, zamiast zamówić za nas obydwoje, po prostu podał mi kartę. Wybrałam naleśniki, on także je wziął. – Dlaczego nie mieszkasz w akademiku? – zapytał bez zbędnych wstępów, w jego głosie nie było jednak czuć nagany, a zwyczajną ciekawość. – Nie chciałam – odpowiedziałam stawiając na szczerość. – Nie podoba mi się, kiedy ktoś ogranicza moją wolność – dodałam znacznie chłodniej niż zamierzałam. Skinął głową, najwyraźniej przyjmując taką odpowiedź. – Pokażesz mi gdzie w takim razie mieszkasz? – zapytał. – Jeżeli chcesz – wzruszyłam ramionami, ponownie zwracając się do niego na „ty”. – Podoba ci się nowa szkoła? – zapytał obojętnym tonem, jakby chciał podtrzymać rozmowę, a ja w jakiś sposób wyczułam napięcie kryjące się za tym pytaniem. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, ale byłam przekonana, że do czegoś dążył. – Wolałam starą – powiedziałam szczerze – ale nie narzekam. – Wiem, że jest ci ciężko – westchnął mężczyzna. – Zabrałem cię z twojego domu, ba nawet z rodzinnego kraju. Myślałem, że przyjedziesz dopiero na studia, tak jak chciał tego twój ojciec, ale sytuacja się zmieniła… – Nie obchodzi mnie czego chciał mój ojciec – warknęłam, nie potrafiąc nad sobą zapanować. – Zostawił nie tylko moją mamę, ale także i mnie. Wyjechał. Wyjechał tuż przed moim urodzeniem i nigdy nie wrócił. Wiedziałam o nim tylko tyle i to, że nie żyje. Mężczyzna uśmiechnął się smutno, przez chwilę milczał, a później spojrzał mi poważnie w oczy. – To niezupełnie prawda – powiedział w końcu. – Decydując się na ślub z twoją matką, Mark popełnił mezalians. Joanna była zwykłą nauczycielką, to było niedopuszczalne. Nasza matka, a twoja babka śmiertelnie się na niego obraziła. To był dla niej straszny cios. Mimo wszystko mój brat kochał naszą matkę i kiedy napisała mu w liście, że umiera, wrócił do domu. To było oszustwo, intryga, żeby go tutaj z powrotem ściągnąć. Nigdy, tak naprawdę, nie zamierzał zostawić ani Joanny ani ciebie. Twoja matka o wszystkim wiedziała… Gdyby nie umarła przy porodzie… – głos wuja lekko się załamał – on po tym, po prostu nie potrafił wrócić. Nie miał na to dość siły. Zaciągnął się do wojska. Z racji urodzenia od ręki dostał oficerski stopień, a mimo to, zginął na pierwszej misji. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek o was zapomniał. To tragiczna historia, jak zresztą wszystkie dotyczące mojej rodziny. Mam nadzieję, że twoje życie nie będzie takie – westchnął, a ja byłam pewna, że mówi zupełnie szczerze. Mimo to ogarnęła mnie tylko jeszcze większa złość. Przynieśli nam zamówione jedzenie. Pięknie podane naleśniki były ozdobione artystycznymi wzorami z płynnej czekolady. Wyglądały smakowicie, ja jednak zupełnie przestałam być głodna. Niechętnie rozgrzebywałam jedzenie na swoim talerzu. – Skoro o tym wiedziałeś – wyrzuciłam z siebie w końcu – to dlaczego nie raczyłeś dać nam znać? Nawet nie wyobrażasz sobie ile to dla mnie znaczyło! – Myślisz, że nie próbowałem? – roześmiał się gorzko mężczyzna. – Kochałem swojego brata, zawsze bardzo szanowałem twoją matkę! Wyznaczyli mnie na twojego opiekuna. Twojej babci się to nie spodobało. Nie życzyła sobie, żebym wtrącał się do waszego życia. Nie chciała mnie słuchać, nie chciała też żadnych pieniędzy, nawet tych, które należały się twojemu ojcu. Zawarliśmy układ, ja i ona. Obiecałem „dać wam spokój” – zadrwił – do czasu aż rozpoczniesz studia, wtedy miałaś sama zdecydować. No cóż, nie dotrzymałem słowa z powodu śmierci mojego syna. Teraz jesteś jedyną spadkobierczynią rodziny Merowingów – zakończył jeszcze bardziej gorzkim tonem, a ja nie miałam pojęcia co myśleć o jego opowieści, o rodzinie Merowingów, o swojej własnej babci, a przede wszystkim o wuju Duncanie. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wuj nie miał kierowcy, sam prowadził. Zastanawiałam się czy to wypada lordowi, czy też może tak naprawdę Duncan ignorował wszelakie konwenanse. Właściwie poczułam do tego człowieka, po raz pierwszy w życiu, cienką i bardzo kruchą nić sympatii. Podałam mu adres i podjechaliśmy pod moją kamienicę. Poczułam się bardzo dziwnie, prowadząc wuja na górę po stromych, lekko obdrapanych schodach. Jeszcze bardziej niezręcznie było mi, kiedy pokazałam mu pokój, który dzieliłam z Martą. Nie wierzyłam, żeby rozumiał, dlaczego wolałam takie warunki od eleganckiego, przywodzącego na myśl raczej dobry hotel, akademika. – Więc tutaj mieszkasz? – zapytał tylko, nie wyrażającym żadnych uczuć tonem, a mi nie pozostało nic innego jak mu przytaknąć. – Nie jest źle – mruknęłam wzruszając ramionami. Marty akurat nie było, a ja stanowczo nie miałam zamiaru gościć wuja w moich „skromnych progach”. Chwyciłam leżącą na stoliku pocztę i razem zeszliśmy na dół. – Dokąd jedziemy? – zapytałam kiedy z powrotem wsiadaliśmy do samochodu. – Zobaczysz – powiedział tylko lekko poirytowanym głosem, więc postanowiłam się więcej nie odzywać. Samochód ruszył w stronę centrum miasta. Minęliśmy bramę strzeżonego osiedla. Duncan zatrzymał się na obsadzonym krzewami róż, brukowanym parkingu. Tym razem to on zaprowadził mnie do jednego z eleganckich, nowoczesnych budynków. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro. Wuj wpuścił mnie do prosto, ale wygodnie urządzonego mieszkania. Była tu jadalnia z aneksem kuchennym i niewielki, połączony z nią salon, a także dwa oddzielne, mniejsze pokoje. Wyglądało na niezamieszkane. – Dlaczego tu jesteśmy? – zapytałam mając jak najgorsze przeczucia. – Chciałem ci pokazać twoje mieszkanie – odpowiedział po prostu. – Nie zrozum mnie źle – dodał, widząc moje niechętne spojrzenie. – Ja ci go nie daję, ono jest twoje – powiedział wyraźnie i powoli, jakby tłumaczył coś niezbyt bystremu przedszkolakowi. – Odziedziczyłaś po ojcu pewną sumę pieniędzy, będzie twoja, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat, a póki co ja nią zarządzam i uznałem za stosowne kupić mieszkanie. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, trudno, jakoś ten fakt przeboleję, ale pomyślałem, że skoro nie chcesz mieszkać w akademiku, może będziesz wolała być u siebie, niż coś wynajmować. Zamrugałam zaskoczona. On mówił poważnie? Jeżeli tak, to był najlepszym wujem na świecie! Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie się próbował za bardzo do mojego życia wtrącać. – Więc jak? – zapytał lekko zniecierpliwiony. Impulsywnie przyskoczyłam do niego, zarzuciłam mu ramiona na szyję i pocałowałam w policzek. Odsunęłam się od niego uśmiechnięta. – Cudownie! – oznajmiłam i ruszyłam oglądać swoje nowe mieszkanie, a on stał dalej w progu, jakoś dziwnie zmieszany.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wuj Duncan siedział na kanapie cierpliwie czekając, podczas gdy ja układałam sobie w głowie, jak cudownie będzie mieć własny pokój. Nie mogłam doczekać się też miny Marty, kiedy oznajmię jej, że się przeprowadzamy. Życie potrafiło czasem mile zaskakiwać. Usiadłam w jednym z kremowych foteli. Przejrzałam listy. Zaskoczona otworzyłam jedną z białych kopert. Była od mojej sąsiadki z Polski, miłej, starszej pani, która przyjaźniła się z babcią i zawsze przynosiła nam przepyszny sernik. Tylko dlaczego miałaby do mnie pisać? Rozwinęłam kartkę i przeczytałam list. Potem jeszcze raz i kolejny, ciągle nie mogąc uwierzyć w jego treść. Na biały papier skapywały łzy, rozmazując niebieski atrament. Moja babcia umarła, w środę miał być pogrzeb. Jak to możliwe? Przecież rozmawiałam z nią jeszcze wczoraj! „Zawał serca, to się zdarza w podeszłym wieku” pisała pani Jadwiga. – Co się stało? – zapytał Duncan, który wcześniej tylko wpatrywał się we mnie bez słowa. Podałam mu list. Miałam zbyt ściśnięte gardło, żeby cokolwiek powiedzieć. Środa… czy ja w ogóle zdążę tam być? Musiałam! Jak mogłabym opuścić jej pogrzeb. Moje myśli stały się praktyczne idąc powoli, jednotorowo. Wiedziałam, że wszystko dotrze do mnie już niedługo, jeszcze silniejszą falą, a ból będzie nie do zniesienia, ale jeszcze nie teraz. W tej chwili, zwyczajnie nie mogłam w śmierć babci uwierzyć. Wuj przeczytał list. Wyciągnął telefon. Wybrał jakiś numer. – Dwa bilety, do Polski, najlepiej zarezerwuj na dzisiaj – powiedział ponurym głosem. – Tak – potwierdził – i zwolnij Marikę ze szkoły na resztę tygodnia. Spojrzałam na niego pytająco, kiedy skończył rozmawiać. – Jeżeli nie chcesz, żebym leciał z tobą, to powiedz – zwrócił się do mnie spokojnie. – Zrozumiem i zostanę. Przecząco pokręciłam głowa. Było mi wszystko jedno. Usiadłam przy nim na kanapie. Po chwili, niezdarnie objął mnie ramieniem. To był jego największy błąd, bo już po chwili miał mokrą od moich łez prawie całą górę drogiej marynarki. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że był teraz moją jedyną rodziną. Nikt inny już mi nie został. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Lot do Polski, pogrzeb, te dni jakoś po prostu przeminęły mniej lub bardziej zagłębiając się w moją świadomość. Okazało się, że mieszkanie babcia oddała do dyspozycji jednej z sąsiadek, samotnej matki wychowującej dwoje dzieci, której niedawno właściciel wymówił lokal. Za zgodą wuja, zostawiłam to po prostu tak jak jest. Nie potrzebowałam pieniędzy ze sprzedaży czy wynajmu, a ona na pewno robiła z mieszkania dobry użytek. Teraz był już piątek, a my siedzieliśmy w samolocie do Londynu, skąd mieliśmy samochodem pojechać do Aber. Przez cały ten czas wuj Duncan był dla mnie dziwnym, milczącym wsparciem. Nie mówił, bo wiedział, że w tej sytuacji, nic sensownego nie da się powiedzieć. Kiedy wysiedliśmy na Londyńskim lotnisku Luton, czekał już na nas podstawiony samochód. Tym razem wuj nie prowadził, a zamiast tego usiadł ze mną z tyłu. Przyglądałam mu się zaciekawiona, popijając z kartonika porzeczkowy soczek. To wydawało się takie normalne. Zdziwiłam się jednak, kiedy zaczął rozmowę. – Dosyć głośno o tobie w szkole – stwierdził. – Potrafiłaś się wpasować w towarzystwo. Wzruszyłam ramionami. – Jakoś sobie radzę – mruknęłam, wcale nie chcąc rozmawiać, a już na pewno nie o szkole. – Dostałem zaproszenie od Heleny Devree na niedzielny obiad, a właściwie, ściślej mówiąc, ty je dostałaś, ja mam ci tylko towarzyszyć – oznajmił grobowym głosem. Spojrzałam na niego pytająco. – Nie musimy tam iść – dodał, z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją. – Decyzję zostawiłem  tobie, to twoje zaproszenie… – Poznałam Helenę, nie jest taka znowu straszna… – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Czemu wszyscy tak na nią reagują? – To aż tak widać? – jęknął teatralnie Duncan. – Tak – odpowiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu. Oderwanie się od ponurych myśli i zmiana tematu były jednak pozytywną rzeczą. – Ta kobieta to chodzące kłopoty – westchnął wuj. – Jest jak żmija, ma ładne kolory, ale jest w środku bezduszna i zimna, a kiedy jej się coś nie spodoba to kąsa. Po prostu nie cierpię tej jej obłudy i słodkiej maski, a do tego mierzi mnie fakt, że ma romans ze swoim pasierbem. Kiedy dotarły do mnie jego słowa, zakrztusiłam się popijanym sokiem. Zaczęłam dławić się i kaszleć. Duncan spojrzał na mnie odrobinę zaniepokojony. Poczułam jak coś lodowato zimnego ściska mnie w środku. – Nic mi nie jest – mruknęłam, uspakajając się po chwili. – To co powiedziałeś, że ma romans z przybranym synem – zaczęłam z trudem dobierając słowa – skąd o tym wiesz? Wzruszył ramionami. – Wiele osób o tym mówi, oczywiście za jej plecami – dodał. – Więc to tylko plotki? – zapytałam natarczywie, a w żołądku przewracało mi się, jakbym jechała kolejką górską, a nie dobrze amortyzowanym samochodem. – Może… Czy to takie ważne? – zapytał bez zbytniego zainteresowania. – Tak – z trudem powstrzymałam warknięcie. – Dlatego, że Martin Corvidae to, przynajmniej nieoficjalnie, mój chłopak! Duncan lekko pobladł na twarzy. Po chwili jednak odzyskał cały swój rezon. – Przepraszam, nie chciałem. Gdybym wiedział, nigdy bym o tym nie wspomniał – oznajmił, przepraszającym tonem. – Po prostu z tego co mówiła Helena, wywnioskowałem, że owszem, umawiasz się z jej synem, ale z Ericem, nie Martinem. – Spojrzał na mnie uśmiechając się smutno. – Właściwie, to odetchnąłem z ulgą, bo znam od jakiegoś czasu ich obydwu i Eric jest typowym playboyem. Za to Martin, to porządny chłopak, dawno go u mnie nie było, ale od dziecka przyjaźnili się z Robertem – powiedział, lekko załamującym się pod koniec zdania głosem. – Jeszcze raz przepraszam. Skinęłam głową. Dopiero teraz zdałam sobie jasno sprawę, jak bardzo Duncan cierpi z powodu śmierci jedynego syna. Teraz, kiedy umarła moja babcia, najbliższa mi na świecie osoba, i ja poczułam tą niesamowitą, wszechogarniającą pustkę i tęsknotę. – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcę tam iść – powiedziałam cicho. Starałam się wmówić sobie, że wuj nie miał racji, że to na pewno tylko plotki, ale nie potrafiłam wyrzucić z umysłu obrazu matki Erica, pięknej i sławnej aktorki, wcale nie wyglądającej na matkę nastolatka. Poza tym takie rzeczy się naprawdę w życiu zdarzały… Dodatkowo przypomniałam sobie z jakim jadem w głosie mówił o niej Martin. „To nie jest moja matka i nigdy nią nie była!” przepłynęły mi w myślach jego ostre słowa. Czy mogło chodzić mu właśnie o to? Może coś między nimi było a potem się pokłócili… Tylko czy w takim razie, ja byłam w stanie zaakceptować ten, z trudem mieszczący się w mojej głowie fakt? Zdałam sobie sprawę, że nieprzyjemny chłód jaki poczułam, gdy usłyszałam o romansie Heleny Devree ze swoim pasierbem, ani odrobinę nie ustąpił.  ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Do mieszkania wróciłam dopiero późnym wieczorem. Marta zdążyła się już zadomowić. Padnięta, wzięłam szybki prysznic i położyłam się spać z myślą o tym, że nareszcie mam własny pokój. Całą sobotę spędziłam razem z wujem, chociaż nie był to wesoły czas. Zabrał mnie do Walii. Odwiedziliśmy grób jego żony i syna. Po śmierci babci, jakoś czułam, że jest to właściwa rzecz. Kiedy wróciłam do domu, ponury, wieczorny zmierzch, właśnie zamieniał się w noc. Przywitałam się z przyjaciółką i zabrałam za lekcje, przewidując, że w niedzielę, nie będę miała na nie czasu. I tak musiałam nadrobić cały tydzień nieobecności. Wyjęłam z szuflady telefon, żeby skontaktować się z Nataly. W końcu musiałam od kogoś pożyczyć zeszyty. Spojrzałam na wyświetlacz i aż jęknęłam. Było tam ponad sto nieodebranych połączeń od Martina, a smsy zapchały mi skrzynkę pocztową. Przeklęłam się w duchu, za to, że nie w żaden sposób nie dałam mu znać, co się ze mną dzieje. Wiadomość o śmierci babci jednak tak mną wstrząsnęła, że w ogóle o tym nie pomyślałam. Postanowiłam nie odpowiadać. Uznałam, że lepiej będzie przeprosić go jutro osobiście, skoro i tak mam być u niego w domu. Byłam przekonana, że będzie na mnie wściekły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Niedziela okazała się dniem ciepłym i słonecznym. Włożyłam białą sukienkę w drobne, niebieskie kwiatki i sznurowane, skórzane sandały. Zaczesałam włosy wysoko do góry i kiedy stanęłam przed lustrem uznałam, że wynik jest zadowalający, a w każdym razie nikomu nie przyniosę wstydu. Koło południa podjechał po mnie samochód. Wuj Duncan z lekko naburmuszoną miną czekał na mnie w środku. Ruszyliśmy. Nieprzyjemne myśli nachodziły mnie z coraz większa częstotliwością. Bezskutecznie starałam się od siebie odgonić ogarniający mnie, nieprzyjemny chłód. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, elegancko ubrana gospodyni zaprowadziła nas do salonu, mówiąc, że pani Devree za chwilę się zjawi. Podała herbatę i ciasto. Kiedy zniknęła, zostawiając nas samych, wstałam z eleganckiego fotela, na którym ledwo mogłam usiedzieć. – Za chwilę wrócę – oznajmiłam wujowi i niemal wybiegłam na korytarz. Całą sobą czułam, że po prostu muszę zobaczyć się z Martinem. Nie miałam pojęcia, jak go przeproszę, ale to w tej chwili nie miało znaczenia. Szybkim krokiem, weszłam na górę po schodach, mając nadzieję, że może będzie u siebie w pokoju. Drzwi były uchylone. Nie zastanawiając się, po prostu weszłam do środka. Usłyszałam na schodach kroki. Spanikowałam. Nie chciałam, żeby Helena lub ojciec Martina, którego do tej pory jeszcze nie poznałam, pytali dlaczego włóczę im się po domu. Otworzyłam pierwsze lepsze drzwi i wsunęłam się do środka. To była łazienka, z której kiedyś korzystałam. Podsłuchiwanie chyba weszło już mi w nawyk. Chwilę później, do pokoju weszła Helena. Zawołała Martina. Serce podskoczyło mi aż do gardła. Wcale nie byłam taka pewna czy chcę to wiedzieć, ale po prostu musiałam. Chłopak wyszedł z sypialni nieco rozczochrany i w na wpół rozpiętej koszuli. Jego twarz była nieprzeniknioną maską, a oczy miał lodowato zimne.  – Czego ode mnie chcesz? – niemal warknął, stając z założonymi rękami i opierając się o framugę drzwi. Helena uśmiechnęła się słodko, podeszła do niego. – Tak zwracasz się do własnej matki? – zapytała aksamitnym głosem. – Nie jesteś moją matką – syknął do niej. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wpatrywała się w niego natarczywie, zachłannie. Podeszła jeszcze bliżej. Pomalowanym na czerwono paznokciem przesunęła po jego torsie. Wydawało mi się, że chłopak się wzdrygnął, ale wcale nie byłam pewna czy to nie było złudzenie. Moje oczy zalśniły od łez. Miałam ochotę krzyczeć. Całą siłę woli poświęciłam na to, by stać tam i spokojnie się wszystkiemu przyglądać. – Masz rację, nie jestem – zamruczała uwodzicielsko, powoli rozpinając guziki jego koszuli. Martin w żaden sposób nie zareagował, a to sprawiło mi niemal fizyczny ból. Chciałam się stamtąd wynieść, byle dalej. Uciec, zapaść się pod ziemię. Wuj Duncan miał rację. Rodzina Merrowingów była przeklęta i żadne z nas nie mogło być szczęśliwe. – Czego chcesz? – chłopak powtórzył pytanie zrezygnowanym głosem. – Ubierz się i zejdź na dół – powiedziała odsuwając się od niego. – Mamy gości i nie życzę sobie, żebyś narobił mi wstydu – dodała stojąc już w drzwiach. Wyszła, obdarzając go ostatnim, przelotnym uśmiechem. Martin zacisnął pięści. Zobaczyłam jak cały się trzęsie. Potem poszedł prosto do łazienki. Odsunęłam się od drzwi, stając na środku pomieszczenia. Spojrzał na mnie obojętnie. Nie wyglądał na zaskoczonego. – Doskonale – warknął, zamykając za sobą drzwi. – Zainteresowało cię całe przedstawienie? – spytał gorzko – Idealny dzień na zakończenie wspaniałego tygodnia – stwierdził zrezygnowany. – Musimy porozmawiać – odezwałam się cichutko, spłoszona jego zachowaniem. – Nie teraz – powiedział ostro. – W tym momencie marzę tylko i wyłącznie o prysznicu. Chcę jak najszybciej zmyć z siebie dotyk tej suki – powiedział zimno, a ja tym razem byłam pewna, ze się wzdrygnął. Zupełnie ignorując moją obecność zrzucił z siebie koszule, a potem zaczął rozpinać spodnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc w końcu usiadłam na niskiej ławeczce, stojącej pod wyłożoną wiśniowymi kafelkami ścianą. Martin wszedł pod prysznic, a ja siedziałam, oplatając ramionami nogi i czekałam aż skończy. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, wyszedł owinięty w pasie grafitowym ręcznikiem. – Chciałaś rozmawiać, więc słucham – powiedział niezbyt przyjemnym głosem, stając nade mną. Spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć. To sprawiało mi ból. – Przepraszam, że się do ciebie nie odzywałam – oznajmiłam cichym głosem – zupełnie nie pomyślałam, o tym, że powinnam ci powiedzieć. Umarła moja babcia, wuj zabrał mnie do Polski na jej pogrzeb, a telefon został w Aber. To i tak nie ma teraz znaczenia, ale przepraszam – powtórzyłam jeszcze ciszej. Martin ukucnął przy mnie. Ujął w dłoń mój podbródek i zmusił, żebym na niego popatrzyła. Boleśnie poczułam jego bliskość. Nieproszone łzy zaczęły ściekać po moich policzkach. W jednej chwili zapragnęłam znaleźć się gdzieindziej. Gdziekolwiek, byle nie tutaj. Nie przy nim! – Martwiłem się o ciebie – burknął, już spokojniejszym głosem. – Nie miałem pojęcia co się stało. Nie waż mi się tego nigdy więcej robić! – zażądał stanowczo. Skinęłam głową. To i tak nie miało znaczenia. Przed oczami widziałam tylko uśmiechniętą uwodzicielsko twarz Heleny. – Odchodziłem od zmysłów – mruknął. – Godzinami stałem pod twoją kamienicą, miałem nadzieję, że chociaż twoja współlokatorka coś mi powie, jeżeli ciebie nie spotkam – westchnął. Spojrzałam na niego zaskoczona. Naprawdę aż tak się martwił? – Mieszkamy teraz gdzie indziej – powiedziałam zawstydzona. – Mam własne mieszkanie – dodałam niepewnie. – Kolejna rzecz o której zapomniałaś mi powiedzieć? – uśmiechnął się ponuro. – Przepraszam, za wszystko cholernie cię przepraszam – powiedziałam, wstając z ławki. Zerwał się z podłogi. Przytrzymał mnie stanowczo. Nie pozwolił zrobić ani kroku. – Martin… – zaczęłam – muszę iść na dół, wuj na mnie czeka. Wyglądał na zaniepokojonego. – Czemu ode mnie uciekasz? – zapytał. – Coś się stało? Co mu miałam powiedzieć? Jak miałam wyjaśnić, że nie mogę znieść faktu, że coś łączy go z tą kobietą, nawet jeżeli to miała być tylko jakaś chora przeszłość? To było dla mnie zbyt wiele. Kiedy jednak spojrzałam mu w oczy, zobaczyłam w nich upór. Płonęły żywym ogniem. Wiedziałam, że nie da się zbyć byle czym. – Ja nie mogę – szepnęłam. – Ty i Helena… – nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów. – Co ja i ona?! – warknął, boleśnie ściskając moje ramiona. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Spojrzał na mnie niedowierzająco. – Czy ty naprawdę myślisz, że coś mnie łączy z tą kobietą?! Przecząco pokręciłam głową. – Teraz już na pewno nie – powiedziałam odwracając wzrok – ale chyba wcześniej łączyło… Martin zazgrzytał zębami. Znów zmusił mnie, żebym na niego spojrzała. – Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro. – Nasłuchałaś się jakichś durnych plotek, które ona prowokuje swoim zachowaniem? – Nie odsunąłeś się od niej, nie odepchnąłeś jej, nie zrobiłeś nic kiedy cię dotykała – oznajmiłam gorzko. – Co innego miałam pomyśleć? Zmusił mnie, żebym usiadła na ławce. Sam ukucnął tuż obok mnie. – Posłuchaj mnie głuptasie – westchnął – nic nigdy nie łączyło mnie z Heleną Devree. Nigdy nawet nie próbowała być moją matką. Zawsze zupełnie ignorowała moją obecność, tak jakbym w ogóle nie istniał, nawet wtedy kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Potem urodził się Eric i ja w ogóle dla wszystkich przestałem istnieć, nawet dla własnego ojca. Zresztą to nie było trudne, bo i tak go prawie nigdy nie było. Helena zainteresowała się mną, kiedy skończyłem siedemnaście lat – ciągnął. – Od tamtej pory nie daje mi spokoju, grając w te swoje gierki. Myślisz, że nie próbowałem się przed nią bronić? – zapytał gorzko. – Kilka razy poskarżyła na mnie ojcu i uwierz mi, nie było warto. – Potem nauczyłem się jej zachowanie po prostu spokojnie znosić, jak bardzo bym się w środku nie gotował. Proszę, powiedz, że mi wierzysz – westchnął, wpatrując się we mnie intensywnie. Nadzieja mieszała się w jego głosie z obawą i rezygnacją. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a jego niebieskie oczy płonęły. Poczułam jak coś we mnie pęka. Napłynęły do mnie intensywne uczucia. Ulga, radość, żal, złość i gniew mieszały się zlewając w jedno, wielkie morze. Zsunęłam się z ławki na podłogę i oplotłam ramionami szyję chłopaka. Przez chwilę ani drgnął, zaskoczony, a potem objął mnie ramionami, przygarniają do siebie czule. – Jak dobrze, że jesteś – szepnął. – Nie uciekaj ode mnie, proszę. – Przepraszam – powiedziałam stłumionym głosem, wtulając twarz w jego ramię – czasami jestem bardzo głupia. – Słyszałam jak szybko bije jego serce. Poczułam jak delikatnie gładzi dłonią moje plecy. – Martin… – zaczęłam cichutko. – Mhm? – zapytał wtulając policzek w moje włosy. Tulił mnie do siebie zaborczo, jakby bał się, że jednak od niego ucieknę.  – Kocham cię – wyszeptałam, a wypowiadając te słowa czułam jednocześnie ogromną radość i ulgę jak i taki dziwny, ściskający gardło strach. Delikatnie odsunął mnie od siebie. Przyjrzał mi się uważnie. Uśmiechnął się lekko, a potem znowu przytulił. – Ja ciebie też, kociaku – wymruczał z niemal wyczuwalną w powietrzu ulgą. Siedzieliśmy na podłodze dłuższą chwilę, po prostu tuląc się do siebie. Całe napięcie opadło i został między nami tylko smutek ostatnich dni. Dopiero teraz poczułam jak bardzo go potrzebuję. To właśnie on był tą osobą, która kochała mnie za to, kim byłam. Kimś, kto będzie kochał mnie, nawet, jeżeli nie mogłam spełnić jego marzeń. Wiedziałam, że tylko przy nim będę potrafiła znaleźć pociesznie. W końcu chłopak wstał, podnosząc mnie z ciemnych kafelków podłogi. Spojrzałam na niego zawiedzionym wzrokiem. Chciałam tam zostać. Mnie było tutaj bardzo dobrze. Właściwie teraz wszędzie byłoby mi dobrze, byleby tylko on był przy mnie. – Podobno twój wuj na ciebie czeka – mruknął. – Chyba już na zbyt długo zostawiłaś go samego na pastwę Heleny. – Masz rację – przyznałam niechętnie. – Powinnam iść. Zejdziesz razem ze mną? – zapytałam z nadzieją. Skinął głową. Uśmiechnął się szelmowsko. – Jesteś gotowa na to, żeby dać im przedstawienie? – spytał przyciągając mnie do siebie i całując lekko w usta. Odwzajemniłam jego pocałunek. – Mhm, tęskniłem – mruknął nie przestając całować. – Piekielnie mi ciebie brakowało! W końcu oderwaliśmy się od siebie niechętnie. Wymknęłam się z pokoju, po cichu schodząc po szerokich stopniach, podtrzymywana na duchu obietnicą, że Martin niedługo do mnie dołączy. Czułam się o niebo lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Nareszcie wierzyłam, że pomimo wszelakich przeciwności, wszystko się jakoś ułoży. Dopiero teraz dotarło do mnie, że cokolwiek by się nie stało, to właśnie przy Martinie potrafię być szczęśliwa. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wróciłam na dół, Helena prowadziła z Duncanem uprzejmą konwersację. W korytarzu złapał mnie Eric. Uśmiechnął się do mnie promiennie. – Cieszę się, że przyszłaś – powiedział na powitanie. – Słyszałem, że umarła twoja babcia, bardzo mi przykro – oznajmił, a brzmiało to zupełnie szczerze. Skinęłam tylko głową. Nienawidziłam kondolencji, współczujący ludzie, byli w tym wszystkim najgorsi. Sprawiali, że śmierć bliskiej osoby stawała się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Usiedliśmy w salonie. Po kilkunastu minutach zjawił się także Martin. Grzecznie przywitał się z moim wujem. Widziałam jego zimne oczy i bezbarwną maskę na twarzy. Czy oni wszyscy od urodzenia uczyli się gry aktorskiej?! Ból, który w nim wyczuwałam, kiedy rozmawiał z moim wujem był niemal namacalny, a mimo to chłopak stał tam, z zupełnie kamienną twarzą. Wiedziałam, że dalej nie może sobie wybaczyć bezsensownej śmierci Roberta. Byłam przekonana, że nigdy bym tak nie potrafiła. Zresztą doskonale zdawałam sobie sprawę, że jestem straszną beksą. Przez przeszło godzinę Helena opowiadała głównie o sobie, a Duncan uprzejmie przytakiwał. Później zaczęła zachwalać Erica i jego osiągnięcia, nie wspominając o Martinie ani słowem. Tak, ta kobieta zdecydowanie miała tylko jednego syna. Drugi najwyraźniej był dla niej jedynie zabawką. Przeprosiła nas także za nieobecność męża, który wyjechał w interesach. Zaczęłam się zastanawiać czy ten człowiek w ogóle, kiedykolwiek bywa w domu, ale patrząc na Helenę, z zupełnie innej perspektywy, wcale nie dziwiłam się, dlaczego. Później Eric przeprosił i zaproponował mi spacer po ogrodzie. Zgodziłam się z miłą chęcią, byleby tylko stamtąd wyjść. Martin także wstał. Kiedy wychodziliśmy z salonu, niewinnym gestem musnął moją rękę. Kiedy spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł ponury, smutny uśmiech. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~           Chodziliśmy po ładnie zaprojektowanym, rozległym ogrodzie. Eric wyglądał na zdecydowanie niezadowolonego z obecności brata. Nie zaprotestował jednak ani jednym słowem. Wyglądało na to, że po prostu zaakceptował fakt, że Martin idzie z nami. Zdałam sobie sprawę, że rozmawiamy właściwie o niczym. Było bardzo niezręcznie. – Martin, jak twój proces? – zapytałam po części dlatego, żeby zdusić tą sytuację, a po części, ponieważ naprawdę chciałam wiedzieć. Zdziwiłam się, kiedy odpowiedział mi Eric. – Mój brat jest równie odważny, co i głupi – stwierdził gorzko. – Mimo, że zeznawał, odmówił ochrony świadków. W procesie skazali ojca Antona Kenta i wyciągnęli wystarczająco dużo zarzutów, żeby oskarżyć rodziców Michaela Sandrowa. Bez Martina, proces pewnie zostałby unieważniony. Sądzę, że nasi koledzy z klasy, będą chcieli się na nim mścić. Martin wzruszył ramionami. – Nie będą – odpowiedział tylko. – W końcu muszą mi dać spokój. Zresztą to ostatni miesiąc w tej szkole. Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawiali ze mną. To była ich prywatna kłótnia, która już najwyraźniej trwała od jakiegoś czasu. Czy Eric naprawdę martwił się o brata? Sama już nie wiedziałam, co mam o nim właściwie myśleć. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~           Wieczorem spotkałam się z Martinem w parku. Wuj musiał odreagować wizytę u Heleny, więc wyniósł się, natychmiast po odwiezieniu mnie do domu. Wspięliśmy się na jedno z porośniętych trawą i drzewami wzgórz. Ten park był inny od tego przy mojej starej kamienicy. Mniej dziki, bardziej zadbany, było w nim więcej ludzi. Dużo czasu zajęło nam znalezienie swojego własnego, odludnego kawałka. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem. To było ładne miejsce, spory kawałek oddalone od ścieżek, przez co nikt tędy nie chodził. Usiadłam Martinowi na kolanach, oplatając ramionami jego szyję. Jak zwykle był irytująco nieznośny. Moje słowa, to co chciałam powiedzieć, topiły się w morzu jego pocałunków. – Martin… – powiedziałam cicho, starając się go od siebie odsunąć. – Mhm? – zapytał przyciągając mnie do siebie z powrotem. Jego usta znalazły się na mojej szyi. Mimowolnie odchyliłam do tyłu głowę. Poczułam jak przesuwa dłonie po moich plecach i ramionach. Rozpraszał mnie. Sama już nie wiedziałam co chciałam mu powiedzieć. – Martin! – zaczęłam odrobinę ostrzej. Roześmiał się, a potem znów uciszył mnie gorącym pocałunkiem. Tym razem oplotłam ramionami jego szyję, odwzajemniłam pocałunek. Trudno, powiem mu później… oczywiście o ile jeszcze będę pamiętała, co chciałam powiedzieć. – No, no, no, co my tu mamy – usłyszałam nad nami gruby głos. Obydwoje poderwaliśmy głowy. Tak byliśmy pochłonięci sobą, że nie zwracaliśmy uwagi na nasze otoczenie. Tuż przy nas stali Anton, Michael i ten trzeci chłopak, którego imienia dalej nie znałam. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w nas także Eric. Martin zdjął mnie ze swoich kolan. Wstał z ziemi, zasłaniając mnie sobą. – Czego chcecie? – warknął. – A jak myślisz, kapusiu? – syknął wściekle Anton. – Przez ciebie mój ojciec dostał wyrok. Ojciec Michaela ma proces o defraudacje i oszustwa podatkowe. Gdyby nie twoje pieprzone zeznania, nic by im nie udowodnili! – Mógł pomyśleć, zanim postanowił krzywdzić ludzi – odpowiedział spokojnie, ponurym głosem Martin. – To już się skończyło, dajcie mi spokój. – Pożałujesz tego skurwielu! – warknął Michael, a jego oczy ciskały błyskawice. Chwilę później do grupy dołączył piąty chłopak. – O! Lepszej okazji nie mogliśmy sobie wymarzyć – oznajmił rozbawionym głosem. Z trudem przełknęłam ślinę. Rozpoznałam w nim miłośnika Polek, który chciał mnie zmusić, żebym mu obciągnęła na basenie. Niejasno zdałam sobie sprawę, że Anton i Michael byli wkurzeni, ponieważ mieli powód, jak niewłaściwy by nie był, ale dla tamtej dwójki to była po prostu zabawa. Ich się naprawdę bałam. Nieznajomy dryblas postanowił nie tracić czasu. Brutalnie odepchnął na bok Martina. Uśmiechnął się paskudnie. – Ciebie też chyba znam – powiedział mściwym głosem, oceniając mnie wzrokiem. Cofałam się, aż drogę zagrodził mi gruby pień drzewa, pod którym wcześniej siedzieliśmy. Martin, niewiele myśląc, rzucił się na podchodzącego do mnie chłopaka. Anton i Michael odciągnęli go w tył. Oberwał w brzuch. Zgiął się w pół. – Zostawcie ją! – syknął, kiedy chłopak brutalnie chwycił mnie za ramię. – To ze mną macie porachunki, nie z nią. Potężnie zbudowany blondyn roześmiał się. – Z nią mam własne – odpowiedział rozbawiony, przyciągając mnie do siebie bliżej. Zaczęłam się wyrywać. Nadepnęłam mu na nogę. Syknął wściekle. Uderzył mnie. Do oczu napłynęły mi łzy. Zobaczyłam, jak Martin bezskutecznie próbuje się wyrwać chłopakom. Blondyn przytrzymał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Patrząc prosto na Martina, zaczął wsuwać rękę pod moją koszulkę. Dopadł mnie paniczny strach. Coś ścisnęło mi gardło. Zobaczyłam błagalne spojrzenie Martina, było skierowane do stojącego bez ruchu Erica. Chłopak wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię. Był blady, a w jego zielonych oczach widziałam szczere przerażenie. Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem jakby powziął decyzję. W jednej chwili rzucił się na trzymającego mnie blondyna. Tamten, mimo, że znacznie potężniej zbudowany od szczupłego Erica, puścił mnie zaskoczony. Stanęłam oniemiała, niezdolna zrobić ani jednego kroku. – Biegnij!!! – krzyknął do mnie Eric. To mnie otrzeźwiło. Ominęłam drzewo i pędem rzuciłam się do ucieczki. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam złapać tchu. Odwróciłam się, żeby spojrzeć za siebie. Gonił mnie chłopak, którego imienia dalej nie poznałam. Był blisko, a ja już nie miałam siły dalej biec. Skręciłam ze ścieżki w krzaki, mając nadzieję, że może tam go zgubię. Ściemniało się. Powoli zaczynały zapalać się latarnie. Wpadłam na dobrze wyposażony plac zabaw dla dzieci. Na drabinkach i drewnianych konstrukcjach siedzieli jacyś chłopacy, popijając piwo. Mieli na sobie czarne koszulki z logami metalowych zespołów. Było ich czterech. Popatrzyli na mnie zaskoczeni, ale nie jak na intruza, który wtargnął w ich życie. Nie miałam czasu się zastanawiać. Schowałam się za nimi. – Marika? – usłyszałam swoje imię wypowiedziane pytającym głosem. Spojrzałam w kierunku osoby, która się odezwał. To był Thijs, chłopak Nataly. Z ulgi niemal ugięły się pode mną nogi. – Pomóż mi, proszę – powiedziałam zdyszana, z trudem łapiąc powietrze. Czułam jak coś potwornie kłuje mnie w klatce piersiowej. Ledwo wypowiedziałam te słowa, na plac zabaw dotarł mój prześladowca. Stanął na środku, zaskoczony nową sytuacją. Otrząsnął się jednak szybko, uznając, że nieznajomi nie będą się wtrącać. Przyskoczył do mnie jednym susem. Chwycił za ramię i pociągnął za sobą. Thijs zsunął się z drabinek. Był naprawdę rosły i dobrze zbudowany. Podszedł do nas pewnym krokiem. – Puść ją – rozkazał stanowczo. – Nie wtrącaj się! To nie twoja sprawa! – odwarknął tamten, ciągle boleśnie ściskając moje ramię. – Właśnie, że moja, więc chyba masz pecha – odpowiedział spokojnie Thijs. Chwycił chłopaka za rękę, uwalniając mnie z jego uścisku. Jego koledzy wstali. Podeszli do nas niespiesznie. Blondyn stchórzył. Najpierw, cofając się powoli, opuścił plac zabaw, a potem popędził przed siebie przez park. Zadrżałam. – Nic ci nie jest? – zapytał łagodnie Thijs. – Mi nie – odpowiedziałam, ciągle nie mogąc się uspokoić – ale tylko dlatego, że uciekłam. Za to chcą skrzywdzić moich przyjaciół – powiedziałam błagalnie patrząc na chłopaka Nataly. – Razem z tym jest ich czterech przeciwko im dwóm – dodałam niepewnie. Wysoki, szczupły brunet uśmiechnął się zadziornie. – Pomożemy im Thijs? – zapytał z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją, jakby chciał powiedzieć „nareszcie coś się będzie działo”. Reszta mu przytaknęła. Thijs uspakajająco położył mi rękę na ramieniu. – Chodź, zaprowadzisz nas tam – powiedział ciągle tym samym spokojnym, łagodnym głosem. – Jak widzisz, moi koledzy są bardzo chętni do pomocy – uśmiechnął się lekko. Nie byłam w stanie dłużej biec, ale szłam najszybciej jak mogłam. Thijs zostawił mnie u podnóża pagórka na którym rosły dęby, zabraniając mi się stamtąd ruszać. Stałam tam, niespokojnie czekając na to co stanie się dalej. Jedyne, co mogłam robić, to błagać w duchu, żeby nic złego nie stało się Martinowi i Ericowi. Nawet nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, co mogłoby się stać, gdybym go w porę nie spotkała. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Pierwszą osobą, którą zobaczyłam w szarym półmroku, oświetlanym jedynie odległym, dochodzącym z drogi, światłem latarni, był Martin. Zbiegł ze wzgórza, niemal wpadając na mnie. – Nic ci nie jest? – zapytał z niepokojem, przyciągając mnie do siebie i mocno oplatając ramionami. Przecząco pokręciłam głową. Tak bardzo się o niego martwiłam! Wtuliłam się w chłopaka, szczęśliwa, że nic mu się nie stało. Chwilę później dołączył do nas Thijs. Prowadził ze sobą krzywiącego się z bólu Erica. Nikt inny się nie pojawił. – Masz samochód? – zwrócił się do brata Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. – Trzeba cię zawieść na pogotowie, możliwe, że złamałeś rękę. Jakoś nie bardzo widzę cię w tym stanie na motorze… – Stoi przy ulicy – powiedział coraz bardziej blady na twarzy Eric. Thijs odprowadził nas do samochodu. – Dacie sobie radę? – zapytał. – Tak, zajmę się bratem – powiedział ponuro Martin, biorąc od Erica kluczyki. – Dzięki za pomoc. Chłopak Nataly uśmiechnął się kwaśno. – Dajcie znać, jeżeli mielibyście jakieś problemy – powiedział odsuwając się od samochodu. Odwróciłam się w jego stronę. – Dziękuję, Thijs – powiedziałam, wiedząc, że w życiu mu się za tą przysługę nie odwdzięczę. – Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym na ciebie nie wpadła – zadrżałam na samą myśl. – Nie ma sprawy – odpowiedział uśmiechając się lekko. – Trzymajcie się. Wsiedliśmy do samochodu. Usiadłam na tylnym siedzeniu, przy Ericu. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Martin zawiózł go do szpitala. Dopiero teraz, kiedy czekaliśmy w wielkim, jasno oświetlonym holu, zobaczyłam jak bardzo brudne i zniszczone, było ubranie chłopaka. Na jego twarzy widniały nieprzyjemne zadrapania. Sam też musiał nieźle oberwać, ale wyraźnie się tym nie przejmował, za to widziałam w jego oczach, jak bardzo martwi się o brata. Chodził niespokojnie w tę i we w tę, podczas gdy ja siedziałam na obitym zielonym materiałem, poczekalnianym krześle. – Martin, opowiedz mi, co się w ogóle stało, kiedy uciekłam… – poprosiłam, mając nadzieję, że może czymś, chociaż na chwilę, zajmę chłopaka. Wzruszył ramionami, zatrzymując się naprzeciwko mnie. – Właściwie niewiele – westchnął. – Eric trochę oberwał, a potem Michael i Anton pokłócili się z Tomem. Mój brat jest ich kumplem i chyba nie chcieli go mieć na sumieniu. Potem wrócił Din, na szczęście bez ciebie i niemal pobili się sami między sobą, o to co mają dalej zrobić. W każdym razie zapewne byłoby dużo gorzej, gdyby nie pojawił się ten wielkolud z kolegami – mruknął niechętnie Martin. – Przepraszam, że cię w to wpakowałem. Ciebie i Erica – dodał ponuro. – Nie spodziewałam się, że się wtrąci – wyznałam szczerze. – To mi do niego nie pasuje. Pozytywnie mnie zaskoczył. Martin usiadł przy mnie. Położyłam dłoń na jego dłoni, oparłam głowę na ramieniu chłopaka. – W końcu to mój brat – powiedział cicho. – Co innego miałby zrobić? Zawsze mogłem na niego liczyć, kiedy naprawdę tego potrzebowałem – mruknął. – Właściwie, to nawet nie jestem pewien czy rzeczywiście mamy tego samego ojca, zważywszy na to jak jego matka lubi się puszczać, ale czy płynie w nas ta sama krew czy nie, tak naprawdę Eric jest chyba jedyną osobą, którą mogę z czystym sumieniem nazwać rodziną. Jest odważniejszy niż wygląda – dodał jeszcze ciszej. Uśmiechnęłam się delikatnie. Po tym co dzisiaj zrobił, moja ocena Erica gwałtownie skoczyła w górę. Cieszyłam się, bo mimo, że nie był obiektem moich westchnień, bardzo ciężko mi było nie lubić tego pogodnego i zawsze, w każdej sytuacji uprzejmego chłopaka. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             We trójkę pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Marty jeszcze nie było. Eric był potłuczony i miał rękę w gipsie, ale poza tym, nic poważniejszego mu się nie stało. Posadziłam ich na kanapie i zaparzyłam herbaty. Potem sama usiadłam, wplatając się pod ramię Martina. Eric zaskoczył mnie i tym razem. Spojrzał na nas dziwnym wzrokiem. – Mogłem się tego domyślić – mruknął rozbawiony. – Jakoś mi umknęło. Długo to się ciągnie? – zapytał rzeczowo. – Pocałowałem ją po tamtym pierwszym ognisku – przyznał Martin. – Nieźle graliście, przez tak długi czas – westchnął Eric. – To ty jesteś mistrzem aktorstwa – roześmiał się Martin. – My niczego nie udawaliśmy, naprawdę się kłóciliśmy – przyznał. – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? – spytał lekko zaniepokojony. – Jasne, że nie – powiedział Eric – po prostu, gdybym wiedział, nie robiłbym z siebie głupka. – I tak, dalej mam ci za złe takie traktowanie dziewczyn – wtrąciłam się im do rozmowy, patrząc twardo na Erica. – Czemu Marta jest na ciebie taka wściekła? – zapytałam nieco spokojniej. Spojrzał na mnie zaskoczony. Westchnął. – No tak, to ty byłaś z moim bratem nad morzem? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Obraziła się, bo nie mogłem z nią tego zrobić – powiedział, spuszczając wzrok. – Naprawdę mi na tobie zależało – przyznał niechętnie – a po rozmowie z Martinem, poczułem się jak ostatni dupek – dodał ponuro. Jakoś dziwnie ucieszyła mnie wiadomość, że przynajmniej ze sobą nie spali. – Chociaż, w sumie, czasem on sam nie jest wcale lepszy! Na przykład ta historia z Nataly Danstown… – dodał szczerząc zęby w uśmiechu. Spojrzałam pytająco na Martina, czując lekki niepokój. Chłopak skarcił brata wzrokiem. – Nic szczególnego – odpowiedział na moje nieme pytanie. – Zaprosiła mnie na randkę, jakoś na początku semestru. Byłem głupi i się zgodziłem, zamiast odmówić jej tak jak reszcie. Poszliśmy razem do kina. Tyle. – Acha – wtrącił się niezrażony Eric – a potem ją kompletnie zignorował. Tak po prostu olał, bez słowa. Teraz przynajmniej wiedziałam, czemu Nataly reagowała na niego w tak ostry sposób. – Dlaczego? – zapytałam, wiedząc, że Martina, jakkolwiek by się nie zachowywał, to wcale nie bawi igranie z ludzkimi uczuciami. – Dziewczyny zaczęły jej dokuczać – mruknął. – Tak jak tobie, na początku, z powodu Erica. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym jak wredne potrafiły być moje koleżanki z klasy. – Dalej jej dokuczają – powiedziałam niechętnie – ale ona sobie jakoś z tym radzi. Teraz, dzięki tym moim urodzinom, które urządził Eric, już znacznie mniej… Martin skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował. – Macie dla mnie jeszcze jakieś rewelacje? – spytał Eric. – Nie lubię żyć w niewiedzy – oznajmił. – Ja nie – odpowiedziałam mu z wesołym uśmiechem – ale chętnie bym się dowiedziała, dlaczego postanowiliście zepsuć bal. Ten fakt dalej nie daje mi spokoju. Eric zaczerwienił się lekko. – To był zwykły dowcip – przyznał niechętnie. – Nudziliśmy się z Antonem… Chcieliśmy, żeby coś się zaczęło dziać. Spojrzałam pytająco na Martina. – W takim razie co ty masz z tym wspólnego? Chłopak wzruszył ramionami. – Właściwie to nic – stwierdził ponuro. – Niechcący dowiedziałem się co planują i dlatego tam poszedłem. Nie chciałem, żeby Eric wpakował się w jakieś głupie kłopoty. Przyszedłem za późno, żeby mu to wybić z głowy, ale zdążyłem przynajmniej zadbać o to, żeby wykasować nagranie z kamer. Po każdym mogłabym się takich rzeczy spodziewać, ale z pewnością nie po Ericu! Jeżeli ten chłopak miał takie pomysły, to kolejne dwa lata w liceum imienia świętego Franciszka będą dla mnie prawdziwym wyzwaniem. – Obydwaj jesteście psychopatami! – stwierdziłam, zagłębiając się w kanapę. Zasłoniłam twarz dłońmi, tłumiąc niepohamowany wybuch śmiechu. – Nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony Martin, zabierając moje ręce od twarzy. – Wariatka – mruknął, kiedy zobaczył, że się śmieję. – Przepraszam – powiedziałam, nie potrafiąc przestać się śmiać – cały czas myślałam, że to twoja sprawka i że towarzyszył temu jakiś wyższy, nieznany mi cel! Nigdy nie wpadłabym na to, że Ericowi „się nudziło”. – Dzięki, cieszę się, że masz o mnie dobre zdanie – westchnął cierpiętniczo Martin. – Właściwie czemu mnie tam zaprosiłeś skoro planowałeś tego typu zabawę? – zapytałam ciekawa jego odpowiedzi. – Przecież nie chcieliśmy zepsuć całego balu – naburmuszył się lekko obrażony chłopak. Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ drzwi wejściowe się otworzyły. Zamilkliśmy. Nasze spojrzenia odruchowo powędrowały w tamtą stronę. – Rozgość się – usłyszałam, dochodzący z korytarza, znajomy głos Marty. Do pokoju wszedł Jonathan, jeden z moich kolegów z klasy, który również był na mojej imprezie urodzinowej. Najwyraźniej Marta nie próżnowała. Chłopak stanął jak wryty, patrząc na nas zaskoczony. – Cześć – przywitał go wesoło Eric, nie wstając z kanapy. Na dźwięk jego głosu Marta wyjrzała zza pleców Jonathana Wyglądała nie tylko na zdziwioną, ale także i zmieszaną. – Co wy tu robicie? – spytała głupio. – Ja tu mieszkam – odpyskowałam przyjaciółce, która coraz bardziej zaczynała mnie irytować – a to są moi goście. Hej Jonathan – dodałam, żeby nie wyjść na totalną zołzę. – Miło cię widzieć. Chłopak z lekko zawiedzioną miną usiadł przy nas na kanapie. Najwyraźniej liczył na coś zupełnie innego, a ja wolałam sobie nie wyobrażać co to mogło być. – Co ci się stało w rękę? – zaciekawiony zapytał Erica. – Biłem się – odpowiedział z dumą chłopak. Westchnęłam. Myliłam się co do Erica. On także był nie do zniesienia. Podczas gdy chłopacy wdali się w ożywioną dyskusję, podeszła do mnie Marta. Przeprosiła i niemal siłą zabrała mnie do swojego pokoju. – Czemu go tu zaprosiłaś?! – spytała oskarżycielsko. – Raczej ty mi wytłumacz co tu robi Jonathan – odpowiedziałam ponuro. – Myślałam, że to Eric ci się podoba. – No tak… – zmieszała się Marta – ale ja go niespecjalnie obchodzę. – Dlatego postanowiłaś umawiać się z moimi kolegami z klasy? – zapytałam. – Ułożyłaś sobie jakąś listę? – Potem miał być Anton – przyznała niechętnie dziewczyna, a ja zdumiona wytrzeszczyłam na nią oczy. Chciałam jej tylko dogryźć. Nigdy nie podejrzewałabym, że to co mówię, okaże się prawdą. – Ale dlaczego? – spytałam zaskoczona. – Żeby Eric był zazdrosny – mruknęła spuszczając wzrok. – Jesteś głupia! – warknęłam na nią. – Nie możesz się tak zachowywać! Zresztą, skoro masz tu Erica, to może wyjaśnijcie sobie parę spraw? – zasugerowałam spokojnie. Marta wzruszyła ramionami. – Niech ci będzie – westchnęła i razem wróciłyśmy do pokoju. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W końcu wyszło na to, że zarówno Eric jak i Martin zostali u nas na noc. Tylko Jonathan pożegnał się, zniechęcony całą sytuacją i ignorowaniem go przez Martę. Poniedziałkowy ranek okazał się być pochmurny i ponury. Przynajmniej nie padało. To jednak i tak nie miało znaczenia, ponieważ wszystko we mnie śpiewało, tylko dlatego, że tego właśnie ranka, obudziłam się w ramionach Martina. To miał być piękny dzień, również dlatego, że mieliśmy już dłużej naszych uczuć nie ukrywać przed resztą świata. Bolało mnie tylko to, że Martin wcale nie wyglądał na zachwyconego z tego powodu. Wyszliśmy przed dom. Usiadłam za chłopakiem, na wiśniowym motorze. Odwrócił się w moją stronę. Spojrzał mi poważnie w oczy. – Posłuchaj kociaku, jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał. – Ja w tym roku kończę tą szkołę i idę do college, ty będziesz się tam uczyła przez kolejne dwa lata… – Nie zaczynaj znowu! – warknęłam na niego. – Mam to gdzieś i doskonale o tym wiesz! Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy. Nie powiedział już nic więcej, tylko po prostu ruszył. Tym razem wjechaliśmy na teren szkoły. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed frontową bramą. Kiedy Martin zdjął kask, wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. Zawahałam się. Teraz już wcale nie byłam pewna, czy to taki dobry pomysł. Nienawidziłam być w centrum uwagi, ale kiedy spojrzałam w jego roziskrzone, niebieskie oczy, wszystkie wątpliwości pękły, jak bańka mydlana. Zdjęłam kask, chłopak objął mnie ramieniem i odprowadzani morzem spojrzeń oraz gorliwymi szeptami, razem weszliśmy do budynku szkoły. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Widziałam, że dziewczyny z mojej klasy aż nosi, kiedy zobaczyły jak Martin odprowadza mnie pod samą salę lekcyjną. Został ze mną aż do dzwonka. Mimo nieskrywanej ciekawości, żadna z koleżanek nie ośmieliła się do nas podejść. Antona ani Michaela nie było w szkole, Eric także się nie pojawił, ale w tym wypadku, przynajmniej wiedziałam dlaczego. Nataly spóźniona wbiegła do klasy, zajmując wolną ławkę obok mojej. No cóż, przynajmniej ona nie będzie wypytywała mnie o Martina, to znaczy, jeszcze nie będzie. Już na samym początku lekcji, zaczęły sypać się karteczki. Zalewało mnie dosłownie ich morze. Nataly przyglądała się temu zdumiona, a ja tylko wzruszyłam ramionami, wcale się z tego nie ciesząc. „Martin?!” brzmiały zdumione napisy „Co? Kiedy? Gdzie? Jak? Opowiadaj natychmiast!”