Jak w Bajce

Stałam przed budynkiem mojej nowej szkoły. Był środek marca, a ja dopiero teraz miałam zacząć drugi semestr. Liceum imienia świętego Franciszka samo w sobie nie wyglądało groźne, przerażało jednak swoim ogromem i rozmachem. Żółty budynek z białą fasadą stanowił przyjemny widok dla oka, tu jednak znajdował się tylko sekretariat i niektóre sale lekcyjne. Cały kompleks szkolny był znacznie rozleglejszy. Mieściły się tutaj boiska, sale gimnastyczne, hala z basenem, a główny budynek oprócz centralnej części i holu, monstrualnych wręcz rozmiarów, oraz nieustępującej mu wielkością sali teatralnej, miał jeszcze dwa oddzielne skrzydła. Do tego wszystkie te miejsca dzielił przepiękny, modrzewiowy park. Czułam się tutaj, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie.

Moje nowe liceum było szkołą elitarną, taką jedynie dla bogatych dzieci. Ja sama znalazłam się w nim zupełnie przez przypadek. Przez całe swoje nastoletnie życie mieszkałam razem z babcią. Nie opływałyśmy w dostatek, ale nie cierpiałyśmy też biedy. Małe mieszkanko na drugim piętrze czynszowej kamienicy było schludne, czyściutkie i bardzo przytulne. Pieniędzy z ubezpieczenia po rodzicach i babcinej emerytury spokojnie starczało na życie. Właściwie to byłam tam całkiem szczęśliwa. Dopiero w szesnaste urodziny objawił się wuj, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Był bratem mojego ojca, którego zresztą też nigdy nie dane mi było poznać. W liście, który od niego dostałyśmy, składał babci propozycję nie do odrzucenia i tak oto znalazłam się tutaj, przed okazałym gmachem liceum świętego Franciszka, w moim nowym domu, w Anglii i mojej nowej szkole. Od tej chwili całe moje życie miało ulec drastycznej przemianie. Zaczerpnęłam głęboko wczesnowiosennego powietrza i przez zdobioną mosiężnymi okuciami bramę weszłam na teren szkoły.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Mundurek?! Oni tutaj naprawdę nosili mundurki?! To było dla mnie rzeczą nie z tego świata. Bardzo miła pani z sekretariatu podała mi przygotowany specjalnie dla mnie strój. Wisiał na wieszaku, w czarnym, ochronnym futerale na ubrania. Dostałam także eleganckie, miękkie buty. Kobieta wskazała mi pokój, w którym mogłam się przebrać. Wyglądał jak klasyczny, angielski salon, jeden z tych, które znałam z filmów i obrazów. Sofa i dwa fotele z wzorami w drobne róże, okrągły, drewniany stolik na którym stał wypełniony kwiatami wazon i tapeta w pionowe pasy. Przypominało to wszystko: hotelowy hol, herbaciarnię, salon w bogatym domu, ale na pewno nie szkołę.

Rozpięłam czarny pokrowiec i zamarłam. Moim oczom ukazała się plisowana, granatowa spódniczka, jasno niebieska koszula i ciemna marynarka. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie prychnąć śmiechem. Wyobraziłam sobie postacie rodem z japońskich bajek. Czy ja też będę tak właśnie wyglądała? Niechętnie przebrałam się w nowy strój, poprawiając niesfornie opadające na moją twarz, długie, jasne włosy. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że mundurek był idealnie skrojony, właśnie na mnie, mimo, że nikomu nie podawałam wcześniej swoich wymiarów. Czułam się bardzo nieswojo, ale zwinęłam stare jeansy i brązowy sweter do sztruksowej torby, wypychając ją niemal do granic możliwości. Wytarte adidasy wzięłam do ręki i wyszłam z pokoju, żeby znów stanąć przed młodą kobietą z sekretariatu.

Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Dała mi wydruk planu zajęć, na którego odwrocie był narysowany układ szkolnych sal. Uznałam, że taka mapka to naprawdę świetny pomysł w tak ogromnej placówce. Rozmowę przerwała nam dziewczyna o rozwianych, rudawych warkoczach. Wpadła do sekretariatu otwierając na oścież drzwi.

– Dzień dobry – przywitała się radośnie. – Cześć – podeszła do mnie wyciągając rękę – jestem Nataly Danstown, będę twoją przewodniczką przez kilka pierwszych dni.

Przyjrzałam się zarumienionej dziewczynie. Była mniej więcej mojego wzrostu. Dwa warkocze sięgały jej za ramiona, jak u małej dziewczynki. Marynarkę miała niechlujnie rozpiętą. Jej zarumienioną od pośpiechu twarz zdobił ładny, przyjazny uśmiech. Na jej widok odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Może nie miało być aż tak źle…

– Marika Merownig – przedstawiłam się nowej koleżance, uścisnąwszy jej dłoń.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Szłam z Nataly szerokim korytarzem szkoły. Dziewczyna wyglądała na bardzo pogodnie nastawioną do życia. Buzia nie zamykała jej się ani na chwilę. Zauważyłam jednak, że mijani przez nas ludzie rzucają nam nieprzychylne spojrzenia. Ona jednak po prostu to ignorowała.

Najpierw zaprowadziła mnie do szatni, w której zostawiłam swoje, jak to zaczęłam określać w myślach „cywilne ciuchy”, a później poszłyśmy po moje nowe książki, które także czekały na mnie przygotowane w eleganckiej paczuszce. Nataly od razu rzuciła się do pomocy w noszeniu, za co byłam jej naprawdę wdzięczna. Krętymi korytarzami, niczym przez labirynt udałyśmy się do głównej części budynku. Tu znajdowały się szafki, zupełnie jak w amerykańskich szkołach, tylko trochę bardziej eleganckie. Uznałam, że to dobre rozwiązanie, bo przynajmniej nie będę musiała nosić ze sobą wszystkich książek, tak jak przyzwyczaiłam się to robić w polskim gimnazjum. Na korytarzu robił się coraz większy tłum, oznaka zbliżających się zajęć. Otworzyłam emaliowane drzwiczki i zaczęłam się wypakowywać, sprawdzając na planie, co będzie mi na najbliższe zajęcia potrzebne.

Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu Nataly. Przy jednej z pobliskich szkolnych szafek stał wysoki, ciemnowłosy chłopak o śniadej cerze. Swoim wyglądem przywodził na myśl księcia z bajki, mrocznego księcia. Rozmawiał z drobną dziewczyną, która sprawiała wrażenie bardzo spłoszonej. Miał niesamowite, niebieskie oczy, od których nie potrafiłam oderwać wzroku. Stałam przy swojej szafce, wkładając do niej resztę odebranych przed chwilą książek, bez skutku starając się zignorować, stojącą blisko mnie parę. Chłopak roześmiał się. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa.

– Ty naprawdę myślałaś, że mógłbym się umawiać z kimś takim jak ty? – roześmiał się perfidnie. W jego oczach nie było jednak widać nawet cienia wesołości. – Nie jesteś ani ładna, ani zbyt bystra, skąd pomysł, że mógłbym pójść właśnie z tobą na wiosenny bal? – spytał pogardliwie, nie ukrywając rozbawienia.

Twarz dziewczyny stała się czerwona. W jej oczach pojawiły się łzy. Z uwagą przyjrzałam się niewielkiej postaci. Chłopak kłamał. Drobna brunetka była nadzwyczaj słodką i urokliwą dziewczyną. Nikt nie mógłby z czystą szczerością stwierdzić, że nie jest ładna, ponieważ naprawdę była.

– Ale ja myślałam… – zaczęła cichym, drżącym głosem.

– To źle myślałaś – warknął na nią, ucinając dalszą rozmowę.

Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła już dłużej powstrzymać cisnących się do oczu łez. Odwróciła się na pięcie i z płaczem pobiegła wypełnionym ludźmi korytarzem. Kiedy tylko zniknęła z twarzy chłopaka natychmiast ulotnił się drwiący, arogancki uśmiech. Stała się zimną, nieprzeniknioną maską. Mroczny książę wzruszył ramionami i odwrócił się, do najwyraźniej swojej szafki, by wyjąć potrzebne mu książki.

– To Martin Corvidae – mruknęła Nataly, dotykając mojego ramienia, a ja niemal podskoczyłam z zaskoczenia. Ta dziewczyna była jak kot. Nigdy nie wiadomo było gdzie i kiedy można się jej spodziewać. – Średnio raz na tydzień łamie serce i rozwiewa marzenia, jakiejś naiwnej dziewczyny. Wiesz co dziwi mnie najbardziej? Mimo, że o tym doskonale wiedzą, to ciągle próbują. Każda myśli, że to właśnie ona będzie tą jedyną, której nie odmówi.

Zawstydziłam się odrobinę, że przyłapała mnie na wpatrywaniu się właśnie w niego. Był przystojny, bez dwóch zdań, ale to nie jego wygląd przyciągnął moją uwagę. W jego oczach był tak głęboki smutek i samotność… Przez chwilę wydawało mi się, że tak jak ja, skrywa jakąś smutną, przytłaczającą go tajemnicę. Wiedziałam, że muszę się mylić. To co wyczytałam z jego postaci kompletnie gryzło się z wyobrażeniem szkolnego play-boya. To przedstawienie, które odbyło się przed chwilą na korytarzu spowodowało, że stał się ostatnią osobą, którą miałam ochotę tu poznać.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Na stołówce było tłoczno i głośno. Nie miałam ochoty nic jeść. Zabrałam swoją kawę, marząc tylko o tym, żeby zaszyć się w jakiś cichy, spokojny kąt. Przepychanie się przez rozgadane grupki wcale nie należało do łatwych rzeczy. W pewnym momencie ktoś mnie popchnął. Potknęłam się. Moja torba upadła na podłogę. Rozsypały się ledwo co skserowane notatki. Przewróciłam się, wpadając na jakiegoś stojącego przy stoliku chłopaka. Kawa wylała się z kubka, zachlapując jego granatowy mundurek. Odwróciłam się ku niemu. To był „mroczny książę”, którego widziałam godzinę temu, dającego kosza brunetce na korytarzu. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem.

– Idiotka! – warknął. – Patrz jak chodzisz!

– Przepraszam, ja… – zaczęłam cicho.

– Co mnie obchodzi twoje nic nie warte „przepraszam”? – syknął rozeźlony. – Przez ciebie jestem cały mokry!

Spojrzałam na niego poirytowana. No dobrze, może oblałam go kawą, ale to przecież nie koniec świata. Ktoś stanął między nami.

– Odpuść, Martin – powiedział spokojnym głosem nieznajomy.

Tamten obrzucił mnie wściekłym wzrokiem, ale tylko wzruszył ramionami i odszedł w stronę drzwi, a ja ze zdziwieniem zauważyłam, jak tłum rozstępuje się na boki, przepuszczając wściekłego jak osa chłopaka. Wróciłam spojrzeniem do nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie pogodnie. Miał bardzo ładny, miły uśmiech.

– Jestem Eric Devree – przedstawił się kucając, by pozbierać z podłogi moje rozsypane kartki. – Ty jesteś tą nową dziewczyną, która przyszła do nas w trakcie semestru, prawda?

– Tak – odpowiedziałam przyglądając się uważnie chłopakowi, miał jasne, zwijające się w drobne loki włosy i żywo zielone oczy, był niezwykle przystojny i urokliwy, ale najbardziej mnie w nim urzekło to, że stanowił kompletne przeciwieństwo Martina, z którym nie chciałam mieć nic wspólnego. – Nazywam się Marika Merowing.

Wydawało mi się, że spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, kiedy wymieniłam swoje nazwisko, ale to musiało być tylko złudzenie, bo już po chwili znowu uśmiechał się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem.

– Jeżeli masz teraz historię, to możemy pójść razem – zaproponował podając mi plik notatek. – Jesteśmy w tej samej grupie, mam rację?

Skinęłam głową, uśmiechając się do niego z wdzięcznością. Mimo, że dostałam plan na którym naszkicowany był szczegółowy rozkład szkoły, to nawet z nim, w liceum świętego Franciszka, bez trudu można było się zgubić.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Miałam dość. Chociaż przez chwilę chciałam pobyć sama. Godzina wolnego, a tu nawet w bibliotece, a właściwie bibliotekach, ponieważ były aż trzy, panował hałas. Wspięłam się na czwarte piętro, a potem jeszcze na piąte. Z ulgą odkryłam, że tutaj nie ma już tylu ludzi. Przeszłam przez cały korytarz, sprawdzając co jest na jego końcu. Zdziwiłam się kiedy zobaczyłam kolejny zakręt, a potem jeszcze jedne schody, zdecydowanie węższe od tych głównych. Nikogo tutaj nie było. Z niejaką dozą satysfakcji i zawsze zwyciężającą we mnie ciekawością, wspięłam się na tajemnicze schody. Kończyły się dwuskrzydłowymi drzwiami, które były lekko uchylone. Weszłam przez nie, rozglądając się po pomieszczeniu. Leżały tu jakieś skrzynie, pod ścianą stały oparte wysłużone materace i zakurzone meble. To musiał być jakiś strych. Do pomieszczenia wpadało przez połaciowe okna stłumione, dzienne światło. Idealnie. Cisza i spokój. Szczerze wątpiłam, żeby ktoś tu zaglądał. Usłyszałam znaczące chrząknięcie. Przeklęłam w duchu. Dopiero teraz zauważyłam opartego o jedną ze skrzyń chłopaka. Znowu on! – Natychmiast przyszło mi na myśl. „Mroczny książę”, Martin Corvidae, stał leniwie oparty o skrzynię, na której leżała jego poplamiona kawą marynarka. W ręce trzymał papierosa. Włożył go do ust, niedbale zaciągając się dymem.

– Przestraszyłaś mnie – odezwał się patrząc na mnie nieprzyjaźnie.

– Cieszę się – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Prychnął, ale nie skomentował.

– Spływaj stąd, mała – powiedział rozkazującym tonem.

Niczego bardziej nie pragnęłam niż sobie pójść, ale w momencie gdy to powiedział, po prostu, na przekór, poczułam nieodpartą chęć, żeby zostać.

– Bo co mi zrobisz? – zapytałam, patrząc mu wyzywająco w oczy.

– Co zrobię? – mruknął rozbawiony.

Zgasił papierosa. Podszedł do mnie. Stanął bardzo blisko, zbyt blisko. Popatrzył na mnie z góry. Na schodach usłyszeliśmy kroki ciężkich butów. Chłopak przeklął. Chwycił swoją marynarkę i pociągnął mnie w głąb strychu, brutalnie ściskając moje ramię. Zaczęłam protestować. Dłonią zatkał mi usta.

– Cicho bądź – syknął.

Przykucnął w rogu pomieszczenia, za zakurzonymi, drewnianymi skrzyniami. Pociągnął mnie za sobą na podłogę, nie zdejmując ręki z moich ust. Przytrzymał mnie stanowczo. Chciałam się wyrwać, ale w jego oczach zobaczyłam niemą prośbę. Zastygłam w bezruchu. Do środka wtargnęło pięciu chłopaków. Niewyraźnie widziałam zarysy ich sylwetek, przez luźne deski skrzyni. Zaczęli się rozglądać jakby czegoś szukali.

– Nie ma go tutaj – oznajmił wyraźnie zawiedzionym głosem jeden z nich.

– Musi tu być! – warknął inny. – Sprawdzaliśmy już pozostałe miejsca. Pewnie chowa się w mysiej norze, szczur jeden – dodał z mściwą satysfakcją.

Na strych wdrapała się kolejna osoba.

– Panowie, co tu robicie? – odezwał się starszy głos. – Tu nie wolno wchodzić.

Niezadowoleni chłopacy wyszli ze strychu, mrucząc coś pod nosem. Starszy mężczyzna, prawdopodobnie woźny, również się oddalił, zamykając za sobą drzwi. Dopiero wtedy Martin mnie puścił. Odetchnął z ulgą. Podniósł się z podłogi, otrzepując zakurzone spodnie.

– To ciebie szukali? – zapytałam cicho.

– A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Czego od ciebie chcieli? – drążyłam dalej.

Spiorunował mnie wzrokiem. Nie odpowiedział, ale jego oczy mówiły mi wystarczająco wiele. Wzdrygnęłam się. Przez chwilę poczułam ciekawość, co takiego im zrobił, ale potem pomyślałam, że wolę jednak nie wiedzieć. Ruszyłam w kierunku drzwi. Chwycił mnie za ramię, odwracając w swoją stronę.

– Dokąd idziesz? – zapytał groźnie.

– Przed chwilą kazałeś mi spływać – stwierdziłam obojętnie. – Chyba się dostosuję.

– Poczekaj – powiedział, a ja mogłabym przysiąc, że w jego głosie wyczuć można było prośbę.

– Dlaczego? – westchnęłam.

– Bo nie mam ochoty oberwać – mruknął.

Wzruszyłam ramionami, ale posłusznie zawróciłam. Podciągnęłam się na rękach i usiadłam na skrzyni, o którą wcześniej opierał się chłopak. Ona przynajmniej nie była zakurzona. Martin wyciągnął kolejnego papierosa. Stanął wyglądając przez połaciowe okno. Nie odezwał się więcej. Po kwadransie miałam serdecznie dość jego milczącego towarzystwa.

– Czy już mogę iść? – spytałam ironicznie.

Skinął głową, nawet na mnie nie spojrzawszy. Zsunęłam się ze skrzyni i z prawdziwą ulgą wyszłam z zakurzonego strychu. Zatrzymałam się u stóp schodów.

– Musi tam być – usłyszałam. – Kiedyś będzie musiał wyjść, a my tu na niego cierpliwie poczekamy.

Cała piątka siedziała rozwalona na korytarzu. Jeden z nich odbijał piłkę o pomalowaną na żółto ścianę. Po cichu z powrotem schowałam się we wnęce, w której zaczynały się schody. Przez chwilę walczyłam z własnym sumieniem. Niby dlaczego miałam go uprzedzać? Jeżeli ma oberwać, to na pewno sobie na to zasłużył. Szepczący mi na ucho aniołek tym razem jednak przegonił diabełka. Powoli, starając się iść jak najciszej, ponownie wspięłam się na schody. Kiedy wróciłam na strych Martin siedział na moim wcześniejszym miejscu, na drewnianej skrzyni. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem.

– Znowu tu jesteś – stwierdził cierpko, a ja natychmiast pożałowałam, że przyszłam.

– Czekają na ciebie na dole – oznajmiłam tylko, odwracając się z powrotem ku drzwiom.

Chłopak wstał. Poruszył się zwinnie. Zagrodził mi drogę.

– A ty dokąd? – zapytał.

– Wracam na lekcje – powiedziałam spokojnie, starając się go ominąć.

– Tak? – spojrzał na mnie rozbawiony. – I co im powiesz, że skąd się tu wzięłaś?

– A co ich to obchodzi? – spytałam zdezorientowana.

– Jesteś głupia – stwierdził z całą stanowczością, z politowaniem kręcąc głową. – Chodź – mruknął popychając mnie w kierunku okna.

– Zwariowałeś! – oznajmiłam, patrząc na niego niedowierzająco.

– Ciesz się, że wróciłaś – szepnął mi do ucha, a ja ponownie, niemal boleśnie poczułam jego bliskość. – Gwarantuję ci, że nie byliby dla ciebie mili.

Potem wyminął mnie, otworzył okno i podciągnął się na rękach na dach. Stałam i patrzyłam w ślad za chłopakiem. Co on sobie wyobrażał?!

– Idziesz? – zapytał lekko rozbawionym tonem, wyglądając przez otwór.

Mimowolnie podeszłam bliżej, a on po prostu, jak gdyby nigdy nic, podniósł mnie i wyciągnął do siebie na dach, po czym zamknął okno. Rozejrzałam się wokół. Staliśmy w osłoniętym od wiatru miejscu, pomiędzy dwoma wyższymi punktami o spadzistych dachach. Spojrzałam w dół. Było stąd widać niemal cały teren szkoły. Modrzewiowy park, skąpany był we wczesnowiosennym słońcu. Martin zsunął się niżej, schodząc ostrożnie po czerwonych dachówkach. Niechętnie poszłam za nim. Potknęłam się. Upadłam na pupę. Zsunęłam się kilka metrów w dół.

– Uważaj – mruknął łapiąc mnie za rękę.

Świetnie, łatwo mu mówić „uważaj”. Niby jak mam uważać chodząc po cholernym dachu?! Stanęłam na nogach. Chłopak zaczął iść dalej, nie puszczając mojej ręki. Szłam za nim niepewnie stawiając nogi. Kiedy znaleźliśmy się niżej, poza osłoniętą częścią dachu, zadrżałam z zimna. Czułam teraz na sobie wyraźne, silne podmuchy marcowego wiatru. Moja sięgająca kolan, plisowana spódniczka nadymała się jak balonik. Byłam przekonana, że łażenia po dachach, zwłaszcza w mundurku szkolnym, nie dodam do listy swoich ulubionych czynności. W końcu znaleźliśmy się przy przeciwpożarowej drabinie. Martin puścił moją rękę i zaczął schodzić bez najmniejszego wahania. Doskonale! Teraz drabiny. Ruszyłam za nim. Kiedy dotarliśmy wreszcie na dół, chłopak zwinnie zeskoczył, lądując na ziemi miękko, niczym kot. Spojrzałam na niego przestraszona. Wydawało mi się, że ta drabina kończy się piekielnie wysoko nad ziemią! Westchnął.

– Po prostu skocz – mruknął.

Pokręciłam głową. Miałam skoczyć z takiej wysokości?

– Odbiło ci! – powiedziałam z pełnym przekonaniem.

Uśmiechnął się szelmowsko.

– Złapię cię, tchórzu – obiecał.

Rzuciłam mu swoją torbę, zamknęłam oczy i zeskoczyłam. Martin działał na mnie, jak czerwona płachta na byka. Zrobiłabym wszystko, byleby mu dokuczyć. Chwycił mnie w powietrzu, nie pozwalając upaść na ziemię. Postawił na nogi.

– Znikaj do szkoły – rozkazał.

Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Chwyciłam swoją torbę i nie oglądając się za siebie wyszłam z wąskiego, ślepego zaułka pomiędzy dwoma budynkami. Poprawiłam ubranie i włosy. Byłam przekonana, że moje policzki i tak są wystarczająco zaczerwienione. Z prawdziwą ulgą, nieniepokojona przez nikogo, weszłam do jednego z budynków szkoły. Sprawdziłam swój plan oraz mapkę budynku. Przeklęłam w duchu. Byłam już spóźniona. Schowałam obie kartki i popędziłam pustym korytarzem na kolejne zajęcia.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Nataly okazała się dobrą koleżanką. Nić porozumienia, którą złapałyśmy pierwszego dnia, ciągnęła się między nami, rozwijając przez kolejny tydzień. Jeżeli jednak chciałam być szczera sama ze sobą, musiałam przyznać, że to dość dziwna dziewczyna. Była na przykład, nie tyle fanką, co maniaczką wszystkich dzieł Szekspira. Zachowywała się też bardzo entuzjastycznie i często skakała wokół mnie jak mały króliczek. Do tego upewniłam się w tym, że koleżanki z klasy wyraźnie jej z jakiegoś powodu nie lubią. Byłam naprawdę ciekawa dlaczego.

– Hej, usiądź z nami! – zawołała na długiej przerwie Kate.

Dołączyłam do stolika rozgadanych dziewczyn. Właściwie to nowe koleżanki z klasy niespecjalnie się mną interesowały, nie były jednak też wrogo nastawione. Stanowiłam dla nich coś w rodzaju egzotycznej ciekawostki. Zauważyłam, że lubią wypytywać mnie o różne rzeczy, często zresztą niezbyt taktownie. Gdyby nie Nataly, czułabym się jednak w tej szkole bardzo samotna. Kończyłam jeść drugie śniadanie, starając się przysłuchiwać ich niewiele obchodzącym mnie plotkom.

– O, Nataly, chodź do nas, kochana – odezwała się ociekającym miodem tonem, jedna z siedzących naprzeciwko mnie dziewczyn.

Nataly podeszła niechętnym krokiem do pełnego stolika. Wyglądająca jak gwiazda filmowa blondynka, o skręcających się w grube loki włosach wstała, trącając łokciem trzymaną przez dziewczynę tacę. Kubek z ciemnym płynem i sałatka z kolorowym sosem wylądowały na plisowanej spódnicy Nataly.

– Jak zwykle straszna z ciebie niezdara – ofuknęła ją blondynka.

Pozostałe dziewczyny zawtórowały jej śmiechem. W oczach mojej nowej przyjaciółki stanęły łzy. Odwróciła się i uciekła. Wiedziałam, że postępuję bardzo głupio, ale nie potrafiłam inaczej. Zerwałam się od stolika. Siedząca obok Kate chwyciła mnie za rękę.

– Na twoim miejscu uważałabym na towarzystwo, z którym się zadajesz – szepnęła cicho.

Wyswobodziłam się z jej uścisku.

– Dzięki, poradzę sobie – odpowiedziałam równie cicho i ignorując resztę towarzystwa pobiegłam za zapłakaną Nataly.

Dopadłam ją w damskiej toalecie. Nerwowymi gestami czyściła ręcznikiem papierowym swoją spódnicę.

– Pomogę ci – powiedziałam zabierając od niej rolkę.

Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.

– Nie musisz się ze mną przyjaźnić – powiedziała poważnym głosem.

Roześmiałam się.

– Oczywiście, że nie muszę – odpowiedziałam jej spokojnie – i oczywiście, że chcę.

Zaczerwienioną twarz dziewczyny ozdobił pełen nadziei uśmiech. Taki, dzięki któremu wiedziałam, że bez względu na czekające mnie konsekwencje, postąpiłam właściwie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            W angielskiej szkole zajęcia wyglądały nieco inaczej niż w polskich. Tutaj, niezależnie od klasy, wybierało się na jakie lekcje i o jakim stopniu zaawansowania chce się uczęszczać, tak więc wspólnie z Nataly miałam jedynie trochę ponad połowę godzin. Za to na prawie wszystkich spotykałam się ze złotowłosym Ericem. Najwyraźniej oprócz mnie tylko on był na tyle pomylony, żeby do zaawansowanej matematyki i fizyki wybrać sobie rozszerzone literaturę i historię. Wielu kolegów i koleżanek z klasy traktowało mnie jak kogoś gorszego pokroju, tylko dlatego, że byłam z urodzenia Polką. On nie miał takiego podejścia. Od początku był dla mnie miły, a jego uprzejmość nie skończyła się po incydencie na stołówce. Dodatkowo szybko ucichły szeptane za moimi plecami komentarze o łatwych polskich dziewczynach, a ja byłam przekonana, że to właśnie za jego sprawą.

– Cześć piękna – przywitał się ze mną, kiedy podeszłam pod klasę.

Zauważyłam nieprzychylne spojrzenia Angeli i Pauliny, dziewczyny nie przepadały za mną od czasu incydentu z Nataly, a to, że lubił mnie Eric najwyraźniej tylko pogarszało sprawę. Postanowiłam się tym nie przejmować, tak jak ignorowałam wszystkie inne nieprzyjemne zaczepki.

– Hej – uśmiechnęłam się do niego pogodnie. – Mam pewne pytanie, na które być może potrafisz mi odpowiedzieć – zaczęłam, kiedy odeszliśmy razem kawałek na bok.

– Słucham – oznajmił z wesołym uśmiechem.

– Dlaczego dziewczyny z naszej klasy tak bardzo nie lubią Nataly Danstown? – zapytałam siadając na szerokim parapecie korytarzowego okna.

Mina Erica spochmurniała. Wyglądało na to, że nie takiego pytania się spodziewał. Szybko jednak zamaskował zaskoczenie, ponownie się uśmiechając.

– Jej ojciec to szalony artysta – mruknął. – Jest malarzem, dorobił się na swoich dziwacznych obrazach, nie ma nic wspólnego z błękitną krwią, arystokracją ani żadnymi wpływowymi firmami. A ona chyba jest do niego dosyć podobna… W każdym razie chyba nie mogą ścierpieć, że taka „dziwna” osoba, ma lepsze koneksje i większe wpływy od nich.

– I tylko o to chodzi? – spytałam niedowierzająco.

Eric wzruszył ramionami.

– Tyle w tej szkole zupełnie wystarczy.

– Więc ja tutaj zupełnie nie pasuję – uśmiechnęłam się wesoło.

– Pasujesz bardziej niż ci się wydaje – oznajmił chłopak, ale nie zdążył wyjaśnić co ma na myśli, bo do klasy przyszedł nauczyciel i zaczęliśmy powoli wchodzić do środka.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            WF był dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chodzi o to, że nie lubiłam ćwiczeń fizycznych. Po prostu odnosiłam wrażenie, że koleżanki z klasy za wszelką cenę starają się uprzykrzyć mi życie, a godzina wf-u była do tego idealną okazją. Tego dnia grałyśmy w koszykówkę. Zaliczyłam już kilka zadrapań i siniaków, kiedy ktoś „przypadkiem” podstawił mi nogę, ale najgorszą zdobyczą był wielki siniak na policzku, po tym, jak Angelica z całej siły rzuciła we mnie twardą piłką. Mimo najszczerszym chęciom, po prostu nie mogłam uwierzyć, że to był zwykły wypadek. Rozumiałam już dlaczego Nataly w ogóle nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego, ja jednak nie zamierzałam rezygnować. Nie należałam do osób, które łatwo się poddają. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w szkolny mundurek, splotłam jasne włosy, w długi, luźny warkocz i ruszyłam korytarzem zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami dzisiejszego dnia.

Stanęłam przy swojej szafce. Włożyłam rękę do sztruksowej torby, żeby wyciągnąć książki, które miałam tutaj zostawić. Pisnęłam z bólu. Wyjęłam zakrwawioną dłoń, w której tkwiły malutkie odłamki szkła. Znowu przyszły mi do głowy dziewczyny z mojej klasy. Tego już nie mogłam uznać za wypadek, tylko dlaczego one tak mnie nienawidzą? Przecież nic im nie zrobiłam!

– Chodź – usłyszałam nad sobą stanowczy głos.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Martin stał przy swojej szafce i przyglądał się całej scenie. Chłopak był w starszej klasie, więc ku mojej wielkiej uldze, nie widywałam go zbyt często. Wziął moją torbę, chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą długim korytarzem. Po chwili znaleźliśmy się w gabinecie lekarskim. Zaklął brzydko, kiedy okazało się, że nikogo w środku nie było. Wyjął z przeszklonej gabloty wodę utlenioną i sam przemył mi dłoń. Sprawnie wyciągnął pęsetką kawałki szkła. Syknęłam z bólu. Zaśmiał się. Wyraźnie go to rozbawiło.

– Kto i za co cię tak nie lubi? – zapytał, zawijając bandażem moją wymytą z krwi dłoń.

Czułam, że coraz bardziej nienawidzę tej szkoły.

– Myślę, że dziewczyny z mojej grupy – mruknęłam niechętnie – ale dlaczego, nie mam pojęcia. Wcześniej myślałam, że to nieprzyjemne wypadki, ale teraz sama już nie wiem…

Dopiero wtedy przyjrzał mi się uważniej. Mimowolnym gestem wyciągnął rękę i dotknął brzydkiego siniaka na moim policzku.

– Skąd to masz? – zapytał.

Skrzywiłam się nieznacznie.

– Angelica uderzyła mnie piłką, jak grałyśmy na wf-ie w kosza. – Podwinęłam rękaw i pokazałam mu nieprzyjemne otarcie powyżej łokcia. – A to zrobiła mi Paula, jak wchodziłyśmy do klasy. Pojęcia nie mam o co chodzi. Przyjaźnię się z dziewczyną, której nie lubią, ale chyba nie mogą mnie za to aż tak nienawidzić…

Martin bez słowa otworzył moją torbę, wysypał z niej książki i resztki potłuczonego szkła. Wypadła też złożona na cztery części kartka. Rozłożył ją i uśmiechnął się z przekąsem „odwał się od Erica, zdziro” głosił duży, czarny napis. Zamrugałam zaskoczona. Moje koleżanki z klasy to psychopatki!

– Mhm, więc teraz przynajmniej wiesz o co chodzi – mruknął patrząc na mnie lekko rozbawiony. – Nie spodobało im się, że podrywasz „ich” Erica – zakpił.

– Rewelacja – warknęłam coraz bardziej rozwścieczona. Co za idiotyzm! – Tylko, wyobraź sobie, że nikogo do jasnej cholery nie podrywam, za czym idzie nawet nie mam jak przestać!

Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. To chyba była nowość, że jakaś dziewczyna nie leciała na Erica. Spakowałam z powrotem swoją torbę i chciałam wyjść z gabinetu. Zatrzymał mnie przed drzwiami.

– Zaproś mnie na wiosenny bal – powiedział cicho, poważnym głosem.

– Co?! – zapytałam kompletni wyprowadzona z równowagi.

– To co słyszałaś – powiedział, a na jego ustach zabłąkał się drwiący uśmieszek. – Na długiej przerwie, w stołówce. Im więcej osób zobaczy, tym lepiej.

Potem to on wyszedł z gabinetu i nie odwracając się odszedł korytarzem. Stałam zaskoczona, wpatrując się w jego znikające w oddali plecy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy wchodziłam na stołówkę widziałam jak nieprzychylnie patrzą na mnie Paula z Angeliką. Uśmiechy mściwej satysfakcji zagościły na ich twarzach, gdy zobaczyły moją owiniętą bandażem rękę. Planowałam zignorować Martina i radzić sobie sama, ale kiedy poczułam sól w swojej kawie, uznałam, że mam dość. Pewnym krokiem podeszłam do chłopaka. Zaprosić go na bal? Niby co mi to miało dać?

– Cześć, możemy porozmawiać? – zaczęłam niepewnie.

Spojrzał na mnie wyczekująco. Skinął głową. Na jego twarzy zagościł leniwy, arogancki uśmiech. Zdałam sobie sprawę, że zamilkły rozmowy przy kilku najbliższych stolikach.

– Pójdziesz ze mną na bal? – zapytałam niezbyt przekonana.

Roześmiał się. Przeczesał palcami ciemne, opadające na oczy włosy.

– Niezły żart – oznajmił dość głośno, żeby słyszały go nie tylko stojące w pobliżu osoby.

Potem odwrócił się i odszedł do wyjścia ze stołówki. Po raz kolejny tego dnia oniemiała wpatrywałam się w jego plecy. To jakiś rodzaj gry? Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Panująca wokół cisza przeszła płynnie w podniesione szepty. Jednak już chwilę później podeszła do mnie Paula. Miała współczujący wyraz twarzy.

– Nie przejmuj się – powiedziała kładąc mi rękę na ramieniu – on wszystkim dziewczynom odmawia. Chodź, pójdziemy razem na literaturę – zaproponowała przywołując gestem Angelę.

Czy ja wyglądałam na załamaną? Ani trochę nie rozumiałam co tu się właśnie stało. Nie tylko Paulina i Angela były przez resztę dnia dla mnie miłe. Pocieszały mnie też pozostałe dziewczyny z klasy. Dręczyły mnie ich współczujące, pełne zrozumienia spojrzenia. Po zajęciach, na korytarzu złapała mnie Nataly. Od razu odciągnęła mnie na bok. Znalazłyśmy się na klatce schodowej. Byłyśmy na niej same.

– Czemu to zrobiłaś? – zapytała gorączkowo. – Odwaliło ci zupełnie? Coś ty sobie myślała?

– O co ci chodzi? – westchnęłam lekko poirytowana.

– Naprawdę myślałaś, że z tobą pójdzie? – zadała pytanie zniesmaczonym głosem. – Zdawało mi się, ż jesteś inna – stwierdziła zrezygnowana.

– Uspokój się Nataly – mruknęłam nie wiedząc czy jestem bardziej zaskoczona czy rozbawiona. – Kazał mi.

Dziewczyna zamrugała.

– Jak to? – zapytała zupełnie zbita z tropu.

– Martin powiedział, żebym go zaprosiła. Posłuchałam go. Nie miałam pojęcia co planuje – wytłumaczyłam koleżance. – To miało mi pomóc z Paulą i Angelicą. Jak durne by nie było, ostatecznie podziałało.

– Rozmawiał z tobą? – zdumiała się jeszcze bardziej.

Skinęłam głową. Czy to było naprawdę takie dziwne? Martin był klasycznym przykładem dupka, ale dlaczego miałoby być czymś niezwykłym, że ze mną rozmawia?

– Był mi winien przysługę – sprostowałam.

– Mariko, jesteś najbardziej zaskakującą i nieprzewidywalną osobą jaką znam – oznajmiła stanowczo i bezpośrednio Nataly. – Myślę, że się zakochałam! – powiedziała, chwytając mnie pod rękę i prowadząc ze sobą do klasy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Po lekcjach poszłam do biblioteki. Tu było mi znacznie łatwiej odrabiać lekcje niż w niewielkim pokoju, który wynajmowałam razem z koleżanką z Polski – Martą. Zrezygnowałam z akademika, który zaproponował mi wuj, żeby móc mieszkać właśnie z nią. Wolałam dzielić skromny pokój z przyjaciółką niż siedzieć sama w obcym miejscu, nawet jeżeli miałoby być luksusowe i dostatnie. Biblioteka była o tej porze zupełnie pusta. Siedziałam odrabiając zadanie z fizyki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że z aroganckim uśmieszkiem na twarzy, podszedł do mnie Martin. Rzuciłam w niego ciężką książką, ponieważ była to pierwsza lepsza rzecz jaką miałam pod ręką. Złapał ją w locie.

– Ty draniu! – wrzasnęłam na niego.

– O co ci chodzi? – zapytał patrząc na mnie urażonym wzrokiem zbitego psa.

– Nie chcę brać udziału w twoich głupich grach! – warknęłam na niego sięgając po kolejny tom.

W jednej chwili znalazł się przy mnie. Złapał mnie za rękę.

– Odpłaciłem ci za przysługę – oznajmił cichym, poważnym głosem. – Przestały ci dokuczać, mam rację?

– Tak, ale nie w tym rzecz – rzuciłam ostro, wyrywając mu rękę.

– Więc o co chodzi? – teraz wyglądał na lekko rozbawionego. – Chciałaś iść ze mną na ten durny bal?

W tym momencie poczułam się jak idiotka.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam szybko. – W ogóle tam nie idę.

– To dlaczego się na mnie gniewasz? – zapytał rzeczowo.

– Bo mogłeś mnie uprzedzić co zamierzasz zrobić – warknęłam.

Roześmiał się.

– Nie jesteś zbyt dobrą aktorką – oznajmił z chłopięcą szczerością. – Nic by wtedy z tego nie wyszło.

Warknęłam na niego wściekle. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Chabrowe oczy zalśniły.

– Teraz w każdym razie jesteśmy kwita – oznajmił oddając mi książkę. – Przyszedłem ci to powiedzieć. Trzymaj się mała – rzucił drwiącym tonem i wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą w dużej, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, pustej bibliotece.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Początek kwietnia był ładny i słoneczny. Aber było niewielkim miasteczkiem położonym na granicy Morza Irlandzkiego, jakby ściśnięte pomiędzy Zatoką, a Narodowym Parkiem Snowdonia, w Walii, gdzie podobno mieszkał mój wuj, którego nigdy nie widziałam na oczy. W każdym razie, zwłaszcza o tej porze roku, było tu naprawdę pięknie. Uwielbiałam zarówno lasy jak i usiane poszarpanymi klifami morskie wybrzeże. Często chodziłam na samotne spacery, nawet do oddalonej pół godziny drogi od mojej kamienicy szkoły, wolałam chodzić piechotą niż tłoczyć się w załadowanym po brzegi autobusie. Tego ranka, kiedy wchodziłam przez, zdobioną przy pomocy kowalstwa artystycznego, bramę mojej szkoły, podbiegł do mnie Eric. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wyglądało to tak, jakby tutaj na mnie czekał.

– Cześć piękna – przywitał mnie wesołym uśmiechem, zabierając ode mnie torbę z książkami.

– Hej, co tak wcześnie? – zapytałam przyzwyczajona, że chłopak pojawia się dopiero przed samym dzwonkiem.

– Mam do ciebie sprawę – oznajmił. – Zaprosiłaś już kogoś na bal? – zapytał.

Spojrzałam na niego pytająco. Co oni wszyscy z tym balem? Poza tym co to za głupi zwyczaj, żeby dziewczyny zapraszały chłopaków?

– Nie planuję tam iść – odpowiedziałam mu wzruszając ramionami.

– W takim razie może zmieniłabyś zdanie i poszlibyśmy razem? – uśmiechnął się ujmująco.

Patrzył na mnie takim wzrokiem, a ja naprawdę go polubiłam i nie chciałam mu sprawiać przykrości.

– Jeżeli ci na tym zależy – mruknęłam.

Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

– W takim razie jesteśmy umówieni – oznajmił wesoło i razem poszliśmy w kierunku szkoły.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Owinięta dużym, kąpielowym ręcznikiem wracałam z basenu do przebieralni. Myślałam o tym, jakie konsekwencje będzie miało, to, że pójdę na bal z Ericem. Słyszałam już dzisiaj przed zajęciami, jak Kate z wypiekami na twarzy prosiła go, żeby z nią poszedł. Chłopak grzecznie i tajemniczo odmówił, mówiąc, że jest już zajęty i nie zdradzając żadnych więcej szczegółów. Co jednak zrobią, kiedy się dowiedzą, że to właśnie o mnie chodzi i że to ja „zaprosiłam” na bal Erica. W pewnym momencie drogę zagrodził mi barczysty blondyn. Nie znałam go nawet z widzenia. Miał na sobie tylko kąpielówki. Spojrzałam na niego pytająco.

– Hej laska, jesteś Polką, prawda? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. – Wy lubicie obciągać – oznajmił z pewnym siebie uśmieszkiem.

Na chwilę wmurowało mnie w ziemię. Bez słowa spróbowałam go wyminąć, ale mi na to nie pozwolił. Próbował mnie złapać, odskoczyłam gwałtownie. W dłoniach został mu tylko mój niebieski ręcznik. Zadrżałam z zimna w samym, wilgotnym, sportowym stroju kąpielowym. Podszedł do mnie bliżej. Z tyłu były szafki. Nie miałam już gdzie się cofać.

– Zrobisz mi loda i dam ci spokój – zaproponował, kiedy znalazł się tuż przy mnie.

Chciałam go uderzyć. Z wściekłą miną złapał mnie za rękę. W tym momencie ktoś odciągnął go do tyłu. Ze zdziwieniem zobaczyłam chłodne spojrzenie niebieskich oczu. Mimo tego, że znajdowaliśmy się w hali basenu, Martin był kompletnie ubrany. Popchnął zaskoczonego blondyna, tak, że tamten wpadł na drewnianą ławkę i potykając się o nią runął na kremowe kafelki posadzki.

– Odwal się od niej – warknął stając nad nim. Podniósł mój ręcznik. Rzucił mi go niedbale. – Wynoś się! – rozkazał, nawet nie patrząc na mnie.

Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Przytuliłam do siebie niebieski materiał i mając nadzieję, że nie pośliznę się na mokrych kafelkach, pobiegłam do przebieralni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Już w mundurku szkolnym, ale zupełnie nie gotowa na kolejne lekcje, wyszłam na miękkich nogach z hali basenu. To co się przed chwilą stało wyprowadziło mnie z równowagi. Przed budynkiem szkoły, na drewnianej ławce czekała na mnie Nataly. Usiadłam przy niej kładąc głowę na ramieniu przyjaciółki.

– Co się stało? – zapytała od razu widząc, że coś jest nie tak.

– Nienawidzę tej szkoły – mruknęłam. – Ci ludzie nie są normalni. Dlaczego ci kretyni mają mnie za dziwkę? Co zrobiłam, żeby mogli tak sądzić?

Nataly uśmiechnęła się smutno. Pogłaskała mnie po ramieniu.

– Myślałam, że nie słyszysz tego lub jeśli słyszysz to ignorujesz – stwierdziła cicho. – Oni mają się za lepszych, bo w większości są Walijczykami. Poza tym nie wszyscy są tacy. Zresztą w naszej klasie żaden chłopak o tobie złego słowa nie powie, już Eric o to zadbał.

– Zaprosił mnie na bal – westchnęłam.

– Kto, Eric? – spytała wcale nie zaskoczona Nataly.

– Aha – mruknęłam. – Potem pewnie dopiero rozpocznie się piekło.

– Nie sądzę – uśmiechnęła się do mnie pogodnie przyjaciółka. – Po przedstawieniu z Martinem, dziewczyny raczej będą ci kibicować.

– Obyś miała rację – westchnęłam smętnie. – Mam już dosyć tej całej pochrzanionej sytuacji. I wiesz co? – uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Ja naprawdę lubię Erica.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Mieliśmy wolną godzinę. Wszyscy wyszli na dwór i tylko ja, opustoszałym korytarzem szłam w kierunku biblioteki. Zatrzymałam się na chwilę, kiedy w jednej z kameralnych wnęk zobaczyłam siedzącego na szerokim parapecie Martina. Właściwie nie chciałam z nim rozmawiać, miałam ochotę zawrócić i uciec byle dalej od chamskiego chłopaka, ale uznałam, że wypada mu podziękować, w końcu, gdyby nie on, nie wiadomo co by się dzisiaj stało. Podniósł na mnie pytające spojrzenie kiedy podciągnęłam się na rękach, siadając przy nim na parapecie. Niechętnie wyłączył mp3 playera.

– Tak? – odezwał się zrezygnowany.

– Wiem, że masz to w dupie – mruknęłam – ale chciałam ci podziękować. Czego słuchasz? – spytałam od niechcenia.

– Masz – westchnął podając mi słuchawkę – bylebyś siedziała cicho.

Sama nie wiedziałam dlaczego nie zaprotestowałam. Usiadłam przy nim, wyciągając z torby książkę, którą miałam czytać w bibliotece. Martin włączył muzykę. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że słyszę znajome piosenki. Najpierw leciał System, potem Metallica, zupełnie jakbym słuchała swojej listy utworów. Brakowało mi tylko Polskich piosenek i mniej znanych zespołów takich jak Decard, za to w zamian za nie słyszałam jakiś Francuski hard rock i nieco skoczniejsze Walijskie kawałki. Wyjęłam z torby swoje mp3, podałam mu rozbawiona.

– Przejrzyj listę – roześmiałam się.

Spojrzał na mnie skonsternowany, ale zaczął przeglądać moją play listę. Najwyraźniej był bardziej zaskoczony niż ja, bo jego chabrowe oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia. Przeczesał palcami ciemne, rozwichrzone włosy.

– Zamieńmy się do jutra – zaproponował. – Chętnie posłucham tego, czego nie znam.

– Ok. – odpowiedziałam zsuwając się z parapetu, właściwie nie miałam nic przeciwko przegraniu sobie kilku fajniejszych kawałków. Podał mi swojego czarnego ipoda, zatrzymując moje poczciwe, bez firmowe mp3. – To do jutra – powiedziałam odchodząc.

– Na razie – mruknął zakładając słuchawki na uszy i na cały regulator włączając muzykę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Następnego dnia szłam do szkoły słuchając muzyki z czarnego ipoda. Wyjmowałam go właśnie przed szkołą z torby, kiedy dopadł mnie Eric. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie.

– Skąd to masz? – zapytał ostro.

– A co za różnica? – odwarknęłam bezmyślnie.

– Bo to nie twoje – oznajmił patrząc mi w oczy.

Zamrugałam. O co mu do licha chodziło?

– Nie, nie moje – odpowiedziałam spokojnie.

Wziął mnie za rękę. Pociągnął do wnętrza szkoły.

– Oddaj – rozkazał.

– Co? – popatrzyłam na niego niedowierzająco, a on po prostu wyjął mi go z ręki, a potem oddalił się korytarzem.

Przeklęłam w duchu. Co ja niby powiem Martinowi?! Pobiegłam za Ericem na drugie piętro. Zamarłam, kiedy wyjrzałam zza rogu schodów. Chłopak stał naprzeciwko Martina.

– Mam twoje mp3 – oznajmił podając mu ipoda.

Tamten przeczesał palcami ciemne włosy, uśmiechnął się ironicznie.

– Dzięki – mruknął, a potem odwrócił się i odszedł korytarzem.

Oszołomiona spojrzałam na Erica. Czy on do cholery pomyślał, że go ukradłam? Dlaczego Martin nie zaprotestował?! W tym momencie nienawidziłam go jeszcze bardziej niż przedtem. Zbiegłam na dół nie patrząc przed siebie. Usiadłam w jakiejś wnęce na pustym korytarzu. Do oczu napłynęły mi łzy. Zasłoniłam je rękami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ktoś przy mnie jest. Eric ukucnął przy mnie, odciągnął ręce od mojej twarzy.

– Zostaw mnie – syknęłam.

Spojrzał na mnie jakby nie rozumiejąc.

– To był ipod Martina, tego chłopaka, na którego wpadłaś pierwszego dnia w stołówce. Oddałem mu go – powiedział powoli.

– Naprawdę sądzisz, że go ukradłam? – spytałam wpatrując się intensywnie w jego zielone oczy.

– Ukradłaś? – spytał zaskoczony. – Nawet nie przyszło mi to do głowy – uśmiechnął się do mnie łagodnie – ale teraz rozumiem dlaczego się na mnie gniewasz. Podejrzewam, że to dziewczyny ci go podrzuciły… Widziałem, że ci trochę dokuczają, a uwierz mi, nie chciałabyś mieć w nim wroga. Gdyby się dowiedział… On potrafi się mścić.

– Więc mu go oddałeś, żeby on tak nie pomyślał? – zapytałam zaskoczona.

– Dokładnie – powiedział podając mi dłoń, żeby pomóc wstać z podłogi.

Chwyciłam jego rękę. Podniosłam się zgrabnie, wierzchem drugiej dłoni ocierając łzy. Wspięłam się na palce, całując Erica w policzek. Uśmiechnął się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem.

– Muszę się umyć – powiedziałam cicho, lekko zażenowanym głosem – spotkamy się pod salą, dobrze?

Skinął głową, a ja pobiegłam korytarzem. Umyłam twarz zimną wodą, żeby nie było widać moich łez. Potem poszłam po książki. W szafce leżało moje mp3.

– Dupek – mruknęłam pod nosem, wkładając je do torby.

Szybkim krokiem, z myślą, że chętnie bym coś, a najlepiej kogoś, kopnęła po drodze, poszłam pod drzwi naszej klasy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Nadeszła połowa kwietnia, długo wyczekiwany przez wszystkich dzień wiosennego balu. Zaskoczyło mnie, że zostałam wezwana do sekretariatu, w którym czekała na mnie długa, błękitna, wieczorowa suknia. Mój wuj, po prawie czternastu latach, nareszcie zaczął spełniać swoje obowiązki, podobno, prawnego opiekuna. Uśmiechnęłam się kwaśno. Nie chciałam wkładać tej sukni, ale wiedziałam, że zrobię to, głównie ze względu na Erica. Nie chciałam, żeby przeze mnie źle się bawił. Jemu najwyraźniej na tym balu zależało znacznie bardziej niż mi.

Nataly kategorycznie odmówiła pójścia na bal, ale zaprosiła mnie do siebie, postanawiając, że zrobi ze mnie swoją lalko-modelkę i zabawi się w tworzenie artystycznego makijażu i fryzury. Zapaliła się do tego jak mała dziewczynka, dlatego umówiłam się z Ericem właśnie pod jej domem. Punkt dziewiętnasta, chłopak czekał pod drzwiami z bukietem czerwonych róż. Promiennie uśmiechnął się na mój widok. Wsiedliśmy do prowadzonej przez elegancko odzianego szofera białej limuzyny i pojechaliśmy na mój pierwszy w życiu bal.

Właściwie, w towarzystwie Erica, bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko odbywało się w wielkim holu naszej szkoły. Był cudownie przystrojony biało-różowymi, wiosennymi kwiatami. Sprawiał wręcz baśniowe wrażenie. Śmiałam się i tańczyłam tyle co nigdy dotąd. Nataly miała rację. Kiedy Eric zostawił mnie samą na krótką chwilę, natychmiast podeszła do mnie podekscytowana Angela, chwilę potem dołączyła do niej Paula. Zamiast grozić i straszyć zaczęły jedna przez drugą gratulować oraz udzielać dobrych rad. Więc jednak Martin miał na moje życie też jakiś pozytywny wpływ. Wrócił Eric. Zatańczył z zachwyconymi dziewczynami. Całkiem zadowolona z życia wpatrywałam się w wirujące na parkiecie barwne pary. Potem jednak na moim błękitnym niebie pojawiła się jedna czarna chmura.

– Co tu robisz?! – warknął na mnie Martin. – Nie miało cię tu być.

Zamrugałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazł się przy mnie. Miał na sobie idealnie skrojony, czarny garnitur, nie miał jednak kotyliona, więc najwyraźniej był na balu sam.

– Ale przyszłam – odpowiedziałam zaskoczona. – Zresztą, co cię to obchodzi?

– Z kim? – zapytał.

– Co z kim? – nie zrozumiałam.

– Z kim przyszłaś? – dokończył pytanie.

– To jakaś różnica? – mruknęłam poirytowana. – Jestem tu z Ericem, jeżeli chcesz wiedzieć.

– Kretyn – warknął z jakiegoś powodu wkurzony Martin.

Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia z sali.

– Ej, puszczaj! – spróbowałam się wyrwać, ale chłopak trzymał zbyt mocno.

Pociągnął mnie na schody, protestującą zaprowadził na górę. Zaczęłam krzyczeć. Zatkał mi usta dłonią, mimo, że i tak nie sądziłam, że przy tak głośnej muzyce ktokolwiek może mnie usłyszeć.

– Zamknij się – syknął na mnie, wpychając do jakiegoś pokoju.

Zamknął za nami drzwi. To było pomieszczenie ochrony. Na kilku sporych monitorach widziałam odbywający się na dole bal. Wreszcie Martin mnie puścił. Odskoczyłam od niego jak oparzona, odsuwając się w najdalszy kąt pokoju. Prychnął. Z politowaniem pokręcił głową, odwracając się w stronę ekranów. Na sali pojawiły się duże, różnobarwne pinaty. Rozbawieni ludzie zaczęli je rozbijać. Coś było nie tak. Ze zgrozą zobaczyłam, jak zamiast papierowych kwiatów i cukierków, z zabawek wylewają się tonące w paskudnej cieczy owady. Przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Potem włączył się alarm przeciwpożarowy. Z sufitu trysnęła woda, zalewając całą salę. Tłum gęstniał przy wszystkich możliwych wyjściach. Dziewczyny krzyczały w panice. Zapanował chaos. Patrzyłam na to wszystko osłupiała. Pobladłam na twarzy.

– Jesteś psychopatą – odezwałam się chłodno do, wpatrującego się w monitory, najwyraźniej zadowolonego z siebie chłopaka.

– Być może – odpowiedział, a w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek.

Chłopak wyciągnął telefon. Wybrał numer.

– Mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła – mruknął do słuchawki – pokój ochrony, drugie piętro.

Potem się rozłączył. Chwilę później do pomieszczenia wpadł Eric. Jego zielone oczy płonęły. Z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że on także był zupełnie suchy. Odgoniłam od siebie oskarżycielskie myśli. Musiał mnie pewnie szukać po szkole. Na mój widok odetchnął z ulgą. Rozłożył ręce, a ja wpadłam w jego ramiona. Przytulił mnie do siebie i wyprowadził z pokoju. Zanim zamknął drzwi, zobaczyłam jeszcze ostatni, drwiący, nieco pogardliwy uśmiech na twarzy Martina.

– Przepraszam – powiedział cicho Eric, kiedy jako jedni z ostatnich wychodziliśmy ze szkoły. – Przepraszam, że zostawiłem cię samą.

Uśmiechnęłam się do niego blado. Eric odwiózł mnie do domu, a ja o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o znalezieniu się we własnym łóżku. Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało, a już na pewno nie w to, że taki chaos zaplanował właśnie Martin. Chociaż z drugiej strony, właściwie to do niego całkiem pasowało. Tylko jaki mógł mieć motyw?

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Była niedziela. Piękne, słoneczne, kwietniowe popołudnie. Wybrałam się na długi spacer po lesie. Dręczyły mnie wydarzenia z balu. Nie rozumiałam, dlaczego Martin to zrobił, ale jeszcze większą zagadką było dla mnie, czemu nie zostawił mnie na dole razem z innymi. Co właściwie łączyło jego i Erica?

Usłyszałam hałas jadących polną drogą quadów. Nienawidziłam kiedy ludzie zakłócali leśny spokój „tymi rzeczami”. Nie miałam nic przeciwko – niech sobie jeżdżą, ale powinni to robić na wyznaczonych torach, a nie tam gdzie popadnie. Zwłaszcza nie tutaj, na wybrzeżu, gdzie teren oznaczony był jako ścisły rezerwat przyrody. Pojazdy zatrzymały się między drzewami. Słyszałam głośne śmiechy chłopaków. Podeszłam odrobinę bliżej, chowając się za drzewami. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam, żeby mnie zauważyli. Zaskoczona rozpoznałam kolegów ze szkoły, a wśród nich szczupłą sylwetkę Erica. Już miałam wyjść, przywitać się z nimi, kiedy zobaczyłam coś jeszcze. Michael i Alan wyciągnęli coś, a raczej kogoś, co spostrzegłam dopiero po chwili, z jednego z zaparkowanych quadów. Bezceremonialnie rzucili chłopakiem o ziemię, jakby był workiem ziemniaków. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć, kiedy rozpoznałam ciemne, niesfornie opadające na oczy włosy. Stałam jak wmurowana w ziemię i ze zgrozą obserwowałam jak moi koledzy kopią leżącego na ziemi Martina. Cała moja sympatia do przystojnego, uroczego Erica prysła jak bańka mydlana. Leżący na trawie chłopak próbował się podnieść, nie pozwolili mu na to. Zobaczyłam, że ma związane ręce. Czy oni powariowali? Nogi się pode mną ugięły. Nie miałam pojęcia co mogę zrobić. Czy w ogóle istniało coś takiego? Nie miałam nawet pieprzonego telefonu! Zresztą i tak nie wiedziałabym do kogo mam zadzwonić. Alan przyczepił linę do związanych nadgarstków Martina. Chłopaki z powrotem wsiedli do quadów. Ruszyli. Chłopak z początku próbował biec za nimi, ale bardzo szybko potknął się i przewrócił. Spory kawałek pokonał szorując brzuchem po nierównej drodze, a potem Michael odciął naprężoną linę i odjechali, zostawiając go leżącego na drodze.

Byłam w szoku. Chwilę zajęło mi zanim odzyskałam władzę w nogach. Podbiegłam do niego. Z trudem usiadł. Jego elegancka koszula była podarta i pobrudzona w wielu miejscach. Przez policzek chłopaka przebiegało podłużne, nieprzyjemne zadrapanie. Nadgarstki Martina były poobcierane do krwi. Kiedy usłyszał moje kroki, podniósł wzrok. Widziałam jak zaskoczenie na jego twarzy zmienia się we wściekłość.

– Zjeżdżaj stąd! – warknął nieprzyjaźnie nieco zachrypniętym głosem.

– Nie! – tym razem dla odmiany nie zamierzałam go posłuchać.

Usiadłam przy nim na ziemi, nie zwracając uwagi, na to, że brudzę swoje jasne jeansy. Pomogłam mu rozwiązać ręce. Boleśnie chwycił mnie za nadgarstki.

– Wynocha! – syknął.

– Nie! – powtórzyłam stanowczo poprzez łzy, które w międzyczasie napłynęły mi do oczu.

Spojrzał mi w oczy. Puścił.

– Nic nie widziałaś, jasne? – odezwał się zrezygnowany.

– Ale… – zaczęłam, jak niby mogłam to zlekceważyć?

– To nasze prywatne sprawy – uciął krótko. – Ciebie to nie dotyczy.

Milczałam. Chłopak wstał. Zachwiał się. Skrzywił się przy pierwszym kroku. Jego twarz była blada jak płótno. Zerwałam się z ziemi. Przysunęłam do niego. Objęłam go w pasie. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie.

– Odprowadzę cię – wyjaśniłam najspokojniejszym głosem, na jaki było mnie stać.

Wzruszył ramionami.

– Jak sobie chcesz – mruknął tylko.

Przez las szliśmy grubo ponad pół godziny. Martin nie odezwał się do mnie ani słowem. W końcu nie wytrzymałam. Ciekawość zwyciężyła nad dumą.

– Czemu oni ci to zrobili? – zapytałam cichutko, czemu Eric brał w tym udział? – dodałam w myślach, to co zabolało mnie najbardziej. – Czy to zemsta za zepsucie balu?

Chłopak prychnął.

– Nie sądzę. Zresztą „bal” – niemal wypluł to słowo – to nie do końca moja sprawka. – Mamy pewne „porachunki” – burknął. – Dla własnego dobra, nie mieszaj się w to – powiedział, a ja w tonie jego głosu wyczułam nie tyle rozkaz, co raczej prośbę.

Postanowiłam w tym momencie nie drążyć tego tematu. Skończył się las. Zatrzymaliśmy się przed wysokim, kamiennym murem. Spojrzałam pytająco na Martina. Wzruszył ramionami. Bez specjalnego problemu wspiął się na rosnące przy murze drzewo. Już po chwili stał na szczycie płotu. Wpatrywałam się w niego skonsternowanym wzrokiem.

– Idziesz czy nie? – ponaglił.

Niechętnie wspięłam się na drzewo. Wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją i przy jego pomocy znalazłam się na murze. Martin zgrabnie zeskoczył po drugiej stronie. Usłyszałam szczekanie. W stronę chłopaka biegły dwa pokaźnych rozmiarów rotwailery. Na chwilę zamarłam przerażona, ale psy zamiast warczeć czy atakować radośnie podskakiwały u nóg Martina.

– Max, Ouran, siad – rozkazał, a one posłuchały bez najmniejszych protestów.

Zsunęłam się z muru, a chłopak objął mnie w pasie, zanim zdążyłam dotknąć ziemi.

– Widzę, że często łazisz po płotach i dachach – mruknęłam.

Obrzucił mnie skonsternowanym spojrzeniem.

– No co, chyba nie myślałaś, że w takim stanie wejdę od frontu? – zapytał ironicznie.

Psy podeszły do mnie obwąchując ciekawie. Martin przez chwilę pozwolił im na to, a potem złapał mnie za rękę i przez równiutko przystrzyżony trawnik pociągnął w stronę domu. Willa w której mieszkał była ogromna. Zdziwiło mnie jednak, że nikogo w niej nie ma. Chłopak zaprowadził mnie na drugie piętro, do rozległych, urządzonych w ciemnych tonacjach pokoi.

– Tu masz łazienkę – oznajmił otwierając przede mną jedne z wielu ciemnobrązowych drzwi. – Czyste ręczniki leżą na szafce. Zaraz przyniosę ci jakąś górę – stwierdził patrząc na moją umorusaną błotem dresową bluzę.

Chwilę później przyszedł do mnie z czarnym longsleevem. Niechętnie wzięłam szybki prysznic. Wolałabym to zrobić w domu, ale uznałam, że tym razem Martin ma rację. Głupio bym się czuła, gdybym miała taka umorusana błotem iść ulicami miasta. Włożyłam z powrotem swoje niebieskie jeansy i jego, zdecydowanie za dużą, bawełnianą bluzę. Kiedy weszłam do pokoju, chłopak stał w samych spodniach, przerzucając ubrania w dużej, rozsuwanej szafie. Skrzywiłam się widząc na jego ciele siniaki i poobcieraną w wielu miejscach skórę.

– Szybka jesteś – mruknął wkładając na siebie czystą, czarną koszulę.

Wzruszyłam ramionami.

– Odprowadź mnie do wyjścia – poprosiłam.

– Jeżeli poczekasz chwilę, to cię odwiozę – oznajmił uśmiechając się leciutko.

– Na pewno jesteś w stanie? – zapytałam powątpiewająco.

Skinął głową, ale nie zdążył nic powiedzieć, kiedy usłyszeliśmy kroki na schodach. Martin zaklął. Pociągnął mnie w stronę kolejnych drzwi.

– Błagam, nie wychodź stąd – poprosił wpychając mnie do środka.

Znalazłam się w jego sypialni. W pokoju stało duże, równiutko zaścielone łóżko z pomalowanego na czarno drewna i prosta, nocna szafka, na której leżała książka. Właściwie nie było tu nic więcej. Zaskoczona rozpoznałam okładkę jednej z powieści Pratchetta. Ciekawość jak zwykle we mnie zwyciężyła i wyjrzałam przez szparę w lekko uchylonych drzwiach. Zamrugałam zaskoczona. Do dużego pokoju wszedł Eric. Wyglądał na mocno zaniepokojonego.

– Nic ci nie jest? – zapytał podchodząc szybkim krokiem do Martina. – Tym razem przegięli i to bardzo – powiedział przepraszającym tonem. – Za nic nie chcieli mnie słuchać.

– Przeżyję – usłyszałam ironiczny głos Martina.

– Naprawdę uważasz, że warto? – niechętnie spytał Eric.

– Tak – odpowiedział pewnym głosem Martin – a teraz przepraszam, ale mam coś do załatwienia – oznajmił odprowadzając drugiego chłopaka do drzwi – porozmawiamy później.

Eric zawahał się w progu, a potem niechętnie wyszedł. Martin zatrzasnął za nim drzwi. Niepewnie wysunęłam się z sypialni. Obrzuciłam chłopaka pytającym spojrzeniem.

– Co on tu robi? – spytałam nie mogąc się powstrzymać.

Teraz to Martin wyglądał na zaskoczonego.

– Eric jest moim bratem, nie wiedziałaś? – zapytał rozbawiony.

Zamrugałam.

– Pod żadnym względem nie jesteście do siebie podobni – odpowiedziałam czując w sobie ulgę, że jednak nie pomyliłam się co do Erica, że wcale nie bawiło go to co robili jego koledzy. – Poza tym z tego co wiem, macie różne nazwiska…

Martin uśmiechnął się ironicznie.

– Mamy inne matki – odpowiedział. – Mój ojciec ożenił się z Heleną po śmierci swojej żony. Miałem wtedy niecałe dwa lata. Ona jest dosyć znaną aktorką i nigdy nie zmieniła nazwiska, a Eric nosi to po matce.

– Och – wymknęło mi się nieproszone.

Nie miałam pojęcia jak to skomentować, więc postanowiłam przemilczeć.

– Idziemy? – zapytał otwierając przede mną drzwi. – Nie mów mu, że tu byłaś – poprosił cicho, kiedy przechodziłam obok.

– Jak chcesz – odpowiedziałam tylko wzruszając ramionami.

Tego dnia zdecydowanie miałam dosyć natłoku nowych informacji. Wyszliśmy razem przed dom, a potem weszliśmy do sporych rozmiarów garażu. Próbowałam ukryć zaskoczenie, kiedy Martin podał mi kask.

– Trzymaj – rzucił mi skórzaną, motocyklową kurtkę.

Włożyłam ją na siebie i usiadłam za nim na wiśniowo-czerwonej Hondzie. Nigdy do tej pory nie jechałam na motorze, więc lekko przestraszona objęłam Martina w pasie. Ruszyliśmy przejeżdżając pilnowaną przez dwóch uzbrojonych strażników bramą. Wzdrygnęłam się na myśl o tym, że wchodziliśmy do środka przez płot.

– Dokąd jedziemy? – zapytał siedzący przede mną chłopak, a ja podałam mu adres.

Pół godziny później zatrzymaliśmy się pod kamienicą w której wynajmowałam pokój. Zsunęłam się z motocykla, oddając Martinowi kask. Zdziwiłam się, kiedy chłopak też wstał. Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem.

– No co? – spytał z drwiącym uśmieszkiem na ustach. – Nie zaprosisz mnie do środka?

– Jeżeli chcesz – odpowiedziałam obojętnie.

Weszliśmy do zbudowanej z czerwonej cegły kamienicy. Potem po schodach na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi do niewielkiego pokoju pod samym dachem. Pod pochyłymi ścianami stały dwa wąskie łóżka, a pod jedyną prostą niewielki stolik i szafa.

– Tutaj mieszkasz? – spytał Martin zaintrygowany.

– Aha, mam współlokatorkę – dodałam, ciesząc się w duchu, że akurat jej nie ma.

Nie miałam ochoty przedstawiać jej Martina, właściwie nikomu nie miałabym ochoty go przedstawiać. Dalej nie miałam pojęcia jak to możliwe, że był bratem tak diametralnie innego od niego Erica.

– Przytulnie – mruknął, a jego głos niemalże ociekał ironią.

– Może już sobie pójdziesz, jak ci się nie podoba? – zapytałam z nadzieją.

– Zostanę – oznajmił siadając na moim łóżku.

– Czy dokuczanie mi cię bawi? – zapytałam zupełnie szczerze.

– W pewnym sensie – odpowiedział podpierając się na łokciu. – Nie zaproponujesz mi nic do picia? – zapytał. – To bardzo niegrzecznie z twojej strony.

Warknęłam. Roześmiał się.

– Wynocha! – syknęłam. – Idź już sobie!

Wstał. Uśmiechnął się łobuzersko. Podałam mu kurtkę. Pokręcił przecząco głową.

– Przyda ci się jutro – mruknął. – Rano po ciebie przyjadę.

Potem wyszedł, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby nie rzucić czymś ciężkim, w zamykające się za nim drzwi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Rankiem przekonałam się, że Martin nie rzuca słów na wiatr. Kiedy wyszłam z kamienicy, okazało się, że czeka pod moim domem, on i jego wiśniowo-czerwona Honda. Skąd on w ogóle wiedział, że wychodzę tak wcześnie?! Kiedy tylko mnie zobaczył, jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku.

– Trzeba było włożyć spodnie – mruknął podając mi kask.

– Nie jadę z tobą – warknęłam na niego, wygładzając ręką swój szkolny mundurek.

– Ok., jak sobie chcesz – odpowiedział zsiadając z motocykla. – Możemy iść na piechotę, albo pojechać autobusem.

Spojrzałam na niego jak na wariata.

– A może zrobimy tak – zaproponowałam –  ja pójdę piechotą, sama – dodałam dobitnie – a ty rób co chcesz?

– Nie – odpowiedział uśmiechając się do mnie wrednie. – Odprowadzę cię do szkoły czy tego chcesz, czy nie. Jeżeli pojedziemy motorem, szybciej się mnie pozbędziesz – zasugerował. – Nie martw się – dodał słysząc moje zrezygnowane westchnięcie – wysadzę cię przed szkołą, nikt nas razem nie zobaczy.

Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona jego słowami. Przecież nie o to mi chodziło… W końcu, bez zbędnych słów, wzięłam od niego kask i zajęłam miejsce pasażera Hondy. Z miną zwycięscy usiadł przede mną i odpalił silnik. Zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce, tuż koło szkoły. Zsunęłam się z motocykla zdejmując kask. Oddałam go chłopakowi.

– Jutro masz być w spodniach i kurtce – rozkazał – przebierzesz się w szkole – a potem, nie czekając na odpowiedź po prostu odjechał.

Miał rację, w sięgającej kolan, plisowanej spódnicy było mi chłodno i niezbyt przyjemnie, do tego Martin bardzo starannie omijał wszystkie kałuże, żeby przypadkiem nie zachlapać mojego mundurka. To miało sens. Tylko dlaczego w ogóle uparł się, żeby podwozić mnie do szkoły? To już zupełnie go nie miało.

Dopiero teraz zobaczyłam rude warkocze. Biegła ku mnie rozgorączkowana postać. Jej mina wyrażała szok i zdumienie. Dopadła mnie zanim jeszcze porządnie stanęłam na chodniku.

– Opowiadaj! – Nataly krzyknęła niemal histerycznie. – Natychmiast musisz mi o wszystkim opowiedzieć!

– Ale o czym? – zamrugałam zaskoczona, przeklinając w myślach cholernego Martina.

– Marika! Ty wariatko! Każda dziewczyna w szkole marzy o tym, żeby Martin Corvidae przewiózł ją na swoim motorze, a ty jeszcze pytasz o czym?! – wykrzyknęła gorączkowo. – Co? Jak? Dlaczego?

Wzruszyłam ramionami.

– Pomogłam mu, potem on pomógł mnie, a potem uparł się, żeby uprzykrzać mi życie. Koniec historii. Proszę cię, nie mów nikomu, że z nim przyjechałam – spojrzałam błagalnie na przyjaciółkę. – Jakbym nie miała wystarczającej ilości kłopotów, to jeszcze on uparł się, że będzie podwoził mnie do szkoły.

– Podwoził? Codziennie? – westchnęła zszokowana Nataly. – I pomyśleć, że się na ciebie złościłam, kiedy zaprosiłaś go na bal… a teraz wydaje mi się całkiem realne, że gdybyś go zaprosiła, tak na poważnie, to naprawdę by z tobą poszedł.

Przyjaciółka wzięła mnie pod rękę i razem ruszyłyśmy w kierunku szkoły, na której dziedzińcu z każdą kolejną minutą coraz bardziej gęstniał tłum ludzi.

– Wątpię – uśmiechnęłam się do Nataly, przypominając sobie paskudne zdarzenia z balu. – Znacznie większą frajdę sprawiło mu popsucie wszystkim innym zabawy niż bal jako taki.

– Co masz na myśli? – zapytała nie rozumiejąc.

– Poczekaj, zaraz pewnie o tym usłyszysz – mruknęłam, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum.

I rzeczywiście o niczym innym nie mówiono. Głównym tematem była katastrofa, która wydarzyła się na balu. Szukano winnego, jednak szkolne kamery niczego nie zarejestrowały. I nic dziwnego, pomyślałam, skoro to właśnie nimi bawił się Martin. Dziewczyny wzdrygały się na wspomnienie sypiących się z pinat robali. Nataly przysłuchiwała się wszystkiemu ze szczerym zdumieniem, ale i jakąś ponurą, pełną satysfakcji miną. Takiej jej jeszcze nie znałam i nie byłam pewna czy chcę ją taką poznać.

– Brr, ty też to przeżyłaś? – zapytała wzdrygając się, kiedy poszłyśmy razem do toalety.

Przecząco pokręciłam głową.

– Tuż przed tym Martin wyciągnął mnie z sali – mruknęłam niechętnie. – Nie wiem dlaczego mnie stamtąd zabrał. Jestem też cholernie ciekawa o co w tym wszystkim chodziło.

Nataly wzruszyła ramionami.

– W końcu jesteś dziewczyną jego brata – stwierdziła – a wbrew pozorom, Martin dba o Erica.

Coś sprawiło, że po tych szczerych słowach poczułam się bardzo nieprzyjemnie. To jednak wiele wyjaśniało. Boleśnie przypomniałam sobie słowa chłopaka, które wypowiedział do słuchawki, w pokoju ochrony „mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła”. Wtedy nie zwróciłam na nie uwagi, zbyt poirytowana sytuacją, ale teraz wreszcie nabrały dla mnie sensu… Jeżeli choć przez chwilę łudziłam się, że Martin mnie lubi, to złudzenia rozwiały się właśnie w powiewach wiosennego wiatru, wraz z opadającymi z drzew, białymi kwiatami wiśni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Martin dotrzymał słowa i codziennie rano czekał pod moją kamienicą, za to w szkole ignorowaliśmy się nawzajem z uporem godnym lepszej sprawy. Natomiast Eric był przy mnie teraz na każdej przerwie, nawet wtedy, kiedy nie mieliśmy wspólnych zajęć. Staliśmy pod salą, w której za chwilę miałam wraz z Nataly mieć biologię. On miał teraz chemię na jednym z wyższych pięter. Wcale się jednak tym nie przejmował. Uśmiechnął się do mnie czarującym, chłopięcym uśmiechem. W jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki.

– Mimo wszystko, cieszę się, że jednak ze mną poszłaś na ten bal – powiedział zadowolonym głosem, obejmując ręką moje ramiona – nawet jeżeli sama w sobie zabawa była kompletną katastrofą.

Poczułam się nieswojo. Minął już prawie tydzień, a ja do tej pory nie zapytałam go o szczegóły dotyczące tamtego zajścia, on natomiast udawał, że wszystko jest w porządku i nic takiego się nie stało, poza jednym, drobnym szczegółem – smsem o treści: „Dziękuję Ci, że nie próbowałaś wydać Martina.”. Później temat zginął śmiercią naturalną, a ja dalej żyłam z niezaspokojoną, chorą ciekawością i maleńkim, prawnie niezauważalnym, poczuciem winy.

– Ja mam mieszane uczucia – mruknęłam. – Chyba już nigdy więcej nie wybiorę się na żaden bal. Dostarczają zbyt wielu mocnych wrażeń.

Stojąca przy nas Nataly parsknęła śmiechem. Twarz Erica oblała się delikatnym rumieńcem, ale nie skomentował mojej wypowiedzi, nie wybiła go jednak z rezonu.

– Dobrze, więc wiemy już, że nie lubisz bali – powiedział z uśmiechem – ale chyba nie masz nic przeciwko ogniskom? Bo widzisz – ciągnął, kiedy przecząco pokręciłam głową – w piątek szykuje się takie jedno, imprezowe i oczywiście jesteś na nie zaproszona, obie jesteście – dodał z szelmowskim uśmiechem patrząc na lekko zaskoczoną Nataly.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Mimo, że moja nowa przyjaciółka jak zwykle odmówiła wzięcia udziału w zabawie, ja zdecydowałam się pójść. Eric był naprawdę uroczy, czarujący i lubiłam jego towarzystwo. Na ognisku było sporo osób z naszej klasy, ale ja i tak czułam się tam zupełnie sama. Nie do końca byłam pewna czy pasuję do tych ludzi. Kiedy jednak podszedł do mnie Eric, natychmiast rozwiały się wszystkie moje wątpliwości. Zaproponował mi piwo, mimo, że wszyscy pili, odmówiłam. Nie nalegał. Siedziałam przy nim cały wieczór, a on poświęcał mi większość swojej uwagi, naturalnym gestem obejmując mnie ramieniem. Śmiałam się z jego żartów, wpatrywałam się w niesamowite, zielone oczy. Marzyłam o tym, żeby mnie pocałował. Wreszcie nadeszła ta chwila. Eric pochylił się ku mnie. Łagodnie dotknął moich ramion. Poczułam przepływ energii, chciałam przymknąć oczy, nie zrobiłam tego jednak. Kątem oka dostrzegłam stojącą pod drzewem, tuż na granicy światła, płynącego od ogniska ciemną sylwetkę. Martin stał z założonymi na torsie rękami i wpatrywał się w nas z ponurą miną. Mimowolnie odsunęłam się od Erica.

– Ja, nie mogę… – szepnęłam cicho.

Chłopak gwałtownie zerwał się z drewnianej ławki, na której siedzieliśmy. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem, a potem szybkim krokiem opuścił polanę. Zostałam sama, czując ssanie w żołądku i nieprzyjemną gulę w gardle.

W końcu zebrałam się w sobie na tyle, żeby wstać. Poszłam w stronę bawiących się ludzi. Kiedy mijałam linię drzew, zobaczyłam smukłą sylwetkę Erica. Chciałam do niego podejść, przeprosić, ale zatrzymałam się w pół kroku. Chłopak najwyraźniej zdążył pocieszyć się już sam, ponieważ stał tam trzymając w ramionach Angelicę, natarczywie wsuwając język do jej ust. Poczułam się bardzo nieswojo. Z trudem przełknęłam ślinę. Odwróciłam się. Szybkim krokiem przeszłam leśną ścieżką, z powrotem na skąpaną w świetle księżyca polanę. Ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nie jestem zazdrosna. W innych okolicznościach nie miałabym nic przeciwko Ericowi i Angeli, ale teraz chłopak zachował się po prostu bardzo nie fair. Dotarło do mnie też coś innego. Naprawdę nie chciałam go pocałować. Odgoniłam od siebie nachodzące mnie, natrętne myśli o tym, czego naprawdę chcę.

Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że polana wcale nie była pusta. Na ławce, z której wstałam kilka minut wcześniej, siedział Martin. Palił papierosa. Poczułam przemożną ochotę na to, by wyrwać mu go z ręki i cisnąć do ogniska. Nienawidziłam, kiedy to robił. Ogólnie całej jego mrocznej postaci, każdego ruchu, każdego gestu, przez większość czasu po prostu nienawidziłam. Podniósł na mnie wzrok. Przyjrzał mi się obojętnie.

– Cześć – mruknął, mimo, że widzieliśmy się rano.

Wbrew sobie podeszłam do ławki, na której siedział. Usiadłam obok niego.

– Mógłbyś przy mnie nie palić? – poprosiłam.

Nie mogłam wyjść ze zdumienia, kiedy po prostu zgasił papierosa, odrzucając go na bok. Nie tego się po nim spodziewałam. Małe ognisko dogorywało. Wszyscy uczestnicy imprezy grzali się i bawili przy większym i o to niewielkie, rozpalone w leśnym zaciszu, nikt już nie dbał. Zadrżałam z zimna. Martin znów mnie zaskoczył. Zdjął z siebie skórzaną, motocyklową kurtkę, narzucając mi ją na ramiona.

– Udało ci się zdenerwować mojego brata? – zapytał z cieniem drwiącego uśmiechu na ustach.

– Już się zdążył pocieszyć – mruknęłam. – Angela mu pomogła.

– Angela? – zdziwił się chłopak. – Wydawało mi się, że widzę go z Paulą.

Wzruszyłam ramionami.

– Co za różnica.

– Nie martwi cię to za bardzo – skomentował.

– Nie specjalnie – odpowiedziałam szczerze, zapinając zamek w jego kurtce.

Kwietniowy wieczór był urokliwy, baśniowy, ale wcale nie specjalnie ciepły. Martin spojrzał mi w oczy. Po całym moim ciele przeszły dziwne dreszcze. Jeżeli myślałam, że pomiędzy mną, a Ericem była jakaś energia, to tutaj po prostu nastąpił wybuch słońca. Cały świat w jednym momencie przestał istnieć. Mój oddech gwałtownie przyspieszył, z całej siły próbowałam opanować drżenie. Wyciągnęłam rękę, delikatnie odgarnęłam opadający mu na policzek, kosmyk ciemnych włosów, odsłaniając podłużną bliznę. Chwycił moją dłoń, nie odsuwając jej jednak. Przytrzymał ją przy swoim policzku. Delikatnie pochylił się w moją stronę, a ja byłam pewna, że zaraz mnie pocałuje. On jednak puścił moją rękę i wstał.

– Chodź, odwiozę cię do domu – powiedział tylko.

Wstałam i jak we śnie powlekłam się za nim. Wszystko we mnie chciało krzyczeć z rozczarowania i rozpaczy. Dupek! Cham! Czy to miała być zemsta za Erica? Dlaczego on mi to zrobił? Posłusznie usiadłam za nim na wiśniowym motorze i pozwoliłam się odwieść pod zbudowaną z czerwonej cegły kamienicę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy zsiadałam z motocykla, chłopak również zdjął kask. Patrzył na mnie w milczeniu. Ruszyłam w kierunku drzwi, a potem zatrzymałam się i wróciłam. Było mi już wszystko jedno czy będę czuła się głupio, czy zbędzie mnie jakimś wrednym komentarzem. Po prostu musiałam wiedzieć! Martin odłożył obydwa kaski i stanął przede mną. Od Erica, któremu sięgałam idealnie do ramienia, był wyższy niemal o głowę, mimo to spojrzałam mu w oczy.

– Martin… – zaczęłam cicho.

– Mhm? – zapytał dając do zrozumienia, że mnie słucha.

– Czy ty mnie chciałeś dzisiaj pocałować? – zapytałam jeszcze ciszej, wiedząc, że jeżeli nie chciał, to robię z siebie kompletną kretynkę.

– Tak – odpowiedział po prostu.

Na moment przestałam oddychać, zaskoczona tą prostą i szczerą odpowiedzią.

– Więc dlaczego nie pocałowałeś? – zmusiłam się by ciągnąć to dalej.

Uśmiechnął się ponuro.

– Jedno zadrapanie na policzku mi wystarczy, nie potrzebuję kolejnych – oznajmił. – Co prawda Erica potraktowałaś stosunkowo łagodnie, ale jestem dziwnie przekonany, że ze mną nie postąpiłabyś tak samo…

Zamrugałam. Czy on mówił poważnie?

– Ty nie jesteś Ericem – powiedziałam ostro.

– Nie jestem – przyznał lekko rozbawiony.

– Ciebie chciałam pocałować – dodałam spuszczając wzrok.

W chłopaku zaszła jakaś dziwna zmiana. Jednym krokiem pokonał dzielącą nas odległość. Delikatnie uniósł mój podbródek. Czułym gestem odgarnął z twarzy moje długie, jasne włosy. Przyciągnął mnie do siebie, a potem pocałował. Gorąco, namiętnie, z pasją. Poczułam jak uginają się pode mną nogi. Ramionami oplotłam jego szyję. Odwzajemniłam pocałunek. Przygarnął mnie do siebie zaborczym gestem. Przytulił. Czas się zatrzymał. Fajerwerki to zdecydowanie za mało, żeby opisać to co czułam. Było jak w bajce, nie jak w barwnej powieści Science Fiction! Nasz pocałunek powodował wybuchy gwiazd, powstawanie nowych galaktyk i konstelacji. Oderwaliśmy się od siebie na chwilę, by złapać oddech. Zbyt długą chwilę. To Martin nie wytrzymał. Porwał mnie w powietrze i posadził na kamiennym murku, otaczającym moja kamienicę. Teraz moja twarz była idealnie naprzeciwko jego twarzy. Stanął blisko. Oplotłam go nogami. Wróciliśmy co całowania. Wplotłam palce w jego rozwichrzone, ciemne włosy. Zatraciłam poczucie czasu. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale zaczęłam drżeć z zimna. Martin to zauważył. Odsunął się niechętnie.

– Przejdziemy się? – zaproponował, a ja skinęłam głową.

Kiedy szliśmy wąskim, brukowanym chodniczkiem, w kierunku parku, wziął mnie za rękę. Nie było jeszcze widać wschodu słońca, ale niebo z ciemnogranatowego, zrobiło się teraz raczej szare. Zbliżał się świt. W parku było zupełnie pusto. Martin usiadł na ławce, sadzając mnie na swoich kolanach. Wtuliłam się w niego. Objął mnie czule, delikatnie rozcierając moje zziębnięte ramiona. Dotknęłam jego twarzy. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Przymknęłam oczy, kiedy znów mnie pocałował.

Zabłądziliśmy w jakimś własnym, cudownym świecie. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Przeklęłam w duchu, kiedy zobaczyłam blady wschód słońca. Miałyśmy rano z Martą sprzedawać kwiaty. Niechętnie oderwałam swoje usta od ust chłopaka. Zsunęłam się z jego kolan. Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Wracajmy – poprosiłam.

Wstał. Wtuliłam się w jego ramię. Bez słowa objął mnie ręką. Chwile później staliśmy przy wiśniowym motorze, pod drzwiami mojej kamienicy. Wspięłam się na palce, pocałowałam Martina w policzek i zniknęłam za drzwiami. Wiedziałam, że jeżeli zrobię cokolwiek innego, to nie będę potrafiła od niego odejść. Wbiegłam na pierwsze piętro. Wyjrzałam przez okno. Chłopak stał przy motorze. Nawet z tej odległości zobaczyłam wyraz wściekłości malujący się na jego przystojnej twarzy. Z całej siły uderzył pięścią w kamienny mur. Kopnął coś co leżało na ziemi. Potem nałożył kask, drugi przymocował do bagażnika i odjechał. Patrzyłam w ślad za znikającym motorem, a w oczach stały mi łzy. Czy aż tak bardzo tego żałował? Wbiegłam do niewielkiego pokoju. Zdjęłam buty i rzuciłam się na łóżko. Marta spała jak zabita. Wtuliłam twarz w poduszkę, by stłumiła mój cichy szloch. W końcu, po wielu ciągnących się w nieskończoność minutach, zmęczona własnym łkaniem, usnęłam.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kilka godzin później obudziła mnie Marta. Musiała się mocno wysilić, żebym wstała z łóżka. Byłam kompletnie nie wyspana. Moja przyjaciółka, mimo, że niewiele starsza ode mnie, nie uczyła się nigdzie, pracowała w firmie odzieżowej i łapała wszelkie możliwe dorywcze prace, w które zazwyczaj dla towarzystwa wciągała też mnie. Mimo, że starczało mi na skromne utrzymanie, lubiłam na siebie zarabiać, a ona tego naprawdę potrzebowała. Ubrałam się szybko i po prostym śniadaniu wyszłyśmy z domu. Odebrałyśmy tulipany oraz żonkile i Marta żartując, a ja ziewając ruszyłyśmy ulicami miasta.

– Patrz jakie ciacho – mruknęła moja przyjaciółka, kiedy na chwilę usiadłyśmy odpocząć, na schodach fontanny, na jednym z placów starego miasta.

Było południe. Cały rynek oświetlało jasne słońce. Pod jedną ze sklepowych witryn stał chłopak, którego wskazała Marta. Wszędzie rozpoznałabym te krótkie, zwijające się w drobne loki włosy. To był Eric. Miał na sobie błękitną koszulę, grafitową marynarkę i niebieskie, proste jeansy. Rozmawiał z jakimś ubranym w ciemny garnitur mężczyzną. Odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się do mnie, pomachał. Marta wlepiła we mnie pytające spojrzenie.

– To mój kolega z klasy – mruknęłam cicho, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo chłopak zaczął iść w naszą stronę.

Stanął tuż przed fontanną. Elegancko odziany mężczyzna szedł kilka kroków za nim.

– Cześć dziewczyny – odezwał się do nas. – Jestem Eric Devree – przedstawił się Marcie, z eleganckim ukłonem.

– Marta Wiśniewska – bąknęła rumieniąc się na twarzy.

Chłopak uśmiechnął się do niej, a ja przez chwilę zastanawiałam się czy przypadkiem nie będę musiała jej wepchnąć do wody, żeby otrzeźwiała.

– Mariko, chciałem cię przeprosić za wczoraj… – powiedział pełnym pokory głosem – zachowałem się jak idiota. Czy mógłbym was zaprosić do kawiarni?

Mimo nadziei w oczach Marty, przecząco pokręciłam głową.

– Pracujemy dzisiaj – odpowiedziałam z uśmiechem, żeby załagodzić odmowę. – Sprzedajemy kwiaty.

Na jego twarzy zagościł czarujący uśmiech.

– A jak to wszystko sprzedacie, będziecie wolne? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Doskonale – mruknął. – Victor – zwrócił się do mężczyzny. – Zapłać paniom, a potem zawieź kwiaty mojej matce, wróć za powiedzmy dwie godziny – uśmiechnął się szelmowsko.

Mężczyzna skinął głową, a ja rozpoznałam w nim kierowcę limuzyny, z którym jechaliśmy na bal. Rozliczył się z Martą, a potem Eric pomógł nam wstać i z moją przyjaciółką po jednej stronie, a ze mną po drugiej, ruszył w kierunku kawiarni.

 ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Eric jak zwykle był uroczy i czarujący. Przeprosił mnie za swoje zachowanie chyba z milion razy. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym się na niego gniewać. Marta była nim zauroczona. Sama nie należała do brzydkich dziewczyn i jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakiś chłopak wywarł na niej tak piorunujące wrażenie.

– Marika, masz na początku maja siedemnaste urodziny – zaczął wesoło – mam rację? – Zaskoczona skinęłam głową. Skąd on o tym, do cholery, wiedział? Odniosłam wrażenie, że wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko nie ja. – Masz już jakieś plany? – zapytał.

– Ona? Plany? – wyrwało się Marcie. – Pewnie gdybyś jej nie przypomniał, zapomniałaby, że kończy siedemnaście lat.

Spiorunowałam ją wzrokiem, ale milczałam. Eric uśmiechnął się zadowolony.

– Doskonale, w takim razie jedziemy nad morze – oznajmił. – Oczywiście zaproś kogo chcesz, ja się wszystkim zajmę – uśmiechnął się wesoło.

Nie byłam do końca przekonana czy to dobry pomysł. Właściwie uznałam, że jest bardzo zły, ale patrząc na pełne nadziei, zielone oczy Erica i zachwycony wyraz twarzy Marty po prostu nie mogłam odmówić. Później chłopak zaproponował, żebyśmy resztę dnia spędziły u niego na basenie, a ja, widząc szczenięce spojrzenie i nieme błaganie Marty, ponownie nie byłam w stanie zaprotestować.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy spytałyśmy czy powinnyśmy podjechać do domu po stroje, Eric tylko się roześmiał. Victor zawiózł nas do rozległej willi, a ja pierwszy raz weszłam na jej teren od frontu. Tym razem dom nie był pusty. W przepięknym, bogato udekorowanym salonie, siedziała młoda kobieta. Skąpana w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca wyglądała jak bogini.

– Marika – potrąciła mnie w ramię Marta, to ta aktorka, Helena Devree – szepnęła mi do ucha podekscytowana. – O Boże! – wymknęło jej się, gdy skojarzyła wszystkie fakty.

Kobieta wyglądała moim zdaniem zdecydowanie zbyt młodo jak na matkę siedemnastolatka. Nieprzyjemnie nasunął mi się na myśl chłód w głosie Martina, kiedy o niej wspominał. Ku mojemu zdumieniu, Eric zaprowadził nas prosto do salonu.

– Mamo, to przyjaciółka, o której ci opowiadałem, Marika Merowing i jej koleżanka z Polski Marta Wiśniewska. Dziewczyny, poznajcie moją mamę – uśmiechnął się ciepło.

– Dzień dobry pani – przywitałam się uprzejmie, kiedy wstała z kanapy.

– Och, proszę, mów mi Heleno – powiedziała uśmiechając się łagodnie.

Jej uśmiech był równie czarujący, co Erica, a może nawet jeszcze bardziej. Złote włosy splecione miała w nienaganny kok. Sukienka w biało-czarne pasy układała się idealnie opinając jej szczupłą sylwetkę.

– Chcieliśmy popływać. Pomyślałem, że to idealna okazja, żebyś sprawdziła swoje stroje, na żywych modelkach – odezwał się wesoło Eric – widzicie, moja mama projektuje w wolnych chwilach ubrania, to taka jej pasja – wyjaśnił.

 – Wspaniały pomysł – zaśpiewała kobieta i wyglądało na to, że mówi zupełnie szczerze – chodźcie, chodźcie! Janna – zawołała służącą – zaprowadź dziewczynki do garderoby. Ty nie będziesz podglądał – zwróciła się żartobliwie do syna – poczekaj na koleżanki na basenie.

Poszłyśmy za ubraną w dopasowany strój pokojówką. Znalazłyśmy się w czymś w rodzaju pracowni krawieckiej i studia. Helena pokazywała nam swoje kreacje, przy których pracowało na bieżąco kilka osób i mimo, że zachowywała się dystyngowanie i z gracją, wszędzie jej było pełno. Doszłam do wniosku, że matka Erica, wbrew moim obawom, sprawia wrażenie naprawdę sympatycznej, pogodnej osoby.

Wreszcie pokazała nam stroje kąpielowe, przepraszając, że są jeszcze niedopracowane. Były przepiękne! Marcie dostał się odsłaniający plecy, wiązany po bokach, jednoczęściowy strój w kolorze dojrzałych wiśni, co idealnie pasowało do jej opalonej cery i ciemnobrązowych włosów, a mnie błękitne bikini z mini spódniczką a’la pareo, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam. Cały mój sceptycyzm prysł jak bańka mydlana. Helena nalegała, żebyśmy pozwoliły się uczesać i zrobić sobie delikatny makijaż, co kompletnie nie miało dla mnie sensu, skoro za chwilę planowałyśmy pływać. Jakiś fotograf zrobił nam serię zdjęć.

Wreszcie, po ponad godzinie, Janna zaprowadziła nas, odziane w jedwabne szlafroczki, na kryty basen. Eric już tam czekał. Zagwizdał przeciągle na nasz widok. Skłonił się żartobliwie, pełnym gracji ruchem. Przejrzałam się w lustrze. Właściwie nie wyglądałam najgorzej. Wysoko upięte, jasne włosy nadawały mi powagi. Niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, a w tym kostiumie, moja szczupła sylwetka, wyglądała po prostu rewelacyjnie, jakby był skrojony specjalnie dla mnie. Może nie byłam taką pięknością, jak Marta, ale niczego mi nie brakowało.

Basenowa hala wyglądała raczej jak tropikalna dżungla. Wszędzie rosły palmy, pod którymi stały wygodne, ratanowe meble. Pomieszczenie było naprawdę ogromne. Dodatkowo oprócz samego basenu, było tu też jacuzzi i sauny. Czułam się jak w Aquaparku, tylko takim prywatnym. Brakowało jedynie zjeżdżalni. Pływaliśmy, graliśmy w piłkę, jedliśmy owoce i popijaliśmy jakiś dziwny napój. Bawiłam się naprawdę nieźle.

– Zaraz przyjdę – oznajmiłam roześmianym przyjaciołom i ociekająca wodą poszłam poszukać toalety.

Kiedy wracałam, szerokim, wyłożonym ciemnozielonymi kafelkami korytarzem, ktoś gwałtownie chwycił mnie za rękę. Odwróciłam się zaskoczona. Martin przez chwilę gapił się na mnie oniemiały, a potem jego twarz oszpecił grymas gniewu. Jego niebieskie oczy stały się lodowato zimne.

– Co tu robisz? Bawi cię to?! – warknął na mnie. – Dlaczego ze mną igrasz?!

Spojrzałam na niego pytająco, wyrywając nadgarstek z jego uścisku. Czułam, jak pieką mnie policzki. Podły drań bawił się moim kosztem!

– O co ci chodzi? – zapytałam wprost. – Czego ode mnie chcesz?

Nie potrafiłam zapomnieć wczorajszej nocy. On… To zdecydowanie nie był ten sam chłopak. Nie mogłam znieść jego chłodnego spojrzenia.

– Czego chcę? – z niedowierzaniem pokręcił głową. – Chcę, żebyś się stąd wyniosła i nigdy więcej nie przychodziła do mojego domu! – syknął.

Przez chwilę cofałam się tyłem, a potem odwróciłam się i uciekłam. Do oczy napłynęły mi łzy. Strumieniami spływały po moich policzkach. Wpadłam na basen, chwyciłam swoje rzeczy. Pospiesznie zaczęłam wkładać ubranie, na ciągle wilgotny strój. Ktoś chwycił mnie za rękę. Wyjął z niej moją bluzkę. Podniosłam wzrok tylko p oto, by napotkać pytające spojrzenie Erica.

– Co się stało? – zapytał cicho.

Pokręciłam głową, zabierając mu swoje ubranie.

– Nie chcę o tym mówić – szepnęłam poprzez łzy.

Eric przyciągnął mnie do siebie, przytulił. Delikatnie gładził moje plecy.

– Pieprzony dupek – syknął. – Co takiego powiedział ci mój uroczy braciszek? – zapytał.

– Kazał mi się wynosić – odpowiedziałam cichutko, wtulając się w ramię Erica.

Chłopak zazgrzytał zębami. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści.

– To też mój dom i ja cię do niego zaprosiłem – oznajmił siląc się na spokój. – On nie ma nic do gadania.

– Eric, proszę – podniosłam na niego błagalne spojrzenie. – Chcę stąd wyjść.

Chłopak westchnął. Niechętnie skinął głową.

– Ubierz się, królewno – powiedział, delikatnie odgarniając mi z twarzy wysuwające się ze spinki, wilgotne włosy – ale powoli i używając ręcznika. Nie chcę, żebyś się przeziębiła. Zabiorę was gdzie indziej. Daleko od mojego kochanego braciszka – dodał ponuro.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy w poniedziałek pod moim domem zobaczyłam wiśniowy motocykl, po prostu stanęłam oniemiała. Ten to miał tupet! Coś się jednak nie zgadzało. Kiedy kierowca zdjął kask, zobaczyłam, że zamiast Martina, siedzi na nim Eric. Uczucia, to rzecz dziwna, bo kiedy go zobaczyłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie zawodu. Kryjąc je pod maską wesołego uśmiechu, podeszłam do chłopaka.

– Co tu robisz? – zapytałam.

– Podwożę cię do szkoły – oznajmił z szelmowskim uśmiechem.

Usiadłam za nim. Objęłam go w pasie rękami. Uwielbiałam jeździć na motorze, ale z Ericem to nie było to samo co z Martinem. Chłopak nie wysadził mnie nigdzie wcześniej. Wjechał, jak gdyby nigdy nic, na szkolny parking. Widziałam omiatające mnie zazdrosne spojrzenia, zaskoczenie w oczach dziewczyn, kiedy Eric zdjął kask. Natychmiast podbiegła do nas Paula.

– Super! Brat pożyczył ci motor? Przewieziesz mnie? – zaszczebiotała.

Chłopak wyglądał na nieco zmieszanego. Patrzył na mnie z poczuciem winy w zielonych oczach. Uznałam, że będę musiała pomyśleć nad tym, jak wystarczająco jasno dać mu do zrozumienia, że możemy być tylko przyjaciółmi. W końcu niechętnie skinął głową.

– Po lekcjach, jeżeli będziesz chciała – oznajmił.

Paula aż podskoczyła z radości. We trójkę weszliśmy do budynku szkoły. Eric podał mi wypchaną kopertę.

– Co to? – zapytałam zaciekawiona.

– Twoje zaproszenia – oznajmił rozbawiony. – Zgodziłaś się, pamiętasz? W piątek jedziemy nad morze.

Zamrugałam.

– To ile osób mam zaprosić?

– Ile tylko chcesz, zaproszeń jest setka, ale zawsze możemy dorobić… – mruknął zmieszany.

– Nie, nie! – zaprotestowałam szybko. Gdzie ja znajdę sto osób? Czy ja w ogóle chociażby z widzenia znałam aż tyle? – Eric… nie będziesz zawiedziony, jeżeli tych osób będzie znacznie mniej?

Roześmiał się. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.

– Oczywiście, że nie. To twoje urodziny.

Odetchnęłam z ulga wywijając się spod jego ręki.

– Idę poszukać Nataly – oznajmiłam tylko, znikając w drzwiach naszej klasy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Klasy w liceum imienia świętego Franciszka różniły się od tych w zwykłych szkołach przede wszystkim komfortem. Ławki były wygodne, a krzesełka miękkie. Nauczyciele używali laptopów i rzutników, na tablicach zamiast kredą pisaliśmy mazakami. Wychyliłam się z ławki, rzucając Nataly na blat czarno-białą, elegancką karteczkę i klasyczną różą na wierzchu.

– Co to? – zapytała szeptem.

– Zaproszenie – mruknęłam niechętnie. – Na moje urodziny, podobno.

Dziewczyna rozłożyła kartkę i przeczytała zawartość. Skrzywiła się.

– Bardzo ci zależy, żebym tam była? – spytała niechętnie.

– Jeżeli byś mogła – spojrzałam na nią błagalnie.

Roześmiała się.

– Widzę, że jesteś tak samo zachwycona swoimi urodzinami, jak ja. – Pochyliła się ku mnie odrobinę bliżej. – Nie będziesz miała nic przeciwko temu, że zabiorę swojego chłopaka? Nie chodzi do naszej szkoły – dodała ciszej.

Kolejna nowa rzecz, której dowiedziałam się o Nataly! Więc miała chłopaka. Uznałam, że poznanie go będzie interesujące.

– Jasne, że nie – uśmiechnęłam się do przyjaciółki, podając jej niewypełnioną biało-czarną kartkę.

Sama wyciągnęłam jeszcze jedną i położyłam przed sobą na ławce. Wpatrywałam się w nią przez dłuższy czas, a potem, mimowolnie, zaczęłam wypisywać litery.

 ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Na przerwie rozpętała się istna nawałnica. Podchodziły do mnie tłumy ludzi, zagadując niewinnie lub otwarcie pytając czy dam im zaproszenie. Nie miałam pojęcia skąd oni w ogóle o nich wiedzą. Angela szybko rozwiązała mój problem.

– Pomóc ci? – zapytała rozbawiona moją paniką.

– Błagam – jęknęłam teatralnie.

Szybko, na parapecie wypisałam jedno dla niej i drugie dla Pauli. Miałam co do tych dziewczyn naprawdę mieszane uczucia, ale uznałam, że nie chcę znowu mieć w nich zaciętych wrogów. Po chwili namysłu, na kolejnym napisałam nazwisko, od początku uprzejmej dla mnie, Kate. W rezultacie wyszło na to, że w ciągu pierwszej przerwy zaprosiłam całą, kilkunastoosobową klasę. To jednak nie był koniec. Najgorzej zrobiło się na stołówce. Oddałam resztę zaproszeń Angeli, mówiąc, żeby zrobiła z nimi co chce i uciekłam, na szczęście, prawie pustym korytarzem. Wspięłam się na samą górę, na strych, błagając w duchu, żeby nikogo tam nie spotkać, zwłaszcza Martina. W pomieszczeniu było pusto. Odetchnęłam z ulga, siadając na stojącej pod oknem skrzyni. Długa przerwa na lunch trwała trzy kwadranse, czyli zostało mi jeszcze jakieś pół godziny. Wyciągnęłam książkę i mp3 playera, zatapiając się w lekturze i muzyce.

Z zadumy wyrwał mnie głośny hałas. Ktoś wbiegł po schodach, trzasnęły drzwi. Rozpoznałam smukłą sylwetkę Martina. Chłopak podbiegł do okna, otworzył je. Zauważył mnie dopiero w momencie, kiedy podciągał się na rękach na parapet. Zsunął się zaskoczony.

