Pamiętnik Smutnej Królewny

„Mała, smutna królewna, której rozbawić nigdy nie mógł nikt.

Mała, smutna królewna, której już dawno uśmiech z buzi znikł.”

z albumu

Natalii Kukulskiej

Dwa lata później…

Dwa lata mojego życia upłynęły jak w bajce. Miałam swojego księcia na białym koniu, najlepszą przyjaciółkę i nawet mama mniej pracowała, a częściej przebywała w domu. Co prawda tęskniłam za przyjacielem, ale widywaliśmy się w każde wakacje i ferie. To znaczy ja jeździłam, a raczej latałam samolotem do niego, do Anglii, ponieważ Daniel w Polsce nie bywał już wcale. Dzięki Gabrielowi poprawiły się także moje oceny, bo ze względu na niego nie korzystałam już z każdej nadarzającej się do zabawy okazji. Tak więc maturę zdałam śpiewająco i mogłam złożyć dokumenty na swoją wymarzoną filologię francuską, wiedząc, że z konkursu świadectw dostanę się bez problemu. Z najdłuższych wakacji swojego życia zamierzałam wyciągnąć ile tylko się da.

Gabriel od dwóch lat studiował na AWF’ie w mieście leżącym godzinę drogi samochodem od nas. Nie wynajął żadnej stancji, postanowił po prostu po każdych zajęciach wracać do domu. Jego rodzice trochę protestowali, ale on się uparł, więc w końcu jak zwykle go poparli, a ja dzięki temu byłam naprawdę szczęśliwa. Bardzo bałam się tego, że nasz związek stanie się takim na odległość i będzie to zwyczajnie nie do zniesienia.

W rodzinie mojego chłopaka zaszły także inne zmiany. Urodziła się mu malutka siostrzyczka. Po babci odziedziczyła romantyczne, Szekspirowskie imię – Julia. Złote włoski, niebieskie oczęta, dziewczynka była chodzącą rozkoszą, a kiedy podrosła na tyle, żeby zacząć obdarzać mnie mokrymi buziakami, zupełnie podbiła moje serce.

Teraz obydwoje mieliśmy wakacje. Zapowiadały się cudownie. Gabriel z pięcioboju przerzucił się głównie na jazdę konną i poza tym właściwie tylko brał udział w zajęciach na uczelni lub, od czasu do czasu, udowadniał mi jak kiepsko pływam. Teraz, z początkiem lipca, zapowiadało się naprawdę wiele różnorakich zawodów, z czym wiązały się wyjazdy, na które oczywiście zawsze zabierał mnie. Uwielbiałam podróżować, uwielbiałam konie i oczywiście uwielbiałam Gabriela. Spełniały się moje marzenia.

2 lipca, czwartek

Był piękny, słoneczny ranek. Lato w tym roku było naprawdę gorące, za to pod wieczór często pojawiały się burze. Jechaliśmy z Gabrielem do maleńkiej miejscowości o jakże uroczej nazwie – Miłosna. Odbywały się tam zawody w WKKW, co prawda ujeżdżenie nie było mocną stroną mojego chłopaka, ale Gabe uwielbiał wyzwania poza tym z nawiązką nadrabiał w skokach i krosie. Tak więc obydwoje mieliśmy pogodne nastroje i naprawdę doskonałe humory.

Nocowaliśmy w starym, zabytkowym pensjonacie, gdzie do posiłków podawano świeże zioła z własnego, wiejskiego ogródka. Niezwykle urokliwe miejsce. Biegałam po nim ciesząc się jak mała dziewczynka, zaglądając gdzie się da i uśmiechając do każdego, kogo spotkałam na swojej drodze.

Po obiedzie Gabriel zrobił mi niespodziankę i pożyczył drugiego konia, żebyśmy mogli pojeździć razem po lesie. Jego krnąbrny ogier, Promyk, jak zwykle rwał się do drogi. Zawsze zastanawiałam się nad genezą jego imienia. Był to potężnie zbudowany, czysto krwisty arab. Niezwykle rzadko spotyka się konie arabskie o maści całkowicie karej, Promyk więc należał do niezastąpionych wyjątków. Ja dostałam tarantowatego wałacha, o spokojnym charakterze i wiecznie głodnym spojrzeniu.

Las, zachodzące nad drzewami słońce, czego więcej można by sobie zamarzyć? Dallas, mój misiowaty towarzysz, po raz kolejny postanowił pokazać mi kto tu rządzi i najspokojniej w świecie zszedł sobie z wydeptanej ścieżki poskubać trochę trawy. Gabriel roześmiał się podjeżdżając do mnie.

– Nie na za dużo mu pozwalasz? – spytał rozbawiony.

– Ja mu na nic nie pozwalam! – warknęłam. – On tak sam robi!

– Robi tak, bo mu na to pozwalasz – tłumaczył cierpliwie Gabe, a ja zastanawiałam się czy przypadkiem już go brzuch ze śmiechu nie rozbolał. – Może go trochę rozruszamy? – zaproponował. – Pogalopuje za Promykiem.

Uśmiechnęłam się wesoło, poczułam przyjemny dreszcz emocji. Tak, galop, a nawet cwał to było coś na co zawsze byłam gotowa. Poluźniłam wodze i złapałam się łęku siodła, nie byłam na tyle dobrym jeźdźcem, żeby sama kierować koniem podczas galopu, a nie chciałam mu przypadkiem poszarpać pyska. Skinęłam głową, na znak, że jestem gotowa. Gabriel puścił się pędem przed siebie po leśnej ścieżce, a mój misiowaty Dallas natychmiast pognał za nim. Życie było cudowne!

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Kiedy wróciliśmy do pensjonatu byłam równie szczęśliwa co wykończona. Kolacje zjedliśmy już w swoim pokoju. Zaskoczyło mnie jak bardzo po takim leśnym spacerze jestem głodna. Kiedy Gabriel się najadł, zniknął w łazience, żeby wziąć prysznic, a ja po prostu miałam ochotę być z nim. Nieśmiało wśliznęłam się do łazienki. Stał już w samych spodniach. Spojrzał na mnie pytająco, odrobinę speszony.

– Mogę wykąpać się z tobą? – zapytałam patrząc w jego głębokie, niebieskie oczy.

– Jeżeli chcesz – uśmiechnął się do mnie, tym swoim chłopięcym uśmiechem, który zawsze niesamowicie na mnie działał.

Byliśmy parą od ponad dwóch lat, ale w dalszym ciągu nie minął etap odkrywania nawzajem swojego ciała. Nie mogłam sobie przypomnieć czy Gabriel widział mnie kiedyś rozebraną bardziej niż do bielizny. Teraz zapragnęłam, żeby zobaczył. Czasami po prostu był zbyt porządny. Podeszłam do niego oplatając ramionami jego szyję. Pocałowałam go, a on natychmiast odwzajemnił mój pocałunek. Kiedy zaczęłam go rozbierać, nie pozostawał mi dłużny. Weszliśmy razem pod prysznic. Woda była cudowna, ale nic nie dorównywało temu, że dotykałam niczym nie osłoniętej skóry Gabriela. Każdy jego najlżejszy, nawet przypadkowy dotyk, pobudzał mnie coraz bardziej. Wyraźnie widziałam, jak bardzo on również był podniecony.

Kiedy skończyliśmy kąpiel, delikatnie otulił mnie ręcznikiem, a dopiero potem sam się wytarł. Pisnęłam zaskoczona, kiedy wziął mnie na ręce. Roześmiał się. Oplotłam ramionami jego szyję.

– Kocham cię – mruknęłam mu do ucha.

– Ja ciebie też – odpowiedział poważnie wpatrując się w moje zielone, radosne oczy.

Patrzył na mnie pełnym uwielbienia i zachwytu wzrokiem. Nawet nie zorientowałam się, kiedy wylądowaliśmy w łóżku, na śnieżnobiałej, świeżo wyprasowanej pościeli. Spałam z Gabrielem wiele razy, dotykaliśmy się, ale nigdy jeszcze w ten sposób. To było coś cudownego, być przy nim w ten sposób, a ja pragnęłam coraz więcej i więcej. Chłopak także nie wytrzymywał. Czułam jego rosnące z każdą chwilą napięcie. Jego dłonie delikatnie błądziły po moim brzuchu, piersiach, w końcu i po intymnych miejscach. Nie przestawałam go całować. To było zupełnie tak, jakbym nim oddychała, jak bym potrzebowała go do życia. Był dla mnie powietrzem, chlebem i wodą. Jęknęłam z żalem, kiedy na chwilę oderwał się od moich spragnionych ust.

– Vicky, na pewno tego chcesz? – zapytał cicho, a ja potrafiłam dać mu tylko jedną odpowiedź.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Rankiem obudziło mnie zaglądające przez okno słońce. Byłam w cudownym nastroju. Leżałam w ramionach Gabriela, który czule mnie do siebie przytulał. On także już nie spał. Wpatrywał się we mnie z zachwytem w swoich jasnych oczach. Tak bardzo kochałam to spojrzenie! Pocałował mnie. Wtuliłam się w niego jeszcze bardziej.

– Kocham cię, Vicky. Jesteś moim słońcem – mruknął cicho, a ja promiennie uśmiechnęłam się, zupełnie jakby na potwierdzenie jego słów.

Delikatnie dotknął wargami mojej skroni, a potem wstał. Zaczął się pospiesznie ubierać.

– Dokąd idziesz? – zapytałam niezadowolona siadając.

– Muszę poprosić o czyste prześcieradło – uśmiechnął się do mnie przepraszająco – to wczoraj trochę pobrudziliśmy. Ubierzesz się w tym czasie, to zejdziemy na śniadanie, potem mam trening, a wieczorem jest kros. Mój paskudny brat obiecał, że się tobą zaopiekuje.

Gabriel skończył się ubierać i wyszedł z pokoju, obrzucając mnie ostatnim, tęsknym spojrzeniem. Przeciągnęłam się, ziewnęłam i odrzuciłam kołdrę. Skrzywiłam się na widok poplamionego krwią prześcieradła, ale już chwilę później uśmiechałam się na myśl, że to był mój pierwszy raz, że swoje dziewictwo straciłam właśnie z Gabrielem. Niemal boleśnie zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocham.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Po śniadaniu zaopiekował się mną Michał, młodszy brat Gabriela. Miał siedemnaście lat i był kompletnym przeciwieństwem brata, jedyne co ich łączyło to żywo niebieskie oczy i jasne, skręcające się w niesforne loczki włosy. Mimo to zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że rozumieliśmy się bez słów. Michał był molem książkowym, gorąco interesował się fantastyką, a w ogóle sportem, chyba, że pod uwagę wziąć bractwo rycerskie. Należał do osób małomównych i raczej unikał ludzi, ale mnie to po kilku miesiącach znajomości już nie dotyczyło. Byłam dziewczyną Gabriela i traktował mnie jakbym należała do rodziny. Cieszyło mnie, że zarówno dla niego jak i dla małej Julci, ani trochę nie jestem obca.

Po południu rozpętała się burza, która szybko przeszła w nieprzyjemny deszcz. Wielu ludzi wyniosło się jeszcze przed krosem, ale nas jakaś tam ulewa nigdy nie mogłaby odstraszyć. Tor wyścigu ustawiony był już od poprzedniego dnia i rano oglądaliśmy go razem z Gabem, teraz więc wiedzieliśmy jak się ustawić, żeby widzieć jak najwięcej przeszkód. Razem z Michałem mokliśmy w przeciwdeszczowych kurtkach, co ani odrobinę nie psuło naszej radości i dobrego humoru.

Gabriel miał jechać jako czwarty. Z daleka widziałam padok i niespokojnie wiercącego się Promyka. Nie mógł doczekać się biegu. Jemu deszcz i błoto ani trochę nie przeszkadzały. Zawodnicy jechali z lepszym lub gorszym czasem, aż w końcu nadeszła pora Gabe’a. Deszcz rozpadał się jeszcze mocniej. Niewiele było widać w jego strugach. Mimo to Promyk pędził przed siebie jak szalony, a nigdy nie idący na łatwiznę Gabriel wcale nie wybierał najłatwiejszej trasy. Bezbłędnie pokonali cztery pierwsze przeszkody, a potem cwałem popędzili między drzewa.

Nagle w powietrzu rozległ się krzyk, potem rozpaczliwe końskie rżenie, aż wreszcie wszystko ucichło, tonąc w strumieniach deszczu. Ludzie popędzili zobaczyć co się dzieje. Podjechała karetka. Zalała mnie fala paniki. Przestałam zdawać sobie sprawę z tego co się dookoła mnie dzieje. Chciałam tylko być z Gabrielem, wiedzieć, że nic mu nie jest. Wszystkie wydarzenia potoczyły się jak we śnie. Stałam przemoczona, w strugach deszczu, a Michał w milczeniu przytulał mnie do siebie, mocnym, stanowczym gestem. W jednej, krótkiej chwili cały świat przestał istnieć.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Następne godziny pamiętam jak przez mgłę. Jak mała dziewczynka, kurczowo trzymałam się Michała, dopóki nie przyjechała po mnie mama. Potem znalazłam się w samochodzie, a po cichej podróży w domu.

– Mamo, zadzwoń dowiedzieć się co z Gabrielem – poprosiłam cicho, kiedy tylko minęłyśmy próg. Sama zwyczajnie nie byłam w stanie tego zrobić.

Moja mama wyglądała na smutną i bardzo zmęczoną życiem.

– Zadzwonię – powiedziała niepewnie – ale wolałabym, żeby nie było cię przy tej rozmowie.

Skinęłam głową. Poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku. Błagałam, żeby nic mu się nie stało. Po kilkunastu minutach przyszła do mnie mama. W jej oczach lśniły łzy.

– Kochanie, tak mi przykro – wyszeptała cicho, siadając koło mnie. Usiadłam, spojrzałam na nią pytająco. Objęła mnie ramieniem. – Gabriel nie żyje. Umarł jeszcze zanim zdążyli go zabrać do szpitala.

Słyszałam słowa mamy jak przez mgłę. Nie docierało do mnie ich znaczenie. Siedziałam otępiała wpatrując się w ścianę. Mama tuliła mnie do siebie cicho płacząc, a ja nie byłam zdolna robić nawet tego. Czułam się jakby wszystko przestało istnieć. Nie zdawałam sobie sprawy, kiedy moja mama wstała. Przebrała mnie w piżamę. Posłusznie, w milczeniu, wykonywałam jej polecenia.

Potem leżałam w łóżku. Wpatrywałam się w ścianę. Wisiał na niej plakat z czarnobiała więżą Eiffla, który dostałam od Gabriela na moje siedemnaste urodziny. To było ponad dwa lata temu.

To nie możliwe! On nie może… nie! Ta wszechogarniająca pustka, którą w sobie czułam, ta rozpacz, to poczucie beznadziei. Gabe…

Płakałam przez większą część nocy, w końcu, nad ranem, zasnęłam zmęczona własnym łkaniem.

Lipiec…

Cały świat stracił sens. Wszystko było szare i mgliste. Zdechł złoty ptak moich marzeń, szczęście roztrzaskało się na kawałki, a życie straciło barwy. Rano przyszła do mnie Ola. Już słyszała. Nie odezwałam się do niej ani słowem. W ogóle nie wstałam z łóżka. W końcu poszła, zmęczona próbą pocieszenia mnie lub przynajmniej nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Potem miałam jeszcze innych gości, nawet nie wiem kogo. Mama nie wpuszczała ich do pokoju. Jak przez mgłę słyszałam dochodzące z dołu głosy. Strzępy koszmarnym rozmów echem odbijały się w mojej głowie.

„To był straszny wypadek, koń ugrzązł między drzewami…”; „Zmarł w wyniku doznanych obrażeń…”; „Konia też trzeba było uśpić…”; „Pogrzeb będzie w sobotę, czy przyjdzie pani z Wiktorią?”;

Miałam dość. Wyciągnęłam z plecaka mp3. Jęknęłam. To był ipod Gabriela. Nie odłożyłam go jednak. Wróciłam z nim na łóżko. Włączyłam muzykę na cały regulator i tak spędziłam resztę dnia. Kolejne wcale nie były lepsze. Nie jadłam, nie spałam, słuchałam głośnej muzyki i patrzyłam w pustkę.

W sobotę nie poszłam na pogrzeb. Nie potrafiłam się do tego zmusić, a mama nawet nie próbowała namawiać. Nie zdejmowałam piżamy, nie wychodziłam z łóżka. Całymi dniami leżałam wpatrując się w czarnobiałą wieżę Eiffla.

Ola odpuściła po dwóch tygodniach. Nie miała już siły do mnie przychodzić, a mnie i tak było wszystko jedno. Mama zmuszała mnie do jedzenia, namawiała do wstania, do wyjścia z domu. Nie chciałam. Nikt nie był w stanie mi pomóc, bo nikt nie potrafił przywrócić do życia Gabriela.

2 sierpnia, niedziela

Miesiąc minął i przepadł w pustce. Moja dusza roztrzaskała się na kawałki. Snułam się po domu jak cień. Pobladłam, ponieważ od czterech tygodni nie widziałam słońca. Zawsze byłam przyjemnie szczupła, ale teraz nie byłam w stanie jeść, więc stałam się po prostu chorobliwie chuda i wyraźnie ucierpiały na tym moje kobiece kształty.

Koło południa znalazła mnie mama. Bez słowa wcisnęła mi do ręki telefon. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Odłożyłam słuchawkę nie patrząc na numer. Zadzwonił jeszcze raz i kolejny. W końcu dźwięk stał się tak natrętny, że aż nie do wytrzymania. Odebrałam.

„Posłuchaj idiotko” – usłyszałam ze słuchawki ostry głos Daniela – „od miesiąca próbuję się z tobą skontaktować i nic! Na jutro masz wykupiony bilet i jeżeli nie wysiądziesz z tego samolotu to pojadę tam i osobiście skopię ci tyłek. Zrozumiałaś?”

Nie miałam siły ani ochoty z nim dyskutować. Tutaj czy tam, jaka to różnica…

– Tak – odpowiedziałam cichutko, mój głos był zachrypnięty, ponieważ Daniel był pierwszą osobą do której odezwałam się od miesiąca.

„Doskonale – mruknął – w takim razie widzimy się na lotnisku.”

3 sierpnia, poniedziałek

Rano spakowałam do plecaka co popadnie. Do sztruksowej torby na ramię włożyłam pamiętnik i ipoda Gabriela. Pierwszy raz od miesiąca ubrałam się i wyszłam z domu. Nie patrzyłam co na siebie wkładam. Było mi wszystko jedno. Miałam na sobie adidasy, podarte, niebieskie jeansy i czarną bluzę z kapturem, którą dostałam kiedyś od Daniela. Padał deszcz. Kiedy zamknęłam drzwi, szłam po prostu przed siebie, nie myśląc dokąd. Po kwadransie stałam przy obłożonym kwiatami grobie Gabriela. Po policzkach spływały mi łzy, mieszając się z kroplami deszczu.

– Kocham cię Gabe – wyszeptałam cicho. – Tak bardzo cię kocham…

Beznadzieja, wieczne pytanie dlaczego… Tak bardzo chciałam chociaż raz, ostatni raz znaleźć się w jego ramionach…

Stałam tak chyba z godzinę, wpatrując się w ozdobiony barwnymi kwiatami grób. Potem przyjechała po mnie mama.

– Wiktorio, tak bardzo martwiłam się o ciebie! Tak nagle zniknęłaś – westchnęła, przytulając mnie do siebie. – Chodź, bo spóźnisz się na samolot.

Objęła mnie ramieniem i poprowadziła w stronę samochodu. Ostatni raz odwróciłam się w stronę nagrobka. „Gabriel Andrzejewski, zmarł 2 lipca… Świeć Panie nad Jego Duszą…” – boleśnie kołatało się w moim umyśle. I to paskudne pytanie: „Dlaczego?!”.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Po południu wysiadłam z samolotu, na oddalonym kilkadziesiąt kilometrów od centrum Londynu lotnisku Luton. Kiedy czekający na mnie Daniel zobaczył moją smętną postać, po prostu mnie przytulił. Byłam wdzięczna, że nie zmusza mnie do żadnej rozmowy. Nie miałam ochoty się odzywać, a już na pewno nie chciałam mówić nic na temat śmierci Gabriela. Najwyraźniej, w odróżnieniu od wszystkich innych, on to zrozumiał.

Wsiedliśmy do wygodnego autobusu, który zawiózł nas do centrum miasta. Mama Daniela wynajmowała niewielkie mieszkanko na pograniczu pierwszej i drugiej strefy, więc stamtąd nie mieliśmy już daleko. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa, jednak sama obecność przyjaciela sprawiała, że było mi choć odrobinę lżej. Nie mam pojęcia dlaczego, ale czułam się z tego powodu bezsensownie winna.

Natalia, mama Daniela, przywitała mnie jak zwykle bardzo ciepło i serdecznie. Była energiczną, bardzo szczupłą kobietą przed czterdziestym rokiem życia. Wyglądała na naprawdę zmęczoną otaczającym ją światem.

– Dzień dobry ciociu – przywitałam ją tak jak przyzwyczaiłam się mówić od dzieciństwa (moja mama także służyła Danielowi za przyszywaną ciotkę, praktycznie od urodzenia), ale nie potrafiłam zdobyć się nawet na leciutki, smutny uśmiech.

Weszliśmy do środka i usiedliśmy przy drewnianym stole w niewielkiej kuchni, a kobieta natychmiast postawiła przed nami półmiski pełne różnorakiego jedzenia. Nie byłam w stanie jeść. Zmusiłam się, żeby cokolwiek skubnąć, a potem grzecznie przeprosiłam i wstałam od stołu. Całe mieszkanie składało się z maleńkiej łazieneczki, średniej wielkości kuchni i jednego, zagraconego pokoju. Wiedziałam jednak, że jak na Londyńskie warunki jest to naprawdę dobre miejsce. Większość Polaków po prostu wynajmowała pokoje, a o własnej kuchni czy łazience mogli jedynie pomarzyć, zmuszeni do dzielenia się nimi z całą kamienicą. Mieszkańcy tego prowizorycznego domostwa spali na materacach, a w dzień stawiali je pod ścianą, żeby zaoszczędzić jak najwięcej miejsca.

Weszłam do zastawionego rzeczami pokoiku i usiadłam pod ścianą. Oplotłam ramionami kolana, ukrywając w nich twarz. Przez okno wpadało barwne światło zachodzącego słońca. Na zewnątrz była piękna, letnia pogoda, co było naprawdę dziwną rzeczą jak na Londyn. Za to ironicznie, w Polsce przez cały ostatni miesiąc padało. Tak naprawdę byłam z tego powodu zadowolona. Nawet niebo postanowiło ze mną opłakiwać śmierć Gabriela.

Myślałam, że moje życie w Londynie ograniczy się do egzystencjonalnej pustki i depresji, tak samo jak było w Polsce, Daniel miał jednak w stosunku do mnie zupełnie inne plany. Wszedł do pokoju i bezceremonialnie usiadł po turecku naprzeciwko mnie.

– Ciocia przysłała mi twoje dokumenty – mruknął. – Złożyłem je na tutejszym uniwersytecie. Dostałaś się na filologię francuską i od października zaczynasz szkołę. Jutro rano tam pójdziemy, bo musisz podpisać umowę.

Podniosłam zaskoczona głowę. Spojrzałam na niego niedowierzająco, po chwili jednak odwróciłam wzrok.

– Nie zamierzam studiować – szepnęłam.

– Owszem zamierzasz – oznajmił, tak zwyczajnie jakby właśnie stwierdzał fakt, ze niebo jest niebieskie, a trawa zielona.

Nie poczułam nawet odrobiny zirytowania, które normalnie powinien wywołać taki komentarz. Było mi wszystko jedno.

– Coś jeszcze zaplanowałeś w związku z moim życiem? – zapytałam na powrót wtulając twarz we własne kolana.

– Tak – stwierdził, po prostu nie siląc się na żadne dalsze wyjaśnienia.

Westchnęłam.

– Jak sobie chcesz – mruknęłam stłumionym głosem.

To i tak nie miało znaczenia. Nic go ostatnio nie miało. W moich zielonych, wiecznie smutnych oczach, po raz niewiadomo który pojawiły się łzy.

4 sierpnia, wtorek

W tej zamyślonej, melancholijnej dziewczynie sama nie potrafiłam odnaleźć nic z dawnej Vicky. Bolało mnie to, że Daniel tak się o mnie martwił, dlatego od rana postanowiłam udawać, że wszystko jest w porządku. To była moja ostatnia przepłakana noc.

Rankiem zaczęłam przegrzebywać swoją torbę i plecak. Niejasno, jak przez mgłę, pamiętałam, że w domu wrzucałam do nich co popadnie i teraz, tak naprawdę nic sensownego  w bagażach nie było. Wzruszyłam ramionami. To także nie miało dla mnie znaczenia. Wyciągnęłam domowe, poprzecierane jeansy i niebieski top w delikatne białe paseczki. Kiedyś nigdy nie poszłabym w ten sposób ubrana do miasta, teraz było mi to obojętne.

Mamy Daniela już nie było w domu, do pracy wychodziła wraz ze wschodem słońca. Usiedliśmy z przyjacielem przy drewnianym, kuchennym stole, a ja znowu nie byłam w stanie ruszyć swojego śniadania. Niechętnie, wolno sączyłam zrobioną przez Daniela herbatę. Nie skomentował mojego niejedzenia, mimo, że przyglądał mi się, jakby chciał przejrzeć na wylot.

– Przebierz się, mówiłem, że wychodzimy – rozkazał stanowczo, kiedy sam skończył jeść.

– Idę tak – mruknęłam nie patrząc na niego.

Przez chwilę zagapił się na mnie zdumiony, a potem tylko skinął głową.

– Ok. jak sobie życzysz, bylebyś podpisała te cholerne papiery – westchnął.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Kiedy wyszliśmy z domu, Daniel opiekuńczo objął mnie ramieniem, a ja nie miałam nic przeciwko. Potrzebowałam jego bliskości, czyjejkolwiek bliskości w zamian za tą na zawsze mi odebraną. Zatrzymaliśmy się przed kawiarnią Starbucksa. Uwielbiałam Londyńską kawę i te papierowe kubeczki do wzięcia „na wynos”. Tym razem jednak nawet moje ukochane Latte mi nie smakowało. Cały świat był mi obojętny i pozbawiony jakichkolwiek barw.

Usiedliśmy na ławce w Regent Parku. Obojętnie patrzyłam na przecudnej urody, obsadzone kolorowymi kwiatami klomby. Daniel obejmował mnie leniwie, a ja wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. Z trudem powstrzymywałam napływające do oczu łzy. W pewnym momencie stanęła przed nami smukła, ładnie opalona brunetka. Swoim wyglądem przywodziła na myśl egzotyczną tancerkę.

– What the hell is going on? – warknęła bez cienia wstępu.

Mój angielski nie był doskonały, tyle jednak rozumiałam. Na twarzy Daniela pojawiła się konsternacja. Potem uśmiechnął się arogancko, żeby ją ukryć.

– Przepraszam – mruknął – na śmierć o niej zapomniałem. – Nie wstając z ławki i nawet nie przestając mnie obejmować, wyzywająco spojrzał na brunetkę. – This is my best friend from Poland, Vicky – przedstawił – Vicky, meet Sara, my girlfriend.

Odrobinę zaskoczona przyjrzałam się stojącej przede mną piękności. Nie spodziewałam się, że Daniel będzie miał dziewczynę, ponieważ kiedy przyjeżdżałam, nigdy żadnej nie miał. Zdałam sobie sprawę, jak bezsensowne było moje założenie. Nie polubiłam Sary, za bardzo przypominała mi mnie samą, postanowiłam jednak, że przez wzgląd na Daniela będę dla niej miła. On w końcu tolerował mojego Gabe’a… Podniosłam na nią wzrok.

– Hello – przywitałam się uprzejmie.

Ona jednak zupełnie mnie zignorowała.

– So here we have your “different plans”? – zapytała wściekle świdrując chłopaka wzrokiem.

– Exactly – odpowiedział, a z jego twarzy ani na moment nie zniknął leniwy, koci uśmiech.

Sara prychnęła i dumnym krokiem oddaliła się przez parkową alejkę. Byłam przekonana, że liczyła na to, że Daniel pobiegnie za nią. On jednak nie ruszył się z miejsca.

– No to mam ją z głowy na resztę dnia – mruknął najwyraźniej bardzo z tego powodu zadowolony.

Zaczęłam się zastanawiać czy fakt, że o niej zapomniał nie był jednoznaczny z „zapomniałem z nią zerwać”. Zawsze bawiły mnie krótkie, burzliwe związki mojego przyjaciela. Tym razem obserwowanie tego nie sprawiło mi jednak zwyczajowej, dziecięcej radości. Zrobiło mi się przykro. Całą sobą zapragnęłam, żeby chociaż jemu się w życiu ułożyło.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Załatwiliśmy podpisanie dokumentów na uczelni, chociaż i tak byłam przekonana, że nie będę uczęszczała na ten uniwersytet. Zrobiłam to dla mamy i Daniela, żeby chociaż przez chwilę nie musieli się o mnie martwić. Wieczorem przyjaciel zostawił mnie samą w towarzystwie książki. Pracował na recepcji w oddalonym o dwie ulice hotelu. Najczęściej miał tam nocne zmiany. Położyłam się na materacu przytulając do siebie poduszkę i zaczęłam czytać „Błękitny Zamek” Lucy Maud Montgomery, który zawsze mnie do tej pory pocieszał. Bardzo żałowałam, że nie zadziała i tym razem.

5 sierpnia, środa

Obudziłam się wcześnie rano i nie mogłam ponownie zasnąć. Ciocia Natalia, mama Daniela szykowała się właśnie do pracy. Przywitała mnie wesołym uśmiechem. Zjadłyśmy razem śniadanie, a potem zaproponowała mi, żebym poszła odebrać jej syna z pracy. Nie miałam nic przeciwko. Wyszłyśmy razem, pokazała mi hotel, a potem zniknęła w tunelu metra, zostawiając mnie samą.

Kiedy weszłam do dużego, hotelowego holu, w oczy natychmiast rzucił mi się kontuar recepcji. Stojący za nim Daniel szykował się do wyjścia. Zdziwił się na mój widok. Widziałam, jak szeroko się uśmiechnął. Ja też nie potrafiłam się nie uśmiechnąć. Jeszcze nigdy dotąd nie widziałam mojego przyjaciela w garniturze.

– Cześć wredoto – przywitał się wesoło. – Poczekaj chwilę, muszę się przebrać – powiedział, wskazując mi obite zielonym pluszem fotele, a sam zniknął w przylegającym do recepcji pomieszczeniu, zastąpiony przez wysokiego, lekko czerwonego na twarzy kolegę.

Usiadłam wygodnie, chwytając pierwsze z brzegu czasopismo. Bez zainteresowania zaczęłam przeglądać kolorowe ubrania. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam głowę, tylko po to, żeby napotkać wkurzone, nienawistne spojrzenie Sary. Wzruszyłam ramionami, wracając wzrokiem do gazety. Kompletnie nie obchodziła mnie ta dziewczyna i nie miałam zamiaru mieszać się w sprawy pomiędzy nią a Danielem. Ona jednak była innego zdania.

– Oh, we met yesterday, are we? – zaczęła siadając obok mnie ze słodkim, ujmującym uśmiechem na twarzy. – You are a friend of Daniel, Vicky, right?

Najwyraźniej postanowiła zmienić taktykę, skoro poprzednia nie zadziałała. Westchnęłam. Od dawna już nie bawiły mnie te gry. Niechętnie skinęłam głową, nie odzywając się do niej.

– Are you waiting for him? – zadała oczywiste pytanie.

– Yes, I am – odpowiedziałam ponuro.

Błagam Daniel, streszczaj się, nie zostawiaj mnie z nią samej, dodałam ponaglająco w duchu. Coraz bardziej jej nie lubiłam. Na szczęście mój przyjaciel przyszedł dosyć szybko. Jego wesołość natychmiast ulotniła się na widok Sary. Dziewczyna ostentacyjnie zarzuciła mu ręce na szyję, całując go w usta. Wyraźnie starała się zaznaczyć, że to jej prywatna własność.

– What are we doing today? – zapytała wesoło uczepiwszy się jego ramienia.

– Im going with Vicky to Camden – odpowiedział wyraźnie podkreślając moje imię.

– Oh! Cool! I will go with you! Shopping is what I like – wykrzyknęła entuzjastycznie, z zadowoloną miną, nie odsuwając się ani na milimetr od chłopaka.

Daniel obrzucił ją ponurym spojrzeniem, ale nie skomentował. Cudownie! Wycieczka w towarzystwie nowej dziewczyny mojego przyjaciela. Spełniały się moje marzenia. Byłam jednak jakoś dziwnie przekonana, że niestety nie pozwoli mi zostać w domu.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Camden Town, byłam przekonana, że gdyby nie sytuacja, w której się znalazłam, pokochałabym to miejsce całym sercem. Kiedy tylko opuściliśmy stację metra, w oczy rzuciły mi się różnobarwne kramy i stragany. Namioty pełne hinduskich chust i sukien, budki z chińskim jedzeniem, sklepy z gotyckimi strojami. Wszystko wyglądało tak, jakby w bajkowym miasteczku trwał wieczny karnawał. Uczepionej ramienia mojego przyjaciela latynoskiej piękności nie zamykała się buzia. Byłam szczęśliwa, że niezbyt wiele rozumiem z tego co mówiła. Zastanawiałam się w duchu, czy Daniel mocno się na mnie pogniewa, jeżeli wyciągnę mp3. Nie miałam ochoty na słuchanie wesołej paplaniny, a już na pewno nie tej wydobywającej się z ust rozszczebiotanej Sary.

Usiadłyśmy przy drewnianym stole, a Daniel przyniósł dla nas smażony makaron z dodatkami. Zawsze lubiłam chińskie jedzenie, ale mój żołądek nie miał ochoty nawet na to. Siedziałam w milczeniu, bawiąc się swoim jedzeniem. Mimo otaczających mnie cudowności, myślałam tylko o tym, kiedy wreszcie znajdę się w domu. Chciałam być sama. W końcu, zrezygnowana, zaczęłam przysłuchiwać się temu co mówi Sara. Z lubością krytykowała mój wygląd. Moje potargane włosy, podarte, jeansy i wyblakłą od prania koszulkę. Z przykrością stwierdziłam, że ona sama wygląda idealnie. Letnia mini spódniczka, odsłaniający połowę brzucha top i sandałki z cienkich, skórzanych pasków. Była naprawdę piękna i z pewnością nie brakowało jej wyczucia smaku. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę jest mi tak bardzo wszystko jedno. W każdym razie od tego co usłyszałam, poczułam się tylko jeszcze gorzej. Zresztą dla kogo niby miałabym się stroić? Nie miałam już swojego Gabriela…

Po posiłku weszliśmy do wielkiego namiotu, pełnego indyjskich ubrań i ozdób. Spodobały mi się barwne hinduskie chusty. Zawsze uwielbiałam wszelkiego rodzaju szale. Sara natychmiast zaczęła przymierzać jakąś sukienkę zmuszając Daniela, żeby komentował jej wygląd. Patrząc na tą dwójkę, poczułam jak coś we mnie pęka. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Po cichu wysunęłam się z namiotu i puściłam pędem w wąską alejkę, pomiędzy stylizowanymi na XIX wieczne sklepikami.

Zatrzymałam się dopiero, kiedy minęłam kilka kolejnych zakrętów. Byłam w labiryncie brukowanych uliczek. Nareszcie mogłam spokojnie odetchnąć. Nie miałam nic przeciwko towarzystwu mojego przyjaciela, ale nie wtedy, kiedy była przy nim Sara. Sklepy kusiły swoimi wystawami. Stałam przed pomalowaną na ciemną zieleń witryną jakiegoś sklepiku z antykami. Przez szybę patrzyła na mnie smutnym wzrokiem porcelanowa lalka, w ciemnozielonej sukni. Miała takie dziecięce spojrzenie, a jednocześnie była naprawdę piękna. Chabrowe oczy, złote loczki, ciemnozielona, aksamitna suknia. Natychmiast pomyślałam o małej Julce, młodszej siostrzyczce Gabriela. Weszłam do środka zapytać ile kosztuje. Mimo, iż byłam pewna, że sporo przepłaciłam, wyszłam ze sklepu jako szczęśliwa właścicielka porcelanowej lalki. Już wolnym krokiem, zupełnie spokojnie, zagłębiłam się w alejce snując się od wystawy do wystawy, oglądając przedziwne, prezentowane tutaj przedmioty.

W końcu wyszłam na główną ulicę, mijając wabiące barwnymi neonami kluby. Ludzie w Camden Town byli tak samo niesamowici jak sklepy. W tłumie co chwilę widać było różnokolorowe, sterczące irokezy, zarówno u kobiet jak i mężczyzn, oraz trzy ulubione barwy „rasta”. Do tego byli tu przedstawiciele narodowości niemal całego świata. Uśmiechnęłam się na myśl, że z pewnością, nikt nie zwróci uwagi na moją wyblakłą koszulkę i wytarte jeansy. W tym miejscu było mi naprawdę dobrze.

Zmęczona stanęłam na przystanku autobusowym. Miałam nadzieję, że Daniel się o mnie nie martwi. Zamierzałam po prostu wrócić do domu. Z daleka rozpoznałam, siedzącą na murku, Sarę. Chciałam się schować, ale zauważyłam, że dziewczyna, skulona, chowa twarz w dłoniach. Podeszłam do niej niechętnie. Kiedy zorientowała się, że nad nią stoję, podniosła zapłakaną twarz.

– What do you want from me?! – rzuciła poprzez łzy.

– What happend? – zapytałam, wysilając się na w miarę zrozumiałą angielszczyznę.

Zerwała się z miejsca. Popatrzyła na mnie z nienawiścią, szpecącą śliczną twarz.

– He broke up with me! It’s your fault! It’s all your fault! – wykrzyknęła rozpaczliwie, a potem odepchnęła mnie i uciekła.

Przeklęłam w duchu. Nie mogłam jej tak po prostu zostawić, nie w takim stanie. Cholerny Daniel! Dlaczego musiał bawić się akurat dzisiaj? Bez namysłu puściłam się pędem za znikającą w zaułku dziewczyną.

Uliczka na którą wyszłam była niemal zupełnie pusta. Przeszłam całą i wyjrzałam za róg. W brukowanej alejce coś się działo. Sara cofała się pod ślepą ścianę jakiegoś budynku, odsuwając się od zagradzających jej drogę chłopaków. Obydwaj wyglądali iście jak wyrzutki społeczne. Jeden był szczupły i bardzo wysoki, miał czerwonego, okazałego irokeza i cały był w kolczykach, drugi, ubrany na czarno, trzymał w ręku do połowy opróżnioną butelkę, najwyraźniej z jakimś alkoholem.

– Hej, laska, nie rozumiesz po ludzku? – złościł się punk. – Chcemy z tobą miło pogadać… no co jest? – mówił do pobladłej na twarzy, śmiertelnie przestraszonej Sary.

Zebrałam się w sobie. Polacy plagą zalewali Londyn. Byli dosłownie wszędzie. Nie mogłam jej tak zostawić. Raźnym krokiem, z podniesioną głową, weszłam w wąską uliczkę.

– Co chcecie od mojej koleżanki? – zapytałam.

– O! Nasza! – zawyli radośnie.

– Nudzimy się – mruknął ten ubrany na czarno. – Nie macie trochę czasu?

– Innym razem – odpowiedziałam pospiesznie, biorąc Sarę za rękę i oszołomioną ciągnąc w stronę skąd przyszłam.

Mieli zawiedzione miny, ale pozwolili nam przejść. Zatrzymałam się dopiero na głównej ulicy. Sara w dalszym ciągu wyglądała na przestraszoną. Spuściła wzrok.

– Thanks… – powiedziała cicho.

– Lets find Daniel, please – odezwałam się tylko, nie mając ochoty z nią rozmawiać, nie chciałam też jednak zostawiać dziewczyny samej w takim roztrzęsionym stanie, uznałam, że przynajmniej powinniśmy odprowadzić ją do domu.

Podała mi swoją komórkę i pozwoliła zadzwonić. Daniel odebrał dopiero za siódmym razem. Odezwał się nieprzyjemnym głosem, myśląc, że to Sara do niego wydzwania. Kiedy usłyszał, że to ja, natychmiast zmienił swój ton. Teraz był jeszcze bardziej wkurzony.

„Gdzie ty do cholery jesteś?! Wszędzie cię szukam!” – wrzasnął na mnie.

– Czekamy na przystanku autobusowym – oznajmiłam, po czym rozłączyłam się i podałam telefon Sarze.

Daniel pojawił się po kilku minutach. W jego miodowych oczach płonął ogień.

– Ty kretynko, co ty sobie myślisz?! – warknął na mnie.

Spojrzałam na niego chłodno, ale nic nie odpowiedziałam. Wzruszyłam tylko ramionami.

– Możemy odprowadzić Sarę do domu? – zapytałam spokojnie.

Niechętnie skinął głową. Obrażony wsiadł z nami do czerwonego, dwupiętrowego autobusu. Usiedliśmy na górze. Żadne z nas nie miało ochoty się odzywać. Patrzyłam na uciekające za oknem ulice Londynu. Mimo absurdu sytuacji, naprawdę podobała mi się taka przejażdżka.

Wysiedliśmy przy Sainsbury’m na Fellows Road, stamtąd było już do naszej kamienicy bardzo blisko. Odprowadziliśmy Sarę do domu. Kiedy tylko dziewczyna zniknęła za drzwiami mieszkania, Daniel odetchnął z ulgą. Potem spojrzał na mnie, a ja wiedziałam, że w dalszym ciągu jest wściekły.

– Co to miało być? Dlaczego zniknęłaś? – zapytał już w miarę spokojnym głosem, kiedy tylko odeszliśmy kawałek od kamienicy, w której mieszkała dziewczyna.

– Miałam dość – powiedziałam cicho. – Po prostu miałam dość.

– Czego? – zapytał, a w jego głosie wyczułam bolesny smutek. – Mojego towarzystwa?

– Nie Daniel, patrzenia na ciebie i Sarę razem – westchnęłam.

Chłopak prychnął, ale nie skomentował. Po krótkiej chwili milczenia zatrzymał się na środku chodnika. Objął mnie ramieniem, przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w niego, oplatając go w pasie rękami.

– Nigdy więcej mi tak nie znikaj – mruknął cicho. – Martwiłem się o ciebie.

– Dobrze, nie będę – odpowiedziałam odsuwając się od niego odrobinę. – Chodźmy do domu – poprosiłam.

Westchnął. Objął mnie ramieniem.

– Jak podobało ci się Camden? – spytał zmieniając temat.

– Bardzo – odpowiedziałam uśmiechając się odrobinę.

– Kupiłaś coś przynajmniej?

– Tak, lalkę na prezent – oznajmiłam, przypominając sobie, jak zadowolona jestem z tego zakupu. – Było jej samej na wystawie smutno – zażartowałam – pokażę ci w domu.

– Ja też coś dla ciebie mam – stwierdził zdejmując plecak i wyciągając z niego reklamówkę.

W środku była szmaciana torba na ramię z postaciami z Nightmare Before Christmas. Pisnęłam radośnie, zarzucając przyjacielowi ręce na szyję. Pocałowałam go w policzek. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio wykrzesałam z siebie tyle entuzjazmu. Moje życie powoli zaczynało się na nowo.

6 sierpnia, czwartek

Obudziłam się rano, czując w sobie olbrzymią, niemal namacalną, pustkę. Czy tak miało być już zawsze? Nie czułam jej tak boleśnie w sobie, tylko w momencie, kiedy w pobliżu był Daniel. Teraz jednak chłopak był w pracy, a ja zostałam ze swoim podłym samopoczuciem sama. Moje czarne wizje przerwał dobiegający z kuchni hałas. O tej porze nikogo nie powinno być już w mieszkaniu. Mój przyjaciel miał dzisiaj dzienną zmianę, a ciocia Natalia zazwyczaj wychodziła do pracy bladym świtem. Odrobinę przestraszona wyjrzałam z pokoju. Mama Daniela krzątała się po kuchni. Uśmiechnęła się na mój widok.

– Napiszesz się kawy? – zapytała pogodnie, zdejmując z suszarki drugi kubek.

– Chętnie – powiedziałam siadając na jednym z drewnianych krzeseł. – Ciociu, co tak późno robisz w domu?

– Wzięłam sobie na dzisiaj wolne – oznajmiła poważnie. – Muszę chociaż trochę odpocząć. Poza tym – uśmiechnęła się do mnie nieco figlarnie – miałam nadzieję, że wreszcie spełni się moje marzenie i będę miała z kimś iść do zoo. Mojego syna nie dało się namówić – westchnęła teatralnie.

– Dobrze ciociu, z przyjemnością z tobą pójdę – powiedziałam odwzajemniając jej uśmiech.

Z ulgą zdałam sobie sprawę, że nie muszę Natalii okłamywać, bo naprawdę miałam ochotę z nią pójść. Wycieczka do zoo wydawała się w tym momencie rewelacyjnym pomysłem.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Londyński ogród zoologiczny znajdował się w północnej części Regent Parku, czyli tak naprawdę tuż pod naszym domem. Powierzchnię czternastu hektarów zamieszkiwało ponad sześćset pięćdziesiąt różnych gatunków zwierząt, między innymi: pingwiny, słonie, mrówkojady, małpy, żyrafy, kangury, warany i mnóstwo innych. Całe to tałatajstwo zdecydowanie warte było naszej uwagi. Chodziłyśmy z ciocią Natalią po parku zajadając różową watę cukrową. Dawno tak dobrze się nie bawiłam jak w jej towarzystwie.

– Mam do ciebie prośbę, Wiki – odezwała się nieśmiało Natalia, kiedy wracałyśmy do domu. – Wiem, że ci ciężko, ale nie odpychaj go od siebie tak od razu, daj mu szansę.

– Co masz na myśli, ciociu? – spytałam nie bardzo wiedząc o co jej może chodzić.

– Mówię o moim synu, jest w tobie zakochany po uszy, chyba od zawsze – westchnęła kobieta.

Spojrzałam na nią niedowierzająco.

– Żartujesz, prawda?

– Więc w ogóle tego nie zauważyłaś? – roześmiała się kobieta. – Zastanów się przez chwilę. Za każdym razem kiedy miałaś przyjechać zostawiał swoją aktualną dziewczynę, o żadnej nie myślał na poważnie. Zawsze tylko ty byłaś dla niego ważna, Wiki. Po prostu daj mu szansę, niczego więcej od ciebie nie wymagam. Przemyśl to proszę.

Wróciłam do domu pogrążona we własnych myślach. Daniel? Nie, to nie było możliwe… Natalia coś sobie ubzdurała. Byliśmy po prostu przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi, ale nikim więcej. Kiedy jednak przypomniałam sobie ten pocałunek sprzed dwóch lat… Nie! Zdecydowanie nic więcej nas nie łączyło! Poza tym to nie było by fair… nie wobec Gabriela… Czułam, że zwyczajnie nie mam prawa być kiedykolwiek szczęśliwa. Nie, kiedy go ze mną nie ma.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Po południu wyszłam na samotny spacer. Miałam ochotę posiedzieć trochę na Primrose Hill i podziwiać z wysoka unikalne piękno Londynu. Chciałam też przez chwilę pobyć sama. Kiedy weszłam na wzgórze, na jednej z białych, drewnianych, pustych o tej porze dnia, ławek siedziała skulona postać. Z trudem rozpoznałam w niej Sarę. Miała wygniecione ubranie, a jej piękne, zazwyczaj lśniące włosy były teraz matowe i w nieładzie. Zawahałam się. Właściwie nie miałyśmy o czym rozmawiać, ale coś, jakaś bijąca od niej aura smutku, zmusiła mnie, żeby do niej podejść.

– Hi – przywitałam się, zwracając na siebie uwagę dziewczyny.

Podniosła na mnie wzrok. Przez chwilę patrzyła niechętnie, a potem jej ciemnobrązowe, migdałowe oczy rozjaśniły się nadzieją. Odsunęła się, robiąc mi miejsce na ławce. Usiadłam obok niej, nie do końca będąc pewną, czego Sara ode mnie oczekuje.

– You are his friend, aren’t you? – powiedziała cicho. – Could you help me, please? – zapytała błagalnie. – I just wanna talk to him… nothing more… I even don’t understand what has happend.

– I don’t know – odpowiedziałam nie będąc pewna, czy jestem w stanie pomóc w jakikolwiek sposób dziewczynie. – He never used to listen to me. But I can try… – westchnęłam w odpowiedzi na jej zawiedzione spojrzenie.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Pół godziny później stałyśmy pod hotelem, w którym pracował Daniel. Kiedy wreszcie wyszedł z budynku, uśmiechnął się na mój widok. Potem przystanął zaskoczony, zobaczywszy także Sarę.

– Co ona tu robi? – warknął na mnie nieprzyjaźnie.

Wiedziałam, że to się tak skończy. Zbyt dobrze go znałam. Postanowiłam jednak, że będę brnęła w to dalej. Najwyżej przyjaciel jeszcze bardziej się na mnie pogniewa.

– Chciała z tobą porozmawiać – oznajmiłam spokojnie, patrząc mu wyzywająco w oczy,

Zdziwiłam się, kiedy zamiast gniewnych słów, zobaczyłam na jego twarzy lekki uśmiech.

– Ok. załatwię to – oznajmił – ale potem wrócimy do domu, a ty poświęcisz mi całą swoją uwagę. Umowa stoi?

Skinęłam głową, zbyt zaskoczona jego spokojną reakcją, żeby protestować. Daniel zabrał Sarę i zniknęli za rogiem, w hotelowym ogrodzie, a ja zostałam sama. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Zaczęłam się zastanawiać co oni właściwie mają sobie do powiedzenia, że tyle to trwa. Wstałam i przeszłam równiutko ułożonym chodnikiem do rogu budynku. Nie chciałam się wtrącać, ale nie uśmiechało mi się przesiedzieć tam kolejnej godziny. Usłyszałam podniesione głosy i żywiołową rozmowę.

– But why? – zapytała ze łzami w oczach Sara. – All was fine till… – spojrzała lśniącymi od powstrzymywanego płaczu oczami w miodowe oczy Daniela – till she arrived! – Zacisnęła usta w wąską linię. – It always was Her, am I right?

Daniel odwrócił się od dziewczyny. Jego ramiona lekko opadły. Westchnął.

– Yes – odpowiedział cicho. – Im sorry, Sara. I love Her, I always did. There is nothing more I care about.

Dziewczyna pokręciła głową. Obrzuciła Daniela ostatnim, tęsknym spojrzeniem, a potem, dumnie odeszła pokrytą drobnym żwirem ścieżką. Cofnęłam się po cichu kilka kroków. Miałam w głowie kompletny mętlik. Kiedy nabrałam pewności, że Daniel mnie nie usłyszy, puściłam się pędem mało uczęszczaną ulicą w stronę parku. Chciałam być teraz sama. Po tym co usłyszałam, nie byłam pewna, jak dam radę spojrzeć przyjacielowi w oczy.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Słońce już zupełnie zniknęło za horyzontem, kiedy zdecydowałam się wreszcie wrócić do domu. Z ulgą weszłam do pustego mieszkania. Natalii nie było, Daniela najwyraźniej też nie. Pospiesznie zaczęłam pakować swoje rzeczy do podróżnego plecaka. Gdybym się pospieszyła, jeszcze dziś mogłabym się załapać na autobus do Polski. Zawsze na ostatnią chwilę były jakieś wolne miejsca. Niemal kończyłam składać ubrania, kiedy do pokoju wszedł Daniel. Popatrzył na mnie obojętnie. Stanął luzacko opierając się o framugę otwartych drzwi.

– Co znowu? – zapytał zrezygnowany.

– Wracam do domu – odpowiedziałam dopinając plecak.

– Nie – oznajmił spokojnie.

– Daniel, przepraszam – westchnęłam podnosząc na niego wzrok. Moje żywo zielone oczy spotkały się z jego miodowymi. – Nie radzę sobie sama ze sobą. Chcę być w domu.

– Nie – powtórzył stanowczo. – Zostajesz tutaj.

– Ale… – zaczęłam.

– Zostajesz i tyle – przerwał mi podchodząc bliżej.

Ukucnął przy mnie na dywanie. Jego spojrzenie przestało być obojętne. Stało się intensywne i niemal bolesne. Nie wytrzymałam. Musiałam odwrócić wzrok.

– O co chodzi? – zapytał. – Znowu mi zniknęłaś. Przecież było dobrze…

– Daniel… – zaczęłam cicho, wiedząc, że najlepiej będzie zdobyć się na szczerość, mimo, iż wcale nie przychodziło to łatwo. – Czy ty mnie kochasz? – zapytałam nie patrząc na niego.

– Przecież wiesz, że tak – mruknął, delikatnym, ale stanowczym gestem podnosząc mój podbródek, tak, żebym musiała spojrzeć mu w oczy.

Złapałam go za rękę, ale tym razem nie spuściłam wzroku.

– Nie o tym mówię – westchnęłam. – Pytam, czy jesteś we mnie zakochany.

Westchnął. Usiadł przy mnie.

– To nie ma znaczenia – oznajmił cichym, ale stanowczym głosem.

– Jak to nie ma? – zapytałam. – Daniel, jeżeli…

– Cicho! – przerwał mi w połowie zdania. – Nawet, jeżeli coś do ciebie czuję, to fakt, że się o tym dowiedziałaś, nie powinien nic między nami zmienić, prawda?

– Ale… – zaczęłam.

– Nie, Vicky! – niemal warknął. – Po prostu nie! – dodał nieco spokojniej. Patrzył mi prosto w oczy, wyzywająco, przeszywając na wylot moją duszę. – Jesteś dla mnie ważna, najważniejsza na świecie i cię nie puszczę. Nie będziesz sobie radziła sama. Nawet, jeżeli jestem w tobie zakochany, to wcale nie oznacza, że masz obowiązek odwzajemniać to uczucie. Rozumiesz? – zapytał nie odwracając wzroku. Wpatrywał się we mnie dopóki nie skinęłam głową. W moich oczach zalśniły łzy. – Jesteśmy przyjaciółmi i nimi zostaniemy – stwierdził przysuwając się bliżej i obejmując mnie ramieniem.

Wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. To był ciągle ten sam Daniel. Mój Daniel, mój najlepszy przyjaciel. Przy nim zawsze było dobrze i nic na świecie nie mogło tego zmienić.

7 sierpnia, piątek

Tej nocy śnił mi się Gabriel. To był smutny sen, ale nie bolał tak jak wszystkie poprzednie. Po prostu odszedł, ale tym razem ja nie zostałam zupełnie sama. Obudziłam się ze świadomością, że muszę sobie jakoś dać radę. Nie dla mamy, nie dla Daniela, ale dla siebie samej. To był pierwszy dzień mojego nowego życia. Nie zamierzałam zapomnieć o Gabrielu, to było niemożliwe, postanowiłam jednak, że zostaną mi tylko te dobre, cudowne wspomnienia, bo tak właśnie chciałam go zapamiętać. Na zawsze.

Kiedy wygrzebałam się z pościeli, Daniela już nie było. Przeciągnęłam się ziewając. Kolejny dzień miałam spędzić sama. Cieszyłam się z tego. Musiałam przemyśleć wiele rzeczy. Od poniedziałku mój przyjaciel miał dwa tygodnie wolnego. Planowaliśmy wycieczkę nad morze, a ja naprawdę, całym sercem chciałam wyrwać się z marazmu, który mnie ogarnął. Pragnęłam znowu się uśmiechać. Marzyłam o tym, żeby być szczęśliwa. Dla Gabriela i dla siebie samej.

Ubrałam się i zjadłam lekkie śniadanie. Zdziwiłam się jak bardzo przez ten miesiąc mój żołądek przestał być tolerancyjny. Nie byłam w stanie wcisnąć w siebie nic większego od miseczki płatków. Kiedy skończyłam zmywać naczynia, usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam nieco zaskoczona. W progu stała Sara. Nie wyglądała już na ani trochę załamaną. Teraz na myśl przywodziła modelkę z okładki kolorowego czasopisma. Idealna fryzura, modne ubranie i elegancka torebka. Tylko lekko zaczerwienione policzki świadczyły o tym, że czymś się przejmowała.

– May I come in? – zapytała i nie czekając na odpowiedź wepchnęła się do środka.

– Yes, sure – odpowiedziałam zastanawiając się czego tym razem może ode mnie chcieć.

Zamknęłam za nią drzwi i zaprosiłam do kuchni. Stanęła na środku pomieszczenia, wpatrując się we mnie natarczywie. Jej brązowe oczy płonęły.

– You are so silly! – niemal wrzasnęła na mnie. – Why do you reject him? He is crazy loving you moron! He always did!

Mówiła z gorliwością godną lepszej sprawy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ta dziewczyna naprawdę lubiła Daniela i najwyraźniej nie chodziło tylko o to, że się jej podobał, tak jak zdawało mi się na początku.

– Sara, slow down, please. Lets sit – powiedziałam wskazując jej krzesło. Niechętnie usiadła. – He is my best friend. What do you want from me? – zapytałam spokojnie, siadając naprzeciwko niej.

Odwróciła ode mnie wzrok. Wpatrywała się w stół.

– You are his dream, Vicky… – westchnęła cicho. – I wish it would be me, but Im not…

– You really like him, Sara, don’t you? – zapytałam łagodnie.

Spojrzała na mnie ponuro. Najwyraźniej nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wyglądało na to, że nie należy do osób, które zwykły przegrywać. Byłam przekonana, że dzisiejsze zachowanie Sary jest dla niej czymś zupełnie nowym i nienaturalnym. Wiele ją musiało kosztować.

– Never, ever before any boy broke up with me. Daniel was first – uśmiechnęła się do mnie odrobinę smutno. – Yes, I like him, but today i understanded, that I also started to like you. So please, don’t hurt him. Do you love him, Vicky? – zapytała cicho.

Spojrzałam na nią, a potem spuściłam wzrok.

– I don’t know – odpowiedziałam, i była to najszczersza odpowiedź, jaką mogłam jej dać.

~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

Kwadrans po tym, jak pożegnałyśmy się z Sarą, do domu wpadła spanikowana Natalia. Pod kamienicą czekała zaparkowana taksówka. Poczułam ucisk w żołądku. Ogarnął mnie strach.

– Chodź – rzuciła tylko chwytając w pośpiechu kilka rzeczy – Daniel jest w szpitalu. Pojedziemy do niego.

Posłusznie wyszłam za nią z mieszkania. Dopiero w taksówce opanowała się na tyle, żeby opowiedzieć mi co się stało. Nie włączyłam telewizora, nie wychodziłam z domu, więc nie wiedziałam. W Londyńskim autobusie wybuchła bomba. Brzmiało to nieprawdopodobnie i absurdalnie. Miało wręcz abstrakcyjny wydźwięk, a jednak było prawdą. Faktem też było, że był tam Daniel. Na szczęście, tylko przechodził ulicą, ponieważ nikt z pasażerów pojazdu nie przeżył. Był jednak poważnie ranny i z powodu nadmiaru ofiar, lekarze nie potrafili określić jego stanu.

Wysiadłyśmy przed budynkiem szpitala i weszłyśmy do środka. Ze wszystkich sił starałam się nie myśleć, żeby na nowo nie przeżywać swojego koszmaru. Wiedziałam, że jeżeli stracę Daniela, to nie zostanie mi już nikt. Nie będę miała żadnego powodu by żyć.

Ponieważ był to najbliższy wypadkowi szpital w centrum, panowało tu dzikie zamieszanie. Zginęło dwadzieścia osiem osób, kolejnych siedem było ciężko rannych, dodatkowo prawie czterdzieści odniosło lekkie obrażenia. Środek dnia, w centrum Londynu, to była tragedia. Po wybuchach na stacjach metra, miasto powinno być przygotowane na więcej, jednak najwyraźniej nie wystarczająco.

Minęła ponad godzina, zanim wreszcie udało nam się czegoś konkretnego dowiedzieć. Zarówno dla Natalii jak i dla mnie była to straszna godzina. Po głowie snuły się same ponure, czarne myśli, a wszystko w środku krzyczało z panicznego przerażenia. Kiedy wreszcie srogo wyglądająca pani doktor, w zielonym, chirurgicznym kitlu, powiedziała nam, że z Danielem wszystko w porządku, zalała mnie tak ogromna fala ulgi, że ledwo utrzymałam się na nogach.

Jedna z pielęgniarek zaprowadziła nas do szpitalnego pokoju. Daniel półleżał na podniesionym łóżku. Ucieszyłam się, że jest przytomny. Uśmiechnął się blado na nasz widok. Głowę miał owiniętą bandażem, a na rękach ranki po odłamkach szkła, był też lekko poparzony, ale nic ponadto mu nie dolegało. Natalia posiedziała z nami przez chwilę, upewniła się, że jej synowi nic nie dolega, a potem pojechała do domu. Ja nie chciałam. Zostaliśmy z Danielem sami. Położyłam się obok niego na łóżku, a on przytulił mnie do siebie. Bliskość chłopaka niemal boleśnie docierała do mojej świadomości. Nie mogłam, nie chciałam, stracić również i jego.

– Naprawdę mnie kochasz? – zapytałam cichutko.

– Zawszę cię kochałem – mruknął tuląc mnie do siebie bardziej. – Pamiętasz jak mnie wkurzyłaś i oderwałem twojej lalce głowę? – uśmiechnął się do mnie czule, a ja skinęłam głową. Daniel nigdy nie był specjalnie grzecznym dzieckiem. Właściwie, to nawet pasowałoby określenie go mianem chuligana. – Płakałaś wtedy – stwierdził – ale kiedy przyszedł mój ojciec i zapytał co się stało, zamiast poskarżyć na mnie, schowałaś lalkę za plecami. Chyba od wtedy cię kocham – westchnął.

– Nie chciałam, żebyś oberwał – mruknęłam w odpowiedzi, lekko zażenowana. Nie sądziłam, że jeszcze to pamięta.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, dlaczego nic o tym nie wiedziałam, a potem przypomniałam sobie własną, spontaniczną reakcję, na to, co usłyszałam i już znałam odpowiedź. Mój przyjaciel wiedział o mnie więcej niż ja sama.

Spędziliśmy ponad dwie godziny tuląc się do siebie i cicho rozmawiając, a potem przegoniła mnie pielęgniarka. Niechętnie zostawiłam Daniela w szpitalu i wróciłam do domu, miejsca w którym mój przyjaciel miał się pojawić dopiero następnego dnia.

8 sierpnia, sobota

Wiele myślałam o tym, co łączyło mnie z Danielem, co mieliśmy do tej pory, co obydwoje mogliśmy stracić i wreszcie podjęłam decyzję. Kochałam go, a kiedy poczułam, że mogę go stracić, uświadomiłam sobie tylko jak bardzo. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mogłam jednak z nim być. Z moją miłością walczyły wyrzuty sumienia, wspomnienia dotyczące Gabriela. Myśląc w ten sposób o Danielu, czułam się po prostu nie fair.

Tym razem nie poszłam z Natalią do szpitala. Kiedy koło południa wrócili do domu, za wszelką cenę starałam się nie zostać z przyjacielem sam na sam. Zauważył, że coś jest ze mną nie tak. Pogoda była ładna, słoneczna, a on czuł się zupełnie dobrze, nie miałam więc żadnej wymówki, kiedy stanowczym tonem zaproponował spacer. Poszliśmy razem na Primrose Hill, skąd roztaczał się niesamowity widok na panoramę Londynu. Zamiast na jednej z białych, drewnianych ławek, po prostu usiedliśmy na trawie. Natychmiast odsunęłam się, kiedy spróbował objąć mnie ramieniem.

– Daniel, ja nie mogę – szepnęłam, spuszczając wzrok.

Roześmiał się. Zdziwiłam się, jak wielką ulgę słyszę w jego śmiechu.

– Więc jednak też coś do mnie czujesz – bardziej stwierdził niż zapytał, dalej rozbawiony.

– Daniel, ja… – zaczęłam, ale nie pozwolił mi skończyć.

Przyciągnął mnie do siebie stanowczym gestem. Wplótł palce w moje włosy. Pocałował. Zakręciło mi się w głowie od tego pocałunku. Cały świat przestał istnieć. Przypomniałam sobie, jak cudownie poczułam się wtedy, ponad dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy pocałował mnie pod moim domem. Wspomnienie było dla mnie jak zimny prysznic. Odepchnęłam go od siebie. Spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem. Jego miodowe oczy spoważniały. Już się nie śmiał.

– Dlaczego? – zapytał. – Uważasz, że on naprawdę by tego dla ciebie chciał? Żebyś była nieszczęśliwa? Vicky, zastanów się… Nie twierdzę, że powinnaś o nim zapomnieć, bo on zawsze gdzieś tam w tobie będzie, w twoim sercu, w twoich myślach, ale nie możesz przestać żyć! Kocham cię, ale nic bym nie zrobił – oznajmił twardo – dalej bylibyśmy tylko przyjaciółmi, gdyby nie to, że ty do cholery odwzajemniasz moje uczucie! – Popatrzył na mnie poważnie. Jego spojrzenie było zimne i przenikliwe. – Powiedz, że mnie nie kochasz, to dam ci spokój – rozkazał.

Zadrżałam. Z trudem przełknęłam ślinę. Nienawidziłam go za to. Jak zwykle miał rację. Chciałam mu to powiedzieć, ale zwyczajnie nie potrafiłam.

– Kocham cię – wyszeptałam, spuszczając wzrok.

Westchnął, przymknął oczy. Objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. Wtuliłam się w niego, kładąc mu głowę na ramieniu.

– Nawet nie wiesz od jak dawna, marzyłem o tym, żeby to usłyszeć – powiedział cicho, wtulając twarz w moje włosy. – Wszystko się jakoś ułoży, obiecuję – wyszeptał, a we mnie kotłowały się setki sprzecznych emocji.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a potem znów mnie pocałował. Tym razem nie protestowałam. Odwzajemniłam jego pocałunek z niesamowitą tęsknotą i żarliwością. Przylgnęłam do niego całą sobą, oplatając rękami jego szyję. Daniel miał rację. Nigdy nie zapomnę Gabriela. On zawsze będzie w moim sercu, ale wcale nie musiało to oznaczać, że nie ma tam miejsca dla kogokolwiek innego. Nareszcie obudziłam się z trwającego ponad miesiąc koszmaru. Obok wypełniającej mnie pustki i żalu pojawił się niewielki promyczek słońca, nadzieja na to, że mimo wszystko potrafię jeszcze być szczęśliwa.

„Wnet spotkała się królewna z czarodziejem, który lustra złożył do jej stóp

Co królewna spojrzy na nie to się śmieje, więc ze szczęścia płacze stary król.

Mała, piękna królewna, jest radośniejsza od słonecznych snów…”

The End

8 lutego 2011

Vicky

Trochę nieśmiała, zawsze odrobinę rozkojarzona i najczęściej w czymś głęboko zaczytana. Kocha fantastykę i kulturę Japonii. Z zamiłowaniem tworzy opowiadania i irytuje otaczających ją ludzi. Oprócz bloga (przez zupełny przypadek) prowadzi portale DuzeKa oraz Secretum.Ps. Nie zapomnij zostawić swojego linka w komentarzu, żebym również mogła odwiedzić Twoją stronę!

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS