Kolor Samotności
W środku nocy obudził ją towarzyszący krzątaninie hałas. Kiedy uchyliła powieki, oślepiło ją jasne światło jarzeniówek. Całą sobą nienawidziła tego miejsca. Było sterylnie czystym więzieniem. Odwróciła się na bok, żeby popatrzeć. Naciągnęła białą kołdrę pod samą szyję. Przywieźli kogoś nowego. Nie zdarzało się to często, zwłaszcza w środku nocy. Pacjentów zazwyczaj przyjmowano w dzień. To musiał być nagły wypadek. Ciekawe tylko, dlaczego skończył akurat tutaj. Sanitariusze i lekarze w białych kitlach postawili parawan, otaczając nim sąsiednie łóżko. Mimo to, ze swojego kącika w rogu dużej, pełnej pacjentów sali, Weronika i tak dokładnie widziała co się dzieje. Z foliowych, powieszonych wysoko worków, sączyły się jakieś płyny i ciemna krew. Sanitariusze sprawnie wykonywali swoją pracę. Elektryczną maszynką ogolili chłopakowi poranioną głowę.
- Dobrze, teraz rozetnij ubranie – instruowała jednego z nich surowo wyglądająca kobieta, z jasnymi włosami zaczesanymi w ciasny kok. – Wtopiło się w ranę na skórze, będziemy musieli to wszystko oczyścić.
Leżący na łóżku chłopak syknął z bólu. Weronika zdała sobie sprawę, że widzi jego myśli. Obudziło się w niej zainteresowanie, ciekawość. Nie czuła się jednak specjalnie zdziwiona. Skoro wszyscy uważali, że zwariowała, to czemu ona miałaby uważać inaczej? Te dziwne rzeczy, które bezustannie przytrafiały się jej, przecież nie zdarzały się zwykłym, normalnym ludziom.
„Dlaczego chciałeś się zabić?” zapytała w myślach, zaciekawiona, czy usłyszy jej pytanie.
Wyczuła przemykające się przez jego umysł zaskoczenie, wypływające odrobinę ponad fale wysyłanego bólu.
„Skąd wiesz?” zapytał tą samą drogą, odwracając głowę w jej stronę i patrząc na nią.
Nie spodobało się jej, że odpowiedział pytaniem na pytanie. Wszystko jedno. Odwróciła się na drugi bok.
„Nie ważne, dobranoc” odpowiedziała ponuro.
„Nie! Zaczekaj!” w jego myślach było nieme błaganie. „Rozmawiaj ze mną, proszę…”
Czuła, że chłopak nie radzi sobie z bólem, nie jest w stanie wytrzymać tego, co robią z nim lekarze i za wszelką cenę próbuje odwrócić od tych czynności własną uwagę. Zobaczyła obrazy, jego wspomnienia. Jechał na motorze. Bardzo szybko. Potem uderzył w drzewo. Specjalnie. Miał nadzieję, że w ten sposób nikt nie będzie obwiniał się o jego śmierć, że nikomu nie przyjdzie do głowy, że było to samobójstwo. Jednak coś poszło nie tak i znalazł się tutaj. Żywy. Ponownie odwróciła się w jego stronę.
„Więc mi odpowiedz” zażądała.
„Miałem wszystkiego dosyć” wyjaśnił. „Zabrakło mi powodu, żeby żyć.”
Te słowa niewiele znaczyły, ale czuła towarzyszące im uczucie pustki. Wiedziała, jak bardzo był nieszczęśliwy, jak ogromnie przytłoczony codziennością. Jej własne życie wyglądało zupełnie inaczej, przynajmniej do pewnego momentu.
„Ale znalazłeś powód, żeby umrzeć?” westchnęła.
„Nie” przyznał szczerze. „Po prostu wybrałem łatwiejszą drogę ucieczki.” Przyjrzał jej się uważnie, całą siłą woli starając się ignorować odrywających kawałki ubrań, wtopionych w jego skórę, sanitariuszy. „Okropnie wyglądasz” stwierdził, żeby zmienić temat.
Kąciki ust Weroniki, uniosły się w leciutkim uśmiechu. Doskonale o tym wiedziała. Cała jej twarz była opuchnięta i sina. Poraniony miała także tułów, nogi i ramiona. Jednak nikt do tej pory nie przyznał szczerze, jak paskudnie wygląda.
„Poczekaj tylko aż spojrzysz w lustro” zasugerowała. „Nie sądzę, żebyś wyglądał lepiej niż ja.”
Tym razem, mimo ciągłego, nieustającego ani na chwilę bólu, on także się uśmiechnął. Potem znowu spoważniał, wpatrując się w nią intensywnie. Nie potrafiła powstrzymać swoich myśli, nie wiedziała również jak je przed nim ukryć, dlatego dowiedział się tego, czego nie chciałaby komukolwiek zdradzić.
„Zabiłbym drania, który ci to zrobił!” warknął rozwścieczony.
„Nie warto” odpowiedziała wycofując się w głąb siebie.
Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się odrobinę, dalej jednak czuła jak bardzo jest wściekły. Zdziwiło ją to, że tak bardzo się tym przejął.
„Gdzie my w ogóle jesteśmy?” zapytał zmieniając temat.
„W prywatnej klinice” odpowiedziała obojętnie „to jednocześnie szpital psychiatryczny, więc chyba wiedzieli, co planowałeś, skoro trafiłeś tutaj, zamiast do zwykłego szpitala.”
Jego reakcją było rozbawienie. Leki zaczęły działać, ból powoli mijał. Ludzie w białych kitlach sprzątnęli swoje stanowisko. Wychodząc zgasili światło, zostawiając jedynie słabą lampkę, wiszącą przy drzwiach.
„Chodź do mnie” odezwał się nagle ni z tego ni z owego. Spojrzała na niego pytająco. Zobaczyła wpatrzone w nią, nieco błędnym, oszołomionym przeciwbólowymi środkami wzrokiem, brązowe oczy. „Chodź” powtórzył „ja nie dam rady wstać, a przecież wyraźnie widzę, że tego potrzebujesz.”
Weronika wahała się przez krótką chwilę, a potem usiadła, zsunęła się z łóżka i podeszła do niego. Miał rację. Nie miała nikogo, kto mógłby ją chociaż troszeczkę przytulić. Ostrożnie położyła się przy nim, wsuwając się pod jego białą kołdrę, którą ze względu na świeżo opatrzone rany, przykryte miał jedynie nogi. Wyciągnął rękę, wsuwając ją pod jej głowę. Objął ją, kiedy ułożyła się wygodnie na jego ramieniu. Poczuła rozlewające się po całym ciele ciepło. Dotknęła delikatnie jego posiniaczonej twarzy. Wyczuła, jak bardzo był zadowolony.
„Lubisz być potrzebny” stwierdziła siląc się na obojętność.
„Mhm” przyznał, dłonią z wenflonem odgarniając jej z twarzy włosy. „Właśnie zacząłem lubić być potrzebny tobie.”
Zamknęła oczy. Wiedziała, że chłopak zaraz zaśnie. Czuła coraz bardziej oszałamiające go leki. Najchętniej wtuliłaby się w niego jeszcze bardziej, ale bała się, ze zrobi mu krzywdę. Rozumiała go. Ona sama najchętniej, po zaśnięciu, już nigdy by się nie obudziła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nad ranem Weronika niechętnie wymknęła się z powrotem do swojego łóżka. On także się obudził. Spojrzał na nią lekko rozczarowanym wzrokiem.
„Uciekasz” stwierdził.
„Przed personelem medycznym, nie przed tobą” uśmiechnęła się do niego drwiąco.
Wzruszył ramionami, a potem skrzywił się, przypłacając impulsywny ruch dodatkowym bólem.
„Czemu jesteśmy na takiej dużej sali?” spytał zmieniając temat.
„Nie na długo” stwierdziła Weronika. „Kiedy przestaniemy być na obserwacji przeniosą nas do dwu- trzy- osobowych pokoi.”
„Nie jesteś tu pierwszy raz” westchnął.
„Nie” przytaknęła mu dziewczyna. W jej umyśle pojawiły się urywki dziwnych, zagmatwanych wspomnień. Ludzie, którzy mówili jej, że jest szalona, że zwariowała. Ból, strach, a potem rezygnacja. Te wszystkie dziwne, niemożliwe rzeczy, które widziała…
„Nie jesteś wariatką” stwierdził ostro.
Roześmiała się.
„Skąd ta pewność?”
„Też to widzę” przyznał.
„Więc ty również oszalałeś” oznajmiła beztrosko.
„One nas przed czymś ostrzegają” mruknął nie zaprzeczając.
Leżąca na łóżku Weronika zwinęła się w ciasny kłębek, naciągając kołdrę pod samą szyję.
- Niech sobie robią co chcą, skoro i tak nie istnieją – szepnęła.
- Jak ci na imię? – zapytał cicho, lekko zachrypniętym głosem.
- Weronika – odpowiedziała, odwracając się do niego plecami.
„A tobie?” zapytała w myślach, uznawszy, że to lepszy sposób komunikacji.
- Ja jestem Mateusz – odpowiedział wpatrując się w jej plecy.
Jak dzieci w przedszkolu, przemknęło przez jej myśli. Wyczuła w nim rozbawienie. Wiedziała, że słyszał to o czym myślała. Czasami poznawała też powodowane emocjami, niewypowiedziane słowa innych osób, nigdy jednak nie było to jeszcze tak intensywne i realne.
„Też je czasem słyszę” powiedział. „Tylko, że zawsze przypisywałem to instynktowi.”
Przerwali rozmowę, ponieważ do sali wszedł rozdzielający leki pielęgniarz. Oprócz nich, w dwunastoosobowym pomieszczeniu, leżały jeszcze tylko trzy osoby. Jedna z nich spała, dwie pozostałe przez cały czas były nieprzytomne. Mężczyzna w białym kitlu wstrzykiwał im do kroplówek jakiś przezroczysty płyn. Weronika zerwała się z łóżka, kiedy do niej podszedł. Odskoczyła pod samą ścianę. Fala przerażenia zalała jej umysł.
„Nie, nie pozwól mu” szepnęła. „Błagam, nie pozwól mu!”
- Spokojnie Weroniko, nic ci nie zrobię, jesteś tutaj bezpieczna – odezwał się wystudiowanym głosem sanitariusz.
Dziewczyna drżała. Opierała się plecami o pomalowaną na zielono ścianę, w panice szukając drogi ucieczki. Była jak schwytane podczas polowania w pułapkę, leśne zwierzę. Przez chwilę jeszcze tak stała, a potem zobaczyła jak próbujący zrobić jej zastrzyk, zbliżający się coraz bardziej, mężczyzna, osuwa się na podłogę. Nad nim stał Mateusz, trzymając w rękach stojak od kroplówki. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Do pomieszczenia wpadli potężnie zbudowani sanitariusze. Przytrzymali chłopaka. Jeden z nich zrobił wyrywającemu się Mateuszowi jakiś zastrzyk. Weronika uciekła na swoje łóżko, chowając się pod kołdrą. Mężczyźni wyprowadzili chłopaka z sali. Musiał być nieprzytomny, ponieważ przestała słyszeć jego myśli. Naciągnęła na siebie pościel, zakrywając nią głowę, a potem zamknęła oczy, za wszelką cenę próbując zapaść w sen.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika obudziła się z koszmarnego snu. Nie pamiętała jakiego. Za zakratowanym oknem ujrzała zachód słońca. Przespała cały dzień. Dobrze. Nie! Nie dobrze! Myślami zaczęła szukać Mateusza. Znalazła. Poczuła zaciśnięte na jego nadgarstkach skórzane pętle. Pod plecami miał twardy materac. Znała układ całego szpitala, wiedziała, gdzie chłopak jest. Izolatka. No tak, nic dziwnego, skoro okazał się agresywny… Tylko, że… przecież sama go o to prosiła.
„Nic ci nie jest?” zapytała nieśmiało.
Poczuła płynącą od niego ulgę.
„Żyję” odpowiedział jej krótko. „Tylko piekielnie się nudzę.”
„Więc porozmawiajmy” zaproponowała.
Wyczuła w jego myślach aprobatę. Zsunęła się z łóżka i nie przestając wymieniać z chłopakiem rzeki słów i obrazów, zaczęła iść w stronę izolatki. Nikt jej nie zatrzymywał. Wszyscy ją tu już doskonale znali. Jak zwykle snuła się niczym cień, nie rozmawiając z nikim, ignorując wszystko dookoła. W tym świecie to było normalne. Teraz jednak było jeszcze gorzej. Wcześniej wysyłała ją tutaj rodzina. Potem przez jakiś czas było dobrze, cudownie, jak w bajce, a ona udawała, że jest zupełnie normalna. Studiowała, miała narzeczonego, z którym chciała zamieszkać, rodzina, która uznała, że przekazała mu odpowiedzialność, za niespełna rozumu Weronikę, przestała ja wreszcie nękać. A potem stało się właśnie to. Nie chciała, żeby Mateusz o tym wiedział, nic jednak nie mogła na to poradzić. Po prostu był tam, dzielił z nią jej myśli i już. Niczego nie dało się przed nim ukryć. Otworzyła drzwi izolatki, wsuwając się do niewielkiego pomieszczenia. Grający na korytarzu, przy drewnianym stoliku w karty, sanitariusze nie zauważyli jej lub zwyczajnie zignorowali. Chłopak leżał na plecach. Nie mógł się poruszyć. Podeszła i położyła się obok niego.
- Przykro mi – odezwał się cicho.
- To się stało i już, a ja muszę żyć dalej – stwierdziła, opierając głowę na jego ramieniu.
- Gdybym tylko miał sposobność dorwania tego dupka! – zawarczał.
Spojrzała mu prosto w oczy, a potem spuściła wzrok, bo zdała sobie sprawę, że on mówi zupełnie poważnie. Naprawdę, całym sobą, chciał mieć taką właśnie możliwość. Dominik był przecież jej narzeczonym… Wszystko uszło mu bezkarnie, a ją, pobitą do nieprzytomności, rodzina wysłała właśnie tutaj. Po raz kolejny… Tylko tym razem nie miała już siły ani chęci o nic walczyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Minął ponad tydzień, a ona zamiast umierać, z każdym dniem rodziła się na nowo. Nie było ani jednej minuty, w której byłaby sama. Nawet kiedy spała, on błądził po jej myślach. Opiekował się nią. Czuła się szczęśliwa w jego objęciach. Spacerowali po zielonym, urządzonym w angielskim stylu, ogrodzie. Ręka Mateusza w naturalny sposób odnalazła jej dłoń. Uśmiechnął się zawadiacko, a potem znikając z oczu pilnującej ich służby medycznej, pociągnął dziewczynę w krzaki. Zatrzymała się wpadając na niego. Wyczuła jego zadowolenie. Objął ją ramionami, a potem przyciągnął do siebie. Jego usta znalazły się tuż przy jej twarzy. Nagle poczuła paraliżujący ją strach.
- O co chodzi? – zapytał odrobinę zakłopotany. – Wydawało mi się, że tego właśnie chcesz.
- Chcę – odpowiedziała, wczepiając z całej siły palce w poły jego szpitalnego ubrania.
Przymknęła oczy. To nie był Dominik i doskonale o tym wiedziała. Mateusz nigdy by jej nie skrzywdził. Znała jego myśli. Była tego pewna, a jednak, przełamanie tej bariery, w dalszym ciągu sporo ją kosztowało.
- Nie jestem nim – syknął, na potwierdzeni jej myśli.
- Przepraszam – wyszeptała, spuszczając wzrok.
Nie pozwolił jej na to. Delikatnie dłonią uniósł jej brodę. Bez odrazy spojrzał w pokrytą sino żółtymi, gojącymi się, plamami twarz.
- Zwolnimy, dobrze? To znaczy, jeżeli to jest właśnie to, czego potrzebujesz – obdarzył ją łagodnym uśmiechem.
Nie, to nie było to. Ponieważ sięgała mu zaledwie do ramienia, musiała wspiąć się na palce, by pocałować go w usta. Przepełniony jakimś dziwnym, upojnym szczęściem, odwzajemnił jej pocałunek. To właśnie on był wszystkim tym, czego teraz potrzebowała.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
W niedzielę był dzień odwiedzin. Weronika snuła się po pustym korytarzu. Jej nigdy nikt nie odwiedzał. Zresztą nikogo, kto tak naprawdę przejmował się jej losem, nie znała. Weszła do wspólnej świetlicy i ignorując obecność innych, mamroczących do siebie lub rozmawiających z bliskimi ludzi, skuliła się w stojącym w rogu, wytartym przez lata używania, fotelu. Nigdzie nie mogła go znaleźć, ale wcale jej to nie dziwiło. Jego pewnie ktoś odwiedzał. Wtedy właśnie zobaczyła wchodzącą do salonu parę. Mateusz ponuro uśmiechał się do ładnej blondynki. Usiedli przy jednym ze stolików, cicho rozmawiając. Dziewczyna palcami musnęła jego rękę. Weronika poczuła, jak coś się w niej gotuje. Jej sen ponownie zamieniał się w koszmar.
„Kim ona jest?!” spytała ostro.
Mateusz niemal podskoczył, wyczuła w jego myślach zmieszanie i zawstydzenie.
„To Patrycja, moja dziewczyna” przyznał.
Weronika poczuła się, jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Zaczęła wycofywać się w głąb siebie, ale on chwycił ją i nie pozwolił odejść. Nie mogła powstrzymać tych wszystkich okropnych myśli. Drań! Dupek! Dlaczego ją pocałował? Po co było to wszystko? Zabawił się jej kosztem, a teraz…
„Zaczekaj!” nie prosił, tylko rozkazywał stanowczo. „Nie zrobiłem tego specjalnie! Ona po prostu ani przez chwilę nie przyszła mi na myśl. Kompletnie, zupełnie o niej zapomniałem.”
Miał dziewczynę… to nie było w porządku. Weronika zaczęła się wahać. Chciała go, chciała być z nim, ale przecież… Wiedziała, że Mateusz uważnie śledzi jej rozważania, jednocześnie jakoś logicznie starając się odpowiadać na pytania Patrycji. Mówił prawdę. Przez ostatnie dwa tygodnie ani razu o niej nie pomyślał, bo gdyby to zrobił, przecież by się o jej istnieniu dowiedziała. Tylko, że ona jednak tam była, żywa i realna.
„Teraz, kiedy cię poznałem, stałaś się moim powodem do życia” oznajmił słysząc jej myśli. „Nie możesz mi mieć za złe, że miałem dziewczynę, kiedy jeszcze nawet nie wiedziałem o twoim istnieniu.”
Tym razem w jego umyśle były ciche, błagalne nuty. Może i nie mogła, ale miała mu to za złe. Naprawdę miała, a on doskonale o tym wiedział i przepraszał za coś zupełnie normalnego, rzecz, której wcale nie był winien.
„Patrycja to moja przyjaciółka jeszcze z dzieciństwa, jest dla mnie jak siostra, nigdy jej w inny sposób nie kochałem” dodał. „Nigdy nie powinna się stać moją dziewczyną, to od początku był błąd.”
- Poznałem kogoś – odezwał się na głos, przerywając blondynce w pół słowa.
Spojrzała na niego najpierw zaskoczona, a potem skonsternowana.
- Co masz na myśli? – spytała dźwięcznym głosem, delikatnie marszcząc brwi, co tylko dodawało jej uroku.
- Znalazłem dziewczynę, zakochałem się – wyznał, a Weronika poczuła, jak jej serce na chwilę się zatrzymało, a potem puściło pełnym galopem.
- Czy to znaczy, że ze mną zrywasz? – upewniła się Patrycja lekko drżącym głosem.
- Przepraszam, że tak wyszło – westchnął cicho, a Weronika poczuła, że naprawdę jest mu bardzo przykro, że rani tą dziewczynę. Wiedziała jednak, że zrobiłby to i sto kolejnych razy, żeby tylko nie zranić jej samej. Przymknęła oczy, starając się nie drżeć. To właśnie jego szukała przez całe życie, tak jak i on szukał jej. – Chodź, przedstawię ci ją – zaproponował.
- Co?! Tutaj?! – zdziwiła się blondynka. – Przecież to klinika psychiatryczna! Chcesz powiedzieć, że ona jest wariatką?
Mateusz uśmiechnął się gorzko.
- Nie bardziej niż ja – odpowiedział ponuro, wstając z krzesła, a Patrycja wstała zaraz za nim.
„Nie! Nie chcę!” zaprotestowała gwałtownie Weronika. Chłopak ją zignorował. Podszedł bezpośrednio do jej fotela. „Zapłacisz mi za to!” warknęła.
Uśmiechnął się w odpowiedzi. Usiadł przy niej, w szerokim fotelu, obejmując ją delikatnie ramieniem.
- To moja Weronika – zwrócił się do Patrycji. – Weroniko, poznaj moją przyjaciółkę, Patrycję.
Przedstawił je sobie nawzajem uprzejmie, ale Weronika go nie słuchała. Jedyne co teraz słyszała, to wyrywające się na wolność, podłe myśli tamtej. Były tak samo głośne, jakby stała tu przed nią i krzyczała. „Jak on mógł, zostawić mnie dla takiej szkarady?! Mała dziwka!”. Obrzydzenie na widok sinych plam, pokrywających jej skórę malowało się na twarzy blondynki. Nie była w stanie nad sobą zapanować nawet na tyle, żeby to ukryć. Hipokrytka. Dziwne, że wcale nie nachodziły jej takie myśli, na widok siniaków na twarzy i ramionach Mateusza. Nie odpychały jej też podłużne, białe blizny, przecinające jego policzek.
„Ona na pewno nie chciała…” zaczął niepewnie Mateusz, który, najwyraźniej też to wszystko słyszał. „To naprawdę dobra osoba…”
Weronika podniosła wzrok, by pogardliwie spojrzeć w błękitne oczy Patrycji. Zobaczyła, jak tamta odwraca wzrok. Za późno. „Opuści szpital, to zapomni o tej brzyduli. To na pewno wariatka, a ja już dopilnuję, żeby znowu był mój. To tylko chwilowe. Lituje się nad nią. To na pewno jakiś pourazowy szok” myślała intensywnie dziewczyna. Weronika zerwała się z fotela.
- Suka! – krzyknęła Patrycji prosto w twarz, a potem pędem puściła się przez salon, popychając siedzących lub stojących na jej drodze ludzi, aż w końcu zniknęła za szerokimi, białymi drzwiami.
Blondynka stała oniemiała. Mateusz westchnął. To nie było wymarzone spotkanie, a przecież zależało mu na przyjaźni Patrycji. Jeżeli jednak kiedykolwiek będzie musiał wybierać, to wiedział już teraz, ze wybierze Weronikę, mimo, że znał ją zaledwie od dwóch tygodni. W tak krótkim czasie stała się całym jego światem.
- Przepraszam – powiedział ponurym głosem, przypominając sobie, że przecież Patrycja nie powiedziała tego wszystkiego na głos, a potem wybiegł na korytarz w ślad za Weroniką.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Odnalazł ją siedzącą pod schodami w ogrodzie. Podkuliła kolana pod brodę, oplatając je ramionami. Przez chwilę myślał, że Weronika płacze, szybko jednak przekonał się, jak bardzo jest wściekła. No tak… Prędzej usłyszałby od niej dziki krzyk niż łkanie. Wczołgał się pod drewniane schody i usiadł koło dziewczyny, oplatając ją ramieniem.
- Nie możesz się tak zachowywać – powiedział cicho.
Spojrzała mu prosto w oczy. Na jej twarzy malował się gniew.
- To ona mówiła te wszystkie okropne rzeczy, nie ja! – warknęła. – Czemu to na mnie naskakujesz?
Po raz kolejny tego dnia uśmiechnął się ponuro.
- Nie o to chodzi. Słyszymy i widzimy to samo – wyjaśnił. – Więc jak sądzisz, dlaczego ludzie nie uważają mnie na co dzień za wariata, a ciebie tak?
Wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia – przyznała.
- Ja nikomu nie daję poznać, że słyszę jego myśli. Nie przyznaję się, że widzę jakieś niestworzone rzeczy. Może ty też nie powinnaś?
