Cztery Światy I

Date
lis, 10, 2010

Cztery Światy, część I

Szarooki

Trzy rzeczy pozostały z raju: gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka.

Dante Alighieri

Nareszcie nadarzyła się okazja. To była dobra pora. Długo na to czekał. Zrobi to co musi, a potem policzy się z tym parszywym towarzystwem. W półsiadzie zajmował miejsce na rozłożystej gałęzi dębu. W każdej chwili gotowy był do skoku. Obserwował szeroką, wydeptaną, parkową ścieżkę. Przed chwilą zza zakrętu wyszły trzy, wesoło rozszczebiotane, dziewczyny. Ona była jedną z nich. Kiedy przeszły pod nim, miękko, jak polujący kot, zeskoczył na ziemię. Znalazł się tuż za ich plecami, nawet się nie zorientowały. Najpierw zajął się tymi po bokach. Obie osunęły się nieprzytomne na ziemię. Nie przejmował się czy nie zrobi którejś krzywdy. Życie jakichś ludzkich istot nie obchodziło go w najmniejszym stopniu. Dziewczyna, która szła pomiędzy nimi, odwróciła się do niego. W jej dużych, błękitnych oczach, czaił się strach. Miała długie, czarne włosy, które kaskadą spływały po lewym ramieniu. Jej cera była bardzo blada. Drobne dłonie zacisnęła w pięści, jej różowe usta drżały. Zdziwił się, że nie próbuje uciekać ani walczyć. Po prostu stała tam i wpatrywała się w niego. Czuł jej strach. Kiedy podszedł bliżej dziewczyna się cofnęła. Znalazła się pod drzewem, na którym wcześniej siedział. Nie miała już dalej gdzie się cofać. Drogę zagrodził jej szeroki pień. Okolica była zupełnie pusta, nie było tutaj żadnych domów, a od ulicy oddzielał ich rozpostarty za rzeką park. Dalej rosły drzewa i gęste krzaki, ale tu, na górze, nie było niczego, nawet zwykłego chodnika, jedynie szeroka, wydeptana przez lata ścieżka. Specjalnie wybrał takie miejsce, nie chciał przyciągać uwagi. Odległość dzielącą go od dziewczyny pokonał jednym susem. Przestraszona, oddychała bardzo szybko.

– Witaj królewno – odezwał się ironicznie.

Nie spuściła wzroku, patrzyła mu prosto w oczy. Zdał sobie sprawę, że czeka na śmierć. Milczała. Kiedy na nią spojrzał, postanowił, że jej nie skrzywdzi. Właściwie nie wiedział czemu nagle zaczęło mu zależeć, żeby nic się dziewczynie nie stało. Delikatnie dotknął jej twarzy, wzdrygnęła się, ale nie odsunęła.

– Śpij – powiedział łagodnie.

Osunęła się nieprzytomna na trawę. Dobrze, była jego. Dostarczy ją Łowcy, a potem będzie mógł wreszcie zająć się własnymi sprawami. Przyjrzał się nieprzytomnej dziewczynie uważniej. Taka mała, a tyle z nią problemów. Związał jej sprawnie ręce za plecami oraz nogi w kostkach i nad kolanami. Użył do tego pasków jedwabiu. Był przekonany, że jeżeli uszkodzi ją w jakikolwiek sposób tamci nie będą zadowoleni, a będąc krok od upragnionej wolności nie miał zamiaru im się narażać. Poza tym naprawdę nie miał ochoty jej krzywdzić. Właściwie to nie chciał, żeby stało jej się coś złego. To było dla niego zupełnie nowe uczucie i wcale nie miał zamiaru się nad nim rozwodzić. Podniósł dziewczynę z ziemi. Była bardzo lekka. Przerzucił ją sobie przez ramię, rozwinął olbrzymie skrzydła, wyglądające zupełnie, jak te u nietoperza i wzbił się w powietrze.

Po kilkunastu minutach wylądował. Stał teraz w ogrodzie przed dużą posiadłością na wzgórzu. Było stąd widać morze. Zwinął skrzydła, a one zniknęły, jakby ich tam nigdy nie było. Nawet jego czarna koszula była na plecach nietknięta. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Minął szybkim krokiem hol i znalazł się w ładnym, umeblowanym w starym stylu, przestronnym salonie. Rzucił dziewczynę bezceremonialnie na kanapę. Sam zajął stojący przed kominkiem wysoki fotel. Czekał.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Obudziła się. Nie miała pojęcia gdzie jest. Bolała ją głowa. Przypomniała sobie wysokiego chłopaka ubranego na czarno. On coś jej zrobił. Leżała na kanapie. Poczuła więzy krępujące jej ręce i nogi. Nie mogła się poruszyć. Co ze mną zrobi? Do czego jestem mu potrzebna żywa? – zastanawiała się dziewczyna. Martwiła się też o Wikę i Sylwię, czy nic im się nie stało? Kiedy ostatnio je widziała, leżały na ziemi nieprzytomne. Miała nadzieję, że przynajmniej je zostawił w spokoju.

– Czy ty oszalałeś cholerny idioto? – usłyszała dochodzący z bliska przyjemny, miękki głos.

Ton jednak zdecydowanie nie był miły. Właściciel głosu musiał stać za nią, ponieważ oparcie kanapy nie pozwalało jej na niego spojrzeć.

– Chcieliście dziewczynę, oto ona. Cała i w jednym kawałku.

To był chłopak z parku. Wstał z fotela przed kominkiem. Przyjrzała mu się uważniej. Był wysoki, muskularny i zdumiewająco młody. Miał brązowe, przydługie, opadające na oczy włosy i szare, zimne jak lód oczy. Wyglądał groźnie. Ogorzała od słońca twarz i ironiczny uśmiech błąkający się w kącikach ust nadawały mu drapieżny wygląd. Cały spowity był w czerń i to dosłownie. Nie tylko ubrany był na czarno, dziewczyna widziała też emanującą z niego mroczną aurę. Był niebezpieczny, bezlitosny i okrutny. Drugi mężczyzna wyszedł zza kanapy i teraz jego też mogła zobaczyć. Stanowił zupełne przeciwieństwo tamtego. Ciało miał szczupłe i wiotkie, jasne włosy nosił splecione na karku w myśliwski warkocz. Ubrany był w ciemnozielony sweter, w przyjemnym odcieniu i jasnobrązowe spodnie. Jego aura biła oślepiająco jasnym blaskiem. Dziewczyna poczuła się jakby patrzyła w słońce. Wyglądał na zagniewanego.

– Co ci przyszło do głowy, żeby ją związać? Mieliśmy ją chronić, nie porwać.

Tamten roześmiał się, jego śmiech nie był wesoły ani miły.

– Uwierz mi, obserwowałem ją od jakiegoś czasu i ta smarkula potrafi być kłopotliwa.

Blondyn obrzucił szarookiego wściekłym spojrzeniem, ale gdy jego wzrok padł na dziewczynę, natychmiast złagodniał. Usiadł przy niej na kanapie i zabrał się do rozplątywania więzów.

– Widzę, że się obudziłaś – uśmiechnął się przyjaźnie. – Nazywam się Leldorin, jesteśmy tutaj, żeby cię chronić.

Nagle zrozumiała co widzi, nieznajomy był elfem! Od dawna nie widziała żadnego przedstawiciela tej starożytnej rasy. Wyglądał po prostu cudownie, tak jak jego aura. Nie dała się jednak zwieść temu łagodnemu wyglądowi. Wiedziała, że te piękne istoty mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Uwolniona natychmiast usiadła podwijając pod siebie nogi i kuląc się w rogu kanapy. Spojrzała jeszcze raz na stojącego nieopodal mrocznego młodzieńca, nie on jednak przyciągnął jej uwagę. Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze strachu. Krzyknęła. Obydwaj obrócili się błyskawicznie. Elf wstał zwinnie. Jednym susem dotarł na środek pokoju. Z kominka wylewała się płynna ciemność, wyglądała jakby miała konsystencję błota. Kiedy dziewczyna się rozejrzała, zobaczyła ją także wpadającą przez drzwi i szpary w oknach. Było jej coraz więcej, płynęła jak bystra rzeka. Zbliżała się do nich, otaczała i odcinała drogę ucieczki.

Szarooki w jednej chwili znalazł się przy dziewczynie. Zasłonił ją sobą, a w jego rękach zmaterializował się olbrzymi, czarny miecz. Teraz przed sobą miała chłopaka, a z tyłu oparcie kanapy. Spojrzała na elfa. Wyglądał jakby pojaśniał jeszcze bardziej. Jego słoneczna aura powoli się rozszerzała, zajmując coraz większy obszar. Tam gdzie zetknęła się z czarną mazią, ciemność syczała i zamieniała się w dym. Z mrocznego błota dookoła kanapy wyłoniły się macki. Ciemność była już tak blisko nich, że gdyby dziewczyna wyciągnęła rękę, mogłaby zanurzyć w niej dłoń.

– Nie pozwólcie im się dotknąć – krzyknął do nich elf, zauważywszy sięgające ku nim bezkształtne kończyny.

Bijący od niego blask był coraz bliżej nich. Brakowało jeszcze tylko kilku metrów. Bezkształtne stwory sięgały ku nim coraz gęściej. Chłopak ciął mieczem. Odcięte macki opadały jak zwiędłe liście, po czym stapiały się z resztą paskudnej mazi. Było ich coraz więcej, działały coraz szybciej. Zobaczyła jedną tuż przy swoim boku. Wiedziała, że nie zdąży się uchylić. Szarooki był jednak szybszy. Chwycił pewnie miecz prawą ręką, broniąc ich przed nadciągającymi przeciwnikami, a lewą złapał mackę. Owinęła mu się wokół nadgarstka. Syknął z bólu. Światło było coraz bliżej. W końcu ogarnęło ich całkiem. Ciemność zniknęła w kłębach dymu. Wykończony elf osunął się na kolana. Miecz wypadł z ręki szarookiego. Chłopak jęknął. Upadł na podłogę. Zwinął się w kłębek, przyciskając do siebie lewą rękę. Drżał na całym ciele. Dziewczyna ześliznęła się z kanapy i uklęknęła przy nim.

– Zostaw go – odezwał się Leldorin, wyczerpany, mówił z wyraźnym trudem. – Jest już martwy.

Dziewczyna obrzuciła elfa zagadkowym spojrzeniem i ponownie całą swoją uwagę skupiła na szarookim. Na jego twarzy widziała kropelki potu. Cierpiał w milczeniu, przyciskając do ciała poczerniałą rękę. Delikatnym gestem odgarnęła mu z czoła wilgotne włosy.

– Potrzebuję noża – zwróciła się do elfa.

Tamten wzruszył ramionami i nie wstając z podłogi wyciągnął zza cholewki długi, ostry sztylet. Przesunął go po dywanie w kierunku dziewczyny. Zapewne uznał, że tamta chce zabić chłopaka oszczędzając mu cierpień. Śmierć od dotyku cienia była straszna. Całe ciało czerniało, a naznaczona osoba, przez wiele godzin konała w męczarniach.

– Daj mi rękę – tym razem łagodnie odezwała się do szarookiego.

Zdziwiła się kiedy po prostu posłuchał. Najwyraźniej było mu już wszystko jedno. Pewnie chwyciła jego dłoń i podwinęła rękaw koszuli. Cień rozlewał się po jego ciele, zajmując coraz większy obszar. Chłopak skrzywił się z bólu, kiedy przeciągnęła ostrzem noża po jego nadgarstku, ale nie cofnął ręki. Popłynęła krew. Odłożyła nóż, a drugą rękę przyłożyła do zranionego przed chwilą miejsca. Oczy szarookiego rozszerzyły się, nabrały dzikiego, zwierzęcego wyrazu. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, ale uważnie przyglądał się dziewczynie. Sięgnęła po jeden z jedwabnych strzępów i owinęła mu nim nadgarstek, starannie tamując dalszy upływ krwi. Położyła się przy nim na podłodze. Oddychał szybko i płytko, wyraźnie dalej cierpiał. Wzięła go za zranioną rękę, splotła palce z jego palcami. Spojrzał na nią niepewnie, zamknął oczy i zasnął. Jego oddech wyrównał się. Nie był już płytki i chrapliwy, stał się miarowy i spokojny. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno i nie puszczając jego ręki także zapadła w sen.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Łowca wszedł do salonu pewnym krokiem. To był jego dom, nie musiał nikogo prosić o pozwolenie. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok przez chwilę zatrzymał się na siedzącym na dywanie pobladłym elfie. Potem przeniósł się na parę leżącą na podłodze tuż przy kanapie. Na zakrwawiony sztylet. Ryknął wściekle. Podbiegł do nich i jednym płynnym ruchem rozerwał ich splecione dłonie. Kopnął chłopaka z taką siłą, że tamten aż odtoczył się kawałek, nie obudził się jednak. Uklęknął przy dziewczynie i delikatnie wziął ją na ręce. Wtuliła się w niego przez sen. Rzucił groźne spojrzenie w kierunku elfa i wyszedł z salonu ze śpiącą dziewczyną w ramionach. Zaniósł ja do jednej z sypialni na piętrze, ułożył delikatnie na łóżku i przykrył kocem. Jej czarne włosy rozsypały się po poduszce. Uśmiechnął się do siebie, kiedy przyszło mu na myśl, że wygląda jak Królewna Śnieżka. Wróci do niej później, teraz musi dowiedzieć się, co się wydarzyło. Zszedł na dół. Elf siedział w fotelu, wyglądał na wyczerpanego. Chłopak dalej spał.

– Co tu się u licha stało? – mimo wściekłości starał się mówić opanowanym głosem.

– Zaatakowały nas cienie – odpowiedział cicho elf. – Już zaczęli na nią polować. Dobrze, że demon przyprowadził ją dzisiaj – na wszelki wypadek wolał nie wspominać w jaki sposób tamten tego dokonał.

– Co mu się stało? – spytał zerkając na leżącego chłopaka.

– Jeden z nich go dotknął. Ostrzegałem ich.

Łowca zaklął. Obrzucił leżącego pogardliwym spojrzeniem.

– Jak mogłeś pozwolić jej to zrobić? Ten pies powinien sczeznąć, zasłużył sobie na to – warknął wściekle.

– Zrobić co? – elf wyraźnie nie był zadowolony ze sposobu w jaki tamten się do niego zwracał.

– Wyleczyć go. To ją naprawdę dużo kosztuje, osłabia. Ten śmieć nie jest tego wart – syknął. – Dotykając go zabierała jego ból. Ona wchłaniała go w siebie! – jego ton był groźny i nieprzyjazny, ale jednocześnie pełen żalu.

– Skąd miałem wiedzieć, że go wyleczy? – oczy elfa odrobinę złagodniały. – Poprosiła o sztylet. Myślałem, ze chce go zabić, zwłaszcza po tym jak ją potraktował… – Leldorin pożałował swoich słów zanim jeszcze do końca opuściły jego usta.

– Jak ją potraktował?! – w głosie łowcy pobrzmiewała furia.

Elf westchnął ciężko, ale zdecydował się odpowiedzieć. No cóż, jeden demon mniej i świat stanie się lepszy. Żałował tylko, że wysiłek dziewczyny pójdzie na marne. Poza tym, mimo wszystko, Matthew był całkiem użytecznym sojusznikiem.

– Przyniósł ją tutaj związaną i nieprzytomną. Naprawdę nie rozumiem, czemu zdecydowała się mu pomóc.

Usłyszawszy to Łowca poczerwieniał na twarzy. Wyglądał tak, jakby mógł zabijać samym spojrzeniem. Podszedł do chłopaka i kopnął go w brzuch. Tamten jęknął i mechanicznie zwinął się w ochronnej pozycji, w dalszym ciągu się jednak nie obudził. Po chwili mężczyzna jakby się opanował.

– Lance, Perry! – zawołał głośno.

Po krótkiej chwili w pokoju pojawiło się dwóch osiłków.

– Zabierzcie to ścierwo z moich oczu. Nie obchodzi mnie nic poza jednym: ma przeżyć.

Tamci uśmiechnęli się szczerząc zęby. Ich uśmiechy mroziły krew w żyłach. Podnieśli chłopaka i wywlekli z pokoju. Łowca odprężył się odrobinę. Chwilowo dziewczyna była bezpieczna.

– Dzięki Leldorinie, dobra robota, przyjacielu.

Elf uśmiechnął się blado.

– Chcę ją chronić tak samo jak ty, Devorze.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Obudziła się zdezorientowana. Czuła się bardzo słaba. Rozejrzała się sennie. Była w jakimś dużym, jasnym pokoju. Leżała na miękkim łóżku w białej, atłasowej pościeli. Przy jednym z okien zauważyła wysokiego mężczyznę. Wyglądał jakby nad czymś rozmyślał. Usiadła, zakręciło jej się w głowie i znowu opadła na poduszki. Odwrócił się do niej. Natychmiast znalazł się przy łóżku.

– Nie wstawaj – powiedział łagodnie – jesteś bardzo osłabiona.

Popatrzyła na niego. Miał niesamowicie zielone oczy, bardzo ładne oczy. Ogólnie był najprzystojniejszym mężczyzną jakiego kiedykolwiek widziała. Nie miał cudownej urody elfa. Rysy jego twarzy były surowe, ale jednocześnie łagodne. Odrobinę przydługie, jasne włosy, nadawały mu odrobinę zawadiacki wygląd. Był dobrze zbudowany, szeroki w ramionach i szczupły w tali. Podobała jej się także jego szara, ludzka aura i troska w oczach, którą widziała gdy na nią patrzył. Przysunął się do niej i ułożył w stertę poduszki za jej plecami. Delikatnie pomógł jej usiąść.

– Gdzie ja jestem? – spytała cicho.

– Jesteś w moim domu. Nie martw się, nic ci tu nie grozi. Czarodzieje wzmocnili bariery ochronne. To co się stało wczoraj już się więcej nie powtórzy.

Przypomniała sobie o ciemności i atakujących ją cieniach. Odetchnęła głęboko. Nagle wróciły do niej też inne wspomnienia. Chłopak z parku, ten który ją tu przyprowadził, który później uratował ją przed paskudną, czarną macką. Chciała mu pomóc. Próbowała. Nie była tylko pewna czy skutecznie.

– Co z chłopakiem, który mnie bronił? Czy wszystko z nim w porządku?

Mężczyzna najwyraźniej nie spodziewał się takiego pytania. Gwałtownie zachłysnął się powietrzem, oczy mu odrobinę pociemniały, przystojną twarz oszpecił grymas gniewu. Szybko jednak nad sobą zapanował.

– Żyje – odparł krótko – nie przejmuj się nim.

Uśmiechnęła się delikatnie. Więc jednak się udało. Dobrze, nie chciała, żeby przez nią zginął.

– Dlaczego tu jestem i kim ty jesteś? – zadała kolejne pytania.

Wyglądał na zawstydzonego.

– Przepraszam, wyleciało mi z głowy, że powinienem się przedstawić. Nazywam się Devor Vayandar, jestem Łowcą. Sprowadziliśmy cię tutaj, ponieważ zobowiązaliśmy się, że będziemy cię chronić.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

– Książę Terony?

Roześmiał się miękko. Miał przyjemny śmiech.

– Więc słyszałaś o mnie? – najwyraźniej pochlebiało mu to. – Tytuł Łowcy jest ważniejszy od jakichkolwiek tytułów szlacheckich – stwierdził jednak twardo.

Skinęła głową. Wiedziała o tym.

– Od kiedy stałam się taka ważna, że przysłali mi Łowcę do ochrony? – spytała starając się, żeby nie zabrzmiało to drwiąco lub obraźliwie.

Znów się zaśmiał, potem jego oczy spoważniały.

– Zawsze byłaś ważna, królewno.

– Tak, na tyle, żeby czarodzieje zdecydowali się przysłać mnie tutaj – odparła – ale od tamtej pory radziłam sobie sama. Poza tym nie jestem królewną. Mój dziadek jest królem. Nigdy go nawet nie spotkałam.

Puścił tę uwagę mimo uszu.

– Sytuacja się zmieniła – powiedział cichym, poważnym głosem. – Władca Demonów odkrył, że to o tobie mówi proroctwo. Za wszelką cenę będzie próbował cię zabić. Już nie jesteś tu bezpieczna.

Z ust dziewczyny wydobyło się coś na kształt prychnięcia. Wyglądała teraz jak rozczochrany, wściekły kotek.

– Proroctwo? O mnie? Daj spokój! Potrafię robić kilka niezwykłych rzeczy, ale nie jestem wojowniczką ani czarodziejką, a już na pewno nie jestem elfką. Moja matka jest driadą, nimfą leśną. Ja też powinnam zostać jedną z nich, dołączyć do moich sióstr – dziewczyna mówiła wyraźnie rozżalona – ale nie jestem jedną z nich. Los postanowił spłatać mi okrutnego figla. Od kiedy się urodziłam mam setki wrogów. Wszyscy chcą mojej śmierci i nie ma to nic wspólnego z żadnym durnym proroctwem. Wystarczy im sam fakt, że istnieję.

– Mylisz się – oświadczył twardo. – Jesteś wnuczką w prostej linii Ardaniena, króla Wysokich Elfów. Po za tym Sojusz Zjednoczonych Królestw uważa, że Władca Demonów ma rację. Nie tylko mnie przysłali po to, żeby cię chronić. Poznałaś już Leldorina, jest najmłodszym synem króla Traviana i prawdopodobnie najzdolniejszym czarodziejem naszej ery.

Dziewczyna spojrzała na niego migdałowymi, błękitnymi oczami. To co mówił nie miało sensu. Poza tym wiodła tu swoje normalne, ludzkie życie. Było jej dobrze, tak jak jest. Odpowiadało jej to, że wszyscy o niej zapomnieli, zostawili ją w spokoju. Nie chciała się mieszać w ich sprawy.

– Za kilka dni przybędzie też Vivien, wiedźma z Doliny Cienia – kontynuował – chociaż może wiedźma to złe określenie. Zresztą przekonasz się sama gdy już ją poznasz.

– W skrócie stałam się twoim więźniem?

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Jesteś moim gościem, nie więźniem.

– Więc mogę stąd odejść? – spytała poważnie.

– Nie.

– Czyli jestem więźniem.

Odwróciła od niego wzrok. Naprawdę miała już tego wszystkiego dosyć. Chciała tylko, żeby zostawili ją w spokoju. Twarz mężczyzny przybrała smutny wyraz, westchnął ciężko, ale nic więcej nie powiedział.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wstać o własnych siłach dała radę dopiero następnego ranka. Devor zapewnił ją, że niczego jej nie zabraknie, a służba jest na jej rozkazy. Mimo wszystko wcale nie była zadowolona. Wolałaby po prostu wrócić do domu, do starej gospodyni – pani Łucji, do przyjaciółek i na studia. Cokolwiek by jej nie mówił, zdawała sobie sprawę, że jest w jego domu więźniem.

Do sypialni przylegała niewielka łazienka. Czuła się zupełnie jak w hotelu. Wzięła szybki prysznic, owinęła się ręcznikiem i zajrzała do szafy. Wisiały w niej same sukienki. Ani odrobinę jej się to nie spodobało. Znacznie pewniej czuła się w spodniach. Wybrała wreszcie długą, prostą, błękitną suknię na ramiączkach i niechętnie wciągnęła ją na siebie. Przejrzała się w dużym, stojącym w rogu pokoju lustrze. Westchnęła z rezygnacją. Zupełnie nie czuła się sobą. Starannie rozczesała długie, aksamitne włosy i zwinęła je w niesforny kok, przytrzymując go czarną drewnianą spinka. W pokoju niczego nie brakowało, a była przekonana, że nawet jeżeli coś się znajdzie, to wystarczy, że poprosi o to któregoś ze służących. Postanowiła, że i tak ucieknie. Nie zamierzała zostać na łasce Sojuszu, ale póki co, skoro i tak nie miała innego wyboru, będzie grała w tę ich małą grę i postara się przestrzegać jej reguł.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Był środek lata. Z okna swojego pokoju widziała morze. Zżerała ją ciekawość czy chociaż na plażę będzie wolno jej wyjść. Opuściła pokój i po cichu zeszła na dół. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Drzwi do salonu były uchylone. Zajrzała do środka. Wyglądało na to, że toczy się tam jakaś burzliwa dyskusja. Na jednym z eleganckich foteli siedział Leldorin i tłumaczył coś spokojnie chodzącemu po pokoju Devorowi. Na myśl nasunęło jej się skojarzenie z zamkniętym w klatce tygrysem. Uśmiechnęła się do siebie, jednak uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. Głębiej w pomieszczeniu, pod ścianą, klęczał szarooki chłopak, którego pamiętała z parku. Był odwrócony bokiem do drzwi. Miał na sobie jedynie podarte, poplamione krwią spodnie. Jego ręce były związane z tyłu tak mocno, że sznur przecierał mu nadgarstki do krwi. Twarz miał opuchniętą, na jego torsie widziała siniaki i krwawe pręgi. Za nim stali dwaj mężczyźni w czarnych garniturach. Wyglądali jak filmowi ochroniarze albo agenci FBI, ale spojrzenia mieli zwykłych bandziorów.

– Dlaczego miałbym go nie zabijać? – spytał Devor buntowniczo zwracając się do elfa.

– Może się nam jeszcze przydać – tłumaczył tamten cierpliwie.

– Zrobił już to co miał, nie jest nam dłużej potrzebny – warknął mężczyzna nieuprzejmie.

– Mieliśmy umowę – syknął szarooki.

Jeden z ochroniarzy natychmiast uderzył go w brzuch. Chłopak zgiął się w pół, ale chwilę później wyprostował się znowu, dumnie unosząc głowę. Tym razem Łowca zwrócił się bezpośrednio do niego.

– Nie obchodzą mnie umowy z takimi jak ty – powiedział gniewnym głosem – jesteś śmieciem i zasługujesz wyłącznie na śmierć.

Szare oczy chłopaka pociemniały, chłodno wpatrywał się w twarz tamtego. Milczał. Dziewczyna zdecydowała się wejść do pokoju. Otworzyła szerzej drzwi i stanęła tuż za progiem.

– Nie zabijesz go – powiedziała cichym i spokojnym, ale stanowczym tonem.

Wszyscy jak na komendę spojrzeli w jej stronę.

– A to niby czemu? – Devor bardzo starał się mówić spokojnie.

– Uratowałam mu życie, według prawa należy do mnie.

Elf uśmiechnął się do dziewczyny z uznaniem.

– Ona ma rację Dev, nie możesz go zabić.

– To mój dom i mój więzień, jesteśmy z dala od Zjednoczonych Królestw i praw Sojuszu, mogę zrobić co zechcę – warknął.

Spojrzała na niego z niechęcią, naprawdę miała o nim lepsze zdanie. Leldorin najwyraźniej wpadł na jakiś pomysł.

– Niech demon złoży jej przysięgę krwi, nie może odmówić, skoro go uratowała.

Devor spojrzał na niego mrużąc gniewnie oczy, szarooki splunął na ziemię i warknął wściekle, a dziewczyna rozszerzyła oczy ze zdumienia i niedowierzania. Najwyraźniej żadnemu z nich się to nie spodobało, ale słowa padły z ust czarodzieja i teraz tylko on mógł je wycofać. Elf jednak nie zamierzał tego zrobić. Wyciągnął przed siebie wyprostowaną rękę trzymając ją dłonią do góry, a na niej uformował się kryształowy kielich. Podszedł do szarookiego. Chłopak wyglądał na wyraźnie zrezygnowanego, jakby ulotnił się z niego cały duch walki.

– Uwolnijcie mu dłonie –  rozkazał Leldorin strażnikom.

Mężczyźni niechętnie przecięli więzy na nadgarstkach demona. Elf chwycił jego prawą dłoń i naciął ostrym sztyletem, kilka centymetrów nad nadgarstkiem. Do kielicha skapywała krew. Kiedy uznał, że wystarczy, podszedł do dziewczyny i uczynił to samo.

– Jakie teraz nosisz imię? – spytał delikatnym, poważnym głosem.

– Eliza – odpowiedziała cicho.

Przesunął dłonią nad raną, a ta natychmiast się zasklepiła. Wyglądało tak, jakby nigdy nie powstała. Do kielicha dolał czerwonego wina z barku pod ścianą. Wyszeptał nad nim kilka słów w obcym dla dziewczyny języku, po czym podał jej kielich.

– Elizo, córko Diany, czy dobrowolnie przyjmujesz życie tego demona w swoje ręce?

– Przyjmuję – powiedziała patrząc przepraszająco na szarookiego i upiła łyk z otrzymanego pucharu.

Elf podszedł do chłopaka. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.

– Matthew, synu ognia, czy dobrowolnie składasz swoje życie w ręce Elizy i przysięgasz ją chronić, aż nie spłacisz długu?

Szarooki wpatrywał się w Leldorina nie skrywając nienawiści. Przemknęło jej przez myśl, że raczej wolałby zginąć niż złożyć przysięgę. Po chwili walki toczonej z samym sobą, chłopak wziął puchar z rąk elfa.

– Przysięgam – warknął wściekle i wypił resztę zawartości kielicha.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza stała w salonie wpatrując się w okno. Elf podszedł do niej i stanął obok. Po tym jak Matthew złożył przysięgę, Devor wyszedł z pokoju wściekły, zabierając ze sobą strażników. Demon opadł na podłogę tam gdzie go zostawili i wpatrywał się w przestrzeń pustym wzrokiem. Po policzkach dziewczyny spływały łzy.

– Nie rozumiem, czemu tak okrutnie postąpiłeś – wyszeptała do elfa.

– Właśnie – powiedział cicho – nie rozumiesz. Po pierwsze Devor się uparł, żeby go zabić, to był jedyny sposób na uratowanie mu życia. Osobiście nie darzę go sympatią, ale wypełnił swoją część umowy, nie zasłużył na śmierć.

Dziewczyna prychnęła.

– Sądzę, że wolałby umrzeć niż zostać moim niewolnikiem – powiedziała cicho.

– Po drugie – kontynuował elf niewzruszenie – nie ufam Devorowi.

To zaskoczyło ją zupełnie. Uniosła pytająco brwi.

– Nie zrozum mnie źle. W walce jest niezastąpiony, ale chce cię tutaj nie tylko z powodu poleceń Sojuszu. Ma w tym jakiś osobisty interes, a teraz będzie ktoś, kto ochroni cię również przed nim. Po trzecie – spojrzał na szarookiego – nie uważam, żeby było dobrym pomysłem wypuszczenie go tak po prostu. Jest cholernie niebezpieczny i nieobliczalny. Z nienawiści, z zemsty czy dla własnej satysfakcji mógłby nam poważnie zaszkodzić. Żałuję tylko, że ciebie skazałem na takie towarzystwo, niczego poza tym.

Eliza westchnęła, teraz rozumiała co kierowało elfem i w duchu musiała mu przyznać rację mimo, że jej samej ten pomysł się zdecydowanie nie podobał.

– Możesz go uleczyć? – spytała.

– Po co? – jego zdziwienie zdenerwowało dziewczynę, naprawdę aż tak nienawidzili demona?

– Potrzebuję swoich rzeczy i jakichś cholernych spodni – warknęła wściekle – w takim stanie raczej będzie zwracał na siebie nadmiar uwagi.

Leldorin wzruszył ramionami. Podszedł do szarookiego i dotknął jego twarzy. Opuchlizna zniknęła, chłopak wyglądał normalnie. Zauważyła, z trudem hamując złość, że elf nie zamierza nic więcej zrobić.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wiedziała, że to bardzo zły pomysł. Przez tego kretyna jej życie zamieni się w piekło. Matthew stał oparty o ścianę jej nowego pokoju, z założonymi na torsie rekami. Przyglądał jej się uważnie.

– Chcę się przebrać – syknęła – wyjdź.

Chłopak uśmiechnął się, to nie był miły uśmiech.

– Nie.

– Dlaczego?

– Mam cię chronić – powiedział z sarkazmem w głosie – nie spuszczę cię z oka.

Postanowiła przyjąć inną taktykę. Skoro chce się z nią bawić, zobaczy, że ona wcale nie jest łatwą przeciwniczką. Uśmiechnęła się do niego zalotnie i zsunęła ramiączka sukienki odsłaniając dekolt. Podeszła do niego powoli, delikatnie kręcąc biodrami.

– Podobam ci się? – spytała słodko.

Z jego gardła wydobyło się warknięcie. Ostentacyjnie odwrócił się do ściany. Roześmiała się wesoło i szybko zmieniła sukienkę na szeroką, ledwie sięgającą kolan, w jasnym, żółtym kolorze ze wzorem w białe kwiaty, znacznie bardziej nadającą się do chodzenia po mieście. Wsunęła na nogi plecione sandałki, myśląc jak bardzo tęskni za adidasami. Teraz była gotowa. Odwróciła się do chłopaka, który co prawda otrząsnął się już z dziwnej zadumy, ale dalej miał na sobie jedynie poszarpane spodnie z plamami krwi na nogawkach.

– Masz tu jakieś zapasowe ubranie? – spytała.

Odwrócił się i popatrzył na nią.

– To ci się nie podoba? – spytał złośliwie.

Westchnęła. Był po prostu głupim dzieciakiem, który się będzie z nią kłócił dla samej przyjemności kłócenia. Zrezygnowana zadzwoniła po służącego. Po chwili w drzwiach pojawił się lokaj w błękitnej liberii. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że Devor zrobił z tego miejsca taki nowoczesny pałac. Poprosiła grzecznie służącego o ubranie dla chłopaka. Szarooki wtrącił od razu, że ma być czarne. Eliza nie wytrzymała i roześmiała się. Matthew popatrzył na nią urażonym wzrokiem. Lokaj skłonił się i opuścił pomieszczenie.

– Umyj się – rozkazała nie znoszącym sprzeciwu tonem.

– Niby jak? Nie zostawię cię samej – ale mimo protestów w jego głosie, wyczuła, że tak naprawdę chętnie by to zrobił.

Coraz bardziej docierało do niej, jak bardzo ciężkie życie ją czeka.

– Pójdę z tobą.

Wzruszył ramionami, złapał dziewczynę za rękę i wszedł do łazienki ciągnąc ją za sobą. W środku nie do końca wiedziała co ze sobą zrobić, usiadła więc na podłodze opierając się plecami o ścianę. Wpatrywała się w swoje kolana. Przyjrzał się jej z rozbawieniem.

– Ty na mnie dla odmiany możesz popatrzeć. Ja nie mam się czego wstydzić.