. Trwało to przez całą lekcję, a ja zbywałam wszystkie dziewczyny odpisując, że porozmawiamy na przerwie. Kiedy tylko opuściliśmy klasę, otoczyło mnie morze zaciekawionych twarzy. Nawet Nataly znalazła się w tym zbiegowisku. Pytania sypały się jedno po drugim, a każde kolejne głupsze i bardziej namolne. – Hej! Hej! Może wreszcie dacie jej coś powiedzieć? – uspokoiła dziewczyny Kate, a ja poczułam do niej prawdziwą wdzięczność. Koleżanki spojrzały na mnie wyczekująco. – Tak, przyjechałam z Martinem do szkoły – bąknęłam niechętnie. – I tak, chyba jesteśmy razem – dodałam nagle tracąc całą pewność siebie – a Erica nie ma w szkole, ponieważ złamał rękę – odpowiedziałam, na jedno z sensowniejszych pytań. Widziałam, zaskoczone, niechętne spojrzenia dziewczyn, ale potem Kate, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczęła mi gratulować. To przełamało lodową barierę. Posypały się gratulacje. W korytarzu rozbrzmiewały śmiechy. Angela stwierdziła, że to iż chodzę z Martinem, oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że Eric jest wolny, a wtedy w ogóle już rozluźniła się atmosfera. Poszukałam wzrokiem Nataly. Mojej przyjaciółki nigdzie nie było. Chciałam jej poszukać, ale koleżanki mi na to nie pozwoliły. Życzyły sobie całej mojej uwagi. Z całego zamieszania uratował mnie dopiero Martin. Tyle czasu z nim spędziłam, że zupełnie zapomniałam o jego szkolnej opinii mrocznego księcia. Kiedy pojawił się w korytarzu, ludzie dosłownie rozstępowali się na boki, a on po prostu, patrząc prosto przed siebie, szedł samym środkiem. Od razu podszedł bezpośrednio do mnie, ignorując otaczające mnie dziewczyny. One także się odsunęły, zawczasu robiąc mu przejście. – Żyjesz? – zapytał cicho, podchodząc do mnie bliżej. Skinęłam głową. Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. Nie tego się spodziewałam. – Chodź – powiedział, biorąc mnie za rękę, a ja, odprowadzana zazdrosnymi spojrzeniami koleżanek, posłusznie poszłam za nim. Zaprowadził mnie na pustą klatkę schodową. Usiedliśmy na szerokim parapecie wychodzącego na dziedziniec szkoły okna. – Jesteś straszny! – oznajmiłam. – Dlaczego? – spytał zaskoczony. – Ludzie przed tobą uciekają – mruknęłam. Roześmiał się. – Ty też planujesz? – Nie – westchnęłam – ja chcę z tobą zostać. Moich uszu dobiegło stłumiona sapnięcie. Rozejrzałam się dookoła. Na dole, pod schodami siedziała Nataly. Nie zauważyłam jej wcześniej. Martin najwyraźniej też nie. Po jej rumianych policzkach spływały łzy. – Co tu robisz? – zapytałam podchodząc i kucając przy niej. – Zostaw mnie – poprosiła cichym, stłumionym głosem. – Coś się stało? – spytał Martin, stając nad nami. Nataly przecząco pokręciła głową. – Idźcie już – poprosiła. – Nie ma mowy, dopóki nie powiesz o co chodzi! – oznajmiłam. Dziewczyna westchnęła. Usiadłam przy niej, żeby pokazać, że nigdzie sobie nie idę. Zdziwiłam się, kiedy Martin też przy nas usiadł. – Doskonale – stwierdziła pełnym napięcia tonem. – Chcecie wiedzieć? I tak już mi wszystko jedno! Z moją, podobno, przyjaciółką umawia się chłopak, którym całą sobą gardzę, bo postanowił zabawić się moim kosztem – tu wymownie spojrzała na Martina. – Ciekawe czy jej zrobisz to samo? – zapytała ponuro. – Marika zasługuje na kogoś lepszego niż ty! – oznajmiła. – Poza tym, żeby dzień był jeszcze lepszy, mój chłopak został aresztowany pod zarzutem pobicia – dodała wtulając twarz w dłonie. Oczy Martina pociemniały. Gwałtownie wstał. – Dokąd idziesz? – zapytałam, mając nadzieję, że jednak wyjaśni i chociaż odrobinę przeprosi Nataly. – Tam gdzie powinienem pójść na samym początku – mruknął zupełnie zrezygnowany. – Do dyrektora. Myślałem, że to sprawa między nami, ale skoro oni grają w ten sposób, to nie widzę powodu, żeby ich kryć – oznajmił. – Poza tym Nataly – zwrócił się do mojej przyjaciółki, która usłyszawszy swoje imię podniosła na niego wzrok – naprawdę cię lubię, jesteś fajną dziewczyną, ale Marikę kocham, a to zdecydowanie nie to samo. Potem po prostu odwrócił się i odszedł, a ja po raz niewiadomo który wpatrywałam się w jego znikające plecy. – Gdyby nie twój chłopak, Nataly – zwróciłam się do dziewczyny – to by mnie wczoraj, w parku jakiś typ zwyczajnie zgwałcił. Co do Martina – kontynuowałam, korzystając z faktu, że patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami – to zaczął cię ignorować, kiedy zorientował się, że z jego powodu dokuczają ci dziewczyny z klasy. Koniec historii. – O Boże! – westchnęła dziewczyna – a ja dzisiaj rano tak nawrzucałam Thijsowi, kiedy do mnie zadzwonił! Idiotka ze mnie! Powinnam mu bardziej ufać – końcówka zdania rozpłynęła się w łzach. Objęłam ramieniem barki Nataly. – Nie martw się – uśmiechnęłam się do niej pogodnie – jakoś to wszystko wyjaśnimy, a teraz umyjesz buzię zimną wodą, a potem wrócimy na zajęcia. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Martin zadzwonił do mnie, mówiąc, że on i Eric będą na mnie czekali pod szkołą w samochodzie. Okazało się, że to nie Michael i Anton, a Tom i Din zgłosili na policję pobicie, przez co Thijs wylądował w areszcie. Umówiłam się z Nataly pod szkołą, ponieważ jako ostatnie zajęcia, miałam WF, na który ona nie chodziła. Z basenu wyrwałam się jako pierwsza, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjaśnić sprawę z Thijsem i przytulić się do Martina. Biegnąc do szatni, jak idiotka pośliznęłam się na mokrych kafelkach, wpadając komuś pod nogi. Kiedy podniosłam wzrok, ze strachu zaschło mi w gardle. To był Tom, miłośnik Polek i mój największy prześladowca. Uśmiechnął się na mój widok. Szybkim ruchem zatkał mi usta dłonią i pociągnął w stronę męskiej przebieralni. Dopiero tam mnie puścił. – Co za miła niespodzianka – oznajmił uradowany, pożerając mnie wzrokiem. Pod jego spojrzeniem, czułam się niemal naga, jedynie w granatowym, ociekającym wodą, kostiumie kąpielowym. Próbowałam wyminąć go i dotrzeć do drzwi. Brutalnie chwycił mnie za nadgarstek. Wykręcił mi rękę. – Puść mnie! – krzyknęłam rozpaczliwie. – Jeszcze czego – roześmiał się chłopak – tym razem się zabawimy. Popchnął mnie na stojące pod ścianą, drewniane szafki. Jedną ręką przytrzymał mi nadgarstki, podczas, gdy drugą zaczął błądzić po moim wilgotnym ciele. Szarpnęłam się. Kopnęłam go kolanem w krocze. Syknął z bólu, a potem warknął na mnie, nie zelżywszy jednak ani na chwilę uścisku. – Pożałujesz tego – powiedział mściwie. Poczułam, jak przesuwa rękę z mojego brzucha, na biust. Znów spróbowałam się wyrwać. Na próżno. Sparaliżował mnie strach. W otwartych drzwiach zobaczyłam szczupłą sylwetkę Antona. Więc jednak przyszedł do szkoły… Był blady na twarzy. Miał podbite oko, ślad po wczorajszej bójce. Spojrzałam na niego błagalnie, mimo, że jego także się bałam. Chłopak wszedł do środka. – Tom, zastanów się co robisz – zaczął łagodnie. Był znacznie wątlejszej budowy, od napastującego mnie blondyna, wyglądał też na mocno przestraszonego. – Nie twoja sprawa – odwarknął trzymający mnie chłopak. – Im szybciej się stąd zmyjesz, tym lepiej dla ciebie – dodał. – Daj jej spokój – poprosił niepewnie Anton – to nasza koleżanka z klasy… – W każdym razie nie moja – odparł blondyn, mocno zirytowanym głosem. Na siłę, brutalnym gestem, opuścił moje ręce wzdłuż tułowia i mimo, że broniłam się jak tylko mogłam, zaczął zsuwać ramiączka od kostiumu. Anton podszedł do nas. Spróbował go ode mnie odsunąć. Tom przyłożył mu z całej siły pięścią w nos. – Nie wtrącaj się! – warknął gniewnie. – Uprzedzałem! Anton wstał. Tym razem po prostu rzucił się na blondyna. Tom, żeby się obronić, musiał mnie puścić. Odskoczyłam pod ścianę. Bijący się chłopacy zablokowali mi drogę do drzwi. Stałam tam skulona, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Czułam narastający, dławiący w gardle strach. Pewność miałam tylko co do jednego – to nie Anton wygra bójkę. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja stałam tam, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Marzyłam o tym, żeby być zupełnie gdzieindziej, ale niestety, byłam tutaj, w męskiej przebieralni i nie mogłam wyrzucić z ponurej wizji swojej najbliższej przyszłości, macających mnie, twardych dłoni Toma. Z nosa Antona leciała krew. Blondyn siedział na nim, w furii okładając go pięściami. Decyzją chwili rzuciłam się ku drzwiom. Zanim jednak Tom zdążył zareagować, wpadłam na czyjąś, blokującą drzwi postać. To był Michael. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w leżącego na podłodze, w kałuży krwi, przyjaciela. Zaraz za nim pojawił się mężczyzna w średnim wieku, odziany w elegancki, prążkowany garnitur. Znałam go, przynajmniej z widzenia. To był nasz dyrektor. Wszedł do środka, ponurym spojrzeniem obrzucając patrzącego niedowierzająco Toma. Michael, bez słowa, otulił mnie swoją rozpinaną bluzą. – Sandrow – powiedział zwracając się do Michaela – zaprowadź pannę Merrowing do pielęgniarki, później wszyscy macie się stawić w moim gabinecie – uciął krótko, wyjmując z kieszeni komórkowy telefon i od razu wybierając numer. Ostatni raz spojrzałam na, z trudem siadającego Antona. Razem z Michaelem wyszliśmy na korytarz. Chłopak w milczeniu szedł u mojego boku. Zatrzymałam się przed wejściem do damskiej przebieralni. – Spotkamy się u dyrektora – oznajmiłam tylko. – Ale miałem cię zaprowadzić do pielęgniarki! – zaprotestował chłopak, ja jednak zdążyłam już zniknąć za drzwiami damskiej szatni. Ubrałam się jak najszybciej potrafiłam. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Nataly i w kilku, uogólniających słowach, nakreśliłam przyjaciółce nowa sytuację. Później głęboko zaczerpnęłam powietrza, zwinęłam bluzę Michaela do torby i wyszłam na korytarz by udać się prosto do gabinetu dyrekcji. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W pokoju zebrał się spory tłumek. Było tu kilku nauczycieli, ochrona, pani wicedyrektor, a także Nataly, Martin i nawet Eric. Na krześle pod ścianą siedział także Michael. Natychmiast do nich podeszłam. Patrzyli na mnie zaniepokojonymi spojrzeniami. – Nic mi nie jest – wyszeptałam cicho, siadając na kanapie, tak blisko Martina, żeby nasze dłonie mogły się zetknąć. To właśnie jego teraz najbardziej potrzebowałam. Chwilę później zjawił się dyrektor. Prowadził ze sobą Toma i nieco zakrwawionego, trzymającego przy nosie jakiś opatrunek, Antona. Zaraz po ich wejściu, nauczyciel WFu, przyprowadził Dina. Wyglądało na to, że poza dodatkiem w postaci niczemu niewinnej Nataly, byliśmy w komplecie. – Panie Kent, Sandrow, panowie Troy, zarzuty wysunięte przeciwko wam są dosyć poważne, a po dzisiejszym – odchrząknął – incydencie, nie mam wątpliwości, że również prawdziwe. Panowie Troy? Więc Tom i Din byli rodzeństwem. Zadrżałam. No tak, mogłam się tego sama domyślić… Martin zacisnął mocniej dłoń na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się do niego blado. – Będziecie państwo wzywani pojedynczo, żebyście mogli przedstawić swoją wersję wydarzeń – oznajmiła stanowczo pani wicedyrektor, a potem wraz z dyrektorem i jednym z ochroniarzy, zamknęli się w gabinecie. Reszta osób została z nami. Wzywani byli wszyscy po kolei, trwało to ponad godzinę. Mnie dyrektor poprosił na samym końcu. Martin również wstał. – Czego pan nie zrozumiał, panie Corvidae, w słowie pojedynczo? – zapytała chłodno jedna z nauczycielek.  – Chyba pani nie myśli, że zostawię ją samą? – odpowiedział pytaniem na pytanie chłopak. Jego spojrzenie było lodowato zimne. Wyglądająca przez drzwi pani wicedyrektor skinęła głową. – Dobrze, niech wejdą obydwoje – zgodziła się łaskawie. Kiedy weszliśmy do gabinetu, Martin przysunął sobie dodatkowe krzesło i obydwoje usiedliśmy przed biurkiem, wyglądającego na mocno zmartwionego dyrektora. Siwe pasma w jego włosach, wyraźnie świadczyły o tym, jak trudna może być współpraca z młodzieżą. – Pani Merrowin, proszę opowiedzieć co się dzisiaj stało – powiedział siląc się na spokojny ton. – Zaczepiał mnie chłopak, który z tego co się dowiedziałam, ma na imię Tom. Robił to już wcześniej – odpowiedziałam krótko. Dyrektor skinął głową. – Wiele skarg już wpływało na rodzeństwo Troy – oznajmił. – Za pobicie i próbę gwałtu, Tom zostanie wydalony ze szkoły w trybie natychmiastowym. Niedługo zjawią się tu wasi rodzice. Co może mi pani powiedzieć o panu Dinie, Michaelu i Antonie? Podobno są odpowiedzialni za złamanie ręki panu Devree i wielokrotnie grozili panu Corvidae. Oni też są na najlepszej drodze do tego, żebym wydalił ich ze szkoły. Zawahałam się. W końcu to właśnie Anton obronił mnie przed Tomem, a Michael zapewne w tym czasie poleciał po dyrektora. – To niezupełnie tak – odpowiedziałam patrząc prosto na mężczyznę. – To znaczy, z tego co wiem, wszyscy oni nie przepadają za Martinem, ale Anton i Michael nie brali w niczym czynnego udziału – skłamałam. –  Raczej próbowali załagodzić sytuację. To dwaj pozostali są sprawcami bójek. Wpatrujące się we mnie, niebieskie oczy Martina, znów stały się lodowato zimne. Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. – Czy to prawda panie Corvidae? – zapytał mężczyzna. Chłopak przez chwilę milczał, a potem potwierdził skinieniem głowy. – Tak, panie dyrektorze – odpowiedział niechętnie. – W takim razie, to by zgadzało się z zeznaniami pana Erica Devree – oznajmił. – Doskonale, więc mamy jasną sytuację. Rodzeństwo Troy zostanie wydalone ze szkoły w trybie natychmiastowym, a panowie Sandrow i Kent będą na dwa tygodnie zawieszeni w prawach ucznia, a potem czekają ich prace społeczne. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Kiedy wychodziliśmy z gabinetu, w dalszym ciągu czułam bijący od Martina chłód. W salonie już czekał mój wuj. Była także Helena. – W co znowu wpakowałeś mojego biednego Erica? – warknęła wściekle na pasierba, kiedy niechętnie podszedł do niej. – Jak zwykle same z tobą kłopoty! Martin odpowiedział milczeniem, a we mnie aż coś się zagotowało. Duncan położył mi rękę na ramieniu. – Wszystko w porządku? – zapytał z prawdziwym niepokojem w oczach. Skinęłam głową. Wiedziałam, że ja i mój wuj możemy zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Jak na dorosłego był całkiem w porządku. Dyrektor ogłosił swój werdykt. Rodzice Toma i Dina zaczęli gwałtownie protestować, matki Antona i Michaela, wyraźnie odetchnęły z ulgą, sami chłopacy natomiast wyglądali na mocno zdziwionych. Kiedy wychodziliśmy, podeszłam do przyjmującego od matki burę Antona. Kobieta spojrzała na mnie pytająco, chłopak spuszczał wzrok. – Ja chciałam tylko podziękować – oznajmiłam cicho. – Zachowałeś się bardzo w porządku, Anton. Dziękuję, że mnie przed nim obroniłeś. Chłopak uśmiechnął się lekko, niepewnie. Jego matka chyba dopiero teraz uwierzyła w niewinność swojego syna. Wyglądała na bardzo zaskoczoną. – Spoko – bąknął zmieszany chłopak. Później podeszłam do Michaela. Lubiłam mieć jasne sytuacje. – Dziękuję za bluzę – powiedziałam wyjmując ją z torby i podając chłopakowi – i za powiadomienie dyrektora… – dodałam mniej pewnie. – To dzięki tobie nie wylecieliśmy ze szkoły, prawda? – zapytał. – Nie tylko – oznajmiłam z lekkim uśmiechem. – Eric zeznawał to samo co ja, a Martin potwierdził nasze zeznania. Zostawicie go już w spokoju? – zapytałam mniej pewnie. – Masz to jak w banku – wzdrygnął się chłopak. – wystarczy nam już kłopotów. Uśmiechnęłam się do niego lekko. – Więc do zobaczenia za dwa tygodnie. – Na razie – odwzajemnił mój uśmiech Michael. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Razem z Nataly, Duncanem, Ericem i Heleną, wyszliśmy przed budynek szkoły. Martina nigdzie nie było. Bez niego pojechaliśmy na komisariat. Wuj wpłacił kaucję, a my złożyliśmy zgodne zeznania w sprawie Thijsa. Troyowie wycofali zarzuty. Sprawa rozeszła się po kościach. Helena zaprosiła nas do siebie. Tym razem Duncan, widząc moją zaniepokojoną minę, bez słowa protestu przyjął jej zaproszenie. Byłam pewna, ze odgadł, o kogo się tak bardzo martwię. – Mój biedny Eric! – powiedziała kobieta, kiedy usiedliśmy w eleganckim salonie. – Twój niesforny brat zawsze musi wpakować cię w jakieś tarapaty! Od zawsze tak było. Widziałam jak Eric na przemian to blednie, to purpurowieje na twarzy, ale Helena najwyraźniej tego nie zauważyła, bo tylko kontynuowała swój wywód o niesforności Martina. W końcu chłopak nie wytrzymał. – Nie masz racji! – wykrzyknął twardo, zrywając się z kanapy. – Mój brat jest bohaterem! I to zawsze on wyciągał mnie z tarapatów! Te wszystkie dowcipy, to co się działo, to zawsze były moje pomysły! – wyrzucał z siebie wszystko to, co tłamsił w środku przez lata. – Nigdy jego! Nie jestem twoim aniołkiem, mamo, po prostu potrafię dobrze grać! Zresztą uczyłem się od mistrzyni! – rzucił jej w twarz, a potem wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Helena wpatrywała się niedowierzająco w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze stał chłopak. Potem opadła na kanapę, chwytając leżący na eleganckim stoliku wachlarz. Rozłożyła go i z uporem lepszej sprawy, zaczęła wachlować pobladłą twarz. – Przepraszam – bąknęłam w stronę wuja, a potem opuściłam pokój w ślad za Ericem. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Wchodząc do pokoju na drugim piętrze, zobaczyłam otwarte drzwi od sypialni. Na łóżku Martina leżała rozpięta, sportowa torba podróżna. Chłopak nieskładnie wrzucał do niej rzeczy. Kiedy weszłam obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem, nie przerywając swojej pracy. – Co robisz? – zapytałam marszcząc brwi. – Wyjeżdżam – oznajmił. – Dlaczego? – spytałam przestraszona, że go stracę. – Mam tego wszystkiego dość – powiedział ponuro. – Mnie masz dość? – Między innymi. W oczach stanęły mi łzy. Więc tak to się skończy? Usiadłam na jego łóżku. – Kocham cię – powiedziałam wpatrując się we własne kolana. – Proszę cię, zostań ze mną. Chłopak prychnął. – Nie rozumiesz – powiedział chłodno. – Nie mam nikogo, jestem sam, na nikogo nie mogę liczyć, na nikim nie mogę polegać. Mojego ojca wiecznie nie ma, na temat Heleny, nie będę się wypowiadał, Eric dba tylko o własne sprawy, a dzisiaj zawiodłem się również na tobie. Nie mam tu czego dłużej szukać, chcę się stąd po prostu wyrwać. Ten dom mnie zabija. Spojrzałam na niego mokrymi od łez oczami. – Martin, jesteś głupkiem! – krzyknęłam na niego. – Nie znam twojego ojca, a Helena jest jaka jest, ale twój brat postawił się jej, nazywając cię dzisiaj bohaterem. Nie pozwolił jej złego słowa na ciebie powiedzieć! – chłopak zamarł z czarnym t-shirtem w ręku, patrzył na mnie niedowierzająco. – Jeżeli chodzi o mnie, to Anton dzisiaj obronił mnie przed Tomem, a Michael powiadomił o wszystkim dyrektora. Jak mogłabym w tej sytuacji na nich naskarżyć? – Co do mieszkania w domu – wtrącił się wuj Duncan, który niezauważony przez nas, jak zwykle zbyt pochłoniętych swoimi osobami, wśliznął się w międzyczasie do środka – to może mógłbyś wytrzymać jeszcze ten miesiąc? – zapytał. – Na wakacje zapraszam cię do siebie do Walii, dawno cię u nas nie było – dodał z ponurym uśmiechem. – Sądzę, że Marika bardzo by się ucieszyła… Później też nic cię tu nie trzyma – kontynuował spokojnie. – Z tego co pamiętam, chciałeś iść do college w Aber, prawda? Masz dość dobre oceny, żeby dostać stypendium, nie potrzebujesz pieniędzy ojca… Jeżeli będziesz chciał, to pewnie dasz sobie jakoś radę sam. Co ty na to? Przyjmiesz moje zaproszenie? – zapytał na koniec. Martin niechętnie odłożył koszulkę. Spojrzał na mężczyznę z dziwnym wyrazem twarzy. – Muszę to przemyśleć – powiedział cicho. Duncan skinął głową. – Zostawię was samych – powiedział z lekkim, łobuzerskim uśmieszkiem, który rozświetlił jego srogą twarz. – Czekam na ciebie na dole, Mariko. Tylko nie siedź za długo. Mrugnął do mnie, a potem wyszedł z pokoju. Martin usiadł na łóżku, w pewnym oddaleniu ode mnie. Nie spojrzał na mnie ani razu. – Kociaku, przepraszam – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Po prostu muszę przez jakiś czas pobyć sam – westchnął. – Przykro mi, że nic z tego nie wyszło. – Czy to twoja ostateczna decyzja? – spytałam czując się, jakby chlusnął we mnie wiadrem zimnej wody. – Tak – odpowiedział cicho – przepraszam. Na sztywnych nogach wstałam z łóżka. Potem, nie oglądając się za siebie, wyszłam przez pomalowane na czarno drzwi sypialni. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             Czerwiec przeminął, a Martin nie dał żadnego znaku życia, ani mnie, ani nawet Ericowi. Przez cały miesiąc chodziłam jak we śnie. Skończył się rok szkolny. Wuj Duncan zaprosił mnie do swojej posiadłości w Walii. Zaproponował mi, żebym zaprosiła przyjaciół, tak więc Marta, Nataly, Eric i Thijs mieli dołączyć do mnie w pierwszym tygodniu lipca. Na razie byłam sama i to mi właściwie odpowiadało. Nienawidziłam Martina całym sercem, a jednocześnie tęsknota za nim aż dławiła mnie w środku. Próbowałam sobie tłumaczyć, że przecież ma wolny wybór, wcale nie musi mnie chcieć, a jednak coś tam w środku krzyczało, że to bardzo nie fair i nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ze mną zerwał, czemu, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, mnie zostawił. Nienawidziłam go i nie potrafiłam przestać kochać. Posiadłość wuja Duncana okazała się renesansowym pałacem. Sam budynek był przepiękny, a otaczający go park jeszcze ładniejszy. Dach z czerwonej cegły, ozdobione dziesiątkami kolumn białe ściany, cztery, zwieńczone ładnie zdobionymi kopułami, wieżyczki, a wszystko to tonęło w morzu różanych krzewów i winorośli. Prowadzącą do posiadłości drogę, wyznaczały rosnące po obu jej brzegach, równiutko przystrzyżone cyprysy. Kiedy weszliśmy do domu, oprócz tradycyjnie odzianej, uśmiechniętej służby, powitał nas także tryskający szczęściem na widok swojego pana hart. Spędziłam z wujem naprawdę przyjemny tydzień. Uczył mnie jeździć konno, zwiedzaliśmy wspólnie Walię. Mimo to w dalszym ciągu nie potrafiłam być ani odrobinę szczęśliwa i z trudem zmuszałam się nawet do najlżejszego uśmiechu. ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~             W piątek po południu czerwonym, sportowym samochodem Erica, przyjechali moi przyjaciele. Przywitałam się z nimi, a potem unikałam ich jak mogłam, mając nadzieję, że będą dobrze bawili się także beze mnie. Letnie wieczory spędzałam na drewnianej, ogrodowej huśtawce, z książką w ręku. Czytałam wszystko jak leci, starannie omijając jedynie wszelakie romanse. Tej tematyki miałam zdecydowanie dość! Dostałam także swój pokój. Był przestronny i ładnie urządzony, a okna wychodziły w nim na pałacowy dziedziniec. Późnym wieczorem, siedziałam na szerokim parapecie, w długiej, białej koszuli nocnej, starannie szczotkując swoje jasne włosy. Patrzyłam w gwiazdy, bo te spadające, podobno spełniają nasze marzenia. W pewnym momencie usłyszałam warkot silnika. Na dziedzińcu zapaliły się, działające na fotokomórki lampy. Serce zabiło mi jak oszalałe. Zerwałam się gwałtownie na widok podjeżdżającego pod pałac, wiśniowego motocykla. Na bosaka, jedynie w nocnej koszuli, nie fatygując się zakładaniem choćby kapci wybiegłam na dwór. On naprawdę tam był! Zdjął kask i zsiadł z motocykla. Zwolniłam. Podeszłam do niego, zatrzymując się na odległość kilku metrów. Przecież mnie nie chciał… tylko co w takim razie tu robił? – Marika – łagodnie wypowiedział moje imię. Podszedł do mnie. Odsunęłam się. Nie potrafiłam znieść jego bliskości. Odwróciłam się, a wszystko we mnie krzyczało, żeby teraz uciec, byle dalej od niego! Chwycił moją rękę. Nie pozwolił odejść. Poprowadził mnie w kierunku drzew, gdzie byliśmy osłonięci przed całym światem. Spojrzał na mnie, a jego oczy płonęły żywym ogniem. „Niebieskie płomienie spalają najprędzej, niech spalą na proch, a ze mną myśl gorzką, żem dłużna ci może, choć dałeś kwiat groszku, a ja ci łez groch…”, przyszły mi na myśl słowa piosenki. – Wróciłem – oznajmił mi tak zwyczajnie – na stałe. Kocham cię – dodał, patrząc mi prosto w oczy. Wyrwałam rękę z jego uścisku. Odsunęłam się od niego gwałtownie. – Skąd pewność, że cię ciągle będę chciała? – warknęłam na niego. – Uważasz, że możesz sobie zniknąć na miesiąc bez słowa, a potem tak po prostu wrócić? Jak gdyby nigdy nic? Roześmiał się. Podszedł do mnie. Przyciągnął do siebie, przytulił. Z oczu popłynęły mi nieproszone łzy. Wczepiłam się palcami w jego, wystającą spod rozpiętej, motocyklowej kurtki, koszulkę. Przylgnęłam do niego, mocząc materiał łzami. – Bo przywiozłem ze sobą zakładnika – oznajmił, nie wypuszczając mnie z objęć. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej maskotkę kotka, z największymi na świecie, najbardziej błagającymi oczami, jakie w życiu widziałam. – Przyjechał aż z Francji – dodał, podając mi go. Roześmiałam się poprzez łzy. Przytuliłam kociaka pomiędzy sobą a Martinem. Nie mogłam uwierzyć, że chłopak naprawdę tu jest. – Nienawidzę cię – szepnęłam. Przytulił mnie do siebie bardziej. Pocałował moje włosy. – Tęskniłem za tobą – mruknął – tak cholernie tęskniłem! Nie wiem jak można żyć bez powietrza! Nigdy więcej już nie chcę tego doświadczyć. Jesteś dla mnie wszystkim, kociaku. Miałam ochotę go uderzyć, kopnąć, ugryźć, cokolwiek, ale tylko się do niego tuliłam. Nareszcie, po ponad miesiącu czekania, znów tulił mnie w swoich ramionach. – Załatwiłeś już swoje sprawy? – spytałam z przekąsem. – Tak – odpowiedział łagodnie. – Jestem cały twój, o ile oczywiście będziesz mnie chciała. Ślicznie wyglądasz w tej koszuli – dodał uśmiechając się łobuzersko. Warknęłam na niego. Zbył to śmiechem. Chciałam mu coś powiedzieć, zwymyślać go od najgorszych, ale nie pozwolił mi już więcej się odezwać. Stanowczym gestem oplótł moją talię dłońmi, a potem mnie pocałował. Tak długo czekałam na ten pocałunek, tak bardzo tęskniłam! Zatonęliśmy w morzu pocałunków. Znaleźliśmy się we własnym, cudownym świecie, tracąc poczucie rzeczywistości, a ja odnalazłam nadzieję, na to że teraz już wszystko będzie dobrze. Miałam wuja, którego zdążyłam już pokochać, cudownych przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć i Martina, który stanowił dla mnie centrum wszechświata. Na niebie świeciły jasne gwiazdy, widać było drogę mleczną, a „jutro”, świeże i nowe, zapowiadało się być cudownym dniem. The End [...] Read more...
Akademia
AkademiaNie miałam ochoty tu być. Nigdy nie chciałam znaleźć się w tej szkole, ale mój ojciec miał na ten temat inne zdanie. Akademia wojskowa, według niego, dla córki pułkownika była idealnym rozwiązaniem. Szłam szkolnym korytarzem, jak zwykle zatopiona w swoim własnym świecie, zamyślona i nieobecna. Wcale więc nie zdziwiło mnie, że niechcący na kogoś wpadłam. Moja torba upadła na podłogę. Ze środka wysypały się piórnik, zeszyty i podręczniki. Podniosłam wzrok by ujrzeć pełną wściekłości twarz wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka. Jego lodowato-zimne, niebieskie oczy. Ciche przepraszam zamarło mi na ustach, kiedy brutalnie popchnął mnie na ścianę. Boleśnie uderzyłam o nią plecami. Spojrzałam na niego zaskoczona. Zimne oczy były pełne nienawiści. Mogłabym przysiąc, że chłopak wydał z siebie zwierzęcy warkot. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, a potem po prostu zignorował mnie i odszedł. – Co się stało? – dopiero usłyszawszy znajomy głos Daniela zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. – Chyba nic – udało mi się niezbyt przekonująco odpowiedzieć. Przyjaciel ukucnął, żeby pozbierać moje rzeczy, ale wzrok miał utkwiony w oddalającej się sylwetce. Cicho westchnął. – Trzymaj się od niego z daleka – rozkazał, podając mi książki. – Od niego i jemu podobnych. – Co masz na myśli? – spytałam nie rozumiejąc. Kiedy się spakowałam, wziął ode mnie torbę i objął mnie ramieniem, prowadząc w stronę naszych pokoi. Odezwał się dopiero, kiedy weszliśmy do środka. – Oni nie są tacy jak my – wyjaśnił. – To swojego rodzaju eksperyment. Oczywiście ściśle tajny – dodał mrugając do mnie porozumiewawczo – ale myślę, że powinnaś o nim wiedzieć. W całej szkole jest ich tylko dziewiętnastu, wśród setek zwyczajnych uczniów. Trzymają się w swoim gronie, a inni mają ich po prostu za – przez chwilę nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa – specyficznych – oznajmił w końcu. – Taaak, zauważyłam – mruknęłam, siadając na łóżku. – Nie przejmuj się nimi, po prostu trzymaj się od nich z daleka – powtórzył to co mówił już wcześniej. – Przebierz się, przyjdę po ciebie za kwadrans i idziemy na obiad. Skinęłam głową, ponownie zamyślona. Kiedy Daniel wyszedł z przyjemnością pozbyłam się znienawidzonego mundurka. Eksperyment? To brzmiało bardzo interesująco. Rozbudziło moją ciekawość. Mimo że spotkany na korytarzu chłopak z pewnością nie sprawiał wrażenia sympatycznego, teraz naprawdę chciałam wiedzieć kim oni byli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wakacje minęły tak szybko… zbyt szybko! Ostatnie chwile wolności. Wiedziałam co mnie czeka. Ojciec przygotowywał mnie na ten wyjazd od lat. Ja jednak marzyłam po prostu o normalnym życiu, takim jakie prowadziłaby każda inna, zwyczajna nastolatka. Imprezy, szkoła, randki. W zamian otrzymałam prywatnych nauczycieli, kompletny brak przyjaciół, dużą dozę nieufności wobec każdego, kto naruszył moją strefę i forsowne treningi. Mamy w ogóle nie pamiętałam. Miałam zaledwie kilka lat, kiedy zginęła w wypadku, a ojciec chyba nigdy nie wybaczył mi tego, że jestem jego córką, a nie synem. Teraz natomiast najbliższe pięć lat miałam spędzić w tym specyficznym więzieniu – położonej na wyspie w pobliżu Francji i Wysp Brytyjskich Akademii Wojskowej. Kiedy Daniel zapukał do moich drzwi, byłam już gotowa. Ramię w ramię powędrowaliśmy do szkolnego bufetu. Chłopak był właściwie moim pierwszym i jedynym przyjacielem w całym, siedemnastoletnim życiu. Jego kumple akceptowali mnie, bo on mnie akceptował i oczywiście również przez wzgląd na mojego ojca. Co robią i jak zachowują się moi rówieśnicy widziałam jedynie na filmach. Nić porozumienia pomiędzy mną, a Danielem pojawiła się właściwie przypadkiem. W maju on i jego zespół przyjechali do Anglii, do wiejskiej posiadłości w której mieszkaliśmy przez większą część roku. Dziesięciu najzdolniejszych chłopaków, ulubieńców mojego ojca, Charlesa Morringtona. W ciągu wakacji odbywali specjalny, dodatkowy trening. Stanowili chlubę Akademii. Zbyt łatwo budziły się tamte wspomnienia, a nie o wszystkim miałam ochotę pamiętać. Przyjęcie charytatywne w filharmonii. Granatowa suknia, którą miałam na sobie, kojarzyła mi się z nocnym niebem. Niegdyś należała do mojej mamy, później przez długi czas wisiała w szafie nikomu niepotrzebna. Dopiero niedawno dorosła do niej moja sylwetka. Nie pierwszy raz zastanowiłam się nad swoim wyglądem i faktem, że brakuje mi przyjaciółki – takiej jakie posiadały dziewczęta z amerykańskich filmów. Czułam się bardzo samotna. Kiedy podszedł do mnie Daniel, moje serce zabiło jak oszalałe. Wszyscy chłopcy z Akademii byli rewelacyjnie zbudowani – nie mieli wyjścia – to ani trochę nie robiło na mnie wrażenia. W nim jednak było coś innego, specyficznego, taki koci, wdzięczny urok. Miał żywe, zielone oczy i przycięte na kilka milimetrów, jasne włosy. Gdy nudziłam się podczas szkoleń, niejednokrotnie zastanawiałam się jak wyglądałby, gdyby były nieco dłuższe. Również jego uśmiech był czarujący i w ciągu naszej trzymiesięcznej znajomości o tym także myślałam już wiele razy. – Masz ochotę zatańczyć? – zapytał w taki sposób, jakby naigrywał się z wszystkich, panujących wśród starszych osób, eleganckich obyczajów. – Z przyjemnością – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał w podobnym stylu. Porwał mnie na parkiet, a z każdym jego dotykiem ogarniała mnie coraz większa euforia. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Kiedy wyszliśmy na nocny spacer po otaczającym filharmonię parku, poczułam się jak bohaterka romansu. W powietrzu unosiły się niemal namacalne cząsteczki magii. – Zmarzłaś? – spytał Daniel, chwytając mnie za chłodną dłoń. Przecząco pokręciłam głową, ale on i tak otulił mnie swoją marynarką. Zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w niego jak w słońce. W tamtym momencie był dla mnie spełnieniem marzeń. Znalazł się bliżej mnie. Czułam narastające napięcie. Wszystko wokół zdawało się iskrzyć. Wtedy pochylił się i mnie pocałował, albo to ja pocałowałam jego. Po prostu jakoś się stało. To był słodki i miękki, ale jednocześnie pełen pasji pocałunek. Mój pierwszy pocałunek w życiu. Cudowne, ciepłe uczucie rozlewało się po każdej, nawet najdrobniejszej komórce mojego ciała. W pewnym momencie Daniel się odsunął, a ja z trudem łapałam oddech. – Wracajmy – powiedział cicho, znów biorąc mnie za rękę. Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, że coś może być nie w porządku. Gdy tylko znaleźliśmy się w budynku filharmonii, natychmiast podszedł do nas mój ojciec. Jak zwykle stał dumnie wyprostowany, a z jego postawy emanowała pewność siebie. Był przystojnym, charyzmatycznym i władczym człowiekiem, a dla mnie również odległym niczym drugi brzeg oceanu. Tym razem było w nim jednak coś więcej – wyraźnie wyczuwalna irytacja. – Nie to miałem na myśli, kiedy kazałem ci pilnować mojej córki – odezwał się chłodno do Daniela, ignorując moją obecność. Poczułam jak chłopak sztywnieje, obserwowałam jak nie ośmiela się podnieść wzroku. Kazał? Pilnować? Zalała mnie fala nieprzyjemnego chłodu. – Tak, proszę pana – odpowiedział Daniel mechanicznie. – Odwieziesz ją do domu, a za godzinę widzimy się w moim gabinecie – oznajmił mój ociec nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Tak, proszę pana – powtórzył chłopak wysnutym z emocji głosem. Posłusznie poszłam za nim do samochodu. Nie odezwałam się do ojca, ponieważ nie lubiłam pozbawionych sensu czynności. Milczałam również przez całą drogę, a Daniel nie próbował nawiązać ze mną rozmowy. Czułam się oszukana i zdradzona. Kierowca minął bramę wjazdową i zatrzymał się pod naszą willą. Miałam ochotę pobiec, uciec jak najdalej, ale szłam spokojnym krokiem, panując nad własnymi emocjami. Pozwoliłam odprowadzić się pod drzwi pokoju, rzuciłam skąpe “dobranoc” i zniknęłam w bezpiecznym schronieniu swojego pokoju. Dopiero parę minut po tym jak zamknęły się drzwi przestałam walczyć z tak bardzo niechcianymi łzami. Gdy następnego dnia usłyszałam ciche pukanie, bardzo zdziwił mnie widok stojącego w progu Daniela. – Mogę wejść? – zapytał cicho, niemal błagalnie, a ja odsunęłam się by wpuścić go do środka. – O co chodzi? Mój ojciec cię przysłał? – nie mogłam powstrzymać ani drwiącego tonu, ani cisnących się na usta słów. – Nie – odpowiedział stanowczo, patrząc mi w oczy. – To ja chciałem cię przeprosić, za wczoraj i nie tylko. Miałam ochotę go uderzyć, albo się do niego przytulić, albo wypchnąć go za drzwi. Sama nie wiedziałam czego właściwie od niego chcę.  – Przez cały czas przyjaźniłeś się ze mną tylko dlatego, że mój ojciec ci kazał? – to nie było pytanie, ja to wiedziałam, ale potrzebowałam od niego jasnego potwierdzenia. Ku mojemu zaskoczeniu przecząco pokręcił głową. Nie potrafiłam przestać wpatrywać się w jego wiosennie zielone oczy. – Z początku tak – przyznał. – Właściwie to był zaszczyt. Twój ojciec wybrał mnie, bo uważa, że jestem najlepszy. Miałem cię chronić… mam cię chronić – sprostował. – I przyszedłeś tu, ponieważ skoro już wiem, to jeśli się na to nie zgodzę, przydzieli mi kogoś innego? – próbowałam odgadnąć. Ojciec był apodyktyczny, ale bardzo rzadko zdarzało się, żeby działał wbrew mojej woli. To potrafiłam w nim docenić. – Nie – ponownie zaprzeczył, chowając ręce za plecami. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby był zdenerwowany. – Tak jak mówiłem wcześniej, przyszedłem przeprosić. I Emy… naprawdę cię polubiłem i bardzo chciałbym w dalszym ciągu móc być twoim przyjacielem – dodał, znacząco podkreślając ostatnie słowo. Złamał mi serce. To był mój pierwszy zawód miłosny. Mimo wszystko jednak był tutaj. Ciepło mieszało się w moim sercu z nieprzyjemnym chłodem. Szybko jednak wzięłam się w garść. Nie mogłam sobie pozwolić na stratę jedynego, realnie istniejącego przyjaciela. Nie czułam się dość silna by samotnie stawić czoło czekającej na mnie Akademii. – Myślę, że to dobre rozwiązanie – odpowiedziałam, z trudem przełykając ślinę. Dopiero wtedy obdarzył mnie tym swoim cudownym, czarującym uśmiechem. Wydawało mi się, że odetchnął z ulgą. – Więc wszystko między nami ok.? – zapytał. – Nawet nie wiesz jak się cieszę – oznajmił, kiedy skinęłam głową. – Do zobaczenia później. – Na razie – odpowiedziałam starając się by nie brzmiało to jak wyrzut. Kiedy szedł korytarzem, odprowadziłam go ponurym spojrzeniem. Lepsze to niż nic, pomyślałam, ale mieszanina pozytywnych i negatywnych uczuć pozostała. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Siedziałam na drewnianej ławce w rogu stołu. Emily Maria Morrington, najbardziej samotna dziewczyna na świecie.  To nie to, że mnie nie lubili. Właściwie mnie nie znali, ale i nie chcieli poznać. Chłopcy z grupy Daniela byli dla mnie mili – wszyscy, co do jednego – ale żaden nie miał zamiaru się ze mną spoufalać. Mimo tego, że spędzili u mnie w domu kilka miesięcy, to właściwie nawet nie pamiętałam ich imion. Czułam się jak zbędny, ale akceptowalny dodatek. Milcząca. Pogrążona we własnym świecie. Dopiero po dwóch tygodniach dotarło do mnie, że siedzenie z nimi pierwszego dnia było poważnym, towarzyskim błędem. Byli dwa lata starsi i nie mieliśmy wspólnych zajęć. Koleżanki z grupy patrzyły na mnie z nienawiścią, koledzy bali się jakiegokolwiek kontaktu. Przyjaciele Daniela byli czymś na kształt elity, a ja nie należałam do żadnego z tych światów. – Już się najadłam, idę poczytać – oznajmiłam cicho siedzącemu obok Danielowi, starając się by zabrzmiało to obojętnie, a nie tak ponuro jak się czułam. – Daj znać gdybyś czegoś potrzebowała – odpowiedział nie odwracając wzroku od swojego poprzedniego rozmówcy. Gdy wyszłam z jadali wcale nie skierowałam się do pokoju. Minęłam główny hol, w którym zawsze było gwarno i skręciłam w wąski korytarz, a potem boczną klatkę schodową i zeszłam nią w dół. Przyłożyłam kartę do zainstalowanego w drzwiach czytnika. To była część budynku do której uczniowie nie mieli wstępu. Ja jednak mogłam wejść wszędzie, tak samo jak Daniel i jego grupa. Natomiast to miejsce znalazłam już pierwszego dnia i od razu stało się moim ulubionym. Niewielki, otoczony murem ogród. Rosły w nim głównie niewysokie magnolie i blade, japońskie róże. Znajdowało się tu kilka ławeczek, skromne trawniki, które przylegały do wąskich, pokrytych żwirem alejek i niepozorna, drewniana altanka. Nigdy nie spotkałam tu żywej duszy, przez co miejsce wydało mi się jeszcze bardziej cudowne i tajemnicze. Wrzesień na wyspie był ciepły i słoneczny. Usiadłam na trawie, na wszelki wypadek chowając się za altanką. Wyjęłam z torby książkę, z nadzieją, że pomoże mi choć na chwilę uwolnić się od niespecjalnie szczęśliwej codzienności. Zaczytałam się tak bardzo, że nawet nie zauważyłam kiedy ktoś nade mną stanął. – Co tu robisz?! – usłyszałam nad sobą rozwścieczony głos. Podniosłam wzrok by spojrzeć w rozgniewane, lodowato-zimne oczy. Może powinnam się go bać? Zdziwiła mnie własna obojętność. Czy jeżeli wystarczająco długo będę go ignorowała on po prostu sobie stąd pójdzie? – Czytam – odpowiedziałam spokojnie, znów pochylając się nad trzymaną na kolanach powieścią. Wyrwał mi ją z rąk. – Nie wolni ci tu być! – warknął. – A tobie wolno? – zaryzykowałam. Zaskoczyła mnie pojawiająca się w jego oczach panika. Powoli, przecząco pokręcił głową. Dopiero po tym jak cicho zaklął, usłyszałam dochodzące z oddali głosy. – Przeszukajcie dokładnie ogród! – rozkazał jeden z nich, a ja zrozumiałam, że to raczej niezbyt dobrze, że jestem w stanie tak wyraźnie rozróżnić słowa. Byli zbyt blisko. Chłopak bezszelestnie przesunął się kilka kroków i przykucnął w cieniu altanki, tuż obok mnie. Kolejny rozkazujący głos wydał mi sie znajomy. James Cunnighan. Nie pamiętałam jaki miał stopień. Słyszałam niejednokrotnie jak rozmawiał z moim ojcem. Odetchnęłam głęboko, a potem powoli wstałam. W końcu co niby mogli mi zrobić? Wyszłam zza altanki, by wpaść na czterech, odzianych w mundury i uzbrojonych mężczyzn. – Dzień dobry. Czy coś się stało? – zapytałam mając nadzieję, że brzmię wystarczająco niewinnie. Ktoś natychmiast wyrwał się by do mnie podejść, ale przyjaciel ojca zagrodził mu drogę. – Emily, co tu robisz? – zapytał ostro. – Czytałam – odpowiedziałam spokojnie, poniewczasie zdając sobie sprawę, że nie mogę im nawet zaprezentować książki. – Mam na myśli to, jak się tu dostałaś – wyjaśnił. Wzruszyłam ramionami. – Ojciec pokazał mi ten ogród – skłamałam. Wydawało mi się, że James odetchnął z ulgą. – I dał ci kartę dostępu? – drążył dalej. Skinęłam głową co znowu było kłamstwem. To Daniel zadbał o to, żebym ją miała. Tak na wszelki wypadek, ale tego nie mogłam mu przecież powiedzieć. – Jak długo tu jesteś? Nie widziałaś nikogo? – wtrącił stojący obok mężczyzna. – Myślę, że około godziny – odpowiedziałam – i nikogo tu w tym czasie nie widziałam – dodałam bez wahania. James westchnął. – Alarm odwołany, to ona najwyraźniej nieświadomie złamała zabezpieczenia, ale na wszelki wypadek przeszukajcie jeszcze zachodnie skrzydło! Odprowadzę Emily do pokoju – to najwyraźniej on był tutaj u władzy, ponieważ pozostali zasalutowali i bez protestów opuścili ogród. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, a ja starałam się nie myśleć o tym w co się właśnie wpakowałam. – Nie dziwię się, że ojciec pokazał ci ten ogród – odezwał się James, obdarzając mnie ciepłym, troskliwym uśmiechem, takim o jakim zawsze marzyłam na surowej twarzy ojca. – W końcu sam postarał się o stworzenie tego miejsca. – Mój ojciec? – zapytałam głupio, ale byłam zbyt zaskoczona by silić się na elokwencję. – Tak, nie powiedział ci o tym? – James roześmiał się pogodnie. – Powstał dla Marry Ann, kiedy przestała móc opuszczać wyspę. Myślę, że to bardzo romantyczny gest, nie sądzisz? Mój ojciec? Romantyczny? I kim była wspomniana Marry Ann? Bałam się dalej wypytywać, żeby nie zdradzić swojego kłamstwa, więc tylko skinęłam głową i dalszą drogę pokonaliśmy w ciszy. James pożegnał się gdy tylko znaleźliśmy się pod drzwiami mojego pokoju. – Nie zabierzesz mi karty? – spytałam zaskoczona. – Niech to będzie nasza mała tajemnica – mrugnął do mnie z pogodnym uśmiechem. – Nie sądzę, żeby właścicielka miała ci za złe to, że odwiedzasz jej ogród, zwłaszcza, że sama już w nim raczej nie przebywa. Trzymaj się Emily, cieszę się, że mieliśmy okazję się spotkać. Gdybyś czegoś potrzebowała, wystarczy, że mnie poszukasz. – Dziękuję – odpowiedziałam, z ulgą uciekając do bezpiecznego azylu mojego pokoju. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zajęcia w szkole były prowadzona na naprawdę wysokim poziomie. Cieszyłam się z dobrego przygotowania, jakie zafundował mi ojciec. Nie ze wszystkim jednak sobie radziłam. Głównie skupialiśmy się na przedmiotach ścisłych. Fizyka, matematyka i biologia – z nimi nie miałam problemu. Była jednak niestety jeszcze chemia, a tego przedmiotu, jak bardzo bym się nie starała, zwyczajnie nie potrafiłam zrozumieć. Nie miałam również kogo poprosić o pomoc. W laboratorium przeprowadzaliśmy różne, skomplikowane doświadczenia, a ja nigdy nie miałam pojęcia jak co i dlaczego akurat właśnie tak ma działać. Kiedy wszyscy już wyszli, ja jeszcze kończyłam swoje zadanie. Nie planowałam się zbyt łatwo poddawać i uznałam, że potrzebuję na to nieco więcej czasu. Skupiona podgrzewałam próbówkę, dodając coraz to nowe odczynniki. – Nie rób tego! – usłyszałam głośny rozkaz, ale było już za późno, ponieważ zdążyłam przechylić trzymane w ręce naczynie. Ktoś siarczyście przeklinając przewrócił mnie na podłogę, przykrywając sobą. Próbówka wypadła mi z ręki, rozbijając się na kafelkach i rozlewając resztę płynu. Huk wybuchu, dźwięk tłuczonego szkła, nieprzyjemny, gryzący dym. Ciężar zelżał. Powoli usiadłam. – Odbiło ci?! – usłyszałam wściekłe warknięcie. Podszedł do rzędu okien i kolejno zaczął otwierać je na oścież. Dym powoli znikał. Próbówki i kolby na moim stanowisku były potłuczone. Wszędzie rozsypały się odłamki szkła i porozlewały różnobarwne płyny. Na kilku sąsiadujących z moim stolikach naczynia również były popękane. Cóż… to by podsumowywało moje zdolności z chemii. – Ja nie chciałam… – odezwałam się obronnie, napotykając lodowate spojrzenie chłopaka. – Idiotka! – syknął rozeźlony. Chciałam coś powiedzieć, ale przerwało mi skrzypnięcie otwierających się drzwi. – Co tu się dzieje?! – zapytał surowym tonem nasz srogo wyglądający profesor. Miałam zamiar odezwać się, przeprosić, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Jeszcze bardziej niż samej chemii nie rozumiałam i bałam się chyba tylko właśnie mojego nowego nauczyciela. – Ćwiczyłem przy projekcie. Źle odmierzyłem odczynniki – odezwał się ku mojemu ogromnemu zdziwieniu chłopak. Nauczyciel tylko skinął głową, a potem nacisnął jeden z guzików stojącego na biurku interkomu. Przez krótką chwilę z kimś rozmawiał, a ja kompletnie nie rozumiałam o czym. Gdy skończył, zwrócił się do chłopaka. – Zgłosisz się na placu. Masz piętnaście minut – ton nauczyciela był chłodny i rzeczowy. – Tak jest – odpowiedział tamten wysnutym z emocji tonem, ominął mnie i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Stałam, wpatrując się oniemiała w stworzone przeze mnie pobojowisko, nawet nie próbując zgadywać co właśnie się stało. – A ty? Co jeszcze tu robisz? – surowy wzrok nauczyciela spoczął teraz na mnie. Szybkim ruchem podniosłam swoją torbę, strzepując z niej odłamki szkła. Na szczęście nie była niczym zalana. – Dowidzenia – rzuciłam przez ramię, niemalże biegnąć w kierunku wciąż otwartych drzwi. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Stołówkę wypełniał dziki tłum, a Daniela nigdzie nie było. W dalszym ciągu nie mogłam przestać rozmyślać o wydarzeniach w laboratorium chemicznym. Mechanicznie chwyciłam jedną z tac, ustawiając się w długiej kolejce. Kiedy sięgałam po sałatkę owocową, brzegiem tacy niechcący potrąciłam plecy stojącej przede mną dziewczyny. Odskoczyła jak oparzona. – Przepraszam – odezwałam się zaskoczona, wiedząc, że nie uderzyłam jej zbyt mocno. – Nie szkodzi – mruknęła, zabierając swoje jedzenie i opuszczając kolejkę. Znałam ją, przynajmniej z widzenia. Należała do mojej grupy. Wyglądała dość niepozornie. Była mojego wzrostu, ale cerę miała bardzo bladą i piegowatą. Miała też ładne, ale cienkie kasztanowe włosy i sylwetkę ukrytą pod za dużą bluzą z kapturem. Obserwowałam jak przedziera się przez tłum, a potem siada przy pustym stoliku w rogu sali. Spojrzałam w kierunku stolika chłopaków. Daniela wciąż nie było. Poczułam, że to zrządzenie losu i… moja jedyna szansa na to by się z kimkolwiek w tej szkole zaprzyjaźnić. Minęły już dwa tygodnie, a ja poza lekcjami właściwie z nikim nie zamieniłam ani jednego słowa. Pewnym krokiem – znacznie pewniejszym niż się czułam – ruszyłam za nią. – Hej, mogę tu usiąść? – zapytałam stając naprzeciwko niej. – Ze mną? – zapytała zaskoczona, podnosząc wzrok. W jej miodowych oczach czaił się jakiś dziwny lęk, ale widziałam w nich również podobną do mojej własnej nadzieję. Postawiłam tacę i usiadłam, uznając to za przyzwolenie. – Jestem Emily – przedstawiłam się uprzejmie. – Chodzimy razem na zajęcia. Skinęła głową. – Mam na imię Sara – odezwała się po chwili. Rozmowa się nie kleiła, ale wystarczyła mi sama jej obecność. Ona chyba miała podobne odczucia. – Nienawidzę tej szkoły – wyznałam szczerze, kiedy wstałyśmy odnieść nasze tace. Uśmiechnęła się do mnie. Naprawdę uśmiechnęła, to nie był sztuczny czy udawany uśmiech. – Więc z pewnością istnieje coś co nas łączy – odpowiedziała, a potem się roześmiałyśmy. Obie. Na lekcje poszłyśmy razem już w zupełnie innej, znacznie lżejszej atmosferze. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Trzeba było należeć do którejś ze sportowych drużyn, a żeby się do jakiejś dostać, trzeba było osiągnąć dobre wyniki. Głupia zasada. W akademii, oprócz nauk ścisłych, ważna była przede wszystkim sprawność fizyczna. Z tym nie miałam problemu, za to z jakąkolwiek grą zespołową – owszem. Razem z Sarą zdecydowałyśmy, że spróbujemy naszych sił w pływaniu, głównie dlatego, że to pozwalało nam pozostać na uboczu. Granatowe, mocno zabudowane kostiumy, indywidualnie liczony czas, nic co mogłoby rzucać się w oczy. Siedziałam obok Daniela na trybunach i czekając na swoją kolej przyglądałam się jak inni pływają na czas. Nadeszła kolej Sary. Dziewczyna była niesamowita. Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś tak sprawnie i szybko pływał. Kiedy się jej przypatrywałam, gdy wyszła z wody, mój wzrok przyciągnęły jej plecy. Miała na nich podłużne, krzyżujące się ze sobą, czerwone pręgi. – Daniel, co jej jest? – spytałam zaniepokojona, wskazując mu głową Sarę. Chłopak skrzywił się nieznacznie. – To jedna z nich – wyjaśnił. – Zapewne złamała jakiś punkt regulaminu. Oni są traktowani inaczej niż reszta. Mają swój własny system kar. – Co masz na myśli? – nie zrozumiałam. Westchnął. – Są eksperymentem – wyjaśnił cicho. – Ich geny zostały zmienione. Są silniejsi, szybsi, ich obrażenia znacznie łatwiej się goją, ale to miało też skutki uboczne, takie jak agresja. Zresztą sama widziałaś – stwierdził wymownie. – Dlatego akademia ma dla nich własny system, regulamin i kary. Gdybyś ty coś przeskrobała zapewne wykonywałabyś jakieś prace dla któregoś z nauczycieli, albo odbyła jakiś forsowny trening. Ich kary najczęściej są cielesne. Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, a pytaniem, które najbardziej chciałam zadać było w tym momencie “ale jak to?”. Daniel znał mnie najwyraźniej już na tyle dobrze, żeby wiedzieć jak bardzo się tym przejęłam. – Em, jakoś muszą ich trzymać w ryzach, a to działa. Po prostu ich unikaj, dobrze? Szybko nauczysz się ich rozpoznawać. O nie! Nie miałam zamiaru ich unikać, na pewno nie Sary – pierwszej osoby, która w ogóle chciała tu ze mną rozmawiać. Na szczęście nie musiałam się tym stwierdzeniem dzielić z Danielem, ponieważ instruktor wyczytał z listy moje nazwisko. Cały mój gniew i irytację włożyłam w siłę mięśni i bez problemu dostałam się do drużyny. Na liście byłam druga – płynęłam tylko kilka sekund dłużej od Sary. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Powietrze było coraz chłodniejsze, ale ja wciąż uwielbiałam siedzieć w “moim” ogrodzie. Po prostu z trawnika przeniosłam się do altanki. Wcześniej chciałam tu zabrać Sarę, ale po tym co usłyszałam od Daniela, uznałam, że to nienajlepszy pomysł. Nie wybaczyłabym sobie gdyby przeze mnie ktoś miał zrobić jej krzywdę. Znałam ją dopiero od dwóch dni, ale już stała się ważną dla mnie osobą. Miałam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. – Znowu tu jesteś? – usłyszałam znajomy głos, w którym pobrzmiewało więcej niż nuta irytacji. Tym razem odważnie spojrzałam w zimne, niebieskie oczy. Mimo panującego na zewnątrz chłodu, chłopak miał na sobie jedynie wojskowe spodnie i czarnego t-shirta. Wcale jednak nie wyglądał jakby miał zmarznąć. – Tak, tylko, że mnie, w przeciwieństwie do ciebie, wolno tu być – odpowiedziałam rzeczowo. Z niedowierzaniem pokręcił głową, chyba zdziwiła go moja odpowiedź. – Więc zamierzasz mnie wydać? – zapytał jakby nieco rozbawiony. – Nie, jeżeli zostawisz mnie w spokoju – oznajmiłam, nie spuszczając z niego wzroku. Przyjrzał mi się uważnie, a potem wzruszył ramionami. – Brzmi fair. – Doskonale – audiencję uznałam za skończoną i wróciłam wzrokiem do książki. Z jakiejś przyczyny nie mogłam w ogóle skupić się na czytanych literach. Nie chciały składać się w słowa. Ponownie podniosłam wzrok, ale jego już obok mnie nie było. Rozejrzałam się po ogrodzie. Ćwiczył na trawniku obok altanki, na którym wcześniej zwykłam czytać. Lubiłam oglądać treningi – przynajmniej gdy sama nie musiałam w nich uczestniczyć, ale to głównie ze względu na Daniela. Uwielbiałam na niego patrzeć. Teraz było inaczej. On był inny. Nie miał tego kociego wdzięku, było w nim raczej coś niepokojąco mrocznego, coś co mnie intrygowało. Sama nie wiedziałam kiedy odłożyłam książkę na ławkę i wyszłam z altanki. Kiedy przyszła mi do głowy ta absurdalna myśl, moje ciało już ją wykonywało – jakby ktoś mnie zahipnotyzował. Chłopak obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, kiedy znalazłam się tuż obok niego. Podwinęłam do góry tył jego koszulki i niemal zachłysnęłam się powietrzem, na widok fragmentu jego pleców. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, natychmiast chwycił mnie za nadgarstek, patrząc na mnie jak na wariatkę. Zasłużyłam, bo chyba tak właśnie się zachowałam. Odsunął mnie od siebie. – To przeze mnie? – zapytałam cicho. – Dlaczego się wtedy przyznałeś? – Pomogłaś mi wcześniej. Nie lubię mieć długów – oznajmił zimno. – Dzięki temu jesteśmy kwita, prawda? Nie, nie byliśmy, to nie było fair, a ja pomogłam mu wtedy instynktownie, niczego nie oczekując w zamian. Przecząco pokręciłam głową. – Nic złego by mnie nie spotkało. – Nie? Jesteś pewna? Bo wyglądałaś na przerażoną – zadrwił. – Kilka tygodni sam na sam z panem “za bardzo lubię nastoletnie dziewczynki” wydało mi się znacznie gorszą perspektywą. Na mnie to nie robi wrażenia – dodał nieco łagodniej, gdyż najwyraźniej wpatrywałam się w niego spłoszonym wzrokiem. – Już się przyzwyczaiłem. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Byłam zbyt przejęta, by cokolwiek mu odpowiedzieć – chociażby głupie “dziękuję”. Puścił mój nadgarstek, obrzucił mnie pełnym pogardy spojrzeniem, a potem odszedł – bez słowa. Stałam jeszcze przez chwilę, wpatrując się w jego oddalające się plecy. Ogród był ze wszystkich stron otoczony murami akademii, a mimo to dosięgnął mnie zimny, przenikliwy wiatr. Zostałam sama, choć może niezupełnie – towarzyszyło mi aż nazbyt wiele nieprzyjemnych, ponurych myśli. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Mój pokój był niewielki, ale przytulny. Poukładałyśmy sobie poduszki, opierając je o ścianę i teraz siedziałyśmy z Sarą wygodnie wyciągnięte na moim łóżku. Było wyjątkowo wesoło, bo rozmawiałyśmy o tym, dlaczego nie chichoczemy, jak to mają w zwyczaju dziewczęta. Chyba po prostu nie robiłyśmy tego do tej pory, bo teraz zdecydowanie właśnie chichotałyśmy. Przerwało nam pukanie do drzwi, po którym, bez zaproszenia, do środka wszedł Daniel. Zwyczajowy uśmiech i niewypowiedziane słowa zamarły na jego ustach. Coś osobliwego pojawiło się w wyrazie jego twarzy. – Co ona tu robi?! – spytał ostro, wskazując w kierunku Sary. Dziewczyna skuliła się, wyraźnie przestraszona, a ja zaczynałam być wściekła na Daniela. Również za to, że wchodzi do MOJEGO pokoju jak do siebie i narusza MOJĄ prywatność (choć do tej pory nigdy mi to nie przeszkadzało), ale przede wszystkim z powodu tego jak traktował Sarę. – Nie twoja sprawa! – odpowiedziałam warknięciem. – Oczywiście, że moja – właściwie to wypowiadając słowa nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi. – Ty jesteś moją sprawą. I nie będziesz się z nią zadawała. Nie jesteś tu mile widziana – zwrócił się już bezpośrednio do Sary, a kiedy dziewczyna nie zareagowała, po prostu podszedł do niej, chwycił ją za łokieć, podniósł z łóżka i wyprowadził z pokoju. Na jej pobladłej twarzy zobaczyłam łzy. Na korytarzu wyrwała sie i uciekła, a Daniel wrócił do środka. – Co to niby miało być?! – wrzasnęłam, nawet nie zdając sobie sprawy, że podnoszę głos. Chłopak był już spokojny, a to wkurzyło mnie jeszcze bardziej. Odetchnął głęboko. – Mówiłem ci przecież, że to jedna z nich. Nie powinnaś się z nimi zadawać. Byłam rozdarta. Miałam ochotę mu czymś przyłożyć i pobiec za Sarą, ale wiedziałam, że to niczego nie rozwiąże. Przeproszę ją później i dopilnuję, żeby Daniel również to zrobił. Póki co to z nim miałam do wyjaśnienia kilka kwestii. – Nie obchodzi mnie to – oznajmiłam stanowczo. – Nie będziesz decydował o tym, z kim mogę się spotykać, a z kim nie. – Em – odezwał się cierpiętniczo – nic nie rozumiesz. Nie możesz mi po prostu zaufać? – Nie – odpowiedziałam twardo. Westchnął. Podszedł i usiadł na brzegu łóżka. – Jest ich tylko dziewiętnastu, dlaczego musiałaś trafić akurat na jedną z nich? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. Spojrzał na mnie, już nie zimno, ani gniewnie. W jego wzroku było nieme błaganie. – Em, to eksperyment. Oni nawet niezupełnie są ludźmi. – Co masz na myśli? – spytałam przysuwając się bliżej, teraz bardziej ciekawa niż zagniewana. Od najmłodszych lat poznawałam różne, wojskowe tajemnice, najczęściej jednak dlatego, że zaintrygowało mnie coś co podsłuchałam. Nikt nigdy tak bezpośrednio się nimi ze mną nie dzielił. Daniel był inny. Uważał mnie za osobę godną znania prawdy – jakakolwiek by nie była – i oczywiście za osobę, godną zaufania, która zachowa dla siebie to co od niego usłyszy. – To nie laboratorium powstało w akademii, tylko akademia dookoła laboratorium – tym razem mówił niechętnie, jakby udzielenie mi informacji było mniejszym złem, które właśnie zdecydował się wybrać. – Przeprowadzano tu różne badania, ale głównym ich celem było oczywiście udoskonalanie technologii wojskowych. W ten sposób chcieli stworzyć swoją własną, znacznie ulepszoną armię. Częściowo im się udało, stworzyli niewielki regiment. Twoja nowa koleżanka to sztucznie wyhodowana jednostka. Powstała w inkubatorze. Ma zmieniony kod DNA. Słyszałam o różnych rzeczach, ale to… – Nie mówisz poważnie, prawda? Musiałam wyglądać na przestraszoną, bo Daniel wziął mnie za ręce. – Nie są na tyle niebezpieczni, żeby nie móc przebywać wśród ludzi, ale jednocześnie są na tyle inni, że trzeba ich stale kontrolować. Nie są – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – stabilni. Czasami po prostu zaczynają być agresywni. Znałam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy zostawia jakieś niedomówienia lub delikatnie mija się z prawdą. Musiałam domyślić się sama. – Ale nie dotyczy to Sary, prawda? Nigdy nie była agresywna? Niechętnie skinął głową. – Jest nieco inna, dlatego trzyma się na uboczu. – Jest sympatyczna i naprawdę ją lubię – oznajmiłam stanowczo, patrząc mu w oczy. – I nic co powiem czy zrobię, nie przekona cię, żeby przestać się z nią zadawać? – ku mojemu zdziwieniu nie był zły. Uśmiechał się do mnie. – Nie bardzo – zdziwiła mnie nagła zmiana jego reakcji. Dlaczego na początku tak bardzo spanikował, a teraz zamierza po prostu odpuścić? Daniel sięgnął po stojący na biurku, ciemnogranatowy komputer. Otworzył klapę i włączył laptopa. – Powinnaś wiedzieć kim są – stwierdził, wchodząc na jedną z ozdobionych logiem akademii, zabezpieczonych hasłem stron. Wyświetliły się zdjęcia i profile uczniów. Zajmowały całą stronę i przewijały się w dół. Obok portretów widniały jedynie imiona i numery. Wśród nich odnalazłam Sarę i kilka innych, znajomych twarzy. Daniel podał mi komputer, a ja z ciekawością przyglądałam się opisom i fotografiom. Z jednej z nich wpatrywały się we mnie znajome, niebieskie oczy. W obiektyw patrzył obojętnie, bez tego wiecznie towarzyszącego mu chłodu. Alexander – przeczytałam podpis obok numeru, po raz pierwszy poznając imię chłopaka, który bez przerwy pojawiał się na mojej drodze. – Czemu nie mają nazwisk? – zapytałam zbita z tropu. Roześmiał się. – Masz talent do wyłapywania najbardziej istotnych problemów – stwierdził. – Nie mają rodziców, skąd mieliby więc wziąć nazwiska? Myślę, że na użytek wojska po prostu później zostaną im jakieś przydzielone. Przeglądając profile zauważyłam, że wszyscy byli przynajmniej o rok starsi ode mnie i od Sary. Coś się nie zgadzało. W myślach policzyłam zdjęcia. Dziesięć dziewczyn i dziesięciu chłopaków. – Mówiłeś, że jest ich dziewiętnastu… – Tak, zostało dziewiętnastu. Katharin – przesunął palcem po touchpadzie i kliknął na wybrany profil – miała wypadek podczas jednego z testów. Nie żyje. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gdy tylko Daniel wyszedł, wróciłam do przeglądania zdjęć. Interesowało mnie zwłaszcza jedno z nich. Ponownie przeczytałam wszystkie dane. Alexander, 187 centymetrów, 80 kilogramów, 19 lat skończył 22 maja, oczy szare (z tym nie mogłam się zgodzić), grupa krwi 0 rh+, pokój 249 (przydatna informacja). Były tam również oceny i wyniki testów, których w ogóle nie rozumiałam, oraz jakieś chemiczne wzory. Zrobiłam screena i zapisałam w katalogu, w którym trzymałam wszystko co mnie zainteresowało. To samo zrobiłam z profilem Sary. Przynajmniej jeśli chodzi o nią, to osiągnęliśmy z Danielem swojego rodzaju kompromis. Obiecał się nie wtrącać, ale i tak kazał mi uważać. Bałam się, że planuje nie spuszczać mnie z oczu. Jeszcze trzy dni wcześniej wcale by mi to nie przeszkadzało, ale wtedy nie śmiałam nawet marzyć o perspektywie posiadania jakiejkolwiek przyjaciółki. Nie zamierzałam mu pozwolić na zepsucie tych niespodziewanych relacji. Wyłączyłam komputer i wyszłam na korytarz. Pokój 114. To samo piętro co moje. Najwyraźniej nie izolowano ich od innych uczniów, ale pokoje mieli obok siebie, na samym końcu korytarza – oczywiście chłopcy i dziewczęta rozlokowani byli na dwóch różnych piętrach. Gdy stanęłam przed drzwiami delikatnie zapukałam. Dopiero teraz poczułam strach, zastanawiając się co zrobię, jeżeli mi nie wybaczy i nie będzie chciała mnie znać. Otworzyła prawie natychmiast. Patrzyła na mnie zaskoczona. – Hej, mogę wejść? – zapytałam. Zabrzmiało znacznie bardziej błagalnie niż bym chciała. – Tak, proszę – odpowiedziała nieco zmieszana. – Przepraszam – odezwałam się, gdy tylko zamknęła za mną drzwi. – To znaczy za Daniela. Zachował się jak dupek. Przepraszam. To się już więcej nie powtórzy. Przecząco pokręciła głową. Usiadła na starannie posłanym łóżku. Jej pokój był niemal zupełnie pusty. W moim był laptop, jakieś książki, własne poduszki. Sypialnia Sary była surowa, wyglądała dokładnie tak, jak pomieszczenie do którego weszłam, gdy tu przyjechałam. W środku nie było nic osobistego. Podniosła na mnie pełne smutku oczy. – Nie, on miał rację – szepnęła. – Nie powinnaś się ze mną zadawać. To zły pomysł. – Wcale nieprawda! – usiadłam obok niej. – To doskonały pomysł! Jedyny dopuszczalny pomysł! Uśmiechnęła się do mnie smutnym uśmiechem. – Emi, nic o mnie nie wiesz… – zaczęła, ale nie zamierzałam pozwolić jej skończyć. – Wiem wystarczająco wiele – przerwałam. – Jesteś miła, zabawna i lubię spędzać z tobą czas. Cała reszta mnie nie interesuje. – Poddaję się – mruknęła przewracając się na łóżko, ale wyraźnie widziałam malującą się na jej twarzy ulgę. Taka sama rozlała się w moim wnętrzu. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Gdy następnego dnia przyszłam do ogrodu on już w nim był. Spojrzał na mnie z niechęcią, ale tym razem nie próbował mnie wyganiać. Po prostu mnie zignorował. Uznałam, że to zawsze jakieś pozytywne osiągnięcie. Usiadłam, ale nawet nie otworzyłam książki. Alexander. Był “jednym z nich”. Rzeczywiście sprawiał wrażenie, że mógłby być niebezpieczny. Widziałam już jego agresywne zachowanie, ale mimo wszystko… nie czułam się przy nim zagrożona. Ani odrobinę. Nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że wpatruję się w niego w tak bezczelny sposób, dopóki nie fuknął poirytowany. – Dobra, mów czego chcesz – niemalże warknął na mnie, przerywając ćwiczenia. Roześmiałam się. Mimowolnie. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał. – Przepraszam – wydusiłam z siebie, nie mogąc przestać się śmiać. Wstał i otrzepał z trawy spodnie. – Czy jesteś psychicznie chora? – zapytał podejrzliwie. Chyba chciał mnie urazić. Jeżeli tak, to mu się to nie udało. – To całkiem możliwe – stwierdziłam pogodnie. Ruszył w moim kierunku. Zaskoczona zerwałam się z ławki. Znalazł się blisko – zbyt blisko. Cofnęłam się o krok, ale wtedy plecami oparłam się o ścianę. Jego ręka znalazła się tuż nad moim ramieniem, odcinając mi drogę ucieczki. Stałam teraz zablokowana pomiędzy nim a ławką. – Nie pogrywaj sobie ze mną! – warknął. Nie przestraszył mnie, choć chyba taki właśnie był jego zamiar. Czułam się skrępowana. Szalało we mnie jakieś dziwne napięcie, oczekiwanie, pragnienie. Spojrzałam mu w oczy – lodowato-zimne, niebieskie. Chyba rzeczywiście byłam szalona. W końcu z tego co mówił Daniel wynikało, że powinnam się go bać. – Jeżeli uważasz, że w ten sposób wygonisz mnie z mojego ogrodu, to jesteś w błędzie – oznajmiłam najspokojniej jak potrafiłam, choć serce biło mi jak oszalałe. Przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu. Wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo przyspieszony jest jego oddech. Jak szybko bije jego serce. Jak walczy sam ze sobą, żeby się uspokoić. Czekałam, sama nie wiedząc na co czekam. W końcu odsunął się i odwrócił wzrok. Uderzył pięścią, wybijając dziurę w drewnianej ścianie altanki. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, pokrytą żwirem alejką. Po raz kolejny zostałam sama, nie do końca orientując się w tym co właściwie się stało i do czego przed chwilą mogło dojść. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Nie mogłam przestać myśleć o Alexie (już sobie zdążyłam skrócić jego imię). To było dziwne i… niepokojące. Ku mojemu własnemu zdumieniu najbardziej jednak martwiło mnie to, że sobie poszedł – tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia. Podczas kolacji ze wszystkich sił starałam się wrócić do rzeczywistości. Daniel podszedł ze mną do stolika Sary. Patrzyła na niego spłoszonym wzrokiem. – Hej – odezwał się pierwszy – chciałem cię przeprosić. Zbyt ostro zareagowałem. Opiekuję się Emily i czasami bywam nadopiekuńczy – kontynuował, z rozbrajającym uśmiechem. Na dowód objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy. Sara była zaskoczona i jakby zbita z tropu. – Nic się nie stało – wyjąkała cichutko. – Dobra, zostawiam was same, dziewczyny – uśmiech nie schodził mu z twarzy, wcielenie niewinności. – Do zobaczenia później – rzucił w moim kierunku – i smacznego. – Odwrócił się i odszedł do, spory kawałek oddalonego, stolika chłopaków. Usiadłam. – Wszystko w porządku? – zapytałam Sary. – Taak, chyba tak… – mruknęła niezbyt przekonana. – Nie przejmuj się Danielem. Mamy rozejm, nie będzie już więcej rozrabiał – uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że uda mi się rozwiać jej niepokój. – Dobrze – odpowiedziała zanurzając łyżkę w rozmieszanym z dżemem twarożku. Skoro już byłyśmy przy niezręcznych tematach… – Za co zostałaś ukarana? – zadałam pytanie, które nurtowało mnie już od jakiegoś czasu – to znaczy od momentu gdy zobaczyłam jej plecy na basenie. – Przepraszam, że pytam – dodałam poniewczasie. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać… Sara zaczerwieniła się wściekle. Na dobre utkwiła wzrok w swojej kolacji. Byłyśmy jednak ze sobą szczere i wiedziałam, że w końcu mi odpowie. – Śledziłam takiego jednego chłopaka – wyznała. – Tyle, że było to po ciszy nocnej, a on w pewnym momencie gdzieś zniknął. Zostałam sama na korytarzu i strażnik mnie przyłapał. – Dlaczego go śledziłaś? – zdziwiłam się odrobinę. Nie sądziłam, że Sara mogła stać się jeszcze bardziej czerwona. Jej buzia przypominała teraz kolorem dojrzałą truskawkę. – Czasami za nim chodzę – odpowiedziała przepraszająco. – Bardzo mi się podoba… – najwyraźniej nie miała pojęcia jak skończyć to zdanie. Roześmiałam się wesoło. – Myślę, że jesteś w takim razie usprawiedliwiona – oznajmiłam. – A ty Emi? Tobie ktoś się podoba? – zapytała nagle, z ogromnie entuzjastycznym zainteresowaniem. Byłam pewna, że tym razem to ja się rumienię. – Właściwie to od kilku miesięcy podoba mi się Daniel – przyznałam. Sara wpatrywała sie we mnie intensywnie, zasłuchana w moje słowa, jakby od dawna była spragniona takich rozmów. Ja chyba również byłam, choć może nie aż w takim stopniu. Postanowiłam kontynuować. – Raz mnie nawet pocałował, tylko że następnego dnia chciał, żebyśmy zostali przyjaciółmi – dodałam szybko by w zarodku ugasić jej entuzjazm. – Dlaczego? – wyglądała na szczerze zdziwioną. – Pasujecie do siebie – stwierdziła z szelmowskim uśmiechem. Wzruszyłam ramionami. – Nie wiem. Dobrze się dogadujemy. Chyba po prostu ja mu się w ten sposób nie podobam – ku mojemu własnemu zdziwieniu, w moim głosie nie było słychać żalu. W środku również już go nie czułam. – Cóż – westchnęła Sara, z wciąż rozpromienioną twarzyczką – w takim razie chyba obie musimy postarać się bardziej, trochę powalczyć i zostać zauważone przez “naszych chłopaków”. Roześmiałam się. Chłopcy – chłopcami, ale ja coraz bardziej zaczynałam kochać moją Sarę. Nie pamiętałam już jak w ogóle mogłam bez niej żyć. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Zżerała mnie ciekawość i chyba tylko dlatego tak entuzjastycznie zgodziłam się iść, gdy Daniel zapytał czy mam ochotę obejrzeć “ich” indywidualny trening. Chciał mi pokazać jak bardzo się od nas różnią. Niezwykle mu zależało na tym, żeby pokazać w jak dużym stopniu “dzieci eksperymentu” nie są ludźmi. Już nawet nie byłam pewna czy wynika to jedynie z troski o moje bezpieczeństwo czy z czegoś zupełnie innego. Udaliśmy się do zachodniego skrzydła, a tam, zamiast skierować się do sali ćwiczeń, wspięliśmy się na drugie piętro. Daniel prowadził mnie plątaniną ciasnych korytarzy. Dwukrotnie minęliśmy zabezpieczone zamkiem elektronicznym drzwi. Gdy przeszliśmy przez trzecie, okazało sie, że stoimy na niewielkim balkonie, kilka ładnych metrów nad salą gimnastyczną. Poczułam się zaskoczona, widząc na przeciwko jeszcze cztery kolejne. Będąc na dole nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Wszystko było stąd doskonale widać. – Emi – zagadnął mnie Daniel. – Tak? – spytałam przyglądając się sali. – Nie panikuj dobrze? Ich treningi są specyficzne, ale nic im nie grozi, jasne? – poczułam się jak małe dziecko, które zabrano do cyrku. Niechętnie skinęłam głową, a Daniel zarobił u mnie sporego minusa. – Po prostu nie chciałbym, żebyś zwróciła na nas czyjąś uwagę – westchnął zrezygnowany, chyba dostrzegając moje niezadowolenie. – Nie powinno cię tu być. Uśmiechnęłam się do niego, ale mój uśmiech szybko zniknął, gdy w sali pojawiły się odziane na czarno postacie. Stroje mieli sportowe, takie, które nie krępowały im ruchów. Nie pojawiło się aż dziewiętnaście sylwetek. Przyszło zaledwie pięć osób – wszyscy płci męskiej. Wśród nich był jednak Alex i to on przyciągnął mój wzrok. Zafascynowana przypatrywałam się ich rozgrzewce. Rzeczywiście robiła wrażenie, ale nie było w tym nic aż tak spektakularnego. Nie miałam pojęcia co chciał pokazać mi Daniel. Dopiero po chwili spostrzegłam, że po dwóch stronach sali przejścia zagradzają kraty. Nie było ich widać, gdy drzwi były zamknięte. Za jednymi z nich stało dwoje żołnierzy z przygotowanymi strzelbami. Broń była nietypowa. Wyglądała jak ta na naboje, którymi usypia się zwierzęta. Po kilkunastu minutach kadeci przerwali rozgrzewkę. Stanęli pod ścianą, przez chwilę rozmawiając o czymś żywiołowo. W końcu Alex skinął głową i wyszedł na środek pomieszczenia, a pozostali ominęli kraty i stanęli za uzbrojonymi żołnierzami. Starałam się nie snuć domysłów, ale to co zobaczyłam i tak nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Krata po drugiej stronie sali otworzyła się, a do środka, dostojnym krokiem, wszedł najprawdziwszy w świecie lew – ogromny, przepięknie zbudowany i dostojny, ale jednocześnie najwyraźniej albo bardzo głody, albo wkurzony. Od ryku, który wydał przeszły mnie ciarki. Alex obserwował go uważnie. Drapieżnik sprawiał przez chwilę wrażenie, jakby chciał go obejść dookoła, ale chłopak poruszał się wraz z nim. Krążyli wokół siebie przez kilka dłużących się w nieskończoność chwil, aż w końcu rozjuszony Lew go zaatakował. Autentycznie rzucił się na niego. Zachłysnęłam się powietrzem. Wydobył się ze mnie pełen przerażenia dźwięk – ni to jęk, ni krzyk. Wzrok Alexa powędrował w górę. Nasze spojrzenia na krótką chwilę się spotkały. Chłopak rozproszył się. Stracił koncentrację. Lew położył na nim zakończone ostrymi pazurami łapy, wbił się zębami w jego ramię. Daniel zakrył mi ręką usta, przyciągając mnie do siebie. Stanowczo przytrzymał. – Ostrzegałem – szepnął poirytowany. Nie zareagowałam. Wpatrywałam się oniemiała w to, co się działo na dole w sali. Alex znów był skupiony. Z wściekłością, nadludzką siłą, odepchnął od siebie zwierzę. Jego ramię było zakrwawione, a bluza podarta. Lew znów zaatakował, rzucając się na niego. Wyglądało to tak, jakby chłopak złapał go w locie, a potem rzucił nim przez pomieszczenie. To było niemożliwe. Nie mógł być szybszy i silniejszy od cholernego, ogromnego lwa! Tak jednak właśnie było. Drapieżnik spróbował jeszcze kilkakrotnie, a potem się wycofał. Daniel wyciągnął mnie na zewnątrz. Byłam zbyt oniemiała by choć pomyśleć o tym, żeby w jakikolwiek sposób zaprotestować. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Minęło już dobre pól godziny, a ja wciąż siedziałam na korytarzu, pod drzwiami z numerem 249. Po prostu musiałam sprawdzić czy wszystko jest z nim ok., bez żadnego, konkretnego planu działania. Gdy wreszcie się pojawił, miał na sobie koszulkę bez rękawów i starannie zabandażowane ramię. Odetchnęłam z ulgą. Ku mojemu zdziwieniu, gdy mnie zobaczył, na jago twarzy nie było złości. Malowało się na niej raczej zaskoczenie. – Co tu robisz? – zapytał tonem zwyczajnej pogawędki. – Chciałam sprawdzić czy nic ci nie jest – odpowiedziałam mu nagle okropnie speszona, podnosząc się z podłogi. Gdyby był na mnie wściekły, wiedziałabym jak sobie z tym poradzić. Zwyczajna rozmowa była dla mnie zbyt abstrakcyjna i… zawstydzająca. Prychnął rozbawiony. – Chodź i tak musimy porozmawiać – otworzył drzwi do pokoju i zaprosił mnie gestem. – O czym? – zapytałam wchodząc za nim niezbyt przekonana. Jego pokój wyglądał zupełnie jak ten Sary – pusty i surowy. Bez żadnych śladów czyjejkolwiek obecności. Zamknął za mną drzwi. Spojrzał mi w oczy. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy się odezwał. – Czy mógłbym cię prosić, żebyś nigdy więcej nie przychodziła na moje treningi? – zapytał tym razem wyraźnie siląc się na spokojny ton. Byłam przekonana, że wściekle się rumienię. Moje policzki były gorące. – Przepraszam – wydusiłam z siebie – nie chciałam, żeby tak wyszło. Byłam bardzo ciekawa i dlatego poszłam tam z Danielem. Nie sądziłam, że trafię tam akurat na ciebie – choć w duchu musiałam przyznać, że na to właśnie miałam nadzieję. Skinął głową. – Czy mogłabyś mi obiecać, że więcej tego nie zrobisz? Niepewnie przytaknęłam. – Przepraszam – skruszona powtórzyłam jeszcze raz. – Nic ci nie jest? – odważyłam się zapytać, patrząc na jego opatrzone ramię. – To już nie twój problem – jego ton stawał się coraz chłodniejszy. – Właśnie, że mój – odpowiedziałam żywiołowo. – Wiem, że to moja wina. Widziałam jak sobie radziłeś. Gdybym się tak nie przestraszyła… Opadł ciężko na łóżko, opierając się plecami o ścianę. Maska opadła. Jej miejsce zastąpiła rezygnacja i gorycz. – Nie rozumiesz – warknął. – Mogłaby nagle zacząć grać orkiestra dęta, a i tak nie odwróciłaby mojej uwagi. Nie wiem co się stało – wyjątkowo, dla odmiany, w ogóle na mnie nie patrzył. – Usłyszałem twój krzyk i nie byłem w stanie skupić się na niczym innym. Wpatrywałam się w niego oniemiała. Co chciał przez to powiedzieć? – Przepraszam – powtórzyłam po raz trzeci, nie bardzo wiedząc co innego mogłabym powiedzieć. – Idź już, dobrze? – poprosił, wciąż nie podnosząc na mnie wzroku. – Alex? – zapytałam cicho, nie mając pojęcia skąd wzięłam na to odwagę. – Tak? – nie był ani trochę zdziwiony tym, że znam jego imię. – Zobaczymy się jutro? Ku mojemu zaskoczeniu przytaknął. – Po południu, w ogrodzie. Bolesne napięcie zniknęło. Poczułam się jak przekłuty balonik, który ktoś od nowa napełnia samymi ciepłymi uczuciami. Gdy wyszłam z jego pokoju, uśmiechałam się jak wariatka. Nie mogłam przestać aż do późnego wieczora, gdy w końcu jakimś cudem udało mi się zasnąć. ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Akademia wbrew pozorom nie była więzieniem, a może raczej była, tylko nieco bardziej rozległym. W wolne dni mogliśmy opuszczać jej mury i odwiedzać znajdujące się na wyspie, senne miasteczko. Cała wyspa miała średnicę może 30 kilometrów. Oczywiście jej samej nikomu nie wolno było opuścić i wejście na prom było pilnie strzeżone. Tak samo zresztą jak przylegająca do budynku akademii kamienista plaża. Umówiłam się z Sarą na zewnątrz. To było nasze pierwsze wyjście do miasta. Chciałyśmy wspólnie zrobić zakupy. Zauważyłam, że oprócz oficjalnych mundurów i stroju treningowego moja przyjaciółka ma właściwie chyba tylko jedną parę dżinsów i kilka szarych bluzek. Nie mieściło mi się to w głowie. Nawet mój ojciec bardziej dbał o moją garderobę i namawiał mnie na kupowanie kolorowych sukienek i innych dziewczęcych rzeczy. Może i żałował, że nie jestem chłopcem, ale skoro już nim nie byłam, to przynajmniej częściowo traktował mnie jak dziewczynkę. Było mi przykro, że nikt w ten sposób nie traktował Sary. Gdy wyszłam, zaskoczyło mnie, że Sara z kimś rozmawia. Chłopak miał bardzo jasne włosy, nie był zbyt wysoki i był zdecydowanie chudszy niż standardowi uczniowie akademii. Nie wyglądał na cherlaka, ale nie miał również tej typowej, wyćwiczonej sylwetki. Podeszłam do nich odrobinę zakłopotana. Nieznajomy urwał w pół słowa i zamilkł przypatrując mi się nieufnie. – Hej – zaczęłam niepewnie. – Część – odpowiedziała mi pogodnie Sara, on nic nie powiedział. – Mam na imię… – zaczęłam, ale chyba odzyskał rezon, ponieważ nie dał mi skończyć. – Wiem – przerwał mi gniewnie. – Emily Morrington, dziewczyna Daniela Maes. Wszyscy to wiedzą. – Nie jestem jego dziewczyną – odpowiedziałam nieco zbita z tropu. – Nie? Opinia publiczna twierdzi co innego – zadrwił. – Niko! – jęknęła Sara, kładąc mu rękę na ramieniu. – Ona nie ma z tym nic wspólnego. Bądź dla niej miły, to moja przyjaciółka. Ciepłe słowa, które rozlały się w moim wnętrzu niczym gorąca czekolada, gryzły się nieco z niezrozumiałym dla mnie wydźwiękiem jej wypowiedzi. – Naprawdę w to wierzysz? – prychnął. Spojrzenie Sary stwardniało. – Gdyby miała, to chyba za ten ton miałbyś naprawdę przechlapane, nie sądzisz? – spytała słodko. Twarz Niko pobladła. Odsunął się o krok. – Czy któreś z was powie mi o co tu chodzi? – spytałam z nadzieją. Sara chwyciła mnie za rękę. – Nie przejmuj się, Niko ma po prostu ograniczone horyzonty – wyjaśniła, ale wyraźnie wyczuwałam, że coś nieprzyjemnego kryje się pod jej lekkim tonem. – Nie ważne, przepraszam – chłopak jakby spotulniał. – Nie było tej rozmowy. Podwiozę was do miasta i będę spadał. Panie przodem – teatralnym gestem wskazał na stojący nieopodal, terenowy samochód. ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Wycieczka była naprawdę przyjemna. Kupiłyśmy sobie takie same, jasnoniebieskie sweterki. Idealnie pasowały do naszych brązowych włosów – kasztanowych Sary i moich, nieco ciemniejszych, raczej przypominających w kolorze mleczną czekoladę. Napiłyśmy się smacznej, kokosowej kawy i postanowiłyśmy wrócić te kilka kilometrów na piechotę. Opowiedziałam Sarze o tym co widziałam na treningu, z jakiejś przyczyny, której właściwie sama nie znałam, słowem nie wspominając jej o Alexie. – Mnie to na szczęście nie dotyczy – westchnęła. Nie byłam pewna czy z żalu czy z ulgi. – Dlaczego? – zapytałam. Skrzywiła się nieznacznie. – Jestem nieudana. To znaczy eksperyment był nieudany – wyjaśniła szybko, widząc moją niepewną minę. – Nie jestem taka silna jak pozostali. Nie mam ich zdolności. Byłam ostatnia i zrobili ze mną coś innego. Dobrego – dodała nieco ciszej. – To dlatego trzymasz się na uboczu? – chciałam wiedzieć. – Tak, między innymi, ale jest jeszcze inny powód – wyznała. – Widzisz, jestem najmłodsza i czuwająca nad projektem profesor traktuje mnie jakbym była jej córką. Już na samym początku oddzieliła mnie od grupy. Miałam nadzieję, że będziesz chciała ją poznać – dodała, patrząc w ziemię. – To znaczy bardzo bym chciała, żebyś ją poznała. Jest dla mnie jak mama. Jest moją mamą – plątała się niepewnie. – Z przyjemnością ją poznam – odpowiedziałam pogodnie, nie wnikając więcej w zwierzenia przyjaciółki. Sara rozpromieniła się cała. Nie sądziłam tylko, że spotkanie z jej przybraną mamą będzie miało nastąpić tak szybko. Gdy znalazłyśmy się w budynku szkoły, zamiast do naszych pokoi, poprowadziła mnie do windy, przyłożyła kartę do czytnika, a ta bez problemu pozwoliła nam na zjazd do podziemnego laboratorium. ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~ Monitory, kamery, różne skomplikowane urządzenia, kilka osób w białych fartuchach, parę obojętnych pozdrowień, świadczących o tym, że znają tu Sarę i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ani jednego z pilnujących akademii żołnierzy. Minęłyśmy po drodze kilka pomieszczeń, aż w końcu weszłyśmy do tego na końcu korytarza. Była to wielka, sterylnie czysta sala, z różnymi, dziwnymi przedmiotami w środku. Nikogo w niej nie było. Sara nie zatrzymując się przeszła przez pomieszczenie i otworzyła znajdujące się po drugiej stronie, niepozornie wyglądające drzwi. Wspięłyśmy się kilka stopni po schodach i znalazłyśmy się w pomieszczeniu kontrolnym, z kilkoma ekranami, komputerem i skomplikowanym