– Co ty tu do jasnej cholery robisz?! – warknął na mnie.

Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo na strych wparowało trzech kolejnych chłopaków. Rozpoznałam w nich Antona i Michaela, kolegów Erica. Trzeciego znałam jedynie z widzenia. Stanęli zmieszani przy drzwiach. Byli wyraźnie zaskoczeni moją obecnością.

– Co to za laska? – spytał niezbyt uprzejmie, ten, którego nie znałam.

– Yyy, to dziewczyna Erica Devree – odpowiedział mu nieco zmieszany Anton.

Odruchowo chciałam zaprotestować, że wcale nie jestem jego dziewczyną, ale powstrzymał mnie chłodny wzrok Martina.

– Super – ucieszył się chłopak podchodząc do mnie bliżej – może z nami też będzie miała ochotę się zabawić?

Martin w jednej chwili znalazł się pomiędzy mną, a nieznajomym chłopakiem.

– Spływaj stąd, w tej chwili – syknął bardzo cicho, a sam rzucił się z pięściami, na szerszego w barach chłopaka.

Zsunęłam się ze skrzynki, chwyciłam swoją torbę i mijając otępiałych kolegów, wybiegłam na schody. Zatrzymałam się dopiero na samym dole. Serce biło mi jak oszalałe. Przeklinałam się w duchu za to, że w ogóle tu przyszłam. Co za durny pomysł! Zbiegłam jeszcze niżej, z postanowieniem, że znajdę Erica. Dopadłam go jeszcze w stołówce. Nachalnie odciągnęłam na bok.

– O co chodzi? – spytał zaskoczony.

– Martin ma kłopoty – powiedziałam cicho. – Anton i Michael chcą go pobić.

– Nie przejmuj się tym, to nie twoja sprawa – mruknął cicho Eric. – Mój brat sobie poradzi.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a potem przypomniałam sobie jego rozbawioną minę, w lesie, przy quadach. Czy był aż takim dobrym aktorem?

– Eric… – zaczęłam cicho – trzeba komuś powiedzieć, oni zrobią mu krzywdę.

– Ani się waż! – powiedział ostro, chwytając mnie za rękę. – Krzywdę, to oni zrobią tobie, jeżeli na nich naskarżysz.

Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. Wyrwałam się z jego uścisku i roztrzęsiona, ze łzami w oczach, wybiegłam ze stołówki.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Dłuższą chwilę czekałam na korytarzu ostatniego piętra, ukrywając się w jednej z zacisznych wnęk. Wreszcie usłyszałam odgłos ciężkich kroków, świadczący o tym, że chłopacy zeszli na dół. Wyjrzałam zza rogu. Ten, którego nie znałam miał podbite oko, a Anton kulał na lewą nogę. Najwyraźniej Martin postanowił się z nimi bić. Kiedy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, najciszej jak umiałam, wbiegłam na prowadzące ku strychowi schody. Chłopak siedział na podłodze, oparty plecami o drewnianą skrzynię. Miał potargane, rozdarte w niektórych miejscach ubranie. Spojrzał na mnie wrogo.

– Czego chcesz? – zapytał ostro.

Zignorowałam jego pytanie. Przyklęknęłam przy nim.

– Nic ci nie jest? – spytałam cicho.

Pokręcił głową.

– Idź już sobie – poprosił zrezygnowany.

Niechętnie wstałam. Sięgnęłam jednak do torby i położyłam na podłodze, obok chłopaka czarno-białe zaproszenie, które wypisałam na pierwszej lekcji.

– Zrobisz z tym co będziesz chciał – mruknęłam, a potem przeszłam przez skrzypiące, drewniane drzwi strychu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Piątek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko, a z nim, długo wyczekiwany przez wszystkich, oprócz mnie, wyjazd nad morze. Ja się tego zwyczajnie bałam. Poza tym lubiłam naszą zatokę i nie widziałam powodów, dla których mamy wybierać się gdzieś dalej. Pojechaliśmy do Aberystwyth, turystycznej miejscowości na wybrzeżu Walii. Był ciepły, słoneczny dzień, ale odrobinę wiało, więc wzburzone face co chwilę uderzały o poszarpane klify.

Zaraz po przyjeździe, poznałam chłopaka Nataly, Thijsa. Był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem w koszulce Slayera i czarnej bluzie z kapturem. Niewiele mówił, ale chyba przez to bardziej do siebie pasowali, bo moja szkolna przyjaciółka potrafiła być naprawdę rozgadaną osobą. Chwilę później zgarnął mnie Eric. Objął ręką moje ramiona i poprowadził wzdłuż brzegu, pokazując mi urokliwą, prywatną plażę. Kiedy wreszcie udało mi się od niego uwolnić, natychmiast dopadła mnie Angelica.

– Marika… chciałam zapytać, to znaczy – wahała się dziewczyna – czy ty chodzisz z Ericem? Wszyscy mówią, że jesteś jego dziewczyną…

– Nie jestem – odpowiedziałam prosto, żeby przynajmniej jej wbić to do głowy – naprawdę go lubię, ale nie w ten sposób – dodałam na wszelki wypadek.

Twarz Angelicy ozdobił wesoły uśmiech.

– Więc, nie będziesz miała nic przeciwko temu, że go poderwę? – zapytała pogodnie.

Ona mnie o to pyta? Od kiedy stałyśmy się takimi przyjaciółkami? Mimowolnie sięgnęłam ręką do policzka, na którym dalej gościł, prawie już zupełnie wyblakły siniak po uderzeniu piłką do koszykówki.

– Nie, jasne, że nie – odpowiedziałam uprzejmie, mając cichą nadzieję, że może to załatwi problem podrywającego mnie Erica.

Potem zaczepiały mnie kolejne osoby, a każdy czegoś ode mnie chciał. Nie wszystkich nawet znałam. Wytrzymałam może półgodziny, a później stwierdziłam, że mam dość. Nie lubiłam być w centrum uwagi. Za to spostrzegłam, że moja przyjaciółka, Marta, naprawdę to uwielbia. Stała na plaży otoczona wianuszkiem chłopaków. Uśmiechnęłam się na ten widok. Przynajmniej ona dobrze się bawiła. Wykorzystałam chwilę, w której zostałam sama i przeskakując biały płotek, wymknęłam się na dziką, przyozdobioną stromymi klifami część plaży. Tutaj nareszcie nie było nikogo. Wsłuchałam się w krzyki mew i szum, rozbijających się o skały, morskich fal. W tym miejscu było tak pięknie! Moja dusza wzlatywała w przestworza. Idąc brzegiem, odeszłam spory kawałek od prywatnej plaży. Miałam na sobie sandały, zwiewną, białą sukienkę oraz niebieski sweterek. Stałam i pozwalałam by wiatr rozwiewał moje ubranie i rozpuszczone, jasne włosy. Obejrzałam się za siebie. Byłam tu tylko ja i ta dzikość. Cudowne uczucie! Szłam dalej przed siebie, na samej granicy klifów. Wiał coraz silniejszy wiatr. Pode mną rozbryzgiwała się morska piana. W pewnym momencie przyszła wyższa fala. Nie spodziewałam się tu takiej. Podmyła mi nogi. Pośliznęłam się, zsuwając z klifu do wody. Nie było zbyt wysoko, ale upadek i tak mnie zamroczył. Zanurzyłam się w wodę. Dookoła kłębiła się piana. Wszędzie było tak samo ciemno. Nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół. Zaczynało mi brakować powietrza. Nadludzkim wysiłkiem walczyłam z morskim prądem. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Poczułam na sobie czyjeś ręce. Ktoś ciągnął mnie w górę. Oślepiło mnie jasne słońce, gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, a potem znów nakryła mnie morska fala. Otoczyły mnie silne ramiona. Chwilę, później plując i kaszląc wodą, znalazłam się na brzegu.

– Wszystko w porządku? – zapytał Martin, nie wypuszczając mnie z objęć.

Skinęłam głową, pozbywając się z ust kolejnej porcji słonej wody. Zadrżałam z zimna. Chłopak przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. Miał na sobie tylko przemoczone spodnie, był na bosaka. Wstał, podniósł mnie ze żwirowatego piasku. Na plaży walały się porozrzucane części jego ubrania. Schylił się i podniósł koszulę. Postawił mnie na ziemi. Ugięły się pode mną nogi. Przytrzymał mnie obejmując w pasie.

– Zdejmuj ten mokry sweter – rozkazał. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał zagniewanym, ale i pełnym ulgi głosem.

Posłusznie zdjęłam sweter. Nie protestowałam, kiedy rozpiął moją doszczętnie przemoczoną sukienkę. W międzyczasie musiałam gdzieś zgubić buty. Kiedy zostałam w samej bieliźnie, chłopak okrył mnie swoją koszulą. Sięgała mi do połowy ud. Zaczął zapinać guziki.

– Chciałam trochę pobyć sama – mruknęłam cicho. – Śledziłeś mnie? – przyszła mi nagle do głowy irracjonalna myśl, którą wypowiedziałam na głos.

Martin odwrócił wzrok.

– Poszedłem za tobą – przyznał.

– Ale dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc.

– Martwiłem się – uśmiechnął się leciutko. – Jesteś wmieszana w zbyt wiele naszych spraw. Ktoś mógł cię skrzywdzić.

– To dlatego odwoziłeś mnie do szkoły? – zgadłam. – I dlatego przez ostatni tydzień pożyczałeś Ericowi motor?

– Zasugerowałem mu, że może cię podwozić do szkoły – przyznał. – Tak na wszelki wypadek.

Westchnęłam. Martin, który do tej pory nie przestał mnie obejmować w pasie, wziął mnie na ręce. Odruchowo oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzałam na chłopaka pytająco.

– Schowamy się przed wiatrem – mruknął. Zaniósł mnie za linię drzew. Posadził na trawie. Znaleźliśmy się na niewielkiej, skąpanej w majowym słońcu polanie. – Poczekaj – poprosił.

Pobiegł na plażę, by po chwili wrócić z naszymi ubraniami. Otulił mnie swoją kurtką, a potem usiadł przy mnie. Przez chwilę siedzieliśmy wpatrując się w siebie w milczeniu. Wreszcie nie wytrzymałam.

– Martin, jesteś jedną wielką zagadką! – wybuchłam. – Raz mnie nienawidzisz, trzymasz się ode mnie z daleka, a potem mnie całujesz, kiedy myślę, że wszystko jest ok. wywalasz mnie ze swojego domu, a teraz martwisz się o mnie i właściwie ratujesz mi życie. O co w tym chodzi? Czego ty do diabła chcesz?

Uśmiechnął się ponuro. Jego chabrowe oczy zalśniły.

– Chciałbym, żebyś nie była dziewczyną mojego brata – oznajmił patrząc mi w oczy.

– Przecież do cholery nie jestem i nigdy nie byłam! – warknęłam.

– Więc pogrywasz z nami obydwoma – prychnął. – Brawo! A sądziłem, ze jesteś kiepską aktorką – dodał pogardliwie.

Zamrugałam.

– O czym tu mówisz? Nic mnie nie łączy z Ericem i nic nigdy nie będzie łączyło.

– On twierdzi co innego – powiedział odrobinę mniej pewnie.

– Niech sobie mówi co chce! – warknęłam wkurzona. – To i tak nie zmienia faktów.

– Więc dlaczego wtedy ode mnie uciekłaś? – zapytał wpatrując się we mnie intensywnie. – I co następnego dnia robiłaś u nas w domu?

– Uciekłam? – nie mogłam uwierzyć, że on naprawdę coś takiego wymyślił. – To dlatego byłeś wtedy taki wściekły? Myślałeś, że się tobą bawię?

– Nie – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Sądziłem, że mścisz się na Ericu, za to co robił na ognisku. Dlatego byłem wkurzony.

– Poszłam wtedy od ciebie, bo już wschodziło słońce i miałam może trzy godziny, żeby się wyspać. W sobotę od rana sprzedawałyśmy z Martą kwiaty. Gdybym pożegnała się w jakikolwiek inny sposób, nie potrafiłabym odejść – wyznałam szczerze, a w moich oczach z jakiegoś powodu zalśniły łzy. – Na Starym Mieście zgarnął nas Eric, chciał przeprosić. Kupił od nas wszystko co sprzedawałyśmy, zaprosił nas do kawiarni, a potem na basen. Koniec historii.

Martin siedział wpatrując się we mnie. Potem zbliżył się jeszcze bardziej. Przyciągnął do siebie. Wplótł palce w moje mokre włosy. Pocałował. Potem kolejny raz i znowu. To było inne od poprzedniego razu. Jeszcze bardziej intensywne. Czułam w nim taką niesamowitą ulgę, że aż przechodziły mnie dreszcze.

– Jestem idiotą, kretynem – szepnął tuż przy moim uchu. – Przepraszam. Powinienem był zapytać ciebie co jest grane, nie jego.

Oplotłam mu szyję ramionami. Usiadłam na jego kolanach, nie zwracając uwagi na to, że nie mam na sobie spodni. Pisnęłam, kiedy moja skóra dotknęła zimnego, mokrego materiału. Roześmiał się. Położył mnie na trawie, a sam pochylił się nade mną. Znów poczułam jego usta na swoich. Czy tak wygląda niebo? Odgarnęłam mu z twarzy opadające na oczy kosmyki ciemnych włosów. Jeszcze niedawno żywe, czerwone zadrapanie na policzku, było już teraz tylko cienką, białą kreską. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie. Przyszło mi do głowy, że jednak, mimo wszystko, spędzenie urodzin nad morzem, mogło być całkiem niezłym pomysłem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wracaliśmy brzegiem morza, trzymając się za ręce. Martin niósł moją mokrą sukienkę i sweter, a ja ciągle miałam na sobie jego koszulę i motocyklową kurtkę. Kiedy na horyzoncie ukazał nam się biały płot, dzielący prywatną plażę od dzikiej, chłopak puścił moją dłoń. Spojrzałam na niego pytająco.

– Lepiej, żeby nikt nie zobaczył nas razem – powiedział cicho.

Co?! To było dla mnie jak policzek.

– Wstydzisz się mnie? – zadałam pierwsze pytanie jakie przyszło mi na myśl.

– Nie o to chodzi… – zaczął.

– Jakoś Eric nie miał oporów żeby pokazywać się ze mną przy znajomych, albo przedstawić mnie matce – warknęłam.

Martin spojrzał na mnie zaskoczony.

– Przedstawił cię Helenie? Niemożliwe! – oznajmił z całym przekonaniem. – Nie przedstawiłby jej byle kogo.

– Więc jestem byle kim?! – wrzasnęłam na niego.

– Nie o to mi chodziło – próbował sprostować. – Miałem na myśli, że jesteś osobą, która niewiele znaczy…

Nie pozwoliłam mu skończyć. Uderzyłam go w twarz.

– Jesteś prawdziwym dupkiem, Martinie Corvidae! – krzyknęłam na niego, wyrywając mu swoje ubrania, a potem odwróciłam się i najszybciej jak potrafiłam pobiegłam w stronę prywatnej plaży.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Znajomi ze szkoły obrzucali mnie zaskoczonymi spojrzeniami, a ja tylko biegłam po plaży, boso i w za dużej czarnej koszuli. Nie patrzyłam przed siebie. Wpadłam na kogoś. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że stoję na piasku, naprzeciwko zdezorientowanego Erica. Patrzył na mnie pytająco. Uznałam, że należą mu się wyjaśnienia. Nie wyglądał na zachwyconego faktem, że stałam przed nim w koszuli i motocyklowej kurtce jego brata. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, żeby się uspokoić. W międzyczasie otoczyła nas całkiem pokaźna grupa, na czoło której wysunęła się Marta. Sytuacja była najwyraźniej zbyt abstrakcyjna, ponieważ nikt się nie odezwał.

– Zsunęłam się z klifu – powiedziałam cicho, patrząc tylko na Erica. – Utopiłabym się gdyby nie twój brat.

Jak wściekła nie byłabym na Martina, to jednak taka była prawda. W zielonych oczach chłopaka pojawił się gniew, ale i jakaś dziwna ulga. Marta pisnęła. Przyskoczyła do mnie oplatając mnie ramionami. Chwilę później zrobiła to samo Nataly oraz Angela. Dziewczyny zabrały ode mnie mokre ubranie. Słyszałam zadawane różnymi głosami pytania czy wszystko w porządku czy nic mi nie jest. Eric objął mnie ramieniem, niemal wyrywając koleżankom. Wyprowadził z tłumu i pociągnął gdzieś za sobą. Spojrzałam na niego pytająco.

– Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał gorączkowo, prowadząc w kierunku wyjścia z plaży.

– Było tam ładnie – mruknęłam odrobinę zawstydzona. Chłopak z dezaprobatą pokręcił głową. – Dokąd idziemy? – zapytałam, kiedy wspięliśmy się po drewnianych schodach.

– Nie będziesz przecież chodziła w mokrym ubraniu – oznajmił stanowczo, nie patrząc na mnie. Potem jednak, jakby mimowolnie, spojrzał. W jego oczach zobaczyłam niechęć. – A tak tym bardziej nie będziesz – westchnął.

Wsadził mnie do samochodu i zawiózł do jakiegoś sklepu. Miałam tylko nadzieję, że skoro prowadzi, znaczy to, że nic jeszcze nie wypił, w końcu mieliśmy tu zostać na noc. Kiedy tylko zaciągnął mnie do środka, natychmiast ruszyłam z powrotem w stronę wyjścia. Chłopak zagrodził mi drogę.

– Eric, daj spokój – poprosiłam. – Moje rzeczy szybko wyschną, poza tym nie stać mnie na ten sklep – to była filmówka, jedna z tych, w których ceny zazwyczaj są obłędne.

– Trudno – niemal warknął chłopak, a ja czułam, że w środku aż go roznosi. Wyglądało na to, że z trudem nad sobą panował. Uśmiechnęłam się na myśl, że może jednak jest w nim jakieś podobieństwo do Martina… – Mnie stać – oznajmił, po czym zawołał jedną z elegancko ubranych ekspedientek.

Eric opowiedział co się stało. Sprzedawczynie nie tylko znalazły mi nowe ubranie – całe, od bielizny aż po buty – ale także wysuszyły mi włosy i pomogły się uczesać. Były bardzo miłe. Jedna z nich nawet wyjęła podręczną kosmetyczkę, żeby poprawić mój rozmazany przez morską wodę makijaż. Kiedy skończyłyśmy, Eric wyglądał na zadowolonego. Bez mrugnięcia przyjął do wiadomości obłędną sumę i zapłacił za ubrania kartą kredytową. Gdy wreszcie udało nam się wyjść ze sklepu, miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się z nowego ubrania i faktu, że nie będę przyciągała za dużą koszulą Martina jeszcze większej uwagi, a z drugiej czułam się głupio w stosunku do Erica. W dalszym ciągu boleśnie pamiętałam nieprzyjemne słowa, Martina, że jego brat, nie przedstawiłby matce byle kogo. Więc może jednak dla Erica, nie byłam „byle kim”.

– Ślicznie wyglądasz – oznajmił chłopak, z zadowoloną miną obejmując mnie ramieniem.

Uśmiechnęłam się do niego promiennie. Miałam na sobie kraciastą spódniczkę, czarny golf bez rękawów i również czarny, bardzo przyjemny w dotyku, mięciutki sweterek. Na nogach natomiast miałam wysokie, skórzane buty. Bardzo spodobał mi się mój nowy strój. Rozpuszczone, jasne włosy, spływały mi na ramiona falującą kaskadą. Tego dnia, zdecydowanie bardziej niż zwykle przypominałam sobą dziewczynę. No cóż, w końcu jakby nie patrzeć, to były moje urodziny!

Wsiedliśmy do czerwonego samochodu. Kiedy dojechaliśmy do plaży, Eric zwlekał z wysiadaniem. Wyraźnie walczył sam ze sobą.

– Co robi tutaj Martin? – zdecydował się w końcu zapytać.

Wzruszyłam ramionami.

– Zaprosiłam go. Wtedy, kiedy uznałeś, że „sobie poradzi” – mruknęłam. – Pamiętasz? Masz coś przeciwko? – zapytałam.

Eric przecząco pokręcił głową.

– Nie, jasne, że nie. To przecież twoje urodziny – oznajmił. – Po prostu nie chciałbym, żeby ci je zepsuł.

Odrobinę posmutniałam na myśl, że na to, to już jest chyba za późno. Nie zamierzałam się jednak przejmować głupim Martinem. Uświadomiłam sobie, że Eric ma rację. To moje urodziny i będę się na nich dobrze bawić. Nachyliłam się ku chłopakowi i pocałowałam go w policzek.

– Dziękuję, za wszystko – powiedziałam obdarzając go promiennym uśmiechem, a potem wysiadłam z samochodu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Moje pojawienie się na plaży, w nowym, suchym ubraniu, wywołało spore poruszenie. Zwłaszcza, w momencie, gdy dogonił mnie Eric, naturalnym gestem obejmując ramieniem moją talię. Zobaczyłam Martina. Siedział jak zwykle oddalony od wszystkich i wszystkiego. Już nie był w samych, przemoczonych spodniach. Miał na sobie, najwyraźniej pożyczony od kogoś, zbyt szeroki na niego, czarny t-shirt i jakieś suche jeansy. Postanowiłam, że będę go ignorować. Eric przeprosił mnie na chwilę i podszedł do brata. Oddał mu jego ciuchy. Potem już nie widziałam co się między nimi dzieje, bo na bok odciągnęła mnie Marta, gorliwie i zapewne w dobrej wierze, wypytując mnie o wypadek, Martina i przede wszystkim Erica.

W towarzystwie przyjaciółki, z Nataly i jej chłopakiem, a nawet z Angelą i Paulą bawiłam się całkiem nieźle. Wreszcie zaszło słońce, zbliżał się wieczór. Chłopacy na plaży rozpalili ognisko. Stanęłam nad brzegiem morza, patrząc na spienione fale. W nocy morze też było cudowne, chociaż przechodziły mnie dreszcze na wspomnienie tego, jak dzisiaj do niego wpadłam. Tak, zdecydowanie piękniejsze było z brzegu! Stałam tak przez dłuższą chwilę, zupełnie sama, aż w pewnym momencie poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się dość gwałtownie. Z mroku wyłoniła się ponura sylwetka Martina. Chciałam odejść, ignorując jego obecność, ale chwycił mnie mocno za rękę.

– O nie! Nie tym razem – oznajmił stanowczo. – Najpierw porozmawiamy.

– Świetnie! – warknęłam. – Dzisiaj już wystarczająco wiele mi powiedziałeś o tym, co sądzisz na mój temat. Nie mam ochoty na więcej.

– Posłuchaj, nie miałem na myśli niczego złego – westchnął. – Chodziło mi o to, że zarówno Eric jak i jego matka, bardzo zwracają uwagę na pochodzenie i stan majątkowy ludzi – tym razem ujął wypowiedź nieco bardziej dyplomatycznie. – Z tego co wiem, jesteś w naszej szkole na stypendium i nie masz ani jednego ani drugiego, zresztą przecież widziałem jak mieszkasz… Dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie, kiedy powiedziałaś, że przedstawił cię Helenie.

Roześmiałam się.

– Najwyraźniej to ty zwracasz na to większa uwagę niż on – oznajmiłam spokojnie.

Chciał wyraźnie powiedzieć coś jeszcze, ale podszedł do nas Eric. Martin puścił moje ramię. Eric oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego wdzięcznie, tylko po to, żeby zrobić Martinowi na złość.

– Coś nie tak? – zapytał Eric patrząc na brata wrogim spojrzeniem.

– Rozmawialiśmy – syknął Martin, najwyraźniej mocno niezadowolony, że ktoś mu przerwał.

– Skończyliśmy – odparowałam, biorąc Erica pod rękę. – Mam ochotę się czegoś napić, idziemy? – zaproponowałam chłopakowi, a on skinął głowa.

Uśmiechnął się zwycięsko, w jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki. Razem poszliśmy w stronę ogniska, zostawiając Martina samego, nad brzegiem wzburzonego morza.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            W poniedziałek w szkole zaczepiało mnie bardzo wiele osób. Głównym tematem dnia były moje weekendowe urodziny. Poznałam wielu nowych ludzi, dostałam całą masę prezentów i nawet nie wiedziałam co jest od kogo, więc na wszelki wypadek ogólnie dziękowałam wszystkim. Dziwnie było z dnia na dzień stać się popularną i powszechnie lubianą osobą. Wiedziałam, że całe to zamieszanie zawdzięczam Ericowi, ale wcale nie byłam pewna czy jestem z niego zadowolona. Na długiej przerwie miałam już serdecznie dość. Wymknęłam się bocznym korytarzem, żeby ominąć zatłoczoną stołówkę. Tam natknęłam się na Martina. Siedział na parapecie, słuchając mp3. Zamyślony patrzył w okno. Jego szczupła sylwetka, ciemne, lekko przydługie włosy i ta cudowna aura tajemniczości. Boleśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi się ten chłopak podoba! Kiedy odwrócił głowę i mnie spostrzegł, jego obojętna twarz zmieniła się w gradową chmurę. Zeskoczył z parapetu. Wyłączył muzykę. Podszedł do mnie, obrzucając pogardliwym spojrzeniem.

– Ile ci zapłacił? – zapytał. – Naprawdę było warto?

Spojrzałam na niego oniemiała.

– O co ci chodzi?

Pokręcił głową. Prychnął. Wyciągnął z plecaka kolorowe pismo.

– Myślałem, że jesteś inna – stwierdził i rzucił mi je pod nogi odchodząc.

Zdumiona podniosłam gazetę. To nie był brukowiec, czego się spodziewałam, tylko jakieś pismo o modzie. Zaskoczona, szeroko otworzyłam oczy. Na okładce byłam właśnie ja! Razem z Martą uśmiechałyśmy się, pozując do zdjęcia w strojach kąpielowych. Ogarnęła mnie złość. Jak Eric mógł wymyśleć coś takiego za moimi plecami?! Dogoniłam znikającego za rogiem Martina. Spojrzał na mnie ponuro.

– Co jeszcze tu jest? – warknęłam.

Spojrzenie chłopaka zmieniło się. Dalej było chłodne, ale już nie takie lodowate. Otworzył gazetę pokazując mi rozkładówkę z moją postacią. Musiałam przyznać, ze na tych zdjęciach wyglądałam rewelacyjnie. Zupełnie jak nie ja. Z pewnością nie była to ta sama osoba, którą na co dzień oglądałam w lustrze. Przeczytałam co głoszą nagłówki: „Koleżanki syna Heleny Devree, Erica pomagają sławnej aktorce i od niedawna uznanej projektantce mody promować kolekcję nowych kostiumów kąpielowych.” Tylko dlaczego nikt nie raczył zapytać mnie o zgodę na jakąkolwiek publikację?!

– Nie wiedziałaś o tym? – spytał domyślnie Martin.

Przecząco pokręciłam głową.

– Nie miałam pojęcia – westchnęłam. – To znaczy fotograf robił nam jakieś zdjęcia, kiedy byłyśmy u was na basenie, ale nie miałam pojęcia, że chcą to gdzieś publikować. Myślałam, że to taka zabawa… – mruknęłam.

Teraz cały obraz tego nonsensu, który spotkał nas u Erica w domu, stał się dla mnie zupełnie jasny.

– Przepraszam – odezwał się cicho Martin. – Mogłem się tego domyślić. Ta suka nigdy nie wahała się przed wykorzystywaniem ludzi do własnych celów.

Zamurowało mnie. Wpatrzyłam się w niego szeroko otwartymi ze zdumienia i zgrozy oczami.

– Martin, ty mówisz o swojej matce… – szepnęłam.

– To nie jest moja matka – oznajmił twardo chłopak. – Nie jest i nigdy nią nie była!

Nie miałam teraz na to czasu, miałam zamiar rozmówić się z Ericem, zanim skończy się długa przerwa.

– Pozwolisz, że wezmę to pisemko? – spytałam zmieniając temat.

Chłopak skinął głową. Uśmiechnął się łobuzersko.

– Jest twoje. Mam w domu drugi egzemplarz – mruknął. – Co zamierzasz z nim zrobić?

Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie skomentowałam.

– Planuję pokazać je Ericowi – westchnęłam. – I jeżeli będzie trzeba, wepchnąć mu je do gardła – dodałam mściwie.

Kąciki ust Martina uniosły się w leciutkim uśmiechu.

– W takim razie idę z tobą – oznajmił, a ja nie protestowałam.

Erica znaleźliśmy na stołówce. Jak zwykle był w centrum uwagi. Zaskoczonego odciągnęliśmy na bok.

– Co to ma być? – spytałam pokazując mu pismo.

Chłopak spojrzał na mnie nie rozumiejąc. Jego zielone oczy patrzyły na mnie pytająco. Martin przyglądał się całej scenie, stojąc z boku z założonymi na torsie rękami.

– Zdjęcia… – stwierdził niepewnie, przeglądając pismo.

– Dlaczego tutaj są?! – warknęłam na niego.

– O co ci chodzi, przecież są całkiem niezłe – oznajmił wzruszając ramionami. – A skoro podpisałaś umowę…

– Podpisałam co?! – syknęłam na niego. – Niczego nie podpisywałam!

Eric zamrugał.

– Księżniczko – zaczął poważnym tonem – twoja przyjaciółka Marta, dostała do ręki umowę w dwóch egzemplarzach. Dostała też pieniądze za sesję. Obie umowy wróciły podpisane. Nie podpisywałaś jednej z nich?

– Do cholery, niczego… – zaczęłam, ale w słowo wszedł mi Martin.

Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.

– Marika, zastanów się – powiedział cichym, ale jednocześnie takim, że musiałam zwrócić uwagę na każde, poszczególne słowo, głosem. – Fałszerstwo to poważny zarzut. Grozi za nie więzienie.

Warknęłam na niego wkurzona, ale musiałam przyznać mu rację. Najpierw powinnam rozmówić się z Martą.

– Porozmawiamy o tym później – rzuciłam do Erica i zostawiając ich obydwu w stołówce, wyszłam na korytarz, by zaczekać pod klasą.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wiadomość o moich zdjęciach w znanym czasopiśmie rozeszła się po szkole lotem błyskawicy. Chłopacy gwizdali na mój widok, a dziewczyny gratulowały lub rzucały zazdrosne spojrzenia. Ani trochę nie byłam z tego zadowolona. W tym wypadku akurat Martin miał rację. Nie byłam taka. Nie odpowiadało mi tego typu życie. Nie chciałam takiego zainteresowania. Dlatego wieczorem, w mieszkaniu, napadłam na przyjaciółkę kiedy tylko weszła.

– Podpisałaś za mnie umowę na publikację zdjęć?! – krzyknęłam na nią.

Marta stanęła przy drzwiach zmieszana. Na jej twarzy pojawił się czerwony rumieniec.

– Podpisałam za ciebie umowę – przyznała – ale mieli opublikować tylko moje zdjęcia. Dostałam za to całkiem sporo kasy… – mruknęła. – Nie gniewaj się, proszę.

Wcisnęłam jej do ręki pismo, a potem położyłam się na łóżku. Byłam naprawdę wściekła.

– Cała szkoła o tym gada – syknęłam.

Marta zaczęła przeglądać gazetę.

– To bardzo ładne zdjęcia – stwierdziła. – Nie dziwię się, że o nich mówią. Marika, pomyśl! To dla nas wielka szansa! Po takim debiucie, mogłybyśmy zostać modelkami! – uśmiechnęła się rozmarzona. – Oczywiście, skoro twoje zdjęcia też tu są, to podzielę się z tobą pieniędzmi… – dodała szybko.

– Nie chcę być modelką! – powiedziałam twardo. – I nie chcę żadnych pieniędzy. Zatrzymaj je i na przyszłość nigdy, przenigdy nie waż się robić niczego za mnie – oznajmiłam.

Marta podeszła, usiadła przy mnie na łóżku.

– Mari, nie gniewaj się na mnie, przepraszam – powiedziała potulnie, dotykając mojego ramienia. – Spędziłam wtedy naprawdę cudowny dzień…

– Nie gniewam się – westchnęłam stwierdzając, że naprawdę, cała złość na przyjaciółkę mi przeszła. – Tylko proszę, nigdy więcej tego nie rób.

Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie.

– Obiecuję – powiedziała pewnym głosem. – Bardzo, bardzo przepraszam! Szkoda, że ten cały Eric jest tak strasznie zapatrzony w ciebie – dodała po chwili żartobliwie – bo naprawdę niezłe z niego cicho i chętnie bym sobie takiego przygruchała!

– To nie jest mój Eric – stwierdziłam cicho, będąc przekonana, że być może popełniam poważny błąd. Nie chciałam, żeby chłopak zranił Martę, a ciągle żywo przed oczami stały mi pocałunki Erica z Angelą. – Masz wolną rękę, tylko błagam, uważaj na niego!

Migdałowe oczy Marty błysnęły niebezpiecznym blaskiem.

– Możesz być o tym przekonana – zapewniła. – Tylko pamiętaj, że i tak dowiem się, w kim jesteś zakochana, skoro pomyliłam się i nie jest to cudowny książę Eric.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy się uspokoiłam, nareszcie byłam w stanie zabrać się za lekcje. Wypakowałam swoją torbę. Spojrzałam zaskoczona, kiedy na łóżku wylądowała płyta CD. Była rozpakowana. Zajrzałam do środka. Zaschło mi w gardle. Koncertowy album Blind Guardian z podpisami całego zespołu! W środku była także złożona na cztery części biała kartka z papeterii, z moim imieniem napisanym, równiutkim, ale zdecydowanie męskim, charakterem  pisma. Rozłożyłam ją, zaglądając do środka.

„Przepraszam, jestem durniem, ale to już wiesz. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Chciałem Ci dać prezent w piątek, ale sama wiesz, jak wyszło. Jeżeli masz ochotę porozmawiać, to będę czekał o siódmej, na wzgórzu w parku

Martin”

Głosił staranny napis. Była już prawie dziesiąta. Coś się we mnie zagotowało. Całą sobą nienawidziłam tego chłopaka. Nie podobało mi się, że tak na mnie działa. Pewnie i tak już dawno go tam nie ma! Chwyciłam kurtkę, włożyłam na nogi adidasy i pędem wybiegłam z mieszkania.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Moje serce zabiło jak oszalałe, kiedy zobaczyłam siedzącą na ławce, smukłą sylwetkę. Naprawdę, nie spodziewałam się, że jeszcze będzie czekał, ale mimo to musiałam sprawdzić. On jednak tam był. Siedział ze spuszczoną głową i słuchawkami na uszach. Był wyraźnie zrezygnowany, ale mimo wszystko nie odchodził. Kiedy podniósł na mnie wzrok, zobaczyłam jakąś dziwną, niesamowitą determinację w jego niebieskich oczach. Usiadłam przy nim w milczeniu. Wyłączył muzykę.

– Nie sądziłem, że jeszcze przyjdziesz – przyznał szczerze.

– Dopiero teraz przeczytałam twoją kartkę – odpowiedziałam wpatrując się w ukryte w mroku drzewa.

Parkowe alejki oświetlało rozproszone światło nielicznych latarni. Nie było tu żywego ducha, nikogo poza nami. Dodatkowo znajdowaliśmy się na stromym wzgórzu, z którego, jeśli wyszlibyśmy zza krzaków, podziwiać można było panoramę miasta.