Eliza mimowolnie podniosła wzrok i spojrzała na chłopaka. Z drwiącym uśmiechem na twarzy zdjął spodnie, odwrócił się od niej i wszedł pod prysznic. Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. Zagryzła zęby. Co oni mu zrobili? Oprócz świeżych siniaków i śladów po uderzeniach na całym ciele, na nogach chłopaka widniały pozasychane stróżki krwi. Zaschło jej w gardle, kiedy uświadomiła sobie jak wiele wycierpiał bólu i upokorzeń z rąk ochroniarzy Devora. Nawet nie chciała sobie wyobrażać do czego był zmuszany. Nic dziwnego, że tak bardzo ich wszystkich nienawidził. Nić sympatii jaką do tej pory odczuwała do Łowcy natychmiast się ulotniła. Żałowała, że nie jest czarodziejką, mogłaby go wtedy przynajmniej uleczyć. Jej dar jednak nie działał w taki sposób. Widziała aury różnych istot, czasem potrafiła podejrzeć ich myśli, ale jeżeli chodziło o jakieś realne działanie, był, delikatnie mówiąc, nieprzewidywalny. Kiedy coś robiła, to po prostu się działo, tak jak w momencie gdy postanowiła uleczyć Matthew usuwając z jego ciała dotyk cienia. Wtedy zwyczajnie wiedziała co ma robić i w jaki sposób. Nie miała żadnej mocy, którą potrafiłaby kontrolować. Nie posiadała też żadnych umiejętności walki. Była zwyczajną, bezbronną dziewczyną.

Szarooki wyszedł spod prysznica. Przyglądała mu się uważnie, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Rzeczywiście nie miał się czego wstydzić, a do tego był całkiem przystojny. Smukły i wysoki, poruszał się z gracją dzikiego kota. Pod jego wilgotną skórą falowały prężne, wyćwiczone mięśnie. Mokre kosmyki ciemnych włosów opadały mu niesfornie na oczy. W tym momencie nawet czarna jak noc, tajemnicza aura dodawała mu uroku. Owinął się w pasie ręcznikiem. Dziewczyna poczuła ukłucie żalu, ale zaraz upomniała się w myślach, że chłopak jest przecież demonem. Po za tym nawet go nie lubiła. Cholernie ją irytował.

Z łopatek szarookiego wyrosły, a raczej pojawiły się, bo tak to bardziej wyglądało, pokryte szarą błoną, nietoperzowe skrzydła. Teraz Eliza patrzyła na niego z jeszcze większym zainteresowaniem. Zżerała ja ciekawość.  Były złożone, a mimo to sięgały prawie do podłogi. Pomyślała, że gdyby chciał je rozprostować, pewnie nie zmieściłyby się nawet w salonie. Wziął drugi ręcznik, zamoczył go w wodzie i zaczął je wycierać. Nie wychodziło mu to najlepiej, kiedy były złożone, a w pomieszczeniu zdecydowanie miał za mało miejsca na rozłożenie skrzydeł.

– Pomóc ci? – spytała uprzejmie dziewczyna.

Zmierzył ją wściekłym spojrzeniem, ale kiedy uznał, że nie żartowała skinął głową. Podeszła do niego i wzięła mokry ręcznik. Teraz nie był już biały, przypominał bardziej szmatę do podłogi. Wypłukała go starannie w zlewie po czym wróciła do chłopaka. Skrzydła ją fascynowały, składały się jak wachlarz. Przesunęła palcami po sztywnej, a jednocześnie miękkiej i delikatnej błonie. Starannie przetarła ją wilgotnym ręcznikiem. Przez przypadek dotknęła nagiej skóry na plecach chłopaka. Coś zaczęło wciągać jej umysł. Nigdy wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Poczuła jak zalewa ją fala uczuć. Wiedziała, że nie są jej własnymi. Należały do szarookiego. Ból, konsternacja, nienawiść, zaskoczenie, rezygnacja przemieszana z chęcią walki, duma, odwaga i bezbrzeżna samotność. Wszystko to wirowało jak tornado. Zobaczyła też urywki wspomnień chłopaka, obrazy z przeszłości. Salon w którym klęczy upokorzony z rezygnacją przyjmując wyrok elfa, piwnicę w której bezlitośnie znęcają się nad nim strażnicy, ich uśmiechnięte twarze. Nie traktowali go jak człowieka. Był dla nich czymś znacznie gorszym niż zwierzę. Potem zobaczyła jak z zimną krwią zabija tych, którzy na niego polowali. Jak uczy się walczyć od brutalnych, krzywdzących go nauczycieli. Dorastał w surowych warunkach, bez żadnej rodziny, bez miłości, bez poczucia bezpieczeństwa. Czuła, że jest zagubiony i samotny. Nigdy w życiu nie miał nikogo, komu by choć trochę na nim zależało.

Zanim udało jej się przerwać kontakt zobaczyła coś jeszcze. Chłopak miał silną potrzebę chronienia jej wywołaną magiczną więzią. Czuła jego niezrozumienie, pogardę, ale i niechętny podziw. Zobaczyła siebie jego oczami. Zastanowiła się przez chwilę czy ona tak naprawdę wygląda? Drobna, bezbronna dziewczyna o aksamitnych włosach i dużych, lśniących, błękitnych oczach. Bezradne pisklę potrzebujące ochrony przed całym okrutnym światem. Poczuła, że sądził tak, zanim jeszcze połączyła ich magia. To dlatego nie skrzywdził jej wtedy w parku. Nie ze względu na strach przed Devorem. Szarooki tak naprawdę nigdy nie bał się Łowcy. Żył z dnia na dzień z myślą „będzie co ma być”. Wreszcie udało jej się przerwać kontakt. Wyczerpana osunęła się na podłogę. Chłopak natychmiast znalazł się przy niej. Skrzydła zniknęły.

– Nic ci nie jest? – spytał szczerze zaniepokojony, wyraźnie nie zdając sobie sprawy, z tego, co przed chwilą się stało.

– Nie – spróbowała wstać, ale była zbyt osłabiona użyciem mocy – potrzebuję tylko kilku minut.

Wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Delikatnie położył na łóżku. Odetchnęła z ulga, kiedy dotknięcie jego skóry nie wznowiło kontaktu. Czyste ubranie dla chłopaka czekało na fotelu. Eliza uśmiechnęła się gdy zobaczyła, ze nawet majtki i skarpetki dostał czarne. Wsunął na siebie szybko jeansy i koszulkę, przeczesał palcami wilgotne włosy.

– Możemy zostać – zaproponował, mimo iż widziała, że mówi to z wyraźnym żalem. Sama też miała ochotę się stąd jak najszybciej wyrwać.

– Nie po to awanturowałam się przez pół godziny, żeby pozwolił mi wyjść. Nie zamierzam teraz zrezygnować. Zresztą już mi lepiej.

Powoli usiadła na łóżku. Devor niechętnie pozwolił jej wyjść do miasta, pod warunkiem, że zabierze ze sobą Lanca i Perrego. Zabronił jej jednak wracać do domu po rzeczy. Zamiast tego powiedział, że może kupić sobie, co zechce, na jego rachunek. Uznała, ze dobre i to. Poza tym miała plan, musiała się jeszcze tylko upewnić czy postępuje słusznie.

Zeszli na parking znajdujący się na tyłach domu. Ochroniarze czekali przy czarnym audi. Samochód miał przyciemniane szyby i wyglądał na bardzo drogi.  Idący obok niej Matthew zesztywniał na widok strażników. Jego zaciśnięte w pięści dłonie drżały. Opanował się szybko, w jego oczach został jednak lód.

Wsiadając do samochodu Eliza otarła się o ramię Perrego, niby niechcący dotykając jego dłoni. Zadrżała. W tym człowieku nie było żadnych głębszych uczuć. Żył po to, żeby mordować, zadawać ból i zaspakajać swoje potrzeby. Paradoksalnie, tego właśnie spodziewała się po demonie, który w rzeczywistości okazał się jedną wielką burzą myśli i uczuć. Musnęła palcami szyję Lanca, który usiadł za kierownicą. Ten był jeszcze gorszy. Umysł miał opętany żądzą. Było mu wszystko jedno z kobietą, mężczyzną czy z dzieckiem. Przeszyła ją fala lodowatego zimna, kiedy zobaczyła jak w swoim chorym umyśle, zdziera z niej ubranie i bierze brutalnie na masce samochodu. Zrobiło się jej niedobrze.

Zatrzymali się na stacji benzynowej. Dziewczyna siedziała z tyłu razem z Matthew. Ochroniarze zajmowali przednie siedzenia. Wiedziała, że to ułatwi jej kontakt. Dotknęła ręki chłopaka. Spojrzał na nią pytająco. „Masz pięć minut – przekazała mu w myślach – będę w toalecie, kiedy wrócę, mam nadzieję, że odjedziemy stąd sami”. Wyczuła jego zaskoczenie, a po chwili falę zadowolenia i uznania.

– Muszę skorzystać z ubikacji – powiedziała nieznoszącym sprzeciwu głosem i wyszła z samochodu zanim któryś zdążył zaprotestować.

Kiedy wróciła Szarooki czekał na nią za kierownica samochodu. Uśmiechał się paskudnie. Nie chciała myśleć o tym co zrobił, ale musiała przyznać przed samą sobą, że niewiele ją to obchodziło. Tamci dwaj z pewnością sobie na to zasłużyli.

– Dokąd chcesz jechać? – spytał.

Była przekonana, że wcale nie oznacza to, że zabierze ją tam gdzie by chciała.

– Byle dalej stąd – odpowiedziała po prostu. – I tak nie mogę pokazać się w domu, to pierwsze miejsce w którym będą szukać.

– Dobrze, więc najpierw pojedziemy do mnie. Nie wiedzą gdzie mieszkam. Później wymyślę co zrobimy dalej.

Skinęła tylko głową, zadowolona, że postanowił przejąć inicjatywę. Postanowiła mu zaufać, przynajmniej dopóki wiąże ich magia i mają wspólnego wroga.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Zatrzymali się w centrum handlowym. Eliza potrzebowała jakichś ubrań, a uznali, że dobrze będzie użyć karty kredytowej Devora. Przynajmniej przez jakiś czas nie będą dzięki temu podejrzewali, że stało się coś dziwnego. Dziewczyna kupiła w sklepie sportowym wygodny plecak. Wpakowała do niego dwie pary nowo zakupionych jeansów, kilka koszulek, zapasową bluzę i cienką kurtkę. Wybrała też kilka par majtek, skarpetek i dwa staniki. Dziecinnie irytowało ją, że szarooki uważnie przygląda się jej bieliźnianym zakupom, więc z czystej przekory wybrała takie w kolorze jasnego błękitu i bladego różu. Nie zapomniała też o wygodnych adidasach i takich niezbędnych drobiazgach jak szczotka do włosów czy kosmetyki. Wiedziała, że musi się przygotować do długiej podróży, a więcej nie będzie mogła użyć karty Łowcy. Szybko przebrała się w nowe, wygodne ubrania, sukienkę i buty wpychając na wierzch do plecaka. Zdecydowali, że samochód zostawią na parkingu pod galerią handlową i tak nie mogli z niego korzystać, za łatwo byłoby ich znaleźć. Dzień był bardzo parny, zanosiło się na burzę. Kiedy wyszli z centrum, było już dobrze po południu. Matthew zaprowadził ją do autobusu. Dojechali prawie na pętlę, zanim wreszcie wysiedli. Dzielnica nie należała do najlepszych. Eliza była przekonana, że nie chciałaby się tu znaleźć sama, w towarzystwie demona czuła się jednak bezpieczna. Przeszli pomiędzy ponuro wyglądającymi, zniszczonymi garażami i stanęli przed równie smętnie wyglądającym blokiem.

Niebo pociemniało, duże krople deszcz zaczęły powoli rozbijać się o płytę chodnika. Wsiedli do zniszczonej windy i wjechali na dziesiąte piętro, ostatnie na jakie dojeżdżała. Potem chłopak poprowadził ją po schodach na górę, jeszcze jedno wyżej. Weszli do maleńkiego mieszkania, składającego się z niewielkiego pokoju i oddzielonej barkiem kuchni oraz skromnej łazienki. Wbrew obawą dziewczyny było tu czysto i schludnie, a nawet całkiem przytulnie. Pod jedną ze ścian stała zielona, rozkładana kanapa, a dalej biurko z komputerem i fotel. Przy drzwiach znajdowała się szafa, reszta niewielkiej przestrzeni pokoju była pusta. Eliza wyjrzała na dwór. Szare niebo przeszyła błyskawica. Chłopak uchylił okno. Do mieszkania wpadło przyjemne, chłodne, przesycone wilgocią powietrze. Dziewczyna skuliła się na kanapie. Czuła się bardzo zmęczona.

– Co teraz? – spytała przerywając ciszę.

Matthew usiadł na fotelu rozpierając się wygodnie. Odwrócił się do niej.

– Nie wiem – przyznał szczerze. – Dalej nie wierzę, że to zrobiłaś – mruknął. – Jak na razie to bym coś zjadł. Jestem potwornie głodny. Masz ochotę na pizzę?

Roześmiała się. Pomysł wydał jej się tak abstrakcyjny w obecnej sytuacji, że zwinęła się w kłębek nie mogąc przestać się śmiać. W końcu rozbolał ją brzuch. Chłopak wyglądał na nieco urażonego.

– Przepraszam – wyszeptała chciwie chwytając powietrze. – Chętnie zjem pizzę.

Kiedy tylko wypowiedziała to zdanie znów napadł ją histeryczny atak śmiechu. W końcu opanowała się i położyła na boku, opierając głowę na łokciu. W międzyczasie chłopak zdążył odwrócić się do niej plecami i włączyć komputer. Przyglądała mu się ciekawie. Zamówił przez Internet dużą pizzę i colę, więcej nie pytając jej o zdanie. To wszystko wydało się dziewczynie takie normalne i zwyczajne, że aż nie prawdziwe. Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

– Matt… – zaczęła cicho. Spojrzał na nią obrzucając dziewczynę zagadkowym, lekko skonsternowanym spojrzeniem. – O co chodzi? – nie wytrzymała.

– Nic, po prostu nikt tak do mnie nie mówi – odparł siląc się na obojętny ton.

– To źle, że tak cię nazwałam?

– Nie, chyba nie – wzruszył ramionami – mniejsza z tym, nazywaj mnie jak chcesz. Planowałaś chyba coś powiedzieć.

– Tak. Co myślisz o tym, żebyśmy zrobili sobie wycieczkę? Na przykład do Anglii? Potem z wyspy moglibyśmy gdzieś popłynąć statkiem, albo polecieć samolotem… Nie sądzę, żeby szybko zaczęli sprawdzać autobusy turystyczne.

– Jest pewien problem… nie wiem jak ty, ale ja nie posiadam ludzkich dokumentów, a bez tego ciężko będzie przekroczyć legalnie granicę.

Usiadła uśmiechając się przebiegle.

– To nie będzie problem, a przy okazji zostawimy fałszywy ślad pozbywając się karty Devora. Po prostu zamów coś last minute, najlepiej na jutro rano.

Spojrzał na nią z zainteresowaniem, ale bez dalszego wypytywania wykonał polecenie. Zadzwonił dzwonek, szarooki otworzył. W drzwiach pojawił się przemoczony dostawca pizzy. Matthew zapłacił i starannie zamknął za nim drzwi. Zjedli w milczeniu. Eliza nawet nie zdawała sobie sprawy jaka była głodna. Rozciągnęła się wygodnie na kanapie podczas gdy chłopak poszedł wynieść pudełko. Burza się oddalała, deszcz jednak nie przestawał zacinać. Kiedy szarooki wrócił, dziewczyna postanowiła zadać mu dręczące ją od jakiegoś czasu pytanie.

– Matt, co ty w ogóle potrafisz? To znaczy poza lataniem, bo to już wiem. Widziałam też jak władasz mieczem.

Nie wszystkie demony latały, każdy miał inne zdolności, ale ich magia w tym świecie była bardzo ograniczona. Dlatego właśnie Łowcy, specjalnie wyszkoleni ludzie, mieli tu nad nimi taką przewagę. Istoty mroku, takie jak Matthew, polegały na swojej magii, ponieważ była ich integralną częścią. Bez niej czuły się niepełne. Z tego powodu tak niewiele z nich decydowało się na życie w świecie ludzi. Co do jednego, byli to po prostu, wyjęci spod prawa banici, którzy musieli opuścić swój świat by ocalić życie. Matthew był więc przestępcą. Dziewczynę intrygowało co takiego zrobił szarooki. Bardziej jednak w tym momencie ciekawiło ją co jest w nim na tyle niezwykłego, że zainteresował swoją osobą Devora na tyle, by tamten silił się na pertraktacje z demonem, nawet, jeżeli od początku nie zamierzał dotrzymać słowa. Chłopak roześmiał się.

– Potrafię latać, walczyć i piać, jestem zupełnie jak Piotruś Pan. – Podchwycił jej lekko zawiedzione spojrzenie, westchnął. – Władam ogniem i potrafię zmieniać formy. Mam też drugą, bardziej demoniczną postać, ale zapewniam cię, że nie chcesz jej oglądać. – Skrzywił się wypowiadając słowo „demoniczną”. – Jest znacznie silniejsza, ale przybierając ją, nie zawsze potrafię nad sobą panować. Ogarnia mnie wtedy furia.

– Jaką postać zazwyczaj przyjmujesz przy przemianie? – zapytała próbując ogarnąć wszystko to, czego się przed chwilą dowiedziała. Matthew był naprawdę niezwykły, nawet jak na demona.

– Ciebie śledziłem najczęściej pod postacią kruka – stwierdził beztrosko, a dziewczynę aż przeszły ciarki na myśl ile razy go widywała w pobliżu. – Wolę jednak kształt pantery. Są zdolnymi myśliwymi.

– Pokażesz mi? – spytała zachwyconym głosem.

Czuła, że powinna być raczej przestraszona lub przynajmniej zaniepokojona, ale tak nie było. Naprawdę uważała, że to niesamowite i cudowne. Zaskoczyła go tym pytaniem, oraz tonem jakim je zadała. Starał się ukryć zmieszanie, nie takiej reakcji się spodziewał. Wstał z fotela. Dookoła niego pojawiła się srebrna, gęsta mgła, a potem tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się szarooki, dumnie wyprostowana siedziała wielka, czarna pantera. Eliza pomyślała, że w jednym Leldorin miał rację. Dobrze jest mieć takiego sojusznika. Zareagowała zupełnie spontanicznie. Pisnęła z czystego, niczym nie zmąconego zachwytu i wyciągnęła rękę by dotknąć czarnego, aksamitnego futra. Pantera warknęła groźnie, odsłaniając ostre kły.

– Oj daj spokój – powiedziała nie czując cienia lęku i dotknęła delikatnie szorstkiego futra.

Pogładziła je dłonią. Wyczuła płynące od zwierzęcia zmieszanie i konsternację. Kot przyglądał jej się ciekawie. Zabrała rękę. Powietrze zawirowało, a na miejscu drapieżnika pojawił się ponownie chłopak. Omiótł ją wściekłym wzrokiem. Nie zwróciła na to uwagi. Uśmiechnęła się do niego z uznaniem. Teraz dopiero wyglądał na naprawdę zmieszanego. Odwrócił od niej spojrzenie i na powrót zajął miejsce w fotelu. Elizę zainteresowało co dzieje się z jego ubraniami kiedy przybiera formy zwierząt, tak samo nie było teraz przy nim jego skrzydeł czy miecza, a mógł po nie sięgnąć, kiedy tylko miał na to ochotę. Uznała jednak, że i tak w tej chwili nie uzyska od niego odpowiedzi, więc nie widziała sensu, żeby pytać.

– Znalazłeś coś?

– Mam twoją Anglię, autobus jest jutro o szóstej rano, siedmiodniowa wycieczka przez Paryż.

– Dobrze, kup bilety. Wieczorem pójdziemy załatwić dokumenty.

Chłopak zajął się komputerem. Padało coraz słabiej. Dziewczyna ziewnęła i wyciągnęła się na kanapie.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wyszli przed dom. Powietrze było chłodne i przejrzyste. Wszystko w koło tętniło życiem. Nie padało już przynajmniej od godziny, ale wilgoć dalej unosiła się w powietrzu. Słońce zbliżało się ku zachodowi. Łowca już na pewno zorientował się, że uciekli i zaczął ich szukać. Eliza miała szczerą nadzieję, że nie znajdzie. Matthew zaprowadził ją do garażu tuż pod lasem. Miał motocykl, był to czarny klasyk.

– Dokąd jedziemy? – spytał.

– Osowa – odparła pewnie – tam pokażę ci dokładniej.

Podał jej zapasowy kask, włożyła go uprzednio starannie zwijając włosy. Ruszyli. Kiedy dojechali, kazała mu zatrzymać się przed zwyczajnie wyglądającym, białym, szeregowym, jednorodzinnym domkiem. Weszła do ogródka przez skrzypiącą, brązową furtkę. Stanęła na ganku i zadzwoniła do drzwi. Chłopak był cały czas tuż za nią. Otworzył im piegowaty nastolatek z rudą niechlujną czupryną.

– Cześć Kamil, jest Sylwia? – zaczęła przyjaźnie Eliza.

– Hej Liska, wejdźcie – młodszy brat jej koleżanki był wielbicielem fantasy. Wymyślił jej kiedyś takie przezwisko na cześć pewnej małej smoczycy, a kiedy spodobało się także dziewczynom, przylgnęło do niej na stałe.

Kiedy weszli do środka, znaleźli się w przyjemnym, przestronnym przedpokoju, takim zupełnie zwyczajnym, z szafką na buty, wieszakami i maską wiszącą na ścianie, nasuwającą skojarzenia z afrykańskimi plemionami. No, może maska nie wydawała się rzeczą codzienną, ale przecież był to dom w którym mieszkała rodzina czarownic, więc była tu jak najbardziej na miejscu.

– Liska? – spytał drwiąco szarooki.

Eliza tylko wzruszyła ramionami. Nie ona to przecież wymyśliła. Zdjęli buty i w skarpetkach weszli schodami na górę. Dziewczyna pewnie otworzyła drzwi jednego z pokoi i weszli do środka. Uśmiechnęła się wesoło. Mogła się spodziewać, że Wika też tu będzie. Na podłodze, otoczone poduszkami, siedziały dwie dziewczyny. Jedna miała kręcone, sięgające ramion kasztanowo-rude włosy, drobną budowę ciała i całą masę piegów, druga była blondynką o atletycznej budowie ciała, szczupłą, wysoką i wysportowaną. Miłością Wiki były sztuki walki. Miała czarny pas w karate, ale mimo to, w parku nawet nie zorientowała się kiedy demon zaszedł ją od tyłu, zdała sobie sprawę Eliza. Sylwia natomiast była czarownicą, taką wywodzącą się z bardzo starej linii, potrafiącą zdziałać naprawdę wiele. Wszystkie trzy były wyjątkowo dziwnymi osobami, być może dlatego połączyła je wręcz siostrzana przyjaźń.

– Liska! Nic ci nie jest? Przez trzy dni się do nas nie odzywałaś! Martwiłyśmy się o ciebie! – krzyknęła Sylwia zrywając się z podłogi i rzucając dziewczynie na szyję, kiedy tylko ją zobaczyła.

Ruda czarownica spojrzała niepewnie na Matthew, zastanawiając się, ile może w jego obecności powiedzieć. Eliza wyczuła, że stojący obok niej demon sztywnieje. Delikatne odsunęła od siebie Sylwię i dotknęła uspakajająco jego ręki. Spostrzegła, że ciągle siedząca na poduszkach Wika, zalotnie uśmiecha się do chłopaka. No tak cała ona, pomyślała Eliza. Wystarczyło tylko, że zobaczyła jakiegoś przystojniaka, a celem jej życia stawało się go uwieść. Przemknęło jej przez myśl, że właściwie to pasowaliby do siebie. Wika była naprawdę piękną dziewczyną, posiadała urodę i wdzięk modelki, a do tego kochała sztuki walki. Mogliby się łatwo dogadać. Stanowiliby dobraną parę. Nie była pewna dlaczego, ale poczuła ukłucie zazdrości.

– Spokojnie, po kolei – powiedziała łagodnie Eliza. – To jest Matt – przedstawiła chłopaka – i wie więcej niż powinien – dodała niechętnie. – A to moje przyjaciółki Wika i Sylwia – przedstawiła także dziewczyny.

Teraz obie szczerzyły się do niego w zalotnych uśmiechach. Może i był przystojny, ale chyba nie aż tak? Przypomniała sobie Devora i pomyślała, że powinny jego zobaczyć. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to nie byłby najlepszy pomysł, w końcu to właśnie przed Łowcą uciekali.

– To twój chłopak? – spytała Wika siląc się na obojętny ton.

Eliza spojrzała na nią lekko rozbawiona.

– Nie, przyjaciel – nie zawahała się wypowiadając to słowo. – Ufam mu. Słuchajcie nie mamy dużo czasu, a sytuacja jest poważna. Opowiem wam wszystko od początku.

Usiadła koło Wiki ciągnąc za sobą Sylwię. Szarooki nie dołączył do nich. Stanął z założonymi rękami opierając się plecami o ścianę przy drzwiach. Dziewczyna streściła przyjaciółkom sytuację, pomijając jedynie fakty dotyczące Matthew. Wolała im o nim nie mówić, zwłaszcza w jego obecności. Skończyła na tym, że wyjeżdżają za granicę i potrzebują dokumentów. Dziewczyny popatrzyły po sobie. Eliza od razu poznała, że coś knują. Znały się na tyle dobrze, że nawet nie potrzebowały werbalnego porozumienia.

– Dobrze – odparła rzeczowo Sylwia – załatwimy wszystko, ale jedziemy z wami.

Szarooki prychnął, pierwszy raz wtrącając się do rozmowy. Do tej pory tylko przysłuchiwał się od niechcenia.

– Wystarczy mi, że niańczę jedną, nie zamierzam zajmować się wami trzema.

– Same potrafimy o siebie zadbać – warknęła Wika, jej oczy były zimne jak lód.

– Tak, jasne, jestem o tym przekonany – odpowiedział lekceważącym tonem. – Nie zgadzam się – te słowa kierował już bezpośrednio do Elizy.

Sama uznała to za bardzo kiepski pomysł, ale teraz, gdy tak stanowczo zaprotestował, poczuła, że za wszelką cenę chce mu zrobić na przekór.

– Doprawdy? – zapytała. – Wydawało mi się, że nie ty o tym decydujesz.

Dziewczyna obrzuciła go wyzywającym spojrzeniem. Chłopak był wściekły. Z trudem nad sobą panował.

– Więc postanowione – ucieszyła się Sylwia. – Jedziemy z wami.

Eliza natychmiast pożałowała swojej przekory. Chwilę później zarezerwowali bilety dla dziewczyn. Westchnęła. Niestety znalazło się jeszcze kilka wolnych miejsc.

– Mogłabyś coś zrobić z moimi włosami? – poprosiła Sylwię Eliza.

– Jasne – odparła tamta wesoło – jaki chcesz kolor?

– Chyba mój naturalny – stwierdziła dziewczyna.

Sylwia sięgnęła do szafy, pogrzebała tam chwilę, po czym podała jej szmaciany woreczek.

– Zaparz to w wodzie, potem wypłucz w tym włosy.

Eliza skinęła głową.

– Dziękuję. Chyba powinniśmy już iść. Do zobaczenia rano w autobusie.

Dziewczyny przytuliły Elizę na pożegnanie, a potem, razem z szarookim, opuścili przyjazny dom. Przez całą drogę chłopak nie odezwał się do niej ani słowem. Postanowiła się tym nie przejmować. Wiedziała, że zachowała się idiotycznie, ale już nic nie mogła na to poradzić. Wrócili do mieszkania. Nagle Matthew znalazł się tuż przy niej. Cofnęła się pod ścianę. Dopiero teraz zobaczyła jego pociemniałą z gniewu twarz. Podszedł do niej, znalazł się bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Drżał z wściekłości. Eliza zaczęła się go bać. Logika mówiła jej, że dzięki magii nie może jej skrzywdzić, ale instynkt podpowiadał zupełnie co innego.

– Jesteś skończoną kretynką – warknął. – Po co je w to wciągasz?

– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć – powiedziała z całą śmiałością, na jaką była się w stanie w tej sytuacji zdobyć.

Próbowała się odsunąć, ale jej nie pozwolił. Przytrzymał jej ręce przypierając ją jeszcze bardziej do ściany.

– Sami, w razie czego, możemy po prostu odlecieć, uniosę cię bez problemu. Zostawisz je? – spytał nieprzyjemnym tonem z góry znając odpowiedź.

Eliza z trudem przełknęła ślinę. Własne zachowanie wydało jej się teraz jeszcze głupsze.

– Grozi im niebezpieczeństwo jeżeli pojadą z nami – kontynuował chłopak. – Skoro chcesz ich śmierci trzeba było mi po prostu powiedzieć, po co komplikować sprawy? Uwierz mi, Łowca nie powstrzyma się przed zabiciem tych, którzy wchodzą mu w drogę.

– Wiem – wyszeptała, do oczu napłynęły jej łzy.

– Więc dlaczego się zgodziłaś? – zapytał odrobinę łagodniej.

– Bo tak gwałtownie zaprotestowałeś – powiedziała cicho wbijając wzrok w podłogę.

– Zgodziłaś się, żeby zrobić mi na złość? – w jego głosie brzmiały zaskoczenie i irytacja.

Niechętnie skinęła głową. Puścił ją. Śmiał się. Zawstydzona przeszła obok, nie patrząc na niego. Zaparzyła w kuchni zioła, które dała jej Sylwia. Wzięła z łazienki miskę i rozrobiła wrzątek z letnią wodą. Teraz mieszanka była odpowiednio ciepła. Wyjęła z plecaka ręcznik, szampon i mydło.

– Cholera – wyrwało jej się, kiedy zorientowała się, że nie pomyślała o żadnej piżamie. Nie będzie przecież spała w jeansach.

– Co znowu? – spytał chłopak. Leżał teraz wygodnie na kanapie z jakąś książką w rękach.

– Nie mam w czym spać – odpowiedziała niepewnie.

– Zawsze możesz spać nago – uśmiechnął się szelmowsko, ale mówiąc to wstał z kanapy i wyciągnął coś z szafy. Rzucił do niej czarną kulkę materiału, a ona złapała ją w locie. – Mam nadzieję, że wystarczy.

Rozłożyła zawiniątko. Okazało się być dużą, czarną koszulką z nadrukiem błękitnej pantery z przodu. Uśmiechnęła się do chłopaka.

– Dzięki – powiedziała szczerze.

Skinął głową i wrócił do czytania. Dziewczyna weszła pod prysznic. Starannie wypłukała włosy w sporządzonym wywarze. Ludzie Łowcy będą szukali szatynki, teraz przynajmniej opis przestanie się zgadzać. Umyła się, starannie wytarła i włożyła nową piżamę. Koszulka była luźna, sięgała jej poniżej bioder, zupełnie jak koszula nocna. Przejrzała się w lustrze, wreszcie czuła się sobą. Kiedy wróciła do pokoju zobaczyła zdziwioną minę szarookiego.

– Jesteś blondynką? – spytał zaskoczony.

– Tak, coś w tym złego?

Przyjrzał jej się uważnie.

– Teraz wyglądasz zupełnie inaczej.

– To chyba powinno cię cieszyć, Devor zapewne poda swoim ludziom dokładny rysopis, ten kolor może ich zmylić.

– Pewnie tak.

Miał nieodgadniony wyraz twarzy. Zauważyła pościelone łóżko i koc rozłożony na podłodze. Szarooki siedział na kocu, więc postanowił odstąpić jej kanapę. Poczuła się przyjemnie zaskoczona. Wyczerpana natłokiem wydarzeń, gdy tylko położyła głowę na poduszce natychmiast zasnęła.

Obudziła się w środku nocy z krzykiem, drżała na całym ciele. W pokoju było zupełnie ciemno. Usiadła. Nagle zapaliła się nocna lampka. Chłopak wstał z posłania i podszedł do niej.

– Co się stało? – spytał zaniepokojony.

Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Pokręciła głową. Patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Usiadł obok niej. Rozpłakała się.

– Cii, już wszystko dobrze – wyszeptał otaczając ją ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie. Poczuła dotyk jego ciepłej skóry. Spał w samych bokserkach. – Przyśniło ci się coś złego – próbował ją pocieszyć, dziewczyna jednak wiedziała, że to nie był zwykły sen. Zbyt często jej się to zdarzało. Nie chciała jednak teraz o tym rozmawiać.

– Nie zostawiaj mnie – szepnęła, przylegając do niego jeszcze bardziej.

– Nie zostawię – odpowiedział cicho. Położył ją delikatnie na łóżku, sam kładąc się obok niej. Przyciągnął dziewczynę do siebie tuląc ją w ramionach. – Śpij – powiedział spokojnie.

Wtuliła twarz w jego tors. Poczuła się bardzo przyjemnie i bezpiecznie. Zamknęła oczy i ponownie zapadła w sen.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Kiedy znaleźli się przed dworcem, autobus już czekał. Nie wkładali nic do luku bagażowego bo mieli ze sobą tylko plecaki. Weszli do środka i zajęli miejsca z tyłu. Matthew podał kierowcy nazwiska i numery rezerwacji. Wika i Sylwia pojawiły się chwilę później, usiadły w fotelach przed nimi. Młoda czarownica, najwyraźniej bardzo dumna z siebie, podała im nowe paszporty i dowody osobiste. Wyglądały autentycznie, a Eliza była przekonana, że zawarte w nich dane naprawdę istnieją w bazie komputerowej państwa. Sylwia nigdy nie odstawiała fuszerki. Podała dokumenty szarookiemu, przejrzał je i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Po kilku minutach pełen ludzi autobus ruszył. Sylwia wychyliła się przez oparcie fotela.

– Jesteście głodni? – zapytała. – Znając Liskę nie pomyślała o takim drobiazgu jak jedzenie i picie na drogę, prawda?

Nie czekając na odpowiedź podała im bułki i butelkę ice-tea. Eliza uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością. Cokolwiek by się nie działo dobrze było mieć przy sobie Sylwię. Kiedy zjedli, Matthew wyciągnął mp3 i włączył muzykę. Dziewczyna stwierdziła, że wyglądanie przez okno jest nudne, przepchnęła się obok niego i usiadła z przyjaciółkami. Wszystkie trzy były szczupłe więc bez problemu zmieściły się na podwójnym fotelu.

– Czy Matt ma dziewczynę? – wyrwało się Wice, która najwyraźniej bardzo chciała się tego dowiedzieć.

– Nie mam pojęcia – przyznała szczerze Eliza – nie pytałam go.

– Kim on w ogóle jest? Czemu nie poznałyśmy go wcześniej? – zainteresowała się Sylwia.

No tak, mogła się spodziewać tych pytań. Zazwyczaj nie miały przed sobą tajemnic. Wiedziały o sobie nawzajem prawie wszystko.

– Nie poznałyście go wcześniej, bo sama znam go dopiero od tego dnia, kiedy byłyśmy w parku.

– Trzy dni? Znasz o dopiero trzy dni?!

Sylwia była mocno wzburzona. Eliza domyślała się, że słowo „znasz” zawiera znaczenia takie jak ufasz, co on tu robi i czemu tyle wie.

– Właściwie to cztery… – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Uratowałam mu życie – przyznała cicho – czarodziej nas połączył przysięgą krwi, żeby mnie bronił.

– I on się na to zgodził? – spytała niedowierzająco Wika. Sama nie posiadała żadnej mocy, ale teorię znała nie gorzej niż prawdziwa czarownica.

– Nie zupełnie, nie do końca jest tu z własnej woli.

– Co za bzdury opowiadasz – fuknęła na nią Sylwia. – Przysięgę krwi można złożyć tylko i wyłącznie z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie zadziałałaby pod przymusem.

– No cóż, na niego w każdym razie działa. Czuję z nim więź. Dotknęłam go i widziałam jego myśli. Jestem pewna, że zrobi co w jego mocy, żeby mnie chronić.

– Zawsze z niego taki mruk? – spytała rzeczowo Wika, wychylając się przez poręcz, żeby spojrzeć na chłopaka.

– Nie, chyba nie, zazwyczaj jest wrednym, aroganckim palantem. Uważa, że jest niesamowicie atrakcyjny i puszy się jak paw.

Eliza miała szczerą nadzieję, że szarooki to usłyszał. Wika aż mruknęła z zadowolenia.

– Więc w takim razie to zdecydowanie mój typ.

Dziewczyny wiedziały, ze przyjaciółka mówi całkiem poważnie, mimo to obie wybuchnęły śmiechem.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Leldorin siedział spięty, spodziewając się, że Łowcę ogarnie furia, ale Devor zaskoczył go i tym razem. Na wieść o tym, że dziewczyna uciekła, po prostu zaczął się niepohamowanie śmiać. Przerażony służący, który przyniósł złą wiadomość, niepewnie kulił się w drzwiach.

– Co mamy teraz robić, panie? – ośmielił się zapytać drżącym głosem.

– Jak to co? Znajdźcie ją i przyprowadźcie z powrotem, wszystkich którzy jej towarzyszą również – powiedział starając się opanować salwy śmiechu.

Służący ukłonił się i oddalił pospiesznie.

– Co cię tak rozbawiło Dev? – spytał elf szczerze zainteresowany.

– Jest naprawdę sprytna, nie spodziewałem się tego – powiedział już prawie zupełnie spokojny. – Nie doceniłem jej, a ty dałeś jej w prezencie demona – spojrzał na Leldorina z wyrzutem.

– Przynajmniej ktoś ją chroni – czarodziej wzruszył ramionami. – Z nim, czy bez niego, w końcu i tak by uciekła. Nie chce być marionetką Sojuszu.

– Mam gdzieś Sojusz – warknął Devor. – Zależy mi tylko na bezpieczeństwie dziewczyny.

– Czemu to dla ciebie takie ważne? – elf zadał nurtujące go pytanie.

– Mam swoje powody – odparł Łowca tonem oznajmiającym, że nie będzie kontynuował tej dyskusji.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Po kilku godzinach jazdy, zatrzymali się na jednej z wielu stacji benzynowych. Wszystkie trzy dziewczyny wybrały się do łazienki. Eliza odetchnęła z prawdziwą ulga, gdy zobaczyła, że tym razem Matthew odpuścił i postanowił poczekać na nie na zewnątrz. Kiedy wyszły, stał oparty o ścianę z papierosem w zębach.

– Ty palisz? – spytała zaskoczona.

– A co, nie wolno? – warknął zaczepnie.

Nic mu nie odpowiedziała, dla odmiany postanowiła odpuścić.

– Idziemy do sklepu – oznajmiła Sylwia.

– Poczekam – odparł.

– Ja też niczego nie potrzebuję – podłapała szybko Wika – zostanę z nim.

Eliza wzruszyła ramionami i weszły przez przeszklone drzwi do środka. Zauważyła, że szarooki częstuje Wikę fajką, a ta ją chętnie przyjmuje. Jęknęła w duchu. Czy ona naprawdę myśli, że w ten sposób mu zaimponuje? Wika, jako osoba kochająca sport, prawie nigdy nie paliła. Kiedy wracali do autobusu, przyjaciółka złapała ją za rękę zatrzymując z tyłu.

– Mogę z nim usiąść? – zapytała błagalnie.

– Jeśli chcesz, ale licz się z tym, że on nie koniecznie musi być miły.

– Jakoś to zniosę – uśmiechnęła się prawie w euforii.

Kiedy weszli do autobusu, Eliza usiadła koło Sylwii. Zdążyła jeszcze przechwycić wściekłe spojrzenie szarookiego, ale chłopak nic nie powiedział.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wieczorem zaczęło się robić chłodno. Eliza śladem Wiki, która nigdy nie marzła, wyszła z autokaru tylko w koszulce na ramiączkach. Tym razem to ona została z Matthew, nie chciało jej się iść z dziewczynami do oddalonej spory kawałek od parkingu łazienki. Stanęli we dwoje na uboczu, tuż przy placu zabaw. To było dobre miejsce. Widzieli ludzi kręcących się przy autokarze, samemu nie będąc obserwowanymi. Chłopak wyraźnie był z czegoś niezadowolony. Wyciągnął papierosa i przyjrzał jej się uważnie. Zadrżała z zimna. Zaskoczył ją po raz kolejny. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i narzucił jej na ramiona. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. Usiadł na jednej z huśtawek, a ona stanęła przy nim.

– Czemu w autokarze nie siedzisz ze mną? – spytał.

– Bo nie lubię zapachu fajek – odparła wrednie.

Wzruszył ramionami i wyrzucił papierosa.

– Naprawdę tak o mnie myślisz? – spytał szarooki zbolałym głosem. Sprawiał wrażenie zasmuconego.

– Jak? – nie zrozumiała Eliza.

– Że jestem aroganckim dupkiem.

– A nie jesteś?

– Może i jestem, ale uważasz, że nie ma we mnie żadnych pozytywnych cech?

– Tego nie powiedziałam. Matt… naprawdę cieszę się, że jesteśmy po tej samej stronie.

Delikatnie odgarnęła mu kosmyk włosów z twarzy. Chwycił jej rękę i przytrzymał przy swoim policzku. Zauważyli, że ludzie zaczynają wsiadać do autobusu. Niechętnie oderwali się od siebie i ruszyli ich śladem. Usiadła koło niego błagając w duchu, żeby Wika się nie obraziła. Przynajmniej teraz miała miejsce przy oknie. Chwilę później weszły dziewczyny. Były mocno zdyszane, najwyraźniej biegły całą drogę. Wika obrzuciła przyjaciółkę niechętnym spojrzeniem. Eliza jęknęła w duchu. Zapomniała, że ciągle ma na sobie kurtkę szarookiego. Zdjęła ją teraz i oddała chłopakowi.

– Dzięki – powiedziała cicho.

Na jej miejsce włożyła rozpinaną, dresową bluzę. Było późno, zrobiła się senna. Matthew to zauważył. Delikatnie objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Podwinęła pod siebie nogi. Było jej wygodnie i ciepło. Przez chwilę walczyła ze swoim sumieniem. Wiedziała, że Wika będzie na nią wściekła. Powinna się odsunąć. Nie zrobiła tego jednak, czuła się zbyt dobrze. Przytuliła się do szarookiego i zasnęła.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Rano dojechali do Paryża. Według planu wycieczki mieli tu zostać przez cały dzień, potem przenocować w hotelu nad Sekwaną tuż za miastem i następnego dnia udać się na wyspy. Wysiedli z autobusu zadowoleni, że wreszcie mogą rozprostować nogi.

– Kamil się odezwał – oznajmiła Sylwia, mówiąc o swoim młodszym bracie – zwodził ich jak długo potrafił, używając karty Łowcy, ale kilka godzin temu musiał uciekać.

– Nic mu nie jest? – zaniepokoiła się Eliza.

– Jasne, że nie. Kiedy tylko mój kochany braciszek wyczuje niebezpieczeństwo, od razu przemienia się i znika.

Brat Sylwii był zmiennokształtnym, jak zresztą wszyscy mężczyźni w rodzinie czarownic. Przyjmował postać rudawej pustułki.

Przez cały dzień zwiedzali miasto. Była to bardzo przyjemna wycieczka. Eliza prawie zapomniała, że coś im zagraża. Tyle osób na nią polowało. Sojusz stanowił jedynie dodatkowy kłopot. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego, a tym bardziej z księciem Devorem. Zwłaszcza po tym, co już widziała. Wieczorem zjedli ciepłą kolację i zostali rozlokowani w hotelu. Matthew uparł się, żeby dzielić pokój z Elizą. Właściwie, to gdyby nie wściekłe spojrzenie Wiki, nie miałaby nic przeciwko. Przy chłopaku czuła się bezpiecznie. Cała wycieczka dostała zaproszenie do hotelowego klubu na dancing. Ani ona, ani Matthew nie mieli najmniejszej ochoty tam iść, ale Eliza w końcu uległa namową Sylwii, a szarooki oczywiście nie miał wyjścia i musiał pójść za nią. Nie omieszkał oczywiście pokazać swojego niezadowolenia. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że tak naprawdę, poza kilkoma przelotnymi wizjami, nic o chłopaku nie wie. Był pierwszym demonem którego poznała, nie miał jednak nic wspólnego z ogarniętymi rządzą mordu istotami, o których czytano jej baśnie w dzieciństwie. Zastanawiała się czy cokolwiek z tego co słyszała o demonach było prawdziwe.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Siedzieli na wysokich krzesłach obitych czerwoną skórą. Blat na którym stały ich napoje też był wysoki. Dziwne miejsce, oceniła Eliza. Nie lubiła klubów, a ten wyjątkowo jej się nie spodobał. Wika twardo próbowała namówić Matthew na taniec. Szarooki odmawiał wyjątkowo grzecznie, jak na niego. Królewna poczuła łączącą ją z chłopakiem więź. Pomyślała, że kontakt z nim nie powinien być trudny, a warto spróbować, w końcu już raz się udało.

„Czemu z nią nie zatańczysz?” – przesłała mu swoje pytanie w myślach.

Poczuła od chłopaka delikatną falę zdziwienia, ale i zadowolenia. Najwyraźniej spodobało mu się, że mogą rozmawiać w ten sposób.

„Po co miałbym to robić?” – przesłał dziewczynie myśl. Podczas używania tego sposobu komunikacji, nie można było kłamać.

„Ponieważ sprawiasz jej przykrość.”

„Nie jestem nią zainteresowany” – odparł po prostu. – „Uważasz, że zwodzenie jej byłoby fair?”

Eliza nie wiedziała co odpowiedzieć, zdziwiło ją trochę, że nie zachowywał się tak z czystej złośliwości. Wydawał jej się coraz bardziej… ludzki. Tym razem to on podjął kontakt. Wyczuła jego zadowolenie, kiedy spróbował i okazało się, że też może to zrobić.

„Możemy w ten sposób tak po prostu rozmawiać? Myślałem, że musisz kogoś dotknąć, żeby wyczuć jego myśli.”

„Najwyraźniej tym razem nie muszę. Sama nie wiem jak to się stało. Poczułam łączącą nas więź.”

W pewnym momencie chłopak zesztywniał. Bardziej wyczuła to niż zobaczyła. Podążyła za jego wzrokiem. Zalała ją niechciana fala zazdrości. Patrzył prosto na najpiękniejszą kobietę jaką Eliza w życiu widziała. Miała proste, sięgające pasa, brązowe włosy, karnację w kolorze kawy z mlekiem i duże migdałowe oczy, podkreślone delikatnym makijażem. Ubrana była w czarne, eleganckie spodnie i czerwony obcisły top, uwydatniający jej bujny biust. Spojrzała w ich kierunku i uśmiechnęła się promiennie do chłopaka. Jej aura buzowała wściekłymi, czerwonymi płomieniami. Podeszła do nich z gracja, jakby płynąc w powietrzu. Eliza poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Kobieta zwróciła się bezpośrednio do szarookiego, ignorując siedzące przy nim dziewczyny. Uśmiech  nie schodził jej z twarzy.

– Witaj Matthew, dawno się nie widzieliśmy – jej głos był miękki i aksamitny, brzmiał uwodzicielsko.

– Cześć Vivien, nie mogę powiedzieć, żebym się specjalnie cieszył z tego spotkania – patrzył na nią w napięciu, jakby była gotową do ataku kobrą, a nie piękną kobietą.

– Która z nich to królewna? Kiedy oddam ją Łowcy, myślę, że znajdziemy trochę czasu na odnowienie naszej znajomości.

Szarooki najwyraźniej poczuł falę zazdrości płynącą od Elizy, bo mimo napięcia, mogła wyczuć jego samozadowolenie. Przesłał jej jednak wspomnienia dotyczące kobiety. Vivien była wiedźmą, nie była czarownicą używającą ziół i różnych magicznych składników jak Sylwia, nie była też czarodziejką pobierającą energię z żywiołów i otaczającego ją świata, była prawdziwą wiedźmą, parającą się czarną magią, nie wahającą się sięgać do świata umarłych. Z pewnością nie była przyjaciółką Matthew. Miała na jego punkcie obsesję, ponieważ ją odrzucił. Nie mogła go zdobyć za pomocą czarnej magii, gdyż demony były na nią odporne. Pragnęła, żeby do niej należał, a on z nią walczył. Eliza uświadomiła sobie, że to o niej mówił Devor przy ich pierwszym spotkaniu. Więc jednak Łowca ją odnalazł. Nie udało się uciec.

– Nie powiesz mi? – jej głos ociekał słodyczą. – Nie ważne, zabiorę wszystkie, a po ciebie wrócę później.

– Nie możesz ich rozdzielić – wyrwało się Sylwii.

– Niby dlaczego? – zainteresowała się kobieta, popatrzyła na rudą czarownicę, jak na niesforne dziecko, wtrącające się do rozmowy starszych.

– Łączy ich przysięga krwi – odpowiedziała dziewczyna spokojnie.

– Co takiego?! – w jej głosie pobrzmiewała furia, po chwili się jednak uspokoiła. – To nawet interesujące. Dobrze, teraz będziecie grzecznymi dziećmi, i pójdziecie ze mną spokojnie, to nie skrzywdzę was za bardzo – uśmiechnęła się jadowicie. Eliza poczuła jak mięśnie szarookiego napinają się do walki. – Nie radzę – powiedziała kobieta, również to zauważając. – Wiem już która z nich nie jest królewną, zginie jako pierwsza, jeżeli czegoś spróbujesz.

Dziewczyna wyczuła, że demon się waha. Był rozdarty między potrzebą chronienia Elizy, a jednocześnie nie chciał, żeby Sylwii stała się krzywda. Zdawała sobie sprawę, że Vivien nie rzucała gróźb bez pokrycia. On naprawdę ma normalne ludzkie uczucia, pomyślała, znowu go nie doceniłam.

„Pójdziemy z nią” – przesłała mu smutną myśl. – „Uciekliśmy raz, uciekniemy znowu”.

Wyczuła jego niechęć, ale zgodził się z nią. Wyszli przed budynek. Przy samochodzie na parkingu czekali jacyś ludzie. W jednym z nich Eliza rozpoznała kapitana Dirka Navarothe, który przewodził siłom zbrojnym Sojuszu. Znała go jako honorowego człowieka, zawsze walczącego w słusznej sprawie. Teraz uśmiechał się smutno.

– Kapitanie – Vivien skinęła mu głową – weźmiesz ze sobą te dwie blondynki, któraś z nich jest królewną. Ja zabiorę demona i rudą.

Z ust Sylwii i Matthew wydobyło się jednocześnie paniczne, rozpaczliwe „nie”. Eliza nie wiedziała czemu, ale po plecach przeszły jej ciarki. Działo się coś bardzo złego. Kobieta, nie zwracając uwagi na protesty, wepchnęła Sylwię do samochodu. Przez więź łączącą Elizę z szarookim, dziewczyna poczuła paniczny strach chłopaka. Coś było zdecydowanie nie tak. Bronił się zaciekle zanim mężczyźni zdołali go obezwładnić. To była doborowa gwardia Sojuszu Zjednoczonych Królestw. W tym świecie nie miał z nimi najmniejszych szans. Vivien wyglądała na bardzo rozbawioną. Kapitan otworzył drzwi, Eliza wsiadła ciągnąc za sobą oniemiałą Wikę. Nie do końca wiedziała co się dzieje. Była zbyt przerażona, żeby się spierać. Co mogło aż tak wystraszyć demona? Dojechali na lotnisko. Kiedy wsiadali do niewielkiego, prywatnego samolotu, zalała ją fala bólu. Czuła się jakby wpadła w czarną dziurę, dookoła była tylko pustka, a ona się w nią zapadała bez końca. Wystartowali. Dziewczyna nie była w stanie usiedzieć prosto. Zwisała bezwładnie w pasach. Kiedy tylko wyrównali lot kapitan podszedł do niej zaniepokojony. Wika pomogła jej rozpiąć pasy i położyć się w poprzek foteli. Przez ciało Elizy przebiegały dreszcze, nie wiedziała co się z nią dzieje. Czuła tylko ból i wszechogarniającą panikę.

– Co jej jest? – spytał kapitan, wyglądał na mocno zaniepokojonego.

– Nie mam pojęcia – usłyszała słaby głos Wiki.

Elizę jakby olśniło, już wiedziała czego potrzebuje i dlaczego tamci tak gwałtownie protestowali przeciwko rozdzieleniu ich.

– Matt… – wyszeptała ledwo dosłyszalnym głosem zwijając się w jeszcze ciaśniejszy kłębek – więź…

– O czym ona mówi?- spytał twardo kapitan.

– Jest połączona z tamtym chłopakiem więzią krwi – stwierdziła Wika. – Czy to ma jakieś znaczenie?

Kapitan zbladł, zaczął kląć na czym świat stoi. Kiedy wylądowali na lotnisku w Gdańsku, nikt nie dotykał Elizy. Dowódca wyszedł na zewnątrz zawiadomić o tym co się stało. Devor natychmiast znalazł się w środku. Ledwo nad sobą panował. Delikatnie wziął dziewczynę na ręce i zaniósł ją do samochodu. Jęknęła z bólu, kiedy ostrożnie układał ją na tylnym siedzeniu.

– Możesz jej pomóc? – zwrócił się do elfa ze śladem paniki w głosie.

Tamten pokręcił głową.

– Tylko demon może. Vivien to idiotka. Czemu ich rozdzieliła? Musiała przecież wiedzieć.

Oczy Łowcy pociemniały z gniewu. Doskonale wiedział jakie wiedźma miała motywy. Nienawidziła Matthew, chciała, żeby cierpiał. Jak mógł być na tyle głupi, żeby ją po nich wysłać?! On sam najchętniej zabiłby demona, ale nigdy nie pozwoliłby, żeby królewna przez to cierpiała. Po długiej chwili oczekiwania, drugi samolot wreszcie wylądował. Devor natychmiast pobiegł w jego stronę. Chwycił za gardło Vivien, która zeszła po schodach jako pierwsza. Patrzyła na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Uderzył ją z całej siły pięścią, podbijając kobiecie oko. Kiedy ją puścił zachwiała się. Zobaczył demona prowadzonego przez dwóch strażników. Jego twarz wykrzywiona była magicznym bólem, takim samym jak u Elizy.

– Puśćcie go – warknął na nich.

Gdy tylko zaskoczeni strażnicy wykonali polecenie Łowcy, Matthew, na nic więcej nie zwracając uwagi, pobiegł do samochodu, w którym znajdowała się dziewczyna. Dzięki więzi bez wahania potrafił ją odnaleźć. Gdy znalazł się przy niej, uniósł ją delikatnie i wziął w ramiona. Ciągle drżała. Łzy spływały jej po policzkach, ale magiczny ból minął.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wrócili razem do posiadłości Devora. Kiedy wszyscy zebrali się w salonie odesłał strażników. Eliza czuła strach, właściwie nie bała się o siebie tylko o dziewczyny i szarookiego. Nie miała pojęcia jakie Łowca ma względem nich plany. Siedziała teraz na szerokiej, skórzanej kanapie, starając się być jak najbliżej demona. Wiedziała już ile kosztuje ich rozdzielanie się. Z drugiej strony miała Sylwię, patrzącą na nią wielkimi, sarnimi oczami. Jej aura, jak zwykle jarzyła się jasną zielenią, o barwie takiej, jaką ma wiosenna trawa. Czarownica też się bała, mimo, że bardzo starała się to ukryć. Wika siedziała kawałek dalej na poręczy. Eliza odkryła z nie małą ulgą, że dalej może kontaktować się z Matthew wysyłając mu myśli i obrazy. Leldorin siedział w fotelu i obserwował ich uważnie. Vivien stała w progu oparta o framugę drzwi wyraźnie naburmuszona. Sina opuchlizna pod okiem oszpecała jej piękną twarz. Mierzyła Devora wściekłym wzrokiem. Nic jednak nie mogła zrobić, to on tu rządził. Łowca chodził po pokoju jakby się nad czymś zastanawiał. Czekali w milczeniu. W końcu przemówił.

– Najchętniej bym was wszystkich, co do jednego, zamknął w lochu – stwierdził. – To byłoby jedyne właściwie rozwiązanie. Zachowujecie się jak banda rozwydrzonych smarkaczy. Niestety nie mogę tego zrobić, a szkoda. – Wszystkie oczy zwrócone były ku niemu, nawet Vivien słuchała uważnie. – Zacznę więc od początku. Leldorinie – zwrócił się do elfa – połączenie królewny z demonem to był najgorszy pomysł na jaki można było wpaść. Od początku przynosi nam same problemy, a pewnie wcale nie będzie lepiej. Czy będą jeszcze jakieś milutkie niespodzianki w związku z tym rytuałem, o których nie raczyłeś nam wspomnieć?

Książę elfów westchnął. Wyglądał na zasmuconego.

– Masz rację Devorze, chociaż nie we wszystkim. Sam pomysł był dobry, nie spodziewałem się tylko, ze zrodzi się między nimi taka silna więź. To zdarza się naprawdę rzadko, właściwie,z tego co wiem, nie zdarzyło się od ponad tysiąca lat. Odpowiadając na twoje pytanie, nie wiem co się dalej stanie i jakie będą jeszcze konsekwencje tego rytuału. Nikt tego nie wie. Jedno natomiast jest pewne. Królewna ma teraz strażnika, który bez wahania odda za nią życie, a to jest nam bardzo na rękę, nie sądzisz Devorze?

Łowca obrzucił elfa wściekłym wzrokiem.

– Podsumowując muszę trzymać tego psa pod swoim dachem i nie mogę go zabić, bo to mogłoby skrzywdzić królewnę?

Devor był wyraźnie niezadowolony. Eliza, wyczuwając napięcie szarookiego, znalazła jego rękę i położyła na niej swoją. Rozluźnił się odrobinę.

– Tak, mniej więcej dobrze to ująłeś – przytaknął mu czarodziej. – Do tego będzie zupełnie niezależny od ciebie, nie będzie słuchał twoich rozkazów, a jedyne na czym mu zależy to bezpieczeństwo dziewczyny.

Eliza mocniej ścisnęła rękę Matthew. Tym razem to ona była wściekła. Dlaczego do cholery mówili o nich, jakby byli stadkiem rasowych szczeniaków? Miała tego serdecznie dosyć. Już planowała wrzasnąć na Devora, gdy usłyszała przesłaną do niej myśl szarookiego.

„Nic nie mów, daj mu skończyć. Zobaczymy co będzie.”

Westchnęła ciężko, ale zdecydowała się posłuchać chłopaka. Łowca spojrzał na elfa morderczym wzrokiem, postanowił jednak odpuścić. Skierował się ku dziewczynom.

– Panie Weronika Kownacka i Sylwia Gorianov o ile się nie mylę? – obie nieco speszone skinęły głowami. Devor był niezwykle przystojny, a do tego, mimo wybuchów gniewu, władczy i charyzmatyczny. – Skoro wybierały się panie na wakacje, a ja paniom przeszkodziłem, myślę, że najlepszy rozwiązaniem będzie ugoszczenie pań tutaj, przynajmniej przez jakiś czas. Czy mają panie coś przeciwko? – obie zgodnie zaprzeczyły, wyglądały zupełnie jak skarcone psiaki. – W takim razie doskonale, kiedy skończę z resztą, służący pokaże wam wasze pokoje. – Vivien – kontynuował, a jego ton z uprzejmego i przyjacielskiego zmienił się w śmiertelnie groźny – jeżeli jeszcze raz w jakikolwiek sposób skrzywdzisz królewnę, nie obchodzi mnie czy przez atak bezpośrednio na nią, demona bądź którąś z jej przyjaciółek, zabiję cię własnymi rękami. Rozumiemy się?

Eliza zdała sobie sprawę, że Devor mówi śmiertelnie poważnie. Sama nie wiedziała co powinna o nim myśleć.

– Tak, Łowco – powiedziała cicho upokorzona kobieta, w jej oczach było jednak widać niebezpieczne błyski.

Wiedźma przestała już wyglądać tak hardo. Czegoś takiego po prostu się nie spodziewała. Dziewczyna przypuszczała, że od tej chwili ma w niej śmiertelnego wroga.

– Synu Ognia – Devora najwyraźniej dużo kosztowało zwrócenie się bezpośrednio do szarookiego. Eliza wiedziała, że tamci traktują go jak istotę gorszego pokroju, jakby chłopak był zły i bezduszny, nie miał żadnych ludzkich uczuć, a Łowca traktował go właściwie jak wściekłego psa, którego można już tylko uśpić. – Zabiłeś moich ludzi, porwałeś królewnę, zasługujesz na śmierć. Uwierz mi, naprawdę żałuję, że nie mogę jej na ciebie sprowadzić. Niestety przez tego cholernego magika – tu wymownie spojrzał na elfa – chwilowo straciłem na to szansę. Ponieważ nie ma innej możliwości pozwolę ci zostać z Elizą, ale pod jednym warunkiem. Przyjmiesz swoją zwierzęcą postać, a ten tu magik od siedmiu boleści, cię w niej uwięzi. – Dziewczyna poczuła jak szarooki sztywnieje, targała nim wściekłość. Nie do końca wierzył w to co właśnie usłyszał. – Przynajmniej na tak długo, jak długo jesteś w moim domu, co robisz poza jego granicami mnie nie obchodzi. Jeżeli się nie zgodzisz, zamknę cię w lochu. Przynajmniej zdobędę dodatkową gwarancję na to, że królewna znowu nie ucieknie. Więc jak?

Matthew warknął wściekle, ale wstał z kanapy i wyszedł na środek salonu. Powietrze zawirowało, a dookoła chłopaka pojawiła się srebrna mgła. Chwilę później na jego miejscu stała olbrzymia, czarna pantera. Leldorin podszedł do niego. Wypowiedział kilka słów, w nieznanym Elizie języku i nad panterą pojawiło się coś na kształt srebrnego pyłu, a potem osiadło na jej sierści. Dziewczyna w umyśle usłyszała zwierzęcy skowyt bólu, a po nim poczuła jakby narastającą blokadę.

„Matt? Matt!” – wołała w myślach rozpaczliwie.

„Jestem.”

Eliza poczuła ogromną ulgę, że nadal będzie mogła z nim rozmawiać, a od chłopaka napłynęły uczucia podobne do jej własnych.

„Nic ci nie jest?” – spytała zatroskana.

„Jakoś przeżyję” – prychnął.

Dziewczyna popatrzyła po zebranych i zdała sobie sprawę, że Wika przygląda się szarookiemu jeszcze bardziej zachwyconym wzrokiem niż przedtem. Devor natomiast patrzył prosto na nią. Chciał coś powiedzieć, ale po chwili namysłu jakby zrezygnował.

– Zostań tutaj – rozkazał tylko cichym, znużonym głosem, a sam wyszedł z salonu zabierając ze sobą jej przyjaciółki i Vivien.

Kiedy tylko wyszli, Leldorin podszedł do dziewczyny.

– Wstań.

Posłuchała. W rękach elfa pojawiło się jasne światło, uformowało się w cieniutką kilkunastocentymetrową rurkę.

– Daj rękę, lewą.

Zrobiła to co kazał. Poczuła łaskotanie, kiedy rysował światełkiem skomplikowane wzory na jej przedramieniu. Pantera warknęła groźnie jeżąc sierść. Dziewczyna przesłała zwierzęciu uspokajającą myśl.

– Co robisz? – spytała elfa.

Tamten wyszczerzył zęby w uśmiechu. Miał bardzo miły uśmiech.

– Gram na nerwach Devorowi – odparł kiedy skończył. – To runy odwołania – wyjaśnił. – Kiedy przesuniesz po nich palcami prawej dłoni i pomyślisz o jakimś zaklęciu, zostanie ono zniesione. Nie na długo oczywiście, tylko na jakiś czas, ale możesz to powtarzać kiedy tylko zechcesz. Pamiętaj jednak, że za każdym razem będziesz traciła trochę siły. To prezent, sama zdecydujesz co z nim zrobić.

Eliza pisnęła i impulsywnie zarzuciła elfowi ręce na szyję. Cmoknęła go w policzek. Pantera najeżyła się cała.

„Odsuń się od niego, albo przegryzę mu gardło” – usłyszała w myślach warknięcie.

Obrzuciła szarookiego poirytowanym spojrzeniem, ale odsunęła się od elfa.

– Poza tym – kontynuował tamten niewzruszenie – zaklęcie wiążące działa tylko w obrębie magicznych barier domu Łowcy, po za nimi nie będzie miało nad demonem żadnej władzy.

– Dziękuję, Leldorinie – powiedziała obdarzając go jednym ze swoich najmilszych uśmiechów.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Po dłuższej chwili do pokoju wrócił Devor.

– Zostawcie mnie sam na sam z królewną – rozkazał.

Szarooki wahał się niezdecydowany, ale kiedy wysłała mu uspakajające myśli, oznajmił jej, że poczeka pod drzwiami i wyszedł za elfem. Łowca przyglądał się jej uważnie. W końcu zrezygnowany opadł na kanapę. Usiadła obok niego. Spojrzała mu w oczy. Jego szara aura jarzyła się teraz blado-pomarańczowym światłem, coś go martwiło.

– Co mam zrobić, żebyś więcej nie uciekała? – spytał smutnym, zmęczonym głosem.

– Sam pozwól mi odejść – odparła dziewczyna – nie jestem zabawką Sojuszu.

– Mam gdzieś Sojusz – warknął wściekle – zależy mi tylko na tym, żebyś była bezpieczna.

Przyjrzała mu się uważnie, szeroko otwartymi, chabrowymi oczami.

– Dlaczego?

– Bo jesteś moją cholerną siostrą!

Eliza natychmiast zrozumiała, że Łowca mówi prawdę. To uczucie, ta wiedza, towarzyszyły jej od samego początku. Tylko jak to możliwe? Patrzyła na niego i nic nie przychodziło jej do głowy. Devor uznał, że powinien jej wszystko wytłumaczyć.

– Mój ojciec był w lesie driad sześć lat przed twoim narodzeniem. Tam spotkał twoją, a raczej naszą matkę i poczęli mnie. Wielokrotnie próbował tam wrócić i odnaleźć ją, ale driady nie ukazały mu się nigdy więcej. Kilka miesięcy później przyśniło mu się płaczące dziecko leżące na polanie, na której je poczęli. To był chłopiec. – Łowca mówił beznamiętnym tonem, jakby opowiadał o jakiejś zupełnie obcej osobie. – Ojciec przyjechał po mnie i zabrał mnie do zamku. Prawem driad dzieci płci męskiej należą do ojców. Królowa Milena nie jest moją matką, a sądzę, że Robert i Cathrina nie są ze mną nawet w żaden sposób spokrewnieni, chociaż nie mogę być tego do końca pewien. Widzisz, to było ustawione małżeństwo… jak zresztą większość z nich. Nie są razem szczęśliwi. Jedyną kobietą jaką ojciec kiedykolwiek kochał była twoja matka. Postanowiłem ją odnaleźć, o dziwo pojawiła się – zaczął mówić ożywionym tonem, dla ludzi widok driady był rzadkością i mimo, że Devor był jej synem, to fakt, że mu się ukazała był czymś nadzwyczajnym. –  Widziałem ją, rozmawiałem z nią, przed śmiercią tańczyła dla mnie swój ostatni taniec. – Jego oczy przepełniał ból, ale też niesamowita radość i zachwyt. – Powiedziała mi o tobie, postanowiłem cię za wszelką cenę odnaleźć i chronić.

W oczach Elizy lśniły łzy. Cały świat się dla niej zmienił. Impulsywnie oplotła ramionami szyję Łowcy, wtuliła się w jego ramiona. Wszystkie negatywne uczucia, które do niego żywiła, prysnęły, jak bańka mydlana. Mam brata, mam brata, on jest moim bratem, wszystko w niej śpiewało. Przez całe życie była zupełnie sama, nie mogła dołączyć do matki i sióstr, nie wiedziała kto jest jej ojcem. Devor był taki realny i rzeczywisty, a do tego się o nią troszczył. Chciał, żeby była bezpieczna. Stanowił jej całą, nowo odkrytą rodzinę. Teraz już wiedziała, czemu czuła z nim taką więź, zupełnie jakby znała go przez całe swoje życie. Łowca tulił do siebie dziewczynę delikatnie głaszcząc jej złote włosy. Wszystkie problemy stały się nieistotne.