- Myśli? – spytała zaskoczona Weronika.
- Właśnie, przecież ona nie powiedziała tego na głos – westchnął, przyciągając dziewczynę bliżej do siebie.
Oparła głowę na jego ramieniu. Czarne, proste włosy zakryły jej oczy.
- Nie powiedziała? – szepnęła pytanie.
Dopiero teraz Mateusz zrozumiał. Weronika była tego nieświadoma. Nie odróżniała myśli od słów. Nie wiedziała, co dla innych ludzi jest normalne, a co nie. Nic dziwnego, że próbowali ją leczyć.
- Pokażę ci – powiedział cicho, całując jej włosy. – Tak, żebyś już nigdy więcej nie musiała tu trafić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
To był straszny dzień, ponieważ tego dnia kończył się świat, a przynajmniej jej życie. W gardle stanęła jej wielka gula, kiedy patrzyła, jak Mateusz niedbale wrzuca do plecaka swoje rzeczy. On opuszczał szpital, a ona tu zostawała. Patrycja, na prośbę chłopaka nie weszła do środka, ale Weronika doskonale zdawała sobie sprawę, że czeka na niego na dziedzińcu starego pałacyku, w którym mieści się szpital. Siedziała za kierownicą czerwonego, typowo kobiecego samochodu i rujnowała jej życie. Mateusz skończył pakowanie. Podszedł do niej. Westchnął ciężko, dłonią delikatnie odgarniając jej włosy. Jego twarz zagoiła się już prawie zupełnie. Po strupach na jego ciele zostały już tylko niewielkie blizny. Tylko na policzku ciągle widniały te same, dwie, białe szramy. Weronika skrzywiła się. Wiedziała, że to nie ślady po wypadku. U niej, dokładnie takie same, dwie cienkie linie, przebiegały od ramienia, do łopatki, a potem ciągnęły się wzdłuż pleców. Zdawała sobie też sprawę, że nigdy się nie zagoją.
- Czemu mi nie ufasz?- zapytał.
- Idź już – poprosiła, odsuwając się od niego.
Kiedy znów chciał jej dotknąć, zwinnie uciekła przed jego dłonią. Zrezygnował. Spojrzał na nią twardo.
- Wrócę po ciebie – oznajmił, a potem chwycił swój spakowany plecak i nie oglądając się za siebie, wyszedł z pokoju.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika nigdy nie płakała, ale tej nocy wylała całe morze łez. To już był koniec. Wcześniej, kiedy znała tylko pustkę, potrafiła z tym jakoś żyć, ale teraz, zaznawszy tego cudownego spełnienia, towarzyszącego jego obecności nie była sobie w stanie poradzić z jego utratą. Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem. Obudziła ją czyjaś ręka na ramieniu. Uchyliła powieki. Wydawało jej się, że spała bardzo krótko, ponieważ była piekielnie zmęczona. Bolały ją też zapuchnięte oczy. Pochylał się nad nią mężczyzna w białym kitlu. Znała go. Był jednym z sanitariuszy.
- Weroniko, muszę zrobić ci zastrzyk – powiedział spokojnym głosem.
Dziewczyna gwałtownie zerwała się z łóżka. Nie! Tylko nie to! Po tych zastrzykach jej umysł zasypiał, a ona czuła się, jakby wpadła do morza pełnego przeróżnych wizji i głosów. To było jak najgorszy koszmar. Wtedy dopiero naprawdę czuła, że zaczyna wariować.
- Weroniko, nie utrudniaj mi pracy – poprosił mężczyzna, przyoblekając na twarz pobłażliwy uśmiech.
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. Wyrwała mu się, uciekając pod samą ścianę. Dalej nie było już gdzie uciekać. Czuła się, jak złapane w pułapkę, leśne zwierzę. Sanitariusz pociągnął dziewczynę w swoją stronę. Przerażona drżała na całym ciele.
- Proszę ją zostawić – odezwał się czyjś obcy głos.
Zdezorientowany pielęgniarz odwrócił głowę w stronę, skąd dochodził głos. Należał on do ubranego w drogi garnitur, starszego mężczyzny. Pielęgniarz obrzucił go pytającym spojrzeniem, ale zaraz za nim wszedł ordynator szpitala i… Mateusz! Weronika wyminęła zaskoczonego sanitariusza i rzuciła się chłopakowi w ramiona. Przytulił ją do siebie opiekuńczo.
„Widzisz? Obiecałem, że wrócę” oznajmił z łagodnym uśmiechem.
„Tak, jesteś” przesłała mu myśl, nie odrywając twarzy od jego torsu.
- Przejdźmy do mojego gabinetu, żeby załatwić resztę formalności – zasugerował ordynator.
Mężczyzna w garniturze skinął głową i we trójkę poszli za nim. Weronika przyjrzała się Mateuszowi, który przez cały czas trzymał ją za rękę. Wyglądał jakoś inaczej. Miał na sobie niebieskie dżinsy i czarną koszulę. Jego włosy odrosły i miały teraz kilka milimetrów. Wszystkie siniaki i zadrapania zupełnie już się zagoiły. Dwie, cienkie kreski na policzku sprawiały, że wyglądał odrobinę groźnie. Dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że właściwie, to był naprawdę przystojny.
„Kim jest ten mężczyzna?” spytała, mając na myśli starszego pana w garniturze.
Chłopak obdarzył ją lekkim uśmieszkiem.
„To nasz prawnik” stwierdził.
„Co?” zdziwiła się Weronika.
„Zażądał ponownych badań dla ciebie. W inny sposób nie byłem w stanie cię stąd zabrać” wyjaśnił.
Zabrać? Serce dziewczyny zaczęło radośnie podskakiwać. W brzuchu poczuła stado motyli. Po chwili jednak znowu zmarkotniała.
„Nie przejdę tych cholernych badań” westchnęła.
„Przejdziesz” oznajmił stanowczo. „Lekarza także załatwiłem. Specjalizuje się w psychiatrii sądowej. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek trafiła na psychiatrę, który naprawdę chce pomóc. Doskonale znam ich myśli. Poza tym ja tam przez cały czas będę i zamierzam ci podpowiadać.”
Weronika mocniej ścisnęła jego rękę. To naprawdę mogło się udać. W pewnym momencie przystanęła. Zachłysnęła się powietrzem.
„Zrobiłeś co?!” zapytała niechcący wyłapując jego myśli.
Chciał to ukryć, nie potrafił.
„Nie przejmuj się, to nieistotne” westchnął.
„Nie istotne?! Sprzedałeś mieszkanie!”
Spojrzał na nią twardo.
„Musiałem to zrobić” oznajmił stanowczo. „Opłaciłem prawnika i lekarza, spokojnie starczyło też na łapówki, próbowałem załatwić wszystko inaczej, ale się po prostu nie dało. Tylko ty jesteś ważna, reszta świata nie ma znaczenia.”
Dziewczyna przysunęła się jeszcze bliżej. Wtuliła się w jego ramię. Czuł jak drżała. Gdyby trzeba było, sprzedałby nerkę, albo cokolwiek innego, byleby tylko móc być przy niej, byle ją stąd zabrać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Siedzieli w elegancko urządzonym gabinecie, ordynatora Szpitala Świętej Heleny. Weronika przez cały czas nerwowo zaciskała dłoń, na ręce Mateusza. Do środka wszedł starszy, poczciwie wyglądający lekarz. Przedstawił się jako doktor Nataniel Pietrow, a potem usiadł naprzeciwko nich, przy kawowym stoliku, wyjmując z teczki stertę dokumentów.
- Pani Weronika Aleksandrowicz, jak rozumiem? – spytał zwracając się do spłoszonej dziewczyny.
Zawsze mówili o niej w trzeciej osobie, bardzo rzadko zwracali się bezpośrednio do niej, a jeśli nawet, to zwykle odzywając się, jak do dziecka, dlatego naprawdę zaskoczyło ją pytanie lekarza. Niepewnie skinęła głową.
„Nie bój się, będzie dobrze” usłyszała kojące myśli Mateusza, ale wyczuwała, że chłopak również trochę się denerwował.
Nie uważał, żeby była szalona, za to miał pewność, że jest nieobliczalna. Z trudem powstrzymała się od leciutkiego uśmiechu który, by jedynie dowiódł jej szaleństwa. Lekarz zaczął zadawać pytania, na które odpowiadała powoli, zastanawiając się nad każdą odpowiedzią, tak, żeby w razie czego Mateusz zdążył ingerować. Zaskoczona odkryła, że myśli doktora Pietrowa zmieniają się z uprzejmych, ale obojętnych w pełne współczucia dla jej osoby. Tylko jeden, jedyny raz chciała mu odpowiedzieć, w momencie, kiedy nie zadał żadnego pytania. Przypominała mu jego zmarłą w wypadku córkę. Weronika miała ochotę odpowiedzieć, jak bardzo jej przykro, Mateusz jednak przerwał jej nim wypowiedziała chodź jedno słowo, upominając dziewczynę, że to prywatne myśli lekarza, o których w ogóle nie powinna wiedzieć. Na koniec doktor Pietrow uznał, że Weronika, to skrzywdzona dziewczyna, która do szpitala trafiła przez niekompetencję głupich lekarzy i taka właśnie była jego diagnoza. Po spotkaniu podpisali wszystkie dokumenty, a dziewczyna pierwszy raz poczuła, że jest naprawdę wolna. Uniezależniona od tych wszystkich, spełniających swój święty acz kłopotliwy obowiązek, ciotek i wujków, od szpitali, lekarzy i przede wszystkim Dominika. Kiedy jednak wyszli już z gabinetu, nie wytrzymała. Podeszła do doktora Pietrowa, impulsywnie oplatając ramionami jego szyję i delikatnie całując go w pomarszczony policzek. Poczuła ściskający Mateusza w gardle strach. Nieme błaganie, żeby tego nie robiła.
- Przykro mi z powodu śmierci pańskiej Agnieszki – szepnęła więc tylko – to musiała być cudowna dziewczyna, niech pan zawsze o niej pamięta, a ja będę nosiła ją w sercu razem z panem.
Potem podbiegła do Mateusza, chwytając go za rękę i razem zniknęli za zakrętem korytarza, zostawiając oniemiałego doktora Pietrowa, sam na sam, ze swoimi zaskoczonymi myślami.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Stali na dziedzińcu szpitala. Weronika, z odrobinę nieszczęśliwą miną, przyjrzała się czarnemu, bawełnianemu dresowi, który miała na sobie. Było to lepsze od szpitalnej piżamy, ale mimo wszystko… Jednak do domu, po własne ubrania nie zamierzała wracać. Jedno wiedziała na pewno – nigdy więcej się tam nie pokaże.
„To tylko na chwilę” przeprosił Mateusz „Patrycja jest od ciebie wyższa i właściwie nie bardzo miała co ci pożyczyć.”
„No tak, mogłam się domyślić… Patrycja…” warknęła skonsternowana dziewczyna.
„Więc dalszy plan pewnie również ci się nie spodoba” westchnął.
Weronika zajrzała w jego myśli.
„Co?!” wyrwało jej się nieproszone. „Dlaczego akurat z nią?” zapytała nieszczęśliwa.
Mieli spędzić miesiąc nad morzem. Cudownie! Tylko dlaczego akurat w domku rodziców Patrycji?! Dlaczego z nią?!
„Chwilowo nie stać mnie na nic innego” wyjaśnił spokojnie Mateusz. „Muszę nam coś wynająć, ale to potrwa. Odpoczynek nad morzem, to dla ciebie idealna sprawa, no i będziemy razem” ale Weronika już go nie słuchała.
„Nam? Wynająć?” powtórzyła jak echo. „Razem?”
W tym momencie nie obchodziły jej żadne głupie dresy, czy wredne Patrycje. Czuła jak się rozpływa. Chłopak roześmiał się.
„Chyba nie powiesz, że nie chcesz ze mną mieszkać?” zaczął się droczyć lekko rozbawiony, a jednocześnie wręcz obrzydliwie szczęśliwy.
„No nie wiem” odpowiedziała mu tym samym Weronika „a dostanę przynajmniej swój pokój?”
„Nie!” oznajmił stanowczo „i tak byłby ci niepotrzebny, bo cały czas bym w nim siedział.”
„To może chociaż kota?” zasugerowała robiąc do niego słodkie oczy.
Mateusz znów się roześmiał.
„Kot może być, ale Norweski” stwierdził spokojnie. „To takie miniaturowe tygrysy.”
Rozmowę przerwał im adwokat, który jak huragan wtargnął do ich prywatnego świata.
- Wszystko załatwione, możemy już jechać – oznajmił z zadowoloną miną, zwycięscy.
- Doskonale, dziękuję – odpowiedział Mateusz uścisnąwszy mu dłoń.
Wziął od odzianego w elegancki garnitur, szpakowatego mężczyzny, teczkę z dokumentami Weroniki, a potem pożegnał się i poprowadził dziewczynę na parking, do swojego samochodu. Wszystko się udało, ale on i tak dalej się martwił. Pieniędzy ze sprzedanego mieszkania została mu mniej niż połowa, z pracy wziął bezpłatny urlop i wcale nie był pewien czy tak łatwo będzie mu do niej wrócić, zresztą i tak nie była dla niego w tym momencie dobra, zbyt wiele w niej podróżował, ale przecież z czegoś będzie musiał utrzymać siebie i przede wszystkim Weronikę.
„Nie martw się” powiedziała do niego łagodnie dziewczyna, splatając palce z jego palcami. „Jakoś sobie ze wszystkim poradzimy.”
Uśmiechnął się do niej ciepło, bo wierzył, że naprawdę tak właśnie będzie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Jechali ciemnozielonym jeepem Mateusza. Weronika siedziała zamyślona, patrząc w okno. Mimo środka lata padało, a powietrze było chłodne. Do nadmorskiej miejscowości mieli niewiele ponad godzinę drogi. Niedużo, a jednocześnie było to wystarczająco daleko od domu, jak na ich potrzeby. Dziewczyna w zamyśleniu skubała rękaw nowej, grafitowej bluzy. Po drodze zatrzymali się na zakupy i teraz miała już trochę swoich własnych ubrań. Właściwie to czuła, że powinna być niebotycznie szczęśliwa. Nie była. Dopiero teraz dotarło do niej, jak wielki kłopot sprawiła chłopakowi. Jak wiele dla niej poświecił. To nie było w porządku. Nie zasługiwała na to. Mateusz gwałtownie zahamował, tak, że aż zarzuciło samochodem. Skręcił w leśną ścieżkę. Zatrzymał się.
- Nigdy, przenigdy nie waż się tak nawet myśleć! – rozkazał.
Weronika zarumieniła się lekko. Spuściła wzrok.
- Kiedy tak właśnie jest… – wymamrotała.
Mateusz wysiadł, trzaskając drzwiami. Podszedł od strony pasażera i wyciągnął ją z samochodu. Przez chwilę stali na otoczonej iglastymi drzewami, piaszczystej ścieżce, wpatrując się w siebie nawzajem, a potem chłopak stanowczym gestem przyciągnął ją do siebie i przytulił.
- Bez ciebie moje życie nie miało sensu – wyszeptał w jej włosy. – Teraz wszystko wygląda inaczej. Stałaś się całym moim światem, powodem, żeby żyć. Jak w ogóle możesz myśleć, że jesteś problemem? – zapytał.
Dziewczyna wtuliła się w niego bardziej. Drobne dłonie kurczowo zacisnęła na jego koszuli. Kruczoczarne, proste włosy, opadły jej na ramiona i twarz. Przymknęła oczy.
- Przepraszam – powiedziała cichutko. – Jesteś marzeniem, które się spełniło, a ja dalej nie mogę w to uwierzyć.
Podniosła głowę, uśmiechając się do niego odrobinę blado. Z jej szaro-niebieskich oczu popłynęły łzy. Pochylił się i pocałował ją. Potem przesunął ustami po policzku dziewczyny, smakując jej słonych łez.
- Po prostu spędźmy przyjemnie ten czas, dobrze? – poprosił. „Ja się wszystkim zajmę, a ty o nic już się nie martw” dodał łagodnie w myślach. „Martwienie się zostaw mnie.”
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Patrycja z nienawiścią patrzyła na czarnowłosą dziewczynę. Tą smarkulę, którą obejmował ramieniem jej chłopak! Co on w ogóle w niej wiedział? Ta jego „Weronika”, najchętniej wyplułaby to słowo, to było właściwie takie nic. Musiała przyznać, że może nie jest taka brzydka, jak wydawało jej się na pierwszy rzut oka, kiedy całą twarz dziewczyny pokrywały siniaki i opuchlizna, ale nie była też żadną rewelacją. Blada, prawie mlecznobiała cera. Długie, proste, czarne włosy, które nie miały ani trochę połysku. Zbyt szczupła sylwetka i to tam, gdzie kobieta powinna mieć trochę więcej krągłości, a całości dopełniała drobna, smukła twarzyczka, z wielkimi, szarymi oczami. Weronika z pewnością nie zostałaby żadną miss, a mimo to, on, jej chłopak, jej przyjaciel, osoba, z którą znali się praktycznie od pieluch i tak wolał tą dziewuchę, od ślicznej Patrycji, która niejeden raz zostawała wybrana miss lata czy królową balu. Do tego jej rywalka była wariatką! Niedoczekanie! Zapłaci każdą, możliwą cenę, by odzyskać swojego chłopaka, a Mateusz w końcu tak czy inaczej, będzie musiał pójść po rozum do głowy.
- O, wreszcie jesteście! – przywitała ich nieszczerym uśmiechem i z ciągle pogodną twarzą, zaprosiła do domu.
- Hej – przywitał się z nią Mateusz, a wczepiona w jego ramię Weronika, kompletnie zignorowała jej obecność.
Patrycja, jak to miała w zwyczaju, podeszła do przyjaciela, z zamiarem pocałowania go w policzek, ale on gwałtownie się od niej odsunął, jakby mówił jej, że zwykłe „cześć” im wystarczy. Dziewczyna poczuła w środku taką złość, że z trudem powstrzymała się przed wyrzuceniem Weroniki za drzwi. To by jej nic nie dało, bo on, po prostu poszedłby za nią. Nie, musiała go odzyskać.
- Jesteście może głodni? – zapytała prowadząc ich na piętro, zbudowanego z drewnianych bali domku.
Na dole był połączony z kuchnią salon, oraz łazienka, na górze znajdowały się cztery sypialnie, do których prowadziły pomalowane ciemną bejcą schody.
- Umieram z głodu – przyznał Mateusz, z pogodnym uśmiechem, dalej jednak nie wypuszczając z objęć swojej nowej dziewczyny.
- W takim razie rozgośćcie się i zapraszam na obiad – odpowiedziała mu wesoło, wyczuwając wreszcie dawną nić porozumienia, która zawsze między nimi była. – To będzie pokój Weroniki – otworzyła drzwi, do przytulnie urządzonego, w jasnych tonacjach wnętrza – a to twój – wskazała znajdującą się po przeciwległej stronie korytarza sypialnię.
Mateusz pokręcił głową. Patrycja uznała, że nie pasuje mu ten lekko rozmarzony wyraz twarzy. W jego brązowym, okolonych ciemnymi rzęsami oczach, tańczyły psotne iskierki.
- Zajmiemy tylko jeden pokój – oznajmił stanowczo.
Dziewczyna zbaraniała. Co?! Byli razem przez ponad pół roku, znali się prawie całe życie, a on nigdy nie zaprosił jej nawet do siebie na noc, a teraz? Tą głupią dziewuchę znał od kilku tygodni, a już z nią sypiał?! Patrycja z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. Może jej nie szanuje? Zaspokoi się, a potem ją zostawi! Tak, to na pewno musiało być to…
- Jak chcecie – ograniczyła się do wzruszenia ramionami.
- Poczekaj tu kociaku – odezwał się wesoło Mateusz, delikatnie całując Weronikę – przyniosę nasze rzeczy z jeepa.
Potem, nie czekając na ich reakcję, zbiegł po drewnianych schodach. Patrycja poczuła się bardzo nieswojo. W obecności tej dziewczyny, pokrywała ją gęsia skórka. Coś było z nią nie tak i to bardzo. Weronika kompletnie zignorowała jej obecność. W milczeniu przeszła przez korytarz i usiadła na szczycie schodów, zupełnie jakby została tu sama. Kompletnie świrnięta, przyszło na myśl Patrycji. Dziewczyna odwróciła się ku niej. Spojrzała na nią z lekceważącą pogardą. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili się rozmyśliła, z powrotem odwracając wzrok ku schodom, zapewne niecierpliwie oczekując noszącego bagaże, Mateusza.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zirytowana Patrycja przyglądała się przez okno, siedzącej na trawie parze. Już trzecią godzinę milczeli, po prostu będąc tam i trzymając się za ręce. Nie zamienili ze sobą ani słowa. Czy Weronika była wiedźmą? Może rzuciła jakiś urok na Mateusza, że zaczął zachowywać się tak idiotycznie… Przecież to co robił, kompletnie nie miało sensu. Nikt nie mógł być aż tak zakochany! Nie! Koniec tego! Dziewczyna dużym wysiłkiem woli odgoniła pochmurną minę, przyoblekając na twarz nieszczery uśmiech i wyszła przed dom. Kiedy do nich podeszła, obydwoje spojrzeli na nią zaskoczeni, jakby nie spodziewali się, że ktoś obcy może wtargnąć do ich prywatnego świata. Poczuła się odrobinę zmieszana, ale nie zamierzała się wycofać.
- Może byśmy gdzieś poszli? – zasugerowała. – Nudzi mnie siedzenie w domu.
Mateusz spojrzał na nią, z poczuciem winy w brązowych oczach. Potem jego pytające spojrzenie pomknęło ku Weronice. Dziewczyna wzruszyła ramionami, co za pewne miało oznaczać „jak chcesz”.
- Posiedzimy w jakimś barze z widokiem na morze? – zaproponował w końcu.
Patrycja odetchnęła z ulgą. Chłopak wstał, podnosząc z trawy Weronikę, która natychmiast przyczepiła się do jego ramienia. Wyglądał na zadowolonego z tego powodu. Ona sama jednak miała ochotę krzyczeć, kopać i gryźć. Powstrzymała się jednak, bo wiedziała, że w ten sposób nic nie osiągnie, a jedynie na zawsze go straci.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika w milczeniu siedziała na ratanowej kanapie, tuląc się do Mateusza. Znajdujący się na plaży bar, był o tej porze pełen ludzi. Z głośników leciała radiowa muzyka. Mimo pochmurnego dnia, wieczór okazał się nadzwyczaj ciepły i przyjemny. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się nie czuć nieszczęśliwa. Patrycja i Mateusz żartowali, śmiejąc się wesoło. Nie chciała się odzywać. Czuła, że to nie jest jej rozmowa.
„Chcesz już iść?” odezwał się w myślach, zaniepokojony chłopak, wyczuwając jej nastrój.
„Nie” zaprzeczyła, wiedząc, że on zrobi to, czego ona sobie zażyczy.
Znała jego myśli i wiedziała, że Patrycja jest jego przyjaciółką. Ni mniej ni więcej. Zdawała sobie też sprawę, że on bardzo nie chce tej przyjaźni tracić, ale był gotowy zerwać z tą dziewczyną wszelki kontakt, jeżeli tylko ona sama tego zapragnie. Nie mogła mu tego zrobić. Nie chciała. Dlatego wolała milczeć. Mimo wszystko, nie potrafiła wyrzucić z siebie żalu i zazdrości. Tego uczucia, że Mateusz powinien być tylko i wyłącznie jej. Niejasno zdawała sobie sprawę, że przecież był… Z kimkolwiek by nie rozmawiał, czegokolwiek by nie robił, to właśnie ona, Weronika, a nie żadna Patrycja czy ktokolwiek inny, była dla niego najważniejsza.
„Pójdę się przewietrzyć” oznajmiła, mając nadzieję, ze to pomoże jej się uspokoić. „Za chwilę wrócę.”
„Idę z tobą” powiedział, gotowy, by zerwać się z miejsca.
„Nie, zostań” poprosiła.
Po krótkiej walce skapitulował, jednak ze znacznie mniejszym zapałem, skupiając się ponownie na rozmowie z Patrycją. Weronika wstała ze swojego miejsca, cmoknęła go w policzek i wyszła przed pokryty strzechą bar. Zdjęła buty, by poczuć pod stopami chłodny piasek plaży. Podwinęła nogawki sztruksowych spodni. Stała tak przez chwilę, wpatrując się we wzburzone morze. Kochała tą wielką wodę, całą swoją istotą. Marzyła o tym, by kiedyś móc po niej pływać. Nie istniało dla niej nic piękniejszego. Zamyślona, zajęta swoimi marzeniami, nie zauważyła nawet, kiedy ktoś za nią stanął.
- Jak zawsze w innym świecie – usłyszała aż nazbyt znajomy głos.
- Dominik – powiedziała odwracając się, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. – Co ty tutaj robisz?
Górował nad nią dobrze zbudowany chłopak o oliwkowej cerze. Ciemne włosy zawadiacko opadały mu na oczy, a kuszące wargi układały się w arogancki uśmiech.
- To samo pytanie mógłbym zadać tobie – stwierdził. – Szukałem cię, ale twoja rodzina nie miała pojęcia gdzie jesteś. Po prostu w pewnym momencie im zniknęłaś.
Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. Ani trochę jej się to nie spodobało.
- Dlaczego mnie szukałeś? – spytała cicho.
- Jak to dlaczego? – wyglądał na szczerze zdziwionego jej pytaniem. Był zupełnie spokojny i opanowany, pewny siebie. Wiedziała to, ponieważ nie potrafiła usłyszeć żadnych jego myśli. Najczęściej taki właśnie był i za to zawsze tak bardzo go lubiła. Do czasu. Tego pamiętnego wieczora jego żal, jego ból, jego pretensje do niej samej słyszała aż nazbyt wyraźnie. Zbyt dobrze pamiętała dolatujący od niego odór alkoholu. – Przecież jesteś moją narzeczoną, Weroniko. Oświadczyłem ci się, a ty się zgodziłaś. Mamy zaplanowany ślub. Pamiętasz?
Mamy?! – chciała krzyczeć. Po tym co mi zrobiłeś?! Cofnęła się. Stała teraz na piasku, plecami do morza, stopami brodząc w zimnej wodzie. Czuła obmywające jej kostki spienione fale. Podszedł do niej i chwycił ją za nadgarstki, jakby bojąc się, że gotowa jest się utopić.
- Puść mnie – szepnęła błagalnie.
- Weroniko, wróć do mnie – poprosił i tym razem w jego myślach wyczuła lekki niepokój, nie zwolnił jednak uścisku.
Chciała tylko, żeby ją uwolnił. Pragnęła uciec od niego jak najdalej. Zbyt dobrze go znała, wiedziała, że nie odpuści. Do tej pory nie miała pojęcia dlaczego, ale wiedziała, że to właśnie ona była tym, czego pragnął, a Dominik zawsze dostawał to czego chce. Zaczęła drżeć. Przytrzymał ją mocniej. Przyciągnął do siebie. Znalazła się w jego ramionach, tych samych, w których jeszcze do niedawna czuła się tak bezpiecznie. Nie! Wszystko w niej krzyczało, szukając okazji do ucieczki. Wtedy właśnie zjawił się Mateusz. Wściekłość ogarniała jego umysł niczym tarcza. Z pięściami rzucił się na Dominika, wyswobadzając ją z jego objęć. Zaskoczony chłopak zaczął się bronić. Podciął Mateuszowi nogi, tak, że ten przewrócił się w słoną, płytką wodę. On jednak pociągnął go za sobą i teraz leżeli obydwoje na piasku, obmywani chłodnymi falami. Rozpoczęła się bójka.
„Nie” przestraszona Weronika wysłała Mateuszowi błagalną myśl, odsuwając się w kierunku plaży. „Proszę! Nie jest tego wart!”
„Zabiję sukinsyna!” odpowiedział jej warknięciem.
Stała drżąca, wpatrując się we w miarę wyrównaną walkę. Otoczył ich tłum gapiów. Przybiegła Patrycja.
- Przestańcie! – krzyknęła przestraszona. – Mateusz, przestań! – jęknęła błagalnie.
Żaden z nich nie słuchał i sytuacja stawała się coraz groźniejsza. Ktoś musiał wezwać policję, bo po kilku minutach na plaży pojawili się odziani w niebieskie mundury mężczyźni. Rozdzielili turlających się w wodzie, mocno już posiniaczonych chłopaków. Dominik splunął krwią. Mateusz szarpnął się, próbując się wyrwać trzymającym go mężczyzną. Jeden z policjantów przyłożył mu gumową pałką. Obydwu skuli kajdankami i rzucających się poprowadzili do radiowozu. Tłum gapiów zaczął się rozchodzić. Weronika, stojąc bez ruchu, wpatrywała się w odchodzących mężczyzn.
- To twoja wina! Dlaczego kazałaś mu się bić?! – wrzasnęła na nią Patrycja.
Dziewczyna spojrzała na nią jak na idiotkę. Nie odpowiedziała. Wyższa od niej niemal o głowę Patrycja, chwyciła ją za ramiona.
- Nie dotykaj mnie! – syknęła Weronika, odsuwając od niej gwałtownie. – Niczego mu nie kazałam!
- Obściskiwałaś się z tym chłopakiem, widziałam! Jak możesz coś takiego robić Mateuszowi?! – wściekły głos Patrycji był nieprzyjemny i przeszkadzał jak brzęczenie pszczoły.
Weronika skapitulowała. Odpowie tamtej, żeby wreszcie się zamknęła.
- To był mój narzeczony – powiedziała cicho. – To przez niego wylądowałam w tamtym szpitalu – przynajmniej tym razem, dodała w myślach. – Mateusz o tym wiedział, dlatego się na niego rzucił.
Patrycja straciła całą swoją pewność.
- Co on ci zrobił? – zapytała cicho.
- Upił się, pobił mnie i chciał zgwałcić, ale nie zdążył, bo wcześniej straciłam przytomność – wyjaśniła sucho.
Nie zamierzała dodawać, że przez to runął cały jej świat, a wszystko straciło sens i dopiero kiedy zjawił się Mateusz, udało mu się jej życie, jej radość odbudować. Nie chciała mówić, że była z Dominikiem naprawdę szczęśliwa, że opiekował się nią i mimo, że uważał ją za odrobinę szaloną i niecodzienną, to nigdy nie myślał o niej jak o chorej psychicznej osobie, w przeciwieństwie do tego, co sądziła jej rodzina i cała reszta znanego dziewczynie świata. Tolerował to, że unikała ludzi, nie przeszkadzało mu, kiedy nie odzywała się całymi dniami, uważał, że to urocze, kiedy tak się zamyśliła. O tak, zdecydowanie miała powody, żeby przyjąć oświadczyny Dominika. Jednak nigdy nie czuła do niego nawet ułamka tego, co łączyło ją z Mateuszem. Do tej pory w swoim dwudziestoletnim życiu, nie miała pojęcia, co naprawdę znaczy słowo miłość.
- Och! Tak mi przykro – wyrzuciła z siebie Patrycja, w której zaszła gwałtowna zmiana.
Spontanicznie rzuciła się, żeby objąć stojącą przy niej dziewczynę. Weronika gwałtownie się odsunęła. Nie chciała niczyjego współczucia! Mateusz to rozumiał, ta dziewczyna nie. W jej oczach zapłonęła złość.
- Nie dotykaj mnie! – powtórzyła.
- Przepraszam – powiedziała skonsternowana Patrycja, nie przysuwając się już do niej ani o centymetr bliżej.
Weronika z wściekłością zdała sobie sprawę, że teraz to ona ma lekkie wyrzuty sumienia. Ta dziewczyna jej nienawidziła i osobiście wolałaby, żeby tak właśnie zostało.
- Martwię się o Mateusza – wyznała cicho, zmieniając temat.
Patrycja odgarnęła z twarzy rozwiewane przez wiatr, złociste włosy. Jej kremowa, letnia sukienka wirowała w powietrzu, jakby w dzikim tańcu.
- Ja też – przyznała, tym samym zawierając z Weroniką cichy rozejm. – Chodź, wrócimy do domu, a stamtąd zadzwonię na komisariat, żeby się dowiedzieć, co z nim i co możemy zrobić dalej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Dzień był pochmurny i ponury, a Weronika miała równie podły humor, co niebo. Całą noc leżała wtulona w ciemnozieloną bluzę Mateusza, bo tylko tyle mogła zrobić. Od świtu natomiast po prostu na niego czekała. Kiedy wreszcie się pojawił, pobity i głodny, rzuciła się na niego, niemal przewracając chłopaka na podłogę. Przytulił ją do siebie czule.
„Jesteś” oznajmiła radośnie.
„Przepraszam” powiedział. „Postąpiłem bardzo lekkomyślnie, ale nie mogłem się powstrzymać.”
Weronika nie zamierzała mu robić wyrzutów, najważniejsze dla niej było to, że wrócił, że przy niej był. Patrycja natomiast obrzuciła go gniewnym wzrokiem.
- Idiota! – warknęła na niego. – Dobrze, że nie postawili ci żadnych zarzutów!
Mateusz wzruszył ramionami, a potem, wyraźnie zmęczony, opadł na brązową, stojącą na środku pomieszczenia kanapę. Weronika natychmiast usiadła obok niego, wtulając się pod jego ramię. Pocałował jej ciemne włosy.
- Odpuść mi, Pati i daj coś do jedzenia – poprosił ziewając.
„A co, królewna nie może?” przeszło przez myśli Patrycji i było tak głośne, jakby krzyczała. Weronika wstała i uciekła na górę. Mateusz zaklął cicho. Wstał.
- Co jest? – spytała niczego nie rozumiejąca dziewczyna. – Poczekaj, zaraz coś ci zrobię.
- Nie ważne – westchnął. – Zapomnij o tym jedzeniu – mruknął, a potem wspiął się schodami, za Weroniką.
Kiedy wszedł do pokoju, leżała skulona na łóżku. Położył się za jej plecami, tuląc ją do siebie.
„Dlaczego mnie nie poprosiłeś?” spytała z wahaniem.
„Bo nie chciałem, żebyś znalazła się chociaż o pół centymetra dalej ode mnie” odpowiedział szczerze. „Przecież nikomu nie zaszkodziłoby, gdyby zrobiła mi kanapkę” stwierdził ponuro.
„Najwyraźniej jej to nie odpowiadało” mruknęła Weronika.
„Już milion razy mi je robiła” pomyślał, po niewczasie zdając sobie sprawę, że to był błąd.
- Doskonale, więc niech dalej robi – syknęła wściekle, gwałtownie siadając.
- Czemu tak się złościsz? – spytał, widząc w jej myślach, jak bardzo jest zazdrosna. – Przecież wiesz, że tylko ciebie kocham – mruknął odrobinę sennie.
Zawzięta mina Weroniki, zmieniła się najpierw w zaskoczoną, a potem pełną szczęścia.
„Kochasz?” niemal rozpłynęła się wypowiadając w myślach to słowo.
„Mhm” odpowiedział kładąc ją obok siebie z powrotem. „Oczywiście, że cię kocham” mruknął zamykając oczy. „I nikt poza tobą się dla mnie nie liczy.”
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
To był pierwszy ciepły dzień, od kiedy zjawili się nad morzem. Słońce świeciło jasno, na błękitnym, bezchmurnym niebie. Weronika, ze związanymi w kucyk włosami, ubrana w dżinsowe szorty i niebieską koszulkę na ramiączkach, w bardzo dobrym humorze, szła w kierunku plaży. Idący obok, z kocem pod pachą, Mateusz trzymał ją za rękę i to było naprawdę cudowne. Tylko Patrycja, w skąpym, czerwonym bikini i długiej, hipisowskiej spódnicy rzucała cień na jej pełen szczęścia dzień. Skręcili na jedno z barwnym stoisk, ponieważ chłopak uparł się, że kupi Weronice strój kąpielowy. Doskonale wiedział, jak bardzo dziewczyna lubi pływać, a sam również nie miał nic przeciwko morskim falom.
„Który ci się podoba?” zapytała rozanielona.
„Przymierz ten niebieski, nie ma mowy o żadnych bikini” ostrzegł groźnie.
Roześmiała się, a Patrycja spojrzała na nią jak na wariatkę, którą zresztą według otaczającego ją świata i tak już była. Chłopak podał jej kostium i zniknęła w przymierzalni, żeby się przebrać.
- Czy nie uważasz, że ona cię wykorzystuje? – spytała ponuro Patrycja, konspiracyjnym szeptem.
- O co ci chodzi? – spytał poirytowany Mateusz, zdając sobie sprawę, że Weronika usłyszy w jego myślach każde słowo.
- Wszystko jej kupujesz, utrzymujesz ją, sprzedałeś z jej powodu mieszkanie, a co masz w zamian? – spytała chłodno.
- Mam ją i to mi wystarczy do szczęścia – warknął na Patrycję, jednocześnie zdając sobie sprawę, że Weronika, z płynącymi po policzkach łzami, szybkim ruchem zdejmuje z siebie nowy strój kąpielowy, z powrotem zakładając własne ubranie.
„Jeżeli wyjdziesz tutaj bez założonego kostiumu, to obiecuję wrzucić cię do wody w ubraniu” oznajmił stanowczo.
„Ale…” zaczęła cichutko dziewczyna.
„Nic mnie nie obchodzą twoje ale” z trudem powstrzymał się przed warknięciem. „Doskonale wiesz, ze ona nie ma racji.”
Czuł jak Weronika wzdycha, jak stara się uspokoić, jak z powrotem naciąga na siebie niebieski materiał. Mateusz zapłacił uśmiechniętej sprzedawczyni, żeby dziewczyna nie miała już żadnej wymówki, a potem cierpliwie czekał. W końcu zdał sobie sprawę, że ona nie wyjdzie. Podał Patrycji koc.
- Zajmij jakieś fajne miejsce, dołączymy do ciebie za chwilę – powiedział rozkazująco.
Zaskoczona blondynka zamrugała.
- Nie pójdziemy razem? – zapytała niepewnie.
- Przyjdziemy niedługo – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu głosem, a ona wiedziała, że nie ma sensu się z nim kłócić.
- Dobrze, pójdę w lewo – mruknęła, odchodząc w kierunku plaży.
Dopiero kiedy zniknęła z zasięgu wzroku, Weronika wyszła z przymierzalni. Nie płakała, ale jej poprzecierane oczy lśniły od łez. Spod niebieskich, dżinsowych szortów, wystawała góra od kostiumu. Mateusz przytulił ją do siebie opiekuńczym gestem.
„Nie przejmuj się nią, proszę” westchnął.
Wiedział jednak, że dziewczyna zwyczajnie nie potrafi i, że Patrycja samą swoją obecnością psuje jej humor. Był postawiony pod ścianą i nie miał pojęcia co zrobić. W pewnym momencie usłyszeli krzyk dziecka. Podbiegła do niego przestraszona matka.
- Co się stało, Szymku? Co się stało? – zapytała odrobinę spanikowana kucając przy jasnowłosym czterolatku.
Malec stał na skraju deptaka, tuż przy ścianie lasu i teraz drobnymi rączkami objął szyję matki. Wskazał drżącym palcem coś między drzewami. Kobieta popatrzyła nie rozumiejąc. Spojrzenia Weroniki i Mateusza również powędrowały w tamtym kierunku. Dziewczyna mocno chwyciła ramię chłopaka, z całej siły wbijając w nie palce. W cieniu, między drzewami, błyszczały czerwone oczy. Wiedziała, że on też je widzi i obydwoje doskonale zdawali sobie sprawę co kryje się za nimi. Weronika mimowolnie spojrzała na szpecące policzek chłopaka, podłużne, białe blizny, przypomniała sobie o swoich własnych, przebiegających przez ramię i plecy, tuż obok łopatki.
- Kochanie, nic tam nie ma – odezwała się uspokojona matka – to tylko cienie.
- Cienie? – powtórzył jak echo chłopczyk.
Kobieta wstała, biorąc go na ręce i przytulając mocno do siebie.
- Tak, kochanie, nie masz się czego bać, przecież jestem z tobą – powiedziała uśmiechnięta i razem odeszli w kierunku plaży.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Był ranek, czekał ich jeszcze długi dzień, nim miały zapaść ciemności. Czerwone oczy, cienie w lesie, to wszystko wydawało się mało rzeczywiste. Teraz jednak ani Mateusz, ani Weronika, nie potrafili sobie wmówić, ze to co widzieli, nie było prawdziwe. Siedzieli na pomarańczowym, ozdobionym żółtą kratą kocu i wpatrywali się w spokojną wodę. Dziewczyna bezwiednie przesunęła dłonią, bo gładko ogolonym policzku chłopaka, palcami dotknęła podwójnej, podłużnej blizny. Przytrzymał przy swojej twarzy jej rękę.
„Nie przejmuj się tym” mruknął, sam przyglądając się już dawno zagojonym zadrapaniom na jej plecach.
Weronika westchnęła. Czasem cieszyła się z tego, że jest inna, unikalna, ale kiedy indziej, w takich właśnie chwilach, marzyła o tym, by być jak pozostali ludzie. Zwyczajna. Jak Patrycja. Pragnęła nie widzieć w oddali czerwonych ślepi, chciała, żeby nie atakowały ją cienie.
„Czy my to sobie wyobraziliśmy?” spytała niepewnie.
Chłopak skrzywił się odrobinę.
„Nie, to coś naprawdę tam było” westchnął. „Kiedy miałem wypadek” powiedział, ale przez jego myśli i tak przebiegły wspomnienia o tym, jak specjalnie rozpędził motocykl i wjechał w drzewo „rzuciło się na mnie.” Na chwilę przymknął oczy. „Przypominało wielkiego kota, biło od niego gorąco. Zupełnie jakby był zrobiony z magmy. Potem straciłem przytomność i nie wiem co działo się dalej.”
Dziewczyna położyła się na kocu, oplatając wokół niego, jakby sama była kociakiem.
„Dziwne” stwierdziła. „Mnie zaatakował, kiedy wzięłam tabletki.”
Mateusz z trudem zniósł napływające do niego informacje. Ona także chciała się zabić. Nigdy, przenigdy nie mógłby na to pozwolić! Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co by zrobił, gdyby jej przy nim nie było. Sama próba myślenia o tym, była nie do zniesienia. Niechcący, zupełnie nieświadomie, zagłębił się dalej w jej myśli. Z trudem powstrzymał się od warknięcia. To właśnie Dominik, jej były narzeczony, mężczyzna, którego nienawidził najbardziej na świecie, ją wtedy uratował. Więc jednak, paradoksalnie, coś mu zawdzięczał.
„Nie mówmy o tym” poprosiła cicho.
„Nie będziemy” mruknął, kładąc się obok niej i przytulając ją do siebie zaborczo. „Nie teraz, kiedy cię wreszcie odnalazłem.”
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nieco naburmuszona Patrycja, pod byle pretekstem, wróciła do domu wcześniej, więc Mateusz i Weronika, przez resztę dnia zostali sami. To im odpowiadało. Wylegiwali się na plaży w jaskrawych promieniach słońca, pływali w morzu, skakali przez falę i czas spędzali po prostu świetnie się bawiąc. Zupełnie udało im się wyrzucić z umysłów, czerwone, czyhające w mroku, złowieszcze oczy. Do domu wrócili dopiero pod wieczór i to tylko dlatego, ponieważ Mateusz uznał, że Weronika zmarznie. Kiedy jednak znaleźli się pod zbudowanym z drewnianych bali, położonym na wzgórzu domem, chłopak zatrzymał się jak wryty. Cicho jęknął. Oprócz samochodu jego i Patrycji, na podjeździe stał również wysłużony, pomarańczowy Matis.
„Co się stało?” zaniepokoiła się dziewczyna.
„Moi rodzice” mruknął niechętnie chłopak.
„To źle?” zapytała wyobrażając sobie swoją własną rodzinę.
„Może nie aż tak” odpowiedział ponuro, oglądając w jej wizjach, mieszającą dziewczynę z błotem matkę, która krzykiem reagowała niemal na wszystko i stado udających, jakby grały przed publicznością w teatrze, troskę ciotek. „Zresztą, przekonajmy się czego ona chce” westchnął z nadzieją, że jego matka po prostu się martwi.
Kiedy tylko przeszli przez próg, natychmiast przypadła do nich ubrana w kremową garsonkę, szczupła, wysoka kobieta. Z jej oblicza emanowały siła i stanowczość oraz jakieś twarde, konserwatywne postanowienie.
- Och Mateuszku, jak ty mizernie wyglądasz! Na pewno bardzo źle jadasz! – zaczęła na powitanie, ignorując obecność Weroniki.
Dziewczyna rozejrzała się po połączonym z aneksem kuchenny, salonie. Patrycja zawzięcie krzątała się w niewielkiej kuchni, a na jednym z pluszowych foteli siedział z obojętną miną, starszy, szpakowaty mężczyzna, który wyglądał na już od dawna zrezygnowanego.
- Co tu robisz, mamo? – zapytał, starając się ukryć swoje niezadowolenie, Mateusz.
- Postanowiliśmy z Andrzejem spędzić z tobą trochę więcej czasu – oznajmiła w imieniu swoim i męża – martwiliśmy się o ciebie. Usiądź lepiej i coś zjedz – rozkazała, niemal na siłę prowadząc chłopaka do stołu.
Weronika zobaczyła, jak w jego oczach błysnął gniew. Ani na moment nie puścił jej ręki, mimo, że kobieta zachowywała się tak, jakby w ogóle nie dostrzegała jej istnienia.
- Mamo, to moja dziewczyna, Weronika – przedstawił ją twardym, stanowczym tonem, obejmując opiekuńczo ramieniem.
Dziewczyna dostrzegła skierowany ku niej, przyjemny uśmiech ojca Mateusza, który natychmiast zgasł pod potępiającym spojrzeniem żony.
- Myślałam, że twoja narzeczoną jest Patrycja – oznajmiła, obdarzając Weronikę niechętnym spojrzeniem.
- Zerwałem z nią, ponieważ kocham Weronikę – wyjaśnił zdecydowanym głosem.
- Porozmawiamy o tym później – ucięła krótko. – Teraz lepiej coś zjedz.
Mateusz wzdrygnął się, ale posłuchał. Dziewczyna wyczuwała, że cały czas ma nadzieję, że uda mu się przemówić matce do rozumu, w pokojowy sposób. Puściła jego rękę i przycupnęła na kanapie, wiedząc, że jeżeli teraz wyjdzie, on pójdzie za nią. Dopiero wtedy, z miną skazańca, usiadł przy stole. Weronika uznała, że przynajmniej ta kobieta, mimo, że jej z miejsca nie toleruje, jest szczera w stosunku do siebie i świata. Nie pojawiały się u niej żadne sprzeczne myśli. Mówiła dokładnie to, co jej przyszło do głowy, patrząc na świat przez bardzo cienki pryzmat. Za to od podającej wykwintny obiad Patrycji, którą kobieta traktowała z niemal równym uczuciem co Mateusza, promieniowała radość zwycięscy. Wygrałam! Zdawało się wszystko w niej krzyczeć. Weronika miała przemożną ochotę uciec, siedziała jednak dalej, milcząca i nieszczęśliwa. Przechwyciła przelatujące przez myśli Andrzeja współczucie i troskę, a to dodało jej siły. Przynajmniej ojciec jej ukochanego, z miejsca jej nie nienawidził. Przecież nie zrobiła tej kobiecie nic złego, o co więc w ogóle jej chodziło?
„Nie przejmuj się” usłyszała pełną prośby myśl. „To nie ma znaczenia.”
„Przecież to twoja matka” oponowała dziewczyna.
„To bez znaczenia” powtórzył ostro. „Jest jaka jest i inna nie będzie. Ale będzie musiała się pogodzić z rzeczywistością, bo ja nigdy, przenigdy nie zamierzam z ciebie zrezygnować. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla wszystkich.”
Weronika, pełna żalu, ale też odrobinę uspokojona, podciągnęła kolana pod brodę. Miała Mateusza, a on był wart tego, żeby o niego walczyć, nawet jeżeli cały świat miał być przeciwko nim.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika skulona leżała na łóżku. Po tym, jak ta kobieta poprosiła Mateusza, żeby ją wyprowadził, bo chce porozmawiać bez zbędnych świadków, po prostu nie wytrzymała i uciekła. Była pewna, że chłopak pójdzie za nią, ale mijały długie minuty, a on nie przychodził. Łzy same cisnęły jej się do oczu. Zamknęła się na cały otaczający ją świat. W końcu, po prawie kwadransie, pojawił się w drzwiach. Zobaczyła jak topnieje lodowata wściekłość w jego oczach, jak skierowane na nią spojrzenie łagodnieje.
- Wyjeżdżamy stąd – oznajmił już zupełnie spokojnie.
Dziewczyna usiadła. Spojrzała pytająco w jego orzechowe oczy.
- Jak to? – zapytała pełnym nadziei głosem.
Wzruszył ramionami, siadając obok niej i przytulając ją do siebie.
- Zwyczajnie. Wrócimy do miasta, wynajmiemy mieszkanie i będziemy sami. Nikt nie będzie miał prawa się w nasze życie wtrącać. Nie pozwolę na to, żeby ktoś cię krzywdził, nawet gdyby to miały być tylko słowa – dodał stanowczo.
Weronika wtuliła się mocno w jego ramiona.
- Mówiłeś, że nie mamy za co wynająć mieszkania – zwróciła mu uwagę.
Uśmiechnął się do niej leciutko.
- Dlatego zadzwoniłem do mojego byłego szefa. Zgodził się przyjąć mnie z powrotem do pracy, dostanę nawet zaliczkę. Co prawda nie będzie płacił tyle, co wcześniej, ale obiecał mi, że nie będzie żadnych delegacji.
Dziewczyna pocałowała go, a potem gwałtownie zerwała się z łóżka. Chwyciła na wpół tylko rozpakowany plecak. Spojrzał na nią nieco rozbawionym wzrokiem.
- No co? – mruknęła. – Im szybciej się stąd wyniesiemy, tym lepiej.
On także wstał. Cieszył się, bo jej myśli na powrót rozświetlały iskierki szczęścia.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mieszkanie, które wynajęli, było niewielką, ale przytulną, kawalerką na dwunastym piętrze wieżowca. Miało słonecznie żółte ściany i dopasowane pod ich kolor, obite pomarańczowym welurem meble. Dodatkowo nieopodal znajdował się położony na wzgórzu, bardzo ładny park. Weronika była szczęśliwa. Żadnej Patrycji, żadnych nietolerujących jej rodziców, tylko oni dwoje, sami. O tym właśnie marzyła. Spędzili wspólnie cudowny, bajkowy weekend. W poniedziałek jednak, kiedy Mateusz poszedł do pracy, Weronika nie mogła usiedzieć w miejscu. Krzątała się sprzątając po trzy razy te same miejsca i przekładając rzeczy z kąta w kąt. Potem ugotowała obiad. Bardzo duży obiad. Nie mogła zdecydować się co zrobić, więc jej myśli zamieniły się w rzeczywiste jedzenie: kotlety z piersi kurczaka, warzywne leczo, lazanie, puree ziemniaczane, mizerię, risotto i kilka różnych sałatek. Mimo wszystko, kiedy Weronika wyszła z domu, ciągle zostało jeszcze kilka godzin do czasu, aż Mateusz skończy pracę. Na piechotę przeszła te kilka przystanków, o które oddalona była jego firma, a później usiadła na jednej z pomalowanych zieloną farbą, miejskich ławek i czekała. Kiedy tylko wyszedł z biura, natychmiast zerwała się i podbiegła, rzucając się mu na szyję. Spojrzał na nią lekko zaskoczonym, ale szczęśliwym wzrokiem.
- Co tu robisz? – zapytał, tuląc ją do siebie.
- Czekałam na ciebie – oznajmiła radośnie, bo życie, które przez ponad osiem godzin nie miało sensu, ponownie go nabrało.
Chłopak rozszerzył oczy ze zdumienia, nieświadomie zaglądając w jej myśli.
- Czekałaś na mnie ponad trzy godziny?!
Weronika spuściła wzrok, lekko zaczerwienioną twarz chowając w jego koszuli.
- Jakoś tak wyszło… – mruknęła.
Przymknął oczy oddychając głęboko. Wolał tego nie komentować. Wiedział przecież jaka jest i między innymi za to ją kochał. Odsunął ją od siebie łagodnie i zaprowadził do samochodu.
- Wracamy do domu – oznajmił, siadając za kierownicą.
„Kocham cię. Tęskniłam” pomyślała niemal podświadomie Weronika.
„Ja ciebie też, kociaku” westchnął, uśmiechając się do niej łagodnie, w odpowiedzi.
Kiedy weszli do domu, dziewczyna skakała nad nim jak wesoły zajączek. Podobało mu się to, a jednocześnie wolał, żeby usiadła, najlepiej na jego kolanach.
„Przepraszam” odezwała się spłoszona, podając mu obiad i siadając na samym brzegu drewnianego krzesełka.
„Nie przejmuj się” odpowiedział zmieszany, wcale nie chcąc jej żaden sposób przyganiać. „Naprawdę lubię twój entuzjazm.”
Uśmiechnęła się do niego promiennie, ale niemal w tym samym momencie jej uśmiech przygasł, bo Mateusz nieświadomie pomyślał o nadmiarze jedzenia, który jego zdaniem wystarczyłby dla małej armii. Jednocześnie, przywołał obraz zawsze zaradnej i zorganizowanej Patrycji, nie potrafiąc ich dwóch nie porównać. W jasnych oczach Weroniki zabłysły łzy.
- Przepraszam – szepnęła zrywając się z krzesła i wybiegając z kuchni do pokoju.
Chłopak przeklął się w duchu za to, że nie potrafił powstrzymać tych głupich myśli. Wstał od stołu, mając zupełną pewność, że życie z Weroniką wcale nie będzie łatwe. To jednak nie miało znaczenia, skoro i tak, całym sobą wiedział, że warto. Nigdy nikogo, nawet własnych rodziców, nie kochał tak mocno, jak teraz ją kochał. Wszedł do pokoju i położył się na kanapie, obok skulonej pod kołdrą dziewczyny.
„Kocham cię i nic innego się nie liczy” oznajmił stanowczo.
Przytuliła się do niego całą sobą, ale wyczuł w niej jakąś dziwną niechęć i rezygnację. Poddała się, a on nawet nie wiedział, o co walczyła. Postanowił dać jej trochę czasu, licząc na to, że Weronika przywyknie do nowej sytuacji. Jeżeli jednak nie, jeżeli naprawdę musiała z czymś się zmagać, był pewien, że on będzie walczył razem z nią.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mateusz wracał do domu odrobinę zaniepokojony. Tym razem Weronika na niego nie czekała. Właściwie przez cały dzień nie dawała znaku życia. Nie odbierała telefonu, nie pisała smsów, było zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. Chłopak przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Nikt nie przywitał go w drzwiach. Ze strachu, serce podeszło mu niemal do gardła. Teraz dopiero czuł, że coś naprawdę może być nie tak. Kiedy wszedł do pokoju, zobaczył tylko leżącą na kanapie stertę poduszek i kołder. Natychmiast do niej przyskoczył, odsłaniając skuloną sylwetkę Weroniki. Odetchnął z ulgą, kiedy dziewczyna otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego promiennie.
„Jesteś” westchnęła z zadowoleniem.
„Jestem” odpowiedział, podnosząc ją z łóżka i przyciągając do siebie.
Następne dni wcale nie wyglądały lepiej. Dziewczyna spała lub po prostu leżała skulona na łóżku, do czasu, kiedy on nie wrócił z pracy. Dopiero w jego obecności zupełnie odżywała i odzyskiwała humor. Wieczorem kładła się obok niego, wtulając się w jego ramiona lub głaszcząc jego krótko ścięte, ciemne włosy i zupełnie wypoczęta, przyglądając się jak zasypia. Mateusz każdego popołudnia wracał z pracy z coraz większym strachem. Bał się, że kiedyś może już jej nie zastanie, a takiej świadomości zupełnie nie mógł znieść. Przez dwa tygodnie chodził rozkojarzony, nie potrafiąc na niczym skupić uwagi, bo w jego życiu normalny i szczęśliwy był teraz tylko weekend – czas, który w całości mógł spędzić jedynie z Weroniką. Nie miał jednak pojęcia co zrobić. Przecież musiał pracować, bo inaczej, jak niby mieli żyć? Może, gdyby ona również miała jakąś pracę… ale to, samo w sobie, graniczyło niemal z cudem. Przy jej dokumentach, przy chorobie psychicznej… nie potrafił się oszukiwać. Doskonale wiedział, że Weronika jednego dnia może być pracownikiem miesiąca, a zaraz drugiego, w ogóle nie przyjść lub płakać gdzieś skulona w kącie. Nie mógł winić nikogo za to, że nie chciałby takiej dziewczyny zatrudnić. Był to ich wspólny problem, ale postanowił, że to on będzie musiał go w jakiś sposób rozwiązać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika stała przed podłużnym lustrem, które wisiało tuż nad zlewem w wyłożonej zielonkawymi kafelkami, niewielkiej łazience. Obróciła się dookoła własnej osi, po raz trzeci rozpuszczając ciemne włosy, które kaskadą opadły jej na odsłonięte ramiona. Nie mogła się zdecydować, jak ułożone wyglądają lepiej, a chciała, żeby tego wieczora wszystko było perfekcyjne. Jeszcze raz przyjrzała się kusej, czarnej haleczce z delikatnego, odrobinę śliskiego materiału. Zdawała sobie sprawę, że nie musi się podobać Mateuszowi, żeby ją chciał, ale całą sobą pragnęła zobaczyć wyraz pożądania w jego orzechowych oczach. W końcu zdecydowała. Wzięła głęboki oddech i podeszła do drzwi, gotowa tym razem nacisnąć klamkę. Z zewnątrz dobiegł ją jakiś hałas. Odskoczyła gwałtownie, a potem, przypomniawszy sobie, że tam przecież jest Mateusz, ponownie rzuciła się ku drzwiom.
„Nie wychodź!” usłyszała ostry rozkaz, który zatrzymał ją w miejscu, a potem była już tylko cisza.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Patrycja nie mogła już wytrzymać tego ciągłego milczenia. Mateusz był na nią naprawdę wściekły, a to się jej w najmniejszym stopniu nie podobało. Wiedziała teraz, że odzyskanie go wcale nie będzie takie łatwe, jak się na początku wydawało, ale uda jej się, nawet jeżeli miałoby to oznaczać przyjaźń z Weroniką. Zaparkowała samochód za bramą położonego na skraju centrum miasta osiedla. Wysiadła. Była ciekawa jak zareagują na jej niezapowiedziane odwiedziny, ale niby co innego mogła zrobić? Nie odbierał jej telefonów, od wyjazdu znad morza nie odezwał się ani słowem. Z trudem, po wykonaniu setek telefonów, zdobyła jego nowy adres. Wjechała windą na samą górę dwunastopiętrowego wieżowca. Stanęła pod drewnianymi drzwiami w końcu wąskiego korytarza i pewnie nacisnęła dzwonek. Nikt nie otworzył. Zrobiła to ponownie i potem jeszcze raz. Spod drzwi wydostawała się nieśmiało smuga żółtawego światła. Przecież musieli tam być! Zniechęcona nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi. Spojrzała zaskoczona, jak otwierają się bez trudu. Niezbyt przekonana czy dobrze robi, weszła do środka. Nie chciała jeszcze bardziej pogarszać swoich stosunków z Mateuszem, który zwariował na punkcie tej głupiej dziewczyny. Stała się dla niego ważniejsza niż własna matka! Patrycja rozejrzała się po mieszkaniu. Głęboko wciągnęła powietrze. Kuchnia, przez którą bezpośrednio wchodziło się dalej, była zdemolowana. Drzwi od salonu zostały wyrwane z zawiasów i teraz leżały na podłodze, otwierając dziurę do jedynego w tym mieszkaniu pokoju. Roztrzaskane były meble, tak jak i szyby w oknach. Wszędzie walały się podarte strzępy materiałów. Co tu się do cholery stało? Przerażona wyjęła z kieszeni telefon, niepewna, czy dzwoniąc na policję, powinna tu zostać. Wtedy jej wzrok przyciągnął jakiś skulony kształt. Weronika! Z pobladłą twarzą siedziała na podłodze, pod ścianą. Ramionami oplatała nogi. Długie, czarne włosy, spływały po jej ramionach, zasłaniając ją niczym kurtyna. Dziewczyna miała na sobie jakby krótki strzęp materiału. Drżała, a Patrycja nie była pewna czy Weronika drży ze strachu czy z zimna. Podeszła do niej, kucając naprzeciwko.
- Co tu się stało? – zapytała z trudem siląc się na spokój. – Gdzie jest Mateusz?
Dziewczyna ją zignorowała, w dalszym ciągu patrząc w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Dzwoniłaś na policję? – spytała ponownie.
Potem uznała, że to beznadziejne, bo równie dobrze mogłaby mówić do pomalowanej na żółto ściany. Wykręciła numer, by po chwili połączyć się z policją.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Niewielki, czerwony samochód ruszył z piskiem opon. Nieszczęśliwa Patrycja niechętnie spojrzała na swoją milczącą pasażerkę. Nie była pewna, jak to właściwie się stało, że ją zabrała. Przyjechała policja, próbowała je obie przesłuchiwać, ale Weronika kompletnie ich ignorowała, zupełnie, jakby nie istnieli. Jeszcze raz popatrzyła na swoją sztruksową marynarkę, którą otuliła znajdującą się jakby w innym świecie dziewczynę. Nienawidziła jej, ale nie potrafiła tak po prostu zostawić. Zresztą, była przekonana, że Mateusz nigdy w życiu by jej tego nie wybaczył. W tym momencie Weronika była jak lalka. Pozwoliła się ubrać i wyprowadzić z mieszkania, a potem wsadzić do samochodu. Jej własny świat musiał być gdzieś naprawdę daleko od tego rzeczywistego. W końcu Patrycja zatrzymała samochód przed ładnym, niskim, nowym blokiem, położonym na strzeżonym osiedlu. Otworzyła drzwi pasażera, żeby wypuścić obojętnie patrzącą w przestrzeń dziewczynę. Nie chciała jej zabierać do siebie, ale nie widziała innego wyjścia. Ruszyły brukowanym chodnikiem w kierunku bloków. Minęły porośnięte pomarańczowo-kremowymi kwiatami pergole, a potem ogrodzony plac zabaw dla dzieci. W pewnym momencie Weronika zatrzymała się, a obojętność w jej jasnych oczach zastąpił strach.
- Co znowu?! – z trudem powstrzymała się od warknięcie coraz bardziej zirytowana Patrycja.
Odpowiedź jednak przyszła sama. Kilka metrów przed nimi zatrzymał się wysoki chłopak. Ciemne, nieco przydługie włosy, zawadiacko opadały mu na oczy. Niewątpliwie należał do tych wyjątkowo przystojnych i pewnych siebie facetów. Stanął zaskoczony. Sportowa torba wypadła mu z ręki.
- Weronika! – powiedział jednocześnie zaskoczonym, uspokojonym i wyrażającym nadzieję głosem.
Patrycja przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, a dopiero potem go rozpoznała.
- Chodź – odezwała się do dziewczyny, biorąc ją pod ramię i próbując zignorować niepożądaną obecność Dominika.
Chłopak zareagował jakby instynktownie, bez chwili wahania. Przyskoczył do Weroniki, odpychając od niej Patrycję.
- Zostaw ją! – warknął, zasłaniając sobą dziewczynę.
Blondynka zamrugała. To ona miała ją zostawić?! Zupełnie jakby to właśnie ona była odpowiedzialna za zrobienie jej krzywdy. Co za dupek! Przemknęło w jej myślach.
- Daj nam spokój! – syknęła w odpowiedzi, ale on już opiekuńczo obejmował ramieniem Weronikę.
Najwyraźniej znał takie stany dziewczyny, ponieważ nawet nie próbował do niej niczego mówić. Po prostu zignorował Patrycję, podniósł z chodnika upuszczoną torbę i zaczął prowadzić Weronikę w stronę jednej z klatek schodowych. Blondynka przez chwilę stała, nie wiedząc co ma zrobić, a potem podbiegła, żeby zagrodzić mu drogę.
- Zostaw ją, bo zadzwonię na policję! – zagroziła.
Prychnął, jakby odrobinę rozbawiony.
- Tak? I co im powiesz? – zapytał drwiącym tonem.
- Przecież ty ją porywasz! – oznajmiła pewna siebie.
Dominik z politowaniem pokręcił głową.
- Nic dziwnego, że powstało tyle dowcipów na temat inteligencji blondynek – stwierdził rozbawiony. – Czy to twoim zdaniem wygląda na porwanie? Czy Weronika w jakikolwiek sposób protestuje? Nie chce ze mną iść? Zresztą to moja narzeczona i nic ci do tego – oznajmił stanowczo.
To dziewczyna mojego chłopaka! Przeszło niechętnie przez myśli Patrycji, ale powstrzymała się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. Może powinna pozwolić mu ją zabrać i problem z głowy? Zawahała się. Nie, nie mogła tego zrobić. I nie chodziło tylko o Mateusza. Nie mogła jej zostawić z tym chłopakiem, nie po tym, co Weronika powiedziała jej na temat Dominika.
- To przez ciebie wylądowała w szpitalu i nie sądzę, żeby chciała mieć z tobą jeszcze cokolwiek wspólnego! – warknęła wściekle Patrycja.
Twarz Dominka zmieniła się, z rozbawionej w niedowierzającą, a potem lekko zaskoczoną. Przecząco pokręcił głową.
- Nie, to nie tak… – zaczął, ale Patrycja zgromiła go wzrokiem. Westchnął. – Jeżeli chcesz, możesz do mnie wejść, możemy przez chwilę porozmawiać, ale jeżeli uważasz, że ją zostawię, kiedy jest w takim stanie, to grubo się mylisz.
Dziewczyna, widząc, że nie ma wyjścia, niechętnie skinęła głową, a potem w ślad za prowadzącym Weronikę Dominikiem, weszła do czystej, zadbanej klatki schodowej i równie schludnej, nowoczesnej windy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Prosty, biały, kuchenny blat, stał niczym tarcza pomiędzy wpatrzoną w siebie wrogimi spojrzeniami dwójką. Zielone oczy Dominika płonęły, natomiast błękitne Patrycji, były chłodne i opanowane.
- Zabieram Weronikę do siebie – oznajmiła stanowczo.
Chłopak przecząco pokręcił głową, a ona nie mogła nie zauważyć tego w zawadiacki sposób, opadającego na czoło kosmyka brązowych włosów.
- Czego od niej chcesz? – zapytał. – Kim ona w ogóle dla ciebie jest?
Patrycja miała ochotę zgrzytać zębami. Za żadne skarby nie chciała się przyznawać do tego, że to dziewczyna, dla której porzucił ją chłopak.
- To bez znaczenia kim jest dla mnie, ważne, że nie zostawię jej z tobą – oznajmiła tylko.
- Dlaczego? – zdziwił się Dominik.
- Jeszcze pytasz?! – zawarczała wychylając się w jego stronę nad białym blatem barku. – Spiłeś się, pobiłeś ją, wylądowała przez ciebie w szpitalu. Psychiatrycznym. Tyle chyba wystarczy za powód, nie sądzisz?
W zielonych oczach chłopaka pojawiło się szczere zdumienie.
- Ja nie… – wyszeptał, a potem z jego ust posypała się wiązka przekleństw. – To nie możliwe! – oznajmił stanowczo. – Nigdy bym jej nie skrzywdził! Kumplowi urodziło się dziecko i wypiłem wtedy jeden kieliszek szampana przed powrotem do domu. Wiedziałem, że na mnie czeka, zawsze czekała, dlatego nie chciałem zostawać dłużej. Potem, obudziłem się następnego dnia w swoim własnym łóżku, a jej nie było. Dowiedziałem się, że znowu zabrali ją do szpitala. Próbowałem ją stamtąd zabrać, chciałem przynajmniej ją zobaczyć – mówił gorączkowo – ale mi nie pozwolili.
Patrycja spojrzała na niego niedowierzająco.
- Więc masz dziurę w pamięci? – zapytała drwiąco. – Wygodne… W każdym razie jej wersja jest taka, że pobiłeś ją i próbowałeś zgwałcić, ale nie zdążyłeś, ponieważ straciła przytomność. I nie wymyśliła sobie tego – oznajmiła brutalnie, chłodnym głosem – widziałam ją w szpitalu. Ktoś się nad nią nieźle poznęcał i wedle wszelkiej logiki, byłeś to ty.
Dziewczyna wstała, odsuwając wysokie, kuchenne krzesło. Chciała podejść do Weroniki, ale on zagrodził jej drogę.
- Czegokolwiek nie powiesz, czegokolwiek nie zrobisz, ona tutaj zostanie – powiedział stanowczo.
Potem, kompletnie ignorując jej obecność, sam podszedł do kanapy, na której leżała skulona dziewczyna. Ponownie wziął ją na ręce, tuląc do siebie, jakby była lalką. Przeniósł ją z pokoju do utrzymanej w tonacjach ciemnego brązu i ecru sypialni. Posadził na brzegu dużego, dwuosobowego łóżka, powoli zaczął rozbierać.
- Co robisz?! – warknęła wściekłym głosem Patrycja, która natychmiast po nich pojawiła się w drzwiach.
Podniósł na nią wzrok.
- Miałem nadzieję, że zdążyłaś już się stąd wynieść – oznajmił wrogo, zsuwając bluzę z ramion Weroniki.
- Nigdzie nie idę, chyba, że z nią! – oznajmiła buntowniczo Patrycja, która jakby nienawidziła nowej dziewczyny Mateusza, teraz poczuła się za nią odpowiedzialna i zamierzała walczyć dzielnie jak lwica.
Wzruszył ramionami.
- Więc zostań, rób sobie co chcesz.
Odłożył dresową bluzę na bok i zaczął zdejmować z Weroniki czarną halkę. Patrycja nie wytrzymała. Przyskoczyła do niego i z całej siły odepchnęła go od dziewczyny. Ponieważ przed nią kucał, zachwiał się teraz, niemal tracąc równowagę. Szybko jednak odzyskał rezon. Dziewczyna zamierzyła się, żeby zadać mu jakikolwiek cios, było jej wszystko jedno gdzie trafi. Dominik brutalnie chwycił nadgarstki Patrycji.
- Jakim prawem ją rozbierasz?! – wrzasnęła na niego.
- Takim, że chcę położyć ją spać – odpowiedział siląc się na spokój. – Nie pierwszy raz zobaczę ją nago – zadrwił.
- Ona ma chłopaka i nie jesteś nim ty! – wycedziła przez zęby blondynka.
Dominik puścił ją. Odepchnął od siebie, tak że prawie upadła na dywan.
- Co?! – syknął na nią.
- Głuchy jesteś? – odcięła się natychmiast. – Ona ma chłopaka – powtórzyła bardzo wolno, jakby zwracała się do idioty – i jest nim mój przyjaciel. Dlatego zostaw ją w spokoju.
- Niby gdzie go poznała? – zapytał Dominik drwiąco, jakby Patrycja opowiedziała mu jakąś mocno naciąganą bajkę.
- W szpitalu – odparła niechętnie dziewczyna.
Twarz chłopaka z drwiącej i lekko rozbawionej, zmieniła się we wściekłą.
- Chcesz powiedzieć, że moją Weronikę napastował jakiś psychol? – zapytał cichym, groźnym głosem. Potem jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. – Czy to ten skurwiel, który się na mnie rzucił na plaży i przez którego wylądowaliśmy na komisariacie? Dopiero teraz przypomniało mi się skąd cię kojarzę, ty też tam byłaś – dodał ponuro.
- To nie żaden psychol – warknęła, znowu starając się stanąć między nim a Weroniką. – To ona jest psychiczna – oznajmiła wskazując siedzącą spokojnie na łóżku, obserwującą ich z obojętną miną, dziewczynę.
Dominik nie namyślał się ani przez chwilę. Jego ręka sama wystrzeliła w powietrze, by po chwili, z całej siły, uderzyć Patrycję w twarz. Blondynka spojrzała na niego niedowierzająco. W jej oczach zalśniły łzy. Chyba do tej pory tak naprawdę nie wierzyła, że to on mógł pobić Weronikę. Teraz jednak nie miała co do tego wątpliwości.
- Dupek! – syknęła.
Chłopak cały drżał i najwyraźniej z trudem nad sobą panował.
- Wynoś się stąd – rozkazał ostro.
Patrycja spojrzała na niego z nienawiścią, ale wiedziała, że w ten sposób nic nie osiągnie. Był od niej silniejszy. Jeżeli chciała pomóc Weronice, musiała tu wrócić, najlepiej z policją. Obróciła się na pięcie i już miała opuścić pokój, kiedy usłyszała cichy, błagalny głos.
- Zostań, proszę – odezwała się Weronika, podnosząc na nią wzrok.
Patrycja odwróciła się. Na twarzy Dominika malowała się pomieszana z konsternacją ulga. Natychmiast usiadł, koło Weroniki, opiekuńczo obejmując ją ramieniem. Delikatnie pocałował kruczoczarne włosy dziewczyny.
- Jak dobrze, że wróciłaś – wyszeptał do niej.
Duże, szare oczy Weroniki zwróciły się teraz ku niemu. Patrzyły błagalnie.
- Pozwól jej zostać, proszę – odezwała się jeszcze ciszej niż do Patrycji.
- Jeżeli tylko chcesz, może zostać – zgodził się natychmiast.
Wyjął z komody starannie złożonego, grafitowego t-shirta i podał go dziewczynie. Weronika bez skrępowania zdjęła z siebie czarną haleczkę, zastępując ją koszulką chłopaka. Potem wdrapała się na łóżko, odsuwając pod samą ścianę. Wsunęła się pod kołdrę. Dominik, ponownie ignorując obecność Patrycji, położył się tuż przy niej. Blondynka nie mając pojęcia co ze sobą zrobić, niechętnie usiadła na brzegu łóżka. Wyglądało na to, że ten paskudny dzień, wcale nie miał się tak szybko skończyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika naciągnęła lekką kołdrę na głowę. Dotyk przytulającego ją do siebie Dominika sprawiał jej niemal fizyczny ból. Kiedy minęło jej dziwne otępienie, zaczął dławić ją zimny, duszący strach. Wiedziała, że jest podłą egoistką. Bała się o Mateusza, ale dlatego, że jeżeli coś by mu się stało, to ona już więcej go nie zobaczy, nie będzie mogła dotknąć, przytulić, poczuć jego myśli. Musiała coś zrobić. Wiedziała, że musi! Tylko kompletnie nie miała pojęcia co…
- Słoneczko… – zaczął cichym głosem Dominik, upewniając się, że ciągle znajdująca się w pokoju Patrycja, zasnęła na siedząco.
- Mhm? – mruknęła niepewnie Weronika.
- Słyszałaś o czym rozmawialiśmy, prawda? – upewnił się chłopak.
- Tak – przyznała niechętnie.
Dominik westchnął, a ona wiedziała, że wypytywanie o to sprawia mu trudność. Przygarnął ją do siebie bliżej, przytulił mocniej, jakby chciał zaprzeczyć słowom, które spodziewał się za chwilę usłyszeć.
- Czy ona mówiła prawdę? Skrzywdziłem cię?
Już od kiedy usłyszał o pobiciu po raz pierwszy, wiedziała, że nie miał pojęcia o tym, co jej zrobił. Jego myśli były zbyt wzburzone. Wyczuwała w nim przerażenie, że naprawdę mógł ją skrzywdzić. W jej życiu działy się już znacznie dziwniejsze rzeczy. Dominik przestał być dla niej potworem i stał się tym samym, czułym chłopakiem, który się nią opiekował. Poczuła, że w dalszym ciągu go kocha, że jej na nim zależy, w najmniejszym stopniu nie zmieniało to jednak faktu, że to nie on był tym jedynym, właściwym. Dominik nie był Mateuszem i nawet gdyby chciała, to nic nie mogła na to poradzić.
- Tak – odpowiedziała szczerze Weronika.
Poczuła jak jego ciało sztywnieje. Usłyszała jego wyrywające się na wolność, zaprzeczające myśli. Z trudem się uspokoił.
- I poznałaś kogoś? – kontynuował.
- Tak.
- Więc gdzie on jest? – niemal warknął.
- Nie wiem – przyznała spokojnie dziewczyna – ale go znajdę.
- Jak to? – spytał zakłopotany Dominik.
- Coś zdemolowało nasze mieszkanie – odpowiedziała, odwracając się ku niemu, by móc spojrzeć w jego zielone oczy. – Potem już go nie widziałam.
- Wezwałaś policję? – zapytał zastanawiając się czy sobie tego nie wyobraziła.
Weronika przecząco pokręciła głową.
- Patrycja wezwała.
- Więc ona też tam była? – zapytał próbując ogarnąć całą sytuację.
- Przyszła później – przyznała dziewczyna. – Nie mam pojęcia co robić – westchnęła smętnie.
Po głowie Dominika kłębiły się różnego rodzaju nieprzyjemne myśli. Był jednocześnie zły i zaniepokojony, zastanawiał się też, co może zrobić, żeby jej nie stracić. To była jego wina, że już jej nie miał i to on musiał wszystko naprawić. Nawet jeżeli to co się stało zrobił zupełnie nieświadomie. Przytulił ją do siebie.
- Prześpij się trochę – poprosił. – Jutro porozmawiamy o wszystkim spokojnie i na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. Wszystko będzie dobrze – mruknął, jakby próbował uspokoić samego siebie.
Weronika zamknęła oczy. Dominik nie mógł jej pomóc, nie tym razem, ale nie zamierzała go o tym informować. Wiedziała też, że trochę czasu minie, zanim do niego dotrze, że nigdy nie będą już razem. Wtuliła twarz w jego koszulkę, by po chwili zapaść w pełen koszmarów, nieprzyjemny sen.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Biegła przez las. Nie dawała już rady. Jej serce łomotało w piersi jak oszalałe. Czuła dławiący w gardle strach. Nie miała pojęcia co ją goni. Potknęła się o wystający korzeń, przewróciła. To „coś” pojawiło się w zasięgu wzroku i skoczyło na nią. Długie pazury, ostre zęby, zmierzwiona sierść. Weronika obudziła się z krzykiem. Blade promienie porannego słońca zaglądały przez nieco przybrudzoną szybę. Oszołomiona, wyrwana ze snu, na wpółleżąca na łóżku Patrycja rozglądała się zdezorientowana po pokoju. W otwartych drzwiach stanął kompletnie ubrany, nienagannie wyglądający Dominik. Zaniepokojony podszedł do Weroniki.
- Coś się stało? – spytał siadając, żeby móc ją do siebie przytulić.
- Zły sen – odparła cicho, nie mogąc wygonić z myśli atakującej ją bestii.
- Wziąłem sobie dzisiaj wolny dzień – uśmiechnął się do niej łagodnie – będziesz jeszcze spała czy jemy śniadanie? – zapytał pogodnie.
Dziewczyna wzdrygnęła się. Nie zamierzała dłużej spać. Bała się ponownego spotkania z koszmarnym potworem.
- Ubrałabym się – przyznała cicho.
Skinął głową.
- Świetnie. Twoje ubrania leżą poskładane w szafie. Czekam na ciebie – dodał, po czym po raz kolejny ignorując obecność Patrycji, wyszedł z pokoju.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika siedziała na wysokim stołku, z trudem przeżuwając płatki. Nie miała ochoty jeść. Właściwie to na nic nie miała ochoty, widziała jednak zmartwione, zaniepokojone spojrzenie Dominika i starła się udawać dzielną. Patrycja wyszła do swojego mieszkania, tylko po to, żeby umyć się i przebrać, a potem, z tą samą determinacją, jaka cechowała ją poprzedniego dnia, wróciła, oznajmiając, że ona również wzięła dzień wolny z pracy. Weronika niemal słyszała, jak Dominik zgrzyta zębami. Cieszyła się, że dziewczyna zostanie. Jakkolwiek by jej nie lubiła, dzięki niej czuła się bezpieczniejsza i nabierała pewności, że nie zrobi nic, co mogłoby zranić Mateusza. Nie miała pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania. W końcu zrezygnowana odezwała się cichym głosem.
- Chciałabym… – zaczęła, a oni natychmiast przestali mierzyć się wrogimi spojrzeniami i odwrócili ku niej wzrok.
Speszyła się i zamilkła.
- O co chodzi kochanie? – zwrócił się do niej łagodnie Dominik, podchodząc bliżej.
- Chciałabym wybrać się do biblioteki – dokończyła boleśnie przypominając sobie jak pewnie czuła się w obecności Mateusza.
Chłopak uśmiechnął się do niej ciepło.
- Oczywiście, możemy podjechać nawet zaraz, jeżeli tylko masz ochotę.
Weronika skinęła głową. Właściwie to nawet nie do końca była pewna co chce tam znaleźć, ale nie miała lepszego punktu wyjścia. Zdawała sobie sprawę, że w tym wypadku, policja będzie zupełnie bezradna.
- Dziękuję – wyszeptała cicho, zgrabnie zsuwając się z krzesła.
W bibliotece znudzona Patrycja, która uparła się z nimi jechać, przeglądała przy stoliku jakieś kolorowe czasopisma, natomiast Dominik nie odstępował Weroniki na krok. Jego zielone oczy obserwowały uważnie, jak dziewczyna ściąga z półek coraz to nowe pozycje o legendach, mitach i magii.
- Po co ci to? – w końcu nie wytrzymał.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytała przeszywając go wzrokiem.
Westchnął.
- Właściwie, to przypuszczam, że wolałbym nie… – spojrzał jej w oczy – proszę cię jednak, powiedz mi. Jak zwariowane by to nie było – dodał na wszelki wypadek.
Weronika wzruszyła ramionami. Poprowadziła niosącego za nią naręcze książek chłopaka w kierunku drewnianego, masywnego stolika.
- Wiesz, że czasem widzę dziwne rzeczy? – spytała niepewnie. Przytaknął, nie komentując. – Mateusz też je widział – przyznała, spuszczając wzrok. – Sądzę, że jest właśnie gdzieś tam, w świecie, który dla ciebie nie istnieje.
Dominik patrzył na nią skonsternowanym wzrokiem, nie mając pojęcia co jej odpowiedzieć. Weronika po cichu wertowała książkę. Nagle zatrzymała się na jednej ze stron. Przez dłuższą chwilę przyglądała się czarnobiałej ilustracji, a potem brutalnie, jednym płynnym ruchem, wydarła ją ze środka książki.
- Co robisz? – zdenerwował się chłopak.
- Znam to miejsce – mruknęła, składając starannie obrazek i wkładając go do kieszeni ciasnych jeansów. Wstała od stolika, ignorując resztę książek. – Dominiku… – zaczęła. – Ja muszę gdzieś pojechać.
- Co tylko zechcesz – westchnął zrezygnowany.
- Ale to daleko – powiedziała nieśmiało. – Poradzę sobie sama.
Spojrzał na nią twardo.
- Nie mam mowy! Nawet jeżeli chcesz wybrać się do Egiptu, to jadę z tobą i już1
Uśmiechnęła się nieśmiało. Za to go właśnie kochała. Jak dziwne nie byłoby jej zachowanie to on zawsze jej ufał. Jako jedyny w nią wierzył. Impulsywnie wspięła się na palce i pocałowała go w gładki policzek. Potem wtuliła się w niego, a on objął ją czule ramionami.
- Chcę wybrać się nad morze – wyjaśniła, mówiąc w jego kraciastą koszulę.
- To jeszcze nie tak źle. Byłem przekonany, że wybierzesz Alaskę! – zaczął się droczyć z dziewczyną, całując jej włosy.
Roześmiała się, jednak stanowczo go od siebie odsuwając.
- Możemy jechać? – spytała.
- Teraz? – zdziwił się zaskoczony.
Westchnął, kiedy skinęła głową. Wziął ją za rękę i poprowadził w kierunku wyjścia z czytelni, zostawiając na stole nierówno złożony stos książek.
- Niech ci będzie – mruknął – ale najpierw zatrzymamy się na pizzę! – oznajmił kategorycznie, a Weronika obdarzyła go srebrzystym śmiechem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Dziewczyna wstrzymała oddech. Naprawdę, każdą swoją komórką, bała się wejść do położonego na wydmie lasu, miejsca, w którym widzieli złowieszcze, czerwone oczy. Najgorsze było to, że jeżeli to stworzenie tam będzie, jeżeli postanowi ją skrzywdzić, Dominik nawet tego nie zobaczy.
- Co my tu robimy? – spytała po raz kolejny naburmuszona Patrycja, a jej myśli były pełne oburzenia i wrogości.
Dlaczego wszyscy spełniają życzenia tej psychopatki?! Dziewczyna nie była w stanie tego zrozumieć. Weronika westchnęła. Teraz zaczynała żałować, że ona im towarzyszy. Dominik taki nie był… może jej nie rozumiał, ale przynajmniej tolerował. Przełamała się, wzięła głęboki oddech, a potem minęła linię drzew.
- Czego szukamy? – spytał chłopak, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Wyjęła z kieszeni kartkę, podając mu ją.
- Tego – mruknęła wskazując na ilustrację porośniętego bluszczem kręgu z grzybów.
Dominik zmarszczył brwi.
- Nie chcę cię martwić słoneczko – powiedział spokojnie – ale to wydmowy las. Nie rosną w nim dęby – pokazał jej drzewa, otaczające krąg.
- Botanik to z ciebie żaden – warknęła snująca się za nimi Patrycja, wskazując wysokie, rozłożyste drzewo przed nimi.
Chłopak zatrzymał się zaskoczony, ale Weronika podeszła w kierunku wskazanym przez blondynkę, więc chcąc nie chcąc ruszył za nią. Otworzył szerzej oczy, kiedy zobaczył miejsce dokładnie z książkowej ilustracji. Dziewczyna z nieobecnym wyrazem twarzy stanęła wewnątrz kręgu. Po cichu zaczęła szeptać jakieś dziwne słowa.
- Co robisz?! – krzyknął na nią, czując irracjonalny strach.
Nie zwróciła na niego uwagi. Stanął przy niej i chwycił ją za ramiona. Dopiero wtedy podniosła na niego wzrok.
- Ej, odbiło wam? – Patrycja również podeszła bliżej.
Oczy Weroniki rozszerzyły się z przerażenia.
- Uciekajcie – jęknęła błagalnie, ale wtedy było już za późno, a nieprzytomna dziewczyna osunęła się na ziemię.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika otworzyła oczy. Usiadła. Ani Dominika, ani Patrycji nie było nigdzie w pobliżu. Wśród drzew zauważyła czerwone oczy. Zamarła. Ciemne kształty zbliżały się coraz bardziej. Było ich coraz więcej. Stworzenia podeszły na tyle blisko, że mogła dostrzec ich zmierzwione futro. Słyszała groźne warknięcia. Były tu zarówno koty, jakby zrobione ze srebrno-czarnej magmy, jak i dziwne, olbrzymie wilki. Bała się poruszyć, odetchnąć choć odrobinę głębiej. Nagle, gdzieś w oddali sfrunął ptak, trzasnęła gałązka, zaszeleściły liście. Stworzenia rzuciły się w jej kierunku. Zakryła twarz dłońmi, kuląc się na leśnej ściółce. Coś skoczyło ku niej. Zatrzymało się tuż przed dziewczyną. Warknęło groźnie, na pozostałe bestie. Niechętnie wycofały się z powrotem ku linii drzew. Przerażona Weronika wpatrywała się w czerwone ślepia stojącego przed nią ze zmierzwioną sierścią wilka. Jego sierść była zjeżona do tego stopnia, że dziewczyna wyczuwała przesuwające się wzdłuż grzbietu zwierzęcia iskry. Wilk warknął na nią, niebezpiecznie obnażając kły.
- Starczy! – usłyszała nad sobą męski, aksamitny głos.
Podniosła wzrok. Stał nad nią blondyn, w którego kącikach ust błąkał się drwiący uśmieszek. Mimo, że jego oblicze było surowe, to Weronika stwierdziła, że jest wręcz posągowo piękny. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie widziała tak przystojnego mężczyzny. Na sobie miał lekko rozpiętą pod szyją, białą koszulę i obcisłe spodnie do konnej jazdy. Przy wysokich, miękkich, skórzanych butach, nosił ostrogi. Przy jego pasie swobodnie wisiał krótki miecz. Jego dłonie ochraniały czarne rękawice. Trzymał w nich palcat. Weronika wzdrygnęła się. Mężczyzna najwyraźniej nie był miłośnikiem koni. Wilk groźnie zawarczał. Czerwone ślepia błysnęły.
- Powiedziałem wystarczy! – syknął rozeźlony blondyn, jednocześnie zamachnął się szpicrutą i uderzył wilka w pysk. Zwierzę zaskowyczało, wycofując się w cień. – Zjeżdżajcie stąd! – rozkazał, a bestie odwróciły się i pobiegły by zniknąć w lesie. – Długo kazałaś na siebie czekać – zwrócił się oskarżycielsko do siedzącej na leśnej ściółce Weroniki.
Dziewczyna nie odpowiedziała, kiedy pomagał jej wyrafinowanym gestem wstać. Najwyraźniej go to bawiło.
- Gdzie są moi przyjaciele? – spytała w końcu nie mogąc wytrzymać.
- Masz na myśli tą dwójkę? – obojętnym głosem odpowiedział pytaniem na pytanie. – To nie jest ich świat. Nie kłopocz się nimi więcej. Chodź – to nie była prośba, a rozkaz.
Weronika w milczeniu, posłusznie poszła za nim.
- Kim jesteś? – odważyła się zapytać, kiedy podeszli do karego, potężnie zbudowanego konia.
- Nie wiesz? – zapytał, ale tym razem w jego głosie nie było rozbawienia, a złość.
Przecząco pokręciła głową.
- Przykro mi, ale nie – odparła cicho.
Podsadził ją na konia, sam siadając w siodle tuż za nią.
- Jestem Władcą Krainy Cieni – wyjaśnił – ale ty Weroniko, jako moja przyszła królowa, możesz się zwracać do mnie po imieniu. Podejrzewam, że już je znasz.
Patrzyła przed siebie, ale niemal fizycznie czuła na plecach jego ponury uśmiech. Oplatające ją ramiona mężczyzny, który między palcami ściskał wodze parzyły. Nie był księciem z bajki, który ratuje ją przed bestiami. Nie był dobrym snem. Był najgorszym koszmarem, towarzyszącym jej przez całe dwudziestoletnie życie i wszystkie liczne szpitale psychiatryczne. To właśnie przed nim ostrzegały ją wszystkie ciche szepty w jej głowie.
- Finvarra – wymówiła cicho słowo, którego najbardziej się obawiała.
Odgarnął z jej lewego ramienia długie, czarne włosy. Jego usta znalazły się tuż przy jej szyi. Czuła na karku jego ciepły oddech.
- Po co tak oficjalnie – zamruczał uwodzicielsko, swoim aksamitnym głosem – wystarczy, jak będziesz mówiła mi Fin.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Komnata była jasna i przestronna, a jej wystrój bogaty i gustowny. W pomieszczeniu dominowały ciemne czerwienie i brązy. Duże okna zdobiły ciężkie zasłony w kolorze wytrawnego wina. Weronika siedziała skulona na miękkim dywanie w rogu pokoju. Mimo wyraźnego rozkazu w dalszym ciągu nie zdjęła swoich niebieskich dżinsów i szarej bluzy, by wymienić je na aksamitną suknię. Spojrzała na swoje własne, drżące dłonie. Nie! Jak mogła być taka głupia? Czy nie wiedziała, że trafi właśnie tutaj? Ale przecież to w tym miejscu chciała być… bo gdzieś tutaj, w świecie wiecznego koszmaru, znajdował się jej Mateusz… Doskonale znała irlandzkie legendy i historię Faerie. Wiedziała wszystko na temat tego ludu, jak również i ich władcy Finn Bheary, zdawała sobie też sprawę, że żeby mógł ją uwięzić, musiała przyjść do niego sama, z własnej woli. To dlatego porwał jej ukochanego. Już raz próbował. Przypomniała sobie nagłówki gazet sprzed czterech lat, głoszące o zaginięciu jej małego braciszka, Nikodema, jej małego Nikusia… Miał wtedy zaledwie dwa latka. Uznano go za zaginionego, a potem, po latach za zmarłego. Wtedy za nim nie poszła. Nie poszła, mimo, że wiedziała. Teraz nie miała wyboru. Mateusz był całym jej światem i będzie walczyła do końca. Po jej policzkach spływały słone łzy, kiedy wstawała z podłogi. Podeszła do dębowej komody. Sięgnęła po porcelanową, zdobioną kwiatowym wzorem misę. Nalała do niej wody, ze stojącego obok dzbanka. Szepnęła nad nią kilka słów. Woda zaczęła falować, a potem pociemniała. Na jej powierzchni ukazał się obraz. Dominik razem z Patrycją szli przez las. Zgubili się. Czuła to. Wiedziała. Przez chwilę miała nadzieję, że są w zwykłym świecie, ale teraz nabrała pewności, że puszcza ich nie wypuści. Jest jak labirynt. Stanie się ich więzieniem, a później grobowcem. Obraz ponownie zafalował, a Weronika zapragnęła zobaczyć Mateusza. W mrocznej wodzie błysnęły czerwone ślepia. Odskoczyła jak oparzona od miski z wodą. Koniec zabawy z magią… Musiał wyczuć co robiła. Drzwi do komnaty się otworzyły i do pomieszczenia wszedł Władca Cieni i Król Faerie w jednej osobie. Spojrzał na nią chłodnym wzrokiem złocistych oczu.
- Czemu jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytał zimno. – Czy potrzebujesz, żebym przysłał ci do pomocy służące?
Weronika przecząco pokręciła głową. Odsunęła się pod samą ścianę. Podszedł do niej. Jego zmysłowe usta wykrzywiły się w leniwym, aroganckim uśmiechu.
- Może to i lepiej – zamruczał, przyciągając ją do siebie ramieniem.
Pochylił się, by ją pocałować. Wyrwała się. Złapał ją ponownie. Przyciągnął do siebie. Ugryzła go w trzymającą ją dłoń. Syknął wściekle. Uderzył ją w twarz. Chwycił mocno za ramię.
- Pokażę ci, gdzie twoje miejsce – zawarczał, ciągnąc ją za sobą. – Może zajmie nam to trochę czasu, ale w końcu się nauczysz.
Wyszli z komnaty i ruszyli zdobionym pięknymi gobelinami, pałacowym korytarzem. Mężczyzna przez cały czas boleśnie wbijał palce w jej rękę. Zeszli po schodach, na sam dół. Wepchnął ją do wysoko sklepionej piwnicy. Upadła na kamienną podłogę. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem.
- Chciałem być dla ciebie miły – mówił drżącym z gniewu głosem – ale jak widzę, to był błąd.
Znowu do niej podszedł. Szarpnięciem rozpiął jej bluzę, zdzierając ją z dziewczyny. Próbowała się wyrwać, odsunąć, ale był silniejszy. Zdjął z niej górę, a potem spodnie. Została jedynie w granatowej bieliźnie. Przywiązał jej ręce, do zwisających z sufitu skórzanych kajdan. Weronika oddychała coraz szybciej. Jej serce biło jak oszalałe, a strach ściskał gardło. Wyciągnięta w górę, z trudem stała na palcach.
- Nauczysz się – zamruczał oceniając ją lubieżnym wzrokiem.
W jego dłoni pojawił się długi, cienki bat. Kiedy się zamachnął, ze świstem przeciął powietrze. Po pierwszym uderzeniu łzy same popłynęły z oczu Weroniki. Zagryzła zęby, żeby nie krzyczeć. Wystarczy, wystarczy – błagała go w myślach, kiedy na jej plecy i nogi spadały kolejne uderzenia, ale nie odezwała się ani słowem. Dziewczyna straciła już rachubę, ile razy ją uderzył. W końcu, po chwili, która zdawała jej się całą wiecznością, przerwał chłostę. Odwiązał jej ręce. Opadła na kamienną podłogę drżąc. Mężczyzna pstryknął palcami. Znikąd pojawiły się dwie szczupłe postacie, po których nie potrafiła rozpoznać czy są to kobiety czy mężczyźni.
- Spalcie to – rozkazał wskazując na jej rozrzucone po podłodze ubrania.
Skłonili się i posłusznie pozbierali wszystko, opuszczając pospiesznie piwnicę.
- Widzisz do czego mnie zmusiłaś? – wyszeptał cicho, podchodząc do niej i podnosząc ją z podłogi.
Wziął ją w ramiona. Łagodnym gestem, przypominającym jej te Dominka, pocałował włosy dziewczyny. Nie potrafiła opanować drżenia. Bała się od niego odsunąć.
- Będziesz już grzeczną dziewczynką? – spytał zupełnie, jakby mówił do małego dziecka, podnosząc jej podbródek i zmuszając by patrzyła w jego niesamowite, bursztynowe oczy.
Niepewnie skinęła głową, a po jej policzkach znów popłynęły łzy. Pocałował ją w usta. Nie protestowała. Stała przed nim nie zdolna się poruszyć.
- Moja kochana Weronika – wymruczał, a na jego twarzy pojawił się zadowolony z siebie, pełen arogancji uśmiech.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ciągle czuła na plecach piekące uderzenia, teraz jednak długie, cienkie ślady, zasłonięte były suknią w kolorze wytrawnego wina. Weronika siedziała przy suto zastawionym stole z kieliszkiem jakiegoś słodkawego, przezroczystego napoju, a Fin co chwilę podsuwał jej różnego rodzaju wykwintne przysmaki. Nie jadła. Wiedziała, że zjedzenie czegokolwiek byłoby równoznaczne ze zgodą zostania tutaj na zawsze – a nawet więcej, gdyby czegokolwiek spróbowała, stała by się częścią Świata Cieni i nie miałaby już wyboru. Fin nie mógł jej zmusić, ponieważ wybór, według magicznego prawa, miał być dobrowolny. Mimo to, na wszystkie sposoby, próbował. W końcu stanął nad nią, wyciągając dłoń i obdarzając dziewczynę czarującym uśmiechem.
- Zatańczysz? – spytał, kłaniając się z kurtuazją.
Z trudem powstrzymała się od pytania czy ma jakiś wybór. Nie miała i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wstała od stołu, podając mu dłoń. Poprowadził ją w stronę parkietu, na którym w takt dziwnej, uzależniającej i działającej na wszystkie zmysły muzyki, wirowały już setki barwnych par. Wszędzie, w całej, ogromnej sali było pełno kwiatów, a zamiast sklepienia, nad głowami, widać było nocne niebo.
- Podoba ci się tutaj? – spytał, przytulając ją do siebie i prowadząc krok, po kroku w skomplikowanym tańcu.
- Nie – odpowiedziała bez zastanowienia.
Bursztynowe oczy mężczyzny spojrzały na nią chłodno, było w nich ostrzeżenie.
- Dlaczego? – zapytał.
Weronika nie dostrzegła groźby.
- Bo nie ma tu ze mną Mateusza – odparła cicho.
Zachłysnęła się powietrzem, kiedy boleśnie wbił smukłe palce w jej ramię.
- Ja tu jestem – warknął – i tylko mnie potrzebujesz!
Pociągnął dziewczynę za sobą, ku wyjściu na oświetlony jasnym, białym światłem, taras. Nie zatrzymał się jednak, kiedy wyszli na dwór, tylko prowadził ją dalej. Najpierw po schodach w dół, później przez równiutko ułożony, brukowany chodnik, aż wreszcie do pałacowej bramy.
- Dokąd idziemy? – zapytała przestraszona.
- Patrz! – rozkazał wychodząc przez ciężką, ozdobnie wykutą, żelazną bramę.
Z mroku wyłoniły się czerwone oczy. Czarne sylwetki, zmierzwione futro, dziewczyna instynktownie przysunęła się bliżej do Fina, ale potem zdała sobie sprawę z czegoś zupełnie innego – one wszystkie, setki bestii, przykute było na grubych, długich łańcuchach, do wysokiego muru otaczającego pałac.
- Czemu mnie tutaj przyprowadziłeś? – spytała, błagając w myślach, żeby ją stąd zabrał.
- Nie poznajesz? – roześmiał się, wskazując czarnego, szczerzącego kły wilka. – To tutaj trafiają właśnie tacy jak on. Ci którzy widzą zbyt wiele – uśmiechnął się do niej, obejmując dziewczynę ramieniem.
- Nie rozumiem… – przyznała, starając się choć odrobinę od niego odsunąć.
Wpatrywały się w nią setki czerwonych ślepi, ale jedne… jedne zdecydowanie bardziej intensywnie. Czarny wilk zaskomlał cicho, kładąc się na ziemi. Fin niedbale machnął ręką i jego sylwetka na chwilę przyjęła ludzki kształt, by po kilku sekundach, na powrót stać się wilkiem.
- Nie! – wydała pełen zgrozy okrzyk Weronika.
- Tak – uśmiechnął się mrucząc i tym razem przytrzymując wyrywającą się dziewczynę przy sobie. – To tu właśnie kończą ci, których udało mi się wytropić. Reszta zapewne gnije w szpitalach psychiatrycznych. – Odwrócił ją ku sobie. – Przez długie dwadzieścia lat próbowałem cię tu ściągnąć Weroniko, a ty, uparcie nie chciałaś do mnie przyjść, a teraz… jesteś tutaj wyłącznie dzięki temu śmieciowi – wskazał na skulonego wilka, pod którego okiem widniała podłużna, zadana palcatem blizna. Fin mocniej przytrzymał dziewczynę, zmuszając, żeby spojrzała mu w oczy. – Ale teraz… teraz jesteś tylko moja! A on, jak na dobrego strażnika przystało, nie ma już żadnych, ludzkich uczuć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika skuliła się na wielkim, ozdobionym wiśniowym baldachimem łożu. Czuła jak z głodu skręca się jej żołądek. Jeżeli tylko coś zje, to zostanie w tym miejscu uwięziona już na zawsze. Nawet woda nie pomagała dziewczynie oszukać głodu. Kusiła ją zostawiona w pokoju przez służbę suto zastawiona taca. Nie, nie mogła! Nie teraz, kiedy go wreszcie odnalazła! Tylko, że odnalazła i co dalej? Nie miała pojęcia co mogłaby zrobić. Jej magia, jej dziecięce zaklęcia, w porównaniu do zdolności Finvarry były niczym kuglarskie sztuczki. Mateusz był teraz jedną z bestii, jednym ze strażników Świata Cieni, a ona nie potrafiła w żaden sposób tego zmienić. Mimo to, nie wierzyła w słowa Fina. Chłopak nie stracił uczuć… przynajmniej nie do końca! Przecież wtedy w lesie, to właśnie on ją obronił. W pewnym momencie Weronika usłyszała jakieś szmery. Podniosła się odrobinę. Do jej pokoju, przez uchylone drzwi, wpadł rudy kot. Gonił coś. Wyglądał na prawdziwego zbója. Wstała, pochwyciła go i uniosła w górę, biorąc na ręce. Spojrzała w dół, przyglądając się małej, białej myszy z różowym ogonkiem. Nie rozumiała czemu ludzie tak się ich boją…
- Wiesz, jeżeli jesteś głodny – mruknęła – to mam dla ciebie coś znacznie lepszego. Podeszła do stolika i zestawiła na dywan suto zastawioną tacę. – Częstuj się, ja i tak nie mogę tego jeść – uśmiechnęła się do kota.
Mysz w dalszym ciągu lekko drżąc przyglądała im się ze swojego miejsca przy szafie. Rudy zbój kompletnie stracił nią zainteresowanie, dobierając się właśnie do truflowego pasztetu. Weronika rozłamała kromkę chleba i rozsypała przy szafie okruszki, uśmiechając się na myśl, że może myszy zalęgną się dzięki temu plagą w całym pałacu. Białe stworzonko porwało jeden z okruchów, a potem zniknęło pod ciemną szafą.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Tej nocy Weronice śnił się szpital psychiatryczny. Słyszała, jak lekarze w białych kitlach, narzuconych na tweedowe garnitury, rozmawiają między sobą o tym, że żyje teraz w swoim własnym świecie i nic nie jest w stanie jej z niego wyciągnąć. Z powrotem zamknęła oczy, kuląc się na metalowym, zasłanym białą pościelą łóżku. Wtedy do pokoju wszedł Dominik. Usiadł przy niej, głaszcząc jej splątane włosy.
- Wróć do mnie, słoneczko – poprosił. – Tak bardzo mi ciebie brakuje! Przecież ten świat, który wymyśliłaś jest koszmarny! Czemu tak uparcie się go trzymasz?
- Niczego sobie nie wymyśliłam! – krzyknęła, mimo, że był to tylko sen.
Dominik westchnął. Usiadła. Przytulił ją do siebie. Jego zielone oczy płonęły.
- Tak bardzo chciałbym cię zabrać do domu – szepnął – ale nie pozwolą mi, dopóki twój stan się nie poprawi. Proszę, przypomnij sobie o rzeczywistości.
Podniosła na niego wzrok.
- Jesteś w mojej rzeczywistości – wyznała cicho. – Zgubiłeś się w lesie. Będę musiała cię odnaleźć i wyprowadzić stamtąd.
Uśmiechnął się smutno.
- Ale kiedy to zrobisz, wrócisz tutaj? – spytał z nadzieją.
- Może… nie wiem… – wyznała szczerze.
- Kocham cię – oznajmił stanowczo. – Poczekam na ciebie ile będzie trzeba, aż wyzdrowiejesz – obiecał.
Wziął z jej nocnej szafki włosianą szczotkę, a potem delikatnie, przekładając kolejne pasma, zaczął rozczesywać jej długie, czarne włosy. Przymknęła oczy, mrucząc z rozkoszy. Uwielbiała, kiedy to robił. Sama nigdy nie potrafiła o nie wystarczająco dobrze zadbać. Zaczęła się zastanawiać czy to właśnie nie jest jej prawdziwy świat.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika obudziła się zlana zimnym potem. Nie! Taki świat, życie, w którym nie było Mateusza, po prostu nie mógł istnieć! Rozejrzała się po komnacie. Dalej była w paskudnej sytuacji, ale opcja była i tak lepsza niż ta, w której jej ukochany w ogóle by nie istniał. Na stoliku, tuż obok łóżka, leżała niewielkich rozmiarów, żółciutka papierówka. Dziewczyna przyjrzała jej się podejrzliwie. Tuż przy jabłku pojawiła się mysz. Pisnęła cicho, przetaczając owoc w jej stronę.
- To dla mnie? – spytała Weronika, nie potrafiąc się już niczemu dziwić.
Mysz ochoczo pokiwała łebkiem. Dziewczyna westchnęła. Była już taka głodna, że zrobiło jej się wszystko jedno. Zresztą ten owoc – dar od losu – wydawał się jej jedyną nadzieją. Wzięła do ręki jabłko, a potem ugryzła. Z zachwytem zdała sobie sprawę, że nic się nie stało. Nie poczuła więzi z Finem, a za czym idzie, nie stała się jednością ze Światem Cieni.
- Dziękuję! – entuzjastycznie odezwała się do myszy, która przerażona jej głosem, schowała się do jakiegoś kąta.
Weronika pochłonęła papierówkę z niemal całym ogryzkiem. Nie była to jakaś uczta, ale starczy by jeszcze trochę przeżyć. Kiedy skończyła jeść, uśmiechnęła się, bo na szafce, tuż obok łóżka, już czekało na nią kolejne, niewielkich rozmiarów jabłuszko.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Finvarra i jego piekielne przyjęcia! Weronika miała już tego serdecznie dość. Czuła się jak rasowy kociak wystawiany w konkursie. Chwalił się nią przed całym dworem, zapraszał coraz to nowych gości, a jej udręka sprawiała mu tylko coraz lepszą zabawę. Poza tym, jak na długowieczną istotę bardzo szybko się irytował. Denerwowało go to, że dziewczyna w dalszym ciągu odmawia jakiegokolwiek jedzenia. Chciał, żeby już wreszcie była jego. Padało. Weronika wymknęła się na zdobiony barokowymi, wypukłymi kwiatami, taras. Przetarła dłonią oczy. Każdej nocy, gdy kładła się spać, obraz Świata Cieni łączył się ze szpitalem psychiatrycznym i tą inną rzeczywistością, z pełnym troski Dominikiem i nie dającymi jej nadziei lekarzami. A przecież czuła, że gdyby tylko tak postanowiła, to już nigdy więcej mogłaby się nie obudzić. Już na zawsze z daleka od Finvarry i królestwa Faeire. Przez moment kusiła ją taka opcja, a potem znów usłyszała dzikie wycie. Mateusz! Nie zważając na deszcz, przyjęcie i dźwięki muzyki zbiegła po śliskich, kamiennych stopniach. Dół zielonej, aksamitnej sukni, brodził po kałużach, podczas gdy ona biegła w stronę ogradzającego pałac muru. Wybiegła przez bramę, a potem stanęła, przypominając sobie nagle czym jest strach. W mroku, w strugach deszczu, widziała stado czerwonych oczu. Zadrżała. Czarny wilk, z blizną pod okiem, warknął na nią groźnie jeżąc sierść. Jeżeli ją zabije, jeżeli przegryzie jej gardło… to nie miało znaczenia, zrobi jak będzie chciał! Uciekną, teraz, albo nigdy. Weronika podeszła z szybko bijącym sercem do nastroszonego wilka, ignorując pozostałe bestie. Jeszcze raz warknął ostrzegawczo, ale ona nie słuchała. Podeszła blisko, bardzo blisko. Osunęła się na kolana w błoto. Spojrzała na długi łańcuch, którym zwierzęta były przykute do murów. Wilk dalej warczał, ale ona zarzuciła mu ręce na szyję.
- Chcesz mnie zabić, to to zrób – wyszeptała cicho, przez łzy. – Życie bez ciebie i tak nie ma sensu.
Bestia uspokoiła się. Czerwone oczy zalśniły. Wilk przysiadł na tylnych łapach, skomląc cicho. Weronika przytuliła twarz do jego zmierzwionej, pachnącej deszczem sierści. Siedziała tak przez chwilę, a potem poczuła na ramionach czyjeś odciągające ją do tyłu, silne dłonie.
- Ty mała kretynko! – warknął głos Fina, który odepchnął ją w tył, tak, że upadła w błoto.
Potem w jego dłoniach pojawił się długi kij, którym zamachnął się, uderzając wilka. Weronika zerwała się z ziemi. Złapała go za rękę.
- Nie! – zaprotestowała.
- Zamknij się i ponoś konsekwencje swoich czynów – syknął, ponownie odpychając ją w tył.
Wymówił jedno słowo, a ona nie była w stanie się poruszyć. Obserwowała jak kij raz po raz uderza w ciało kulącego się wilka. Łzy strumieniami spływały po jej policzkach, a ona sama przeklinała się za swoją głupotę. Dlaczego tu przyszła bez żadnego gotowego plany, bez… Nie miała pojęcia co teraz może zrobić, co mogła zrobić kiedykolwiek. W końcu, po długich, wlokących się w nieskończoność minutach, Fin odrzucił na bok kij i podszedł do niej. Drżąca wpatrywała się w zakrwawione ciało nieprzytomnego wilka.
- Ty draniu! Ty skurwielu! Jak mogłeś?! – zapytała cicho, bo nie miała siły nawet na to by krzyczeć.
Podniósł ją z ziemi.
- Może to cię wreszcie nauczy, że jesteś moja – odpowiedział jej z drwiącym uśmiechem.
- Nie jestem i nigdy nie będę! – syknęła.
- Przekonamy się – zamruczał.
- Wiem, jak przed tobą uciec i jeżeli… jeżeli cokolwiek mu się stanie – odwróciła się by jeszcze raz spojrzeć na wilka – to możesz być pewny, że z tej drogi skorzystam. Tylko on mnie tutaj trzyma.
Złote oczy pociemniały z gniewu. Jego smukłe palce boleśnie wbiły się w jej ramiona.
- Jesteś moja i zostaniesz ze mną na zawsze! – oznajmił jej stanowczym, ale też zawierającym w sobie ledwo wyczuwalną nutę obawy, głosem. – Stąd nie ma ucieczki.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika miała coraz mniejszą ochotę na to, żeby się budzić. Piękne ogrody, przepych pałacu, balowe suknie, żadna z tych rzeczy jej nie kusiła. Do tego doskwierał jej głód, zaspakajany jedynie przez bezpieczne owoce, które przynosiły myszy. Mateusza nie widziała już od kilku dni, jednak wiedziała, że chłopak żyje. Czułaby, gdyby było inaczej. Stała teraz nad porcelanową misą z wodą, przyglądając się błądzącym w leśnym labiryncie Dominikowi i Patrycji. Dla nich czas stał w miejscu. Szukali jej. Tak jakby przed chwilą zniknęła im z oczu. Weronika wzdrygnęła się na myśl, że mogą zostać tam uwięzieni już na zawsze.
- Odeślę ich do domu – oznajmił spokojnie Finvarra, stając dziewczynie za plecami i jakby czytając w jej myślach. Spojrzała na niego pytająco – Pod warunkiem, że zjesz ze mną kolację – dodał, uśmiechając się przebiegle.
- Nie skorzystam – mruknęła odwracając się ponownie w stronę lustra wody.
- Jak chcesz – wzruszył ramionami, a potem przesunął dłonią po powierzchni cieczy, która natychmiast stała się mętna i zamazana. Obraz zniknął. – Teraz nie mamy na to czasu – oznajmił, gdy znów spojrzała w jego kierunku. – Chcę ci kogoś przedstawić.
Weronika zacisnęła usta i niechętnie poszła za nim. Wyszli przed pałac, na błonia. Był piękny, słoneczny dzień. Dzieciaki Faeire biegały po zielonej trawie. Fin przywołał jednego z nich gestem dłoni. Stanął przed nimi kilkuletni chłopiec o czarnych, nieco przydługich włosach, i szaro-niebieskich oczach.
- Weroniko, to Niki, jedno z naszych zagubionych dzieci – przedstawił chłopca z ironicznym uśmiechem.
Dziewczyna nie była w stanie nic powiedzieć, zrobić ani jednego kroku. Wpatrywała się w chłopca. W oczy, które były odbiciem lustrzanym jej oczu, łagodne rysy twarzy, ciemne, proste włosy. Nie! To niemożliwe. Arogancki, leniwy uśmiech nie schodził z twarzy Fina.
- Mam nadzieję moja pani, że dałem ci wystarczający powód by zostać – zamruczał. – Zostawię was teraz samych, bawcie się dobrze.
Gwizdnął przeciągle, a po rozkołysanej lekkim wiatrem, wysokiej trawie, przygalopował do niego czarny jak noc koń. Władca Krainy Cieni dosiadł go wprawnie, a potem wspólnie pognali w kierunku pałacu.
- Cześć – zaczął zaintrygowany chłopiec, wpatrując się w postać dziewczyny irytująco poważnym wzrokiem. – Pobawisz się ze mną?
Weronika skinęła głową. Bez dalszych pytań wziął ją za rękę i pociągnął w kierunku schowanego między wierzbami niewielkiego stawu. Kilku chłopców stłoczyło się już przy brzegu. Podeszli do nich bliżej. Dziewczyna przyjrzała się ich zabawie i zamarła ze zgrozy. Dzieci łapały żaby, a potem przekłuwały je ostrymi, niczym wykałaczki, patyczkami.
- Co robicie! Tak nie wolno! – krzyknęła zrozpaczona widokiem Weronika.
- Nie? A kto nam zabroni? – zapytał obojętnym tonem rumiany siedmiolatek.
- Ja! – oznajmiła stanowczo dziewczyna.
- A kim ty jesteś, żeby nam czegokolwiek zabraniać? – roześmiał się inny dzieciak.
Z krzaków wychynął przepięknej urody Faeire. Jeden z tych, u których nie można było rozpoznać czy jest kobietą czy mężczyzną. Skarcił chłopca, uderzając go w ucho.
- Uważaj, jak zwracasz się do swojej przyszłej królowej! – zażądał.
Dzieciak wytrzeszczył oczy, a potem się odsunął i czmychnął w krzaki. Reszta bandy poszła jego śladem. Tylko Nikodem został, patrząc na Wiktorię i Faeire naburmuszonym wzrokiem.
- Czy naprawdę siostry muszą być aż takie głupie i zawsze psuć wszystkim zabawę? – zapytał oskarżycielsko.
Dziewczyna spojrzała na niego mrugając. Faeire zdążył zniknąć, choć była pewna, że ich w dalszym ciągu obserwuje. Roześmiała się. Uklęknęła na trawie i chwyciła wyrywającego się chłopca w objęcia.
- Muszą – wyszeptała.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika mocniej zacisnęła powieki. Chciała, zasnąć, ale sen nie nadchodził. Fin znalazł skuteczny sposób, by zatrzymać ją na dobre w swoim świecie – oddał jej brata. Niki, jej mały Nikuś był teraz jednym z Faeire, jadł ich jedzenie, więc należał do Świata Cieni, a na domiar złego, od kilku już lat uczył się ich wyniosłej bezwzględności i zimnego okrucieństwa. Finvarra, mimo swojej długowieczności, nie miał bladego pojęcia jak to jest być człowiekiem. Musiała coś zrobić i to na dodatek tak, by swoje problemy rozwiązać w obu nękających ją światach! W końcu, po trwającej niemal w nieskończoność udręce, udało jej się zapaść w sen. Kiedy otworzyła oczy, Dominik siedział przy jej łóżku. Czytał. Uśmiechnął się blado, gdy spostrzegł, że się obudziła. Ostatnio chyba w ogóle nie sypiał. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, w jego oczach widziała pragnienie i nieme błaganie. Pod białą kołdrą jej drżące dłonie zacisnęły się w pięści.
- Obudziłaś się – powiedział łagodnie, przesiadając się by być bliżej niej.
- Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił – odezwała się cicho. – To ważne.
- Co to takiego? – spytał.
Nie miała pojęcia jak mu to wyjaśnić. Zapewne weźmie ją za wariatkę… ale przecież już była wariatką! Nie mogło być gorzej. Poza tym, to tylko sen… Dlaczego jednak wydawał się taki realny? Mgliście przypomniała sobie budynek, w którym pracował Mateusz. Jeszcze tak niedawno czekała na niego kilka godzin, siedząc na drewnianej ławce… tylko, że to niedawno wydawało się być wieki temu. Usiadła. Wyjęła z szuflady kartkę. Napisała na niej nazwisko i adres. Podała Dominikowi.
- Muszę się spotkać z tym chłopakiem – oznajmiła głosem nieznoszącym sprzeciwu. Musiała przekonać się czy istnieje! Świat bez Mateusza był pozbawiony sensu. – Nie będzie mnie znał, ale przekonaj go, żeby do mnie przyszedł. Proszę…
Dominik spojrzał w jej płonące oczy. Z trudem przełknął ślinę, skinął jednak głową.
- Postaram się – obiecał wzdychając.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Było już po zachodzie słońca, kiedy dwóch młodych mężczyzn stanęło w jej drzwiach. Serce Weroniki zamarło. Mateusz! Żywy, realny, tylko bez białej, podłużnej blizny, przecinającej policzek. To naprawdę był on! Chciała płakać z ulgi, chciała rzucić mu się na szyję, ale w porę przypomniała sobie, że przecież jej nie zna. Nie może jej znać. Była dla niego zupełnie obcą osobą, a poza tym on miał dziewczynę. Zagryzła z całej siły zęby, żeby nie warknąć.
- Cześć, twój chłopak – zerknął na Dominika, podczas gdy ona rozpływała się nad tym, że słyszy jego cudowny głos – powiedział, że chcesz ze mną porozmawiać. Był bardzo… – szukał odpowiedniego słowa – przekonujący – westchnął.
Weronika całą sobą zapragnęła mieć na sobie śliczną letnią sukienkę, zamiast szpitalnej piżamy. Życie było niesprawiedliwe.
- Tak, byłabym ci bardzo wdzięczna – odpowiedziała cichutko, licząc na jego naturalną opiekuńczość i chęć pomagania ludziom.
Najgorsze było to, że w tym świecie niczego nie słyszała. Ani jednej, nawet najcichszej myśli. Skinął głową, podchodząc do niej odrobinę bliżej.
- Oczywiście, możemy porozmawiać – uśmiechnął się do niej pogodnie – to żaden problem.
Dziewczyna spojrzała na Dominika.
- Zostawisz nas samych? – poprosiła.
Chłopak pocałował ją delikatnie, a potem bardzo niechętnie, ociągając się, wyszedł za drzwi. Mateusz usiadł na krześle przy jej łóżku. Poczuła się bardzo niezręcznie, podparta białymi poduszkami. Spojrzał na nią wyczekująco. Właściwie do tej pory jeszcze nie była pewna, ale teraz już wiedziała, co chce powiedzieć. Przeraził ją ten smutek i pustka w jego oczach, które ukrywał pod maską przyjaznego uśmiechu.
- Nie rób tego – zażądała.
Mimo, że mógł się spodziewać dziwnych zachowań – w końcu był w szpitalu psychiatrycznym – wyglądał na zaskoczonego.
- Czego mam nie robić? – spytał kryjąc rozbawienie.
- Nie zabijaj się, to niczego nie zmieni – wyjaśniła patrząc mu w oczy.
Teraz wyglądał na przestraszonego i lekko skołowanego. Jego ciemne włosy były dłuższe niż się przyzwyczaiła. Zawadiacko opadały mu niemal na oczy. Brązowe tęczówki zalśniły złością.
- Skąd ci to przyszło do głowy?!
- Wiem co planujesz – odezwała się siląc na spokój. – Chcesz popełnić samobójstwo. Rozpędzić się na motorze i uderzyć w drzewo. Nie rób tego, proszę. Obiecaj mi.
Chłopak wstał. Gniewnym gestem odsunął krzesło.
- To był błąd. Nigdy nie powinienem był tu przychodzić – warknął na nią.
Potem odwrócił się i mimo tego, że zawołała jego imię, nie patrząc więcej w jej kierunku, opuścił pokój. Z całej siły zgniotła w dłoniach prześcieradło. Chciała pobiec za nim, ale wiedziała, że jej nie wypuszczą. Zamknęła oczy. Nie miała pojęcia, co teraz może zrobić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Siedząca na wzgórzu, na zielonej trawie, Weronika przyglądała się biegającym dzieciom. Ich zabawy były okrutne i złośliwe, tak jak wszystko w świecie Faeire. Nie chciała tu zostać, ale nie potrafiłaby także opuścić Nikiego. Finvarra zadbał o to, żeby od tamtej, deszczowej nocy, nie miała okazji zobaczyć Mateusza. Natomiast nieskrywaną przyjemność sprawiało mu dręczenie jej wizjami błądzących po lesie Patrycji i Dominika. Zamknęła oczy. Jak miała im pomóc? Nagle zerwała się miejsca. Zabawa dzieci się zmieniła. Coś było nie tak. Pobiegła w tamtą stronę. Znowu dręczyły jakieś zwierzę!
- Hej! Zostawcie to! – krzyknęła wbiegając między nich i rozpędzając chłopców na boki.
Tym razem, kiedy wiedzieli, że jest wybranką Finvarry, nie kwestionowali jej poleceń. Odeszli obrażeni, by podręczyć coś innego. Weronika przykucnęła. Na trawie, ledwo żywa, leżała popielata, puchowa kulka. Nigdy w życiu nie widziała takiego zwierzaka. Miało większe uszy niż całą resztę postaci, wielkie, czarne oczy i kartoflowaty nosek. Wielkość miało małego kota. Było urocze. Drżało ze strachu. Dziewczyna wyciągnęła rękę.
- Nie zrobię ci krzywdy – powiedziała łagodnie, podnosząc to coś z wysokiej trawy.
Obejrzała starannie zwierzaka, sprawdzając czy nie zrobili mu krzywdy. Wyglądał w porządku. Najwyraźniej zdążyli go tylko nastraszyć. Kiedy się podniosła, zobaczyła biegnącą w swoim kierunku, złotowłosą dziewczynę. Była jeszcze dzieckiem. Wyglądała na piętnaście, może szesnaście lat. Wyrwała jej puchatą kulkę z rąk.
- Haku! Haku! Jak dobrze, że nic ci nie jest! – krzyknęła przytulając to coś do siebie. Zwierzak zamruczał i wreszcie przestał drżeć. Dopiero wtedy dziewczyna podniosła wzrok na Weronikę. Była niezwykle piękna, ale wręcz chorobliwie szczupła i blada. – Uratowałaś go – szepnęła – dziękuję. Jestem Catherine Bheara, twoja dłużniczka, a ty zapewne to Weronika? – uśmiechnęła się odrobinę ponuro.
- Bheara? – zapytała nieufnie dziewczyna.
Catherine spojrzała na nią błagalnie.
- Tak, jestem jego córką – westchnęła. – Proszę nie znienawidź mnie za to – dodała pełnym nadziei głosem.
Weronika nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Przyjrzała się jej uważnie.
- Jak to możliwe? – spytała. – Jesteś przecież człowiekiem.
Skinęła głową, a potem spuściła wzrok, wbijając go w brudne futro zwierzaka.
- Moja mama była ludzką kobietą – wyjaśniła cichym, przepełnionym bólem głosem. – Zadręczył ją na śmierć, a mnie zmusił bym tu została. – Podniosła wzrok, by spojrzeć Weronice w oczy. – To samo czeka ciebie, jeżeli mu się poddasz.
W szaroniebieskich oczach dziewczyny pojawił się zimny płomień.
- Nie zamierzam – odpowiedziała stanowczo.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Tego dnia Weronika poprosiła Dominika, żeby nie przychodził do szpitala. Chciała być sama. Westchnęła teatralnie, kiedy uchyliły się drzwi do jej prywatnego pokoju.
- Mówiłam ci, żebyś… – zaczęła, ale słowa zamarły jej w ustach, kiedy zobaczyła kto wszedł. – Mateusz! – jęknęła niedowierzająco, nagle boleśnie zdając sobie sprawę z tego, jak brudne i potargane są jej włosy i jak paskudnie musi na niej wyglądać ta głupia, szpitalna piżama. – Co tu robisz?
Chłopak nie patrzył na nią. Wzrok wbijał w podłogę. Starannie zamknął za sobą drzwi. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a jego twarz znaczył bezsilny gniew.
- Chcę z tobą porozmawiać – odezwał się cichym, zachrypniętym głosem.
Obudziła się w niej niepewna nadzieja.
- Dobrze, usiądź – zaczęła powoli.
Chłopak przystawił sobie krzesło, by usiąść tuż obok jej łóżka. Mimowolnie przysunęła się do niego, walcząc ze sobą, żeby go nie dotykać. Ciemnozielona koszulka opinała jego dobrze zbudowany tors i ramiona. Włosy lwią grzywą opadały na oczy. Oddech dziewczyny przyspieszył. Przez chwilę milczeli. To było straszne, nie słyszeć jego myśli. Weronika znosiła to jak najgorszą torturę.
- Skąd wiedziałaś? – odezwał się w końcu.
Zaczerpnęła głęboko powietrza. Nie wiedziała co powiedzieć. Bała się, że ucieknie. Tak bardzo chciała, żeby tu z nią został! Rozglądał się po pustych, białych ścianach. Wyraźnie robił wszystko, byleby tylko nie patrzeć bezpośrednio na nią.
- Znam cię – zdecydowała się w końcu odpowiedzieć. – Lepiej niż ktokolwiek.
Niechętnie podniósł wzrok. Zamiast gniewu, na jego twarzy malowała się teraz rozpacz. Weronika poczuła jak pęka jej serce.
- Jak to możliwe? – szepnął. – Nigdy nie widziałem cię przecież na oczy…
Uśmiechnęła się ponuro.
- To szpital psychiatryczny – mruknęła, postanawiając zbyć go żartem. – Tutaj wszystko jest możliwe. – Opadła na białe poduszki. – A ja jestem przecież tylko wariatką.
- Nie jesteś wariatką! – zaprzeczył ostro, zrywając się z krzesła i podchodząc do niej.
Spojrzała zaciekawiona.
- Skąd wiesz?
Usiadł przy niej na łóżku.
- Po prostu wiem – mruknął lekko zawstydzony swoim wybuchem.
To dalej był on! Weronika nie potrafiła w to uwierzyć. Bała się zalewającej jej wnętrze fali nadziei. Zapadła cisza. Jego dłoń, jakby mimowolnie, naturalnym gestem powędrowała do jej policzka. Odgarnął z jej twarzy ciemny kosmyk włosów. Gwałtownie cofnął rękę, jakby orientując się, że zrobił coś niewłaściwego. W oczach dziewczyny zalśniły łzy. W końcu nie wytrzymała.
- Ja… ja cię kocham! – oznajmiła pewnym głosem.
Przysunęła się i pocałowała go w usta. Wyglądał na mile zaskoczonego, ale po chwili odsunął ją od siebie stanowczo, nie odwzajemniając pocałunku. Spojrzała na niego błagalnie.
- Wiem, że masz dziewczynę – szepnęła – wiem, ale nie jesteś z nią szczęśliwy, ja… – z całej siły starała się nie rozpłakać.
Roześmiał się gorzko.
- Nie mam dziewczyny – wyznał. – To znaczy miałem, ale zerwałem z nią, kiedy uświadomiłaś mi, że chcę się zabić. Za to ty masz chłopaka – oskarżył ją.
Weronika zamrugała.
- Dominik – szepnęła.
Tego problemu nie przewidziała.
- Właśnie – skinął głową, a jego dłonie znów zacisnęły się w pięści.
- Mateusz, proszę… – była tak blisko. Nie mogła go teraz stracić. Gdyby chciał ją przynajmniej przytulić… – To ty jesteś dla mnie. Ja jestem dla ciebie. Dominik nie ma znaczenia. Musisz to zrozumieć!
Jego brązowe oczy zapłonęły jeszcze większym gniewem.
- Nie będę tym drugim! – niemal wrzasnął na nią. – Nigdy nie będę tym drugim, rozumiesz?!
Zamrugała. To takie kłopotliwe nie słyszeć jego myśli…
- Więc mnie chcesz? – upewniła się na wszelki wypadek.
Zazgrzytał zębami, ale skinął głową. Nie panował nad sobą. Był pewny siebie, ale nieprawdopodobnie wręcz zagubiony w całej sytuacji.
- Prosiłam go, żeby dzisiaj nie przychodził – wyjaśniła spokojnie, patrząc chłopakowi w oczy – ale jutro, kiedy się tylko pojawi, powiem mu, że to ciebie kocham – obiecała. – Czy to wystarczy?
Zadrżał ze zdenerwowania i ledwo hamowanego gniewu.
- Nie, nie wystarczy – warknął na nią. – Czuję, jak rozsadza mnie coś od środka – wyjaśnił gorzko. – Jestem zazdrosny o każdą minutę twojego istnienia.
Uśmiechnęła się zadowolona. To zdecydowanie był jej Mateusz.
- Jakoś sobie poradzisz – oznajmiła brutalnie. Zobaczyła jak kąciki jego ust unoszą się w niechcianym uśmiechu. – Przytulisz mnie? – poprosiła.
Westchnął. Przysunął się bliżej, by wziąć ją w ramiona. Zatopił twarz w jej rozczochranych włosach. Pierwszy raz od wielu tygodni, poczuła się naprawdę szczęśliwa.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Catherine przysunęła się bliżej Weroniki. Zajrzała jej przez ramię. Spojrzała w wypełnione wodą naczynie. Dominik i Patrycja siedzieli na trawie. Kłócili się o coś zawzięcie.
- Czemu ich szpiegujesz? – zainteresowała się dziewczyna.
- Nie szpieguję – burknęła Weronika. – To moi przyjaciele. Są tam uwięzieni. Fin im to zrobił.
Catherine zamrugała.
- Przecież to Stary Las. Wystarczy, że znajdą krąg.
Weronika spojrzała na nią ponuro.
- Problem w tym, że oni tego nie wiedzą, a ja w żaden sposób nie potrafię do nich dotrzeć.
Dziewczyna uśmiechnęła się, odgarniając z twarzy, wysuwający się z grubego warkocza, kosmyk jasnych włosów.
- Ja mogę – oznajmiła.
- Czemu miałabyś to zrobić, narażając się ojcu? – zapytała wprost.
Szafirowe oczy Catherine błysnęły.
- On mi się podoba – wskazała palcem Dominika. – Chętnie go poznam – wyszczerzyła w uśmiechu białe zęby. – Poza tym jestem ci winna przysługę, prawda? – zapytała figlarnie.
Czy mogła jej zaufać? W końcu dziewczyna była jego córką… Tak bardzo przypominała Finvarrę, a jednocześnie była od niego tak bardzo odmienna. I miała nie jeden powód, żeby go nienawidzić! Zresztą Weronika uznała, że i tak nie ma innego wyboru. Musiała uratować ich wszystkich, Patrycję, Dominika, Nikusia, a przede wszystkim Mateusza – dopiero wtedy będzie mogła dokonać wyboru czy wrócić do tego drugiego, innego świata czy zostać tutaj. Nie miała pojęcia, która rzeczywistość jest prawdziwa.
- Zabierz ich stąd – poprosiła. Uśmiechnęła się psotnie. – A potem, jeżeli zechcesz, możesz przecież zostać z nimi, w świecie ludzi.
Catherine przecząco pokręciła głową.
- On nigdy mi na to nie pozwoli.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ziemia zadrżała po raz kolejny. Kryształowa, wykonana precyzyjnie i z dbałością o szczegóły figurka, uderzyła o kamienną ścianę, rozpryskując się na milion odłamków. Twarz Weroniki pobladła, ale dziewczyna nie ruszyła się z miejsca. Jeszcze nigdy nie udało jej się go aż tak zdenerwować. Wiedziała, że cierpi na tym cała kraina. Zdążyła już jednak zauważyć, że jego humory były nieprzewidywalne. Popadał czasami ze skrajnej wesołości w skondensowaną w czystej postaci złość, czasami było jednak też na odwrót.
- To niezbyt wiele, w zamian za to co proponuję – powtórzyła spokojnie.
- Niezbyt wiele?! – warknął na nią.
Brutalnie chwycił ją za ramiona. Nie była pewna czy zaraz nie podzieli losu rozbitej figurki.
- Jesteś przecież taki pewny swojej magii – odpowie działanie spuszczając wzroku, z jego niesamowitych, złotych oczu. – Więc co ci szkodzi?
- Twój ukochany – niemal wypluł to słowo – już nigdy nie będzie człowiekiem – oznajmił drwiąco.
- Nie proszę o to – powtórzyła po raz kolejny Weronika. – Jest wilkiem, niech tak zostanie. Chcę po prostu, żeby był przy mnie. Wówczas ja zostanę z tobą. Zjem jedzenie Faeire.
Teraz już nie był zły. Roześmiał się gorzko.
- Myślisz, że nie wiem, jak przeżyłaś przez te kilka tygodni? – syknął. – Jesteś coraz chudsza i bledsza, ale żyjesz. Masz mnie za głupca? Jeżeli tak, to patrz!
Pociągnął ją za rękę na korytarz, a potem to innego pokoju. Był pusty, a podłoga była w nim zasłana białym dywanem. Zaraz, to nie dywan! Oczy Weroniki rozszerzyły się ze zgrozy. Cała komnata zasłana była drobnymi ciałami białych myszy. Dziewczynie zakręciło się w głowie. Rozpaczliwie krzyknęła. Fin pociągnął ją w tył i zamknął drzwi. Byli już zupełnie gdzie indziej. W ogrodzie, w oranżerii. Pomarańczowe kwiaty, o dużych kielichach, snuły nici słodkawego, ciężkiego zapachu. Weronika w dalszym ciągu nie przywykła do niezwykłości tego pałacu. Każde miejsce mogło być zupełnie gdzie indziej niż było, ale nie tylko w innej przestrzeni, ale także wymiarze czy czasie. Do tej pory nauczyła się dopiero jak trafiać na błonia i do swoich własnych komnat, dlatego więzienie było wręcz idealne i podróżować mogła jedynie w towarzystwie Finvarry.
- Jaką to dla ciebie stanowi różnicę? – zapytała z trudem hamując łzy, czas na opłakiwanie małych, dzielnych przyjaciół, będzie mogła znaleźć później. – Przecież sam twierdziłeś, że twoi strażnicy nie mają uczuć. Nie są już ludźmi. Rozkaż mu, żeby mnie pilnował. W żaden sposób ci to nie zaszkodzi, a będziesz jeden dodatkowy sposób, żeby mnie dręczyć – wyrzuciła z siebie ostateczne argumenty.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Dręczyć? – przysunął się bliżej. Zadrżała, kiedy jej dotknął. Przyciągnął ją do siebie, oplatając ramionami. Jego złote oczy patrzyły odrobinę zdezorientowane. – Nie bądź głupia. Wcale nie chcę cię dręczyć. Jedynym moim celem jest to, żebyś zrozumiała, że jesteś tylko moja.
Pocałował ją, a ona walczyła ze sobą, żeby się nie odsunąć. Był przystojny, pociągający, oszałamiający i jednocześnie chłodny jak marmur. Wyobraziła sobie, że równie dobrze mógłby być wężem.
- Zgódź się – poprosiła cicho, kiedy wreszcie oderwał usta od jej ust.
Walcząc z samą sobą, oplotła ramionami jego szyję. Wyglądał na zadowolonego. Wpiął w jej czarne włosy śnieżnobiały kwiat. Nie protestowała.
- Dobrze – oznajmił udobruchany. Potem jednak jego złote oczy na powrót rozbłysły niebezpiecznym światłem. – Jeżeli jednak cokolwiek kombinujesz, wówczas on poniesie tego konsekwencje.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zielone oczy były pełne bólu. Stał przy oknie, starannie omijając ją wzrokiem. Wreszcie odwrócił się ku niej. Wziął głęboki oddech.
- Nie możesz mi tego zrobić – oznajmił stanowczo. – Weroniko, to przecież obcy facet!
- Nie dla mnie – odpowiedziała cicho, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo go zraniła. – Przepraszam. Zawsze byłeś moim przyjacielem i bardzo chciałabym, żebyś nim został.
- Przyjacielem?! – wybuchnął. Przyskoczył do niej gwałtownie. – Jesteś moją narzeczoną! Oświadczyłem ci się, a ty się zgodziłaś!
- Dominiku, proszę… – zaczęła, ale on tylko mocniej chwycił jej ramiona.
- Puść ją – syknął Mateusz, który właśnie stanął w drzwiach.
Przez chwilę dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Weronika poczuła nieprzyjemny skurcz, a potem jakby ucisk w żołądku. Osunęła się na podłogę. Dominik złapał ją, zanim zdążyła upaść.
- Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony.
Dziewczyna z trudem zaczęła oddychać. Przez głowę przebiegła jej rozpaczliwa myśl, że być może, już nigdy, nie będzie mogła tutaj wrócić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Niechętnie ugryzła przepięknie ozdobione, słodkie ciasteczko, z misterną polewą z różowego lukru, malowaną na wzór przepięknej pajęczyny. Spojrzała wyczekująco na Finvarrę. Dotrzymała swojej części umowy. Teraz była jego kolej. Mężczyzna się uśmiechał. Poczuła łączącą ich więź. Wzdrygnęła się, kiedy przez jej ciało przepłynął strumień mocy.
- Moja dziewczynka – zamruczał wstając. – Zgodnie z życzenie, od dzisiaj, wilk jest twój.
Wyszedł, by po chwili wrócić z czarnym zwierzęciem. Weronika czuła w sobie magię. Jej do tej pory marna moc wzrosła tak, że czuła, iż gdyby tylko chciała, mogłaby wzlecieć do gwiazd, albo właściwie po co tak daleko jechać… mogłaby jedna ściągnąć sobie tutaj, do pałacu, tak, to całkiem niezły pomysł… Wzdrygnęła się, zdając sobie sprawę z własnych myśli. Nie upłynął nawet pełen kwadrans, a ona już zaczynała myśleć w takich kategoriach, jak Faeire. Nieludzkich i egoistycznych.
- Dziękuję – odpowiedziała, stając przy nim. – Jeżeli pozwolisz, chciałabym zostać sama. Musze przemyśleć kilka spraw.
Wzruszył ramionami. Skłonił się dwornie.
- Czego tylko sobie zażyczysz, moja królowo. Baw się dobrze.
Pocałował ją delikatnie w usta, a potem wyszedł z jej pokoju. Spojrzała w śledzące ją uważnie, czerwone oczy. Jej wzrok napotkał znajomą bliznę pod okiem. Bestia przysiadła na tylnych łapach, obserwując dziewczynę. Weronika opadła przy nim na podłogę. Wilk zastygł w miejscu, zupełnie jakby był z kamienia. Otoczyła ramionami jego szyję, a potem zaczęła cicho łkać, wtulając twarz w jego gęste futro.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika obserwowała w wodzie, rozbawione, szafirowe oczy Catherine. Dziewczyna, mimo szczerego pragnienia, nie zbliżyła się do Dominika, a ona sama wiedziała, że nie zrobi tego w obecności Patrycji. Weronika musiała w duchu przyznać, że ma rację. Sama również by poczekała. Za to córka Fina bawiła się w najlepsze, podsyłając zagubionej w czasie i przestrzeni parze, coraz to nowe wskazówki. Niezaprzeczalnie planowała im pomóc. Weronika odetchnęła z ulgą. Od kiedy zaczęła jeść pokarm ze Świata Cieni, jej moc znacznie wzrosła, jednak mimo wszystko, niewystarczająco. Nie miała pojęcia, jak może z tego koszmaru wyciągnąć brata, a sytuacja z Mateuszem, który nie objawiał żadnych uczuć poza przymusem pilnowania jej, wyglądała jeszcze gorzej. Nie miała pojęcia, jak dokładnie działa magia Fina. Nie przychodziło jej do głowy, w jaki sposób go odczarować. Może, gdyby udało jej się wrócić do tamtego świata… Poszukałaby wówczas jakichś informacji. Stare legendy i mity, zawsze zawierały w sobie sporo prawdy. W pewnym momencie Weronika zdała sobie sprawę, że ma na sobie suknię w kolorze wytrawnego wina. Czarne włosy samoistnie ułożyły się w kunsztowną fryzurę, spływając kaskadą po jej lewym ramieniu. Odwróciła się by napotkać rozbawiony wzrok Fina. Uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Skłonił się drwiąco.
- Pozwolisz, moja pani? – zapytał podając jej ramię.
Weronika zacisnęła usta. Jeszcze nie nadszedł czas. Teraz nie mogła go zdenerwować. Podała mu dłoń. Wyszli przez drzwi jej pokoju i znaleźli się w wysoko sklepionej sali balowej. Wilk o czerwonych, błyszczących ślepiach, niestrudzenie podążał ich śladem.
- Na dzisiejszy wieczór zaplanowałem specjalne atrakcje – zamruczał do niej.
Piękne postacie Faeire tańczyły przy wtórze szalonej muzyki. Pary wirowały na parkiecie, tym razem jednak nie mieniły się setkami barw. Wszystko dookoła, kreacje, dekoracje komnaty, a nawet suto zastawione stoły, było biało-czarne i tylko ona, niczym samotna róża, wyróżniała się z tego tłumu. Fin, w czarnym, eleganckim stroju, z purpurową koszulą pod spodem, uśmiechnął się do niej zawadiacko. Byłyby to całkiem miły uśmiech, gdyby natychmiast nie zmroził jej w żyłach krwi. Zaprosił ją do tańca, a ona czuła jego urok. Przyciągały ją te niesamowite, złociste oczy. Rozmarzyła się przez chwilę. Był taki przystojny. Po wolnym, pięknym tańcu – niejasno zdawała sobie sprawę, że chyba był to walc – zaprowadził ją do stołu. Podał jej wypełniony białym płynem kieliszek.
- Moja Weronika – zamruczał, kiedy spróbowała napoju.
Poczuła rozlewające się po całym ciele ciepło. Jego… naprawdę była jego, a on jej pragnął! Był taki przystojny! Niczym młody bóg… ale w końcu był przecież królem! Och! I to jej właśnie chciał! Jak cudownie. Już nigdy nie będzie potrzebowała marzeń. Jego ręka powędrowała do jej dłoni. Poczuła jak coś chłodnego wsuwa się w jej palce. Finvarra zacisnął swoją dłoń na jej drobnej dłoni, a ona trzymała ten przedmiot. Nie miało znaczenia co to jest. Przecież dał jej to ukochany. Poczuła na karku jego ciepły, pachnący migdałami oddech.
- Chodź Weronika – blisko swojego ucha usłyszała ten kojący, aksamitny głos.
Posłusznie poszła za nim, gdy wziął ją za rękę. Znów podsunął jej coś do picia, a ona to wypiła. Tym razem było czerwone – czerwone niczym krew i tak samo cierpkie w smaku. Potem poczuła jego usta na swoich ustach. Jęknęła, kiedy się odsunął. Pocałunek był zbyt łagodny. Chciała więcej, zdecydowanie więcej! Weszli do innej, mniejszej, nie udekorowanej komnaty. Na jej środku stał skuty łańcuchami, czarny jak najciemniejsza noc, tak ciemny, że niemal pochłaniał światło, koń. Na ich widok parsknął, próbując młócić powietrze kopytami, łańcuchy jednak skutecznie ograniczały jego ruchy.
- Tutaj – Fin wskazał pulsującą na końskim ciele, białym światłem, plamę. – W tym miejscu wbij mu nóż.
Weronika spojrzała na trzymany w dłoni, długi sztylet. Wyglądał, jakby był zrobiony z diamentu. Przezroczysty i lekki, a jednocześnie śmiertelnie groźny. Podeszła bliżej zwierzęcia. Szarpnęło się. Zobaczyła długi, czarne, wyrastający z jego czoła róg. Poczuła wątpliwości. Szybko odgoniła od siebie dziwne myśli. Przecież jej ukochany, nie wymagałby od niej niczego, czego nie powinna zrobić.
- Kiedy skończysz, znów zatańczymy – kusił Fin.
Dziewczyna podniosła dłoń. W kącie pomieszczenia dostrzegła śledzące ją czujnie, czerwone oczy. Koń znowu parsknął. Zarżał dziko. Odwróciła się ponownie ku niemu. Już miałą uderzyć sztyletem, ale czerwone oczy znowu ją ku sobie ściągnęły. Nie! Krzyknęło całe jej wnętrze. Z całej siły uderzyła sztyletem, popychając go całą magią, którą dysponowała, zamiast jednak w czarne ciało, trafiła w więżący zwierzę łańcuch. Jednorożec wyrwał się na wolność. Rzucił się na Finvarrę. Mężczyzna sięgnął dłonią ku Weronice. Odskoczyła, kiedy tylko jej dotknął. Nie miał więcej czasu. W jednej chwili zniknął. Zwierzę spojrzało wyczekująco na dziewczynę. Stanęło bez ruchu, cicho rżąc. Dziewczyna chwyciła się długiej, czarnej grzywy i podciągnęła na koński, masywny grzbiet. Poczuła drżenie mięśni. W jednej chwili nie byli już w zamku. Biegli przez zielone błonia. Przerażona Weronika uchwyciła kątem oka obraz biegnącego przy nich wilka. Uspokoiła się. Pędzili w szalonym galopie. Zamknęła oczy, przylegając całym ciałem, do końskiego grzbietu i z całej siły wplatając palce w długą, czarną grzywę. Czar prysł i czuła teraz do siebie jedynie obrzydzenie na myśl o tym, co myślała na temat Finvarry. Podstępny drań! Gdyby nie obecność Mateusza, zmusiłby ją do zrobienia rzeczy, której żałowałaby potem do końca życia.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika spadła z grzbietu pędzącego ogiera. Potoczyła się po zielonej trawie. Wszystko ją bolało. Usłyszała nad sobą głośne rżenie. Jednorożec zatrzymał się i teraz patrzył na nią czarnymi jak noc oczami. Chwilę później dołączył do nich wilk. Przysiadł w pobliżu na tylnych łapach, obserwując dziewczynę obojętnym wzrokiem. Weronika poddała się. Łzy popłynęły z jej oczu. Koń podszedł bliżej i trącił ją pyskiem. Mateusz w dalszym ciągu ją ignorował. W końcu podniosła się z ziemi. Otarła łzy wierzchem dłoni. Spojrzała na w dalszym ciągu, trzymany w dłoni kryształowy sztylet. Był zbyt cenny, żeby go zostawić.
- Chcę, żeby znów był człowiekiem – powiedziała, wskazując na wilka. – Potrafisz go odczarować? – Spojrzała z nadzieją na jednorożca, ale tamten pokręcił głową, w niemym zaprzeczeniu. – A znasz kogoś kto może mi pomóc? – westchnęła cicho.
Tym razem koń potwierdził. Stanął przed nią, cierpliwie czekając. Ponownie go dosiadła, a on, tanecznym krokiem, znów porwał ją ze sobą. Jechali przez może godzinę, kiedy zatrzymali się przed ścianą z żywopłotu. Jednorożec zarżał, ostatni raz trącił Weronikę pyskiem, a potem odbiegł, by po chwili rozpłynąć się w nicość.
- Co to za miejsce? – zapytała Weronika, nie licząc na to, że ktokolwiek jej odpowie.
Rozejrzała się. Tu niczego nie było, tylko ta cholerna, zielona ściana. Odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki, które zaczęły wysuwać się ze skomplikowanej fryzury, a potem zaczęła iść wzdłuż ściany zieleni. Wreszcie, po kwadransie, zrezygnowana wróciła z powrotem w to samo miejsce. Niczego tu nie było. Dlaczego jednorożec zostawił ją akurat tutaj? To nie miało sensu. Zrezygnowana usiadła na trawie, wpatrując się w płonące czerwienią, obojętne oczy wilka.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nie wiedziała ile czasu upłynęło, od kiedy jednorożec zostawił ją w tym miejscu. To nie miało sensu, zresztą jak cały ten świat. Pomogła mu uciec dlaczego więc miałby jej to zrobić? Obojętność wilka również nie podnosiła na duchu. Weronika zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, w zielonej trawie, tuż przed nią, coś się poruszyło. Zerknęła na niewielkich rozmiarów, białą mysz. Zwierzątko prześliznęło się pod ścianę zieleni, a potem, przystanęło, jakby czekając. Dziewczyna jakby mimowolnie poszła za nim. Mysz zniknęła między gęstymi liśćmi żywopłotu. Weronika wsunęła w płot rękę i nic nie poczuła. W tym miejscu była to iluzja! Zachęcona przeszła na drugą stronę, a wilk podążył za nią. Znaleźli się w niewielkim, słonecznym ogrodzie, otoczonym płotkiem z ciemnozielonych sztachet. Na środku stał drewniany, niewielkich rozmiarów domek. Gdy tylko podeszła bliżej, drzwi się uchyliły i wyjrzała zza nich pomarszczona staruszka, z długim, siwym warkoczem, splecionym od czubka głowy. Przyjrzała się Weronice, a potem gestem dłoni zaprosiła ją do środka. Wilk warknął, zjeżył sierść, ale z jakiegoś powodu pozostał na zewnątrz, kładąc się na niskim ganeczku, tuż przy samych drzwiach.
- Co cię tutaj sprowadza moje dziecko? – spytała lekko zachrypniętym głosem kobiecina.
Weronika postanowiła mówić prosto z mostu.
- Podobno możesz go odczarować – wskazała na lekko uchylone drzwi i czekającego za nimi wilka.
Staruszka roześmiała się, śmiechem w którym nie było ani odrobiny wesołości. Usiadła na pomalowanym białą farbą, drewnianym krześle. Izba, w której się znajdowały, była niewielka i zacieniona. Unosił się w niej mocny, ziołowy zapach. Pod sufitem i przy oknie wisiały suszone rośliny.
- Nawet jeżeli bym potrafiła to zrobić, to czemu niby powinnam?
Weronika usiadła naprzeciwko niej. Przewróciła oczami.
- Nie zadawaj mi tego typu pytań – mruknęła – jesteś człowiekiem, potrafię czytać w twoich myślach – wyjaśniała. – Wiem, że potrafisz mi pomóc i wiem, że pomożesz. Nie muszę ci nic dawać w zamian, ale dam. Uratuje twoją córkę. Ona… – Weronika spuściła wzrok – Catherina myśli, że nie żyjesz. Nie ma pojęcia, że się nią opiekujesz. Ten dom leży na granicy między światami, mam rację?
Staruszka uśmiechnęła się. Nie odpowiedziała, ale dziewczyna i tak już znała odpowiedź.
- To wystarczająco uczciwa propozycja – stwierdziła. Wstała, by po chwili podać jej dziwny wisiorek z pajęczym wzorem. – Załóż mu to. Powinno zadziałać, ale uprzedzam, że mu się ten pomysł nie spodoba.
Oczy Weroniki zalśniły. Spojrzała jeszcze raz na leżącego za drzwiami wilka.
- Nie musi – odpowiedziała cicho.
Dziewczyna wyszła przed dom. Bestia podniosła się z ziemi, warknęła ostrzegawczo. Czerwone oczy zalśniły.
- Nie możesz mnie skrzywdzić – oznajmiła mu spokojnie – i uciec też nie możesz, bo Fin kazał ci mnie pilnować. Dlatego lepiej od razu daj sobie spokój.
Wilk ponownie warknął. Zjeżył sierść. Odskoczył, kiedy wyciągnęła ku niemu dłoń. Rozpoczęła się gonitwa. Dziewczyna zaklęła, kiedy po kwadransie bezsensownego biegania w kółku potknęła się i przewróciła w błoto. Miała dość. Przywołała w myślach zielone, wytrzymałe jak stal, ale cieniutkie pnącza. Wyskoczyły z ziemi i oplotły dookoła wilka, najpierw łapy, a potem grzbiet. Zwierzę zaczęło się szamotać. Weronika podeszła i szybkim ruchem włożyła na jego szyję wisiorek. Wilk zawył z bólu i wściekłości. Coś było nie tak. Dziewczyna patrzyła jak bestia wije się w konwulsjach. Opadła na trawę przy rzucającym się drapieżniku.
- Co jest? Co mu zrobiłaś?! – krzyknęła zrozpaczona na staruszkę.
Prawie białe oczy kobiety wyrażały smutek.
- Musi umrzeć, żeby odrodzić się na nowo.
Weronika znała jej myśli, wiedziała już co się dzieje, ale pokręciła głową, by odeprzeć od siebie tą prawdę. Mateusz cierpiał, a ona była temu winna. Łzy zaczęły spływać po jej porcelanowych policzkach. Chciała krzyczeć, ale tylko wpatrywała się w umierającego w cierpieniach wilka.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
To trwało stanowczo zbyt długo. Weronika już nie miała nawet czym płakać. Całą sobą odczuwała jego ból. Staruszka podeszła do niej. Dziewczyna spojrzała w jej jasne oczy. Zamarła. Obezwładniły ją strach i zdumienie.
- Ty nie mówisz poważnie? – zapytała z nadzieją.
- Niestety to jedyna możliwość – odpowiedziała jej smutno kobieta. – Musisz wziąć sztylet i zedrzeć z niego skórę wilka. Obyś miała na to dość siły, bo w innym wypadku on po prostu umrze.
Weronika już jej nie słuchała. Teraz nienawidziła jej niemal równie mocno co Finvarry. Od początku ukrywała przed nią prawdę. Uklęknęła na trawie przy cicho skomlącym wilku. Żywe pnącza trzymały go na tyle mocno, że nie mógł się nawet poruszyć. Dziewczyna uniosła nóż i żywcem zaczęła zdzierać fragmenty jego skóry. To była najgorsza godzina jej życia i nic nie mogło tego zmienić. W końcu, wyczerpana swoim własnym strachem i bólem, oraz nadmiernym użyciem magii, osunęła się w nicość.
- Nie zbliżaj się do niej – usłyszała znajomy głos.
Natychmiast otworzyła oczy. Półleżała na sienniku. Mateusz trzymał ją w ramionach i tulił do siebie. Był nagi od pasa w górę i pachniał krwią. Nie zwracała na to uwagi. To był naprawdę on!
„Jesteś!” wydała z siebie niemy okrzyk.
Odwrócił ją ku sobie. Pocałował jej włosy.
„Nareszcie się obudziłaś, tak bardzo się bałem” odpowiedział w ten sam sposób.
Wtuliła się w niego mocniej, a po jej policzkach spłynęły gorące łzy. Staruszka więcej nie próbowała się do nich zbliżać.
- Jeżeli chcecie, otworzę dla was bramę. Wrócicie do swojego świata – odezwała się cicho.
Weronika nie pragnęła niczego więcej, ale nie mogła. Tam został jej brat, poza tym nie miała pojęcia jakie postępy poczyniła Catherina. Usłyszała myśli Mateusza. On również chciał tam wrócić. Musiał.
- Nie mogę ich tak zostawić – szepnął. – To ludzie, tacy sami jak my, którzy widzieli za dużo. On ich tutaj porywa, a potem zamienia w bestie. Trzeba ich odczarować, albo zabić… – stwierdził niechętnie. – Stanowią zbyt duże zagrożenie dla naszego świata.
Dziewczyna dłonią dotknęła jego twarzy. Pocałowała, nie zwracając uwagi na publiczność.
- Dobrze, wróćmy tam i zróbmy co trzeba – zgodziła się spokojnie.
- Nie! – zaprotestował gwałtownie.
„Idę sam.” – oznajmił stanowczo.
„Co?! Nie, nie pozwolę ci!” sprzeciwiła się natychmiast.
„Zabiorę stamtąd twojego brata. Obiecuję.” – przyrzekł. – „Nie możesz ze mną iść, bo jeżeli pójdziesz…” – nie musiał kończyć myśli, bo ona już wiedziała.
Całą sobą czuła rozpacz. Odzyskała go i już miała znowu stracić… Miał jednak rację. Rozumiała jego motywy. Gdyby z nim poszła, bałby się tylko o nią. Nie byłby w stanie racjonalnie myśleć i nie poradziłby sobie. Do tego chciał trzymać ją z daleka od Finvarry. Nie miała wyjścia. Musiała ustąpić, chociaż całą sobą pragnęła zignorować wszechświat i zabrać z tego okropnego miejsca Mateusza.
„Nie stracisz mnie” – pocieszył dziewczynę, łagodnie kołysząc jej ciało w ramionach. – „Uwolnię ich, zabiorę twojego brata i wrócę, a wówczas obydwoje wyniesiemy się z tego paskudnego miejsca.”
Po kwadransie niechętnie wstał z posłania. Weronika skuliła się, tak bardzo jak tylko mogła. Zacisnęła powieki. Nie chciała patrzeć jak odchodzi. Mateusz wziął od niej sztylet. Zabrał sporządzone przez staruszkę talizmany – było ich czterdzieści, tyle co stworzonych przez władcę Świata Cieni bestii. I wyszedł z chaty, w samotną podróż ku ciemności.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
cdn.

















Świetne!
Od samego początku widać że jest ambitne ; ) super ; )
piękne.
najbardziej podoba mi się zdanie :
“To był straszny dzień, ponieważ tego dnia kończył się świat, a przynajmniej jej życie.”
Szczerze mówiąc będę bardzo zła, jeżeli w jakiś sposób schrzanię w tym opowiadaniu zakończenie, bo je polubiłam. Śni mi się po nocach.
Genialne.Najlepsze.
Gdzie chcesz to podesłać?
I co ja Ci powiem na temat tego opowiadania…? Nic Ci nie powiem. I tak byś tylko tę kolejną, “niekonstruktywną” pochwałę przeczytała i koniec. Bo to nie nowość, że Cię chwalę, prawda?
Prawda.
Dlatego to co chcę napisać, zostawię dla siebie, a Ty się sama domyślisz co by to było.
Corvidae – to wydawnictwa. :>
Nie! Żeby coś wydać, najpierw musiałabym napisać książkę, a to będzie opowiadanie! I nic nie powiem, żeby nie zapeszyć.
Vicky, a mogłabyś mi zdradzić gdzie głównie szukasz mangowych obrazków? Nie umiem znaleźć nic godnego uwagi…
google.pl niczym specjalnym Cię nie zaskoczę
najbardziej lubię deviantarta, ale tam szukam po prostu wyrazów, które przyjdą mi do głowy i liczę, na to, że trafię na coś fajnego
Oj tam, oj. To Ty powiedz gdzie wysyłasz, a potem, napisz coś w stylu “jak nie przyjmą”, a ja odpukam. *uśmiech*
+ dobra poszukam sobie, poszukam.
Ej ej, dlaczego ma stąd znikać?!
Żeby komuś nie przyszły do głowy jakieś plagiaty, czy cuś w ten deseń
Coraz ciekawiej się robi…
Bardzo mi się podoba.
+ może to co teraz napiszę, będzie bezczelne, ale… czy masz w planach pisać coś ze “Świtu Zmierzchu”?
Gratuluję kolejnego dobrego opowiadania, rozwija się ciekawa akcja ;)
Aaaa… spodobało mi się *uśmiech*
“…dłonią, bo gładko ogolonym policzku chłopaka …”
Czy tan zamiast “bo” nie powinno być “po” ? *uśmiech*
Dobre. *uśmiech*
O! Bohaterka podobna do mnie! Cokolwiek się stało w życiu Weroniki było to na pewno coś strasznego. Jak dzieją się takie rzeczy to Weronika nie odzywa się do nikogo. Wszystkich ignoruje. Ma takie puste, nieobecne spojrzenie. Nie do końca wie co się wokół dzieje. ( tak sobie to wyobrażam. ) Zupełnie jak ja w takich momentach…
A fragmenty bardzo ciekawe… *uśmiech*
+ kiedy możemy spodziewać się kolejnych kawałków?
Świetne, świetne! Nic dodać nic ująć. To jeszcze nie koniec, mam rozumieć? ^^
Te skończone mają mini napis “The End” pod tekstem, tak dla ułatwienia. Widzę, że czytasz po kolei wszystko? Cieszy mnie, że się jeszcze nie zdążyłaś znudzić. A mogłabym o jakąś opinię konstruktywną prosić? *smile*
Znudzić? Nigdy w życiu! Każde Twoje opowiadanie, jakie do tej pory przeczytałam jest świetne, cudowne, dobrze napisane, w moim guście i wysztko naj. :p Jedyne, co mogę powiedzieć, to że są stasznie długie, ale to bardzo dobrze. Lubię długie opowiadania, chociaż krótkimi też nie pogardzę – byleby tylko były utrzymane w tematyce fantasy. I tak, czytam wszystko po kolei, żeby było łatwiej i abym wiedziała, które przeczytałam, a których jeszcze nie. Błędów, jako takich, nie widziałam, a nawet jeżeli się jakiś zdażył, nie raził do tego stopnia, abym zwróciła na niego większą uwagę. Hmm… cóż ja jeszcze mogę napisać… Życzę Ci oczywiście dalszych sukcesów pisarskich oraz rzeczy dla pisarzy bardzo ważnej – weny. ^^
Czy Dominik będzie z Patrycją?
… ale w takim wypadku kogo ja zabiję? Ps. To jeszcze nie są wszyscy bohaterowie tego opowiadania.
:O Kogo chcesz zabić? Dominika?
Tak jak pomysł na opowiadanie i początek, który napisałam mi się podobał, tak to co jest dalej i to co wymyśliłam, już przestało. Gryzie mnie ten fakt, ponieważ miałam nadzieję, że wyjdzie coś fajnego.
Może wpadniesz jeszcze na jakiś błyskotliwy pomysł? Dominik mógłby się okazać tą bestią, która zaatakowała kiedyś Weronikę i Mateusza. Tak naprawdę je nie kochał, tylko dybał na życie Mateusza, który jest jego przyrodnim bratem i czymś zawinił w dzieciństwie. Wiem, że to mało prawdopodobne, ale jest to jedna z wielu możliwości ;).
Ogólnie, to mam już cały zarys, ale zazwyczaj jak piszę, to i tak niektóre rzeczy mnie zaskakują, jak mi przyjdą do głowy w trakcie. Na razie kończę “Pieśń Księżyca”.
Buuu! Dawno mnie tu nie byłoo.
Ale ja wciąż czekam na c.d tego opowiadania *uśmiech*
Niestety dopiero teraz jest… ale jak już zaczęłam to napiszę do końca!
No mam nadzieje, bo te dalsze części podobają mi się i czekam na więceej. Tylko moim zdaniem wszystko strasznie szybko się rozgrywa *uśmiech*
Faktycznie muszę najpierw patrzyć czy jest the end, czy cdn.
Akurat to opowiadanie piszę właśnie na bieżąco, więc prawie co dziennie pojawia się nowy fragment.
Ale to jest długo ;p chociaż wiem, że strasznie wybrzydzam :P
coraz ciekawiej się robi,ciekawa jestem jak się skończy,bo zaskakujesz mnie w tym opowiadaniu Vicky:)
Bardzo dobre.
Oo a gdzie się podziała krytyka?
No nie dogodzisz….
”Jeszcze raz warknął ostrzegawczo, ale ona nie słuchała. Podeszła blisko, bardzo blisko. Osunęła się na kolana w błoto. Spojrzała na długi łańcuch, którym zwierzęta były przykute do murów. Wilk dalej warczał, ale ona zarzuciła mu ręce na szyję.
- Chcesz mnie zabić, to to zrób – wyszeptała cicho, przez łzy. – Życie bez ciebie i tak nie ma sensu.
Bestia uspokoiła się. Czerwone oczy zalśniły. Wilk przysiadł na tylnych łapach, skomląc cicho. Weronika przytuliła twarz do jego zmierzwionej, pachnącej deszczem sierści. ”
Ten fragment jest zbyt banalny i mało mroczny(jest to tak cukierkowe, że do pełni szczęścia brakuje tylko tego, żeby go poinformowała o swojej ciąży) .Wilk powinien ją przynajmniej solidnie pogryźć. Sierść zwierzęcia w deszczu nie pachnie, tylko strasznie śmierdzi.
I co to są ”tweedowe(!?) garnitury”
hehe coraz ciekawiej ; )))
Dziękuję Corvidae, teraz troszkę mi lepiej. Tweedowy garnitur to taki z grubej, szorstkiej wełny, przypisywany starszym panom – profesorom starej daty i innym. A mojej Weronice już starczy tego poniewierania. :) No bo w końcu ile można? Ale nie martw się, opowiadanie nie jest i nie będzie bajkowo – słodkie.
O proszee. Vickyy teraz to zszokoowałaś mniee *uśmiech*
Tzn. ten kawałek o tych dzieciach : )
Ogólnie dawno nie ułożyłam tak pogmatwanego opowiadania! Założenia ma jednak bardzo proste.
Jejku Vikcy to opowiadanie sprawie, że chcę te postacie zobaczyć na własne oczy , a szczególnie Dominika, Mateusza i Fin’a ;D *śmiech*
Jak dla mnie świetne! Wcześnie trochę się pogubiłam, ale juz znalazłam ; D
Jezu, nie odnajdę się tu, nie wiem gdzie to skończyłam czytać. ; o
Ooo! To Ty jeszcze żyjesz?