Martin uśmiechnął się z przekąsem. Nie odpowiedział. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę, a ja tak bardzo chciałam się do niego przytulić! Przypomniały mi się jego niemiłe słowa, to, że nie chciał się nikomu ze mną pokazywać, ale mimo tego pragnienie, żarliwa ochota, ani trochę się ode mnie nie odsunęły. Gwałtownie odwrócił się w moją stronę.

– Marika, kocham cię – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Prawnie na samym początku się w tobie zakochałem.

Zerwałam się z ławki, żałując, że nie mam niczego, czym mogę w chłopaka rzucić.

– Ty draniu! – krzyknęłam, nie zwracając na nic uwagi. W oczach zalśniły mi łzy. – Znowu chcesz się ze mną pobawić? Co ja ci takiego zrobiłam?!

Martin westchnął. W kącikach jego ust pojawił się smutny uśmiech. Odwróciłam się i chciałam odejść. Nie pozwolił mi. Chwycił mnie za rękę. Nie puszczając z powrotem posadził na ławce.

– Posłuchaj co chcę, ci powiedzieć – rozkazał gniewnym głosem – proszę – dodał jakby reflektując się po chwili. Niechętnie skinęłam głową. Jego słowa, przekonanie o tym, że nie były szczere, paliły mnie żywym ogniem. – Jest wiele rzeczy, o których muszę ci powiedzieć – westchnął – ale dwie z nich są najbardziej istotne. Po pierwsze, nigdy, przenigdy nie myśl, że mógłbym się ciebie wstydzić – jego niebieskie oczy płonęły. Zacisnął dłoń na moim nadgarstku. – Nie chcę, żeby nas razem widzieli, bo się o ciebie cholernie boję. Rozumiesz? – Przecząco pokręciłam głową. Po policzkach spływały mi łzy. – Sama widziałaś co się dzieje, mruknął. Za dwa tygodnie mam zeznawać w sądzie, przeciwko rodzicom Antona i Michaela. Wtedy to się skończy.

– Jak to? – nie zrozumiałam.

Czegoś takiego po prostu nie przyszło mi do głowy się spodziewać. Uśmiechnął się przekornie.

– Ich rodzice mają duże fabryki. Zatrudniali pracowników z różnych krajów, a potem wyrzucali nie płacąc. Robią też wiele innych nieciekawych rzeczy. Przeglądałem dokumenty, widziałem jak je fałszują, byłem przy czymś, czego nie powinienem był widzieć – oznajmił cierpko. – Nie potrafiłem odpuścić. Jest przeciwko nim proces i zamierzam w nim zeznawać jako świadek.

– Przecież jesteś jeszcze uczniem…

– Mam dziewiętnaście lat – roześmiał się chłopak. – W tym roku kończę liceum. W świetle prawa jestem już bardziej niż pełnoletni.

– Czemu Eric bierze w tym udział? – spytałam mimochodem.

Martin wzruszył ramionami.

– Wielokrotnie prosił mnie, żebym zrezygnował. Widział co się dzieje. Nie potrafiłem. Prokurator uświadomił mi, że bez moich zeznań, prawdopodobnie nic nie będą im w stanie udowodnić. Dlatego się na mnie uwzięli. Eric dołączył do nich, bo się bał, że naprawdę zrobią mi krzywdę.

– A ta druga sprawa? – spytałam nie do końca potrafiąc sobie ułożyć to wszystko w głowie.

– Najpierw mi powiedz, czy nie robię z siebie idioty i czy ty też w ogóle coś do mnie czujesz?

Roześmiałam się.

– Zważywszy, że siedzę z tobą w środku nocy w parku, to chyba było zbędne pytanie – mruknęłam.

– Nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia z dziewczynami – przyznał. – Większość z nich leciała na kasę mojego ojca i na tym kończyły się nasze znajomości. Mojemu bratu to odpowiada, mnie nie.

– Jestem pewna, że widziały w tobie coś więcej – mruknęłam – przynajmniej do momentu, aż się nie odezwałeś – dodałam.

Warknął na mnie, ale tym razem na jego twarzy widziałam pełen ulgi uśmiech. Jego niebieskie oczy iskrzyły się łobuzersko, kiedy przyciągnął mnie do siebie i zaczął łaskotać. Potem na powrót spoważniał, nie wypuścił mnie jednak z objęć. Oparłam się o niego wygodnie.

– Więc chodzi o powód – zaczął niechętnie – dla którego tak się zdziwiłem, że Eric przedstawił cię Helenie. Nie masz tytułu, nie jesteś bogata. Widzisz, istnieje coś takiego jak mezalians. Gdyby nasz związek zaszedł za daleko, ojciec zapewne postawi mi ultimatum. Prawdopodobnie każe mi ożenić się z córką jednego ze swoich partnerów handlowych.

Poczułam jak coś boleśnie ściska mnie w środku. Gwałtownie usiadłam. Czy on właśnie proponował mi związek zabawę?! Wszystko fajnie, ale do czasu?! Znów poczułam przemożną ochotę, żeby go czymś uderzyć.

 – A ty to zrobisz? – zapytałam, żeby się upewnić.

Roześmiał się.

– Nie, nie to miałem na myśli – stwierdził odwracając wzrok. – Po prostu jeżeli tego nie zrobię, to mnie wydziedziczy. Będę zdany tylko na siebie, rozumiesz? – zapytał cicho. – Mam gdzieś ojca i jego pieniądze, ale chciałem żebyś wiedziała. Żeby nie to kierowało twoimi decyzjami…

– Jesteś głupszy niż myślałam! – warknęłam na niego. – Naprawdę sądziłeś, że lecę na kasę twojego ojca?! Nie uważasz, że to idiotyczne? Znacznie łatwiej byłoby mi być w takim wypadku z Ericem i po prostu przymykać oczy na jego głupie wyskoki.

– Wiem, wcale tak nie myślałem, gdybym myślał, nie czekałbym tu na ciebie przez trzy godziny – mruknął, naśladując ton mojej wcześniejszej wypowiedzi. – Po prostu chciałem, żebyś wiedziała. Dasz mi szansę? – zapytał cicho.

Odwróciłam się ku niemu. Oplotłam ramionami jego szyję, wplatając palce w ciemne, rozwichrzone włosy. Pocałowałam go w usta. Poczułam jak całe moje ciało przeszywają przyjemne dreszcze, kiedy objął mnie, a potem odwzajemniał przepełniony ulgą i nadzieją pocałunek. Tak brzmiała moja odpowiedź.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Następnego dnia rano jeszcze z okna zauważyłam wiśniowy motocykl. Pędem zbiegłam po schodach, nie mogąc się doczekać spotkania z Martinem. Pocałował mnie na powitanie, mocno przyciągając do siebie. Przymknęłam oczy, wtulając się w jego ramiona. Ten chłopak był tak cudownie nieznośny! Usiadłam za nim, mocno wtulając się w jego plecy. Zostawił mnie jak zwykle w bocznej uliczce pod szkołą. Tym razem jednak nie miałam nic przeciwko. Do rozległego budynku liceum weszłam naprawdę zadowolona z życia. Wesoło rozmawiałam z Ericem i Nataly. Tego dnia nawet nikt mnie specjalnie nie zaczepiał. Po prostu żyć nie umierać. Na długiej przerwie wspięłam się schodami na najwyższe piętro. On już tam czekał. Przytulił mnie do siebie, a ja czułam się jakbym nie widziała go całe wieki, a nie ostatni raz rano. Objął mnie w pasie i posadził na drewnianej skrzyni. Nie mogłam oderwać rąk od jego włosów i twarzy, ust od jego ust, nie chciałam! Uśmiechnął się, kiedy objęłam go nogami w pasie. Nawet nie zauważyłam, kiedy długa, prawie godzinna przerwa, dobiegła końca. Niechętnie zsunęłam się ze skrzyni, kierując w stronę drzwi. Chwycił mnie za rękę.

– Zaczekaj – poprosił. – Nie możesz zostać?

– Przecież wiesz, że nie – westchnęłam. – Mam lekcje.

O ile byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli pokazywać się razem! Wtedy spędzałabym z Martinem swobodnie każdą przerwę.

– Marika, to nie do zniesienia – szepnął przyciągając mnie do siebie bliżej. Objął mnie ramionami. Przytulił. – Jest gorzej, niż kiedy myślałem, że wcale cię nie mam.

– Zobaczymy się wieczorem, prawda? – spytałam z nadzieją.

Skinął głową. Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech.

– Mamy apartament nad morzem. Pojedziesz tam ze mną na weekend? – zapytał z nadzieją. – Zauważyłem, że lubisz morze – dodał złośliwie.

Kopnęłam go w kostkę. Roześmiał się. Właściwie, to czemu nie?

– Dobrze, pojadę – odpowiedziałam i obdarzając go promiennym uśmiechem zniknęłam za drewnianymi drzwiami strychu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Istnieje taka tęsknota serca, pragnienie. Nadzieja, że może uda się wreszcie uchwycić coś ulotnego. Wszystko w środku w człowieku krzyczy, gdzieś się wyrywa. Odnajdują się dawno zapomniane marzenia. I to piękno! Takie rzeczy, na które patrzenie sprawia niemal fizyczny ból. Stałam nad brzegiem morza, plecami opierając się o obejmującego mnie ramionami Martina i patrzyłam na najcudowniejszy w świecie zachód słońca. Miałam ochotę mruczeć z rozkoszy. To miejsce, ta chwila, wszystko było takie cudowne! Jak w bajce!

Do pokoju wróciliśmy dopiero, kiedy zupełnie się ściemniło. Właściwie to apartament, w którym mieliśmy spać, ciężko nazwać było „pokojem”. Było to urządzone w dobrym stylu studio, z salonem, własną kuchnią, oddzielną sypialnią i wielką łazienką z jacuzzi. Do środka natomiast wchodziło się jak do hotelu – poprzez restaurację i recepcję. Były też sprzątające po wizytach gości pokojówki. Jeszcze w progu Martin wziął mnie na ręce i zadowolony z siebie zaniósł na wielkie, wyściełane atłasową pościelą łóżko. Sam położył się, tak, że był bezpośrednio nade mną. Pocałował mnie łapczywie, niemal nachalnie. Jego dłoń zachłannie wodziła po mojej bluzce.

– Martin, zwolnij – szepnęłam, odrywając się od niego z niemałym trudem.

Całą sobą chciałam więcej, a jednocześnie panicznie się bałam.

– Przepraszam – powiedział, niechętnie odsuwając się ode mnie.

Położył się przy mnie na łóżku. Leżał na plecach wpatrując się w sufit. Jego oddech i puls były przyspieszone. Podniosłam się, kładąc mu głowę na ramieniu. Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu, próbując uspokoić oddechy. Tym razem to ja nie wytrzymałam. Podniosłam się na łokciu, zaczęłam go całować. Wolną ręką sięgnęłam do guzików jego czarnej koszuli, rozpinając je powoli. Zamruczał zadowolony, przyciągając mnie do siebie bliżej. Przesunęłam dłonią po jego odsłoniętym, płaskim brzuchu. Podniósł się gwałtownie, przewrócił mnie na plecy. Pocałunki stały się żarliwsze, gorętsze, ale tym razem nie protestowałam. W pewnym momencie odsunął się ode mnie, przeklął brzydko. Usłyszałam przekręcający się w drzwiach klucz. Oczy chłopaka zapłonęły gniewem, a potem, tak jak na co dzień w szkole, stały się lodowato zimne.

– Zostań tutaj – rozkazał cicho, a sam, nie domykając do końca drzwi, wyszedł z pokoju.

Jak zwykle nie mogłam opanować ciekawości. Wyjrzałam przez wąską szparę. Zamrugałam. Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę! Do środka wszedł Eric, a u jego boku, wtulona w ramię chłopaka, stała Marta. Martin stanął w drzwiach, blokując im swoją osobą przejście dalej. Bracia spojrzeli na siebie pytająco. Obydwaj mieli skonsternowane spojrzenia.

– Co ty tu robisz?! – zażądał wyjaśnień Eric.

– A na co ci to wygląda?! – warknął Martin wymownie patrząc na swoją, już całkiem rozpiętą, koszulę.

Na twarzy Erica zobaczyłam wyraz prawdziwego zaskoczenia.

– Jesteś tutaj z dziewczyną? – zapytał zdziwiony.

– Nie, z chłopakiem – uśmiechnął się drwiąco Martin.

Poczułam przypływ zazdrości, kiedy spostrzegłam, że Marta wpatruję się w mojego chłopaka łakomym wzrokiem. Co ona w ogóle tu robiła?!

– Na długo zostajesz? – zapytał niechętnie Eric.

– Do końca weekendu – oznajmił chłodno Martin.

Blondyn westchnął.

– Poczekaj na zewnątrz, księżniczko – zwrócił się do mojej przyjaciółki. – Wynajmiemy pokój w hotelu, tylko najpierw, jeżeli pozwolisz, rozmówię się z bratem.

Marta niechętnie puściła jego ramię i wyszła na korytarz. Eric zamknął drzwi. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo pobladł na twarzy.

– Ty nie mówiłeś poważnie, prawda? – zapytał niezbyt pewnie. – Nie jesteś gejem?

Martin uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem, ani na milimetr nie odsuwając się od drzwi.

– A jeśli jestem, to co? – zapytał lekko rozbawiony.

– Nic – powiedział cicho Eric spuszczając wzrok. Nigdy jeszcze nie widziałam u niego takiej postawy. – Po prostu nie afiszuj się z tym za bardzo – poprosił.

Martin roześmiał się. Klepnął brata w ramię przyjacielskim gestem.

– Nie martw się, mam dziewczynę – powiedział uspokajającym tonem – ale przedstawię ci ją dopiero po procesie – dodał. – Nie chcę, żeby ktoś ją przeze mnie skrzywdził.

Eric obdarzył brata pełnym ulgi uśmiechem. Jego zielone oczy zalśniły.

– Słuchaj, mam prośbę – oznajmił. – Nie mów nikomu, że tu byłem z tą dziewczyną, zwłaszcza jej nie mów.

– Jakiej jej? – spytał ponuro Martin.

W jego głosie czuć było napięcie i delikatną groźbę, której Eric jednak najwyraźniej nie zauważył.

– Marice – odpowiedział wprost. – Schrzaniłem to, ale mam zamiar dalej o nią walczyć.

– W takim razie dlaczego jesteś tutaj z tą laską? – zapytał Martin, groźnie marszcząc brwi.

Eric roześmiał się.

– Taki mały skok w bok – mruknął. – Jest całkiem niezła i leci na mnie. Bardzo – dodał przeciągając ostatnią sylabę. – Marika to coś poważniejszego.

– Dlaczego? – spytał poważnym głosem Martin. – Słyszałem, że przedstawiłeś ją Helenie. Zdziwiło mnie to.

Blondyn zamrugał.

– To ty nie wiesz? – roześmiał się naprawdę rozbawiony. – Jesteś mało spostrzegawczy, braciszku. To Marika Merowing – oznajmił dumnie, wyraźnie zadowolony z siebie. – Nic nie mówi ci to nazwisko? – Martin pobladł na twarzy, ale Eric mimo to ciągnął dalej. – Jest siostrzenicą Lorda Duncana, a po tym jak jego syn zginął w wypadku, to właściwie jego jedyną dziedziczką. Naprawdę niezła partia.

– Idź już – poprosił cicho Martin. – Bawcie się dobrze.

– Nawzajem – odpowiedział z pogodnym uśmiechem Eric, posłusznie wychodząc z pokoju.

Martin natychmiast zamknął za nim drzwi, wyraźnie, sporym wysiłkiem woli, starając się, żeby nimi nie trzasnąć. Przekręcił klucz w zamku. Zdziwiłam się, kiedy zamiast wrócić do mnie, usiadł na kanapie. Milczał. Wysunęłam się z pokoju. Podeszłam do niego, siadając obok. Spojrzałam pytająco.

– Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał zrezygnowany.

– O czym? – nie zrozumiałam.

– O tym, że twój wuj ma tytuł lordowski – westchnął.

Doskonale! Eric postanowił wykorzystać dla zabawy moją przyjaciółkę, a on przejmuje się tylko tym, że mój wuj jest jakimś kretyńskim lordem! Zresztą co za różnica, przecież to on nim jest, nie ja.

– A to jakaś różnica? – warknęłam na niego. – Zresztą nawet nie zapytałeś jak się nazywam. Sam jesteś sobie winien.

– Zrobiłaś to z premedytacją – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.

– Martin, o co ci do cholery chodzi?! – zapytałam gniewnie. – Czy to naprawdę aż tyle dla ciebie znaczy? Mój ojciec nie żyje, a ja nigdy w życiu nie widziałam nawet swojego wuja na oczy! Jego tytuły mnie nie dotyczą.

Gwałtownie chwycił mnie za rękę. Jego spojrzenie nie było chłodne. Było lodowato zimne.

– Dotyczą bardziej niż myślisz – warknął.

– Martin, proszę cię, to boli – szepnęłam, próbując zabrać dłoń.

W oczach zalśniły mi łzy. Czemu zawsze, wszystko musi się w jakiś paskudny, idiotyczny sposób schrzanić. Chłopak puścił moją rękę.

– Przepraszam – powiedział cicho. Położył głowę na oparciu kanapy. – Muszę sobie to wszystko poukładać. Jeżeli się spakujesz, to odwiozę cię do domu – mruknął. – I tak nie możemy tu zostać, skoro Eric tu jest.

Spojrzałam na niego niedowierzająco. Wstałam z kanapy i z deszczem spływających po policzkach łez, zniknęłam za drzwiami sypialni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Usiadłam na podłodze. Skuliłam się pod ścianą. Oplotłam ramionami kolana. Na dworze padało, więc po prawie dwugodzinnej jeździe na motorze, miałam zupełnie przemoczone spodnie. W obecności Martina, z całej siły walczyłam ze swoimi łzami, ale teraz coś we mnie pękło i po prostu pozwoliłam im płynąć. W końcu, po kwadransie takiego bezsensownego siedzenia wstałam, przeszłam przez niewielki pokój, który na codzie dzieliłam z Martą i wyjrzałam przez okno. Zamrugałam z niedowierzaniem. Na niewielkim podjeździe w dalszym ciągu stał wiśniowy motocykl. Martin chodził niespokojnie wzdłuż płotu. Z wściekłością godną lepszej sprawy, z całej siły kopnął jakiś leżący na ziemi kamień. Z nieba lały się strugi deszczu. Decyzją chwili otworzyłam drzwi i zbiegłam po schodach na sam dół. Bez kurtki, tylko w przemoczonych spodniach i względnie suchej koszulce, wyszłam przed kamienicę. Martin odwrócił się w moją stronę, spojrzał zaskoczony. Jego niebieskie oczy zapłonęły.

– Zwariowałaś?! – warknął.

Przyskoczył do mnie wpychając z powrotem do kamienicy. On także był cały przemoczony.

– Czemu tu stoisz? Dlaczego nie pojechałeś do domu? – zapytałam. – Przeziębisz się.

Właściwie nie zdając sobie z tego sprawy, wzięłam go za rękę i pociągnęłam na górę. Szedł posłusznie za mną.

– Nie mogłem – powiedział cicho, spuszczając wzrok.

W pokoju zdjęłam z niego ociekającą wodą kurtkę. Uśmiechnął się do mnie ponuro. Zsunął z nóg wysokie, motocyklowe buty. Sama drżałam z zimna. Przez tą potworną ulewę, majowa noc stała się naprawdę chłodna. Decyzją chwili zgasiłam światło, rozebrałam się do bielizny i wśliznęłam pod ciepłą kołdrę. To było zaproszenie, on zrobi z nim co będzie chciał. Chłopak stał przez chwilę przy drzwiach, najwyraźniej zastanawiając się co powinien zrobić, potem jednak usłyszałam jak na ziemię opadają jego spodnie. Podszedł do łóżka i położył się obok. Objął mnie ramionami, delikatnie unosząc moją głowę. Wtulił twarz w moje włosy.

– Mokre – mruknął rozbrajająco.

Roześmiałam się poprzez łzy, które na nowo zaczęły płynąć. Wtuliłam się plecami w jego tors, kradnąc ciepło z jego odsłoniętego ciała. Zauważył, że płaczę. Obejmującą moje ramiona ręką, sięgnął ku wilgotnym policzkom. Delikatnie otarł mi z twarzy łzy.

– Czemu tak się przejmujesz moim wujem? – zapytałam cichutko, wiedząc, że jeżeli nie będzie miał ochoty odpowiedzieć, to znowu wszystko się schrzani. – Naprawdę tyle dla ciebie znaczą jakieś pieprzone tytuły?

Przygarnął mnie do siebie mocniej, otoczył ramionami, jakby chciał ukryć przed cały światem. Kiedy myślałam, że już nic nie powie, on w końcu się odezwał.

– Masz rację – powiedział cicho – mam w dupie wszystkie tytuły świata – przyznał. – Ta wiadomość tak mnie dotknęła, ponieważ przyjaźniłem się z synem Duncana Merowing, Robertem i jak się okazuje, twoim kuzynem. Jeździliśmy razem. Zabił się na motorze. Nie chciał rozjechać jakiegoś cholernego psa i wjechał w drzewo. Byłem przy tym.

Nie widziałam co powiedzieć. Odwróciłam się w jego stronę. Wtuliłam się w jego ramiona, jak najbardziej się dało, pragnąc tylko tego, by być przy nim. Jak najbliżej.

– Nie miałam pojęcia – przyznałam stłumionym od łkania głosem.

– Wiem – szepnął. – Czasem po prostu nie myślę. Jesteś taka inna od wszystkich dziewczyn, które do tej pory znałem… Przepraszam, że przeze mnie płakałaś.

– Ty myślałeś, że ja… – zaczęłam niedowierzająco, a ta wredność i złośliwość o które mnie podejrzewał, nie mieściły mi się w głowie.

– Nie wiem co myślałem – przerwał mi gwałtownie. – Twoje nazwisko wychodzące z ust Erica, było dla mnie po prostu jak zimny prysznic. I cokolwiek bym wtedy nie pomyślał, wiem, ze się pomyliłem.

Zdałam sobie sprawę, jak trudno jest Martinowi przyznać się do błędu. Najwyraźniej nie był do tego przyzwyczajony, a przy mnie i tak ciągle to robił. Postanowiłam zmienić temat. Podniosłam na niego wzrok.

– Martin, skoro nie mogliśmy zostać nad morzem, to może zostaniesz tutaj? – zaproponowałam niepewnie. – Skoro Marty i tak nie będzie…

W półmroku, który rozświetlało jedynie światło stojących za oknem latarni, zobaczyłam jak kąciki jego ust unoszą się do góry w niewielkim uśmiechu. W jednej chwili przewrócił mnie na plecy. Znalazł się nade mną.

– Jeżeli tego chcesz – mruknął z ustami tuż przy moim uchu.

Potem mnie pocałował. Tym razem starał się być delikatny i czuły, ale w jego pocałunku i tak była ta cudowna pasja i pragnienie. Oplotłam ramionami jego szyję. Przeczesałam palcami ciągle mokre, ciemne włosy. Przymknęłam oczy, niecierpliwie czekając na więcej.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Rano obudziłam się wtulona w ramiona Martina. Chłopak już nie spał, wpatrywał się we mnie z rozmarzonym uśmiechem. Kiedy zobaczył, że otworzyłam oczy, przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Delikatnie pocałował moje włosy.

– Dzień dobry – mruknęłam zadowolona.

– Dzień dobry, kociaku – odpowiedział. – Wiesz, jak cię kocham? – zapytał cicho, po dłuższej chwili milczenia. –  Tak jak mówią, że się nie powinno. Obsesyjnie, wariacko, pragnieniem!

Zamruczałam cicho, wtulona w jego tors. Pocałowałam go w usta. Wplotłam palce, w jego nieco przydługie, ciemne włosy. Gorliwie odwzajemnił mój pocałunek. W pewnym momencie na korytarzu usłyszałam hałas. Oderwaliśmy się od siebie zaskoczeni. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Marta. Zszokowana stanęła w progu. Popatrzyła niedowierzająco na leżącego w moim łóżku Martina. Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy na twarzy dziewczyny pojawił się cień rozpoznania. Poczułam się bardzo nieswojo. Nie chciałam, żeby Marta wiedziała, że umawiam się z bratem Erica.

– Cześć – przywitałam przyjaciółkę, wyglądając znad ramienia Martina. – Miało cię nie być do niedzielnego wieczoru… Mamy sobotę…

– Zmieniły mi się plany – mruknęła nieco zmieszana Marta. – Pójdę do kuchni – stwierdziła odstawiając przy drzwiach swoją podróżną torbę – dam wam czas, żebyście się ogarnęli – dodała z psotnym uśmiechem i wyszła zamykając za sobą drzwi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Niechętnie wyplątałam się z pościeli i wstałam z łóżka. Martin spojrzał na mnie z żalem, ale także usiadł. Wyglądał na lekko skonsternowanego.

– To twoja współlokatorka? – zapytał w końcu ponuro.

– Tak, Marta – odpowiedziałam – przecież już ją znasz…

Chłopak wzdrygnął się nieco.

– Taaak – mruknął – to ta panienka, która była nad morzem z Ericem…

Spojrzałam na niego rozbawiona.

– Przecież widziałeś ją na zdjęciach w piśmie… Pozowała razem ze mną… No i później na plaży, na moich urodzinach – dodałam.

Roześmiał się gorzko.

– Możesz mi wierzyć lub nie, ale w tym piśmie widziałem tylko jedną osobę i to na pewno nie była ona – mruknął. – Jeżeli natomiast chodzi o twoją imprezę, to byłem na niej za bardzo wkurzony, żeby kogokolwiek zauważyć.

Wzruszyłam ramionami.

– To teraz będziesz miał okazję ją poznać – stwierdziłam.

Po tym co powiedział Martin, poczułam się naprawdę bardzo przyjemnie. Marta była prawdziwą pięknością i rzadko który chłopak był w stanie jej „nie zauważyć”. Martin wstał z łóżka, naciągając pospiesznie spodnie. Stanął za mną i oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego ufnie. Zamruczałam zadowolona, kiedy poczułam jego ciepłe usta na swoim karku.

– Skoro nici z weekendu w łóżku, to może masz ochotę gdzieś się przejechać? – zaproponował. – Chciałbym spędzić z tobą jak najwięcej czasu – przyznał.

Ranek nie był co prawda słoneczny, ale również nie padało. Odwróciłam się ku niemu, oplatając ramionami jego szyję. Skinęłam głową.

– Masz jakiś pomysł? – spytałam.

– Mam – odpowiedział tajemniczo, nie wyjaśniając niczego więcej.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wytłumaczyłam Martinowi gdzie jest kuchnia, a sama poszłam wziąć prysznic. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Nawet wtargnięcie Marty nie mogło popsuć mojego cudownego dnia. Obudziłam się w ramionach Martina, a po śniadaniu mieliśmy jechać na zaplanowaną przez niego, tajemniczą wycieczkę. Życie potrafiło naprawdę cudownie zaskakiwać! Ubrałam się i zbiegłam po schodach na niższe piętro, na którym znajdowała się wspólna kuchnia. Zatrzymałam się dopiero pod samymi drzwiami, żeby złapać oddech i nie pokazywać się Martinowi taka zdyszana. Rozmawiali. Usłyszałam ładnie brzmiący śmiech Marty. Z trudem opanowałam ogarniającą mnie zazdrość. Zajrzałam do pomieszczenia.

– Wiesz… – mruknęła dziewczyna, podchodząc do Martina bardzo blisko – jeżeli znudziła by ci się moja koleżanka, to ja zawsze chętnie ją zastąpię.

Poczułam jak miękną mi nogi. Jak we śnie odsunęłam się od drzwi. Usłyszałam głuchy odgłos, nieprzyjazne warknięcie.

– Dzięki nie skorzystam – odpowiedział chłopak, ociekającym jadem głosem. – Mam już dość tanich dziwek, w zupełności wystarczy, że dajesz dupy mojemu bratu.

Odskoczyłam od gwałtownie otwierających się drzwi. Zobaczyłam wściekłą minę Martina. Nawet się nie zatrzymał. Po prostu mnie wyminął i szybkim krokiem ruszył schodami na dół. W pierwszej chwili nie wiedziałam co zrobić, ale w końcu pobiegłam za nim. Dogoniłam go na samym dole. Stał przed kamienicą. Dłonie z całej siły zaciskał w pięści.

– Chyba jej nie uderzyłeś? – spytałam cicho, podchodząc do niego.

Jego spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecząco pokręcił głową.

– Więc wszystko słyszałaś? – ni to zapytał, ni stwierdził chłopak. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał smutek.  – Chyba rozwaliłem stół – mruknął. Wyciągnął papierosa, zapalił. Oparł się o kamienny murek. – Interesująca ta twoja „przyjaciółka” – stwierdził niemal wypluwając ostatnie słowo.

Dopiero po jego słowach uświadomiłam sobie jak cholernie zabolała mnie ta bezpośrednia propozycja Marty.

– Nie mówmy o tym – poprosiłam cicho.

Chłopak skinął głową. W milczeniu skończył palić. Potem podszedł do mnie powoli. Wierzchem dłoni delikatnie dotknął mojego policzka.

– Chodź, kociaku – powiedział odrobinę ponuro – przejedziemy się. Spróbuję ci jakoś poprawić humor – dodał łagodnym tonem.

Bez słowa przytuliłam się do niego na moment. Objął mnie ramionami, przyciągając do siebie. Potem, ciągle milcząca, usiadłam za nim na wiśniowym motocyklu. Wtulona w jego plecy, starałam się nie myśleć o niczym, rozkoszując powiewem wiatru i szybką, cudowną jazdą.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Rzeczywiście, przy Martinie zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Chłopak zabrał mnie na wycieczkę do ogrodu dendrologicznego. Maj to cudowna pora! Rozkwitały magnolie i rododendrony, ciesząc oko barwnymi kwiatami. Ich widok w takim zagęszczeniu, a jednocześnie swoistym odosobnieniu, był iście rajski. Najbardziej jednak zaintrygowały mnie tulejniki. Rozpościerały swoje żółte i białe kielichy, jakby prosząc niebo o deszcz. Odwiedziliśmy także nowo otwartą oranżerię, gdzie wśród śpiewu ptaków i szumu wody, podziwiać można było roślinność typową dla klimatu śródziemnomorskiego. Pod szklanym dachem zgromadzono wiele ciekawostek botanicznych, takich jak: pistacje, akanty, wawrzyny, zimozielone dęby, a także przepiękne, owocujące oliwki. Oczy zachwycały kamelie, granaty, pinie i różne gatunki sosen. Cała przestrzeń została podzielona na części, w których starano się odtworzyć krajobrazy typowe dla rejonu Morza Śródziemnego. Były tu fragment gaju oliwnego, pejzażu toskańskiego, włoskiej ulicy, ogrodu warzywnego i ziołowego, oczko wodne i obsadzone niesamowitymi różami gazebo. Kiedy obeszliśmy cały ogród, przez prawie dwie godziny, siedzieliśmy w drewnianej altance jednego z najpiękniejszych zakątków. Z prawdziwym żalem w sercu opuszczałam to cudowne miejsce.

– Może chcesz, żeby rozbić ci tutaj namiot? – zaproponował rozbawiony Martin, kiedy szliśmy wydeptaną, żwirową ścieżką w stronę wyjściowej bramy, a ja bez przerwy oglądałam się za siebie.

– Tak, poproszę – odpowiedziałam ożywiona – o tam, koło tego krzaczka mimozy jest trochę miejsca – wskazałam ręką pusty, zielony trawnik.

Chłopak nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Porwał mnie na ręce i przeniósł przez szeroką, żeliwną bramę.

– Koniec wycieczki – oznajmił stanowczo. – Jestem upiornie głodny, jedziemy coś zjeść.

Z żalem oderwałam oczy od rajskiego ogrodu. Zjedliśmy pizzę, a potem Martin odwiózł mnie do domu.

– Słuchaj, na pewno chcesz wracać? – spytał powątpiewająco, zdejmując kask. – Zawsze możesz spać u mnie lub możemy coś wynająć. To nie problem.

Przecząco pokręciłam głową.

– Prędzej czy później i tak będziemy musiały odbyć tą rozmowę – westchnęłam. – Dziękuję, że mnie tam zabrałeś – uśmiechnęłam się do niego wesoło.

Przyciągnął mnie do siebie nie wstając z motocykla. Pocałował w usta.

– Zobaczymy się jutro? – zapytał. – Jeżeli chcesz, to przyjadę po ciebie.

Niechętnie wyplątałam się z jego objęć. Delikatnie, pożegnalnym gestem musnęłam jego policzek.

– W takim razie do jutra – rzuciłam znikając w drzwiach własnej kamienicy.

Tym razem, kiedy wyjrzałam przez okno na piętrze, chłopaka już nie było.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy weszłam do pokoju, Marta siedziała na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Przeglądała jakieś kolorowe czasopismo.

– Cześć, jak się udała randka? – rzuciła na mój widok.

Spiorunowałam ją wzrokiem. Czy dla niej, to co robiła rano w kuchni, jest aż tak cholernie normalne?

– Proponowałaś seks mojemu chłopakowi! – warknęłam na nią.

– Chyba, nie myślisz, że ja tak na poważnie? – spytała obrażonym tonem. – Przecież jesteśmy przyjaciółkami! Chciałam go sprawdzić, to wszystko. W końcu jest bratem Erica… skąd miałam wiedzieć, czy to nie taki sam dupek jak on? To ty byłaś z nim nad morzem? – zapytała bez ogródek.

– Tak, ja – powiedziałam cicho, siadając na własnym łóżku. Przestałam być pewna, co mam o tej nieprzyjemnej sytuacji myśleć, dalej jednak nie podobało mi się zachowanie Marty. – Ty za to pojechałaś z Ericem… – dodałam ni to pytając ni to stwierdzając fakt.

– Chyba nie jesteś o niego zazdrosna? – zapytała niepewnie. – W końcu dałaś mi wolną rękę, wiec uznałam, że mogę…

Uśmiechnęłam się do niej leciutko.

– Eric mnie nie interesuje – oznajmiłam wprost – ale licz się z tym, że on podrywa różne dziewczyny, nie tylko ciebie.

Marta wzruszyła ramionami.

– Wszystko mi jedno – powiedziała lekkim tonem. – Po prostu chciałam się rozerwać.

– Jak chcesz – mruknęłam. Moje spojrzenie stwardniało. – Ale od Martina trzymaj się z daleka. Cholernie nie podobała mi się wasza dzisiejsza rozmowa.

– Nie przejmuj się – roześmiała się Marta. – Eric był w szoku, kiedy opuścił apartament nad morzem. Powiedział, że pierwszy raz widzi brata w takim stanie i, że Martin musi być naprawdę zakochany. W każdym razie, rozwiązała się zagadka twojego tajemniczego Romeo – dodała rozbawiona. – A ja naprawdę myślałam, że za nim  nie przepadasz, zwłaszcza po tej historii na basenie, kiedy wyprosił cię z domu…

– Nie lubiłam go – przyznałam cicho – dalej mnie irytuje, ale to niczego nie zmienia.