I tak zastał ich Matthew. Do pokoju niezauważenie i cicho wśliznęła się olbrzymia czarna pantera. Byli zbyt pochłonięci sobą, żeby zwrócić na nią uwagę. Zwierzę zjeżyło sierść, z trudem powstrzymało warknięcie i równie cicho jak się pojawiło wycofało się za drzwi.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza była w bardzo dobrym humorze. Devor prosił, żeby jeszcze nie wspominała nikomu o ich pokrewieństwie, a ona oczywiście miała zamiar tę prośbę spełnić. Rozumiała ewentualne konsekwencje rozniesienia się tej informacji. Mimo to, przepełniało ją szczęście. Nie była już na świecie zupełnie sama, miała rodzinę! Kiedy wyszła z salonu, zdziwiła się, że szarooki nie czeka na nią na korytarzu. Nie wiedziała do końca dlaczego, ale to właśnie z nim miała ochotę dzielić swoją radość. Zaniepokojona poszła do swojego pokoju. Tutaj również go nie było, ale przecież nie mógł być daleko, czułaby to. Wyszła na niewielki, przylegający do jej sypialni balkon. Rozpościerał się z niego piękny widok na morze. Słońce zniżało się ku zachodowi. Podziwiała piękną, pustą, skąpaną w jego blasku plażę. Tuż za ogrodzeniem posiadłości rosło niskie, uginające się do ziemi drzewo, o szerokim pniu, a pod nim siedziała skulona postać. Dziewczyna natychmiast rozpoznała demona. Wybiegła z domu, nie zastanawiając się czemu on tam w ogóle siedzi. Był za ogrodzeniem posiadłości, przekroczył więc bariery i mógł wcielić się w ludzką postać.

– Matt! – zawołała podbiegając do niego.

Nawet się nie odwrócił, po prostu ją zignorował. Usiadła przy nim.

– O co chodzi? – spytała niepewnie.

– Nie twoja sprawa – odwarknął nieuprzejmie.

– Matt… – zaczęła jednocześnie próbując się dostać do jego myśli.

– Daj mi spokój – syknął stawiając mentalną barierę, dzięki której nie mogła zorientować się co czuje i myśli. Do tej pory nie wiedziała nawet, że to możliwe. – Nie mam ochoty na twoje towarzystwo.

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi, chabrowymi oczami.

– Matt… – spróbowała znowu.

Wyciągnęła rękę chcąc odgarnąć niesforny kosmyk włosów, opadający mu na oczy. Nie pozwolił jej na to. Brutalnie złapał nadgarstek dziewczyny. Spojrzał jej w oczy lodowato zimnym wzrokiem.

– Jesteś za głupia, żeby zrozumieć co do ciebie mówię? Chcę zostać sam! Wynoś się stąd! Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, złamię ci rękę.

Puścił jej nadgarstek odpychając go od siebie. Eliza nie rozumiała, nie wiedziała co się między nimi zmieniło. Zerwała się z ziemi i pobiegła do domu. Rzuciła się na łóżko wtulając twarz w poduszki. Z jej oczu płynęły łzy. Było ich coraz więcej. Wreszcie, wykończona łkaniem, zasnęła.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Obudziła się koło północy. Była sama w pokoju. Szarooki nie wrócił. Umyła się w zimnej wodzie. Czuła się bardzo nieszczęśliwa, coś ściskało jej gardło. Pogrzebała w plecaku i wyciągnęła koszulkę w której spała, potem zdała sobie sprawę skąd ją ma. Wściekle odrzuciła ją od siebie, jakby ta nagle zaczęła się wić. Otworzyła szafę i znalazła długą, białą koszulę nocną, na cienkich ramiączkach. Włożyła ją na siebie niechętnie. Lepsze to niż nic, pomyślała. Poczuła się bardzo samotna. Wyszła a korytarz. Bezwiednie wybrała kierunek i zanim się zorientowała stała już pod drzwiami sypialni Devora.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew sam nie wiedział czy jest bardziej smutny czy wściekły. Do tego czuł się źle z tym, że tak potraktował Elizę. To po prostu go przerastało. Nie mógł wyrzucić z myśli obrazu dziewczyny wtulającej się w ramiona Łowcy. Dlaczego akurat on? Jego znienawidzony wróg i to właśnie wtedy, kiedy coraz bardziej zaczynało mu na niej zależeć. Była pierwszą osobą która go akceptowała bez zastrzeżeń, stała się jego przyjaciółką, a czuł, że jest dla niego kimś znacznie więcej. Wiedział, że nawet gdyby nie łącząca ich magia i tak oddałby życie, żeby ją chronić. Wydawało mu się, że on sam też podoba się dziewczynie. Tuliła się do niego chętnie, lubiła go dotykać, przekomarzać się z nim. Nawiązała się miedzy nimi nić porozumienia. Czuł potrzebę opiekowania się nią. Bał się, że dziewczyna go znienawidzi. Matthew czuł się podle. Znów stanął mu przed oczami obraz Devora trzymającego Elizę w ramionach. Zalała go fala zazdrości. Jak to się stało? Kiedy? Dlaczego? Podczas ich kontaktów myślowych odkrył ciekawą rzecz. Zawsze wiedział gdzie znajduje się królewna, mógł też „widzieć” co w danej chwili robi, a ona nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. To właśnie dlatego nie upierał się już by wszędzie z nią chodzić. Wcześniej bał się ją puścić samą nawet do toalety. Teraz ,właśnie w ten sposób, sięgnął myślami w kierunku dziewczyny. Eliza znajdowała się w dużej, eleganckiej sypialni. Siedziała skulona na wielkim, dębowym łóżku. Była smutna, ale nie odczuwała strachu. Gdzie ona do cholery jest? Szarooki nie znał tego pomieszczenia.

– Czemu się tak smucisz? – chłopak usłyszał głos Devora, zanim jeszcze zobaczył go w swojej wizji.

Nie! Wszystko się w nim zagotowało. Co ona tam robi? Łowca usiadł koło dziewczyny i przyciągnął ją do siebie, a ona ufnie wtuliła się w jego ramiona.

Nie! To nie może się dziać naprawdę! Gniew przemieszony z zazdrością i żalem zasnuwał mu oczy szarą mgiełką.

– Powinnaś się przespać – ciągnął mężczyzna, gdy dziewczyna nic nie odpowiedziała. – Zostaniesz u mnie? Rano będzie lepiej.

– Tak – odpowiedziała cicho, nie wykrzyczał w myślach Matthew – nie chcę być sama.

Łowca odsunął kołdrę i delikatnie położył królewnę na łóżku. Potem przykrył ją starannie, a sam ułożył się obok niej, tuląc ją w ramionach.

– Kocham cię – szepnęła wtulając się w jego tors.

Uśmiechnął się łagodnie.

– Ja też cię kocham – Szarooki nie był w stanie już więcej wytrzymać, gwałtownie przerwał kontakt – siostrzyczko – dokończył Devor.

Eliza, odrobinę szczęśliwsza, zapadła w sen.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza następnego dnia rano, wychodząc z pokoju Łowcy, zatrzymała się zaskoczona. Naprzeciwko drzwi, pod ścianą, siedziała wielka czarna pantera. Kiedy dziewczyna wyszła, kot podniósł łeb i przyjrzał jej się uważnie. Była rozdarta, chciała rzucić się mu na szyję, dowiedzieć się wreszcie co jest nie w porządku, ale ciągle mając na uwadze jego słowa z poprzedniego dnia wybrała inną, bezpieczniejszą opcję. Postanowiła po prostu zignorować panterę. Poszła prosto do swojego pokoju zamykając drzwi tuż przed nosem drapieżnego kota.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Przez następne kilka dni szarooki zachowywał się jak cień. Nie odstępował Elizy na krok, był milczący i ponury. Nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa. Kiedy miała go dość, uciekała do Devora. Gdy tylko znalazła się w pobliżu Łowcy, Matthew zaraz gdzieś znikał.

Wika i Sylwia bawiły się wyśmienicie. Korzystały ze wszystkich luksusów nadmorskiej willi, na dodatek obydwie były zachwycone towarzystwem swojego gospodarza, który zresztą traktował je wyjątkowo miło i uprzejmie. Były nim oczarowane. Nosiły piękne sukienki, kąpały się zarówno w morzu jak i w basenie, jadły różnego rodzaju wyszukane potrawy, grały w tenisa i usilnie starały się w to wszystko wciągnąć Elizę. Jej przyjaciółka nie zrezygnowała z podchodów do szarookiego, mimo, że chłopak był przez cały czas wyraźnie ponury i starał się unikać jakiegokolwiek towarzystwa. Największą przeszkodę stanowił dla niej fakt, że w domu pokazywał się jedynie pod postacią czarnej pantery.

Leldorin snuł się po posiadłości zamyślony. Wyglądało na to, że walczy z jakimś nierozwiązanym problemem. W końcu jakby się poddał. Coraz więcej czasu zaczął spędzać z dziewczynami, jakby starał się zrozumieć, dlaczego tak lubią to co robią i co według nich znaczy dobra zabawa. Widać jednak było wyraźnie, że wcale nie jest tym zachwycony. W oczach elfa wyczytać można było powagę i wiekową mądrość. Na pewno towarzystwo młodych, głupiutkich, ludzkich dziewcząt nie było tym, co zaliczyłby do rzeczy sprawiających mu przyjemność. Wyglądało na to, że spełnia jakiś nikomu innemu nie znany obowiązek.

Vivien patrzyła z satysfakcją na snującego się pod postacią pantery szarookiego. Nie była pewna co, ale czuła, że coś jest nie tak. Jako uważny obserwator zdawała sobie sprawę, że przez te kilka dni chodzi ponury jak chmura gradowa, a to zdecydowanie ją cieszyło.

Devor był zadowolony, że Eliza przyjęła jego rewelacje tak lekko i spokojnie. Naprawdę się martwił, że dziewczyna mu nie uwierzy, nie zaakceptuje ich pokrewieństwa, znienawidzi go lub milion innych rzeczy pójdzie nie tak. Teraz czuł się wspaniale. Miał siostrę, którą darzył głębokim uczuciem. Od kiedy dowiedział się o jej istnieniu szukał sposobu, żeby być częścią jej życia i móc się nią zaopiekować. To stało się dla niego najważniejszym celem. Dziewczyna nie zawiodła jego oczekiwań, a wręcz przeciwnie. Była odważna, pewna siebie, a do tego urocza i miła, ale naprawdę potrzebowała jego ochrony. Łowca cieszył się też z towarzystwa jej przyjaciółek. Przebywanie z nimi sprawiało mu niekłamaną przyjemność. Były ładne, zabawne i zdecydowanie ciekawsze niż kobiety, które mógł spotkać w swoim królestwie.

Eliza była smutna i przygaszona. Martwiło ją to co się działo z Matthew. Po kilku nieudanych próbach nawiązania kontaktu z chłopakiem dała sobie spokój, od czasu do czasu jedynie rzucając mu zawiedzione spojrzenie. Mimo towarzystwa przyjaciółek i brata, bez szarookiego czuła się straszliwie samotna.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Był ciepły, sierpniowy wieczór. Na prywatnym kawałku plaży Devora stał grill i lodówka z napojami chłodzącymi. Dziewczyny chichocząc radośnie grały w siatkówkę plażową. Matthew, w swojej ludzkiej postaci, siedział kawałek dalej obserwując je uważnie. Starał się wyciszyć dręczące go myśli. Próbował wmówić sobie, że to nie jest jego sprawa z kim zadaje się królewna. To jej życie i nie powinien się do niego wtrącać, on ma jej tylko pilnować. Po pewnym czasie na plażę przyszedł także Łowca. Szarooki zobaczył jak Eliza przerywa grę, odkłada piłkę i wesoło biegnie w stronę mężczyzny. Dziewczyna zarzuciła mu ramiona na szyję, a on objął ją w pasie, poderwał  do góry i obrócił dookoła. Zaśmiała się srebrzyście. Matthew zdał sobie sprawę, że wbija paznokcie w rękę tak mocno, że pojawiły się na niej krwawe zadrapania. Nie zauważył nawet, kiedy podeszła do niego Wika.

– Chcesz papierosa? – zapytała podsuwając mu paczkę.

– Jasne – wyciągnął sobie jednego.

Dziewczyna usiadła obok. Wyjęła zapalniczkę i podsunęła mu ogień. Chłopak zaciągnął się głęboko, próbując nie zerkać co chwila w kierunku Elizy.

– Coś cię gryzie? – spytała Wika bezpośrednio.

– Nie ważne – uśmiechnął się do niej szelmowsko, za wszelką cenę chciał pozbyć się myśli dotyczących królewny.

– Chcesz pograć w piłkę czy może też boisz się ze mną zmierzyć? – próbowała go podejść. – Dziewczyny nie chcą już ze mną grać.

– Dobra, czemu nie.

Dopalił papierosa i wstał. Wika była zaskoczona, ze poszło tak łatwo. Szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy. Kiedy znaleźli się przy siatce, szarooki zdjął z siebie buty i koszulkę. Dziewczyna zagapiła się na niego rozanielona. O tak, był idealnie w jej typie. Wreszcie spotkała kogoś, kto mógłby dotrzymać jej kroku w sporcie. Zaczęli grać, nie odpuszczając sobie nawzajem.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza patrzyła jak Matthew zaczyna grać z Wiką w siatkówkę. Pamiętała powód dla którego olewał dziewczynę. Czyżby zmienił zdanie? Czuła się zazdrosna, ale jednocześnie cieszyła się, że przyjaciółka wyrwała szarookiego z tego dziwnego otępienia. Naprawdę lubiła chłopaka i mimo tego co jej powiedział, martwiła się o niego. Odeszła kawałek dalej. Chciała pobyć chwilę sama. Kiedy szła brzegiem morza, usłyszała niesamowity śpiew. Był cudowny, hipnotyzujący i kuszący. Potem w jej głowie pojawiły się słowa.

„Witaj siostro, czy przybyłaś tu dołączyć do nas?”

„Chodź do nas czekałyśmy na ciebie.”

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że stoi po kolana w wodzie. Ciepłe, delikatne fale, muskały krawędź jej zwiewnej sukienki. Czyżby to były nimfy wodne? Przesyłały jej wizje morskich głębin, cudowne obietnice spełnienia. Słyszała ich radosną pieśń. Obejrzała się za siebie. Zobaczyła stojącego na plaży przy siatce Matthew i Wikę, która przesuwała właśnie dłonią po jego naprężonym bicepsie. Zamknęła oczy. Nic jej tu nie trzymało. Pozwoliła, żeby śpiew wypełnił ją całkowicie. Zniknęło uczucie zazdrości i zawodu. Zniknęła potrzeba miłości i akceptacji. To tutaj był jej dom. Tam w głębinach żyły jej siostry. Szła przed siebie, aż zupełnie zanurzyła się w wodzie. Teraz je zobaczyła. Były piękne. Pływały dookoła niej, jak wesołe dzieci. Dwie z nich chwyciły ją za ręce ciągnąc ze sobą w głębiny. Czuła na swoich mokrych dłoniach śliskie, błoniaste palce. Nie bała się. To było jej przeznaczenie. Co chwila któraś podpływała, przekazując jej życiodajnym pocałunkiem swoje powietrze. Płynęły coraz dalej i coraz głębiej. Ku nowemu, obiecującemu życiu.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew poczuł się zaniepokojony. Miał złe przeczucia. Wika coś do niego mówiła, skinął głową, nie był w stanie skupić się na jej słowach. Dziewczyna położyła dłoń na jego przedramieniu. Spojrzał na nią zdezorientowany. Potem znowu ją zignorował szukając wzrokiem Elizy. Nigdzie nie było jej widać. W końcu zrozumiał co jest nie tak. Przestał wyczuwać łączącą ich więź. Ona po prostu zniknęła. Nie było strachu ani bólu. Magia zwyczajnie przestała istnieć. Był wolny. Rozejrzał się spanikowany. Nagle zobaczył wystającą z wody, jasną głowę, która po chwili zanurzyła się z powrotem. Zrozumiał w jednej chwili. Syreny! Brutalnie odepchnął Wikę, tak, że dziewczyna klapnęła pupą na piasek i rzucił się pędem w kierunku wody. Usilnie próbował odnaleźć Elizę myślami, jednak bez żadnych rezultatów. Był dobrym pływakiem i nie potrzebował oddychać tak często jak ludzie. Zanurkował z otwartymi oczami szukając w wodzie królewny. Miotał się tak bezładnie przez kilka długich minut.

„Eliza” – krzyczał  w myślach rozpaczliwie.

Bez skutku. W końcu, gdy już prawie stracił nadzieję na odnalezienie dziewczyny, usłyszał wabiącą pieśń syren. Na demonie nie robiła ona najmniejszego wrażenia. Popłynął jednak w stronę dźwięku. Zobaczył królewnę, otoczoną wianuszkiem roztańczonych nimf morskich, podpływały kolejno przekazując jej życiodajny oddech. Dziewczyna płynęła za nimi jak we śnie. Zbliżył się do niej rozganiając syreny na boki. Chwycił Elizę i zaczął płynąć ku powierzchni. Płuca paliły go żywym ogniem. Potrzebował powietrza. W końcu dotarli na powierzchnię. Ledwo chłopak zaczerpnął oddechu zakryła ich fala. Nie było widać brzegu. Wynurzył się ponownie, starając się wyciągnąć ze sobą dziewczynę.

– Eliza! – nie był pewien czy dziewczyna go usłyszy poprzez huk morskich fal.

„Matt?” – usłyszał cichą, pytającą myśl.

„Jestem przy tobie” – odparł tym samym sposobem uspokojony tym, że znowu mogą tak rozmawiać.

Dziewczyna, jakby obudzona, zaczęła prychać wypluwając słoną wodę, której zdążyła się napić. Pociągnął ją w stronę brzegu, zanurzając się w wodzie przy każdej większej fali. Gdy znaleźli się na plaży, osunął się wyczerpany na piasek, tuląc królewnę w ramionach. Drżała z zimna. W jednej chwili pojawił się przy nich Łowca. Pchnął demona na piasek jednocześnie wyrywając mu z rąk dziewczynę. Szarooki nie miał siły zaprotestować. Devor okrył Elizę swoją koszulą i zaczął ją nieść w kierunku domu. Niedługo później dołączyły do niego dziewczyny. Matthew, nie widząc innych możliwości, powlókł się smętnie za nimi.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza, przebrana w suche rzeczy, leżała w swoim łóżku. Devor starannie okrył ją kołdrą. Po raz setny zapytał czy na pewno niczego nie potrzebuje. W końcu Wika i Sylwia wywlekły go siłą z pokoju, tłumacząc cierpliwie, że dziewczyna potrzebuje teraz odpoczynku. Czarna pantera, siedząca do tej pory w przeciwległym rogu pokoju, wstała niepewnie i przywlekła się w pobliże łóżka. Eliza odsunęła się robiąc kotu miejsce. Zwierzę zwinnie wskoczyło na łóżko układając się z łbem na poduszce. Dziewczyna przysunęła się do demona wtulając w jego czarną jak noc, aksamitną sierść.

„Matt” – zaczęła niepewnie.

„Tak?” – zapytał delikatnie.

„Uratowałeś mnie”

„Chyba tak.”

„Dlaczego?”

„Co masz na myśli? Przecież łączy nas magia…” – przez kontakt myślowy nie mógł kłamać, dlatego starał się uniknąć odpowiedzi.

„Nie było już magii, niczego nie było, tylko ich pieśń.”

Drapieżnik uniósł łeb i spojrzał na nią.

„Nie mówmy o tym, proszę.”

„Zgoda, ale powiedz mi, za co mnie nienawidzisz?”

„ To nieprawda, nie nienawidzę cię.”

„Więc dlaczego się tak zachowywałeś?”

Chłopak nie zdołał w porę powstrzymać wizji Elizy w ramionach Devora. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem, a potem roześmiała.

„Więc wszystko to działo się ponieważ jesteś o mnie zazdrosny?”

Nie odpowiedział. Królewna użyła narysowanej przez elfa runy. Teraz, zamiast czarnej pantery, leżał obok niej szarooki w swojej ludzkiej postaci i przemoczonych spodniach.

– Zdejmij to bo się rozchorujesz – powiedziała dosyć słabym głosem, użycie czaru wyczerpało ją jeszcze bardziej.

– Nie powinnaś tego robić – oznajmił jej z wyrzutem, ale posłusznie podszedł do swojego plecaka i wyciągnął z niego czyste bokserki.

Szybko pozbył się mokrych spodni, wciągnął na siebie suche ubranie i wrócił do dziewczyny. Odsunęła kołdrę, żeby zrobić mu pod nią miejsce. Popatrzył na nią niepewnie, ale w końcu położył się obok. Przytuliła się do niego ufnie, nakrywając ich po same szyje. Chłopak zesztywniał.

– O co tym razem chodzi? – spytała cichym, zmęczonym głosem.

– Eliza… ta więź… ja mogę cię przez nią tak jakby śledzić. Słyszałem, jak wyznajecie sobie miłość z Devorem. Proszę, nie dręcz mnie więcej, skoro możemy być tylko przyjaciółmi.

– O czym ty do licha mówisz? – dziewczyna nie miała pojęcia o co może mu chodzić.

Obrzucił ją ponurym spojrzeniem.

– Tego wieczora, kiedy się pokłóciliśmy, znalazłem cię w jego sypialni. Powiedziałaś mu, że go kochasz, on wyznał ci to samo.

– Matt… zostałeś do końca tej rozmowy? – obrzuciła chłopaka zagadkowym spojrzeniem.

– Nie byłem w stanie tego dłużej znieść, mi naprawdę na tobie zależy. Zresztą co to niby miałoby zmienić? Przecież go kochasz…

– Oczywiście, że go kocham – odpowiedziała dziewczyna ze słodkim uśmiechem na ustach – nie została mi poza nim żadna inna rodzina. Devor jest moim bratem.

Szarooki zaniemówił. Jego oczy pociemniały. Walczył teraz sam ze sobą. Z całego serca nienawidził Łowcy, a dziewczyna, w której się zakochał była z nim spokrewniona. Właściwie teraz kawałki układanki idealnie trafiły na swoje miejsce.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – warknął bardziej szorstko niż zamierzał.

Dziewczyna nie patrzyła na niego.

– Nie wiedziałam o tym, powiedział mi dopiero kilka dni temu, kiedy tu wróciliśmy, ale czułam to od samego początku. Czy znienawidzisz mnie z tego powodu?

Matthew już dawno podjął decyzję i wiedział, że nic nie jest w stanie na nią wpłynąć. Przekręcił się tak, ze Eliza znalazła się na plecach, a on nad nią. Dotknął jej policzka ciepłą dłonią, a potem ją pocałował. Wargi miał miękkie i delikatne, jakby nie był pewien czy dziewczyna tego chce. Jeszcze nigdy nie przeżyła takiego pocałunku. Był delikatny i czuły, a jednocześnie intensywny i pełen żaru. Wyciągnęła ręce spod kołdry i wplotła palce we włosy chłopaka. Odwzajemniła jego żarliwy pocałunek. Jej serce zaczęło szybciej bić. W końcu, niechętnie przerwał całowanie i odsunął się od niej odrobinę. Spojrzała mu w oczy. Była w nich niewysłowiona ulga i nadzieja.

– Nigdy nie mógłbym cię nienawidzić – szepnął.

Położył się na boku i przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w jego ramiona. Przesunęła się wyżej, tym razem to ona go pocałowała.

„Kocham cię” – usłyszała nieśmiałą myśl, którą chłopak za wszelką cenę starał się zatrzymać dla siebie – „jesteś dla mnie wszystkim”.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Obudziła się wtulona w aksamitne, czarne futro. Ziewnęła przeciągle. Przez duże okna do pokoju wpadało jasne, słoneczne światło. Pantera uniosła głowę przyglądając się ciekawie, dopiero co przebudzonej, dziewczynie. Królewna obdarzyła ją promiennym uśmiechem. Wstała przeciągając się rozkosznie. Mgliście pamiętała wydarzenia poprzedniego dnia. Wzięła szybki prysznic, wciągnęła na siebie wzorzystą, letnią koszulkę i jeansowe szorty.

– Jestem upiornie głodna – zwróciła się do wielkiego kota wchodząc do pokoju. – Chodźmy na śniadanie.

Pantera przeciągnęła się leniwie i zwinnie zeskoczyła z łóżka.

„Ładnie pachniesz” – usłyszała myśl szarookiego – „jesteś trochę za chuda, ale myślę, że wystarczysz mi na śniadanie”.

Drapieżnik przysunął się do niej, odsłaniając ostre zęby. Roześmiała się wesoło. Zbliżyła dłoń do łba wielkiego kota i podrapała go za uszami. Warknął na nią. Znowu się roześmiała. Ostentacyjnie odwrócił się od dziewczyny siadając na tylnych łapach. Wzruszyła ramionami i ciągle w świetnym humorze wyszła z pokoju.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

W jadalni, przy długim, obficie zastawionym stole, Sylwia i Wika kończyły właśnie jeść śniadanie.  Gdy pojawiła się Eliza, obie obdarzyły ją wesołymi uśmiechami, w ich oczach jednak wyczytała troskę. Przysiadła się do nich i od razu zabrała do nakładania sobie na talerz twarożku. Nie chciała, żeby przyjaciółki się o nią zamartwiały. Kiedy dziewczyny popijały kawę, a ona kończyła swój posiłek, do pokoju wszedł Devor, a za nim, z ponurą miną, dreptał smętnie Leldorin. Przywitały się z nimi przyjaźnie, wszystkie naprawdę zadowolone z widoku swojego gospodarza. Tylko siedząca w rogu pomieszczenia pantera nieufnie zjeżyła sierść.

– Witam drogie panie – odezwał się do nich uprzejmie.

Wika i Sylwia zarumieniły się pod jego spojrzeniem.

– Usiądziecie z nami? – spytała Eliza, w dalszym ciągu będąca w rewelacyjnym nastroju.

Obydwaj odsunęli krzesła i przysiedli się do kończących śniadanie dziewczyn.

– Mam dla was pewną informację, a właściwie głównie dla ciebie – zwrócił się mężczyzna do swojej niedawno odnalezionej siostry. Leldorin pobladł. Eliza poczuła się lekko zaniepokojona. – Oh nie, to nic złego – powiedział szybko Łowca, gdy ujrzał wyraz jej twarzy. – Zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie do Turris Aurarius, Złotego Dworu. Będą tam wszyscy przedstawiciele Sojuszu, gospodarzem jest twój dziadek. – Spojrzał jej poważnie w oczy. – Zrozumiem, jeżeli nie będziesz chciała tam pójść. Sam bym nie miał ochoty na twoim miejscu. Powiedzieli jednak, że to naprawdę ważne, żebyś się tam pokazała.

– Mylisz się Devorze – powiedziała, a w jej oczach pojawiły się złowrogie iskierki. – Bardzo chętnie tam pójdę. Wreszcie będę miała okazję przekazać im osobiście co o nich wszystkich sądzę.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Słońce zbliżało się ku zachodowi. Eliza siedziała na złotym piasku plaży wsłuchana w szum morskich fal. Obok niej, z rękoma splecionymi pod głową, leżał na plecach szarooki. Tego dnia był wyjątkowo poważny i milczący. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Położyła się przy nim kładąc mu głowę w zagłębieniu ramienia.

– O co tym razem chodzi? – spytała cicho.

Westchnął. Przyciągnął ją do siebie ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie.

– Naprawdę  chcesz iść na to przyjęcie? – odwrócił się na bok tak, żeby móc na nią patrzeć.

– Myślę, że tak – odparła odrobinę zaskoczona pytaniem. – Uważam, że to dobra okazja, żeby raz na zawsze uwolnić się od tego wszystkiego. Tym tak się martwisz?

Pokręcił głową.

– To tylko niewielka część tego. Sądzę, że musimy poważnie porozmawiać – spojrzał dziewczynie w oczy. – Muszę ci coś powiedzieć, zanim usłyszysz to od kogoś innego. Podejrzewam, że ci się to nie spodoba. Boję się, że mnie znienawidzisz.

Popatrzyła na niego poważnymi, niebieskimi oczami.

– Nie wydaje mi się, żebyś mógł powiedzieć coś, co zmieni moje uczucia względem ciebie.

Delikatnym gestem odgarnęła mu opadający na czoło niesforny kosmyk włosów. Uśmiechnął się do niej smutno.

– Uwierz mi, chciałbym, żeby tak było – szepnął. – Widzisz…

W tym momencie, pomimo tego, że słońce jeszcze nie do końca schowało się za horyzontem, na plaży pociemniało. Od strony morza zaczął wiać silny, porywisty wiatr. Zrobiło się naprawdę zimno. Jeszcze przed chwilą, spokojne fale, uderzały teraz o brzeg z wściekłą furią. Wszędzie dookoła rozbryzgiwała się morska piana. Usłyszeli przeraźliwe rżenie i dziwny, ponury warkot. Na wodzie zaczął tworzyć się ogromnych rozmiarów wir. Obydwoje zerwali się z piasku. Szarooki stanął tak, żeby znaleźć się pomiędzy dziewczyną, a rozszalałą kipielą.

– Biegnij! – rozkazał przekrzykując szum wiatru i huk morskich fal.

Obydwoje ruszyli pospiesznie w kierunku, osłoniętej magiczną barierą, twierdzy. Żadne z nich nie miało ochoty sprawdzać, co za chwilę wyłoni się z morza. Nie znaleźli się jednak daleko, kiedy poczuli niewidzialną, nie chcącą ich przepuścić, ścianę. Matthew zaklął szpetnie. Eliza, przestraszona nie na żarty, zerknęła w stronę stromego, piaszczystego brzegu. Z piany morskiej powoli wyłaniał się olbrzymi, czarny koń. Był niesamowicie piękny. Dziewczyna nigdy jeszcze nie widziała tak cudownego stworzenia. Jednak oczy rumaka płonęły czerwonym ogniem, a kiedy otworzył pysk, zamiast płaskich zębów roślinożercy, ukazały się ostre kły drapieżnika. Królewna wiedziała co to jest, mimo, że o takich stworzeniach do tej pory czytała tylko w baśniach.

– Kelpie – wyszeptała cicho – ale co on tu robi? Skąd ma w tym świecie moc?

Szarooki, którego słuch był znacznie lepszy niż u ludzi, zrozumiał słowa dziewczyny.

„Występuje w tutejszych legendach, o ile się nie mylę chyba mitologii celtyckiej…” – powiedział przerzucając się na kontakt myślowy. – „Nie jest stworzeniem jedynie z naszego świata, nie wiem tylko co robi w Bałtyku i czy mam z nim tutaj jakiekolwiek szanse.” – mimo ostatnich słów umysł chłopaka był wyjątkowo spokojny i opanowany.

„To dalej nie tłumaczy skąd ma moc.”

Nie mieli jednak czasu na dalszą dyskusję. Niesamowity rumak wyszedł z wody i dostojnym krokiem zbliżał się w ich stronę.

„Kiedy tylko zniknie bariera, biegnij!” – usłyszała ostatnią myśl chłopaka, a potem kontakt zniknął.

Tym razem przemiana szarookiego nie wyglądała już tak mistycznie i elegancko. Jego ciało po prostu zaczęło się przekształcać. Oczy chłopaka przybrały przerażającą, żółtą barwę, źrenice stały się pionowe, jak u kota. Ręce miał teraz zakończone długimi, wyglądającymi jak noże, pazurami, którymi bez większych problemów mógłby swoją ofiarę rozedrzeć na strzępy. Z jego łopatek wyrosły czarne jak noc, pokryte błoną skrzydła. Sam też stał się większy, nie osiągnął może monstrualnych rozmiarów, ale był teraz wyższy i bardziej muskularny niż mógłby kiedykolwiek być człowiek. Jego twarz wyglądała jak jakaś groteskowa maska. Warknął szczerząc ostre, groźnie wyglądające kły. Poprzez łączącą ich więź dziewczyna wyczuła furię chłopaka. W jego głowie nie było żadnych logicznych myśli, tylko żądza mordu, chęć rozerwania przeciwnika na strzępy. Pragnienie zapachu i smaku krwi.

Kiedy przemiana dobiegła końca, nie czekając, jednym susem rzucił się na stąpającego powoli po piasku konia. Czarny jak noc rumak stanął dęba młócąc kopytami powietrze. Z jego pęcin unosiły się strzępy czarnej mgły. Matthew wzbił się w powietrze. Zakończoną pazurami ręką musnął bok konia, zanim tamten zdążył odskoczyć. Kelpie zarżał wściekle. Kłapnął pyskiem, przesuwając ostrymi kłami po ramieniu szarookiego. Odwrócił się, próbując staranować demona kopytami. Matthew był jednak niezwykle zwinny i sprawnie unikał śmiercionośnych kończyn. Instynktownie wiedział, że w czarnym dymie zawarta jest magiczna trucizna.

Eliza stała przed samą barierą. Przerażona przyglądała się zajadłej walce. Z jej perspektywy, ruchy przeciwników były tak szybkie, że rozmazywały się przed oczami dziewczyny. W pewnym momencie Kelpie zmienił taktykę. Wyminął szarookiego i ruszył galopem w stronę dziewczyny. Demon, wykorzystując okazję, zbliżył się do olbrzymiego rumaka od tyłu. Długimi, ostrymi pazurami, przejechał mu po zadzie. Koń błyskawicznie wystrzelił z tylnych kopyt trafiając chłopaka w klatkę piersiową. Matthew, zaskoczony impetem uderzenia, nie zdołał utrzymać się w powietrzu i upadł ciężko na piasek. Zanim zdążył się podnieść, rumak stał już nad nim, gotowy stratować go kopytami. Królewna poczuła paniczny strach. W tym momencie powzięła decyzję. Za żadną cenę, nie pozwoli nikomu skrzywdzić szarookiego. Gdyby tu teraz zginął, nigdy nie byłaby w stanie sobie tego wybaczyć. Nie obchodziło jej, że był demonem, ani jak bardzo ją irytował, zdała sobie sprawę, że nie chce żyć w świecie, w którym nie byłoby Matthew.

– Kelpie! – zawołała czystym, mocnym głosem. Zaskoczony koń zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na nią. – Żadne z nas nie jest człowiekiem. Czego od nas chcesz?

W powietrzu rozległ się gromki, okrutny śmiech. „Zabiorę cię dzisiaj ze sobą na moją darń.” – usłyszała dochodzący zewsząd głos. – „On mi w tym nie przeszkodzi, nie ma tu żadnej mocy.”

– Mylisz się – powiedziała cicho dziewczyna i zamknęła oczy, szukając w myślach szarookiego.

Przekazała mu całą magię, jaką była w stanie zgromadzić, a potem przesunęła palcami po runach, które zostawił na jej ramionach Leldorin. Magiczna bariera opadła, koń zarżał zaskoczony. Matthew oprzytomniał. Błyskawicznie podniósł się z ziemi i rzucił na rumaka. Chlasnął go pazurami w szyję. Kelpie, nie mogąc dostać się do swojej mocy, która najwyraźniej działała jedynie pod osłoną bariery, rzucił się cwałem w stronę rozszalałego morza. Kiedy zanurzył się w wodzie, wiatr przestał wiać, a z ciemności wyłoniło się znikające za horyzontem słońce. Eliza zachwiała się na nogach. Spojrzała na Matthew. W jego oczach w dalszym ciągu widoczna była furia. Rzucił się na dziewczynę, przewracając ją na piasek. Pazurami przejechał po jej odsłoniętym ramieniu. Jęknęła z bólu.

– Matthew! Przestań! To ja! – krzyknęła jednocześnie na głos i w myślach chłopaka.

Szarooki odtoczył się na bok. Z powrotem przybrał swoją ludzką postać. Z rozszarpanego zębami Kelpie barku spływała krew. Chłopak zamknął oczy. Eliza wstała chwiejnie i podeszła do niego. Podrapane ramię sprawiało jej ból. Uklęknęła przy demonie.

– Przepraszam – wyszeptał, kiedy delikatnie dotknęła jego policzka.

Dziewczyna skupiła się na krwawiącej ranie szarookiego. Poszarpane ciało tak po prostu się zasklepiło, jakby nigdy nie został ugryziony. Królewna poczuła jak z jego krwioobiegu wypływa trująca, czarna mgła. Kiedy upewniła się, że nic mu nie grozi adrenalina opadła, a ona sama, tracąc przytomność, osunęła się na piasek.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Vivien stała na wzgórzu, a wiatr targał jej długimi włosami. Z bezpiecznej odległości obserwowała walkę. Jej migdałowe oczy były zimne i zawzięte. Dopiero, kiedy Kelpie wycofał się ku morzu i zniknął w głębinach, pojawiła się w nich iskierka wściekłości. Do samotnie stojącej kobiety podszedł starszy mężczyzna. Ubrany był w tweedowy garnitur. Jego wygląd przywodził na myśl profesora jakiejś wybitnej akademii. Pokręcił z politowaniem głową.

– Byłaś taka pewna swojego planu wiedźmo… Chyba teraz nadszedł czas, żeby ruch oporu wkroczył do działania – oznajmił oschłym, nie wyrażającym żadnych uczuć głosem. – Trochę szkoda dziewczyny… jest jeszcze taka młoda i zapewne o niczym nie wie. Wyższe cele jednak zawsze wymagają ofiar.

– Demon jest mój! – syknęła kobieta w odpowiedzi. – Nie pozwolę wam go zabić.

Staruszek spojrzał na nią lekko rozbawionym, dobrotliwym wzrokiem. Przypominał teraz kochanego dziadka, który właśnie tłumaczy wnuczce, dlaczego nie może zjeść biedronki.

– Nie poświęcimy wszystkiego dla twojej prywatnej zemsty, chyba nawet ty jesteś w stanie to zrozumieć. Miałaś już swoją szansę. Zawiodłaś.

– To nie moja wina, że ta głupia smarkula wytrzasnęła skądś tak potężne runy! Tkałam tę sieć od kiedy się tu zjawiłam. Kelpie miał zabrać królewnę ze sobą.

– Gdyby jej nie rozdarła, twój demon i tak by tam zginął. Jaka więc to dla ciebie różnica?

W oczach kobiety pojawiły się niebezpieczne błyski.

– Umierałby zdając sobie sprawę, że zawiódł swoją królewnę. Nigdy nie wymyśliłabym lepszej zemsty. Ponieważ jednak przeżył zadowolę się konwencjonalnymi metodami.

– Okrutna z ciebie niewiasta – starzec pokiwał głową z uznaniem. – Musisz jednak zrozumieć, że nie możemy dopuścić do spełnienia się tego proroctwa. W taki czy inny sposób dziewczyna zostanie wyłączona z gry. Jest kluczem do pokoju między ludźmi, elfami i demonami. Nawet nie wyobrażasz sobie kataklizmu, który taki pokój mógłby rozpocząć. To byłby koniec naszego świata. Ludzka rasa zostałaby zniewolona przez siłę demonów i magię elfów. Musimy z nimi walczyć, tak, jak czyniliśmy to od wieków. Inaczej zostaną tylko zgliszcza. Ta przepowiednia nie może się spełnić!

– Zrobię co w mojej mocy, żeby do tego nie dopuścić – powiedziała kobieta uroczyście, wpatrując się w odległy horyzont.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew był wściekły na Łowcę jak nigdy dotąd. Poprzez ograniczenie jakie na niego nałożył w swoim domu, szarooki nie mógł w ludzkiej postaci zanieść dziewczyny w bezpieczne miejsce. Stanął przed bramą posiadłości tuląc królewnę w ramionach. Nie potrafił się zdecydować co zrobić dalej. Nie chciał Elizy zostawiać samej, a jednocześnie wiedział, że królewna potrzebuje pomocy. Zadrapanie na jej ramieniu wyglądało naprawdę paskudnie, straciła sporo krwi, a przez używanie magii jej organizm był bardzo osłabiony. Odczuł niesamowitą wręcz ulgę kiedy przy bramie pojawił się Leldorin. Wystarczyło mu tylko, że spojrzał na zakrwawione ubranie dziewczyny, żeby zorientować się w sytuacji.

– Wyczułem obecność istoty ze świata cienia, szedłem właśnie sprawdzić co się dzieje – powiedział spokojnie. – Jeżeli pozwolisz, wezmę ją od ciebie. Musisz mi jednak powiedzieć co ją tak urządziło, żebym mógł zająć się jej raną.

Matthew niechętnie podał elfowi nieprzytomną królewnę.

– Ja – przyznał się cicho i zniknął za bramą w wirze srebrnej mgły, przeistaczając się w pełną gracji, czarną panterę.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Leldorin spojrzał w ślad za odchodzącym, drapieżnym kotem. Ucieszył się, że demon nie będzie im towarzyszył. Chciał przez chwilę porozmawiać z królewną sam na sam, zanim będzie za późno. Długo myślał nad tym, co powinien jej powiedzieć. Zaniósł dziewczynę do swojej sypialni i położył na łóżku nie przejmując się tym, że brudzi białą pościel krwią. Wymówił odpowiednie słowa i delikatnym strumieniem mocy uleczył jej ranę. Teraz czekało go trudniejsze zadanie. Musiał obudzić Elizę, żeby móc z nią porozmawiać. Było to trochę ryzykowne, ale uznał, że nie ma wyboru. Najwyżej odda jej trochę swojej własnej siły. Kiedy skończył kształtować swoją wolę dziewczyna otworzyła oczy. Niepewnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Chciała usiąść.

– Nie wstawaj – powiedział elf stanowczym głosem. – Jesteś na to zbyt słaba.

– Gdzie ja jestem? – spytała cicho.

– W moim pokoju – odpowiedział zawstydzony – ale nie ma teraz na to czasu. Chcę z tobą porozmawiać, to bardzo ważne, a czas nas nagli.

Spojrzała na niego pytająco.

– Więc słucham – powiedziała ciągle słabym głosem.

– Znasz na pewno historię czterech światów? – spytał z nadzieją w głosie, nie miał ochoty tłumaczyć wszystkiego od początku. Skinęła głową, jednak, tak jak się spodziewał, w jej oczach malowała się niepewność. Westchnął ciężko. – Od wieków istnieją cztery główne rasy – zaczął powoli myśląc jakby to wszystko najlepiej uprościć. – Jedna to elfy, które są istotami władającymi magią, to znaczy zmieniają rzeczywistość przy pomocy siły woli, tak jak ja. Druga to ludzie, którzy roszczą sobie prawo do władzy na podstawie tego, że rozmnażają się jak króliki. – Królewna uśmiechnęła się na tą uwagę, po raz pierwszy zdając sobie sprawę, że elf miał jako takie poczucie humoru. – Trzecią są demony, polegające na swojej sile i czarnej magii. Gdyby było ich więcej bez problemu mogłyby zniszczyć świat ludzi. Dlatego właśnie starożytni czarodzieje ograniczyli ich moc w tym miejscu. Czwarta rasa to istoty cienia, takie jak nimfy, centaury, smoki czy jednorożce. Są zazwyczaj niezwykle piękne i śmiertelnie niebezpieczne. Nadążasz za mną?

Spojrzała na niego wymownie.

– Wyobraź sobie, że mój iloraz inteligencji jest większy niż u przeciętnego „królika”.

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić – powiedział ugodowo elf. – Po prostu to bardzo ważne żebyś zrozumiała całą historię.

– Niech ci będzie – westchnęła, mimo iż nie wiedziała do czego czarodziej zmierza.

– Tak więc – kontynuował – między tymi rasami toczyły się długoletnie wojny o władzę nad światem. Były one przerażające i okrutne. Armie niszczyły wszystko na swojej drodze. Wreszcie, po kilkuset latach, zapanował niepisany rozejm. Przedstawiciele poszczególnych ras jednak nigdy nie potrafili dojść między sobą do porozumienia. W żadnym ze światów nie zapanował jak dotąd prawdziwy pokój. Dlatego właśnie powstał Sojusz Zjednoczonych Królestw. Jego podstawowym celem jest dążenie do pokoju. Są w nim przedstawiciele każdej z ras. Jedynie Władca Demonów nie zaszczycił nas nigdy swoją obecnością, jednak nie wypowiedział też, jak dotąd, otwartej wojny. Jego zaproszenie na obrady jest w dalszym ciągu otwarte, pomimo nienawiści jaką wszyscy darzą jego rasę.

Eliza pomyślała o Matthew. Była przekonana, że Sojusz ma marną wizję demonów, ponieważ poznali oni tylko wygnanych z własnego kraju przestępców, odbywających swą karę, w obcym, ograniczającym ich moc świecie. Burza uczuć kłębiąca się w szarookim z pewnością nie mogła należeć do żadnej doszczętnie złej istoty.

– I co to ma wspólnego ze mną? – spytała sceptycznie królewna.

– Oto właśnie chodzi, że wszystko. Jesteś dzieckiem z proroctwa.

Roześmiała się cicho.

– Niby jakie masz na to dowody? Słowo znienawidzonego przez was wszystkich Władcy Demonów?

– Na pewno wiele razy słyszałaś przepowiednię. Często powtarza się ją w naszym świecie. Wytłumaczę ci jej słowa.

Kiedy narodzi się magiczne elfie dziecko

Dni wojny zostaną nareszcie zakończone

Urodzi się ono z miłości zakazanej

Dlatego odnajdzie się w każdym z czterech światów

Władało będzie starożytną wielką mocą

Po elfich swych przodkach dumnie odziedziczoną

W jej żyłach płynąć musi dzika krew demonów

Dlatego wojowniczką  o wolność zostanie

I istot cienia cudownych nie z tego świata

By ich rasę z innymi zjednoczyć tą drogą

Wśród ludzi odnajdzie rodzinę zaginioną

Z nienawiścią w ten sposób wygrywając dumnie

Gdy wiek osiągnie dziedziczka ras odpowiedni

Przed wyborem wielkim będzie musiała stanąć

Co gwarancją będzie dla czterech ras pokoju

To właśnie w tobie płynie krew trzech ras. Twoja matka była driadą, istotą ze świata cieni. Twój dziadek jest królem elfów ze Złotego Dworu, a ojciec jest lub był, ponieważ nie wiem czy jeszcze żyje, demonem. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem usłyszawszy tę rewelację. Do tej pory nigdy nie słyszała niczego o swoim ojcu.

– Robisz sobie ze mnie żarty. To nie jest możliwe.

– Owszem jest i to właśnie odkrył Władca Demonów. Dlatego uważa, że jesteś dzieckiem z przepowiedni. Twoja matka tańczyła dla jednego z przedstawicieli tej rasy, a potem poczęła z nim dziecko – ciebie.

Eiza obrzuciła elfa niedowierzającym spojrzeniem, a potem przed oczami stanęła jej twarz szarookiego. Po raz kolejny musiała zweryfikować stereotypową, uznaną przez ludzi wizję demonów. Przez jej myśli przepłynęły wszystkie uczucia jakimi darzyła chłopaka, od potwornej irytacji i gniewu jakie w niej wywoływał, po czułość i niechęć do rozstawania się z nim choćby na krótką chwilę. Przypomniała sobie motyle w brzuchu jakie czuła w jego obecności i zdała sobie sprawę, że to wcale nie takie nierealne, że jej matka mogła zakochać się w demonie.

– Nie rozumiem tylko tego fragmentu o odnalezionej ludzkiej rodzinie – przyznał elf. – Jedynie to się w tym wszystkim nie zgadza.

– Devor jest moim bratem – powiedziała cicho dziewczyna. – Urodziła go moja matka.

Czarodziej wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Myślał nad czymś przez dłuższą chwilę.

– To by tłumaczyło naprawdę wiele rzeczy – przyznał wreszcie. – Sama więc widzisz.

– Nie Leldorinie, to nie zmienia innych faktów. Starożytna moc… wojowniczka walcząca o wolność, do tego jeszcze wygrywająca z nienawiścią. To proroctwo nie mówi o mnie.

– Przepowiednie nie muszą być dosłowne. Władasz bardzo potężną mocą, mimo, że nad nią nie panujesz. Ja sam nigdy nie zdołałbym uleczyć kogoś skażonego dotykiem cienia. Walka o wolność z kolei może równie dobrze oznaczać to, że nie chcesz słuchać niczyich rozkazów. Jeżeli w to wszystko nie wierzysz, to proszę po prostu przyjmij ten fakt do wiadomości. Będzie ci dużo łatwiej przyswoić sobie rzecz, którą mam do powiedzenia.

– Dobrze, niech ci będzie – powiedziała zrezygnowana dziewczyna.

– Przepowiednia ma dalszą część, która nie była przeznaczona dla uszu zwykłych poddanych. Prawdziwa wersja ukrywana była przez całe stulecia. Z tego co znają wszyscy został wycięty pewien istotny fragment. Myślę, że powinnaś go poznać. – Elf niechętnie wypowiedział słowa wiersza:

Gdy wiek osiągnie dziedziczka ras odpowiedni

Przed wyborem wielkim będzie musiała stanąć

Poślubić syna najmłodszego z Silva Magna

Czy Znienawidzonego , co pokój zapewni

W jej rękach spoczywa los wszystkich czterech krain

Oczy dziewczyny rozszerzyły się jeszcze bardziej.

– Ale Silva Magna w języku elfów oznacza Wielki Las, chcesz powiedzieć, że…

– Uwierz mi, robiłem wszystko, żeby do tego nie dopuścić – powiedział zbolałym głosem Leldorin. – Pomogłem ci uciec, dałem w prezencie potężnego demona na twoje rozkazy. Wcześniej, przez kilka miesięcy usiłowałem zmylić Łowcę, żeby w ogóle cię nie odnalazł. Jednak, jak przekonało się wielu przede mną, przeszkadzając proroctwu w spełnieniu się, tylko wpychasz wydarzenia na właściwe tory. W Złotym Dworze ogłoszą nasze zaręczyny i nic nie możemy z tym zrobić. Dziewczyna postanowiła, że nic mu na to nie odpowie. Nie zamierzała brać udziały w tej całej farsie.

– Wiem, że to twój pokój, ale jeżeli pozwolisz, chciałabym zostać sama. – Odwróciła się na bok, żeby nie patrzeć więcej na elfa.

– Dobrze – powiedział cicho.- Nawet nie wiesz jak bardzo mnie samemu się to wszystko nie podoba – stwierdził pojednawczym tonem i wyszedł z pokoju.

„Matthew!” – zawołała w myślach dziewczyna. – „Gdzie jesteś? Cholernie cię teraz potrzebuję.”

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Demon, pod postacią czarnej pantery, chodził niespokojnie po korytarzu. W głowie kłębiły mu się chaotyczne myśli. Skrzywdził ją! Miał ją chronić, a nie panując nad sobą ją zaatakował! Teraz odczuwał strach. Bał się, że kiedy dziewczyna się obudzi, nie będzie chciała go więcej widzieć. Cieszył się, że wtedy na plaży nie udało mu się wyznać jej całej prawdy. Nie wyobrażał sobie dalszego życia bez niej u swojego boku. Przypomniał sobie moment, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Siedziała roześmiana na kanapie w kawiarni. Towarzyszyły jej przyjaciółki, jadły jakiś deser. Kiedy doświadczył tego uśmiechu wiedział już, że nie będzie w stanie jej skrzywdzić. Przybył do tego świata z planem zabicia dziewczyny. Tak było by znacznie prościej. Jednak, gdy już ją spotkał, zwyczajnie nie mógł się na to zdobyć. Obserwował królewnę przez kilka długich miesięcy, a z każdym dniem, czuł do niej coraz większą sympatię. Wydawała mu się taka krucha, bezbronna i niewinna. Była w tym świecie jak pozostawiony sam sobie pisklak. Miał ochotę ją chronić. Mimo, że walczył z tym ze wszystkich sił, powoli zakochiwał się w dziewczynie. Kiedy spotkał Devora postanowił rozegrać z nim tą dziwną, małą grę. Pozwolił Łowcy sądzić, że sam jest wygnańcem i niczego na świecie tak bardzo nie pragnie jak powrotu do domu. Zbyt zadufany w sobie, nie przewidział tylko jednego, że w tym świecie Łowca będzie od niego silniejszy. Rozmyślanie przerwały mu rozpaczliwe i błagalne, formujące się w jego głowie słowa.

„ Matthew, gdzie jesteś? Cholernie cię teraz potrzebuję.”

Bez namysłu popędził korytarzem, zdecydowany jak najszybciej odnaleźć dziewczynę.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Czarny, drapieżny kot wśliznął się cicho do komnaty. Królewna leżała na łóżku wpatrując się w sufit. Odbił się lekko od ziemi i wskoczył na materac, kładąc się przy niej. Z zadowoleniem zauważył, że po ranie na ramieniu nie było żadnego śladu. O niedawnej potyczce świadczyć mogło tylko ubrudzone zaschniętą krwią ubranie. Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować dziewczyna przesunęła palcami po runach na ramieniu i na miejscu pantery leżał teraz szarooki chłopak.

– Nie powinnaś tego tak często używać – westchnął.

Zamilkł jednak kiedy zobaczył, że w oczach dziewczyny zalśniły łzy.

– Przytulisz mnie? – poprosiła niepewnie.

Matthew nic nie powiedział, niedowierzając własnemu głosowi. Po tym co stało się na plaży był przekonany, że dziewczyna będzie się go bała. Wszystko by dał, zgodził się zapłacić każdą cenę, byleby tylko móc ją przytulić. Poczuł niesamowitą ulgę na myśl, że go nie nienawidzi. Objął ją ramieniem, a ona położyła mu głowę w zagłębieniu barku. Drugą dłonią zaczął delikatnie gładzić jej włosy.

– Matt… – zaczęła cicho –  znasz słowa proroctwa?

– Aha, zna je każde dziecko w trzech krainach.

– Wierzysz, że ono dotyczy właśnie mnie?

– Wszystko by na to wskazywało – przyznał szczerze.

– A słyszałeś o wersie, który mówi, że mam poślubić księcia elfów? Leldorin mi go właśnie zadeklamował… Mówił, że to o niego w nim chodzi. Wcale nie był tym faktem zachwycony.

Matthew pocałował ją w czubek głowy. Nawet, jeżeli zauważyła, jak szybko bije mu serce, nic nie powiedziała.

– A ty co o tym sądzisz? – spytał, starając się mówić ironicznym tonem, jednak tak naprawdę, po prostu obawiał się tego, co mogłaby mu odpowiedzieć. – Chciałabyś zostać żoną księcia elfów?

– Żartujesz, prawda? Nawet gdybym nie spotkała ciebie, nie sądzę, żebym wytrzymała długo w towarzystwie tego ponuraka. Nie zrozum mnie źle. Naprawdę go lubię i jestem wdzięczna za jego pomoc, ale mentalnością znacznie bardziej nadawałby się na mojego dziadka niż męża.

Matthew roześmiał się słysząc tę ostatnią uwagę.

– W takim razie czego byś chciała? – zapytał.

– Chciałabym, żeby wszyscy dali nam spokój. Moglibyśmy znaleźć się gdzieś daleko stąd, w nieznanym nikomu miejscu. Chcę być tylko z tobą. Na niczym innym mi nie zależy. – Uniosła delikatnie głowę i popatrzyła mu w oczy. – Kocham cię Matthew – oznajmiła pewnym głosem.

Chłopak poczuł niesamowitą radość i niewypowiedzianą ulgę. Przytulił ją mocniej do siebie. Z powrotem położyła głowę na jego ramieniu.

– Ufasz mi? – spytał licząc na pozytywną odpowiedź.

– Tak – odpowiedziała cicho.

– W takim razie zostaw to mnie. Obiecuję ci, że nie będziesz musiała brać ślubu z żadnym cholernym elfem. Powinnaś tylko wierzyć w to co robię. Będziemy tylko my i tak jak byś chciała znikniemy gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie się wtrącał do naszego życia. – Zobaczył jak uśmiecha się sennie. – Teraz śpij, kociaku – powiedział cicho. – Musisz odpocząć.

– Dobrze, dobranoc – zgodziła się sennym głosem dziewczyna.

Zamknęła oczy, a jej oddech uspokoił się i wyrównał prawie natychmiast. Od razu zasnęła. Matthew urzeczony wpatrywał się w leżącą obok dziewczynę. Nie chciał spać, kiedy miał okazję trzymania jej w ramionach.

– Kocham cię – wyszeptał we włosy śpiącej królewny.

Jednak i on, wyczerpany wydarzeniami całego dnia, wkrótce zapadł w sen, nie przestając myśleć o ukochanej dziewczynie.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Stała na tarasie skąpana w promieniach zachodzącego słońca. Miała na sobie długą błękitną suknie o prostym, eleganckim kroju. Złote loki zaczesane były na bok, tak, że opadały luźno na lewe ramię dziewczyny. Była bardzo zdenerwowana. Wiele by dała za możliwość uniknięcia wieczornego balu. Całą swoją nadzieję pokładała w Matthew, który obiecał, że sam zajmie się rozwiązaniem ich problemów. Ufała mu całkowicie, nie miała jednak pojęcia w jaki sposób szarooki zamierza sobie z tym wszystkim poradzić. Kiedy tak o nim rozmyślała, chłopak podszedł do niej, obejmując ją od tyłu ramionami.

– Jesteś naprawdę śliczna – mruknął jej do ucha.

Pocałował delikatnie szyję dziewczyny. Oparła się o niego plecami, a wszystkie troski odpłynęły na dalszy plan. W jego ramionach czuła się cudownie. Cały otaczający ich świat przestał istnieć.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Niechętnie odsunęli się od siebie, kiedy do pokoju weszła mocno zaczerwieniona Sylwia. Do tej pory z nikim nie dzielili się swoimi uczuciami i obydwoje woleli, żeby tak na razie zostało. Wiedzieli, że mówienie o tym głośno, spowodowałoby jedynie dodatkowe problemy. Ruda czarownica miała na sobie zieloną, aksamitną suknię. Jej burza kasztanowych loków upięta była w niesforny kok.

– Eliza, jesteś już gotowa? – zawołała pełnym entuzjazmu głosem. Zarówno ona jak i Wika były zachwycone perspektywą wytwornego przyjęcia. – Musimy iść.

Królewna otworzyła szklane, balkonowe drzwi i weszła do pokoju , za nią, jak cień stąpał szarooki.

– Tak, myślę, że możemy iść.

Sylwia obrzuciła demona zdumionym spojrzenie. Miał na sobie czarne jeansy i koszulkę z dziwnym nadrukiem.

– Yyy… a ty nie idziesz? – spytała zaskoczona. Nawet nie przyszło jej do głowy, że właściwie w tym domu powinien być pod postacią pantery, a nie człowieka.

– Dołączę do was później. Muszę coś jeszcze załatwić.

Czarownica wzruszyła ramionami. Chwyciła Elizę za rękę i wyciągnęła oniemiałą dziewczynę z pokoju.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Przyjaciółki siedziały w eleganckiej, pomalowanej na biało bryczce. W ciemnej, połyskującej sukni szczupła sylwetka, czekającej na nie Wiki, wyglądała subtelnie i zmysłowo. Na koźle siedział ubrany w niebieską liberię, dostojnie wyglądający stangret. Kiedy tylko dołączył do nich Devor, ruszyli spod willi. Mężczyzna ubrany był w biało-niebieski mundur, tradycyjne odzienie potomka rodu królewskiego Terony. W takim stroju wyglądał niezwykle szarmancko i dystyngowanie. Dziewczyny co chwila rzucały mu ukradkowe, pełne podziwu i zachwytu spojrzenia. Powóz ciągnięty przez dwa piękne, białe, szlachetnej krwi konie, rączo potoczył się po piaszczystej drodze.

Dom Łowcy był samotnym, stojącym na wzgórzu budynkiem, otoczonym od wschodu i południa lasem. Na północy rozpościerała się piaszczysta plaża, a od zachodu prowadziła doń brukowana, kręta droga. W pobliżu nie było żadnych innych zabudowań. Devor zadbał o to, by jak najmniej niepożądanych obserwatorów kręciło się w pobliżu jego posiadłości. Jechali ścieżką prowadzącą przez las, a po pewnym czasie skręcili w kierunku plaży. Eliza była coraz bardziej zaniepokojona nieobecnością Matthew, po części ponieważ martwiła się o chłopaka, ale też dlatego, że bała się przeżyć to, co zdarzyło się w samolocie, kiedy Vivien postanowiła ich rozdzielić. Kiedy wyjechali z gęstych zarośli ich oczom ukazał się piaszczysty klif i spokojne, jedynie lekko pomarszczone falami, morze. W pewnym momencie woźnica pogonił konie. Zwierzęta popędziły przed siebie w swobodnym galopie. Zatrzęsło bryczką.

– Zatrzymaj się! – wrzasnęła spanikowana Wika.

Powóz mknął prosto w kierunku wysokiej skarpy. Przed nimi nie było nic, a pod nimi jedynie głęboka, morska woda.

– Spokojnie – uśmiechnął się Devor. Objął przerażoną dziewczynę ramieniem. – Tu właśnie jest brama. Nic się nam nie stanie.

Blondynka wtuliła się w niego drżąc. Eliza nigdy jeszcze nie widziała, żeby przyjaciółka się czegoś tak bardzo bała. Dla niej samej i dla Sylwii, takie przejścia między światami były rzeczą normalną. Przecież nie można było umieścić ich tam, gdzie ktoś mógłby na nie przypadkiem natrafić. Rozpędzone konie pognały dalej, za granicę klifu. Przez chwilę wydawało się jakby frunęły w powietrzu, a potem, ich kopyta dotknęły soczystej, zielonej trawy. Stangret kazał im zwolnić. Wjechali spokojnym kłusem do pięknego, liściastego lasu. Rosły w nim dziwne, nie znane gatunki drzew. Zawstydzona Wika odsunęła się od Devora z przepraszającą miną, mimo, że wyraźnie wcale nie miała na to ochoty. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Jechali tak ponad godzinę, kiedy ich oczom ukazał się wspaniały, skąpany w słonecznych promieniach pałac.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew nie chciał zostawiać Elizy samej. Czuł się bardzo nieprzyjemnie z myślą, że nie może jej chronić. Po wyjściu dziewczyn z pokoju wrócił na taras, zwinnie przeskakując przez barierkę. Sypialnia królewny znajdowała się na drugim piętrze, dla demona taka wysokość nie miała żadnego znaczenia. Lekko wylądował na ziemi. Wyszedł za bramę posiadłości. Kiedy znalazł się na piaszczystej plaży, przybrał postać sokoła wędrownego i płynnie wzbił się w powietrze.

Latanie pod postacią drapieżnego ptaka było niezwykle szybką formą pokonywania dużych odległości. Miało też jednak swoje wady. Bystry wzrok sokoła spoczął na lecącym samotnie gołębiu. Ptak był zdecydowanie niżej niż drapieżnik. Szarooki z bardzo dużą prędkością zanurkował w dół spadając prosto na swoją bezbronną ofiarę. Uderzył w skrzydło gołębia, tak, by samemu uniknąć urazu. Zraniony ptak zaczął się szamotać w powietrzu, spadając w dół. Sokół był jednak niesamowicie szybki. Chwycił ofiarę pazurami, skręcając jej przy tym kark.

Wściekły na siebie Matthew wylądował na jednej z wystających skał. Był zły, że nie potrafi zapanować nad instynktami drapieżnego ptaka. Nie miał jednak czasu do stracenia. Pozbył się martwego gołębia i ruszył w dalszą drogę, prosto przez magiczne przejście.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Szarooki stał na porośniętym wysoką trawą wzgórzu. Pozbył się swojego stroju należącego do świata ludzi. Teraz miał na nogach wysokie buty z miękkiej skóry, a nowe, wełniane spodnie były wpuszczone w ich cholewy i opasane rzemieniami. Na czarną koszulę wdział rozciętą po bokach, obramowaną srebrną taśmą tunikę, również w czarnym kolorze. Pokryta była rozmaitymi, haftowanymi srebrną nicią wzorami. Przepasany był szerokim, skórzanym pasem. Przez prawe ramię miał przełożony pendant  podtrzymujący misternie zdobioną pochwę, z której wystawała rękojeść dwuręcznego miecza. Szerokie ramiona chłopaka okrywała ciemna peleryna, której brzegi utkane były ze srebrnych nici. Zupełnie przestał przypominać zwyczajnego chłopaka, z wielkiego, zatłoczonego miasta. Matthew wyraźnie na coś czekał.

Z lasu na horyzoncie wyłonili się jeźdźcy. Pędzili ku niemu przez trawiastą równinę. Na szczycie wzgórza znaleźli się nadspodziewanie szybko. Spod kopyt rumaków unosiła się dziwna mgła, a zwierzęta zamiast oczu miały jedynie ciemne, zapadnięte oczodoły. Mimo tego, że wszystkie były potężnie zbudowane ich boki wyglądały na zapadnięte, jakby ktoś je specjalnie głodził. Żaden nie interesował się zieloną, soczystą trawą pokrywającą równinę. Jeźdźców było trzech, jeden z nich prowadził ze sobą luźnego wierzchowca. Kiedy zatrzymali się obok czekającego na nich demona, upiorny koń bez jeźdźca zarżał głośno. Chłopak podszedł do niego, uspakajająco kładąc mu dłoń na szyi. Ogier zadrżał ze szczęścia, rozpoznając swojego właściciela.

– Czemu nas wezwałeś? – spytał ostro jeden z siedzących na koniu ludzi. Był dobrze zbudowanym mężczyzną po czterdziestce. Miał zimne, niebieskie oczy i gładko zaczesane, jasne włosy. Gdyby nie chłodne, surowe spojrzenie i wyraz okrucieństwa wymalowany na twarzy byłby niewątpliwie bardzo przystojną osobą. Mimo skromnego ubioru bił od niego autorytet. Widać było, że nie jest kimś przywykłym do słuchania cudzych poleceń.

– Zmieniłem zdanie – odparł hardo Matthew. – Zgadzam się na twoją propozycję.

Tamten roześmiał się głośno. Srogie oblicze odrobinę pojaśniało.

– Co cię do tego skłoniło? – spytał z nutką drwiny w głosie.

Szarooki wskoczył zwinnie na siodło. Jedną ręką chwycił wodze, a drugą uspakajająco poklepał szyję wierzchowca.

– Poznałem ją – powiedział patrząc mężczyźnie odważnie w oczy – i myślę, że ty też powinieneś.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza jeszcze nigdy nie widziała tak wspaniałego miejsca. Cała budowla porośnięta była bluszczem o drobnych, złotych listkach. Sprawiało to niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że przepiękny śnieżnobiały pałac, przywodził na myśl ten, który można zobaczyć w Disneylandzie. Kiedy przejeżdżali przez bramę, królewna wychyliła się i zerwała mały, złoty listek. Gdy tylko dotknął jej dłoni natychmiast rozsypał się w migoczący pył, a na jego miejscu wyrósł od razu nowy. Sylwia zachichotała cicho.

– Magia elfów – powiedziała tajemniczo.

Eliza uśmiechnęła się do niej. Wszystkie trzy rozglądały się ciekawie z zachwytem w oczach, który rósł z każdą chwilą. Devor zaprowadził je bezpośrednio do niesamowicie udekorowanej, ogromnej sali balowej. Sufit zdobiły przepiękne freski, a pod sklepieniem unosiły się, leniwie machając skrzydłami, delikatne, złote motyle. Pod ścianami stały wysokie wazony, wypełnione przepięknymi białymi kwiatami. Przez wielkie, jasne okna wpadały do sali promienie słonecznego światła. Dziewczyny z zaciekawieniem przyglądały się różnorodnie ubranym gościom. Ludzkie kobiety miały na sobie bogato zdobione suknie i całe masy kosztownej biżuterii, elfki natomiast nosiły proste, jednobarwne szaty, a ich włosy, nadgarstki i szyje zdobiły różnokolorowe kwiaty. Jedynymi przedstawicielami świata cieni, były maleńkie, skrzydlate wróżki. Eliza patrzyła urzeczona jak latające urwisy znikają co chwila, siejąc wśród gości zamęt i zniszczenie, płatając im różnego rodzaju drobne psikusy. Maleńkie ząbki jednej z wróżek przegryzły sznur eleganckiego naszyjnika poważnie wyglądającej damy i perły z hukiem posypały się na posadzkę, odtaczając w różne miejsca. Dwie inne, w tęczowych sukienkach, zaczęły skręcać się ze śmiechu, usilnie machając skrzydełkami, żeby przypadkiem nie opaść na ziemię, trafiając na wymachujące pięści jakiegoś bogato odzianego mężczyzny z zaczerwienionym nosem. Jeszcze inna psotnica w zielonej sukience po kryjomu wrzuciła ślimaka do pucharu starszej hrabiny. Mimo, że bal się jeszcze na dobre nie rozpoczął, całe baśniowe towarzystwo najwyraźniej już dawno zaczęło się świetnie bawić. Devor odciągnął swoje towarzyszki odrobinę na bok.

– Przyszli moi rodzice – powiedział sarkastycznym tonem, wskazując na starszego mężczyznę odzianego w taki sam niebieski mundur, jaki on miał na sobie. Tyle, że mundur jego ojca ozdobiony był dodatkowo złotą, przewieszoną przez prawe ramię szarfą. Stała tam też dumnie wyglądająca kobieta w złocistej, sznurowanej na plecach sukni. – Poczekacie tutaj?

Wyraźnie było widać, że nie jest zachwycony perspektywą spotkania z królewską parą. Przyjaciółki zgodnie skinęły głowami. Łowca, przywdziewając na twarz uśmiechniętą maskę, poszedł przywitać się z rodziną. Eliza ukradkiem zerkała jak radzi sobie jej brat. Zauważyła małą, niesforną wróżkę w niebieskiej, koronkowej spódniczce, która podleciała do macochy Devora i z zadowoloną minką zaczęła rozsznurowywać jej gorset. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie na myśl o katastrofie, którą może wywołać to małe stworzonko, zwłaszcza, że królowa Milena nie wyglądała na specjalnie miłą osobę. Złotowłose maleństwo najwyraźniej jednak było dosyć niezdarną osóbką i zaplątało się w zwisające z gorsetu rozsupłane sznurki. Wróżka szamotała się, wplątana teraz również w długowłosą perukę damy. Królewna, niewiele myśląc, postanowiła jej pomóc. Impulsywnie ruszyła przed siebie, dołączając do oficjalnie rozmawiającego z rodzicami brata. Łowca na jej widok delikatnie pobladł na twarzy. Eliza nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Uśmiechnęła się uroczo do królewskiej pary. Królowa Milena rzuciła jej nieprzyjazne spojrzenie. Spurpurowiała na twarzy i już nabierała powietrza, żeby za pewne w jakiś sposób przegonić natrętną dziewczynę. Eliza jednak nie dała jej wypowiedzieć ani słowa.

– Nazywam się Elysoun Bellis Miye Maes – powiedziała uroczyście, a jej twarz zdobił niewinny uśmiech małej dziewczynki. – Jestem królewną z rodu Ardanienów, witam was w Turris Aurarius, na dworze mojego dziadka.

Zszokowany Devor wpatrywał się w nią niedowierzająco. Twarz królowej Mileny z czerwonej i wściekłej stała się śnieżnobiała. Kobieta była przerażona z powodu faux pas, jakiego o mało co nie popełniła. Król Terony natomiast uśmiechnął się do niej uprzejmie, jego uśmiech wyglądał na zupełnie szczery i przyjazny.

– Bardzo miło nam wreszcie poznać waszą wysokość – skłonił głowę, a jego małżonka szybko powtórzyła gest męża.

– Oh! Królowo Mileno, jaka wspaniała suknia! – wykrzyknęła Eliza zachwyconym głosem – Czy mogłabym poprawić waszej wysokości wiązanie z tyłu? Bo widzę, że pokojówka nie spisała się najlepiej.

Zadowolona z komplementu kobieta ochoczo dała królewnie przyzwolenie, narzekając jednocześnie wylewnie na jakość dzisiejszych służących. Eliza korzystając z okazji stanęła za plecami królowej, po drodze szturchając Devora. Miała nadzieję, że Łowca zauważy szamoczącą się wróżkę i zajmie czymś swojego ojca. Nie zawiodła się na nim. O tym, że zdał sobie sprawę z powagi sytuacji świadczyły jedynie jego przerażone oczy. Przeprosił grzecznie i odciągnął starego króla na bok. Królewna szybko wyciągnęła maleńkiego stworka, wkładając go niepostrzeżenie w fałdę swojego jedwabnego szala. Zawiązała sznurki gorsetu, zapewniając damę, że teraz wygląda wręcz idealnie, jak sama bogini. Potem przeprosiła ją uprzejmie, wymigując się wyimaginowanymi obowiązkami gospodyni.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Królewna weszła do wspaniałej, pałacowej oranżerii. Wyjęła z fałdy szala lekko podduszoną wróżkę. Stworzonko było wielkości jej smukłej dłoni. Dziewczyna doskonale znała zwyczaje wszystkich istot cienia. Od zawsze szukała sposobu na to, by dołączyć do swojej matki w lesie driad.

– Witaj mała siostrzyczko. Nic ci nie jest? – zwróciła się do na wpół przytomnej, złotowłosej istotki.

Tamta stanęła na jej ręce trzepocząc skrzydełkami. Obejrzała swoją wygniecioną sukieneczkę.

– Czy zechcesz mi nadać imię? – zapytała uroczyście.

Eliza zastanawiała się przez chwilę nad odpowiedzią. Wiedziała co to oznacza. Ponieważ wyświadczyła wróżce przysługę, tamta postanowiła zostać jej przyjaciółką. Wiązało się to jednak u nich z całkowitym oddaniem osobie, która nada takiej istocie imię, za jego niewymuszoną zgodą. Nie była pewna, czy chce przyjąć odpowiedzialność za opiekę nad tym maluchem. Wróżki były czymś w rodzaju plagi w trzech królestwach. Miały mentalność małych dzieci, a jednocześnie władały kapryśną i złośliwą magią. Zdawała sobie też jednak sprawę, że jeżeli odrzuci propozycję stworzonka, tamto może być tak zrozpaczone, że postanowi przestać istnieć, bo w ten sposób właśnie umierały wróżki. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. W końcu westchnęła zrezygnowana.

– Dobrze, od dzisiaj będziesz się nazywała Myosotis, a żeby było łatwiej, będę do ciebie mówiła Myo.

Istotka podskoczyła radośnie i zaczęła tańczyć na dłoni dziewczyny. Jej niebieska spódniczka wirowała dookoła przy każdym z szalonych piruetów. W końcu rozbrykana wróżka potknęła się o własne nogi i gdyby dziewczyna nie wykazała się refleksem, podtrzymując ją drugą ręką, spadłaby z jej dłoni na wyłożoną drobnymi kamyczkami ścieżkę. Tamta zamrugała zaskoczona. Jej szafirowe oczy zalśniły ze szczęścia.

– Chyba cię kocham – oznajmiła cichutkim, melodyjnym głosikiem.

Zatrzepotała skrzydełkami i wzbiła się w powietrze, podlatując do twarzy dziewczyny i składając na jej policzku słodkiego buziaka. Eliza nie potrafiła się nie roześmiać.

– Mogłabyś wrócić do mojego szalika? – poprosiła istotkę. – Musze wracać na przyjęcie… Chyba, że chcesz wrócić, do swoich siostrzyczek.

– O nie! – Myo wyglądała na naprawdę przerażoną tą perspektywą. – Idę tam gdzie ty – oznajmiła pewnie i zniknęła w fałdach szala królewny.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Kiedy królewna znalazła się z powrotem w balowej sali, wśród gości panowało wielkie poruszenie. Wszędzie słychać było oburzone głosy i konspiracyjne szepty. Ludzie byli z czegoś wyraźnie niezadowoleni. Z trudem odnalazła swoje przyjaciółki w podnieconym tłumie.

– Co się stało? – spytała zaciekawiona.

– Władca Demonów ma przybyć na bal – oznajmiła Wika, zadowolona, że może podzielić się z Elizą jakąś informacją, której tamta nie znała.

– Oczywiście był zaproszony, ale tak naprawdę nikt nie sądził, że mógłby się zjawić – wtrąciła Sylwia.

– Niedługo tu będzie, razem z trzema innymi demonami, właśnie przybył na dziedziniec – pisnęła jej do ucha Myo, która nie wiadomo w jaki sposób znalazła się na ramieniu dziewczyny.

Kiedy szerokie wrota sali balowej stanęły otworem, a w nich pojawił się zdyszany szambelan, wszyscy goście zamarli w oczekiwaniu na wielkie wydarzenie.

– Na uroczystości w Złotym Dworze przybyli zaproszeni goście – oznajmił drżącym głosem służący. – Jego wysokość, Lord Marcus Aquila Verreauxii, Władca Demonów oraz Książę Matthew Corvidae, Czarny Rycerz i Pan Zaginionego Królestwa.

Eliza poszukała wzrokiem Devora. Zobaczyła szok na jego twarzy. Później jej spojrzenie spoczęło w innym punkcie. Ujrzała szarookiego. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Jej błękitne oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Chłopak wyglądał imponująco, a zarazem złowieszczo. Królewna nawet nie podejrzewała, że może być jeszcze przystojniejszy, bardziej władczy i pociągający niż zwykle. Myliła się. Dziewczyna poruszyła wargami, jakby chciała coś powiedzieć, a Matthew podszedł do niej. Ujął jej dłoń i delikatnie pocałował. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Eliza, łapiąc z trudem oddech, dotknęła demona, jakby chciała się przekonać czy jest prawdziwy.

– Podoba ci się? – spytał, tak, żeby pytania nie mógł usłyszeć nikt poza nią.

– Podoba? – szepnęła oniemiała dziewczyna.

– Uznaję, że tak – zaśmiał się cicho.

Królewna bardzo chciała, żeby wszyscy sobie poszli. Niczego teraz bardziej nie pragnęła niż zostać z chłopakiem sam na sam. W pewnym momencie do ich własnego, zamkniętego świata przebiło się morze szeptów. Rozejrzeli się po zebranych, żeby sprawdzić co się dzieje. Do sali balowej wszedł odziany w prostą, białą szatę elf. Nie wyglądał ani młodo, ani staro, a raczej jakby zawiesił się gdzieś pomiędzy czasem. Tylko jego głębokie, tajemnicze oczy zdradzały wiekową mądrość.

– Marcusie, przyjacielu – zwrócił się do Władcy Demonów miłym tonem, jakby witał kogoś, kogo darzy zaufaniem i sympatią.

„Co by nie mówić, twój dziadek jest jednak świetnym dyplomatom” – zwrócił się do Elizy w myślach Matthew.

„Więc to jest mój dziadek?” – zapytała lekko zamyślona dziewczyna.

Szarooki potwierdził. Marcus Aquila Verreauxii podszedł do króla elfów i przywitał się z nim w równie przyjaznym tonie. Eliza po raz pierwszy zwróciła uwagę na osobę, którą wszyscy zebrani w sali goście uważali za śmiertelnego wroga. Mężczyzna sprawiał całkiem przyjemne wrażenie. Miał ostre rysy twarzy i drapieżną szczękę, ale w jego oczach zauważyła błąkające się, rozbawione iskierki. Mimo prostego, niczym nie zdobionego stroju, wyglądał dostojnie i władczo. Królewna dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, co właściwie Matthew robił w jego towarzystwie. Próbowała sobie przypomnieć jak szarooki został przedstawiony gościom. Przypomniało jej się, że padło tam słowo „książę”. Była ciekawa czy to taki sam, nic nie znaczący tytuł jak w jej przypadku „królewna”.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Król elfów, Tertulian Ardanien i Władca Demonów Marcus Aquila Verreauxii, potencjalni śmiertelni wrogowie, rozmawiali jak dwaj najlepsi przyjaciele. Zszokowani goście nie potrafili się zdecydować, czy powinni ignorować obecność demona czy może raczej mu nadskakiwać, skoro ich gospodarz traktował go tak uprzejmie. Jednak niespokojne myśli zaczęła rozwiewać muzyka, która na znak króla, znowu zaczęła grać. Atmosfera powoli stawała się coraz mniej napięta i weselsza. Ponownie rozpoczęły się tańce. Wino i miód pitny lały się strumieniami, a różnobarwne owoce znikały z ustawionych pod ścianami stołów.

– Chcesz zatańczyć? – królewna prawie podskoczyła słysząc głos szarookiego. Zamyślona, zupełnie zapomniała, że koło niej stoi.

– Właściwie, czemu nie – wzruszyła ramionami dziewczyna.

Matthew wziął ją delikatnie pod rękę i poprowadził na pełen wirujących postaci parkiet. Chwilę później rozpoczął się taniec bardzo przypominający menueta, z tą tylko różnicą, że nie zmieniało się partnera. Eliza nigdy nie pomyślałaby, że szarooki potrafi tańczyć, a już na pewno nie uwierzyłaby, iż sam to zaproponuje. Po skończonym utworze orkiestra zaczęła grać walca. Królewnie podobały się proste, rytmiczne ruchy i obroty, a już najbardziej do gustu przypadło jej to, że teraz mogła być zdecydowani bliżej chłopaka.

„Przejdziemy się? Z dala od wszystkich…” – usłyszała nieśmiałą myśl demona.

„Dobrze” – odpowiedziała po prostu.

Wspólnie opuścili salę balową i weszli do pałacowej, przeszklonej oranżerii. Rosło tam wiele wspaniałych egzotycznych roślin. Demon wziął dziewczynę za rękę i poprowadził w gąszcz cudownego ogrodu, zupełnie zbaczając z wyłożonej drobnymi kamyczkami ścieżki. Kiedy minęli wyginający się do ziemi pod ciężarem wielkich, szkarłatnych kielichów krzak, Matthew się zatrzymał. Przyciągnął do siebie królewnę i namiętnie pocałował. Potem wziął ją w ramiona i przytulił tak, jakby chciał ją tam ukryć przed całym światem. Eliza wtuliła twarz w jego wyszywaną srebrną nicią tunikę. Zaskoczył ją taki pokaz czułości ze strony szarookiego. Tego dnia chłopak stał się dla niej jedną wielką zagadką. W ogóle go nie poznawała.

– Eliza! Matthew! Jesteście tutaj? – usłyszeli natarczywe wołanie Sylwii.

Demon niechętnie wypuścił królewnę z objęć. Wrócili razem na ścieżkę. Przy wejściu do oranżerii stały jej przyjaciółki w towarzystwie Devora. Łowca miał ręce skrzyżowane na piersi i wyglądał na poważnie czymś urażonego. Ruda czarownica podbiegła do nich radośnie. Jej śladem ruszyła Wika idąc jednak wolnym, pełnym gracji krokiem, uwodzicielsko kołysząc biodrami. Długie rozcięcie z boku spódnicy, co jakiś czas odsłaniało jej zgrabną nogę. Eliza spostrzegła, że mimo naburmuszonej miny, jej brat nie spuszcza z jasnowłosej piękności wzroku. Sam jednak nie ruszył się z miejsca przy drzwiach.

– W interesującym towarzystwie się  obracasz – zwróciła się do szarookiego Wika.

– Co się stało? O co chodzi? – zaczęła entuzjastycznie wypytywać Sylwia. – Koniecznie musisz nam wszystko opowiedzieć! Po za tym nie wiedziałyśmy, że jesteś księciem.

Królewna dopiero teraz przypomniała sobie, że właściwie sama też była bardzo ciekawa odpowiedzi na pytania przyjaciółki. Zdziwiło ją jak mało istotne wydawały się jeszcze przed chwilą.

– Powoli i po kolei – zgasił jej entuzjazm Matt. – Nic się nie stało. Mamy z Elizą mały problem. Musiałem go jakoś rozwiązać. Zawarłem więc pewien układ z Marcusem. Z racji, że jest Władcą Demonów, a ja no cóż… jestem demonem… to chyba nie powinno wydawać się wam niczym dziwnym? – spytał ironicznie chłopak. – I tak, posiadam tytuł księcia, ale w tym towarzystwie to raczej nic nadzwyczajnego – uśmiechnął się drwiąco zerkając w kierunku Devora.

Niezbyt miła odpowiedź szarookiego sprawiła, że królewna odetchnęła z ulgą. Sama nie wiedziała dlaczego, ale cieszyła się, że dalej był tą samą zbuntowaną i sarkastyczną osobą. Sylwia wyglądała na bardzo rozczarowaną, Wika jednak postanowiła się nie poddawać. Obrzuciła chłopaka wyzywającym spojrzeniem.

– Nie zbędziesz nas tak łatwo. Chcemy wiedzieć, dlaczego on tu jest. Co skłoniło Władcę Demonów do przybycia na ten bal?

– Możliwe, że ja – przyznał szczerze Matthew. – Nie wykluczam jednak, że byłby tutaj, nawet gdybym się z nim nie dogadał. Naprawdę zależy mu na pokoju i wierzy, że to Eliza jest dziewczyną z przepowiedni.

– Na czym polega wasza umowa?- spytała rzeczowo królewna, która nagle zaczęła się bać.

Szarooki odwrócił się w jej kierunku. Spojrzał na nią poważnie.

– Tego jeszcze nie mogę ci powiedzieć, ale przyrzekam, że nie masz powodów do zmartwień.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Cała piątka wróciła wspólnie do balowej sali. Mimo tego, że bardzo się starały, nic więcej nie udało im się z demona wyciągnąć. Eliza rozejrzała się po komnacie szukając wzrokiem Myo. Była ciekawa, gdzie podziewa się jej nowa towarzyszka. Chciała ją przedstawić przyjaciołom, nigdzie jednak nie mogła wypatrzeć swojej wróżki. W pewnym momencie wśród gości zapanowało poruszenie. Król elfów dumnym krokiem wszedł na podwyższenie. Muzyka ucichła. Magicznie wzmocniony głos Tertuliana Ardaniena wyraźnie było słychać w całej sali. Wszyscy ucichli, by wysłuchać swojego gospodarza.

– Szanowni goście, nadeszła dla nas wiekopomna chwila. – Mówił złotowłosy elf spokojnym, rozważnym tonem. – Każde z was zna przepowiadające pokój słowa proroctwa. Nie wszyscy jednak słyszeli jego starannie ukrywany przez Radę Sojuszu fragment. Dzisiaj usłyszycie całość. Uważam, że każda osoba ma prawo poznać prawdę. Jutro, ponieważ zgromadzeni są tu przedstawiciele wszystkich czterech światów, co nie zdarzyło się od bardzo wielu już lat, z samego rana rozpoczną się obrady. Wreszcie nadszedł czas, w którym wszystkie cztery rasy, będą mogły zaznać prawdziwego pokoju.

Zgromadzeni na sali goście zaczęli bić gromkie brawa. Mieli już dosyć życia w ciągłej mobilizacji do wojny, martwiąc się o swoje rodziny i majątek. Nadzieja zmian, jaką ofiarowało im proroctwo, znaczyła dla większości z nich naprawdę wiele. Nawet, jeżeli miało oznaczać to koegzystencję z przerażającymi i znienawidzonymi przez wszystkich istotami jakimi były demony. Kiedy ucichli, na podwyższenie weszła odziana w srebrzystą szatę elfka. Zaczęła śpiewać czystym, delikatnym głosem, dokładając do prostych słów bardzo skomplikowaną, złożoną melodię.

Kiedy narodzi się magiczne elfie dziecko

Dni wojny zostaną nareszcie zakończone

Zrodzone będzie ono z miłości zakazanej

Dlatego odnajdzie się w każdym z czterech światów

Władało będzie starożytną wielką mocą

Po elfich swych przodkach dumnie odziedziczoną

W jej żyłach płynąć musi dzika krew demonów

Dlatego wojowniczką  o wolność zostanie

I istot cienia cudownych nie z tego świata

By ich rasę z innymi zjednoczyć tą drogą

Wśród ludzi odnajdzie rodzinę zaginioną

Z nienawiścią w ten sposób wygrywając dumnie

Gdy wiek osiągnie dziedziczka ras odpowiedni

Przed wyborem wielkim będzie musiała stanąć

Poślubić syna najmłodszego z Silva Magna

Czy Znienawidzonego , co pokój zapewni

W jej rękach los wszystkich czterech spoczywa krain.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Król elfów zaoferował Devorowi i jego towarzyszą gościnne komnaty. W pokoju Eliza odnalazła Myo, śpiącą jak gdyby nigdy nic, w fałdach swojego błękitnego szala. Matthew, który nie zgodził się zostawić dziewczyny samej, z zainteresowaniem spojrzał na maleńką wróżkę. Gdy tylko istotka oprzytomniała fuknęła wściekle na demona. Wzbiła się w powietrze zawzięcie machając skrzydełkami i sypnęła mu jakimś pyłem w oczy. Chłopak zaczął kaszleć, krztusząc się magicznymi drobinkami.

– Co zrobił mi ten mały, wstrętny potwór? – syknął wściekle nie mogąc powstrzymać kaszlu.

– Oh nic – odparła złotowłosa istotka słodkim głosikiem. – Na pewno zawsze miałeś ochotę pobyć miłym, uroczym króliczkiem.

Złocisty pył zaczął wirować. Jego okruchy pływały w powietrzu coraz szybciej i szybciej, aż w końcu po prostu osiadły na szarookim. W pewnym momencie chłopak po prostu zniknął, a na jego miejscu stał teraz oryginalnie wyglądający królik. Był niewielkich rozmiarów, jego sierść miała kolor hebanowego drewna, a na oczy opadała mu długa, postrzępiona grzywka.

– Hmm… – zdumiała się wróżka, ciągle unosząc się w powietrzu nad chłopakiem. – Dlaczego on jest czarny?! Powinien być różowy, albo przynajmniej biały! Jakim cudem stał się czarny?

Eliza zamrugała zdumiona patrząc to na królika to na latającą nad nim istotkę. Sięgnęła myślami w kierunku szarookiego, ale nic nie była w stanie wyczuć ani usłyszeć.

– Myo! Dlaczego to zrobiłaś? To mój przyjaciel! – starała się mówić spokojnym tonem, wiedziała, że krzycząc na wróżkę tylko ją zdenerwuje.

– Czyżby? – zapytała rozbawiona istotka. W jej oczach pojawiły się psotne iskierki. – Szkoda więc, że ten „przyjaciel” nie opowiedział ci jakie ma względem ciebie plany…

– O czym ty mówisz? – dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona. – Nawet gdyby chciał, nie mógłby mnie skrzywdzić. Łączy nas magiczna więź. Z jej powodu musi mnie chronić. Odczaruj go proszę.

Miała nadzieję, że może w ten sposób przemówi psotnemu maluchowi do rozumu. W niebieskiej spódniczce i z błękitnymi kokardami na dwóch złotych warkoczykach, wróżka wyglądała jak miniaturka pięcioletniej, ludzkiej dziewczynki.

– Słyszałam o czym rozmawiał z Władcą Demonów. Nie jest twoim przyjacielem. Okłamał cię i zdradził. Nie mówi ci prawdy. Lepiej będzie jak zostanie królikiem. Tylko dlaczego do diabła zrobił się czarny?

Eliza westchnęła zrezygnowana. Zastanawiała się gdzie Myo nauczyła się przeklinać.

– Dobrze, powiedz mi w takim razie o czym rozmawiali.

– Wstydzę się – odpowiedziała cicho wróżka patrząc w swoje sznurowane buciki.

Królewna usiadła na łóżku. Mała istotka podleciała do niej sadowiąc się na jej kolanach.

– Myo, musisz mi powiedzieć. Jeżeli nie chcesz o tym rozmawiać, po prostu go odczaruj.

– Nie! – jej wielkie błękitne oczka zapłonęły wojowniczo. – Nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić. Nawet demonowi! – dziewczynka zaczerpnęła głęboko powietrza. –  On mówił, że pozwoli mu cię zabrać. Masz popłynąć na jakąś wyspę. Sugerował, że w ten sposób spełni się proroctwo. I powiedział też, że twój pierworodny syn będzie należał do niego. A ten tutaj królik się zgodził! Nie możesz go wybrać! Nie zrobisz tego, prawda? – zapytała błagalnie. – Nie chcę płynąć na żadną głupią wyspę! – oznajmiła buntowniczo.

Eliza niewiele zrozumiała z przemówienia wróżki. Pierworodny? Jaką znowu wyspę? I co z tym cholernym proroctwem?

– Jaki on? – postanowiła pytać po kolei.

– No jak to jaki? Czarny Orzeł oczywiście!

– Kto? – zapytała jeszcze bardziej skołowana niż przed chwilą.

– Marcus, Władca Demonów!

– Myo, po prostu go odczaruj. Sama go zapytam. Nie okłamie mnie, potrafimy rozmawiać w myślach.

– Oh! –  wykrzyknęła lekko skonsternowana wróżka. – Tylko, że ja nie potrafię…

– Jak to?

– No bo to był magiczny pył królowej… – zaczęła nerwowo machać nóżką.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Królewna wzięła królika na ręce. Przytuliła go do swojej błękitnej sukienki. Spojrzała w jego szare, zimne oczy.

– Hmm, może i Myo ma rację. Naprawdę wyglądasz teraz słodko i uroczo.

Wróżka siedziała na poduszce i przypatrywała się całej scenie wzrokiem winowajcy. Czar miał się rozwiać sam po kilku dniach. Eliza jednak nie miała tyle czasu. Obrady, na których zapewne planują decydować o jej przyszłości, miały rozpocząć się za kilka godzin. Z powrotem usiadła na łóżku. Postanowiła po raz kolejny zdać się na runy, które narysował jej na przedramieniu Leldorin. Nie była tylko pewna ile tym razem zabiorą jej siły.  Posadziła królika na podłodze. Przesunęła dłonią po magicznych symbolach. W miejscu oryginalnego zwierzaka stał znowu szarooki. Zwinnie wyminął królewnę i złapał jedną ręką siedzącą na jedwabnej poduszeczce wróżkę. Tamta pisnęła naprawdę wystraszona. Chłopak chwycił ją za kark, tak, że istotka majtała nogami w powietrzu.

– Teraz urwę ci skrzydełka, ty głupi potworze – uśmiechnął się do niej paskudnie.

Myo krzyknęła przerażona i zaniosła się głośnym płaczem. Eliza pokręciła głową.

– Matt, zostaw ją. Ona nie chciała zrobić nic złego. Poza tym to jeszcze dziecko.

– To mały, złośliwy szkodnik – syknął chłopak w odpowiedzi, ale rozluźnił chwyt i przerażona wróżka spadła na materac.

Pozbierała się szybko i schowała za plecami królewny. Trzęsła się ze strachu. Dziewczyna spojrzała na szarookiego z wyrzutem.

– Już wszystko dobrze – szepnęła do swojej małej przyjaciółki, delikatnie głaszcząc ją po jedwabistych włosach. – Nic ci nie grozi. – Istotka przytuliła się do boku Elizy wczepiając palce w niebieski materiał jej sukni.

– Co to niby miało znaczyć? – Chłopak obrzucił je obie niechętnym spojrzeniem. – Zaczarowała mnie, a ty nie dość, że jej bronisz, to jeszcze teraz pocieszasz, jakby temu kurduplowi stała się jakaś wielka krzywda.

– Nie słyszałeś o czym rozmawiałyśmy, kiedy byłeś przemieniony? – zapytała zdziwiona dziewczyna.

Szarooki pokręcił głową.

– Obsypała mnie pyłem. Na chwilę znalazłem się w jakimś dziwnym miejscu, a potem wróciłem tutaj.

Królewna spojrzała na niego zaskoczona.

– Powiedziała mi, że słyszała twoją rozmowę z Władcą Demonów. Matt… o co w tym wszystkim chodzi?

– Dowiesz się jutro – odpowiedział poważnie, patrząc jej w oczy.

– Chcę wiedzieć teraz. Streściła mi to o czym rozmawialiście.

Chłopak obrzucił wściekłym spojrzeniem ciągle trzęsącą się ze strachu wróżkę.

– Eliza… – powiedział cicho – musisz mi po prostu zaufać.

Usiadł przy niej próbując ją objąć ramieniem. Gwałtownie odsunęła się od niego.

– Czy to co powiedziała było prawdą? – Nagle coś jeszcze przyszło jej do głowy. – Czy to ty jesteś tym „Znienawidzonym” z przepowiedni?

Wpatrywała się w niego intensywnie, czekając, żeby zaprzeczył. On jednak tylko niechętnie skinął głową.

– Eliza… – zaczął.

Nie dała mu skończyć.

– Ty draniu! Oszukałeś mnie! – syknęła dziewczyna.

– Zdawałaś sobie przecież sprawę kim jestem – odwarknął w odpowiedzi, reagując na jej gniewny ton. – Nigdy nie miałaś nic przeciwko temu.

– Teraz też bym nie miała, gdybyś powiedział mi prawdę. Wiedziałeś od samego początku! Dlaczego to wszystko przemilczałeś? Jak mogłeś tak kłamać?! Zostaw mnie w spokoju! – Chłopak chciał coś powiedzieć. Patrzył na nią wahając się przez chwilę. – Wynoś się! – wrzasnęła rzucając w niego pierwszą z brzegu poduszką.

Wyszedł z komnaty wściekle trzaskając drzwiami.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Eliza opadła na poduszki. Była wściekła. Może i szarooki nie kłamał dziewczynie prosto w oczy, ale od samego początku nie mówił jej całej prawdy. Poza tym coraz bardziej martwiły ją chaotyczne słowa wróżki. Najwyraźniej umowa Matthew z Władcą Demonów wcale nie była czymś przyjemnym.

– Gniewasz się na mnie? – usłyszała cichy zasmarkany głosik.

– Nie, to nie na ciebie się złoszczę – powiedziała cicho królewna.

Wstała z łóżka, szybko umyła się i przebrała w koszulę nocną. Potem położyła się z powrotem.

– Nie lubisz mnie? – znowu niepewnie odezwała się wróżka.

Dziewczyna westchnęła.

– Lubię. To co się stało, to nie twoja wina – zwróciła się do małej, zapłakanej istotki. – Chodź tutaj.

Myo natychmiast przysunęła się do niej. Eliza pozwoliła jej położyć się w zagłębieniu swojego ramienia. Stworzonko przytuliło się do niej ufnie.

– Zaśpiewasz mi coś? – spytała wróżka z nadzieją w głosie.

– Dobrze – odpowiedziała dziewczyna jedną ręką gasząc płomyk magicznej, stojącej przy łóżku lampki.

„Był sobie król, był sobie paź i była też królewna
żyli wśród róż, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna”

Śpiewała cicho królewna, delikatnie głaszcząc Myo po złotych lokach. Niedługo po tym jak wróżka odpłynęła do krainy marzeń, sama też zasnęła, mimo dręczących ją nieprzyjemnych myśli.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Długi korytarz oświetlony był setkami jasnych, magicznych ogników. Wkurzony szarooki chodził w tę i z powrotem po kamiennej posadzce. Co za głupia dziewucha! Dlaczego ona niczego nie rozumie?! Był zły na Elizę, na głupią małą wróżkę z zza długim językiem, a najbardziej na siebie, ponieważ nie potrafił rozegrać tego lepiej. Zwyczajnie liczył na to, że dziewczyna po prostu mu zaufa. Teraz martwił się o to, czy nie straci jej w tak idiotyczny i bezsensowny sposób. Nie mógł  jednak niczego królewnie wytłumaczyć. Złożył Marcusowi obietnicę. Będzie musiał poczekać na rozwój wypadków następnego dnia.

Zza zakrętu korytarza wyszła Wika. Cała rozpromieniła się na widok Matthew. Chłopak rzucił jej ponure spojrzenie. Chciał teraz być sam. Dziewczyna w dalszym ciągu miała na sobie czarną, podkreślającą jej zgrabną sylwetkę, suknię. W tym stroju czuła się bardzo pewna siebie. Szarooki zaczął zastanawiać się czy ta przypadkiem nie jest jakąś masochistką. Ile razy by jej nie odrzucił, zawsze wracała spróbować znowu. Pomyślał, że powinien namówić Elizę, żeby wreszcie jej o nich powiedziała, a zaraz potem przypomniał sobie, że wcale nie jest pewien czy on i królewna właściwie byli parą. Spochmurniał jeszcze bardziej.

– Hej, co tu robisz? – spytała jasnowłosa piękność.

– Rozmyślam. W samotności. – Dodał z naciskiem na to słowo.

– Świetnie, w takim razie potowarzyszę ci trochę – uśmiechnęła się w ogóle nie zrażona, uznając sarkazm Matthew za zaproszenie.

Chłopak nie był w nastroju, żeby się silić na jakąkolwiek grzeczność. Z nadludzką prędkością zbliżył się do dziewczyny. Była tym tak zaskoczona, że cofnęła się opierając plecami o misternie tkany, piękny gobelin, przedstawiający jakieś barwne ptaki. Szarooki położył obie dłonie na ścianie, tuż przy ramionach Wiki. Zbliżył twarz do jej twarzy, zupełnie tak, jakby chciał ją pocałować. Dziewczyna wstrzymała oddech. Przymknęła oczy.

– O d c z e p  s i ę  o d e m n i e . . . – wycedził chłopak przez zęby artykułując oddzielnie każde słowo. – Nie jesteś w moim typie. Nic od ciebie nie chcę.

Blondynka zamrugała. Na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy. Czuła się upokorzona i cholernie nieszczęśliwa.

– Ale… – wyszeptała cicho.

– Nie ma żadnego „ale” – syknął odsuwając się od niej. – Gdybyś nie była taka głupia i ślepa już dawno zauważyłabyś, że nie masz u mnie żadnych szans. Dla mnie istnieje tylko Eliza.

– Eliza? – dziewczyna wyglądała na naprawdę zaskoczoną i zmieszaną. – Myślałam, że ona i Devor…

Chłopak prychnął rozbawiony. Przypomniał sobie chwilę, kiedy sam tak myślał.

– Czy ty naprawdę nie widzisz w jaki sposób ten idiota na ciebie patrzy? Za każdym razem, gdy cię widzi, wodzi za tobą cielęcym wzrokiem. Biedny, zakochany głupiec – zadrwił szarooki.

– Devor? Za mną? Naprawdę? – dziewczyna patrzyła na Matthew powątpiewająco, jakby sądziła, że tamten stroi sobie z niej żarty.

– Jak mi nie wierzysz, to sama się przekonaj. A teraz stąd spływaj. Chcę zostać sam.

Wika z niepewną miną ostatni raz spojrzała na chłopaka i zniknęła za rogiem długiego korytarza.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

– Skąd mogliśmy wiedzieć, że Władca Demonów pojawi się tu osobiście? – zakapturzona postać zwróciła się cicho do Vivien.

Stali tuż na granicy lasu. Chcieli być w miejscu do którego nie dociera magia elfów.

– To nawet lepiej – uśmiechnęła się wiedźma patrząc na mężczyznę z groźnymi błyskami w oczach. – Uważam, że nie powinniśmy zmieniać planów. Zmienimy jedynie ich obiekt.

Mężczyzna skinął głową.

– To nasza ostatnia szansa. Nie udało ci się jej zabić przy pomocy czarnej magii, nie pomogło także rozdzielenie magicznej więzi, twoja umowa z Kelpie okazała się nic nie warta. Nie zawiedź i tym razem wiedźmo.

Kobieta spojrzała na niego urażona.

– Jestem jedyną osobą, jaką macie w Radzie Sojuszu. Musicie na mnie polegać – warknęła. – Nie macie innego wyjścia.

– Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien – powiedział rozbawiony i zniknął w gęstej, porannej mgle.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Tej nocy Łowca i jego przyjaciele spali w gościnnych komnatach Złotego Dworu. Rankiem Devor stawił się na zgromadzeniu Sojuszu Zjednoczonych Królestw. Posiedzenie odbywało się na samym szczycie wysokiej, wschodniej wieży. Komnata w której się wszyscy zebrali była przytulnie urządzonym, okrągłym pomieszczeniem. Na dole przy schodach stało czterech elfich strażników, przed samymi drzwiami pokoju, dwóch kolejnych. Na środku sali znajdował się stół, na którym rozłożone były mapy. Pod ścianami stały wysokie, wygodne fotele. Połowa z nich była już zajęta. Łowca wszedł do środka pewnym krokiem i zajął miejsce przy boku swojego ojca Wilhelma Vayandara, króla Terony. W komnacie oprócz nich znajdowało się jeszcze pięć osób. Byli tam Leldorin, wraz ze swoim ojcem, królem Travianem, wodzem leśnych elfów i panem w Silva Magna – Wielkim Lesie oraz starszym bratem Erevanem. Pod ścianą, najdalej od drzwi, siedział rozparty w głębokim fotelu Marcus Aquila Verreauxii, Lord Północnych Ziem i Władca Demonów, a obok niego, z ponurą miną przycupnął, znienawidzony przez Devora, Matthew. Łowca nienawidził demona z całego serca. Nie dość, że reprezentował sobą wszystko co było w tej rasie najgorsze, to jeszcze śmiał go oszukać i podstępem wkraść się do jego własnego domu oraz w pobliże jego ukochanej siostry, która zaczęła dla Devora w ciągu ostatnich tygodni znaczyć o wiele więcej, niż cała jego dotychczasowa rodzina.

Nie czekali długo, kiedy do zgromadzonych dołączyły dwie kobiety. Jedną z nich była Vivien. Towarzyszyła swojej mistrzyni, Pani Doliny Cienia, Anastazji. Kobieta wyglądała na bardzo wiekową. Gdy usiadła w fotelu, młodsza towarzyszka otuliła ją starannie ciepłym, wełnianym pledem. Na koniec do komnaty wszedł król Tertulian Ardanien w towarzystwie smukłej dziewczyny, o zielonej połyskującej skórze i srebrnych włosach. Łowca wiedział, że to posłanka świata cieni, leśna bogini o wdzięcznym imieniu Anas. Teraz byli tu już w komplecie. Pierwszy raz od kilkudziesięciu lat na obradach zebrali się przedstawiciele wszystkich czterech ras.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Przyjaciółki siedziały na trawie w przepięknym, pałacowym ogrodzie. Otaczały ich krzewy żółtych i pomarańczowych róż. Eliza zdecydowała się przedstawić im Myo i teraz zarówno Sylwia jak i Wika rozpływały się nad urodą i niezwykłością małej wróżki. Istotka wirowała dookoła nich tańcząc w powietrzu, zachwycona poświęcaną jej uwagą i entuzjazmem.

Po pewnym czasie zbliżyła się do nich, ubrana w białą szatę, niezwykłej urody elfka. Miała długie kruczoczarne włosy, opadające na ramiona burzą czarnych loczków. Jej fiołkowe oczy wydały się Elizie wypełnione bezgranicznym smutkiem i tęsknotą, była w nich jednak również jakaś dziwna determinacja.

– Jestem Aveel – przedstawiła się podchodząc do siedzących na trawie dziewczyn. – Mój ojciec, król Ardanien, prosi was, żebyście udały się do komnaty narad.

Przyjaciółki popatrzyły po sobie zdziwione. Królewna nie zamierzała słuchać niczyich rozkazów, ale tym razem ciekawość zwyciężyła i wszystkie cztery podążyły za elfką.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Minęły strażników i krętymi schodami doszły do przytulnie urządzonego pomieszczenia na szczycie wieży. Kiedy weszły do środka, burzliwa dyskusja jaką toczyli zebrani, natychmiast ucichła. Eliza rozejrzała się po komnacie. Spostrzegła, że wszyscy, po za samym gospodarzem i siedzącą koło niego zielonoskórą kobietą, rzucają co jakiś czas nieufne, lękliwe i pełne wrogości spojrzenia w kierunku siedzących w głębi pomieszczenia demonów. Lord Marcus zachowywał się tak, jakby nie zauważał otaczającej go napiętej atmosfery. Matthew na widok wchodzącej do komnaty Elizy przybrał na twarz chłodną, obojętną maskę. Dziewczyna postanowiła go po prostu ignorować. Później znajdzie czas, żeby z nim porozmawiać sam na sam, a rozmowa ta na pewno nie będzie miła.

– Teraz nareszcie jesteśmy w komplecie – oznajmił z delikatnym uśmiechem elfi król ze Złotego Dworu. – Poznajcie proszę panienki Weronikę Kownacką, która, jeżeli się zgodzi, będzie przedstawicielką świata zewnętrznego oraz Sylwię Gorianov, czarownicę mówiącą w imieniu swojego rodu. – Spojrzał pytająco na unoszącą się nad ramieniem Elizy wróżkę. – Tej panienki się tutaj nie spodziewałem i z przykrością muszę przyznać, że nie znam jej imienia. Czy zechcesz jednak reprezentować królową Ainę wróżko?

Myo zmieszała się odrobinę i szepnęła coś do ucha Elizy.

– To Myosotis, moja towarzyszka. Zgadza się bronić interesów królowej baśniowego ludu, ale mówi, że nie jest już dłużej jej poddaną.

Elf obdarzył królewnę pełnym uznania uśmiechem.

– Wszyscy znacie zapewne także moją córkę, Aveel. Zostanie na obradach u mojego boku.

Wskazał Sylwii, Wice i Aveel wolne fotele. Eliza została na środku komnaty zupełnie sama. Nie do końca wiedziała co ma ze sobą zrobić. Cieszyła się, że przynajmniej Myo ciągle unosi się nad jej ramieniem,

– Chciałbym wam także przedstawić – kontynuował elf spokojnym głosem – Elysoun Bellis Miye Maes, Kwiat Zachodzącego Słońca, Królewnę z rodu Ardanienów, Lady Północnych Ziem i jedyną córkę Lorda Marcusa Aquila Verreauxii, Władcy Demonów.

W komnacie zapanowała cisza, a potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Eliza stała wpatrując się niedowierzająco w Marcusa, na którego twarzy błąkał się teraz zadowolony uśmieszek. Przerzuciła spojrzenie na szarookiego.

„To dlatego nie chciałeś mi niczego powiedzieć?” – syknęła z wyrzutem nawiązując z demonem myślowy kontakt.

„Teraz rozumiesz?” – spytał niepewnie, a jego obojętna maska opadła. Patrzył na królewnę pełnym nadziei wzrokiem.

„Tak, rozumiem i za to nienawidzę cię jeszcze bardziej.” – oznajmiła, ale nie zerwała kontaktu z chłopakiem.

Szarooki wzdrygnął się zaskoczony. W jego umyśle pojawił się przeogromny smutek i ból. W tej formie kontaktu nie można było kłamać. Jeżeli dziewczyna oznajmiła, że go nienawidzi, to czuła tak naprawdę.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Leśna bogini, Anas, wstała. Jej srebrzysta, mocno uwydatniająca kształtne ciało tunika, zafalowała. Materiał niesamowicie kontrastował z jej zielonkawą skórą.

– Czy uznajecie w królewnie Elysoun dziecko z przepowiedni? – spytała dźwięcznym głosem.

– Może i jest przedstawicielką trzech ras, ale nie ma w niej ani kropli ludzkiej krwi – odezwała się Vivien.

– Wiedźma ma rację – przytaknął kobiecie ojciec Devora. – Nie może reprezentować ludzkiej rasy, nie ma w tym żadnego interesu.

– Proroctwo nie mówi o tym, że w jej żyłach ma płynąc ludzka krew – wtrącił cicho Leldorin. – Przepowiednia głosi jedynie, że wśród ludzkiej rasy odnajdzie swoją rodzinę.

Aveel popatrzyła na elfa swoimi pięknymi fiołkowymi oczami z wyrzutem, jakby miała mu za złe, że odezwał się w obronie dziewczyny.

– To nie zmienia faktu, że nie o niej mówi proroctwo – uśmiechnęła się Vivien.

– Właśnie, że zmienia – wtrącił się Łowca. – Mamy tę samą matkę. Eliza jest moją siostrą.

Wśród zebranych rozległ się niedowierzający pomruk.

– Czy to prawda Wilhelmie? – spytał Travian, wódz leśnych elfów, zwracając się do króla Terony. – Matką Devora jest driada?

– Tak, to prawda – niechętnie przyznał tamten. – Nie mogę powiedzieć jednak, że ta sama nimfa urodziła królewnę Elysoun.

– Ja mogę – powiedział Łowca pewnym głosem. – Sama mi to powiedziała, tuż przed śmiercią. Byłem ostatnią osobą dla której tańczyła.

– W takim razie ustalone – ucieszył się król z Turris Aurarius. – Miło mi także poznać mojego wnuka – spojrzał na Devora uśmiechając się delikatnie. – Czy ktoś jeszcze zgłasza jakieś zastrzeżenia?

– Ja, ojcze – odezwała się Aveel delikatnym głosem. – Mamy na to tylko ich słowa. Sprawdźmy czy mówią prawdę.

– Zgoda – odpowiedział gospodarz.

Elfia dziewczyna wstała i podeszła do Elizy. Wzięła ją za rękę i zaczęła śpiewać. Wraz z narastaniem jej głosu po pokoju powoli snuła się świetlista sieć. Sięgała coraz dalej i dalej. Otoczyła kołem królewnę, a potem zatrzymywała się przy niektórych osobach, a inne zupełnie omijała. Kiedy Aveel skończyła pieśń świetliste koła otaczały oprócz królewny jeszcze Marcusa, Devora i  Tertuliana.

– Więc teraz nasze słowa są już potwierdzone? – spytał cichym, groźnym głosem Władca Demonów. Zebrani niechętnie skinęli głowami. – W takim razie przejdźmy do rzeczy. Chciałbym jak najszybciej się da opuścić to miejsce.

– Wszyscy chcemy mieć to za sobą Marcusie – powiedziała uspakajająco Anas.

Aveel usiadła z bardzo nieszczęśliwą miną. Eliza ciągle stała na środku komnaty nie wiedząc co ze sobą zrobić. Bardzo jej się nie podobało, że ciągle mówią o niej, jakby była rasową świnką morską, a nie myślącą istotą. Wyglądało to tak, jakby po prostu mieli zamiar ją przehandlować. W tym momencie nienawidziła nie tylko szarookiego.

– W takim razie, jeżeli wszyscy się zgadzamy, niech dokona wyboru – odezwał się wódz leśnych elfów. – Zgodnie z postanowieniami traktatów i słowami proroctwa, przyprowadziłem mojego najmłodszego syna, księcia Leldorina z Silva Magna, Czarodzieja Białej Magii.

Złotowłosy elf wstał niechętnie i podszedł do królewny. Wyglądał jak z obrazka. Bardzo smutnego malowidła. Skłonił przed dziewczyną głowę. Milczał. Teraz odezwał się Władca Demonów.

– I ja przyprowadziłem swojego kandydata. Książę Matthew Corvidae, Czarny Rycerz i Pan Zaginionego Królestwa – powiedział to z drwiącym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust.

Szarooki spojrzał na Elizę przepraszająco i stanął u boku Leldorina. Devor patrzył zszokowany na demona. Na jego twarzy malował się gniew.

– To ty musisz dokonać wyboru – powiedział król Tertulian Ardanien, pierwszy raz kierując jakiekolwiek słowa bezpośrednio do dziewczyny.

To przekroczyło wszelakie granice. Królewna już po prostu nie była w stanie więcej wytrzymać.

– Czy wy naprawdę wszyscy uważacie, że możecie się tak po prostu pojawić i decydować o moim życiu? – wrzasnęła. – Przez dwadzieścia lat nic was nie obchodziłam! Teraz przychodzicie do mnie i mówicie, że to ode mnie zależy pokój na świecie! Nie obchodzą mnie wasze idiotyczne wojny, gdybyście byli chociaż odrobinę mądrzejsi już dawno sami byście sobie z tym wszystkim poradzili. Jestem dla was jedynie pretekstem! – dziewczyna rozkrzyczała się już na dobre. – Nie będę waszą cholerną marionetką. Nie zamierzam poślubić żadnego z waszych kandydatów. To nie o mnie mówi to idiotyczne proroctwo. – Spojrzała wymownie na Władce Demonów. – Ojcze – powiedziała drwiąco – naprawdę sądzisz, że możesz się tak po prostu pojawić i decydować o tym co mam robić? Do tego jeszcze miałeś zamiar wydać mnie za jednego ze swoich pupilków, żeby dzięki niemu mieć dziedzica? Niedoczekanie twoje! – Teraz wściekłym spojrzeniem omiotła Tertuliana. – Dziadku, jesteś osobą ślepą lub zupełnie bez serca. Za Leldorina powinieneś wydać swoją córkę, Aveel, ponieważ jest w nim zakochana bez pamięci. Ja nie jestem i nigdy nie będę. – Dziewczyna pokręciła głową. Miała zdeterminowaną i ponurą minę. – Chcę tylko, żebyście wszyscy zostawili mnie w spokoju i nie wtrącali się do mojego życia!

„Na podłogę i zakryj uszy” – warknęła w myślach do Matthew, sama łapiąc ciągle unoszącą się przy niej wróżkę.

Potem krzyknęła. Dźwięk był naprawdę niesamowity. Szyby w oknach popękały. Zebrane w komnacie osoby osuwały się na podłogę, najpierw te o najwrażliwszym słuchu, a potem także i ludzie. Kulili się w sobie, starając się nie dopuścić do siebie krzyku. Było jednak za późno. Wystarczyło, że usłyszeli sam początek. Po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność minutach Eliza przestała. Rozejrzała się wokół po nieprzytomnych osobach. Na nogach stali tylko Devor, Wika i Sylwia. Matthew chwiejnie podnosił się z podłogi. Łowca patrzył szeroko otwartymi ze zdumienia oczami.

– Coś ty zrobiła? Jak? – zapytał mętnie.

– Potem – odparła szybko Sylwia. – Wynośmy się stąd!

„Jakim cudem nic im nie jest?” – szarooki zadał gnębiące go pytanie. – „Przecież nie mogłaś ich uprzedzić…”

„Owszem mogłam i uprzedziłam wcześniej. Sylwia podała im specjalną mieszankę przytępiającą słuch. Tylko Devor o niczym nie wiedział. Nie byłam przekonana czy dam radę, ale jak widać podziałało…”

„Mnie nic nie podawała…”

„Nie byłam pewna czy włączę cię w moje plany… Musiałam jednak to zrobić przez wzgląd na tę cholerną więź, więc nie pochlebiaj sobie za bardzo.”

Eliza wypuściła z objęć skuloną ze strachu Myo. Wyszli razem z komnaty. Dla trio demona, Łowcy i Wiki elfi strażnicy nie stanowili najmniejszego problemu. Przyjaciele rzucili się biegiem przez Złoty Pałac.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Pierwszy ocknął się Władca Demonów. Niepewnie usiadł na podłodze. Rozejrzał się wkoło. Niektórzy zaczynali już dochodzić do siebie. Zaczął się głośno śmiać.

– Moja córka – wyszeptał cicho z prawdziwą dumą w głosie.

Teraz już rozumiał co kierowało Matthew. Dziewczyna miała swój niepowtarzalny charakter. Był ciekaw jak na jej bunt i ucieczkę zareagują inni. Sam zamierzał jej bronić za wszelką cenę. Wódz elfów z Silva Magna wstał chwiejnie z fotela na który się osunął, gdy stracił przytomność. Rozejrzał się po komnacie.

– Uciekła! Musimy ją odnaleźć!

– Po co? – zdziwił się król Ardanien, a delikatny uśmiech satysfakcji błąkał się w kącikach jego ust. – Ona już dokonała wyboru. Widzisz tu gdzieś księcia Corvidae? Bo ja nie.

– Ale mój syn… – zaczął tamten.

– Leldorin chyba jest zadowolony z tego wyboru.

Tertulian wskazał głową na klęczącego na podłodze elfa. Czarodziej trzymał w ramionach dochodzącą do siebie Aveel. Obydwoje patrzyli sobie w oczy. Wyglądali tak, jakby znaleźli się w jakimś swoim własnym, zupełnie odizolowanym świecie.

– Ojcze – odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru książę Erevan. – To była słuszna decyzja. Wreszcie w świecie magii zapanuje pokój. Pozwól mojemu bratu być szczęśliwym.

– Jeżeli taka jest jego wola – Travian spojrzał czule na najmłodszego syna. – Niech więc tak będzie. Dostaną moje błogosławieństwo.

– Świetnie, chyba rozwiązaliśmy wszystkie nasze problemy? – zadowolonym głosem zapytała Anas.

Kruczowłosa elfka, dochodząca do tej pory do siebie, usiadła gwałtownie, odsuwając się od Leldorina.

– Nie ojcze! Przeciwnicy pokoju za chwilę zaatakują pałac! To moja wina! Ja nas zdradziłam!

Wszyscy spojrzeli na nią zdumieni.

– Jeszcze nie jest za późno – odezwał się pewnie Marcus. – Skontaktuję się z moimi strażnikami. Musimy działać wspólnie Tertulianie.

– Jak za dawnych czasów, przyjacielu – odezwał się w odpowiedzi król wysokich elfów, z szerokim uśmiechem na ustach.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Rebelianci wdarli się do Złotego Pałacu. Planowali zabić królewnę Elysoun. Za wszelką cenę nie mogli dopuścić do spełnienia się przepowiedni. Ich oddziały wycinały sobie krwawą drogę na szczyt wschodniej wieży. Zablokowali schody wysyłając śmiertelnie niebezpieczne, zabijające dotykiem cienie, żeby mieć pewność, że dziewczyna nie zdoła im uciec.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Biegli krętymi korytarzami Złotego Dworu. Chcieli znaleźć się jak najszybciej na zewnątrz. Musieli opuścić las wysokich elfów, żeby uwolnić się od działania ich magii.

– Tędy – krzyknął Devor prowadząc ich do stajni.

Tak jak liczyły na to dziewczyny, postanowił wziąć udział w ich planie. Nie miał zamiaru zostawić Elizy samej, poza tym była z nimi jeszcze Wika. Kiedy dobiegli zaczął wyprowadzać konie.

– Nie – zaprotestował Matthew. Wszyscy spojrzeli na niego pytająco. – Weźmiemy nasze konie. Będzie znacznie łatwiej.

– To coś? – warknął Łowca. – Oszalałeś?! Odmawiam!

– Eliza? – Sylwia zwróciła się do dziewczyny. To był jej plan i do niej powinna należeć ostateczna decyzja.

Królewna spojrzała na Matthew, a potem skinęła głową.

„Ufam ci.” – przesłała mu szybką myśl.

„Chociaż tyle.” – odpowiedział smutno tą samą drogą.

Osiodłali groteskowo wyglądające konie demonów. Bestie, kiedy usłyszały głos szarookiego, dały się bez problemów wyprowadzić przed stajnię. Miały dziwaczne siodła, z czymś w rodzaju zabezpieczających przed upadkiem szelek.

– Jest ich tylko cztery… – zauważyła Wika.

– Tak, Eliza pojedzie ze mną. Hebanus da radę ponieść nas obydwoje. – Spojrzał z czułością na czarnego jak noc, wychudzonego konia. Tamten odwrócił pysk w jego stronę i zarżał cicho,  jakby wszystko rozumiał.

Królewna chciała zaprotestować, ale usłyszeli jakieś zamieszanie. Uznali, że nie ma czasu do stracenia i zaprzestali dalszych dywagacji. Dosiedli dziwnych, wyglądających jak żywe trupy koni. Devorowi przypadł w udziale największy, należący do Marcusa siwek, Wika dosiadła smukłej kasztanki, a Sylwia zajęła miejsce w siodle najmniejszego ze stada rudzielca.

– Co teraz? – spytała Wika, kiedy okazało się, że żadne z nich nie jest w stanie zmusić konia do zrobienia chociażby jednego kroku.

Łowca patrzył wściekłym wzrokiem na szarookiego.

– Załóżcie szelki – wyjaśnił spokojnie chłopak. – Później po prostu siedźcie w siodłach i starajcie się mocno trzymać. Polecą za mną.

– Polecą? – wytrzeszczyła oczy Sylwia.

Pytanie zadała jednak za późno, bo Matthew już posadził w siodle przed sobą Elizę, która tuliła do siebie Myo. Chwycił wodze, obejmując przy tym królewnę ramionami. Z boków konia wyrosły olbrzymie, czarne, pierzaste skrzydła. Potem koń stanął dęba i wzbił się prawie pionowo w powietrze. Trzy pozostałe poszły jego śladem.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

– Nie ma jej w pałacu! – krzyknął zakapturzony mężczyzna. – Nasi magowie to czują! Zastawili na nas pułapkę! Ktoś musiał zdradzić!

– Wycofać się! – wrzasnął inny, sprawiający wrażenie dowódcy.

Na to jednak było już za późno. Drzwi wieży z hukiem wyleciały z zawiasów. Białe światło zalało schody i stojące na nich cienie. Wszystkie te, które się z nim zetknęły, natychmiast wyparowywały w kłębach czarnego dymu. Z przeciwnej strony nadchodzili strzegący Złotego Dworu gwardziści. Rebelianci zostali uwięzieni w pułapce.

Zakapturzony starzec wyszeptał kilka słów i rozmył się w powietrzu, zostawiając swoich ludzi na pewną śmierć. Strzała ze świetlistego łuku leśnej bogini trafiła dowódcę wrogiego oddziału prosto w serce. Buntownicy, widząc śmierć swojego kapitana, zaczęli składać broń.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Aveel klęczała przed tronem swojego ojca. Wpatrywała się w ziemię. Milczała. Pobladły Leldorin stał nieopodal zaciskając ręce w pięści.

– Dlaczego nas zdradziłaś córko? – mimo, że domyślał się jej motywów, musiał o nie zapytać.

– Z miłości ojcze. Nie mogłam pozwolić by moja siostrzenica poślubiła księcia Leldorina.

– Twoje uczucia i własne korzyści postawiłaś wyżej, niż pokój w czterech królestwach?

– Tak, ojcze – przyznała cicho.

– Nie jesteś już moją córka i nie należysz więcej do rasy wysokich elfów. – Mimo, że słowa te sprawiały królowi Ardanienowi ból, musiał je wypowiedzieć. Cieszył się, że prawo pozwala mu skazać córkę na banicję, a nie od razu na śmierć. – Musisz opuścić to miejsce. Nie ma dla ciebie powrotu.

– Rozumiem ojcze – odparła cicho. – Spakuję swoje rzeczy i odejdę przed zachodem słońca.

Wstała z kolan i wyszła z komnaty, ani razu nie podnosząc wzroku.

– Leldorinie – elfi czarodziej usłyszał cichy szept ojca. – Jeżeli naprawdę ją kochasz, to idź za nią. Nie ma takiego prawa, które zakazuje banitce zamieszkać w Silva Magna.

Złotowłosy książę zaskoczony spojrzał na ojca, a potem szybkim krokiem wyszedł z komnaty za oddalającą się dziewczyną. Wódz leśnych elfów podszedł do króla Tertuliana i położył mu rękę na ramieniu.

– Dziękuję ci – wyszeptał tamten wzruszony, zarówno tym gestem jak i propozycją Teruviana.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Vivien była w swojej komnacie. Przeklinała głośno we wszystkich znanych sobie językach. Podniosła z szafki porcelanową misę z wodą i  rzuciła nią o ścianę. Kwiecista miednica roztrysnęła się na setki małych kawałków. W migdałowych oczach kobiety widać było niebezpieczne błyski. Usłyszała ciche pukanie. Z furią otworzyła drzwi. Do pokoju wszedł ojciec Devora, król Terony.

– I co teraz? Elfka nas zdradziła. Dobrze, że nie wiedziała o naszym udziale w tym planie – powiedział cicho Wilhelm. – Mój cholerny syn uciekł z tą dziewczyną. Spodziewałem się, że raczej stanie po naszej stronie. Nienawidzi demonów przynajmniej tak samo mocno jak ja.

– Nie mam zielonego pojęcia! Nasz plan tylko pomógł proroctwu! Te cholerne elfy są teraz w świetniej komitywie z Marcusem i tą zieloną dzikuską. Nic nie jednoczy tak bardzo jak walka ramię w ramię ze wspólnym wrogiem!

Nagle w pokoju pojawił się znikąd zakapturzony mężczyzna. Zsunął z twarzy kaptur, ukazując im swoje stare, pomarszczone oblicze.

– Spokojnie moi drodzy. Ostateczna bitwa ciągle przed nami. Jeszcze nie udało im się wygrać – na jego twarzy zagościł ciepły, rozmarzony uśmiech.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Lecieli już od dobrych dwóch godzin. Eliza siedziała wygodnie, opierając się plecami o tors szarookiego. Devor dosiadał demonicznego konia ze skonsternowaną miną, z oczu Sylwii w dalszym ciągu nie zniknął strach, za to Wika bawiła się świetnie. Nauczyła się nakłaniać rumaka, żeby robił to czego ona sobie życzyła i w ten sposób lecieli zataczając dziwne pętle, to przyspieszając, to zwalniając, od czasu do czasu pikując w dół, a potem gwałtownie unosząc się w górę. Królewna uśmiechnęła się na widok czystego szczęścia na twarzy przyjaciółki. Myo spała smacznie, zwinięta w kulkę, w jej ramionach.

„Dokąd lecimy?” – spytała w myślach Matthew, żeby nie musieć przekrzykiwać szumu wiejącego na tej wysokości, silnego wiatru.

„Do mojego domu” – odpowiedział, zdziwiony, że dziewczyna się w ogóle do niego odezwała. – „Eliza… co ja mam zrobić?”

„Jak to co?” – zapytała zdziwiona.

„Nienawidzisz mnie.” – razem z tymi słowami przekazał jej cały swój ból i pustkę.

„Owszem” – odpowiedziała chłodno.

„Proszę… jeżeli mnie nie chcesz, nie będę cię do niczego zmuszał, ale bądźmy przynajmniej przyjaciółmi.”

„Jak mam przyjaźnić się z kimś, kto mnie okłamał i zdradził? Dodatkowo jeszcze chciałeś oddać Marcusowi MOJE dziecko.”

„Jakie dziecko?” – zdziwił się szarooki.

„Mówiłam ci już, Myo podsłuchała waszą rozmowę. Chciałeś mu oddać naszego pierworodnego.”

Matthew był wyraźnie skonsternowany.

„Niech może ta twoja poczwarka nauczy się lepiej podsłuchiwać… Twój pierworodny będzie dziedzicem Północnych Krain. Jesteś jedynym dzieckiem Marcusa. Demony są jak wilki albo orły. Przez całe życie mają tylko jednego partnera… a, że w jego przypadku padło na driadę, to sama widzisz…”

Eliza zamrugała. Nie do końca zrozumiała, co powiedział szarooki.

„Jak to?” – zapytała niepewnie.

„Normalnie” – odparł zdziwiony, że tego nie wiedziała. – „Twój ojciec zakochał się w twojej matce i powstałaś ty. Ponieważ ona była driadą, została w swoim lesie przy swoim drzewie. Potem odeszła, tańcząc dla Łowcy swój ostatni taniec. Stała się jednością ze swoim dębem.”

„Zakochał?” – spytała głupio.

Chłopak westchnął.

„Nic nie wiesz o naszej rasie, prawda?”

Królewna musiała się zgodzić z szarookim. Znała jedynie to, co przekazywali sobie ludzie w legendach. Sama już zorientowała się, że niewiele z tego było prawdą.

„Nie jesteśmy jak ludzie. Kiedy odnajdujemy swoją partnerkę zaczyna łączyć nas specyficzna więź. Powstała po to, żeby pomóc nam chronić nasze kobiety. Zawsze wiem gdzie jesteś. Czuję kiedy coś ci grozi. To, że Leldorin połączył nas zaklęciem, tylko wzmocniło magię, która już w nas istniała. Dlatego ta więź jest taka silna. Możliwe, że to dzięki niej możemy rozmawiać w ten sposób.”

„Co, jeżeli taka kobieta was nie zechce?” – spytała dziewczyna myśląc o swojej matce i Lordzie Marcusie. – „Czy zaczyna was wtedy łączyć więź z inną?”

Chłopak wzruszył ramionami.

„Nie. Wtedy żyjemy i umieramy samotnie.”

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Po kilku godzinach lotu zobaczyli przed sobą wielkie, czarne zamczysko. Ze środka słonecznego dnia wfrunęli w mrok. Dookoła uderzały pioruny. Przy strzelistych wieżach, głośno kracząc, latały kruki i wrony. Zamek stał na prawie pionowej skale, nad głębokim urwiskiem. W dole pieniło się rozszalałe morze. Wszystko to przedstawiało sobą upiorny obraz.

– Tutaj mieszkasz? – spytała przestraszona dziewczyna.

– Aha – odparł z uśmiechem na twarzy. – Mówiłaś, że mi ufasz. Pamiętasz?

Królewna niechętnie skinęła głową. Było jej już wszystko jedno. Dalej nie mogła sobie poukładać w myślach, tego co powiedział jej wcześniej. Zaczęli zbliżać się do lądowania. Kiedy tylko demoniczne zwierzęta dotknęły kopytami zamkowego dziedzińca wokół pojaśniało. Czerwona cegła z której zbudowany był zamek prezentowała się okazale w promieniach zachodzącego słońca. Zapanowało wielkie poruszenie. Na dziedziniec zbiegali się ludzie. Matthew zeskoczył z siodła. Podniósł delikatnie Elizę i postawił ją obok siebie.

– Witaj w moim domu – uśmiechnął się do niej wesoło. – Oto Zaginione Królestwo.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Otoczeni wianuszkiem nadskakującej im służby, szli szerokim korytarzem zamku. Wyglądało na to, że wszyscy cieszą się i wiwatują na widok swojego pana. Jakiś starszy mężczyzna podbiegł do szarookiego z potężnym plikiem dokumentów.

– Książę! Wasza wysokość! Jak dobrze panie, że wróciłeś. Mamy tyle niecierpiących zwłoki spraw!

Matthew pokręcił głową.

– Falgharze, nie po to mianowałem cię zarządcą, żeby samemu się wszystkim zajmować. Do tej pory, pod moją nieobecność świetnie sobie radziłeś. Myślę, że moje przybycie nie odebrało ci rozumu… dlatego w tej chwili zabieraj te papiery z moich oczu!

Mężczyzna zarumienił się cały i kłaniając się wycofał w głąb korytarza. Szarooki prychnął rozbawiony. Łowca miał marsową minę. Coś go wyraźnie dręczyło.

– O co chodzi Devorze? – zaciekawiła się Eliza. – Wyglądasz jakbyś połknął kij od szczotki.

Blondyn nie wytrzymał. Obrzucił siostrę ponurym spojrzeniem.

– Wszyscy tutaj… – zaczął jakby chcąc coś z siebie wydusić – to są zwyczajni ludzie!

Matthew obrzucił go na wpół zaskoczonym, na wpół rozbawionym spojrzeniem.

– A myślałeś, że co tu zastaniesz? Hodowlę białych króliczków?

– Ale demony… – odparł tamten zmieszany.

– Demony co? – weszła mu w słowo Wika. – Nie wiem czy zauważyłeś, ale ludzie nie mają zielonego pojęcia o żadnej z pozostałych ras. Obchodzą ich tylko oni sami.

Łowca zamilkł zmieszany.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Spędzili w Zaginionym Królestwie bardzo przyjemny tydzień. Codziennie jeździli zwiedzać wyspę, która wbrew pozorom, wcale nie okazała się mała. Eliza zakochała się w rosnących na niej lasach i wrzosowiskach. Królewna i szarooki zawarli cichy rozejm. Nie gryźli się nawzajem, ale odnosili się do siebie chłodno i trzymali na dystans. Tylko od czasu do czasu Matthew rzucał jej zasmucone spojrzenia od których nie był w stanie się powstrzymać. Za to Myo za każdym razem fukała na demona po czym trwożliwie chowała się za plecami Elizy.

Między Devorem, a Wiką sytuacja układała się znacznie lepiej. Trzymali się za ręce i patrzyli na siebie maślanym wzrokiem. Tego dnia odłączyli się od reszty grupy szalejąc na demonicznych koniach, do których dziewczyna w jakiś tajemniczy sposób przekonała Łowcę. Planowali romantyczny piknik na wrzosowisku.

Sylwia nie czuła się najlepiej. Została w swojej komnacie otoczona przez nadskakującą jej służbę.  Czarownica, kąpiąc się w zimnym strumieniu, złapała jakieś paskudne przeziębienie i nie miała zamiaru dzielić się nim z przyjaciółmi.

Myo latała zauroczona nad pełną barwnych kwiatów łąką. Eliza śmiała się jadąc w pełnym galopie na jabłkowitej, smukłej klaczy. Już dawno przekonała się, że te dziwaczne konie są znacznie mądrzejsze od zwykłych zwierząt i szybko nauczyła się nimi kierować. Były także szybsze, silniejsze i wierniejsze od normalnych wierzchowców. No i przede wszystkim potrafiły też latać.

„Ścigajmy się do tamtego wzgórza” – zaproponował Matthew , wskazując dziewczynie szczyt wrzosowiska.

Roześmiała się wesoło i nie fatygując się odpowiedzią popędziła we wskazanym kierunku. Szarooki z wesołym uśmiechem na twarzy pognał za nią. Szarotka, co prawda, była bardzo szybkim koniem, ale żaden w stajni nie mógł równać się pod tym względem z Hebanusem, dziewczyna więc nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia trochę oszukując.

– Jak tu pięknie! – pisnęła kiedy dojechali na szczyt.

W dole pagórka płynął krętą ścieżką strumień. Widać było także spadający ze skał niewielki wodospad. Całe pole pod nimi porośnięte było wrzosami, we wszystkich możliwych kolorach, od jasnej bieli, poprzez róż, aż do ciemnego fioletu. Dalej rozciągał się przepiękny, mieszany las.

Szarooki uśmiechnął się do niej.

– Już dawno chciałem ci pokazać to miejsce.

Zeskoczyli z siodeł i usiedli na trawie. Upiorne konie pobiegły luzem ganiając się po wrzosowisku. Nie potrzebowały normalnego jedzenia, lubiły się jednak wyhasać. Nie musieli się martwić, że uciekną. Zawsze bez oporów reagowały na głosy swoich jeźdźców. Siedzieli tak dłuższą chwilę w milczeniu. Eliza poczuła straszną ochotę, żeby przytulić się do chłopaka. Nie chciała tego. Wstała szybko.

– Pójdę poszukać Myo. Niedługo wracam.

Spojrzał na nią uśmiechając się smutno.

– Jasne – odpowiedział tylko.

Królewna zbiegła w dół zbocza wołając imię wróżki.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

– Myo, Myo, Myosotis, mysie uszko, myszka mała, lalala lalala – śpiewała zadowolona z siebie istotka latając bezładnie po łące i zrywając co mniejsze kwiatki.

Wróżka czuła się absolutnie szczęśliwa. Miała swoje imię, piękną łąkę, a na dodatek własną królewnę. Małe ciałko rozpierała radość. Do tego Eliza podarowała jej nową błękitną sukienkę, którą znalazła na wystawie sklepowej, na jednej z porcelanowych lalek. Właściciel sklepu w niewielkim, połączonym z zamkiem miasteczku, był przeszczęśliwy mogąc coś ofiarować przyjaciółce samego księcia. Nagle zauważyła wielkiego białego motyla. Poleciała za nim oczarowana, nucąc swoją piosenkę.

– Myo, Myo, Myosotis, niezapominajka niebieska lalala lalala. Myo, Myo, Myosotis, mysie uszko, myszka mała, lalala lalala.

W pewnym momencie motyl po prostu zniknął. Wróżka usłyszała cichy trzask. Jej chabrowym oczom ukazały się kraty. Stało się coś strasznego! Została zamknięta w klatce.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Królewna biegała po łące szukając swojej małej przyjaciółki. Usłyszała z daleka cichy płacz.

– Myo! – zawołała po raz kolejny.

Popędziła w kierunku skąd dochodziło szlochanie. Zobaczyła jakąś ponurą jaskinię. Bez namysłu wbiegła do środka. Na kamieniu stała niewielka klatka, a w niej siedziała zapłakana wróżka.

– Myo!

Istotka podniosła głowę. Spojrzała na Elizę. Potem jakby oprzytomniała. Zerwała się na równe nogi.

– Uciekaj! – krzyknęła rozpaczliwie, ale było już za późno.

Nieprzytomna królewna osunęła się na ziemię.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew zaczął się niepokoić. Eliza stanowczo zbyt długo nie wracała. Sięgnął do niej w myślach. Zobaczył czerń. Przerażony zerwał się z miejsca. Oblał go zimny pot. Jak on mógł pozwolić jej iść samej?! Sądził, że dzięki stworzonej iluzji, jego wyspa jest bezpiecznym miejscem. Przywołał Hebanusa, wskoczył na siodło i razem, szybko jak wiatr, popędzili w dół zbocza.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Wika roześmiała się wesoło. Ona i Devor siedzieli wspólnie na zielonej łące tuż nad strumieniem. Zrobili sobie piknik. Rozmawiali trzymając się za ręce. Dziewczyna przysunęła się bliżej Łowcy. Pocałowała go w usta. Zadowolony odwzajemnił pocałunek. Uwielbiał takie śmiałe dziewczyny. W Teronie zawsze mu tego brakowało, tam kobiety były przymilne i usłużne. Żadna z nich nie miała takiego charakteru i życiowej energii jak Wika. Nagle obydwoje zerwali się z koca. Usłyszeli za sobą czyjeś kroki.

– Ojcze? – spytał zaskoczony Devor, na widok znajomej twarzy. – Co tu robisz? Jak odnalazłeś tę wyspę?

Król Wilhelm stał kilka kroków od nich. Towarzyszyli mu dwaj potężnie zbudowani mężczyźni.

– Przyszedłem tutaj, by dać ci wybór, synu. Jesteś księciem Terony. Wracaj do domu – spojrzał na niego niemal błagalnym wzrokiem.

– Jestem Łowcą – syknął tamten. – Przyjmując ten tytuł, tym samym zrezygnowałem z tamtego.

– To już nie ma znaczenia. Schwytaliśmy królewnę. Rozpocznie się wojna.

Devor spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem w oczach. Przestał udawać jakikolwiek szacunek.

– Czyś ty postradał rozum? Co zrobiłeś Elizie?

– Jeszcze nic. Umrze przed zachodem słońca. Wówczas demony wypowiedzą nam wojnę. Elfy zostaną zmuszone, żeby się z nami sprzymierzyć, gdyż o zabójstwo będą podejrzewały właśnie tę plugawą rasę, a my nie omieszkamy dostarczyć im na to dowodów.

– Nie skrzywdzisz jej – warknął Łowca dobywając wiszącego w pochwie przy pasie miecza.

Wika stanęła u jego boku. W jej dłoniach pojawiły się dwa długie noże. Król Wilhelm spojrzał z żalem na syna.

– Więc tak brzmi twoja decyzja?

Devor nie fatygując się, żeby odpowiedzieć, zaatakował. Stary król był przekonany, że walczą trzy na jednego. Jakże się pomylił! Dwóch drabów atakowało olbrzymimi, dwuręcznymi toporami. Byli dobrze wyszkoleni, ale w ogóle nie znali nowoczesnych technik walki. Nigdy nie słyszeli takich pojęć jak karate czy aikido. Wice natomiast wszelakie techniki rozbrajania przeciwnika były bardzo bliskie. Ruszała się zwinnie i szybko. Znacznie sprawniej niż oni. Podstawowym błędem osiłków było skupienie całej swojej uwagi na Łowcy. Dziewczyna zaszła ich od tyłu i zanim zdążyli się zorientować co się dzieje, wbiła jednemu nóż w plecy. Zaklęła wściekle, kiedy mężczyzna osunął się na kolana. Nie mogła wyciągnąć broni, która zaklinowała się gdzieś w masywnym kręgosłupie. Devor koncentrował swoją uwagę na ojcu. Wiedział, że mimo podeszłego wieku, jest on doskonałym wojownikiem.

Kiedy jeden z drabów osunął się na kolana plując krwią, drugi zaczął zwracać większą uwagę na dziewczynę. Zamachnął się toporem próbując trafić zwinnie uciekający cel. Wika postanowiła odciągnąć go jak najdalej od Łowcy i po prostu zaczęła uciekać. Była znacznie szybsza od mężczyzny. Dziwiło ją, że tamci nie nosili żadnej zbroi. Inaczej jej nóż do niczego by się nie przydał. Pobiegła przed siebie, zwinnie przeskakując wąską nitkę strumienia. Zdyszany olbrzym ciągle biegł za nią. Kiedy przeskoczył strumień, była już przygotowana. Zanim złapał równowagę, kopnęła go, tak, że wpadł do wody. Jej plan jednak nie do końca się powiódł, bo tamten, jak na swoja masę, wyjątkowo zwinnie podniósł się na nogi, nie wypuszczając z rąk topora. Zamachnął się na dziewczynę. Zrobiła unik. Sięgnęła do przytroczonej przy pasie sakwy. Wyciągnęła gaz obezwładniający. Psiknęła nim zaskoczonemu mężczyźnie w oczy. Było to ostatnią rzeczą, której mógł się spodziewać. Kiedy wypuścił z rąk topór, wbiła mu nóż pod gardło. Trysnęła krew. Dopiero teraz Wika poczuła przerażenie. Nigdy jeszcze nikogo nie zabiła. Walcząc z obrzydzeniem wyciągnęła swój nóż. Musiała pomóc Devorowi.

Łowca walczył z ojcem. Wymieniali uderzenia cios za ciosem. Żaden nie wpuszczał drugiego przez dobrze dopracowaną obronę. Walka trwała. Nie ustępowali sobie nawzajem pola. Ojciec Devora zaczął jednak odczuwać coraz silniejsze zmęczenie. W pewnym momencie król Wilhelm poczuł z tyłu głowy jakieś uderzenie. To go zdekoncentrowało. Devor wykorzystał okazję. Zaatakował stosując kombinację pchnięć i uników. Nie poddając się, próbował za wszelką cenę dosięgnąć przeciwnika. Jego ojciec przeszedł do defensywy. Z ledwością odparowywał coraz silniejsze ataki. Każdy kolejny cios nadwyrężał jego siły. Nogi uginały się pod nim, mięśnie paliły żywym ogniem, a po czole spływały obfite krople potu. Zacisnął mocniej dłoń na rękojeści, oczekując niecierpliwie kolejnego uderzenia. W końcu broń wypadła mu z ręki. Łowca pchnął mieczem między żebra. Król Wilhelm z wyrazem zdziwienia na twarzy osunął się na kolana. Devor wyciągnął miecz. Jego ojciec runął na ziemię. Łowca uklęknął przy nim. Wściekłość i adrenalina opadły. Jego oczy wilgotniały od powstrzymywanych łez.

– Przepraszam… za wszystko – wycharczał leżący na ziemi mężczyzna i wyzionął ducha.

Wika podbiegła do Devora. Ze łzami w oczach wpadła mu w ramiona. Przytulił ją delikatnie.

– Zabiłam go – szepnęła.

– Obydwoje dzisiaj zabiliśmy – powiedział z żalem. – Ale teraz musisz wziąć się w garść – dodał odsuwając od siebie dziewczynę. – Eliza potrzebuje naszej pomocy.

Wika odsunęła się od niego niechętnie. Łowca podszedł do rannego draba. Bez wahania przebił go mieczem kończąc cierpienia mężczyzny. Nie było sensu go o nic pytać. Wiedział, że tamten i tak nie był w stanie mówić. Wytarł miecz i schował do pochwy. Przywołali swoje rumaki i popędzili do miejsca, w którym rozstali się z królewną i szarookim.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Vivien wypuściła Myo z klatki. Uśmiechnęła się, a grymas tego uśmiechu oszpecił jej piękną twarz. Jej migdałowe oczy błyszczały złowieszczo.

– Leć mały gadzie – syknęła. – Sprowadź pomoc dla swojej pani.

Wróżka nie czekała na dalszą zachętę. Spojrzała na nieprzytomną królewnę i odleciała w poszukiwaniu Matthew. Odnalazła chłopaka po kilkudziesięciu minutach. Wyczerpana opadła na koński grzbiet. Z trudem chwytała powietrze. Szarooki miał ochotę nią potrząsnąć, ale bał się, ze w ten sposób niczego się nie dowie. Zmusił się, żeby cierpliwie poczekać.

– Eliza… jaskinia… – To wystarczyło chłopakowi. Pogonił konia do galopu. – NIEEEEE! – wydarła się Myo z całą siłą dziecięcego głosiku, na jaki było ją stać.

Matthew zatrzymał się niechętnie.

– Co znowu? – syknął.

– Wiedźma! Ma ją wiedźma!

Szarooki zaczął kląć. Wróżka skuliła się zasłaniając dłońmi uszy.

– Nie mam wyjścia – powiedział w końcu cicho. – Muszę się z nią spotkać.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Kiedy szarooki znalazł się pod jaskinią, Vivien już na niego czekała. Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko. Nie zamierzał grać w jej grę.

– Gdzie Eliza? – warknął. – Co jej zrobiłaś?

– Jeszcze nic – kobieta uśmiechnęła się radośnie. Wskazała leżącą na ziemi dziewczynę. Otaczały ją jakieś czarne cienie. – Jeżeli się do niej zbliżysz, umrze. Wystarczy najlżejszy dotyk.

– Czego chcesz? – zapytał wściekłym tonem.

Nigdy do tej pory nie odczuwał takiego lęku jak w tej chwili. Ona po prostu nie mogła umrzeć. Nie pozwoli na to. Wiedźma wykonała niejasny gest ręką. Królewna otworzyła oczy. Spojrzała na szarookiego.

„Matt…” – chłopak usłyszał w myślach.

Dziewczyna usiadła. Skuliła się na ziemi. Dookoła niej latały bezkształtne sylwetki, były coraz bliżej.

„Eliza! Nic ci nie jest?”

„Boje się…”

Chłopak czuł jej strach. Czuł zimno i pustkę, jakie niosły ze sobą cienie. Na własnej skórze doświadczył z czym wiąże się ich dotyk. Vivien uśmiechnęła się promiennie.

– Doskonale to wiesz.

– Skąd mam wiedzieć, że jej nie zabijesz? – szepnął.

– Dam ci moje słowo. Wiesz z czym się wiąże złamanie obietnicy przez wiedźmę. Zginę rozsypując się w nicość.

– Zrobię co zechcesz – powiedział spokojnym już głosem. – Nie skrzywdzisz królewny i pozwolisz jej odejść.

– Masz na to moje słowo. Ona mnie nie interesuje. – Roześmiała się. – I tak prędzej czy później znajdą ją i zabiją. Zsiądź z konia – rozkazała. – Teraz podejdź tu powoli – powiedziała, kiedy wykonał pierwsze polecenie. – Pamiętaj, że ona zginie, jeżeli w jakiś sposób stracę koncentrację.

Matthew spokojnie ruszył w jej stronę. Zatrzymał się bezpośrednio przed kobietą. Wiedźma wyjęła z sakwy strzykawkę. Podeszła do chłopaka i wbiła mu igłę w ramię.

– Może to nie konwencjonalna metoda – uśmiechnęła się – ale bardzo praktyczna.

Szarooki osunął się na ziemię. Przestał cokolwiek widzieć. Nie zdawał sobie sprawy co się dzieje. Vivien odwołała cienie. Eliza siedziała skulona w jaskini. Drżała. Bliskość świata umarłych zostawiła ślad w jej umyśle. Nie była w stanie się poruszyć. Dookoła siebie wyczuwała jedynie ból i cierpienie. Wiedźma zaczęła snuć zaklęcie. Znikąd pojawiła się fioletowo-szara kula światła. Potem zaczęła rosnąć, coraz bardziej przypominając bramę. Był to portal do Doliny Cienia.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

– Patrz tam! – rzuciła Wika wskazując fioletowo–szare światło unoszące się przy skalistym pagórku.

– Jedziemy – warknął Devor zmuszając konia do galopu.

Obydwoje popędzili do jaskini. Przed wejściem do groty otwierał się coraz większy portal. Viven pochylała się nad skulonym na ziemi szarookim. Obok na trawie leżały dwie, puste strzykawki. Chłopak czuł rozchodzący się, promieniujący po całym ciele ból. Zamknął oczy. Błagał w duchu, żeby przynajmniej Eliza była bezpieczna.

– Coraz bardziej podoba mi się ta technika – mruknęła, kiedy chłopak jęknął z bólu, po podanym mu narkotyku. Chwyciła go za włosy, podnosząc jego głowę wyżej, tak, żeby musiał na nią spojrzeć. – Wiesz co ci podałam? – uśmiechnęła się do niego słodko. – Pierwsze to środek zwiotczający mięśnie… – Kobieta wyprostowała się gwałtownie słysząc konie.  – Co u licha? – Spostrzegła zbliżających się jeźdźców. Zaklęła rozpoznając w jednym z nich Łowcę. – Czy ten cholerny partacz Wilhelm do niczego nie może się przydać?!

Kobieta popatrzyła na bramę. Potrzebowała jeszcze tylko chwili, żeby móc się stąd wynieść. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Devor wyciągnął miecz.

– Gra skończona Vivien – warknął. – Gdzie moja siostra?

Wiedźma uśmiechnęła się ślicznie. Wskazała wylot jaskini. Łowca spojrzał w tamtym kierunku. Królewna siedziała skulona na skalnym podłożu.

– Mnie zależy tylko na tym, żeby zabrać demona. Dziewczyna jest bezpieczna. Pozwól nam odejść, a ty także pozbędziesz się swojego problemu.

Jeszcze tydzień temu blondyn niechybnie skorzystałby z jej propozycji. Teraz jednak cały jego światopogląd legł w gruzach. Nic już nie było tym, czym powinno być. Nawet demony przestały w jego oczach uchodzić za zdolne jedynie do mordowania bestie. Spojrzał na skuloną sylwetkę swojej młodszej siostry, potem na leżącego na trawie szarookiego. Naprawdę zaczynał coraz bardziej lubić chłopaka. Pokręcił głową. Uniósł miecz. Stanął tak, żeby znajdować się między wiedźmą, a stworzoną przez nią bramą.

– W imieniu Sojuszu Zjednoczonych Krain jesteś aresztowana za zdradę, Vivien.

Wiedźma roześmiała się dźwięcznie.

– Skoro chcesz ze mną walczyć, niech więc tak będzie.

Devor rzucił się na nią z mieczem. Tego dnia było mu już wszystko jedno, kogo jeszcze zabije. Wika ominęła ich szerokim łukiem i podbiegła do siedzącej na ziemi Elizy. Objęła ją przytulając do siebie.

– Liska! Liska! Nic ci nie jest? – kiedy przyjaciółka spojrzała na nią mętnym, przestraszonym wzrokiem, ta wiedziała już, że coś jest bardzo nie w porządku.

Vivien była przygotowana na atak. W tym, pełnym magii świecie, umiejętności walki i runy ochronne Łowców, nie miały aż takiego znaczenia. Z ziemi przy nogach Devora błyskawicznie wyrosło mocne, kolczaste pnącze. Oplotło ręce i nogi mężczyzny. Miecz wypadł mu z dłoni. Szarpał się, próbując wydostać, jednak łodygi zaciskały się tylko coraz mocniej, a spore kolce rośliny wbijały w jego ciało. Wika zerwała się z ziemi, wypuszczając przyjaciółkę z objęć. Rzuciła się na wiedźmę. Tamta znów się roześmiała. Wojowniczą dziewczynę otoczyło zielonkawe światło.

– Rusz się, a zginiesz – powiedziała cicho wiedźma. – No i po zabawie. Wracam do domu.

Nie zauważyła jednak małej, schowanej za czarnym rumakiem wróżki, która korzystając z ogólnego zamieszania i chaosu podfrunęła bliżej i teraz była dokładnie za plecami Vivien. Rozsypała nad jej głową złoty, migoczący proszek. Tamta zaczęła gwałtownie kaszleć.

– Ty mała… – zamachnęła się rzucając w Myo kulą fioletowego światła.

Strąciła istotkę na ziemię, ale nie zdążyła już nic więcej zrobić. Złoty proszek osiadł na jej ramionach i włosach. Jej ciało zaczęło się kurczyć i przekształcać. Chwilę później na miejscu wiedźmy stał uroczy, różowy królik o migdałowych, jasnych oczach.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Trzymające Łowcę pnącze rozsypało się na kawałki, zielone światło otaczające Wikę zniknęło. Devor upadł na ziemię. Jego biała koszula, była poprzedzierana w wielu miejscach, z małych ranek sączyła się krew. Dziewczyna podbiegła do niego pomagając mu wstać. Szarooki jęknął. Podniósł się z trudem do pozycji siedzącej. Ból, jaki odczuwał po podaniu narkotyku, palił całe jego ciało. Nie był pewien czy jest w stanie się ruszać. Za wszelką cenę starał się skupić na tyle, by dotrzeć do królewny.

„Eliza” – wysłał cichą, rozpaczliwą myśl.

Łowca wstał. Wolnym krokiem zbliżył się do skulonej w jaskini siostry. Podniósł ją delikatnie z ziemi i wyniósł na zewnątrz. Ułożył ją na trawie, tuż obok demona. Szarooki spojrzał na niego pytająco. Devor tylko wzruszył ramionami. Przytulił do siebie Wikę, która podeszła do nich niosąc małe, bezwładne ciałko wróżki. Matthew dużym wysiłkiem woli zdobył się na to, by położyć się koło królewny. Spojrzała na niego lekko rozmytym, nieobecnym wzrokiem. Delikatnie dotknął jej policzka.

„Eliza, musisz tu wrócić” – przelał w tę myśl wszystkie swoje pragnienia i obawy. – „Proszę.”

„Boję się” – usłyszał w odpowiedzi.

„Jestem przy tobie, wróć do mnie, proszę.” – błagał dziewczynę rozpaczliwie.

„Matt… tak bardzo mi zimno… tu niczego nie ma…”

„Dlatego właśnie musisz wrócić, kocham cię, nie zostawiaj mnie, proszę.” – przysunął się do niej bliżej, objął ją ramieniem.

Odetchnął z ulgą, kiedy dziewczyna odwróciła się na bok i wtuliła twarz w jego koszulę. Potem sam, wyczerpany działaniem narkotyków, osunął się w nicość.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Sylwia siedziała przy łóżku szarookiego. Uśmiechnęła się do chłopaka, kiedy otworzył oczy. Gwałtownie usiadł. Zakręciło mu się w głowie. Chwycił dziewczynę za ręce.

– Gdzie Eliza? – warknął ostro.

– Uspokój się – powiedziała tamta rozbawionym głosem. – Nic jej nie jest. Śpi.

Chłopak odetchnął głęboko i opadł na poduszki. Z powrotem zapadł w sen.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Matthew spał bardzo niespokojnie, budził się co kilka godzin. Gorączkował. Kiedy otworzył oczy zobaczył swoją królewnę. Siedziała na dywanie przy jego łóżku. Głowę miała opartą na swoich ramionach. Oddychała spokojnie. Spała. Uśmiechnął się łagodnie na ten widok. Wyciągnął rękę i dotknął jej jasnych włosów. Chciał sprawdzić, czy na pewno jest rzeczywista i realna.  Odwrócił się na bok, żeby móc na nią wygodnie popatrzeć.

– Kocham cię – wyszeptał, zanim ponownie zapadł w sen.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Po komnacie księcia kręciło się coraz więcej ludzi. Miał tego serdecznie dość. Chciał, żeby się stąd wynieśli. Właściwie zależało mu na towarzystwie tylko jednej osoby, a jak na złość, jej właśnie tu nie było. Siedział podparty dużą ilością poduszek. Miał ochotę już wstać, ale kiedy spróbował, jego mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Potem przyszła długa reprymenda od Sylwii. Więcej już tego nie próbował. Do pokoju weszła Eliza. Prowadziła za rączkę małą, około pięcioletnią dziewczynkę. Dziecko wyglądało jak niemal idealna, tylko młodsza, kopia jej samej. Matthew zdumiony wytrzeszczył na nie oczy. Obie uśmiechnęły się do niego promiennie. Królewna usiadła na brzegu łóżka, sadzając sobie dziewczynkę na kolanach.

– Jak się czujesz? – zapytała przyglądając mu się uważnie.

– Mam tego wszystkiego serdecznie dosyć – jęknął. – Kto to? – spytał wskazując na złotowłosą pięciolatkę.

– Nie poznajesz? – zdziwiła się Eliza.

Pokręcił głową. Mała wystawiła do niego język.

– Myo? – spytał zdziwiony, pierwszy raz używając imienia wróżki.

– Zgadłeś – uśmiechnęła się do niego szczerząc w uśmiechu drobne ząbki.

– Ale jak? – nie bardzo rozumiał chłopak.

Pamiętał tylko jak wróżka zaatakowała wiedźmę, potem upadła na ziemię uderzona fioletowym światłem. Sam zresztą nie był wtedy za bardzo przytomny.

– Wróżki nie da się zabić – powiedziała cicho Eliza – sama musi chcieć przestać istnieć. Myo nie chciała. Przez magię Vivien nie miała już jednak pyłu na skrzydełkach. Przestała być magicznym stworzeniem. Zmieniła się w dziecko. Teraz jest po prostu zwyczajnym człowiekiem.

Szarooki uśmiechnął się krzywo.

– Taka mi się bardziej podoba. Nie lubiłem tego jej magicznego pyłu.

– Naprawdę? – spytała nieśmiało dziewczynka.

– Przynajmniej już nie jesteś taka strasznie brzydka – odpowiedział z drwiącym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust.

Zachichotała. Zsunęła się z kolan Elizy i zbliżyła po łóżku do na wpółleżącego chłopaka. Wyciągnął do niej ręce. Przytuliła się do niego nieśmiało. Objął ją i delikatnie pogładził jej złote włosy.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

– Naprawdę musisz jechać? – spytała cicho Eliza.

– Tak – odparł Devor. – Mój ojciec nie żyje. Ktoś musi przekazać tą informację. Nie mogę zostawić Terony królowej Milenie. Ludzie za bardzo by na tym ucierpieli.

Stali na zamkowym dziedzińcu. Osiodłane konie czekały gotowe do drogi.

– Więc przestaniesz być Łowcą i zostaniesz królem? – uśmiechnęła się do niego smutno.

– Na to wygląda – odpowiedział smętnie.

Dziewczyna wiedziała, że jej brat wcale nie jest zachwycony tą perspektywą. Po prostu nie widział innego wyjścia.

– Jeżeli chcesz pożyczę ci na trochę Falghara, mojego zarządcę. Jest naprawdę świetny w tym co robi. – Wtrącił się, stojący za Elizą, Matthew. – O nic nie muszę się martwić.

Devor uśmiechnął się do niego krzywo. Zawarli z szarookim niepisany rozejm. Nie byli może najlepszymi przyjaciółmi, ale przestali skakać sobie do gardeł.

– Ruszajmy już – wtrąciła się niecierpliwie Wika. – Chcę polatać.

– Nawet wy mnie zostawiacie – zwróciła się do przyjaciółek królewna.

– Zawsze możesz jechać z nami – uśmiechnęła się do niej, stojąca przy jabłkowitej klaczy z dziwnymi, ziejącymi pustką oczodołami, Sylwia.

– Nie, nie mogę – odpowiedziała cicho Eliza, przysuwając się bliżej do szarookiego.

Dziewczyna uściskała przyjaciółki na pożegnanie. Pocałowała brata w policzek. Cała trójka dosiadła demonicznych koni i wzbiła się w niebo.

~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

Był jasny, słoneczny dzień. Zbliżał się koniec lata. Kwitnące wrzosy zachwycały swoim pięknem. Myo leżała zwinięta w kłębek na kocu. Spała. Eliza stała, zanurzona po pas, w niewielkim, urokliwym jeziorku. Woda była tam na tyle przezroczysta, że widziała, maleńkie, pływające pod powierzchnią różnobarwne rybki. Matthew podpłynął do niej ochlapując ją wodą. Pisnęła. Chłopak chwycił ją w pasie obejmując od tyłu ramionami. Stanęła opierając się o niego ufnie. Zadowolony zamruczał jej do ucha. Między nimi znów wszystko było dobrze.

„Kocham cię” – wysłała szarookiemu nieśmiałą myśl.

„Ja ciebie też” – odpowiedział, a jego duszę wypełniała bezgraniczna radość.

„Co zrobimy teraz?” – spytała, ciągle mówiąc w myślach, żeby nie zbudzić spokojnie śpiącej nieopodal Myo

„Położymy się na kocu?” – spytał rozbawiony.

„Wiesz, że nie o tym mówię” – zganiła go dziewczyna.

Podsunął jej kilka różnego rodzaju ciekawych obrazów ze swojego umysłu. Dziewczyna zarumieniła się uroczo.

„Matt…”

Westchnął.

„Zrobimy co zechcesz” – odpowiedział. – „Wiesz, wcale nie musimy tu zostawać… Falghar naprawdę doskonale sobie radzi. Inni zresztą też. Mam całkiem przyjemne mieszkanie na dwunastym piętrze wieżowca w trójmieście…”

Królewna odwróciła się do niego i oplotła jego szyję ramionami. Wspięła się na palce całując go w usta. Namiętnie odwzajemnił jej pocałunek. Przez myśli dziewczyny przemknęły różne emocje. Wiedział, że jest teraz absolutnie szczęśliwa. Sam też tak się czuł.

„Cudowna perspektywa.” – oznajmiła mu zadowolona.

„Wszystko jeszcze przed nami. Mamy dla siebie całe życie.” – odparł z szerokim uśmiechem na twarzy.


THE END

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum. Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

23 komentarze

  1. Odpowiedz

    Wika ;]

    5 czerwca 2011

    Hehe opowiadanie genialne, choć są błędy ortograficzne 🙂 Nie jestem teraz w stanie powiedzieć jakie ale z dwa znalazłam 🙂 Pomimo tego czytało mi się dobrze i nie wiem dlaczego to opowiadanie nie jest jeszcze skomentowane 😉

    • Odpowiedz

      Miye

      5 czerwca 2011

      Ponieważ to dosyć stare opowiadanie, jedno z pierwszych skończonych. Tak samo jak “Błękitne Marzenie”, które do spółki z “Czterema Światami”, właściwie najbardziej lubię.

  2. Odpowiedz

    Wika ;]

    8 czerwca 2011

    No powiem Ci, że „Błękitne Marzenie” też mi się podobało ;p Ale jestem na Ciebie zła za jedno opowiadanie… „Córka Demona” Chcę w końcu poznać zakończenie !;)

    • Odpowiedz

      Miye

      8 czerwca 2011

      Przyznam się, że też bym chciała…

  3. Odpowiedz

    Wika ;]

    10 czerwca 2011

    Hhehe, a co nie masz jeszcze? Oj Vicky 🙂

    • Odpowiedz

      Miye

      10 czerwca 2011

      Jakbym miała, to bym napisała…

  4. Odpowiedz

    IRRESA

    11 czerwca 2011

    “Jakby miała to by napisała”, a że nie ma znaczy, że go jeszcze nie zna., to go nie ma. Proste, logiczne. -_-

  5. Odpowiedz

    Wika ;]

    11 czerwca 2011

    Nie no ok. Nauka i nowe teksty ci nie pozwalają 😉 Em, IRRESA czy to do mnie ?

    • Odpowiedz

      Miye

      11 czerwca 2011

      Chyba do mnie raczej *smile*

      Jak już mówiłam – wymyślę jakieś zakończenie, to napiszę.

  6. Odpowiedz

    Wika ;]

    12 czerwca 2011

    no to czekam.

  7. Odpowiedz

    IRRESA

    13 czerwca 2011

    Tak Wika to było do Ciebie, żebyś dziewczyny nie męczyła o to zakończenie. ;>

  8. Odpowiedz

    Wika ;]

    16 czerwca 2011

    IRRESA … A spokojniej się nie dało tego napisać? Bo jakoś jak to przeczytałam, aż się zaśmiałam. No przepraszam, ale nie mogłam. Nie dziwie Ci się , bo sama nie mam “anielskiej” cierpliwości no ale moim zdaniem to co napisałaś nie było nawet logiczne XD Co do Miye … miałam zamiar ją trochę pomęczyć o ten koniec… Ale jeżeli komuś to przeszkada to zmieniam plany 😉

  9. Odpowiedz

    IRRESA

    19 czerwca 2011

    Nie no, przepraszam. Mam nerwowy stan, nastrój mi się pogorszył, na nic siły nie mam. A Ty stałaś się idealną osobą do wyładowania części emocji… ^^

    P.S. To było logiczne! Ale w moim odczuciu tylko! *uśmiech*

  10. Odpowiedz

    IRRESA

    19 czerwca 2011

    Wika i ( jeśli mogę ) mam do Ciebie dwie prośby.
    Pierwsza – proszę Cię pisz mój nic Irresa, a nie IRRESA. Wiem, że normalnie mam go zrobiony CapsLockiem, ale wygląda nieźle, a jak ktoś go tak piszę to mnie strasznie w oczy razi. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale będę wdzięczna. *uśmiech*
    Druga – skomentuj moje “Prawo Miłości”. Jest na blogu Vicky, a nie ma tam Twojego komentarza. *śmieje się*

    Wiem, że obie te prośby nie mają prawie sensu, ale tak mnie nagle naszło… *___*

  11. Odpowiedz

    RinV

    28 czerwca 2011

    Oceniono na PWN.
    Zapraszam

  12. Odpowiedz

    IRRESA

    29 czerwca 2011

    A mi przyszło do głowy, że… ja nic z tego opowiadania nie pamiętam. o.O Ani słowa.
    Był Szarooki i Eliza, bodajże, a po za tym… mam pustkę. ;o

  13. Odpowiedz

    Wika ;]

    29 czerwca 2011

    A ja to opowiadanie doskonale pamiętam ! Ono mi się tak jakoś wbiło w głowe… heh. poprostu mi sie spodobało i je zapamiętałam 🙂

  14. Odpowiedz

    IRRESA

    29 czerwca 2011

    Ale ja je czytałam… hmm… nie pamiętam! Strasznie dawno to było, Vicky mi je przesłała na maila…

  15. Odpowiedz

    Monikamb20

    27 lipca 2011

    Cześć ! Jestem Monika. Najprawdopodobniej twoja koleżanka, której kiedyś pomagałaś w pisaniu, poradziła mi żebym napisała w tej sprawie do ciebie. Chciałabym dowiedzieć się, co myślisz na temat mojego opowiadania, czy w ogóle umiem pisać i czy to kontynuować. Liczę na szczerą opinię.
    Opowiadanie umieszczone jest na blogu;
    http://www.kazdymaswojaszanse.bloog.pl

    • Odpowiedz

      Miye

      27 lipca 2011

      Zacznijmy od szczerej opinii – zrezygnuj z tej dziwnej witryny, przerzuć się na wordpressa. Ma więcej możliwości i estetyczniej wygląda, Bardzo nie lubię takiego rozjechanego tekstu. Niewygodnie się go czyta.

    • Odpowiedz

      Miye

      27 lipca 2011

      Z jakiejś bliżej nieznanej mi przyczyny, nie mogę napisać komentarza pod Twoim tekstem… W każdym razie brzmiałby tak:

      Jak to miło, że ludzie czytają ze zrozumieniem. Notkę “O moim bloogu” powinnaś chyba odrobinę bardziej wyszczególnić, może będzie rzucała się w oczy.

      Co do Twojego stylu pisania i tekstu jest naprawdę dobry. Przygotowałam się psychicznie na powódź błędów, a tu czyściutko. To Ci się chwali! Szkoda tylko, że czasami zapominasz użyć jakiejś spacji. Mała rzecz, a ułatwia czytanie.

      Jeżeli chcesz posłuchać opinii innych ludzi, to proponuję wrzuć jakieś skończone opowiadanko na http://nastek.pl/, powinno przejść przez redakcję bez problemu.

  16. Odpowiedz

    Anne

    18 września 2011

    Całkiem niezłe opowiadanie! Miło się czytało, bardzo barwne postacie. Rewelacja ^^

Leave a comment

Najnowsze Patronaty


  • Wiedzmy-Kijowa
  • lonely-heart
  • nastepca-tronu

Ostatnie Recenzje

  • Ogromne okno