Potem rozgadałyśmy się na dobre. Przyjemnie było tak siedzieć, w ciepły, majowy wieczór i rozmawiać z przyjaciółką. Zwłaszcza teraz, kiedy zawładnęło mną poczucie ulgi, że Marta w dalszym ciągu nią jest.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Całą niedzielę spędziłam razem z Martinem. Czułam się jak w bajce, ale wraz z nadejściem poniedziałku, powróciła szkolna rzeczywistość i kolejny, miałam nadzieję, że już ostatni, tydzień ukrywania się. Dodatkowo irytował mnie fakt udawania przy Ericu, że wszystko w porządku, mimo, że aż gotowałam się w środku, żeby mu powiedzieć, co myślę na temat wykorzystywania przez niego dziewczyn, a zwłaszcza Marty, nawet jeżeli ona sama twierdziła, że nie ma nic przeciwko temu. Nie mogłam mu jednak tego wygarnąć, nie ujawniając, skąd o tym wiem.

Na długiej przerwie zostałam wezwana do sekretariatu. Zaskoczona tym faktem, przemierzałam kręte korytarze szkoły, jednocześnie z żalem pisząc smsa do Martina, że nie przyjdę się z nim spotkać. Kiedy wreszcie trafiłam na miejsce, uprzejma, młoda kobieta, skierowała mnie ku drzwiom gościnnego salonu. Jeszcze bardziej zdziwiona, weszłam do środka. Na obitej materiałem w kolorowe pasy sofie siedział mężczyzna. Miał na sobie elegancki garnitur. W jego ciemnych włosach, widać już było pasy siwizny. Na mój widok wstał. Przyjrzał mi się, jakby oceniając moją postać wzrokiem.

– Marika, prawda? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać. Jestem Duncan Merowing.

Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc jak się zachować. Więc tak właśnie wyglądał mój wuj? Niebieskie oczy, takie same, jakie ja podobno odziedziczyłam po ojcu, a jednak ich wyraz był znacznie chłodniejszy i trochę jakby smutny… Szczupła, wysoka sylwetka i ciemne włosy. Był podobny do mojego ojca, a przynajmniej do tego wizerunku, który znałam ze zdjęć.

– Co tu robisz? – zadałam pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy.

Czy powinnam zwracać się do niego „proszę pana”? A może „szanowny wuju”? Albo „wasza lordowska mość”? Uśmiechnął się do mnie smutno.

– Pomyślałem, że wypadałoby wreszcie poznać córkę mojego brata – powiedział spokojnym, odrobinę apatycznym głosem. – Zabierz swoje rzeczy – oznajmił, a ja poczułam nieprzyjemny, brzmiący w jego głosie rozkaz. – Dzisiaj już nie wrócisz na lekcje, zwolniłem cię. Zjemy razem obiad – dodał jak gdyby nigdy nic.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Posłusznie weszłam do eleganckiej, utrzymanej w tonacji brązów i ciemnej zieleni restauracji. W duchu zaczęłam się zastanawiać czy jeżeli narażę się temu człowiekowi, będzie to oznaczało, że już nigdy więcej nie zobaczę się z Martinem? Musiałabym wtedy zapewne wrócić do zwyczajnej, polskiej szkoły. Na początku niczego innego nie pragnęłam, ale teraz… Miałam tu przyjaciół, byłam zakochana, nie chciałam wracać. Usiedliśmy przy objętym rezerwacją, kameralnym stoliku. Zdziwiłam się, kiedy wuj, zamiast zamówić za nas obydwoje, po prostu podał mi kartę. Wybrałam naleśniki, on także je wziął.

– Dlaczego nie mieszkasz w akademiku? – zapytał bez zbędnych wstępów, w jego głosie nie było jednak czuć nagany, a zwyczajną ciekawość.

– Nie chciałam – odpowiedziałam stawiając na szczerość. – Nie podoba mi się, kiedy ktoś ogranicza moją wolność – dodałam znacznie chłodniej niż zamierzałam.

Skinął głową, najwyraźniej przyjmując taką odpowiedź.

– Pokażesz mi gdzie w takim razie mieszkasz? – zapytał.

– Jeżeli chcesz – wzruszyłam ramionami, ponownie zwracając się do niego na „ty”.

– Podoba ci się nowa szkoła? – zapytał obojętnym tonem, jakby chciał podtrzymać rozmowę, a ja w jakiś sposób wyczułam napięcie kryjące się za tym pytaniem. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, ale byłam przekonana, że do czegoś dążył.

– Wolałam starą – powiedziałam szczerze – ale nie narzekam.

– Wiem, że jest ci ciężko – westchnął mężczyzna. – Zabrałem cię z twojego domu, ba nawet z rodzinnego kraju. Myślałem, że przyjedziesz dopiero na studia, tak jak chciał tego twój ojciec, ale sytuacja się zmieniła…

– Nie obchodzi mnie czego chciał mój ojciec – warknęłam, nie potrafiąc nad sobą zapanować. – Zostawił nie tylko moją mamę, ale także i mnie.

Wyjechał. Wyjechał tuż przed moim urodzeniem i nigdy nie wrócił. Wiedziałam o nim tylko tyle i to, że nie żyje. Mężczyzna uśmiechnął się smutno, przez chwilę milczał, a później spojrzał mi poważnie w oczy.

– To niezupełnie prawda – powiedział w końcu. – Decydując się na ślub z twoją matką, Mark popełnił mezalians. Joanna była zwykłą nauczycielką, to było niedopuszczalne. Nasza matka, a twoja babka śmiertelnie się na niego obraziła. To był dla niej straszny cios. Mimo wszystko mój brat kochał naszą matkę i kiedy napisała mu w liście, że umiera, wrócił do domu. To było oszustwo, intryga, żeby go tutaj z powrotem ściągnąć. Nigdy, tak naprawdę, nie zamierzał zostawić ani Joanny ani ciebie. Twoja matka o wszystkim wiedziała… Gdyby nie umarła przy porodzie… – głos wuja lekko się załamał – on po tym, po prostu nie potrafił wrócić. Nie miał na to dość siły. Zaciągnął się do wojska. Z racji urodzenia od ręki dostał oficerski stopień, a mimo to, zginął na pierwszej misji. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek o was zapomniał. To tragiczna historia, jak zresztą wszystkie dotyczące mojej rodziny. Mam nadzieję, że twoje życie nie będzie takie – westchnął, a ja byłam pewna, że mówi zupełnie szczerze.

Mimo to ogarnęła mnie tylko jeszcze większa złość. Przynieśli nam zamówione jedzenie. Pięknie podane naleśniki były ozdobione artystycznymi wzorami z płynnej czekolady. Wyglądały smakowicie, ja jednak zupełnie przestałam być głodna. Niechętnie rozgrzebywałam jedzenie na swoim talerzu.

– Skoro o tym wiedziałeś – wyrzuciłam z siebie w końcu – to dlaczego nie raczyłeś dać nam znać? Nawet nie wyobrażasz sobie ile to dla mnie znaczyło!

– Myślisz, że nie próbowałem? – roześmiał się gorzko mężczyzna. – Kochałem swojego brata, zawsze bardzo szanowałem twoją matkę! Wyznaczyli mnie na twojego opiekuna. Twojej babci się to nie spodobało. Nie życzyła sobie, żebym wtrącał się do waszego życia. Nie chciała mnie słuchać, nie chciała też żadnych pieniędzy, nawet tych, które należały się twojemu ojcu. Zawarliśmy układ, ja i ona. Obiecałem „dać wam spokój” – zadrwił – do czasu aż rozpoczniesz studia, wtedy miałaś sama zdecydować. No cóż, nie dotrzymałem słowa z powodu śmierci mojego syna. Teraz jesteś jedyną spadkobierczynią rodziny Merowingów – zakończył jeszcze bardziej gorzkim tonem, a ja nie miałam pojęcia co myśleć o jego opowieści, o rodzinie Merowingów, o swojej własnej babci, a przede wszystkim o wuju Duncanie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wuj nie miał kierowcy, sam prowadził. Zastanawiałam się czy to wypada lordowi, czy też może tak naprawdę Duncan ignorował wszelakie konwenanse. Właściwie poczułam do tego człowieka, po raz pierwszy w życiu, cienką i bardzo kruchą nić sympatii. Podałam mu adres i podjechaliśmy pod moją kamienicę. Poczułam się bardzo dziwnie, prowadząc wuja na górę po stromych, lekko obdrapanych schodach. Jeszcze bardziej niezręcznie było mi, kiedy pokazałam mu pokój, który dzieliłam z Martą. Nie wierzyłam, żeby rozumiał, dlaczego wolałam takie warunki od eleganckiego, przywodzącego na myśl raczej dobry hotel, akademika.

– Więc tutaj mieszkasz? – zapytał tylko, nie wyrażającym żadnych uczuć tonem, a mi nie pozostało nic innego jak mu przytaknąć.

– Nie jest źle – mruknęłam wzruszając ramionami.

Marty akurat nie było, a ja stanowczo nie miałam zamiaru gościć wuja w moich „skromnych progach”. Chwyciłam leżącą na stoliku pocztę i razem zeszliśmy na dół.

– Dokąd jedziemy? – zapytałam kiedy z powrotem wsiadaliśmy do samochodu.

– Zobaczysz – powiedział tylko lekko poirytowanym głosem, więc postanowiłam się więcej nie odzywać.

Samochód ruszył w stronę centrum miasta. Minęliśmy bramę strzeżonego osiedla. Duncan zatrzymał się na obsadzonym krzewami róż, brukowanym parkingu. Tym razem to on zaprowadził mnie do jednego z eleganckich, nowoczesnych budynków. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro. Wuj wpuścił mnie do prosto, ale wygodnie urządzonego mieszkania. Była tu jadalnia z aneksem kuchennym i niewielki, połączony z nią salon, a także dwa oddzielne, mniejsze pokoje. Wyglądało na niezamieszkane.

– Dlaczego tu jesteśmy? – zapytałam mając jak najgorsze przeczucia.

– Chciałem ci pokazać twoje mieszkanie – odpowiedział po prostu. – Nie zrozum mnie źle – dodał, widząc moje niechętne spojrzenie. – Ja ci go nie daję, ono jest twoje – powiedział wyraźnie i powoli, jakby tłumaczył coś niezbyt bystremu przedszkolakowi. – Odziedziczyłaś po ojcu pewną sumę pieniędzy, będzie twoja, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat, a póki co ja nią zarządzam i uznałem za stosowne kupić mieszkanie. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, trudno, jakoś ten fakt przeboleję, ale pomyślałem, że skoro nie chcesz mieszkać w akademiku, może będziesz wolała być u siebie, niż coś wynajmować.

Zamrugałam zaskoczona. On mówił poważnie? Jeżeli tak, to był najlepszym wujem na świecie! Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie się próbował za bardzo do mojego życia wtrącać.

– Więc jak? – zapytał lekko zniecierpliwiony.

Impulsywnie przyskoczyłam do niego, zarzuciłam mu ramiona na szyję i pocałowałam w policzek. Odsunęłam się od niego uśmiechnięta.

– Cudownie! – oznajmiłam i ruszyłam oglądać swoje nowe mieszkanie, a on stał dalej w progu, jakoś dziwnie zmieszany.

 ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wuj Duncan siedział na kanapie cierpliwie czekając, podczas gdy ja układałam sobie w głowie, jak cudownie będzie mieć własny pokój. Nie mogłam doczekać się też miny Marty, kiedy oznajmię jej, że się przeprowadzamy. Życie potrafiło czasem mile zaskakiwać. Usiadłam w jednym z kremowych foteli. Przejrzałam listy. Zaskoczona otworzyłam jedną z białych kopert. Była od mojej sąsiadki z Polski, miłej, starszej pani, która przyjaźniła się z babcią i zawsze przynosiła nam przepyszny sernik. Tylko dlaczego miałaby do mnie pisać? Rozwinęłam kartkę i przeczytałam list. Potem jeszcze raz i kolejny, ciągle nie mogąc uwierzyć w jego treść. Na biały papier skapywały łzy, rozmazując niebieski atrament. Moja babcia umarła, w środę miał być pogrzeb. Jak to możliwe? Przecież rozmawiałam z nią jeszcze wczoraj! „Zawał serca, to się zdarza w podeszłym wieku” pisała pani Jadwiga.

– Co się stało? – zapytał Duncan, który wcześniej tylko wpatrywał się we mnie bez słowa.

Podałam mu list. Miałam zbyt ściśnięte gardło, żeby cokolwiek powiedzieć. Środa… czy ja w ogóle zdążę tam być? Musiałam! Jak mogłabym opuścić jej pogrzeb. Moje myśli stały się praktyczne idąc powoli, jednotorowo. Wiedziałam, że wszystko dotrze do mnie już niedługo, jeszcze silniejszą falą, a ból będzie nie do zniesienia, ale jeszcze nie teraz. W tej chwili, zwyczajnie nie mogłam w śmierć babci uwierzyć.

Wuj przeczytał list. Wyciągnął telefon. Wybrał jakiś numer.

– Dwa bilety, do Polski, najlepiej zarezerwuj na dzisiaj – powiedział ponurym głosem. – Tak – potwierdził – i zwolnij Marikę ze szkoły na resztę tygodnia.

Spojrzałam na niego pytająco, kiedy skończył rozmawiać.

– Jeżeli nie chcesz, żebym leciał z tobą, to powiedz – zwrócił się do mnie spokojnie. – Zrozumiem i zostanę.

Przecząco pokręciłam głowa. Było mi wszystko jedno. Usiadłam przy nim na kanapie. Po chwili, niezdarnie objął mnie ramieniem. To był jego największy błąd, bo już po chwili miał mokrą od moich łez prawie całą górę drogiej marynarki. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że był teraz moją jedyną rodziną. Nikt inny już mi nie został.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Lot do Polski, pogrzeb, te dni jakoś po prostu przeminęły mniej lub bardziej zagłębiając się w moją świadomość. Okazało się, że mieszkanie babcia oddała do dyspozycji jednej z sąsiadek, samotnej matki wychowującej dwoje dzieci, której niedawno właściciel wymówił lokal. Za zgodą wuja, zostawiłam to po prostu tak jak jest. Nie potrzebowałam pieniędzy ze sprzedaży czy wynajmu, a ona na pewno robiła z mieszkania dobry użytek. Teraz był już piątek, a my siedzieliśmy w samolocie do Londynu, skąd mieliśmy samochodem pojechać do Aber. Przez cały ten czas wuj Duncan był dla mnie dziwnym, milczącym wsparciem. Nie mówił, bo wiedział, że w tej sytuacji, nic sensownego nie da się powiedzieć.

Kiedy wysiedliśmy na Londyńskim lotnisku Luton, czekał już na nas podstawiony samochód. Tym razem wuj nie prowadził, a zamiast tego usiadł ze mną z tyłu. Przyglądałam mu się zaciekawiona, popijając z kartonika porzeczkowy soczek. To wydawało się takie normalne. Zdziwiłam się jednak, kiedy zaczął rozmowę.

– Dosyć głośno o tobie w szkole – stwierdził. – Potrafiłaś się wpasować w towarzystwo.

Wzruszyłam ramionami.

– Jakoś sobie radzę – mruknęłam, wcale nie chcąc rozmawiać, a już na pewno nie o szkole.

– Dostałem zaproszenie od Heleny Devree na niedzielny obiad, a właściwie, ściślej mówiąc, ty je dostałaś, ja mam ci tylko towarzyszyć – oznajmił grobowym głosem. Spojrzałam na niego pytająco. – Nie musimy tam iść – dodał, z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją. – Decyzję zostawiłem  tobie, to twoje zaproszenie…

– Poznałam Helenę, nie jest taka znowu straszna… – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Czemu wszyscy tak na nią reagują?

– To aż tak widać? – jęknął teatralnie Duncan.

– Tak – odpowiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu.

Oderwanie się od ponurych myśli i zmiana tematu były jednak pozytywną rzeczą.

– Ta kobieta to chodzące kłopoty – westchnął wuj. – Jest jak żmija, ma ładne kolory, ale jest w środku bezduszna i zimna, a kiedy jej się coś nie spodoba to kąsa. Po prostu nie cierpię tej jej obłudy i słodkiej maski, a do tego mierzi mnie fakt, że ma romans ze swoim pasierbem.

Kiedy dotarły do mnie jego słowa, zakrztusiłam się popijanym sokiem. Zaczęłam dławić się i kaszleć. Duncan spojrzał na mnie odrobinę zaniepokojony. Poczułam jak coś lodowato zimnego ściska mnie w środku.

– Nic mi nie jest – mruknęłam, uspakajając się po chwili. – To co powiedziałeś, że ma romans z przybranym synem – zaczęłam z trudem dobierając słowa – skąd o tym wiesz?

Wzruszył ramionami.

– Wiele osób o tym mówi, oczywiście za jej plecami – dodał.

– Więc to tylko plotki? – zapytałam natarczywie, a w żołądku przewracało mi się, jakbym jechała kolejką górską, a nie dobrze amortyzowanym samochodem.

– Może… Czy to takie ważne? – zapytał bez zbytniego zainteresowania.

– Tak – z trudem powstrzymałam warknięcie. – Dlatego, że Martin Corvidae to, przynajmniej nieoficjalnie, mój chłopak!

Duncan lekko pobladł na twarzy. Po chwili jednak odzyskał cały swój rezon.

– Przepraszam, nie chciałem. Gdybym wiedział, nigdy bym o tym nie wspomniał – oznajmił, przepraszającym tonem. – Po prostu z tego co mówiła Helena, wywnioskowałem, że owszem, umawiasz się z jej synem, ale z Ericem, nie Martinem. – Spojrzał na mnie uśmiechając się smutno. – Właściwie, to odetchnąłem z ulgą, bo znam od jakiegoś czasu ich obydwu i Eric jest typowym playboyem. Za to Martin, to porządny chłopak, dawno go u mnie nie było, ale od dziecka przyjaźnili się z Robertem – powiedział, lekko załamującym się pod koniec zdania głosem. – Jeszcze raz przepraszam.

Skinęłam głową. Dopiero teraz zdałam sobie jasno sprawę, jak bardzo Duncan cierpi z powodu śmierci jedynego syna. Teraz, kiedy umarła moja babcia, najbliższa mi na świecie osoba, i ja poczułam tą niesamowitą, wszechogarniającą pustkę i tęsknotę.

– Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcę tam iść – powiedziałam cicho.

Starałam się wmówić sobie, że wuj nie miał racji, że to na pewno tylko plotki, ale nie potrafiłam wyrzucić z umysłu obrazu matki Erica, pięknej i sławnej aktorki, wcale nie wyglądającej na matkę nastolatka. Poza tym takie rzeczy się naprawdę w życiu zdarzały… Dodatkowo przypomniałam sobie z jakim jadem w głosie mówił o niej Martin. „To nie jest moja matka i nigdy nią nie była!” przepłynęły mi w myślach jego ostre słowa. Czy mogło chodzić mu właśnie o to? Może coś między nimi było a potem się pokłócili… Tylko czy w takim razie, ja byłam w stanie zaakceptować ten, z trudem mieszczący się w mojej głowie fakt? Zdałam sobie sprawę, że nieprzyjemny chłód jaki poczułam, gdy usłyszałam o romansie Heleny Devree ze swoim pasierbem, ani odrobinę nie ustąpił.

 ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Do mieszkania wróciłam dopiero późnym wieczorem. Marta zdążyła się już zadomowić. Padnięta, wzięłam szybki prysznic i położyłam się spać z myślą o tym, że nareszcie mam własny pokój. Całą sobotę spędziłam razem z wujem, chociaż nie był to wesoły czas. Zabrał mnie do Walii. Odwiedziliśmy grób jego żony i syna. Po śmierci babci, jakoś czułam, że jest to właściwa rzecz. Kiedy wróciłam do domu, ponury, wieczorny zmierzch, właśnie zamieniał się w noc. Przywitałam się z przyjaciółką i zabrałam za lekcje, przewidując, że w niedzielę, nie będę miała na nie czasu. I tak musiałam nadrobić cały tydzień nieobecności. Wyjęłam z szuflady telefon, żeby skontaktować się z Nataly. W końcu musiałam od kogoś pożyczyć zeszyty. Spojrzałam na wyświetlacz i aż jęknęłam. Było tam ponad sto nieodebranych połączeń od Martina, a smsy zapchały mi skrzynkę pocztową. Przeklęłam się w duchu, za to, że nie w żaden sposób nie dałam mu znać, co się ze mną dzieje. Wiadomość o śmierci babci jednak tak mną wstrząsnęła, że w ogóle o tym nie pomyślałam. Postanowiłam nie odpowiadać. Uznałam, że lepiej będzie przeprosić go jutro osobiście, skoro i tak mam być u niego w domu. Byłam przekonana, że będzie na mnie wściekły.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Niedziela okazała się dniem ciepłym i słonecznym. Włożyłam białą sukienkę w drobne, niebieskie kwiatki i sznurowane, skórzane sandały. Zaczesałam włosy wysoko do góry i kiedy stanęłam przed lustrem uznałam, że wynik jest zadowalający, a w każdym razie nikomu nie przyniosę wstydu. Koło południa podjechał po mnie samochód. Wuj Duncan z lekko naburmuszoną miną czekał na mnie w środku. Ruszyliśmy. Nieprzyjemne myśli nachodziły mnie z coraz większa częstotliwością. Bezskutecznie starałam się od siebie odgonić ogarniający mnie, nieprzyjemny chłód. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, elegancko ubrana gospodyni zaprowadziła nas do salonu, mówiąc, że pani Devree za chwilę się zjawi. Podała herbatę i ciasto. Kiedy zniknęła, zostawiając nas samych, wstałam z eleganckiego fotela, na którym ledwo mogłam usiedzieć.

– Za chwilę wrócę – oznajmiłam wujowi i niemal wybiegłam na korytarz.

Całą sobą czułam, że po prostu muszę zobaczyć się z Martinem. Nie miałam pojęcia, jak go przeproszę, ale to w tej chwili nie miało znaczenia. Szybkim krokiem, weszłam na górę po schodach, mając nadzieję, że może będzie u siebie w pokoju. Drzwi były uchylone. Nie zastanawiając się, po prostu weszłam do środka. Usłyszałam na schodach kroki. Spanikowałam. Nie chciałam, żeby Helena lub ojciec Martina, którego do tej pory jeszcze nie poznałam, pytali dlaczego włóczę im się po domu. Otworzyłam pierwsze lepsze drzwi i wsunęłam się do środka. To była łazienka, z której kiedyś korzystałam. Podsłuchiwanie chyba weszło już mi w nawyk. Chwilę później, do pokoju weszła Helena. Zawołała Martina. Serce podskoczyło mi aż do gardła. Wcale nie byłam taka pewna czy chcę to wiedzieć, ale po prostu musiałam. Chłopak wyszedł z sypialni nieco rozczochrany i w na wpół rozpiętej koszuli. Jego twarz była nieprzeniknioną maską, a oczy miał lodowato zimne.

 – Czego ode mnie chcesz? – niemal warknął, stając z założonymi rękami i opierając się o framugę drzwi.

Helena uśmiechnęła się słodko, podeszła do niego.

– Tak zwracasz się do własnej matki? – zapytała aksamitnym głosem.

– Nie jesteś moją matką – syknął do niej.

Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wpatrywała się w niego natarczywie, zachłannie. Podeszła jeszcze bliżej. Pomalowanym na czerwono paznokciem przesunęła po jego torsie. Wydawało mi się, że chłopak się wzdrygnął, ale wcale nie byłam pewna czy to nie było złudzenie. Moje oczy zalśniły od łez. Miałam ochotę krzyczeć. Całą siłę woli poświęciłam na to, by stać tam i spokojnie się wszystkiemu przyglądać.

– Masz rację, nie jestem – zamruczała uwodzicielsko, powoli rozpinając guziki jego koszuli.

Martin w żaden sposób nie zareagował, a to sprawiło mi niemal fizyczny ból. Chciałam się stamtąd wynieść, byle dalej. Uciec, zapaść się pod ziemię. Wuj Duncan miał rację. Rodzina Merrowingów była przeklęta i żadne z nas nie mogło być szczęśliwe.

– Czego chcesz? – chłopak powtórzył pytanie zrezygnowanym głosem.

– Ubierz się i zejdź na dół – powiedziała odsuwając się od niego. – Mamy gości i nie życzę sobie, żebyś narobił mi wstydu – dodała stojąc już w drzwiach.

Wyszła, obdarzając go ostatnim, przelotnym uśmiechem. Martin zacisnął pięści. Zobaczyłam jak cały się trzęsie. Potem poszedł prosto do łazienki. Odsunęłam się od drzwi, stając na środku pomieszczenia. Spojrzał na mnie obojętnie. Nie wyglądał na zaskoczonego.

– Doskonale – warknął, zamykając za sobą drzwi. – Zainteresowało cię całe przedstawienie? – spytał gorzko – Idealny dzień na zakończenie wspaniałego tygodnia – stwierdził zrezygnowany.

– Musimy porozmawiać – odezwałam się cichutko, spłoszona jego zachowaniem.

– Nie teraz – powiedział ostro. – W tym momencie marzę tylko i wyłącznie o prysznicu. Chcę jak najszybciej zmyć z siebie dotyk tej suki – powiedział zimno, a ja tym razem byłam pewna, ze się wzdrygnął.

Zupełnie ignorując moją obecność zrzucił z siebie koszule, a potem zaczął rozpinać spodnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc w końcu usiadłam na niskiej ławeczce, stojącej pod wyłożoną wiśniowymi kafelkami ścianą. Martin wszedł pod prysznic, a ja siedziałam, oplatając ramionami nogi i czekałam aż skończy. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, wyszedł owinięty w pasie grafitowym ręcznikiem.

– Chciałaś rozmawiać, więc słucham – powiedział niezbyt przyjemnym głosem, stając nade mną.

Spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć. To sprawiało mi ból.

– Przepraszam, że się do ciebie nie odzywałam – oznajmiłam cichym głosem – zupełnie nie pomyślałam, o tym, że powinnam ci powiedzieć. Umarła moja babcia, wuj zabrał mnie do Polski na jej pogrzeb, a telefon został w Aber. To i tak nie ma teraz znaczenia, ale przepraszam – powtórzyłam jeszcze ciszej.

Martin ukucnął przy mnie. Ujął w dłoń mój podbródek i zmusił, żebym na niego popatrzyła. Boleśnie poczułam jego bliskość. Nieproszone łzy zaczęły ściekać po moich policzkach. W jednej chwili zapragnęłam znaleźć się gdzieindziej. Gdziekolwiek, byle nie tutaj. Nie przy nim!

– Martwiłem się o ciebie – burknął, już spokojniejszym głosem. – Nie miałem pojęcia co się stało. Nie waż mi się tego nigdy więcej robić! – zażądał stanowczo.

Skinęłam głową. To i tak nie miało znaczenia. Przed oczami widziałam tylko uśmiechniętą uwodzicielsko twarz Heleny.

– Odchodziłem od zmysłów – mruknął. – Godzinami stałem pod twoją kamienicą, miałem nadzieję, że chociaż twoja współlokatorka coś mi powie, jeżeli ciebie nie spotkam – westchnął.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Naprawdę aż tak się martwił?

– Mieszkamy teraz gdzie indziej – powiedziałam zawstydzona. – Mam własne mieszkanie – dodałam niepewnie.

– Kolejna rzecz o której zapomniałaś mi powiedzieć? – uśmiechnął się ponuro.

– Przepraszam, za wszystko cholernie cię przepraszam – powiedziałam, wstając z ławki. Zerwał się z podłogi. Przytrzymał mnie stanowczo. Nie pozwolił zrobić ani kroku. – Martin… – zaczęłam – muszę iść na dół, wuj na mnie czeka.

Wyglądał na zaniepokojonego.

– Czemu ode mnie uciekasz? – zapytał. – Coś się stało?

Co mu miałam powiedzieć? Jak miałam wyjaśnić, że nie mogę znieść faktu, że coś łączy go z tą kobietą, nawet jeżeli to miała być tylko jakaś chora przeszłość? To było dla mnie zbyt wiele. Kiedy jednak spojrzałam mu w oczy, zobaczyłam w nich upór. Płonęły żywym ogniem. Wiedziałam, że nie da się zbyć byle czym.

– Ja nie mogę – szepnęłam. – Ty i Helena… – nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów.

– Co ja i ona?! – warknął, boleśnie ściskając moje ramiona. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Spojrzał na mnie niedowierzająco. – Czy ty naprawdę myślisz, że coś mnie łączy z tą kobietą?!

Przecząco pokręciłam głową.

– Teraz już na pewno nie – powiedziałam odwracając wzrok – ale chyba wcześniej łączyło…

Martin zazgrzytał zębami. Znów zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro. – Nasłuchałaś się jakichś durnych plotek, które ona prowokuje swoim zachowaniem?

– Nie odsunąłeś się od niej, nie odepchnąłeś jej, nie zrobiłeś nic kiedy cię dotykała – oznajmiłam gorzko. – Co innego miałam pomyśleć?

Zmusił mnie, żebym usiadła na ławce. Sam ukucnął tuż obok mnie.

– Posłuchaj mnie głuptasie – westchnął – nic nigdy nie łączyło mnie z Heleną Devree. Nigdy nawet nie próbowała być moją matką. Zawsze zupełnie ignorowała moją obecność, tak jakbym w ogóle nie istniał, nawet wtedy kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Potem urodził się Eric i ja w ogóle dla wszystkich przestałem istnieć, nawet dla własnego ojca. Zresztą to nie było trudne, bo i tak go prawie nigdy nie było. Helena zainteresowała się mną, kiedy skończyłem siedemnaście lat – ciągnął. – Od tamtej pory nie daje mi spokoju, grając w te swoje gierki. Myślisz, że nie próbowałem się przed nią bronić? – zapytał gorzko. – Kilka razy poskarżyła na mnie ojcu i uwierz mi, nie było warto. – Potem nauczyłem się jej zachowanie po prostu spokojnie znosić, jak bardzo bym się w środku nie gotował. Proszę, powiedz, że mi wierzysz – westchnął, wpatrując się we mnie intensywnie.

Nadzieja mieszała się w jego głosie z obawą i rezygnacją. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a jego niebieskie oczy płonęły. Poczułam jak coś we mnie pęka. Napłynęły do mnie intensywne uczucia. Ulga, radość, żal, złość i gniew mieszały się zlewając w jedno, wielkie morze. Zsunęłam się z ławki na podłogę i oplotłam ramionami szyję chłopaka. Przez chwilę ani drgnął, zaskoczony, a potem objął mnie ramionami, przygarniają do siebie czule.

– Jak dobrze, że jesteś – szepnął. – Nie uciekaj ode mnie, proszę.

– Przepraszam – powiedziałam stłumionym głosem, wtulając twarz w jego ramię – czasami jestem bardzo głupia. – Słyszałam jak szybko bije jego serce. Poczułam jak delikatnie gładzi dłonią moje plecy. – Martin… – zaczęłam cichutko.

– Mhm? – zapytał wtulając policzek w moje włosy.

Tulił mnie do siebie zaborczo, jakby bał się, że jednak od niego ucieknę.

 – Kocham cię – wyszeptałam, a wypowiadając te słowa czułam jednocześnie ogromną radość i ulgę jak i taki dziwny, ściskający gardło strach.

Delikatnie odsunął mnie od siebie. Przyjrzał mi się uważnie. Uśmiechnął się lekko, a potem znowu przytulił.

– Ja ciebie też, kociaku – wymruczał z niemal wyczuwalną w powietrzu ulgą.

Siedzieliśmy na podłodze dłuższą chwilę, po prostu tuląc się do siebie. Całe napięcie opadło i został między nami tylko smutek ostatnich dni. Dopiero teraz poczułam jak bardzo go potrzebuję. To właśnie on był tą osobą, która kochała mnie za to, kim byłam. Kimś, kto będzie kochał mnie, nawet, jeżeli nie mogłam spełnić jego marzeń. Wiedziałam, że tylko przy nim będę potrafiła znaleźć pociesznie. W końcu chłopak wstał, podnosząc mnie z ciemnych kafelków podłogi. Spojrzałam na niego zawiedzionym wzrokiem. Chciałam tam zostać. Mnie było tutaj bardzo dobrze. Właściwie teraz wszędzie byłoby mi dobrze, byleby tylko on był przy mnie.

– Podobno twój wuj na ciebie czeka – mruknął. – Chyba już na zbyt długo zostawiłaś go samego na pastwę Heleny.

– Masz rację – przyznałam niechętnie. – Powinnam iść. Zejdziesz razem ze mną? – zapytałam z nadzieją.

Skinął głową. Uśmiechnął się szelmowsko.

– Jesteś gotowa na to, żeby dać im przedstawienie? – spytał przyciągając mnie do siebie i całując lekko w usta. Odwzajemniłam jego pocałunek. – Mhm, tęskniłem – mruknął nie przestając całować. – Piekielnie mi ciebie brakowało!

W końcu oderwaliśmy się od siebie niechętnie. Wymknęłam się z pokoju, po cichu schodząc po szerokich stopniach, podtrzymywana na duchu obietnicą, że Martin niedługo do mnie dołączy. Czułam się o niebo lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Nareszcie wierzyłam, że pomimo wszelakich przeciwności, wszystko się jakoś ułoży. Dopiero teraz dotarło do mnie, że cokolwiek by się nie stało, to właśnie przy Martinie potrafię być szczęśliwa.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy wróciłam na dół, Helena prowadziła z Duncanem uprzejmą konwersację. W korytarzu złapał mnie Eric. Uśmiechnął się do mnie promiennie.

– Cieszę się, że przyszłaś – powiedział na powitanie. – Słyszałem, że umarła twoja babcia, bardzo mi przykro – oznajmił, a brzmiało to zupełnie szczerze.

Skinęłam tylko głową. Nienawidziłam kondolencji, współczujący ludzie, byli w tym wszystkim najgorsi. Sprawiali, że śmierć bliskiej osoby stawała się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Usiedliśmy w salonie. Po kilkunastu minutach zjawił się także Martin. Grzecznie przywitał się z moim wujem. Widziałam jego zimne oczy i bezbarwną maskę na twarzy. Czy oni wszyscy od urodzenia uczyli się gry aktorskiej?! Ból, który w nim wyczuwałam, kiedy rozmawiał z moim wujem był niemal namacalny, a mimo to chłopak stał tam, z zupełnie kamienną twarzą. Wiedziałam, że dalej nie może sobie wybaczyć bezsensownej śmierci Roberta. Byłam przekonana, że nigdy bym tak nie potrafiła. Zresztą doskonale zdawałam sobie sprawę, że jestem straszną beksą.

Przez przeszło godzinę Helena opowiadała głównie o sobie, a Duncan uprzejmie przytakiwał. Później zaczęła zachwalać Erica i jego osiągnięcia, nie wspominając o Martinie ani słowem. Tak, ta kobieta zdecydowanie miała tylko jednego syna. Drugi najwyraźniej był dla niej jedynie zabawką. Przeprosiła nas także za nieobecność męża, który wyjechał w interesach. Zaczęłam się zastanawiać czy ten człowiek w ogóle, kiedykolwiek bywa w domu, ale patrząc na Helenę, z zupełnie innej perspektywy, wcale nie dziwiłam się, dlaczego.

Później Eric przeprosił i zaproponował mi spacer po ogrodzie. Zgodziłam się z miłą chęcią, byleby tylko stamtąd wyjść. Martin także wstał. Kiedy wychodziliśmy z salonu, niewinnym gestem musnął moją rękę. Kiedy spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł ponury, smutny uśmiech.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

          Chodziliśmy po ładnie zaprojektowanym, rozległym ogrodzie. Eric wyglądał na zdecydowanie niezadowolonego z obecności brata. Nie zaprotestował jednak ani jednym słowem. Wyglądało na to, że po prostu zaakceptował fakt, że Martin idzie z nami. Zdałam sobie sprawę, że rozmawiamy właściwie o niczym. Było bardzo niezręcznie.

– Martin, jak twój proces? – zapytałam po części dlatego, żeby zdusić tą sytuację, a po części, ponieważ naprawdę chciałam wiedzieć.

Zdziwiłam się, kiedy odpowiedział mi Eric.

– Mój brat jest równie odważny, co i głupi – stwierdził gorzko. – Mimo, że zeznawał, odmówił ochrony świadków. W procesie skazali ojca Antona Kenta i wyciągnęli wystarczająco dużo zarzutów, żeby oskarżyć rodziców Michaela Sandrowa. Bez Martina, proces pewnie zostałby unieważniony. Sądzę, że nasi koledzy z klasy, będą chcieli się na nim mścić.

Martin wzruszył ramionami.

– Nie będą – odpowiedział tylko. – W końcu muszą mi dać spokój. Zresztą to ostatni miesiąc w tej szkole.

Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawiali ze mną. To była ich prywatna kłótnia, która już najwyraźniej trwała od jakiegoś czasu. Czy Eric naprawdę martwił się o brata? Sama już nie wiedziałam, co mam o nim właściwie myśleć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

          Wieczorem spotkałam się z Martinem w parku. Wuj musiał odreagować wizytę u Heleny, więc wyniósł się, natychmiast po odwiezieniu mnie do domu. Wspięliśmy się na jedno z porośniętych trawą i drzewami wzgórz. Ten park był inny od tego przy mojej starej kamienicy. Mniej dziki, bardziej zadbany, było w nim więcej ludzi. Dużo czasu zajęło nam znalezienie swojego własnego, odludnego kawałka. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem. To było ładne miejsce, spory kawałek oddalone od ścieżek, przez co nikt tędy nie chodził. Usiadłam Martinowi na kolanach, oplatając ramionami jego szyję. Jak zwykle był irytująco nieznośny. Moje słowa, to co chciałam powiedzieć, topiły się w morzu jego pocałunków.

– Martin… – powiedziałam cicho, starając się go od siebie odsunąć.

– Mhm? – zapytał przyciągając mnie do siebie z powrotem.

Jego usta znalazły się na mojej szyi. Mimowolnie odchyliłam do tyłu głowę. Poczułam jak przesuwa dłonie po moich plecach i ramionach. Rozpraszał mnie. Sama już nie wiedziałam co chciałam mu powiedzieć.

– Martin! – zaczęłam odrobinę ostrzej.

Roześmiał się, a potem znów uciszył mnie gorącym pocałunkiem. Tym razem oplotłam ramionami jego szyję, odwzajemniłam pocałunek. Trudno, powiem mu później… oczywiście o ile jeszcze będę pamiętała, co chciałam powiedzieć.

– No, no, no, co my tu mamy – usłyszałam nad nami gruby głos.

Obydwoje poderwaliśmy głowy. Tak byliśmy pochłonięci sobą, że nie zwracaliśmy uwagi na nasze otoczenie. Tuż przy nas stali Anton, Michael i ten trzeci chłopak, którego imienia dalej nie znałam. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w nas także Eric. Martin zdjął mnie ze swoich kolan. Wstał z ziemi, zasłaniając mnie sobą.

– Czego chcecie? – warknął.

– A jak myślisz, kapusiu? – syknął wściekle Anton. – Przez ciebie mój ojciec dostał wyrok. Ojciec Michaela ma proces o defraudacje i oszustwa podatkowe. Gdyby nie twoje pieprzone zeznania, nic by im nie udowodnili!

– Mógł pomyśleć, zanim postanowił krzywdzić ludzi – odpowiedział spokojnie, ponurym głosem Martin. – To już się skończyło, dajcie mi spokój.

– Pożałujesz tego skurwielu! – warknął Michael, a jego oczy ciskały błyskawice.

Chwilę później do grupy dołączył piąty chłopak.

– O! Lepszej okazji nie mogliśmy sobie wymarzyć – oznajmił rozbawionym głosem.

Z trudem przełknęłam ślinę. Rozpoznałam w nim miłośnika Polek, który chciał mnie zmusić, żebym mu obciągnęła na basenie. Niejasno zdałam sobie sprawę, że Anton i Michael byli wkurzeni, ponieważ mieli powód, jak niewłaściwy by nie był, ale dla tamtej dwójki to była po prostu zabawa. Ich się naprawdę bałam. Nieznajomy dryblas postanowił nie tracić czasu. Brutalnie odepchnął na bok Martina. Uśmiechnął się paskudnie.

– Ciebie też chyba znam – powiedział mściwym głosem, oceniając mnie wzrokiem.

Cofałam się, aż drogę zagrodził mi gruby pień drzewa, pod którym wcześniej siedzieliśmy. Martin, niewiele myśląc, rzucił się na podchodzącego do mnie chłopaka. Anton i Michael odciągnęli go w tył. Oberwał w brzuch. Zgiął się w pół.

– Zostawcie ją! – syknął, kiedy chłopak brutalnie chwycił mnie za ramię. – To ze mną macie porachunki, nie z nią.

Potężnie zbudowany blondyn roześmiał się.

– Z nią mam własne – odpowiedział rozbawiony, przyciągając mnie do siebie bliżej.

Zaczęłam się wyrywać. Nadepnęłam mu na nogę. Syknął wściekle. Uderzył mnie. Do oczu napłynęły mi łzy. Zobaczyłam, jak Martin bezskutecznie próbuje się wyrwać chłopakom. Blondyn przytrzymał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Patrząc prosto na Martina, zaczął wsuwać rękę pod moją koszulkę. Dopadł mnie paniczny strach. Coś ścisnęło mi gardło. Zobaczyłam błagalne spojrzenie Martina, było skierowane do stojącego bez ruchu Erica. Chłopak wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię. Był blady, a w jego zielonych oczach widziałam szczere przerażenie. Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem jakby powziął decyzję. W jednej chwili rzucił się na trzymającego mnie blondyna. Tamten, mimo, że znacznie potężniej zbudowany od szczupłego Erica, puścił mnie zaskoczony. Stanęłam oniemiała, niezdolna zrobić ani jednego kroku.

– Biegnij!!! – krzyknął do mnie Eric.

To mnie otrzeźwiło. Ominęłam drzewo i pędem rzuciłam się do ucieczki.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam złapać tchu. Odwróciłam się, żeby spojrzeć za siebie. Gonił mnie chłopak, którego imienia dalej nie poznałam. Był blisko, a ja już nie miałam siły dalej biec. Skręciłam ze ścieżki w krzaki, mając nadzieję, że może tam go zgubię. Ściemniało się. Powoli zaczynały zapalać się latarnie. Wpadłam na dobrze wyposażony plac zabaw dla dzieci. Na drabinkach i drewnianych konstrukcjach siedzieli jacyś chłopacy, popijając piwo. Mieli na sobie czarne koszulki z logami metalowych zespołów. Było ich czterech. Popatrzyli na mnie zaskoczeni, ale nie jak na intruza, który wtargnął w ich życie. Nie miałam czasu się zastanawiać. Schowałam się za nimi.

– Marika? – usłyszałam swoje imię wypowiedziane pytającym głosem.

Spojrzałam w kierunku osoby, która się odezwał. To był Thijs, chłopak Nataly. Z ulgi niemal ugięły się pode mną nogi.

– Pomóż mi, proszę – powiedziałam zdyszana, z trudem łapiąc powietrze.

Czułam jak coś potwornie kłuje mnie w klatce piersiowej. Ledwo wypowiedziałam te słowa, na plac zabaw dotarł mój prześladowca. Stanął na środku, zaskoczony nową sytuacją. Otrząsnął się jednak szybko, uznając, że nieznajomi nie będą się wtrącać. Przyskoczył do mnie jednym susem. Chwycił za ramię i pociągnął za sobą. Thijs zsunął się z drabinek. Był naprawdę rosły i dobrze zbudowany. Podszedł do nas pewnym krokiem.

– Puść ją – rozkazał stanowczo.

– Nie wtrącaj się! To nie twoja sprawa! – odwarknął tamten, ciągle boleśnie ściskając moje ramię.

– Właśnie, że moja, więc chyba masz pecha – odpowiedział spokojnie Thijs.

Chwycił chłopaka za rękę, uwalniając mnie z jego uścisku. Jego koledzy wstali. Podeszli do nas niespiesznie. Blondyn stchórzył. Najpierw, cofając się powoli, opuścił plac zabaw, a potem popędził przed siebie przez park. Zadrżałam.

– Nic ci nie jest? – zapytał łagodnie Thijs.

– Mi nie – odpowiedziałam, ciągle nie mogąc się uspokoić – ale tylko dlatego, że uciekłam. Za to chcą skrzywdzić moich przyjaciół – powiedziałam błagalnie patrząc na chłopaka Nataly. – Razem z tym jest ich czterech przeciwko im dwóm – dodałam niepewnie.

Wysoki, szczupły brunet uśmiechnął się zadziornie.

– Pomożemy im Thijs? – zapytał z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją, jakby chciał powiedzieć „nareszcie coś się będzie działo”.

Reszta mu przytaknęła. Thijs uspakajająco położył mi rękę na ramieniu.

– Chodź, zaprowadzisz nas tam – powiedział ciągle tym samym spokojnym, łagodnym głosem. – Jak widzisz, moi koledzy są bardzo chętni do pomocy – uśmiechnął się lekko.

Nie byłam w stanie dłużej biec, ale szłam najszybciej jak mogłam. Thijs zostawił mnie u podnóża pagórka na którym rosły dęby, zabraniając mi się stamtąd ruszać. Stałam tam, niespokojnie czekając na to co stanie się dalej. Jedyne, co mogłam robić, to błagać w duchu, żeby nic złego nie stało się Martinowi i Ericowi. Nawet nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, co mogłoby się stać, gdybym go w porę nie spotkała.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Pierwszą osobą, którą zobaczyłam w szarym półmroku, oświetlanym jedynie odległym, dochodzącym z drogi, światłem latarni, był Martin. Zbiegł ze wzgórza, niemal wpadając na mnie.

– Nic ci nie jest? – zapytał z niepokojem, przyciągając mnie do siebie i mocno oplatając ramionami.

Przecząco pokręciłam głową. Tak bardzo się o niego martwiłam! Wtuliłam się w chłopaka, szczęśliwa, że nic mu się nie stało. Chwilę później dołączył do nas Thijs. Prowadził ze sobą krzywiącego się z bólu Erica. Nikt inny się nie pojawił.

– Masz samochód? – zwrócił się do brata Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. – Trzeba cię zawieść na pogotowie, możliwe, że złamałeś rękę. Jakoś nie bardzo widzę cię w tym stanie na motorze…

– Stoi przy ulicy – powiedział coraz bardziej blady na twarzy Eric.

Thijs odprowadził nas do samochodu.

– Dacie sobie radę? – zapytał.

– Tak, zajmę się bratem – powiedział ponuro Martin, biorąc od Erica kluczyki. – Dzięki za pomoc.

Chłopak Nataly uśmiechnął się kwaśno.

– Dajcie znać, jeżeli mielibyście jakieś problemy – powiedział odsuwając się od samochodu.

Odwróciłam się w jego stronę.

– Dziękuję, Thijs – powiedziałam, wiedząc, że w życiu mu się za tą przysługę nie odwdzięczę. – Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym na ciebie nie wpadła – zadrżałam na samą myśl.

– Nie ma sprawy – odpowiedział uśmiechając się lekko. – Trzymajcie się.

Wsiedliśmy do samochodu. Usiadłam na tylnym siedzeniu, przy Ericu. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Martin zawiózł go do szpitala. Dopiero teraz, kiedy czekaliśmy w wielkim, jasno oświetlonym holu, zobaczyłam jak bardzo brudne i zniszczone, było ubranie chłopaka. Na jego twarzy widniały nieprzyjemne zadrapania. Sam też musiał nieźle oberwać, ale wyraźnie się tym nie przejmował, za to widziałam w jego oczach, jak bardzo martwi się o brata. Chodził niespokojnie w tę i we w tę, podczas gdy ja siedziałam na obitym zielonym materiałem, poczekalnianym krześle.

– Martin, opowiedz mi, co się w ogóle stało, kiedy uciekłam… – poprosiłam, mając nadzieję, że może czymś, chociaż na chwilę, zajmę chłopaka.

Wzruszył ramionami, zatrzymując się naprzeciwko mnie.

– Właściwie niewiele – westchnął. – Eric trochę oberwał, a potem Michael i Anton pokłócili się z Tomem. Mój brat jest ich kumplem i chyba nie chcieli go mieć na sumieniu. Potem wrócił Din, na szczęście bez ciebie i niemal pobili się sami między sobą, o to co mają dalej zrobić. W każdym razie zapewne byłoby dużo gorzej, gdyby nie pojawił się ten wielkolud z kolegami – mruknął niechętnie Martin. – Przepraszam, że cię w to wpakowałem. Ciebie i Erica – dodał ponuro.

– Nie spodziewałam się, że się wtrąci – wyznałam szczerze. – To mi do niego nie pasuje. Pozytywnie mnie zaskoczył.

Martin usiadł przy mnie. Położyłam dłoń na jego dłoni, oparłam głowę na ramieniu chłopaka.

– W końcu to mój brat – powiedział cicho. – Co innego miałby zrobić? Zawsze mogłem na niego liczyć, kiedy naprawdę tego potrzebowałem – mruknął. – Właściwie, to nawet nie jestem pewien czy rzeczywiście mamy tego samego ojca, zważywszy na to jak jego matka lubi się puszczać, ale czy płynie w nas ta sama krew czy nie, tak naprawdę Eric jest chyba jedyną osobą, którą mogę z czystym sumieniem nazwać rodziną. Jest odważniejszy niż wygląda – dodał jeszcze ciszej.

Uśmiechnęłam się delikatnie. Po tym co dzisiaj zrobił, moja ocena Erica gwałtownie skoczyła w górę. Cieszyłam się, bo mimo, że nie był obiektem moich westchnień, bardzo ciężko mi było nie lubić tego pogodnego i zawsze, w każdej sytuacji uprzejmego chłopaka.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            We trójkę pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Marty jeszcze nie było. Eric był potłuczony i miał rękę w gipsie, ale poza tym, nic poważniejszego mu się nie stało. Posadziłam ich na kanapie i zaparzyłam herbaty. Potem sama usiadłam, wplatając się pod ramię Martina. Eric zaskoczył mnie i tym razem. Spojrzał na nas dziwnym wzrokiem.

– Mogłem się tego domyślić – mruknął rozbawiony. – Jakoś mi umknęło. Długo to się ciągnie? – zapytał rzeczowo.

– Pocałowałem ją po tamtym pierwszym ognisku – przyznał Martin.

– Nieźle graliście, przez tak długi czas – westchnął Eric.

– To ty jesteś mistrzem aktorstwa – roześmiał się Martin. – My niczego nie udawaliśmy, naprawdę się kłóciliśmy – przyznał. – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? – spytał lekko zaniepokojony.

– Jasne, że nie – powiedział Eric – po prostu, gdybym wiedział, nie robiłbym z siebie głupka.

– I tak, dalej mam ci za złe takie traktowanie dziewczyn – wtrąciłam się im do rozmowy, patrząc twardo na Erica. – Czemu Marta jest na ciebie taka wściekła? – zapytałam nieco spokojniej.

Spojrzał na mnie zaskoczony. Westchnął.

– No tak, to ty byłaś z moim bratem nad morzem? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Obraziła się, bo nie mogłem z nią tego zrobić – powiedział, spuszczając wzrok. – Naprawdę mi na tobie zależało – przyznał niechętnie – a po rozmowie z Martinem, poczułem się jak ostatni dupek – dodał ponuro. Jakoś dziwnie ucieszyła mnie wiadomość, że przynajmniej ze sobą nie spali. – Chociaż, w sumie, czasem on sam nie jest wcale lepszy! Na przykład ta historia z Nataly Danstown… – dodał szczerząc zęby w uśmiechu.

Spojrzałam pytająco na Martina, czując lekki niepokój. Chłopak skarcił brata wzrokiem.

– Nic szczególnego – odpowiedział na moje nieme pytanie. – Zaprosiła mnie na randkę, jakoś na początku semestru. Byłem głupi i się zgodziłem, zamiast odmówić jej tak jak reszcie. Poszliśmy razem do kina. Tyle.

– Acha – wtrącił się niezrażony Eric – a potem ją kompletnie zignorował. Tak po prostu olał, bez słowa.

Teraz przynajmniej wiedziałam, czemu Nataly reagowała na niego w tak ostry sposób.

– Dlaczego? – zapytałam, wiedząc, że Martina, jakkolwiek by się nie zachowywał, to wcale nie bawi igranie z ludzkimi uczuciami.

– Dziewczyny zaczęły jej dokuczać – mruknął. – Tak jak tobie, na początku, z powodu Erica.

Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym jak wredne potrafiły być moje koleżanki z klasy.

– Dalej jej dokuczają – powiedziałam niechętnie – ale ona sobie jakoś z tym radzi. Teraz, dzięki tym moim urodzinom, które urządził Eric, już znacznie mniej…

Martin skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował.

– Macie dla mnie jeszcze jakieś rewelacje? – spytał Eric. – Nie lubię żyć w niewiedzy – oznajmił.

– Ja nie – odpowiedziałam mu z wesołym uśmiechem – ale chętnie bym się dowiedziała, dlaczego postanowiliście zepsuć bal. Ten fakt dalej nie daje mi spokoju.

Eric zaczerwienił się lekko.

– To był zwykły dowcip – przyznał niechętnie. – Nudziliśmy się z Antonem… Chcieliśmy, żeby coś się zaczęło dziać.

Spojrzałam pytająco na Martina.

– W takim razie co ty masz z tym wspólnego?

Chłopak wzruszył ramionami.

– Właściwie to nic – stwierdził ponuro. – Niechcący dowiedziałem się co planują i dlatego tam poszedłem. Nie chciałem, żeby Eric wpakował się w jakieś głupie kłopoty. Przyszedłem za późno, żeby mu to wybić z głowy, ale zdążyłem przynajmniej zadbać o to, żeby wykasować nagranie z kamer.

Po każdym mogłabym się takich rzeczy spodziewać, ale z pewnością nie po Ericu! Jeżeli ten chłopak miał takie pomysły, to kolejne dwa lata w liceum imienia świętego Franciszka będą dla mnie prawdziwym wyzwaniem.

– Obydwaj jesteście psychopatami! – stwierdziłam, zagłębiając się w kanapę.

Zasłoniłam twarz dłońmi, tłumiąc niepohamowany wybuch śmiechu.

– Nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony Martin, zabierając moje ręce od twarzy. – Wariatka – mruknął, kiedy zobaczył, że się śmieję.

– Przepraszam – powiedziałam, nie potrafiąc przestać się śmiać – cały czas myślałam, że to twoja sprawka i że towarzyszył temu jakiś wyższy, nieznany mi cel! Nigdy nie wpadłabym na to, że Ericowi „się nudziło”.

– Dzięki, cieszę się, że masz o mnie dobre zdanie – westchnął cierpiętniczo Martin.

– Właściwie czemu mnie tam zaprosiłeś skoro planowałeś tego typu zabawę? – zapytałam ciekawa jego odpowiedzi.

– Przecież nie chcieliśmy zepsuć całego balu – naburmuszył się lekko obrażony chłopak.

Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ drzwi wejściowe się otworzyły. Zamilkliśmy. Nasze spojrzenia odruchowo powędrowały w tamtą stronę.

– Rozgość się – usłyszałam, dochodzący z korytarza, znajomy głos Marty.

Do pokoju wszedł Jonathan, jeden z moich kolegów z klasy, który również był na mojej imprezie urodzinowej. Najwyraźniej Marta nie próżnowała. Chłopak stanął jak wryty, patrząc na nas zaskoczony.

– Cześć – przywitał go wesoło Eric, nie wstając z kanapy.

Na dźwięk jego głosu Marta wyjrzała zza pleców Jonathana Wyglądała nie tylko na zdziwioną, ale także i zmieszaną.

– Co wy tu robicie? – spytała głupio.

– Ja tu mieszkam – odpyskowałam przyjaciółce, która coraz bardziej zaczynała mnie irytować – a to są moi goście. Hej Jonathan – dodałam, żeby nie wyjść na totalną zołzę. – Miło cię widzieć.

Chłopak z lekko zawiedzioną miną usiadł przy nas na kanapie. Najwyraźniej liczył na coś zupełnie innego, a ja wolałam sobie nie wyobrażać co to mogło być.

– Co ci się stało w rękę? – zaciekawiony zapytał Erica.

– Biłem się – odpowiedział z dumą chłopak.

Westchnęłam. Myliłam się co do Erica. On także był nie do zniesienia. Podczas gdy chłopacy wdali się w ożywioną dyskusję, podeszła do mnie Marta. Przeprosiła i niemal siłą zabrała mnie do swojego pokoju.

– Czemu go tu zaprosiłaś?! – spytała oskarżycielsko.

– Raczej ty mi wytłumacz co tu robi Jonathan – odpowiedziałam ponuro. – Myślałam, że to Eric ci się podoba.

– No tak… – zmieszała się Marta – ale ja go niespecjalnie obchodzę.

– Dlatego postanowiłaś umawiać się z moimi kolegami z klasy? – zapytałam. – Ułożyłaś sobie jakąś listę?

– Potem miał być Anton – przyznała niechętnie dziewczyna, a ja zdumiona wytrzeszczyłam na nią oczy.

Chciałam jej tylko dogryźć. Nigdy nie podejrzewałabym, że to co mówię, okaże się prawdą.

– Ale dlaczego? – spytałam zaskoczona.

– Żeby Eric był zazdrosny – mruknęła spuszczając wzrok.

– Jesteś głupia! – warknęłam na nią. – Nie możesz się tak zachowywać! Zresztą, skoro masz tu Erica, to może wyjaśnijcie sobie parę spraw? – zasugerowałam spokojnie.

Marta wzruszyła ramionami.

– Niech ci będzie – westchnęła i razem wróciłyśmy do pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            W końcu wyszło na to, że zarówno Eric jak i Martin zostali u nas na noc. Tylko Jonathan pożegnał się, zniechęcony całą sytuacją i ignorowaniem go przez Martę. Poniedziałkowy ranek okazał się być pochmurny i ponury. Przynajmniej nie padało. To jednak i tak nie miało znaczenia, ponieważ wszystko we mnie śpiewało, tylko dlatego, że tego właśnie ranka, obudziłam się w ramionach Martina. To miał być piękny dzień, również dlatego, że mieliśmy już dłużej naszych uczuć nie ukrywać przed resztą świata. Bolało mnie tylko to, że Martin wcale nie wyglądał na zachwyconego z tego powodu. Wyszliśmy przed dom. Usiadłam za chłopakiem, na wiśniowym motorze. Odwrócił się w moją stronę. Spojrzał mi poważnie w oczy.

– Posłuchaj kociaku, jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał. – Ja w tym roku kończę tą szkołę i idę do college, ty będziesz się tam uczyła przez kolejne dwa lata…

– Nie zaczynaj znowu! – warknęłam na niego. – Mam to gdzieś i doskonale o tym wiesz!

Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy. Nie powiedział już nic więcej, tylko po prostu ruszył. Tym razem wjechaliśmy na teren szkoły. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed frontową bramą. Kiedy Martin zdjął kask, wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. Zawahałam się. Teraz już wcale nie byłam pewna, czy to taki dobry pomysł. Nienawidziłam być w centrum uwagi, ale kiedy spojrzałam w jego roziskrzone, niebieskie oczy, wszystkie wątpliwości pękły, jak bańka mydlana. Zdjęłam kask, chłopak objął mnie ramieniem i odprowadzani morzem spojrzeń oraz gorliwymi szeptami, razem weszliśmy do budynku szkoły.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Widziałam, że dziewczyny z mojej klasy aż nosi, kiedy zobaczyły jak Martin odprowadza mnie pod samą salę lekcyjną. Został ze mną aż do dzwonka. Mimo nieskrywanej ciekawości, żadna z koleżanek nie ośmieliła się do nas podejść. Antona ani Michaela nie było w szkole, Eric także się nie pojawił, ale w tym wypadku, przynajmniej wiedziałam dlaczego. Nataly spóźniona wbiegła do klasy, zajmując wolną ławkę obok mojej. No cóż, przynajmniej ona nie będzie wypytywała mnie o Martina, to znaczy, jeszcze nie będzie. Już na samym początku lekcji, zaczęły sypać się karteczki. Zalewało mnie dosłownie ich morze. Nataly przyglądała się temu zdumiona, a ja tylko wzruszyłam ramionami, wcale się z tego nie ciesząc. „Martin?!” brzmiały zdumione napisy „Co? Kiedy? Gdzie? Jak? Opowiadaj natychmiast!”. Trwało to przez całą lekcję, a ja zbywałam wszystkie dziewczyny odpisując, że porozmawiamy na przerwie.

Kiedy tylko opuściliśmy klasę, otoczyło mnie morze zaciekawionych twarzy. Nawet Nataly znalazła się w tym zbiegowisku. Pytania sypały się jedno po drugim, a każde kolejne głupsze i bardziej namolne.

– Hej! Hej! Może wreszcie dacie jej coś powiedzieć? – uspokoiła dziewczyny Kate, a ja poczułam do niej prawdziwą wdzięczność.

Koleżanki spojrzały na mnie wyczekująco.

– Tak, przyjechałam z Martinem do szkoły – bąknęłam niechętnie. – I tak, chyba jesteśmy razem – dodałam nagle tracąc całą pewność siebie – a Erica nie ma w szkole, ponieważ złamał rękę – odpowiedziałam, na jedno z sensowniejszych pytań.

Widziałam, zaskoczone, niechętne spojrzenia dziewczyn, ale potem Kate, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczęła mi gratulować. To przełamało lodową barierę. Posypały się gratulacje. W korytarzu rozbrzmiewały śmiechy. Angela stwierdziła, że to iż chodzę z Martinem, oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że Eric jest wolny, a wtedy w ogóle już rozluźniła się atmosfera. Poszukałam wzrokiem Nataly. Mojej przyjaciółki nigdzie nie było. Chciałam jej poszukać, ale koleżanki mi na to nie pozwoliły. Życzyły sobie całej mojej uwagi. Z całego zamieszania uratował mnie dopiero Martin. Tyle czasu z nim spędziłam, że zupełnie zapomniałam o jego szkolnej opinii mrocznego księcia. Kiedy pojawił się w korytarzu, ludzie dosłownie rozstępowali się na boki, a on po prostu, patrząc prosto przed siebie, szedł samym środkiem. Od razu podszedł bezpośrednio do mnie, ignorując otaczające mnie dziewczyny. One także się odsunęły, zawczasu robiąc mu przejście.

– Żyjesz? – zapytał cicho, podchodząc do mnie bliżej. Skinęłam głową. Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. Nie tego się spodziewałam. – Chodź – powiedział, biorąc mnie za rękę, a ja, odprowadzana zazdrosnymi spojrzeniami koleżanek, posłusznie poszłam za nim.

Zaprowadził mnie na pustą klatkę schodową. Usiedliśmy na szerokim parapecie wychodzącego na dziedziniec szkoły okna.

– Jesteś straszny! – oznajmiłam.

– Dlaczego? – spytał zaskoczony.

– Ludzie przed tobą uciekają – mruknęłam.

Roześmiał się.

– Ty też planujesz?

– Nie – westchnęłam – ja chcę z tobą zostać.

Moich uszu dobiegło stłumiona sapnięcie. Rozejrzałam się dookoła. Na dole, pod schodami siedziała Nataly. Nie zauważyłam jej wcześniej. Martin najwyraźniej też nie. Po jej rumianych policzkach spływały łzy.

– Co tu robisz? – zapytałam podchodząc i kucając przy niej.

– Zostaw mnie – poprosiła cichym, stłumionym głosem.

– Coś się stało? – spytał Martin, stając nad nami.

Nataly przecząco pokręciła głową.

– Idźcie już – poprosiła.

– Nie ma mowy, dopóki nie powiesz o co chodzi! – oznajmiłam.

Dziewczyna westchnęła. Usiadłam przy niej, żeby pokazać, że nigdzie sobie nie idę. Zdziwiłam się, kiedy Martin też przy nas usiadł.

– Doskonale – stwierdziła pełnym napięcia tonem. – Chcecie wiedzieć? I tak już mi wszystko jedno! Z moją, podobno, przyjaciółką umawia się chłopak, którym całą sobą gardzę, bo postanowił zabawić się moim kosztem – tu wymownie spojrzała na Martina. – Ciekawe czy jej zrobisz to samo? – zapytała ponuro. – Marika zasługuje na kogoś lepszego niż ty! – oznajmiła. – Poza tym, żeby dzień był jeszcze lepszy, mój chłopak został aresztowany pod zarzutem pobicia – dodała wtulając twarz w dłonie.

Oczy Martina pociemniały. Gwałtownie wstał.

– Dokąd idziesz? – zapytałam, mając nadzieję, że jednak wyjaśni i chociaż odrobinę przeprosi Nataly.

– Tam gdzie powinienem pójść na samym początku – mruknął zupełnie zrezygnowany. – Do dyrektora. Myślałem, że to sprawa między nami, ale skoro oni grają w ten sposób, to nie widzę powodu, żeby ich kryć – oznajmił. – Poza tym Nataly – zwrócił się do mojej przyjaciółki, która usłyszawszy swoje imię podniosła na niego wzrok – naprawdę cię lubię, jesteś fajną dziewczyną, ale Marikę kocham, a to zdecydowanie nie to samo.

Potem po prostu odwrócił się i odszedł, a ja po raz niewiadomo który wpatrywałam się w jego znikające plecy.

– Gdyby nie twój chłopak, Nataly – zwróciłam się do dziewczyny – to by mnie wczoraj, w parku jakiś typ zwyczajnie zgwałcił. Co do Martina – kontynuowałam, korzystając z faktu, że patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami – to zaczął cię ignorować, kiedy zorientował się, że z jego powodu dokuczają ci dziewczyny z klasy. Koniec historii.

– O Boże! – westchnęła dziewczyna – a ja dzisiaj rano tak nawrzucałam Thijsowi, kiedy do mnie zadzwonił! Idiotka ze mnie! Powinnam mu bardziej ufać – końcówka zdania rozpłynęła się w łzach.

Objęłam ramieniem barki Nataly.

– Nie martw się – uśmiechnęłam się do niej pogodnie – jakoś to wszystko wyjaśnimy, a teraz umyjesz buzię zimną wodą, a potem wrócimy na zajęcia.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Martin zadzwonił do mnie, mówiąc, że on i Eric będą na mnie czekali pod szkołą w samochodzie. Okazało się, że to nie Michael i Anton, a Tom i Din zgłosili na policję pobicie, przez co Thijs wylądował w areszcie. Umówiłam się z Nataly pod szkołą, ponieważ jako ostatnie zajęcia, miałam WF, na który ona nie chodziła. Z basenu wyrwałam się jako pierwsza, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjaśnić sprawę z Thijsem i przytulić się do Martina. Biegnąc do szatni, jak idiotka pośliznęłam się na mokrych kafelkach, wpadając komuś pod nogi. Kiedy podniosłam wzrok, ze strachu zaschło mi w gardle. To był Tom, miłośnik Polek i mój największy prześladowca. Uśmiechnął się na mój widok. Szybkim ruchem zatkał mi usta dłonią i pociągnął w stronę męskiej przebieralni. Dopiero tam mnie puścił.

– Co za miła niespodzianka – oznajmił uradowany, pożerając mnie wzrokiem.

Pod jego spojrzeniem, czułam się niemal naga, jedynie w granatowym, ociekającym wodą, kostiumie kąpielowym. Próbowałam wyminąć go i dotrzeć do drzwi. Brutalnie chwycił mnie za nadgarstek. Wykręcił mi rękę.

– Puść mnie! – krzyknęłam rozpaczliwie.

– Jeszcze czego – roześmiał się chłopak – tym razem się zabawimy.

Popchnął mnie na stojące pod ścianą, drewniane szafki. Jedną ręką przytrzymał mi nadgarstki, podczas, gdy drugą zaczął błądzić po moim wilgotnym ciele. Szarpnęłam się. Kopnęłam go kolanem w krocze. Syknął z bólu, a potem warknął na mnie, nie zelżywszy jednak ani na chwilę uścisku.

– Pożałujesz tego – powiedział mściwie.

Poczułam, jak przesuwa rękę z mojego brzucha, na biust. Znów spróbowałam się wyrwać. Na próżno. Sparaliżował mnie strach. W otwartych drzwiach zobaczyłam szczupłą sylwetkę Antona. Więc jednak przyszedł do szkoły… Był blady na twarzy. Miał podbite oko, ślad po wczorajszej bójce. Spojrzałam na niego błagalnie, mimo, że jego także się bałam. Chłopak wszedł do środka.

– Tom, zastanów się co robisz – zaczął łagodnie.

Był znacznie wątlejszej budowy, od napastującego mnie blondyna, wyglądał też na mocno przestraszonego.

– Nie twoja sprawa – odwarknął trzymający mnie chłopak. – Im szybciej się stąd zmyjesz, tym lepiej dla ciebie – dodał.

– Daj jej spokój – poprosił niepewnie Anton – to nasza koleżanka z klasy…

– W każdym razie nie moja – odparł blondyn, mocno zirytowanym głosem.

Na siłę, brutalnym gestem, opuścił moje ręce wzdłuż tułowia i mimo, że broniłam się jak tylko mogłam, zaczął zsuwać ramiączka od kostiumu. Anton podszedł do nas. Spróbował go ode mnie odsunąć. Tom przyłożył mu z całej siły pięścią w nos.

– Nie wtrącaj się! – warknął gniewnie. – Uprzedzałem!

Anton wstał. Tym razem po prostu rzucił się na blondyna. Tom, żeby się obronić, musiał mnie puścić. Odskoczyłam pod ścianę. Bijący się chłopacy zablokowali mi drogę do drzwi. Stałam tam skulona, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Czułam narastający, dławiący w gardle strach. Pewność miałam tylko co do jednego – to nie Anton wygra bójkę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja stałam tam, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Marzyłam o tym, żeby być zupełnie gdzieindziej, ale niestety, byłam tutaj, w męskiej przebieralni i nie mogłam wyrzucić z ponurej wizji swojej najbliższej przyszłości, macających mnie, twardych dłoni Toma. Z nosa Antona leciała krew. Blondyn siedział na nim, w furii okładając go pięściami. Decyzją chwili rzuciłam się ku drzwiom. Zanim jednak Tom zdążył zareagować, wpadłam na czyjąś, blokującą drzwi postać. To był Michael. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w leżącego na podłodze, w kałuży krwi, przyjaciela. Zaraz za nim pojawił się mężczyzna w średnim wieku, odziany w elegancki, prążkowany garnitur. Znałam go, przynajmniej z widzenia. To był nasz dyrektor. Wszedł do środka, ponurym spojrzeniem obrzucając patrzącego niedowierzająco Toma. Michael, bez słowa, otulił mnie swoją rozpinaną bluzą.

– Sandrow – powiedział zwracając się do Michaela – zaprowadź pannę Merrowing do pielęgniarki, później wszyscy macie się stawić w moim gabinecie – uciął krótko, wyjmując z kieszeni komórkowy telefon i od razu wybierając numer.

Ostatni raz spojrzałam na, z trudem siadającego Antona. Razem z Michaelem wyszliśmy na korytarz. Chłopak w milczeniu szedł u mojego boku. Zatrzymałam się przed wejściem do damskiej przebieralni.

– Spotkamy się u dyrektora – oznajmiłam tylko.

– Ale miałem cię zaprowadzić do pielęgniarki! – zaprotestował chłopak, ja jednak zdążyłam już zniknąć za drzwiami damskiej szatni.

Ubrałam się jak najszybciej potrafiłam. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Nataly i w kilku, uogólniających słowach, nakreśliłam przyjaciółce nowa sytuację. Później głęboko zaczerpnęłam powietrza, zwinęłam bluzę Michaela do torby i wyszłam na korytarz by udać się prosto do gabinetu dyrekcji.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            W pokoju zebrał się spory tłumek. Było tu kilku nauczycieli, ochrona, pani wicedyrektor, a także Nataly, Martin i nawet Eric. Na krześle pod ścianą siedział także Michael. Natychmiast do nich podeszłam. Patrzyli na mnie zaniepokojonymi spojrzeniami.

– Nic mi nie jest – wyszeptałam cicho, siadając na kanapie, tak blisko Martina, żeby nasze dłonie mogły się zetknąć.

To właśnie jego teraz najbardziej potrzebowałam. Chwilę później zjawił się dyrektor. Prowadził ze sobą Toma i nieco zakrwawionego, trzymającego przy nosie jakiś opatrunek, Antona. Zaraz po ich wejściu, nauczyciel WFu, przyprowadził Dina. Wyglądało na to, że poza dodatkiem w postaci niczemu niewinnej Nataly, byliśmy w komplecie.

– Panie Kent, Sandrow, panowie Troy, zarzuty wysunięte przeciwko wam są dosyć poważne, a po dzisiejszym – odchrząknął – incydencie, nie mam wątpliwości, że również prawdziwe.

Panowie Troy? Więc Tom i Din byli rodzeństwem. Zadrżałam. No tak, mogłam się tego sama domyślić… Martin zacisnął mocniej dłoń na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się do niego blado.

– Będziecie państwo wzywani pojedynczo, żebyście mogli przedstawić swoją wersję wydarzeń – oznajmiła stanowczo pani wicedyrektor, a potem wraz z dyrektorem i jednym z ochroniarzy, zamknęli się w gabinecie.

Reszta osób została z nami. Wzywani byli wszyscy po kolei, trwało to ponad godzinę. Mnie dyrektor poprosił na samym końcu. Martin również wstał.

– Czego pan nie zrozumiał, panie Corvidae, w słowie pojedynczo? – zapytała chłodno jedna z nauczycielek.

 – Chyba pani nie myśli, że zostawię ją samą? – odpowiedział pytaniem na pytanie chłopak.

Jego spojrzenie było lodowato zimne. Wyglądająca przez drzwi pani wicedyrektor skinęła głową.

– Dobrze, niech wejdą obydwoje – zgodziła się łaskawie.

Kiedy weszliśmy do gabinetu, Martin przysunął sobie dodatkowe krzesło i obydwoje usiedliśmy przed biurkiem, wyglądającego na mocno zmartwionego dyrektora. Siwe pasma w jego włosach, wyraźnie świadczyły o tym, jak trudna może być współpraca z młodzieżą.

– Pani Merrowin, proszę opowiedzieć co się dzisiaj stało – powiedział siląc się na spokojny ton.

– Zaczepiał mnie chłopak, który z tego co się dowiedziałam, ma na imię Tom. Robił to już wcześniej – odpowiedziałam krótko.

Dyrektor skinął głową.

– Wiele skarg już wpływało na rodzeństwo Troy – oznajmił. – Za pobicie i próbę gwałtu, Tom zostanie wydalony ze szkoły w trybie natychmiastowym. Niedługo zjawią się tu wasi rodzice. Co może mi pani powiedzieć o panu Dinie, Michaelu i Antonie? Podobno są odpowiedzialni za złamanie ręki panu Devree i wielokrotnie grozili panu Corvidae. Oni też są na najlepszej drodze do tego, żebym wydalił ich ze szkoły.

Zawahałam się. W końcu to właśnie Anton obronił mnie przed Tomem, a Michael zapewne w tym czasie poleciał po dyrektora.

– To niezupełnie tak – odpowiedziałam patrząc prosto na mężczyznę. – To znaczy, z tego co wiem, wszyscy oni nie przepadają za Martinem, ale Anton i Michael nie brali w niczym czynnego udziału – skłamałam. –  Raczej próbowali załagodzić sytuację. To dwaj pozostali są sprawcami bójek.

Wpatrujące się we mnie, niebieskie oczy Martina, znów stały się lodowato zimne. Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku.

– Czy to prawda panie Corvidae? – zapytał mężczyzna.

Chłopak przez chwilę milczał, a potem potwierdził skinieniem głowy.

– Tak, panie dyrektorze – odpowiedział niechętnie.

– W takim razie, to by zgadzało się z zeznaniami pana Erica Devree – oznajmił. – Doskonale, więc mamy jasną sytuację. Rodzeństwo Troy zostanie wydalone ze szkoły w trybie natychmiastowym, a panowie Sandrow i Kent będą na dwa tygodnie zawieszeni w prawach ucznia, a potem czekają ich prace społeczne.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Kiedy wychodziliśmy z gabinetu, w dalszym ciągu czułam bijący od Martina chłód. W salonie już czekał mój wuj. Była także Helena.

– W co znowu wpakowałeś mojego biednego Erica? – warknęła wściekle na pasierba, kiedy niechętnie podszedł do niej. – Jak zwykle same z tobą kłopoty!

Martin odpowiedział milczeniem, a we mnie aż coś się zagotowało. Duncan położył mi rękę na ramieniu.

– Wszystko w porządku? – zapytał z prawdziwym niepokojem w oczach.

Skinęłam głową. Wiedziałam, że ja i mój wuj możemy zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Jak na dorosłego był całkiem w porządku. Dyrektor ogłosił swój werdykt. Rodzice Toma i Dina zaczęli gwałtownie protestować, matki Antona i Michaela, wyraźnie odetchnęły z ulgą, sami chłopacy natomiast wyglądali na mocno zdziwionych. Kiedy wychodziliśmy, podeszłam do przyjmującego od matki burę Antona. Kobieta spojrzała na mnie pytająco, chłopak spuszczał wzrok.

– Ja chciałam tylko podziękować – oznajmiłam cicho. – Zachowałeś się bardzo w porządku, Anton. Dziękuję, że mnie przed nim obroniłeś.

Chłopak uśmiechnął się lekko, niepewnie. Jego matka chyba dopiero teraz uwierzyła w niewinność swojego syna. Wyglądała na bardzo zaskoczoną.

– Spoko – bąknął zmieszany chłopak.

Później podeszłam do Michaela. Lubiłam mieć jasne sytuacje.

– Dziękuję za bluzę – powiedziałam wyjmując ją z torby i podając chłopakowi – i za powiadomienie dyrektora… – dodałam mniej pewnie.

– To dzięki tobie nie wylecieliśmy ze szkoły, prawda? – zapytał.

– Nie tylko – oznajmiłam z lekkim uśmiechem. – Eric zeznawał to samo co ja, a Martin potwierdził nasze zeznania. Zostawicie go już w spokoju? – zapytałam mniej pewnie.

– Masz to jak w banku – wzdrygnął się chłopak. – wystarczy nam już kłopotów.

Uśmiechnęłam się do niego lekko.

– Więc do zobaczenia za dwa tygodnie.

– Na razie – odwzajemnił mój uśmiech Michael.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Razem z Nataly, Duncanem, Ericem i Heleną, wyszliśmy przed budynek szkoły. Martina nigdzie nie było. Bez niego pojechaliśmy na komisariat. Wuj wpłacił kaucję, a my złożyliśmy zgodne zeznania w sprawie Thijsa. Troyowie wycofali zarzuty. Sprawa rozeszła się po kościach. Helena zaprosiła nas do siebie. Tym razem Duncan, widząc moją zaniepokojoną minę, bez słowa protestu przyjął jej zaproszenie. Byłam pewna, ze odgadł, o kogo się tak bardzo martwię.

– Mój biedny Eric! – powiedziała kobieta, kiedy usiedliśmy w eleganckim salonie. – Twój niesforny brat zawsze musi wpakować cię w jakieś tarapaty! Od zawsze tak było.

Widziałam jak Eric na przemian to blednie, to purpurowieje na twarzy, ale Helena najwyraźniej tego nie zauważyła, bo tylko kontynuowała swój wywód o niesforności Martina. W końcu chłopak nie wytrzymał.

– Nie masz racji! – wykrzyknął twardo, zrywając się z kanapy. – Mój brat jest bohaterem! I to zawsze on wyciągał mnie z tarapatów! Te wszystkie dowcipy, to co się działo, to zawsze były moje pomysły! – wyrzucał z siebie wszystko to, co tłamsił w środku przez lata. – Nigdy jego! Nie jestem twoim aniołkiem, mamo, po prostu potrafię dobrze grać! Zresztą uczyłem się od mistrzyni! – rzucił jej w twarz, a potem wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Helena wpatrywała się niedowierzająco w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze stał chłopak. Potem opadła na kanapę, chwytając leżący na eleganckim stoliku wachlarz. Rozłożyła go i z uporem lepszej sprawy, zaczęła wachlować pobladłą twarz.

– Przepraszam – bąknęłam w stronę wuja, a potem opuściłam pokój w ślad za Ericem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Wchodząc do pokoju na drugim piętrze, zobaczyłam otwarte drzwi od sypialni. Na łóżku Martina leżała rozpięta, sportowa torba podróżna. Chłopak nieskładnie wrzucał do niej rzeczy. Kiedy weszłam obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem, nie przerywając swojej pracy.

– Co robisz? – zapytałam marszcząc brwi.

– Wyjeżdżam – oznajmił.

– Dlaczego? – spytałam przestraszona, że go stracę.

– Mam tego wszystkiego dość – powiedział ponuro.

– Mnie masz dość?

– Między innymi.

W oczach stanęły mi łzy. Więc tak to się skończy? Usiadłam na jego łóżku.

– Kocham cię – powiedziałam wpatrując się we własne kolana. – Proszę cię, zostań ze mną.

Chłopak prychnął.

– Nie rozumiesz – powiedział chłodno. – Nie mam nikogo, jestem sam, na nikogo nie mogę liczyć, na nikim nie mogę polegać. Mojego ojca wiecznie nie ma, na temat Heleny, nie będę się wypowiadał, Eric dba tylko o własne sprawy, a dzisiaj zawiodłem się również na tobie. Nie mam tu czego dłużej szukać, chcę się stąd po prostu wyrwać. Ten dom mnie zabija.

Spojrzałam na niego mokrymi od łez oczami.

– Martin, jesteś głupkiem! – krzyknęłam na niego. – Nie znam twojego ojca, a Helena jest jaka jest, ale twój brat postawił się jej, nazywając cię dzisiaj bohaterem. Nie pozwolił jej złego słowa na ciebie powiedzieć! – chłopak zamarł z czarnym t-shirtem w ręku, patrzył na mnie niedowierzająco. – Jeżeli chodzi o mnie, to Anton dzisiaj obronił mnie przed Tomem, a Michael powiadomił o wszystkim dyrektora. Jak mogłabym w tej sytuacji na nich naskarżyć?

– Co do mieszkania w domu – wtrącił się wuj Duncan, który niezauważony przez nas, jak zwykle zbyt pochłoniętych swoimi osobami, wśliznął się w międzyczasie do środka – to może mógłbyś wytrzymać jeszcze ten miesiąc? – zapytał. – Na wakacje zapraszam cię do siebie do Walii, dawno cię u nas nie było – dodał z ponurym uśmiechem. – Sądzę, że Marika bardzo by się ucieszyła… Później też nic cię tu nie trzyma – kontynuował spokojnie. – Z tego co pamiętam, chciałeś iść do college w Aber, prawda? Masz dość dobre oceny, żeby dostać stypendium, nie potrzebujesz pieniędzy ojca… Jeżeli będziesz chciał, to pewnie dasz sobie jakoś radę sam. Co ty na to? Przyjmiesz moje zaproszenie? – zapytał na koniec.

Martin niechętnie odłożył koszulkę. Spojrzał na mężczyznę z dziwnym wyrazem twarzy.

– Muszę to przemyśleć – powiedział cicho.

Duncan skinął głową.

– Zostawię was samych – powiedział z lekkim, łobuzerskim uśmieszkiem, który rozświetlił jego srogą twarz. – Czekam na ciebie na dole, Mariko. Tylko nie siedź za długo.

Mrugnął do mnie, a potem wyszedł z pokoju. Martin usiadł na łóżku, w pewnym oddaleniu ode mnie. Nie spojrzał na mnie ani razu.

– Kociaku, przepraszam – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Po prostu muszę przez jakiś czas pobyć sam – westchnął. – Przykro mi, że nic z tego nie wyszło.

– Czy to twoja ostateczna decyzja? – spytałam czując się, jakby chlusnął we mnie wiadrem zimnej wody.

– Tak – odpowiedział cicho – przepraszam.

Na sztywnych nogach wstałam z łóżka. Potem, nie oglądając się za siebie, wyszłam przez pomalowane na czarno drzwi sypialni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            Czerwiec przeminął, a Martin nie dał żadnego znaku życia, ani mnie, ani nawet Ericowi. Przez cały miesiąc chodziłam jak we śnie. Skończył się rok szkolny. Wuj Duncan zaprosił mnie do swojej posiadłości w Walii. Zaproponował mi, żebym zaprosiła przyjaciół, tak więc Marta, Nataly, Eric i Thijs mieli dołączyć do mnie w pierwszym tygodniu lipca. Na razie byłam sama i to mi właściwie odpowiadało. Nienawidziłam Martina całym sercem, a jednocześnie tęsknota za nim aż dławiła mnie w środku. Próbowałam sobie tłumaczyć, że przecież ma wolny wybór, wcale nie musi mnie chcieć, a jednak coś tam w środku krzyczało, że to bardzo nie fair i nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ze mną zerwał, czemu, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, mnie zostawił. Nienawidziłam go i nie potrafiłam przestać kochać.

Posiadłość wuja Duncana okazała się renesansowym pałacem. Sam budynek był przepiękny, a otaczający go park jeszcze ładniejszy. Dach z czerwonej cegły, ozdobione dziesiątkami kolumn białe ściany, cztery, zwieńczone ładnie zdobionymi kopułami, wieżyczki, a wszystko to tonęło w morzu różanych krzewów i winorośli. Prowadzącą do posiadłości drogę, wyznaczały rosnące po obu jej brzegach, równiutko przystrzyżone cyprysy. Kiedy weszliśmy do domu, oprócz tradycyjnie odzianej, uśmiechniętej służby, powitał nas także tryskający szczęściem na widok swojego pana hart.

Spędziłam z wujem naprawdę przyjemny tydzień. Uczył mnie jeździć konno, zwiedzaliśmy wspólnie Walię. Mimo to w dalszym ciągu nie potrafiłam być ani odrobinę szczęśliwa i z trudem zmuszałam się nawet do najlżejszego uśmiechu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

            W piątek po południu czerwonym, sportowym samochodem Erica, przyjechali moi przyjaciele. Przywitałam się z nimi, a potem unikałam ich jak mogłam, mając nadzieję, że będą dobrze bawili się także beze mnie. Letnie wieczory spędzałam na drewnianej, ogrodowej huśtawce, z książką w ręku. Czytałam wszystko jak leci, starannie omijając jedynie wszelakie romanse. Tej tematyki miałam zdecydowanie dość!

Dostałam także swój pokój. Był przestronny i ładnie urządzony, a okna wychodziły w nim na pałacowy dziedziniec. Późnym wieczorem, siedziałam na szerokim parapecie, w długiej, białej koszuli nocnej, starannie szczotkując swoje jasne włosy. Patrzyłam w gwiazdy, bo te spadające, podobno spełniają nasze marzenia.

W pewnym momencie usłyszałam warkot silnika. Na dziedzińcu zapaliły się, działające na fotokomórki lampy. Serce zabiło mi jak oszalałe. Zerwałam się gwałtownie na widok podjeżdżającego pod pałac, wiśniowego motocykla. Na bosaka, jedynie w nocnej koszuli, nie fatygując się zakładaniem choćby kapci wybiegłam na dwór. On naprawdę tam był! Zdjął kask i zsiadł z motocykla. Zwolniłam. Podeszłam do niego, zatrzymując się na odległość kilku metrów. Przecież mnie nie chciał… tylko co w takim razie tu robił?

– Marika – łagodnie wypowiedział moje imię.

Podszedł do mnie. Odsunęłam się. Nie potrafiłam znieść jego bliskości. Odwróciłam się, a wszystko we mnie krzyczało, żeby teraz uciec, byle dalej od niego! Chwycił moją rękę. Nie pozwolił odejść. Poprowadził mnie w kierunku drzew, gdzie byliśmy osłonięci przed całym światem. Spojrzał na mnie, a jego oczy płonęły żywym ogniem. „Niebieskie płomienie spalają najprędzej, niech spalą na proch, a ze mną myśl gorzką, żem dłużna ci może, choć dałeś kwiat groszku, a ja ci łez groch…”, przyszły mi na myśl słowa piosenki.

– Wróciłem – oznajmił mi tak zwyczajnie – na stałe. Kocham cię – dodał, patrząc mi prosto w oczy.

Wyrwałam rękę z jego uścisku. Odsunęłam się od niego gwałtownie.

– Skąd pewność, że cię ciągle będę chciała? – warknęłam na niego. – Uważasz, że możesz sobie zniknąć na miesiąc bez słowa, a potem tak po prostu wrócić? Jak gdyby nigdy nic?

Roześmiał się. Podszedł do mnie. Przyciągnął do siebie, przytulił. Z oczu popłynęły mi nieproszone łzy. Wczepiłam się palcami w jego, wystającą spod rozpiętej, motocyklowej kurtki, koszulkę. Przylgnęłam do niego, mocząc materiał łzami.

– Bo przywiozłem ze sobą zakładnika – oznajmił, nie wypuszczając mnie z objęć. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej maskotkę kotka, z największymi na świecie, najbardziej błagającymi oczami, jakie w życiu widziałam. – Przyjechał aż z Francji – dodał, podając mi go.

Roześmiałam się poprzez łzy. Przytuliłam kociaka pomiędzy sobą a Martinem. Nie mogłam uwierzyć, że chłopak naprawdę tu jest.

– Nienawidzę cię – szepnęłam.

Przytulił mnie do siebie bardziej. Pocałował moje włosy.

– Tęskniłem za tobą – mruknął – tak cholernie tęskniłem! Nie wiem jak można żyć bez powietrza! Nigdy więcej już nie chcę tego doświadczyć. Jesteś dla mnie wszystkim, kociaku.

Miałam ochotę go uderzyć, kopnąć, ugryźć, cokolwiek, ale tylko się do niego tuliłam. Nareszcie, po ponad miesiącu czekania, znów tulił mnie w swoich ramionach.

– Załatwiłeś już swoje sprawy? – spytałam z przekąsem.

– Tak – odpowiedział łagodnie. – Jestem cały twój, o ile oczywiście będziesz mnie chciała. Ślicznie wyglądasz w tej koszuli – dodał uśmiechając się łobuzersko.

Warknęłam na niego. Zbył to śmiechem. Chciałam mu coś powiedzieć, zwymyślać go od najgorszych, ale nie pozwolił mi już więcej się odezwać. Stanowczym gestem oplótł moją talię dłońmi, a potem mnie pocałował. Tak długo czekałam na ten pocałunek, tak bardzo tęskniłam! Zatonęliśmy w morzu pocałunków. Znaleźliśmy się we własnym, cudownym świecie, tracąc poczucie rzeczywistości, a ja odnalazłam nadzieję, na to że teraz już wszystko będzie dobrze. Miałam wuja, którego zdążyłam już pokochać, cudownych przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć i Martina, który stanowił dla mnie centrum wszechświata. Na niebie świeciły jasne gwiazdy, widać było drogę mleczną, a „jutro”, świeże i nowe, zapowiadało się być cudownym dniem.

The End

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale PapieroweMotyle, DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

42 komentarze

  1. Odpowiedz

    IRRESA

    20 kwietnia 2011

    No to jedziemy 😛 :

    Po pierwsze – pięknie napisane, naprawdę! Większość tych zdarzeń jest raczej nierealna ( chyba, że będzie fantasty 😀 ), ale jest super.
    Po drugie : to zbieżność? Piszę teraz opowiadanie w którym bohaterka nazywa się Marika… Hah. xD
    Po trzecie – a tak z ciekawości – chodziłaś kiedyś do tej szkoły, którą opisujesz? Bo wiesz o niej tak wiele rzeczy, że aż strach. 😀
    Po czwarte – jak już pisałam jest świetnie i w ogóle, ale ja znów się czuje kiczowato… Ty piszesz codziennie, masz wiele pomysłów, zaczynasz nowe opowiadania, kontynuujesz stare, a ja nie jestem w stanie napisać nic od paru tygodni. > wzdycha < Masakra jakaś… Szkoda, że nie jestem taka jak Ty i, że nie mam takiego cholernie wielkiego talentu pisarskiego. ;<

    • Odpowiedz

      DORA

      20 października 2014

      czy wy nie widzicie tego ze to nie ONA pisze tylko sciag z innych stron z innych krajow???tylko doswiadczeni pisarze tak pisza a ona sobie sciaga opowiadania!!!!!i jeszcze pierniczy ze sa jej!!!!

      • Odpowiedz

        Vicky

        20 października 2014

        Myślę, że powinnam tą wypowiedź uznać za komplement ^^

  2. Odpowiedz

    mnnm

    20 kwietnia 2011

    Łał, łał, łał jak zwykle czekam na cd

    ps. IRRESA można gdzieś przeczytać twoje opowiadania?

  3. Odpowiedz

    IRRESA

    21 kwietnia 2011

    I w tej oto chwili zastanawiam się czy mam płakać, śmiać się, czy po prostu nic nie robić. Poważnie. Mogłaś mnie przygotować chociaż psychicznie na to, że będziesz wredna. 😉 Tak się ostatnio czytałam sobie to moje „Prawo Miłości” to nie jestem pewna czy ono mi się podoba… Dobra, mniejsza o to. Wkleiłaś link i już nic nie zmienię…

    • Odpowiedz

      Miye

      21 kwietnia 2011

      No co! Dalej uważam, że jest dobre, a BlackMoon niech sobie mówi co chce. Patrz jak mnie ostatnio zjechał na vortalu ;). Uszy do góry! Co do krytyki ze strony Natali, to przeczytaj sobie „Dane statystyczne mojego życia” no i powiedz czy naprawdę się nią przejmujesz. Nie lubię czytać czegoś przy czym co drugie zdanie zieeeeewaaaaam! Chociaż muszę jej przyznać szczerze, że wcześniejsze teksty miała całkiem niezłe, szkoda tylko, że zabrakło jej zapału, żeby cokolwiek dokończyć. Ty to wreszcie zrobiłaś!

  4. Odpowiedz

    IRRESA

    24 kwietnia 2011

    Ech! 😉 BlackMoonem się nie przejmuję, jemu nie podoba się wszystko w czym są dłuższe opisy… No dobra, chyba się już niczym nie przejmuję. Ale tylko chyba! „Dane statystyczne mojego życia” są rzeczywiście nuudne, że aż boli. Poprzednie teksty miała fajne, choć w jej komentarzu do mojego „Prawa Miłości” nie rozumiem czemu jej zdaniem jest ono „naiwne i zbyt wyogólnione”. No, ale… Chyba mnie Twój komentarz pocieszył! Dzięki bardzo. Gdyby nie Ty, to… nie chcesz wiedzieć co by się stało. 😀

  5. Odpowiedz

    IRRESA

    26 kwietnia 2011

    Hmm ciekawie, ciekawie… 😉 Tylko zauważyłam mały błąd. Mianowicie :

    – Myślałem, że jestem inna – stwierdził i rzucił mi je pod nogi odchodząc.

    Jak sądzę miało być :

    – Myślałem, że jesteś inna – stwierdził i rzucił mi je pod nogi odchodząc.

    Myle się? XD

  6. Odpowiedz

    ja

    28 kwietnia 2011

    Kiedy cd??:)

  7. Odpowiedz

    ja

    28 kwietnia 2011

    czyli już dzisiaj nie będzie;/ ehh no ok poczekam:)

    • Odpowiedz

      Miye

      29 kwietnia 2011

      Nie zupełnie tak to działa. Po prostu jak napiszę fragment to wrzucam, a że najczęściej piszę w nocy, to nowe rzeczy pojawiają się własnie wtedy.

  8. Odpowiedz

    mnnm

    30 kwietnia 2011

    🙁 przerwałaś w takim momencie i do tego nie pokazuje się dalej

    • Odpowiedz

      Miye

      30 kwietnia 2011

      Dzisiaj pewnie coś napiszę, wczoraj się do wyjazdu szykowałam i nie wyszło.

  9. Odpowiedz

    ja

    1 maja 2011

    mało!!! ;D

  10. Odpowiedz

    mnnm

    3 maja 2011

    szkoda, ze takie małe fragmenty się pojawiają ..

    • Odpowiedz

      Miye

      3 maja 2011

      Na razie dłuższych nie będzie. Do domu wracam dopiero w sobotę :).

  11. Odpowiedz

    ja

    3 maja 2011

    i karzesz nam tak czekać do tej soboty a żeby tu coś dłuższego wpadło?? jej przecież my uschniemy;)
    a może jednak zatroszczysz się o nas;D
    buziole

  12. Odpowiedz

    IRRESA

    4 maja 2011

    Dajcie dziewczynie odpocząć! Vicky przede wszystkim piszę dla swojej przyjemności, a teraz jest zajęta. ( pojechała do Szczecina beze mnie! 😀 > foch < ) Jej teraz co innego chodzi po głowie… 😛 A kawałek jak zwykle świetny! Znów jednak pozwolę sobie zauważyć mały błąd ( nie chcę się czepiać, chcę tylko żeby było poprawnie :)) Mianowicie :

    "zwłaszcza p otej historii"

    Chyba powinno być :

    "zwłaszcza po tej historii"

    ? 😀

  13. Odpowiedz

    Miye

    4 maja 2011

    Teraz jestem jeszcze gdzie indziej, nie ma to jak udana, przedłużona majówka! … a fragmenty pojawiają się codziennie, niestety musi chwilowo wystarczyć…

  14. Odpowiedz

    Corvidae

    6 maja 2011

    Bardzo interesujące opowiadanie 😉

    • Odpowiedz

      Miye

      6 maja 2011

      ooooo to Ty jeszcze żyjesz? nie odzywałeś się z milion lat!

      • Odpowiedz

        Corvidae

        12 maja 2011

        Żyję i zaglądam czasem w twój internetowy zakątek. Gdzieżbym zapomniał! Po prostu coś od dłuższego czasu zaniedbuje moje sieciowe Alter ego, przez co rzadziej mnie widać 😛 .

        Swoją drogą widzę, że ”Jak w bajce” nabrało bardzo ”serialowego” charakteru. Intrygi których nie powstydziłaby się Moda na sukces ;>

  15. Odpowiedz

    ja

    9 maja 2011

    e nooo

  16. Odpowiedz

    Wika ;]

    12 maja 2011

    Miye, opowiadanie świetne ;* Ale myślę, że powinni ” Wymknęłam się z pokoju, po CHICHU? schodząc po szerokich stopniach, podtrzymywana na duchu obietnicą, że Martin niedługo do mnie dołączy. ” Po ciuchy chyba :))

    • Odpowiedz

      Miye

      12 maja 2011

      „po cichu” akurat miało być, ale pisałam o 7 rano, więc wybacz! mhm 13:30… 6 i pół godziny snu to i tak nieźle jak na mnie 😉

      Corvidae: aż tak źle? Muszę przeczytać całość, bo już mi się miesza! Tylko myślę, że chyba gorzej niż w „Kropli Łez” z tymi intrygami to nigdzie nie będzie. XD

  17. Odpowiedz

    Wika ;]

    19 maja 2011

    Wybaczam :] hehe ;p Mnie się tam całość podobała ; )) Tylko teraz czekam na „córkę demona ‚pieśń ksieżyca i spodobał mi sie początek ‚muzyka duszy :))

  18. Odpowiedz

    IRRESA

    20 maja 2011

    Czy Ty sobie ze mnie Vicky żartujesz?! Że niby co?! Że chcesz to opowiadanie już skończyć?! Wiesz co… Mnie na takie rzeczy przygotowuje się psychicznie, a Ty z premedytacją je zakończyłaś. ;> Wrry!

    • Odpowiedz

      Miye

      20 maja 2011

      A co, zostały jeszcze jakieś nierozwiązane wątki? Bo zdawało mi się, że wszystkie pokończyłam *smile*

      Właśnie poprawiam Twoje opowiadanie. Brawo, coraz mniej błędów robisz i w sumie uwag też mam niewiele i dla miłej odmiany połowa tekstu nie jest pozaznaczana na czerwono. Każdy kolejny tekst, który piszesz jest coraz lepszy.

  19. Odpowiedz

    IRRESA

    20 maja 2011

    No… W sumie to wszystko jest skończone, ale… ale ja chciałam więcej tego opowiadania.: ) No, ale cóż.

    Wiesz co? Ja to i tak sądzę, że i ten cały „Kamień Czasu” nie specjalnie mi wyszedł… ;> Ty też tak masz, że na początku tekst, który napisałaś wydaje Ci się dobry, a potem, nagle kończy Ci się podobać? Bo ja tak. Ale to wkurzające uczucie… W każdym razie dzięki za pomoc, bo bez Ciebie to bym sobie ie poradziła. : )

  20. Odpowiedz

    Miras

    25 maja 2011

    Czytałem opowiadanko na raty (bo wielkie partie tekstu na monitorze to nie lada wyzwanie :D). Ładna telenowela, mocno kojarzy mi się z pewnym filmem, w którym pewna nastoletnia amerykanka (Amanda Bynes) jedzie do Londynu poznać swojego ojca, który okazuje się członkiem wyższych sfer (Colin Firth). Nie inspirowałaś się przypadkiem tym filmem? 😀

    Uważam, że wybrałaś dobry moment by zakończyć historię. Pewnie można takie opowieści ciągnąć w nieskończoność (na pewno Martin, Eric i ich rodzinka znaleźliby jakiś sposób by ciągle przyprawiać Marikę o nowy ból głowy), ale przecież nie o to chodziło. Wiem, że trudno rozstać się z postaciami, ale czasem trzeba podjąć „męską” decyzję, a tym przypadku trudno było o lepszy moment na zakończenie.

    Przyznam, że byłem bardziej zainteresowany Twoimi opowiadaniami fantasy, ale kiedy zaczynałem się zapoznawać z Twoją twórczością miałem taki nastrój, że koniecznie potrzebowałem czegoś lżejszego :D. No cóż… czas nadrobić zaległości 🙂

    • Odpowiedz

      Miye

      25 maja 2011

      Szczerze, jestem zdziwiona, że w ogóle coś mojego postanowiłeś przeczytać! Tak na przyszłość, z góry uprzedzę, że wszystko w dziale „inne” będzie z serii „amerykański high school”.

      Film chyba kojarzę. Masz na myśli „Czego pragnie dziewczyna”? Jeżeli tak, to zawsze go bardzo lubiłam, bo cóż… opowiada trochę o mnie. Kiedyś się nawet mocno namęczyłam, żeby „zdobyć” go na DVD, co wcale nie było proste. Co do czerpania pomysłów i inspiracji, to tyle książek czytam i tyle się naokoło dzieje, że po prostu pomysły pojawiają się w mojej głowie i mnożą milionami, a potem leży po dziesięć zaczętych i niedokończonych opowiadań. Tak więc nie jestem w stanie ściśle określić, co skąd przyszło, obiecuję jednak, że nic nie jest, nie było i nigdy nie będzie żadnym plagiatem.

      Gdybyś był zainteresowany przeczytaniem czegoś więcej, to moim „kochanym dzieckiem” są „Cztery Światy”. Jest to pierwsze, dłuższe opowiadanie, jakie zakończyłam i do tej pory moje ulubione.

      Dobrze, szok spowodowany Twoim komentarzem już trochę minął i mogę wrócić do zwykłej codzienności. *smile*

      hugs & kisses

      ~Vicky

      • Odpowiedz

        Miras

        25 maja 2011

        Oj nie przesadzaj 😛
        Chodziło mi dokładnie o ten film :D. Sam z resztą go lubię (podobnie jak inne tytuły z tymi aktorami). Absolutnie nie miałem na myśli żadnego plagiatu, inspiracje to nic złego – sam czerpię pełnymi garściami z filmów przy tworzeniu scenariuszy do sesji RPG.

        Swoją drogą to sam kiedyś zacząłem pisać coś w stylu „prestiżowe liceum” (ale z punktu widzenia chłopaka i z zaplanowanym wątkiem fantasy) i jestem w stanie sympatyzować z tym settingiem :D. Z resztą pochłaniam namiętnie anime z gatunku „szkolna komedia romantyczna”…

  21. Odpowiedz

    IRRESA

    18 czerwca 2011

    Więc jeszcze raz : dziękuję, że napisałaś to opowiadanie! *buziak*

  22. Odpowiedz

    Anne

    4 października 2011

    Jak romantycznie! Rzeczywiście, trochę jak w serialu, te intrygi… ^^ Ale nie jest źle! Wręcz bym powiedziała, że opowiadanie jest świetne, zresztą jak każda twoja twórczość. *uśmiech*

  23. Odpowiedz

    Alexisss

    4 stycznia 2012

    Powiem tylko jedno: CUDO .. Swietny pomysl ;D mam nadzieje bd pisac jeszcze bardzo duzo takich opowiadan ;. Weny zycze *

  24. Odpowiedz

    Rosalind

    4 lipca 2012

    Bardzo, ale to bardzo piękna opowiesc. W nie których momętach nawet sie poryczałam( taka juz ze mnie beksa przy romansach :>) Masz wielki, ale to wielki TALENT!!!!!!!! Po prostu ci go zazdroszcze 🙂 Będe brać z cb przykład przy każdym moim opowiadaniu, i sie starac tak samo jak ty rogularnie dawac notki i kontynułować stare!!!! Popysł ogolnie supeeeerrrrr. Pozdrawiam 😀

  25. Odpowiedz

    Thiallin

    22 lipca 2012

    Hart, moja droga autorko, to moze byc np hart ducha. Jesli mial to byc piekny mysliwski ulubieniec szanownego lorda to byl to chart! 😉

  26. Odpowiedz

    Mommo

    1 stycznia 2013

    heh po prosu jesteś genialna 😀 Bardzo mi się podobało .!

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS